Z wolnej stopy 51

Zbigniew Milewicz

Zakazane piosenki

Nie wiem, jak u Państwa, ale u mnie w rodzinie, póki mnie ganią, to pół biedy. Gorzej jest, jak pochwalą, bo wtedy w każdej chwili mogę nadepnąć na minę. Najnowszy przykład: po publikacji przedostatniego wpisu Dezerterzy, traktującego o zdarzeniach z czasów ostatniej wojny, mój brat Mariusz wysłał mi w komentarzu laurkę, po czym zapytał, czy miałbym również na tyle odwagi, żeby zmierzyć się z najnowszą historią Polski. Jakoś wymigałem się od odpowiedzi, braciszek pewnie zatarł dłonie, że łysemu sprzedał grzebień, a ja sobie tak myślę, że z odwagą może nie miałbym problemów, ale z wiedzą tak.

Od ponad trzech dekad, podobnie jak Mariusz, nie mieszkam na stałe w Polsce, informacje o tym, co się w kraju dzieje czerpię głównie z mediów, czyli z drugiej ręki i diabli mnie biorą, że nie widzę żadnego światła w tunelu, którym jedzie ten pociąg. Każdy maszynista, który go prowadzi twierdzi, iż kurs jest dobry i wszystko ma pod kontrolą, ale wagonami tak kiwa, że aviomarin nie pomaga i na żadnej stacji nie stoi nikt, kto choćby z daleka wydawałby mi się uczciwy i kompetentny, komu spokojnie powierzyłbym stery lokomotywy. Dlatego wolę pisać o czasie przeszłym dokonanym w polskiej historii, do którego mam pewien dystans.

Kiedy w czasie bodajże trzeciego roku studiów kupiłem na krakowskim bazarze bluzę z wyjściowego munduru armii Andersa, wiedziałem o tej formacji niewiele ponad to, że komuniści jej nie lubią. Zakładałem więc ten uniform tylko wtedy, kiedy chciałem sobie, albo innym koniecznie udowodnić, że jestem odważny, na przykład na randki z dziewczynami, na których mi zależało. W jakimś podziemnym wydawnictwie podpatrzyłem, że żołnierze Andersa zakładali do munduru beret. Zacząłem więc nosić go i ja, w latach sześćdziesiątych było to modne nakrycie głowy, więc nikomu nie wadziło, ale w połączeniu z reakcyjnym mundurem już mogło stanowić pewne wyzwanie dla czujnych stróżów społecznego ładu. W końcu podpadłem dzielnicowemu:

– Spod Monte Cassino wracacie? – zapytał przyjaźnie. – Jeszcze raz was w tym stroju zobaczę, to mnie popamiętacie…

Nie sprecyzował, co mianowicie mógłbym popamiętać, ale na wszelki wypadek przestałem w mundurze paradować po ulicy. W zamian nauczyłem się na pamięć Czerwone maki, które później z dziadkiem Kowalskim, Ryśkiem Goszczyńskim i Andrzejem Rygorowiczem odśpiewywaliśmy gdzie tylko można i nie można było. Uchodziło to śpiewać po cichu, u cioci na imieninach, ale nie na forum publicznym, cenzura zabraniała. Po kilku kolejkach nasz kwartet był jednak gotów wystąpić wszędzie – w słynnym Feniksie, na bruku ulicy Franciszkańskiej, Rynku Głównym, gdzie bądź i prawdziwy cud, że nam za to nigdy włos z głowy nie spadł. Potem Czerwone maki pod Monte Cassino śpiewał nawet rosyjski Chór Aleksandrowa, ale w głębokim PRL-u był to jakiś akt obywatelskiej odwagi, buntu przeciw systemowemu zakłamywaniu historii. Słuchając nas, zwykłych śpiewaczych amatorów, ludzie rozczulali się, niektórzy płakali. W lokalach dancingowych muzycy często akompaniowali nam na instrumentach, wykonywaliśmy ten utwór stojąc, kto go znał, śpiewał z nami. Nikt wtedy nie tańczył, z szacunku dla tych, co przy szturmowaniu góry polegli.

Autor w czasach, o których opowiada w tym wpisie

Inny repertuar mieliśmy na studenckich rajdach, przy ognisku, wtedy było weselej, ale zawsze mniej lub bardziej wywrotowo, nie tylko dosłownie, bo za kołnierz nie wylewaliśmy, ale i politycznie. Śpiewaliśmy na przykład Hymn pesymistów, który miał taki tekst:

My jesteśmy pesymiści,
Naszym hasłem dąb bez liści.
źle było, źle będzie
W całej Polsce i wszędzie.
Oprócz nas są wszyscy w błędzie.

Przeżyliśmy już sanację,
Przeżyjemy demokrację.
źle było…

Przeżyliśmy potop szwedzki,
Przeżyjemy i sowiecki.
źle było…

Przeżyliśmy Gagarina,
Przeżyjemy Kosygina.
źle było…

Same osły są u steru
Od komuny aż do kleru
źle było…

Były ułańskie żurawiejki, ze słynnym starczy jedna bomba silna i wrócimy znów do Wilna, albo odznaka komsomołu wpadła mi do rosołu. Rzewnie, na melodię Vaya Con Dios, brzmiało: nad kołchozem czarne chmury wiszą, idzie Wańka z pijaniuteńkim Griszą, Wania kandydat do partii, Grisza jest członkiem KC… Tylko raz mi się za to obrazoburcze śpiewanie oberwało, na studenckim poligonie wojskowym. W czasie przerwy w zajęciach, z nudów, któryś z kolegów zaintonował:

Niech żyje nam towarzysz Stalin…

A my wszyscy :

Co usta słodsze miał od malin

Niech żyją nasi sojusznicy
Amerykanie i Anglicy

Niech żyje nam Armia czerwona
Przez sojuszników uzbrojona, po zęby

Niech żyje nam generał Roko
Co jedną brew miał za wysoko, nad oko

Niech żyje nam Anders generał
Co z Moskwy ludzi powybierał…

To była skrócona lekcja z historii Polski, którą przerabiałem tutaj w ostatnich trzech wpisach, ale dowódca kompanii miał odmienne poczucie humoru. Kazał nam założyć maski przeciwgazowe i przez godzinę czołgał nas po łące przy koszarach. Mieliśmy przy tym dalej sobie śpiewać wywrotowe pieśni i jak pamiętam, co wytrwalszym to wychodziło. Nie pamiętam już innych zwrotek zarówno Pesymistów, jak i tej ostatniej, a myślę, że były. Jeżeli więc któryś z Czytelników ma lepszą pamięć, to się ucieszę z uzupełnień.

W klasycznej pozie strzeleckiej

A tu ściągawka do piosenek:

Łucja, żaden autorytet (5)

Łucja Fice

Pytania

Całe życie szukam odpowiedzi, a ona powoli, opornie nadchodzi. Jako dziecko wierzyłam, że Bóg, to człowiek i duch jednocześnie, który mieszka w niebie, to ktoś, co za dobre wynagradza, a za złe karze. Dziś daje znać o sobie ta podświadoma projekcja tego  obrazu w jakim dorastałam, wpływ rodziców, później ideologii w szkołach. Dziś wiem, że to projekcja bardzo niedojrzała, nacechowana lękiem i służalczością.

Stąd te moje poszukiwania różnych teorii, mitów legend, które i tak kontynuują te same wzorce, co stare, surowe, monoteistyczne wierzenia. Zdaję sobie sprawę z własnej niedojrzałości. Dziś po latach poszukiwań uważam, że jestem na poziomie duchowego dziecka. Zrozumiałam tylko, że istnieje jeden i tylko jeden archetyp duchowości, jeden rdzeń, tylko różne nazwy tego samego zjawiska i różnie interpretowane.

Na przykład Lucyfer. Psychologia postrzega Lucyfera jako archetyp mocno niedojrzałego buntownika, budzącego grozę. Lucyfer to część mojej świadomości, jak i część (nie)świadomości zbiorowej całej planety, bo różne zjawiska duchowe znajdują odwzorowanie w EGO każdego z nas.

Sen sprzed kilkudziesięciu lat ma dla mnie ważne znaczenie, bo projekcja tego obrazu, który był jak film science fiction wyświetlany w głowie, wyjaśnia wiele o stanie ducha czy (nie)świadomości. W owym śnie przekomarzałam się z niewidocznym diabłem w ciemnej grocie, gdzie kapała woda ze stalaktytów, a na jej środku w 272 stopniach gotował się w kotle azot, a w nim grzeszne dusze. Zapraszałam do rozmowy diabła, który był ukryty poza moim wzrokiem: ”Wyjdź z tej piany, ty niecnoto, ty przechero i stań ze mną do dialogu, bo nie boję się odkrywać złych cech mego charakteru, bo mnie broni straż niebiańska. Boisz się, żem silniejsza jest od diabła.”… itd. Kiedy sen zapisałam, okazało się, że zapisałam wierszem. Niestety został mi tylko ten urywek, a reszta „wsiąkła.” Na podstawie tego snu powstała ballada „Jak to polska baba diabła upiła”.

W tym śnie, w tej sennej rzeczywistości uwypukla się moja niedojrzała duchowość i przekłada się na emocjonalne relacje z innymi. Może zbyt płytko postrzegam Boga? Żyję w czasach, gdy muszę poddać się panującej doktrynie polityczne. Ta, dzisiaj, w obronie zdrowia nakazuje szczepienia i na pewno w następnym dziesięcioleciu wprowadzi znakowanie ludzkości kodem paskowym, jak dzisiaj zwykle towary. Pytam więc, gdzie jest Bóg? Czy mieszka w Brukseli? (proszę przyjrzeć się budowli Parlamentu Europejskiego, który jest zbudowany na wzór wieży Babel.) Czy strach wpojony przed Bogiem w dzieciństwie ma teraz wpływ na mój sposób postrzegania świata? A może numerologia, może kalendarz Majów, a może moje imię z którym związana jest historia, jak bajka? Całe życie jestem narażona na podszepty szatana, jak w tym śnie, a może KTOŚ lub COŚ poddaje mnie próbie wiary? Czy muszę zasłużyć sobie na miłość Boga?

Mam świadomość, że cały czas tęsknię za tą czystą, prawdziwą, boską miłością. Zdałam sobie sprawę, że prawdziwa miłość pochodzi od Boga, a ta, którą dostajemy TU na ziemi, to tylko namiastka, więc modlę się, przepraszam Boga i proszę Go o łaskę. Staram się dbać o ekologię i oczyszczać się ze złych myśli, choć całkowicie pozytywnie nie da się myśleć. Pytania w głowie się mnożą: czy Ziemią rządzi szatan, który zbuntował się przeciwko Bogu? Czy życie, to tylko matrix? Czy nie pozostało nam nic, tylko owinąć się w prześcieradło i czołgać na cmentarz. Jaką doktrynę wybrać?

Ostatnio po serii filmów popularno naukowych na kanale FOKUS „Starożytni Kosmici” mój umysł jest zmącony. Moim zawodem była chemia, może warto więc, jako laborant, połączyć to, co jest zgodne z moim duchem i z różnych substancji zrobić jeden związek. I tu jest chyba pies pogrzebany. Mam prawo wyboru i wolność poglądów i wybieram sobie znaną wiarę i PRAWDĘ. Życie to dla mnie taka jazda bez trzymanki w poszukiwani tej PRAWDY. Życie to często czerstwy chleb, czasami bywa, że bułka z gównem ale… choć nie na co dzień trafiają się rodzynki i inne delicje, to są te piękne dni, na które zawsze czekamy. Takich dni życzę każdemu i oczywiście wiary w DOBRO i ludzi.

11 lipca 2021

Jastarnia (8)

Jacek Krenz

Non Stop

W 1964 zaczęliśmy jeździć na koncerty do Non Stopu w Sopocie. W pierwszym Non Stopie, mieszczącym się przy samej plaży, pomiędzy ul. Drzymały 10 i Traugutta, pod rozpiętym dachem grał do tańca zespół Pięciolinie, potem przemieniony na Czerwone Gitary. Seweryn Krajewski śpiewał Nad morzem, Bernard Dornowski Kiedy jestem sam, Krzysztof Klenczon Taka jak ty, Jerzy Kosela Maturę, na perkusji bębnił Jerzy Skrzypczyk. Był też koncert Czesława Niemena.

Nad morzem, Czerwone Gitary

Gdy świeci nad morzem słońce,
Patrzysz się w dal.
Nie zwracasz uwagi,
Że ktoś z tyłu jest sam.

Wiatr rozwiał Twe włosy,
Groźne fale biją o brzeg,
A Ty wciąż ze swymi myślami
Jesteś gdzieś – hen.

I słychać szum morza,
Zachód słońca ginie wśród fal
A Ty wciąż nie zwracasz uwagi,
Że ja stoję sam.

Jakie były Twe myśli?
Trudno zgadnąć ich bieg,
A nie chciałbym pytać,
By nie spłoszyć chwili tej.

I długo wpatrzony stałem
W Ciebie, zamyśloną wciąż,
I nie mogłem przerwać
Myśli Twoich, marzeń Twych.

I długo wpatrzony stałem
W Ciebie, zamyśloną wciąż,
I nie chciałem przerwać
Myśli Twoich…

Rok przed maturą wybrałem się do Jastarni, wyprzedzając mamę i braci o dwa tygodnie. Razem z Krzysztofem, wówczas moim najbliższym kompanem, przyjechaliśmy pociągiem do Gdyni, potem statkiem „Panna Wodna” do Jastarni. Zamieszkałem u pani Wandy przy ulicy Szkolnej. Za wikt i opierunek pomagałem samotnej wdowie rąbać drewno na opał.

Do Sopotu dostawaliśmy się na różne sposoby: autostopem, pociągiem towarowym, ale najprzyjemniej było dopłynąć do Gdyni statkiem żeglugi przybrzeżnej, a stamtąd dalej kolejką SKM do Sopotu. Powrót był trudny, bo trzeba było opuścić Non Stop przed końcem koncertu, by zdążyć na ostatni pociąg. Nie zawsze się to udawało, więc dojeżdżaliśmy kolejką elektryczną do Redy, a potem pieszo, ale zawsze udawało się nam, przynajmniej na część tej trasy, złapać autostop. W przeciwnym razie mielibyśmy 40 km marszu do pokonania, chociaż nawet z podwózką zwykle lądowaliśmy w domu o świcie i do pokoju dostawaliśmy się przez okno z największą ostrożnością, żeby nie obudzić mamy.

Pewnego razu zostaliśmy w Sopocie w Domu Turysty na noc i na drugi dzień pojechaliśmy zwiedzić gdańską starówkę. Gotycka architektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zwiedzając kościół Św. Ducha znaleźliśmy tajemne wejście na wieżę. W dzienniku, który wtedy prowadziłem, znalazłem zdanie, że to było „moje największe przeżycie estetyczne w dotychczasowym życiu. Wszystkiego nie zwiedziłem, muszę tu przyjechać”.

(Zamiast chodzenia po mieście) Autostop

Lech Milewski

Z duża przyjemnością czytam publikowane tu wspomnienia Jacka Krenza z wakacji w Jastarni (kolejny odcinek jutro). Osobiście przeżyłem coś podobnego podczas wakacji w Sopocie – aż tu nagle matura, studia – przeniesienie się z Kielc do Warszawy, zamiana rodzinnego domu na akademik…

Ilustracja

Wreszcie nadszedł lipiec 1959 – pierwsze wakacje.

Po pierwszym roku studiów na wydziale Mechaniczno-Technologicznym w programie wakacji była miesięczna praktyka robotnicza.

Jeśli być robotnikiem, to czyż mogło być lepsze miejsce niż Nowa Huta?

Miesiąc praktyki zleciał jak z bicza strzelił i wkrótce nastał czas na tytułowy AUTOSTOP.
To była oficjalnie zorganizowana akcja.

Chętni musieli nabyć książeczkę austostopu, która zawierała kupony na łączny dystans chyba 2,000 km.

Źródło TUTAJ.

Ta akcja legalizowała przewożenie “łebków” w samochodach państwowych. Prócz tego regulowała sprawę ubezpieczenia przewoźnika od konsekwencji szkód poniesionych przez pasażerów podczas ewentualnego wypadku.

Po zakończeniu etapu podróży autostopowicz dawał kierowcy kupon na przejechaną ilość kilometrów. Kierowców, którzy uzbierali duże ilości kuponów, czekały atrakcyjne nagrody – pierwsza nagroda – samochód Warszawa.

Już w czerwcu umówiłem się z kolegą z akademika, że po praktyce ruszamy na trasę.
Kierunek – jeziora mazurskie – to było TO!
I tak, w pierwszych dniach sierpnia 1959, wylądowaliśmy w rowie przy szosie prowadzącej z Krakowa do Kielc.

Pierwsze wrażenie było bardzo frustrujące. 
Ruch samochodowy był niewielki. Zdecydowana większość samochodów to ciężarówki załadowane towarem. Niektóre może miały wolne miejsce w kabinie kierowcy, ale nas było dwóch.
Już robiło się ciemno gdy zatrzymał się jakiś samochód –
– Wsiadajcie, ale tylko do Jędrzejowa.
Wsiedliśmy, refleksja przyszła później.
Przecież my przyjedziemy do Jędrzejowa w środku nocy.
Co my tam ze sobą zrobimy? Przecież nie ma szansy, żebyśmy złapali o tej porze transport do Kielc.

I tak właśnie było.
Kręciliśmy się bezmyślnie przy drodze i po chwili niespodzianka – trafiliśmy tam na żołnierzy, komandosów, czerwone berety.
– Wojsko przy drodze? Co wy tu robicie?
– Mamy rozkaz przedostać się o własnych siłach na poligon gdzieś nad morzem, a WSW (wojskowa policja) ma rozkaz nas łapać. Kto da się złapać, dostanie ileś tam dni aresztu i zakazu opuszczania koszar.

Szykowaliśmy się już na nocleg w rowie, gdy na szosie pojawiły się światła samochodu. Ciężarówka.
– Wychodźcie na szosę – zaapelowaliśmy do komandosów – jak zobaczą mundury to muszą się zatrzymać.
– W żadnym wypadku. To może być WSW, wyłapią nas jak szprotki.

W rezultacie stanęliśmy z kolegą na środku szosy. Pierś do przodu – po naszych trupach.
Samochód zaczął zwalniać.
– To prywatny – zawołali komandosi i pobiegli do tyłu samochodu.
Samochód zatrzymał się.
I my pobiegliśmy do tyłu a tam kłębiło się od wojska.
Okazało się, że w samochodzie było już kilku komandosów. Gdy zobaczyli, że samochód zatrzymuje się i jest otoczony przez wojsko, uznali że to wojskowa policja – wyskoczyli i pobiegli w las.
W doskonałych humorach wdrapaliśmy się do skrzyni ciężarówki i zamarliśmy.
Na środku stała trumna, przy jej wezgłowiu paliły się świece. Wokół siedziało kilkoro żałobników, głównie kobiety.
Dostosowaliśmy się do nastroju.
Po pewnym czasie atmosfera rozluźniła się nieco. Dowiedzieliśmy się, że wracają z wesela. W trumnie wiozą jednego z drużbów. 
– A taki silny był – wspominał ktoś z żałobników – jedenaście nożów dostał i jeszcze się ruszał.

Wreszcie Kielce – opuściliśmy kondukt żałobny i udaliśmy do swoich domów.
Za dwa dni spotkaliśmy się na szosie prowadzącej do Warszawy.
Tym razem nie było problemu, wkrótce podebrał nas jakiś samochód osobowy.
W Warszawie przenocowaliśmy w “naszym” akademiku, w którym, na okres wakacji, zorganizowano w salach gimnastycznych noclegownie dla studentów.
Następnego dnia udaliśmy się na plażę nad Wisłą i tam zorientowałem się, że mój towarzysz podróży nie umie pływać. No cóż, pozostało mieć nadzieję, że ta umiejętność nie będzie mu potrzebna..
Koło plaży była przystań statków a tam nowa atrakcja – nocny rejs do Gdańska.

Kupiliśmy bilety, oczywiście tylko siedzące.
Początki były miłe, poznaliśmy jakieś sympatyczne towarzystwo. Zdążyliśmy razem z nimi przebiec się do krzywej wieży w Toruniu (statek miał godzinę postoju)…

Krzywa wieża.jpg

By Wikipedia, CC BY-SA 3.0, Link

Nad ranem statek dopłynął do Tczewa, tu miała zacząć się nasza przygoda.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do baru mlecznego – solidne śniadanie i… ukradliśmy łyżki i widelce – jakoś wydało nam się, że to właściwa inicjacja autostopowicza.
Noży nie było co kraść, gdyż ze względu na popularność wśród złodziei miały ułamane końcówki. Mieliśmy własne scyzoryki.

Następnie wyszliśmy na szosę prowadzącą do Ostródy i miny nam zrzedły – w przydrożnych rowach koczował tłum autostopowiczów – słowo Mazury miało swoją magię.
Z rozmów z przypadkowymi osobami zorientowaliśmy się, że wielu z nich to połykacze kilometrów. Po prostu jadą przed siebie, ile się da, nieważne dokąd. 
Na szczęście w tym tłumie było kilka osób z predyspozycjami kierowniczymi. Oni wprowadzali pewien ład.
Po pierwsze, widząc zbliżający się samochód, oceniali jego pojemność i dawali sygnał, aby właściwa ilość osób stanęła przy szosie, a reszta żeby schowała się albo przynajmniej żeby demonstrowała brak zainteresowania zbliżającym się pojazdem.
Po drugie, rozmawiali z kierowcą, uzgadniali dokąd jedzie, ile osób może wziąć. Pilnowali porządku przy wsiadaniu. 
Oczywiście sami też wsiadali, ale na szczęście w tłumie znajdowali się ich następcy.
W końcu i my doczekaliśmy się transportu. 
Nie pamiętam szczegółów, ale wydaje mi się, że mieliśmy w tym dniu jeszcze dwie przesiadki i za każdym razem było nas w samochodzie więcej.
W ostatnim samochodzie autostopowicze byli jedynym ładunkiem. Z fragmentów zasłyszanych rozmów zorientowaliśmy się, że większość spędza cały czas w podróży, nie mają żadnego celu, po prostu – jak najwięcej kilometrów. Dowiedzieliśmy się, że z kierowcami jest podobnie. Niektórzy postawili sobie zadanie – wygranie samochodu – i aby osiągnąć ten cel nie wahają się zaniedbać swoje obowiązki, nie biorą ładunku, zmieniają trasę.
Wyznam, że w tym momencie autostop stracił dla nas swój blask.

Nagle samochód się zatrzymał.
– Chłopaki – mówił do nas kierowca – jest noc, nie wysadzę was o tej porze w środku miasta, bo przyleci milicja. Tu jest ostatnia osada przed miastem. Dogadajcie się jakoś z gospodarzami o noclegi.
W tym miejscu wspomnę, że zupełnie naturalnym wydawało nam się, że podróżnikowi takiemu jak my nie można odmówić noclegu w stodole. Bezpłatnego.

Zapukaliśmy do pierwszego domu.
Wydaje mi się, że dla gospodarzy był to już chleb codzienny.
– Nie więcej niż 20 osób – zadeklarowali – w tamtej budce jest ubikacja. A tu postawiliśmy wam wanienkę z wodą do picia. Jutro rano możemy wam sprzedać trochę mleka.
– Tu jest stodoła – tylko na miłość boską – nie palcie papierosów!
– Nie ma palenia w stodole! – rozległ się zgodny chór.
Nie zdążyliśmy zasnąć, gdy w stodole pojawił się jakiś bystrzak – chłopaki, tam na polu jest kukurydza, już prawie dojrzała.
Cóż zrobić, poszliśmy sprawdzić.
– U swojego gospodarza nie zrywamy, u swojego nie zrywamy – rozlegały się zgodne szepty.
Wszyscy poszli trochę dalej.
Rzeczywiście rosła kukurydza. Niektóra prawie dojrzała.

Następnego dnia dojechaliśmy do Giżycka.
Było późne popołudnie, więc najpierw znaleźliśmy sobie nocleg w stodole. U życzliwego gospodarza, który zgodził się przechować przez kilka dni nadmiar bagaży, które nie będą nam potrzebne na kajaku. 
Po sytej kolacji w mieście szybko wróciliśmy do stodoły odespać dwie ostatnie noce.

Następnego dnia wypożyczyliśmy kajak i w drogę.
Jeszcze jedno wspomnienie – pismo Sztandar Młodych zaczęło publikację powieści Sławomira Mrożka – Ucieczka na Południe. W kiosku w Giżycku mieli egzemplarze gazety z kilku poprzednich dni. Lektura kolejnych odcinków powieści stała się naszym rytuałem.
Kierunek – północ – Węgorzewo – jeziora Kisajno i Dargin
To było bardzo relaksowe wiosłowanie, więc dość szybko wypatrzyliśmy jakieś budynki gospodarcze i wylądowaliśmy tam, pytając o nocleg.
Okazało się, że były to budynki PGR-u, tak, możemy przenocować w stodole. Możemy też kupić obiado-kolację w ich stołówce.

Podczas kolacji mój kolega zaczął wygłaszać dość radykalne uwagi na temat rolnictwa, a PGR-ów w szczególności, co nie zjednało nam sympatii zebranych.
Na efekty nie trzeba było długo czekać – gdy obudziliśmy się rano, nasz kajak zniknął.

Nie pomogły prośby ni groźby – jaki kajak? – wszyscy dookoła udawali naiwnych.
Jedyne co uzyskaliśmy, to pożyczenie roweru, na którym mój kolega pojechał zgłosić kradzież na milicję.
W tym miejscu zdradzę tajemnicę…
Gdy przyszło do jazdy na milicję, powiedziałem koledze żeby to on jechał, mnie boli noga.
Prawda była taka, że ja nie potrafiłem jeździć na rowerze.
Skąd miałem potrafić?
Chyba tylko jeden kolega w mojej klasie miał rower.
Niektórzy (w tym mój towarzysz) mieli ojców, którzy mieli rowery.
A reszta?

Kolega pojechał, a ja kręciłem się bezmyślnie po okolicy, próbowałem szukać jagód.
W lesie spotkałem jakąś życzliwą panią, która pokazała mi, gdzie został ukryty nasz kajak.

Kolega wrócił. Zdecydowaliśmy zostać tu jeszcze jedną noc. Tuż przed kolacją wyciągnęliśmy kajak z ukrycia. Pracownicy PGR udawali, że niczego nie zauważyli.
Na wszelki wypadek na noc wciągnęliśmy kajak do stodoły.

Następnego dnia powiosłowaliśmy dalej, ale jak tylko odbiliśmy od brzegu, ogarnęła nas taka złość na ten PGR, że zapałaliśmy żądzą zemsty.
W sytuacji, w jakiej się znajdowaliśmy, nasza zemsta mogła być tylko jedna – złapać którąś z PGR-owskich kaczek, które beztrosko pływały przed naszym kajakiem.
Nie było to takie proste, o mało się nie wywróciliśmy, ale w końcu wciągnęliśmy do kajaka chyba najbardziej wychudzoną kaczkę. Na dodatek, zanim ukręciliśmy jej łeb, napaskudziła nam do kajaka.

Zbliżaliśmy się do Węgorzewa – rożek jeziora Mamry, jezioro Święcajty.
Po pierwsze wypatrzyliśmy jakieś zabudowania i zapytaliśmy o możliwość noclegu w stodole.
Gospodyni była bardzo sympatyczna, więc spytaliśmy o przepis na usmażenie kaczki. Podstawowy składnik, o jakim wspomniała to smalec, powiosłowaliśmy więc do sklepu w Węgorzewie.

Był ogromny upał i zanim wróciliśmy do naszej bazy, smalec zupełnie się roztopił. Resztę dnia spędziliśmy na znęcaniu się nad zwłokami kaczki. Trochę usmażyliśmy, trochę upiekliśmy, ugotowaliśmy nawet rosół. Myślę, że była to wystarczająca pokuta za ten bezmyślny akt kradzieży.

Po dwóch dniach kaczkowania powiosłowaliśmy z powrotem do Giżycka.
Kolejny etap – Mikołajki.
Najpierw przecięliśmy jezioro Niegocin. Na środku poczułem jego potęgę i kruchość naszego kajaka. Świadomość, że mój partner nie umie pływać, zaczęła mi ciążyć.
Wreszcie dotarliśmy do południowego brzegu, a tam czekał na nas szereg uroczych jeziorek – Boczne, Łagodne, Tałtowisko.
To ostatnie praktycznie przefrunęliśmy, pchnięci potężnym podmuchem wiatru.

Źródło Google Maps.

Przenieśliśmy kajak na ostatni odcinek wiosłowania – jezioro Tałty, ale rozszalała się tak mocna burza, że zatrzymaliśmy się przy najbliższych zabudowaniach, czyli w osadzie Tałty.

Zapukaliśmy do drzwi pierwszego gospodarstwa. Gospodarz przyjął nas niezbyt chętnie.

Ponieważ zakładaliśmy, że dojedziemy do Mikołajek, nasze zapasy jedzenia były minimalne – płatki owsiane, kilka opakowań rosołu, słoik dżemu.
Nasz gospodarz poinformował nas, że w Tałtach nie ma sklepu spożywczego, a do Mikołajek 6 km. On może sprzedać nam jutro trochę mleka.
Zadowoliliśmy się rosołem z płatkami na obiad i płatkami z dżemem na kolację.

Następnego dnia lał rzęsisty deszcz. Przeszliśmy się po wsi, żeby sprawdzić, czy można dostać coś do jedzenia. Nasz gospodarz mówił prawdę, nie można było.
Przy okazji zaskoczenie, we wszystkich domach, do których zapukaliśmy, mieszkańcy rozmawiali ze sobą po niemiecku.
Mój towarzysz aż się gotował ze złości.
Po powrocie do bazy zgłosił swoje pretensje naszemu gospodarzowi.
– Ech, nie zawracajcie głowy – odpowiedział gospodarz – my jesteśmy Niemcy i chcemy wrócić do Niemiec. Dlatego te gospodarstwa takie zaniedbane. To Polska przewleka sprawę i wszyscy się tu męczymy.
Zamknął nam drzwi przed nosem.

Nie było wyjścia, pomaszerowaliśmy do Mikołajek.
Miasteczko wyglądało jak wymarłe. Zjedliśmy obiad, kupiliśmy trochę owoców i konserw w puszce i wróciliśmy do Tałt.
Cały następny dzień lało i przesiedzieliśmy go w stodole, czytając zebrane odcinki Ucieczki na Południe.
Kolejnego dnia deszcz nieco ustał, za to wiał silny wiatr, ale zdecydowaliśmy się na powrót do Giżycka.
Przeprawa przez szereg niewielkich jeziorek była miłym urozmaiceniem, ale gdy wpłynęliśmy na jezioro Niegocin, miny nam zrzedły. Nasz kajak nie miał szans na falach jak góry wodne.
Jedyne wyjście to płynąć wzdłuż brzegu, co oznaczało znacznie dłuższą drogę i borykanie się z bocznymi falami.

Późnym wieczorem dotarliśmy do celu, gdzie przywitano nas jak bohaterów, gdyż tego dnia nikt nie odważył się wypłynąć na jezioro.

Powrotu autostopem do Kielc już nie pamiętam.
Wydaje mi się, że autostop jako masowa akcja nas rozczarował.
W kolejnych latach kupowałem na wszelki wypadek książeczkę autostopu, ale korzystałem z niej tylko dorywczo, na jednoodcinkowych etapach.

Wspomnienia o Maryli 15

Magdalena Ciechomska

Ciągle w biegu

Obserwując Marylę, wtedy gdy przebywała z nami, zauważyłam, że zawsze była bardzo aktywna. Nie lubiła bezczynności. Zdecydowanie preferowała te prace i zajęcia, w których widziała jakiś cel i sens. Gdy po ślubie z Tadeuszem zamieszkaliśmy razem, pracowała dla podziemnej Solidarności Regionu Mazowsze. W jej pokoju stała duża, elektryczna maszyna do pisania. W tamtych latach nikt prywatnie nie mógł posiadać takiego sprzętu, jego obecność w domu była dowodem, że należy się do antykomunistycznego podziemia. Nasz mokotowski dom, wolnostojący, w dużym ogrodzie był dość bezpiecznym miejscem. Otaczające go drzewa skutecznie tłumiły charakterystyczny, dość głośny warkot maszyny. Oczywiście, trzeba było uważać na osoby, które nas odwiedzały, żeby nikt niepowołany tej maszyny nie zobaczył. W tym czasie Maryla zajmowała się również tłumaczeniem list dialogowych do filmów niemieckojęzycznych. Współpracowała z Romanem Gutkiem. Jednocześnie aktywnie angażowała się w działalność powstającego wówczas w Polsce ruchu feministycznego.

Coraz bardziej rozczarowana życiem w kraju, nawet po przełomie roku 1989, coraz częściej mówiła o tym, że chciałaby wyjechać za granicę. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Berlina Zachodniego, przyjęła ją z jednej strony z radością, z drugiej – dużo mniejszy entuzjazm okazywała wobec perspektywy czekającej tam pracy w tzw. „sprzątalnictwie”. To akurat nie było jej ulubione zajęcie. Twierdziła, że demotywuje ją konieczność ciągłego powtarzania czynności porządkowych: odkurzania, zamiatania, zmywania. Wszak wszystko ciągle na nowo się brudzi i całą pracę trzeba zaczynać od początku. Musiała jednak pójść w tym przypadku sama ze sobą na kompromis, na starcie w Berlinie praca sprzątaczki była dla Polek bez wątpienia jedną z najbardziej atrakcyjnych. Maryla traktowała ją jako nielubianą, ale konieczną, jednocześnie uparcie dążyła do realizacji swoich ambicji zawodowych oraz ustabilizowania się w nowym kraju, w którym postanowiła zostać.

W latach 90 rozpoczęła studia na wydziale nauk politycznych na berlińskim Uniwersytecie Technicznym, jednocześnie pisała książkę Od matriarchatu do feminizmu, wydaną w Polsce w 1996 roku. Żeby się utrzymać, przez jakieś dziesięć lat od przybycia do Berlina pracowała fizycznie jako sprzątaczka, dopiero po tym czasie znalazła pracę w kartotece szpitala neurologicznego. Zdobyła uprawnienia tłumacza przysięgłego na terenie Niemiec. A w międzyczasie były jeszcze konferencje feministyczne organizowane w Polsce i w Berlinie. No i oczywiście praca we Fraueninitiatiwe Berlin -Warschau.

Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zawsze przywoziła ze sobą jakieś teksty do tłumaczenia. Komputer stale był włączony. Jeśli akurat nie wybierała się na spotkanie ze znajomymi ani nie jechała do cioci , do Grójca, pracowała nad zleconym tekstem. Schodziła do nas na dół, żeby porozmawiać, gdy siedzieliśmy w kuchni, przy śniadaniu lub kolacji, przysiadała na chwilę, czasem wpadała z czymś zabawnym, co koniecznie musiała nam opowiedzieć i zaraz biegła do swoich zajęć, rzucając na odchodnym: „później pogadamy”…

Jakby się bała, że zabraknie jej czasu. Latem przyjeżdżała jako pilot wycieczek, z którymi zwiedzała Polskę. Mieszkała wówczas ze swoją grupą w hotelu na Powiślu, a do domu zaglądała w przelocie. Jeśli pobyt w warszawskim domu był nieco dłuższy, zawsze uzupełniała coś w urządzeniu mieszkania. Jej ostatni pobyt, to był grudzień 2018 roku. Przyjechała dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Oprócz przygotowań do świąt, co było żelaznym punktem programu, zaplanowała wyjazd do Grójca, by odwiedzić kilka starszych pań, znajomych cioci zmarłej przed rokiem. Zawiozła im w prezencie świąteczne słodycze. A potem umówiła się z naszym znajomym, żeby zamontował dwie nowe lampy w jej łazience. I upiekła ciasta na święta.

Wspomnieniem z tamtego czasu jest też wspólny wieczór w Klubokawiarni Życie Jest Fajne, miejscu pracy dorosłych osób z autyzmem, gdzie pracował nasz syn. Było to przedświąteczne, opłatkowe spotkanie ekipy kawiarnianej, rodziców i znajomych. Przyszło mnóstwo ludzi, każdy przyniósł jakieś bożonarodzeniowe smakołyki. W kawiarni tłum, stoły pełne smacznego jedzenia. I dużo bardzo pozytywnej energii. Maryla zadowolona próbowała wszystkiego. Była już po operacji, nie mogła zjeść wiele na raz, ale zabrała sobie do domu kilka porcji łakoci. Siedzieliśmy w kącie razem z Marylą, jej przyjaciółką Ewą Karbowską i mężem Ewy, Maciejem. Panował nastrój radości i optymizmu. Patrzyłam na Marylę i cieszyłam się, widząc, że mimo choroby jest tak pełna energii. I pamiętam, jak dzieliliśmy się opłatkiem, już w domu, podczas Wigilii.

I ostatni raz, gdy Maryla, wychodząc na pociąg, w drzwiach rzuciła mi, jak zwykle: „To na razie…”

Zróbmy to zatem sami

Christine Ziegler

Dann machen wir’s halt selbst – 40 Jahre selbstorganisierte Räume in Berlin

Herzliche Einladung zur Eröffnung am
Do., 28.08.2021 | 19 Uhr

Mit: Casa Kuà, HeileHaus, Kinderbauernhof am Mauerplatz, Regenbogenfabrik, Schokofabrik

Eröffnung Donnerstag, 26. August, 19 Uhr

Ausstellungsdauer: 27. August bis 12. Dezember 2021

Öffnungszeiten: Di-Do 12 – 18 Uhr / Fr – So 10 – 20 Uhr

www.dann-machen-wir-es-selbst.org

Bitte beachten Sie die aktuellen Covid-19 Regelungen.

FHXB Friedrichshain-Kreuzberg Museum
Adalbertstr. 95a
10999 Berlin
fhxb-museum.de

In selbstverwalteten Initiativen drücken wir unsere Wünsche und Hoffnungen auf eine Stadt für alle aus. Fünf selbstorganisierte Projekte blicken zurück auf ihre bewegte, manchmal auch noch sehr junge, Geschichte, auf interne Konflikte und die gesellschaftlichen Kämpfe, in denen sie sich positionieren. Mit “Dann machen wir’s halt selbst” fragen wir in Form einer Ausstellung, wie in dieser ökonomisch unter Druck geratenen Stadt selbstorganisierte Räume politische Möglichkeiten offenhalten.

Projektgruppe “Dann machen wir’s halt selbst”: Heike Böziger, Barbara Bohl, Anke Peterssen, Hermann Schlegel, Andy Wolff, Christine Ziegler
Kuratiert von: Inga Zimprich
Websitegestaltung: Judith Fehlau
Ausmalbilder von: Burcu Türker
Ausstellungsdesign: Inga Zimprich

“Dann machen wir’s halt selbst” wird unterstützt von Stiftung Menschenwürde und Arbeitswelt, Senatsverwaltung für Kultur und Europa Berlin, Bezirk Friedrichshain-Kreuzberg.

****

We’ll do it ourselves, then

– 40 years of self-organised spaces in Berlin

With: Casa Kuà, HeileHaus, Kinderbauernhof am Mauerplatz, Regenbogenfabrik, Schokofabrik

Opening: 26 August, 7pm
Exhibition duration: 27 August – 12 December 2021
Opening hours: Tue – Thu, 12 – 6pm / Fri – Sun, 10 – 8pm

www.dann-machen-wir-es-selbst.org

Please note the current Covid-19 regulations.

FHXB Friedrichshain-Kreuzberg Museum
Adalbertstr. 95a
10999 Berlin
fhxb-museum.de

In taking part in self-organised projects, we express our wishes and our hopes for a city belonging to all. Here five self-managed projects look back on their eventful, sometimes still very young, histories, on internal conflicts, and on the social struggles in which they position themselves. With “We’ll do it ourselves, then” we ask, in the form of an exhibition, how self-organised spaces keep political possibilities alive in a city under huge economic pressure.

*****

Zróbmy to zatem sami

– 40 lat samorządnych przestrzeni w Berlinie

Pięć projektów: Casa Kuà, HeileHaus, Kinderbauernhof am Mauerplatz, Regenbogenfabrik, Schokofabrik

Otwarcie: 26 sierpnia o godzinie 19
Czas ekspozycji: 27 sierpnia – 12 grudnia 2021
Godziny zwiedzania: Wt – Czw, 12 – 18 / Pią – Nie, 10 – 20

www.dann-machen-wir-es-selbst.org

Prosimy o przestrzeganie aktualnie obowiązujących przepisów Covid-19.

FHXB Friedrichshain-Kreuzberg Museum
Adalbertstr. 95a
10999 Berlin
fhxb-museum.de

Biorąc udział w samorządnych projektach, dawaliśmy wyraz naszym potrzebom i nadziejom, że nasze miasto należy do wszystkich. Pięć takich samozarządzających się projektów ocenia swoją pełną wydarzeń historię, niekiedy całkiem niedawną, w której pomiędzy konfliktem wewnątrz grupy, a walką o realizację celów społecznych, kształtuje się ich osobowość. Poprzez wystawę “Zróbmy to zatem sami” próbujemy zastanowić się nad pytaniem, jak samorządne zarządzanie przestrzenią może wspierać politykę komunalną w mieście w czasach silnych nacisków ekonomicznych.

Instagram   Facebook   Twitter   Unser Blog

Wspominki literackie


czyli
Sherlock Holmes na prześcieradle
by Krizz van den Gur


Eriki Jong Strach przed lataniem był dla mnie, od kiedy pamiętam, książką mityczną. Dużo o niej czytałem, ale jakoś nigdy nie wpadła mi w ręce. A czytałem głównie to, co wpadło mi w ręce. Czyli przypadkowe rzeczy polecone przez znajomych bądź wygrzebane w ich bibliotekach. I jakoś nigdzie tam nie było Strachu
W ogóle cóż za tytuł! Kwintesencja Freuda. O ile mogę tak stwierdzić nie zawarłszy z Freudem nigdy bliższej znajomości. Latanie we freudowskiej symbolice snów jakoś wiąże się z seksem. Cóż może być bardziej fascynującego dla dorastającego szczyla – bo to w tym właśnie wieku po raz pierwszy gdzieś usłyszałem o Strachu… – niż właśnie ta sfera ludzkiej egzystencji.
Bardzo wcześnie też zacząłem interesować się snem jako takim, jego fazami, fizjologią, a także marzeniem sennym i jego przełożeniem na rzeczywistość. Lub raczej odwrotnie. Do dziś pamiętam koszmary, jakie nawiedzały mnie jeszcze za lat -nastu, że oto stoję na krawędzi, na gzymsie jakiegoś ‚koszmarnie’ wysokiego budynku, próbuję po nim przejść gdzieś, gdzie jest ‚bezpieczniej’ i rozpaczliwie chwytam się ściany za plecami, choć wiem, czuję, że upadek w otchłań pod stopami jest nieuchronny. Mniej lub bardziej każdy to zna.
Mnie ten strach senny przed upadkiem w otchłań nawiedzał regularnie. A pierwszy raz przyszedł, gdy właśnie budziła się erotyka. I już tak ze mną został na długie lata. Aż wreszcie w wyniku różnorakich terapii, których ten sen, czy też koszmar, nigdy nie był tematem, nigdy nie doszedł w nich do głosu, stwierdziłem pewnego razu w jakimś koszmarnym pół-śnie, że co tam! Przecież wiem, że śpię! Przecież wiem, że śnię. Że to tylko sen! Mara tam jakaś, nie żadna rzeczywistość. Że nic mi się przecież nie stanie, jeśli we śnie runę w tę przepaść pod stopami. Najgorsze co może spotkać, to że się obudzę.
I patrzcie państwo! Przestałem kurczowo trzymać się ściany. Runąłem, nie, raczej osunąłem się miękko w otchłań. A ona przestała być otchłanią, a stała się nagle przestworzem, w którym ja, szybujący teraz nad miastem, zostawiałem w dole budynki i ludzi. Z upływem czasu nauczyłem się sterować lotem. Wywracałem fikołki i robiłem powietrzne akrobacje, przelatywałem ze świstem pod mostami. Prawie jak w Top Gun 😉 Nauczyłem się latać! Co prawda tylko w snach, ale cóż to były za sny. Jedne z najpiękniejszych!
Wreszcie też, w wieku dawno już dorosłym, choć niekoniecznie dojrzałym, przeczytałem w końcu Strach przed lataniem. Chyba nic z niego nie zrozumiałem. Cóż za nuda! Wynurzenia znerwicowanej żydowskiej intelektualistki przetykane chłodnymi opisami przygód erotycznych z kolejnymi kochankami, a wszystko podlane psychoanalitycznym sosem. Zieeeew!
Pamiętam jedno zdanie: że nikt tak nie potrafi nienawidzić Żyda jak on sam siebie. Ma to chyba coś wspólnego z Polakami. Nikt tak nie potrafi się wstydzić polskości jak sami Polacy.
I na koniec Sherlock. Otóż pani Jong w pewnym miejscu opisuje jednego z kochanków, który ma tę tajemniczą właściwość, że zawsze po upojnej (bądź nie) nocy, spędzonej we wspólnym łożu pozostawia na prześcieradle zagadkowe brunatne kreski. Pani Jong zaś, choć ją to zastanawia, nie może dojść, skąd one kreski się biorą. No cóż, skojarzenie jest jedno: pan ten najwidoczniej nie ma w zwyczaju zbytnio dbać o higienę w toalecie, po dokonaniu tam wiadomego obrządku. Otóż nie! Nie pytajcie mnie, jak tę zagadkę literacką rozwikłałem, ale stawiam trzy piwa naprzeciw oranżady, że odpowiedź jest inna. Trzy piwa otrzyma, kto pierwszy/-a* przyczynę kresek onych odgadnie.

* Ogarek dla mzimu Dżendera. Niech ma. I niech będzie nam łaskaw.

Z wolnej stopy 50

Zbigniew Milewicz

Dyplomacja, trudna sztuka

Dezercjom żydowskich żołnierzy z Armii Andersa sprzyjały nadzwyczaj dogodne okoliczności. Palestyńscy ziomkowie przyjaźnie udzielali zbiegom pomocy, angielskie przepisy prawne nie nakładały na mieszkańców obowiązku meldunkowego, a ponadto każda gmina żydowska, każdy rabin czy notariusz mógł wydać dezerterowi dowód osobisty, stwierdzający, iż urodził się w Palestynie czy Jemenie. Angielskie władze wojskowe na ogół nie weryfikowały bliżej tych dokumentów.

Dezercje dobrze wpisywały się w antypolską politykę różnych sił, dążących do zdyskredytowania legalnych władz RP. Sylwester Strzyżewski, dokumentuje, że między innymi Czesi wydali w USA memoriał na temat ówczesnej polityki polskiego rządu, dotyczący mniejszości narodowych i zarzucający Polakom brak demokracji. Od ucieczek z Wojska Polskiego na Bliskim Wschodzie do poruszenia problemu przynależności Zaolzia było autorom tak blisko, jak z lewego brzegu Olzy na prawy. W szeregach armii brytyjskiej, stacjonującej w rejonie bliskowschodnim, w których również służyli Żydzi, dezercje się nie zdarzały, część Brytyjczyków uważała więc, że antysemityzm w Wojsku Polskim faktycznie istnieje. Wierzyła w to również część opinii publicznej w USA; w propagandzie obydwu krajów dominowali bowiem pro-kremlowscy komuniści, niechętni rządowi londyńskiemu. Wzrost antypolskich nastrojów wśród państw koalicji antyhitlerowskiej mógł zaś negatywnie wpłynąć na decyzje w sprawie przyszłego przebiegu naszych wschodnich granic.

„Dowództwo WP – pisze S. Strzyżewski – przestrzegało ponadto przed podejmowaniem decyzji o oficjalnym zwolnieniu żołnierzy narodowości żydowskiej, którzy deklarowali chęć przeniesienia się do jednostek brytyjskich. Takie rozwiązanie niosłoby ze sobą zagrożenie ogłoszenia przez propagandę sowiecką informacji, iż Armia Polska, tracąc swój wielonarodowościowy skład, rezygnuje zarazem z terenów zamieszkałych przez mniejszości narodowe i tym samym nie jest armią państwa o określonym przed wojną terytorium.”

Jak cię widzą, tak cię piszą. Aby poprawić ten polsko-żydowski profil armii, dowództwo zaprzęgło swoją kadrę do roboty oświatowej. Organizowano odprawy oficerów i podoficerów na temat antysemityzmu i jego konsekwencji, okolicznościowe spotkania z ludnością żydowską na terenie Palestyny, goszczono na różnych lokalnych uroczystościach, a tym, którzy może nazajutrz również planowali ucieczkę, urządzano ekstra pogadanki, p.t.: dezercja z wojska polskiego oznacza dezercję z pola walki o istnienie fizyczne Żydostwa polskiego i stanowi zdradę w kampanii o jego prawa w Polsce niepodległej. Informowano o możliwości powrotu do Palestyny po zakończeniu wojny, doszło też do oficjalnego spotkania żołnierzy z mieszkańcami kibuców i członkami Agencji Żydowskiej, mającego na celu rzeczowe omówienie tematu dezercji. Nie można więc było zarzucić dowództwu armii, że bagatelizuje problem. Kiedy jednak liczba dezerterów sięgnęła 800 żołnierzy, Ministerstwo Obrony Narodowej, zapytane o dalszą strategię postępowania, zaleciło… wstrzemięźliwość.

Wytyczne brzmiały: nie prowadzić poszukiwań i nie wcielać ponownie dezerterów, nie pozbawiać ich obywatelstwa i ograniczyć się jedynie do kartotekowania (ustalenia okoliczności i metod) dezercji oraz przekazywania wykazów uciekinierów władzom brytyjskim. W tych okolicznościach Żydzi otrzymali ciche pozwolenie polskiego dowództwa na dezercję.

W Palestynie zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia zaagitowanych przez organizacje żydowskie – pisze gen. Anders w swoich wspomnieniach. Ponad 3 000 Żydów opuściło szeregi Korpusu. (…) Nie zezwoliłem na poszukiwania dezerterów, i ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany. Postanowiłem nie stosować ściśle wobec mniejszości narodowych ustawy o powszechnym obowiązku służby wojskowej dla wszystkich obywateli polskich poza Krajem. Nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą (…).

Wspomnienia te uzupełnia relacja z rozmowy przeprowadzonej przez Zbigniewa Siemaszkę z generałem, z 31 lipca 1967 r.: Wydałem ścisłe dyrektywy nie ścigania tych żołnierzy Żydów, którzy po przybyciu do Palestyny opuszczali szeregi. Uważałem, że ci Żydzi, którzy za swój pierwszy obowiązek uważali walkę o wolność Palestyny, mają do tego prawo.*

Dyrektywy te były wydawane w formie nieoficjalnych, ustnych poleceń, rozkazy na piśmie mogłyby sprowokować Brytyjczyków, od których polskie wojsko było uzależnione. Anglicy mieli zaś wszelkie powody ku temu, by przeciwdziałać dezercjom, ponieważ uciekający żołnierze wstępowali do podziemnej armii żydowskiej, która walczyła z nimi. Problem był więc bardzo skomplikowany. Polacy służyli pod dowództwem brytyjskim i utrzymanie neutralnego stanowiska w sprawie dezercji wymagało istnej ekwilibrystyki dyplomatycznej. Reasumując: dowództwo Armii Andersa pobłażliwie traktowało dezerterów, zważywszy, że za opuszczenie szeregów groziła im kara śmierci. Polacy mieli świadomość, że ta miękka polityka obniża autorytet ich wojska w oczach Żydów, ale jej zaostrzenie mogło doprowadzić do starcia z mieszkańcami Palestyny, którego starano się jednak uniknąć.

Z podobnymi problemami borykano się także w innych polskich jednostkach stacjonujących w Wielkiej Brytanii, ich skala była mniejsza, niż u Andersa ale wyrozumiałość dowództwa – podobna. Nie bez znaczenia był tutaj fakt, że rządowi londyńskiemu zależało na dobrych stosunkach z wpływowym, żydowskim lobby w USA, które (według niektórych teorii stało za koncepcją powstania Izraela) mogło odegrać pozytywną rolę przy ustalaniu przyszłych wschodnich granic Polski. Taką też funkcję spełniło, ale wobec komunistycznych doradców prezydenta Roosvelta, sympatyzującego ze Stalinem i jego osobistą wizją powojennej Europy.

„Żydzi, którzy pozostali w Armii Polskiej – stwierdza autor cytowanej pracy – dzielnie walczyli na froncie włoskim. W trakcie tej kampanii brali czynny udział w bitwie o Monte Cassino, Loreto, Bolonię. O ich dzielnej postawie świadczy fakt, że spośród 850 Żydów walczących pod Monte Cassino 6 otrzymało Krzyże Srebrne Orderu Wojennego Virtuti Militari, 68 otrzymało Krzyże Walecznych, a 52 nadano Krzyże Zasługi. Prawdopodobnie 77 Żydów zginęło na szlaku bojowym Armii gen. Andersa. Świadectwem postawy Żydów na polu walki jest relacja Melchiora Wańkowicza (…): Trup strz. Szapiry jak żywy, skręcony w sobie, gęstą czupryną na głazie. Żyd. Chory na czerwonkę, nie zgodził się zostać. Przy podchodzeniu, w ogniu, dręczony skurczami, musiał ciągle odbiegać na stronę, nie mógł się kryć, może by wyżył inaczej. Leży, jak ekspiacja wobec własnego narodu za 3 500 dezerterów żydowskich z 2. Korpusu Polskiego, jeden z jedenastu Żydów poległych w bitwie o Monte Cassino, którzy jednak chcieli się bić z Hitlerem.

Wśród żołnierzy, którzy postanowili odejść z szeregów Wojska Polskiego, było wiele osób, które wzięły czynny udział w późniejszym życiu publicznym Izraela. Najbardziej znaną postacią był Menachem Begin, premier Izraela, jego polskie nazwisko brzmiało Mieczysław Biegun, pochodził z Brześcia Litewskiego. Założyciel radykalnej partii Heut, która później – po połączeniu z liberałami – dała początek partii Likud. Przeszedł do historii jako polityk, który podpisał porozumienie pokojowe z Egiptem (18 września 1978 roku). 16 grudnia 1978 roku izraelski premier Begin oraz egipski prezydent Sadat zostali nagrodzeni Pokojową Nagrodą Nobla. Wiosną 1982 roku Begin przeprowadził ewakuację Półwyspu Synaj. Rok później na własne życzenie ustąpił z urzędu premiera i wycofał się z życia politycznego. Zmarł w marcu 1992 roku.

***

  • Z.S. Siemaszko, Generał Anders, życie i chwała, [w:] „Kultura”, nr 5-8/1970, Paryż 1970, s. 36

Łucja, żaden autorytet (4)

W mailu do mnie autorka napisała: Łucja- to łacińskie imię, oznacza “urodzona o brzasku, ta, co przynosi światło.” Czasami myślę o tym, jak to się stało, że nadano mi to, a nie inne imię. Myślę, że nie był to przypadek. Urodziłam się o brzasku (o 5.30 rano) i byłam jedyną nonkonformistką w rodzinie. Krnąbrna, nieposłuszna i jak kot chadzająca własnymi drogami. Ideologicznie zaczęłam dojrzewać stosunkowo wcześnie, ale od dzieciństwa szukałam Prawdy. Pytałaś mnie nie tak dawno, czy wierzę w Boga. Odpowiedziałam, że jako dziecku nie podobała mi się Bozia siedząca na chmurze. Boga zaczęłam odkrywać już jako wyrosła z kokonu dzieciństwa, choć na duchowym poziomie wciąż tam jestem. Zresztą nigdy nie zaprzeczałam BOSKIEMU istnieniu, raczej pytałam, jaki może być mój Bóg? Częściowo sobie odpowiedziałam. Zapamiętałam zdanie Michała Hellera (jeden z ulubionych filozofów) z jednej z jego książek: “czy Boeing 437 rozebrany na części może się sam złożyć? “

Łucja Fice

Moja filozofia powodzenia

Każdy pragnie spełniać się w różnych dziedzinach, znaleźć miłość, być zdrowym i szczęśliwym człowiekiem. Czy osiągnięcie dobrostanu, to życiowy fart, strategia, a może przeznaczenie?

Na te pytania odpowiadają nam odkrycia neurobiologii i fizyki kwantowej.

Jesteśmy jako rasa ludzka nadajnikami i odbiornikami elektromagnetycznymi. Pola serca i mózgu człowieka wysyłają sygnały na podobieństwo fal radiowych. Fale te oprócz właściwości nadających mają również cechy magnetyczne. Z jednej strony wysyłamy do otoczenia informacje dotyczące naszych przekonań, a jednocześnie sprawiamy, że to, w co głęboko wierzymy znajduje odzwierciedlenie w naszej rzeczywistości.

”Przyciągamy” określone osoby czy też wydarzenia. Każdy z nas emanuje swoim indywidualnym niewidzialnym zapisem energetycznym. To właśnie ten energetyczny zapis poszukuje w otoczeniu fal odpowiadających jego zapisowi. Sytuacje, jakie mnie spotykają, to odpowiedź na moją wysyłaną energię.

Zdaniem fizyka dra Bena Johnsona człowiek generuje różne częstotliwości energii poprzez swoje myśli. Choć nie możemy ich zobaczyć, to odczuwamy je poprzez wpływ na nasze samopoczucie. Myśli pozytywne i negatywne różnią się między sobą zasadniczo. Negatywne wibrują niskimi częstotliwościami, które obniżają nasz potencjał. Najbardziej twórcze myśli, zmieniające pole elektromagnetyczne, to te związane z miłością i troską o drugiego człowieka. Ludzka świadomość ma więc wpływ na materię, bo skoro wszystko, łącznie z materią składa się z cząsteczek, a one mają zdolność komunikacji i wpływania na siebie. Kiedy jesteśmy pełni dobrych myśli, podnosimy swój potencjał, komunikując się z innymi cząsteczkami o podobnej wibracji.

Naukowcy znaleźli dowody na to, że błony komórkowe naszego ciała odbierają sygnały ze środowiska. Nasz mózg te informacje koordynuje. Odebrane sygnały zostają przefiltrowane. Jak? O tym decyduje proces naszego postrzegania, na który składają się nasze doświadczenia i przekonania. Tak więc w zależności jakie założyliśmy filtry, idziemy przez życie z poczuciem szczęścia, spełnienia albo gniewu czy frustracji. Procesy te wpływają na nasze życiowe wybory. Ma to fundamentalny wpływ na nasze losy.

Ograniczenia i skrzywienia w postrzeganiu świata, którym podlegamy, istnieją tylko w naszych głowach. Z pomocą przychodzi nam więc świadomy umysł. Część mózgu zwana korą przedczołową jest ośrodkiem naszej wolnej woli. Świadomy umysł to potężne narzędzie. To dzięki niemu możemy decydować o tym, czy dalej chcemy żyć w taki sposób, czy też zmieniać swoje przekonania. Nie na darmo mówi się: Umysł to potęga. Ja przynajmniej próbuję na miarę swoich możliwości z tego potencjału korzystać, chociaż do pełnej realizacji samej siebie droga daleka.

Życzę moim czytelnikom wykorzystania tych możliwości, które w nas drzemią, aby się obudziły i stanęły do raportu.

Łucja żaden autorytet

Jastarnia (7)

Jacek Krenz

Dom Zdrojowy

Dom Zdrojowy wybudowany został z inicjatywy Klemensa Kohnke, wg projektu inżyniera Lange z Wejherowa. Powstał tuż przed wybuchem II wojny w stylu modernistycznym z mocno przeszkloną fasadą i szerokim gzymsem. Otwarto go na sezon letni 1939.

Do budynku, pięknie wkomponowanego w wydmowe wzniesienie porosłe lasem sosnowym i dzikimi różami, prowadziły schody z klinkieru, strome od strony plaży i łagodne, tarasowe z drugiej. Na parterze była restauracja i krąg taneczny. Półkoliste schody za orkiestrą prowadziły na piętro do kawiarni. Był tam barek, sala brydżowa i balkon z widokiem na morze. Krąg taneczny był także na zewnątrz. Dalej, na skraju skarpy opadającej w kierunku plaży, była metalowa barierka, na której lubiliśmy przesiadywać, bo roztaczał się z niej szeroki widok na plażę i morze.

Na ławeczce spotkać można było często panią wróżącą z kart. Była to obdarzona niezwykłym talentem przewidywania przyszłych losów, pochodząca z ukraińskich kresów Zofia Rosińska.

Na fajfy często szliśmy prosto z plaży i lokowaliśmy się na piętrze przy stolikach wokół kręgu otwierającego widok na zespół i pary tańczące na parkiecie poniżej. Tańczyliśmy jive’a i rocka z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem między nogami, twista i let’s kiss. Na parkiecie prym wodził Krzysztof ze znakomicie tańczącą aktorką Ewą Wiśniewską. Czasem atmosfera stawała się napięta, gdy pojawiała się banda Ryśka i Wojtka. Pilnowali, by nie zabierać im panien do tańca. Pewnego razu wyprowadził ich nawet milicjant, by młodzież mogła się swobodnie bawić. Ale i tak, wypuszczeni z komisariatu, zaraz wrócili.

Na dancing trzeba było kupić bilet z tzw. konsumpcją. Nasza paczka zwykle wchodziła przeciskając się przez okienko toalety w piwnicy, a dalej przez kuchnię i kręconymi metalowymi schodkami na parter i piętro. Wieczorni spacerowicze mogli obserwować tańczące pary przez duże francuskie okna.

Po dancingu, nad ranem, chodziliśmy do piekarni na świeże bułeczki prosto z pieca, które piekarz podawał nam przez okno.

Częściej jednak spotykaliśmy się w większym gronie w koszach na plaży i śpiewali przy dźwiękach gitary i butelce „bełta” z dużym W, wypisanym patykiem na naklejce.

Dom Zdrojowy, piękny przykład architektury modernistycznej, rozebrano niestety w 2001 roku; na jego miejscu wybudowano luksusowy hotel. Podobny los spotkał kawiarnię „Palomę” w Juracie, drugie ulubione miejsce naszych tańców. Zniknęła żółta klinkierowa nawierzchnia ulic i chodników. Tamten świat przestał istnieć. Dlatego postanowiłem spisać to wspomnienie, by nie zatarł się całkowicie.