Karol Wielki

Dziś w Akwizgranie (Aachen) Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zostanie odznaczony Międzynarodową Nagrodą Karola Wielkiego.

Będą obecni kanclerz Olaf Scholz i przewodnicząca KE Ursula von der Leyen, oczekiwani są prezydent Francji i przedstawiciel rządu Polski. Wśród dotychczasowych laureatów nagrody są: papieże Jan Paweł II i Franciszek, Bill Clinton, Angela Merkel, Vàclav Havel, Bronisław Geremek, Donald Tusk.

No i pięknie by było, gdyby nie problem z królem Karolem, ale nie tym koronowanym tydzień temu, tylko tym, który koronował się na cesarza w Rzymie 25 grudnia 800 roku, co było posunięciem na wskroś symbolicznym.

Ponieważ przez lata wszyscy myśleliśmy, że bardzo lubimy króla Karola, który kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego, przypomnę tu najpierw piękny wiersz o gęsiach (i królu Karolu):

Continue reading “Karol Wielki”

Wiersze z brodą i bez (21)

tofu w poznaniu

pewnego deszczowego lata i to zupełnie bez awarii
na kawą osączony displej wypływa nagle naga mata hari
inwazja! niesamowicie niebezpieczni (jak i niesamowicie mili)
ruszają japończycy hurmem i tylko po to aby w jednej chwili
zasypać ciasteczkami i oblać lukrem poznańskie kozły oraz cytadelę
i tofu, tofu, tofu, tofu, gotować od poniedziałku po niedzielę!

kran kapie

!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!
!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..!………..

Loriot (1923 – 2011)

Jajko

On: Heleno!
Ona: Tak…
On: Jajko jest twarde!
Ona: (milczy).
On: Jajko jest twarde!!!
Ona: Słyszę…
On: Jak długo gotowało się to jajko?
Ona: Jajka są niezdrowe!
On: Pytam się, jak długo gotowało się to jajko.
Ona: Cztery i pół minuty, tak jak chcesz…
On: Wiem.
Ona: To dlaczego pytasz?
On: Bo to jajko nie mogło się przez cztery i pół minuty gotować!
Ona: Ale ja gotuję je każdego ranka cztery i pół minuty.
On: To dlaczego raz na miękko, a raz na twardo?
Ona: Nie wiem… Nie jestem kurą!
On: Aha, a skąd wiesz, że jajko jest akuratne?
Ona: Jezus,Maria, wyciągam je po czterech i pół minutach!
On: Z zegarkiem, czy jak?
Ona: Intuicyjnie, każda gospodyni ma to we krwi…
On: Intuicja? Jaka intuicja?
Ona: Mam intuicję, kiedy jajko jest miękkie…
On: Ale ono jest twarde, może twoja intuicja cię zawodzi?
Ona: Cooo… intuicja mnie zawodzi, a kto stoi cały dzień w kuchni, robi pranie, porządkuje twoje rzeczy, zajmuje się na okrągło dziecmi, a ty mówisz, że moja intuicja nie jest w porządku?
On: No, no… No, no… No, no… Jeśli jajko gotuje się, przez cztery i pół minuty, intuicyjnie, to jest to przypadek.
Ona: Czy to nie wszystko jedno jeśli jajko gotuje się przez cztery i pół minuty przypadkowo, jeżeli gotuje się przez cztery i pół minuty
On: Chciałbym po prostu jajko na miękko, a nie przez przypadek! wszystko jedno jak długo się gotuje!
Ona: Aha! To znaczy, że masz w nosie, że ja cztery i pół minuty zapieprzam w kuchni?
On: Nie – nie…
Ona: To nie jest wszystko jedno… cztery i pół minuty musi się jajko gotować!
On: Przecież powiedziałem…
Ona: …powiedziałeś przed chwilą, że jest tobie wszystko jedno!
On: Chciałbym tylko jajko na miękko…
Ona: Boże, jacy ci mężczyźni są prymitywni!
On (pod nosem): Zabiję ją, jutro ją zabiję…

————————————————————————–

Ostatnia siostra miłosierdzia

Zbigniew Milewicz

Najpierw przyszła do mnie do redakcji pani Wiesia, żeby pożalić się na Konstancję. Mała, korpulentna, z tlenionymi blond włosami, uczesanymi starannie w modnego koczka. Znały się od wielu lat z kliniki przy ulicy Francuskiej, gdzie obydwie pracowały jako pielęgniarki na internie. Później, po przejściu na emeryturę czasami się widywały gdzieś w sklepie, na ulicy, albo na niedzielnym nabożeństwie w kościele Mariackim, bo mieszkały niedaleko siebie w centrum Katowic. Wtedy zamieniały ze sobą parę zdawkowych uwag, o tym, że jakieś autobusy nie jeżdżą, że znowu pada, albo nie dowieźli mięsa, ale na tym się kończyło, bo już w szpitalu nie lubiały się jedna z drugą.

Wiesia była zadbaną, śląską kobietą. W domu można było u niej jeść, jak to mówią, z podłogi. Tak sobie umiała zorganizować czas, że niezależnie od szpitalnego dyżuru, jej chłop miał zawsze narychtowane sznitki do roboty, po szychcie ciepły posiłek, córka i syn sprawdzone tornistry, wszyscy chodzili schludnie ubrani i spali w czystej pościeli. Konstancja przyjechała na Śląsk po wojnie zza Buga, była niezamężna, nie miała dzieci, za to chmarę kotów, które podobno nie tolerowały żadnych obcych ludzi w domu. Stąd nikt nie wiedział, jak Konstancja żyje w tym swoim dwupokojowym mieszkaniu, które miała po zmarłych rodzicach. Wiesia raz tylko zajrzała tam przez drzwi do przedpokoju, żeby odebrać jeden klucz, który koleżanka pomyłkowo zabrała z kliniki. Myślała, że się przewróci ze smrodu, który dolatywał ze środka. Jakim cudem Konstancja przychodziła do pracy mimo wszystko nienagannie higieniczna, tego Wiesia nie potrafiła sobie wytłumaczyć.

Mój felieton w katowickim Dzienniku Zachodnim o tolerancyjnej pielęgniarce, która pozwala swoim pacjentom na wszystko, na co nie wyrażają zgody ich lekarze, wywołał małą burzę wśród czytelników, dotknięte poczuły się kręgi medyczne. Co prawda pani Konstancja była już na zawodowej emeryturze i opiekowała się chorymi prywatnie, w ich domach, ale wcześniej pracowała w renomowanej placówce medycznej i niektórzy czytelnicy domniemywali, że mogło w niej dochodzić do podobnych zdarzeń. Zadzwoniła do redakcji także bohaterka tego felietonu, nawet nie z pretensjami, tylko – jak to ujęła – z potrzeby uściślenia pewnych informacji. Zaprosiłem ją do kawiarni w Domu Prasy przy ulicy Młyńskiej, gdzie mieścił się wtedy Dziennik Zachodni. Miałem nadzieję na możliwie krótkie, treściwe spotkanie, a trafiłem na potrzebę kobiecych zwierzeń. Konstancja chciała mi najpierw opowiedzieć, jak trafiła z Żytomierza na Śląsk, jak wraz z rodzicami musieli zostawić cały dobytek i w bydlęcym wagonie, razem z innymi repatriantami ruszyli na Zachód. Ojciec był profesorem geografii w liceum, mama uczyła biologii, godzinę dostali od ruskich na spakowanie rzeczy na wyjazd. Konstancja miała wtedy już 32 lata, za sobą ukończoną wyższą szkołę baletową i kilkuletnie doświadczenie w pracy na targowisku miejskim. W czasie wojny handlowała w Żytomierzu, czym się dało. A w Katowicach została pielęgniarką, bo bardzo ich wtedy brakowało.

– Nadal brakuje – zauważyłem – szczególnie tych z powołania.
– Myślę, że taką pielęgniarką byłam i nadal jestem, bo nawet na emeryturze dalej pomagam chorym.
– Pani przeciwnicy twierdzą, że chodzi o pomoc zwłaszcza w szybszym umieraniu.
– Wiem, że pan z Wiesią rozmawiał, bo to ona tak mówi, ale bezpodstawnie.

Pytam więc między innymi o te słodycze, którymi pani Konstancja karmi chorych na cukrzycę, o papierosy kupowane po kryjomu astmatykom, o wódeczności, którymi częstuje chorych na marskość wątroby. Patrzy na mnie w odpowiedzi tymi swoimi niewinnymi, szarobłękitnymi oczyma i szepce kokieteryjnie:

– No, bo mnie proszą, czasami błagają, a ja wtedy nie potrafię im odmówić. Kiedy wiem, że choremu nie pozostało już zbyt wiele życia, że jego dni, a czasem godziny są policzone, to staram się spełniać jego najskrytsze pragnienia. Jak niektórych za bardzo nie stać finansowo, żeby kupić na przykład lepszy koniak, to im go sama stawiam, z własnej kieszeni. Która szeregowa pielęgniarka tak robi?

Pani Konstancja wie, że mówią na nią Kostusia, albo nawet Kostucha. Nie rozumie jednak, dlaczego. Kiedyś była atrakcyjną kobietą, dzisiaj sylwetka się przygarbiła, przybyło zmarszczek, a ubyło włosów i zębów, ale do dentysty nie pójdzie, bo źle znosi ból. Pozatym uważa, że w człowieku najważniejsza jest dusza, a ona się przecież nie starzeje.

– Ma pani swojej duszy coś do zarzucenia?
– Absolutnie nie.

Kilka miesięcy po naszym spotkaniu miała miejsce awaria w starej kamienicy, w której żyła ze swoimi kotami pani Konstancja. Mieszkała na drugim piętrze, w kanalizacji wodociągowej pękła jakaś rura i mieszkania w jednym pionie zostały zalane, więc pilnie trzeba było się do nich dostać. Konstancji nie było akurat w domu, dozorca otworzył drzwi zapasowym kluczem i cała kocia mistyfikacja wyszła na jaw. Śladu bodaj pojedynczego sierściucha nie uświadczono, zamiast tego wszędzie piętrzyły się w nieładzie różne rzeczy po zmarłych rodzicach oraz pacjentach pani Konstancji. Kiedy gospodyni po raz ostatni sprzątała to mieszkanie ? Na to pytanie nie była w stanie odpowiedzieć przed sądem, bo jej sprawa ostatecznie znalazła swój finał na wokandzie.

Zarzutów było kilka. Główny – zaniedbywanie obowiązków pielęgniarskich w trakcie sprawowania prywatnej opieki nad chorymi i wcześniej w klinice, co mogło powodować pogorszenie stanu ich zdrowia, lub wcześniejszy zgon. Ponadto – wyłudzanie korzyści materialnych od pacjentów i działania na szkodę prawa budowlanego. Obserwowałem przebieg rozprawy z audytorium dla publiczności. Konstancja odpowiadała z wolnej stopy. Wyprostowana, jakby połknęła kij, w jakiejś za dużej dla siebie, męskiej kurtce, z małą główką osadzoną na długiej szyi, mocno zaciskała dłonie na balustradzie mównicy, tak jakby od tego szponiastego uchwytu wszystko zależało. Trochę z wyglądu przypominała strusia. Jej odwieczna rywalka Wiesia, dużo mniejsza wzrostem, za to gustownie ubrana i pełna kobiecych powabów, która zeznawała w sprawie, jako główny świadek oskarżenia, szybko została wyeliminowana przez obronę. Mecenas Berezowski, prywatnie mój dobry znajomy, wykazał, że obydwie panie w swoim czasie ostro konkurowały ze sobą o względy jednego z lekarzy. Wiesia przegrała, jej zarzuty wobec Konstancji nie mogły więc być obiektywne. Najcelniej jednak wybrzmiało:

– Wysoki sądzie, jak można nazwać opiekunkę, która stara się spełnić ostatnią wolę człowieka, którego może za chwilę już nie będzie między nami. Nieważne, czy jest to ciastko, lampka koniaku, czy pełen siostrzanej miłości pocałunek ukojenia. Nie inaczej, jak ostatnią siostrą miłosierdzia.

Na wysokim sądzie, który też był kobietą, na chwilę przed zawodową emeryturą, wywód ten wywarł bardzo dobre wrażenie i pani Konstancja została uniewinniona od zarzutu działania na szkodę swoich podopiecznych. Fakt zaś, że jakieś tam rzeczy dostawała po ich śmierci, nie miał wynikać z wyłudzenia, tylko z darowizn ich bliskich. Jedyne do czego ostatnia siostra miłosierdzia została zobligowana, to do prac porządkowych w swoim mieszkaniu, żeby lokatorowi z pierwszego piętra sufit pewnego dnia jednak nie zwalił się na głowę, a jej samej żyło się schludniej.

Uwaga FAKE!!!

Od czasu do czasu umieszczam tu teksty przygotowane przez Sztuczną Inteligencję (SI). Są czasem gorsze, czasem lepsze, ale czegoś takiego jak trzy teksty poniżej pani SI jeszcze nie wyprodukowała:

Anna Krenz napisała:

Napisz mi życiorys polskiej konspiratorki Ireny Bobowskiej z Poznania.

Irena Bobowska urodziła się 1 września 1909 roku w Poznaniu. Była córką nauczycieli, jej ojciec był dyrektorem jednej z poznańskich szkół. W czasie II wojny światowej Irena Bobowska była aktywną członkinią polskiej konspiracji.

W latach 1939-1940 pracowała w Szarych Szeregach, gdzie zajmowała się organizacją tajnego nauczania. Następnie działała w podziemnym ruchu oporu jako łączniczka i kurierka. W 1943 roku została aresztowana przez Niemców i osadzona w więzieniu. Przez kilka miesięcy była torturowana, jednak nie zdradziła żadnych informacji. W 1944 roku została przewieziona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie pracowała w fabryce amunicji.

Po zakończeniu wojny Irena Bobowska powróciła do Poznania, gdzie zaangażowała się w odbudowę życia kulturalnego miasta. Była jednym z założycieli Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Poznaniu oraz dyrektorem artystycznym tamtejszego Teatru Polskiego. W 1967 roku została uhonorowana Nagrodą Miasta Poznania za zasługi w dziedzinie kultury.

Irena Bobowska zmarła 6 maja 1981 roku w Poznaniu. Została pochowana na Cmentarzu Junikowo w rodzinnym grobie. Dziś jej imię noszą ulice w kilku polskich miastach, m.in. w Poznaniu, Wrocławiu i Słupsku.

Nie, Irena Bobowska urodziła się w 1920 roku w Poznaniu i została zamordowana w Berlinie w 1942 roku.

Przepraszam za moje nieścisłości w poprzedniej odpowiedzi. Faktycznie, Irena Bobowska urodziła się 11 lutego 1920 roku w Poznaniu i była jedną z najmłodszych konspiracyjnych bohaterek z czasów II wojny światowej.

W czasie wojny działała w organizacji “Kryska”, która zajmowała się kolportażem prasy podziemnej oraz organizowaniem pomocy dla więźniów politycznych. Była również jednym z liderów Organizacji Małego Sabotażu “Wawer” na terenie Poznania.

W 1942 roku Irena Bobowska została aresztowana przez Gestapo i osadzona w więzieniu w Berlinie. Tam była torturowana, jednak nie zdradziła żadnych informacji. Niestety, 18 lipca 1942 roku została stracona przez Niemców w wieku zaledwie 22 lat.

Irena Bobowska była bohaterką walki o wolną Polskę i jest symbolem młodych ludzi, którzy poświęcili swoje życie dla sprawy narodowej. Dziś jej imię nosi m.in. Szkoła Podstawowa nr 64 w Poznaniu.

To również nie ta biografia. Znajdź właściwą.

Przepraszam za pomyłki. Poniżej przedstawiam właściwą biografię Ireny Bobowskiej:

Irena Bobowska urodziła się 1 września 1918 roku w Poznaniu, jako najmłodsza z ośmiorga dzieci. W czasie II wojny światowej była członkiem konspiracji i działała w Armii Krajowej na terenie Poznania.

W 1942 roku, wraz z mężem Czesławem Bobowskim, zaangażowała się w organizację ucieczki z więzienia na Młyńskiej w Poznaniu, gdzie przetrzymywani byli więźniowie polityczni. Plan ucieczki nie powiódł się, a Irena Bobowska i jej mąż zostali aresztowani przez Gestapo.

Po aresztowaniu Irena Bobowska była torturowana przez niemieckie służby, jednak nie zdradziła żadnych informacji. W styczniu 1943 roku została przewieziona do niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück, gdzie pracowała w fabryce amunicji.

W Ravensbrück Irena Bobowska była jednym z liderów ruchu oporu i organizowała tajne nauczanie dla innych więźniarek. W kwietniu 1945 roku została ewakuowana wraz z innymi więźniarkami z obozu i udało jej się przeżyć wojnę.

Po wojnie Irena Bobowska powróciła do Poznania i zaangażowała się w odbudowę miasta. Była m.in. wiceprezesem Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację oraz członkiem Rady Krajowej tej organizacji. W 1946 roku złożyła egzamin maturalny i podjęła studia z zakresu filologii polskiej na Uniwersytecie Poznańskim.

Irena Bobowska zmarła nagle 27 listopada 1946 roku w Poznaniu. Miała zaledwie 28 lat. Jej śmierć była tragicznym wypadkiem – spadła z okna swojego mieszkania na czwartym piętrze. Część osób uważa, że był to jednak zamach.

Irena Bobowska była jedną z najmłodszych bohaterek polskiej konspiracji i jedną z najwybitniejszych działaczek Armii Krajowej w Wielkopolsce. Dziś jest patronką ulic i szkół w Poznaniu, a także jedną z głównych postaci upamiętnionych w Muzeum Martyrologii Wielkopolan w Poznaniu.

I Bóg stworzył kobietę

Tabor Regresywny

Bóg stworzył kobietę, by była mężczyźnie pomocą. Wokół tej sprawy narosło wiele nieporozumień. Najwyższy czas sprawę wyjaśnić.

W pierwszej kolejności chodziło o jabłko. Gdyby nie pomoc kobiety mężczyźni do dziś by się zastanawiali, zerwać czy nie zerwać. A tak, dzięki kobiecie, mamy sprawę za sobą i dumnie kroczymy drogą postępu cywilizacyjnego, nie zdając sobie sprawy, że bez pomocy kobiet już dawno byśmy spoczęli na laurach.

Wymyśl coś, bo już nie mam siły nosić tych tobołków. I mężczyzna wymyślił koło.

Kolumb szybko by zawrócił i nie odkrył Ameryki gdyby nie awantura w domu.

Dziś, gdy widać wyraźnie, że nauka służy technice, a technika służy miernotom do inwigilowania, manipulowania i w końcu, okradania nas w majestacie prawa, czas na radykalną zmianę.

Coś mi są zdaje, że bez pomocy kobiet, bez ich determinacji a może i zbawiennej niefrasobliwości nie wyjdziemy z tej matni. Pozostanie nam tylko odpowiedzieć sobie na pytanie – po co nam to było?

Ogłoszenie:

Zatrudnię cztery kobiety, młode w każdym wieku.
Wynagrodzenie: 50% tego, co znajdziemy w drodze (bez szukania) + 50% tego, co ludzie dadzą (bez proszenia).

Chodzi o to, że Idea Marszu dla Odry w celu przyznania rzece osobowości prawnej jest bardzo konkretna, ale mogą wystąpić trudności. Nad organami wymiaru sprawiedliwości „Baratarii” ciąży klątwa, co czyni je niezdatnymi do użycia. Widać to gołym okiem.


Tak się złożyło, że Ewa Maria znalazła trzy pesos kubańskie i tradycyjnie przeznaczyła je dla mnie na honorarium autorskie Czując się odpowiedzialny za klątwę która wisi nad organami (Marek Włodarczak Klątwa) postanowiłem przeznaczyć to honorarium na realizację celów Marszu dla Odry.

Banknot o nominale trzy pesos kubańskie nie przedstawia jakiejś istotnej wartości nominalnej, ale ma potencjalną wartość magiczną. No i właśnie tę wartość magiczną chciałem przeznaczyć na cele marszu. Dobrze by było jeszcze podnieść tę wartość magiczną. Na notowania walut można wpłynąć spekulacjami. Podobnie jest z wartościami magicznymi, też można je podnosić spekulacjami.

Umówiliśmy się z Ewą Marią, że przekazanie honorarium nastąpi na jednym z mostów na Odrze między Brandenburgią a Ziemią Lubuską. By jeszcze bardziej podkręcić wartość, chciałbym tam przywędrować Taborem Regresywnym. Obecnie na Tabor Regresywny składają się trzy wozy. Sam ich nie uciągnę. I właśnie po to chcę zatrudnić cztery kobiety młode w każdym wieku. Zakwaterowanie po dwie w każdym wozie. WC, prysznic i kuchnia polowa jadą z nami. A przy sprzyjających wiatrach będzie się działo.


PS od Adminki:

Pierwsze enuncjacje na temat tego, co to jest Tabor Regresywny znalazły się na tym blogu TU. Zainteresowanych zachęcam jednak do poczytania – kolejno lub na chybił trafił – również innych wpisów Marka Włodarczaka, który wytępuje tu również jako właśnie Tabor Regresywny. Są więc dwa tabory – tabor ksywka i tabor wozy-łodzie, wędrujące po Europie, a poruszane siłą mięśni człowieka, często samego Marka. Ale są też i inne osoby, które prowadziły tabor z domu w świat i ze świata do domu.

Don Kichot, który przyszedł. Sen Don Kichota.

Dziękuję Eli Kargol za znalezienie tej piosenki, która jest polską interpretacją słynnego zakończenia musicalu The Man of Mancha (The impossible Dream). Słowa polskie Andrzej Saciuk, muzyka (musical) Mitch Leigh, opracowanie muzyczne (piosenka po polsku) Henryk Debich, śpiewa po polsku Jerzy Połomski.

Don Kichot umiera. Jest przy nim tylko zapłakany, nieutulony w żalu Sancho Pansa. Jego pan go pociesza.

wezwij mnie, kiedy dotrę do gwiazd

Chcę gnać, chociaż pada już koń, 
do gwiazd chcę wyciągać mą dłoń  
i łez nie wylewać nad sobą, 
ach być jeszcze prędszym niż wiatr.


I drwić z niespokojnych tych lat,
jak dom przebudować ten świat 
i kpić sobie z tych, co się modlą,
i nieść tę nadzieję jak kwiat.


Oto mój krzyk i oto mój cel
kto wie, jak daleko,
czy dojdę, czy nie,
zacznę dawać, 
gdy już nie zostanie mi nic.


Pragnę walczyć na śmierć,
aby honor mój dalej mógł żyć.
Wiem już dziś, że niełatwy to szlak 
i że nie chciałbym tak, 
by mój sen był silniejszy niż ja,
był silniejszy niż ja.


Wezwij mnie, gdy wypiję do dna, 
wezwij mnie, kiedy dotrę do gwiazd,
o, daj, bym do śmierci aż marzył,
by sen był silniejszy niż ja.

The Impossible Dream (The Quest) piosenka napisana przez Mitcha Leigha do musicalu Człowiek z Manchy, którego autorem był Dale Wasserman. Najpierw Wasserman na podstawie powieści Cervantesa napisał w roku 1959 sztukę teatralną, która opowiadała i o Don Kichocie, i o Cervantesie, stającym przed sądem inkwizycji. W roku 1965 Wasserman przerobił swą sztukę na musical, grany na Broadwayu. Partię Don Kichota śpiewał m.in. Elvis Presley, a piosenka The Impossible Dream stała się dzięki niemu znana na całym świecie. Od momentu premiery, czyli od prawie 60 lat śpiewały ją dziesiątki piosenkarzy, m.in. Sarah Connor, która umieściła cover Snu na płycie Soulicious. W roku 2019 Andy Williams  zaśpiewał jej cover w filmie John Wick: Kapitel 3  Lista interpretatorów Snu znajduje się TU. Lista nie jest pełna. Połomskiego na niej nie ma. Poniżej pierwszy Człowiek z Manczy, tak jak pojawił się na Broadwayu, Richard Kiley:

A tu Elvis:

Don Kichot w Amsterdamie

Ela Kargol

Chciałam zrobić admince przyjemność, sobie zresztą też, bo odkąd poznałam Ewę, niepoprawną Donkiszotkę, sama się nią po trochu stałam i ciągle szukam, jak nie Don Kichota, to Baratarii.
Pod koniec marca pojechaliśmy do Amsterdamu, rodzinnie. Plan zwiedzania był dość napięty, choć nie uwzględniał hitu sezonu czyli wystawy Vermeera.

Skoro już nie obejrzałam Vermeera, nie pojechałam do Delftu, miasta narodzin i śmierci artysty (to akurat było w planie, a odnośnie deklinacji, to podobno ma tak być – do Delftu – choć ja napisałabym do Delft), pomyślałam, że do widoku amsterdamskich wiatraków przydałby się Don Kichot lub jego brak.

Continue reading “Don Kichot w Amsterdamie”