Reblog: Mentona

Pojutrze lecę do Nicei, a potem jedziemy z Iwoną do Mentony.
Dziękuję, moja kochana!
Reblog wpisu z 10 lutego 2018 roku.

Ewa Maria Slaska (tekst) i Iwona Schweizer (inspiracja i sponsoring)

Menton czyli Mentona, miasto na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Pewnie bym nawet nie wiedziała, że istnieje, ale podczas zbierania materiałów do książki o rodzinie wypłynęło zdjęcie pradziadków, już w podeszłym wieku, na bulwarze w Mentonie.

I jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niedługo później przyjechała przyjaciółka „z Ameryki” czyli Iwona, współautorka tego wpisu, obejrzała moją książkę o cmentarzach i powiedziała, „a w Mentonie jest na cmentarzu taki biały anioł, to grób Polki, Lewandowskiej”. A potem przysłała dwa zdjęcia.

Właśnie minęło 107 lat od jej śmierci.

Zaglądam do Wikipedii i znajduję skąpą notatkę o mieście. Połowę wpisu stanowi informacja o pochowanych tu Polakach. Grzebano ich na dwóch sąsiadujących ze sobą wzgórzach – cmentarzu Trabuquet czyli Katapulty i cmentarzu Vieux Château – Starego Zamku. Średniowieczny zamek w Mentonie wybudowano na wzgórzu zwanym Colla Regna, 78 m nad poziomem morza. W ciągu trzech wieków przechodził różne koleje losu i został ostatecznie opuszczony w 1650 roku. Ruiny, znacjonalizowane w czasie Rewolucji, zakupiła gmina Mentona w 1807 roku z przeznaczeniem na cmentarz. Zdjęcie grobu Lewandowskich jest wizytówką i miasta, i samego cmentarza na Wzgórzu Zamkowym.

W 1873 roku, pisze Wikipedia, w Mentonie zmarł Władysław Krasiński, najstarszy syn Zygmunta Krasińskiego. W 1880 roku zmarł tu zesłaniec i pisarz Bronisław Zaleski, a 18 marca 1899 roku – Izabella Działyńska i w tym samym roku – Feliks Kołyszko, jeden z przywódców Powstania styczniowego na Litwie. Pochowano tu także takich polskich malarzy jak: Konstanty Przecławski i Władysław Hirszel.

O Lewandowskiej Wikipedia nie wspomina, a, mimo iż kęs czasu już upłynął od wizyty Iwony w Berlinie, autorka zdjęć i duchowa współautorka tego wpisu nadal nie znalazła notatek z wycieczki na Riwierę w maju 2015 roku. Szukam więc w internecie.

Niemal natychmiast znajduję hasło l’tombeau de lewandowska. Zdjęcie już znam, bardziej interesuje mnie podpis, ale i on niewiele wnosi do tego, co już wiem: Grave of the Polish Lewandowska family in the cemetery of Menton (Alpes-Maritimes, France), with an allegory of the Resurrection.

Czyli nie Anioł tylko Rezurekcja (duszy? ciała? utraconej ojczyzny?) i nie grób Janiny, lecz całej familii Lewandowskich. Znajduję jeszcze jedno zdjęcie. W tle zdjęcia Iwony są Alpy, a tu w dole widać Morze Śródziemne. Niezwykła jest lokalizacja grobu a przeto i samej rzeźby, sugerująca, że dusza nieśmiertelna wyrywa się właśnie teraz, w tej chwili do lotu ku niebu.

Na cmentarzu pochowano mnóstwo sławnych osób, w tym słynnego grafika Art Nouevau, Aubreya Beardsleya. Urodził się w roku 1872, zmarł w wieku lat 26 w Mentonie. Ilustrował Salome Oskara Wilde’a, a jego prace są symbolem stylistyki secesyjnej. Zmarł na gruźlicę i przychodzi mi do głowy, że mogło tak być, że do Mentony przyjeżdżali gruźlicy, żeby tu umrzeć. A mój pradziadek, znany lekarz warszawski, był specjalistą chorób laryngologicznych i płucnych, jeździł do słynnego Davos, żeby się zaznajomić ze stosowaniem zabiegu odmy płucnej i to on zastosował ją po raz pierwszy w Polsce. Niewykluczone, że taki pan, nawet jadąc na wakacje, coś tam przy okazji chciał zobaczyć, co wiązało się z jego profesją.

Janina z Jełowickich Lewandowska żyła 27 lat i przypuszczam, że podobnie jak Beardsley zmarła w Mentonie na gruźlicę. Moje przypuszczenie potwierdza zbąszyński poradnik turystyczny online, którego autorem jest Roman Rzepa: Mentona była ulubionym miejscem wypoczynku dla ludzi majętnych chorych na gruźlicę. Łagodny klimat korzystnie wpływał na organizm zmęczony walka z chorobą. (…) Na cmentarzu w Menton znajduje się przepiękny nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej. Jest to dzieło Donato Barcaglio, znanego rzeźbiarza włoskiego, laureata licznych nagród tak w Europie, jak i w Ameryce, a także właściciela największej pracowni rzeźbiarskiej w Mediolanie. Pomnik ma formę masywnego, elegancko zdobionego sarkofagu z otwartym wiekiem, z którego ulatuje piękna, spowita w miękki całun, postać młodej kobiety. Identyczna rzeźba znajduje się na Powązkach.
Jak już wiemy, ta kobieta to Zmartwychwstanie – Rezurekcja. Sprawdzam informację o Powązkach i zaiste – rzeźba Barcagalio zdobi tu grób Lusi (Heleny) Raciborowskiej (1881-1899). Dziewczyna była jeszcze młodsza niż Janina i żyła zaledwie 18 lat. „Sowa”, autor bloga o Powązkach pisze: Jest to chyba najpiękniejszy pomnik Starych Powązek, chociaż (niestety) ani on polski, ani – w skali świata 😉 – jedyny. O pięknej, spowitej w miękki całun, postaci niewieściej (co cytował już Rzepa) autor pisze dalej: Ręce ma złożone w geście modlitwy, a zarazem zachwytu, twarz pełną szczęścia i radości zwróconą ku niebu. Jakże się tu bowiem nie cieszyć: oto zabrzmiały dźwięki trąb anielskich i bezgrzeszna (z pewnością 😉), niespełna osiemnastoletnia Lusia unosi się do Raju.

Janina też.

„Sowa” pisze dalej:

Nagrobek ten doskonale pokazuje, na co było stać rzeźbiarzy włoskich przełomu XIX/XX w. Cała kompozycja pełna jest dynamiki i ruchu, podkreślonych przez rozwiane szaty zmartwychwstałej, układające się w miękkie fałdy. Artyście udało się niemal ożywić kamień, gdyż postać Lusi, choć wykonana przecież z twardego marmuru, sprawia wrażenie lekkiej, jakby naprawdę unoszonej przez niebiańskie powiewy. Cała scena zdaje się uchwyconą niczym na fotografii, świadcząc o perfekcyjnym warsztacie artysty.

Podziwiać należy nie tylko mistrzostwo dłuta, ale i hmm… „inżynierii rzeźbiarskiej”. Figura zmarłej jest bowiem mocno odchylona od pionu, a jednocześnie przymocowana do podłoża na dosyć niewielkiej powierzchni. Cała ta konstrukcja wytrzymała jednak niemal sto lat i dopiero na początku XXI w. konieczna była pilna interwencja konserwatorska, gdyż sarkofag zaczął pękać.

Właśnie dynamika rzeźby Barcaglia zdecydowanie wyróżnia pomnik Lusi spośród innych nagrobków powązkowskich. Można śmiało powiedzieć, że nie ma drugiego tak „żywego” posągu w naszym „mieście umarłych”, bo też polska skulptura (zwłaszcza cmentarna) rządziła się innymi prawami niż włoska. Na cmentarzu winien bowiem dominować nastrój powagi, któremu odpowiadały formy statyczne, a nie jakieś tam rwące się w niebiosa, rozegzaltowane niewiasty. Dlatego też włoski weryzm, zwłaszcza w tak „czystej” formie, jak pomnik Lusi, jest na Starych Powązkach reprezentowany zaledwie przez kilka nagrobków, na czele z najbardziej okazałym monumentem, właśnie Raciborowskich.

Na Cmentarzu Powązkowskim jest to jedyny tego typu i klasy nagrobek, ale okazuje się, że w skali światowej to żaden unikat. Na cmentarzu w Menton znajduje się nagrobek Janiny z Jełowickich Lewandowskiej, który jest prawie taki sam jak Lusi Raciborowskiej. Drobne różnice występują w sarkofagu: „warszawski” ma mniejsze wieko i brak na nim kartuszy herbowych (Jełowicki i Dołęga). Ponadto, konserwacje przeprowadzone w ostatnich latach, sprawiły, że powązkowska rzeźba prezentuje się świeżo, a kontury nie są tak wygładzone, jak na pomniku we Francji.

Wybór nagrobka dla młodej kobiety w Mentonie i dziewczyny na Powązkach odbył się zapewne na zasadzie kontaktów rodzinnych. Badacz kresowych genealogii rodzinnych, Krzysztof Pankowski ustalił, że rodzina Raciborowskich pochodziła z Podola, podobnie jak familie Lewandowskich oraz Jełowickich. Raciborowscy i Lewandowscy byli bliskimi sąsiadami: Wolica Zarubieniecka, należąca do Raciborowskich, była o 12 kilometrów oddalona od posiadłości Lewandowskich – Chodorkowa. A że w owych czasach małżeństwa aranżowano miedzy sąsiadami, nie może dziwić, że Wincenty Raciborowski ożenił się z Antoniną Lewandowską. Również Jełowiccy pochodzili z Podola. Niestety nic nie wiadomo nie tylko o samej Janinie, ale też nie bardzo wiadomo, który to Lewandowski się z nią ożenił. Pankowski przypuszcza, że mógł to być jeden z tzw. synów niedziedziczących z Chodorkowa, być może związany z Francją profesor Nikodem Lewandowski, po którym pozostała w Chodorkowie bogata biblioteka polsko-francuska. Więzy rodzinne i sąsiedzkie tłumaczyłyby zatem, dlaczego nagrobki na cmentarzach w Warszawie i w Mentonie są niemal identyczne.

Der Comenius Garten

In zwei Tagen laden wir zu einer Stadtbesichtigung in Rixdorf ein. Heute möchten wir über einen Garten berichten, den wir an dem Tag besuchen werden. Der Comenius Garten.

Alles beginnt mit einer Überraschung. Man geht die Richardstrasse entlang, die Hauptstrasse des sog. Bömischen Dorfes in Berlin. Auf einer Seite der Strasse kleine Häusschen, die so typisch für Rixdorf sind, auf der anderen – das sieht man an jeder Stadtteilkarte – der Comenius Garten. Eine nicht besonders spektakuläre Grünanlage, rechts Büume, daneben Rasen, der Kiesweg, ein paar Banken, kleine Greenoase, die von der Strasse von einem Holzzaun getrennt ist. Holzzaun, kleines Tor. Zu. Man schaut irritiert, findet die Infotafel mit Öffnungszeiten, prüft nach. Ja, es ist geöffnet. Ist aber zu.

Und wenn man es nicht weiß, kommt man nicht rein. So einfach ist es. Man muss wissen, um etwas zu erreichen. Lernen, Infos sammeln, nachdenken… Ganz im Sinne des Comenius, der ein Pädagoge war.

Johann Amos Comenius
(Komensky)

* 28. März 1592 in Nivnice, Südostmähren; † 15. November 1670 in Amsterdam, war ein tschechischer evangelischer Philosoph, Theologe und Pädagoge sowie Bischof der Unität der Böhmischen Brüder aus der Markgrafschaft Mähren.

Bild von Comenius (gemalt zwischen 1650 und 1670 bei Jürgen Ovens) im Rijksmuseum in Amsterdam.

 
Der Garten befindet sich eigentlich hinter der kleinen Grünanlage, die man von der Strasse sieht und ist ganz nach Comenius Idee omnes omnia omnino excoli angelegt, was ungefähr bedeutet, dass wir unser ganzes Leben lernen. Wir beginnen schon als Embryos und Enden im Moment des Todes.

Wie man in den Garten docht reinkommen kann und wie er aussieht, dies erzählen wir in zwei Tage.

See you am 15. September um 14 Uhr vor der Neuköllner Oper.

Für alle andere kommt die Erklärung heute nacht 🙂

 

 

O utopiach (Barataria)

Dla Konrada

Ewa Maria Slaska

Młody człowiek spędził u mnie jakąś część wakacji. Rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, choć tak naprawdę to nie wiem, czy rozmawialiśmy o utopiach. Ale na pewno były podskórnie cały czas obecne. Jego zajmują utopie, bo jest jeszcze młody, mnie – bo już jestem stara.

On wie, czego chce, ja wiem, czego się nie da osiągnąć, choć mimo to nie należy ustawać w wysiłkach.

Inteligentni młodzi ludzie czytają inteligentne książki i pełnymi garściami czerpią z nich wiedzę o świecie. Dziesięć lat temu inny wówczas taki młody inteligentny człowiek poinformował mnie, czerpiąc wiedzę z mądrych książek, że każdy w Niemczech zarabia  (minimum) 3000 euro miesięcznie i odłożył na boku średnio milion euro. Młody człowiek mieszkał w Polsce, a ja w Niemczech i mimo że bywał u mnie i widział na własne oczy, że ani trzy tysiące co miesiąc, ani odłożony milion, za nic nie mogliśmy się porozumieć, bo teoria była mocniejsza.

Choć chętnie bym na nią przystała.

Inteligentna książka przeczytana latem 2019 roku dotyczy ekonomii. Zawsze i wszystko co mądre, musi dotyczyć ekonomii – wszyscy to wiedzą oprócz ludzi z mojego pokolenia z PRL-u, bo w PRL-u ekonomia była śmiertelnie nudnym elementem ucisku socjalistycznego, a zajmowanie się nią obiecywało wprawdzie karierę, zarobki i wyjazdy za granicę, ale nie wynikały one z nabytej na studiach wiedzy, lecz z zaprzedania duszy komunie.

A tego nie chcieliśmy. Chcieliśmy być wolni, co rozumieliśmy jako stan, że możemy robić, co chcemy, i jako sytuację, w której nie musimy robić tego, czego inni od nas chcą. Warunkiem uzyskania takiego stanu było studiowanie czegoś bardzo nie-komunistycznego i zarazem nie-pragmatycznego. Lekarz i dentysta byli wprawdzie lepsi od ekonomistów, ale ciążyło na nich odium, że studiuje się “to” nie z zamiłowania, lecz z chęci zysku, co nieomalże zrównywało zawody w białych fartuchach z producentami lodów, parasolek i torebek. Nikt zresztą nie wiedział na pewno, czy zawody obiecujące dobre zarobki, nie obiecują ich w zamian za potulne zachowanie. Zresztą gdy byłam studentką, osobiście nie znałam nikogo, kto by studiował medycynę (choć oczywiście znałam lekarzy i miałam ich również w rodzinie).

Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiedzieliśmy więc, że na Zachodzie tacy jak my studiowali różnego rodzaju nauki społeczne. My, siłą rzeczy, wybieraliśmy zawody humanistyczne, nieważne, a zatem nie skłaniające władzy do korumpowania nas. Tak myśleliśmy.

Byliśmy bandą utopistów i wymarzyliśmy sobie świat, który teraz mamy i który jest, niestety, podłym wynalazkiem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że świat wolności od stałej pracy, a zatem (tak myśleliśmy) nacisku z góry, okaże się przedpieklem. To świat poszarpanego życia i biegania jak kot z pęcherzem za najgłupszymi nawet zleceniami. I nawet, jak w peerelowskim kabarecie, nie ma czasu, żeby załadować taczki. Nauczyliśmy się w tej wymarzonej przez nas utopii pierwszej i podstawowej zasady, jakiej w PRL-u w ogóle nie znaliśmy: wolność kosztuje! Nie jesteś wolny, jeśli przymierasz głodem. Trzeba było studiować coś konkretnego, zarobić jakieś konkretne pieniądze, założyć jakiś biznes, zostać prywaciarzem, ba, nawet bogato się ożenić lub wydać za mąż – mniejsza o to jak, ale trzeba było zadbać o to, by mieć w życiu pieniądze, bo bez pieniędzy nie kupimy i nie utrzymamy nawet rozpadającej się stajni na zapadłej wsi, w której my, wolne duchy i wolni ludzie, moglibyśmy się spotykać z innymi wolnymi duchami.

Ponadto nie chcieliśmy chodzić do pracy, przedkładaliśmy nad biuro i comiesięczny zarobek pracę wolnego umysłu w wolnym świecie, a  miała to być również taka praca, która zapewni nam rozwój wewnętrzny. Haha.

To się dziś nazywa praca na umowach śmieciowych. I taki był złośliwy koniec utopii mojego pokolenia. Jesteśmy biedni, nie mamy stałej pracy i stałych dochodów, harujemy w głupich pracach, niezgodnych z naszym wykształceniem i niegodnych naszych możliwości intelektualnych, niczego się nie dorobiliśmy, jeśli coś mamy to tylko dlatego, że nasi rodzice nam coś zostawili… Jesteśmy starzy i nie stać nas nawet na to, by sfinansować cokolwiek na większą skalę i udzielić komukolwiek jakiejkolwiek pomocy. Możemy co najwyżej pozbierać pieniądze na wydanie tomiku wierszy. Więcej, nawet zbiorowym wysiłkiem, nie osiągniemy.

Przeżyliśmy na tej drodze od młodzieńczych utopii do ich starczej realizacji kilka chwil zdumienia. Gdy upadła Komuna ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że dorabiają się nawet najszlachetniejsi, że organizowaniem coraz lepszych zarobków i zamożnego bytu zajęli się zarówno działacze solidarności jak księża.

Dowiedzieliśmy się też, że na Zachodzie utopiami zajmują się dobrze ustawieni starcy, a nie, jak u nas, młodzi ludzie nie posiadający niczego.

Było też oczywiście odkrycie, że podczas gdy my walczyliśmy za wolność naszą i waszą, o zlikwidowanie komuny, uznanie pacyfizmu i wegetarianizmu, miłości wolnej od konwenansów i przymusu ślubu i macierzyństwa, gdy konstruowaliśmy podwaliny tego, jak ma wyglądać świat przestrzegający praw kobiet, dzieci, chorych, kolorowych, starców i inwalidów, gejów i lesbijek, pod naszymi skrzydłami, nawet nie pół pokolenia po nas wyrośli ludzie, którzy bez żenady weszli na miejsca, których my nie zajęliśmy, bo mieliśmy w głowie wolność, równość, solidarność, i na tych miejscach nieźle się dorobili.

Ale chyba najgorszym zdumieniem było to, że zanim minęło ćwierć wieku, to, co osiągnęliśmy, przestało kogokowiek obchodzić, nasze utopie przejęli bogaci i rozsiedli się szczupłymi bogatymi tyłkami na naszych starych kanapach, które nagle stały się cool. Naszą sztukę produkują teraz agencje, nasze myśli – tekściarze, nasze ubrania – disajnerzy.

I to wszystko moglibyśmy byli przewidzieć, gdybyśmy czytali mądre książki i studiowali ekonomię. Ale myśmy czytali Manna, Prousta i Joyce’a, starych zapatrzonych w siebie, nudnych mężczyzn. I żebyśmy przynajmniej czytali Balzaka – on wiedział, jak to jest być człowiekiem, który nie ma pieniędzy w świecie, który te pieniądze ma.

Po tej wycieczce w perelowski świat mojej młodości wracam wreszcie to głównego tematu tego wpisu czyli mądrej książki przeczytanej tego lata przez mądrego młodego człowieka.

O yeah: The point is: to keep walking. Robić. Nie oglądać się, czy to coś daje. Bo jak nie będzie idealistów, którzy ustawili na horyzoncie utopię i idą do niej, mimo że wiedzą, iż jej nie osiągną, a sami zemrą w biedzie i zapomnieniu, świat stanie się potworną areną bezwzględnej walki o zysk. Jeśli myślicie, że już to mamy, to gwarantuję wam, że się mylicie. Jak zabraknie idealistów i utopii, nawet wywóz śmieci przestanie funkcjonować jak należy. Bądźmy więc zadowoleni, że wciąż komuś się chce okupować Wall Street, a komuś, mimo Aspergera, stanąć z transparentem pod budynkiem senatu, że są młodzi ludzie, którym się chce uciekać ze szkoły na piątkowe demonstracje i że jest Ania Alboth, która postanowiła dojść do Aleppo, aby zwrócić oczy świata na zbrodnie wojenne w Syrii.

Bo jak nas nie będzie, nas i takich jak my…

Kolejna królewska zagadka

Ewa Maria Slaska

Jakoś mi tak tego lata zeszło na królów i królowe. Kto to?

Dla Konrada

Urodziła się w Trzebnicy.

Przez 42 lata była królową i rezydowała w pewnym słynnym pałacu dłużej niż jakikolwiek z jej poprzedników i następców płci obojga.

Jej mąż był królem i wnukiem króla, ojciec też był królem i to nawet dwukrotnie.

W ciągu dziesięciu lat urodziła dziesięcioro dzieci. Jeden z jej wnuków też był królem.

Była piękna i utalentowana.


I zagadka dodatkowa, dla bardzo dociekliwych. Królowa otrzymała od pewnego króla serwis do herbaty i czekolady wykonany w fabryce porcelany w Miśni, w ulubionym przez nią chińskim stylu. W skład serwisu wchodziło po 12 filiżanek ze spodeczkami do herbaty i do czekolady, odpowiednie dzbanki, dzbanuszki i cukiernice, piecyki do podgrzewania i… duża miska. Do czego służyła miska?

Jezioro kości Roopkund

Ewa Maria Slaska

Okropne wypadki na Giewoncie skłaniają do przypomnienia innych kończących się śmiercią katastrof górskich. Jest ich oczywiście wiele, ale zapewne najbardziej tajemnicze śmierci skrywają Himalaje, a już zwłaszcza tzw. Jezioro Kości.

Roopkund – zagadkowe Jezioro Szkieletów zlokalizowane jest w niemal całkowicie odizolowanej części Himalajów, na wysokości ponad 5000 metrów nad poziomem morza. Na dnie jeziora i na jego brzegach znajduje się około 500 ludzkich szkieletów. Jezioro zostało odkryte stosunkowo niedawno, bo dopiero w roku 1942 przez strażnika parku narodowego. Datowanie za pomocą węgla radioaktywnego wykazało, że szkielety pochodzą z czasów pomiędzy XII a XV wiekiem, jednak najstarsze znalazły się tu już w X wieku, a najnowsze – w XVIII, dzieli je więc tysiąc lat.

Skąd się wzięły te szkielety? Kto to był? Co się działo nad jeziorem Roopkund? Ofiary z ludzi jak w Chichen Itza? Mordy rytualne? Samobójstwa? Zemsta bogów gór? Nieznane bakterie albo wirusy? Jedna z teorii głosi, że były to gradobicia – grad miał mieć wielkość piłek tenisowych. Ofiar mogło być więcej, ich szkielety mogły zostać zasypane przez lawiny i osuwiska kamieni, mogły też zostać wchłonięte przez okoliczne lodowce, bo lód, jak wiadomo, wędruje. Ale nawet jeśli tak było – po co na przestrzeni tysiąca lat kilkaset osób przybyło do miejsca, gdzie nic nie ma i które nie leży na szlaku prowadzącym do jakiejś ludzkiej osady?

Można by się zastanowić, czy nie była to mistyfikacja, mająca zapewnić tym odludnym okolicom trochę turystycznego rozgłosu. Byłaby to może teoria najbliższa prawdy, ale rok 1942 doprawdy najgorzej na świecie nadawał się, by podjąć działania mające skłonić turystów do wycieczek. Już raczej do ucieczek. Ale czy było to miejsce, do którego można było uciekać z udręczonej Europy?

Ostatnie badania antropologiczne wykazują, że niektórzy zmarli byli duzi, a niektórzy mali. Cóż, można by powiedzieć, że wszędzie są ludzie mali i duzi, ale ponoć są to różnice rasowe. Byli więc przedstawiciele rasy wysokiej i rasy niskiej. Niektórzy z nich są… Europejczykami z okolic Grecji, a dokładniej Krety, to zapewne ci wyżsi. Dopóki nie było wiadomo, że niektóre szkielety są o tysiąc lat starsze od innych, dopisano jezioru Roopkund romantyczną historię – przybył tu kiedyś orszak świętujących władców z ogromną świtą (to ci wysocy), któremu towarzyszyła oczywiście masa tragarzy (to ci niżsi). Ich przybycie nie spodobało się bogini i zesłała na nich straszliwą zamieć. Podobno są nawet pieśni na ten temat. No ale nie ucztowali przecież tysiąca lat.


Cóż, może poproszę kochanych Czytelników, aby zechcieli utworzyć teorię, wyjaśniającą, co się wydarzało przez tysiąc lat nad Jeziorem Szkieletów? Można by nawet napisać jakieś opowiadanie :-).

Lonia

W dniu Jej śmierci córka umieściła na FB zdjęcie jednej z Jej prac i podpisała:
Longina Poterek-Krenz (16.2.1946- 28.8.2019), z cyklu “Incurably Alive”
Dziś pogrzeb.

Ewa Maria Slaska

Informacje na FB, gdy chodzi o śmierć są zazwyczaj bardzo skąpe. Data urodzenia i śmierci, kto nieuważnie przeczyta, nawet się nie domyśli, że to współczesna klepsydra,
i nekrolog, i list do rodziny i przyjaciół na całym świecie.

Odeszła. Płaczemy. Wspominamy.

Tak zostałyśmy narysowane przez naszą córkę i synową, Anię Krenz: Antoś pomiędzy dwoma babciami, Lonia po prawej, Ewa po lewej. Była wiosna 2011, ciepło, wyszliśmy całą rodziną na spacer i ciastka do kawiarni, która się chyba nazywała Kuchen-Cafe czyli Ciastkarnia.

Czasem chodziliśmy wszyscy razem na spacery, do muzeum, do kawiarni, czasem tylko my dwie, ale tak naprawdę pamiętam ją przede wszystki ze wspólnej gry w scrabble’a. Obie to uwielbiałyśmy, reszta rodziny – różnie, czasem z nami grali, czasem nie, więc, gdy tylko Lonia przyjeżdżała i wygospodarowałyśmy trochę czasu i miejsca na planszę, siadałyśmy “do skrabelka”. Pudełko scrabble’a jest pełne poliniowanych kartek – L/E albo E/L. Gdy grałyśmy we dwie nie było innych kombinacji. I bardzo równomiernie rozłożone wygrane – raz Lonia, raz ja, a potem znowu Lonia. Ta, która wygrywała, miała, bywało, zaledwie o dwa lub trzy punkty więcej od tej, która akurat przegrała.

Wnuk spał, syn i synowa (córka i zięć) wyszli, a my grałyśmy. Tak spędziłyśmy ostatniego Sylwestra. Dużo rozmawiałyśmy podczas gry – o wszystkim, o życiu, świecie, rodzinie, przyjaciołach. Taką ją na zawsze zapamiętam. Siedzi na przeciwko mnie przy stole, popija białe wino i opowiada o tym, jaki ma pomysł na następną pracę artystyczną – rok płóciennych poduszek, każda wypełniona jakąś rośliną, charakterystyczną dla danego miesiąca. Styczeń też?, zapytałam. Luty? Tak, odpowiedziała, w ogrodzie zawsze coś rośnie.

Ogród. Czarodziejskie miejsce. Dziki ogród, wymagający więcej pracy niż niektóre wymuskane grządki. Ukochane miejsce całej rodziny. Rajski ogród.

Na zdjęciu Antoś gra z babcią w piłkę. To ten ogród sprawił, że Antoś uważa, że w Polsce żyje się lepiej niż w Niemczech, a na wsi lepiej niż w mieście (choć Puszczykówko to nie wieś przecież, tylko miasteczko).

Lonia i Antoś tępią ślimaki. Lonia i Antoś karmią kota, Rysia. Lonia i Antoś wyrywają małe dęby (zawsze, jak mi o tym opowiadali, myślałam o Małym księciu i baobabach, które mogły rozsadzić planetę). Lonia gra z Antosiem w piłkę.

Zawsze w rajskim ogrodzie, pełnym kwiatów o każdej porze roku.

Mam w kuchni jej obraz pełen takich właśnie skromnych kwiatów. Była jak Wyspiański, widziała piękno w każdym najmniejszym kwiatuszku.

Lonia z Anią tyle lat temu.

Patrzę na to zdjęcie i myślę – tak, taka byłaś. Znałyśmy się już wtedy, co się większości “współteściowych” nie przydarza. Ale nam tak.

Gdy się dowiedziałam o twojej śmierci, byłam w mieście. Szłam powoli do domu i po drodze minęłam galerię CRONE na Fasanenstrasse w Berlinie.

Do dziś jest tam wystawa Milena Tilla, zatytułowana Signature. Przypomniały mi się nasze wspólne szczęśliwe czasy, gdy przyjeżdżaliście na wernisaże do Galerii ZERO, którą prowadziły na Kreuzbergu nasze dzieci. Czasem, gdy była pogoda, wystawialiśmy stoły i ławki na ulicę i jedliśmy nieśmiertelny makaron z sosem pomidorowym. Weszłam do Galerii, zobaczyłam, że każdy może się podpisać na ścianie. Więc podpisałam Ciebie.

Dziś po finisażu ściany galerii zostaną z powrotem zamalowane na biało. Tam się kiedyś spotkamy, w tej białej przestrzeni.

Lonia.

Zawsze z książką lub gazetą, zawsze z krzyżówką i kubkiem kawy, takiej po polsku, sypanej. Miejmy nadzieję, że tam też będzie ją mogła pić.

Do zobaczenia, Loniu! Pozdrów od nas wszystkich.

Streifzüge durch Berlin: Gradiva

Heute vor 1940 Jahren

Ewa Maria Slaska

Fotos oben: Regine Lockot

Ich schlendere durch Berlin, habe Zeit, das Wetter ist schön, auf dem Mittelstreifen von der Kurfürstenstrasse sehe ich vom Weiten eine weisse antike Frauenfigur. Ich gehe hin, schaue mir eine schöne Skulptur an und denke, dass sie mich irgendwie an diese ebenso schöne Fresco von Flora in Stabie, Schwesterstadt von Pompei und Herkulanum erinnert. Diesselbe ungezwungene und fröhliche Atmosphäre, diesselbe schöne, sicher auftretende junge römische Frau.

Ich lese den Text auf der anderen Seite des Reliefs:

GRADIVA

Vom 25. Bis 27. September 1922 fand hier, in der Kurfürstenstraße 115/116, im „Haus des jüdischen Brüdervereins gegenseitiger Unterstützung” der 7. Internationale Psychoanalytische Kongress der Internationalen Psychoanalytischen Vereinigung (IPV) statt. Er war der letzte, an dem Sigmund Freud persönlich teilnahm.

Nach einer Blütezeit der Psychoanalyse im Berlin der 20er Jahre wurden ab 1933 alle jüdischen Psychoanalytiker durch die Nationalsozialisten aus Deutschland vertrieben. Die Deutsche Psychoanalytische Gesellschaft mußte 1938 aufgelöst werden.

Zum Thema „Erinnern, Wiederholen und Durcharbeiten in Psychoanalyse und Kultur heute” kamen zum ersten Mal nach dem 2. Weltkrieg wieder Psychoanalytiker der Internationalen Psychoanalytischen Vereinigung nach Berlin, um hier vom 25. bis 29. Juli 2007 den 45. Internationalen Psychoanalytischen Kongress abzuhalten.

Bis zu seiner erzwungenen Emigration 1938, hing ein Gipsabdruck der „Gradiva” neben Sigmund Freuds Couch in Wien. Seine Interpretation der Gradiva-Novelle von Wilhelm Jensen ist die erste größere psychoanalytische Untersuchung eines literarischen Werkes.

Sigmund Freud fand in London Exil.
Dort starb er am 23. September 1939.


Schöne Idee. Schöne Art einen Kongress und einen großen Mann zu erinnern. Im Internet finde ich auch das Buch.

Gradiva: Ein pompejanischen Phantasiestück
von Wilhelm Jensen
mit Vorwort von Sigmund Freund

Dresden/ Leipzig 1903

Beim Besuche einer der großen Antikensammlungen Roms hatte Norbert Hanold ein Reliefbild entdeckt, das ihn ausnehmend angezogen, so daß er sehr erfreut gewesen war, nach Deutschland zurückgekehrt, einen vortrefflichen Gipsabguß davon erhalten zu können. (…)  Ungefähr in Drittel-Lebensgröße stellte das Bildnis eine vollständige, im Schreiten begriffene weibliche Gestalt dar, noch jung, doch nicht mehr im Kindesalter, andrerseits indes augenscheinlich keine Frau, sondern eine römische Virgo, die etwa in den Anfang der Zwanziger-Jahre eingetreten. (…) Wo war sie so gegangen und wohin ging sie? (…) Um dem Bildwerk einen Namen beizulegen, hatte Hanold es für sich ›Gradiva‹ benannt, ›die Vorschreitende‹.

Der Relief weckt in einem jungen Archäologen, der sie als Abguss in seinem Arbeitszimmer stellte, endlich Mal, würde man sagen, das Interesse an lebendigen Frauen. Genauer gesagt an deren Gangart, denn  er Versuchte unter seinen Zeitgenössinen eine zu finden, die den Fuß so anmutig und fast senkrecht beim Gehen  hielt wie eben die Gradiva.
Dann träumte es ihn, dass er sich in Pompei befände, wo er einige Male zur Forschungzwecke schon weilte. Im Traum war es grade der 24. Augusttag des Jahres 79, der den furchtbaren Ausbruch des Vesuvs mit sich brachte. Der Himmel hielt die zur Vernichtung ausersehene Stadt in einen schwarzen Qualmmantel eingeschlagen, nur da und dort ließen durch eine Lücke die aus dem Krater auflodernden Flammenmassen etwas von blutrotem Licht Übergossenes erkennen.

Er träumte immer noch, als er plötzlich Gradiva sah. Und wie es  im Traum oft passiert, schien es ihn normal, dass die Skulptur aus seinem Arbeitszimmer hier als lebendige Frau voranschreitet, in Gedanken versunken und somit noch nicht ahnend, was ihr und der ganzen Stadt bevorsteht. Bis dahin hatte ihn kein Gedanke an ihr Hiersein angerührt, jetzt aber ging ihm auf einmal und als natürlich auf, da sie ja eine Pompejanerin sei. (…) Dann indes, ihn jählings überfallend, kam ihm zum Bewußtwerden, wenn sie sich nicht eilig rette, müsse sie dem allgemeinen Untergang mit verfallen, und heftiger Schreck entriß seinem Mund einen Warnruf. Den hörte sie auch, denn ihr Kopf wendete sich ihm entgegen. (…) Sie schritt jedoch weiter, noch bis zum Portikus des Apollo Tempels hinan, wo sie sich zwischen den Säulen legte, von der Schwefeldünsten des Vulkans erstickt. Hanold wachte auf und erst nach langer Weile erkannte er, dass er nicht wirklich vor fast zwei Jahrtausenden dem Untergang an der Bucht von Neapel beigewohnt habe.

Plötzlich, und zwar nich im Traum, sondern Diesseits, erkannte er eine junge Frau, die drunten auf der Straße ging (…) leicht elastischen Schrittes dahin. Sie hielt mit der linken Hand ihren nur bis zu den Knöcheln herabreichenden Kleidsaum ein wenig aufgerafft, und seinen Augen erregte es den Eindruck, als ob bei der schreitenden Bewegung sich die Sohle ihres nachfolgenden schmalen Fußes für einen Moment auf den Zehenspitzen senkrecht vom Boden aufrichte. Er lief ihr nach. Vergeblich.

Sie war nicht zu finden und ihm war es in Berlin ohne sie unerträglich geworden. Er reiste sofort ab. Zuerst nach Rom, dann nach Neapel und letztendlich nach Pompei. Egal aber, wo er sich befand, störte ihn sofort alles, bis er sich selbst zugeben müsste, daß er mißmutig sei, weil ihm etwas fehle, ohne daß er sich aufhellen könne, was. Und diese Mißstimmung brachte er überallhin mit sich. Alles war zweck- und sinnlos, er selbst: taub und blind (…) auch die Natur war außerstande, ihm zu bieten, was er um sich und in sich vermißte. Nicht Mal der Besuch in Pompeji half ihn, seinen Spleen zu lindern. Sogar hier bemächtigte sich seiner Augen und geistigen Sinne eine entschiedene Gleichgültigkeit. Ja, sogar Pompeji war nichts mehr als außerordentlich nüchterner Schutthaufen. Als die Touristen zum Tisch gingen und herr Hanold alleine in der toten Stadt blieb, herrschte dort plötzlich vollkommene Reglosigkeit. Alles stand still, nur über den Vesuv hing eine wie eine Pinie geformte dunkle Rauchwolke. Es war unheimlich still und heiß, alles badete in der Sonne, als ob sich der große Pan zum Schlafen hingelegt hat. (…) Dann aber löste die Sonne die Gräberstarre der alten Steine, ein glühender Schauer durchrann sie, die Toten wachten auf, und Pompeji fing an, wieder zu leben. Mit geöffneten Augen blickte Hanold die Straße entlang, doch war’s ihm, als tue er’s in einem Traum. Darin trat plötzlich (…) etwas hervor, und über die Lavatrittsteine, die vor dem Hause zur anderen Seite der Strada di Mercurio hinüberführten, schritt leichtbehend die Gradiva dahin. Ganz zweifellos war sie’s; wenn auch die Sonnenstrahlen ihre Gestalt wie mit einem dünnen Goldschleier umgaben, nahm er sie doch deutlich und genauso im Profil, wie auf dem Relief, gewahr. (…) Zugleich mit dem Anblick aber war’s Hanold hell im Gedächtnis aufgewacht, daß er sie schon einmal so im Traum hier habe gehen seh’n, in der Nacht, als sie sich drüben am Forum ruhig wie zum Schlafen auf die Stufen des Apollotempels hingelegt hatte. Und mit dieser Erinnerung zusammen kam ihm noch etwas anderes zum erstenmal zum Bewußtwerden: Er sei, ohne selbst von dem Antrieb in seinem Innern zu wissen, deshalb nach Italien und ohne Aufenthalt von Rom und Neapel bis Pompeji weitergefahren, um danach zu suchen, ob er hier Spuren von ihr auffinden könne. Und zwar im wörtlichen Sinne, denn bei ihrer besonderen Gangart mußte sie in der Asche einen von allen übrigen sich unterscheidenden Abdruck der Zehen hinterlassen haben. (…) Die Gradiva überschritt in ihrer ruhigen Hurtigkeit die Trittsteine und ging, nun den Rücken wendend, auf dem Trottoir der andren Seite fort (…) und begab sich in das Haus des Meleager.

Hanold wußte nicht, nicht ob er wache oder träume.

Er ging ins Meleagers Haus, das, da es Mai war, voller wilder blühender Mohnblüten war, wie alle Häuser in der Totenstadt. Träumte es ihm, als er – nur etwa fünf Schritte von ihm entfernt, in dem schmalen Schatten, den ein einzelnes, noch erhalten gebliebenes Oberstück des Saalportikus herabwarf, zwischen zweien der gelben Säulen auf den niedrigen Stufen eine hellgewandete, weibliche Gestalt sitzen sah, die mit leichter Bewegung jetzt den Kopf ein wenig emporhob? (…) Er hatte gefunden, wonach er gesucht, was ihn unbewußt nach Pompeji getrieben; die Gradiva führte ihr Scheinleben in der mittägigen Geisterstunde noch fort und saß hier vor ihm, so wie er sie im Traum sich auf die Stufen des Apollotempels niederlassen gesehn. Auf ihren Knien lag etwas Weißes ausgebreitet, das sein Blick klar zu unterscheiden nicht fähig war; ein Papyrosblatt schien’s zu sein, und eine Mohnblüte hob sich mit rotem Scheine von ihm ab.

Er spricht sie zuerst Griechisch und dann auch Lateinisch an. Und sie antwortete auf Deutsch. Es wunderte ihn aber keineswegs. So musste es gewesen sein. Dann aber stand sie auf, ging ein paar Schritte fort und verschwand. Die Mittagsgeisterstunde war vorüber.

Am nächsten Tag ging er wieder hin, diesmal aber heimlich, durch einen unbewachten Eingang, zu Mittagsstunde ins Meleagers Haus. Unterwegs sah er eine ganz mit weißen Glockenkelchen behängte Asphodelos-Blütenschaft, die er abbrach und mitnahm. Wenn die Mittagsstunde endlich kam, sah Hanold sie wieder zwischen zwei Säulen sitzend. Da fragte sie: Bringst du mir die weiße Blume?

Dann sprechen sie miteinander, und stellen fest, dass sie sich schon einmal, vor fast zwei Tausend Jahren gesehen haben müssten. Er erzählt ihr von seiner Suche nach einer Frau, die genauso einen Gangart hat als sie auf dem Relief in Rom. Nach einer Weile nimmt sie die Blume und geht in die Unterwelt zurück, sie vereinbaren aber noch ein Treffen am nächsten Tag. Diesmal lies Gradiva, die übrigens Zoë – Leben heissen sollte, ein kleines Skizzenbuch zurück, in dem Pompeji von heute abgebildet ist – Ruinen, Steine, wilde Blumen.

Hanold weiss, dass er krank ist, dass ihm entweder sein Kopf oder sein Herz Spielchen spielen. Er trink zu viel Wein, er läuft den ganzen Nachmittag hin und her, trifft einen alten vermeintlich leicht verrückten Zoologen, der Eidechsen fängt, und versucht nicht darüber nachzudenken, was ihm geschehen ist. Er wandert ziellos, kauft irgendwo eine pseudo-antike Spange, von der er denkt, sie gehörte Zoë vor zwei Tausend Jahren, ließ sich eine (damals unglaubwurdige sogar für einen Archäologen) Geschichte erzählen, dass man in Pompeji ein Liebespaar ausgegraben hat, zwei Leichen, die sich eng umschlungen um zusammen, in den Tod zu schreiten, und stellt sich vor, die junge Fraue wäre eben Zoë-Gradiva. Mit keinem Gedanken würdigt er die Tatsache, dass wenn er Zoë das zweite Mal sieht, trägt sie helle Lederschuhe und nicht Sandalen, wie auf dem Relief.

Weitere Nacht geht vorbei. Diesmal pflückt Hanold unterwegs ein paar rote Rosen und geht ganz normal, seinen Eintritt zahlend, in die Pompeji-Stadt. Erst als er wieder vor dem Eingang zur Casa di Meleagro steht, fällt ihn ein, die liebende Frau hätte Zoë sein können und dies hätte bedeuten müssen, sie hätte einen Liebhaber, den in diesem Moment Hanold regelrecht hasst. Sie ist jedoch allein gekommen, wie auch gestern und vorgestern. Er gibt ihr Rosen und ihr Skizzenbuch zurück, fragt auch, ob die antike Spange Mal ihr gehörte. Sie verneint aber. Überhaupt benimmt sie sich, als ob sie ein modernes Weib wäre. Sie teilen sich ihr zweites Frühstück, dass sie in Kleidertasche mithatte. Sie assen schweigend, bis die Gradiva sagte: »Mir ist’s, als hätten wir schon vor zweitausend Jahren einmal so zusammen unser Brot gegessen. Kannst du dich nicht darauf besinnen?«

Aber dann ist sie doch ganz gegenwärtig und dazu noch kennt sie seinen Namen. Du bist doch offenbar verrückt, Norbert Hanold, sagt sie und in denselben Moment kommen ins antike Haus ihre Bekannte.

Er flüchtet. Ihm ist es klar, dass er, völlig ohne Sinn und Verstand zu glauben versuchte, dass er sich seit drei Tagen mit einer wieder lebendig gewordenen jungen Pompejanerin traff.

Er flüchtet und daher ist nur der Leser und nicht auch Hanold, der erfährt, dass Zoë mit ihrem Vater, dem alten Zoologen, in der abgelegenen Albergo del Sole wohnt.

Da sehen sie sich wieder in einem anderem alten pompejanischen Haus. Ein leicht verrückter junger Archäologe und eine junge Dame vor Welt. Sie ist Tochter eines bekannten Zoologen Richard Bertgang und wohnt mit ihrem Vater in Berlin dem Haus, wo Hanold wohnt, schräg gegenüber. Sie kennt ihn also und zwar seit eh, er sie nicht mehr, weil er ein typischer Wissenschaftler geworden ist – zerstreut. Sie gesteht, dass sie, als sie entdeckte, was er im Kopf hat, mit ihm gespielt hat.

Daher also die Schuhe statt Sandalen. Und daher kennt sie seinen Namen.

Und am Ende werden sie heiraten!

🙂


Was der Freud darüber denkt? Lesen Sie HIER.

Zbiórka na Palimpsest

Wejdź TU, żeby wesprzeć projekt

Od Adminki:

Na portalu Polak potrafi mój przyjaciel, brzeski autor Radek Wiśniewski zbiera na wydanie książki. Tak sobie pomyślałam, że w zeszłym roku zbierałam na urodziny na czyszczenie oceanów. W tym roku też bym Was poprosiła, żebyście wpłacili pieniądze na oceany, ale właśnie jak zamierzałam uruchomić akcję, Radek przysłał informację o swojej nowej książce. Proszę Was więc, jeśli chcieliście jakoś “obejść” moje urodziny, to wpłaćcie proszę choćby to słynne jedno euro na wydanie książki “Palimpsest powstanie” Radosława Wiśniewskiego.

Moich urodzin i tak już nigdy więcej nie będę obchodziła, ale to przecież nie zmienia faktu, że mogę liczyć na to, że chcieliście mi kupić kwiaty albo wino, a wydacie mi na urodziny książkę Radka.

Radek pojawia się na blogu dosyć rzadko, choć kiedyś obiecywał, że będzie to robił raz na tydzień, ale bogać tam – obiecanki-cacanki, a adminka skoro nie płaci honorariów, to wymagać nie może. Tak czy owak, każdy tekst Radka na tym blogu to Ruchome Święto, jak kiedyś Paryż i Nowy Jork, a dziś pewnie raczej Berlin.

O projekcie
Celem projektu jest wydanie w wersji papierowej książki “Palimpsest powstanie” Radosława Wiśniewskiego.

Jedyne koszty jakie blokują projekt, to koszty druku i składu dtp.

W ramach dotychczasowej pracy nad projektem z Fundacją “Nowoczesna Polska”  przeprowadzono już niezbędną redakcję literacką, historyczną, korektę, książka została także już zilustrowana.

Koszty druku są szacowane na około 8000 złotych – książka będzie miałą około 300 stron z kolorowymi ilustracjami i nakład około 500  numerowanych sztuk.

O samej książce tak napisał Paweł Kozioł:

Palimpsest Powstanie Radosława Wiśniewskiego, opowiadający o Powstaniu Warszawskim, a jeszcze ściślej: będący swoistym przeglądem czy prześwietleniem pamięci jednostki, której ten temat leży na sercu, trudno zaklasyfikować pod względem formalnym. Jest to esej? Osobliwy rodzaj gawędy wojennej traktującej o wojnie, w której gawędziarz nie uczestniczył? Może, biorąc pod uwagę nagromadzenie szczegółów, reportaż bez uczestnictwa?

Zupełnie jednoznaczne jest natomiast oddziaływanie emocjonalne utworu, sytuujące się gdzieś pomiędzy apelem poległych a wywoływaniem duchów. Autor umiejętnie przechodzi od szerokiej perspektywy ginącego miasta do jednostkowych, przeważnie tragicznych losów. Szczególnie dba o przybliżenie czytelnikowi swoich bohaterów, nawet tych, o których wiadomo niewiele, stara się zrekonstruować ich charaktery z dostępnych strzępków informacji. Opowieść ma przy tym mocne podstawy źródłowe. Mimo jej meandrycznego toku czytelnik może mieć pewność, że fakty zostały sprawdzone. Relacja budzi zaufanie na poziomie biografistycznym, historycznym i zwłaszcza geograficznym, bo z tekstu przebija dojmująca świadomość kurczenia się przestrzeni opanowanej przez powstańców.

Pamięć pozostaje żywa, dopóki można się do niej odwołać w sposób nieoficjalny. A takie jest przecież pochodzenie Palimpsestu PowstanieRadosława Wiśniewskiego. Notki, które potem weszły w jego skład, w pierwszej chwili publikowane były na Facebooku. Tym większe wrażenie wywiera fakt, że ten materiał udało się zebrać w jednolitą całość.”

Książka powstawała kilka tygodni w ciągłej interakcji z czytelnikami w serwisie społecznościowym. Tworzyła się dosłownie na oczach publiczności. Teraz ma szansę na utrwalenie.

Dzięki znanemu rysownikowi Tomaszowi Bohajedynowi została zilustrowana.

Dzięki ludziom z Fundacji Nowoczesna Polska zyskała profesjonalną redakcję literacką i historyczną. Stała się też dzięki nim książką elektroniczną.

Książkę można przejrzeć w wersji elektronicznej za darmo w serwisie “Wolne Lektury”:

https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/wisniewski-palimpsest/

W razie wątpliwości pisz:

cuchulain@o2.pl

Dzięki Tobie, książka może się stać dotykalna, jako coś co można mieć ze sobą, odbywać podróże dosłownie i w przenośni.

Wejdź TU, żeby wesprzeć projekt

Twórca Projektu otrzyma wszystkie środki, które zostaną wpłacone, bez względu na osiągnięcie kwoty minimalnej (model “bierzesz ile zbierzesz”). Projekt kończy się 28.09.2019 22:10

Podróż do głębin inscenizacji

Ewa Maria Slaska

… czyli z Berlina do Warszawy

Po raz pierwszy usłyszałam o inscenizacji pewnie ze 25 lat temu. Oddawałam mieszkanie. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami, mieszkanie musiało być czyste i puste. Puste oznaczało również bez wykładzin na podłodze. Gdy je zdjęłam, okazało się, że w obu pokojach linoleum było pochlapane farbą. Zamówiłam dziewczynę do sprzątania i powiedziałam, że chodzi mi tylko o podłogi. Ma je wyczyścić tak, by komisja odebrała ode mnie mieszkanie. Było mi obojętne, ile to będzie kosztowało. Następnego dnia wieczorem dziewczyna oddała mi klucze i kazała zapłacić 100 marek. Wszystko zrobiłaś?, zapytałam. Tak, odpowiedziała. Zapłaciłam jej stówę i pojechałam obejrzeć, jak wyglądają podłogi. Gdy weszłam do mieszkania – zmartwiałam. Podłogi pełne były białych wielkich i małych kleksów olejnej farby. Zapłaciłam stówę za przetarcie ich po wierzchu mokrą szmatą. Spędziłam całą noc, usuwając kleksy farby szpachelką. Jeszcze dziś bolą mnie ręce, gdy przypomnę sobie tę robotę. Gdzieś koło północy pojawił się mój ówczesny „narzeczony”. Pracował jako nocny taksówkarz i nie mógł, biedactwo, pomóc mi w walce z farbą. Przywiózł nam jakieś tureckie jedzenie. Gdy mu się poskarżyłam, że to straszna harówa, powiedział, że jemu to wygląda na inscenizację. Zjadł, wypił herbatę, zabrał worek pełen zeskrobanej farby i pojechał. Skrobałam do 7 rano, rozmyślając o słowie inscenizacja. Najwyraźniej oznaczało coś więcej niż reżyserię sztuki teatralnej, ale nie wiedziałam co.
O 7 wykąpałam się, przebrałam w czyste ciuchy, o 8 przyszła komisja – odebrali mieszkanie, poszli. Pojechałam do siebie i padłam spać.
Wieczorem przy kolacji zapytałam „narzeczonego”, co ja jego zdaniem z
ainscenizowałam? Wojenne przeżycia twojej matki, odpalił bez chwili namysłu.

Dopiero teraz, w ćwierć wieku później, postanawiam sprawdzić, co to za słowo – inscenizacja? Inscenizacja, czytam w Wikipedii, to całokształt prac twórczych związanych z wystawieniem pewnego utworu na scenie. Innych opcji po polsku nie ma. „Narzeczony” był przez dziesięciolecia pacjentem niemieckich psychoanalityków. Nie jest wykluczone, że muszę sprawdzać nie inscenizację polską, lecz niemiecką. Inszenierung. I rzeczywiście. Selbstinszenierung, samoinscenizacja – gdy ktoś świadomie odgrywa jakąś rolę przed widzami lub kamerą i świadomie ją kontroluje. To oczywiście znane zjawisko, wystarczy pomyśleć o eleganckich politykach, którzy na potrzeby kampanii przedwyborczej prezentują się w robociarskich ciuchach. Albo na odwrót – nieudaczni przybierający futro i pozy zwierzęcia alfa. Często samoinscenizacja ma sobie coś dosłownie teatralnego, jaskrawe światło, kostium, makijaż, gesty i mimika. W indywidualnych inscenizacjach, objawiających się często w sytuacjach kryzysowych (no, skrobanie farby po nocy na pewno było sytuacją kryzysową!) chodzi o odsłonięcie pewnych ukrytych informacji, takich, które w życiu codziennym spychamy i których istnienie negujemy. Takie prywatnie inscenizacje mogą oznaczać „całość osobowości osoby inscenizującej w konkretnej sytuacji” – podobno robimy to, by sprawdzić, jak działamy w określonej sytuacji i jednocześnie wpłynąć na nasze otoczenie.

Tak, niewątpliwie „narzeczony” miał rację. Czy ja wtedy, te 25 lat temu, skrobiąc podłogi, rzeczywiście inscenizowałam sama dla siebie los mojej matki, ukrywającej się u ludzi podczas wojny, tego nie wiem. Ale może być. Mama nigdy nie mówiła o tym, czego od niej wymagało takie ukrywanie się. Podejrzewam, że uzupełniłam moją niewiedzę o tym, jak mogło wyglądać jej życie tym, co wiedziałam, a wiedziałam, że kilkunastoletnia sierota, jest wydana na pastwę złości i niegodziwości ludzkiej. Jak w Słoneczku Buyno-Arctowej, jak w Sierotce Marysi, jak w Tajemnicach Motyli. Wprawdzie znałam też pozytywne wersje tego losu – Anię z Zielonego Wzgórza, Rasmusa i Włóczęgę – ale najwyraźniej moja wewnętrzna potrzeba inscenizacyjna kazała mu przymierzać się do losu źle traktowanej sieroty, a nie sieroty kochanej.

Teraz myślę, że ta inscenizacja wcale nie dotyczyła losu mojej matki, tylko mojego własnego. Odegrałam scenkę rodzajową na swój własny temat pod tytułem „biedna uciemiężona kobieta i okrutni obojętni faceci”. Jeden z nich, który kiedyś mieszkał ze mną w tym mieszkaniu, pomalował ściany, zachlapał podłogi, zakrył je wykładzinami i zamilkł, a kiedyś i zniknął. Drugi czyli ówczesny „narzeczony”, nie poczuwał się do obowiązku pomocy, nie raczył się zniżyć do poziomu podłogi i ubrudzić sobie rączek, a jedynie przyjechał, popatrzył z góry na kobietę szorującą podłogę, dał jej jeść i elegancko zniknął. A ja to „łyknęłam”, bo, taka jest ta teza, którą zainscenizowałam, w życiu zawsze wszyscy mnie wykorzystują. Biedna sierotka, maskotka, idiotka.

Myślę też, że „narzeczony” wziął w tej grze świadomy udział i jego insynuacje w stosunku do samej inscenizacji a i jej interpretacji miały odwrócić moją uwagę od faktu, że to ON mi nie pomógł i nie popracował ze mną choćby przez chwilę. I że mogłabym mieć do niego pretensje, ale przyszpilona do podłogi strasznym słowem “inscenizacja”, nawet nie zająknęłam się na ten temat, że jego nocna praca jest wymówką i że tyle razy nie szedł do pracy, bo mu się nie chciało, mógł więc tym razem nie iść, żeby zamiast tego mi pomóc.

Na szczęście dawno już wstałam z tej diabelnej podłogi i zapomniałam o tym, czym jest lub może być inscenizacja, dopóki pewnego zimowego dnia nie pojechałam z Sarą do Warszawy i nie spędziłam tam z nią trzech dni.

Celem inscenizacji jest wg Hansa Dietera Mummendey zwiększenie znaczenia zainscenizowanego ja („ja życzeniowe“ jak je nazywa badacz), rozszerzenie go o specjalne funkcje społeczne, zwiększenie jego społecznego oddziaływania, a w rezultacie sterowanie opinią, jaką na jego temat wyrobią sobie inni. Świadome sterowanie tym odbiorem, oddziaływanie nań i kontrolowanie.

Świadome!

Wiemy czy nie wiemy, co robimy? Inni też to robią?

Czy jeśli sama inscenizowałam, albo może to mój „narzeczony” inscenizował, a teraz na pewno inscenizowała Sara, to przecież zapewne musiałam widzieć dziesiątki innych inscenizacji. Czy umiałam je rozpoznać? Owszem, córka mojej koleżanki wielokrotnie i udatnie inscenizowała fakt, że jako dziecko nie mieli pieniędzy i dzieci głodowały. Przy czym “dzieci” jej tak po prawdzie nie interesowały. Głodowała ona. Czy była świadoma tych inscenizacji? Czy robiła, żeby manipulować nami, dorosłymi, wywoływać w nas wyrzuty sumienia, kazać nam się kajać… Tak było, ale czy świadomie? Czy inscenizacja jest manipulacją czy ekspresją siebie?

Czy więc jest przedtem świadoma siebie? I czy jest potem świadoma siebie?

Próbuję w myślach oddzielić inscenizacje od świadomych masek, które pokazujemy światu. Nie jest łatwo. Maski są nam potrzebne. Bez nich bylibyśmy nadzy. Maski noszą wszyscy, czy wszyscy zatem również inscenizują?

W przypadku Sary pytanie się jeszcze bardziej komplikuje, bo Sara jest psycholożką. Wydaje się zatem, że musi wiedzieć, co robi? Ale może wcale nie musi. Może tak samo jak każdy inny człowiek podlega przymusowi ekspresji, objawiającym się w inscenizacji. No ale, jak już się zrealizuje, jak już się zinscenizuje, to czy Sara już teraz, potem, wie, co zrobiła?

Sara.

Poznałyśmy się wiele lat temu. Prowadziliśmy wtedy projekt Radar Mobile Stereotypen Box i prosiliśmy ludzi, żeby wypełnili ankiety: co myślą o Polsce? Wydaje mi się, że Sara była ostatnią osobą, która ostatniego dnia projektu wypełniła ostatnią ankietę. Ale możliwe, że konfabuluję…

Sara zawsze była oryginalna i dziwna, ale na pewno zawsze można było na nią liczyć, jeśli trzeba było zebrać pieniądze. Na coś lub na kogoś. Była hojna. Dała nam 100 euro na zakup stu czarnych parasolek, których używałyśmy podczas czarnych protestów i wydarzeń przeciwko antykobiecej polityce PiS-u. Dała 100 euro dla Viktorii Bojko, uciekinierki z Majdanu, która bez niczego wylądowała w środku zimy w Warszawie.

Ta podróż to moja wina. Przygotowałam podatny grunt i nie miałam nic na swoją obronę. To nie metafora – to naprawdę wszystko moja wina. To ja bowiem powiedziałam Sarze, że w Muzeum Żydowskim Polin jest wystawa na temat krwi. Krew Sarę nadzwyczajnie wręcz interesuje. To ja namówiłam Sarę do wspólnego wyjazdu, to ja zamówiłam bilety na samolot i hotel, zapłaciłam i poprosiłam Sarę, by mi zwróciła poniesione koszty.

I jak już się to wszystko stało, ale też dopiero wtedy – zorientowałam się, że wystawa była rok wcześniej. Udowodniłam więc po raz kolejny, że jestem nieuważna i pospieszalska. Powinnam była zwrócić Sarze pieniądze i pojechać do Warszawy sama, załatwić to, co ja miałam tam do załatwienia. Ale nie, ja zrobiłam kolejny krok na trzęsawisku – przez telefon opowiedziałam kuratorce wystawy, jaki mam problem i poprosiłam, by spotkała się z nami, pokazała nam katalog i opowiedziała o wystawie. Sarze wyjaśniłam mój błąd, ale dodałam, że wystawa może być płaska i plakatowa, bo to wystawa dla tłumu, a ona spotka się z kuratorką i będzie mogła z nią porozmawiać o tematach istotnych.

Dlatego pojechałyśmy. Ja w poczuciu winy, Sara w poczuciu przewagi, choć obie nie wiedziałyśmy, że takie są nasze uczucia.

Byłam wielokrotnie u Sary w jej domu na wsi, gdzie wszystko jest w najlepszej jakości i wysmakowane, i pies, i szparagi, i meble, i ciuchy Sary, poduszki na kanapie i koce. Porcelana i ręcznie malowana ceramika. Wiem, moja przyjaciółka też jest psychoanalityczką i wiem, że to oznacza wysokie zarobki i wyrafinowany gust. W przypadku Sary są to grube drewniane stoły i atłasowe poduszki z dyskretnym, eleganckim ręcznym haftem. I drogie wełny z butików w drogiej dzielnicy.

Ile razy jeździmy z Tiną, by odwiedzić Sarę w tym jej domu nad Hawelą, zawsze po obiedzie dochodzi do momentu, kiedy proszę Sarę, by nam przeczytała fragment tego, co ostatnio napisała. Sara analizuje terror, dyktaturę, rzezie, mordy i pogromy, najczęściej sięgając do głębokich warstw podświadomości narodów, a tam krew leje się strumieniami. Prawdziwa i symboliczna. Nigdy nic nie pamiętam z tych wywodów, ale napawa mnie zbożną grozą groźna wiedza Sary o tym, co potrafi zrobić w nowoczesnym życiu stara ale nigdy nie pozwalająca o sobie zapomnieć krew plemienna.

Podjechałam po nią taksówką. Była 4 rano, było ciemno. Dopiero na lotnisku zobaczyłam, że Sara ma nadal rękę w gipsie. Sara złamała rękę jesienią, od tego czasu minął kwartał, widać coś się zrastało nie tak jak trzeba. Nie było rady, Sara nie mogła nosić torby – musiałam ją przejąć. Umocowałam jej podartą torbę na walizce i ciągnęłam z trudem, bo w mojej walizce były trzy rzeczy na krzyż, ale torba Sary była ciężka. Taki był początek inscenizacji. Sara w brzydkich rzeczach z brzydką i podartą torbą, z ręką w gipsie, w wielkim czarnym płaszczu i w strasznej czarnej skórzanej czapce na głowie, z dachem i nausznikami. Sara jak ogromny stróż nocny.
Powinna dzierżyć w garści łopatę do odśnieżania albo miotłę. Sara dramatycznie pociąga nosem.
Daję
jej chusteczkę do nosa. Sara wciąż jakiejś szuka i jak trzeba – nie ma. Za każdym razem zdjemuję plecak, wyjmuję chusteczki, daję jej jedną.
Dziecko.

Odbieram od stróża podartą torbę, zahaczam o rączkę mojej walizki na kółkach i ciągnę.
Czekamy. Ciągnę. Wsiadamy do samolotu. Ciągnę, aż uwolni mnie stewardessa.

Nie mogę pojąć, skąd Sara w ogóle wytrzasnęła takie paskudne ciuchy, taką ohydną czapkę, taką wyświechtaną torbę. I dlaczego ma to wszystko na sobie i ze sobą. Dlaczego elegancka zamożna kobieta ubrała się na tę podróż w łachy nędzarki?

Sara śpi.

Wysiadamy. Pytam czy chcemy wziąć taksówkę. Wyjaśniam, że na miejscu mamy około 10 minut do przejścia. Sarze nie przeszkadza. Jedziemy autobusem, a potem ja ciągnę walizkę i torbę Sary.

Ciągnę.

Docieramy do hotelu. Lokuję ją w pokoju. Idę. Wrócę za godzinę. Jedziemy do Muzeum. Podchodzimy, Sara z daleka zachwyca się piękną bryłą muzeum i wejściem przez łuk w kształcie hebrajskiej litery alef.
Gdzie my jesteśmy?
pyta Sara. No jak to gdzie, odpowiadam. W Muzeum Żydowskim. O, mówi Sara, nie wiedziałam, że idziemy do Muzeum Żydowskiego. Przecież mówiłam i pisałam. Nie, nic nie wiedziałam.
Potem sprawdzę i wyślę jej
ponownie mojego maila, tego pierwszego, kiedy jeszcze myślałam, że obejrzymy wstawę o krwi. Pierwsze zdanie zaczyna się od słów Jüdisches Museum in Warschau. Sara skwituje to krótko – klasyczny żydowski problem, musiałaś mi udowodnić, że to nie twoja wina…
No, ale to oczywiście moja wina i obie to wiemy.
Rozmowę z kuratorką zaczynamy od informacji, że Sara nie wiedziała… I że się dziwiła, że Polaków interesuje problem krwi.
Z rozmowy niewiele wynika, ale nie może nic wynikać, bo Sara po prostu wie wszystko (tylko dokąd jedziemy, nie wiedziała). Dla Żydów, mówi kuratorka krew ma inne znaczenie niż dla chrześcijan – krew Jezusa to chrześcijański pokarm mistyczny. To jest bowiem krew moja, która za was będzie wylana. Krew wylana pomiędzy Żydami a chrześcijanami, to krew dzieci zabitych na macę, przyczyna większości pogromów… Krew leży między nami i nimi, krew na ich głowy
i nasze…

Zwiedzamy Muzeum, które się nam nie podoba. Budynek piękny, wystawa infantylna. Eksponaty
z pap
masze, tablice, ilustracje, infantylne historyjki. Jakiś gipsowy model gęsi jak żywej. Jakiś papierowy uczeń jesziwy.

Namalowana na stole średniowieczna wioska, świnie i kury taplają sią w błocie. Pamiętam, że jak pierwszy raz tu byłam, wpisałam gdzieś pytanie, co w średniowiecznej wsi żydowskiej robią świnie? Nikt nie odpowiedział, nikt nic nie zmienił. Sara opowiada mi o średniowiecznych cudach, zamieniających symboliczną krew podczas komunii w krew prawdziwą. Oczywiście, ja też znam takie historie. Byłam w takim kościele na trasie do Santiago di Compostela, gdzie zawziętym niedowiarkiem był ksiądz, a głęboko wierzącym – uparty chłopina. W pewne Boże Narodzenie obaj na własne oczy przekonali się, że krew to krew i hostia spływa prawdziwą posoką.

Wychodzimy. Po drodze widzimy z okien autobusu kościół z napisem res sacra miser. Co to znaczy resamira?, pyta Sara. Biedny jest świętością, mówię. To Seneka. A ten budynek to kościół karmelitanek. Dobrze, że zapamiętuję, jak Sara wymawia te trzy łacińskie wyrazy, bo w dwa dni potem powie mi przez telefon, że spotkamy się w kawiarni o nazwie, której nie da się wymówić naprzeciwko kościoła Resamira. Potem się okaże, że ta nie dająca się wymówić nazwa jest po włosku. Sara zna włoski, gdy pójdzie sama w miasto, w restauracji porozumie się po włosku. Ale nie umie przeczytać włoskiej nazwy na tablicy.

Dziecko.

Znajdujemy po drodze sklep. Sara, mówię, w hotelu nic nie masz, jakbyś zgłodniała – kupmy coś. Ale gdzie tam, nie będzie głodna, niczego nie potrzebuje. Wstałyśmy dziś o 3 rano, zaraz idzie spać. Kupujemy jednak dużo oryginalnych wędlin, do których Sarze aż się oczy świecą, gęś ze śliwkami, no po prostu… bułki, mandarynki. Odprowadzam Sarę do hotelu, pokazuję jej, gdzie jest kuchnia, gdzie może sobie ugotować kawę…

Idę do Ciotki. Przychodzę po Sarę następnego dnia rano. Okazuje się, że Sara w nocy wyszła z hotelu i poszukała restauracji. Tak mi się chciało sałaty i wina, mówi. No tak, miała tylko owoce, bułki, wędliny i herbatę, a musiała mieć sałatę i wino. Jak dziecko. Tylko tego różowego loda, a jak nie, to nic, to się zabiję, to ucieknę z domu. Gdy wracała, zgubiła się, na ulicy nie było nikogo, stała i dziesięć minut czekała, aż pojawi się taksówka. Wsiadła, pokazała adres, taksówkarz zakręcił i za rogiem wysadził ją przed bramą hotelu. Nie wziął pieniędzy, mówi Sara. Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Dziś mamy zadania każda dla siebie. Odwożę Sarę do Muzeum, pokazuję Palmę na skrzyżowaniu Jerozolimskich i Nowego Świata  jako punkt orientacyjny. Pokazuję ulicę Nowy Świat, opowiadam, że dalej jest Krakowskie Przedmieście, Zamek, zejście do Starego Miasta. Zadzwonię do ciebie, mówię…
O nie, mówi Sara przerażonym głosem, nie mam komórki.
Jak to?
No nie mam, nie pomyślałam. Pociąga nosem, daję jej chusteczkę. To już odruch.
Trudno. No to musisz sama wrócić do hotelu. Wsiądziesz do taksówki, pokażesz wizytówkę.
O nie! Nie mam wizytówki!
Sara wychodzi z domu na cały dzień, nie ma komórki, chusteczek, adresu hotelu. Będzie sama
i zrobiła wszystko, żebym nie miała się jak z nią spotkać. I żebym czuła się winna, jeśli Sara się zgubi.
Dziecko.

Wzruszam ramionami. Poradziła sobie wczoraj w nocy, poradzi sobie i dziś.
Piszę jej adres hotelu na karteczce, sprawdzam czy ma pieniądze, rozstajemy się. Ja dziś jadę za Warszawę…

Wracam po południu, zadowolona, ale i zaniepokojona. Od Sary nie ma znaku życia. Czyli wciąż chodzi po mieście, wielki czarny stróż ze złamaną ręką i bez chusteczek do nosa.

Wreszcie dzwoni. Tak, wszystko jak trzeba. Nie, Placu Zamkowego nie widziała. Mszy za prezydenta Adamowicza też nie. Świetnie sobie poradziła. Wszystko znalazła. Dojechała tramwajem. Nie wiedziała, dokąd dalej. Jakaś kobieta zawiozła ją pod hotel. Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.
My tego tak nie odczuwamy, mówię. Są raczej normalni.
Nie, nie, są nadzwyczajnie pomocni.
Wydaje mi się, mówię, że postanowiłaś sama sobie udowodnić, iż
Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Teraz Sara się prześpi, a potem mam po nią przyjść, pojedziemy na kolację.
Przy kolacji Sara mówi zdanie, które mnie wzrusza: Chciałabym się nauczyć polskiego, bo jak umrę i spotkam się z Mamą, to nie będziemy miały wspólnego języka, żeby porozmawiać.

Próbuję zrekapitulować, co ja właściwie wiem o Sarze. Pochodzi z polskiej rodziny żydowskiej, urodziła się w Niemczech. Wielu rzeczy nie wiem, nie rozumiem, może mi umknęły, ale tyle wiem, że to żydowskie dziecko zostało adoptowane przez przybranych rodziców, Niemców, jak się później okaże – z NRD. Kiedyś Sara przeniesie się na Zachód i będzie studiowała psychologię. Kiedyś zamieszka w Szwajcarii, kiedyś wyjdzie za mąż za archeologa.

Wracamy. Droga od tramwaju jest bardzo krótka, właściwie zaraz za rogiem widać duży napis – ibib, centrum kongresowe Polskiej Akademii Nauk.
Sara wciska mi do ręki torebkę. Trzymaj, ja muszę siku.
Stoję, patrząc na wejście do hotelu. Sara sika na ulicy.
Dziecko. Samotne dziecko zagubione
nocą wśród Polaków. Brzydko ubrane, niedołężne, ze złamaną ręką. Zsikało się na ulicy. Jest wojna. Dziecko nie zna języka, nie wie dokąd ma pójść. Nie ma Mamy ani Taty. Porzucone na zawsze, ale na szczęście Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Barataria na lato: książki, koty i Don Kichoty

Ewa Maria Slaska

Nie ma nic równie starego jak wczorajsza gazeta. I rzeczywiście poniższy obrazek został opublikowany w najważniejszym dzienniku berlińskim, Der Tagesspiegel, 26 czerwca czyli 40 dni temu. To całe wieki! Wszystko nieaktualne.

Wtedy były to jednak najświeższe aktualności.

Don Kichot mówi: SPD potrzebuje podwójnej szpicy (czyli dwóch osób na stanowisku szefa partii), a jego giermek odpowiada z uśmieszkiem: Zrobimy to.

Czy rzeczywiście była o tym mowa w czerwcu? Nie pamiętam.

Tytuł pod spodem nie wiąże się nijak z obrazkiem, a znaczy mniej więcej tyle co Dobrobyt za godność. Artykuł dotyczy planowanej misji Jareda Kushnera, zięcia Trumpa, który chciał od Palestyńczyków kupić za spore pieniądze obietnicę, że nie będą się więcej domagać samostanowienia. Nie będą więc walczyć o swoje państwo, ani wzniecać powstań i uprawiać terroryzmu, tylko wezmą kasę i położą uszy po sobie. Nawet nie wiem, czy Kushner, który pojechał z tym dealem do Bahrainu, dobił targu z Palestyną. Wiem tylko, że zastanowiłam się wtedy, jakby to było, gdyby w roku 1944 taka np Francja, ta petainowska, przysłała do Polski delegata w identycznej misji. “Wiecie co, Polacy”, powiedziałby ów francuski pan, “bardzo cenimy wasze dążenia do wolności, też uważamy, że lepiej umierać na stojąco niż żyć na kolanach, ale wiecie, Niemcy pozwolą Wam wstać z kolan, dadzą Wam pieniądze na odbudowę stolicy… A zatem dogadajmy się co do kasy, bo doszły nas słuchy, że planujecie niebawem godzinę W, a musicie przyznać, że powstanie jednak bardzo utrudni proces porozumienia między Waszymi zwaśnionymi narodami…”

I tak dalej.

Miesiąc później w Sopocie na wystawie ulicznego karykaturzysty znalazłam kolejną ilustrację polityczną, posługującą się wizerunkiem dwóch Hiszpanów z XVII wieku.

I kota.

Ciekawe, że autor odmienił role obu mężczyzn. Ten mały jest giermkiem, ale jednocześnie Zbawicielem. Dlatego jedzie na przedzie.

Za kotem.

Ten duży podąża wprawdzie jako drugi, ale jest rycerzem i zamierza kruszyć kopie.

O kota czyli karakala stepowego (Caracal caracal).

Karykatura dziś nieco przedawniona. Helikopterów nazwanych na cześć kota już w Polsce nie będzie, ale kot piękny.

Kolejny kot objawił się tego lata mojej młodej koleżance, gdy pojechała na wakacje do Bari – żył sobie z uczonym kolegą jak kot z psem.

Bari to miasto kultu św. Mikołaja i świetnego pisarza Gianrico Carofiglio, który urodził się tu w roku 1961. Carofiglio bywał też politykiem, prokuratorem, działaczem antymafijnym i antykorupcyjnym. Występował w procesach przeciwko zorganizowanej przestępczości, handlowi bronią i ludźmi. Piastował urząd senatora z ramienia Partito Democratico. Popularność przyniósł mu cykl kryminałów o adwokacie Guido Guerrierim, nader sympatycznym gościu, który cierpi na bezsenność. Bardzo lubię Guerririego, może nawet bardziej niż Wallandera, a to już coś, bo może nie wszyscy wiedzą, ale Wallander, bohater powieści Mankella, jest moim ulubieńcem i pisałam o nim  już nieskończenie wiele razy. Są mądrymi, myślącymi, zatroskanymi o kondycję ludzką facetami.

I to by było na tyle, na ten sierpniowy poniedziałek, gdyby nie fakt, że w książce, którą czytam, a czytam ją, bo pewna szacowna, zdałoby się, instytucja pańastwowa, wysortowała ją na śmietnik i ktoś ją zabrał do domu, a od tego ktosia ja ją pożyczyłam, znalazłam siebie. Było to lekko niepokojące przeżycie, bo otworzyłam tę książkę na zdaniu… “W numerze drugim czasopisma WIR, poświęconym ‘poetkom z ciemności’ (…) Ewa Maria Slaska pisze…” (str. 135 rozdział Agaty Araszkiewicz o melancholii Ginczanki).

Nic na to nie poradzę, jestem tylko maleńką wzmianką w tej książce i nie o mnie tu chodzi, ale przecież poczułam się wyrzucona na śmietnik. Wraz z innymi oczywiście, z Zuzanną Ginczanką i Gertrud Kolmar, z Derridą i Castanedą, z Joycem, Proustem i Borgesem. I z Don Kichotem. No tak, również z Don Kichotem, bo skoro jest on (a tak twierdzę od jakiegoś czasu) “w każdej książce”, to musiał być i tu. Pojawia się nawet kilkakrotnie, raz w rozdziale o nudzie powtórzeń Marka Zaleskiego, który rozważa konieczne i niekonieczne związki oryginału i jego kopii, odwołując się do opowiadania Borgesa o Pierre Menardzie. Menard pisze od nowa powieść o Don Kichocie, która jest wprawdzie słowo w słowo identyczna z tekstem Cervantesa, a przecież ma zupełnie inną, nowatorską wartość. (Pisałam o nim stosunkowo niedawno, jakby więc ktoś chiał, to proszę, można TU zajrzeć).

Z kolei Radosław Okulicz-Kozaryn w rozdziale o prozie Romana Jaworskiego, Nuda w zwierciadle nudy, omawia szalone książki tego zapoznanego, młodopolskiego pisarza (1883-1944), przede wszystkim Historie maniaków, zbiór opowiadań poświęconych ludziom żyjącym w świecie urojeń. W opowiadaniu Medi niejaki Yetmeyer urządza wielokondygnacyjną siedzibę z licznymi komnatami w dawnej oberży Don Kichota.

Tak to jest z nudą w kulturze. Nikt jej nie umknie, ani Ginczanka, ani Borges, ani Cervantes. Bo…