For Love is Immortality

Ewa Maria Slaska
Dziś Środa Popielcowa, jutro świętego Walentego. Dlatego na dziś cmentarze, ale na jutro już dziś – miłość.

emilydickinson2Unable are the Loved to die
For Love is Immortality,
Nay, it is Deity—

Unable they that love—to die
For Love reforms Vitality
Into Divinity.

Emily Dickinson

Chyba nic lepszego niż wiersz Emily Dickinson nie mogło się “trafić” na dzień świętego Walentego. Piszę “trafić”, bo naprawdę się trafiło, gdy kilka dni temu szukałyśmy z Anią K. polskich grobów na jednym z berlińskich cmentarzy.  O tym, czy ktoś, czyj grób oglądamy, jest Polakiem czy nie, trudno jest w Berlinie zadecydować. Setki tysięcy ludzi nosi i nosiło polskie nazwiska i choć ich rodziny z całą pewnością kiedyś przybyły tu z Polski czy też może, po zaborach, z należących do Prus ziem polskich, wiele rodzin już dawno nie pamięta o swych polskich przodkach.

niedzwiedzinski

Niekiedy jednak na grobach znajdą się polskie litery, teksty i napisy. Gdy ktoś został na nagrobku zapisany jako “Janek Niedźwiedziński” (ale nie współczesny, kontrowersyjny Burmistrz Miasta i Gminy Ślesin, tylko pisany zdrobniale pan Janek, który umarł w roku 1925 i to dokładnie 14 lutego) to był na pewno Polakiem i to świadomym swej polskości, jeśli na użytek życia i śmierci w Berlinie nie uprościł nazwiska lub mu go nie uproszczono posthum. Ba nawet jego żona, rodowita Niemka, która potem po raz drugi wyszła za mąż za Niemca, pojawi się na wspólnej płycie nagrobnej jako “verwitw. Niedźwiedzińska” – wdowa po Niedźwiedzińskim.

Moim ulubionym przykładem polskiego tekstu jest grób na cmentarzu parafialnym katedry świętej Jadwigi.

julia

Tu spoczywa
Julia z Zapletiałów de Bereźnicka
zmarła w wieku życia lat 24
w dniu 30. Maja 1856
Żona czuła, dobra matka
przyjaciółka szczera
Pamiątka iey zostanie każdemu
że ią znał droga y miła

Cmentarze to w ogóle miejsce, gdzie dużo jest mowy o miłości. Niedźwiedzińskiemu też ktoś napisał, że “So lange wir atmen wirst Du in uns leben und unvergesslich sein” – “jak długo oddychamy, będziesz w nas żył i nie zapomnimy o tobie”.
Ale z okazji świętego Walentego trzeba jednak pokazać też całkiem nowy grób (to ten na początku wpisu), z roku 2005, Ewy S. (to nie ja! a nazwiska nie podaję i zasłaniam je na zdjęciu, bo jeszcze nie zdążyłam dotrzeć do rodziny, żeby zapytać o pozwolenie). Na grobie jest mały kamień w kształcie serca i po polsku cytat z wiersza Emily Dickinson, amerykańskiej poetki, tajemniczej samotniczki, ubierającej się na biało, która umarła przeżywszy zaledwie 30 lat. Nic o niej nie wiemy, nie wiemy, czy kochała kobiety, czy żonatego mężczyznę czy może kogoś z rodziny. Ale wiemy, że kochała. Napisała 600 wierszy, w większości tak krótkich, że japońscy twórcy haiku uznają ją za pokrewną duszę.  Za jej życia opublikowano ich zaledwie sześć, resztę wydała drukiem już po jej śmierci, siostra poetki Lavinia. Ale, powórzmy, mimo iż nic o niej nie wiemy, wiemy że kochała. Bo inaczej nie potrafiłaby napisać takiego wersu, jak ten z nagrobka Ewy S.: “Ci których kochamy nie umierają nigdy, bo miłość jest nieśmiertelna”.

Kto idzie do więzienia?

Ten tekst ukazał się zapewne gdzieś w jakieś polonijnej gazecie, z której nie dostawałam egzemplarzy autorskich ani feedbacku, nie wiedziałam więc, co z tego, co im wysyłałam, zostało opublikowane ani kiedy. Na pewno coś się ukazywało, bo od czasu do czasu wpływało na konto 40 lub 50 euro od jakiegoś nieznanego mi Polaka. Kiedyś znalazłam go w sieci, zadzwoniłam i zapytałam, dlaczego przysyła mi pieniądze. Powiedział, że to honoraria. Dzsiejszy tekst jest uzupełnieniem “Gentryfikacji” 

Ewa Maria Slaska

Kto idzie do więzienia?

Mieszkam na parterze starej berlińskiej kamienicy, która od roku obstawiona jest rusztowaniami. Kilka tygodni temu włamał się do mnie facet, który okradł mnie. Mam mocny sen, obudziłam się dopiero, gdy wszedł do sypialni i zapalił światło. Zanim oprzytomniałam, dowiedziałam się, że gość ma zlecenie z rosyjskiej mafii, żeby mnie zabić, bo właściciel domu chce się pozbyć mieszkańców.

Okazałam się osobą przytomnego umysłu i odważną, bo nie pozwoliłam się zastraszyć, wciągnęłam gościa w rozmowę, przekonałam, że najlepiej będzie, jak pójdziemy do kuchni, napić się kawy, i w końcu pozbyłam się go z mieszkania. Nie zrobił mi krzywdy fizycznej, a straty materialne okazały się niewielkie, ale przeżyłam oczywiście szok psychiczny.

Zadzwoniłam po policję. Nie udało się i był to pierwszy, choć jeszcze niewielki, nowy rodzaj zdziwienia. Telefon, podłączony przez firmę 1&1, nie wybierał numerów specjalnych. Przerażona i roztrzęsiona, patrząc przez okno na włamywacza, który stał na ulicy, palił moje papierosy i przyglądał mi się, przez 40 minut dzwoniłam do koleżanki, żeby ją obudzić i poprosić o wezwanie policji.

Z policją kontaktowałam się w sumie przez trzy dni i moje zdziwienie rosło z dnia na dzień.

Przyjechali dość szybko. Sześciu rosłych mundurowych. Ani jednej kobiety. W czasie rozmowy ze mną facet powiedział, że mieszka w moim domu. Nigdy go wprawdzie nie widziałam, ale on znał mnie i dużo o mnie wiedział. Powiedziałam to policjantom i zaproponowałam, żebyśmy się przeszli po domu i poszukali go. Odmówili. Wypytali mnie ogólnikowo i popędzając. A sprawa była trudna do opowiedzenia, bo historia była dziwna. Patrzyli na mnie jak wariatkę i nie wierzyli ani jednemu słowu. Wyszli, twierdząc, że za godzinę przyjdzie dwóch cywili, żeby zabezpieczyć ślady. Zapytałam, a co przez tę godzinę? Jeśli facet zobaczy, że policja odjechała i wróci? Nie wiem, jak wszedł, więc nie wiem, czy umie wrócić czy nie? Wzruszyli ramionami i poszli. Tropiciele śladów też mi nie wierzyli, ale przynajmniej zabezpieczyli najbardziej oczywiste odciski i traktowali mnie grzecznie. Też odmówili przejścia się ze mną po domu i szukania włamywacza. Wyszli, ja też. Bałam się zostać sama. Z pracy zadzwoniłam na policję, gdzie podano mi nazwisko komisarza, który się będzie mną zajmował. Nie było go jednak. Powiedziałam mojej bardzo miłej rozmówczyni, że się boję. Odpowiedziała, że przykro jej, mogę dostać skierowanie do policyjnego psychologa, ale ogólnie rzecz biorąc moje bezpieczeństwo to moja sprawa. Zdziwiłam się, bo myślałam, że płacę podatki i bezpieczeństwo obywatela to sprawa państwa. Pan komisarz oddzwonił i obiecał, że przyjdzie następnego dnia rano. Powiedziałam, że nie będę nocować u siebie, bo się boję. Powiedział, że dobrze, bylebym była punktualnie.

Komisarz był nadzwyczaj grzeczny i dobrze udawał, że mi wierzy, ale też nie przeszedł się ze mną po domu w poszukiwaniu włamywacza i potencjalnego mordercy.

Spotkałam się z sąsiadami i opisałam owego mężczyznę. Niemiec, Jörg, lat ok. 40, wysoki, szczupły, wysportowany, tatuaż, krótkie włosy, trzydniowa bródka, brak prawej górnej trójki. Rozpoznali go. Nazywa się Jörg G., jest byłym komandosem, mieszka w naszym domu w oficynie za moim mieszkaniem na 2 piętrze. Zadzwoniłam na policję. Przyjechali. Przyznał się od razu. Tak, był u tej pani, tak w nocy, tak, potem sobie poszedł. Ale przeprosił.
– Nieprawda, powiedziałam, nie przeprosił.
– Pewnie chciał – skonstatowali policjanci.

Rano przesłuchano go raz jeszcze, tym razem na policji. Komisarz przyprowadził go do mnie, żeby mnie przeprosił.

I to wszystko.

Mieszkam więc w domu w facetem, który się do mnie włamał, okradł mnie, straszył, że mnie zabije i wie, że to ja oddałam go w łapy policji. Ale wie też, że policja puściła go wolno. Kiedyś podobno będzie miał sprawę, ale nie był karany, pewnie więc dostanie pół roku w zawieszeniu, nie więcej.

Złożyłam skargę w odnośnym urzędzie. Po tygodniu dostałam odpowiedź, że działania policji były prawidłowe. Pewnie tak, ale się boję, mieszkam więc po kolei u przyjaciół, lub oni nocują u mnie. Wyprowadzam się. Ja, nie on.

I dziwię się.

PS 2010 – co gorsza przy lekturze tego tekstu nieodmiennie nasuwa się nieciekawe przypuszczenie, że sprawa sprawiedliwości może wyglądałaby inaczej, gdybym to ja była Niemką, a włamywacz Polakiem. Nie jestem żądną krwi harpią, nie zależy mi na tym, żeby facet poszedł do więzienia, interesujące jest jednak, że dopóki to JA opowiadałam o tym, co się stało, policja uznawała mnie za niespełna rozumu i tak to zostało zapisane w protokołach. Stałam się wiarygodna dopiero, gdy włamywacz, którego JA znalazłam, potwierdził, że się do mnie włamał.

PS 2013 – facet dostał karę pieniężną, nie wiem, jakiej wysokości.

Pączki a sprawa polska

Ewa Maria Slaska

Wprawki opozycyjne

Wyrastałam w Gdańsku w rodzinie, która za czasów mojego dzieciństwa i czasów szkolnych była bardzo powściągliwa w wypowiedziach na temat polityki. Pamiętam czołgi na ulicy w roku 1956, choć zupełnie nie wiedziałam, dlaczego tam były. Poszłam właśnie do szkoły i czołgi były zaraz potem. Pamiętam nazwę “Zatoka Świń” i strach, że zaraz wybuchnie wojna, choć też nie wiedziałam dlaczego. Pamiętam jak moja cioteczna babka Karusia podczas spaceru z koleżanką przyciszonym głosem rozmawiały o “październiku”. W roku 1963 poszłam do liceum, umarła Karusia i zastrzelono Kennedy’ego. Te trzy fakty przeniosły mnie z kraju dzieciństwa, w którym wojska przemieszczały się tylko w tle – historycznym, geograficznym i rodzinnym – do kraju dorosłych, gdzie każdy wiedział, co to jest Katyń i musiał być gotowy, żeby z butelkami benzyny, torbą sanitariuszki i ulotkami za pazuchą pójść na czołgi, które z pozycji w tle przeniosły się na pozycję “taka będzie twoja przyszłość”.
Gdy skończyłam szkołę i poszłam na studia, zdarzył się Marzec. Przyjechałam do Poznania i trafiłam do świata eleganckich pań poznańskich (to parafraza ze Stefana Chwina. W “Hanemannie” napisał o “tych paniach z Dolnej Saksonii”). W niedzielę szło się do kościoła i do kawiarni. Dystyngowane kobiety w czarnych sukniach z broszką pod szyją wspierały się na mahoniowych laskach, zakończonych srebrną głową orła. W mieszkaniach stały meble z okresu Regencji, biedermajerowskie kanapy, na ścianach wisiały szable, ryngrafy, kilimy i portrety. Były ciasteczka na podwieczorek, porcelana, srebra, ale też kolacje, że do picia była tylko wódka, a do jedzenia wędliny. I te rozmowy, zawsze o polityce. Zawsze.

Jeden ze znajomych rodzinnych, dobrze starszy już pan, miał na imię Restytut.  Nazwano go tak w nadziei na to, a urodził się w roku 1911, że Polska odzyska niepodległość i to imię naznaczyło go na całe życie.

Restytut stał się później słynnym działaczem podziemia, Solidarności, znowu podziemia. Ale w latach 70 jego aktywność, przynajmniej my to tak odbieraliśmy, była jeszcze dość skromna.  Czy dobrze pamiętam, że mówiło się o nim Tuńcio? Bo jak nie Tuńcio to jakoś tak podobnie. Mężowie owych poznańskich pań mieli piękne imiona, ale mówiło się o nich Ciś, Siaś, Taś lub Kocio. Tuńcio, przyjmijmy dla uproszczenia, że jednak Tuńcio, organizował w domach u tych poznańskich pań spotkania polityczne. Do pań nie było się łatwo dostać, ale kiedyś zaprosiły i nas, następne pokolenie. A to dlatego że do Poznania miał przyjechać Leszek Moczulski, a to była postać, z którą musieliśmy się spotkać.
Był rok 1974 lub 1975. Nie pamiętam, ale w 1976 roku byłam już z powrotem w Gdańsku, a gdy karmiłam dziecko piersią, Wolna Europa donosiła o Radomiu.
Na razie jednak wciąż jestem w Poznaniu i przyjeżdża Moczulski. W mieście aż huczy. Spotkanie odbędzie się u tej z pań, która ma największe mieszkanie. Trzeba się elegancko ubrać, wkładam czarną spódnicę i bluzkę z resztki materiału, który kupiłam w Londynie na przecenie, a którym w Polsce od kilku lat “zadaję szyku”. Idziemy, a jest to dobrze znana z konspiracji procedura – wyznaczono różne trasy i sposoby dojścia, a i datę wybrano tak, by większe zgromadzenie nie wzbudziło podejrzenia.
Jest Tłusty Czwartek. Wchodzimy, przyciszone głosy, przyciemnione światło, przypudrowane policzki pań i bluzeczki z koronkowymi kołnierzykami. Siadamy. Na stole biała kiełbasa, wódka, kawa zalewajka i pączki. Wszystko razem. Tak jest w Poznaniu. Mięsne i słodkie na jednym stole. Jestem z Gdańska. U nas nigdy nie postawiłoby się mięsnego i słodkiego razem. Ale za to u nas goście palili i popielniczki stały obok bigosu, a w Poznaniu u pań się nie paliło. Zawsze jedna z nich miała astmę.
Tłum ludzi. Czekamy. Przyciszone rozmowy. Wreszcie pojawia się Tuńcio. Szepce coś z panią domu, po czym wychodzą oboje z pokoju.
Jemy pączki. Zresztą co ja mam jeść, skoro w ogóle nie lubię mięsa, a już białej kiełbasy szczególnie – z przyczyn estetycznych. Jest taka szara i blada, jakby było jej słabo, ale to mnie jest słabo.
Tuńcio wraca zaaferowany, niesie magnetofon kasetowy, długo ustawia go na stoliku obok kanapy, trzy razy sprawdza…
Wreszcie jakby zauważa, że jesteśmy, chrząka, wita i mówi, że Moczulskiego zatrzymały sprawy nie cierpiące zwłoki, może to zresztą była po prostu milicja, ale nie trzeba się martwić, mamy bowiem kasetę z nagraniem wystąpienia pana Leszka, a to jest tak samo, jakby i osobiście był z nami.
I Tuńcio z namaszczeniem puszcza kaseciaka. Głos prelegenta lekko chrypi, magnetofon lekko skrzypi. W pokoju nabożna cisza. Czekają nas dwie godziny czczenia magnetofonu. Głos mówi na przemian Polska i Związek Sowiecki.
Jemy pączki.

A to Polska właśnie.
Oczywiście Wyspiański

Krowy

Ewa Maria Slaska

Ja. Stare, a nic się nie zmieniło.

Piszę te zdania w Berlinie 18 kwietnia 1999 roku. Miesiąc temu zaczęła się wojna o Kosowo. Dziś napisałam podanie do Niemieckiego Czerwonego Krzyża o wysłanie mnie do pracy z uciekinierami z Kosowa w Albanii lub Macedonii. Boję się, ale wydaje mi się, że nie mogę postąpić inaczej. Wysyłam to podanie sama dla siebie. Nie wiem, czy mnie przyjmą (nie przyjęli). Mam 50 lat. Ale w chwili gdy je wysyłam muszę być gotowa na to, co w nim napisałam: jeśli dostanę tę pracę, mogę jechać natychmiast. Natychmiast to znaczy jutro. Natychmiast to znaczy zostawić ciekawą pracę, w której spotykam się z inteligentnymi ludźmi i tworzę „kulturę”. Zostawić ślicznego wypielęgnowanego kota, jasny pokój z białymi zasłonami, kwiaty na balkonie. Syna i towarzysza życia (przestał być towarzyszem). Garnki w kuchni, komputer, książki, złote pierścionki z perłami, których nie noszę, ale które mam (już nie mam, oddałam). Wypełnioną wodą szklaną kulę pełną muszli z dalekich mórz, które kiedyś widziałam i być może nigdy więcej nie zobaczę (zobaczę). Bo może nic… Zamykam oczy. (Nie dostałam tej pracy.)

Ta decyzja dotyczy zresztą pewnego, niezgłębionego przeze mnie do końca, aspektu mojego życia. Owa bliskość grozy i ładu, chaosu i kosmosu, przybiera w moim życiu formy niekiedy groteskowe, którym na swój własny użytek nadałam nazwę „krowy”. „Krowy” przydarzyły mi się, a raczej, ściśle biorąc, sprawiłam, że mi się przydarzyły, przed kilku laty, podczas pobytu w Husum, małym miasteczku niemieckim nad Morzem Północnym. W opisie sytuacji zwanej „krowy” najważniejsze są dwa elementy: namacalne sąsiedztwo ładu i grozy oraz samodzielność, ba, niezawisłość podjętej decyzji, by wejść na nieznaną drogę, która, przez sam fakt, że nieznana, może się okazać niebezpieczna. Groteskowość polega na tym, że Niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony Nieznanego to nie jakieś odległe od cywilizacji odludzia jak interior południowoamerykański, szczyty Andów, krainy polarne czy pustynie Afryki. Ktoś, kto się decyduje na prawdziwą podróż w takie miejsca, a nie na wycieczkę turystyczną, a priori zakłada, że będzie to wyprawa niebezpieczna. Im dalej od cywilizacji, tym groźniej. Tymczasem „krowy” mieszczą się w ramach małego, oswojonego świata, w którym bezpieczeństwo jest, zda się, wszechogarniające i zewsząd widać wyraźnie jego znaki. „Krowy” to uparta walka na śmierć i życie w biały dzień, w ogródku przed domem.

Nie jestem człowiekiem wielkiej przygody, nie pływam, jak mój ojciec, jachtem po morzach polarnych, nie wędruję na piechotę przez Pireneje jak mój syn. Moje potrzeby są skromne i są to zawsze potrzeby człowieka w sposób być może przesadny cywilizowanego. A przecież coś we mnie każe mi wciąż wchodzić w „krowy”, w coś nieznanego, groźnego, co jednak może się przytrafić na oczach normalnego świata. A gdy się przytrafia, normalny świat nawet nie rejestruje mojej subiektywnej walki o przeżycie. Ikar wpada do morza, oracz obciera pot z czoła.

Przedzieram się przez chaszcze pokrzyw i ostów, pokonuję pastwiska otoczone zamulonymi rowami, wpadam na płoty pod napięciem elektrycznym, szukam chybotliwych kładek przez rowy, których nie potrafię przeskoczyć, atakują mnie gzy, a na każdym pastwisku pasą się stada krów lub samotny, pojedynczy byk. Przed kwadransem stałam jeszcze na zwykłej wiejskiej drodze, wiodącej do miasteczka, od którego dzieliły mnie ze dwa kilometry. W miasteczku mogłam skręcić w prawo i po następnym kilometrze znowu w prawo, aby przejść przez wał przeciwpowodziowy i dojść do campingu. Szeroka bita droga ogrodzona była z obu stron wysokimi bezpiecznymi płotami. Miałam przed sobą godzinę nie męczącego marszu i spokojną pewność, że wiem, gdzie jestem.

File:Aufmdeich.JPG

Wikipedia Commons, autor: Southpark, 2005

W obrębie tego czworoboku, zamkniętego z trzech stron drogami, a z czwartej wałem, za którym odpływało właśnie morze, mieściły się pastwiska. Zobaczyłam je jak na mapie i wydało mi się, że ułożone są prosto i logicznie.

Od drogi, na której stałam, do campingu za wałem był co najwyżej kilometr. I potem z każdego miejsca owej mapy widziałam oba te elementy – drogę i wał. Były cały czas tak niewiarygodnie blisko. Weszłam na ten zwykły kilometr, była tam nawet jakaś namiastka traktu, prosty matematyczny skrót, nawet nie przekątna, zwykły podział czworokąta na dwie części linią pionową, równoległą do jednego z boków. Matematyka ma to do siebie, że nie szarżują w niej byki, a tu ruszył ku mnie byk wspaniały niczym z grot Altamiry. Nie wiem, może był łagodny jak Fernando i chciał się tylko pobawić. Wolałam nie sprawdzać, bo naprawdę szarżował. Dobiegłam do jakiegoś płotu z gościnnie otwartą bramą i w ostatniej chwili zatrzasnęłam ją za sobą. Byk dopędził mnie, zatrzymał się przed bramą, sapiąc i pochylając łeb. Stał na mojej prostej od drogi do wału i wcale mi się nie podobał. Ruszyłam przed siebie mniej więcej równolegle do drogi, którą mi odebrał. Pokonałam pierwsze chaszcze, pierwszy płot pod napięciem, pierwszy kanał i wtedy pojawiły się następne zwierzęta, nie występujące w geometrii. „Krowy”. To właśnie w tym momencie znalazłam się w małej, nieznanej nikomu enklawie grozy. Moja mała groza, w gruncie rzeczy groteskowa – upał, krowa, giez, pokrzywa to nie jaguar, sęp i przepaść – trzymała mnie w uchwycie, czyhając, by wciągnąć w niebyt z dwoma niewiadomymi równie bezpośrednio jak sztorm i góra lodowa. Śmieszna groza. „Krowy”.

Ile razy wychodzę dobrowolnie z kręgu bezpieczeństwa, wiem, że idę w „krowy”. Nauczyłam się już wyczuwać je zawczasu. Znam je, bo istniały już wcześniej, tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak się nazywają. Teraz już wiem. A mimo to idę. Wchodzę w bagna, idę wieczorem ulicami, po których kobieta sama nie powinna chodzić, odbywam podróże i podejmuję decyzje, wrzucające mnie w sam środek gniazda os, jakim jest życie społeczne, zbudowane przez małych sfrustrowanych gnojków. Zawsze wiem, że to „krowy”. Wiem i mimo wszystko idę.

Może nie powinnam pisać tego wszystkiego, bo Kosowo te nie pastwisko w niemieckiej wiosce. Ale Kosowo to moje następne „krowy”. Wiem i piszę podanie.

Niekiedy śni mi się, że wypędzają nas z domu. We śnie nie ma mowy o tym, dokąd mamy iść, ale ja wiem to przez cały czas. Powtarza się wtedy wciąż ta sama scena, w której biorą udział tylko kobiety z naszej rodziny. Moja matka zostanie odtransportowana. Moja siostra zabiera córkę i odchodzi, ja dobrowolnie idę razem z matką. Też mogłabym uciec, lecz idę. Pewnej nocy w jednym z tych snów coś się zmienia. Uciekam i natychmiast potem wracam. Lecz Mamy już nie ma.

A może tu nie ma się nad czym zastanawiać, nie warto psychoanalizować, szukać ukrytych motywów. Mój ojciec wywodzi się ze spolonizowanej rodziny tatarskiej. Może to wszystko po prostu geny wędrowania.

Tekst Doroty Cygan o kurach, napisany na pożegnanie blogu QRA. Niestety nie było okazji, żeby się pożegnać. Tu fragment niepotrzebnego  pożegnania:
Gdybym miała czas, na pożegnanie napisałabym pochwałę literatury, bo jej, w przeciwieństwie do nas, wszystko wolno, a niektóre rzeczy nawet musi. Wolno jej mówić prawdę i nazywać rzeczy po imieniu, a musi zrezygnować z mizdrzenia się, udawania, że jesteśmy lepsi od nas samych, kręcenia, przezornego zastrzegania się i kunktatorskiego poddawania się drobnomieszczańskim snobizmom. Bo literatura to nie political correctness. Na szczęście.
Ale tyle czasu nie mam. Gdybym jednak miała choć trochę tego czasu, którego nie mam, to dostalibyście tu ode mnie przynajmniej wpis o zalataniu współczesnego człowieka i o tym, że połyka fastfoody. Bo jednak gotowanie kury wymaga czasu i jest sztuką. Napisałabym też, że nie sztuka zjeść kurę, to nawet ja potrafię, sztuka poświęcić się jej dłużej niż przez 10 minut dziennie.
Chciałabym chyba też napisać, że kura bez soli i innych przypraw, czyli subtekstu, kontekstu i podtekstu, jest zupełnie banalnym białym mięsem bez smaku czyli tym, co połykamy codziennie, włączając telewizor, słuchając idiotycznych smalltalków w radiu i dialogów w tramwaju.
A zakończyłabym manifestem. Nie dajmy z siebie zrobić ersatzu i produktu zastępczego, mielonki wieprzowej ubitej w formę szynki! Już lepiej być kurą tłustą niż bezpłciowym kwadratowym kawałkiem czegoś paskudnego. A zatem: Wkurzajmy się!

Każdy umiera, jak żył

Ewa Maria Slaska
Jedyny zachowany fragment ze zniszczonego blogu Starość

Każdy umiera, jak żył. Moja Mama, z dużej litery, bo będzie to jej imię na zawsze, a pojawi się tu jeszcze tysiące razy, była osobą, która nie lubiła się ruszać, z domu, z krzesła, jeśli pracowała, z fotela, jeśli nie pracowała. Gdy pracowała, pisała, rysowała, cięła grafikę, siedziała skupiona, wyprostowana, na krześle przy biurku, plecami do drzwi. Mało ją znaliśmy w tej sytuacji, bo owe drzwi były zawsze zamknięte i tak naprawdę nie powinniśmy byli tam wchodzić, ani Ojciec, ani moja siostra, ani ja. Mama twierdziła zresztą, że zamknięte drzwi, oddzielające jej świat od świata Ojca, były najlepszą gwarancją trwałości ich małżeństwa. Gdy wychodziła ze swojej pracowni jej trasa po naszym dość dużym mieszkaniu kończyła się prawdę mówiąc zaraz w następnym pokoju, tak zwanym Centralnym, bo położonym pośrodku między jej pracownią czyli Czarną, w której były czarne meble i na wielkim starym maglu odbijało się czarne grafiki, a gabinetem ojca, nazwanym z kolei Białą Pracownią, bo było tam po pierwsze czyściej, po drugie zaś z tego właśnie pokoju Ojciec wyruszał na wielkie polarne (a więc białe) wyprawy żeglarskie. Mama wychodziła z Czarnej i opadała na fotel w Centralnym, gdzie były gazety, książki i z czasem również telewizor. I tam trwała, w starym fotelu, w pozycji niemal półleżącej, czytając, rozmawiając z ludźmi, oglądając telewizję, rozwiązując jolki w „Wyborczej”. Gdy jechali gdzieś z Ojcem samochodem, Mama, w tej samej pozycji spoczywała na miejscu obok kierowcy, półleżąc. I tak ją zastała śmierć. Przyjechała mercedesem obok samochodu rodziców, wymuszając pierwszeństwo i zepchnęła ich z szosy na drzewo. Ojciec, jak zawsze wyprostowany, mocno przypięty pasem, ochroniony airbagiem, wyszedł z tej kolizji ze złamaną nogą i popękanymi żebrami. Po tygodniu był już na nogach, nawet jeżli jedna z nich jeszcze przez dwa miesiące pozostawała w gipsie. Mama podczas kraksy zsunęła się półleżąc pod pasem i poduszką powietrzną. Jazda samochodem nie była pracą, a tylko przy pracy Mama przyjmowała pozycję wyprostowaną, taką, która w momencie wypadku przyniosłaby jej zabezpieczenie. Przyjęła więc na siebie bez jakiejkolwiek ochrony całą siłę zderzenia i odniosła cały szereg poważnych obrażeń wewnętrznych. Po dziesięciu dniach zmarła w szpitalu, nie odzyskując przytomności.
Półleżąc.
Ojciec zmarł w siedem lat później. Był już od pięciu lat ponownie żonaty, przeprowadził się z Gdańska do Bydgoszczy do swojej nowej żony. Przez te lata sporo chorował, mało już udzielał się, czy to w żeglarstwie, czy w pracy zawodowej i pisał ostatnią książkę, autobiografię „Śladami życia”. Ostatniej zimy dał ją nam do przeczytania, latem spotkaliśmy się wszyscy na dwa tygodnie w wiejskim domu mojej siostry i szwagra, omówiliśmy konieczne zmiany. Od powrotu z wakacji ojciec „czesał” tekst w komputerze, zmieniał, poprawiał, skracał, dopisywał. Pracował zawsze rano, gdy Marianna, jego nowa żona jeszcze spała. Czasem wychodził na spacer na łąki lub do pobliskiego lasu, przynosił jej polne kwiaty, kupował bułki, robił kawę i podawał do łóżka. Była niedziela. Wszedł do pokoju żony, powiedział „No, skończyłem. Nic już nie trzeba zmieniać.” Po czym dodał, że jakoś mu trochę zimno, położy się więc na chwilę. Położył się, przytulił do zaspanej żony i… umarł.
Postawił kropkę pod ostatnim zdaniem ostatniej książki.
Ciekawe, że Mama, która nie znosiła się ruszać z domu, a wyjątek stanowiły tylko zagraniczne podróże, które były odrębnym światem, wyjętym ze świata, Mama zatem umarła poza domem. Ojciec natomiast, człowiek, którego przez całe życie rwało do innych światów, do męskiej przygody, odwagi i próby sił w zmaganiu z nieubłaganą naturą polarnego żywiołu, umarł we własnym łóżku, a przed śmiercią poczuł, że zrobiło mu się trochę zimno.
A mimo to twierdzę, że oboje umarli tak, jak żyli. Ona, bo nic poza pracą nie było w stanie zmusić jej do zdyscyplinowanej postawy, on, bo zawsze doprowadzał każdą sprawę do jej ostatecznego końca.

Podobnie jak to było w przypadku pytania o nieśmiertelność, tak i teraz zaczynam pytać siebie i innych o to, czy znają takie historie. Historie ludzi, którzy umarli jak żyli, albo których dopadła choroba odzwierciedlająca ich sposób życia. Przypomina mi się młody chłopak, przystojny, zarozumiały polski macho. Miał śliczną dziewczynę, ledwie po dwudziestce, której dokuczał, że ją zostawi, bo jest dla niego za stara. Cytował przy tym zdanie, o którym, bo już od tylu lat mieszkam w Berlinie, nawet chyba zapomniałam: „Dziewczyna musi mieć lat osiemnaście, potem zaczyna się starzeć”. W Berlinie rzecz jasna też pojawia się to zdanie, ale jednak, jednak… Bo w Berlinie kobieta jest kobietą do czterdziestki, potem, jeśli los ją ukrzywdził, już jej po prostu nie ma. Jeśli był łaskawy – jest człowiekiem. Ale na razie nie to jest moim tematem, na razie jest to młody człowiek, ma 25 lat i właśnie zachorował na… raka prostaty. Seksistowska postawa życiowa i – w tak młodym wieku – choroba, nie znam się na tym, ale chyba jednak utrudniająca życie seksualne. A w każdym razie nieprzyjemnie wiążąca groźną chorobę ze sferą życia seksualnego. Ujmując rzecz najprościej, i niech doktorzy mi wybaczą, prostata wydziela spermę. Związek jest więc ewidentny. A więc symboliczne znaczenie choroby, nawet jeśli nowoczesna sztuka lekarska wyciągnie chłopaka z opresji. Ale… zaglądam do internetu i dowiaduję się, że ponoć medycyna dopiero po 15 latach obserwacji osoby chorej jest w stanie uznać ją za wyleczoną.
Wyleczona prostata wymaga 15 lat obserwacji. Niewyleczona…
Rozmyślam dalej. Jasne, pijacy potrafią umrzeć z przepicia, a narkomani z przedawkowania narkotyku. Kiedyś obżartuchy marły z przeżarcia, teraz nikt już tak naprawdę się nie obżera, ale rzecz jasna, wszyscy wiemy, że prawidłowe odżywianie stanowi o zdrowiu. Mnie jednak nie chodzi o proste przekładnie jak śmierć pewnego ucznia w Berlinie, który wypił 52 tequile i zmarł po czterech tygodniach komy. Mnie interesuje symbolizm naszego życia i śmierci. Symboliczne zdania, jakie wypowiadamy. Ja na przykład twierdzę, że umrę w biegu. Może tak jak ci, którzy biegną w maratonie. Był taki maraton w roku 2000 w Berlinie. Pierwszy dobiegł do mety trzydziestoletni Simon Biwott z Kenii. Biegł 2 godziny, 7 minut i 42 sekundy, a więc poniżej 3 minut na kilometr i wygrał 80 tysiecy marek.
W kategorii kobiet wygrała Japonka, Kazumi Matsuo. Jest o cztery lata młodsza od Simona, biegła o 19 minut dłużej, a jej nagroda wyniosła 55 tysięcy. Ciekawe dlaczego zarobiła mniej, skoro liczy się zwycięzców odrębnie w kategorii kobiet i mężczyzn? W tym maratonie brał również udział ówczesny niemiecki minister spraw zagranicznych, Joschka Fischer i zajął miejsce numer 8919. W kategorii mężczyzn po pięćdziesiątce pan minister zajął miejsce 687, wygrywajac jednocześnie “pojedynek sław” z popularnym piosenkarzem Joeyem Kelly z Kelly Family.
Szwajcar Heinz Frei, inwalida na wózku, wygrał już po raz 13.
Skater Chad Hedrick z USA po raz 41.
42 kilometry 195 metrów.
Milion widzów.
40 000 uczestników z 85 krajów.
Budżet: 3,4 miliona marek.
Dwie osoby, sześćdziesięcioletni Duńczyk i trzydziestoośmioletni Panamczyk nie wytrzymali morderczego wysilku. Panamczyk zmarł w sposób niezwykle spektakularny, przebiegł metę i padł tuż potem. Śmierć należy do historii wszystkich biegów maratońskich, poczynając od tego w roku 490 p.n.e. Goniec, który przyniósł do Aten wieść o zwycięstwie nad Persami, zmarł z wyczerpania. W dziejach maratonu w Berlinie śmierć w biegu zdarzyła się po raz trzeci, a podobno w każdym mieście, urządzającym wielkie biegi zawodnicy umierają.
Jednak gdy mówię, że umrę w biegu mam na myśli raczej symbol niż przeczucie, że stanę do biegu i nie podołam, bo że nie podołam, to jasne. Niby dlaczego w ogóle miałabym podołać, skoro jestem typem wybitnie niesportowym i dostaję zadyszki goniąc uciekające metro. Ale gonię, choć większość osób w moim wieku już dawno tego nie robi. Bo ja w ogóle gonię, pędzę, robię dwieście rzeczy na raz, wykonuję przez miesiąc normę pracy i zadań, która komuś innemu starczyłaby na rok. Dlatego myślę, że umrę w biegu, wpadnę biegiem pod samochód, przelecę w pośpiechu przez szklane drzwi, które nie zdążą się otworzyć, bo będę dla nich za szybka. Podczas wichury dobiegnę do drzewa w chwili, gdy złamie się wielki konar. Chociaż aż tak to może nie, tak umierali nieśmiertelni* i nie mnie mierzyć się z nimi.


* Paryż, 1 czerwca 1938 roku, pisarz austriacki Ödön von Horwath (1901-1938) zmarł przygnieciony konarem drzewa, pod którym schronił się, by przeczekać burzę.

Berlin, 16 stycznia 1912 roku, ekspresjonistyczny poeta niemiecki Georg Heym (1887-1912) tonie w Haweli podczas jazdy na łyżwach, próbując ratować życie swego przyjaciela Ernsta Balcke (1887-1912), także pisarza.

Dżdżownice

kaschnitzZnalazłam tę książkę, jak wiele innych w ostatnim czasie, na stole z książkami do rozdawania za darmo. W Berlinie taką akcję prowadzi kilka instytucji, w ratuszu, gdzie pracuję, książki na stół wykłada Büchertisch czyli… stół z książkami. Gdy się przed kilku laty przeprowadzałam, oddałam im pół ciężarówki książek, teraz więc bez wyrzutów sumienia coś sobie od czasu do czasu biorę.
Marie Luise Kaschnitz, Das Haus der Kindheit / Dom Dzieciństwa.
Erstausgabe 1956
(c) Claassen Verlag in der Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Niewielka powieść z roku 1956 – autorka miała wtedy 55 lat.
Niewiele o niej wiem, niewiele czytałam, wstyd się przyznać, bo to Wielka Dama niemieckiej literatury, dorównująca pewnie w naszym kosmosie literackim Marii Dąbrowskiej. Jest w Polsce mało znana, choć oczwiście germaniści na pewno wiedzą o niej wszystko i więcej. „Dom Dzieciństwa“ nie został przetłumaczony na polski. Z pozwoleniem wydawnictwa Ullstein tłumaczę więc kilka fragmentów.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
1
Zaczęło się od tego, że jakiś nieznajomy zatrzymał mnie na ulicy i coś do mnie powiedział. Zapytał mianowicie, czy znam miasto i czy mogłabym mu powiedzieć, jak dojść do Domu Dzieciństwa. A co by to miało być, zapytałam zaskoczona, muzeum? Nie sądzę, odpowiedział mężczyzna. To może szkoła, drążyłam, albo przedszkole. Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiem, odpowiedział. Miał siwe włosy i wyglądał z lekka prowincjonalnie. Włożyłam okulary i zaczęłam odczytywać szyldy na pobliskich budynkach. Konserwatorium, kino, ubezpieczalnia. Domu Dzieciństwa nie było. Dlaczego szuka Pan tego domu, spytałam, żeby zyskać jakiś punkt orientacyjny. Mam tam coś do załatwienia, powiedział mężczyzna, jestem stary. Grzecznie uchylił kapelusza. Poszłam dalej, myśląc o jego ostatnich słowach, nieco zagadkowych. Zamyślona skręciłam nie w tę ulicę co trzeba. Przeszłam kilkaset metrów i zobaczyłam ten dom.

2
Oczywiście od razu pobiegłam z powrotem, aby powiadomić tego człowieka, ale już go nie znalazłam. Nic dziwnego, przecież to duże miasto, a w porze obiadowej na ulicach jest mnóstwo ludzi. A jeszcze na dodatek po wojnie wiele ulic odbudowano tak, że człowiek nie wszystkie miejsca rozpoznaje i czasem nawet nie wie, gdzie się właściwie znajduje. Zbudowano wiele budynków publicznych, również takie, jakich przedtem w ogóle nie było, wychodząc naprzeciw potrzebom chwili obecnej. Zakładam, że Dom Dzieciństwa też ma odpowiadać wymaganiom lat powojennych. Jeżeli w pośpiechu cokolwiek zdołałam zauważyć, to jest to duży szary dom bez żadnych ozdób, oprócz jakiegoś secesyjnego ornamentu nad wejściem i nazwą.
(…)

7
Dom Dzieciństwa leży znacznie bliżej mojego domu, niż to mi się początkowo wydawało. Znalazłam się dziś tuż obok zupełnie niespodziewanie i postanowiłam, korzystając z okazji, dokładnie go obejrzeć. W prawo od wielkich drzwi wejściowych znajdował się przycisk dużego białego dzwonka, płyta z mlecznego szkła i wgłębienie, do którego należy mówić. Kiedyś widziałam już taki aparat w jednym z nowych urzędów w mieście. Po naciśnięciu dzwonka zgłaszał się tam nader uprzejmy głos męski i mówił; „proszę się zameldować, podając imię, nazwisko i datę urodzenia”. Byłam przekonana, że to co widzę, to taki właśnie nowoczesny domofon, zapewne z aparatem fotograficznym, ukrytym za matową szybą, który zrobił mi zdjęcie i przesłał je do wnętrza budynku. Nienawidzę takich urządzeń, kojarzą mi się z tajną policją. Dlatego, oczywiście, oddaliłam się, nawet nie próbując nacisnąć dzwonka.
(…)

23
Dziś po raz pierwszy miałam okazję rzucenia okiem do wnętrza tego dziwacznego muzeum. Wcale nie było to takie trudne. Brama w murze, którą zauważyłam już uprzednio, a która była wówczas zamknięta, dziś była lekko uchylona. Powiększyłam nieznacznie tę szczelinę, tak by można było zerknąć do wnętrza. Trudno mi opisać to, co znajdowało się po drugiej stronie muru. Niewątpliwie potwierdziło się moje wcześniejsze poczucie, że wszystko tu przypomina dekoracje, również dom, który jest samą tylko fasadą. Za tą fasadą znajduje się całe mnóstwo jakichś niewielkich budowli, trochę jak na terenie studia filmowego, są nawet ogrody i  zagajniki, ale nie wiem, czy prawdziwe, czy wykonano je z papieru, tkaniny lub drewna. Najbardziej mnie zdumiało, że obiekty te były w różny sposób oświetlone przez jakieś niewidoczne dla mnie reflektory, a niektóre z nich były nawet pogrążone w mroku. Wszystko sprawiało wrażenie nieporządku, może nawet chaosu, ale nie było to wcale straszne, odchodząc śmiałam się więc sama z siebie, że tak długo odsuwałam od siebie moment przyjścia tutaj, bo się bałam.
(…)

53
Znowu coś pięknego, choć już nawet podczas „lekcji” czuję, że wszystko zostało sztucznie zrobione, a mianowicie przez dorosłych, którym przydaje to czarodziejskich cech. Ciemne pomieszczenie, szepty, wiele dzieci siedzących na dywanie, zapach siarki, na maleńkiej scenie w głębi pomieszczenia wąwóz w lesie, rozświetlany blaskiem błyskawic i dziwnie zniekształcony głos mojej matki, przywołujący ducha, aż się pojawi zły duch Samuel. I zaraz potem, w tym samym pomieszczeniu, na prześcieradle zawieszonym jak ekran coś zupełnie innego – obraz gwiazdy, złożonej z barwnych elementów, które się przemieszczają, tworząc coraz to nowe wzory. I jeszcze później kolejny dowód magicznych mocy, jakimi dysponują dorośli, a mianowicie palec mojego ojca, zanurzony w szklance z wodą. Ojciec wyciąga palec ze szklanki i przeciąga nim po krawędzi do połowy napełnionych wodą kieliszków, wydobywając z nich melodię, raz delikatniejszą, to znowu mocniejszą, ale zawsze ulotną.
(…)

83
Nowy przerażający pomysł, przed jakim, nawet wbrew własnej woli, postawiony został człowiek, próbujący zgłębić tajemnice tego muzeum – tym razem mogę zobaczyć sama siebie, ale nie w lustrze, tylko z zewnątrz. Zmiana dokonuje się bez zapowiedzi i już chociażby dlatego jest straszna. Ale dziś było to dla mnie podwójnie nieprzyjemne, bo to co zobaczyłam, w żadnym stopniu nie przypominało niczego, co dotychczas o sobie wiedziałam. Gdy weszłam do budynku, kustosz znowu kazał mi nałożyć szynę na nogę, a potem wyprowadził na podwórko szkolne, gdzie wchodziłam jeszcze z niejakim zaciekawieniem. Ale zaraz potem zobaczyłam sama siebie, grubą, dziesięcioletnią dziewczynkę z dużymi okrągłymi oczami, jak stoi, całkiem sama, na boisku, pośrodku sterty papierów. Inne dzieci stoją wokół tej góry pogniecionego pergaminu, w jaki pakowało się kiedyś śniadania do szkoły, w grupkach lub parami, niektóre obejmują się, żartują lub rzucają kolorowe piłki. Dziewczynka-ja porusza się, choć szyna jej ewidentnie przeszkadza, próbuje wykonać parę nieporadnych kroków, woła coś, nikt jej nie odpowiada, rozgląda się we wszystkich kierunkach, wyciąga ręce do innych dzieci, ale na próżno. Ta sama scena po wielokroć, aż do przesytu, oczywiście napawa mnie smutkiem. Zobaczyć siebie samą w zawstydzającej sytuacji, to zarazem żenujące i irytujące, tym bardziej, że z czasów szkolnych wcale sobie nie przypominam takiego momentu.

Można by powiedzieć, że jest to jedna z wielu książek o dzieciństwie. To prawda. Czytałam ich mnóstwo, sama też coś w tym duchu napisałam, na przykład to: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/01/05/die-ewige-judin/
Co mnie jednak zachwyciło w mini powieści Kaschnitz to jeden z ostatnich akapitów tej książeczki. Autorka musi opuścić muzeum, które nazwała „Dom Dzieciństwa”, bo dzieciństwo się skończyło. Dziewczynka się zakochała, a zatem przestała być dzieckiem i jest młodą, bardzo młodą, ale jednak już dorosłą panienką. Jakąż wspaniałą pisarką była Kaschnitz, skoro potrafiła stworzyć taki opis pierwszej miłości:
(…)

murattiklein122
Tak jak wczoraj, tylko znacznie mniej romantycznie, bo znowu jestem na łące, ale moim zadaniem jest tym razem wykopanie dziury w trawie i przesiewanie palcami ziemi zamkniętej w czarnym oplocie korzeni trawy. To polowanie, a zwierzyną są dżdżownice. Łowię szaroróżowe ciała, wzbudzające w mnie odrazę, i wkładam je do blaszanego pudełka z naderwaną etykietką (Muratti), całe albo w kawałkach, bo często rozrywają mi się w palcach i mimo to nadal poruszają się kręto. Jestem niecierpliwa, wyczekuję, nasłuchuję, wypatruję, ale kogo, gdzie, za żywopłotem, to tam słychać krok, stamtąd dobiega śmiech, głos, ale czyj, chłopca, mężczyzny, głos który wykrzyknie moje imię. Dam mu dżdżownice w pudełku, on nabije jedną na haczyk, zarzuci wędkę, która zaplącze się w zielsko na stromym stoku strumienia, ja ją wyplączę, a potem będę stała i patrzyła, jak szybko obraca się kołowrotek. Woda w cieniu będzie ciemnozielona, spokojna, a w słońcu rozigrana i błyskotliwa, będę wypatrywała pstrągów, tych młodych lekkomyślnych i tych starych, które przezornie trzymają się bliżej dna głębokiego wykrotu i wszystko widzą. A przecież tak naprawdę będę patrzyła tylko na niego, wiem, że tak będzie, tak jak wiedziałam, jak to się rozwinie, choć nic się jeszcze nie zdarzyło, czyli nie mogło jeszcze stać się tematem dzisiejszej lekcji, w której najwyraźniej chodziło tylko o dżdżownice, i czekanie, i dobiegający z dali okrzyk.

Das Alter ist für mich kein Kerker, sondern ein Balkon, von dem man zugleich weiter und genauer sieht.
Marie Luise Kaschnitz, Orte

Tysiąc lat

Stosunki polsko-niemieckie według Ewy Marii Slaskiej czyli
interpretacja własna wystawy „Obok. Polska – Niemcy 1000 lat historii w sztuce”. Wystawa trwała od września roku 2011 do stycznia 2012, tekst napisałam późno, za późno, i, powiedzmy, że dlatego nie został nigdzie opublikowany. Ale tak naprawdę to jest to klasyczny salon odrzuconych.

Ewa Maria Slaska
Polska – Niemcy 1000 lat

Zacznijmy od faktów najprostszych – wystawa, ogromna, 1000 lat, 800 eksponatów, 200 instytucji wypożyczających, 10 rozdziałów – ma inny tytuł po polsku i po niemiecku (a także po angielsku).

Po polsku jest mowa o tysiącleciu historii w sztuce, po niemiecku o historii i sztuce.

Piszę to nie z typową dla osób dwujęzycznych satysfakcją, że „przyłapałam” innego dwujęzycznego na błędzie. Odmienność tytułów nie jest bowiem lapsusem, jest na pewno świadoma i zamierzona. Po niemiecku tytuł głosi to, co chcieliby zobaczyć (i zrozumieć) Niemcy, po polsku – to, co interesuje kuratorkę, a nawet – powiedzmy to uczciwie: kreatorkę wystawy.

Od ponad miesiąca przedzieram się przez jednakowy bełkot prasowo-internetowy na temat wystawy. Każdy chwali, używając niemal tych samych słów, bo mimo iż każdy szanujący się dziennikarz wprowadza jakiś własny komentarzyk, jakiś mini-smaczek, ale tak naprawdę nie ma prawdziwych recenzji tej wielkiej wystawy, jest tylko powielanie porządnych, wyczerpujących i banalnych tekstów przygotowanych przez biuro prasowe wystawy. Nie ma tak właściwie żadnej porządnej recenzji, a nie ma, bo być nie może, bo cierpimy na chorobę, która się zwie polskie zadufanie, a jej symptomami są patriotyczne puszenie się połączone z czołobitnością wobec wielkich i uznanych. Przypomnijmy czołobitność wobec wielkich to w świecie odrębna jednostka chorobowa, zwana idolem teatru, w świecie polskim jest lewą stroną patriotycznej prawej rękawiczki.

Tysiąc lat kontra ostatnie sto lat. Los Żydowski.

Andę Rottenberg, kuratorkę wystawy, interesuje przede wszystkim, nade wszystko, a zapewne nawet ponad wszystko tylko sztuka. Historia jest dla Rottenberg tylko ramą dla sztuki, zręcznie podsuwaną jako komplet w celach marketingowych. Marketing dotyczył niewątpliwie Wystawy Andy Rottenberg jako Dzieła! A zabiegi, prowadzone od wielu lat, miały sprawić, by Dzieło stało się flagowym projektem Polskiej Prezydencji. Tak oto w ramach Polskiej Prezydencji (co, umówmy się, już samo w sobie jest z lekka śmieszne) chwalimy Andę Rottenberg, a ponieważ ona chwali przede wszystkim Mirosława Balkę, chwalimy zatem Balkę, bijąc czołem w ziemię.

Pójdźmy jednak jeszcze o krok dalej. Tak naprawdę to nie sztuka interesuje Rottenberg, i nie sztuka polska, ale sztuka obrazoburcza, antykatolicka, modernistyczna, najlepiej jeśli na dodatek żydowska, a właściwie z naciskiem na sztukę żydowską, antyniemiecka, odwołująca się do bólu i okrucieństwa. Temat ten zdominował ostatnie sto lat historii i wystawy, i ją zakłamał, bo tu właśnie kuratorka, wkraczając na teren, najlepiej sobie znany i ten, który rzeczywiście chciała zaprezentować, porzuciła już wszelkie próby udawania, że chodzi o historię. W odcinku wystawy dotyczącym szeroko rozumianej współczesności nie chodzi o Historię. Chodzi tylko o historię sztuki współczesnej i Los Żydowski.

To spójny obraz i artystka (bo osoba układająca wystawę jest niewątpliwie artystą) ma do niego niezaprzeczalne prawo. Tyle że jest to obraz nad wyraz indywidualny. Taki obraz sztuki modernistycznej przedstawiła Rottenberg w wykładzie, towarzyszącym wystawie, zapomniała tylko powiedzieć, że jest to interpretacja indywidualna i osobista Andy Rottenberg. Stała tam przed nami Kuratorka i mówiła nam, że taka jest Sztuka Polska. Modernizm polski w tym ujęciu to sztuka ostatnich stu lat, która zaczęła się w Związku Radzieckim, a nie skończyła nigdy. Jedynymi polskimi jej przedstawicielami są Strzemiński i Kobro, pozostali są Żydami, co Rottenberg podkreśla tak dalece, że zapomina dodać, że to również, a niekiedy przede wszystkim Polacy. Cierpienie żydowskie w sztuce przechodzi bez cezury w okrucieństwo wojny, wojna czyli zagłada, śmierć, obóz, ból, płynnie łączy się z chorobą, ta z kolei z bólem żydowskim w obliczu globalizacji i komercji. Jasna czysta linia, jak ktoś nie wie, jest w stanie uwierzyć, że taka oto była historia sztuki polskiej od roku 1912 do 2012, i zdziwi się, a i nie uwierzy, jak mu się powie, że nie, że nie jest to ani historia sztuki polskiej, ani nawet polskiej sztuki modernistycznej, a już na pewno nie – polskiej sztuki współczesnej, lecz indywidualny wybór Andy Rottenberg, która przeciągnęła straszną czarną nić przez nasze dzieje i wyciągnęła na niej tylko to jedno – Cierpienie jako definicję Losu Żydowskiego. Przejmujący obraz. Szkoda, że Rottenberg nie zrobiła takiej wystawy. Wtedy byłaby prawdziwa.

W dzisiejszych czasach potwornie trudno zaprotestować przeciw takiej wizji, bo praktycznie od razu zarabia się etykietkę antysemity. Jeśli więc nawet znalazł się jakiś umysł wolny od choroby idola teatru, nie zaćmiony polskim zadufaństwem połączonym z kultem panienki przenajświętszej Andy Rottenberg, to i tak zgroza go pewnie ogarnia na myśl o tym, że jak napisze, to co chce napisać, to redaktorzy odrzucą, a jak nie odrzucą, to czytelnicy zeżrą z kościami.

Nawet jeśli autor niniejszego sam jest Żydem albo Żydówką. To nie pomaga. Nic nie pomaga.

Tysiąc lat kontra ćwierć tysiąclecia. Odwieczna wrogość.

Ustaliliśmy już zatem, że Rottenberg zrobiła tę wystawę, żeby pokazać ostatnie sto lat historii sztuki. Pozostałe 900 lat to wehikuł, który wywiózł wystawę Andy Rottenberg na szczyt, ale też po prostu sztafaż, zaprezentowany bez ładu i składu zbiór obiektów, Wunderkammer stosunków polsko-niemieckich. Polakom niepotrzebny, bo wiedzą, dla Niemców niezrozumiały, bo nie wiedzą. A bez wiedzy nie da się go pojąć ani zrozumieć. Widz błąka się od sali do sali, nie rozumiejąc ani logiki ani chronologii, aby posuwając się od zewnętrznych kręgów piekła do samego jego środka dotrzeć do serca wystawy czyli… Krzyżaków.

I nagle stajemy oko w oko z czymś, co jest nam znane aż za dobrze. Nagle czujemy, że i tu osobowość kuratorki odcisnęła swoje piętno. To wystawa o odwiecznej wrogości. Prezentacja komunistycznego mitu odwiecznej wrogości. Mitu z czasów, gdy MY (a więc i Anda) byliśmy w podstawówce. Bo już nawet w liceach można było ewentualnie trafić na nauczyciela historii, który w ten obraz potrafił chyłkiem wprowadzić nieco odmiennych akcentów. Jako licealiści czytaliśmy też różne książki Jasienicy i choć on też był dziecięciem owych czasów, to jednak można było uważnie czytając zobaczyć, że owa odwieczna wrogość nie istniała ani w Polsce Piastów, ani Jagiellonów ani w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. A już na pewno jeśli studiowało się nauki humanistyczne, mógł się człowiek dowiedzieć, że odwieczny oznacza ostatnie 250 lat, a nie 1000. Te ćwierć tysiąclecia to wystarczająco złowrogi ciężar i właściwie nie wiadomo, dlaczego Komunie tak bardzo zależało na tym, żeby nam udowodnić, że to lat tysiąc?

Komuna wystylizowała ten obraz ze zręcznością prestidigitatora, który wyciągnął z kapelusza szczerzącego krwawe zęby odwiecznego wroga. Gdy w grudniu 1982 roku w dzień przed Wigilią czekałam na przesłuchanie w poczekalni aresztu na Kurkowej w Gdańsku, patrzył na mnie sześciooki czarno-biały plakat – Krzyżak, Hitler, Adenauer. Ale to właściwie z mało, bo wprawdzie rzeczywiście Krzyżak, wsparty niestety Sienkiewiczem, stanowił centrum owego obrazu odwiecznego wroga, ale zaczynało się to znacznie wcześniej.

Wykład o odwiecznej wrogości

  1. Formowanie nowoczesnej Europy

Walki przygraniczne państw z luźnymi formacjami plemiennymi są jedną z charakterystycznych cech formowania się Europy. Imperium Rzymskie borykało się z tym przez cały okres swego istnienia, a słynny rzymski limes nie był niczym innym, jak próbą osłony cywilizacji przed dzikością ludów spoza tej granicy. Gdy Rzym upadł pod naporem kolejnych dzikich plemion, zaczęła się rodzić dzisiejsza wizja Europy, zaciekle atakowana na wszystkich granicach. Z Południa napływały flotylle saraceńskie, z Północy nadciągali Wikingowie, na Wschodzie kłębiły się masy germańskie i słowiańskie, które jednako nie chciały się dać ujarzmić, ale chciały bogactw tworzonych tam, gdzie ludy dawały się wziąć w karby państw.

  1. Słowianie po obu stronach Odry

”Odwieczna wrogość polsko-niemiecka” zaczęła się od pierwszych Piastów, a symbolem wroga był Albrecht Niedźwiedź, margrabia brandenburski. Nikogo w tej mitotwórczej pasji nie interesowało, że naprawdę Marchia i Polska walczyły z tym samym wrogiem, z dzikimi i nieujarzmionymi plemionami słowiańskimi znad Odry. Obodrzyci, Wenedowie, Wieletowie, Serbowie, Łużyczanie, którzy nie dawali się na stałe włączyć ani do Niemiec ani do Polski, stanowili ustawiczne przygraniczne zagrożenie obu bardziej trwałych formacji państwowych. Jeżeli przypadkiem ludy te zawierały jakiś doraźny sojusz z Polską, Komuna stylizowała ich na Słowian-niemalże-Polaków, jeśli z kolei Polska walczyła ze związkiem plemion słowiańskich, ewentualnie sprzymierzonych z władcami Marchii, patronowały temu skryte knowania Niemca.

  1. Konflikty graniczne

Czy chcemy czy nie chcemy, od czasu gdy Polska i Marchia Brandenburska uporały się ze Słowianami Zachodnimi, granica między Polską a Niemcami na dobre się ustabilizowała, nie tyle w miejscu (bo tu przez tysiąc lat będzie sobie wędrować ze Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód), ile jako trwała granica językowa, kulturalna i państwowa. Cokolwiek by się nie działo w Rzeszy i w Polsce, zawsze już miały mieć wspólną granicę. To banał. Ale często o nim nie pamiętamy. I mylimy to, co zawsze dzieje się na granicach, z odwieczną wrogością.
Banałem jest też przypominanie, że średniowieczne rozdrobnienie państwowe nie było jakimś złowrogim zdarzeniem, które przydarzyło się Polsce niesprawiedliwie i nie wiadomo czemu, tylko była to typowa faza rozwoju państwowości feudalnej. W całej Europie zwierzchnik rycerstwa czyli suweren czyli aktualnie najsilniejszy władca w całej okolicy oczekiwał hołdów lennych od władców słabszych, a sam składał je władcy silniejszemu. W górę sięgało to poziomu Papież -Cesarz, w dół mogło sięgać do hołdów trzech rycerzy składanych czwartemu.

I ostatnim banałem dotyczącym czasów rozdrobnienia rycerskiej Europy jest to, że każdy mógł zawrzeć z każdym przymierze przeciw każdemu innemu i wezwać na pomoc kogo tylko chciał, żeby poradzić sobie z tym, kto mu w danym momencie nie pasował. Gromady pozbawionych ziemi rycerzy, skupionych w zakonach rycerskich tylko czekały na takie okazje.
Wszystkie średniowieczne konflikty polsko-niemieckie miały dokładnie taki wymiar i nie były niczym wyjątkowym, złowrogim i odwiecznym.

  1. Konflikty przygraniczne – Litwa i Żmudź

W takim kontekście książę Konrad Mazowiecki sprowadza Krzyżaków. Bo od Zachodu boryka się z klasycznymi problemami walk granicznych, a od Wschodu – przygranicznych, takich jak 200 lat wcześniej toczyły się nad Odrą. Od Wschodu, pomiędzy carską Rusią a księstwami polskimi w tzw. Dziczy czyli nietkniętych puszczach czają się dzicy Litwini, Żmudzini i Jadźwingowie. Przypomnijmy sobie trzech mickiewiczowskich budrysów. Zabawny wierszyk. Budrysi. Są groźni i nie ochrzczeni, można ich więc nawracać.

Wszędzie w Europie przez kilkaset lat zakony rycerskie rozrosną się w potężne i bogate organizacje. I wszędzie prędzej czy później władcy w porozumieniu z papieżem dojdą do wniosku, że ich potęgę trzeba zlikwidować. Zwłaszcza, że już w miastach tworzą się pierwsze zalążki uprzemysłowienia. Feudalizm się kończy. Kończy się czas rycerzy. Pierwsi upadną Templariusze, Krzyżacy przetrwają jeszcze ponad 200 lat. Będą się bronić, nie będą chcieli oddać tego, co dostali, zagrabili lub kupili. „Normalka”.

Nic w tym, co się działo między księstwami Polskim, zjednoczoną z powrotem Polską Łokietka i Kazimierza Wielkiego i wreszcie unią mocarstwową Polski i Litwy nie jest dowodem odwiecznej wrogości polsko-niemieckiej. Jesteśmy widownią procesów historycznych. W tym kontekście w Polsce zdarzyła się bitwa. Wielka bitwa rycerstwa zachodniego z nie ochrzczonymi rycerzami Witolda. Ostatnia bitwa średniowiecznej Europy. Dlatego myślimy, że jest słynna. A to po prostu bitwa. Spójrzmy na obraz Matejki. Mistrz wiedział, co maluje. Gdzie są tam Polacy? Gdzie Niemcy? Dwie główne postaci to Witold i Ulrich von Jungingen. I tak dokładnie było.

W 40 lat po bitwie pod Grunwaldem Turcy podbili Konstantynopol. Zatrzasnął się ostatni przesmyk pozwalający przywozić złoto, perły i jedwab z Azji. Synowie szlacheccy bez ziemi już nie chcą się bawić w rycerzy. Część z nich zajmie się produkcją i finansami, tak urośnie siła miast, część będzie nadal szukała przygód. Don Kichot, prawda? To on, rycerz bez pola walki i przeciwnika. Ale inni już wiedzą. Tam gdzie mogą, ruszą na podbój świata. To ci sami chłopcy, już nie rycerze, konkwistadorzy.
W tym kontekście rozwiązał się Zakon Krzyżacki.
To prawda, kiedyś, za następnych dwieście lat, na podwalinach tego, co zbudował Zakon Krzyżacki, urośnie nowa potęga polityczna, Księstwo, potem Królestwo, a potem Cesarstwo Pruskie. I to już stanie się zalążkiem „odwiecznej wrogości”, tej liczonej w stuleciach a nie tysiącletniej. Do tego jeszcze wrócimy.

  1. Granica kwietystyczna

Polska Jagiellonów i Rzesza Niemiecka ustabilizowały swoją potęgę i na długi czas granica państwowa pomiędzy oboma mocarstwami nie ulegała zmianie. Nic się też na niej nie działo. Przyjęło się wręcz uważać ją za najspokojniejszą granicę Europy, chętnie przydając jej przymiotnik „kwietystyczna” – spokojna, ale też piękna. Niemcy szarpane były reformacją, co zresztą nie ominęło też i Polski, Rzesza przeżyła też najbardziej dramatyczną wojnę w swej historii – wojnę stuletnią, zakończoną pokojem westfalskim i swego rodzaju tolerancją religijną. W Polsce walka protestantyzmu z katolicyzmem była znacznie mniej dramatyczna, z kolei zamiast wojny stuletniej przeżyliśmy szereg konfliktów zbrojnych z Turcja i najazd szwedzki. Tym niemniej na zachodniej granicy Polski rzeczywiście nic się nie działo. Działo się za to gospodarczo. Otóż protestantyzm, który w XVI i XVII wieku ugruntował sobie pozycję w zachodniej Europie, był religią rodzącej się właśnie burżuazji, żądnej władzy i możliwości bogacenia się. Przez fakt, że w Polsce wygrał katolicyzm, przegapiliśmy gdzieś zarazem i kapitalizm. Byliśmy nadal państwem feudalnym, podstawą polskiego dobrobytu były dobra natury i płody rolne, a pozyskiwaliśmy je przy pomocy chłopa pańszczyźnianego. To co w XV i XVI wieku zapewniło nam potęgę i bogactwo, w XVII wieku wystarczało by trwać, a w XVIII wieku sprawiło, że upadliśmy. Nie dało się już wyżyć ze zboża, wosku, drewna i futer. Europa Zachodnia zmieniła system rolny i przestała potrzebować żywności, a luksus przypływał na statkach z Meksyku i Brazylii, a nie szkutami po Wiśle. Warcholstwo, sarmatyzm i niechlujstwo nie były przyczyną naszego upadku, tylko skutkiem załamania gospodarczego. Upadliśmy, ponieważ system feudalny w całej Europie musiał upaść. Można mu było pozwolić upaść, zastępując go uprzemysłowieniem. Gdy jednak tego nie zrobiliśmy, upadliśmy razem z nim, przygnieceni gruzami niewydolnej gospodarki.

  1. Rozbiory i odwieczna wrogość

Formalnie to właśnie w roku 1772 rozpoczął się odwieczny konflikt polsko-niemiecki. Rozpoczął się, bo się nie potrafiliśmy unowocześnić. Zajęły nas Rosja, Austria i Prusy, ale tak naprawdę, to zajął (czy rozebrał nas) kapitalizm. Był to jeszcze kapitalizm ekstensywny, potrzebujący wciąż nowych ziem i nowych ludzi. Państwa rozbierające Polskę nie miały znaczących kolonii zamorskich, ich koloniami były słabsze sąsiednie państwa europejskie. Francja, Anglia, Hiszpania, Portugalia i Holandia skierowały swój ekspansywny kapitalizm na podboje zamorskie, Austria, Rosja, Prusy a także na terenach nas nie dotyczących, bo w Skandynawii – Dania, podbiły Europę, a Rosja również dużą część Azji.

Po raz pierwszy w historii staliśmy się rzeczywiście ofiarą pruskiej zachłanności. Nawet to nie był jednak wyraz złowrogiej niechęci Niemca do Polaka, nawet to był proces. Ale trudno oczekiwać, żeby nam jako Polakom to w czymś specjalnie pomagało. Nawet gdybyśmy potrafili spojrzeć na rozbiory i obie wojny światowe jak na nieuniknione procesy gospodarczo-polityczne. Nie potrafiliśmy i nie można nas o to winić. Od roku 1772 Prusy były naszym wrogiem. Bez przerwy. Zawsze. Odwiecznie. Od roku 1772 do roku … którego. 1971? 1980? 1989? 1991? 2005? Wszystko jedno. Któraś z tych dat zakończyła odwieczną wieczność.

Konkluzja
Rozumiem, że nie można wymagać, by pani Anda Rottenberg znała najnowszą wykładnię historii Europy. Ale no cóż… Miała radę konsultacyjną, miała doradców i pracowników. Gdyby zechciała ich słuchać (słyszeć i słuchać!) to może potrafiłaby ułożyć tę wystawę inaczej. Może potrafiłaby się oderwać od wizji Historii, jaką wpojono mądrej dziewczynce w piątej klasie szkoły podstawowej. A może tym bardziej potrafiłaby powiedzieć, nie, to nie jest MÓJ temat, nie będę się zajmowała ani tysiącem lat historii i sztuki, ani tysiącem lat historii w sztuce, bo żadnemu z nich nie sprostam. Moim tematem jest Los Żydowski we współczesnej sztuce polskiej i tym się będę odtąd zajmowała.

Über den Film “Hannah Arendt” von Margarethe von Trotta. Ein guter Film, obwohl es fürchterlich irritiert, dass Hannah Arendt alle 30 Sekunden eine neue Zigarette anzündet. So war es damals, in den 50. und 60., klar, aber diese ewige Zigarette mutiert zum Hauptmerkmal von Hannah, gewinnt Oberhand über ihr Denken und Tun.
Ich muss gestehen, dass ich überhaupt nicht wusste, worüber Arendt geschrieben hat. Banalität des Bösen, ja, das wissen wir doch alle, aber im Film kommt für mich etwas Neues zutage – die Beschuldigung Hannahs Arendt, die jüdischen Räte haben den Holocaust mitgemacht und sind mitschuldig.
Wieso habe ich es nie gehört? http://www.hannaharendt-derfilm.de/

Kotka Schrödingera

Ewa Maria Slaska

Kot czy kotka?

Kotka Schrödingera przeciągnęła się, rozejrzała bacznie po pudełku i walnęła po mordzie psa Pawłowa. Zdanie to brzmiało mniej więcej tak i mam wrażenie, że przeczytałam je w książce Wilsona i Schea „Illuminatus”*, a książkę tę czytałam po niemiecku, stąd utrwaliło mi się w pamięci, że chodzi o kotkę. Niemiecki ma bowiem to do siebie, że gramatyczna płeć kota, die Katze to kocica i dopiero jeśli się powie der Kater, można się dowiedzieć, że chodzi o kocura. Podobnie zresztą jak po angielsku, gdzie niemal wszystkie rzeczy i zwierzęta są rodzaju nijakiego, a kot i statek mają płeć i to żeńską. Czyli odwrotnie niż po polsku, bo gramatyczne kocisko polskie jest męskie i trzeba użyć słowa „kotka”, żeby podkreślić, iż chodzi o stworzenie żeńskie. Wszystko to zresztą są tylko tak zwane uwagi na marginesie, a zatem poemat dygresyjny jak, nie przymierzając, Beniowski, bo naprawdę to w zdaniu o kotce Schrödingera i psie Pawłowa spodobało mi się przede wszystkim zestawienie obu tych zwierząt i ich cech charakterystycznych, co nie ma nic wspólnego z treścią eksperymentów myślowych Schrödingera ani zachowaniami badanych przez Pawłowa psów. Bo nieważne, że Schrödinger tylko sobie pomyślał tego swojego kota, zamkniętego w pudełku i czekającego na nieuchronny wyrok śmierci, a Pawłow rzeczywiście trzymał psy w klatkach i najpierw dawał im jedzenie i zapalał światło, a potem tylko zapalał światło, a psy już się śliniły na myśl o jedzeniu, ale wciąż były głodne. Chodzi o to, że, jak sądzę, ani Schrödinger ani Pawłow nie zastanawiali się specjalnie nad charakterem tych swoich zwierząt. Ot zwierzęta. Dość zapewne przypadkowo wybrane. Choć jest do tego anegdotka, przytaczana przez Marka Abramowicza w artykule o innym kocie, a mianowicie o kocie Hawkinga.** Kot Hawkinga, podobnie zresztą jak kot Schrödingera, jest zwierzęciem wirtualnym, ale przydarza mu się rzecz jeszcze bardziej paradoksalna niż kotce Schrödingera. Kotka Schrödingera, zamknięta w pudełku na godzinę, może być mianowicie albo martwa albo żywa. Natomiast kot Hawkinga żyje, choć nie żyje. Ale o tym za chwilę, na razie wróćmy jeszcze do kotki. Otóż, dopóki nie otworzymy pudełka, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy przemyślnie wymyślona pułapka myślowa Schrödingera spowodowała, iż w czasie tej godziny rozpadł się atom promieniotwórczy umieszczony wraz z kotką w pudełku czy nie. Jeśli się rozpadł, to energia rozpadu rozbiła ampułkę z trującym gazem i kotka Schrödingera zdechła. Jeśli natomiast się nie rozpadł, to gdy po godzinie otworzymy pudełko, kotka będzie żywa. Abramowicz podaje to w sposób wyszukanie naukowy: „Zanim nie otworzymy pudełka, rozwiązanie równania Schrödingera jest superpozycją dwóch możliwych stanów własnych:
|atom się nie rozpadł, kot jest żywy >
+
|atom się rozpadł, kot jest martwy >.
Nie ma sposobu odseparowania tych stanów, gdy pudełko jest zamknięte. Więc jeśli się zgodzimy, że równanie Schrödingera opisuje wszystkie istotne elementy rzeczywistości w zaistniałej sytuacji, to musimy się zgodzić również z tym, że kot w pudełku żyje, a jednocześnie jest martwy!“ Ot co. Taka sobie męska zabawa. I tak o tym pisze Abramowicz w tej części artykułu, którą poświęcił naszkicowaniu historii mechaniki kwantowej: „Bohr, de Broglie, Dirac, Heisenberg i Pauli, gdy dokonywali swych najważniejszych dla fizyki kwantowej odkryć, byli ludźmi zdecydowanie młodymi, powiedzmy sobie – chłopcami – w wieku dwudziestu kilku lat. Mechanika kwantowa była ich wspaniałą zabawą, a o chłopcach wiadomo, że uwielbiają bawić się i eksperymentować z kotami. Schrödinger, który jako jedyny przekroczył wtedy trzydzieści lat, wyobraził sobie kota zamkniętego w pudełku.” Dalej już wiemy. W pudełku jest atom, gaz i kot. Kot albo żyje albo nie. Na dwoje babka wróżyła, patrząc w szklaną kulę, kiedy obok siedział nastroszony czarny kot i ze złością tłukł ogonem po stole. Złościło go, a właściwie to nie jego tylko mnie, że zabawa Schrödingera, właśnie dlatego, że była eksperymentem intelektualnym, nie podlegała żadnym ograniczeniom fizycznym, mogła więc trwać nie godzinę tylko nie wiadomo jak długo, a jak wsadzimy kota na nie wiadomo jak długo do pudełka, w którym jest ten jakiś teoretyczny atom i jakaś teoretyczna ampułka z trucizną, to kiedyś ten cholerny atom się przecież rozpadnie, rozbije ampułkę, a ta wydzieli z siebie dokładnie tyle gazu, ile potrzeba, żeby uśmiercić kota, ale nie więcej, bo i o ten szczegół zadbał autor eksperymentu, po to, żeby – mimo iż jest to tylko teoria – jakieś resztki nie zatruły teoretycznego obserwatora, który wreszcie otworzy to śmiercionośne pudełko i stwierdzi, że kot jest martwy.
Kiedyś więc kot Schrödingera tak czy owak zostanie zabity. Czysto teoretycznie, czyli nie ma się tak naprawdę o co złościć, a mimo to cała ta historia mnie złości, bo okazuje się, że nawet jak dorośli i bardzo inteligentni chłopcy bawią się w fizykę teoretyczną, to wymyślają sobie jakiś taki cholerny przykład, w którym chodzi o uśmiercenie kota. Teoretycznie można przecież było wymyślić coś innego, chociażby takie samo pudełko, z czystego, przejrzystego szkła, które zachlapie się od środka farbą, jeśli atom się rozpadnie i rozbije umieszczoną w nim ampułkę z czarnym barwnikiem. Teoretyczny wynik teoretycznego eksperymentu byłby identyczny:
|atom się nie rozpadł, pudełko jest czyste >
+
|atom się rozpadł, pudełko jest pochlapane czarną farbą >.
I nawet nie trzeba otwierać tego wstrętnego pudełka, żeby zobaczyć z jakim z dwóch możliwych stanów, jakich istnienie dopuszcza fizyka kwantowa, mamy aktualnie do czynienia. A jest to taka część nauki, która pretenduje do miana starożytnej filozofii czyli „opisania wszystkiego” i podobno, tak twierdzi Abramowicz, opisuje też wszystko oprócz grawitacji. Grawitacja jest wciąż jeszcze poza pudełkiem i stawia opór. Tak jak ja stawiam opór przed próbą uzyskania stanu idealnego czyli opisania wszystkiego za pomocą historyjki o uśmiercaniu kota. Podobnie reaguje zresztą Stephen Hawking, ten od „Krótkiej historii czasu“, choć jak sądzę, z innych powodów. Hawking miał ponoć powiedzieć: “Gdy słyszę o kocie Schrödingera, odbezpieczam rewolwer”.
Abramowicz idzie zresztą jeszcze dalej, choć wciąż tropem kota i jego teoretycznej śmierci. Opisuje mianowicie czarne dziury i pewien kolejny eksperyment teoretyczny, przeprowadzany przez jakiegoś teoretycznego Hawkinga, ponoć nie tego od „Historii czasu” i badania zjawiska promieniowania czarnych dziur, które to zjawisko nazywa się w fizyce promieniowaniem Hawkinga. „Wyobraźmy sobie“, pisze Abramowicz „dra Hawkinga  (jest to osoba fikcyjna, nie mająca nic wspólnego z kimkolwiek), który patrzy, jak jego kot skacze do czarnej dziury. Koty są niezwykle dociekliwe i często robią rzeczy tego typu. Z punktu widzenia dra Hawkinga kot jest stale widoczny na zewnątrz czarnej dziury. (…) A więc według dra Hawkinga kot żyje, według zaś samego kota – nie. Wypada zatem spytać, jak jest naprawdę: kot żyje, czy też nie?“

Otóż to, tak to się właśnie toczy, jeden teoretyk zabawił się myślowo z kotem i teraz wszyscy teoretycy uważają za stosowne teoretycznie uśmiercać teoretyczne koty. Kotka Schrödingera kiedyś zostanie zabita, kot Hawkinga żyje, choć tak naprawdę nie żyje, a psy Pawłowa wciąż są głodne. Dlaczego więc tak spodobało mi się zdanie Wilsona i Schea, o tym, że kotka Schrödingera trzepnęła po pysku psa Pawłowa? Bo zanim jeszcze oddałam się rozważaniom o okrutnych zabawach małych i dużych chłopców z muchami, żabami i kotami, zdanie to skojarzyło mi się przede wszystkim z godnością kota, któremu podsuwa się jedzenie. Kot, a mówię to z wieloletniej obserwacji, nawet jak jest głodny i nawet jak się dopomina o małe conieco (po prostu łyk słodkiej śmietanki, jakaś krewetka czy odrobina posiekanej surowej polędwicy), nigdy nie rzuca się łapczywie do miseczki, podczas gdy pies… no cóż, pies jak widzi żarcie, to musi je natychmiast zjeść. Dlatego wyobraziłam sobie, że kotka Schrödingera karci psa Pawłowa za zachłanną łapczywość. I to mnie w tym zdaniu rozbawiło. Najkrótsza charakterystyka zachowań kota i psa w stosunku do spraw egzystencjalnych czyli pożywienia. Mój syn twierdzi z kolei, że przeczytał gdzieś zdanie, iż psy nie rozumieją ludzi, ale ich ubóstwiają, natomiast koty rozumieją nas aż za dobrze i dlatego nami gardzą.

Jakoś się tak rozfilozofowałam, na zakończenie więc jeszcze zwykła, zgoła niefilozoficzna historyjka o czarnym kocie, chociaż może trochę magiczną. Czarny kot przynosi ponoć pecha, zwłaszcza jak przejdzie człowiekowi tuż przed nosem w poprzek drogi. I oto pewnej dość zimnej sobotniej nocy wracałam sobie w Berlinie do mego wspaniałego berlińskiego mieszkania we wspaniałej berlińskiej kamienicy. A stare, secesyjne kamienice berlińskie mają to do siebie, że wciąż jeszcze wiele z nich zamyka się na noc na klucz. Czasem nawet na taki wielki, bardzo skompliko­wany klucz z dwoma piórami, który trzeba umiejętnie przesuwać w zamku, żeby otworzyć drzwi, wejść, przeciągnąć klucz na drugą stronę, zamknąć drzwi i dopiero go wyjąć (proszę mnie nie pytać, jak to działa, bo po 20 latach mieszkania w Berlinie nie wiem, jak to się dzieje, że udaje mi się tym paskudztwem otworzyć i zamknąć bramę). W każdym razie była trzecia nad ranem, było zimno, a goście, którzy u mnie mieszkali zabrali ze sobą jedyny klucz do bramy. Umówiliśmy się, że zadzwonię, jedno z nich się obudzi, ubierze i wyjdzie, żeby mnie wpuścić. Bardzo piękna teoria. Właśnie rozmyślałam o tym, jak sprawdzi się w praktyce, gdy przed nosem przeszedł mi piękny czarny kot. Nie podoba mi się twierdzenie, że kot przynosi pecha. To jakieś męskie porachunki z czarownicami i moim zdaniem to ewentualnie facetom czarny kot przynosił pecha, a kobietom nie powinien. Nie powinien i już. „No”, powiedziałam w myślach do kota, „pokaż, że z tym pechem to nieprawda, załatw, żebym się dostała do domu, bo zimno.” Doszłam do domu, zadzwoniłam do moich gości, odczekałam ze trzydzieści dzwonków. Rycerzy spod Giewontu by obudziło, a ich nie. Zaczęłam się zastanawiać, co teraz, iść do knajpy i przeczekać, iść do hotelu, pojechać do przyjaciółki, iść do pracy… ale zanim domyśliłam te myśli do końca, brama się otworzyła i radośnie nastrojony sąsiad, wychodzący do pracy na jakąś niesamowitą poranną zmianę (w niedzielę!), powitał mnie uprzejmym „dzień dobry pani”.

Lubię czarne koty.


* Robert Shea, Robert Anton Wilson, The Illuminatus! Trilogy : The Eye in the Pyramid, The Golden Apple, Leviathan

** Delta 06/1998 Marek A. ABRAMOWICZ, Marcus J. PERCIVAL, KOT HAWKINGA: ŻYWY CZY MARTWY? Skrócona wersja tego artykułu ukazała się w szwedzkim miesięczniku “Forskning och framsteg” w numerze 12/1997.

Am Mittwoch, 02.04.2008 las man in der Presse: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Also: Sie haben Minotaurus geschafft!

Dzieci rodzą się i wiedzą

Tekst tego opowiadania ukazał się w roku 2011 w dodatku literackim “Kuriera Szczecińskiego”. Bardzo lubię tę gazetę i jej redaktorów, mam więc nadzieję, że nie wezmą mi za złe, jeśli powiem, że być może nie wszyscy moi potencjalni czytelnicy mieli szansę przeczytać ten tekst wtedy, gdy się ukazał. No bo skoro ja nie miałam…

Ewa Maria Slaska

Dzieci rodzą się i wiedzą

Dzieci rodzą się i wiedzą. Nie wiadomo skąd, ale wiedzą. Są tacy, co twierdzą, że to pamięć poprzednich wcieleń. Albo duszy nieśmiertelnej, która póki w momencie porodu nie została przywiązana na stałe do ciała, krążyła swobodnie po świecie. Może jest to zresztą po prostu pamięć genetyczna. Mój syn zapytał mnie kiedyś, co to za wojsko wychodzi zza pieca. Miał cztery lata, mieszkaliśmy w mieszkaniu z kaloryferami i nie jestem pewna, czy on w ogóle kiedykolwiek widział piec. Gdy próbowałam go namówić, żeby mi opowiedział, co to było za wojsko, opisał żołnierzy w granatowych obcisłych kurtkach i białych spodniach z kwadratowymi pudełkami na głowie. Takiego użył słowa – pudełka. Myślę, że musiały to być czaka, czyli za tym jakimś piecem chowali się ułani, których nigdy nie widzieliśmy, ani on, ani my, ani pewnie nawet nasi rodzice, ale nasi dziadkowie, pradziadkowie naszego syna – tak. Jeden z nich sam był ułanem.

Stąd może ja bałam się płonących miast. Gdy byłam dzieckiem, nocami straszył mnie pożar Warszawy. Urodziłam się po wojnie, nie widziałam jak płonie Warszawa, byłam też za mała, żebym mogła znać takie obrazy z filmów o wojnie. Moi rodzice w sprawie wojny milczeli jak zaklęci. A jednak nocami śniły mi się płonące ulice i walące się domy.

Patrzę na tę właśnie urodzoną dziewczynkę i zastanawiam się, co widziały i co wiedzą te smutne oczy. Ma oczy jak smutny lemur. Najsmutniejszy lemur na świecie. Nie widzi mnie, widzi coś.

Jeśli to, co widzi, to pamięć duszy do wczoraj swobodnie poruszającej się po świecie, to nie jest wykluczone, że widziała, jak Muhammad Al-Bibi, sympatycznie wyglądający osiemnastolatek, zabił Kadafiego jego własnym złotym pistoletem. Widziała wielkiego władcę, jak ukrywa się w rurach betonowych. I widziała jego głowę. I to, że ranny Kadafi został sponiewierany, że ktoś go przewracał, bił, szturchał. Widziała, jak krzyczy, jak żebrze o pomoc. Zabito go jak psa. Tak w XXI wieku umierają orientalni tyrani, Sadam Hussain, Osama bin Laden, Kadafi. Wyciągnięci jak wściekłe lisy z ponurych schowków. Nie przynosi to chluby naszym czasom, że pozwalamy na to, ba, wydajemy rozkazy, by tak umierali tyrani.

Tyrani XX wieku mieli lepiej. Hitler popełnił samobójstwo, to wcale jeszcze nienajgorszy koniec. Stalin i Tenno umarli we własnych łóżkach.

Co widziała Ivana, córka Bakiry, zanim się wczoraj urodziła w szpitalu świętego Józefa w Berlinie? Wojnę w Bośni i Hercegowinie z Serbami. Najbardziej krwawy konflikt w Europie od końca II wojny światowej. Bombardowanie Sarajewa i aleję snajperów. Masakrę w Srebrenicy, osiem tysięcy ciał w zbiorowych grobach. Masowe gwałty kobiet w Górach Dynarskich.

W tej rodzinie kobiety wcześnie wychodzą za mąż i wcześnie mają dzieci. Znałam więc nie tylko Bakirę, matkę Ivany, ale także jej babkę, a nawet prababkę. Poznałyśmy się prawie 20 lat temu, kiedy Bakira miała kilka latek i mieszkała z matką i babką w schronisku dla uchodźców. Uciekły z wioski pod Srebrenicą. Same kobiety. Babka, matka i córka.

Był początek wojny w Bośni, wiadomości z frontu były wstrząsające, a to zawsze wzmaga berlińską potrzebę czynienia dobra. W Berlinie czyni się dobro na zawołanie. Do schroniska przynoszono sterty odzieży. Była bardzo potrzebna. Standardowa pomoc dla uciekiniera wojennego obejmowała wprawdzie również komplet ubrań, ale ci ludzie pojawiali się u nas dosłownie bez niczego i jeden komplet odzieży w środku zimy nie załatwiał problemu.

Bakira, jej matka i babka właśnie zostały przyjęte do schroniska, gdy przed wejściem zatrzymała się wypasiona bryczka, z której wysiadł masywny, ubrany na czarno facet z byczym karkiem. W ręku trzymał dwa wielkie niebieskie worki plastikowe, wypchane po brzegi. Portier wysłał go do nas do biura i tak właśnie nastąpiło zrządzenie losu. Facet był Polakiem i pracował „u Państwa”, którzy kazali mu zapakować do worków rzeczy po zmarłej właśnie mamie i zawieźć do nas.

One wychodziły z biura, on wchodził. Zatrzymaliśmy je i poprosiliśmy Henryka, by zaniósł im te worki do pokoju. Miały sobie wybrać, co chcą, a resztę, ewentualnie, oddać. Tak to babka Bakiry została właścicielką czarnego futra z karakułów. Było takie małe, że pasowało tylko na nią. Bo babka była maleńka. Trzeba było zorganizować skrzynki plastikowe, na których musiała stanąć, jeśli chciała gotować, bo nie sięgała pieca. W wolnych chwilach chodziła po okolicy, ubrana w czarne karakuły, i zaglądała do śmietników. Tak ją kiedyś sfotografował jakiś dziennikarz. Zdjęcie babci w karakułach siedzącej na szczycie kontenera śmieci obiegło cały Berlin. Ja sem w nowinach, ogłaszała babka Bakiry wszem i wobec. Jestem w gazecie.

Ale to nie karakuły były zrządzeniem losu, tylko Henryk, barczysty Polak, który je przyniósł. Popatrzył na Amrę, matkę Bakiry, która była prześliczna jak orientalny Anioł (a Anioły muszą być orientalne, pochodzą przecież od biblijnych cherubinów), a z Bakirą na ręce wyglądała jak Madonna i … zakochał się.

Tu trzeba wyjaśnić, że… Ach nie, za dużo by wyjaśniać. Czytelnik musi uwierzyć. Bośnia jest w dużej mierze muzułmańska. Z wojny bośniackiej uciekały początkowo tylko kobiety. Przyjeżdżały do obcego zimnego kraju, w którym nie było bomb, ruin i szczurów, ale nie było też słońca, śpiewu, muzyki, jedzenia czerwonego od papryki, tańców na świeżym powietrzu, zalotnych uśmiechów. To jednak tylko sprawy powierzchowne. Bo jednocześnie w Berlinie nie było patriarchalnych strażników tradycyjnego porządku, surowych ojców, wszechobecnych braci, zazdrosnych mężów. Za to była swoboda wyboru stylu życia i emancypacja kobiet. Kobieta miała prawo być wyemancypowana, a jednocześnie musiała, bo inaczej nie dałaby sobie rady. Musiała nauczyć się języka i nauczyć się, jak sobie radzić w tym świecie, który był tak inny od wszystkiego, co kiedykolwiek znała. Uciekające przed wojną Bośniaczki emancypowały się na naszych oczach. Emancypowały się i rozkwitały. Były piękne i samodzielne. Amrze towarzyszył w tym Henryk. Jak na warunki europejskie polski kochanek to przeraźliwie zacofany maczo, ale dla Amry Henryk był pionierem feminizmu. Nie dlatego, żeby uważał, że tak trzeba, albo że coś się kobiecie należy, po dwóch tysiącach lat patriarchalnego ucisku, nie, Henryk przyznawał Amrze mnóstwo praw, bo był istotą bezrefleksyjną i postępował tak, jak postępowali wszyscy w jego środowisku. Przy Henryku Amra miała więc tyle wolności, ile miewały dziewczyny jego kolegów, a to w pewnych okolicznościach wcale nie było mało. A do tego Henryk był zakochany, a zatem, jak każdy polski kochanek, sentymentalny i romantyczny. Nosił torebkę Amry, otwierał drzwi, pomagał wkładać płaszcz, przynosił kwiaty i czekoladki.

Ale potem, kiedyś, jeśli nie zginęli na wojnie, w Berlinie pojawiali się mężczyźni. Przyjeżdżali, instalowali się w świecie, który zorganizowały im kobiety, szli po ścieżkach, legalnych i nie, które wydeptały dla nich kobiety, korzystali z tego, co osiągnęły i uzyskały kobiety i … odbierali im prawo do jakiejkolwiek decyzji.

Mąż Amry przyjechał w rok po niej, też zimą. Był to dziki wojownik o ponuro przystojnej twarzy, inwalida wojenny, któremu snajper odstrzelił lewe ramię. Miał na imię Zdrawko, co dla polskiego ucha brzmiało lekko i radośnie, ale oczywiście Zdrawko nie był radosny, a jego wejrzenie zapowiadało, że lekko też nie będzie. Mniej więcej po miesiącu Zdrawko dowiedział się, że Amra ma, czy też miała, kochanka. Raczej miała, bo gdy Zdrawko się pojawił, Amra nie miała najmniejszej szansy, żeby spotykać się z Henrykiem. Zdradziły ją dzieci. Jakaś dziewczynka w piaskownicy odebrała Bakirze piłkę. Bakira zaczęła płakać. Amra rzuciła się jej na pomoc. Chwyciła dziewczynkę za włosy, matka dziewczynki doskoczyła do Amry, rozorała jej twarz paznokciami, z pokoi na podwórko wybiegli mężczyźni, już szły w ruch śrubokręty, broń każdego twardziela w kraju, gdzie noszenie przy sobie noża jest karalne. W ciągu kilku minut spokojna zabawa dzieci pod opieką matek zamieniła się w preludium wojny. Portier dzwonił już po policję, my próbowaliśmy okiełznać burzę. I wtedy pokrzywdzona rzekomo dziewczynka krzyknęła do Amry, że jest dziwką. Bludnica, bludnica, kurva… Zdrawko zatrzymał dłoń ze śrubokrętem już już mającym uderzyć w ramię ojca dziewczynki… Zapadła przeraźliwa cisza, a Zdrawko obrócił się i zadał cios Amrze. Jeden, drugi, trzeci… Kochałem cię, kochałem cię ty dziwko, krzyczał, wbijając śrubokręt na oślep.

W każdej społeczności jest zwierzę alfa i jego harem, jest mądrala, jest donosiciel, błazen i wyrzutek. Zdrawko był prymatem alfa. Amra umarła z upływu krwi, Zdrawko poszedł do więzienia, a jak wyszedł nigdy nie pomyślał o tym, że mógłby poszukać córki. Bakirę oddano do domu dziecka. Prababka umarła ze starości. Karakuły ktoś wyrzucił do śmieci.

Minęło 20 lat. Bakira wyrosła, poszła do szkoły, a potem do nauki zawodu. Została fryzjerką. Jest piękna jak Amra. Spotykam się z nią czasami, teraz już rzadziej, ale dawniej bardzo często. Bo to my dwoje, ja, opiekunka jej rodziny z czasów, gdy pojawili się w Berlinie i Henryk, kochanek jej matki, zajmowaliśmy się nią, gdy była samotną sierotą w domu dziecka, gdy wyrastała, wychodziła w świat, brała ślub. A teraz jesteśmy tu, żeby po raz pierwszy popatrzyć na Ivankę. Najsmutniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałam.

Co pamięta Ivanka z czasów zanim się urodziła?

Wojnę i pożary? Pożary i mord? Mord i mordercę? Człowieka, który był jej ojcem i zabił jej matkę?

 Październik 2011

Uwaga od Autorki: Społeczność uciekinierów w schronisku, zwłaszcza w dużym schronisku dla uchodźców, jest jak każda inna społeczność. Są w niej zwierzęta alfa i błazny, są geniusze i cwaniacy, jest miłość, mord i przemoc. Schronisko to cały świat. Pracowałam w schroniskach wystarczająco długo, żeby zetknąć się z morderstwem, samobójstwem, porwaniem dzieci i sprzedażą kobiet. Widziałam szczęście i nieszczęście ludzkie. Nieszczęścia było więcej. Często zaczynało się od prostych prawd. On ją kocha, ona jego nie. Albo: ona go kocha, a on jej nie. Często nie była to naprawdę miłość tylko prawo własności lub projekcja. Ale podstawowe słowo, jakiego wszyscy używali brzmiało – miłość.

Weshalb nehmen wir es an?

Der Text ist vor drei Jahren entstanden und zig mal zu verschiedenen Redaktionen geschickt. Meistens ganz ohne Reaktion, aber auch da, wo man, angeblich, Interesse zeigte und etwas tun wollte, passierte gar nichts.

Offensichtlich nehmen wir es an, weil es uns überhaupt nicht interessiert.

Ewa Maria Slaska

Pavel S., geboren 1982, ist von der Geburt her ein Spastiker, einer, der unter spastischen Tetraparese leidet, einer Krankheit, die sich geistig und somatisch äußern kann, und die bei ihm, zum Glück, nur körperlich in Erscheinung trat. Diese „nur“ reicht aber vollkommen, um das Leben eines Menschen tief und unreparabel zu beeinflussen, im Grade, von dem wir, die Gesunden, überhaupt nichts wissen wollen, da die spastische Tetraparese eine Lähmung aller vier Gliedmassen bedeutet. Und dies bedeutet wiederum, dass der Mensch nie allein, ohne fremde Begleitung sein Leben gestalten wird. Nie – auch ein Wort, von dem wir, die Gesunden, keine Ahnung haben. Eine Hilflosigkeit, die einem würgen wird. Mich auf jeden Fall.

Er wurde aber als Kind sehr geliebt und wirkt heute ausgeglichen und gelassen ironisch.  Man hatte ihn fürs Leben erzogen, für Teilnahme und Teilhabe an sozialen, kulturellen und politischen Prozessen, die unsere Gesellschaft aufbauen und prägen oder aber dekonstruieren und degradieren. Ein normaler Bürger halt, mit Handicap zwar, aber bewusst und engagiert.

Er ging zuerst in eine Grundschule für Körperbehinderten, nach der 5. Klasse wechselte in eine „normale“, wo er nächste vier Jahre verbrachte. Dann kamen weitere vier Jahre in einer, ebenfalls „normalen“, Oberschule, anschließend zwei Jahre Berufsförderung, ein in Berlin und ein in München und letztendlich drei Jahre Ausbildung zur Bürokraft, die er mit Ausbildungszeugnis erfolgreich abgeschlossen hat. In dieser Zeit verbrachte er auch acht Jahre in einem Behinderten Sportverein, währenddessen er an zahlreichen Schwimmwettbewerben teilgenommen hat und etliche Medaille gewann.

2006 endete der Bildungsweg. Er kam zurück nach Berlin, war ein Jahr arbeitslos und suchte in dieser Zeit sowohl die Arbeit als auch die Wohnung. Beides gelang fast gleichzeitig und kam noch dazu mit der Zuerkennung des Pflegedienstes. Jetzt ist der Weg, auf dem er gelernt hatte, ein vollwertiger Bürger dieser Gesellschaft zu sein, abgeschlossen. Er kann zwar nicht ohne Hilfe leben, braucht eine ständige Lebens-Begleitung und eine besonders eingerichtete Wohnung, aber diese Umstände berücksichtigend, ist er jetzt ein vollberechtigter Mitglied der Gesellschaft. Mit Rechten und Pflichten, wie jeder Andere. Er arbeitet, wohnt, lebt. Beruflich kann er alles, was mit dem Büro zu tun hat: Datenverarbeitung, Internet und Emails, Telefon- und Faxdienst, Personalwesenpflege, Schriftverkehr. Dazu noch Englisch. Er reist gern, hört gern Musik, pflegt gesellschaftliche Kontakte durch das facebook, lässt sich ab und zu ins Kino begleiten.

Jetzt, drei Jahre später, ist er ein Rentner. Drei Jahre hatten gereicht, um aus einem engagierten und arbeitswilligen Menschen einen Menschen am Abstellgleis zu machen. Und, um es nach Heine zu wiederholen, dies hat mit ihren Taten die Gesellschaft getan. Mit einer, oder vielleicht zwei, Redewendungen. Es ist halt so. Und – es ist gang und gäbe. Beides bedeutet fast das gleiche. Beides weist Einen, der rebelliert, sanft aber entschieden ab. Es ist halt so, die Rebellen haben hier nicht zu suchen. Der Gehorsam ist Der Wert, der unterstützt wird. Nicht die Kritik, egal konstruktiv oder nicht. Es ist gang und gäbe.

Was ist also passiert? Es ist der 1. August 2007. Pavel beginnt eine Arbeit. Sein Arbeitsgeber waren die Berliner Werkstätten für Behinderte in Berlin-Wedding mit dem Hauptsitz Westhafenstr. 4. Einsatzort: Eine Aussenstelle der Werkstätten für Behinderten, Zeiss-Ikon Betrieb in der Goerzallee in Zehlendorf. Ein Betrieb also in dem man Geld vom Staat kassiert, dass man die Behinderten beschäftigt.

Am ersten Tag meldet sich Pavel bei der Arbeit und erfährt – von einem Gruppenleiter aber auch von einer Sozialarbeiterin – dass seine Toilettengehzeiten auf 8.00 Uhr und 12.00 festgelegt sind. Das geht bei einem Spastiker nicht. Und wenn ich darüber nachdenke, bin ich der Meinung, dass es bei einem normalen Menschen auch nicht geht. Wie kann man auf Kommando pinkeln? Oder ebenfalls auf Kommando den Stuhlgang drei Stunden anhalten? Dies war vielleicht in den Zeiten des wütenden Kapitalismus gang und gäbe, in den „Modernen Zeiten“ mit Charlie Chaplin gibt es zwar davon keine Rede, aber sich Ähnliches vorstellen kann man schon. Da sind aber 80 Jahre her und  man hat inzwischen ein paar Errungenschaften des Sozialen Staats entdeckt und auch praktiziert. Z.B. die Idee, dass der Arbeitnehmer ein Mensch ist und somit den menschlichen Nöten und Bedürfnissen ausgesetzt. Wie Pinkeln.

Was einem normalen Menschen nur schwierig erscheinen mag, ist für einen Spastiker das Unmögliche. Er kann nicht auf Kommando, und verlangt man es zu heftig, dann erlöst man bei ihm noch Angstzustände, die in Depression führen.

Er weißt es. Er weißt, dass er es nicht schafft. Er weiß, dass er auch die Ratschläge – sich bei Schwierigkeiten eine Windel zuzulegen – nicht annehmen wird. Es ist ein Höhn. Mit dem Ratschlag fühlt er sich gedemütigt und erniedrigt, und er möchte wie ein Mensch arbeiten und behandelt werden. Er ruft bei Kumpel aus den Ausbildungszeiten und bei anderen Werkstätten in ganz Deutschland an. Er möchte wissen, wie es gehandhabt wird. Was er erfährt, erschreckt. Es ist überall so. Es ist gang und gäbe in all solchen Betreiben, wo die Behinderten arbeiten. Es ist halt so! Trotzdem schreibt er an die Leitstelle des Betriebs und der Werkstätten und schildert die Situation. Benutzt die Worte, die ihm als Bürger zustehen, wie Menschenwürde.

Theoretisch gewinnt er. In einem klärenden Gespräch erfährt er plötzlich, dass es doch in dem Betreib keine festgesetzte Toilettengehzeiten gibt. Er darf aufs Klo, wann er will. Er fühlt sich in seinem Verlangen, wie ein Mensch behandelt zu werden, bestätigt. Wenn man sich wehrt, gewinnt man. Mensch-zu-sein muss man sich als Behinderte hart erkämpfen.

Die Freude dauert jedoch sehr kurz. Weil spätestens nach drei Wochen normalisiert sich die Situation im Betrieb wieder und er darf nicht mehr aufs Klo, wann er will. So also geht man mit den Rebellen um. Man lässt denen ein Gefühl, dass sie gewonnen haben und dann neutralisiert man es mit dem alltäglichen Kram. Und mit diesen zwei Redewendungen, die er nicht mehr hören kann: wieso regst du dich so auf, es ist halt so! Und zwar überall.

Bei ihm endete es so, wie es enden musste – irgendwann hielt er es nicht mehr aus. Irgendwann ging es in diesem Betrieb gar nichts mehr. Er bekam einen heftigen Nervenzusammenbruch, wurde entlassen und in die Rente geschickt. Mit so einem, der nicht auf Kommando pinkeln kann, kann diese Gesellschaft offensichtlich nichts anfangen.

Es ist jetzt ein Jahr her. Die Sache ist bei ihm immer noch heiß. Immer noch fragt er sich und die Umgebung, wie ist es möglich? Weshalb musste er wegen Pinkeln, nur wegen Pinkeln, in die Rente? Er ist doch nicht der Einzige in Deutschland. Weshalb wehren sich die Anderen nicht? Weshalb nehmen sie es an?