Stuart 30

I fear I choke unless I spit it out
Still smell of smoke, although the fire’s gone out
Can’t live with you, but I die without
What’s left to say when every word’s been spoken?
What’s left to see when our eyes won’t open?
What’s left to do when we’ve lost all hope and
What’s left to break when our hearts are broken?

Boję się, że się udławię, muszę to z siebie wyrzucić
Ciągle jeszcze czuję zapach dymu, chociaż ogień dawno już zgasł
Nie mogę żyć z tobą, a bez ciebie umrę
Co pozostało do powiedzenia kiedy powiedziało się już każde słowo?
Co pozostało do zobaczenia kiedy nie potrafisz otworzyć oczu?
Co pozostało do zrobienia po tym jak zgubiliśmy wszelką nadzieję?
Co można jeszcze złamać po tym jak zostały złamane nasze serca?

Golden leaves, Passenger

Joanna Trümner

Ostatnie spotkanie

W trzy dni po powrocie do Sydney Stuart po raz pierwszy wszedł do swojego mieszkania. Kuzynka Toma wyjechała na święta i pierwszy tydzień nowego roku do rodziny w Adelajdzie, mógł więc po wielu miesiącach życia w hotelach znowu pomieszkać. „Jak dobrze jest mieć swój kąt, wyciągać ubranie z szafy, a nie z walizki, spać w swoim łóżku i gotować obiad w kuchni, nie mogę w przyszłości zrezygnować z tego miejsca”, pomyślał ciesząc jednak, że na razie nie musi podejmować decyzji – kuzynka Toma chciała podnajmować jego mieszkanie przez kolejny rok.

Od dawna nie spał tak długo i spokojnie, za oknem padał deszcz i Stuart przeciągając się w łóżku zastanawiał się jak spędzić ten mokry dzień – pierwszy od dawna dzień bez terminów i zobowiązań. Z tych leniwych myśli wyrwał go telefon. „Pewnie ktoś z propozycją występu na Sylwestra”, pomyślał podnosząc słuchawkę. Nie od razu rozpoznał głos Meg. Po krótkiej wymianie uprzejmości dziewczyna zapytała: „Czy moglibyśmy się spotkać? Jest kilka spraw, o których chciałabym z tobą porozmawiać”. Zaproponował jej spotkanie wieczorem u siebie. Kilkakrotnie w ciągu dnia zastanawiał się, czy nie powinien tego odwołać, o czym mieliby jeszcze rozmawiać po zawodzie, który mu sprawiła? Po co? Dopiero od niedawna czuł, że czas złagodził jego smutek, nieraz myślał o tym, że czuje się jak rekonwalescent, który po długiej i ciężkiej chorobie powraca do zdrowia. Bał się, że ponowne spotkanie z Meg może oznaczać nawrót choroby. Z drugiej strony nie chciał być tchórzem. „Może jednak ta rozmowa jest potrzebna po to, żeby raz na zawsze zamknąc rozdział pod tytułem ‘Meg?”, zastanawiał się czekając. Kiedy Meg punktualnie o szóstej zadzwoniła do drzwi, z trudem udało mu się zapanować nad uczuciami, które nim szarpały – ciekawością, niepewnością, strachem i rozgoryczeniem. Otworzył jej drzwi i z dużym wysiłkiem opanował drżenie głosu podczas. Meg miała nową fryzurę, a krótko obcięte włosy i świeża opalenizna sprawiały, że wyglądała o wiele młodziej niż kobieta, którą Stuart zachował w pamięci.

Opowiedzieli sobie o minionych miesiącach. „Rozmawiamy jak starzy, dobrzy znajomi, którzy się od dawna nie widzieli”, pomyślał Stuart i przyłapał się na tym, że kończy w głowie rozpoczynane przez Meg zdania. Przez cały wiedział, że nie przyszła go odwiedzić w imię starej znajomości i niecierpliwie czekał, aż Meg powie mu, o co jej chodzi. „Nie wiem od czego mam zacząć”, powiedziała Meg, sama z pewnością zaskoczona tym, że właśnie ona, osoba, która dla swoich pacjentów zawsze potrafi znaleźć właściwe słowa, takie, które przywracają im ochotę do życia, w tak ważnej dla siebie chwili nie potrafi wyrazić swoich myśli. „Zrobiłam wielki błąd odchodząc od ciebie”, zaczęła „To ja od ciebie odszedłem”, przerwał jej Stuart i równocześnie zdał sobie sprawę z tego jak dziecinnie to zabrzmiało. Tak jakby w ich sytuacji najważniejsze było to, kto od kogo odszedł, jakby nie chodziło tu o utracone na zawsze zaufanie i rozczarowanie. „Proszę cię o jeszcze jedną szansę dla nas. Ja naprawdę zrozumiałam, że my byliśmy tym, o czym zawsze marzyłam. A on – był po prostu błędem, błędem którego sama nie potrafię sobie wytłumaczyć. Wiem, że czasu nie da się cofnąć i że bardzo się na mnie zawiodłeś. Przepraszam i proszę cię, nie przekreślaj naszych wspólnych czterech lat, daj mi szansę, chcę ci pokazać jak wiele dla mnie znaczysz.” Stuart długo patrzył na nią w milczeniu. Zdawał sobie sprawę z tego, ile ją musiało kosztować przeprowadzenie tej rozmowy, zrozumiał jednak i to, że przez kilkanaście miesięcy od rozstania Meg nie stała się dla niego kimś zupełnie obojętnym. Mimo to nie wyobrażał sobie powrotu do niej i ciągłego strachu przed kolejnym rozczarowaniem. „To mnie zbyt wiele kosztowało, a teraz, kiedy udało mi się zaleczyć rany, chcę po prostu iść dalej sam”, odpowiedział cicho. W momencie, w którym to powiedział, poczuł wielką ulgę, poczuł, że jest tak wolny jak wtedy, kiedy godzinami patrzył na wzburzony ocean i myślał tylko o tym, co jeszcze go może w życiu spotkać. Wiedział, że dopiero teraz skończył się pewien etap w życiu i był przekonany o tym, że było to ich ostatnie spotkanie.

Następnego dnia zadzwonił do matki w Anglii. Nie od razu zorientował się, że jej głos był przygaszony i zrezygnowany. Matka powiedziała mu, że u jego starszej siostry Eve stwierdzono raka i czeka ją amputacja piersi oraz długie leczenie chemioterapią. „Mam nadzieję, że uda jej się z tego wyjść. I nie wiem, jak to wszystko przyjmie George”, powiedziała matka na zakończenie rozmowy. „To niemożliwe, takie rzeczy nie zdarzają się przecież młodym ludziom”, pomyślał Stuart. Przez cały dzień przypominał sobie Eve, po raz pierwszy od dawna nie myślał o niej z niechęcią. Jego niezbyt ładna i wiecznie niezadowolona z życia siostra, którą najmłodsza z ich trójki, Kate, określała jako „chronicznie nieszczęśliwą”, zajmowała się nimi w dzieciństwie. Rodzice pracowali w pubie, a Eve była osobą, która ich karmiła, sprawdzała im lekcje, sprzątała, prała, załatwiała sprawunki. „Nie miała normalnego dzieciństwa”, pomyślał Stuart, zastanawiając się równocześnie nad tym, jak jego pięcioletni, znany mu tylko ze zdjęć siostrzeniec, George, zniesie ciężką chorobę matki.

O wiele spraw czuł do Eve żal, nie potrafił jej darować tego, że za wszelką cenę próbowała wyciągnąć pieniądze i od matki, i od Stuarta-seniora. Była interesowna i zawzięta. Przypomniał sobie, że nie przyjechała na pogrzeb wujka, bo była wściekła, że nie uwzględnił jej w testamencie. Zawsze odcinała się od niego i Kate, zazdrościła im sukcesów. „Jej małżeństwo z Williamem jest też jedną wielką farsą”, pomyślał Stuart przypominając sobie plotki, które krążyły o jego szwagrze w pokoju nauczycielskim w Walton. Stuart nigdy nie powtórzył siostrze ani jednej z zasłyszanych historii, nigdy nie opowiedział jej o tym, że widział wzrok, jakim William wodził za jednym z uczniów najstarszej klasy i o tym, że dwa dni przed ich ślubem przypadkowo zobaczył szwagra trzymającego się za ręce z tym właśnie uczniem na plaży. Zarówno Kate jak i on byli zdania, że małżeństwo z ich siostrą jest dla Williama alibi. Tym większym zaskoczeniem była dla nich wiadomość o ciąży Eve. „To niesamowite, ile kłamstwa potrafi się pomieścić w jednym życiu. Swoją drogą bardzo się przez te lata od niej oddaliłem”, pomyślał Stuart i zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że nie jest to prawdą, bo oddalić można się tylko od osoby, z którą było się blisko, a oni nigdy nie byli ze sobą blisko.

Stary rok dobiegał końca, Stuart cieszył się na Sylwestra, którego miał spędzić razem z Tomem i Tess. Chcieli przygotować piknik i pójść razem na plażę. Noce były teraz tak upalne, że z trudem można było wytrzymać w nagrzanym mieszkaniu. Cieszył się na pierwszą noc roku 1984, spotkanie z przyjacielem i jego dziewczyną, pierwszego w życiu Sylwestra pod gołym niebem. Pakował rzeczy na piknik i myślał o tym, co przyniesie mu ten nowy rok. „Jakie to dziwne, że ludzie tak bardzo cieszą się na przyjście nowego roku, tak jakby ten dzień był magiczną różdżką, dzięki której w ciągu jednej nocy, a właściwie w ciągu kilku godzin znikają wszystkie problemy starego roku”.

Stał już w drzwiach, kiedy usłyszał dzwonek telefonu. Niechętnie go odebrał, w słuchawce usłyszał głos nieznanego mężczyzny. „Grałeś u nas przed kilkoma laty koncert. Pilnie szukam kogoś, kto może dzisiaj u mnie wystąpić. Płacę podwójnie, nie mogę się skompromitować przed ludźmi, którzy dawno temu kupili drogie bilety. Nasza dzisiejsza gwiazda jest kompletnie zalana i bełkocze coś w garderobie, ja go po prostu nie mogę wpuścić na scenę.” Zaskoczony niespodziewaną propozycją Stuart nie miał zbyt wielkiej ochoty na zmianę planów. „Nie wiem czy dam radę, umówiłem się z przyjaciółmi”. „Weź ich ze sobą, zapłacę za ich picie i jedzenie, tylko mnie nie zostaw na lodzie, proszę”. Stuart znał piosenkarza, i znał klub, gdzie ten miał dzisiaj wystąpić, jeden z droższych klubów na George Street. Przed kilkoma laty był gwiazdą, nazwiskiem znanym w całej Australii. Ostatnio podczas wizyt w sklepach muzycznych Stuart dziwił się, że na półkach nie ma jego płyt. „Nie wiedziałem, że on teraz zarabia graniem po klubach”, pomyślał, ale wiedział co to znaczy, zwłaszcza, że od dawna muzyk nie nagrał żadnego nowego utworu. Zadzwonił do Toma, żeby powiedzieć mu o zmianie planów, w dwie godziny później wchodził do klubu. Szef nie ukrywał ulgi na jego widok i zaprowadził go od razu do garderoby, gdzie Stuart mógł poćwiczyć przed koncertem. Po drodze minął pokój, w którym na podłodze gwiazda odsypiała pijaństwo. „Już od samych oparów można się upić”, pomyślał Stuart. „Uważaj, nigdy nie możesz tak skończyć.

Cdn.

 

Stuart 29

I stare at my reflection in the mirror,
Why am I doing this to myself?
Losing my mind on a tiny error.
I nearly left the real me on the shelf. No.
Don t lose who you are in the blur of the stars.
Seeing is deceiving, dreaming is believing, it s okay not to be okay.
Sometimes it s hard to follow your heart.
Tears don t mean you re losing, everybody s bruising.
Just be true to who you are.

Wpatruję się w swoje odbicie w lustrze…
Dlaczego to sobie robię?
Tracę rozum przy najmniejszym błędzie
I gubię gdzieś samego siebie. Nie.
Nie zgub siebie w plątaninie gwiazd
To, co widzimy jest iluzją, a marzenie oznacza wiarę,
To w porządku, że nie jesteś okay
Czasami ciężko jest podążać za sercem,
Lecz łzy wcale nie znaczą, że przegrywasz, każdy ma przecież jakieś blizny
Bądź po prostu szczery w stosunku do siebie.

Ed Sheeran, Who you are

Joanna Trümner

Powrót

Jak ten tydzień szybko minął”, pomyślał pakując rzeczy w hotelu. Następnego dnia opuszczał Melbourne i jechał w dalszą trasę koncertową do Canberry. Przed kilkoma dniami dowiedział się od Toma, że mały, nowo otwarty klub w tym mieście zaproponował mu pięć koncertów. Zadzwonił tam natychmiast i potwierdził przyjazd. Był zaskoczony, kiedy właściciel klubu powiedział mu, że dowiedział się o nim od Chucka. Do tej pory Stuart nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Chuck nie czuje do niego zbytniej sympatii i że jest dla niego prawdopodobnie tylko jednym z tysięcy muzyków, zapychających dziury pomiędzy występami prawdziwych gwiazd.

Od dnia, w który opuścił Melbourne minęło jedenaście miesięcy. Znowu był w drodze – tym razem była to droga do Sydney. Nie mógł doczekać się spotkania z Tomem. Podczas wielomiesięcznej podróży po Australii zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje rozmowy z przyjacielem – sporadyczne rozmowy telefoniczne, wymierzane taktem monet wrzucanych do szczeliny w budce telefonicznej, nie były nawet namiastką prawdziwej rozmowy. Od początku trasy koncertowej przejechał czterdzieści tysięcy kilometrów, poznał dziesiątki miast i miasteczek w Australii i zawarł wiele nowych znajomości. Każdy dzień był nową przygodą, a każdy koncert przed nieznaną publicznością wielką zagadką z trudnym do przewidzenia rozwiązaniem. Podczas drogi powrotnej do Sydney Stuart przypominał sobie wydarzenia ostatnich miesięcy i ze zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, ile z tych tak bardzo różniących się dni zniknęło z jego pamięci. A tak bardzo chciał opowiedzieć przyjacielowi o dniach w drodze, o sukcesach, porażkach i koszmarnych przeżyciach, które na długo wytrąciły go z równowagi. Jak pierwszy koncert w Perth. Już przy wejściu do sali – największej w jakiej do tej pory występował – na tysiąc osób, wiedział, że jego występ tu jest nieporozumieniem. Muzyka, którą grał, nie pasowała ani do tego pomieszczenia ani do wybitnie młodej publiczności. Było to miejsce, gdzie odbywały się koncerty grup rockowych i Stuart zadał sobie w duchu pytanie, czy właściciel klubu nie sprawdza jego kosztem, czy ta publiczność zaakceptuje w ogóle muzykę innego rodzaju. „Co ja tu robię?”, zastanawiał się, żałując po raz pierwszy, że nie zatrudnił menadżera, który przed każdym koncertem obejrzałby salę i wykłóciłby się o gażę. „I który prawdopodobnie odradziłby mi przyjazdu tutaj”, pomyślał, wiedząc, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

Ten wieczór był jedną wielką wpadką, już w pół godziny po rozpoczęciu koncertu słuchacze zaczęli masowo opuszczać salę. „Chyba bym wolał, żeby mnie wygwizdali, przynajmniej bym wtedy wiedział, że wywołałem w nim jakiegolwiek emocje”, myślał rozczarowany na widok pustoszejącej sali. W kilka minut przed dziesiątą przestał grać i wyszedł tylnym wyjściem na parking. Wrócił do hotelu i wypił w barze trzy podwójne martini. Wrócił do pokoju i systematycznie zaczął opróżniać hotelowy minibar. Chciał się upić i zapomnieć o tym wieczorze, ale wypity alkohol sprawił tylko, że czuł się coraz podlej. Nie potrafił zwalczyć uczucia porażki i rozgoryczenia. „Jak mam po tym jeszcze kiedykolwiek wyjść na scenę? Po prostu nie mam talentu i sam się oszukuję”, pomyślał i nagle w głowie pojawiło się wspomnienie z dzieciństwa, wspomnienie pierwszej wielkiej porażki – meczu piłkarskiego w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy on jako jedyny w całej drużynie przestrzelił karnego i przyczynił się do przegranej. Przypomniał sobie powrót z boiska szkolnego do domu i łzy rozczarowania, których nie był w stanie opanować. Po powrocie rzucił się na łóżko w swoim pokoju i zanosił się tak głośnym płaczem, że nie usłyszał kroków ojca. „Co się stało?”, zapytał ojciec obserwując go bacznie. „Nie nadaję się do niczego, przeze mnie przegraliśmy mecz. Już nigdy więcej nie pójdę do szkoły, wszyscy się będą ze mnie do końca życia śmiali”. Ojciec długo patrzył na niego, dziś Stuart wiedział, że ojciec szukał właściwych słów: „Nie wolno ci tak myśleć. Nigdy nie możesz w siebie zwątpić, to jest najważniejsza zasada w życiu. Nie strzeliłeś tej głupiej bramki, ale za to nikt z twoich kolegów nie zna tak dobrze matematyki i nie gra na gitarze. Nigdy nie wolno ci myśleć, że jeteś gorszy od innych, obiecujesz?” „Obiecuję”, odpowiedział Stuart i poczuł, że przestaje płakać. Wspomnienie tej obietnicy z dzieciństwie było tamtego wieczoru jego jedynym pocieszeniem. W Perth spędził jeszcze kilka dni i chociaż dalsze trzy koncerty niczym nie przypominały porażki z pierwszego dnia pobytu, z ulgą opuścił to miasto.

Następny koncert dał w miasteczku Esperance, o którego istnieniu nigdy do tej pory nie słyszał. „To wielki krok w mojej karierze”, pomyślał z przekąsem wchodząc do przytulnej, małej knajpy w centrum miasta. Już po siódmej sala zapełniła się po brzegi. Po koncercie Stuart musiał w duchu przyznać, że w tym małym miasteczku, które z trudnością odszukał na mapie, znalazł najlepszych słuczaczy. Występ zakończył się wieloma bisami, a kiedy Stuart zaczął pakować gitarę do futerału podeszła do niego młoda, ładna dziewczyna. „Mogłabym cię słuchać godzinami”, powiedziała nieśmiało. Stuart spytał, czy pójdzie z nim na drinka do jedynego czynnego o tej porze baru w mieście. Po czwartym drinku wiedział, że po raz pierwszy od dawna nie spędzi nocy sam. Okrągłe, brązowe oczy wpatrzonej w niego dziewczyny były właśnie tym, czego teraz potrzebował. Nieraz później wspominał tamten wieczór i noc z Karen. „Ciekawe, czy po latach będzie wspominać o nocy, którą spędziła ze słynnym muzykiem? A może kiedyś w jedynym hotelu w Esperance będzie wisiała tablica pamiątkowa z moim nazwiskiem?”, pomyślał z uśmiechem na ustach i zapadł w głęboki sen.

Minął prawie rok, zanim wrócił z trasy koncertowej do Sydney. Dotarł do domu przyjaciela i zadzwonił do drzwi.

Rozmawiali do późna w nocy, Stuart dzielił się z Tomem powodzeniami i porażkami, i patrzył na niego z wdzięcznością. Nie wiedział, jak ma powiedzieć przyjacielowi, że często w ciągu ostatnich miesięcy brakowało mu rozmowy z kimś, przy kim można być sobą i nie zastanawiać się nad wypowiadanymi słowami. W ciągu ostatnich jedenastu miesięcy Stuart uświadomił sobie, że życie muzyka oznacza ciągłą drogę i samotność. Toma od kilku miesięcy spotykał się z jedną z nauczycielek ze szkoły, w której pracował. „Tym razem wiem, że to jest to. Jutro ją zresztą poznasz”, powiedział na wstępie. „Ile już razy myślałeś, że to jest to? Tak ci życzę, żebyś nie przeżył kolejnego zawodu”, pomyślał Stuart, przypominając sobie o rozczarowaniach Toma, o dziewczynach, dla których był tylko zabawką, przystankiem, na którym czekały na spotkanie kogoś lepszego.

Przez cały wieczór Stuart czuł, że przyjaciel ma mu jeszcze coś do powiedzenia. Nie mylił się. „Nie bardzo wiem, jak zacząć. Przed kilkoma dniami wpadła do mnie Meg, bardzo chciałaby z tobą się spotkać”, powiedział zaskoczonemu Stuartowi. „Była bardzo przygaszona”, dodał po chwili. „Nie wiem, po co mielibyśmy się spotkać, dla mnie to jest zamknięty rozdział”, odpowiedział Stuart i zdał sobie sprawę, że wcale nie jest do końca przekonany. „Może jednak powinieniem się z nią zobaczyć, od naszego rozstania minął w końcu rok. Już przestało boleć. Może uda mi się raz na zawsze zamknąć tę historię i dowiedzieć się, czy w ogóle dla niej coś znaczyłem?”. pomyślał, czując równocześnie, że zaczyna go opanowywać dziwny niepokój i strach.

Następny dzień spędzili wspólnie. Stuart nie mógł doczekać się spotkania z Tess. Punktualnie o siódmej wieczorem do drzwi ktoś nieśmiało zastukał. Drobna, o kilka lat starsza od Toma Tess była najmniej atrakcyjną z dotychczasowych partnerek Toma. „Wygląda jak typowa nauczycielka matematyki”, pomyślał Stuart, podając jej rękę na przywitanie. Ale w momencie, kiedy zaczęli rozmawiać, zapomniał o pierwszym wrażeniu. Tess miała w sobie dużo optymizmu i radości życia. Na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo wpatrzona jest w Toma. Pod koniec wieczoru Stuart był pewien, że tym razem jego przyjaciel znalazł w końcu kogoś, kto go nie zrani.

Cdn

Stuart 28

Out on the highways and the by-ways all alone
I’m still searching for, searching for my home
Up in the morning, up in the morning out on the road
And my head is aching and my hands are cold
And I’m looking for the silver lining, silver lining in the clouds
And I’m searching for and I’m searching for the philosopher’s stone

Zupełnie sam w drodze, na autostradach i bocznych drogach
Wciąż poszukuję, poszukuję swego domu
I chociaż boli mnie głowa i ręce mi marzną
Dalej poszukuję iskierki nadziei w obłokach
I szukam, szukam kamienia filozoficznego.

Van Morrison Philosopher’s Stone

Joanna Trümner

Melbourne

Nadszedł ostatni dzień roku szkolnego. Opuszczając budynek, który przez ostatnie cztery lata był jego miejscem pracy, Stuart zastanawiał się nad tym, czy udało mu się w pamięci uczniów zostawić przez te lata jakikolwiek ślad.

To Tom go namówił, aby wybrał się do urzędu zatrudnienia. „Pójdź tam, zamelduj się jako bezrobotny, będziesz dalej ubezpieczony i przez następny rok dostaniesz zasiłek. To w końcu też pieniądze i masz do nich prawo, wypracowałeś je sobie przez ostatnie lata”. Stuart na początku był niechętnie nastawiony do tego pomysłu, wzdragał się na myśl o wielogodzinnym czekaniu w kolejce i wypełnianiu wielostronicowych formularzy. „Przecież nigdy jeszcze nie chorowałem i mam na razie pieniądze”, usprawiedliwiał się przed Tomem, ale po wielu rozmowach dał się w końcu przekonać i poszedł. Na widok kilkudziesięciu osób, głównie starszych mężczyzn i kobiet z małymi dziećmi, czekających w w kolejce w poczekalni, pożałował decyzji przyjścia tutaj. Zajął ostatnie wolne miejsce, kurczowo trzymał w ręku swój numerek i walczył z impulsem wyrzucenia go do kosza i odejścia.

Siedzący obok niego starszy mężczyzna obserwował go od dłuższego czasu. „Jesteś tu po raz pierwszy?”, zapytał i nie czekając na odpowiedź dodał: „To tylko tak źle wygląda, oni pracują bardzo sprawnie, po godzinie, najpóźniej półtorej wyjdziesz stąd z załatwioną sprawą. Wierz mi, ja jestem tu od pięciu lat stałym bywalcem.” Stuart przyjrzał się swojemu rozmówcy z zainteresowaniem. Nieznajomy był zadbanym, starszym mężczyzną w eleganckim, dobrze skrojonym garniturze i błękitnej koszuli. „Wygląda na pracownika banku, albo urzędnika. Widać, że ma za sobą dobry, a może nawet bardzo dobry okres w życiu. Coś jednak musiało w tym dobrym życiu nie wyjść, skoro przychodzi tutaj już od pięciu lat”, pomyślał. „Nie możesz znaleźć pracy?”, zapytał. „Do niedawna miałem super pracę, prowadziłem jedną z najlepszych restauracji w mieście i zarabiałem dobre pieniądze”, odpowiedział tamten. „Praca była moim całym życiem, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić w wolnym czasie. A na urlopach nie mogłem doczekać się powrotu do restauracji. Była moim dzieckiem – przez lata udało mi się zrobić z podrzędnej knajpy z byle jakim jedzeniem miejsce, w którym do dzisiaj spotyka się elita Sydney. Niczego mi nie brakowało, miałem więcej pieniędzy, niż mogłem wydać, od czasu do czasu zapraszałem do siebie na noc jedną z kelnerek z restauracji, dyskretnie, bez dalszych zobowiązań i oczekiwań. Mógłbym tak żyć przez następnych kilkanaście lat, gdyby nie przypałętał się rak. Spadł na mnie jak grom z jasnego nieba, w ciągu trzech lat miałem siedem operacji. Najgorsze już chyba za mną, ale pewnie nigdy nie pozbędę się strachu przed kolejnym badaniem i niepewności. Od dwóch lat choroba daje mi spokój i nagle mam bardzo dużo czasu dla siebie. Nikt nie chce zatrudnić faceta po pięćdziesiątce z nadszarpniętym zdrowiem. Pewnie już do końca życia będę żył na koszt państwa. Ale nie to jest najgorsze, najgorszy jest nadmiar czasu i samotność. Nigdy się do niej nie przyzwyczaję”. W tym momencie na tablicy wyświetlił się numer nieznajomego. Odchodząc powiedział z uśmiechem do Stuarta „Mam nadzieję, że tak szybko się tutaj nie spotkamy”.

W kilka minut później przyszła jego kolejka. „A jakie są Pana dalsze plany?” zapytał urzędnik. „Chcę się rozejrzeć za pracą w innych miastach Australii”, odpowiedział Stuart.

W kilka dni później ruszył w drogę do Melbourne, od pierwszego koncertu dzieliło go ponad tysiąc kilometrów. Na drogę zaplanował sobie trzy dni. Postanowił, że pojedzie dłuższą trasą, drogą wzdłuż oceanu. W kilka godzin po rozpoczęciu podróży zrobił przerwę, żeby zobaczyć ocean. Kiedy po kilkuminutowym spacerze dotarł z parkingu do miejsca z widokiem na morze nie mógł oderwać oczu od turkusu wody i rozbijających się o skały fal. Patrzył w dal i miał uczucie, że wzburzone fale zabierają ze sobą wszystkie ciężary, które nosił w sercu w ciągu ostatnich miesięcy. „To najpiękniejsze miejsce, jakie widziałem w życiu. Dlaczego tu jeszcze nigdy nie byłem?”, pomyślał i wrócił do samochodu. Siadając za kierownicą spojrzał na zegarek i z zaskoczeniem uzmysłowił sobie, że spędził trzy godziny na wpatrywaniu się w dziki ocean. Droga przed nim była zupełnie pusta, przez kilometry z naprzeciwka nie nadjechał żaden samochód: „Przed kilkoma tygodniami każdy mój dzień był zaplanowany i przewidywalny. Gdyby teraz coś w aucie się zepsuło, albo gdybym zasłabł, umarłbym z pragnienia, zanim ktokolwiek by mnie znalazł”, pomyślał i ruszył w poszukiwanie miejsca na nocleg.

W trzy dni później dotarł do Melbourne. Odnalazł w centrum miasta klub, w którym wieczorem miał się odbyć jego pierwszy koncert. Od razu rozpoznał duży, elegancki budynek. Na drzwiach wisiał plakat z jego zdjęciem i napisem: „Londyn, Berlin, Wellington, Sydney – dzisiaj wieczorem u nas. Wstęp 20 dolarów”. Uśmiechnął się pod nosem, gdy przypomniał sobie, iż spodziewał się przecież koncertu w małej, ciemnej, podrzędniej knajpie na przedmieściach. Tym razem szczęście się do niego uśmiechnęło. Klub zarezerwował mu pokój w hotelu na najbliższych sześć nocy, a ten też sprawiał dobre wrażenie. Stuart rozgościł się w pokoju i skoncentrował się na przygotowaniu koncertu, przejrzał jeszcze raz listę utworów, które chciał grać dziś wieczorem i przećwiczył je z gitarą. Był ciekawy spotkania ze swoim zleceniodawcą. O piątej zajechał pod klub. Przywitał go Chuck, szef klubu, starszy pan z długimi siwymi włosami i czarnym t-shircie z napisem „Peace”. „Ciekawe, ile on może mieć lat?”, zastanowił się Stuart. Sposób bycia i ubiór mężczyzny świadczyły o tym, że nie miał zamiaru się zestarzeć. Chuck przywitał go z pewną rezerwą. „Grało u mnie kilku naprawdę dobrych muzyków. Mam nadzieję, że też dasz sobie radę”.

W trzy godziny później Stuart stał na scenie. Miał szczęście, bo już po kilku utworach udało mu się dotrzeć do publiczności. Spontanicznie zdecydował, że wprowadzi do koncertu kilka znanych standardów, które publiczność będzie moa wspólnie zaśpiewać. Kątem oka widział Chucka i czuł, że bacznie go obserwuje. W jego wzroku była ciekawość, ale też dziwny smutek i refleksja. „Może nie jestem dla niego wystarczająco dobry? Pewnie zaraz mnie objedzie za to, że zmieniłem program. Ale przecież publiczność dobrze reaguje i chyba go nie rozczarowałem?”, zastanawiał się Stuart podczas kilkuminutowej przerwy w koncercie.

Drugą część występu zaczął od „Looking for a heart of gold” („W poszukiwaniu serca ze złota”). Publiczność śpiewała razem z nim tę starą, zapomnianą piosenkę w nowej aranżacji. Zauważył młodą kobietę z wyraźnymi oznakami syndromu Downa stojąca w drugim rzędzie, która chyba śpiewała najgłośniej ze wszystkich. Stuart obserwował ją od dłuższego czasu, nieznajoma intensywnie reagowała na muzykę, kiwała się, głośno nuciła pod nosem. Przy „Looking for a heart of gold” odniósł wrażenie, że miała w oczach łzy. „Co ona może wiedzieć o miłości?”, pomyślał i zganił się w duchu za tę niedobrą myśl, pozbawioną szacunku do skrzywdzonych przez los ludzi.

Po koncercie poczuł wielką ulgę – nie spodziewał się, że po tak długiej przerwie w występach odniesie duży sukces. Kilka osób podeszło do niego z prośbą o autogram, a nieznany młody mężczyzna pochwalił go za dobry repertuar: „Szkoda, że do tej pory nie byłeś jeszcze w Melbourne. Super koncert, fajnie, że tu będziesz jeszcze przez kilka dni. Na pewno się jeszcze zobaczymy”. Jako ostatni podszedł Chuck, w towarzystwie kobiety z zespołem Downa. „Bardzo nam się twój koncert podobał. Przepraszam cię za nieufność, ale chcę utrzymać pewien poziom w klubie, a nowe osoby zawsze oznaczają ryzyko. Chciałbym, żebyś poznał moją córkę – Janet”. Stuart podał młodej kobiecie rękę na przywitanie i zrozumiał, co oznaczał taksujący, pełen smutku wzrok, którym Chuck obserwował go podczas koncertu.

Cdn.

Summer day in Berlin

Ewa Maria Slaska

Poetry on flea market Boxhagener Platz

We have about half a hundred flea markets in Berlin and every week it is some more of them. After a party in one of more or less thousand clubs and nearby to breakfast (till 5 pm!) and making photos together in photo booth, maybe even better  than going to the beach cafe in a big noisy city, is shopping tour in a flea market a new must have been done while visiting German Metropole. For us people living here it is a reason for not doing it at all. It is so touristic… But sometimes while not having better idea for spending some hours alone but among many we go there anyway…

I am coming to the flea market Boxhagener Platz. It is a big square surrounded by maybe hundred of booths. In the middle of it there are two playgrounds for children and a big lawn for laying or picnicking.

Flea market is not only looking, buying, selling. It is a lot of life around. Street food of course, coffee in paper cups, meeting friends, finding things lost or left, street art of any kind.

I see him seating on the street with his small yellow typewriter already by coming to the square.

He offers to write a poem for you after giving him some key words. My words are Anton, grandson, cat, Berlin, love, summer. And it is what comes:

Berlin is a purring cat
free to roam,
but whenever she comes by
watching me with ever-changing faces,

I caress it behind the
ears with curious questions
Berlin is a purring cat
capricious, but always there
when you need a nudge

Always new, Berlin
follows me through the years
its fur as colorful as
decades ago;
Berlin is a purring cat,
and my grandson will learn
to take care of her too

Vinski Valos
– the sidewalk scribe
Berlin July 16. – 17

 

 

He is from Finland, 24 years, living in Friedrichshain als let say it like that: poetry worker. His fanpage on Facebook is full of surprises from the very begin: bespoke poetry and wordy workshops. OK, OK, bespoke poetry, typewriter poet,  sidewalk scribe (all him). He organises workshops and teach you to learn one unknown or forgotten English word per day called Vinski’s WotD. The WotD 13 is WHIRLIGIG. And when you are sure, he just invented it, he informs you:

whirligig, noun

  1. Anything (often a toy) that spins or whirls around, as a top, pinwheel or windmill
  2. One of the winged seed pods of certain trees, such as the maple, which hover down in a whirly manner. (Also called samaras)
  3. A process or an event characterized by restlessness and constant change…And so on and so on…

He also has his own Homepage, with blog, prose and poems.

The first example of his writing, without looking for anything special:

“Kalervo’s fingers traced unswervingly the contours of the body, stroking the skin, not straying before the wounds.”

Scroll down or die

You see, what I mean.

***
I buy some yummy cookies by children flea market. It is a very nice summer Berlin custom, the children selling their old toys and books at the beginning of vacation. The things are chip and you know, even if they are already growed off, they had times of being loved. You simply see it. The cookies were backed by a Mom.

***
Strolling soon I find another piece of poetry, in a both of old photos. The woman on the pic looks pleased, she smiles a bit and her gaze comes directly to us. But somebody gave her picture a poem cutted off from a daily. Maybe she herself, who knows…

Alone

I go alone
through the streets
in the sea of houses
without hearts
Alone and lost
I hunt down
memories.
I seemed happy
I seemed pleased
on a play of my time.
A circle which closed
itself,
only vacuum ist bigger.
A tear which is here
still
runs into infinity.
I feel like being a tree
around which everything
breaks.
It is like a nightmare
which promises itself
something good.
So I am living
just living further
like a beaten child.
I ask who am I?
With no future
and with no sense,
I keep to my dreams
and look for something
what I never find
never find…

***

Of course at home I try to find an author of that poem in internet, but no, no way… I find the verses, o yeah, once or twice, somebody knew them and used them to express their own feelings, but no, he or she didn’t notice who had wrote them…

I know, there is the name just beneath a poem, directly under the frame. Making photos I did not see it, but now I know, it is there. Tomorrow is sunday again, I go to the flea market to see, if I still find the photo…

Have a nice weekend if you are from happy new world of UE :-), have a lot of power if you are in Poland or Turkey, we send it to you…

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 5

Ten tekst został napisany specjalnie dla nas, ale zanim pojawił się tu w kolejny czwartek, autor już dawno opublikował go i u siebie. A więc jednak reblog.

Przekraczając granice

wpis z 12 czerwca 2017 roku

Rok po

Minął już ponad rok od czasu mojej niefortunnej przygody w Maroko, rany fizyczne się zabliźniły, moja psychika też wraca do normy. Dzięki pracy z psychologiem oraz dużej pomocy przyjaciół i rodziny, wraca mi też pamięć. Oczywiście są w niej jeszcze spore luki, a informacje które pojawiają się w mojej głowie, są dość chaotyczne i czasami trudno umiejscowić je w czasie.

Ostatnio, dzięki pytaniom, jakie do mnie trafiły, zacząłem się zastanawiać nad tym, co ta ubiegłoroczna historia zmieniła w moim życiu. Czy doszedłem do jakiś odkrywczych wniosków?

Po pierwsze niewątpliwie przez sito zostały przepuszczone moje znajomości, przyjaźnie i stosunki rodzinne. Kilka z nich zweryfikowało się in plus, były też niestety i takie, które mocno rozczarowały i doprowadziły wręcz do zerwania stosunków.

Po drugie, nie mniej ważne, stoczyłem walkę z samym sobą, ze swoim wewnętrznym strachem, oporami i uprzedzeniami. Zaistniała sytuacja wzmocniła mnie, pozwoliła mi spojrzeć na siebie jako ważny element tworzący i kształtujący otaczający nas wszechświat.

Dzięki marokańskiej historii wiem, że życie nie jest nam dane po to, abyśmy tylko gromadzili, czy ciągle gonili króliczka. Życie jest darem, który powinniśmy wykorzystać, aby spełniać swoje marzenia (trochę zdrowego egoizmu jest jak najbardziej wskazane). Moim są podróże, poznawanie nowych miejsc, ludzi i historii.

Chyba tylko ja wiem, ile wysiłku psychicznego kosztowało mnie przełamanie się i wyruszanie w kolejne podróże, które odbywałem w ostatnim czasie. Na początku bałem się sam wyjść z domu, potem był pierwszy wyjazd z miasta, pierwszy nocleg w hostelu, wyjazd zagraniczny, gdzie wszyscy mówią w obcym języku. Nie wiem czy dałbym sobie z tym wszystkim sam radę, na szczęście miałem pomoc w postaci terapeuty i, co nie mniej ważne, przyjaciół.

Już na początku ubiegłego millenium jeden z największych filozofów i poetów – Horacy, użył sentencji, która mimo upływu około tysiąca lat nadal się sprawdza i jak najbardziej pasuje do życia (choć w dzisiejszych czasach wielu o niej zapomina, lub źle ją interpretuje).

Carpe diem – oddaje sens egzystencji, nie odkładajcie wszystkich pragnień i radości na później, moja historia pokazuje, że tak naprawdę nie możemy być pewni tego co nas spotka za parę chwil (i to niezależnie od tego jak dokładnie prowadzone byłyby nasze terminarze). Nauczcie się łapać radość z tego co nas otacza, z tych ulotnych chwil, które potrafią znikać tak szybko jak przelatujący koło nas piękny motyl. Bo w ogólnym rozrachunku nie ważne jest jak duże mamy konto, iloma samochodami jeździmy, czy jak dobrze zaopatrzona jest nasza szafa. Prawdziwym kolorytem życia są bowiem nasze przeżycia i ludzie, których spotykamy na swojej drodze.

Stuart 27

Picture of the moon You gave to me that night.
The stars were out to play, the moon was shining bright.
If only I had known that it would end so soon.
I was left with a picture of the moon.

Widok księżyca, który dałaś mi tamtej nocy.
Gwiazdy bawiły się na niebie, księżyc świecił jasno.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się tak szybko skończy
I że zostanie mi tylko widok księżyca.

Van Morrison, Picture of the moon

Joanna Trümner

Przygotowania

Ta niedziela strasznie się dłużyła. „Są dni, które nie mają końca. Kiedy to przestanie tak boleć?”, pomyślał, zastanawiając się jak zabić kolejne godziny i doczekać poniedziałku. Nie potrafił wyjść z labiryntu złych, smutnych, pełnych żalu i smutku myśli. Patrzył na świecące za oknami słońce i zdecydował się na spontaniczną wycieczkę do domu starców, w którym kiedyś pracował. Przypomniały mu się koncerty muzyki, które dawał pacjentom i radość, jaką widział w ich oczach, i z przerażeniem uzmysłowił sobie, że od jego ostatniej wizyty tam minęły całe dwa lata. Ciekaw był zmian, które tam w tym czasie zaszły. Przy wejściu do budynku Stuart od razu rozpoznał charakterystyczny zapach starości i środków dezynfekcyjnych. „W tej kwestii nic się nie zmieniło”, pomyślał i zadał sobie pytanie, dlaczego tu właściwie przyszedł, czego szukał – wspomnień szczęśliwszych czasów? powrotu do początku pobytu w Sydney? spokoju, który dawała mu świadomość, że czeka na kobietę, z którą przejdzie przez resztę życia?

W jadalni spotkał kilku mieszkańców, wpatrzonych w ekran telewizora, jedyną osobą, która go rozpoznała była stuletnia pani Bennet. „A kiedy nam znowu coś zagrasz?”, zapytała z kokieterią w głosie. W tym momencie pożałował, że nie przyniósł ze sobą gitary, żeby chociaż na chwilę muzyką przerwać dziwną atmosferę w jadalni. „Oni wyglądają jak ludzie, którzy już tylko czekają na przyjście śmierci, wszystko inne od dawna przestało ich interesować”, pomyślał z litością. W hallu natknął się na pielęgniarza, z którym w czasach pracy w ośrodku wychodził na przerwy na papierosa. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę z tego, że nie pamięta jego imienia. Pielęgniarz opowiedział mu o oszczędnościach, wprowadzonych przez nowe kierownictwo i o tym, jak niewielu mieszkańców odwiedza ktoś z rodziny. „Starzy ludzie nie mają tu żadnych dodatkowych zajęć – jedzą, śpią, oglądają telewizję i czekają na koniec. Jedynymi atrakcjami są comiesięczne wizyty uczniów z sąsiedniej szkoły”.

Stuart z ulgą opuścił to miejsce, w którym przed kilkoma laty przeżył wiele szczęśliwych chwil, „jak dobrze, że ja mam jeszcze tyle lat przed sobą”, pomyślał w drodze do domu.

W połowie czerwca przyleciała do Sydney matka z Nieznajomym. Goście zamierzali zatrzymać się na trzy noce u Stuarta, a potem udać się w podróż po Australii. „Po tym koszmarnym locie musimy u ciebie odpocząć”, powiedział Nathan przy przywitaniu na lotnisku. Stuart od pierwszego spojrzenia poczuł do niego sympatię. Wieczorem wspólnie zjedli kolację w chińskiej restauracji i Nat opowiedział mu o sobie. Był, jak to nazywał, „we wcześniejszym życiu” pediatrą i ten zawód był jego wielką pasją. Nie miał własnych dzieci, młod chodził zi pacjenci mu je zastępowali. Praca była sensem jego życia, a roześmiane dziecięce oczy i wdzięczność rodziców były najpiękniejszą zapłatą. Nie potrafił pogodzić się ze śmiercią dzieci, a co najmniej raz w roku tracił jednego ze swoich pacjentów, przegrywał walkę z białaczką i innymi chorobami, na które medycyna nie znalazła jeszcze żadnego remedium. W miarę upływu lat czuł na sobie coraz mocniej ciężar i bezsilność, przygniatało go uczucie niemocy i niesprawiedliwości losu, z każdym zmarłym pacjentem i w nim coś wygasało i odbierało mu ochotę do dalszego życia.

Długo walczył z myślami, po wielu nieprzespanych nocach zdecydował się zrezygnować z prowadzenia praktyki lekarskiej. Sprzedał ją z zyskiem i zaczął na nowo szukać sensu w życiu. Rozstał się z żoną i przeprowadził z Brighton do Walton. „Tam nikogo nie znałem, w nowym domu chciałem zacząć nowe życie. Początki nie były dobre, przez długie miesiące tkwiłem w depresji. W punkcie zero – bez rodziny, bez zawodu, bez celu. I wtedy poznałem twoją mamę. To była najlepsza terapia”, uśmiechnął się, patrząc na matkę Stuarta.

Nat przekonał go do siebie szczerością i ciepłem. Kilka dni wizyty minęło bardzo szybko, Stuart wracał z pracy do posprzątanego mieszkania, w którym czekał na niego obiad. Miał ochotę przytulić się do matki, tak jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, i podziękować jej za ciepło, które wniosła do jego domu i za piękne uczucie, że ktoś na niego czeka. Wieczorami rozmawiali o Sydney i o wrażeniu, jakie to miasto na nich zrobiło. Obydwoje unikali tematu Meg, wiedząc, jak bardzo to rozstanie musi jeszcze boleć. „Zachowują się tak, jakby Meg nigdy nie zaistniała w moim życiu”, pomyślał, czując równocześnie wdzięczność za to, że nikt nie zadaje mu pytań, na które on sam nie zna odpowiedzi. Często rozmawiali o przyszłej karierze muzycznej Stuarta. Nat miał dużo dobrych pomysłów, namawiał go do nagrania w studio profesjonalnej płyty, którą można byłoby wysyłać do wytwórni muzycznych. W trakcie tych rozmśw w notesie Stuarta powstał skrupulatnie zapisany plan działań na następnych kilka miesięcy. Nat spędził godziny na szukaniu w bibliotece adresów agencji muzycznych na terenie całej Australii. Większość z jego propozycji była tak dobra i logiczna, że Stuartowi w pewnm momencie nasunęła się myśł „Więc mam 60-letniego menadżera, który swoim zapałem przerasta niejednego z młodszych kolegów”.

Wizyta matki i jej partnera w Sydney trwała za krótko, pomyślał Stuart żegnając gości. Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że w ciągu kilku dni ich wizyty był tak zajęty, że ani razu nie pomyślał o Meg. „Może powinienem odkreślać takie wieczory, tak jak więzień skreśla na kalendarzu dni. Przecież czeka na mnie wielka przygoda, powinienem w końcu przestać żyć przeszłością i zamknąć za sobą drzwi do tego, co było kiedyś”, pomyślał z przyjemnością. „Za kilka miesięcy będę wolnym człowiekiem, jednym z niewielu, którzy robią to, co jest ich przeznaczeniem. Mam pieniądze, które w najgorszym wypadku pozwolą mi przeżyć następnych kilka lat. Mam rodzinę i sprawdzonego przyjaciela. A ten potworny smutek przestał paraliżować każdą moją myśl”. Pierwszy samotny wieczór w mieszkaniu spędził na słuchaniu płyty Billie Holiday, którą Nat przywiózł mu w prezencie.

Od dnia, kiedy poinformował dyrektora szkoły o swoich planach, praca z uczniami przestała być dla niego ciężarem. Poczuł ulgę i starał się zatrzeć niemiłe wspomnienia uczniów z okresu po rozstaniu z Meg, powoli przemieniał się z powrotem w ich ulubionego nauczyciela, który był cierpliwy i miał dużo poczucia humoru.

Na początku grudnia spotkał się z Tomem w pubie na piwie i opowiedział mu o przygotowaniach do trasy koncertowej, o godzinach ślęczenia w bibliotece i studiowania książek telefonicznych dużych miast w Australii, rozmowach telefonicznych i konkretnych terminach koncertów w Melbourne, Perth i Canberze. „Cieszę się, że znowu nabrałeś ochoty do życia”, powiedział Tom. „Uspokajam się, bo mam plany i nową drogę przed sobą, najgorsze, co mogłoby się teraz zdarzyć, to gdybym ją spotkał gdzieś z nim i wszystko zaczęłoby się od początku. Ale niedługo wyjadę z Sydney i nie będę się musiał niczego obawiać”, odpowiedział Stuart.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem zadzwonił do niego Lucas, ksiądz z kościoła, do którego chodziła Meg z zapytaniem, czy nie chciałby podczas świąt dać koncertu w kościele. Stuart chciał uciąć tę rozmowę jak najszybciej, jedynym łącznikiem pomiędzy Lucasem a nim była Meg i nie chciał rozmawiać na temat ich rozstania. Ku jemu zaskoczeniu rozmowa była bardzo przyjemna. Lucas – mężczyzna, który prawdopodobnie nigdy nie przeszedł w życiu miłosnego zawodu i zdrady, okazał mu wiele zrozumienia i ciepła. Ciepła, które brzmiało w jego głosie, nawet w chwili, kiedy Stuart kategorycznie odmówił przyjścia do kościoła. „Pamiętaj, najważniejsze w życiu, to umieć przeczekać”, powiedział Lucas na zakończenie rozmowy. „Gdybyś potrzebował pomocy, kontaktów albo pieniędzy, daj mi znać, chętnie ci pomogę, wiem przecież że masz talent”. Odkładając słuchawkę Stuart pomyślał, że ma szczęście do ludzi. Jedyną osobą na której się zawiódł był Ian, który od miesięcy nie odzywał się do niego.

Boże Narodzenie i Sylwestra spędził z Tomem. Od kilku dni przestał pracować w szkole, był więc wolnym człowiekiem i nie mógł doczekać się pierwszego koncertu na początku stycznia w Melbourne. Przez szczęśliwy przypadek udało mu się podnająć mieszkanie kuzynce Toma, która przyjechała na studia do Sydney. „Powoli wszystko samo się układa”, pomyślał patrząc na pełnię księżyca za oknami mieszkania.

Cdn.

Amor, Amor…

Krystyna Koziewicz

Amory

Historie miłosne, okazuje się, mają sporą poczytność, sama tego na tym blogu doświadczyłam jakiś czas temu. Być może jest tak, bo niejeden z nas chciałby dowiedzieć się, jak wygląda u innych miłość, jak wygląda życie kochającej się pary? Mówi się, że miłość zaślepia, ale kto wie, może jednak coś, nie widząc, widzimy, może konfrontując się z naszymi uczuciami, dowiadujemy się nieco więcej o sobie?

Obserwując znane mi szczęśliwe pary, zauważam jedną wspólną cechę, sprzyjającą długiemu pożyciu. Otóż, akceptacja partnera takim, jakim jest, bez próby wywierania nacisku i wymagania zmian oraz spora dawka osobistej wolności.

Przykładem niech będzie poniższa historia.

W domu, w którym mieszkam, pojawił się osiem lat temu nowy bywalec, nieco dziwacznie ubrany, wyglądem przypominający clocharda, ale uprzejmy, grzeczny, pozdrawiał wszystkich napotkanych ludzi. Niekiedy zdarzało się, że mijaliśmy się na korytarzu, w bramie wejściowej czy na ulicy. Pewnego razu, staliśmy oboje przed wejściem do naszego domu, moją uwagę przykuła gestykulacja owego gościa, który przesyłał całusy komuś z ostatniego piętra. Spojrzałam dyskretnie w górę i własnym oczom nie wierzyłam – ten ktoś miłośnie pozdrawiał moją polską sąsiadkę, panią, która liczyła sobie p0nad 75 wiosenek. I owszem, miała sympatyczny wyraz twarzy, gładką jasną cerę, która odmładzała ją o dobre dziesięć lat… Wiele lat była samotna, cieszyłam się więc, że po wielu, wielu latach życia w samotności znalazła bratnią duszę. Tylko dlaczego związała się z bezdomnym?, zastanawiałam się.

No tak, jak pamiętam – zawsze miała dobre serce dla ludzi w potrzebie, regularnie wysyłała pieniądze do Afryki, wpłacała datki dla rozmaitych fundacji charytatywnych. Pomyślałam sobie, że to jej misja życiowa – pomagać innym. Zatem nie powinno mnie było dziwić, że zajęła się facetem z tzw. marginesu społecznego. W skrytości bałam się jednak, że zostanie podstępnie wykorzystana.

Z moją sąsiadką spotykałyśmy się dawniej na kawę, czasem na obiad, raz u mnie, raz u niej. Od jakiegoś czasu nie było pogaduszek, co świadczyło, że aktualnie nie jest to towarzysko konieczne.

W dalszym ciągu widywałyśmy się jednak w windzie czy przed budynkiem, zatrzymywałyśmy się na krótkie pogaduszki. Za którymś razem przyznała, że poznała mężczyznę o 28 lat młodszego, który zwyczajnie zagadał ją na ulicy, zapraszając na kawę do pobliskiej kawiarenki. Od tej pory znajomość zaczęła się stopniowo rozwijać, on potrzebował kogoś z kim mógłby porozmawiać, ona tak samo. Lubił wypić, ale na wesoło – jak powiadała. Nie był alkoholikiem, pił piwo wieczorami, które mu szumiało w głowie do następnego dnia. Zakazała mu jednak odwiedzin, jeśli był pod wpływem alkoholu, nie otwierała drzwi. Była w swej decyzji konsekwentna, facetowi chyba zależało na niej, skoro był trzeźwy – przynajmniej w dzień wizyt.

Wygląd mężczyzny, jak sama stwierdziła, jej nie przeszkadzał. Chwaliła go za zamiłowanie do porządku i higieny osobistej. Na moje oko z wyglądu przypominał skrzyżowanie świętego Mikołaja z kimś, kto dopiero wyszedł z lasu, takie sympatyczne straszydełko. Włosy sięgały mu do tyłka, niekiedy związane w kucyka, broda długa, cieniutka, jak mysi ogonek, szerokawe spodnie majtające podczas chodzenia. Ponieważ był bardzo miły, nikt w okolicy go nie zaczepiał, grzecznie się odkłaniano. Na mój widok okazywał radość, pewnie zmiarkował, że jestem rodaczką jego oblubienicy.

W bloku komentowano ten związek, i z uwagi na wygląd, i różnicę wiekową. Moja sąsiadka, Turczynka, zazdrościła, że taka stara i ma miłość, a ona po czterdziestce i zero seksu od dziesięciu lat.

Co się okazało, związek tej starszej kobiety z młodszym partnerem z roku na rok rozkwitał coraz intensywniej. Sąsiadka pochwaliła się, że miło spędzają razem czas, grając w karty, oglądając filmy przyrodnicze, na dyskusjach, rozmowach podczas spaceru po parku. Raz się wygadała z lekkim uśmieszkiem, że za bardzo ją niekiedy „męczy”, ale co mam zrobić?, powiedziała pytająco. To była jedyna słodka skarga na faceta. Spotykali się codziennie i widać było, że czerpią radość z tego bycia razem. Od sąsiadki słyszałam same zalety i zachwyty o partnerze, widziałam, że jest zadowolona. Rozstawali się zazwyczaj po południu, ponieważ on lubił programy sportowe i muzyczne, ona z kolei lubiła rozwiązywać krzyżówki i robótki ręczne.

Niestety, historia tej niezwykłej znajomości niedawno się zakończyła, przetrwała osiem lat i trwałaby do tej pory, gdyby nie postępująca demencja sąsiadki. Od roku objawy stawały się niebezpieczne dla życia. Parę razy straciła orientację w mieście, gubiła pieniądze, drogę do lekarza, o mało nie spaliła własnego mieszkania. Mężczyzna opiekował się nią troskliwie, jednak stwierdził, że potrzebuje fachowej pomocy. Wezwał rodzinę z Polski.

Podczas ostatniej wizyty synów, kiedy już nie rozpoznała swoich bliskich, dzieci zadecydowały, że zabiorą matkę do Polski i umieszczą w domu opieki. Było mi smutno, kiedy się o tym dowiedziałam, nie miałam okazji pożegnać się z nią – tak szybko została zabrana.

Po wyprowadzce sąsiadki ciekawiło mnie, co się stało z jej facetem, bo przestałam go widywać, a mieszka w pobliżu. Od innej zaprzyjaźnionej sąsiadki dowiedziałam się, że ów mężczyzna strasznie rozpacza, całkowicie załamał się, popadł w depresję i nie wychodzi z domu. Ponoć ciężko się rozchorował. A może powrócił do nałogu?

No cóż, jedno muszę stwierdzić – na pewno połączyło ich piękne uczucie – chęć bycia razem. Dawali sobie to, czego każde z nich potrzebowało – siebie nawzajem.

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 4

Przekraczając granice

Amnezyjne podsumowanie

wpis z 17 kwietnia 2016 roku

Teksty dotyczące utraty pamięci i pierwszych dni po tym zdarzeniu zakończyłem w momencie wylotu do kraju.

A jak sytuacja wygląda teraz, po pewnym już czasie? Jak pewnie się domyślacie, pierwsze tygodnie upłynęły mi na ciągłych wizytach u lekarzy. Wiele pytań, skanów, prześwietleń i badań krwi.

Moje ciało powoli już wraca do normy, rany fizyczne pogoiły się (zostały jedynie blizny), wyniki krwi na początku odbiegające od normy, teraz do niej już wracają, jednym słowem fizycznie czuję się już znacznie lepiej.

No dobra, a co z pamięcią i psychiką, spytacie? Czy wróciła mi już pamięć?

Niestety pamięć jako taka na razie mi jeszcze nie wróciła, wracają, jak to określili lekarze, tak zwane automatyzmy. Co to dokładnie oznacza? Nauczyłem się ponownie, jak obsługiwać telefon czy komputer (zajęło mi to w sumie kilka dni, ale to wróciło), idę w dobrym kierunku, choć nie wiem, dlaczego go obrałem itp. Moje ręce, nogi i inne części ciała przypomniały sobie, co należy robić w danych sytuacjach, nawet tych bardziej skomplikowanych. Choć, nie ukrywajmy, daleko im jeszcze do doskonałości, ale przynajmniej widać już poprawę.

badanie 1

Lekarze są zgodni, wyniki badań i postępy, które czynię dobrze rokują na przyszłość. Pamięć powinna mi wrócić w przeciągu kilku miesięcy. Fajnie, ale to jednak mi nie wystarcza, ja chciałbym, aby wróciła JUŻ. Wygląda na to, że w tej sprawie jestem niecierpliwy jak małe dziecko, które chce dostać zabawkę lub wyjść na dwór.

Dzięki pomocy przyjaciół, znajomych i rodziny zaczynam powoli składać swoje „stare” życie w całość, ale, jakby nie było, to jest to ich wizja mojego życia. Czy takie właśnie było? Czy ja je tak widziałem i odczuwałem? Tego nie wiem, pozostaje to dla mnie cały czas zagadką i pewnie nic się nie zmieni do czasu, aż odzyskam „swoje” wspomnienia.
Lekarze studzą moje nadzieje z tym związane i twierdzą, że to będą kolejne, pojawiające się w różnej kolejności, skrawki, które będę układał niczym wielkie życiowe puzzle. Nic nie stanie się tak naraz, jak za dotknięciem różdżki. Co więcej, mogą pozostać jakieś fragmenty, które będą dla mnie długo, lub nawet na zawsze okryte mgłą zapomnienia.

Podobno najważniejsze jest teraz dla mnie unikanie stresu. Łatwo się mówi, spróbujcie się nie stresować, gdy z prawie czterdziestu trzech przeżytych lat pamiętacie tylko dwa miesiące i gdy co niektórzy naciskają, żebyście przypomnieli sobie dokładnie jakąś rzecz, bo to ważne. Cholera, przecież wiem, że to ważne i co z tego, jak w głowie mam pustkę.

No dobrze, tyle o pamięci. Słyszę też często pytania, jak się z tym czuję psychicznie. No cóż, tu bywa różnie, są lepsze i gorsze dni, chwile radości i chwile zwątpienia. Całe szczęście, że stanowczo w moim życiu przeważają ludzie mi przychylni, którzy już dużo mi pomogli, podtrzymali na duchu i na bieżąco dalej to robią. Trafiło mi się gdzieś takie stwierdzenie „Prawdziwym bogactwem człowieka, są jego przyjaciele” (nie jestem pewien, czy dokładnie to zacytowałem, ale sens był właśnie taki), dziś mogę się pod nim podpisać obiema rękami. Gdyby nie oni, mój stan psychiczny byłby dużo gorszy.

Ostatnie wydarzenia zweryfikowały tez listę osób mi bliskich, czasami na korzyść, a czasami wręcz odwrotnie. Świat potrafi zaskakiwać, ale to dobrze, gdyby tak nie było, nasze życie byłoby monotonne i mdłe jak niedoprawiona potrawa.

badanie 2

Na tym kończę to krótkie amnezyjne podsumowanie i wskakuję w buty, lekarze doradzają mi dużo wychodzenia z domu i spacerów ulicami miasta, które powinienem znać jak własną kieszeń, bo przeżyłem w nim połowę swojego życia, a niestety tak nie jest. Plusem tego powtórnego odkrywania jest jednak na pewno to, że podczas tych wypadów oczyszczam umysł i po powrocie mogę go katować, po raz kolejny, obrazami utrwalonymi na fotografiach, filmach i opowiadaniach z mojego życia. Mój mózg musi teraz pracować na podwójnych obrotach, nie mogę dać mu zapaść w niebyt rozkosznej laby. Ciągłe pobudzanie tej szarej masy przyczyni się podobno do szybszego powrotu pamięci, tak aby pytanie „A pamiętasz jak…?” nie było już koszmarem.

Dopisek po roku za tydzień

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 3

Przekraczając granice

“Myślał indyk o niedzieli…”

Wpis z 29 marca 2016 roku

Pora na zakończenie mojej „pamiętliwej” marokańskiej historii, która choć czasami brzmi jak skrócony scenariusz filmu, to jednak dla mnie była prawdziwym horrorem, choć dzięki niej dowiedziałem się ilu wspaniałych ludzi jest moimi przyjaciółmi i znajomymi. Ale żeby nie przeciągać, przechodzę do relacji.

I nastała sobota, dzień w którym miałem opuścić Maroko i polecieć do Berlina, skąd mieli mnie odebrać przyjaciele i zawieźć do Polski. Wstałem skoro świt, pakować nie było co, więc po prysznicu udałem się do restauracji na śniadanie. Byłem pierwszy, nawet jeszcze nie wszystko zostało powykładane na szwedzki stół. Wziąłem płatki owocowe i zalałem je mlekiem, potem wypiłem sok pomarańczowy i już byłem gotowy do drogi. Przez następne trzydzieści minut chodziłem po pokoju jak dziki lew (a właściwie lwica, lwy są podobno bardzo leniwe) w klatce, w końcu zadzwonił telefon – podstawiono dla mnie taksówkę i przyszła moja opiekunka.

Jak ja się cieszyłem, po wymeldowaniu mnie z hotelu wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy w kierunku lotniska, znajdującego się poza miastem. Po około 30 minutach jazdy, które upłynęły mi na ciekawej rozmowie z moja opiekunką, stanęliśmy przed lotniskowym wejściem. W Agadirze pierwsze bramki bezpieczeństwa są już na wejściu do budynku, ale to raczej takie lipne zabezpieczenie. Gdy przez nie przechodziłem miałem scyzoryk i dużą metalową sprzączkę od paska, wiec odezwał się sygnał, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

W związku z tym, że nie rozpoczęto jeszcze odprawy, usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku i wypiliśmy kawę, kontynuując rozmowę. Po chwili konwersacji mogliśmy już ruszyć po wyczekiwany przeze mnie stempel wyjazdowy na karcie pokładowej, którą miałem już wydrukowaną i ściskałem kurczowo w ręce.

I w tym właśnie momencie sprawdziło się przysłowie „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli”, gdy podeszliśmy do pani, która z pięknym uśmiechem miała mnie odprawić, ta spojrzała na bielejący na mojej głowie bandaż i zapytała, czy mam pozwolenie od lekarza na lot samolotem (no jakże bym mógł mieć, skoro konsul stwierdziła, że nie będzie potrzebne). Po próbach wyjaśnienia podejmowanych przez moja opiekunkę, skierowano nas do szefa rzeczonej pani, który również kategorycznie odmówił wpuszczenia mnie na pokład samolotu bez zaświadczenia lekarskiego, na nic zdała się również jego rozmowa z Konsul RP, powiedział nie i koniec.

Całe powietrze ze mnie uszło, myślałem że tam padnę – fatum jakieś czy co. Dobrze, że miałem kogoś, kto mnie pocieszył na miejscu i dodał otuchy. Jeden telefon i nasza rządowa przedstawicielka poprosiła moja opiekunkę, by wróciła ze mną do hotelu, a ona postara się załatwić lekarza na cito. Szybko ruszyliśmy na postój i dogadaliśmy się z taksówkarzem co do ceny (200 dh). W połowie trasy, gdy byliśmy już na dwujezdniowej drodze przedzielonej pasem zieleni, w torebce mojej opiekunki odezwał się telefon. Dzwoniła pani Konsul RP z pytaniem, czy jeszcze jesteśmy na lotnisku, gdy usłyszała, że nie, poprosiła byśmy zawrócili, bo najprawdopodobniej jakiś lekarz podjedzie tam do nas. Zapaliło się jakieś zielone światełko w mojej głowie. Kierowca nie widział problemu stanął na środku drogi, a potem nie namyślając się długo, zawrócił przez pas zieleni i już jechaliśmy z powrotem. Gdy wpadliśmy na halę lotniska usiedliśmy i czekaliśmy na obiecanego lekarza. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach zadzwoniła znowu pani Konsul RP i stwierdziła, że musimy jednak jechać do hotelu, gdzie będzie na nas czekać sekretarka konsula honorowego i zaprowadzi mnie do lekarza, który wyda stosowne zaświadczenie. W dalszym ciągu mieliśmy jeszcze czas, choć kurczył się on nieustannie.

glowa

Po dojechaniu na miejsce, udaliśmy się z miłą sekretarką (przypominam, że znała tylko arabski i francuski) do prywatnego gabinetu neurologa, na którego musieliśmy poczekać około 30 minut ponieważ… kończył operację w pobliskim szpitalu. Gdy już dotarł na miejsce, wydał mi skierowanie na tomograf, prawie biegiem udaliśmy się do pobliskiej kliniki, prowadzonej przez przyjaciela rzeczonego neurologa, gdzie bez kolejki dostałem się do pomieszczenia, w którym mój mózg miał zostać prześwietlony. Kiedy zostałem już wygodnie ułożony, usztywniono mi głowę i zacząłem powoli wjeżdżać do wielkiej plastikowej rolki (tak mi się to skojarzyło wtedy), zacząłem się śmiać, bo pomyślałem sobie, że pewnie zaraz wszystko się popsuje i badanie się odwlecze i nie zdążę na samolot. No cóż mam chyba jakieś zdolności paranormalne, czyżbym był jasnowidzem?

Urządzenie co prawda działało bez zarzutu, ale zanim otrzymaliśmy kliszę z przekrojami mojej głowy, a potem zaświadczenie o braku przeciwwskazań do podróży lotniczych, do mojego odlotu zostały dwie minuty. Nie było już więc sensu jechać na lotnisko. Choć starałem się robić dobrą minę, w środku mnie wszystko się gotowało, byłem zły i zrezygnowany zarazem. Poza tym zostałem znowu bez pieniędzy – badania w prywatnych klinikach nie należą do tanich, choć podobno i tak policzyli mi stawki minimalne. Neurolog wypisał mi też receptę na leki i zdjął bandaż, stwierdzając, że wystarczą plasterki ściągające, które… mam sobie kupić razem z lekami w aptece. K…a, za co pomyślałem, całe szczęście, że była przy mnie moja opiekunka, która miała anielską cierpliwość i ogromną przebojowość. Wyłuszczyła cały problem sekretarce konsula honorowego i wprost wymusiła na niej, żeby ta zapłaciła za potrzebne medykamenty, jednocześnie skontaktowała się z panią Konsul RP, aby załatwić sprawę mojego dalszego pobytu w Maroko, do chwili kolejnego, bliżej nie określonego jeszcze w czasie wylotu do Polski.

Po kilkunastu minutach wszystko było jasne, leki wykupione, a ja wróciłem do tego samego hotelu, choć pokój dostałem inny. Personel witał mnie jak stałego bywalca, a wszyscy się wesoło uśmiechali. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że spędzę tu kolejne trzy dni (dzięki dla przyjaciół w biurze turystycznym, którzy tak ekspresowo załatwili mi bilet lotniczy), a moja rodzina po raz kolejny przeleje pieniądze. No dobra, dotrą w poniedziałek, a jedyne ciuchy założyłem w piątek, już myślałem w sposób cywilizowany, więc zauważyłem ten problem. Okazało się, że moja opiekunka jest niezastąpiona, sama udała się na miejscowy targ, gdzie, za własne pieniądze, zakupiła mi bieliznę, oraz koszulkę (oczywiście wcześniej spytała o rozmiar). Gdy je przyniosła nawet pozwoliła sobie na mały żarcik, twierdząc, że nie wiedziała jaki kolor lubię, więc kupiła wszystko różowe, niech będzie pomyślałem, wstydliwy nie jestem, więc może być róż. Okazało się jednak, że różu tam nigdzie nie było, koszulka była czarna i pasowała idealnie, reszta też była w porządku.

Pozostałe do wylotu dni spędziłem na spotkaniach i spacerach z moją opiekunką, dzięki temu poznałem Agadir i trochę odpocząłem psychicznie. Brak pamięci był nawet jednego z tych dni powodem śmiesznej sytuacji. Gdy wyszedłem do lobby na spotkanie opiekunki okazało się, że wszystko udekorowane jest na czerwono, a na szybach porozwieszane były serca – jak pewnie już się domyślacie były to walentynki. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że to również trochę moje święto, ponieważ święty Walenty jest też patronem… chorych umysłowo (a jakby nie było, amnezja dotyczy też umysłu). Dzień przed wylotem dowiedziałem się, że moja opiekunka niestety nie będzie mogła ze mną pojechać na lotnisko i towarzyszyć mi będzie sekretarka konsula honorowego.

I tak nadszedł wtorek, dzień kolejnego mojego wylotu. Myślicie, że było łatwo? Chyba już wiecie, że tak nie mogło być, ale nie będę Was trzymał w niepewności do kolejnego dnia.

Rano odjechałem taksówką z hotelu żegnany przez uśmiechnięty personel, towarzyszyła mi oczywiście znana już sekretarka konsula honorowego. Kobieta miła, uśmiechnięta, z którą niestety nie mogłem porozmawiać, gdyż mój zasób słów francuskich to: bonjour, bonsoir, d’accord, oui, oraz, i tu Was zadziwię, la paille (skąd to wiem nie mam bladego pojęcia).

Pierwsze moje zdziwienie nastąpiło, gdy taksówka zatrzymała się nagle na środku drogi, a pani sekretarka otworzyła drzwi i wysiadła (pomyślałem sobie – może straciłem pamięć, ale to na pewno nie jest lotnisko), okazało się, że chciała się przesiąść na przednie siedzenie, bo raziło ją słońce. OK, myślę, jedziemy dalej, będzie dobrze, hmm… źle może nie było, ale taksówka znów się zatrzymała, a pani sekretarka znowu wysiadła, co jest grane pomyślałem – przecież nie ma już gdzie się przesiąść. Za chwilę wszystko było jednak jasne, kobieta wyskoczyła na chwilę zrobić… zakupy w pobliskim sklepie.

Gdy już dotarliśmy na lotnisko i podeszliśmy do stanowiska odprawy, pokazałem wydrukowaną kartę pokładową, wraz z zaświadczeniem od lekarza i… okazało się, że pani to nie wystarczy, musimy udać się do jej szefa. Cholera, scenariusz znowu się powtarza, to pierwsze, co przyszło mi na myśl. U szefowej wywiązała się zażarta rozmowa miedzy nią a sekretarką, która nagle została odsunięta, a mnie spytano po angielsku, czy sobie sam poradzę w samolocie – a tu cię mam pomyślałem – oczywiście, że sobie poradzę. Szefowa myślała, że będzie przebiegła i spytała, jaki jest mój ostateczny cel podróży – odpowiedziałem z uśmiechem, że Polska, na to ona z triumfującym wyrazem twarzy – a samolot leci przecież do Berlina, to ja na to – z Berlina odbiorą mnie przyjaciele. Chwilę pomyślała i kazała nam wyjść z gabinetu i udała się do innych drzwi, po chwili dowiedziałem się, że kontaktowała się z kapitanem samolotu, czy ten pozwoli mi wejść na pokład. Na moje szczęście wyraził zgodę.

Reszta to był już pikuś, kolejne dwie bramki, strasznie przyglądający mi się pogranicznik (no tak w paszporcie byłem gładko ogolony, a przed nim stał facet z pokaźnym zarostem na twarzy) i już czekałem na samolot.

Lot minął mi spokojnie, a przyjaciele czekali już na mnie z utęsknieniem.

***
W jednym z komentarzy pod wpisem autor napisał: Lekarze są dobrej myśli, więc i ja jestem przepełniony nadzieją, że wszystko wróci. Strach już mi minął, czasami wkrada się jeszcze zwątpienie i zdezorientowanie, ale walczę z tym, a dzięki pomocy przyjaciół, znajomych, a czasami i osób postronnych, składam swoją przeszłość do kupy.
Jedno wiem, na pewno zdarzenie, które mnie spotkało nie zabiło we mnie pasji do podróży, gdy słyszę relacje znajomych, gdy przeglądam mojego bloga oraz wykonane przeze mnie zdjęcia, twierdzę, że świat jest piękny i warto go poznawać. Ja teraz robię to na nowo, na razie poznaję miasto, w którym się wychowałem, potem, gdy już przejdę proces rekonwalescencji (a więc raczej w przyszłym roku) mam zamiar odwiedzić miejsca, które podobno bardzo lubiłem – Włochy i Paryż.
Ważne jest też dla mnie to, że wiem, że wokół mnie jest wiele życzliwych osób, które kibicują mi w powrocie do zdrowia, dodaje to naprawdę dużo siły.

Za tydzień – podsumowania, sprzed roku i po roku…

Stuart 26

Joanna Trümner

I drink good coffee every morning
Comes from a place that’s far away
And when I’m done I feel like talking
Without you here there is less to say
Don’t want you thinking I’m unhappy
What is closer to the truth
If I lived till I was a hundred and two
I just don’t think I’ll ever get over you

Codziennie rano piję dobrą kawę,
Która pochodzi z dalekiego miejsca,
A kiedy po kawie chcę z kimś porozmawiać
Bez ciebie mam mniej do powiedzenia.
Nie chcę, byś myślała, że jestem nieszczęśliwy
Chociaż to jest bardzo bliskie prawdy.
Nawet jeśli dożyję do lat stu i dwu
Nie pogodzę się z tym że odeszłaś

 I Just Don’t Think I’ll Ever Get Over You, Colin Hay

Nowy etap

Stuart rozgościł się na dobre u Toma. Mieszkanie pod jednym dachem z przyjacielem, które miało być tylko czasową prowizorką, trwało kilka tygodni i bardzo ich do siebie zbliżyło. Tom był prawdziwym przyjacielem – nie tylko słuchał godzinami zwierzeń i dzielił smutek, przejął również niewdzięczne zadanie skontaktowania się z Meg i odebrania od niej dwóch walizek z rzeczami i – oczywiście – gitary. Chociaż Tom nigdy nie okazał, że wspólne mieszkanie stało się dla niego problemem i nigdy nie zapytał się o jego dalsze plany, Stuart zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma prawa wystawiać tej przyjaźni na dłuższą próbę i codziennie obiecywał sobie w duchu, że zmobilizuje resztkę energii i zajmie się szukaniem mieszkania.

Tym razem szczęście uśmiechnęło się do niego, na tablicy z ogłoszeniami w kiosku, gdzie codziennie kupował gazetę i papierosy, znalazł informację o wolnym mieszkaniu w okolicy. Tego samego dnia zadzwonił pod podany numer telefonu i w kilka dni później podpisał umowę o wynajęciu mieszkania w bezpośrednim sąsiedztwie Toma.

W tym małym, dwupokojowym mieszkaniu zaczynał swoje nowe życie, życie po Meg. Przez kilka następnych tygodni był tak zajęty remontem mieszkania, szukaniem mebli i niezbędnych do życia rzeczy, że ze zdziwieniem stwierdził, że zdarzają się dni, kiedy dziewczyna ani razu nie pojawiła się w jego myślach. Kiedy mieszkanie było już urządzone, podczas pierwszych samotnych wieczorów w nowym miejscu, myśli o Meg powróciły jednak i były tak intensywne, jakby przez ostatnie tygodnie drzemały w jego głowie zbierając siły na powrót.

Walczył z nimi biorąc do ręki gitarę. Komponował nowe piosenki pełne melancholii i smutku, zastępujące łzy i godzinami zastanawiał się nad tym, w którym momencie ich związku coś zaczęło się między nimi psuć, czego nie zauważył, gdzie popełnił błąd. Z nienawiścią i niemocą myślał o lekarzu, dla którego Meg go zostawiła. Oczami wyobraźni widział scenę, w której mężczyzna po raz pierwszy całuje jego dziewczynę siedząc na łóżku w pokoju w szpitalu. Im bardziej starał się przejąć kontrolę nad tymi myślami i zapomnieć, tym bardziej docierał do niego ból i rozczarowanie. Powtarzane przez Toma wielokrotnie słowa pocieszenia, o czasie, który leczy rany brzmiały w jego uszach jak szyderstwo. Jego ból stawał się z każdym dniem coraz mocniejszy. Były dni, kiedy nie potrafił nawet na chwilę wyjść z labiryntu złych myśli.

Doszło do tego, że z niechęcią obserwował rozwijającą się na jego oczach historię miłosną pary uczniów w jednej jego klas. Widział, jak wymieniają spojrzenia, jak nie mogą doczekać się przerwy, żeby w końcu móc chodzić po korytarzach szkoły trzymając się za ręce i obnosić się ze swoją miłością. Chciał podejść do nich, wziąć ich na bok i powiedzieć, żeby dali sobie spokój, zrezygnowali z marzeń o tym, że razem przejdą choćby część życia, że to nie ma sensu. „Niech się sami o tym przekonają”, pomyślał przywołując się do porządku. Dyrektor szkoły zauważył, że Stuart często jest nieobecny duchem i że nie wkłada już w zajęcia tyle serca, co kiedyś. Widząc, że stał się rozdrażniony, wymagający i niesprawiedliwy wobec uczniów, że przestał być jednym z najbardziej lubianych nauczycieli w szkole, zaprosił go na rozmowę do swojego gabinetu.

„Czy ma Pan jakieś kłopoty? Mam nadzieję, że narzeczona już wyszła ze szpitala”, zaczął niezręcznie rozmowę. „Rozstaliśmy się”, odpowiedział Stuart, dziwiąc się równocześnie, że w tych dwóch słowach można było zamknąć cały ten koszmar, który przeżywał od kilku miesięcy. „Myślałem, że stało się coś gorszego. A przez takie rozstania każdy z nas musi co najmniej raz przejść”, skomentował, zaskakując Stuarta ponownie swym brakiem wyczucia. „Ja cię na szczęście nie muszę już długo znosić”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet dyrektora. Podjął decyzję, że ten rok szkolny będzie ostatnim rokiem pracy jako nauczyciela. Tom wyperswadował mu natychmiastowe zrezygnowanie z tej pracy, wiedział, jak bardzo przyjaciel potrzebował w swojej obecnej sytuacji codziennej rutyny i regularnych zadań. Ta rutyna broniła go od całkowitego skupienia się na złych myślach i od ucieczki w alkohol.

Przez pierwsze tygodnie po rozstaniu Stuart wypijał co wieczór pół butelki whisky. Czasami sam się dziwił, że rano jest w stanie wstać i pójść do pracy. Pewnego wieczoru zdecydował się zadzwonić do Kate i w końcu poinformować swoją rodzinę o zmianach. Siostra zaniemówiła, a kiedy w końcu odzyskała głos, powiedziała: „A ja zawsze myślałam, że Wam się nic takiego nie może się zdarzyć. To było aż zbyt idealne, takie na zawsze”. „Ja też tak myślałem”, odpowiedział drżącym głosem. „Uważaj na siebie i staraj się nie pić”, zakończyła rozmowę Kate. W tym momencie Stuarta opanowało dziwne uczucie ulgi, z wdzięcznością pomyślał o tym, że w oddalonym o tysiące kilometrów od Sydney Berlinie ktoś będzie codziennie o nim myślał i martwił się o niego.

Kryzys, w którym się znalazł, był testem dla ludzi, którzy do tej pory byli dla niego najważniejsi. Egzaminem, który nie wszyscy przyjaciele zdali. Spotkanie z Ianem było dla niego wielkim rozczarowaniem. Ian podsumował nową sytuację przyjaciela słowami: „Nie pomogę ci, niestety, ja sam ledwo co wychodzę na prostą i nie chcę się obciążać problemami innych ludzi”. „Meg nigdy za nim nie przepadała, mówiła, że jest Narcyzem. Czy zawsze będę patrzył na ludzi jej oczami?”, zastanawiał się. „No cóż, na razie trzeba sobie tę znajomość odpuścić, może to zresztą moja wina, nikt nie przepada przecież za towarzystwem ludzi smutnych, złamanych, nie wiedzących co dalej ze sobą zrobić?”

Z Anglii wpłynęły na konto pieniądze ze spadku po wujku Stuarcie. „W zasadzie moje życie powoli się układa”, powiedział do Toma podczas wspólnego wypadu na plażę. „Nagle jestem zamożny, mam nowe mieszkanie i pracę. I w końcu wiem, czego w życiu chcę. Jedyne, czego brakuje, to kobieta, której będę mógł znowu zaufać”. „Tego od losu nie można wyegzekwować”, skomentował Tom z żalem w głosie.

Nadeszły wakacje i Święta Wielkanocne. Tom wyjechał na tydzień do rodziny w Adelajdzie i powierzył przyjacielowi opiekę nad swoim mieszkaniem i kotem. Mimo obaw Stuarta, że przez nadmiar wolnego czasu nie będzie potrafił wyjść z labiryntu swoich myśli, tydzień w mieszkaniu Toma był dla niego bardzo dobrym czasem. W końcu potrafił się skoncentrować na pisaniu nowych utworów. Muzyka zajmowała go tak bardzo, że bywały dni, kiedy ani przez moment nie przeszło mu przez głowę pytanie, co teraz może robić Meg. Obecność kota była dużą radością. Zwierzę siedziało koło niego, gdy grał na gitarze nowe akordy i obserwowało go zaciekawionym wzrokiem, tak jakby chciało powiedzieć: „To niezłe” albo „Coś tu trzeba zmienić”. Stuart ze zdziwieniem stwierdził, że będzie mu brakowało zwierzęcia ocierającego się o jego nogi, przytulającego się do niego w najmniej spodziewanych momentach i czekającego na jego pojawienie się w drzwiach.

Miał teraz czas, żeby się zastanowić nad kolejnymi krokami w życiu. Zdecydował, że podczas wakacji uda się w podróż po Australii. Zacznie od występów w knajpach. Mieszkania w Sydney na razie nie zlikwiduje, może je przecież komuś podnająć. Nagle zobaczył swoją przyszłość w sposób bardzo wyrazisty. Dało mu to tyle siły i spokoju, że zebrał się na odwagę i zadzwonił do Meg. Umówił z nią termin odebrania wreszcie reszty rzeczy z mieszkania. Po raz pierwszy od czterech miesięcy miał ją zobaczyć. Bał się tego spotkania, nie wiedział, czy nie będzie przy tym jej nowego partnera. To byłoby dla niego najgorszym scenariuszem. Bał się swojej reakcji, tego, że będzie ją prosił o powrót, o litość dla wspólnych lat, o miłość.

A kiedy w końcu znalazł się w mieszkaniu, które jeszcze do niedawna było jego wspólnym domem z Meg, wiedział, że to jeden z najtrudniejszych dni w jego życiu. Rozmawiali ze sobą jak dwójka ludzi, którzy chcą jak najszybciej zejść sobie z oczu. Resztka rzeczy Stuarta stała w dwóch walizkach w korytarzu. „Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi”, powiedziała na pożegnanie. „Powodzenia”, odpowiedział, wiedząc, że nie wyobraża sobie spotkania jej jeszcze kiedykolwiek.

Cdn.