Irena Bobowska: Wiersze / Gedichte

Anna Krenz

IRENA BOBOWSKA
(geb. 3.9.1920, Poznań; gest. 27.9.1942, Berlin-Plötzensee)

Eine  junge Frau. Eine hochbegabte Malerin und Dichterin. Eine Schwerbehinderte im Rollstuhl. Eine Pfadfinderin, Aktivistin der Posener Waffen Organisation, dh. Militärorganisation im Westen Polens (Großpolen). Mitgründerin und Mitherausgeberin der Untergrund-Zeitschrift “Pobudka” (Weckruf). Sie sammelte die Informationen aus der Funküberwachung und bereitet sie zum Ausdrucken vor. Sie transportierte die konspirative Dokumente versteckt in ihrem Rollstuhl. Wegen ihrer Untergrundarbeit wurde sie von der GESTAPO verhaftet. Sie verbrachte zwei Jahre im Gefängnis (Fort VII in Poznań, Gefängnis in Wronki, Gefängnis Alt-Moabit, Gefängnis Barnimstraße und schließlich Gefängnis Berlin-Plötzensee). Sie wurde gefoltert und gedemütigt und fand ihren Ausweg im Schreiben von Gedichten und im Zeichnen.
Sie wurde am 27. September 1942 im Morgengrauen im Gefängnis Berlin-Plötzensee hingerichtet. 

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante Stanisława Kwiatkowska, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen. Das von Ewa Maria Slaska ins Deutsche übersetzte Gedicht wurde u.A. anlässlich des Internationalen Frauentags am 8.3.2021 vom Kollektiv Dziewuchy Berlin während der Performance “We are relevant” auf dem Nettelbeckplatz in Berlin vorgetragen. 
mehr: DEMO Wir sind Widerstand. 

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

Im Rahmen des Projekts wurden die acht gefundenen Gedichte ins Deutsche übersetzt von: Agnieszka Dębska (2022), Elżbieta Jagiełło (2022),  Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Das Gedicht “Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen” wurde 1995 von Bettina Eberspächer übersetzt und in der Publikation “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995), herausgegeben von Ewa Maria Slaska, veröffentlicht.

IRENA BOBOWSKA
(Urodzona 3 września 1920 r. w Poznaniu, stracona 26 września 1942 r. w Berlinie-Plötzensee)

Młoda kobieta. Niezwykle utalentowana rysowniczka i poetka. Osoba z niepełnosprawnościami, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Harcerka, działaczka Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, tj. organizacji wojskowej w zachodniej Polsce (Wielkopolska). Współzałożycielka i współredaktorka podziemnego pisma “Pobudka”. Zbierała informacje z monitoringu radiowego i przygotowała je do druku. Dokumenty konspiracyjne przewoziła ukryte w swoim wózku inwalidzkim. Z powodu swojej pracy konspiracyjnej została aresztowana przez GESTAPO.  Dwa lata spędziła w więzieniu (Fort VII w Poznaniu, więzienie we Wronkach, więzienie Alt-Moabit, więzienie Barnimstraße i wreszcie więzienie Berlin-Plötzensee). Torturowana i poniżana, ucieczkę znalazła w pisaniu wierszy i rysowaniu. Została stracona o świcie 27 września 1942 roku w więzieniu Berlin-Plötzensee.

Najbardziej znany wiersz Bobowskiej, “Bo się uczę…”, napisany w Forcie VII w Poznaniu, przyniosła w bucie z więzienia zwolniona z więzienia we Wronkach ciotka Stanisława Kwiatkowska. Wiersz ten, pełen bólu i nadziei, rozchodził się anonimowo w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Był czytana przez więźniarki w Oświęcimiu, przez więźniarki w powojennym Fordonie. Na niemiecki wiersz przetłumaczyła Ewa Maria Slaska, odczytywany był przez kolektyw Dziewuchy Berlin między innymi w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Kobiet (8.3.2021) podczas performance “Jesteśmy istotne” na Widerstandsplatz (Nettelbeckplatz) w Berlinie. więcej: DEMO Wir sind Widerstand. 

Pamiętamy o niej. Bo była i jest – istotna.

W ramach projektu znalezione osiem wierszy na niemiecki przetłumaczyły: Agnieszka Dębska (2022),  Elżbieta Jagiełło (2022), Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Wiersz “Ostatnie pozdrowienie” przetłumaczony był przez Bettinę Eberspächer w 1995 roku i opublikowany w publikacji “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995) pod redakcją Ewy Marii Slaskiej.

Ostatnie pozdrowienie

Przez gwiazdy i księżyc i słońca promienie,
Przez wszystkie blaski istniejące,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje serce tęskniące.

Przez drzewa i krzewy i przez wiatru tchnienie,
Przez wszystko, co kwitnie i rośnie,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje sny o wiośnie.

Przez świeżą zieleń, przez błękit nieba,
Przez grę kolorów tęczową, lśnienia,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Tchnące miłością purpurową.

Przez bicie dzwonów, przez ptaszęce pienia,
Przez wszystkie śpiewy i dźwięki,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
W tonach żałosnej piosenki.

Przez sny złote i srebrne marzenia,
I poprzez myśli tęsknych roje…
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Przyślijcie Wy mi serca swoje.
(Alt-Moabit, 1941?)

Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen

Von Mond und Sternen, von Sonnenstrahlen,
Von allem Lichtschein der Welt,
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und mein sehnendes Herz.

Von allen Bäumen und Sträuchern, des Windes Atem,
Von allem, was wächst und was blüht
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und meinen Frühlingstraum.

Von Himmelsblau und von frischem Grün,
Vom Glanz, von des Regenbogens Spiel der Farben
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Von purpurner Liebe behaucht.

Von Vogelgesängen, von der Glockenschlägen,
Von allem, was tönt und was singt
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen,
Der wie ein Klagelied klingt.

Von goldenen Träumen, silbernen Verlangen,
Von der Sehnsuchtsgedanken Spiel
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
– Schickt Ihr euer Herz zu mir

(übersetzt von Bettina Eberspächer, 1995)

***

Modlitwa

Za wszystkie dobre z Bożej ręki wzięte
Za skarby wiary, za pociechy święte
Za trudy, prace i trudów owoce
Chwile szczęścia i długie niemoce
Za spokój, walkę
Za chwile szczęścia i dni żałoby

(23.4.194?)

Das Gebet

Für all das Gute aus Gotteshand erfasste
Für Glaubensschätze, für die heiligen Troste
Für Arbeit, Mühen und deren Gewinn
Die Glücksmomente und Tage ohne Sinn
Für Kampf und Frieden weltweit
Für Glück und für die Trauerzeit.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Słońce nam zaświeci,
Otworzą Fortu drzwi.
O szczęściu i swobodzie
Gromada więźniów śni.
Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień,
Więzienne znikną mury,
Fortecy zniknie cień.
I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.
Hasłem naszym będzie:
Rodzina, kraj i Bóg.
Ochoczo chwycim w dłonie
Młot twardy, miecz i pług.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.

(194?, Fort VII, Poznań)

Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Die Sonne scheinen
Die Tore der Festung sich öffnen
Von Glück und Freiheit
Träumen die Gefangenen.
Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Die Gefängnismauer verschwindet
Der Schatten der Festung auch.
Die Freude wird einziehen
Im Lachen heller Träume
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Alles wird gut
Wir kehren heim
Unser Schlagwort heißt
Familie, Vaterland und Gott
Mit Freuden greifen wir
Zu Hammer, Schwert und Pflug
Alles wird gut
Wir kehren heim.

(übersetzt von Monika Wrzosek-Müller, 2022)

***

Kochanej Mamusi w dniu imienin 15.5.

Ach tak bym chciała dziś pod stopy Twoje,
jak wonnych kwiatów, rzucić marzeń roje,
życzeń tysiące.

Ale są chwile, gdy nie można w słowa
oblec tych uczuć,
które w sobie chowa
serce bijące…

Ale są chwile, gdy wielkie wzruszenie
zamienia rwący się okrzyk – w milczenie
i głos tamuje…

Matuś, wiesz dobrze, że Twoja pieszczocha
Z całego serca prawdziwie Cię kocha.
Ty wiesz, co czuję…

Nenia dla Matuli

(1942)

Der geliebten Mama zum Namenstag 15.5.

Ach, wie gern würd ich dir heute
Hände voller Träume und lauter gute Wünsche
wie duftende Blüten auf deinen Weg streuen!

Aber es gibt Zeiten, in denen die Gefühle,
die das schlagende Herz in sich verbirgt,
keine Worte finden können…

Es gibt Zeiten, in denen der innere Aufruhr
den Schrei, der sich lösen will, in Schweigen verwandelt
und die Stimme lähmt…

Mami, du weißt genau, dass dein Schatz
dich von ganzem Herzen liebt.
Du weißt, was ich fühle…

Nenia für Mutti

(übersetzt von Anja Witzel, 2022)

***

Ktoś po klawiszach palcami wodzi
O struny skrzypiec czyjaś ręka trąca
Jakaś melodia z dala nadchodzi –
Chcę ją spamięta, lecz tony się mącą –

Śni mi się w nocy nasze pianino –
Czarne i lśniące stoi pod ścianą –
I na mnie czeka, gdy dni szare miną
Wrócę do niego – gdy wolna zostanę…

Na razie śnię tylko i rymy układam
Czasem – choć rzadko – łzy leje
I bajki sobie opowiadam,
I do snów moich się śmieję

Buduję przyszłość promienną, jasną
Podkłady daję z dobroci
I wtedy cela przestaje być ciemną
Przez kraty słońce ją złoci –

A w słonecznej jasnej strudze
W blasku prawdziwych urojeń
Dusza się kąpie jak w strudze
I lżej oddycha serce moje

(1941, Wronki)

Sanfte Finger berühren die Tasten,
Jemand anders zupft die Geigensaiten
Und ich höre ein Lied von ganz Weitem –
Doch der Klang lässt sich nicht festhalten –

Nachts im Traum mein Klavier mir erscheint –
An der Wand glänzend schwarz wartet dort –
Ist das Gräuliche vorbei, bin ich wieder daheim.
Kehre ich zurück, werd‘ ich wieder frei sein…

Bis es soweit ist, kommt ein Traum, kommt ein Reim
Manchmal wein‘ ich, doch zugegeben: selten
Kindheitsmärchen erzähle ich mir
Schaffe es, meinen Träumen zuzulächeln

Eine Zukunft mir baue, eine strahlende, helle
Ihr Fundament ist Güte
Dann weicht das Dunkel der Zelle
Die Sonne dringt ein durch die Gitter

In dem breiten Sonnenstrahl
Phantombilder wirken wahr
Und meine Seele badet wie in einem Bach
Und mein Herz atmet leichter, fast wirklich leicht

(übersetzt von Elżbieta Jagiełło, 2022)

***

Serce me
w złudnym śniepogrążone było.
Przyszedł dzień
Zniknął sen
Szczęście się prześniło.
Tylko myśl
Jeszcze dziś
Przypomina sny.
Dawne piosnki
Budzą troski
Przywołują łzy.

(Moabit, 20.1.1942)

Mein Herz
war vertieft
in Träumerei.
Mit dem Tag
schwand der Traum
das Glück war vorbei.
Heut erinnert
ein Gedanke
an des Traumes Glück
Alte Lieder
bringen Kummer
und Tränen zurück

(übersetzt von Agnieszka Dębska, 2022)

***
Ja lubię sobie wyobrażać
Że jestem z bajki taką dobrą wróżką
Przedziwne cuda mogę stwarzać
Mą czarodziejską różdżką.

I wtedy chodzę i sieję po świecie
Taki radosny, dźwięczny śmiech.
Śmiech, który wszystko zło wymiecie,
Przed którym umknie wszelki grzech.

W takt mojej różdżki tańczą dzieci
Kłonią się kwiaty, szumią drzewa
Gdy zechcę, wiatr swawolny leci
I na mój rozkaz słowik w parku śpiewa.

W dzień wodzę w górze słońce ogniste
I co noc gwiazdy zapalam,
I mgły na łąkach snuję srebrzyste,
I księżycowi świecić pozwalam.

Rankiem rozpylam perliste rosy,
Zawrotnych woni udzielam ziołom,
Rok rocznie złocę pszeniczne kłosy
I deszcz spragnionym zsyłam siołom.

Dzień i noc oraz 4 pory roku
Elfy, chochliki, wszystkie kwietne duszki
I nimfy z łąki przy potoku,
Syreny w morzu – też są moje służki.

(Moabit, 24.12.1941)

Ich stelle mich gerne so vor
Als gute Fee, vorm Märchentor
Mit einem Zauberstab in meiner Hand,
die große Wunder bewirken kann.

So gehe ich freudig durch die Welt
Mit meinem Lachen, das fröhlich klingt
Und all das Böse was im Wege steht
Und jede Sünde vertreiben wird.

Zum Takt meines Zauberstabs tanzen die Kinder
Durch meinen Willen befreie ich Winde.
Die Nachtigal zum Singen ich bezwinge,
Die Blumen zum Grüßen, die Bäume zu Schwingen.

Tagsüber befehle ich der Sonne zu wandern,
Nachts zünde ich Sterne am Himmel an,
Silbrige Nebel lasse ich auf Wiesen landen,
und den Mond leuchten, solange er kann.

Am Morgen sprühe ich perlenden Tau
Betörende Düfte schenke ich den Kräutern
Die Weizenähren bestreue ich mit Gold
Und sende Regen den durstigen Orten.

Der Tag und die Nacht und die Jahreszeiten
die Elfen, Kobolde, jegliche Blumengeister
und all die Nymphen und Wasserjungfrauen
auch die sollen mir ihre Dienste leisten.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Bo ja się uczę… 

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno)
I wiem jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony,
Uchronić się od chłodu.
I wiem co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.

I nauczyłam się popędzać myślami
Czas co bezlitośnie lubi się dłużyć
I wiem jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…

I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

(Wronki, 1941)

Weil ich lerne…

Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball
zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.

Und ich weiß, was es bedeutet,
Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.

Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…

Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst zu haben vor dem, was sein wird!

(übersetzt von Ewa Maria Slaska, 2021)

Lato, lato

Teresa Rudolf

Gołąb z ulicy Chopina

Dziś przyleciał
gołąb poranny,
z ulicy Chopina,
moje dzieciństwo.

Gruchnął znów,
z jakąś skargą,
w zaciśniętym
dziobie jak wtedy.

Zagłuszał inne
ptaki, psy i koty 
biadoleniem tępym,
nieprzetłumaczalnym.

I nagle 
dzwony 
kościelne,
w czystym
powietrzu
poranka,
odebrały
od niego
tę skargę...
Dziwne lato

Lato, 
wyśpiewane ptakami,
od lasów po balkony.

Lato,
przepięknie kolorowe,
rozsłonecznione niebiesko.

Lato,
grzmiące z nienawisci,
miotające piorunami.

Lato,
prażące gorącem ziemię, 
jakby kawę kolumbijską.

Lato, 
goniące ludzi dla ochłody
w wody rzek i basenów.

Lato,  
całe lądy na wiór suszące,
kradnąc wodę, paląc lasy.

Lato, 
cierpiące na 
niestabilność,
jak człowiek,
co kocha
...i zabija. 

9-Euro-Ticket (7)

Ewa Maria Slaska

Jak to słusznie zauważyła Ela w jednym z poprzednich wpisów o słynnym bilecie za 9 euro, wcale nie jest on wykorzystywany do dalekich podróży, lecz przede wszystkim do zwiedzania własnego miasta. Słyszę to od wielu ludzi, myślę więc, że jest to pewne zjawisko społeczne, jak sądzę, wcale nie takie, jakie sobie wydumał prawodawca. Zasadniczo wprowadzenie taniego biletu miało nauczyć użytkowników oszczędności energetycznej, tego więc, że metro, tramwaj i kolejka są dla ludzi. Przypuszczam, że wielu właścicielom aut wydawało się to przez wiele lat absurdalne. Oferta była więc skierowana przede wszystkim do tych, którzy powinni zrezygnować z aut. Zachęcano ich do tego już od dawna, mieli zacząć chodzić, jeździć na rowerze, korzystać z komunikacji miejskiej. Teraz argumenty ideologiczne zostały wzmocnione czynnikiem ekonomicznym. Ale i tak głównymi beneficjentami programu jesteśmy po prostu my, zwykli ludzie, którzy wyrwali się z domu po dwóch latach przymusowej odsiadki z powodu pandemii.

Wyszliśmy z domu, żeby obejrzeć nasze własne miasto.

Pewnej niedzieli wybraliśmy się więc z Arkiem i Konradem na Wannsee. W Literarisches Colloquium Berlin (LCB) odbywał się bowiem jarmark małych wydawnictw, pod sympatycznym tytułem Małe Wydawnictwa nad Wielkim Wannsee. Wielkie (i małe) Wannsee to jeziora, jak sama nazwa wskazuje – wannowe. Łąka pomiędzy LCB a jeziorem jest bardzo piękna i bardzo słynna, pisało o niej bowiem wielu pisarzy, a to dlatego że LCB nie tylko organizuje wieczory autorskie, festiwale, jarmarki i warsztaty, ale również zaprasza licznych pisarzy na krótsze i dłuższe pobyty. A pisarze, jak to oni, piszą o tym, co przeżywają, jak się więc jest gościem rezydentem w LCB, siaduje się z innymi gośćmi na łące nad jeziorem. A potem pisze o tych łąkowych spotkaniach. W polskiej literaturze znalazł się taki opis na pewno u Zagajewskiego, ale prawie dałabym głowę, że był też u Kazimierza Brandysa, może u Dygata, może u Witkowskiego…


Małe wydawnictwa to w Berlinie bardzo ważny element krajobrazu kulturalnego. Bo jest tak, że wielkie, ważne, znane instytucje kultury, wydawnictwa, muzea, filharmonie nie interesują się artystą, dopóki nie będzie ona sławną celebrytą. Gdy już wyda książki i dostanie wspaniałe honoraria, wszystkie drzwi staną przed nią otworem. Ale jak zaczynasz kobieto pisać, malować, komponować czy kręcić filmy, nie masz co liczyć na to, że ktoś cię zauważy.
I wtedy zakładasz z koleżankami wydawnictwo, waszą własną galerię, klub muzyczny, gdzie będziecie grały waszą własną muzykę, kino, które pokaże publiczności twój film. Oczywiście w czasach internetu jest łatwiej, można założyć własne wydawnictwo i galerię na youtubie, ale…

Ale okazuje się, że książka nadal jest potrzebna. Jest potrzebny ten produkt złożony z okładek i stron pomiędzy nimi, chociażby po to, żeby autorka miała co postawić na półce i żeby czytelniczki miały z czym podejść podczas spotkania autorskiego, żeby poprosić o podpis.
I wtedy małe wydawnictwo okazuje się zbawieniem.

Pojechaliśmy więc na Wannsee, poszliśmy do do LCB, pooglądaliśmy książki, pogadaliśmy z ludźmi, poznaliśmy tych, których jeszcze nie znaliśmy (na przykład Annę Cieplak) i pogadaliśmy z tymi, których znamy od dawna (na przykład z Annett Gröschner czy Danielą Seel), kupiliśmy jedną czy drugą książkę, po czym poszliśmy na spacer.

W Wannsee można iść na spacer do grobu Heinricha von Kleista i Henriette Vogel, którzy 21 listopada 1811 roku popełnili samobójstwo nad Małym Wannsee, albo można zejść nad wodę. Była piękna pogoda, co tego lata oznacza, że nie było upału, poszliśmy więc nad wodę. Wsiedliśmy na prom i popłynęliśmy na Kladow.


I tu właśnie zaczyna się znowu sprawa biletu za 9 euro. Bo oto w Berlinie jest 10 linii komunikacyjnych łączących się z promami i wszystkie te promy są częścią komunikacji miejskiej, a zatem w tym roku można się nimi przejechać za ów bilet miesięczny za 9 euro.

Linie promowe w Berlinie


Kladow jest jedną z kilkunastu dawnych wiosek, które w roku 1920 zostały wraz z kilkoma miastami połączone w jedno miasto zwane Wielkim Berlinem. Wioski te miały swoje kościoły, swoje cmentarze, szkoły, poczty i sołectwa.

Na Kladow przez 18 lat mieszkała niemiecko-żydowska poetka Mascha Kaléko – w każdym razie pisze tak w jednym ze swoich wierszy. Miłośnicy Kladow i poezji twierdzą dziś, że tego twierdzenia nie da się w pełni potwierdzić. Ale nie da się go też w pełni zanegować.
W każdym razie jest na Kladow uliczka Maschy Kaléko (Mascha-Kaléko-Weg) i jest jej wiersz:

Mascha Kaléko, Souvenir à Kladow

(geschrieben im heftigen Vorfrühling Manhattans)

Ich denke oft an Kladow im April …
Noch hält der Frühling sich im Wald verborgen,
Die Ufer warten kahl und winterstill,
Und nur die ersten Knospen rufen: „morgen!“

Auf einmal regt sich was im Vogelnest,
Und Sammetkätzchen schaukeln von den Weiden.
Die ganze Landschaft rüstet sich zum Fest –
In meinem Herzen rüstet sichs zum Scheiden.

Der letzte Abendgang duch die Allee:
Wie geisterhaft die fernen Glocken hallen!
Ein später Vogel ruft: „Ade. Ade.“
Das ist mir früher niemals aufgefallen.

In diesem Haus mit seinen blanken Scheiben,
Den Fliederbüschen und dem Silbermond,
Dem See, darauf die kleinen Boote treiben –
Hier hab ich achtzehn Frühlinge gewohnt.

Von meinem Herzen bleibt ein gutes Stück
Auf diesem kleinen Erdenfleck zurück.
– Und eine Stimme in mir sagt: Ich will
Die Stunde, wie sie ist, in mir bewahren.
Und sieh: da lebt sie, nach so vielen Jahren!

Ich denke oft an Kladow im April.

***

Tekst ze strony: https://www.deutschelyrik.de/souvenir-a-kladow.html
Tu znajduje się również piękne nagranie wiersza – czyta Fritz Stavenhagen

Reblog: Nataniel

Wolność Równość Demokracja

Maciej Kawecki

Z FB, 21.07.2022

Wielki młody człowiek który własnymi rękami zmienia polski system edukacji! Nataniel Brożnowicz ma 21 lat i stworzył wart już dziś 14 milionów złotych startup Maturalni.com który tylko w tym roku pomógł 60 tysiącom maturzystów zdać maturę! Nataniel w wielu 18 lat przystąpił do 19 olimpiad przedmiotowych z czego jako jedyny Polak wtedy w 6 został ich laureatem! Mógł pójść na każde studia jakie chciał ale postanowił założyć startup, który pomaga młodym Polakom zdać najważniejszy egzamin w życiu i wybrać dalszą drogę. Nataniel przełamuje też wszelkie stereotypy influencera. Założył TikToka by w pięknych słowach mówić młodym ludziom jak zdać maturę i jakie studia wybrać. Są tam same mądre treści, które dziś obserwuje 400 tysięcy uczniów z całej polski! Na moim blogu makeway.pl mój wywiad i historia skromnego chłopaka, który w wieku 21 lat naprawdę zmienia oblicze polskiej edukacji!

Na moje pytanie o pomysł na pomaganie innym Nataniel odpowiada „nasz startup nazywa się „Maturalni”. Stworzyliśmy go w piątkę jako paczka przyjaciół z Mielca. W dużym skrócie pomagamy uczniom napisać maturę na wymarzonym poziomie, oszczędzając przy tym ich czas. Można powiedzieć, że to całe nasze życie, bo 1 stycznia przeprowadziliśmy się wszyscy do jednego domu pod Krakowem, by rozwijać te nasze działania na 110%. Pomysł się wziął stąd, że już jako uczniowie zauważyliśmy, że szkoła jest bardzo mało wydajna i tą całą wiedzę można przekazywać zdecydowanie ciekawiej”.

Mimo, że poznaję ogromną ilość młodych ludzi, którzy dają mi energię i są solą mojej działalności, system wartości jaki reprezentuje Nataniel jest czymś absolutnie niepowtarzalnym. Skromność. Poczucie misji. Szacunek do drugiego człowieka. Jako pierwszemu zaproponowałem, by w 2023 odwiedził ze mną najważniejsze sceny technologiczne na świecie, by to, co ja relacjonuje Wam, on pokazywał młodym ludziom. Dziękuję Nataniel, za to co robisz i jakim jesteś człowiekiem. Nadzieja na przyszłość. A Państwu polecam wywiad, który z nim przeprowadziłem i dzielenie się nim z innymi. To są gwiazdy warte naszej atencji.

Wywiad: https://makeway.pl/pl/wywiad-z-natanielem

Projekt Irena Bobowska – zapowiedź

Anna Krenz & Ewa Maria Slaska

Wrzesień 2022 / 4 wieczory / 4 dyskusje / 4 performance / 4 koncerty / 4 miejsca

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Projekt ma być kolejnym przyczynkiem do debaty o historii w odniesieniu do teraźniejszości, szczególnie w obliczu kolejnej wojny w Europie. Kim były te kobiety, Polki, które walczyły o wolność? Jak wiele możemy się nauczyć z historii i jak o niej rozmawiać? Jak możemy zachować pamięć o zapomnianych bohaterkach? W jaki sposób wspólne debaty historyczne i sztuka mogą przyczynić się do głębszego zrozumienia i uniknąć powtórzenia historii?

W naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ponieważ w naszej kulturze historię piszą zwycięzcy – mężczyźni. Zapisana w annałach historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, w których dominują bohaterowie – generałowie, wodzowie, żołnierze, papieże. Stawia się im pomniki, pisze się o nich epopeje. Dlatego w naszych działaniach często mówimy o zapomnianych kobietach, anonimowych bohaterkach, ofiarach i cichych wojowniczkach.

W ostatnich latach w Berlinie toczy się dyskusja na temat miejsc pamięci i ewentualnej lokalizacji pomnika polskich ofiar narodowego socjalizmu. Debata była długa, odbywała się wśród ludzi na różnych wysokich szczeblach i naukowych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, zwłaszcza młode, reprezentantki społeczeństwa obywatelskiego, czy nie należące do zamkniętych kręgów naukowych i osoby zainteresowane, nie brały w tym udziału.

Bohaterką projektu jest Irena Bobowska, poznańska poetka, która w roku 1942 w wieku 22 lat została zamordowana przez hitlerowców w Berlinie. Dla nas jest ona symbolem tych wszystkich młodych, utalentowanych kobiet, które zostały zamordowane, udręczone, torturowane w czasie wojny, a potem wygnane w niepamięć przez potomnych.

Program i więcej info:

A w ramach projektu ogłaszamy też

call for statements!

Druga z czterech debat odbędzie się 8 września pod “naszym” pomnikiem na F’hain.
Temat: Wojna (jako idea, 2 wojna światowa, wojna w Ukrainie). Forma: manifesty!

Serdecznie zapraszamy te z Was, które interesuje temat wojny do wystąpienia z manifestem, oświadczeniem, przemówieniem 8.9.2022 | 18.00.
Po perfo i manifestach odbędzie się koncert Jemka Jemowita.

Zgłoście się na email: bobowskaberlin@gmail.com


Die Reihe besteht aus 4 Veranstaltungen mit Performative Lesungen von Bobowskas Gedichte, mit Diskussionen mit eingeladenen Expertinnen und eine Ausstellung mit Informationen und ein Porträt sowie Werke von Irena Bobowska und den historischen und  Kontext. Darüber hinaus wird eine Gedenkzeitung “Pobudka” (Weckruf) mit Bobowskas Gedichten in polnischer und deutscher Sprache erscheinen – jedes Gedicht wird von einer anderen Frau übersetzt. Ende des Jahres wird auch eine Publikation zum Thema erscheinen.

Die Botschaft der Polinnen* ist ein Kunstprojekt von Anna Krenz, es ist eine temporäre mobile Rauminstallation mit Spitzenwänden ohne festen Sitz. Die Botschaft veranstaltet Treffen, Ausstellungen und Diskussionen zu Politik, Umwelt und engagierter Kunst. Die Eröffnung und Einweihung der polnischen Botschaft fand im Juni 2020 im Haus der Statistik in Berlin statt. www.facebook.com/AmbasadaPolek/

“Die Kunst ist das Gewissen der Menschlichkeit.” Anna Krenz

Die Veranstaltungen an diesen Orten werden von der Botschaft der Polinnen* begleitet.

PROGRAMM: 

Heimat

1. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Regenbogenfabrik, Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin (Kreuzberg)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Anna Burek / 
Soziolinguistin, Autorin
Masha Pryven / 
Fotografin instagram.com/masha.pryven/
Dr. Kamila Schöll-Mazurek / Leiterin Welcome-Willkommen-Witamy Interkulturelle Anlauf- und Beratungsstelle für Migranten, Polnischer Sozialrat e.V. / polskarada.de

Konzert: Don Philippe Facebook >>>


Krieg

8. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | „Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit“, Virchowstraße, 10249 Berlin (Volkspark Friedrichshain)

Performance: Karen Kandzia

Diskussion mit:

Aleksandra Puciłowska, Autorin

Konzert: Jemek Jemowit | www.jemek.net

Unterdrückung

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße” von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/


Erinnerung

22. September 2022 (Donnerstag), 18.00 Uhr | Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Ch. 100, 12524 Berlin (Treptow – Köpenick)
Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Performance: Karen Kandzia
Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.  lg-ravensbrueck.vvn-bda.de
dr Iwona Dadej
 / Instytut Historii PAN cbh.pan.pl
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia polonia-biuro.de
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin. www.aktives-museum.de
Anja Witzel 
/ Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

Zemsta Szymona

Ewa Maria Slaska

Pojawił się zimą. Naprawił stare rozpadające się krzesła i wykonał im nowe aksamitne obicie. Sprawił, że pasujący do kompletu stół, przestał się wreszcie chwiać i dawał się składać, rozkładać, przesuwać. Potem pomalował go fantazyjnie w dwóch odcieniach starego złota. Jednak blat nie nadawał się jeszcze do użytku, potrzebował co najmniej kilku, a najlepiej – kilkudziesięciu warstw lakieru. Pierwsze miał położyć Szymon, następne, raz na tydzień, miałam nakładać ja.

Przed wyglądało tak:


Po wyglądało natomiast tak:


W kuchni, mimo iż blat nie był jeszcze gotowy, zrobiło się po królewsku.

W domu było tłoczno – mieszkała u mnie właśnie moja młoda koleżanka, Karina, pojawiał się mój przyjaciel, Krzysztof, oraz siostrzeniec z dziewczyną. Codziennie do kolacji zasiadało nas przynajmniej troje, czasem pięcioro lub sześcioro. Widać było, że Szymonowi bardzo te wspólne kolacje przypadły do gustu. Nikt z nas nie pił alkoholu, Szymon poprzestawał na herbacie ziołowej z miodem. Czasem Karina, Krzysztof i Szymon wychodzili na papierosa na balkon.

Niestety właśnie minął miesiąc i trzeba było uregulować rachunki. Tknięta przeczuciem, spytałam Szymona, czy może wolałby dostawać pieniądze co tydzień, a nie wszystkie od razu? Przyznał mi rację, na pewno tak byłoby lepiej, ale ma długi, zresztą musi zapłacić za kwaterę. Wypłaciłam mu więc od razu całą umówioną sumę. Był poniedziałek.

Następnego dnia nie przyszedł do pracy. Po dwóch dniach zadzwonił, że źle się czuje. W niedzielę zjawił się niezapowiedziany z kolegą. Obaj byli wyraźnie pod wpływem alkoholu. Byłyśmy w domu we dwie z Kariną i bardzo nam się nie podobała ta wizyta. Miałyśmy wrażenie, że Szymon przyprowadził kolegę, żeby się pochwalić, jakie ma świetne koleżanki. Powinnyśmy ich były od razu wyrzucić. No, ale jednak goście. No i ten pięknie zaczęty stół, który trzeba skończyć.

Zrobiłyśmy kawę, podałyśmy ciasto. Goście wyciągnęli butelkę wódki i zaczęli się rozglądać za kieliszkami. Popatrzyłyśmy na siebie i powiedziałyśmy zdecydowanie, że nie będzie żadnego picia. Mają wypić kawę i wyjść.


Ociągali się, ale wyszli. Następnego dnia Karina źle się poczuła. Wysłałam ją na test, wróciła z informacją, że ma koronę. Zadzwoniłam do Szymona. W końcu źle się czuł już kilku dni temu. W rozmowie telefonicznej przyznał, że wczoraj, jak u nas był, wciąż był chory. Przywlókł nam koronę. Zapytałam, czy zrobił test. Powiedział, że jest przeciwny szczepieniom, nie wierzy w koronę i nie chce mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Ale się przestraszył. Kupił sobie test w sklepie i test wyszedł pozytywny. Zadzwonił jeszcze raz, zapytał, co ma robić. Kazałam mu iść do lekarza i tak się skończyła nasza współpraca. Już się nie pojawił.

Odezwał się po miesiącu, byłam akurat w Anglii, powiedziałam, że może zadzwonić za dwa dni, jak będę w Berlinie. Więcej nie zadzwonił.


Nie przejmowałabym się tym zbytnio, gdyby nie ten stół. Farba złaziła grubymi czarnymi grudami, brudziła ręce, naczynia i ścierki, którymi myłam blat. Wreszcie w czerwcu Konrad ją zdrapał. Teraz blat nie był zniszczony, tylko oryginalnie podrapany. Nawet mi się podobało. Tyle że podrapana farba nadal schodzi i brudzi.

17 lipca Konrad wyjechał. W dzień po jego wyjeździe wylała pralka. Brudna woda zalała kuchnię od ściany do ściany, wlała się do koszy na śmieci, zmieszała z niedojedzonym kocim żarciem i ludzkim jadłem. Gdy sięgałam do komórki po ścierki do podłogi, trąciłam jedną z puszek z farbami, które Szymon pół roku wcześniej ustawił na progu komórki. Puszka okazała się niedomknięta, szara farba wylała się na podłogę koło śmietnika. Pokryły ją rozmoczone śmiecie. Były w nich marchewka i groszek.

Stałam na bosaka po kostki w wodzie i wyżymałam ścierkę do wiaderka. Zmęczona wyprostowałam się i spojrzałam na przekrojowy kalendarz-zdzierak wiszący koło okna.

18 lipca. Szymona.

9-Euro-Ticket (6)

Ela Kargol

Zapach prowincji i średniowiecza

To małe miasto niedaleko granic Berlina zostało założone podobno przez Albrechta Niedźwiedzia, o czym donosi wikipedia w języku niemieckim, zaś wikipedia polska w pierwszym zdaniu pisze o jego słowiańskich korzeniach. Leży na trasie historycznej Kolei Berlińsko-Szczecińskiej. W tej chwili linia ta jest w ciągłym remoncie, ale nie traćmy nadziei, już niedługo pociągi będą znowu śmigać po dwóch torach i jak za dawnych czasów kolej żelazna połączy Berlin z jego dawnym portem.

Całe szczęście, od stu lat z Berlina dojeżdża tu kolejka podmiejska, a więc, żeby tu dotrzeć nie jest nawet potrzebny 9-Euro-Ticket. A gdyby Panke była rzeką żeglowną jak kiedyś, można byłoby przypłynąć do jej źródeł wprost z Berlina. Budynek dworca znalazł się pod ochroną zabytków, niestety plac przed dworcem nie. Dziesięć lat temu go wybetonowano. W betonie posadzono nowe drzewa. Zobaczymy, co z nich wyrośnie, na razie wyglądają marnie, ale może beton skruszeje.


Miasto z trzema bramami, Berlińskiej nie ma, Młyńska jest nowa, choć stara, a Kamienną nie wiem na ile zrekonstruowano, a na ile jest autentyczna. W mieście są dwa kościoły, dwa cmentarze, dwa pomniki upamiętniające dwie różne wojny i dwa różne systemy polityczne, dwie bramy, bo trzecią, Berlińską zaznaczono tylko w bruku.


Kościół ewangelicki (Sankt Marien) strojniejszy od katolickiego (Herz-Jesu-Kirche). Niestety zamknięty, choć niedziela. Dopiero wieczorem otwarto na koncert. I wtedy, gdy inni wychodzili, ja wślizgnęłam się do środka. A tam Cranach, no, może niezupełnie, ale malarstwo z jego szkoły na skrzydłowym ołtarzu. Pani sprzedająca widokówki i inne bibeloty uśmiechała się do mojego uśmiechu, ale trzymała już klucze w ręku, dając uprzejmy znak, że już się naoglądałam. A więc wyszłam wprost na koci zaułek, po którym przechadzał się senny kot. Nazwy ulic takie same jak w innych miastach. Jest Dworcowa, Szeroka, Berlińska. Jest też ulica Uliczki. Ta nazwa nie ma nic wspólnego ze słowiańską historią miasta. Carl Ulitzka był katolickim księdzem urodzonym na Górnym Śląsku, rodowód jego nazwiska jest z pewnością słowiański, lecz rodzina była niemieckojęzyczna. Był proboszczem w tamtejszej parafii i inicjatorem budowy katolickiego kościoła w Bernau, kościoła, przy którym po latach uczczono jego pamięć, nadając małemu odcinkowi ulicy jego nazwisko. Ulica jest mała i krótka niczym uliczka.


Więcej o Carlu Ulitzce pisze adminka: https://ewamaria.blog/2018/12/30/vergessene-texte-2/

Przy kościele jest budynek starej poczty, zamkniętej na cztery spusty. Pocztą już dawno nie jest, ale była lodziarnią, o czym świadczy napis i kosz plażowy. Lodziarnię wykończyła prawdopodobnie pandemia, a kosz plażowy też jakby po przebytym covidzie nikogo już nie zaprasza.


Idę dalej ulica Dworcową i dochodzę od zewnętrznej strony do murów miasta i jego jedynej częściowo w oryginalnym stanie zachowanej bramy, bramy Kamiennej z Głodową Wieżą. To na niej umieszczone są odlane w brązie głowy husytów ściętych przed murami miasta w1432 roku. Te wysokie na osiem metrów wysokie mury, baszty, wały i inne obwarowania obroniły miasto przed husyckim najazdem i nadal stoją na straży. Gdy jestem w środku miasta, mam wrażenie, że obojętnie w którą stronę pójdę, mur zawsze będzie stał na przeszkodzie. Ulica Husycka jest poza murami miasta, cmentarze, szpital świętego Grzegorza, wieża ciśnień też. I nawet kościół katolicki wybudowano przed murami, jednak protestantyzm w końcu zwyciężył.


Kawiarnia „Pod Husytem” zamyka w niedzielę o 16.00. Miasto pustoszeje. Zapach prowincji. Jest jeszcze kilku takich jak ja, ciekawskich. Wiele starych kamienic i innych budowli, wyremontowane za unijne pieniądze. Bloki z czasów NRD też zadbane. Spotkany przechodzień dumnie pokazuje i opowiada, co jeszcze muszę koniecznie zobaczyć – najstarszy dom w mieście. Po wojnie było ich więcej. Prościej i taniej było budować nowe bloki, zresztą tak jest do dzisiaj. Kantorhaus, dom kantora, organisty pochodzi z XVI wieku i jest odrestaurowaną perełką wśród innych nowszych i tych, po których słuch i byt zaginął. Ratusz jest nowy, stanął na miejscu kamienicy, może niepotrzebnie wyburzonej, opowiada dalej przechodzień. Tu się urodził i tu umrze. Wielu wyjechało jeszcze w czasach NRD, jego syn też, ale dopiero po zjednoczeniu.
On dalej zachwala swoje miasto.
Koniecznie muszę napić się miejscowego piwa „Pod Czarnym Orłem”, choć drogo. Idę znowu wzdłuż wewnętrzej strony muru. Czarownicom postawiono pomnik obok domu kata, myślę, że stosy znajdowały się gdzie indziej. Pomnik ma skrzydła i wygrawerowane nazwiska 25 kobiet i 3 mężczyzn spalonych na stosie. Między nimi jest nazwisko Dorothei Meerman, której matka, babka, córka były również ofiarami polowania na czarownice.

https://de.wikipedia.org/wiki/Dorothea_Meermann

O godzinie 19 słońce jeszcze oświetlało pięcioramienną gwiazdę, ale ja już spieszyłam w kierunku dworca, bo wydawało mi się, że jeszcze chwila i miasto mnie nie wypuści, że mury i bramy zamkną się, a jeśli nie zamkną, to husyci wezmą mnie do niewoli.

Całe szczęście, że kat z powodów technicznych miał dzisiaj wolne.

Ach to życie

Teresa Rudolf

Na fali

A życie płynie
...a w nim i my, 
z innymi bliżej
z innymi dalej,
czasem zawiruje.

Mówi się:
"płyniemy 
na tej 
samej 
fali"...

...a tu

nagle ktoś 
już płynie  
na innej,
już z innymi,
na innym statku...

...i tak

pokrętne
prawa
wciąż
falują
naszą

rzekę,
zwaną
...ŻYCIEM.
Karuzela

Przychodzenie,
odchodzenie,
przepływy,
odpływy,
przyloty,
odloty.

Wzruszenie,
obojętność,
śmiech,
płacz,
radość,
smutek.

Miłość
nienawiść
pokój,
wojna, 
życie,
...śmierć.

Pokolenie Solidarności (10)

Ewa Maria Slaska

Eli

Taternicy (1969)

W marcu 1968 roku kolejne pokolenie „dzieci Komuny” zobaczyło na ulicach czołgi i walki. Te dzieci miały na całe życie zapamiętać tłumy młodych ludzi, bijące się z milicjantami, petardy w powietrzu, armatki wodne. Przestraszone dzieci z buziami przyklejonymi do okien, które przecież nie wiedziały, co o tym wszystkim myśleć, bo dorośli na wszeli wypadek niczego nie tłumaczyli. Skąd więc mogły wiedzieć, czy bójki z policją nie przeniosą się do ich dziecinnych pokojów, nie wyciągną ich z łóżeczek i kojców, czy milicjanci nie będą bić się z nimi lub z ich rodzicami. Oczywiście Stefan i Basia byli już ponad te dziecinne strachy.

Stefan, który był już na studiach w Warszawie i jak wszyscy też wziął udział w protestach na uniwersytecie i pod pomnikiem Mickiewicza, wyleciał ze studiów. Pomyślał wtedy, że dość już się nauczył matematyki i wrócił do Gdańska, gdzie, jak gdyby nigdy nic, przystąpił do egzaminu wstępnego na Politechnikę. Postanowił studiować budowę okrętów. Egzamin zdał i został przyjęty, co, choć było zdumiewające, jednak wcale nie było aż takie rzadkie. Najwyraźniej uczelnie nie rozsyłały list relegowanych studentów i najwyraźniej bezpieka też się tym nie interesowała, co sprawiło, że wielu niepokornym studentom w Polsce przydarzyła się paradoksalna sytuacja, iż wyrzuceni ze studiów w jednym mieście, zostawali studentami w innym.

Tym razem więc Stefanowi się upiekło, ale siedzieć poszedł i tak, choć dopiero w następnym roku – za tzw. aferę taterników.

Były właściwie dwie afery, jedna w sprawie przemytu nielegalnych wydawnictw z Polski do Paryskiej Kultury i druga – o zbieranie wiadomości o Marcu, o tym pisanym już z wielkiej litery. Stefan należał do drugiej grupy – zbierał informacje i przekazywał je Kozłowskiemu, który dostarczał je do Paryża. Obie grupy aresztowano w maju 1969 roku i jesienią połączono ich sprawy w jeden proces. Niektórzy oskarżeni otrzymali wyroki, innych przesłuchiwano tylko jako świadków. Wyroki były wysokie, ale skrócono je niemal od razu, w ramach amnestii “z okazji 25 lecia PRL”, co regulowała ustawa z 21 lipca 1969 roku. Stefan dostał wyrok 17 miesięcy i wyszedł po trzech miesiącach na mocy amnestii.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych został właśnie zorganizowany pierwszy festiwal muzyki rockowej w Woodstock, w sierpniu 1969 roku. Odbył się na farmie w Bethel, koło Nowego Jorku pod hasłem Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo iż festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu, Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich.

Przez kilka miesięcy po amnestii, czyli od września 1969 roku Stefan pracował w biurze cenzury w Domu Prasy. W tym momencie trzeba byłoby odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze mówiąc, Stefan sam nie wiedział. Był studentem, który nie ukończył matematyki w Warszawie i budowy okrętów w Gdańsku, jego pole manewru było dość ograniczone. Jednak po odsiadce musiał koniecznie znaleźć jakąś pracę, bo brak pracy był w PRL karalny. Istniał przymus pracy obejmujący mężczyzn między 18, a 45 rokiem życia. A po odsiadce politycznej znalezienie pracy łatwe nie było i zależało od znajomości oraz odwagi dyrektora instytucji zatrudniającej. Zaryzykował naczelnik trójmiejskiej cenzury, którego, jak to w PRL, znał prywatnie ktoś z kręgu Szarzyńskich, kto poręczył za Stefana i tym sposobem Stefan wylądował w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury. Był więc na minimalną skalę w takiej samej sytuacji jak słynny Tomasz Strzyżewski – dla nielicznych postać kontrowersyjna, dla większości bohater na miarę pułkownika Kuklińskiego, który w roku 1977 wywiózł na Zachód materiały demaskujące zasady funkcjonowania cenzury w PRL-u. Pracownikiem Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk został, jak sam mówił – z przypadku i był nim przez kilkanaście miesięcy. Zbierania materiałów podjął się jednak świadomie i w pełni bezinteresownie.

No dobrze, ale jednak cenzura. Mieściła się w Domu Prasy na Targu Drzewnym. Stefan był tam praktykantem, parzył kawę, odkurzał i segregował akta, przesuwał meble albo pilnował dalekopisu, który stale musiał drukować jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy “góra” nabrała do niego pewnego zaufania, dostał dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto, jak to opisał Zbigniew Milewicz, biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. To też było takie typowe dla PRL-u – prawie wszyscy pili w pracy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie. W cenzurze ciężar odpowiedzialności za słowo sprawiał, że piło się właściwie codziennie.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić, traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono pracownika dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie, ale Stefan, jak Jaś w piwnicznej izbie, nie doczekał szkolenia, bo wyleciał za pyskowanie.

Basia też w swoim czasie miała kontakty z cenzurą, bo w pierwszej swojej pracy, zaraz po urlopie macierzyńskim, pracowała w sopockiej spółdzielni projektanckiej Trójkąt. Spółdzielnia zrzeszona była w Wojewódzkim Związku Spółdzielni Produkcyjnych, a Basia, która najpierw była rzeczniczką prasową w Trójkącie, potem została zabrana do centrali wojewódzkiej, gdzie do jej obowązków należało wydawanie co miesiąc branżowej broszurki informacyjnej. Oznaczało to, że co miesiąc musiała chodzić do cenzury po zgodę na publikację.

Oboje mieli więc do czynienia z cenzurą, ale nigdy z żadnymi spektakularnymi przypadkami jej nadgorliwości, czy nieudolności, takimi jak na przykład sprawa Danielewicza. 13 II 1982 roku, w miesięcznicę (jakby się to w pisowskiej Polsce nazywało) wprowadzenia stanu wojennego, Danielewicz opublikował w Dzienniku Bałtyckim słynną recenzję muzyczną, w której pierwsze litery akapitów układały się w hasło „WRONA skona”. Gdy sprawa się wydała, Danielewicz wyleciał z pracy, został aresztowany i przetrzymywano go w areszcie przez dziewięć miesięcy. A potem, do 1989 roku, czyli do czasów wolnej Polski, nie znalazł nowej pracy.

Po porozumieniach Okrągłego Stołu cenzura została zlikwidowana.

Wszystko było jednak kwestią przypadku. Mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, był w czasie wojny więźniem Pawiaka i obozu koncentracyjnego w Stutthofie. W latach 70 opisał te czasy w książce Warszawiacy w Stutthofie. Książka popadła w zapomnienie i została wznowiona dopiero w roku 2015 przez Muzeum Stutthof w Sztutowie, niestety już w nowej szacie graficznej. Tymczasem stare wydanie miało niezwykłą okładkę. Był to wielki sekret i nawet córka dziadka nic o tym nie wiedziała. Sekret książki znała natomiast moja mama, opowiedziała mi go, a ja przekazałam to rodzinie podczas spotkania familijnego jesienią… 2014 roku, czyli po 40 latach. Otóż okładkę książki tworzył biegnący przez przód i tył, nabazgrany na szarym murze, biały napis PAWIAK. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Stutthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! AK, Armia Krajowa, formacja, o której w PRL-u czasem wolno było pisać swobodnie, a czasem nie wolno było nawet wspomnieć, i nie do końca było wiadomo, dlaczego tym razem było akurat tak, albo owak. Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka. Czy na sugestię ze strony Dziadka?

Jeśli zdarzało się, że urzędnicy nie wyłapali ukrytych treści, jak to było na przykład w wypadku książki dziadka, to z kolei sprawny cenzor potrafił doprawdy niewielkim wysiłkiem zmienić ogólną wymowę cenzurowanego dzieła. I tak jak autorzy starali się inteligentnie zakamuflować swe antyreżimowe przesłania do czytelników, tak cenzorzy brali sobie za punkt honoru, by je odkryć i, oczywiście, zlikwidować. Zdarzyło się, że otrzymałam kiedyś nagrodę na jakimś ogólnopolskim konkursie na opowiadanie i ku mojemu zdumieniu zostałam poinformowana, że zostanie ono opublikowane. Byłam zdumiona, bo była to opowiastka o nie socjalistycznym wychowaniu w socjalistycznej rodzinie milicyjnej. Powszechnie wiadomo było, że nagrodzenie takich niepoprawnych dzieł na konkursach uchodziło, ale publikacja już nie. Zgodnie z prawidłami gry na linii autor-cenzor – w moim tekście jedno tylko słowo sugerowało, że chodzi o rodzinę milicyjną i to jedno słowo sprawiało, że tekst był nieprawomyślny. Ku mojemu zdumieniu redakcja napisała, że publikują tekst bez żadnych zmian, po czym cenzor znalazł jednak to jedno słowo i je usunął, czego już ze mną nie skonsultowano.

Gdy Stefan był praktykantem w cenzurze, na Targu Drzewnym, czyli przed jego oknami, stał eksmitowany ze Lwowa pomnik króla Jana III Sobieskiego. Odsłonięto go 26 czerwca 1965 roku i od tego czasu było to ulubione miejsce spotkań i randek wszystkich mieszkańców Gdańska. Przyjeżdżali tu też nowożeńcy, którzy fotografowali się przy pomniku i zostawiali królowi nadmiary weselnych kwiatów. Od grudnia 1981 roku tę funkcję przejął Pomnik Poległych Stoczniowców na placu pomiędzy Stocznią imienia Lenina a Liceum Ogólnokształcącym numer I, tym, do którego chodziliśmy wszyscy, ja, Stefan, Basia a również, choć osiem lat później niż Basia i ja, Donald Tusk.

Od lat 70 plac koło pomnika stał się także miejscem zgromadzeń patriotycznych, zwyczaj zapoczątkowany przez działaczy Ruchu Młodej Polski.


Dużo informacji zawartych w tym rozdziale, w tym osobistych wspomnień, zawdzięczam Jackowi Slaskiemu, Zbigniewowi Milewiczowi i Joannie Trümner.

Don Kichot w Wadowicach

Ewa Maria Slaska

Z inspiracji Konrada. Dziękuję.

Stworzył ich Krzysztof Kadłubowski, artysta, który mieszka, pracuje, działa w Wadowicach.

Poczytajcie TU.

Gdy ich zobaczyłam, przypomniałam sobie piosenkę Jacka Kaczmarskiego o nich dwóch. Przytaczałam ją już tu na blogu, ale cóż szkodzi przypomnieć, skoro i tak nikt z nas niczego nie pamięta. Minęło właśnie 151 lat od urodzin Prousta, który napisał siedem tomów o tym, jak pamiętamy wszystko, a w gruncie rzeczy – nic.

Podobni, prawda?, takie blaszane, nieprawdziwe istoty, wykonujące dziwaczne gesty, opowiadające dziwaczne historie, wszystko w nich ma się nijak do naszej rzeczywistości, a przecież w niej tkwią, mocniej nawet niż Adam, Ewa i Bóg. Tak mi się wydaje.

U Kadłubowskiego towarzyszą im dziwne, tajemnicze i groźne zwierzęta, stworzone techniką trash art.

Moja ulubiona żaba:

A za nią cała menażeria.


A wśród nich ktoś, nazwany Smutny. Myślę, że to też on, Rycerz Smętnego Oblicza.