Santiago de Compostela. Gonzar i Hospital de la Cruz

Ewa Maria Slaska

2 października 2007 roku. Poniedziałek

Schronisko w Sarrii zostało zbudowane na surowym kamieniu. Wiem, w powiedzeniu jest to surowy korzeń czyli lokalizacja przeprowadzona w miejscu dotąd niezagospodarowanym i niezamieszkanym, ale schronisko w Sarrii zostało zbudowane na surowym kamieniu. Kamień na kamieniu, kamienny dom zbudowany na wielkiej skale. Skała buduje ściany i podłogi. Po deszczu skała spływa wodą. Dosłownie.

Schronisko jest pełne Niemców, którzy przybyli tu chyba jako zorganizowana grupa. Są to po części nie tyle Niemcy, co ludzie z Niemiec, między innymi smutne małżeństwo Polaków. Oboje koło czterdziestki, on wygląda młodziej niż ona, ona prosta, mało atrakcyjna, on z pewnymi ambicjami, zapatrzony w przywódcę grupy, wielkiego przystojnego Niemca, może księdza w cywilu. Widzę tu coś więcej niż tylko intelektualną fascynację i naśladownictwo. Jako pisarka czuję, że życie napisało tu jakąś tragedię, jakiś kozi tan.

Gdy rozmawiam w łazience z tą kobietą, potwierdza moje przypuszczenia, choć oczywiscie nie wszystkie. To pielgrzymka ewangelików, przystojny Niemiec jest pastorem, właśnie się ożenił.  No tak, idę do knajpy, ale marna, i do kościoła, gdzie bardzo składny chór wiernych śpiewa piękną pieśń, mam wrażenie, że pielgrzymkową, w każdym razie powtarzają się w niej słowa Peregrinos caminantes, pielgrzymi wędrujący po drodze. A może nawet po Drodze. Wśród wiernych przepiękna starsza pani. Wygląda jak hiszpańska Szymborska.

Okazuje się jednak, że jest tu wprawdzie mowa o pielgrzymowaniu, ale nie jest to pieśń pielgrzymkowa.

Hacia ti morada Santa,
hacia ti tierra del Salvador,
peregrinos caminantes,
vamos hacia ti.
X
Venimos a tu mesa,
sellaremos tu Pacto,
comeremos tu carne,
tu sangre nos limpiará.
X
Reinaremos contigo,
en tu morada santa,
beberemos tu sangre,
tu fe nos salvará.
X
Somos tu pueblo Santo,
que hoy camina unido;
Tú vas entre nosotros,
tu amor nos guiará.
X
Tú eres el camino.
Tu eres la esperanza
Hermano entre los pobres.
Amen, Aleluya.
Do Twojego domu
do Twojej zbawczej ziemi,
my pielgrzymi wędrujemy,
i przybywamy do Ciebie.
X
Przychodzimy do Twego stołu,
zawrzemy z Tobą przymierze,
będziemy jeść Twoje ciało,
Twa krew nas oczyści.
X
Będziemy z Tobą królować
w Twoim świętym przybytku,
będziemy pić Twą krew,
która nas zbawi.
X
Jesteśmy Twoim świętym ludem,
co dziś kroczy zjednoczony,
idziesz z nami,
Twoja miłość nas prowadzi.
X
Jesteś naszą drogą,
jesteś naszą nadzieją,
bratem jesteś ubogich.
Amen Alleluja

Tłumaczyła Kinga KWIK TV

Rano stajemy wobec strasznej prawdy, wszystko, co wczoraj przemokło, dziś jest nadal mokre. I oto muszę zareklamować moje wspaniałe skarpetki. Wkładam na stopy mokre skarpetki, na to mokre buciory i… noga jest przyjemnie sucha! Tyle, że mokre buty są potwornie ciężkie, a schnąc z powrotem zmoczą skarpetki.

Wyruszam o szarym świcie, idę ciemnymi ścieżkami, pod jakimś rozwalonym mostem, z którego zwieszają sie szare pnącza. Nader romatycznie. Podoba mi się, że nie boję się tak iść sama po ciemku w obcym miejscu. Ale też pielgrzymie ścieżki w Galicji są znacznie ładniejsze niż gdzie indziej, lepiej się więc nimi wędruje.

O godzinie 10 mijam słupek z napisem 100 kilometrów. To ważny punkt na trasie, bo trzeba pokonać minimum sto kilometrów, żeby święte oficjum w Santiago de Compostela uznało cię za pielgrzyma. Obok ogromny parking, pełen autobusów. Stąd rusza nawałnica, która będzie nam towarzyszyła aż do celu.

Po drodze wspaniała ogromna rzeka, długi most, a na przeciwległym brzegu duże górskie miasto – Portomarín. Nie zostaję tu jednak, choć piękne miasto kusi, po raz pierwszy bowiem od kiedy wyruszyłam do Hiszpanii, muszę pilnować czasu, bo moja siostra i szwagier, którzy już od kilku lat mieszkają czasowo w Portugalii (szwagier jest profesorem na uniwersytecie w Covillah), umówili się ze mną 4 października wieczorem pod katedrą w Santiago de Compostela.

Dochodzę do Gonzar, skąd już tylko 82 kilometry do Santiago de Compostela. W schronisku nieskazitelnie czysto i samoobsługa – sami sobie wbijamy stemple, sami się wpisujemy do książki gości, sami wrzucamy datek do skrzynki. I sami z siebie mamy się jutro do 8 rano wynieść ze schroniska. Pięknie, tylko tu nie ma NIC DO ROBOTY. Nie ma ludzi, nie ma gazet, nie ma książek, nie ma internetu, nie ma knajpy, nie ma gdzie pospacerować, bo naokoło same pola… No tenga! No tenga! No tenga!

Przychodzi jakaś Hiszpanka, wymieniamy uwagi o schronisku, ona robi siusiu, ja pakuję plecak i uciekamy w te pędy do następnej wioski. Nieważne co tam będzie, na pewno będzie lepiej niż tu.

I jest tokowisko. Jak miło!

A to Polska właśnie…

Wczoraj w wielkich bólach konwencja została przyjęta, na pytanie dlaczego w wielkich bólach, skoro chodzi o sprawę oczywistą odpowiedziała…

Aleksandra Puciłowska przy współudziale Kingi Chojnickiej

Dlaczego Polska miała problemy z ratyfikacją konwencji przeciwko przemocy domowej?

Długo proszono mnie o napisanie tekstu na temat konwencji. I szczerze mówiąc: nie wiedziałam za bardzo, co można by mądrego na ten temat napisać?
Sprawa jest w sumie jasna i prosta: czy z lewa, czy z prawa – każdy deklaruje się, iż jest przeciwny przemocy. Nie tylko zresztą wobec kobiet, ale i ogólnie. Sięgając po cytat z jednej z kultowych polskich komedii lat 80 chciałoby się więc powiedzieć: i nad czym tu deliberować…?

W Polsce jednak, jak to w Polsce, musieliśmy i z tego tak istotnego tematu zrobić swoje własne polskie piekiełko. Bo nie byliśmy sobą, gdyby tak nie było.
Okazało się bowiem w stosunkowo krótkim czasie, że w przemocy wcale nie o przemoc chodzi, a o wprowadzenie tylnią furtką jednego z głównych obecnie wrogów polskiego Kościoła, jakim jest bardziej chyba demoniczny od samego demona GENDER.
Że Kościół musi mieć wroga, bo bez niego nie będzie istniał jest już nawet nie tylko oczywiste, ale i filozoficznie poparte. Bo skoro istnieje dobro, to musi istnieć i zło, bo jak inaczej wiedzielibyśmy, czym jest samo dobro..?
To, że wróg ten dla Kościoła musi być namacalny wiemy już z Biblii, która mówi o diable. To, że diabeł ten musi być obecny w naszym życiu codziennym, byśmy jak zagubione owieczki lgnęli do Kościoła w lęku i nadziei na ocalenie, udowodniono nam już nadto. I tak się kręci ta zabawa od ponad 2 tysięcy lat.
Za wroga można sobie wziąć dowolnego przeciwnika – ważne by był, by się i żadna zębatka w tej dobrze już naoliwionej maszynie nie zacięła. Najnowszym jest gender – wciska się on nam drzwiami i oknami, by zniszczyć prawdziwą polską, katolicką rodzinę. Jak się zapieramy i nie chcemy go wpuścić frontem, to próbuje tylnym wejściem od kuchni. A w kuchni przygotowują między innymi różnego rodzaju podejrzane konwencje, co to pod przykrywką słusznych idei wpuszczają na naszą chrześcijańską enklawę w samym środku hedonistycznej Europy zepsucie, grzech i klęskę prawidłowego porządku świata.
A prawidłowy obraz świata jest taki, że jak Bóg coś złączy to człowiek tego nie powinien rozdzielać. I nieważne, co się dzieje za ścianą u sąsiada – czy mąż przyszedł tym razem z kwiatami czy z pięściami. Każdy musi dźwigać swój krzyż, jak dźwigał go Jezus. Więc i kobieta niech nosi swoje brzemię i ratuje splecione świętym węzłem małżeńskim własne piekiełko na tym ziemskim padole. Nieważna jest cena, jaką trzeba będzie za to zapłacić, istotny jest cel. A ból i cierpienie uszlachetnia, przecież tak mówili ostatnio na mszy w niedzielę. Przecież tak samo cierpiał biblijny Hiob, a Bóg mu to wszystko wynagrodził. Trzeba być silnym. Trzeba być cierpliwym.
A nie daj Boże zacząć jątrzyć i zawracać sobie głowę własnym szczęściem i poczuciem godności, ba! nawet indywidualności, a co gorzej samodzielności. Zaraz przyjdą do głowy jakieś szatańskie pomysły o niszczeniu rodziny w imię własnego egoizmu.
A właśnie temu służyć mają te europejskie pomysły pisane zapewne przez jakieś tajemnicze lobby LGBT w tajnym gabinecie w Brukseli. Bo i my – homo-, bi- i transseksualiści ponownie maczamy palce w tej rewolucji ogólnoświatowej, której głównym celem jest zagłada ludzkiego gatunku. A w obronie tego zagrożonego, znanego nam i jedynie słusznego katolickiego porządku świata, jak zwykle, dzielnie staje posłanka Beata Kempa. Zauważa ona w swoim liście otwartym do profesor Fuszary, że konwencja przeciwko przemocy wobec kobiet wcale w obronie tych kobiet nie staje. Na celu ma zaś degradację biologicznego pojęcia płci do pseudointelektualnego bełkotu o tym, iż na to jak postrzega się kobietę lub mężczyznę w danym społeczeństwie, wpływ ma kultura czy społeczne zachowania uznawane wedle tradycji za odpowiednie danej płci. Bo przecież wcale nie jest tak, że zgwałconej kobiecie ktoś wypomina, iż być może miała spódniczkę za krótką o te dwa centymetry, a faceci to przecież tacy wzrokowcy. I wcale nie jest tak, że w Afganistanie kobiety zakrywać muszą całe swoje ciało ze względu na to, że nie urodziły się mężczyznami. Choć przecież, przyznajmy szczerze, w czadorze też się jednak nie urodziły. I przecież wcale nie zdarza się tak, że od kobiety wchodzącej do polityki wymaga się jednak trochę więcej. Bo udowodnić musi ona podwójnie, że posiada kompetencje – nie posiada ich z zasady, jak niegdyś „nowa twarz” w polityce, Grzegorz Napieralski. Nikt jakoś dziwnym przypadkiem nie lustruje i nie prześwietla kandydata na prezydenta partii PSL, pana Jarubasa, tak jak to się czyni wobec kandydatki lewicy – pani Ogórek. Nikomu jakoś, dziwnym trafem nie przychodzi jako pierwsza myśl do głowy o tym, czy pan Jarubas, lub pan Duda, jest może ładny, a może jednak brzydki? Robi się to jednak wobec pani Ogórek właśnie, robiło się to niegdyś wobec pani Muchy. I robi się to również, niestety niezwykle brutalnymi i moralnie odpychającymi metodami, wobec pani Grodzkiej.
Pani Grodzkiej, która całą swoją postawą i życiową historią tak nadepnęła na odcisk sporej grupie prawej strony społeczeństwa polskiego, iż żyją nawet tym, czy chodzi ona w domu w dresie czy może piżamie. Trudno ją sprowokować osobiście, bo jest jedną z niewielu osób na polskiej scenie politycznej, która potrafi zachować niezwykle przyzwoity poziom dyskusji, więc próbuje się, pożal się Boże, pseudo-dziennikarskim śledztwem na poziomie, którego powstydziłby się chyba nawet sam portal internetowy Pudelek.
Bo to przecież o to chodzi w całej tej konwencji: nie o powiedzenie stanowczego NIE przeciwko przemocy różnej maści w imię utartych stereotypów i przekonań zagnieżdżonych gdzieś głęboko w naszych umysłach od lat. Tu chodzi o promocję hedonizmu, o degradację uszlachetniającego cierpienia i o, o zgrozo!, promocję wynaturzeń, jakimi są wszystkie te zjawiska, których nie uświęci sam Pan Bóg rękoma polskiego episkopatu. Niczego innego te przepisy wprowadzić nie zamierzają, poza społeczną degrengoladą i niszczeniem porządku świata ustalonym przy jego stworzeniu, a opisanym w Biblii. Niczego nie wnoszą poza zobowiązaniami państw je ratyfikujących do między innymi:
– stworzenia całodobowej, darmowej linii pomocy dla ofiar przemocy
– utworzenia wystarczającej ilości schronisk, które uchroniłyby te ofiary od pozostania sam na sam ze swoim oprawcą, gdy zamkną się drzwi za interweniującymi policjantami, którzy wezwani zostali do „domowe kłótni”
– przeszkolenia odpowiednich organów w ten sposób, by działać mogły szybciej i sprawniej przeciw przemocy domowej – przyjęcia ustawy penalizującej domową przemoc w różnych postaciach w tym: nękanie, przemoc fizyczną i psychiczną, genitalne okaleczenia kobiet, przymusową aborcję i przymusową sterylizację
– ścigania gwałtu z urzędu, a nie na podstawie formalnego wniosku osoby pokrzywdzonej jak praktykowane to było dotychczas.

Ale to przecież wszystko nie jest nam potrzebne, by walczyć o los pokrzywdzonych kobiet. Potrzebna jest nam silna wolna i solidny zapas różańców, by tak jak w 2013 roku walczyć w słusznej sprawie podczas całonocnej adoracji Najświętszego Sakramentu w intencji odrzucenia „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”.

Zimy naszego dzieciństwa (2)

Taki nasz własny blogowy Mikołajek i jego zabawy. W zeszłym miesiącu była górka, jaką każdy z nas na pewno w dzieciństwie miał, dziś zabawa karnawałowa…

Roman Brodowski

Zabawa szkolna

Dzisiaj na ostatniej lekcji pani zakomunikowała nam, że za trzy tygodnie, w sobotę odbędzie się zabawa noworoczna, a dzieci, które chcą w niej wziąć udział, powinnny przygotować na ten dzień wymyślone przez siebie stroje.
– Huuuura! – krzyknąłem uradowany! – będzie zabawa, będzie zabawa! –
Inne dzieci także, zapominając o tym, że trwa jeszcze lekcja, dały upust swoim nieposkromionym emocjom. To był prawdziwy wybuch euforii. I nie było w tym nic dziwnego, bo przecież po raz pierwszy mieliśmy uczestniczyć w szkolnej zabawie. Co prawda, dla niektórych z nas, to znaczy dla tych, którzy chodzili do przedszkola, zabawa przebierańców nie była niczym nowym, ale to nie to samo – bo szkoła to jednak nie przedszkole.
Głośną dyskusję rozpoczęła Ania, siedząca z Grażynką w pierwszej ławce. Ania poinformowała nas, że będzie królewną śnieżką, bo jest najładniejsza, a poza tym ze wszystkich dziewcząt ma najdłuższe włosy. To prawda, jej jasne jak len, sięgające prawie że kolan, długie faliste włosy, były obiektem zazdrości niejednej dziewczyny z naszej klasy. – Ja, będę twoją dobrą wróżką, Aniu – wtrąciła Grażynka. Grażynka i Ania, były dla siebie jak dwie siostry, jak dwie papużki nierozłączki, zawsze i wszędzie razem.
W klasie zapanował hałas. Każdy z nas chciał coś powiedzieć, pochwalić się, kim będzie, i jak będzie ubrany. Przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając coraz to dziwniejsze stroje, począwszy od znanych z bajek, postaci, a na bohaterach filmowych skończywszy. Samych Zorro było chyba z pięciu, a każdy chciał być piękniejszy i bardziej podobny do oryginału. Dobrze, że nikt nie zdecydował się, przebrać za Wilka, bo na pożarcie miałby nie jednego, a trzy „Czerwone Kapturki” i to tylko z naszej klasy, bo i piegowata Ewa, i ciemnowłosa Jagoda i Krysia miały ten sam pomysł.
Siedziałem cicho, zasłaniając uszy, a w głowie rodziły się pytania. – Za kogo mam się przebrać? czym mam wszystkich zaskoczyć?
Na początku chciałem zostać królewiczem, ale królewiczami chcieli być też Leszek i Zbyszek, więc pomysł upadł. Zorrem, Kotem w butach czy czarnoksiężnikiem też nie mogłem być, bo postacie te zostały już wcześniej zarezerwowane przez innych. Spoglądając co jakiś czas na kolegów, byłem bezradny. Im bardziej myślałem, tym większą czułem pustkę w głowie i… gdyby nie Marysia, to chyba bym się rozbeczał. Siedząca dotychczas w milczeniu obok mnie przyjaciółka powiedziała prawie szeptem, że przebierze się za Gerdę, bohaterkę baśni o „Królowej śniegu”. – Już wiem, będę Kajem! – krzyknąłem z radości na całe gardło, uśmiechając do wystraszonej moim podniesionym głosem Marysi. W klasie zapanowała cisza. Wszystkie oczy skierowały się na mnie. Na szczęście jednak dalsze spory o to, kto ma kim zostać, oraz to, kto jest ważniejszy w hierarchii postaci, przerwał dzwonek. Ten dzwonek był jedynym ratunkiem dla proszącej nas wielokrotnie o ciszę pani. Pożegnaliśmy się z nią, szybko opuściliśmy klasę, przenosząc dyskusję na korytarz, do szatni a potem na dziedziniec szkolny.

Dni mijały nieubłagalnie wolno, a czas spędzany w szkole nie pozwalał zapomnieć o zbliżającej się zabawie. Każdego dnia ktoś z naszej klasy chwalił się tym, że jego przebranie na ten wyjątkowy dzień jest już gotowe i piękne. Tylko ja jeszcze, szczerze mówiąc, nie wiedziałem jak mam wyglądać podczas zabawy. Kaj przecież był chłopcem, który z wyglądu niczym szczególnym się nie wyróżniał. W gruncie rzeczy wystarczyłoby założyć na siebie ciepły sweter, zrobiony na drutach przez mamę, czapkę z pomponem, długi wełniany szal oraz rękawiczki, by się do niego upodobnić. Tylko czy którykolwiek uczeń domyślił by się, że ktoś tak pospolicie ubrany, przedstawiał będzie sobą tamtego, uwięzionego w krainie wiecznego lodu przyjaciela Gerdy? – No właśnie.
Obawami swoimi, postanowiłem podzielić się z Marysią. Ku mojemu zadowoleniu, okazało się, że Marysia miała ten sam problem. Po długim zastanowieniu, doszliśmy do wniosku że, przebierzemy się za pastereczkę i kominiarczyka, bohaterów bajki Christiana Andersena pod tym samym tytułem. Wiedzieliśmy, że przygotować odpowiednie stroje nie będzie łatwym zadaniem. Ale po co ma się rodziców i starsze rodzeństwo. Jeszcze tego samego dnia, poinformowałem moją mamę i tatę o naszej decyzji. prosząc jednocześnie o pomoc w przygotowaniu ubranka dla kominiarczyka.
Rodzice nie mieli zastrzeżeń do pomysłu, pod jednym jednakże warunkiem.
Za ich pomoc powinienem zapłacić dziesięcioma dobrymi ocenami w szkole, co oznaczało, że nie wolno mi było otrzymywać niższych ocen jak czwórka plus i piątka, bo tylko te należały do ocen dobrych. Oczywiście – nie mając innego wyjścia – przyjąłem ten warunek bez najmniejszych oporów.
Marysia uczyniła to samo. Zarówno ciocia Helenka (tak nazywałem jej mamę), jak i jej dużo starsze rodzeństwo, natychmiast zaangażowali się do pomocy w przygotowaniu stroju dla pasterki, podobnego do tego opisanego w bajce. A że do zabawy pozostały tylko cztery dni, wszyscy stawali na głowie, żeby zdążyć.
W końcu nadeszła sobota. W tym dniu, w związku z zabawą, która dla dzieci od pierwszej do czwartej klasy rozpoczynała się o godzinie trzeciej po południu, a dla dzieci starszych od szóstej, w szkole nie było zajęć. W tamtych czasach nie było wolnych sobót w szkole, a i dorośli musieli w soboty (co prawda tylko na sześć godzin) chodzić do pracy.

Mama moja pracowała w pobliskiej mleczarni, tak że zazwyczaj w sobotę wracała do domu około drugiej. Tego dnia czekałem na nią wyjątkowo niecierpliwie. Tylko ona wiedziała jak mam się ubrać. I chociaż w szafie wisiała przygotowana przez nią czarna, przerobiona i ozdobiona dwoma rzędami srebrnych guzików, kamizelka, czarne spodnie i szary zrobiony na drutach, golf, a na szafie leżał zrobiony przez mojego starszego brata, czarny, papierowy, kominiarski cylinder, ja czekałem na mamę. Mama wróciła, niespodziewanie, wcześniej, bo krótko po pierwszej, do domu
– Zdążyłam – powiedziała zziajana – zwolniłam się, żeby zdążyć was wyprawić do szkoły – dodała, zdejmując zaśnieżone obuwie.
– Nas nie trzeba wyprawiać – zaprotestował Zbyszek. – Ja i Krysia, poradzimy sobie. Już od dawna nie jesteśmy dziećmi. To prawda, Krysia chodzi do szóstej, a Zbyszek do siódmej klasy, i nie w głowie im stroje przebierańców. Oni po prostu, modnie ubrani pójdą na tę zabawę dla starszych. Tam nikt się nie przebiera.
Spojrzałem na Jolkę, moją młodszą siostrzyczkę, która stojąc oparta o piec, szlochała.
– Nie płacz – powiedziałem – obejmując ją troskliwie – ty też będziesz miała swoją zabawę w przedszkolu. Tyle tylko, że w przyszłym tygodniu. Ze strojem dla Joli nie było tylu problemów co z moim, bo mama postanowiła przebrać ją za muchomorka. Już wcześniej poobszywała jej białą, koronkową sukienkę, czerwonymi kropkami, wyciętymi z moich za krótkich już szortów.
Gdy Jola się nieco uspokoiła, szybko, przy pomocy mamy, założyłem ubranie, cylinder na głowę i przerzuciwszy przez ramie przygotową szczotkę na sznurku imitującą taką, jaką posługują się prawdziwi kominiarze, wyszedłem na ganek. – Poczekaj jeszcze chwilkę – powiedziała mama – przecież nie masz wąsów, a prawdziwi kominiarze zawsze je noszą. Pomalowała mi wąsy czarną jak smoła kredką do rzęs i pocałowała mnie w czoło na pożegnanie.

Na ulicy czekały już na mnie Marysia i Ewa. Ewa mieszkała na naszej ulicy od zawsze i często towarzyszyła nam w drodze do szkoły. Obie wyglądały wspaniale. Marysia ubrana była w różową, sięgającą poza kolana sukienkę, na której widniał, obszyty koronką, żółty fartuszek na szerokich szelkach. Rozpuszczone, przepasane wstążką, kasztanowe włosy, jak morske fale, falując, swobodnie spływały po ramionach. Do tego jej siostra pomalowała Marysi policzki lekko różową pomadką, i nieco ciemniejszego koloru szminką, usta. Ewa natomiast przebrana była za kota w butach. W szerokim kapeluszu z piórkiem na głowie, w brązowym żakiecie, tego samego koloru spodniach i skórzanych, ciemnych kozakach, oraz z przylepionymi pod nosem długimi wąsami z końskiego włosa, rzeczywiście przypominała kota.
Po kilku minutach podziwiania się na wzajem, wyruszyliśmy do szkoły.

ZabawaJedyne  ocalale moje zdjecie. Rok chyba 1970 (nie jestem pewien).
Szkolna zabawa.  Ja jestem w górnym rzędzie, w chuście na głowie.

Szkoła, tego dnia wyglądała inaczej niż zwykle. Nad drzwiami wisiały kolorowe balony i napis „Witamy wesołe dzieciaki – rok 1966”.
W środku cały korytarz i wielki hol, na co dzień służący do zajęć gimnastycznych, wystrojone były zwisającymi od sufitu serpentynami, balonikami oraz srebrnymi gwiazdkami różnej wielkości. Na środku holu ustawiono wysoką, ustrojoną bombkami i watą choinkę. Pan dyrektor, nauczyciele, woźny, a nawet kucharka, wszyscy byli, poprzebierani. Nasza pani wyglądała jak grecka muza. Trzymając w lewym ręku wielkie gęsie pióro, a w prawym jeszcze większą księgę, od razu przypominała nam o lekcjach.

Równo o piętnastej pan woźny, pod postacią pingwina, zadzwonił ręcznym dzwonkiem, aby nas uciszyć. Teraz do choinki zbliżył się pirat czyli pan dyrektor, który pozdrowił nas wszystkich i życzył nam miłej zabawy.
W końcu usłyszeliśmy muzykę. To znany w całej szkole pan Władysław, mąż naszej pani sekretarki, wychodząc z sekretariatu grał na akordeonie. Pana Władysława lubiły wszystkie dzieci. Zawsze, kiedy przychodził do szkoły, przynosił ze sobą radość i uśmiech. Potrafił z każdym dzieckiem porozmawiać, doradzić, rozweselić. Tego dnia miał na nosie wielkie okulary przymocowane do czerwonego, plastikowego nosa.
Na początku, dla rozgrzewki, zagrał kazaczoka. Tańczyliśmy w rytm muzyki wokoło drzewka. Tylko Zorro, a było ich tylu, że można by było z nich utworzyć cały oddział, konkurowali ze sobą o to, który jest ładniejszy, silniejszy i zwinniejszy. Gdyby nie pan woźny, to chyba doszłoby do draki.
Kotów w butach też był dostatek. O dziwo większość z nich stanowiły dziewczęta. Mi osobiście podobały się Danusia z naszej klasy i Wiesia z pierwszej B. Niestety, ani jedna, ani druga nie chciały się ze mną bawić. Także moja Pastereczka Marysia też gdzieś przepadła. Od czasu do czasu widziałem ją tańczącą z przebranym za rycerza Grzesiem. Ja, nie chcąc zostać sam, bawiłem się z Kopciuszkiem, za którego przebrała się Małgosia. Małgosia chodziła do naszej klasy i była bardzo nieśmiałą, ale za to była najjaśniejszą dziewczynką w szkole. Jej włosy były tak jasne jak śnieg, jak biały, połyskujący w słońcu śnieg. Cera też bardzo jasna. Może właśnie z tego powodu Małgosia stroniła od innych dzieci, myśląc że się z niej śmieją.
Ta, jak się w trakcie zabawy okazało, bardzo sympatyczna i pogodna koleżanka, urodziła się w tym samym dniu co ja, w tej samej sali i przyjmowała ją ta sama położna co mnie. Na dodatek nasze mamy znały się od wielu lat. Muszę przyznać, że czułem się przy niej tak dobrze, że wkrótce zostaliśmy prawdziwymi przyjaciółmi.
Zabawa była naprawdę udana. Nauczyciele co chwilę obdarowywali nas słodkościami, a w świetlicy można było dostać ciepłą herbatę z cytryną lub mleko. W wielkim koszu czekały na nas pączki z marmoladą.

Jak na takich zabawach bywa, nie obeszło się też bez konkursów. Był konkurs wiedzy, tańca, i na najładniejszy strój. Był też konkurs na najładniej bawiącą się parę. W konkursie na najładniejszy strój, ku mojemu zdziwieniu, wygrała pastereczka czyli Marysia. Trochę jej zazdrościłem. Bo przecież pastereczka bez kominiarczyka, to tylko połowa – pomyślałem.
Na szczęście okazało się, że na drugim miejscu, w konkursie najładniej bawiących się par, zaraz po Ani z klasy drugiej B i Marku z trzeciej, najładniej bawiła się nasza para. Zarówno ja jak i Małgosia byliśmy bardzo szczęśliwi.
Na zakończenie wszyscy uczestnicy zabawy wzięli się za ręce, tworząc korowód. Tak przetańczyliśmy w rytm melodii granej przez pana Władysława po wąskich korytarzach szkoły ostatni wspólny taniec.

Tak zapamiętałem moją pierwszą szkolną zabawę.

Berlin, styczeń 2015
Na podstawie opowiadania z 1986 roku

Szkolna zabawa

W naszej szkole jest zabawa
Pan nam na harmonii gra
Dzieci tańczą na parkiecie
Tańczę z Zosią także ja.

Marek przebrał się za Zorro
Peleryna, szabla z boku
No i maska oczywiście…,
Tradycyjnie, jak co roku.

Basia jest królewną śnieżką.
Biała wstążka wpięta w włosy
Suknia piękna, aż do kostek
Na niej lśnią kropelki rosy.

Jest też Krysia z mojej klasy,
Ma jak Pipi Langstrumpf piegi
Taka śmieszna jest ta Krysia
Właśnie idzie do kolegi.

Polonistka z piórem w ręku
Niby Grecka muza chodzi
Do swych uczniów się uśmiecha
Rymem mówi, wiersze płodzi.

Nikt z nas dzisiaj nie jest sobą,
Nauczyciel, uczeń, woźny
Nawet nasz dyrektor szkoły
Jest cieplutki w czas ten mroźny

No bo przecież jest zabawa
Tak jak zawsze, jak co roku.
Każdy bawi się wesoło
I nikt z nas nie stoi z boku.

Berlin, 15.01. 2008

Ocalałe / Salvaged

O wystawieSylwia Kościuszko

W niedzielę 1 lutego oglądałam razem z koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Drugie Pokolenie wystawę „Ocalałe” („Salvaged”) w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Było to niezwykłe przeżycie, móc oglądać obrazy artystów żydowskich, powstałe w latach 1890-1939 oraz w okresie wojennym, w towarzystwie kuratorki wystawy i zarazem Kierowniczki Działu Sztuki w Żydowskim Instytucie Historycznym, Teresy Śmiechowskiej. Teresa, która, jak sama powiedziała, czuje się jedną z nas, w niezwykle interesujący sposób opowiadała o poszczególnych twórcach i ich dziełach, przez co pozwoliła nam umieścić oglądane obrazy w konkretnym kontekście oraz głębiej przeżyć i zrozumieć to, co widzieliśmy. Nie ukrywała swoich emocji – czuliśmy, że ma osobisty stosunek do tej wystawy, dzieliła się z nami tym, co na niej zrobiło największe wrażenie, zwracała uwagę na szczegóły, które mimo woli mogły nam umknąć.

SeksztajnPierwsza część wystawy poświęcona jest obrazom i rysunkom z lat 1939-1945. Ich siła wyrazu, niezależnie od wartości artystycznej, była porażająca. Jak choćby prace Geli Seksztajn umieszczone obok jej swoistego testamentu, w którym pisała „nie proszę o pochwały, lecz tylko o zachowanie pamięci o mnie i o mojej córeczce”, „ muszę zginąć, ale swoje zrobiłam. Chciałabym, aby przetrwała pamięć o moich obrazach”. To się udało – jej obrazy ocalały ukryte w zbiorach Podziemnego Archiwum Getta Warszawskiego. Ze wzruszeniem ściskającym gardło oglądałam portrety dzieci, w tym także jej córeczki Margolit, rysowane ołówkiem, kredką, węglem.


Gela Seksztajn

Wszystkie prace w tej części wystawy miały przejmujące historie, przedstawiały w sposób niezwykle oszczędny w formie i mocny w ekspresji tragizm tamtych czasów – głód, cierpienie, samotność, śmierć. Powstawały w gettach – łódzkim, białostockim, warszawskim jak np. prace Rozenfelda (artysty o nieznanym imieniu i biografii), który do swoich rysunków dołączył komentarze opisujące rzeczywistość getta warszawskiego. Duże wrażenie zrobiły na nas rysunki Henryka Becka, lekarza i malarza, składające się na cykl „Bunkier 1944 roku”, dokumentujący miesiące, gdzie ukrywał się w opuszczonej po upadku powstania Warszawie.

Beck_BunkierHenryk Beck, „Bunkier 1944 roku”

Oglądaliśmy prace Witolda Lewinsona, Józefa Kownera, Stanisławy Cetnerszewerowej, Icchaka Braunera, Izraela Lejzerowicza, Maksymiliana Eljowicza, Romana Kramsztyka – żadne nie pozwalają przejść obok obojętnie.

***

ocalale-zwiedzanie
Druga część wystawy obejmowała prace powstałe w latach 1890-1939, autorstwa pierwszego pokolenia artystów pochodzenia żydowskiego, którzy tworzyli niesakralną sztukę żydowską. Większość z nich nie przeżyła Holokaustu.

Hirszenberg_Uliczka w KazimierzuZgromadzone na wystawie obrazy – portrety, pejzaże, martwe natury, widoki małych miast, w tym liczne Kazimierza Dolnego, malarstwo rodzajowe, akt, pokazywały znakomity kunszt ich twórców oraz przynależność do różnych stylów lub co najmniej otwartość na nie – od XIX-wiecznego realizmu, przez ekspresjonizm, kubizm aż po konstruktywizm. Teresa także o tych artystach i ich dziełach opowiadała ciekawie i z przejęciem, pozwalając nam miękko przejść od ciemności, smutku i cierpienia poprzedniej sali w świat kolorów i nowoczesnego patrzenia na przestrzeń i formę. Zapytani przez Teresę o dzieło, które zrobiło na nas największe wrażenie wymienialiśmy różne prace

Samuel Hirszenberg, Uliczka w Kazimierzu

Guterman_Portet kobiety„Portret kobiety” Abrahama Gutermana >>
czy „Ekstazę” Norberta Strassberga, „Kabalarkę” Jana Gotarda (którą, po wnikliwym przyjrzeniu się obrazowi, twórcy wystawy przemianowali na „Zielarkę”), któryś z pejzaży Kazimierza Dolnego. Wybór nie był łatwy spośród obrazów takich artystów jak Maurycy Trębacz, Samuel Hirszenberg, Abraham Berman, Samuel Finkelstein, Zygmunt Menkes, Józef Badower, Sasza Blonder, Bruno Schultz, Roman Kramsztyk i Maksymiliana Eljowicz. Mogliśmy także podziwiać rzeźbę Henryka Glicensteina „Mesjasz”.

Eljowicz_Rabin

A co ja bym wybrała?

Coś mnie fascynuje w obrazie Maksymiliana Eljowicza “Rabin”, który łączy obie galerie.
Wisi w holu do sali z pracami 1939-45, bo był na zdjęciu/w kadrze z niemieckiego filmu propagandowego o Judenracie w getcie warszawskim, wisiał w gabinecie Czerniakowa, ale jest w stylu bardzo nowoczesnym.

Jest dla mnie łącznikiem miedzy obiema galeriami.
Samsung022015 133Z czym wyszłam z wystawy? Z dumą, że wśród polskich artystów XX wieku tylu było wspaniałych twórców żydowskiego pochodzenia. Z głębokim smutkiem, że życie większości z nich zostało w tak okrutny sposób przerwane. Z nadzieją, że kolejne pokolenia będą to, co po sobie pozostawili, odkrywały, przeżywały i podziwiały, tak jak to tej niedzieli stało się to moim udziałem. Z wdzięcznością, podziwem i szacunkiem wobec tych wszystkich, którzy ocalili tę sztukę i udostępniają ją publiczności. Z radością, że swoimi wrażeniami mam się z kim podzielić…

Józef Badower, „Nosiwoda” / Jan Gotard, „Kabalarka”
badower-gotard
X

X

X

X

X

X

X

***
Wystawa w Żydowskim Instytucie Historycznym
poniedziałek – piątek w godz. 8.00–18.00
i w niedzielę w godz. 10.00–18.00
ul. Tłomackie 3/5
00–090 Warszawa
tel.: (22) 827 92 21
fax: (22) 827 83 72

Wystawę można oglądać do końca marca.

Koty, małpy i koty małpy

Ewa Maria Slaska

frieda-kahlo-malpka-kotRaz były tu już razem, na autoportrecie Fridy Kahlo (1907-1954). Dwa czarne niezależne zwierzęta, tak jak i sama Frida. Kobieta, kot i małpa. Wydaje się, że uda się je oswoić i udomowić, ale to tylko pozory, zawsze się może zdarzyć, że uciekną z klatki, tej prawdziwej i tej symbolicznej, podrapią, ugryzą, wybiorą wolność. Ale nawet jeśli wciąż są obok nas, to coś sobie myślą. Coś myślą, nie wiadomo co, coś,  co się wymyka spod kontroli i nie daje okiełznać.

To moja interpretacja, już o tym pisałam. Historycy sztuki widzą w tym autoportrecie Fridę jako Królową Cierpienia, kot jest tu symbolem nieszczęścia i śmierci, małpa – to zwierzę piekielne, uosobienie diabła. Nie podoba mi się ta interpretacja (jeszcze jak mi się nie podoba!), postanowiłam ją więc zignorować.

O tym też już tu pisałam. Bo są małpy, które nazywano kotami. Koczkodany czyli koty morskie. Tak je widział Alfred Brehm, słynny XIX-wieczny badacz życia zwierząt. Wydał wspaniałą książkę Illustrirten Thierlebens (Życie i obyczaje zwierząt) wydaną po polsku w Warszawie w roku 1873.

AlfredBrehmKoczkodanyPapcio Zwierzaków, jak Niemcy pieszczotliwie nazywają swojego najsłynniejszego przyrodnika, nader lubił koczkodany, wychwalał ich wesołe usposobienie, podkreślał, że umieją pływać (stąd ich niemiecka nazwa!), i w ogóle uważał, że są to najmilsze i najładniejsze małpki, które nie bez powodu w każdym ogrodzie zoologicznym są ulubieńcami zwiedzających. Koczkodany lubią życie w wilgotnych lasach, nigdy nie cierpią głodu i nic im nie grozi, bo z każdym wrogiem świetnie sobie dają radę. Innego zdania był Kornel Makuszyński, który wprawdzie podkreślał, że są to stworzenia nadzwyczaj figlarne i sympatyczne, ale że jednak mają wrogów, bo… strasznie boją się węża.

Prawdę mówiąc, nie znalazłam nigdzie informacji, do jakiego gatunku małp(ek) należy Fiki Miki, ale po lekturze zachwycających opowiastek Brehma o koczkodanach, wydaje mi się, że może być tylko rozbrykanym koczkodanem. Jeśli ktoś wie coś więcej na ten temat, to niech nam, proszę, napisze.

fiki-miki

Nota bene, ta małpka to już dobrze starsza pani, ma 80 lat i obchodzi w tym roku urodziny!

malpka-murzyn-David Klöcker EhrenstrahlBrehm twierdzi, że koczkodany występują zawsze tam, gdzie żyją również… papugi.

No i proszę – na zakończenie jedna z małpek nadesłanych mi przez Marynę Over. Szwedzki malarz barokowy David Klöcker Ehrenstahl (1629-1698), nadworny portrecista królowej Eleonory, żony Karola X Gustawa (to ten od “potopu szwedzkiego”).

Na obrazie małpki i papugi – tytuł obrazu Pojke med papegojor och markattor (Chłopiec z papugami i małpkami) świadczy chyba o tym, że te małpki to nasze koty morskie czyli koczkodany. Biała papuga to na pewno kakadu, a ta szara to może nimfa, choć trudno powiedzieć, bo nie do końca jest jasne, czy ma ona na głowie koronę z piór czy też ktoś przyozdobił ją maleńkim wiankiem.

Na zakończenie, żeby według klasycznego wzoru budowy tekstu, zamknąć go tym, czym się zaczyna – jeszcze jeden autoportret Fridy Kahlo, tym razem z papugą. Kolejny autoportret? Oczywiście. W końcu ze 143 obrazów, jakie pozostawiła, 55 to autoportrety.

Papuga to symbol próżności, motyle – oznaczają duszę, gąsienice – przypominają o sile przemiany, która z paskudztwa tworzy piękno. Gąsienica bezwzględnie dąży do celu, nie może ustać w drodze, bo wtedy nie zmieni się, pozostanie brzydka i odrażająca.

Reblog: New Jews in Poland

  • The Guardian, Sunday 25 January 2015 18.22 GMT
    Thanks to the Facebook Group Róża Jerychońska for sharing this text

The third-generation Polish Jews rediscovering long-buried roots

Judaism has a history dating back 1,000 years in Poland but most see the country as a site of Jewish death and suffering

A family in Szeroka Street at the heart of the Jewish quarter in Krakow. Photograph: Eastway Pictures

First Agnieszka Markowska found a suspicious baptism certificate, then a trail of false names and invented hometowns. Hidden behind them was a Jewish family history her grandmother had sworn she would take to the grave.

“When I showed her what I had discovered, she still denied she knew anything,” said Markowska. So she made her way to Krakow’s Jewish Community Centre, the heart of resurgent Jewish life in a city that has long been more associated with Jewish tragedy.

“If my great-grandparents were Jewish, I wanted to know what they believed, what festivals they celebrated, how they lived. I exist because of them, and want to preserve their memory,” said Markowska, who now marks Jewish holidays herself.

The 45-year-old is part of a growing number of “third-generation” Polish Jews – they count back to the first generation of Holocaust survivors – who are rediscovering roots assiduously buried by parents and grandparents trying to escape death camps and then antisemitism, and helping to rebuild Jewish life in Poland.

Judaism has a history going back more than 1,000 years in the country, but because the Nazis carried out most of the murderous work of the Holocaust in occupied Poland, and reduced a population of more than three million to just a few thousand, many outside the country see it only as a site of Jewish death and suffering. Krakow was particularly notorious, with an infamous ghetto, and just an hour’s drive from Auschwitz.

“Many people in Israel have a very dark view of Poland,” said Kfir Katz, an Israeli with Polish roots who has settled in Krakow after months of research into family roots that allowed him to claim Polish citizenship.

His mother warned him the country her parents had fled was just a “vast cemetery”, but instead he found a community several hundred strong, four active synagogues, and a Jewish cultural festival that draws thousands of visitors each summer.

If some of the Jewish-quarter restaurants with Hebrew names sell pork dishes, there is also a better supply of kosher food than there has been for decades, and shabbat dinners are celebrated by open windows.

It was a slow journey, though, for the handful of Holocaust survivors who decided to stay on in the ruins of a city that was once home to more than 60,000 Jews.

“I was never in hiding, but I was never saying ‘Hi, I’m Henryk Meller, I’m Jewish,’ either,” said one community leader, who was born in 1931 and lost both parents and his only sister during the war. “My friends know, some of them are antisemitic. But that’s the thing in Poland, each antisemite has his own Jew who is his best friend.”

Poles are the single largest group on the Yad Vashem Holocaust memorial’s list of “righteous among the nations” in Israel, those who risked their own lives to save Jewish friends, neighbours, colleagues or acquaintances.

But prejudice also has deep roots. Many Polish Jews survived the Holocaust only because they had fled pogroms before the Nazis arrived. And within months of the liberation of Auschwitz, dozens more had died in new pogroms and fights over confiscated property.

In 1968, one faction within the communist government launched a cynical antisemitic campaign, as part of an internal power struggle, which cost hundreds of people their jobs and prompted thousands more to leave for Israel.

For decades there was not even a rabbi based in the city, said Meller, whose own son has immigrated to Israel. Meller never wanted to leave, and was key to the founding in 2008 of the Jewish Community Centre (JCC) in Krakow, a welcoming building which hosts everything from shabbat dinners and Torah study to make-up lessons and belly dancing.

Funded by UK charity World Jewish Relief, with support from Prince Charles, who opened it, it provides a meeting place for the existing community, but also somewhere for Poles who uncover a secret family history to explore Jewish culture, religion and history.

Olga Danek grew up in a house full of Jewish books and artefacts, and was taken several times as a child to Auschwitz and the spooky, deserted former Jewish quarter of Krakow. Still, she celebrated Christmas and Easter, and was stunned to be told, aged 12, “your grandmother was Jewish”.

“My first feeling when my mother told me I was Jewish was ‘OK, but maybe the community don’t want me’,” said Danek, now 28 and head of the student group at the JCC.

“You don’t have the papers, you don’t have the Jewish knowledge, what are you going to do? I think I was afraid, that I was not Jewish enough for them.”

In her group of 16 young Poles, only one grew up knowing she was Jewish. The rest share dramatic stories of deathbed confessions, fearfully guarded secrets or reluctant admissions drawn out after months of research in dusty archives. In many of their families Jewish identity in effect skipped a generation. Some Holocaust survivors lied to their children to protect them. Others, such as Danek’s mother, knew the family secret but felt it was too dangerous to acknowledge.

“She was born in 1961, and after 1968 we didn’t have an official Jewish life. You were told, ‘If you are Jewish you must go to Israel, you are not Polish’ – it was very difficult. I think she is afraid to be Jewish,” Danek says.

Pope John Paul II did much to tackle antisemitic attitudes, condemning them outright, visiting Auschwitz to pray in 1979, on his first visit to the country since becoming leader of the world’s Catholics, and forging high-profile relationships with Jews and Jewish communities.

The spectre still haunts Krakow, though. On a road near the JCC, a large piece of football graffiti reads Cracovia JG – or Krakow Jewish Gang, with a star of David. When Markowska told one friend that she was Jewish, the woman replied “Don’t worry, I will still like you”, and Danek’s mother frets about her wearing a star of David in public.

For Danek that lingering prejudice, and the long shadow cast by the horrors of the Holocaust, is just one more reason to celebrate Jewish life in Krakow.

“Many people think the Jewish community doesn’t exist here, and so it’s important to me to show that we do,” Danek said. “I want to show that we are not prisoners of the Holocaust. We are living here in Poland.”

Wizyta w Davos

Tekst w pierwotnej wersji był dawno temu na innym blogu (TU), ale tak się zmienił, że po namyśle postanowiliśmy nie dodawać mu wyrazu “reblog”. 

Lech Milewski

Drogie syreny…

Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was.
Nie brak jej wyobraźni, ale…

… byłby to żart
i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,
których przyroda mieć nie chce i nie ma.
………………

Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,
jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.
Mogłaby się sprzeciwić – i któż z nas by odkrył,
że jest obrabowany?

A najlepsze to,
że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak
z cudownie upierzoną watermanem ręką.

Wisława Szymborska – Tomasz Mann – z tomu Widok z ziarnkiem piasku.

Zestawienie Tomasza Manna z dziobakiem jest dla mnie, mieszkańca Australii, bardzo inspirujące. Prawdę mówiąc to i bez tego podświadomie próbuję kojarzyć przeróżne informacje z twórczością tego autora. Oczywiste więc było, że gdy przeczytałem we wspomnieniu Ewy Marii, że jej pradziadek Stanisław Leopold Lubliner udał się (po 1904 roku) do Davos żeby zapoznać się z kuracją płuc za pomocą sztucznej odmy – KLIK – to przypomiało mi się, że pewnego lipcowego dnia 1907 roku…

Młoda wysoka dziewczyna w zielonym swetrze, źle uczesana i z głupkowatymi, na wpół tylko otwartymi, oczami, przeszła tuż obok Hansa Castorpa, dotykając go prawie ramieniem. Przy tym gwizdała… Nie, to było coś niesłyczanego! Gwizdnęła wyraźnie na niego, ale nie ustami, bo wargi miała zaciśnięte, bynajmniej nie wysunięte. Coś w niej gwizdało…
Był to gwizd wybitnie niemiły – chropowaty i ostry, chociaż pusty i przeciągły…
Stał osłupiały…
– Dlaczego masz taką minę?- zapytał (Joachim)
– Ona gwizdała! – odrzekł Hans Castorp. – Ten gwizd wychodził jej z brzucha, kiedy przechodziła koło mnie…
– Ach – powiedzial Joachim i roześmial się pogardliwie. – Nie z brzucha, nonsens. To była Hermina Kleefeld, gwiżdże sztuczną odmą…
Mogę ci to wyjaśnić… to jest coś z dziedziny chirurgii, jak się pewnie domyślasz, operacja, którą tutaj w górze często się stosuje. Behrens ma w tym wielką wprawę…

…ma w tym wielką wprawę – no to nic dziwnego, że aż z Polski przyjeżdżali tu po naukę.

Miałem szczęście do Tomasza Manna gdyż nie zacząłem kontaktu z nim od Buddenbrooków. Moja Matka poleciła mi Czarodziejska Górę, znalazłem ją w bibliotece w domu akademickim i zaczarowała mnie.

Gdy zastanawiam się nad szczegółami, widzę w Czarodziejskiej Górze wiele słabych punktów, ale wydaje mi się, że osoba zakochana lubi czasem wynajdywać drobne skazy w obiekcie swoich uczuć.

Bohater powieści przyjeżdża odwiedzić swojego kuzyna przebywającego w sanatorium dla gruźlików w Davos. Przyjeżdża na 3 tygodnie. W sanatorium odkrywa urok wolności jaką daje choroba – rozluźnienie obyczajów, brak poczucia odpowiedzialności. Odkrywa też wspomnienie młodzieńczego niepokoju, które tutaj przybrało postać zielonookiej Rosjanki i które wywołuje w nim typowy dla tego miejsca stan podgorączkowy.

Co jest skutkiem a co przyczyną? Nieważne, ważne, że nie chce się z tego wyleczyć. Z chęcią przyjmuje ofertę przedłużenia pobytu do 7 tygodni, aby poddać się medycznej obserwacji. Ani się spostrzega a mija 7 miesięcy tego chorobliwego stanu. Dopiero 29 lutego czyli w dniu, który jest również wybrykiem kalendarza, odważa się odezwać się do obiektu swoich uczuć. I to jak – “…gruntownie, iście po niemiecku”.
Następnego ranka jego ukochana wyjeżdża. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci.
Nasi pacjenci zawsze w końcu tu wracają – stwierdza naczelny lekarz sanatorium – radca Behrens. I Hans Castorp pozostaje. Pobyt w sumie trwa 7 lat. Ta pasja Tomasza Manna do liczb wydłużyła książkę poza granice cierpliwości.

Ja czekałem jeszcze dłużej. W roku 2003, czyli sześciokroć po 7 lat od chwili zaczarowania, odbyłem pielgrzymkę do Czarodziejskiej Góry. Pretekstem był kolejny wyjazd na maratony narciarskie. Zamiast, jak Hans Castorp, z Hamburga startowałem z lotniska Okęcie.
Była Środa Popielcowa. Czekając na lotnisku oglądałem telewizyjny dziennik – na ekranie kardynał Glemp posypywał wiernym głowy popiołem. Trzy dni wcześniej słyszałem ewangelię o tym jak Jezus tłumaczył, dlaczego apostołowie nie przestrzegają postu – gdy są blisko mnie, nie muszą pościć.
Za 2 godziny byłem w Zurychu. Słonecznie. Na dworcu kolejowym odbywał się kiermasz żywności. Pachniało piwem i wędlinami.
– Czyżby Szwajcarzy byli bliżej Boga? – pomyślałem.
Zamiast prosto do Davos jechałem w kierunku St Moritz. W którymś momencie zaczęły się góry…

Moim pierwszym celem w Szwajcarii był Engadin Maraton – cudowna zabawa w niesamowitej scenerii.
Następnego ranka po wyścigu wsiadłem w pociąg do Davos. Trasa prowadziła w dół, co wydało mi się ogromnie śmieszne bo niweczyło cały patos powtarzanego często w książce zwrotu: ...u nas na górze. Wysiadłem, tak jak Hans, w Davos-Dorf…

Po wyjściu z pociągu rozejrzałem się – …skręcili w lewo przez tor, przecięli rzekę… – to zupełnie nie miało sensu, bo wtedy wylądowaliby na północnym stoku góry, gdzie nie dochodzi słońce, a zatem nie ma żadnych sanatoriów.

Po kilku krokach ulicami Davos zauważyłem plakaty informujące, że właśnie jest tydzień braci Mann i co wieczór będą odczyty, dyskusje, czytanie książek itp. Ogromnie mnie to podekscytowało i już chciałem przedłużyć pobyt, gdy zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie, przecież nie znam niemieckiego na tyle, by cokolwiek skorzystać.
No tak, dla mnie Tomasz Mann pisze… po polsku. Znane mi tłumaczenia na angielski robią na mnie smutne wrażenie. Trudno mi zresztą uwierzyć, aby jego książki można było napisać równie dobrze po niemiecku.

Po zakwaterowaniu w hotelu młodzieżowym udałem się prosto do Waldhotel Bellevue. Spacer pod górę stromą Buolstrasse..
…nasze sanatorium, jak widzisz, leży jeszcze wyżej niż ta miejscowość – ciągnął Joachim. – Wyżej o pięćdziesiąt metrów. W prospekcie podane jest sto, ale naprawdę jest tylko pięćdziesiąt… 

Pani w recepcji była przygotowana na takie wizyty i najpierw sprzedała mi książkę Tomasz Mann i Davos, a potem skierowała do korytarza, gdzie były pamiątki hotelowe sprzed 90 lat; na końcu pokój z oryginalnym wyposażeniem:
białe metalowe łóżko, umywalka z niklowanymi kranami… przedwczoraj umarła tu jedna Amerykanka, naturalnie wszystko poddano gruntownej dezynfekcji.

Była jednak niespodzianka – nocnik! Ten szczegół Tomasz Mann pominął w swojej powieści.

Zajrzałem do sali restauracyjnej. Była pusta. Również w barze nie było nikogo. Wróciłem do recepcji
– Czy w barze macie państwo kulmbacheńskie piwo? – zapytałem.
– Kulmbacheńskie piwo? – zdziwiła się recepcjonistka. – Nie słyszałam o takim. Bar otwierają o 5, proszę przyjść i sprawdzić, ale wątpię.
Nie słyszała o kulmbacheńskim piwie???

– Czy nie ma przypadkiem porteru? – zapytał grzecznie karlicy. Niestety porteru nie było. Ale obiecała podać mu piwo kulmbacheńskie i rzeczywiście natychmiast je przyniosła. Było gęste, czarne, z brązową pianą i doskonale zastępowało porter. Hans Castorp pił chciwie z wysokiej półlitrowej szklanki.
Nieco zawiedziony opuściłem hotel i zszedłem na dół do miasta. Wstąpiłem gdzieś na lunch. Tam też nie słyszeli o kulmbacheńskim piwie, więc w zastępstwie zamówiłem ciemne piwo – Perla – nie umywało się do tego, które podano Hansowi.

W hotelu przejrzałem nowonabytą książkę i już na pierwszych stronach wybuchnąłem śmiechem. Otóż Mann celowo pozmieniał topografię Davos, aby zapobiec plotkom i niezdrowej sensacji wokół istniejących obiektów. A więc wyjaśniło się moje zdziwienie na dworcu.

Samo Davos – typowy resort narciarski, tyle że może trochę większy i z dużą ilością normalnych domów mieszkalnych…

No i oczywiście centrum kongresowe, w którym odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne i wiele innych międzynarodowych spotkań, ale to nie należy do tej historii.

Ludzie? Masa młodzieży z nartami i snowboardami. Niepretensjonalny tłum. Na internecie znalazłem wzmiankę, że życie nocne w Davos nie jest zbyt ekscytujące.
A ci… “Anglicy z białymi zębami, silnie wyperfumowane panie, Amerykanie o małych głowach… tłum ludzi dość podejrzanych”? Jeśli już gdzieś ich spotkałem to nie w Davos, lecz w hotelu Kempinski w St Moritz.

Następny dzień spędziłem na nartach zjazdowych, ale nie siliłem się, aby odszukać szlak, na którym Hans przeżył swój dziwny sen.

Ostatniego dnia wróciłem do Berghoffu, przepraszam do Waldhotel Bellevue. Znalazłem Hohe Promenade i ruszyłem na spacer śladami bohaterów książki.
Droga była wystarczająco szeroka dla trzech osób, więc Hans Castorp oraz panowie Settembrini i Naphta szli obok siebie, a ja trochę z tyłu. Słuchając ich dyskusji ani się spostrzegłem jak dotarliśmy do hotelu Schatzalp…

Najwyżej położone jest sanatorium Schatzalp, tam, po tamtej stronie, stąd go nie widać. Ci muszą ekspediować swoje zwłoki na bobslejach, bo drogi są zasypane.

Jeszcze jeden dowód potwierdzający celowe pokręcenie topografii przez autora. Schatzalp jest na tym samym zboczu co Waldohtel Bellevue. Musi tu być, bo tylko ten stok jest skierowany na południe.
Zamiast toru bobslejowego znalazłem ulicę Bobbahnstrasse oraz tor saneczkowy, z którego od dawna nikt nie korzystał…

W drodze powrotnej odwiedziłem cmentarz, ale nie znalazłem żadnego z wymienionych w książce nazwisk…

Dwie godziny później zjeżdżałem na dół, tym razem “właściwą trasą” przez Lanquart do Zurychu. Od tego czasu często wspominam tę wizytę. Jej suchy opis wygląda niezbyt ciekawie. Ale nie rozczarowałem się.
A teraz? Zaczarowanie trwa już nieomal osiemiokroć po 7 lat. Rozpoczął się kolejny rok, a więc doskonała pora, żeby przypomnieć sobie, jak: Było to w środku lata. Pewien zwyczajny sobie młody człowiek jechał z Hamburga, swego rodzinnego miasta, do uzdrowiska Davos w kantonie Graubunden…

***

PS. Zapytałam Autora, co to była ta odma? Odpowiedział:

T. Mann chciał uchodzić za doktora wszechnauk tak jak Goethe i pewnie dlatego nie szczędzi szczegółowych opisów różnych teorii naukowych, procedur i aparatów. Czasami są cudowne czasami trochę żenujące – np. opis prześwietlenia klatki piersiowej. Celem odmy jest dać choremu płucu trochę odpoczynku. Wypełnia się je azotem i w ten sposób wyłącza z działania. Po pewnym czasie (pół roku), gdy ubytki spowodowane chorobą zwapnieją, można płuco włączyć do pracy. Odmę trzeba co kilka tygodni uzupełniać – dopompowywać – gdyż azot ulatnia się. Gwiżdżąca Hermina Kleefeld musiała być dopompowywana co tydzień.

Komitas i Aragat

Adam Slaski

… donosi z Armenii

komitas0
Czy chcecie posłuchać ormiańskiej muzyki – zapytał taksówkarz. Oczywiście, że chcemy. Chcecie usłyszeć narodowe pieśni ormiańskie? Może słyszeliście już w Armenii muzykę, ale to nie była prawdziwa ormiańska muzyka. Te piosenki mają armeńskie słowa, ale to obca muzyka, turecka, arabska. Teraz usłyszycie prawdziwe ormiańskie pieśni, oto głos Komitasa.
W starej ładzie zaskrzeczały cherlawe głośniki i usłyszeliśmy armeńską muzykę. Ze zdartej płyty dobiegł nas głos odległej przeszłości. Czysty i silny głos urzekał, choć głośniki rzężały, a samo nagranie było fatalne. W tej chwili wyjechaliśmy ponad las i ujrzeliśmy surowy pejzaż masywu Aragatu. Na te same góry patrzyli kiedyś królowie starożytnej krainy Urartu, taki widok zobaczył Noe, gdy wody potopu opadły i odsłoniły ziemię, tu doznał epifanii święty Grzegorz Oświeciciel. Tu znajdowały się pustelnie ormiańskich mnichów i nie mam wątpliwości, że ten pejzaż jest w ich chorałach.

*****

Soghomon Soghomonian znany jako Komitas urodził się 26 września 1869 roku w Kütahya w zachodniej Anatolii jako jedyne dziecko swych rodziców. O jego rodzicach wiemy, że byli Ormianami, że oboje byli muzykalni i, niestety, że młodo zmarli. Po ich śmierci chłopiec został pozbawiony opieki, dorastał w bezdomności i biedzie. Los uśmiechnął się do młodego Soghomona w roku 1881. Istniał w tym czasie obyczaj, który nakazywał, by uzdolnionych chłopców przygarnął Katolikos Wszystkich Oramian. Właśnie w tym roku miejscowy duchowny udawał się do stolicy Patriarchatu Ormiańskiego – Eczmiadzynu – aby przyjąć sakrę biskupią. Mógł on zabrać ze sobą jednego chłopca i przedstawić go Katolikosowi. Jako że surowe przepisy Imperium Osmańskiego zabraniały używania języka ormiańskiego, gdy chłopiec stanął przed patriarchą umiał mówić jedynie po turecku. Powiedział wtedy “Nie potrafię mówić po armeńsku, lecz jeśli taka jest twoja wola, zaśpiewam.” Choć nie rozumiał słów pieśni, którą zaśpiewał, jego piękny głos urzekł patriarchę, tak że przyjął go w poczet słuchaczy seminarium. Tam Soghomon rozwinął pasję muzyczną, wykształcił się jako śpiewak, dyrygent i kompozytor, a w roku 1894 przyjął święcenia i przybrał imię Komitas, pod którym był później znany. Tam też zafascynowały Komitasa tradycyjne ormiańskie melodie. Aby je poznać, podróżował po kraju i spisywał pieśni ludu. W roku 1895 wydał kolekcję spisanych przez siebie ludowych pieśni miłosnych i weselnych, co oburzyło konserwatywne duchowieństwo. Komitas musiał opuścić seminarium.

*****

komitas1Podejście na Aragat nie jest trudne. Być może to jeden z najłatwiejszych czterotysięczników na świecie, ale dla pary niewprawionych turystów i tak stanowił wyzwanie. Taksówka dowiozła nas do stacji meteorologicznej i sztucznego jeziora na wysokości 3200 m n.p.m. Tu serdecznie powitał nas miejscowy pies wielkości kucyka, który upodobał nas sobie do tego stopnia, że podążał za nami przez następne kilka kilometrów. Idziemy pieszo ścieżką, a częściej na azymut w kierunku szczytu.
Aragat to wygasły wulkan, ostatnie erupcje miały miejsce kilka lub kilkanaście tysięcy lat temu. Krater otaczają cztery wyraźnie zarysowane wierzchołki, najwyższy z nich liczy sobie 4095 m, my zdobywamy oczywiście najniższy – 3900 m. Podejście jest początkowo bardzo łagodne, ale ukształtowanie terenu myli wzrok. Zaintrygowała nas błyszcząca w oddali skała, wydaje nam się, że za pół godziny będziemy koło niej, by lepiej się jej przyjrzeć, ale po godzinie nie widzę, byśmy cokolwiek się do niej przybliżyli.

komitas2Z opisów w przewodniku spodziewam się tłumu turystów i kolejek jak na Giewont, ale nic podobnego nie ma miejsca. Choć pogoda jest piękna, idziemy sami, przez całą drogę widzimy jedynie z daleka 3 lub 4 osoby.

*****

Praca Komitasa znalazła uznanie bogatych mecenasów, a ormiański milioner Aleksander Mantaszew postanowił sfinansować jego dalszą edukację. Młody ksiądz opuścił seminarium, Eczmiadzyn i Armenię, by udać się do Berlina, gdzie studiował muzykę na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma (dziś: Humboldtów). Należał w tym czasie do założycieli i aktywnych członków Międzynarodowego Towarzystwa Muzycznego. Na jego forum dawał wykłady o muzyce ormiańskiej i dowodził jej starożytnego pochodzenia: jego zdaniem tradycyjna muzyka ormiańska wywodziła się z pieśni śpiewanych jeszcze przed nastaniem chrześcijaństwa, a trzeba pamiętać, że Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako pierwszy kraj na świecie w roku 301.
Po odbyciu studiów Komitas wrócił do Armenii, gdzie prędko zreorganizował kształcenie muzyczne, zakładał nowe chóry, objął dyrekcję chóru seminarium w Eczmiadzynie oraz oddawał się badaniom tradycyjnej muzyki. A było co badać. Ormianie od starożytności zapisywali nuty, ale ich burzliwe dzieje sprawiły, że dawna notacja wyszła z użycia i została zapomniana. Komitas poświęcił się nie tylko badaniom historii, lecz także tworzeniu zupełnie nowej muzyki, pisał koncerty i operę.
Okres 1899-1910 to najlepszy czas jego twórczości, wtedy spisał traktaty, które uczyniły go jednym z pionierów etnomuzykologii. Zyskał międzynarodową sławę. W tym czasie Komitas nie tylko komponował i dyrygował chórem, lecz także sam występował jako baryton oraz tenor, a do tego grał po mistrzowsku na flecie i fortepianie. W roku 1912 głos Komitasa zarejestrowano na płycie. Jego sława osiągnęła apogeum, podróżował z koncertami i wykładami do Paryża i Berlina.
Jako muzyk i badacz muzyki był wielkim ambasadorem ormiańskiej kultury. Wyniki jego badań nie spodobały się jednak jego kościelnym przełożonym. Został zmuszony, by po raz kolejny opuścić Armenię. W roku 1910 przeniósł się do Stambułu, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem ormiańskiej społeczności. Założył tam trzystuosobowy chór Gousan, z którym odnosił liczne sukcesy.

*****

komitas2aZ upływem czasu łąka przeradza się coraz bardziej w rumowisko. Idziemy wolniej i bardziej się męczymy. A może to sprawka wysokości. Nigdy wcześniej nie byliśmy w wysokich górach, więc objawy choroby wysokościowej nie są nam znane, ale męczymy się coraz szybciej. Po każdym odpoczynku łapiemy zadyszkę już po paru krokach. Odpoczywamy więc coraz częściej, a widoki stanowią doskonałą wymówkę, podziwiamy i robimy zdjęcia.

 

 

komitas3Minęliśmy wreszcie błyszczącą skałę, przeszliśmy przez okropne rumowisko i trafiliśmy w końcu na wyraźną ścieżkę. Idzie się nam jednak ciężko, trapi nas tajemnicze zmęczenie, a do tego zrobiło się stromo. Nie ufamy też ocenie odległości, wydaje się nam, że do wierzchołka już blisko, ale to może być kolejna iluzja. Postanawiamy, że jeśli nie dojdziemy w pół godziny, zawracamy. Tym razem jednak pomyliliśmy się w druga stronę, po 10 minutach jesteśmy na przełęczy czy raczej brzegu krateru. Widok jest niesamowity – o ile dotąd w krajobrazie dominowały szarości i ciemna zieleń, krater wypełniają złote piaski, które lśnią w promieniach słońca. Jeszcze pięć minut i stajemy na szczycie. Teraz widać, że choć pozostałe wierzchołki są wyższe jedynie o kilkadziesiąt metrów, są dużo trudniejsze do zdobycia, poza naszymi możliwościami, strome i pełne luźnych skał.
Na szczycie wieje chłodny wiatr, więc szybko: fotki, esemeski, zjadamy po batonie i wracamy. Droga powrotna zajmuje nam jeszcze dwie godziny, w sumie sześć. Według przewodnika powinniśmy byli obrócić w trzy godziny, tacy to z nas niedzieli alpiniści.

komias4*****

Krwawa niedziela 24 kwietnia 1915 roku to początek Rzezi Ormian. Schyłek Imperium Osmańskiego doczekał się tragicznego finału, w następnych miesiącach tureccy nacjonaliści zamordowali półtora miliona Ormian. Tego dnia Komitas został aresztowany razem z innymi ormiańskimi intelektualistami i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Çankırı. Nie opuścili go jednak przyjaciele. Został zwolniony dzięki wstawiennictwu pisarzy Mehmeta Emina Yurdakula i Halida Edipa oraz amerykańskiego ambasadora Henry’ego Morgenthau. Komitas doszczętnie załamał się pod wpływem wydarzeń, których był świadkiem, i pozostałe 20 lat życia spędził w paryskim szpitalu psychiatrycznym, gdzie zmarł w roku 1935.

Korzystałem z:
Virtual Museum of Komitas