Kocie zagadki

Koty w pomorskiej wiosce Poczernin. Jest to jedyna w Polsce wieś, gdzie istnieje oficjalny, kościelny ośrodek leczenia za pomocą egzorcyzmów. Egzorcystów kościelnych jest w Polsce kilkuset, ale tylko jeden ośrodek. Mieści się w starym młynie, obok zbudowano mały klasztor i erem. Gdy byłyśmy tam z koleżanką w grudniu 2017 roku, budowano właśnie obok centrum pielgrzyma. 
Ale dość już o egzorcystach, przechodzimy do zagadek. Proszę podać tytuły i autorów książek, z których pochodzą te cytaty. Zdjęcia mają się nijak do tego, o co chodzi w cytatach. Po prostu nadeszła pora, żeby je wreszcie wstawić do jakiegoś wpisu…


1.

Trzecim w tej kompanii był kocur, który nie wiadomo skąd się wziął, wyposażony w zawadiackie wąsy kawalerzysty, olbrzymi jak wieprz, czarny jak sadza lub gawron. Cała trójka ruszyła w ulicę Patriarszą, przy czym kocur szedł na tylnych łapach.
Iwan pobiegł za łajdakami i od razu przekonał się, że dogonić ich będzie bardzo trudno.
Trójka błyskawicznie przemknęła przez ulicę i znalazła się na Spirydonowce. Choć Iwan nieustannie przyspieszał kroku, odległość miedzy nim a ściganymi nie zmniejszała się. Poeta ani się obejrzał, jak przemierzył Spirydonowkę i znalazł się przy Bramie Nikickiej, a tam jego sytuacja znacznie się pogorszyła. Tu już było tłoczno. W dodatku szajka złoczyńców właśnie postanowiła zastosować wypróbowany bandycki fortel i uciekać w rozsypce. Regent nader zręcznie wprasował się do autobusu, który na pełnym gazie pędził w kierunku placu Arbackiego, i umknął. Iwan, zgubiwszy jednego ze ściganych, całą uwagę skoncentrował na kocurze i zobaczył, że dziwny ów kot podszedł do drzwi wagonu motorowego linii “A”, który stał na przystanku, bezczelnie odepchnął wrzeszczącą kobietę, chwycił za poręcz i nawet wykonał próbę wręczenia konduktorce dziesiątaka przez otwarte z powodu upału okno.
Zachowanie się kota wstrząsnęło Iwanem do tego stopnia, że zastygł nieruchomo obok sklepu kolonialnego na rogu i wtedy zdumiał się po raz drugi, i to znacznie silniej, tym razem za przyczyną konduktorki. Ta, skoro tylko zobaczyła włażącego do tramwaju kota, wrzasnęła dygocąc z wściekłości:
– Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! Psik! Wyłaź, bo zawołam milicjanta!
Ani konduktorki, ani pasażerów nie zdziwiło to, co było najdziwniejsze – nie to więc, że kot pakuje się do tramwaju, to byłoby jeszcze pół biedy, ale to, że zamierza zapłacić za bilet!
Kot okazał się zwierzakiem nie tylko wypłacalnym, ale także zdyscyplinowanym. Na pierwszy okrzyk konduktorki przerwał natarcie, opuścił stopień i pocierając monetą wąsy usiadł na przystanku. Ale gdy tylko konduktorka szarpnęła dzwonek i tramwaj ruszył, kocur postąpił tak, jak postąpiłby każdy, kogo wyrzucają z tramwaju, a kto mimo to jechać musi. Przeczekał, aż miną go wszystkie trzy wagony, po czym wskoczył na tylny zderzak ostatniego, łapą objął sterczącą nad zderzakiem gumową rurę i pojechał, zaoszczędziwszy w ten sposób dziesięć kopiejek.

W kawiarni Coffee Point w Szczecinie.


Drzwi prowadziły do straszliwie zadymionej kuchni. Księżna siedziała pośrodku na stołku o trzech nogach, piastując dziecko. Nad paleniskiem pochyliła się Kucharka, mieszając zupę w wielkim rondlu.
„Stanowcze musi być za dużo pieprzu w tej zupie” – pomyślała dziewczynka powstrzymując się od kichania.
W powietrzu unosiło się również zbyt wiele tej przyprawy. Nawet Księżna kichała od czasu do czasu, dziecko zaś na zmianę kichało i wrzeszczało bez wytchnienia. Jedynymi istotami uodpornionymi na tę ilość pieprzu w atmosferze byli: Kucharka oraz wielki kot, który siedział przy kuchni i uśmiechał się od ucha do ucha.
– Czy nie zechciałaby mnie pani poinformować – odezwała się dziewczynka trwożliwym głosikiem, nie była bowiem pewna, czy powinna odzywać się nie pytana – czy nie zechciałaby
mnie pani poinformować, dlaczego ten kot tak dziwacznie się uśmiecha?
– To jest Kot-Dziwak (…) – odpowiedziała Księżna – i w tym tkwi cała przyczyna. Prosię!
Ostatnie słowo Księżny padło tak nagle i gwałtownie, że dziewczynka aż podskoczyła z
przerażenia. Po chwili jednak zorientowała się, że słowo „prosię” było skierowane do niemowlęcia, nabrała więc znowu odwagi i rzekła:
– Nie sądziłam, że koty-dziwaki tak się uśmiechają. Nie przypuszczałam, że koty w
ogóle umieją się uśmiechać.
– Umieją doskonale – odparła Księżna. – I większość z nich uśmiecha się.
– Nie widziałam nigdy przedtem uśmiechającego się kota – rzekła dziewczynka, zadowolona
z nawiązania rozmowy.
– W ogóle mało jeszcze widziałaś – odpowiedziała Księżna. – I w tym tkwi sedno rzeczy.
(…) nagle ze zdumieniem ujrzała na jednym z pobliskich drzew Kota-Dziwaka. Na jej widok Kot uśmiechnął się swym zwyczajem od ucha do ucha.
„Wygląda raczej dobrodusznie – pomyślała – ale ma jednak bardzo długie pazury i całe mnóstwo zębów, trzeba więc traktować go uprzejmie”.
– Drogi panie Kiciu-Dziwaku – zaczęła raczej nieśmiało, ponieważ nie wiedziała, czy
forma ta przypadnie Kotu do gustu. (Kot uśmiechnął się jeszcze szerzej. Widzę, że mu się
spodobało” – pomyślała dziewczynka). – Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy
powinnam pójść? – mówiła dalej.
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
– Właściwie wszystko mi jedno.
– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
– Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała dziewczynka w formie wyjaśnienia
– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

(…) spojrzała w górę i znowu dostrzegła Kota siedzącego na gałęzi.
– Czy powiedziałaś, że dziecko zmieniło się w prosiaka, czy w psiaka? – zapytał Kot.
– Powiedziałam, że w prosiaka – odparła Alicja. – A w ogóle wolałabym, żeby pan nie
znikał i nie pojawiał się tak nagle. Można od tego zgłupieć.
– Zgoda – rzekł Kot i tym razem zaczął znikać bardzo powoli, zaczynając od końca
ogona, a kończąc na uśmiechu, który pozostał jeszcze przez pewien czas, zawieszony nad
gałęzią.
„Widziałam już koty bez uśmiechu – pomyślała dziewczynka – ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu. To doprawdy nadzwyczajne!”

Zdjęcie to było podpisane “Kot w Iraku”, ale nie wiem skąd je mam i nie wiem, czy to naprawdę kot w Iraku, czy ja to tylko tak sobie wymyśliłam. Kot się nie uśmiecha.


Słuchaj, Kochanie, i dobrze uważaj, bo to, co ci chcę opowiedzieć, działo się przed bardzo dawnymi laty, kiedy zwierzęta obecnie oswojone żyły jeszcze w stanie dzikim. Dziki był Pies i dziki był Koń, i dzika była Krowa, i dzika była Owca, i dzika była Świnia – tak dzika, jak tylko zwierzę dzikim być potrafi. I wszystkie te dzikie zwierzęta chodziły po Wilgotnych, Dzikich Lasach, samotnymi, dzikimi ścieżynami. Ale najdzikszy ze wszystkich dzikich zwierząt był Kot. Sam zawsze chadzał własnymi drogami i było mu wszystko jedno kędy.

Naturalnie, że Człowiek był także dziki. Strasznie dziki. A zaczął się oswajać dopiero wówczas, gdy spotkał Kobietę, która mu powiedziała, że wcale nie ma ochoty prowadzić takiego dzikiego życia, jakie on dotąd prowadził. I zaraz wyszukała ładną, suchą Jaskinię i oświadczyła, że w niej będzie sypiać, a nie na kupie mokrych liści; następnie wysypała całe wnętrze Jaskini suchym, miękkim piaskiem, a w głębi roznieciła ogień; wnijście zaś do Jaskini zasłoniła skórą końską zawieszoną ogonem na dół i rzekła:
– Odtąd, mój Kochany, musisz sobie wycierać nogi wchodząc do mieszkania, bo zaczniemy prowadzić porządny dom.
Tego wieczora, Kochanie, jedli już na kolację pieczeń z dzikiego barana, upieczoną na gorących kamieniach i przyprawioną dzikim czosnkiem i dzikim pieprzem; i dziką kaczkę z dzikim ryżem i dzikim bożym zielem, i dzikim anyżem; i kości szpikowe z dzikiego wołu, i dzikie czereśnie, i dzikie owoce granatu.
A po tej kolacji Mężczyzna położył się w pobliżu ogniska, ogromnie zadowolony i szczęśliwy; Kobieta natomiast zaczęła rozczesywać długie włosy. I wzięła kość z pieczeni baraniej, płaską kość łopatkową, i długo wpatrywała się w wyryte na niej znaki, następnie dorzuciła drew do ogniska i uczyniła Czar. Pierwszy Czar na świecie – Czar Śpiewu.
A z Wilgotnych, Dzikich Lasów wybiegły wszystkie dzikie zwierzęta i zgromadziły się wmiejscu, skąd mogły widzieć światło ogniska, i dziwiły się, nie wiedząc, co to ma znaczyć.
A Dziki Koń tupnął dzikim kopytem i rzekł:
– O Przyjaciele moi i Nieprzyjaciele! Powiedzcie, dlaczego Człowiek i Żona jego rozłożyli tak wielki ogień w tej wielkiej Jaskini i jaką on nam wyrządzi szkodę?
A Dziki Pies począł węszyć dzikim nosem i poczuł woń pieczonej baraniny, i rzekł:
– Muszę tam pójść i zobaczyć, i dowiedzieć się, bo zdaje mi się, że jest tam coś dobrego. Chodź, Kocie, pójdziemy razem!
– Nie! Nie! Jestem Kotem, który zawsze sam chadza własnymi drogami, i wszystko mi jedno kędy! Nie pójdę z tobą!
– Nigdy już więc nie będziemy przyjaciółmi – rzekł Dziki Pies i sam ruszył w stronę Jaskini.
Ale zaledwie uszedł kilka kroków, Kot mruknął do siebie:
– Wszystko mi jedno, kędy chodzę. Dlaczego nie miałbym pójść także do Jaskini i zobaczyć, i oglądać, i powrócić, kiedy mi się spodoba? – I cichutko, na palcach, pomknął za Psem i ukrył się w pobliżu Jaskini, skąd mógł wszystko i słyszeć, i widzieć. I zobaczył, jak Dziki Pies, doszedłszy do Jaskini, podniósł głową skórę końską, wiszącą u wnijścia ogonem na dół, i począł węszyć przyjemną woń pieczonej baraniny; a Kobieta, przyglądająca się właśnie łopatce z barana, na widok Psa zaśmiała się i rzekła:
Oto pierwszy! Dzika Istoto z Dzikich Lasów, czego potrzebujesz?
A Dziki Pies rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, jaka to woń rozkoszna rozchodzi się po lasach?
Wówczas Kobieta wzięła kość z pieczeni baraniej, rzuciła ją Dzikiemu Psu i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, spróbuj i pokosztuj!
Pies ogryzł kość, która była smaczniejsza od wszystkiego, co kiedykolwiek był jadł, i rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, daj mi jeszcze jedną!
A kobieta odparła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, pomagaj memu Mężowi polować w ciągu dnia, a w nocy strzeż Jaskini, a będziesz miała tyle kości z pieczeni, ile sama zechcesz!
– Ach! – szepnął Kot, który podsłuchiwał. – Ta Kobieta jest bardzo mądra, ale nie taka mądra, jak ja.

Gdy już nie tylko pies, ale koń i krowa poszli do Jaskini i zawarli układ z Kobietą…

Kot ukrył się, jak zwykle, i czekał, czy znów jakieś dzikie zwierzę nie pójdzie do Jaskini; nikt się jednak nie ruszył z Wilgotnych, Dzikich Lasów. Wówczas Kot sam się udał do Jaskini i zobaczył, jak Kobieta doiła Krowę, i poczuł przyjemne ciepło bijące od ogniska i zapach ciepłego mleka. I spytał:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, dokąd poszła Dzika Krowa?
A Kobieta zaśmiała się i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, wracaj, skąd przyszłaś, bo zaplotłam już warkocze i odrzuciłam kość czarnoksięską, i nie potrzeba już więcej przyjaciół ni sług w naszej Jaskini!
A Kot rzekł:
– Nie jestem ani przyjacielem, ani sługą, lecz Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, a teraz chciałby wejść do waszej Jaskini.
(…)
Przebiegły Kot, opiekując się Dzieckiem i polując na myszy, doprowadził jednak do tego, że i Kobieta, i Mężczyzna i Pies zawarli z nim układ, i zdarzyło się, że wprawdzie, że…

Mężczyzna rzucił za kotem butami i kamiennym toporkiem, a Kot wybiegł z Jaskini i ścigany przez Psa, wdrapał się na drzewo, ale od tej chwili, Kochanie, na pięciu prawdziwych Mężczyzn trzech z pewnością rzuca za Kotem butami, a wszystkie prawdziwe Psy gonią go i prześladują. Ale Kot także dotrzymuje warunków układu. Łowi myszy i dobry jest dla Dziecka, dopóki go nie targa za ogon.

Ale spełniwszy swe obowiązki, od czasu do czasu urządza sobie wycieczki, a zwłaszcza podczas jasnych nocy księżycowych staje się znów Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, i wszystko mu jedno kędy. I wówczas pędzi do Wilgotnych, Dzikich Lasów lub wdrapuje się na Wilgotne, Dzikie Drzewa i Wilgotne, Dzikie Dachy i wywijając dzikim ogonem, biega po Dzikich, Wilgotnych Ścieżynach.


Kot nad morzem w Albanii. A może w Grecji. Chyba że są to jednak Indie…

Sukienka. Zadanie literackie

 Znalazłam zdjęcie. Łódkowato wygięty, pożółkły kartonik. Wydało mi się tak niezwykłe, że poczułam niedosyt – jego prawdziwa treść i historia wydały mi się zbyt banalne (choć przecież wcale nie są). Publikuję je tu, nie kadrując, nie wyostrzając. Proszę Czytelników o dopisanie do niego historii. I proszę koniecznie podać kolor sukni! Ja odgadłam… Lecz jednak nie, nie odgadłam, ale czytajcie dalej…

 

Pierwszy tekst o sukience nadesłała moja włoska kuzynka Maria:

Sukienka

Widziałam sporo podobnych zdjęć, poniewierały się w jakichś kopertach, pudełkach i szufladach; nieuporządkowane, czasami opisane z drugiej strony jakąś datą. Były również negatywy, myślałam żeby zrobić z nich dobre odbitki, ułożyć je w albumie i dać moim rodzicom w prezencie – nie doszło do tego, negatywy przy okazji jakiejś przeprowadzki, jakiegoś remontu znikły, a szkoda, były na nich wspomnienia z imienin, karnawałowych balów, sylwestrów. Były zdjęcia przyjaciół rodziców i ich znajomych, zdjęcia robione przez Dziadka i znajomych, negatywy wywoływane w łazience i również tam robione odbitki – po takich sesjach łazienka pachniała wywoływaczem i utrwalaczem, specyficznym dziwnym zapachem, który, o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam, po latach stał się dla mnie dobrze znany, bo zajmowałam się fotografią przez wiele lat – robiłam to jednak w bardziej profesjonalnych warunkach, nie w łazience.
Bardzo lubiłam patrzeć na Mamę, jak przygotowywała się na te zabawy, jak się malowała – na co dzień chyba nie malowała się, w każdym razie ja tego nie pamiętam, albo nie widziałam, bo robiła to rano przed wyjściem do pracy, a wtedy śpieszyliśmy się wszyscy – z dzieciństwa pamiętam, że bardzo lubiłam dźwięk zamykanej puderniczki, było to dla mnie coś dorosłego, coś magicznego. No i Tata, który zawsze był bardzo elegancki, ze spinkami w mankietach koszuli i krawatem.
Jak wychodzili wieczorem na bal, ja z moją siostrą zostawałyśmy z dziadkami i wtedy po kolacji była okazja do gry w remika zwanego również przez dziadków kukrą, którą oczywiście usiłowałyśmy przeciągnąć jak najdłużej. Czasami, ale bardzo rzadko, graliśmy w madżonga, bo dziadkowie mieli zestaw do tej gry. Bardzo lubiłam te wieczory, były inne, odmienne od codzienności.
Czasami bal odbywał się u nas w domu, wtedy dzień wcześniej smażyliśmy faworki i róże karnawałowe, zabawa była świetna, a przy okazji można było zjeść trochę skawalonego cukru pudru, który Babcia trzymała zwykle wysoko na półce, w załomku kuchni służącym za spiżarnię. Robiliśmy również bezy, chyba Tata był tu specjalistą, pamiętam, że pieczenie nie bardzo się udawało, bo albo wychodziły niedopieczone, albo spalone, ale zawsze były bardzo dobre.
Jak przychodzili goście do naszych rodziców, to ja z moją siostra jechałyśmy spać do drugich dziadków, na Krakowskie Przedmieście, gdzie mieszkanko było malutkie, ale za to bardzo wysokie. Tam Babcia robiła dla nas jakieś smakołyki, była świetną kucharką, a wieczorem wyciągałyśmy z szafy ubrania i buty naszej cioci, (nosiła czółenka na małym obcasie zwane kaczuszki, były wspaniale, oczywiście dla nas za duże, ale zabawa była świetna) i robiłyśmy pokazy mody.
Sukienki, która jest na zdjęciu nie pamiętam zupełnie i nie wiem, jakiego była koloru, jak również nic mi nie przypominają meble ani radio, które widzę na zdjęciu. Nie umiem zupełnie zlokalizować tego zdjęcia, ale jeżeli mam zgadywać, to sukienka mogła być niebieska.

***
A więc jednak nieprawda, nie odgadłam koloru. Podejrzewałam, że sukienka była czerwona i tak też sądziła uwieczniona na zdjęciu Mama kuzynki, czyli, no tak, nie da się już tego ukryć, moja Ciocia. Nie była to jej sukienka, tylko szwagierki, tej, która w opowiadaniu powyżej nosi owe czółenka – kaczuszki… i jednak sukienka wcale nie była czerwona tylko ponoć jasnozielona… Radio znajdowało się w tym małym, ale wysokim mieszkaniu u “drugich Dziadków”.

Barataria 59 Zagadka wielkanocna

Ewa Maria Slaska

Wyspa wielkanocna?

Umówmy się. To prosta zagadka i każdy ją rozwiąże, wystarczy zmienić jedną małą literę na wielką i usunąć znak zapytania. Chyba więc tym razem nie będzie nagród za jej rozwiązanie. Zagadka na Boże Narodzenie była jednak znacznie trudniejsza. Zaczynamy:

To najstarszy widok “naszej zagadkowej wyspy”, namalowany w latach 1775–1776 przez Williama Hodgesa. Jednak pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na Rapa Nui był Holender, Jacob Roggeven. Do jej brzegów dobił 5 kwietnia 1722 roku w niedzielę wielkanocną.

William Hodges (1744 – 1797) był angielskim malarzem i grafikiem. Zajmował się malowaniem dekoracji teatralnych, gdy postanowił zmienić swoje życie i zaciągnął się jako malarz na drugą wyprawę Jamesa Cooka po Pacyfiku (1772-1775). Odwiedził wówczas “naszą zagadkową wyspę”, ale też… inne miejsca i wyspy, na przykład Antarktykę. Plonem wyprawy były liczne obrazy, szkice i rysunki. Po powrocie wyjechał raz jeszcze, tym razem do Indii. Gdy wrócił na stałe do Anglii, zajął się publikowaniem książek, które sam ilustrował. W roku 1795 porzucił malarstwo i zajął się… bankowością. Był partnerem małego banku w Dartmouth, który wkrótce zbankrutował. Wikipedia pisze, że Hodges zmarł w dzień po upadku banku w niejasnych okolicznościach i podejrzewano samobójstwo.

To mapa.

Wulkan.

A to widok panoramiczny.Tu 15 posągów. W sumie jest ich kilkaset.

I widok.


To tyle na dziś! Miłego Dyngusa!

Barataria 45 zagadka (rozwiązana) – Wyspy Bożego Narodzenia

Ewa Maria Slaska

Są dwie, daleko od siebie. Poproszę o nazwy obu … Będzie nagroda… (zagadkę rozwiązał nasz Autor, skrywający się zresztą w komentarzu za ksywką Pharlap)

xxxx
Wyspa Bożego Narodzenia (Christmas Island)
xxxx Wyspa Kiritimati (Wyspa Bożego Narodzenia)
Terytorium zależne Australii xxxx Największa z 33 wysp niezależnego państwa wyspiarskiego Kiribati
Ocean Indyjski xxxx Ocean Spokojny
xxxx
Ptak na fladze – faeton żółtodzioby
Phaethon lepturus fulvus
xxxx Ptak na fladze
Fregata minor (fregata średnia – największy ptak latający)
Gwiazdy na fladze: Krzyż Południa
xxxx Gwiazda na fladze: Słońce
Odkryta po raz pierwszy w roku 1615 przez Johna Milwarda z Kompanii Wschodnioindyjskiej i zapomniana, ponownie odkryta w r. 1643 w dzień Bożego Narodzenia przez kolejnego kapitana tej Kompanii – Williama Mynosa. Obaj tylko przepłynęli obok wyspy. Dopiero w roku 1688 zeszła na ląd załoga statku Cygnet. xxxx Odkryta w roku 1777 w dzień Bożego Narodzenia przez Jamesa Cooka
Wyspa jest wierzchołkiem podwodnej góry xxxx Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku. Wyspa jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej, jest przeto ważnym punktem odniesienia dla każdego baratarysty.

Największy atol i największa wyspa koralowa na świecie.

1402 mieszkańców xxxx 5586 mieszkańców
Stolica Flying Fish Cove

 

xxxx Nie ma stolicy, jest 5 wsi: Poland, London, Paris (ruiny), Banana i Tabawakea.
Poniżej Poland.
Wioska została nazwana dla uczczenia Polaka Stanisława Pełczyńskiego z amerykańskiego statku przewożącego koprę, który był na wyspie, gdy jej mieszkańcy mieli problemy z nawadnianiem plantacji palmowych. Stanisław pomógł im rozwiązać problem. W Poland znajduje się kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, a zatokę w lagunie nazwano Zatoką Świętego Stanisława.
Polscy podróżnicy: Wojciech Dąbrowski xxxx Polscy podróżnicy: Ryszard Badowski ze Szczecina, Olgierd Budrewicz, Wojciech Dąbrowski

W lipcu 2018 roku na jachcie Lady Dana dopłynął do wyspy polski żeglarz kapitan Henryk Wolski z polską załogą. Do Poland, gdzie nie ma portu, pojechali samochodem. Była to część rejsu śladami Edwarda Strzeleckiego.

Jeden fioletowy kwiatek

Wpis miał się nazywać Alcalá de Henares, bo chciałam pisać o rocznicy urodzin Cervantesa, a pisarz się tu właśnie urodził, w tej najpiękniejszej części starego Madrytu (na zdjęciu Casa de Cervantes). Od co najmniej trzech miesięcy było zapisane w kalendarzu, że dziś będzie wpis na ten temat. Niestety zniosło mnie na manowce…

Ewa Maria Slaska

28 września 1547. Urodziny Cervantesa. Dobrze liczę? 470 lat? Nie ufam sama sobie, ale excel, który szybciej liczy niż kalkulatory, potwierdza. 470 lat temu urodził się jeden z najsłynniejszych pisarzy na świecie.

To się tak łatwo mówi. Najsłynniejsi pisarze na świecie. Tacy naprawdę najsłynniejsi… Już o tym TU kiedyś pisałam. Zresztą TU też. Najwyraźniej to jakiś mój problem, ten światowy kanon lektur i lista najważniejszych pisarzy.

Zdumiewa mnie zawsze, jak jest ich niewielu w tej pierwszej dziesiątce, która się nam automatycznie nasuwa, chyba nie ma ich nawet dziesięciu. Homer jakieś 2800 lat temu, plus minus, nie bądźmy drobiazgowi. Cervantes. Szekspir urodzony w roku 1564, małe pokolenie później niż wielki Hiszpan. Dante, 1265, trzysta lat przed Szekspirem, Goethe, Proust, Tołstoj, Joyce… to już całkiem niedawno, prawie nasi rówieśnicy… Ośmiu. Jeśli zacznę teraz dodawać innych, to będą oni z innej półki, i równie dobrze mogę zacząć robić listę ośmiuset.

Ilu z nich jeszcze tak naprawdę czytamy? Ilu z nich ja tak naprawdę czytam? Wyrwana ze snu, odpowiedziałabym, że lubię Homera, ale tylko Odyseję, bo Iliady nie lubię. Odyseję w tłumaczeniu Parandowskiego czyli prozą. Czytałam ją wiele razy. Ale kiedy ostatni raz? Dziesięć lat temu, jak sądzę, a przecież mam książkę w domu, pod ręką i uważam, że jest świetnie przetłumaczona.

Dante? Tu gorzej. Pewnie tak naprawdę jakieś 30 lat temu, a może nawet 40. Oczywiście pomijam kartkowanie w poszukiwaniu cytatu, co mi się zdarza często, zwłaszcza nieustannie szukam tych nieszczęsnych Niemców, którym się od Dantego oberwało i nazwał ich żarłocznymi – Tedeschi lurchi (znowu musiałam poszukać!), ale nie czytam, bo tłumaczenie jest okropne, staroświeckie, niezrozumiałe… Za to wciąż namawiam różnych młodych zdolnych, żeby studiowali włoski (starowłoski) i przetłumaczyli Dantego na miarę naszych czasów.

Szekspir. No tu przynajmniej mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jego to czytam co i raz. Przede wszystkim dlatego, że w Berlinie są dwie świetne grupy teatralne, specjalizujące się w Szekspirze, wystawiające jego sztuki w plenerze, i to jakim! W ruinach średniowiecznego klasztoru, w zamienionych na park pustkach poprzemysłowych, w drewnianym okrągłym teatrze, który jako żywo bardziej przypomina szekspirowski Globe niż nazywający się szekspirowskim teatr w GdańskuSzekspir w Berlinie jest ostatnio tak znakomity, że właściwie nie wyobrażam już sobie lata bez Snu nocy letniej, a zimy bez Opowieści zimowej i Wieczoru Trzech Króli. A jak się już idzie do teatru, to się jednak sięgnie i po tekst… Coś sprawdzić, coś sobie przypomnieć… No i jednak wciąż wyciągam z półki, oglądam i czytam, stare wydanie Burzy, które dostałam od Mamy, i które jest jednym z niewielu moich prawdziwych skarbów… Mama też ciągle czytała Szekspira i był dla niej miarą poziomu, do którego nikt z nas nie dosięgnie.

Jak dotąd nienajgorzej, ale dalej to już zpełna klęska. Cervantes… teraz oczywiście, z uwagi na publikowany tu co poniedziałek, meandrowo wędrujący po świecie cykl Barataria, którego pomysł wywodzi się od samego mistrza, czytam go właściwie bez przerwy. Ale przedtem, wstyd się przyznać. Czytałam go tak dawno, że właściwie nieprawda, i jeszcze wcale go nie lubiłam…

Tołstoj, zresztą tylko Anna Karenina, ostatni raz co najmniej dziesięć lat temu i to tylko z uwagi na to niezwykłe zdanie rozpoczynające tę powieść: Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Joyce! O ten, to jest dopiero miara klęski! Stosunkowo niedawno, dostałam Finneganów tren w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego, i próbowałam go czytać… Naprawdę próbowałam, raz, drugi, trzeci, potem stwierdziłam, że nie mogę go czytać w łóżku (a tak przecież wszyscy czytamy – badania to potwierdzają), bo natychmiast zasypiam, ale czytanie na fotelu też nam (Joyce’owi, tłumaczowi i mnie) niewiele pomogło. W końcu, jeśli czytam, to tylko Ulissesa, ale, z ręką na sercu, cała ta lektura sprowadza się zawsze i nieodmiennie do monologu Molly i dwóch irlandzkich śniadań. A przecież wciąż jeszcze mi się marzy wyjazd do Dublina na 16 czerwca, żeby przejść trasę, jaką tego dnia w roku 1904 przebył Leopold Bloom.

Goethe… No Goethe jak Szekspir, jest wciąż obecny, zresztą nawet na stole. Z Schillerem.

Pieprzniczka i solniczka. Na pytanie, który z dwóch poetów soli, a który pieprzy, odpowiadam nieodmiennie, że zgodnie z tytułem filmu (już zresztą trzeciego z kolei) Fack ju Göhte, pieprzy Goethe. Ale szczerze powiem, wiersze pisał fajne, i często je sobie czytam (choć wolę Heinego), natomiast Faust jest, moim zdaniem, mocno przereklamowany, a nawet – w gruncie rzeczy wstrętny.

No i zostaje Proust, intelektualne wyzwanie XX (a i XXI) wieku, wciąż czytany, i na pewno najbardziej z nich wszystkich kochany, ale… Czytany. Schmidt czyta Prousta. Koperski czyta Prousta. Milewski czyta Prousta. Ja też czytam Prousta. Czytałam go w życiu swoim co najmniej dwadzieścia razy, najpierw od początku do końca, od pierwszego tomu do siódmego, potem, nawet nie wiem, kiedy to się stało, chyba już w Niemczech (choć czytam oczywiście po polsku! oczywiście!), zaczęłam, jak Mama, czytać tylko trzy pierwsze tomy, potem już tylko pierwszy, potem już tylko W stronę Swanna, bo Miłość Swanna zaczęła mnie potwornie irytować, aż wreszcie zdarzyło się kiedyś, że zniechęcona odłożyłam proustowską magdalenkę, wywołującą dalekie piękne dzieciństwo narratora w Combray, i jak dotąd jeszcze do niej nie wróciłam. Odkryłam nie tyle, że już mnie owa kraina przestała interesować, ile – że znam ją zbyt dobrze. Nie muszę jej czytać. Jest ze mną zawsze, dostarcza mi rozwiązań i przemyśleń na każdą okazję. Gdy wracamy z wnukiem do domu i zaczyna padać, podaję mu swój szal i opowiadam o tym, jak słynny pisarz, gdy był małym chłopcem, wychodził w Combray na spacer podczas ulewnych deszczy, owijając się w gruby koc…

Zagadka – z jaką sceną z I tomu Prousta może się kojarzyć to zdjęcie? Podpowiem, że jest tu jeden fioletowy kwiatek. Będzie nagroda!

Poszukiwany autor, tytuł, książka

Ewa Maria Slaska

Ktokolwiek czytał…

Opowiem wam treść pewnej książki, którą czytałam całkiem niedawno i której nie mogę znaleźć ani w domu, ani w bibliotekach, bo zapomniałam jaki był tytuł, kto ją napisał, a nawet, o zgrozo!, w jakim języku ją czytałam. W rachubę wchodzą trzy podstawowe języki – polski, angielski, niemiecki.

Jeśli z tego, co napiszę, rozpoznacie tę powieść, zawiadomcie mnie. Będzie nagroda. Już dwa razy zrobiłam taki eksperyment i za każdym razem czytelniczki pomogły mi odkryć zagubioną w odmętach pamięci publikację. Była to historia Janusza Stanny’ego, o królu który jeździł na rowerze (Baśń o królu Dardanelu) i Konszachty ze smokami Patricii C. Wrede.

Tym razem na szczęście pamiętam całkiem nieźle, o co chodziło w powieści. Zacznijmy od spraw ogólnych. Książka jest dość gruba, ale niezbyt wielka, ma pewnie z 600 stron. Dzieje się w Nowym Jorku, a jej akcja toczy się przez co najmniej 20 lat i kończy plus minus współcześnie.

Pisze ją jeden z bohaterów opowieści jako stary i chory człowiek. Asumpt do opowiedzenia całej historii dają listy jednej z bohaterek, znalezione przez narratora w jakiejś książce. Listów było pięć, ostatni zadecydował o wielu sprawach.

Powieść to dzieje dwóch zaprzyjaźnionych rodzin. Z jednej strony narrator, znany i uznany krytyk sztuki, jego żona, też naukowiec, zajmująca się chyba feminizmem w literaturze (albo coś w tym rodzaju). Drugą parą są malarz, gdy opowieść się zaczyna, biedny, i jego żona, poetka o bladej skórze i jasnych prostych włosach. Malarz jest bujną osobowością, jest duży, ma gęste czarne loki, wielkie ręce. Obie pary mają synów, mniej więcej w tym samym wieku. Dość wcześnie w historii obu rodzin ma miejsce przeprowadzka do tej samej kamienicy. Narrator mieszka na dole, malarz na górze. Przedtem malarz mieszka w pracowni, którą zachowuje nadal jako atelier.

Historia zaczyna się, gdy krytyk postanawia kupić obraz malarza. Obraz przedstawia jasno oświetlone puste wnętrze jakiego pomieszczenia. Na pierwszym planie, blisko widza, leży kobieta, ubrana w podkoszulkę i slipki, która bawi się małym autkiem (jeśli dobrze pamiętam – żółtą nowojorską taksówką). Nad kobietą pochyla się cień mężczyzny. W głębi widać piętę i kawałek łydki kobiety, która wychodzi.

Jak się potem okaże, jest to obraz o własnym życiu malarza. Kobieta leżąca na podłodze to zakochana w nim modelka. Mężczyzna, który rzuca cień – to on sam. Wychodząca kobieta – to żona poetka. I tak się też dzieje naprawdę. Modelka wysyła do malarza pięć listów miłosnych, po piątym artysta porzuca żonę i wyprowadza się do pracowni, gdzie wprowadza się do niego kochanka.

Pozostawiona z synem poetka nie radzi sobie z obowiązkami macierzyńskimi, przez jakiś czas próbuje, ale w końcu wyprowadza się, a do mieszkania wraca ojciec-malarz i jego kochanka. Obie rodziny żyją ze sobą bardzo blisko, gdy chłopcy podrastają, przez kilka lat wszyscy razem wyjeżdżają na wspólne wakacje do domu nad jeziorem.

Joseph Cornell, Untitled (Dieppe) c. 1958, Museum of Modern Art, (New York City)

Ważną częścią książki są szczegółowe opisy obrazów, które tworzy malarz. Powstają seriami i są coraz surowszą krytyką społeczeństwa i jego skrzętnie skrywanych traum. Jedna z serii to bajki, przetworzone w okrutne opowieści o przemocy. Te prace przypominają pudełka Josepha Cornella, ale nie są dekoracyjne, przeciwnie są surowe jak niektóre takie obiekty Roberta Rauschenberga, czasem wielkie, czasem z kolei wręcz miniaturowe, a wypełniają je coraz dziwniejsze przedmioty. Oczywiście powieść nie ma ilustracji, ale opisy są tak sugestywne, że można sobie wyrobić zdanie o twórczości malarza. Mnie się ta sztuka podoba. Narrator kilkakrotnie w trakcie powieści zostaje obarczony zadaniem napisania pracy o dziełach malarza.

Robert Rauschenberg, Canyon, 1959, Assemblage: oil, housepaint, pencil, paper, fabric, metal, buttons, nails, cardboard, printed paper, photographs, wood, paint tubes, mirror string, pillow & bald eagle on canvas, Museum of Modern Art, New York

Malarz zdobywa coraz większe uznanie i jest coraz zamożniejszy. Także poetka zdobywa w kręgu odbiorców spore powodzenie. Modelka studiuje psychologię i pracuje nakowo.

Któregoś lata, gdy chłopcy mają bodajże mniej więcej 12 lat, postanawiają wspólnie, że chcą część wakacji spędzić wspólnie z rodzicami w domu letnim, ale chcą też po raz pierwszy pojechać bez rodziców na obóz sportów wodnych. Na obozie syn narratora ginie w wypadku na łódce.

Życie obu rodzin zaczyna się rozpadać. Żona narratora przyjmuje pracę wykładowczyni w innym mieście i nigdy już nie wróci do męża. Syn malarza i poetki zaczyna dziczeć, kraść, kłamać. Pojawiają się narkotyki, perwersyjne doświadczenia seksualne, złe towarzystwo, wreszcie przestępstwo. Przybrana matka i ojciec nie dają sobie z nim rady, również matka poetka nie potrafi okiełznać rozhulanego chłopaka. Jedyną osobą, która przez jakiś czas ma na chłopaka jakiś wpływ, jest narrator, ale i on zostanie wykorzystany przez chłopca, po czym rozgoryczony narrator odmawia nad nim dalszej opieki.

Chłopiec się stacza i wreszcie znika, obie matki wyjechały, malarz umiera, pozostają tylko narrator i modelka, w której narrator jest od dawna śmiertelnie zakochany. Narrator jest chory i niedołężny. Modelka znika z jego życia. Jest sam i znalazł listy modelki do malarza…

Koniec.

Ta Slaska ciągle o kotach…

Ewa Maria Slaska

No tak…

…ale teraz mam na swoje usprawiedliwienie, że kotów już dawno nie było, że lato i upał, że sezon ogórkowy, no i wreszcie, i jest to być może argument najważniejszy, że Schyzia skończyła właśnie 20 lat i muszę jej sprawić jakiś prezent urodzinyowy.

Dla tych, którzy nie pamiętają, Schyzia to moja kotka i ma na imię tak, jak onegdaj kotka Witkacego, o której ponoć Witkacy miał napisać w dzienniku, że “prawdą jest, że kotka moja, Schyzia, powiła kocięta, natomiast nie jest prawdą, co głoszą złe języki, że kocięta te podobne są do mnie”. Nie odpowiadam ani za prawdziwość tego cytatu, ani za nadanie kotu imienia (w)skazującgo, bo za imię i cytat odpowiada mój ówczesny narzeczony. Byłam przez dwa tygodnie w pracy poza Berlinem, zostało więc ustalone, że narzeczony, osobisty zresztą, odbierze kotkę od młodej panny, która ją przywiezie ze wsi, i będzie się nią, kotką nie panną, zajmował do mojego powrotu. Gdy wróciłam, kot miał już imię i przyczepioną do imienia opowieść.

umywalka-kotMała byłam.

A ponieważ jest lato, upał i urodziny kota, wpis będzie o kotach na sezon ogórkowy czyli kotach wmalowanych w malarstwo światowe.

Nic tu nie warto dodawać, bo kot (w)malowany jaki jest, każdy widzi. Może tylko maleńka uwaga – gruby rudy kot (ma na imię Zaratrustra) pojawia się w wielu innych przeróbkach malarstwa światowego na kocie, ja wybrałam tylko renesans i nawet nie wszystko. Reszta w sieci. Albo kiedyś, dawno, u nas na blogu.

dama-lisakotekmichalaaniola2
kotekmichalaaniola
primaverazkotemI na zakończenie prawdziwy kot renesansowy, namalowany przez Pietera Brueghla Starszego – fragment obrazu Przysłowia niederlandzkie (1559).

A to rzeczony kot. Uzbrojony po zęby wojak (tot de tanden gewapend) przywiązuje kotu dzwonek – de kat de bel aanbindt.

O co tu chodzi? Co oznacza to przysłowie? Będzie nagroda. Na pewno coś o sztuce, ale raczej nie o kotach.

Pishka

Ewa Maria Slaska

Jedzenie po baszkirsku / Essen auf Baschkirisch

Oczywiście najpierw trzeba się zapytać, gdzie leży Baszkiria? / Natürlich muss man sich zunächst fragen, wo die Baschkiria liegt? Baschkiria das heißt Bashkortostan. /Baszkiria to Baszkortostan. Autonomiczna republika, wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, u podnóża Uralu. / Eine autonome Republik im östlichen Teil des europäischen Russlands, dicht an den Ural. Die Bevölkerung besteht zu über 90 % aus Russen, die Minderheiten sind die Tataren, Baschkiren, Kasachen, Ukrainer und Weißrussen. / W Baszkirii mieszkają głównie Rosjanie – mniejszości to Tatarzy, Baszkirzy, Kazachowie, Ukraińcy i Białorusini. Stolicą jest Kurgan. Tak podaje Wikipedia. Silja, właścicielka Pishki napisała mi jednak, że stolicą jest Ufa. Mapa Google by to potwierdzała. / Wikipedia meint, die Hauptstadt wäre Kurgan, aber Silja, Inhaberin von Pishka meint, es ist Ufa. Google-Map scheint es zu bestätigen.

baszkiria ***

Am 25. Juni eröffnete man ein baschkirisches Restaurant PISHKA in Kreuzberg. / 25 czerwca na Kreuzbergu otwarta została PISHKA, baszkirska restauracja. Poszłyśmy tam z koleżanką. Było świetnie. / Wir waren dort mit meiner Freundin. Es war wunderbar. Es gibt gutes hausgemachtes Essen und Wunderbares zum Trinken d.h. Kwas in vier Farben und Kompott, was keine Ähnlichkeit mit dem deutschen Kompott vorweist, ein Lieblingsgetränk aller aus dem Osten.

Personal ist unglaublich freundlich. Alle sind fröhlich, sie und wir. Super.

/ Do jedzenia są pierogi, wareniki, pielmieny, różne świetne pasztety, krokiety i pulpety, trzy zupy, w tym barszcz, do picia kwas w czterech kolorach i nasz swojski kompot. Przemiła obsługa. Wesoło.

pishka-scianka pishka1-menu pishka-dziewczyny  pishka-napoleonka

pishka-ruskaAlso – nichts wie hin. Eine Losung von Pishka ist: Esst mehr Piroggen Und so soll es sein! / Koniecznie trzeba iść. I podjeść pierogów, które smakują inaczej niż te nasze, a to zawszeć ciekawostka.

Ach und noch eine Preis-Frage – was bedeutet PISHKA? I jeszcze pytanko z nagrodą – co znaczy PISHKA?

Kreuzberg, Bergmannstr. 1, U-Bahn Mehringdamm.

Nowa polska proza

Uwaga! W tekście są dwa “haczyki” – jeden w miarę prosty do odgadnięcia i drugi, który będzie wymagał pewnej dozy samodzielnej pracy poszukiwawczej. Ten, kto odkryje obie niespodzianki, dostanie nagrodę! Będzie to podpisana przez autorkę antologia opowiadań fantastycznych wydana przez wydawnictwo Posnania, gdzie opublikowane jest inne jej opowiadanie. Zresztą znakomite, warto się zatem postarać o zdobycie nagrody.

Anna Rosner

Bez biletu wysiadasz

Nad Zieloną Górę nadciągała jesienna mgła. Białe pasma owijały klosze latarni starając się opaść coraz niżej. Spowijały miasto i wyciszały je, jakby chciały by to, co skrywały, zostało niezauważalne nie tylko dla oczu, ale i dla uszu postronnego obserwatora.
Cztery osoby wyszły na chłodne, nocne powietrze, z jednej z niewielkich kamienic.
– Co za pogoda – fuknął chłopak z ciężkim plecakiem. Zapiął kurtkę i rzucił do stojącej nieopodal dziewczyny: – Patrz, Iga, wiaduktu nie widać. Tylko światła, kiedy coś przejedzie. Niesamowite.
– Trzeba było zostać do rana, a nie decydować się na kuszetkę. Nie wiem, co wam odbiło, żeby wracać do Warszawy o takiej porze – odparł jego kompan, drżący na zimnie w samym tylko swetrze. – Mogliście przenocować u mnie i wracać rano.
Spojrzał na dziewczynę opatulającą się szalikiem. Gdy pozostała dwójka zajęta była podziwianiem świateł, przyciągnął ją do siebie i przytulił mocno na pożegnanie. Był szczęśliwy, że przyjechała z przyjaciółmi na jego urodziny. Poznali się kilka tygodni wcześniej i choć związek na odległość nie był prosty, na razie wszystko układało się całkiem dobrze. Wypuszczając Ewę z ramion spytał:
– Musicie teraz jechać? Impreza trwa w najlepsze, a wy się zbieracie. Co wam szkodzi…
– Szymek, mówiłam ci już. Mamy w poniedziałek kolokwium. Prześpimy się w pociągu i od rana zakuwanie. Mogłeś zrobić imprezę innego dnia, mówiłam, że tak będzie.
Westchnął, rezygnując z przekonywania ich do pozostania. Kiedy Ewa coś postanowiła, było się na przegranej pozycji. Spojrzał na jej przyjaciela i spytał:
– Bartek, pamiętasz którędy iść?
– Jasne. Cały czas prosto, pod wiaduktem, przez rondo i jesteśmy na dworcu.
Iga, do tej pory robiąca zdjęcia tonących we mgle wiaduktu i pobliskiego boiska, schowała telefon i spojrzała na nich spode łba.
– Ewka, ten pociąg odchodzi za jakieś dziesięć minut. Pośpiesz się.
– Już, już…
Zarzuciła na ramię torbę i ruszyła za przyjaciółmi. Droga na stację kolejową była krótka, ale wyszli później niż planowali i teraz musieli praktycznie biec, by się wyrobić. Wiedziała, że następne połączenie jest dopiero rano, a czekające ją kolokwium wymagało sporo nauki. Jasne, fajniej byłoby zostać, jeszcze fajniej nie pojawić się na konwersatorium i udawać, że zmogła ją grypa czy inne choróbsko. Wolała jednak mieć w zapasie bezkarne nieobecności na zajęciach i nie wykorzystywać ich na samym początku semestru. Poza tym nie miała ochoty udawać, że czyta notatki w drodze do Warszawy, rozkojarzona i zestresowana.
– Ewcia! Odezwij się, jeśli nie wsiądziecie do tego pociągu! Jakby co, materac czeka!
Obejrzała się i pomachała mu na pożegnanie.
* * *
Starali się iść szybkim marszem, czasem tylko podbiegając po kilka metrów. Bartek popędzał dziewczyny. Był podchmielony i denerwowało go, że zostawały z tyłu, szczególnie że to on dźwigał plecak, do którego Iga napakowała nikomu niepotrzebnych gratów.
Gdy minęli rondo Maćkowiaka, zaczął wypatrywać zarysu dworca. W kilka chwil znaleźli się na niewielkim, prawie pustym parkingu. Zapowiadało się na to, że zdążą, może na ostatnią chwilę, ale się uda. Właśnie wtedy jego dziewczyna straciła równowagę, oparła się o maskę samochodu i rzuciła:
– Jezu, chyba obcas złamałam.
– Teraz?! Weź się nie wygłupiaj, Iga! Jak będziecie się tak guzdrać ni diabła nie zdążymy.
– Sam się nie wygłupiaj – warknęła Ewa podchodząc do koleżanki. – Leć po bilety, spotkamy się w środku.
Gdy pobiegł, pomogła Idze zdjąć buty. Cieszyła się, że sama postawiła nie tyle na wygląd, co na wygodę. Stare, znoszone trapery może nie wyglądały zbyt atrakcyjnie, ale do takich sytuacji nadawały się znacznie lepiej, niż szpilki i krótka spódnica.
Poprawiła torbę i podała koleżance buty.
– Biegusiem, Iga.
– Nienawidzę, kiedy dzieje się coś takiego. Boso po chodniku, po prostu bomba.
– Oby tylko dostał te bilety. Usiądziemy w przedziale i zobaczymy czy da się coś z tym zrobić. Ostatecznie urwiemy drugi, jak w tej starej reklamie.
– To nie było śmieszne – skwitowała Iga. – Szmelc z wyprzedaży.
Ruszyły truchtem w stronę dworca. Nie zdążyły jednak dotrzeć nawet do drzwi, gdy zobaczyły wychodzącego na zewnątrz, zdezorientowanego Bartka.
Chłopak omiótł wzrokiem ulicę i machną ręką dając znak, żeby się pośpieszyły. Nie czekając aż znajdą się bliżej, podszedł do niewielkiej, zielonej budki, stojącej obok budynku. Widziały, jak wdał się w rozmowę z kimś w środku. Po chwili wyprostował się i krzyknął:
– W kasach nikogo nie ma. Pan mówi, żeby iść tędy. Pośpieszcie się!
Iga pobiegła za nim, przeklinając pod nosem. Ewa przyśpieszyła kroku, ale na widok miejsca, przy którym przystanął jej kolega, nie mogła się powstrzymać. Wyjęła z kiszeni komórkę, uruchomiła aparat i zrobiła niewielkiej budce zdjęcie. Już miała schować aparat, gdy ujrzała drugą rzecz, godną uwiecznienia – niewielką bramę, przez którą musieli przejść, i zawieszony na niej szyld z nazwą stacji.
Wpadła na peron ostatnia. Bartek stał w drzwiach końcowego wagonu i przytrzymując je pokazywał, żeby się pośpieszyła. Ponad jego ramieniem widać było twarz rozbawionej Igi.
– No dawaj, bo odjedziemy bez ciebie!
Ewa rzuciła okiem na pociąg. Wagony pomalowano kolorami, które nie kojarzyły się jej ani z koleją podmiejską, ani żadnymi przewozami regionalnymi czy połączeniami pośpiesznymi. Nie wiedziała jak długi był skład, wszystko poza dwoma ostatnimi jego elementami tonęło we mgle. To, co widziała, wyglądało nietypowo i archaicznie, a dla osoby przyzwyczajonej do powolnej modernizacji, wręcz odpychająco.
Wskoczyła do środka i zamknęła za sobą drzwi.

* * *

Wnętrze, w którym się znaleźli, wydało się Ewie surowe i nieprzyjemne. Wszystko wyłożono listewkami, nawet ściany i sufit. Nie było przedziałów, zamiast tego dwa rzędy drewnianych ławek i przecinająca je wolna przestrzeń wiodąca do drzwi następnego wagonu. Większość miejsc była zajęta i dziewczyna z zaskoczeniem stwierdziła, że siedzący na nich ludzie wyglądali jak statyści filmu kostiumowego, ubrani w szarawe, podniszczone ubrania, jakie widywało się na zdjęciach z początku XX wieku. Wszystko oświetlały staromodne lampy, umieszczone między oknami na metalowych ramionach.
Bartek ruszył przed siebie, a Iga podążyła jego śladami. W turkocie, jaki rozległ się, gdy pojazd ruszył, Ewa musiałaby krzyczeć, by któreś z jej przyjaciół dało radę cokolwiek usłyszeć. Pozostawiona bez wyboru, podreptała za nimi. Przechodząc między ławkami zerkała ukradkiem po twarzach podróżnych. Niektórzy spali, inni czytali gazety. Kilka osób rozmawiało, kuląc się ku sobie, by przekrzyczeć hałas. Nikt nie zaszczycił ich choćby przelotnym spojrzeniem.
Czemu nie? – Pomyślała i gdy dotarła do końca wagonu, zrobiła zdjęcie pasażerom. Czuła się z tym głupio, nawet idiotycznie. Szybko jednak wytłumaczyła sama sobie, że jeśli ktoś ubiera się taki sposób, musi być przygotowany na przypadkowych fotografów-amatorów.
Zaraz za drzwiami drugiego wagonu znaleźli dwie wolne, zwrócone ku sobie ławy. Pod drewnianym sufitem nie było półek na bagaże. Odłożyli je na twardych siedziskach i usiedli koło nich. Spojrzeli po sobie z widoczną ulgą. Złapanie pociągu okazało się nieco trudniejsze, niż się spodziewali, kosztowało nieco nerwów i wysiłku, ale udało się. Jechali do domu.
Bartek nachylił się nieco do dziewczyn i powiedział głośno:
– Facet w budce powiedział, że bilety kupimy u konduktora. Powie nam też, gdzie jest jakiś pusty przedział, w którym można się przespać.
– Spytałeś się go, czy ten pociąg na pewno jedzie do Warszawy?
– Spytałem o pociąg o trzeciej pięćdziesiąt. Ile pociągów, Ewuś, odchodzi twoim zdaniem o tak nieludzkiej porze z tego dworca? – rzucił, po czym sięgnął do plecaka po puszkę piwa. Otworzył ją i pociągnął solidny łyk. – Wiecie co? Ten z budki mówił do mnie po niemiecku.
Iga przyglądała się swoim butom. Obcas lewego złamał się u samej nasady. O naprawie w takich warunkach nie było mowy. Szewc może coś by poradził, ale póki co zapowiadało się na to, że będzie musiała chodzić boso. Zrezygnowana odłożyła szpilki i spytała:
– No i?
– Nie rozumiesz? Jesteśmy w Polsce, a on do mnie po niemiecku zaczyna!
– I co zrobiłeś?
– A co miałem zrobić? – Wypił kilka łyków i przetarł twarz dłonią zerkając na Igę, niespecjalnie zainteresowaną jego opowieścią. Odwrócił się do Ewy i dodał: – Śpieszyło mi się, co się będę z dziadem kłócił? Przeszedłem na niemiecki i wtedy powiedział, gdzie mamy iść. Po prostu śmieszne, nie spodziewałem się czegoś takiego. Może to jakiś miejscowy żart, którym częstują przyjezdnych?
– Tu wszystko jest jakieś dziwne… Nie podoba mi się ten pociąg.
– No co ty, przecież lubisz retro. Klimat pełną gębą!
– Coś ci pokażę. To, że mówił po niemiecku, to jeszcze nic.
Włączyła ponownie telefon i pokazała jedno ze zdjęć. Nad zieloną budką, wewnątrz której widać było twarz starszego mężczyzny, widniały wyraźne, białe litery: Kartenbüro.
Iga zerknęła na wyświetlacz ze znudzoną miną, po czym wróciła do obserwowania widoków przesuwających się za oknem. Bartek przyjrzał się fotografii i rzucił:
– Może kręcą jakiś film? Widziałaś tych ludzi z tyłu pociągu? Jakby się z planu urwali. Wszystko do siebie pasuje. Pewnie wracają z planu. Potrzebowali go do zdjęć pociągu retro, a teraz muszą jakoś odstawić do kolejowych zajezdni.
– Może… Ale nie jestem przekonana. Takie składy normalnie stoją w muzeach, jeśli nawet się je wypożycza, to nie po to, żeby rozwoziły statystów, ani tym bardziej podróżnych. Poza tym widziałam jeszcze jedną dziwną rzecz.
Przesunęła palcem po wyświetlaczu i pokazała kolejne zdjęcie, które zrobiła przed wbiegnięciem na peron. Widać było na nim wagony, wyłaniające się z mgły podświetlonej ulicznymi lampami. Na pierwszym planie znajdowała się wykuta w metalu, łukowata brama z wyraźnym napisem: Sprottauer Bahnhof.
– To też wygląda jak z planu zdjęciowego – skwitował. – Nazwa kolei, pewnie jakaś fikcyjna, bo nigdy o niczym takim nie słyszałem.
Zerknęła na niego niepewnie. Od kiedy zobaczyła pociąg, miała złe przeczucia. Nie potrafiła ich wyjaśnić, po prostu czuła, że coś jest nie tak. Coś nie dawało jej spokoju. Coś nie pozwalało przyjąć tego wszystkiego tak spokojnie i bez zadawania pytań.
– Zwróciłeś uwagę na to, że wszyscy tu czytają tylko niemieckojęzyczne gazety?
– Nie… – mruknął i wstał na chwilkę, żeby się rozejrzeć. – Rzeczywiście. Jeśli to statyści, to może ściągnięci zza granicy? Wiesz, jak do filmu potrzeba ludzi mówiących po niemiecku, to czasem łatwiej zatrudnić kogoś z miasteczka zaraz za miedzą, niż Polaków. Wypadają wiarygodniej i wcale nie są kosztowniejsi.
Obserwowała go, gdy sięgał po puszkę. Starała się ocenić, czy pojawiają się w nim jakiekolwiek wątpliwości, czy też jest absolutnie przekonany o przeznaczeniu pociągu i zawodzie pasażerów.
– Poważnie uważasz, że to wszystko jakaś scenografia?
– A niby co innego?
– Może jesteśmy w złym pociągu – wtrąciła Iga, do tej pory ledwie zwracająca uwagę na całą rozmowę. Na jej twarzy zakwitł szelmowski uśmiech. Wyjęła z plecaka chłopaka drugą puszkę piwa. Otworzyła, wypiła kilka łyków i dodała:
– Dojedziemy do Berlina, nie do Warszawy. Zobaczycie! Słyszałam, że w tym mieście nie takie rzeczy się zdarzają. Podobno znajomy znajomego kuzynki mojej współlokatorki z akademika…
Ewa miała dość, uwielbiała spędzać czas z Igą, ale kiedy zbierało się jej na opowieści tego typu, miała ochotę ją zamordować. Kolejna legenda miejska, którą znalazła na jakiejś stronie w sieci i po raz setny opowiadała jako najświętszą prawdę. Zamiast się denerwować, rozparła się na siedzeniu i uruchomiła w telefonie przeglądarkę internetową. Chciała sprawdzić co oznaczała nazwa na bramie.
– Szlag by to trafił – mruknęła po chwili. – Nie ma zasięgu.
Zdenerwowała się nie tylko dlatego, że nie mogła poszukać odpowiedzi na nurtujące ją pytania, co przede wszystkim z niemożliwości przedzwonienia do Szymona. Obiecała dać znać czy zdążyli, teraz chciała mu jeszcze opowiedzieć gdzie jest i co się dzieje. Poznać jego zdanie i – choć ciężko jej było się do tego przyznać nawet przed sobą – dać się przekonać do spędzenia tej nocy u niego.
Rozejrzała się po pociągu i nie mając nic lepszego do roboty, włączyła w komórce aparat fotograficzny. Nie należała do ludzi, którzy robią zdjęcia wszystkiego, co tylko się da, a potem wrzucają je na profile w portalach społecznościowych i zamęczają nimi innych. Lubiła za to starocie, a pociąg był ich po prostu pełen. Poza tym uważała, że Iga i Bartek stanowili całkiem ładną parę. Postanowiła zrobić im kilka zdjęć i później przerobić je na wzór starych – czarno-białych lub sepiowych.
Przesiadła się na ławkę po drugiej stronie przejścia i jeszcze kilka razy uruchomiła migawkę. Potem uwieczniła śmieszne lampy, drewniany sufit i ściany. Nie chciała denerwować innych podróżnych, dlatego odpuściła sobie robienie im fotografii. Ta jedna, którą już miała, musiała wystarczyć. Już chciała wracać do znajomych, gdy zauważyła, że na pustym siedzeniu zaraz obok nich, ktoś zostawił gazetę. Wzięła ją do ręki i, zajmując swoje miejsce, przyjrzała się tytułowi.
Grünberger Zeitung? Ale jaja…
Kątem oka zauważyła, że Bartek przyglądał się jej nowej zdobyczy. Nagle przyłączyła się do nich Iga, nie dlatego jednak, że zainteresował ją nagłówek, tylko by poinformować nieco głośniej, niż było to konieczne:
– Konduktor idzie! Bartuś, schowaj browarki i wyjmij grzecznie portfel!

* * *

W mgnieniu oka puszki zniknęły pod ławami. Ewa sięgnęła do torby w poszukiwaniu pieniędzy. Wsunęła do niej gazetę i spojrzała w kierunku nadchodzących pracowników kolei.
Było ich dwóch, pierwszy wyższy, potężniej zbudowany, zagadywał pasażerów z miną pozbawioną cienia uśmiechu. Wszyscy, których widziała, pokazywali mu niewielkie, kartonikowe bilety, które kasował zawieszoną na szyi maszynką przypominającą dziurkacz do papieru. Drugi, znacznie niższy, trzymał się kilka kroków z tyłu. Raz na jakiś czas udzielał informacji, choć większość czasu zajmowało mu obserwowanie otoczenia niepewnym, rozkojarzonym wzrokiem. Co chwila wyglądał przez okna składu, jakby próbował ocenić gdzie się znajdowali, albo wypatrywał czegoś, co się za nimi czaiło.
– Co ty dziś masz z tym fotografowaniem? – Spytała Iga, gdy Ewa wycelowała aparat w konduktora.
– Nikt mi nie uwierzy, kiedy powiem, że kupiłam bilet u faceta ubranego w pruski mundur. Poza tym pewnie drugi raz w życiu mi się to nie zdarzy.
– Jaki tam pruski mundur…
– A nie widzisz orła? Czarny, z koroną i czerwonymi szponami. Pruski jak nic! Może to nie ekipa filmowa, tylko jakaś grupa rekonstrukcyjna, albo zlot maniaków historii kolejnictwa?
– Czy to ważne? – Wtrącił chłopak. – Istotne, że jedziemy do domu.
Spojrzała na niego i rzuciła:
– Jeśli ten pociąg rzeczywiście jedzie do Warszawy… Jeden z nich wygląda, jakby wcale nie był pewien gdzie się znajdujemy.

Gdy konduktor zbliżył się do nich, Bartek stał obok dziewczyn z portfelem w ręce. Szybko okazało się, że pracownik kolei, tak jak mężczyzna z budki, odmówił konwersacji po polsku. Nie zamierzali się z nim kłócić, chłopak przeszedł na niemiecki i zaczął tłumaczyć dlaczego wsiedli bez biletów.
Ewa nie słuchała jego wynurzeń. Była na kilku lekcjach tego języka, ale szybko zrezygnowała i przepisała się do innej grupy. Z tego, co mówił konduktor, rozumiała tylko pojedyncze słowa. Jej uwagę przykuł drugi mężczyzna. Nosił mundur, lecz dystynkcje zdradzały, że w hierarchii stał niżej od swojego kompana. Początkowo zdawał się roztargniony, teraz wyraz jego twarzy zdominowało przerażenie. Zaczął nerwowo rozglądać się po wagonie, dalej też zerkał przez okna, tyle że jakby z coraz większą determinacją i rozdrażnieniem.
Korzystając z tego, że jego zwierzchnik tłumaczył coś pasażerowi, przecisnął się za jego plecami i stanął bliżej Ewy. Przez chwilę, zwrócony do niej plecami, wytężał wzrok starając się dostrzec cokolwiek we mgle. Nagle odwrócił głowę i spytał tak cicho, że ledwie go usłyszała:
– Po co jedziecie na Grünberg-Schützenplatz?
– Jedziemy do Warszawy…
Zdjął czapkę i nerwowo przeczesał palcami włosy. Zerknął na konduktora, nadal pogrążonego w rozmowie, i wymamrotał:
– Nie… Nie jedziecie do Warszawy, on kończy na Grünberg Schützenplatz. Wszystko się tam kończy. Następna stacja to Grünberg Oberstadt. Wysiądźcie. Uciekajcie…
Nachyliła się do mężczyzny i już miała go spytać o dokładną trasę, polskie nazwy stacji i przede wszystkim o to, dlaczego jako jedyny odezwał się po polsku, gdy nagle przełożony szturchnął go z całej siły. Kolejarz zatoczył się przez przejście i klapnął na jednym z siedzeń. Zakrył twarz dłońmi i wymamrotał krótkie przeprosiny. Konduktor ruszył do ostatniego z wagonów, a on wstał i karnie powlókł się za nim. Nim jednak zniknął w drzwiach oddzielających wagony, odwrócił się i szepnął:
– Bez biletu wysiadasz… Grünberg Oberstadt.

* * *

Przez dłuższy czas patrzyła za sponiewieranym kolejarzem. W głowie nie mieściło się jej, by takie traktowanie podwładnego gdziekolwiek należało do zwyczajowych, czy choćby akceptowalnych. Jeśli to, co widziała, było historyczną rekonstrukcją, należało do tych zbyt dosłownych i brutalnych.
Początkowo cała ta podróż wydała się jej przygodą. Nieco zaskakującą, może bardziej niż by tego chciała dziwną i lekko przerażającą, ale tylko przygodą. Czymś, z czego za kilka dni będzie się śmiać i co będzie wspominać. Teraz jednak coraz mocniej czuła, że powinna wysiąść. Towarzyszące jej od początku wrażenie zagrożenia stawało się coraz silniejsze i trudniejsze do zignorowania. Ktokolwiek podstawił ten pociąg, ktokolwiek zaaranżował to wszystko, zdecydowanie przesadził. Nie chciała brać w tym udziału.
– Widzieliście to? – zagadała Igę i Bartka. – Widzieliście jak go potraktował?
Nie odpowiedzieli. Byli zajęci oglądaniem biletów, które wręczył im konduktor. Niewielkie, szarobrązowe kartoniki z dziurkami wygryzionymi archaiczną maszynką.
– Dla mnie też kupiliście? Zaraz oddam pieniądze, ile kosztowały?
Nie doczekała się żadnej reakcji. Bartek, najwyraźniej niezainteresowany już swoim piwem, opatulił się szczelniej kurtką i oparł o ścianę. Wyglądał, jakby szykował się do snu. Iga położyła swój bilet na siedzeniu i zajęła się chowaniem połamanych szpilek do plecaka, który wcześniej taszczył jej chłopak.
Dziewczyna zerknęła na kartonik i z trudem odczytała wydrukowane gotycką czcionką słowa:
Sprottauer Bahnhof. Grünberg HatzfeldstraßeGrünberg OberstadtGrünberg Schützenplatz.
Zdawała sobie sprawę, że jeśli Bartek rzeczywiście kupił tylko dwa bilety, powinna pognać za konduktorem i poprosić o jeszcze jeden. Nie miała jednak zamiaru tego robić. Podjęła już decyzję – wysiadała na najbliższej stacji.
Zerknęła ponownie na swoich przyjaciół. Bartek spał, Iga najwyraźniej szła w jego ślady i też szykowała się do drzemki. Żadnego słowa wyjaśnienia, informacji czy choćby cienia min zdradzających, że z niej żartują.
– Odbiło wam? Ej!
Nie doczekawszy się odpowiedzi szturchnęła Bartka. Jedną reakcją, na jaką się zdobył, było poprawienie się na drewnianym siedzeniu.
– Wysiadam na najbliższej stacji, słyszycie? Nie wiem, o co tu chodzi, ale coraz mniej mi się to wszystko podoba. Mam dość. Zbieracie się ze mną?

Pociągiem szarpnęło, gdy wagon pokonał zwrotnicę, pierwszą od początku podróży. Po chwili zaczął nieznacznie zwalniać.
Była zdeterminowana, ale targały nią wątpliwości. Nie chciała jechać dalej, z drugiej strony czuła, że nie powinna zostawiać ich samych. Nie chciała też sama, po nocy, chodzić po nieznanym mieście. Nie miała pojęcia w jakiej dzielnicy zatrzyma się pociąg – równie dobrze mógł stanąć nieopodal jakiejś całkiem ruchliwej ulicy, co w miejscu, w którym nawet za dnia nie chciałaby się znaleźć.
Spróbowała jeszcze raz, głośniej:
– Jaja sobie ze mnie robicie? Ruszcie się! Wysiadam i wracam do Szymka! Złapię pociąg jutro rano! Normalny, a nie coś takiego! Słyszycie?!

Wstała i założyła na ramię torbę, w której miała wszystko, co zabrała z Warszawy. Zachowanie Bartka i Igi w innej sytuacji może i byłoby zabawne, ale teraz doprowadzało ją na skraj wytrzymałości. Skład coraz bardziej zwalniał, a to oznaczać mogło, że zbliżali się do stacji. Tej, na której wysiadała, niezależnie od wszystkiego. Jeśli nie z powodu tego dziwnego uczucia, które nie dawało jej spokoju, to choćby po to, by zrobić im na złość.
– Dobra, róbcie jak chcecie! Widzimy się na zajęciach!
Zerknęła na pozostałych pasażerów. Spodziewała się przynajmniej kilku rozeźlonych twarzy zwróconych w jej stronę, ewentualnie uwag dotyczących jej zachowania. Nikt jednak nie zdawał się nawet zauważać tego, co robiła.
– Idioci – rzuciła pod nosem i ruszyła do drzwi.

Pociąg zatrzymał się. Nie oglądając się za siebie nacisnęła staromodną klamkę i wyszła na peron. Mgła zdążyła opanować miasto, widoczność wynosiła kilkanaście metrów, choć wyraźnie widziała na zaledwie kilka. Zatrzasnęła drzwi i podeszła do okna, przy którym drzemali jej kompani. Miała nadzieję zobaczyć, jak w pośpiechu łapią swoje rzeczy, by do niej dołączyć. Nic takiego jednak się nie działo. Nadal drzemali wciśnięci w kąt przy oknie.
Zapukała w szybę. Nie po to, by ich obudzić i dać szansę na podjęcie decyzji, lecz po to, by niewybrednym gestem oświadczyć, co myśli o ich towarzystwie. Nie zareagowali jednak i na to.
Dziewczyna zmełła przekleństwo i ruszyła wzdłuż składu. Była ciekawa, czy cały wyglądał tak dziwnie. Z każdym krokiem z wszechobecnej bieli wyłaniały się kolejne wagony. W sumie naliczyła siedem identycznych – staromodne, lecz w idealnym stanie. Na ich bokach widniały takie same, jak na mundurach kolejarzy herby, i napisy w języku niemieckim. Nie rozumiała ich, była jednak pewna, że na czterech ostatnich były takie same, na następnych, bliższych lokomotywie, inne.
W końcu jej oczom ukazała się maszyna, która ciągnęła cały skład. Nie była to nowoczesna elektryczna czy choćby spalinowa lokomotywa, lecz parowóz. Dokładnie taki, jaki widziała wiele lat wcześniej na szkolnej wycieczce w muzeum kolejnictwa. Był wielki, czarny i syczał buchając białymi kłębami pary. W otulającej wszystko mgle zdawało się, że to nie ona go spowijała, lecz że to on był jej źródłem.

* * *

Parowóz wydał z siebie nieprzyjemny pisk i skład ruszył mozolnie po torach. Ewa stała na peronie z komórką w ręce. Zrobiła zdjęcie parowozu, spróbowała też uwiecznić wagonowe napisy. Po chwili darowała sobie dalsze próby i patrzyła jak coraz szybciej przesuwał się przed jej oczami. Przez żadne z okien nie udało się jej zauważyć konduktora, mignęli jej za to śpiący przy szybie przyjaciele. Poczuła się paskudnie, zostawiając ich w środku, uważała jednak, że sami są winni przez to, jak ją potraktowali. Poza tym ulżyło jej, gdy tylko znalazła się na zewnątrz. Dziwne uczucie mijało i choć jeszcze nie czuła się pewnie ani spokojnie, było już zdecydowanie lepiej.
Gdy pociąg zniknął we mgle, dziewczyna ruszyła w stronę stacji. Uznała, że tam zdoła uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Chciała nie tylko dowiedzieć się w której części miasta się znalazła, ale i poprosić o numer do korporacji taksówkowej. Musiała dostać się z powrotem do domu Szymona, a w takich warunkach wolała polegać na doświadczonym kierowcy. Spacer nie wchodził w grę, tak samo jak szukanie przystanku nocnej linii autobusowej.

Murowany, nieotynkowany budynek znajdował się dość blisko, by dała radę ujrzeć go z krawędzi peronu. Z oddali widziała też zarysy sporych rozmiarów okratowanego okna i drzwi, prawdopodobnie prowadzących do dworcowej hali. Zmartwiło ją tylko, że wewnątrz zdawały się panować kompletne ciemności.
– Jasne. Kto by pracował w środku nocy? – mruknęła i mimo wszystko powlokła się w jego stronę. Szarpnęła klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Minęła tablicę z rozkładem jazdy i zajrzała do środka przez okno.
Było ciemno, nie widziała wiele, ale dała radę dostrzec, że pomieszczenie poczekalni było obszerne. Pod sufitem, w refleksach odbijanego przez mgłę światła, migotał sporych rozmiarów żyrandol. Przy samej szybie widziała wyraźne zarys oparcia ławki dla czekających na odjazd podróżnych. Trzy, podobne do niej, stały także na zewnątrz.
Skoro nie da się przejść przez poczekalnię, trzeba poszukać innej drogi – pomyślała i postanowiła obejść budynek dookoła. Gdy tylko minęła jego węższą ścianę, jej oczom ukazało się kilka samochodów zaparkowanych w niewielkiej, bocznej uliczce. Poczuła na ich widok ulgę, zupełnie jakby zobaczyła dawno niewidzianego przyjaciela czy element bezpiecznego, oswojonego świata, w którym wszystko wyglądało i zachowywało się tak, jak powinno.
Nagle zatrzymała się i po chwili namysłu wróciła na tyły dworca. Co prawda był zamknięty i nie mogła wypytać o nic jego pracowników, ale przypomniała sobie o rozkładzie jazdy. Postanowiła sfotografować go i sprawdzić później gdzie znajdowała się stacja i dokąd jechał pociąg, z którego wysiadła.

Nim zorientowała się, że wszystko wyglądało inaczej niż zaledwie przed kilkoma minutami, zdążyła dotrzeć aż do wielkiego okna. Tablica zniknęła, podobnie jak ławki. W ścianie nadal znajdował się otwór okienny, jednak zamiast szyb i krat, zasłaniała je dykta, na której miejscowe dzieciaki wypisywały markerami miłosne wyznania i niezbyt wyszukane słowa uznania dla sportowych drużyn z okolicy. Drzwi, wcześniej staromodne, wyposażone w finezyjną żeliwną klamkę, w tajemniczy sposób zmieniły się w ciężkie i metalowe, z zamkami antywłamaniowymi.
Stała przez chwilę zastanawiając się, czy we mgle nie pomyliła budynków. Szybko jednak odrzuciła taką możliwość. Może widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów, ale nie odchodziła od dworca na więcej niż pięć, może sześć. Nie mogła pomylić drogi, ani znaleźć się w innym niż wcześniej miejscu. Bryła wyglądała tak samo, zdawała się tylko starsza, bardziej zniszczona i traktowana bez przynależnego zabytkom szacunku. Ciągle patrząc na zabudowania Ewa zaczęła cofać się w kierunku torowiska. W końcu odwróciła się, by nie upaść na tory, ale tam, gdzie powinny być, znajdowała się tylko wylana spękanym asfaltem jezdnia.
Dziewczyna przez chwilę stała w bezruchu próbując dojść do siebie. Wszystko, co widziała, czego doświadczała, było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Zaczęła nawet podejrzewać, że ktoś w czasie imprezy u Szymona dorzucił jej czegoś do drinka. Szybko jednak porzuciła tę myśl. Znała swojego nowego chłopaka stosunkowo krótko, ale wiedziała o nim dość dużo, by mieć pewność, że sam nie posunąłby się do niczego podobnego. Goście, którzy przewinęli się przez jego mieszkanie, też nie wyglądali do zdolnych do takich czynów. Nie byli chuliganami, namolnymi podrywaczami z małomiasteczkowych dyskotek czy gangsterami, tylko studentami wyższych lat miejscowego uniwersytetu.
Z zamyślenia wyrwały ją światła jakiegoś samochodu sunącego powoli w jej kierunku. Nie miała ochoty ryzykować zaczepiania nieznajomych, dlatego zeszła z jezdni i przepuściła go mając nadzieję, że kierowca nie będzie jej niepokoił. W końcu czym innym było korzystanie z dobrej woli przypadkowo napotkanego człowieka, a czym innym jechanie z taksówkarzem. Jak na jeden wieczór miała zdecydowanie dość przygód. Szczególnie tych związanych z transportem.
Gdy auto przejechało, odblokowała klawiaturę komórki.
– Jezu, jest sygnał! – Wyrwało się jej mimowolnie. Szybko wybrała numer swojego chłopaka i przytknęła aparat do ucha. – Odbierz… Proszę, odbierz.
Po kilku dzwonkach usłyszała komunikat automatycznej sekretarki. Poczekała na sygnał i wydusiła z siebie:
– Szymek, oddzwoń do mnie, błagam. Nie wiem gdzie jestem. Wszystko poszło nie tak. Złapaliśmy pociąg, ale… Był dziwny i chyba jechał w złą stronę. Wysiadłam, ale jestem sama. Próbuję do ciebie przyjechać. Proszę zadzwoń do mnie…
Rozłączyła się niezadowolona z tego, że głos tak bardzo jej drżał. Podejrzewała, że w świetle dnia wszystko to wyda się jej tylko bardzo dziwną przygodą, której wspomnienie nie będzie wywoływać niczego, poza zażenowaniem. Teraz jednak czuła, że znajdowała się na skraju paniki. Jakkolwiek idiotyczne zdawało się jej to wszystko, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nie było zwidami, lecz całkiem realną rzeczywistością.

Rozejrzała się i postanowiła ponownie obejść budynek dworca. Ulica, która znajdowała się po jego drugiej stronie, wydawała się większa i bezpieczniejsza. Poza tym Ewa wiedziała już gdzie znajdowała się wiodąca w tamtym kierunku ścieżka. Szła powoli, znów przyglądając się zabudowaniom. Cały czas wyglądały tak, jak inne zaniedbane kamienice. Tu i ówdzie obdrapane, pomazane, z kilkoma zaciekami z nieszczelnych rynien. Żadnych ławek, okien skrywających poczekalnie czy jakichkolwiek znaków świadczących o przeznaczeniu innym, niż mieszkalne.

Po chwili znalazła się na parkingu, po tej stronie dziwnej stacji, którą widzieli kierujący się ku pociągom pasażerowie. Budynek od parkingu oddzielał betonowy, pomazany sprejami mur. Nad głównym wejściem nie było żadnej nazwy, ani nawet śladu po tablicy informującej o tym, co znajdowało się wewnątrz. Jedynym, co przywodziło na myśl dworcową infrastrukturę był staromodny zegar, zawieszony między parterowymi oknami. We mgle nie widziała go wyraźnie, miała jednak wrażenie, że znajdował się na nim ciemny kształt, do złudzenia przypominający orła.
Dziewczyna ostatni raz rzuciła na niego okiem i ruszyła przed siebie. Po minucie z bieli wyłonił się znajdujący się po drugiej stronie uliczki sporych rozmiarów parterowy, wolnostojący sklep. W przeciwieństwie do dworca, ewidentnie należał do nowszych obiektów w mieście. Był w dobrym stanie i co najważniejsze położony przy nim parking sąsiadował ze znacznie szerszą ulicą. Dziewczyna dotarła do skrzyżowania i na sporych rozmiarów tablicy informacyjnej odczytała nazwę minimarketu, godziny jego otwarcia oraz adres.
– Ogrodowa. To już jakiś początek.

* * *

Kilka chwil później stała już przy krawężniku i wypatrywała świateł nadjeżdżających samochodów. Pierwszy raz w życiu była szczęśliwa z powodu wandalizmu. Tak chyba bowiem można nazwać nalepianie reklam korporacji taksówkowych na ulicznych słupach informacyjnych. Naklejka nie była w dobrym stanie, zerwano część z nazwą i połowę uśmiechniętego samochodu, zachęcającego do korzystania z usług firmy. Fragment z numerem telefonu pozostał jednak nietknięty. Ewa szybko połączyła się z dyspozytorką, która nie tylko obiecała jak najszybciej wysłać kogoś w okolice, w których znajdowała się dziewczyna, ale jeszcze pokierowała ją na niewielkie rondo, łączące ulicę Ogrodową z Jaskółczą. Teraz, opatulając się szczelniej szalikiem, stała przy czymś, co jak się okazało, było Parkiem Kolei Szprotawskiej i czekała na miłego pana, który miał zawieźć ją pod dom Szymona.
Dyspozytorka uprzedziła ją o konieczności kilkuminutowego oczekiwania, który musiał przyjechać z innej dzielnicy. Wykorzystała ten czas na próby dodzwonienia się do Igi. Nie chodziło nawet o dopytywanie o zachowanie współtowarzyszy, mówienie o tym gdzie jest czy wyzłośliwianie się. Chciała po prostu upewnić się, że jej przyjaciołom nic się nie stało. Ilekroć jednak wybierała jej numer, w uszach odzywał się suchy komunikat operatora dotyczący braku możliwości wykonania połączenia. Tak samo działo się, gdy próbowała połączyć się z Bartkiem. Zadzwoniła też do Szymona. W jego przypadku za każdym razem włączała się sekretarka, a nie bezduszny komunikat.
Gdy zatrzymał się przed nią samochód z podświetlonym na żółto słowem TAXI na dachu, wyjmowała akurat z torby gazetę zabraną z pociągu
– To pani dzwoniła? – Spytał kierowca przez opuszczoną szybę.
Przytaknęła i wskoczyła na tylne siedzenie.
– Na Bema proszę.
Uśmiechnął się do lusterka wstecznego, włączył taksometr i ruszył przed siebie.
– Nie ma sprawy. A jeśli wolno spytać, co pani robi w takiej mgle, o takiej godzinie, i do tego zupełnie sama? Nie boi się pani? Nigdy nie wiadomo, co może czaić się na ulicach.
– Dobre pytania. Szczerze powiedziawszy nie do końca umiem na nie odpowiedzieć. Przepraszam… – rzuciła, gdy rozległ się dzwonek jej telefonu.
Przycisnęła aparat do ucha, z ulgą słysząc głos Szymona. Po chwili powiedziała:
– Tak, już jadę do ciebie. Wyjdź przed dom, proszę. To było coś okropnego! Opowiem ci wszystko, jak się spotkamy. Nie wiem co się stało, ale wysiadłam z tego pociągu i… wiem jak to brzmi, ale tu nawet nie ma torów!
Uspokajał ją obiecując, że zaraz się zobaczą. Zerknęła na przednią szybę i spostrzegła w lusterku minę taksówkarza. Zatroskanie mieszało się z niedowierzaniem.
– Dobrze, zaraz się widzimy. Na razie. – Rozłączyła się i spytała kierowcę: – Niech mi pan powie, co za kolej ma tu dworzec?
– Tu?
– Tak, w takiej bocznej uliczce odchodzącej od Ogrodowej.
Wrzucił kierunkowskaz i stanął przy krawężniku. Obrócił się w fotelu tak, by móc na nią spojrzeć. Przez chwilę milczał, jakby dobierając odpowiednie słowa. W końcu zebrał się w sobie i powiedział:
– Chodzi pani pewnie o Kolej Szprotawską. Przygotowywałem się kiedyś do pracy przewodnika. Nic z tego nie wyszło, jak widać, ale o ile wiem była tam kiedyś stacja. Niemcy wybudowali ją jeszcze w dziewiętnastym wieku. Potem, już po pierwszej wojnie, funkcjonowała kilka lat, ale jeszcze wcześniej chcieli ją likwidować. Po wojnie już nigdy jej nie odtworzono, cały interes zamknięto dawno temu. To, co zostało, to troszkę torów tu i tam. No i maniacy, próbujący ratować jej pozostałości. Dawne dzieje…
– A jakiś działający dworzec?
– Nie… Nic takiego tu nie ma. Wiedziałbym, całe życie tu mieszkam. Przepraszam, że pytam, wiem jak to zabrzmi, ale czy… widziała pani parowóz?
Zastanowiła się co powiedzieć, by kierowca nie wziął jej za wariatkę. Była coraz bardziej zdezorientowana, ale wiedziała, co przeżyła. Widziała ten przeklęty pociąg, siedziała w nim! Widziała wagony, konduktora, pasażerów i dworzec. Widziała poczekalnię, rozkład jazdy i drewniane ławki na peronie. Poza tym miała zdjęcia. Były w telefonie, wyraźne i w niezłej rozdzielczości.
– Wydawało mi się, że słyszałam dźwięk takiego pociągu – skłamała w końcu. – Ale nie widziałam go.
– Rozumiem. Wie pani, naprawdę przepraszam, że pytam, ale kiedy człowiek chce być przewodnikiem, musi nie tylko znać topografię miasta, ale i legendy. Ponoć raz do roku, kiedy nad miasto nadciąga taka nieprzyjemna mgła jak ta, pociąg szprotawski wraca do życia. To oczywiście tylko historyjka do straszenia dzieci – dodał szybko siląc się na uśmiech. – Problem polega na tym, że jest pani drugą osobą, którą zabieram z okolic Ogrodowej w czasie ostatnich trzech lat. Tamten chłopak, bardzo sympatyczny młody człowiek swoją drogą, twierdził, że udało mu się wysiąść, bo ostrzegł go konduktor.
– Serio?
– Jak najbardziej. Twierdził, że podróżował razem z narzeczoną. Kilka dni później przesłuchiwała mnie policja. O ile wiem dziewczyna zniknęła bez śladu. Jego podejrzewali o morderstwo, a mnie przesłuchiwali w roli świadka. Nic mu nie udowodniono, bo nigdy nie znaleziono ciała, ale co nas wymęczyli, to nasze. Wtedy też była taka mgła. Przez te przesłuchania dobrze pamiętam. Mam nadzieję, że pani nikogo nie próbowała zabić. Nie chciałbym znowu przez to przechodzić.
– Nikogo nie zamordowałam. Tego akurat jestem absolutnie pewna.
– To dobrze – odparł i ponownie ruszył. – Takie historie człowiek przeżywa chyba tylko raz w życiu. Taką mam przynajmniej nadzieję, bo na powtórkę nie mam najmniejszej ochoty.

Nie chciała wdawać się w dalsze dyskusje z taksówkarzem. Świadomie unikała też jego wzroku, choć czuła, że zerkał na nią raz po raz. Rozwinęła gazetę i rzuciła na nią okiem, by zająć się czymkolwiek innym. Była nieco pomięta, ale nie pożółkła czy wyblakła. Wyglądała, jakby zeszła z prasy drukarskiej góra kilka dni wcześniej. Dopiero teraz pod tytułem dostrzegła datę: 30 II 1910.


Opowiadanie zostało opublikowane online i analogowo: 2017_10_16_Annales 2016 Arial Narrow 9.5 v7

Prababcia i inni

Ewa Maria Slaska o Eugenii Lublinerowej, Olesinie i stawach. Nowy Beniowski czyli opowieść dygresyjna.

Przyjechałam do Olesina w listopadowy, mglisty dzień, a listopad, wszyscy wiemy, nie jest miesiącem zachęcającym do wędrówek po polach i łąkach. Listopad, co właśnie znalazłam na Facebooku, to, zdaniem Tuwima, wrzód na dwunastnicy roku.

olesin-drogowskazTym niemniej muszę powiedzieć, że ten dzień w Olesinie zapisał mi się wspaniale w pamięci i chyba zaliczę go do tzw. highlight’ów roku 2014. Przyjechaliśmy we dwójkę z moim siostrzeńcem Adamem (Czytelnicy bloga znają Adama z interesujących wpisów, np. TU, i ciętych komentarzy). Przed dworcem czekał Artur Czyżewski, naczelny pisma on-line Kurier Skruda, a w samochodzie byli już też pan Jan Majszyk, kronikarz lokalnej historii, oraz Adam Kostyra, archeolog awiacji, który w naszym spotkaniu pełnił przede wszystkim funkcję dokumentalisty. Potem doszlusował do nas “pan Andrzej”, o którym wiem niewiele, żeby nie powiedzieć – nic, ale z tego nic wynika, że to barwna i ciekawa postać, na pewno zasługująca na odrębne rozmowy i pióro Andrzeja Stojowskiego.

pieciupanowAdam S., Adam K., Artur, pan Majszyk, pan Andrzej

Pan Andrzej opowiedział nam (Adamowi i mnie) na przykład, że w ramach akcji crowfundingowej zasponsorował wyjazd jakiegoś polskiego globtrottera na Syberię, a potem umówił się z nim na kawę w Irkucku i bez większych przygotowań ruszył, bodajże starą toyotą, na trasę i dotarł do Irkucka, gdzie globtrotter wcale się z nim nie spotkał, bo… nie wierzył w sepulki. (To była zagadka, z nagrodą, rozwiązana przez Marię. Co to są sepulki i skąd je znamy? – z Lema! I nikt nie wie, co to jest.) Oczywiście pan Andrzej jechał po utartych szlakach, a globtrotter zaplanował sobie przygodę życia, ale ruszyć na Syberię prawie z marszu, no… też bym chciała, ale oczywiście nie mogę, bo nie mam prawa jazdy i nie jeżdżę na rowerze. Musiałabym na piechotę, ale czy ja wiem – 20 tysięcy kilometrów na piechotę? Dersu Uzała. No tak, to marginalia, ale ta Syberia, która wcześniej budziła we mnie niepokój i niechęć, od czasu lektury Lodu Dukaja stała się skrytą tęsknotą. Marzy mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska.

Na razie jednak jesteśmy w Olesinie, gdzie pan Majszyk i ja powoli dopracowujemy się jakiegoś consensusu w sprawie majątku Pradziadka i szkoły Prababci. Gdy już mniej więcej wiemy, gdzie i kiedy funkcjonowała Sylwana, przypominam sobie nagle: stawy! Nikt z nas nigdy nie widział Sylwany, ale Ciocia twierdzi, że w majątku były stawy. Liczba mnoga czyli minimum dwa. Pytam więc, gdzie są stawy? Albo gdzie mogły być stawy? Rozpoczynają się debaty, konsultacje z mapą, rozmowa z dozorcą zakładów chemicznych Chema. W końcu wszyscy zdecydowanie pokazują palcem: tam! Tam były stawy! Dojść się nie da, objeżdżamy autem na około. Wychodzimy. Płaskie przestrzenie zarośnięte trawą, podwyższone groble, kanał, studnia. Jestem zachwycona, są stawy to znaczy, że jesteśmy w Sylwanie.

olesin-domniemane-stawyGdy już wrócę do domu, dostanę od Artura Czyżewskiego mapkę z komentarzem:
“Z tymi stawami to daliśmy ciała. Kiepscy z nas detektywi 🙂 . Przeanalizowałem google maps i oto wynik śledztwa.”

olesin-stawyPodoba mi się. Tu stawy, tam stawy, najważniejsze, że były stawy. Ciocia, która jest młodszą kuzynką Mamy, nigdy nie była w Olesinie, ale Mama tam jeździła na wakacje. Oddawano ją tam pod opiekę psa Halo czyli Halusia, któremu ktoś z dorosłych tłumaczył, że ma iść z dzieckiem na spacer, pilnować, żeby nie weszło do wody (czyli do owych rzeczonych stawów), a o drugiej oboje, dziewczynka i pies, mają wrócić na obiad.

haloHalo, a w tle – Sylwana, przynajmniej tak myślę. Oczywiście tak naprawdę w tle widać tylko jakieś podwórkowe badziewie, ale jest ono podwórkowym śmieciem z Sylwany.