Santiago de Compostela. Gonzar i Hospital de la Cruz

Ewa Maria Slaska

2 października 2007 roku. Poniedziałek

Schronisko w Sarrii zostało zbudowane na surowym kamieniu. Wiem, w powiedzeniu jest to surowy korzeń czyli lokalizacja przeprowadzona w miejscu dotąd niezagospodarowanym i niezamieszkanym, ale schronisko w Sarrii zostało zbudowane na surowym kamieniu. Kamień na kamieniu, kamienny dom zbudowany na wielkiej skale. Skała buduje ściany i podłogi. Po deszczu skała spływa wodą. Dosłownie.

Schronisko jest pełne Niemców, którzy przybyli tu chyba jako zorganizowana grupa. Są to po części nie tyle Niemcy, co ludzie z Niemiec, między innymi smutne małżeństwo Polaków. Oboje koło czterdziestki, on wygląda młodziej niż ona, ona prosta, mało atrakcyjna, on z pewnymi ambicjami, zapatrzony w przywódcę grupy, wielkiego przystojnego Niemca, może księdza w cywilu. Widzę tu coś więcej niż tylko intelektualną fascynację i naśladownictwo. Jako pisarka czuję, że życie napisało tu jakąś tragedię, jakiś kozi tan.

Gdy rozmawiam w łazience z tą kobietą, potwierdza moje przypuszczenia, choć oczywiscie nie wszystkie. To pielgrzymka ewangelików, przystojny Niemiec jest pastorem, właśnie się ożenił.  No tak, idę do knajpy, ale marna, i do kościoła, gdzie bardzo składny chór wiernych śpiewa piękną pieśń, mam wrażenie, że pielgrzymkową, w każdym razie powtarzają się w niej słowa Peregrinos caminantes, pielgrzymi wędrujący po drodze. A może nawet po Drodze. Wśród wiernych przepiękna starsza pani. Wygląda jak hiszpańska Szymborska.

Okazuje się jednak, że jest tu wprawdzie mowa o pielgrzymowaniu, ale nie jest to pieśń pielgrzymkowa.

Hacia ti morada Santa,
hacia ti tierra del Salvador,
peregrinos caminantes,
vamos hacia ti.
X
Venimos a tu mesa,
sellaremos tu Pacto,
comeremos tu carne,
tu sangre nos limpiará.
X
Reinaremos contigo,
en tu morada santa,
beberemos tu sangre,
tu fe nos salvará.
X
Somos tu pueblo Santo,
que hoy camina unido;
Tú vas entre nosotros,
tu amor nos guiará.
X
Tú eres el camino.
Tu eres la esperanza
Hermano entre los pobres.
Amen, Aleluya.
Do Twojego domu
do Twojej zbawczej ziemi,
my pielgrzymi wędrujemy,
i przybywamy do Ciebie.
X
Przychodzimy do Twego stołu,
zawrzemy z Tobą przymierze,
będziemy jeść Twoje ciało,
Twa krew nas oczyści.
X
Będziemy z Tobą królować
w Twoim świętym przybytku,
będziemy pić Twą krew,
która nas zbawi.
X
Jesteśmy Twoim świętym ludem,
co dziś kroczy zjednoczony,
idziesz z nami,
Twoja miłość nas prowadzi.
X
Jesteś naszą drogą,
jesteś naszą nadzieją,
bratem jesteś ubogich.
Amen Alleluja

Tłumaczyła Kinga KWIK TV

Rano stajemy wobec strasznej prawdy, wszystko, co wczoraj przemokło, dziś jest nadal mokre. I oto muszę zareklamować moje wspaniałe skarpetki. Wkładam na stopy mokre skarpetki, na to mokre buciory i… noga jest przyjemnie sucha! Tyle, że mokre buty są potwornie ciężkie, a schnąc z powrotem zmoczą skarpetki.

Wyruszam o szarym świcie, idę ciemnymi ścieżkami, pod jakimś rozwalonym mostem, z którego zwieszają sie szare pnącza. Nader romatycznie. Podoba mi się, że nie boję się tak iść sama po ciemku w obcym miejscu. Ale też pielgrzymie ścieżki w Galicji są znacznie ładniejsze niż gdzie indziej, lepiej się więc nimi wędruje.

O godzinie 10 mijam słupek z napisem 100 kilometrów. To ważny punkt na trasie, bo trzeba pokonać minimum sto kilometrów, żeby święte oficjum w Santiago de Compostela uznało cię za pielgrzyma. Obok ogromny parking, pełen autobusów. Stąd rusza nawałnica, która będzie nam towarzyszyła aż do celu.

Po drodze wspaniała ogromna rzeka, długi most, a na przeciwległym brzegu duże górskie miasto – Portomarín. Nie zostaję tu jednak, choć piękne miasto kusi, po raz pierwszy bowiem od kiedy wyruszyłam do Hiszpanii, muszę pilnować czasu, bo moja siostra i szwagier, którzy już od kilku lat mieszkają czasowo w Portugalii (szwagier jest profesorem na uniwersytecie w Covillah), umówili się ze mną 4 października wieczorem pod katedrą w Santiago de Compostela.

Dochodzę do Gonzar, skąd już tylko 82 kilometry do Santiago de Compostela. W schronisku nieskazitelnie czysto i samoobsługa – sami sobie wbijamy stemple, sami się wpisujemy do książki gości, sami wrzucamy datek do skrzynki. I sami z siebie mamy się jutro do 8 rano wynieść ze schroniska. Pięknie, tylko tu nie ma NIC DO ROBOTY. Nie ma ludzi, nie ma gazet, nie ma książek, nie ma internetu, nie ma knajpy, nie ma gdzie pospacerować, bo naokoło same pola… No tenga! No tenga! No tenga!

Przychodzi jakaś Hiszpanka, wymieniamy uwagi o schronisku, ona robi siusiu, ja pakuję plecak i uciekamy w te pędy do następnej wioski. Nieważne co tam będzie, na pewno będzie lepiej niż tu.

I jest tokowisko. Jak miło!

Koty, małpy i koty małpy

Ewa Maria Slaska

frieda-kahlo-malpka-kotRaz były tu już razem, na autoportrecie Fridy Kahlo (1907-1954). Dwa czarne niezależne zwierzęta, tak jak i sama Frida. Kobieta, kot i małpa. Wydaje się, że uda się je oswoić i udomowić, ale to tylko pozory, zawsze się może zdarzyć, że uciekną z klatki, tej prawdziwej i tej symbolicznej, podrapią, ugryzą, wybiorą wolność. Ale nawet jeśli wciąż są obok nas, to coś sobie myślą. Coś myślą, nie wiadomo co, coś,  co się wymyka spod kontroli i nie daje okiełznać.

To moja interpretacja, już o tym pisałam. Historycy sztuki widzą w tym autoportrecie Fridę jako Królową Cierpienia, kot jest tu symbolem nieszczęścia i śmierci, małpa – to zwierzę piekielne, uosobienie diabła. Nie podoba mi się ta interpretacja (jeszcze jak mi się nie podoba!), postanowiłam ją więc zignorować.

O tym też już tu pisałam. Bo są małpy, które nazywano kotami. Koczkodany czyli koty morskie. Tak je widział Alfred Brehm, słynny XIX-wieczny badacz życia zwierząt. Wydał wspaniałą książkę Illustrirten Thierlebens (Życie i obyczaje zwierząt) wydaną po polsku w Warszawie w roku 1873.

AlfredBrehmKoczkodanyPapcio Zwierzaków, jak Niemcy pieszczotliwie nazywają swojego najsłynniejszego przyrodnika, nader lubił koczkodany, wychwalał ich wesołe usposobienie, podkreślał, że umieją pływać (stąd ich niemiecka nazwa!), i w ogóle uważał, że są to najmilsze i najładniejsze małpki, które nie bez powodu w każdym ogrodzie zoologicznym są ulubieńcami zwiedzających. Koczkodany lubią życie w wilgotnych lasach, nigdy nie cierpią głodu i nic im nie grozi, bo z każdym wrogiem świetnie sobie dają radę. Innego zdania był Kornel Makuszyński, który wprawdzie podkreślał, że są to stworzenia nadzwyczaj figlarne i sympatyczne, ale że jednak mają wrogów, bo… strasznie boją się węża.

Prawdę mówiąc, nie znalazłam nigdzie informacji, do jakiego gatunku małp(ek) należy Fiki Miki, ale po lekturze zachwycających opowiastek Brehma o koczkodanach, wydaje mi się, że może być tylko rozbrykanym koczkodanem. Jeśli ktoś wie coś więcej na ten temat, to niech nam, proszę, napisze.

fiki-miki

Nota bene, ta małpka to już dobrze starsza pani, ma 80 lat i obchodzi w tym roku urodziny!

malpka-murzyn-David Klöcker EhrenstrahlBrehm twierdzi, że koczkodany występują zawsze tam, gdzie żyją również… papugi.

No i proszę – na zakończenie jedna z małpek nadesłanych mi przez Marynę Over. Szwedzki malarz barokowy David Klöcker Ehrenstahl (1629-1698), nadworny portrecista królowej Eleonory, żony Karola X Gustawa (to ten od “potopu szwedzkiego”).

Na obrazie małpki i papugi – tytuł obrazu Pojke med papegojor och markattor (Chłopiec z papugami i małpkami) świadczy chyba o tym, że te małpki to nasze koty morskie czyli koczkodany. Biała papuga to na pewno kakadu, a ta szara to może nimfa, choć trudno powiedzieć, bo nie do końca jest jasne, czy ma ona na głowie koronę z piór czy też ktoś przyozdobił ją maleńkim wiankiem.

Na zakończenie, żeby według klasycznego wzoru budowy tekstu, zamknąć go tym, czym się zaczyna – jeszcze jeden autoportret Fridy Kahlo, tym razem z papugą. Kolejny autoportret? Oczywiście. W końcu ze 143 obrazów, jakie pozostawiła, 55 to autoportrety.

Papuga to symbol próżności, motyle – oznaczają duszę, gąsienice – przypominają o sile przemiany, która z paskudztwa tworzy piękno. Gąsienica bezwzględnie dąży do celu, nie może ustać w drodze, bo wtedy nie zmieni się, pozostanie brzydka i odrażająca.

Reblog: New Jews in Poland

  • The Guardian, Sunday 25 January 2015 18.22 GMT
    Thanks to the Facebook Group Róża Jerychońska for sharing this text

The third-generation Polish Jews rediscovering long-buried roots

Judaism has a history dating back 1,000 years in Poland but most see the country as a site of Jewish death and suffering

A family in Szeroka Street at the heart of the Jewish quarter in Krakow. Photograph: Eastway Pictures

First Agnieszka Markowska found a suspicious baptism certificate, then a trail of false names and invented hometowns. Hidden behind them was a Jewish family history her grandmother had sworn she would take to the grave.

“When I showed her what I had discovered, she still denied she knew anything,” said Markowska. So she made her way to Krakow’s Jewish Community Centre, the heart of resurgent Jewish life in a city that has long been more associated with Jewish tragedy.

“If my great-grandparents were Jewish, I wanted to know what they believed, what festivals they celebrated, how they lived. I exist because of them, and want to preserve their memory,” said Markowska, who now marks Jewish holidays herself.

The 45-year-old is part of a growing number of “third-generation” Polish Jews – they count back to the first generation of Holocaust survivors – who are rediscovering roots assiduously buried by parents and grandparents trying to escape death camps and then antisemitism, and helping to rebuild Jewish life in Poland.

Judaism has a history going back more than 1,000 years in the country, but because the Nazis carried out most of the murderous work of the Holocaust in occupied Poland, and reduced a population of more than three million to just a few thousand, many outside the country see it only as a site of Jewish death and suffering. Krakow was particularly notorious, with an infamous ghetto, and just an hour’s drive from Auschwitz.

“Many people in Israel have a very dark view of Poland,” said Kfir Katz, an Israeli with Polish roots who has settled in Krakow after months of research into family roots that allowed him to claim Polish citizenship.

His mother warned him the country her parents had fled was just a “vast cemetery”, but instead he found a community several hundred strong, four active synagogues, and a Jewish cultural festival that draws thousands of visitors each summer.

If some of the Jewish-quarter restaurants with Hebrew names sell pork dishes, there is also a better supply of kosher food than there has been for decades, and shabbat dinners are celebrated by open windows.

It was a slow journey, though, for the handful of Holocaust survivors who decided to stay on in the ruins of a city that was once home to more than 60,000 Jews.

“I was never in hiding, but I was never saying ‘Hi, I’m Henryk Meller, I’m Jewish,’ either,” said one community leader, who was born in 1931 and lost both parents and his only sister during the war. “My friends know, some of them are antisemitic. But that’s the thing in Poland, each antisemite has his own Jew who is his best friend.”

Poles are the single largest group on the Yad Vashem Holocaust memorial’s list of “righteous among the nations” in Israel, those who risked their own lives to save Jewish friends, neighbours, colleagues or acquaintances.

But prejudice also has deep roots. Many Polish Jews survived the Holocaust only because they had fled pogroms before the Nazis arrived. And within months of the liberation of Auschwitz, dozens more had died in new pogroms and fights over confiscated property.

In 1968, one faction within the communist government launched a cynical antisemitic campaign, as part of an internal power struggle, which cost hundreds of people their jobs and prompted thousands more to leave for Israel.

For decades there was not even a rabbi based in the city, said Meller, whose own son has immigrated to Israel. Meller never wanted to leave, and was key to the founding in 2008 of the Jewish Community Centre (JCC) in Krakow, a welcoming building which hosts everything from shabbat dinners and Torah study to make-up lessons and belly dancing.

Funded by UK charity World Jewish Relief, with support from Prince Charles, who opened it, it provides a meeting place for the existing community, but also somewhere for Poles who uncover a secret family history to explore Jewish culture, religion and history.

Olga Danek grew up in a house full of Jewish books and artefacts, and was taken several times as a child to Auschwitz and the spooky, deserted former Jewish quarter of Krakow. Still, she celebrated Christmas and Easter, and was stunned to be told, aged 12, “your grandmother was Jewish”.

“My first feeling when my mother told me I was Jewish was ‘OK, but maybe the community don’t want me’,” said Danek, now 28 and head of the student group at the JCC.

“You don’t have the papers, you don’t have the Jewish knowledge, what are you going to do? I think I was afraid, that I was not Jewish enough for them.”

In her group of 16 young Poles, only one grew up knowing she was Jewish. The rest share dramatic stories of deathbed confessions, fearfully guarded secrets or reluctant admissions drawn out after months of research in dusty archives. In many of their families Jewish identity in effect skipped a generation. Some Holocaust survivors lied to their children to protect them. Others, such as Danek’s mother, knew the family secret but felt it was too dangerous to acknowledge.

“She was born in 1961, and after 1968 we didn’t have an official Jewish life. You were told, ‘If you are Jewish you must go to Israel, you are not Polish’ – it was very difficult. I think she is afraid to be Jewish,” Danek says.

Pope John Paul II did much to tackle antisemitic attitudes, condemning them outright, visiting Auschwitz to pray in 1979, on his first visit to the country since becoming leader of the world’s Catholics, and forging high-profile relationships with Jews and Jewish communities.

The spectre still haunts Krakow, though. On a road near the JCC, a large piece of football graffiti reads Cracovia JG – or Krakow Jewish Gang, with a star of David. When Markowska told one friend that she was Jewish, the woman replied “Don’t worry, I will still like you”, and Danek’s mother frets about her wearing a star of David in public.

For Danek that lingering prejudice, and the long shadow cast by the horrors of the Holocaust, is just one more reason to celebrate Jewish life in Krakow.

“Many people think the Jewish community doesn’t exist here, and so it’s important to me to show that we do,” Danek said. “I want to show that we are not prisoners of the Holocaust. We are living here in Poland.”

Santiago de Compostela. Sarria

Ewa Maria Slaska

1 października 2007 roku. Niedziela. Leje.

Wczoraj ostatnie osiem kilometrów były po prostu cudowne. Z plecakiem maszerowało się lepiej niż bez, pogoda była piękna, zachwycające zielone góry wokół, ale droga dnem dolin, weekendowicze zniknęli i już się więcej nie pojawili, a po drodze w jakiejś typowej galicyjskiej rozpapranej wiosce można było kupić maliny, co odbywało się tak – w błocie (choć pewnie to była gnojówka) stał sobie stolik, a na stoliku pudełeczka z malinami, puszka po mleku skondensowanym do wrzucania pieniędzy i napis 1 euro. I już. W schronisku odbywa się taniec godowy młodych Hiszpanów i pielgrzymek. Dwie Kanadyjki i ja salwujemy się ucieczką na spacer. Gdy wracamy, w sali pusto – wszystkie pary się rozeszły po okolicy w poszukiwaniu zacisznego zakątka. No i dobrze, niech im będzie na zdrowie.

Zasypiam w ciszy i przez sen słyszę kolejne powroty romansowiczów – głośne szepty, psykania, chichoty. Chyba całą noc się tak kotłują, a o bladym świcie dwoje Francuzów wyrusza na trasę, potwornie głośno zwijając jakieś szeleszczące folie, którymi nocą oddzielają siebie i swoje śpiwory od kontaktu ze światem.

Wyruszam zaraz za nimi, już nie mogę zasnąć. Jest zimno, ciemno i ponuro. Wieje zimny, ponury wiatr. Jestem sama na drodze. Zaraz będzie lało. Ogarnia mnie potworne przygnębienie. Co ja tu robię? Po co?

Zaraz za wioską dwa drogowskazy, oba do Sarrii, jeden przez Samos a drugi przez St. Xil. Chcę iść przez St. Xil, bo droga krótsza, ale gdy wreszcie pomiędzy wielkimi pokręconymi dębami widzę jakieś budynki, wiem, że drogowskazy mnie wyprowadziły na manowce, bo jestem w Samos, a przede mną na dole wielki, wspaniały klasztor.

Piję kawę i zastanawiam się, czy warto czekać do 12, kiedy mnisi wpuszczą pielgrzmów na mszę. Klasztor i kościół można zwiedzać dopiero potem. Rezygnuję jednak. Zaraz będzie lało, nie wiem czy można w Samos przenocowac, bo na mojej mądrej karteczce jest droga przez St. Xil a nie przez Samos. Myślę, że lepiej iść do Sarrii. To takie trochę większe miasto, a już mi trochę tęskno za jakimś miastem, za sklepami, normalną restauracją, dostępem do internetu. Marzy mi się też kąpiel w wannie i pralka, a spotkany po drodze Anglik, twierdzi, że w Sarrii you will have everything! O! No to vamos peregrina, do wanny!

Klasztor w Samos. This photo of Camino de Santiago is courtesy of TripAdvisor

Zaczyna padać. Chowam się pod mostem, może da się przeczekać deszcz. Ciekawe, rośnie pokrzywa, ale pachnie mięta. Ciągle pada, wychodzę na drogę i w deszczu docieram do najbliższego baru. Nie ma wolnych stolików, przysiadam się do jakiejś rozgadanej, wesołej grupy młodych Hiszpanów. Kolorowi, ale niewielu ich i mili. Może dlatego mili, że jest ich tylko czworo. Rozmawiamy po hiszpańsku. O! Przeklinamy muchy, bo deszcz sprawia, że postanowiły zjeść nas żywcem. Jak jest po polsku mosca, pyta młoda Hiszpanka, mucha mówię i tak tworzymy nowe zawołanie: mucha bastarda, wstrętna mosca.

Ciągle pada, chcemy iść wytyczoną trasą, ale się nie da, natychmiast toniemy w lepkim błocie, wracamy jak niepyszni na szosę. Lluvia bastarda. Gdy wychodziliśmy z baru, dołączyli do nas inni, widocznie zarażeni naszym zdecydowaniem. Jest nas zatem całkiem sporo, tych, którzy mimo deszczu chcą dojść do Sarrii. Idziemy szybkim miarowym krokiem, tempo nadaje młoda Hiszpanka od wstrętnej muchy, nawołując od czoła grupy lluvia bastarda, lluvia bastarda… Idziemy. Pod górę, pod deszcz, pod wiatr. Z dębów lecą na nas wielkie żołędzie. Po szosie płynie rzeka. Co jakiś czas ktoś z grupy odpada, ale my, młodzi Hiszpanie i ja, idziemy. Na szosie nie ma słupków, nie wiemy, ile jeszcze musimy przejść, żeby dotrzeć do miasta, do restauracji, do wanny i do pralki, wreszcie drogowskaz. 10 kilometrów. Idziemy jak maszyny do pokonywania deszczu. Nie zmieniamy tempa. Jeszcze cztery kilometry. Przed nami bar, możnaby wejść, ogrzać się, napić się kawy, ale nie, nie ma sensu przerywać transu, idziemy dalej, leje, leje, ulewa, lluvia bastarda, potop.

Wreszcie Sarria. Jest nas już z powrotem tylko pięcioro. Wspinamy się na wysokie schody (escaliera bastarda!), dopadamy do albergue, gdzie jest… pięć ostatnich miejsc, pralka, suszarka i wanna!

Gdy się zameldowaliśmy i przebraliśmy, przestaje padać.

Poesieprojekt: Poem space mobil

Nicola Caroli (und Ewa Maria Slaska)

By heart – ein Poesieprojekt

Von August bis Dezember 2014 führten die Poesievermittlerin Nicola Caroli und die Künstlerin Karen Brosi den Workshop by heart mit SchülerInnen im Alter von 9 bis 12 Jahren aus 4 Schulklassen durch.

by heart ist ein Gedicht- und Objektbauworkshop basierend auf einem Gedichtaustausch zwischen SchülerInnen und SeniorInnen im Wedding. SchülerInnen von 4 Schulklassen lernen die Lieblingsgedichte von 4 SeniorInnen kennen und führen Interviews mit den SeniorInnen zu ihrem Gedicht durch. Mit der Poesievermittlerin Nicola Caroli  schreiben sie ein Antwortgedicht. Die Gedichte werden aufgenommen und in einer Herzbox, die die SchülerInnen mit der bildenden Künstlerin Karen Brosi bauen, installiert. Die Herzboxen werden in öffentlichen und privaten Räumen und im Rahmen einer Herzdemo mit allen TeilnehmerInnen präsentiert.

Das Ziel des Projektes ist ein Austausch zwischen Generationen, bei dem die Wirkung von einem Gedicht, das man auswendig kennt, oder buchstäblich “im Herzen hat”, im Leben eines Menschen für die SchülerInnen erfahrbar wird.

Ich, Ewa Maria Slaska, war eine der oben genannten Seniorinnen. Als mich Nicola Mal gefragt hat, ob ich mitmachen werde, antwortete ich mit JA. Daraufhin musste ich mein Lieblingsgedicht vorschlagen. Ohne viel nachzudenken nannte ich zwei Gedichte. Erst als ich sie schon genannt habe, sah ich, dass ich generell auf Polen und in letzten Zeiten dazu noch auf Famieliensachen fixiert bin. Beide von mir ausgewählte Gedichte wurden im Deutsch geschrieben, in beiden geht es um meine Heimat – Polen, beide wurden aus dem Deutschen ins Polnische von meiner Mama, Irena Kuran Bogucka, übersetzt, beide habe ich dann in der 2. Nummer der zweisprachigen Literaturanthologie WIR (1995) veröffentlicht. In Deutschland waren sie bekannt, oder mindestens – wenn man wollte, könnte man sie im deutschen Sprachraum finden. Für den polnischsprachigen Raum war es in beiden Fällen die Erstpublikation.

Kaddish von Mascha Kaléko (1942)

Rot schreit der Mohn auf Polens grünen Feldern,
In Polens schwarzen Wäldern lauert der Tod.
Verwest die gelben Garben.
Die sie gesät, sie starben.
Die bleichen Mütter darben.
Die Kinder weinen: Brot.

Vom Nest verscheucht, die kleinen Vögel schweigen.
Die Bäume klagen mit erhobnen Zweigen,
Und wenn sie flüsternd sich zur Weichsel neigen,
Gen Osten wehend ihren trüben Psalm
In bärtiger Juden betender Gebärde.
Dann bebt die weite, blutgetränkte Erde,
Und Steine weinen.

Wer wird in diesem Jahr den Schofar blasen
Den Stummen Betern unterm Rasen,
Den Hunderttausend, die kein Grabstein nennt.
Und die nur Gott allein beim Namen kennt.
Saß er doch wahrlich strenge zu Gericht,
Sie alle aus dem Lebensbuch zu streichen.
Herr, möge der Bäume Beten Dich erreichen.
Wir zünden heute unser letztes Licht.

Das zweite Gedicht war von Martin Pohl

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Nicola wählte das Gedicht von Mascha Kaléko aus. Ich war unsicher, ob es klappen wird, da es doch eine Werkstatt mit Kindern sein sollte. Ich dachte, das Thema vom Kaddisch sei zu ernst für die Kindern, zu traumatisch. Ich hätte viel lieber das Gedicht von Martin Pohl genommen.

Die Schülerinnen haben das Gedicht gelesen und darüber diskutiert, ob sie selber oder in der Familie solchen schwieriegen Problemem begegnet sind. Sie sprachen über den 2. Weltkrieg und Adolf Hitler, über den Balkankrieg und über den Bau der Berliner Mauer.
Erst dann wurde ich in die Schule eingeladen. In einem Interview sollte ich von mir erzählen und erklären, weshalb das Gedicht von Mascha Kaléko mein Lieblingsgedicht ist.

Es war Dezember 2014. Im Januar 2015 folgte eine Einladung:

SONY DSC

Präsentation von by heart findet am Donnerstag, 22. Januar 2015, 11.25 Uhr in der Carl-Kraemer-Grundschule.
Im Namen der SchülerInnen der Klassen 5a hat Daniel den Brief unterschrieben.
Ich kam, ich sah und ich hörte. Die SchülerInnen trugen ihre Gedichte vor und präsentierten ihre selbstgebauten Audioobjekte und Zeichnungen aus dem Kunstunterricht.

Erst bei dieser Präsentation habe ich Gelegenheit gehabt, zu hören, was die SchülerInnen selber zu diesem schwierigen Thema geschrieben haben. Trotz meiner ursprünglichen Unsicherheit musste ich feststellen, dass die Sache unglaublich gut geworden ist, um nicht zu sagen – phänomenal! Ich war beeindruckt und begeistert.

Petrija

In Serbien und Kroatien war vier Jahre Krieg.
Serben wollten mit den Kroaten zusammen sein,
in einem Land.
Die Kroaten wollten das nicht.
Der serbische Präsident entschied,
dass die Serben Krieg machen sollten.

Den Apfelbaum meiner Mutter
hat mein Opa ihr geschenkt.
Meine Mutter hat den Apfelbaum wachsen lassen.
Als der Krieg begann,
wurde der Apfelbaum von Raketen beschossen
und ist verbrannt.

Ich bete dafür,
dass der Apfelbaum meiner Mutter wieder wächst.

SONY DSCIrem

Sie haben die Berliner Mauer nachts gebaut.
Sie wurde aus Steinen gebaut.
Es gab zwei Seiten: Ost Berlin und West Berlin.
An der Mauer in Ost Berlin standen viele Soldaten,
so dass die Menschen nicht fliehen konnten.
Die West Berliner wurden gut behandelt.
In West Berlin gab es viel zu essen
und schöne Sachen zum anziehen.
In Ost Berlin haben sie die Menschen schlecht behandelt.
Die West Berliner wollten, dass die Ost Berliner
auch ein gutes Leben haben.
In Ost Berlin gab es wenig zu trinken.
Wenn es regnet, gibt es mehr Wasser.
Das Wasser geht in der Erde
von Ost Berlin oder von West Berlin
in die andere Seite.
Das Wasser macht die Mauer nass.
Wenn es regnet,
regnet es auf beiden Seiten.

Mehmet

Die Städte waren unter Feuer, gelb wie die Sonne.
Das Feuer ist sehr heiß und bewegt sich hin und her.
Und es wird mehr.
Die Menschen hauten ab von den Städten
und die Schuldigen halfen und die,
die den Armen kein Brot oder Essen gaben
verbrannten.
Das Opfer Fest wird helfen,
damit arme Menschen etwas zu essen bekommen.

Mehr ist hier zu finden.

Poesivermittlerin: Nicola Caroli
Projekt-Koordinatorin: Catherine Launay
Bildende Künstlerin (und Autorin der Photos in diesem Beitrag): Karen Brosi

Droga do Santiago de Compostela. Tricastela

Ewa Maria Slaska

drugizeszytTo mój drugi zeszyt z Drogi. Nie jest taki ładny jak ten pierwszy, starannie wybierany w Berlinie. Kupiłam go na trasie i był jaki był – musiał być w kratkę i musiał mieć twardą okładkę. Znalazłam go w sklepiku na szczycie góry O´Cebreiro.

Sobota, jak mi się wydaje, 30 września 2007 roku.

Po śniadaniu oddaję plecak panom ze schroniska. Zawiozą mi go, ale nie do odległej o 30 kilometrów Tricasteli, gdzie zamierzam dzisiaj nocować, lecz do Fonfrii, co jest okropną nazwą i leży o 8 kilometrów bliżej. No i dobrze. Przede mną wielka góra, ostatnia taka góra na trasie, i chcę zobaczyć, jak to jest, gdy się idzie bez obciążenia. Nie widzę specjalnej korzyści z wydania 5 euro na transport, bo organizm już przywykł do siedmiu kilogramów na grzbiecie i wcale nie odczuwa ich braku jako ułatwienia. Przeciwnie – zataczam się jak pijak. Po czterech kilometrach zaczyna się góra – na szczęście krok się normuje i jakoś da się iść. Spotkani po drodze znajomi z trasy – czterech Niemców z Akwizgranu – naśmiewają się trochę z laleczkowatego wygodnictwa, o które, jak twierdzą, wcale mnie nie podejrzewali. Mówią, że oddając plecak, powinnam była wypakować ciężary do plastikowej torby, a plecak wypchać balonem i go nadmuchać. Patrzę na nich zdumiona. Balonem? A skąd na trasie wziąć balon? I po co? Czy to ułatwia chodzenie? Okazuje się, że nie, nie ułatwia, ale pozwala zachować twarz, bo prawdziwy pielgrzym chodzi przecież z plecakiem. Obznajomieni z regułami pseudopielgrzymki pseudopielgrzymi zaopatrują się w balony już  w rodzinnym mieście. Podbnie jak istnieje niepisana umowa między taksówkarzami wożącymi pielgrzymów a pielgrzymami, że rano taksówki czekają w ukryciu, za rogiem, w zaułku i tak też odbywa się po południu “dostawa” na miejsce. Samochody nie podjeżdżają pod schronisko, tym niemniej w każdej wiosce co najmniej kilka osób żyje z tego, że wożą pielgrzymów lub ich bagaże.

Jestem w drodze już prawie trzy tygodnie i dopiero teraz się dowiaduję, jak to funkcjonuje. Mało tego, po południu, już na miejscu, w Tricasteli, dowiem się jeszcze, że pielgrzymka to jedno wielkie bezpłatne tokowisko głuszców, gdzie każdy liczy albo na spotkanie romantycznej miłości życia, albo na tani, wesoły seks. Dużo taniego wesołego seksu. Niby powinnam to była wiedzieć, pisała o tym ta nawiedzona Shirley MacLaine, a też i w śmiesznym francuskim filmie Saint Jaques, który obejrzałam na ostatnią chwilę przed wyjazdem do Hiszpanii, też było mnóstwo seksu. Jednak ani filmu, ani wynurzeń egzaltowanej aktorki z Hollywood, nie potraktowałam poważnie i jak głuchy głuszec i ślepy ślepowron przeszłam prawie 500 kilometrów niczego nie zauważając i niczego nie słysząc.

Idę pod górę, i pod górę, i pod górę, aż docieram do wesołego schroniska La Faba. Właściwie wcale nie chcę się tu zatrzymywać, ale lekko napity i mocno upalony hippie z dredami zaprasza na kawę. To już drugie hippisowskie schronisko na Camino, jakie napotkałam po drodze. Przed domem posąg Ganesza, hinduskiego boga wszelkiej pomyślności.

W schronisku wegetariański bufet, tak samo jak wczoraj w Villafranca. Nawet marmolada taka sama. I ludzie tacy sami, a niektórzy nawet ci sami. Widocznie idą według jakiejś dla nich wytyczonej trasy, a nie tak jak ja – na chybił trafił. W kącie taki sam jak wczoraj karton małych niewydarzonych jabłek do wzięcia, wielka cukinia, taka chyba na 30 osób, i gruszki. Nie biorę, bo jabłka i moje zęby z trudem się zgadzają, a nie będę targać jabłek, choćby i za darmo, przez 25 kilometrów, żeby je sobie wieczorem obrać i pokroić.

Kawa jak to kawa w Hiszpanii, jak dobra to bardzo dobra, ale jak niedobra to neska, tu, jak niemal wszędzie w drodze, neska. Powoli się przyzwyczajam i do neski, i do herbaty gotowanej w mikrofalówce, ale lubić nie lubię, trudno. Wrzucam hippisom 1 euro do skrzynki za plastikowy kubeczek neski, bo przecież po to zaprosili na tę kawę, i idę. Jeszcze prawie pięć kilometrów pod górę. Droga ładna, ale następna wioska, Laguna, po prostu straszna, ciasna, pełna śmieci, krowich kup i targanych przez wiatr plastikowych płacht, takich do zawijania balotów słomy. Płachty są z jednej strony czarne, z drugiej białe, wioska wygląda więc, jakby jej mieszkańcy brutalnie się tu rozprawili z oddziałem dominikanów. Weszłam do prowincji Galicja i jeszcze tego nie wiem, ale odtąd większość wiosek po drodze będzie tak wyglądała, ciasne osiedla, bez roślin, ale za to pełne krowich kup i płynącej rynsztokami gnojówki. Kamienne wiejskie domy, stodoły i obory byłyby nawet imponujące i na swój dziki sposób piękne, ale ten brud i smród sprawiają, że nie można się nimi zachwycać.

Za to tak zwane okoliczności przyrody poza wioskami nadzwyczajne. Ogromne góry pokryte ogromnymi zielonymi łąkami, a między nimi głębokie zielone doliny. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam taki ogromnych zielonych górskich stoków, chociaż pewnie łżę, bo oczywiście były takie stoki w Himalajach. Niewielkie stada łagodnych brązowych krów. To bogactwo Galicji, ongiś bodaj czy nie najbiedniejszej prowincji Hiszpanii, którą odgórnym dekretem postanowiono przed laty zamienić w krainę mleka, mięsa i masła. Udało się, ale Galicja wciąż jeszcze nie znalazła swojej estetycznej i symbolicznej tożsamości. Dla świata Galicja to tylko ośmiornice, krowy i Santiago de Compostela. Dochodzę na szczyt góry O´Cebreiro, gdzie mieści się wioska złożona z kościoła i restauracji. Wydaje mi się, że nie jest to w ogóle prawdziwa wieś, lecz ponura, szara sztuczna osada na potrzeby pielgrzymów. W każdym ponurym szarym domu mieści się restauracja, gdzie należy zjeść Polbo a feira albo Pulpo gajego, ośmiornicę po galicyjsku. Należy zjeść, koniecznie trzeba zjeść, każdy zjada. A ja nie. Monthy Pyton się kłania.

Pada, jest szaro i ponuro. Nawet ścieżka przez las, pełna połamanych drzew, jest szara i ponura. Mijam nieprzeliczone zwały kamieni, sugerujące, że albo są to lawiny, które obsunęły się z góry na nasz pielgrzymi szlak, albo materiały, z których my, pątnicy, wyprodukujemy lawiny i zwalimy je na głowy tych na dole.
Schodzę na dół. Teraz już tak będzie, w górę i na dół. Na dół i na zachód, do wąskiej doliny między wielkimi górami. Za wioską Liñares słupek z czerwoną muszlą. 150 kilometrów do Santiago de Compostela. I odtąd co pół kilometra: 149,5, 149, 148,5… Sprawa staje się poważna. Pielgrzymie zapomnij o hippisowskiej zasadzie, że droga sama w sobie jest celem. Celem jest Santiago de Compostela! Jesteśmy w Galicji i idziemy do konkretnego celu.

Po drodze wzgórze z figurą świętego Rocha jako pielgrzyma. Jest patronem pątników, sam pielgrzymował do Rzymu, opiekował się w drodze chorymi na dżumę, chroni więc też przed zarazą. Wszędzie na trasie pełno jego wizerunków, niekiedy nie wiadomo, czy to Roch czy sam święty Jakub, taki brodaty facet z kosturem, patron Olsztyna.

Gdy stoję koło Rocha, zaczyna padać deszcz i wtedy na szosie pojawia się, jak na jakiejś chińskiej akwareli, sznur ludzi pod kolorowymi parasolami. Skąd oni się tu tak nagle wzięli? Rozglądam się, ale nigdzie nie widać żadnego autobusu, nie przwieziono ich więc, sami przyszli. Nie wiem, skąd się wzięli, ale wiem, kto to. To tak zwani weekendowi pielgrzymi, tacy sami, jak ci, których tydzień temu spotkałam w Sahagun. Kolorowi. To słowo wymyślono w Zakopanem, określa tych w drogich ciuchach i z drogim sprzętem. Bo to wszystko, co sobie kupują, jest kolorowe jak domek Barbie. Tu na trasie weekendowicze też się odróżniają kolorystyką od reszty świata. Kobiety w żakiecikach i pantofelkach, dziewczyny z neseserkami. Podchodzę bliżej, przysłuchuję się – Hiszpanie. Wykrzykują zachwyceni, bo na łące wśród brązowych krów pasie się osiołek, a oni nie mają jeszcze zdjęcia z osiołkiem! Drażnią na maksa, ale są tak ogromną grupą, że idąc zwykłym tempem nie daję rady ich wyminąć. Przyspieszam i zaczynam brutalną przepychankę. Kończę niemal biegiem, przedzieram się przez tłum kolorowych, mijam jakieś trzy pielgrzymki z plecakami i, o rany!, jednego rowerzystę, co znaczy, że mam przyspieszenie jak Super Kwęk. Droga nagle zaczyna ostro podchodzić pod górę, tu wysiądą wszyscy, jak amen w pacierzu, ale co mnie to obchodzi, i tak ich wszystkich wyminęłam, pędzę, pędzę… Tak to ja, ta sama, która trzy tygodnie temu w drugiej połowie dnia wlokła się noga za nogą. Pędzę, przede mną Fonfria, knajpa, w której mam sobie odebrać plecak, wpadam i… hamuję jak Bugs Bunny. Plecaków jeszcze nie ma!

Karusia

Ewa Maria Slaska

Trawy, mchy i porosty

Była moją najukochańszą Babcią, co z tego, że cioteczną? Innej nie miałam. Babcia Aniela, Mama Mamy, zmarła jeszcze podczas wojny, Babcia Mita, Mama Ojca, gdy miałam 4 lata. Doprawdy nie wiem, dlaczego się tu jeszcze nie pojawiła. Owszem, pisałam już o niej tu i ówdzie, nawet nie tylko raz, bo i TU się pojawiła w serdecznym wspomnieniu, i TU, ale to były zaledwie fragmenty postów, nie wystąpiła tu natomiast jako samodzielna osoba, i to gdzie, na blogu, na którym wspomnienia rodzinne są jednym z głównych powodów jego istnienia.
karusia-z-mikroskopemKarolina Lubliner-Mianowska, córka Prababci i Pradziadka Lublinerów, siostra Wiktora, o którym w postach o roku 1944 pisze Mirka, przyrodniczka, specjalistka w dziedziniach tak tajemniczych, jak trawy, mchy i porosty.

Biografię Karusi zaczerpnęłam z Zielnika Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, zachowując i stylistykę, i skróty.

Karolina Lubliner-Mianowska (1899- 1963), botanik. Ur. 29 IV 1899 w Warszawie, córka Stanisława Leopolda, lekarza i Eugenii z Cohnów. Rozpoczęte w 1916 i przerywane z powodu wątłego zdrowia studia przyrodnicze odbyła na UW, uzyskując w 1925 doktorat filozoficzny w zakresie botaniki. Po kilku miesiącach asystentury w Zakładzie Nauk.- Bad. na Polesiu, pracowała w 1926- 28 jako nauczycielka biologii w szkole średniej. W 1928-39 rozpoczęła pracę naukową w dziedzinie briologii w Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin UW pod kierunkiem B. Hryniewieckiego oraz wykonywała prace zlecone przez różne instytucje naukowe lub gospodarcze. Od V do IX 1939 była zatrudniona w Biurze Plan. Kraj., wykonując prace terenowe na kresach wsch., gdzie też zastał ją wybuch II wojny światowej. Lata okupacji spędziła, ukrywając się w Warszawie, potem w Krakowie, gdzie m.in. oznaczała zbiory Muz. Fizjogr. PAU, w 1942-45 jako ogrodniczka w szklarni w Domu Dziecka w Konstancinie. W 1945-46 pracowała w Referacie Torfowym Min. RiRR, po czym przeniosła się do Gdańska dla objęcia adiunktury w kat. Botaniki Wydziału Chemii Polit. Gd. W 1955 została mianowana doc. etat. W 1956-60 była samodzielnym pracownikiem naukowym w Zakładzie Ochrony Przyrody PAN w Krakowie, Oddz. w Gdańsku, skąd przeszła do PIHM w Gdyni na kier. Sekcji Datowania Osadów Morskich w Zakł. Geomorfol. i Geol. Morza, organizując tu pierwsze w Polsce badania palinologiczne osadów dennych morza. Zm. 18 XI 1963 w Gdańsku. Pochowana na cmentarzu we Wrzeszczu. Głównym kierunkiem jej badań była briologia i torfoznawstwo łącznie z analizą pyłkową torfowisk, z którą zapoznała się w pracowni St. Kulczyńskiego we Lwowie (1933); dla pogłębienia znajomości analizy pyłkowej miodów odbyła studia w Bernie Szwajcarskim (1937). Ważniejsze prace: Analizy pyłkowe torfowisk pasa bezświerkowego (1934); Wskazówki do badania torfu, Metody geobotaniczne, polowe i laboratoryjne (1951); Badania składu chemicznego pyłku, (1-2 1956, 1957); Analiza pyłkowa prób powierzchniowych osadów dennych Zatoki Gdańskiej (1962). Poza wieloletnią pracą w ZHP (pseud. Bukowa Jagoda) brała czynny udział w pracach PT Przyr. – Pedag., PTBot., PTPrzyr. im. Kopernika. Była aktywną działaczką LOP i ogłosiła z tej dziedziny kilka prac.

Karusia-my-dwie2No, co najmniej połowy tych rzeczy nie rozumiem, a niektórych również nie wiedziałam! Ale też nie zapominajmy, że  Karusia, przy wszystkich swoich osiągnięciach naukowych, była przecież Babcią, choć nie nazywałyśmy jej tak i zawsze mówiłyśmy do niej po imieniu. Podobno miłość Babci to inwestycja, która procentuje dopiero po kilkunastu latach, ale wydaje mi się, że w tym wypadku było inaczej i że kochałam Karusię od zawsze i na zawsze. Przede wszystkim miała dla mnie czas, a poza tym pozwalała mi brać udział w swym życiu zawodowym. Pisałam już o tym, że mogłam jej “pomagać” w organizowaniu wystaw grzybów, ale wolno mi też było jeździć z nią na wyjazdy terenowe ze studentami. Studenci mieli oznaczać trawy na wydmach lub bagnach, a ja ZAWSZE byłam lepsza od nich! To nieprawdopodobne, jak “bycie lepszym” buduje człowieka, na całe życie! Karusia to świetnie umiała. Uczyła mnie rysować, kupiła mi aparat fotograficzny, chwaliła za to, co umiem i podsuwała, czego się jeszcze mogłabym nauczyć. Pilnowała, żebym pisała, co myślę o przeczytanych książkach w specjalnych zeszytach do lektur, które zawsze od niej dostawałam.

Ciekawe, że potwierdzenie tej zachęcającej i wspierającej postawy Karusi znalazłam w naukowej publikacji profesorów Kazimierza Tobolskiego i Sławomira Żurka o zaginionych analizach pyłkowych torfowisk w Wieliszewie. Karusia przeprowadziła te analizy jako pierwsza, ktoś je kiedyś wspominał, ale nie zostały opublikowane i zaginęły gdzieś, wydawałoby się, że na zawsze. Panowie odnaleźli je jednak, opisali swe odkrycie, a pan Tobolski dodał tam osobiste wspomnienie o Karusi i o jeszcze jednym swoim profesorze. Wydaje mi się, że to w polskim krajobrazie życia naukowego rzecz zupełnie nietypowa, bo chyba na co dzień jest na odwrót i chodzi raczej o to, żeby się wypaść na tym, co zrobił inny, student, praktykant, kolega, współpracownik.

Pomimo, że odnaleziony diagram „Wieliszewo” jest tylko mniejszą częścią zapomnianego rezultatu palinologicznych studiów, jakie Pani Docent Lubliner-Mianowska zrealizowała w końcowych latach swego pracowitego życia, zdecydowaliśmy się upowszechnić wiadomość o tym znalezisku. Motywowało nas kilka faktów, w tym zwłaszcza:

  • nadal duża wartość poznawcza odnalezionego diagramu;
  • entuzjazm badawczy i pracowitość Pani Docent (zasługujące na odrębny tekst);
  • moja (K.T.) wdzięczność za nauczycielskie przewodnictwo sprzed pół wieku w moich wczesnych kontaktach z pomorską telmatologią.

W pracy badawczej i nauczycielskiej Docent Lubliner-Mianowskiej (…) palinologia służyła badaniom torfowisk oraz ich ochronie. Należała do czołowych znawców rozległej problematyki telmatologicznej, nie zawężonej do florystyki i fitocenologii, choć i w tych zagadnieniach była mistrzynią, co między innymi dokumentują książkowe wydania przewodników do oznaczania mchów brunatnych i torfowców oraz artykuły o ochronie torfowisk. Dużą pomocą w terenowych i laboratoryjnych pracach były tej Autorki: „Wskazówki do badania torfu. Metody geobotaniczne, polowe i laboratoryjne” z roku 1951. Dzięki tej książce w roku 1957 nawiązałem bezpośredni kontakt, gdy Pani Docent pracowała w Katedrze Botaniki Politechniki Gdańskiej. Za namową i pośrednictwem prof. Z. Czubińskiego pod Jej kierunkiem odbyłem dobrowolny staż z zakresu morfologii subfosylnych roślin torfowiskowych, połączony z klasyfikacją torfów w oparciu o cechy mikroskopowe i polowe (m.in. na torfowiskach przymorskich w rejonie Jeziora Żarnowieckiego). Od tego czasu trwały nasze coraz bardziej zacieśniające się kontakty. (…) We wrześniu 1963 roku, trzy miesiące przed śmiercią (zmarła 18 listopada 1963 roku) widziałem diagramy palinologiczne torfowiska w Wieliszewie i słuchałem objaśnień.

Nota bene w tej publikacji pojawia się owo niezwykłe pło, o którym już tu pisałam (tam zresztą też pojawia się Karusia): Na gytię wsunęło się pło. W centrum jeziora była to cienka 25-centymetrowa warstewka torfu mszystego, natomiast na brzegach wschodnich torf przejściowy mszarno-turzycowy. Na brzegach zachodnich taflę wody pokrył mszar bagnicowy przejściowy.

No, teraz już wszystko wiemy. Na gytię wsunęło się pło.

Tak było! Tu chodziłyśmy zbierać trawy, tu uciekałam przed krową, tu po raz pierwszy zobaczyłam rosiczkę i to jest krajobraz, który najbardziej lubię od słońcem, bardziej niż lazurowe morza i ośnieżone szczyty gór. Karusia zawsze powtarzała, że są ludzie gór i ludzie mórz, a ona jest człowiekiem lasów.

Skąd się wziął narzeczony?

Ewa Maria Slaska

teodorEugenia i Stanisław

Ciąg dalszy wczorajszej opowieści o meblach.
Wszystkie zdjęcia we wpisie (oprócz fotografii Pradziadka) pochodzą z archiwum Jana Kozłowskiego.

Moja prababcia Eugenia była nadzwyczaj piękną panną, która zaraz po ukończeniu gimnazjum w roku 1887 wyszła za mąż za Stanisława Leopolda. Podoba mi się to małżeństwo, może dlatego, że małżonkowie są młodzi. Pradziadek jest starszy od Prababci zaledwie o sześć lat. To dokładnie te sześć lat, których potrzeba było, żeby ukończył studia medyczne. Był specjalistą chorób płucnych i laryngologiem. Pobierał nauki u Teodora Herynga (1847-1925), nestora polskiej laryngologii.

I tu nagle olśnienie. Bo skoro pobierał nauki u Teodora Herynga… A tu przecież już wiem to, czego przedtem nie wiedziałam, że brat Teodora, Zygmunt ożenił się z najstarszą siostrą Eugenii – Heleną.

Zygmunt-HelenaA zatem nasuwa się samo przez się przypuszczenie, że to Teodor przyprowadził kiedyś na jakiś podwieczorek rodzinny swojego najzdolniejszego studenta.

– Pani pozwoli, pani Paulino, Stanisław Leopold Lubliner, bardzo bardzo obiecujący młody człowiek.

Mama Paulina przyzwala, obiecujący młody człowiek odstawia cylinder na podłogę koło fotela, zdejmuje rękawiczki, kładzie je na kolanach i siada zakładając nogę na nogę. Wyciąga rękę, a Paulina, mama Eugenii, Heleny, Jadwigi i Feliksa, podaje mu filiżankę herbaty.

niciakHerbaty? Mam pewne wątpliwości. Ale sprawdzam, jednak może być herbata. W Lalce Rzecki wciąż pije herbatę, a też i pani Jasiowa ciągle zaprasza Wokulskiego na herbatę, na którą ten wcale zresztą nie zachodzi. Natomiast Stanisław Leopold z przyjemnością zaczyna zachodzić na herbatę do pani Pauliny, wdaje się w dyskusje z Jakubem, ojcem panien, ale co i raz zerka ku Jadwidze i Eugenii. Jadwiga sięga po jakąś książkę, która leży sekretarzyku, Eugenia siedzi na stołeczku przy “niciaku” – stoliku do szycia i spod oka przygląda się przystojnemu lekarzowi. Teodor opowiada o ostatnim swoim wyjeździe – a dużo podróżuje – do Algeru, pokazuje nawet zdjęcia, jedno niezwykłe, bo w stroju Beduina.

teodor-beduin

Panny zadumały się, Eugenia myśli, że Felkowi podobałyby się zdjęcia, które pokazuje stryj Teodor, w końcu studiował etnografię, ale biedny Felek na zsyłce i jeszcze nieprędko wróci. I tak szczęście, że Zygmunt i Helena już wrócili z Syberii. Nawet ich córeczka Stefcia się tam urodziła, na statku na Jeniseju. To wielka rzeka, jakiej ponoć nigdzie w Polsce nie zobaczysz.

Stanisław opowiada o swoich planach, zamierza tak jak przed 20 laty Teodor, pojechać na praktyki do słynnych laryngologów do Wiednia i do Berlina. A po powrocie oczywiście będzie praktykował, ale też chętnie podejmie pracę w szpitalu. Tak jak Teodor – u św. Rocha, a może powstanie już nowy szpital, o którym wszyscy mówią, właśnie kilka tygodni temu, w kwietniu 1887 roku, powołano Komitet Budowy Szpitala Starozakonnych, na czele którego stanął Ludwik Natanson.

pradziadek-sllTak się też stało. Szpital, znany już wówczas jako Szpital na Czystem, rozpoczął działalność w styczniu 1889 roku, a Stanisław w latach 1896-98 był tam lekarzem okulistą, a w roku 1898 został wybrany z konkursu ordynatorem nowo utworzonego oddziału chorób gardła, nosa i uszu w tymżeż Szpitalu, pierwszego samoistnego oddziału otolaryngologicznego w kraju. Później został kierownikiem oddziału płucnego. Wprowadził liczne innowacje, jak w r. 1901 leżalnie dla chorych, w 1904 inhalatorium wg systemu Heyera, a następnie, po pobycie w Davos, stosowanie sztucznej odmy. Był znakomitym lekarzem, sławnym i zamożnym.

eugeniaposlubieTo wszystko jednak jest na razie przyszłością. Na razie bywa się prawie co wieczór z wizytą u pani Pauliny i pana Jakuba. Już dawno wiadomo, że Jadwiga wprawdzie śliczna, ale już ma starającego się, a Stanisław niewątpliwie zainteresowany jest Eugenią. Latem przyszłego roku panna zakończy nauki na pensji i wtedy…

28 października 1888 roku Eugenia i Stanisław Leopold biorą ślub i jadą w podróż poślubną do Wiednia. Zaraz potem zaczynają się rodzić dzieci. A jak tylko się już wszystkie urodzą, prababcia rozpocznie studia i założy szkołę. Ale o tym już pisałam.

Szkoda, że nigdzie nie znalazłam zdjęcia Pradziadka Lublinera jako młodego człowieka. Był nadzwyczajnym mężczyzną, przystojny, elegancki, wykształcony, dowcipny, erudyta, znał sześć języków, wiele podróżował (podróżowali całą rodziną). Mama przez całe życie wyrażała się o nim tylko w superlatywach.

Dzieci było czworo. Troje z nich istniało jeszcze w naszym (powojennym) życiu, faktycznie albo jako jasne i klarowne pojęcie. Jednego, Stefana, w pamięci rodzinnej właściwie nie było, teraz jednak, gdy chodzę po śladach, i on się pojawia, coraz bardziej wyrazisty. Dzieci więc: Stefan (1887-1943), Aniela (1890-1943), Wiktor (1895-1977) i najmłodsza Karolina (1899-1963). Aniela była piękna i melancholijna, Karolina mądra i kochała kwiaty, Wiktor był nadzwyczaj dowcipnym gawędziarzem i walecznym patriotą, a Stefan parał się dziennikarstwem. Jeszcze będę o nich dużo pisać.

Piąta woda po kisielu

Ewa Maria Slaska

Dr Kozłowski i ja

heryng-mebleZ ogromnym podziękowaniem dla autorki książki przez którą się to wszystko zaczęło: Zygmunt Heryng (1854-1931). Biografia lewicowego intelektualisty, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2011. Byłam w bibliotece uniwersyteckiej w Warszawie, a ponieważ miałam trochę czasu, pomyślałam, że poczytam coś, co wiąże się z epoką Prababci. Zapytałam bibliotekarkę, gdzie szukać, podała mi numery półek, podeszłam, przejrzałam grzbiety, wyjęłam na chybił trafił jedną książkę. Zygmunt Heryng był szwagrem mojej Prababci, ale gdy zadecydowałam, że poczytam o nim, WCALE tego nie wiedziałam!

Zaczęłam miłą i dającą konkretne efekty korespondencję z autorką tej publikacji, aż wreszcie odważyłam się i zapytałam, czy mogłaby mi podać kontakt do doktora Jana Kozłowskiego, człowieka który udostępnił jej archiwum rodzinne, gdy pisała doktorat o Heryngu. Bo, napisałam, po pierwsze w archiwum tym może też być coś o mojej rodzinie, a po drugie, sądzę, że jest on synem Ciotki Heli, którą znałam jako dziewczynka. Oznaczałoby to, gdyby to było prawdą, że mamy wspólną praprababcię. Pani Marta podała mi kontakt, zadzwoniłam…

Jan (jesteśmy już na ty) jest oczywiście synem Cioci Heli (co oznacza, że naprawdę jesteśmy piątą wodą po kisielu), obiecał mi dostęp do archiwum, po czym powiedział:

– A w ogóle to mam w mieszkaniu sześć, a właściwie nawet siedem sztuk mebli, które nasza praprababcia Paulina zakupiła po ślubie i które stały w mieszkaniu, gdzie wychowywały się i wyrastały nasze prababcie.

Zanim w następnych odcinkach opowiem, co wszystko znalazło się w przepaścistych szafach, skrywających archiwum rodziny Jana, a co po części wiąże się i z moją rodziną, dziś, na świeżo po powrocie z Warszawy, wstawiam tu “do podziwienia” zdjęcia tych mebli!

Mieszkanie rodzinne na ulicy Misyjnej na Mokotowie w Warszawie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę. Zanim rodzina powróciła po wojnie do mieszkania, szabrownicy wynieśli już wszystko, co miało jakąś wartość i co dało się wynieść. Meble były za ciężkie, albumy fotograficzne nikogo nie interesowały. Wiele z nich było przestrzelonych na wylot odłamkami, podartych, brudnych, ze śladami zalania, a pojedyncze fotografie wymiecione wiatrem przez balkon znajdowało się dość daleko, bo aż na ulicy Racławickiej.

meble8-kuzynmeble6-namisyjnej

X

X

X

X

X

X

X

X

Po lewej Jan na tle szafy (szafy praprababci) i niektóre z mebli praprababci tak jak przed wojną używała ich rodzina (ciocia Hela i jej rodzice) w mieszkaniu na ulicy Misyjnej na Mokotowie. Mieszkanie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę.

album-mebleJeden z albumów ze śladami po postrzale

meble-szafaotwarta-zamknSzafa praprababci Pauliny – tu Jan przechowuje archiwum Poniżej – lustro i sekretarzyk, a na nim najpiękniejszy album fotograficzny, jaki kiedykolwiek widziałam

lustro-meble1meble2-sekretarzyk

meble-attykaAttyka sekretarzyka (przepraszam za rym, ale jak to inaczej sformułować?), a poniżej – biureczko

biureczko-meble3 (8)meble4 (1)-stojak pod kwiaty meble3 (7)-szafanr2

X

X

X

X

X

X

X

Jeszcze jedna szafa, bardzo złe zdjęcie, ale nie dało się inaczej, koło niej, na metalowym kwietniku, hipopotam (nader współczesny, pluszowe zwierzęta są zresztą wszędzie) i obok kolumna pod doniczkę, używana obecnie jako podstawka pod lampę. I wreszcie, pod spodem, fragment owego ogromnego metalowego kwietnika.

meble4-kwietnikNa zakończenie trzy nasze prababcie i pradziadek, którzy wyrastali wśród tych mebli. Zdjęcie dwóch stron z owego pięknego albumu z fotografiami. Dobranoc. Za pięć minut będzie północ. Idę spać.

00-trzyprababcieipradziadek2

Szczecin – pływające ogrody

Ewa Maria Slaska

Michał Rembas jest przewodnikiem po Szczecinie i okolicach (czasem mu te okolice sięgają aż do Berlina!), autorem kilku znakomitych książek o Pomorzu Zachodnim, wojującym racjonalistą, a przy okazji kronikarzem życia swego miasta. Ostatnio dokumentuje na Facebooku, jak w rzeczywistości wygląda reklamowe hasło Szczecina:

Dla tych, co nie znają angielskiego (ani Szczecina) małe wyjaśnienie: tak promuje się miasto Szczecin. W roku 2050 ma to być miasto pływających ogrodów, co w niewypowiedzianych sugestiach oznacza, że każdy jego mieszkaniec będzie miał jacht i dom lub mieszkanie nad wodą, a na wodzie będą kwitły rajskie kwiaty. Jestem wiceprzewodniczącą stowarzyszenia Partnerstwa Miast ze Szczecinem. Od wielu lat podczas wszystkich oficjalnych uroczystości w Szczecinie oglądamy te promocyjne wizje na ekranach. Czasem próbujemy zadać pytanie. Na przykład, jakie będzie uczestnictwo obywatelskie w tym raju na wodzie? Albo: co normalny człowiek będzie z tego miał, że powstanie tu miasto dla bogaczy? Na razie odpowiedzi udziela nam Michał Rembas. Oto tytułowe Pływające Ogrody:

plywajaceogrody2 plywajaceogrodyTo zaś piękny Szczecin:

pieknyszczecin4 pieknyszczecin3 pieknyszczecin2 koloszczparkunaukowo-technologJest też dziwny Szczecin. Stół do ping-ponga w lapidarium, gdzie zbiera się kamienie nagrobne.

nacmentarzuA tu na zakończenie i pociechę naprawdę piękny Szczecin, gdyby tylko usunąć reklamy! To zresztą westchnienie, które ciśnie się na usta w każdym polskim mieście i miasteczku – gdyby tylko usunąć reklamy, budy i śmieci! Jaka piękna by była nasza Polska cała.

gdybyniereklamy