Halszka (4)

Janina Kowalska

Wspomnienia o mojej Mamie – wojna

Kiedy wybuchła wojna, oboje rodzice w ciągu jednego dnia stracili pracę. Właścicielami firmy, w której pracował tata, byli dwaj Węgrzy, którzy już 31 sierpnia wsiedli w samochód i nie wypłacając pensji pracownikom, uciekli na Węgry. Ojca nie powołano do wojska, a kiedy 2 września zgłosił się na poligon w Rembertowie, nie dali mu przydziału, mówiąc że jest za stary. Miał wtedy 44 lata. Poszedł na wschód Polski, szukać wojska, bo tam miała się formować armia, mająca stawić skuteczny opór Niemcom, ale po wkroczeniu bolszewików do Polski ten plan upadł definitywnie. Ojciec wrócił do Zielonki w październiku, Był w polowym mundurze, co znaczyło, że jednak znalazł jakiś oddział, który go przyjął w swoje szeregi.

W czasie działań wojennych przez krótki czas byłyśmy obie u znajomych, którzy mieli willę w lesie. Halinie wydawało się to miejscem bezpiecznym. Niestety po trzech dniach wojsko w lesie ustawiło armatki przeciwlotnicze i nam wszystkim kazano opuścić tę willę. Przeniosłyśmy się do wujków, których dom stał na górce, a ogród znajdował się dużo niżej. W zboczu góry była wykopana i wymurowana dość duża piwnica, w której schroniło się kilka kobiet z małymi dziećmi. Do nich dołączyłyśmy obie z mamą. Nad piwnicą była ścieżka trawersująca zbocze. Strach nas ogarnął, kiedy usłyszałyśmy kroki biegnących po ścieżce nad naszymi głowami, żołnierzy niemieckich. Drzwi do piwnicy były jednak dobrze zamaskowane rosnącymi tam krzakami i wcale ich nie było widać. Po ustaniu walk wyszłyśmy z piwnicy, bo dom stał pusty i bałyśmy się, że Niemcy zajmą go dla wojska. Wermacht niechętnie wyrzucał z domów rodziny, gdzie były małe dzieci, a była nas tam cała gromada. Ja, dziesięcioletnia, byłam najstarsza. Halina znała jako tako język niemiecki i pertraktowała z wojskiem o pozostawienie nas na miejscu. Udało się i choć zakwaterowali nam w jednym pokoju oficera z ordynansem, czułyśmy się z nimi bezpiecznie. Wojsko frontowe niemieckie nie pokazywało jeszcze „pazurów”, jak to czyniło później SS i inne formacje partyjne.

Rodzice w niedługim czasie znaleźli kontakt z formującym się ruchem oporu. Były to oddziały, które przyjęły nazwę Związek Walki Zbrojnej, w skrócie ZWZ, który w 1942 roku wszedł w skład Armii Krajowej.

ZWZ zorganizował nie tylko odziały do walki, ale również służby pomocnicze kobiece, nazwane Wojskowa Służba Kobiet, w skrócie WSK. Do tej organizacji należały kobiece oddziały łączności, oddziały sanitarne i oddziały gospodarcze.

Halszka, która przyjęła pseudonim „Mała”, zorganizowała w naszym mieszkaniu „skrzynkę pocztową”, do której wpływała przynoszona przez łączniczki poczta konspiracyjna, zabierana później przez następne łączniczki i dostarczana do adresatów. Mała organizowała też kursy dla łączniczek. W Zielonce były trzy patrole łączniczek, komendantką ich była Mała. Organizowała też szkolenia, których program przewidywał obsługę polowych łącznic telefonicznych z doprowadzeniem do nich kabla i montażem, odbieranie wiadomości i przekazywanie ich dalej. Były wykłady z terenoznawstwa, nauka o broni, strzelanie oraz krótkie kursy sanitarne. Najważniejszym „przedmiotem” były zasady konspiracji.

W małym miasteczku prowadzenie pracy konspiracyjnej to było trudne zadanie, były to przecież spotkania sześciu młodych kobiet i instruktora, bo każdy przedmiot miał swojego wykładowcę. Wszystko w pełnej konspiracji. Szkolenia organizowała Mała i była naszą komendantką, ona też przydzielała łączniczkom konkretną pracę, po wykonaniu której składało się jej meldunek.

Ojciec miał pseudonim „Kuszel”. Zajmował się organizowaniem i szkoleniem kompanii wojskowej na terenie Zielonki, a w następnych latach prowadził kolejne turnusy Szkoły Podchorążych Piechoty. Działalność obojga rodziców była czysto społeczna, przez nikogo nie opłacana. A żyć z czegoś trzeba było. Na szczęście wokół Zielonki były zasobne wsie. Hodowano w nich nielegalnie trzodę chlewną, mięso wożono do Warszawy i z zyskiem sprzedawano. Nikt nie chciał trzymać pieniędzy, które traciły wartość, należało więc kupować dobra trwale. W tych wsiach sprzedawaliśmy posiadane przez nas rzeczy, niekoniecznie potrzebne do życia w warunkach wojennych, takie jak obrazy, dywany, zastawę stołową, maszynę do szycia. Zapewniło nam to życie przez rok, no może trochę dłużej, ale co dalej? Odeszła gosposia, Halina musiała się zająć domem, czego nigdy przedtem nie robiła. Ojciec, zaraz po ustaniu działań wojennych i powrocie do Zielonki, zgromadził narzędzia potrzebne do pracy elektryka i jeździł do Warszawy naprawiać elektryczność w uszkodzonych domach. Ta praca dawała dobry zarobek, ale po kilku miesiącach zamówienia ustały.

Halszka nie umiała jeździć na rowerze, ale na początku pracy konspiracyjnej zorientowała się, że ta umiejętność będzie jej bardzo potrzebna, rozpoczęła więc naukę. Nie bardzo jej to szło – miała wówczas ponad 40 lat i trudno w tym wieku zaczynać działalność sportową. Któregoś dnia zjawił się u nas mój brat cioteczny, Lutek, który od czasu do czasu przyjeżdżał do nas na rowerze z Warszawy. Ocenił umiejętności Haliny i powiedział, że ją nauczy jeździć. Wsiedliśmy wszyscy troje na rowery, Halina na swoim, koło niej Lutek. Złapał ją z tyłu siodełka mocną ręką, żeby czuła się pewnie. Ruszyliśmy, Lutek wołał „ciotka kręć” i to powtarzał, a mama kręciła pedałami i dobrze jechała. W pewnym momencie Lutek mocniej pchnął Halę do przodu, żeby nabrała rozpędu i puścił siodełko, nadal krzycząc „ciotka kręć”.

My jechaliśmy wolno, a mama pojechała znacznie do przodu, po czym zorientowała się, że ten jego okrzyk słyszy coraz słabiej. Postanowiła zobaczyć, gdzie jest Lutek, obróciła się, w tym momencie straciła równowagę i runęła do rowu, głową w dół. My przyśpieszyliśmy, ale gdy dojechaliśmy do niej, nie mieliśmy siły wyciągnąć jej z tego rowu, bo oboje śmialiśmy się do łez. Halina wściekła wygramoliła się sama na szosę, wsiadła na rower i pojechała. Od tej pory nie rozstawała się z rowerem, ale do końca swoich dni nie zapomniała nam tego śmiechu.

X

Jak już pisałam, najstarszy brat Haliny, Ryszard, był typowym starym kawalerem, ale i stary kawaler może się podobać kobietom. Tuż przed wojną wujek poznał przystojną panią, której się spodobał. Pani była rozwódką, nie nalegała więc na małżeństwo, a może nie chciała taką propozycją spłoszyć wolnego, dość przystojnego i dobrze sytuowanego pana. Halina patrzyła na to przez palce, zresztą dowiedziała się o tej pani nieco później, jak sprawa się już zaczęła. W jakiś czas po wybuchu wojny Ryszard oznajmił Halinie, że dostał interesującą propozycję poprowadzenia niewielkiego mająteczku swojego przyjaciela, który o ziemi i jej potrzebach wiedział niewiele i nie chciał zmarnować tego, w co włożył sporo pieniędzy. Ryszard na ziemi się znal i dłubać w niej uwielbiał. Wyprowadził się więc do wsi Korzeniówka pod Tarczynem i zabrał ze sobą swoja panią. Chyba gdzieś w zimie 41 roku zjawił się u nas z propozycją, że zatrudni Halinę jako ogrodniczkę i jeżeli się zgodzi, to powinna zabrać mnie ze sobą. Jak wiemy, z pieniędzmi było w domu „krucho” i taka propozycja rodzicom odpowiadała. Wyjechałyśmy obie do Korzeniówki pod koniec marca. Na miejscu okazało się, że dom, a raczej zaprojektowana z rozmachem willa, jest niewykończona i różnymi szparami wieje, no i wujek nie mieszka sam tylko z panią Władą, dość ładną panią, ale o niezbyt ładnym charakterze. Pani z góry potraktowała Halszkę i była wyraźnie zazdrosna o braterskie i opiekuńcze uczucia do dużo młodszej siostry. Rozpoczęły się prace w polu i w ogrodzie i na takie drobiazgi nie było ani czasu, ani siły.

Nadeszły święta Wielkiej Nocy, Halina pomagała Władzie w ich przygotowaniu, przed świętami przyjechała siostra Włady z dwojgiem dzieci i w pierwszy dzień świąt okazało się, że nakryte są dwa stoły do obiadu, jeden w jadalni, a drugi w kuchni dla służby. Przy tym kuchennym stole było miejsce dla mamy i dla mnie. Kiedy wszyscy siedli do jedzenia przybiegła siostra Włady z przeprosinami i zaproszeniem dla nas do stołu razem z nimi. Mama odrzekła, że tu jest nam dobrze, a na nalegania odpowiedziała – „tu gdzie ja siedzę zawsze jest salon” i do końca zostałyśmy w kuchni. Później były różne inne szykany ze strony cioci, wyprowadziłyśmy się do pokoiku przy stajni i Halszka wytrzymała tam do połowy lipca. Wujek Ryszard przepraszał Halinę i tłumaczył, że go tak ta osoba omotała, że nie może pisnąć ani słówka. Wyjechałyśmy i o Korzeniówce nie było mowy ani wspominków, aż do czasów powojennych, kiedy wujek ożenił się z Władą i wymógł pogodzenie się obu kobiet.

Wokół domu w którym mieszkaliśmy był spory, zaniedbany ogród. Halszka zwróciła się do właściciela z propozycja, że wydzierżawimy tę ziemię, będziemy uprawiać ogrodowiznę i sprzedawać ją do zielonkowskich sklepików. Właściciel zgodził się i od wiosny rozpoczęliśmy prace w ogrodzie, a z rozmowy ze sklepikarzami dowiedziałyśmy się, co oni będą kupować, a więc co sadzić i co siać. Jak uprawiać taki ogród, Halina wiedziała doskonale, bo ojciec jej miał w Sulejówku pod Warszawą dom letni i spory ogród, który uprawiał i nakłaniał dzieci do pomocy. Cala rodzina Haliny lubiła pracę w ziemi. Mogę powiedzieć, że to zamiłowanie przeszło na następne pokolenia. Była to ciężka praca, ale tylko taka daje efekty i zarobek. Kopać, siać, sadzić lubiłam, podlewanie ułatwiała nam rzeka, która płynęła skrajem ogrodu. Wszystko było dobrze, dopóki nie posadzono mnie na grządce i nie kazano pielić. Nie znosiłam tej pracy, toteż w drugim sezonie 1942 roku, kiedy miałam 13 lat, zbuntowałam się i powiedziałam, że będę prowadzić dom, gotować, sprzątać, prać, a prało się wówczas w balii i na tarze, i prasować, ale pielenia nie wytrzymam. Mama się zgodziła, bo sama nie lubiła kucharzyć i wolała pielić grządki. Gotowanie było ułatwione, bo wszystko, co potrzebne było w ogrodzie, a mięso pojawiało się sporadycznie. W ogrodzie królowała Halszka, wszystko, co trzeba posiać, posadzić i gdzie, planowała jeszcze przed sezonem. Wiedziała, co z czym może sąsiadować, a co nie. Rozsadę siała późną zimą w domu, a na wiosnę wysadzała na grządki. Kopaniem grządek i ich formowaniem zajmował się Wiktor, za płotem na łące pasły się krowy, a my wieczorami robiliśmy wypady z kubełkiem po krowie placki, żeby było czym użyźnić ziemię. Wieczorem dołączałam do podlewania ogrodu, a wodę braliśmy z czyściutkiej rzeki. W zimie Halszka zajmowała się domem, a ja się intensywnie uczyłam. A wszystkiemu towarzyszyła jeszcze praca konspiracyjna.

Taki układ trwał dwa sezony, niestety trzeci, zaplanowany na 1944 rok, przerwało nam Gestapo, bo zostaliśmy wszyscy troje aresztowani. Poszukując dowodów, naszej pracy konspiracyjnej, Gestapo przekopało cały ogród. Na szczęście niczego nie znaleziono i mogliśmy nadal udawać niewiniątka.

Tu się zaczyna zupełnie inne nasze życie, którego część opisałam już w książce „Biała apaszka” (a również w wielu wpisach tu na blogu, publikowanych pod pseudonimem Mirka – EMS).

W noc aresztowania Halszka była całkiem załamana, patrzyła na mnie ze strachem w oczach, wydaje mi się, że dopiero w tę noc zdała sobie sprawę, że ja mam dopiero 14 lat i że ona i ojciec nieopatrznie wciągnęli mnie w tę pracę i odpowiedzialność, której moja psychika może nie udźwignąć.

Po nocy spędzonej na Szucha w podziemnych, jak to nazywano, tramwajach, rano przewieziono nas na Pawiak i tu rozdzielono z ojcem. My obie, na szczęście razem, zostałyśmy zaprowadzone do budynku więzienia kobiecego, które nazywano Serbia tu umieszczono nas na kwarantannie w celi numer 2. Halszka trwała w milczącym stanie depresji, nic nie mówiła i patrzyła w jeden punkt. Po kilku dniach dostałyśmy pierwszy gryps i to był punkt zwrotny w psychice Haliny, znak, że tam, na zewnątrz nie zapomnieli o nas, nie postawili na nas krzyżyka, coś próbują dla nas zrobić! Po tygodniu otrzymałyśmy paczkę z Patronatu nad Więźniami, nadawcą była „Nuna”, a my wiedziałyśmy kto to jest. To były znaki, które dawały Halinie nadzieję, może złudną, ale nadzieję.

Po dwóch, może trzech przesłuchaniach na Szucha, po których mogłyśmy zobaczyć ojca, nadszedł dla nas obu najgorszy dzień, wezwano tylko mnie, a Halina została na Serbii, byłyśmy wtedy już na stałej celi. Zaprowadzono mnie i kilka młodych kobiet na Pawiak, gdzie czekała grupka młodych chłopców. Wsadzono nas do samochodu-więźniarki i gdzieś wieziono; w więźniarce nie było okien, więc trudno było się zorientować, dokąd nas wiozą, siedzieliśmy na podłodze, zdziwieni, że jest nas tak mało, bo normalnie samochód był tak pełny, że trudno było się ruszyć. Ktoś powiedział, że może nas rozstrzelają, żeby pokazać, że młodzież też jest zagrożona. Po cichu żegnałam się z życiem. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że przywieziono nas na Szucha. Wprowadzono nas do pustych piwnic, dano nam kubły z wodą, szczotki, ścierki i kazano posprzątać całe podziemie. Myłam okna, które były wysoko i wychodziły na podwórze gmachu, dano mi drabinkę. Bardzo nas pilnowano, żeby nie rozmawiać i żeby było dobrze sprzątnięte. Chłopcy po umyciu podłóg pastowali je i froterowali. Dano nam obiad przywieziony z Pawiaka i zarządzono krótką przerwę na odpoczynek. Po przerwie dalsza praca, za umytymi przeze mnie oknami, zrobiło się zupełnie ciemno, a był to koniec kwietnia. Bałam się, że zostawią nas na noc. Wieczorem znów podróż więźniarką na Pawiak. W naszej celi było już po kolacji, kiedy mnie do niej wpuszczono. Mama rzuciła mi się na szyje i rozpłakała się. Domyślałam się, co przeżywała przez ten dzień, kiedy nie wiedziała, co się ze mną dzieje. O tym jak to było naprawdę dowiedziałam się dopiero po wojnie od Maryny, z którą na Serbii już nie zdążyłam porozmawiać, bo w dwa dni później Maryna pojechała transportem do Ravensbrück. Mama Marynie do ucha mówiła: „zabrali ją samą na Szucha, pewnie ją zabiją, nie mam już dziecka. Albo ją okaleczą i wróci do więziennego szpitala, a ja nawet nie będę wiedziała, że tu jest i może tego nie przeżyje, a ja jej nawet nie pożegnam”. Maryna pocieszała ją, jak umiała, ale Halina jej nie słuchała, tylko cicho rozpaczała, tak żeby inne więźniarki tego nie mogły słyszeć. Kiedy weszła do celi wachmajsterka i powiedziała, że są potrzebne dwie kobiety do obierania kartofli, Maryna pociągnęła Halinę i zgłosiła je obie, żeby było jakieś zajęcie, a nie tylko rozpacz. Maryna powiedziała, że mama wyglądała jak dzikie, zaszczute zwierzę i dlatego rozpłakała się, gdy mnie zobaczyła całą i zdrową.

Drugim wielkim wstrząsem dla Halszki był dzień, kiedy wywołano nas obie z celi i wachmajsterka powiedziała, żeby nic z sobą nie zabierać, ale że już tu nie wrócimy. Była 9 rano, czas w którym wywoływano na rozstrzelanie. Dla wszystkich kobiet w celi było to jednoznaczne, przez trzy wieczory modliły się za nasze dusze. A my zostałyśmy zaprowadzone do kancelarii Pawiaka, dostałyśmy zwolnienie, mamie zwrócono zostawione w depozycie pieniądze i złotą obrączkę, odwieziono nas samochodem do śródmieścia Warszawy. Zostałyśmy wykupione za słoną łapówkę, ale niestety ojciec został na Pawiaku.

Wyszłyśmy na wolność i pojechałyśmy do Zielonki, na szczęście nie nocowałyśmy w domu, tylko u ciotki, bo następnego dnia rano przyszedł łącznik i przyniósł wiadomość, że w naszym mieszkaniu w nocy było Gestapo. Albo chcieli znów pieniędzy, albo sądzili, że w naszym mieszkaniu witać nas będą inni przyjaciele z konspiracji i wszystkich razem będzie można zgarnąć. Po tej wiadomości musiałyśmy szybko opuścić Zielonkę, żeby nikogo nie narażać swoja obecnością. Przez następne dwa miesiące kilka razy zmieniałyśmy miejsce pobytu.

Był początek września 1944 roku. Wojsko niemieckie niemal w popłochu uciekało na Zachód. W Warszawie trwało Powstanie, którego pożary i wybuchy dobrze było słychać i widać w położonej na prawym brzegu Wisły Zielonce.

Obie z Haliną wróciłyśmy z kilkumiesięcznej tułaczki. Teraz w Zielonce i okolicach był front wojenny. W nocy podchodzili bolszewicy, a w dzień znów byli Niemcy. 4 września wyrzucono nas wszystkich z domów i kazano iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Udało się nam „odłączyć” od tej kolumny uchodźców, patrolowanej przez Niemców na motocyklach i dotrzeć do wujostwa Edwardów, którzy mieszkali na Pradze. Oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym, który za trzy dni miał być ewakuowany do Żyrardowa, gdzie znajdowała się należąca do Monopolu gorzelnia. Edwardowie załatwili, że zostałyśmy dołączone do tej ewakuacji, a jaką dali za to łapówkę, nikt nikomu nie powiedział.

8 września, w dzień zawieszenia broni między powstańcami a Niemcami, zostaliśmy przewiezieni wielką ciężarówką, przez Warszawę i dotarliśmy do Żyrardowa. Po kilku dniach znaleźliśmy mieszkanie na głównej ulicy. Mieszkanie to zresztą za duże słowo, były to dwa maleńkie pokoiku z maciupeńką kuchnią. Do pracy w gorzelni została przyjęta ciotka Stefa, jej mąż wujek Edward i jej brat Józef, a Halszka razem z żoną Józka zajmowały się zdobywaniem żywności i gotowaniem posiłków. Ja znalazłam kontakt z nielegalnie działającymi kompletami gimnazjalnymi i od października rozpoczęłam naukę w III klasie gimnazjum.

16 stycznia 1945 roku wojska sowieckie zajęły Żyrardów, Niemcy oddali miasto bez jednego wystrzału! Przez główną, przelotową ulicę, przy której mieszkaliśmy, przez 40 godzin jechały sowieckie czołgi, dosłownie jeden za drugim, “zderzak w zderzak”. Pogoda była piękna, ale mróz siarczysty, siedzieliśmy w domu i cały czas paliliśmy w piecyku, aby nie zamarznąć. Dołączyła do nas kuzynka ciotki, a więc było nas razem siedem osób w dwóch malutkich pokoikach, ale ważne że byliśmy razem, co prawda bez wieści o Ojcu, którego z Pawiaka wywieziono do obozu koncentracyjnego nad Bałtykiem, w Stutthofie. Wielkich nadziei na zobaczenie go jeszcze żywego nie mieliśmy.

Wojna się skończyła.

Upojny aromat róż

Tomasz Fetzki

Kilka lat temu pojechałem na wycieczkę do Berlina. Wycieczkę grupową. Rzadko mi
się to zdarza, bom zmizantropiał ostatnio okrutnie. Ale to był wyjazd z koleżankami i
kolegami
z pracy, więc ostatecznie – czemu nie?
Po mieście oprowadzał nas profesjonalny Przewodnik. Zawodowiec nie tylko w tym
znaczeniu, że brał za to pieniądze. Przede wszystkim dlatego, iż był świetnie przygotowany:
miał dużą wiedzę i umiał ją atrakcyjnie przekazać. Słuchałem z przyjemnością. Sam
dorywczo param się tym rzemiosłem, wielokrotnie mówiono mi, że jestem niezły
– bez
ukrytego interesu mówiono
, więc zakładam, że szczerze. Słowem: trochę się na tym znam i z przyjemnością (gdyż, nieco paradoksalnie, moja mizantropia nie jest zaprawiona zawiścią) stwierdzam, iż facet był dobry.
Dla mnie to nie była pierwsza wizyta w Niedźwiedzim Grodzie, ale dla większości
uczestników wyprawy tak. Przeto i program standardowy: Reichstag, Brama
Brandenburska, Alexanderplatz i takie tam oczywistości. Gdy przechodziliśmy obok
Fernsehturm, zagadnąłem dyskretnie Przewodnika, czy zabierze nas o tam, w ten
zaułek
. Z najszczerszym zdziwieniem spytał: A po co?
Zaraz potem była krótka przerwa na „aktywności osobiste”. Po niej nasz Cicerone znów
błysnął profesjonalizmem: w tak zwanym międzyczasie przygotował się (co, nota bene, nie
jest trudne, gdy się ma komórkę z internetem, no ale przecież nie musiał!), zaprowadził nas tam, w ten zaułek i fachowo zaprezentował jego historię.
Po co ten przydługi wstęp?
Skoro świetny Przewodnik, erudyta i człek o szerokich horyzontach (nie kpię –
z jakim
znawstwem i pasją opowiadał o tutejszych modernistycznych osiedlach!; inna rzecz, że akurat wtedy słuchałem go chyba „tylko głównie” ja), nie wiedział niczego o Rosenstraße, cóż powiedzieć o słabszych? A przecież to miejsce powinno być punktem OBOWIĄZKOWYM dla wszystkich wycieczek, dla każdego odkrywcy Berlina. Adminka nasza najdroższa twierdzi, że mam na tym punkcie lekkiego hyzia. Niewykluczone. Ale dobrze mi z nim i nie może być inaczej. Uliczka znajduje się w najściślejszym centrum, lecz jest ukryta i trafić na nią trudno. Wydarzenia, które się tam rozegrały równo 75 lat temu, też są centralnym, jednym z najważniejszych epizodów ostatniej wojny, ale przy tym mają dość skryty, nieefektowny charakter i również mało kto trafia na ich ślad. Wielki błąd!
Do początku 1943 roku niemieccy Żydzi, pozostający w małżeństwach (zwanych
Mischehen) z Niemcami, jakkolwiek objęci nadzorem, choć wiodący życie pełne upokorzeń i strachu, byli względnie bezpieczni: traktowano ich jak trzeci czy czwarty sort, poniżano,
wykorzystywano w roli niemal darmowej siły roboczej dla fabryk zbrojeniowych, ale żyli!
I
żyło tak około 30 tysięcy osób. O ile aryjskastrona, powodowana wyrachowaniem,
małostkowością lub wygodą, czasem też strachem, nie wystąpiła o rozwód. Wtedy
perspektywa dla Żyda (lub Żydówki) stawała się oczywista i tragiczna. Niestety, przyszedł
czas i na mieszane” związki. Pod koniec lutego 1943 roku rozpoczęły się aresztowania i wywózki do obozów koncentracyjnych. Na prowincji przebiegały sprawnie. W Berlinie stało się inaczej.
Pod dawną siedzibą gminy żydowskiej,
przy Rosenstraße, gdzie uwięziono berlińskich mężczyzn z Mischehen, zaczęły się spontanicznie gromadzić ich żony i dzieci.
Pierwszy raz spotkały się 27 lute
go. Przychodziły codziennie, by pod lufami wycelowanych
w nie karabinów maszynowych skandować:
Oddajcie nam naszych mężów! Przychodziło ich ponad tysiąc. I, w co trudno uwierzyć, po tygodniu wydarzył się cud. Mężczyzn
wypuszczono, a nawet zawrócono z trasy kilkudziesięciu, którzy podążali już
transportem do Auschwitz. Prawie wszyscy dożyli końca wojny.
Rozpisywać się szczegółowo na temat
Protestu na Rosenstraße (bo taką nazwę z
czasem otrzymało to wydarzenie
) nie warto, skoro ktoś już to zrobił wcześniej i bardziej
fachowo. Można sobie poczytać
ciocię Wikipedię, trzeba koniecznie poznać znakomity
artykuł Agnieszki Hreczuk, dobrze także obejrzeć film nakręcony na kanwie Protestu. Lepiej zrozumiemy uwarunkowania i specyfikę wydarzeń, łacniej pojmiemy, jak dokonywał się wybór: pozostać człowiekiem, czy stać się szmatą.
A ja sobie pozwolę już tylko na garść refleksji.
Klękam z szacunkiem (i nie ma w tym stwierdzeniu cienia
patosu) przed kobietami z
Rosenstraße, prze
d wielkością ich człowieczeństwa i siłą ich miłości. Bo zważmy: porwały się właściwie z motyką na słońce. Wbrew wszelkiej nadziei. Cóż z tego, że minęły raptem
trzy tygodnie od klęski
pod Stalingradem? Wehrmacht trzymał straż od wybrzeży Atlantyku po stepy nadwołżańskie i od kręgu polarnego po Saharę. Znikąd odsieczy. A wszędzie panoszy się Gestapo, siejąc terror w zgwałconym społeczeństwie. Ba, jeszcze w ostatnich tygodniach wojny Volksgerichtshof szczodrze szafował wyrokami śmierci! Zaś kobiety z Rosenstraße już od dawna, od września 1935 roku – momentu ogłoszenia Nürnberger Rassengesetze dokładnie wiedziały, na co stać chłopców Himmlera i Müllera. Hańbą i strachem do syta napoione, nie miały złudzeń. Ale nie dały się złamać, nie porzuciły swych mężów ani przez te wszystkie lata, ani 27 lutego. Skąd się bierze taką siłę?
Właściwie dziwię się Niemcom, że za symbol Widerstandu czyli oporu uznali Zamach 20 lipca. Naprawdę się dziwię, bo wielu spośród spiskowców (nawet sam Graf von Stauffenberg) moralnie było co najmniej niejednoznacznych, nad czym zresztą już się kiedyś zastanawiałem, bo temat nie daje mi spokoju.
Róże, które zakwitły na mrozie 27 lutego, są znakiem jednoznacznym, czystym i
wielkim. One i ten bukiecik białych różyczek, skoszony w Monachium zaledwie pięć dni
wcześniej! Przypadkowa zbieżność? Sophie Sholl i jej brat Hans, Christoph Probst, profesor Kurt Huber, Hans Leipelt… Zaprawdę, obrodziła różami ta zima. Ich zapach przetrwał do dziś i nim chcę się upajać. To najlepsza cząstka Niemiec tamtego czasu.
Nie tylko Niemiec. I nie tylko tamtego czasu. Długo się wahałem, czy nawiązać do
aktualiów. Aby nie trywializować ofiary Zimowych Róż. Gdyż nie da się porównać tamtego
ryzyka do tego, na co patrzymy i z czym się musimy mierzyć dziś. Proporsją muszą być gard
e, nie popadajmy w śmieszność i żenadę. Nam grozi nieporównanie mniej, waga naszej odwagi (cóż za fraza, swoją drogą), bo przecież jeszcze nie bohaterstwa, jest z tamtą
niezestawialna, by tak rzec.
Jednak, po namyśle, zdecydowałem się na wycieczkę we współczesność, bo sprawa
jednak jest poważna i staje się, na naszych oczach, coraz poważniejsza. Żarty się kończą. C
o prawda skala zagrożnia nie ta, ale mechanizmy podobne. Tamte róże niszczono, nasze
skromne białe różyczki, póki co, zostały nazwane symbolem nienawiści. Otóż to: póki co.
Mechanizm szmacenia się jest ten sam. Aromatem róż pijany roję sobie, iż warto teraz być
przyzwoitym i odważnym, by nie trzeba było stawać się za jakiś czas bohaterem. Mam gdzieś bohaterstwo. Wolę
, banalny i zwyczajny, dumać w różanym ogródku.

Rzeźba Ingeborg Hunzinger ustawiona na Rosenstrasse w roku 1995; zdjęcia Autor

Reblog: Ein Mann auf einem Friedhof in Reinickendorf

Es kam Vorgestern per Mail:

Liebe Mitglieder, Freunde und Freundinnen der Deutsch-Polnischen Gesellschaft Berlin, sehr geehrte Damen und Herren!

Eine Geschichte, die kaum zu glauben ist: ein Pole und ein Deutscher haben nach monatelanger Suche die verschollene Urne des Bischof Bursches auf einem Reinickendorfer Friedhof wieder gefunden.

Nach 76 Jahren ist das Schicksal des polnischen evangelischen Bischofs Juliusz Bursche endlich aufgeklärt

76 Jahre nach seinem Tod wird der polnische Protestant geehrt, der durch die Nazis ums Leben kam

© Karola Kallweit

Am 20. Februar 2018, 76 Jahre nach dem Tod des Bischofs Juliusz Bursche in Gestapo-Haft fand in Berlin-Reinickendorf eine Trauerfeier für ihn statt.

Landeseigene-Friedhof Reinickendorf

Man hat an diesem sonnigen Tag das Gefühl, als würde eine Saat der Versöhnung zwischen Polen und Deutschen aufgehen. Eine Saat die vor langer Zeit gesät wurde. Von Bischof Juliusz Bursche, einem polnischen Protestanten mit deutschen Wurzeln, der 1942 durch den Nazi-Terror starb. Bedeutend ist er bis heute unter den Protestanten Polens, in Deutschland hingegen nahezu unbekannt.

Zur Gedenkfeier auf dem städtischen Friedhof in Berlin-Reinickendorf ist eine große Delegation aus Polen angereist: die Nachfahren Juliusz Bursches, darunter sein Urenkel Juliusz Gardawski, sowie der leitende Bischof der Evangelisch-Augsburgischen Kirche in Polen, Jerzy Samiec. Er und sein Berliner Kollege Markus Dröge, Landesbischof der Evangelischen Kirche Berlin-Brandenburg-schlesische Oberlausitz, halten die Predigten und sprechen die Worte der Andacht.

Der Ort seines Grabes war unbekannt

Der 20. Februar 1942 ist der Todestag von Bischof Juliusz Bursche. Zwei Hobby-Historikern aus Polen und Deutschland ist es zu verdanken, dass nun seine Nachkommen, 76 Jahre nach seinem Tod, an einem Gedenken, einer Trauerfeier für ihren Vorfahren teilnehmen können. Für Jahrzehnte lagen die Umstände von Juliusz Bursches Tod im Dunkeln und der Ort seines Grabes war unbekannt. Seine sterblichen Überreste galten bis vor Kurzem als verschollen. Ein Überbleibsel des Nazi-Terrors.

Die Nationalsozialisten mordeten akribisch und versuchten ebenso akribisch, die Geschichten der Opfer unsichtbar zu machen. Der Urenkel des Bischofs, Juliusz Gardawski, erzählt, dass die Tochter des Bischofs kurz nach Erhalt der Todesurkunde ins Gestapo-Hauptquartier nach Warschau ging, um die Überführung der sterblichen Überreste ihres Vaters zu regeln. Nachdem ihr dieser Wunsch verwehrt wurde, wandte sie sich an den zuständigen Gestapo-Offizier: „Habt ihr sogar vor seiner Asche Angst?“, habe sie gefragt. Die Antwort des Gestapo-Mannes: „Bedenken Sie, mit wem Sie sprechen.“

©EKD/Janina Finkemeyer

Mit einem Aufruf zur Versöhnung und gegen Nationalismus ist in Berlin an den in deutscher NS-Haft gestorbenen polnisch-evangelischen Bischof Juliusz Bursche (1862-1942) erinnert worden. Anlass waren Bursches 76. Todestag und die Wiederentdeckung seiner Grabstelle im vergangenen Jahr.

Die Hobby-Forscher Klaus Leutner und Pawel Wozniak haben auf ihrer Spurensuche die Urne von Juliusz Bursche ausfindig gemacht und mühsam die Ereignisse rekonstruiert. Sie lasen sich durch Krankenhausakten, suchten das nächst gelegene Krematorium und baten die Friedhofsverwaltung um Hilfe. Nach und nach konnten sie so das Puzzle zusammensetzen. Gestorben ist Bischof Juliusz Bursche an einer Lungenentzündung im Polizeikrankenhaus in Berlin-Mitte nach zweijähriger Internierung im KZ Sachsenhausen. Er wurde eingeäschert und auf dem Gemeindefriedhof in Berlin-Reinickendorf beerdigt. Es war ein besonderer Moment, als Bischof Markus Dröge am 29. Oktober 2017 bei den zentralen Feierlichkeiten zum Reformationsjubiläum in der Warschauer Kirche Sankt Trinitatis diese Unterlagen überreichen und der Familie mitteilen konnte, wie Bischof Juliusz Bursche ums Leben kam.

Ein Mensch, der das Leben umarmte

Ums Leben kam – wie tragisch treffend die Redensart für jemanden wirkt, der, wie sein Urenkel Juliusz Gardawski erzählt, ein Mensch war, der das Leben umarmte, der den Sommer über in seinem Garten Rosen und Bäume pflanzte, der sich eine Zigarre und ein Gläschen Wein am Tag gönnte, der die Musik liebte und das polnische evangelische Gesangsbuch mitverfasste. Er hatte es sich zur Pflicht gemacht die Protestanten in Polen zu einen, denn Nationalität war kein Maßstab für ihn, wenn es um den Glauben ging. Eine Haltung, die im deutsch-besetzten Polen brandgefährlich war und für die Bursche am Ende mit seinem Leben bezahlen sollte. Er nannte es in einem seiner Briefe, die er aus dem Lager nach Hause schickte, die „Tragödie meines Lebens“, dass sein Lebenswerk „eine kräftige, einflussvolle, evangelische Kirche, die Polen und Deutsche eint“, nun zerstört werde.

Die Geschichte Polens und Deutschlands ist wechselvoll und über lange Zeit von Leid geprägt. Sie beginnt nicht erst mit dem Überfall der Nazis 1939. Um zu verstehen, warum den Deutschen sogar die Asche des Bischofs Angst machte, muss man weiter zurückgehen. Juliusz Bursche stammte von deutschen evangelischen Einwanderern ab, die sich in Polen, damals Kongresspolen, niedergelassen hatten. Juliusz Bursche gehörte zur zweiten Generation, die in Polen aufwuchs und das Land als seine Heimat begriff. Die Familie gehörte zum Bürgertum. Im Hause wurde deutsch gesprochen und die lutherische Reformation war identitätsstiftend. Sein Vater war Vikar und so lag es nahe, dass auch Juliusz Bursche eine theologische Laufbahn anstrebte.

Im Geiste einer protestantischen Ökumene

Als Erwachsener war er überzeugter Verfechter einer polnischen Unabhängigkeit, ohne jedoch seine deutschen Wurzeln zu vergessen. Sein Urenkel sagt: „Die Familie lebte in einem polnischen Haus, in dem deutsch gesprochen wurde.“ Vor diesem Hintergrund war es naheliegend, dass Bursche im Geiste einer protestantischen Ökumene versuchte, die evangelischen Christen in Polen, eine Minderheit in dem katholischen Land, zu einen. Die Sprache der Andacht und des Gebets dürfe die Gläubigen nicht trennen, davon war er überzeugt. Vielmehr müsse man sich auf das Gemeinsame besinnen und in der Tradition lutherischer Freiheit friedlich miteinander glauben. Diese moderne, übernationale Haltung wurde ihm, wie vielen anderen der deutschen und polnischen intellektuellen Elite, zwischen den Weltkriegen zum Verhängnis. Die Nazis warfen ihm eine „Polonisierung“ der Deutschen vor und die Kirchenleitung hatte sich im Zuge der Gleichschaltungs-Politik längst in die Gefolgschaft der deutschen Besetzer ergeben.

Kirchenhistoriker und Bursche-Forscher Bernd Krebs schreibt dazu: „Durch ihre offene Zustimmung zum ‘nationalen Aufbruch’ in Hitler-Deutschland, die fast pathologisch zu nennende Verklärung der dortigen Zustände und durch ihre weitreichenden Zugeständnisse gegenüber der neuen ‘Volksgruppen’-Führung, hatten sich Kirchenleitung und Pastorenschaft längst in eine folgenreiche Abhängigkeit begeben.“

 

Das Fenster, der Blick in den Himmel. Derselbe Blick wie damals

Als Bursche 1937 der erste Landesbischof seiner Kirche wurde, war sein Schicksal schon besiegelt. Anfang September 1939 begann der Überfall auf Polen und kurz darauf begannen die Verhaftungen. Am 3. Oktober 1939 nahm die SS Bischof Bursche fest. Von Polen aus wurde er zunächst in ein Gestapo-Gefängnis gebracht und schließlich Anfang 1940 ins KZ Sachsenhausen.

Urenkel Juliusz Gardawski hat nun zum zweiten Mal das KZ Sachsenhausen besucht. Erst diese erneute Ortsbegehung vervollständigt nun sein Bild der Gefühls- und Wahrnehmungswelt des Bischofs, die er bislang nur aus den Briefen kannte, die Bursche alle zwei Wochen aus dem Lager an seine Familie in Polen schickte. Gardawski nennt es ein „unverschuldetes Misslingen der Lebensmission“ des Bischofs. Doch wie erst muss sich dieses Scheitern für den Bischof selbst angefühlt haben? Gardawski verweilte beim Besuch des KZ etwas länger in der Zelle, in der Bischof Bursche inhaftiert war.

Später erzählt Gardawski, was er gesehen und empfunden hat: Kahle Wände, Betonfußboden, ein Ort des kalten Funktionierens. Und doch gebe es das Fenster, den Blick in den Himmel. Derselbe Blick wie damals. Gardawski sagt, er habe die Wolken am Himmel gesehen und sich vorgestellt, dass auch sein Urgroßvater die Wolken gesehen habe, die aus dem Osten vorbeizogen; vielleicht habe er darin die Gebete und warmen Gedanken seiner Familie erkannt. Und vielleicht habe sich sein Urgroßvater vorgestellt, dass der Wind aus dem Westen die Liebe für seine Familie in den Osten geschickt habe.

Auch wenn es keine Asche gab, so errichtete man Bischof Bursche dennoch ein Grab in Polen. Einen symbolischen Ort des Gedenkens neben der Dreifaltigkeitskirche in Warschau. Und während der kalte Krieg den Graben zwischen den beiden Ländern vertiefte, die Nachkriegs-EKD dem Vergessen des polnischen Bischofs kein Ende setzte, hatte man den Bischof in Deutschland fast vergessen. Erst die Wende in der Ost-Politik und die Wende von 1989 brachten eine langsame Annäherung in der Beziehung der beiden protestantischen Kirchen. „Zarte Bande, die zu einem Netzwerk wurden“, so beschreibt es Landesbischof Dröge in seiner Predigt an diesem 20. Februar 2018.

Späte Würdigung einer Lebensleistung

Das Großwerden des Nationalsozialismus hatte viel mit Angst und Gleichgültigkeit zu tun. In einer gemeinsamen Pressemitteilung der beiden protestantischen Kirchen und der Familie heißt es:

„Anfang 1933, am Tag der Verkündung von Wahlergebnissen in Deutschland als die Nationalsozialisten die Macht übernahmen, weilte Bischof Bursche in Berlin und war Zeuge eines Nachtmarsches der Nazis mit Fackeln. In einem der Briefe an seine Familie kommentierte Bischof Bursche dieses Erlebnis mit unmissverständlichen Worten des Widerstandes gegen den chauvinistischen Nationalismus.“

Aus Asche, so heißt es, entsteht neues Leben. Und nachdem die Experten die Urne genauer untersucht haben und die Asche des Bischofs nach Polen überführt werden kann, dann ist das für die Familie des Bischofs und den aktuellen Bischof der Evangelisch-Augsburgischen Kirche in Polen Jerzy Samiec die späte Würdigung seiner Lebensleistung. Und auch ein Beweis für eine übernationale Einheit zwischen Deutschen und Polen. Die Saat von Bischof Bursche, die Früchte trägt.

Quelle: Evangelischer Pressedienst Berlin / Karola Kallweit (für evangelisch.de)
Weitere Informationen dazu finden Sie auf unserer Website www.dpgberlin.de

Polacy Żydzi 2 (reblog)

Reblog z: Democracy is OK – Mam taką historię….

Paweł Kasprzak

Jasna cholera…

Dobra, mam taką historię. Byłem w Stanach i przez rok pracowałem w knajpie w centrum Manhattanu w NY. Tam na słynnym polskim Greenpoincie mieszkali Polacy. Z Podlasia, okolic Łomży, Jedwabnego. Z tym, że to było przed ujawnieniem Jedwabnego, przed publikacjami Grossa. I ja sobie wtedy naprawdę nie zdawałem sprawy…

Widziałem antysemityzm Polaków z Greenpointu, którzy byli w ogóle cokolwiek zawstydzający. Polki pracowały na ogół u Żydówek i one… Cóż, na resentymenty nakładała się najprawdziwsza walka klas i to było straszne. Nie wiedziałem o Jedwabnem, myślałem, że Kielce ot tak się zdarzyły. Czytałem „Campo di Fiori” Miłosza — o tej karuzeli przy getcie, na którą się wsiadało, żeby z góry się przyjrzeć jak „żydki się palą”… Trochę wiedziałem, ale o Jedwabnem nie wiedziałem. Ani nie wiedziałem tego, że w mojej wiejskiej okolicy Niemcy wywieźli Żydów z co trzeciej wioski, a z pozostałymi najwyraźniej załatwiliśmy się bez ich pomocy.

Jeden z sąsiadów zdołał nazbierać historie. Mamy w okolicy w lasach widoczne do dziś doły po żydowskich ziemiankach. Jest ich trochę. Wciąż żyją ludzie, którzy to pamiętają. Bez ani jednego wyjątku mieszkańców ziemianek wymordowali nasi. Tak — byli wśród nich również partyzanci. Z AK, żeby nie było wątpliwości. Ale wtedy tego nie wiedziałem.
Więc w Nowym Jorku, kiedy się przypadkiem potrąciło kobietę w metrze, to się słyszało w odpowiedzi albo „You rotten racist pig”, albo „Holocaust!” — zależnie od koloru skóry potrąconej. Naprawdę tak to widziałem i tak zapamiętałem, a przecież coś już wiedziałem i o życiu w ogóle, i o rasizmie, i o antysemityzmie, i również o zjadliwym i wstrętnym antysemityzmie polskim.

Słyszałem o polskim antysemityzmie mnóstwo w Nowym Jorku i strasznie to było dla mnie bolesne i drażniące. Wdawałem się w dyskusje — nie kłóciłem się w nich, sporo słuchałem. Ale nie docierała do mnie skala i wciąż myślałem, że Kielce, podobnie jak szmalcownicy, to jakiś straszny margines.

W mojej knajpie obsługiwałem raz bar micwę. Towarzystwo trochę już wypiło i uaktywnił się zwłaszcza jeden zażywny gość, koło czterdziestki, więc starszy ode mnie wtedy. Słyszał akcent i pytał, skąd jestem, a ja nie chciałem odpowiadać, bo wiedziałem, co będzie. W końcu jednak nie było jak i powiedziałem, że z Polski. On na to, czy nie czuję się nieswojo obsługując Żydów. Ręce mi opadły – Boże, to już szesnasty raz w tym tygodniu – więc odpowiedziałem rozdrażniony, że nie, nie czuję się nieswojo i spytałem, czy on uważa mnie za antysemitę, dlatego, że jestem Polakiem i czy również opiera to swoje przekonanie na doświadczeniach z drugiej wojny. Potwierdził, więc ja nie wytrzymałem.

Powiedziałem mu, że doświadczenia wojny znam jak on z opowieści i lektur. Powiedziałem, że Holocaust dział się w moim kraju, bo tu żyło główne skupisko Żydów i tu ich zwożono. Powiedziałem, że mieliśmy najwięcej „sprawiedliwych” nie dlatego, że tacy dzielni jesteśmy, ale dlatego, że to się po prostu u nas działo i to akurat my stanęliśmy wobec tej sytuacji. I że z tego samego powodu mieliśmy prawdopodobnie również najwięcej szmalcowników. Potem zacząłem pytać, czy na podstawie doświadczeń drugiej wojny nie przychodzi mu do głowy wnioskować o francuskim antysemityzmie, albo o węgierskim itd. Żeby nie wspomnieć o niemieckim. I wreszcie – tu już jadąc zupełnie straszliwie, pewnie gorzej niż Morawiecki – poprosiłem o wyjaśnienie tego szczególnie masochistycznego rysu, który sprawił, że w przededniu wojny połowa europejskich Żydów z jakichś powodów postanowiła – dla umartwienia? – zamieszkać akurat w tej nieprzyjaznej Polsce…

No, facet zawołał szefa knajpy, poinformował go o zajściu i zażądał wywalenia mnie z roboty… Miał rację, niezależnie od racji w „dyskusji” – za nic na świecie personelowi nie wolno tak reagować. Ale wtedy z drugiego końca stołu podniosła się staruszka, o której przysiągłbym, że spała i że z całego zajścia nie dotarło do niej absolutnie nic. Podniosła się i powiedziała, że będzie odtąd dwa razy w tygodniu bywać w tej restauracji, żeby sprawdzić, czy ten młody człowiek jeszcze tu pracuje, a jeśli stwierdzi, że nie, to przestanie tu bywać i powie swoim koleżankom („a mam ich bardzo wiele, proszę pana”), żeby również przestały. Mój dyskutant zaniemówił, szef skonfundowany dał mi spokój. Nie miałem odtąd w tej knajpie łatwego życia, ale pracę zachowałem. Dzielna staruszka rzeczywiście bywała regularnie. Rozmawiałem z nią zdawkowo, podziękowawszy jej oczywiście, co ona zbyła machnięciem ręki. Rozmowy sobie nie życzyła.

Minęło ileś miesięcy, ja wracałem do Polski, więc podszedłem o tym staruszkę uprzedzić, żeby nie zarządziła bojkotu knajpy niewinnie. I zaczęliśmy wreszcie rozmawiać. Zapytałem ją w końcu, co jej strzeliło do głowy, żeby mnie bronić. Powiedziała, że to z powodu czegoś, co powiedziałem wtedy ja, a czego sam nie pamiętałem z tej kłótni. Powiedziała, że ukrywała się w okupowanej Polsce jako młoda dziewczyna. I że wiele razy zdarzało się jej pukać do drzwi obcych ludzi, szukając schronienia. Że śnią jej się po nocy te sceny do dzisiaj. Że widzi uchylające się drzwi, a za nimi kobietę – bo to zawsze kobiety otwierały. Patrzyły na nią i niczego nie trzeba było mówić – widziała od razu przerażenie w ich oczach. I często zza ich pleców wyglądały ich dzieci. I te kobiety patrzyły to na nią, to na dzieci. Albo na dzieci nie patrzyły, tylko nie patrząc, kładły im dłonie na główkach. I że ona do dzisiaj ma w sobie poczucie winy, że je przed takim wyborem stawiała. Niezależnie od tego, co wybrały – bo przecież zawsze jednak zatrzaskiwały te drzwi, dodała trzeźwo moja staruszka… Czasem tylko przepraszając z rozpaczą.

Zaniemówiłem kompletnie, ale nie rozumiałem związku. Co takiego powiedziałem, że ona zareagowała wtedy? Otóż podobno spytałem w którymś momencie krzycząc (tego też nie pamiętałem pewny, że mówię spokojnie), czy ktokolwiek potrafi sobie wyobrazić, co dzieje się w głowie i w duszy kogoś, kto na Holocaust patrzy z bliska, zaglądając w oczy ofiarom i nie mogąc zrobić niczego. Bo przecież pomagać Żydom było wtedy bohaterstwem zupełnie niewyobrażalnym. Więc tak – powiedziała moja staruszka – ja to sobie wyobrazić umiem bardzo dobrze. Była tym poruszona, choć przecież ta moja myśl była całkiem banalna, a jej wspomnienia powtarzane w sennych koszmarach — zupełnie nie…

Opowiadała dalej. Opowiadała o Auschwitz, z którego zdołała uciec. Z premedytacją rozkochała w sobie polskiego chłopca, który dla niej tę ucieczkę zorganizował. I potem już za drutami, gdzie czekały na nią i inne uciekinierki przygotowane mieszkania, ona przy pierwszej okazji temu chłopakowi się urwała. To dlatego potem błąkała się po ulicach szukając schronienia u obcych. Potem, już po wojnie, usiłowała chłopaka odnaleźć, ale ją jego rodzina odprawiła twierdząc, że nie żyje. Co nie było prawdą, dodała, opowiadając, jak go po latach odnalazła.

I ja w tym momencie oniemiałem kompletnie, bo tę historię znałem. To była Cyla, a ten chłopak, który ją wyprowadził za druty, to Jurek, serdeczny przyjaciel – z obozu właśnie – mojego teścia, który ich ucieczkę przygotował, sam został w obozie i trafił za to na blok śmierci, kiedy się sprawa wydała. Teść miał trzycyfrowy numer, przyjechał do Auschwitz pierwszym transportem i miał tam relatywnie lekkie życie – wyjąwszy dwa „epizody” na bloku śmierci właśnie. Był obozowym krawcem i ukradł mundur esesmana z papierami. Jurek, kumpel teścia, w tym mundurze wyprowadził grupę Żydówek do pracy w biały dzień. Teścia z bloku śmierci wyciągnął znajomy esesman. Zdaje się, że właśnie z jego rodziną teść utrzymywał kontakty i w stanie wojennym dostawaliśmy stamtąd paczki z jakąś żywnością. A może to jakaś inna niemiecka rodzina.

Historia Cyli – nawiasem mówiąc – jak mi ją opowiedziała, nie zgadzała się z historią teścia i jego kumpla Jurka w kilku ostatnich szczegółach. Wersja Jurka nie zawierała ucieczki Cyli od niego. Nie było w niej miejsca na tułanie się po ulicach. Cyla resztę wojny spędzić miała u krewnych Jurka na wsi i dopiero po wojnie mieli się minąć – najwyraźniej rzeczywiście z powodu rodzinnej zmowy i kilku drobnych kłamstewek, które uniemożliwiły ślub z Żydówką. Z powodu tych różnic i prawdopodobnie sekretów miłosnych perypetii bohaterów, nie podaję nazwisk, choć pewnie one są łatwe do odnalezienia, bo historię opowiadano nie raz. Cyla była przepiękną dziewczyną także jako staruszka – więc również w obozie pewnie robiła wrażenie…

No, spotkanie Cyli w Nowym Jorku do dziś uważam za dowód transcendencji na świecie. Cyla też tak mówiła, siedząc przy tym stoliku w knajpie, zapłakana, podając mi serwetkę, bo sam również ryczałem jak bóbr.

Żeby było dziwniej, mój teść, świadek Zagłady i jeden ze sprawiedliwych, był do śmierci zajadłym antysemitą. Również na podstawie doświadczeń wojny. W Auschwitz mianowicie widział Żydów donoszących na siebie nawzajem i wydających się na śmierć.

Polacy Żydzi 1

Nie, nie polscy Żydzi, ale właśnie tak: Polacy Żydzi.

Przyszły dwa maile jednocześnie, dlatego publikuję je razem:

Krzysztof Mika

Dwa powstania warszawskie

Rok to fatalny – same żydowskie rocznice: a to 75-lecie powstania w getcie, a to 50-lecie Marca 68, a to Bartoszewski, a to Sendlerowa. Zdrowonarodowy trzon społeczeństwa musi znosić takie okropieństwa! Trudno zatem się dziwić , że dano odpór i któryś z rządowych – narodowych intelektualistów przekonał Naczelnika, a ten wydał odpowiednie dyrektywy i myk, myk, i jest nowela ustawy o IPN-ie. Sukces był nieunikniony.

Ale ja nie o tym. Bo to już wszyscy „obrobili”.

Ja o trwałości pewnych schematów myślowych, które skutecznie wbili nam w głowy Niemcy w ramach Holocaustu. Na początek takie oto pytanie: ile było powstań warszawskich? No wiadomo – jedno w 44. Tak odpowie większość zapytanych. A ja powiem tak: były dwa. Jak to? Przecież tamto to Żydzi i w getcie. No to teraz zamieńmy getto na dzielnicę północną, a Żydom nadajmy ich prawdziwy status , czyli obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. To powstanie to reakcja na zagładę ok. 300 tysięcy obywateli polskich. Tak, obywateli polskich. Sukces niemieckiej socjotechniki wyrażał się m.in. w tym, że przestali oni być postrzegani właśnie jako obywatele, więcej jako ludzie. Do dziś w większości tzw. słusznej narodowej publicystyki obowiązuje dychotomiczny podział: Polacy i Żydzi. Choć to kompletna bzdura, bo tak naprawdę to Polacy i… Polacy. Historycznie to jeszcze bardziej paradoksalne, bo są oni obecni w Polsce od czasów piastowskich. Nawet ostatnio premier wspomniał Ibn Jakuba. Holokaust zatem nie dotyczył Żydów, ale milionów obywateli polskich.

I tu wracamy do powstań warszawskich: zadziwiająca jest symetria beznadziejności i strat. Zresztą powstań w dzielnicach zamieszkałych przez Polaków pochodzenia żydowskiego było znacznie więcej. Były również bunty w obozach. To tak w kwestii podnoszonej ostatnio przez któregoś z tuzów intelektualnych tezy o bierności żydowskiej. Konflikt wokół noweli ustawy natychmiast zaowocował komentarzami nt. mienia żydowskiego i roszczeń. To proponuję znów zmienić kategorie: przecież to mienie polskie, bo obywateli polskich. Nikt jakoś się nie buntuje przeciwko odszkodowaniom z tytułu mienia polskiego pozostawionego na Kresach… Tam można, a tu? Strasznie płyciutka ta nasza sprawiedliwość dziejowa. Z mocy prawa mienie to powinno być traktowane tak samo jak każda inne własność, ale nie: ono jest żydowskie. Zresztą historia w pewnym stopniu powtórzyła się w roku 1968, kiedy to przydzielano mieszkania pożydowskie. Zresztą, jak się bliżej zastanowić, to był to kolejny pogrom, na szczęście bezkrwawy. A zatem Polacy i Polacy.

A teraz odrobinę spraw personalnych, jak mawiają Rosjanie „po otczestwie”. Że różni durnie wypisują bzdury antysemickie – trudno. Ale że facet wykształcony zdolny autor, humanista i polonista bredzi, to straszne. Mowa o Rafale Ziemkiewiczu, z którym kiedyś pracowałem w radio i …było miło. A dziś zamienił się w pieszczocha władzy i i co słyszymy: Żydzi to parchy. W najlepszym przedwojennym stylu pałkarzy Falangi… Wcześniej wypisywał głupoty o gettach ławkowych i numerus clausus przed wojną (historia to jednak dla niego materia zbyt złożona), ale teraz poszedł na całość. A co powiedzieć o tych, którzy ten czarny bełkot drukują? Przecież wszyscy oni to zapewne chrześcijanie i katolicy. Czy Jezus Chrystus to też parch? Jak to się wszystko w tych łepetynach składa do kupy, nie sposób pojąć. Na pewno pomaga w tym ciche przyzwolenie władzy, która głośno deklaruje dezaprobatę dla antysemityzmu, a na boku pozwala robić swoje. Zresztą trudno się dziwić: ideałem Polaka jest osobnik o plemiennym sposobie myślenia, taki kibol narodowy w koszulce z hasłami o białej Europie i ewentualnie żołnierzach wyklętych. To niezwykle wygodne dla władzy, bo działa na prostej zasadzie: my – obcy, a obcych należy lać. Jeśli do tego dołożymy antyelitarność i antyintelektualność to wypisz wymaluj lata 30 w Niemczech i w Polsce, choć tu nieco hamowano, delegalizując ONR. Teraz działa w majestacie prawa, co też o czymś świadczy. O czym dopowiecie sobie sami, jeśli zestawicie to z deklaracjami Naczelnika.

A jeśli jeszcze weźmiecie pod uwagę pewien znany z psychologii model komunikacji bierno-agresywnej, to wszystko się złoży w jedną spójną całość. Z jednej strony strzeliste deklaracje przeciwko faszyzmowi i antysemityzmowi a z drugiej po cichu: róbcie swoje chłopaki moje nacjonalistyczne. Zresztą tę strukturę myślową najlepiej obrazuje wypowiedź naczelnika o obcych przynoszących zarazę i pasożyty. Wypowiedź nota bene katolika. W historii to już było: „Żydzi to wszy”. Ale tamci przynajmniej nie udawali katolików.

***

Ten przejmujący wiersz przysłano mi z tzw. obozu narodowego w kilka dni po koszmarnej wypowiedzi premiera KM, że w roku 1968 to nie Polska zrobiła Marzec tylko komuna, a Polski nie było, wypowiedzi w dzień później “poprawionej” przez premiera stwierdzeniem, że oprócz Niemców byli oprawcy polscy, tak jak byli ukraińscy i żydowscy. I wtedy można sięgać do głębin rozpaczy i bez wstydu wyciągnąć ten wiersz – nie po to, by zastygnąć w grozie, lecz by zrobić z niego propagandową chorągiewkę do wywijania. 
Jak nisko trzeba upaść…

Izaak  Kancenelson

Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim!…

Niech przemówi pamięć poety… Jam jest ten, który to widział,
który przyglądał się z bliska,
Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych
Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał
I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.
Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy
– O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby
– Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!
Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy
Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli
Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,
Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli.
Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,
Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą.
Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych
Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.
Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,
I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”
Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,
By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.
A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto
Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –
Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –
Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…
W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.
Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.
Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?
Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie! A z boku –
Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,
Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,
On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

Warszawa 1944

Reblog z dyskusją. Pomnik polskich ofiar wojny w Berlinie

Krzysztof Ruchniewicz

Reblog  Po co jeszcze jeden pomnik w Berlinie?

Czy w Berlinie powinien powstać jeszcze jeden pomnik poświęcony ofiarom II wojny światowej? Chodzi o obywateli polskich, którzy cierpieli i ginęli podczas ostatniej wojny z rąk niemieckiego okupanta. Czy można poświęcić tylko jednej grupie narodowej (lub państwowej) osobny pomnik? Co z innymi pomysłami upamiętnienia, które pojawiły się już wcześniej? Czy nie powinno się postawić pomnika wszystkim ofiarom niemieckiej agresji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej?

Niechęć do pomników?

To prawda, że po 1945 roku w podzielonych Niemczech niechętnie stawiano pomniki ofiarom nazizmu z krajów okupowanych. Pewnego rodzaju wyjątkiem jest pomnik „Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty“, który odsłonięto w 1972 roku w Berlinie Friedrichshain1. Nie jest on jednak związany z upamiętnieniem ofiar nazizmu, a raczej oporu przeciw nim. Dzisiaj pomnik ten jest jedynie świadkiem historii i przykładem dawnej polityki historycznej. Także przebudowa niczego nie zmieni, bo jego symboliczne przesłanie jest jasno określone.

W połowie listopada 2017 roku grupa ponad 80 niemieckich osobistości wystąpiła z nowym / starym pomysłem budowy pomnika poświęconego zamordowanym polskim obywatelom, który miałby stanąć w centrum Berlina. Apel wystosowano do nowego Bundestagu2, trwa obecnie dyskusja na ten temat. W mediach przypomniano, że istnieje już inna inicjatywa upamiętnienia ofiar nazistowskiej okupacji Wschodu3, a pomnik ofiar holokaustu obejmuje także dużą część polskich ofiar4. Każda z tych propozycji jest ważna i godna podkreślenia, jednak moim zdaniem nie oddaje specyfiki problemu.

Vernichtungskrieg

Atak Niemiec hitlerowskich na Polskę w 1939 r., pierwszą ofiarę nowej wojny światowej, różnił się od dotychczasowych konfliktów. Od pierwszego dnia była to wojna zbrodnicza5. Celem była likwidacja polskich elit oraz podporządkowanie reszty społeczeństwa. Symbolem barbarzyństwa jest niewielkie miasto Wieluń, leżące wtedy na pograniczu polsko-niemieckim, które zniszczono niemal całkowicie z powietrza. Następne miesiące stały pod znakiem celowej eksterminacji (egzekucje w Lasach Piaśnickich na Pomorzu, podwarszawskich miejscowościach Wawer i Palmiry) i niszczenia polskiego majątku.

Rozpoczęto szeroko zakrojone przesiedlenia, które trwały całą wojnę. Do pracy przymusowej skierowano miliony obywateli polskich, także w obozach koncentracyjnych. Mimo istnienia silnego oporu, Niemcom udało się dokonać licznych akcji pacyfikacyjnych, mordów na ludności cywilnej. Siłą zdławiono powstanie w getcie w 1943 r., rozpaczliwą walkę resztki polskich Żydów, a w 1944 r. powstanie warszawskie. Podczas jego trwania wymordowano ponad 150 tys. cywilnych mieszkańców.

Zbrodnie ZSRR

Straty z rąk niemieckich nie były przy tym jedynymi. Dwa tygodnie po napaści niemieckiej do wojny przyłączył się ZSRR, który na ziemiach wschodnich Polski rozpoczął – podobnie jak wcześniej Niemcy – politykę eksterminacji i represji, która trwała do czerwca 1941 r. Aresztowania i deportacje objęły ok. 500 tys. osób. Symbolem zbrodni jest Katyń. Tam wiosną 1940 r. zabito strzałem w tył głowy kilka tysięcy Polaków. Stanowili oni część z 22 tysięcy oficerów i cywilów, o których rozstrzelaniu zadecydowało wtedy kierownictwo radzieckie. Warto pamiętać o zmieniającej się roli ZSRR w czasie wojny, w tym właśnie o latach współpracy między Hitlerem a Stalinem w 1939-1941 r.6

Propozycja budowy pomnika poświęconego polskim ofiarom niemieckiej okupacji w centrum Berlina odpowiada skali i znaczeniu w polskiej historii lat II wojny. W wyniku niemieckiego terroru prawie 6 mln. obywateli polskich straciło życie, w tym ok. 3 mln Żydów. Od początku ziemie polskie były laboratorium zbrodni na Żydach i Słowianach, którego „osiągnięcia” zastosowano po napaści na ZSRR.

Pomysłodawcy (wzniesienia nowego pomnika w Berlin – przyp. red. ) jako miejsce lokalizacji pomnika wskazują Askanischer Platz przed ruinami Anhalter Bahnhof. Przypomnijmy, że właśnie tu w 1940 r., okresie niemiecko-radzieckiego współdziałania, spotkali się Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow. Upamiętnienie polskich ofiar może poszerzyć wiedzę o przebiegu okupacji niemieckiemu społeczeństwu. Często bowiem ogranicza się ona do ofiar Zagłady, a pomija polskich obywateli innych narodowości i wyznania7.

Upamiętniać i przypominać

Wzniesienie pomnika jest potrzebne dla relacji polsko-niemieckich. Jak widać, wojna mimo upływu czasu odgrywa w nich nadal znaczącą rolę. Obiekt powinien jednak wyrażać dwie rzeczy, upamiętniać i przypominać. Po 1945 roku, w warunkach głębokich podziałów i wrogości, znalazły się w Polsce i Niemczech osoby, które mimo wszystko dążyły do nawiązania dialogu i pojednania. Ten aspekt powinen być także obecny w przestrzeni publicznej. Do dzisiaj w Niemczech nie ma miejsca pamięci, które byłoby poświęcone takim osobom. A przecież nie chodzi tylko o przypominanie zbrodni i ofiar, ale także o znaki pamięci, dające nadzieje i umacniające wiarę, że możliwy jest pokojowy, przyjazny byt narodów-sąsiadów. Mimo ciężaru historii, nie jesteśmy przecież skazani na konflikt.


Kochani Czytelnicy, przypisy do tekstu Krzysztofa Ruchniewicza znajdziecie na samym końcu tego wpisu. Na razie jeszcze sobie z autorem podyskutuję. Przeczytałam bowiem zreblogowany tu tekst z bardzo mieszanymi uczuciami. I to co najmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze nie lubię pomników i to z tak wielu powodów, że nie sposób ich wszystkich tu przytoczyć. Generalnie jestem zdania, że – oczywiście, musimy pamiętać, o tym co było, aby uczcić tych, których uczcić trzeba i przypomnieć o winie tych, których winy nie daje się zmazać. Ale znacznie ważniejsze wydaje mi się Pojednanie, a najważniejsze jest to, co dzieje się teraz i co zdarzy się w przyszłości. Najważniejsze jest to, że po 250 latach wrogości przez ostatnie 25 lat docieraliśmy krok po kroku do normalności. Zaczęło się od przebaczenia, poprzez likwidowanie uprzedzeń i resentymentów, po współpracę partnerską i dobrosąsiedzką, a zakończyło się przyjaźnią.

I groza mnie ogarnia na myśl, że możemy to wszystko zaprzepaścić wskutek politycznych przepychanek polsko-niemieckich, w których polska strona atakuje stronę niemiecką, a te posunięcia polityki zagranicznej są jednocześnie kolejnym sposobem zniewalania własnego wyborcy w kraju – bo podsuwają mu wroga zewnętrznego, rozdrapując jednocześnie ledwo co zaleczone rany i obiecując za to gratyfikację finansową. Oczywiście od wroga.    

Ale, po drugie, równie straszne mi się wydaje, że polityka niemiecka, która dokładnie wie, co się teraz w Polsce dzieje, zamiast twardo stanąć po stronie najważniejszych wartości europejskich – demokracji, tolerancji, otwartości i poczucia odpowiedzialności, podsuwa politykom polskim kąsek na ułagodzenie ich zajadłej i zapiekłej antyniemieckości. Po co? Bo Niemcy pragmatycznie już dawno rozpoznali, co my Polacy z przerażeniem przełknęliśmy dopiero 10 stycznia – że w Polsce nie ma żadnej opozycji, co oznacza, że sprawująca obecnie władzę formacja polityczna będzie rządziła przez najbliższych 10, 15 a może nawet 20 lat. I że w związku z tym trzeba z nią ustalić nowy model stosunków. Zaaranżować się!
PiS też to zresztą wie, stąd aktualna rekonstrukcja rządu, w której usunięto tych polityków, którzy najgorzej zapisali się w Niemczech i w Europie.

Obie strony porządnie odrobiły lekcję i mogą sobie teraz spokojnie spoglądać w przyszłość. A widomym znakiem odrobionych lekcji będzie pomnik na placu Askańskim w Berlinie. Pomnik postawiony ofiarom koszmarnej wojny w ponad 70 lat po jej zakończeniu. Czy to nie jest ironiczny grymas Historii? I naigrywanie się z ofiar?

Wolałabym, żebyśmy jakoś uhonorowali Pojednanie, List Biskupów, Bartoszewskiego, Mazowieckiego, żebyśmy postawili pomnik Bartoszewskiemu albo nazwali w Berlinie szkołę jego imieniem (to sugestie Krzysztofa Ruchniewicza i bardzo mi się podobają), żebyśmy zorganizowali więcej wyjazdów szkolnych dla młodzieży z Polski do Niemiec i z Niemiec do Polski, żebyśmy w każdej polskiej wiosce, w każdym miasteczku i w każdej dzielnicy w dużych miastach zorganizowali warsztaty demokracji i tolerancji… W takim kontekście ów pomnik wydaje mi się zorganizowanym z przyczyn merkantylnych czołobitnym pokłonem przed konserwatywnym antyeuropejskim nacjonalistycznym opartym na poczuciu krzywdy i tylko krzywdy pseudopatriotyzmem polskim.

PS.

Nie chcę dociekać, czy projekt nowego pomnika w Berlinie jest naprawdę inicjatywą oddolną grupy Niemców, którzy “tylko” znaleźli wsparcie ze strony polityków, bo szczerze powiem – nie wierzę w to. Uważam tę niemiecką narrację za element ugłaskiwania z kolei własnych wyborców. 


Przypisy do artykułu Krzysztofa Ruchniewicza:

  1. Zob. Rafał Żytyniec, „Pomniki polityczne ‘czerwonego Berlina’”, w: Siedlisko. Dziedzictwo kulturowe i tożsamość społeczności na Ziemiach Zachodnich i Północnych, nr 4/2007, s. 24-30; tenże, „Symbol myśli i czynu najlepszych sił obu narodów“ czy „historia polskiej walki z faszyzmem“? Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie-Friedrichhain (1965-1989), w: Historie wzajemnych oddziaływań, pod red. Roberta Traby, Berlin-Warszawa 2014, s. 125-172.
  2. Zob. Bartosz T. Wieliński, Niemcy chcą postawić pomnik Polakom zamordowanym podczas drugiej wojny światowej, „Gazeta Wyborcza“, 7.11.2017
  3. Zob. Peter Jahn, Erinnern! Aber woran?, „Die Zeit“, 22.11.2017.  
  4. Przykładowo zob. Gabrielle Lesser, Ein Museum der Okkupation tut not, „Jüdische Allgemeine“, 23.11.2017. Stefan Lehnstaedt, Ein Denkmal nur für polnische NS-Opfer? Das wäre ein falsches Signal, „TAZ“, 7.12.2017.
  5. Ostatnio: Jochen Böhler, Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce. Wrzesień 1939. Wojna totalna, Kraków 2009.
  6. Zob. Sławomir Dębski, Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939-1941, wyd. II poprawione, Warszawa 2007.
  7. Zob. Katarzyna Woniak, Niemiecka okupacja Polski w niemieckich podręcznikach szkolnych, w: „Fikcyjna rzeczywistość“. Codzienność, światy przeżywane i pamięć niemieckiej okupacji w Polsce, pod red. Roberta Traby, Katarzyny Woniak i Anny Wolff-Powęskiej, Warszawa-Berlin 2016, s. 281-307.

Granada (Advents-Zeit Spendenzeit)

Hallo an ALLE! Helft uns!

Bei der Realisierung eines Doku-filmes – schreibt Dariusz Zalega aus Katowice/Chorzów:

Etwa 200 Einwohner aus Oberschlesien haben am Bürgerkrieg in Spanien teilgenommen. Diese Region war ein Dreiländereck und unter Polen, Deutschen und Tschechen geteilt, die Aktivisten haben  sich nicht auf eine nationalistische Propaganda eingelassen, sondern gemeinsam gekämpft – für Demokratie und soziale Gerechtigkeit. Viele sind in Spanien gefallen und viele haben mit Bitterkeit die Niederlage erlebt. Wir sollten an sie erinnern, gerade jetzt wo sich über Europa dunkle Wolken des Nationalismus sammeln. Deswegen wollen wir über sie einen Dokumentarfilm machen und bitten Euch um Unterstützung.

Im Film “Faust und Dynamit” (Dauer 45 min) wollen wir die Erinnerungen oberschlesischer Spanienkämpfer, sowie Archive und Filme, Lieder aus dieser Zeit und geschichtliche Szenen verwenden.

Warum: “Faust” – weil die Kämpfer nicht zurückschreckten sich dem Faschismus entgegen zu stellen; “Dynamit” – weil die meisten oberschlesischen Kämpfer Bergleute waren.

Dieser Film gehört zu einem erweitertem Projekt, um die Erinnerung an “die rebellische Geschichte Oberschlesiens”, einer industrialisierten Region vieler Nationen, zu erinnern. In diesem Rahmen haben wir bereits u. a. einen Film realisiert:

http://de.labournet.tv/video/6983/rebellisches-schlesien

Nach der Herstellung soll dieser Film auch über das Internet verbreitet werden als auch bei Aufführungen mit anschließenden Diskussionen. Es werden auch Versionen des Filmes mit deutschen, tschechischen, englischen und spanischen Untertiteln erhältlich sein.

Um den Film herzustellen und das Gedenken an diese Menschen zu bewahren brauchen wir Geld: 40.000 zł (10.000 €uro)

Helft uns!

Hier sind die Links zum Trailer und zum Verein:

www.youtube.com/watch?v=CPhjyviZzfM

www.spain-silesia.eu/

www.youtube.com/channel/UCVEoc_sb6_DtDy8jc-fjKiQ/videos

Überweisungen auf das Konto des Vereines sind in der EU gebührenfrei

Stowarzyszenie Grupa Twórcza Ocochodzi
Promenada gen.
J. Ziętka 7, 41-500 Chorzów
Bank account: PL71 1050 1357 1000 0022 9017 5872
BIC: INGBPLPW
Titel des Projektes: Spain-Silesia


Anm. d. Redaktion:

Es gibt ein wunderbares Gedicht von russischen Dichter und Drehbuchautor Michail Swetlow: Grenada. Meine Mutter kannte es auswendig. Das letzte Mal hörte ich sie es vor gefühlt 40 Jahren rezitieren, aber bis heute habe ich in Erinnerung ganz lange Passagen davon in genialer Übersetzung ins Polnische von unseren genialen Dichter Julian Tuwim. Seit ich den obigen Beitrag gelesen habe, liefen mir diese Gedicht-Fragmente stets durch den Kopf. Ich dachte, ich veröffentliche es hier. Zur Erklärung noch – die Ballade ist 1926 geschrieben, der Krieg von dem da die Rede ist, ist der russische Bürgerkrieg und nicht der spanische, aber bei den Kämpfen in Spanien wurde die Ballade von russischen Brigadisten gesungen.
Swetlow ist 1903 geboren, erste Gedichte schrieb er schon als 14-jähriger; er starb 1964 in Moskow. Auf Deutsch habe ich sein Gedicht nicht gefunden.

Мы ехали шагом,
Мы мчались в боях
И «Яблочко»-песню
Держали в зубах.
Ах, песенку эту
Доныне хранит
Трава молодая –
Степной малахит.
X
Но песню иную
О дальней земле
Возил мой приятель
С собою в седле.
Он пел, озирая
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Он песенку эту
Твердил наизусть…
Откуда у хлопца
Испанская грусть?
Ответь, Александровск,
И Харьков, ответь:
Давно ль по-испански
Вы начали петь?
X
Скажи мне, Украйна,
Не в этой ли ржи
Тараса Шевченко
Папаха лежит?
Откуда ж, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Он медлит с ответом,
Мечтатель-хохол:
– Братишка! Гренаду
Я в книге нашел.
Красивое имя,
Высокая честь –
Гренадская волость
В Испании есть!
X
Я хату покинул,
Пошел воевать,
Чтоб землю в Гренаде
Крестьянам отдать.
Прощайте, родные!
Прощайте, семья!
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Мы мчались, мечтая
Постичь поскорей
Грамматику боя –
Язык батарей.
Восход поднимался
И падал опять,
И лошадь устала
Степями скакать.
X
Но «Яблочко»-песню
Играл эскадрон
Смычками страданий
На скрипках времен…
Где же, приятель,
Песня твоя:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя»?
X
Пробитое тело
Наземь сползло,
Товарищ впервые
Оставил седло.
Я видел: над трупом
Склонилась луна,
И мертвые губы
Шепнули: «Грена…»
X
Да. В дальнюю область,
В заоблачный плес
Ушел мой приятель
И песню унес.
С тех пор не слыхали
Родные края:
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
X
Отряд не заметил
Потери бойца
И «Яблочко»-песню
Допел до конца.
Лишь по небу тихо
Сползла погодя
На бархат заката
Слезинка дождя…
X
Новые песни
Придумала жизнь…
Не надо, ребята,
О песне тужить,
Не надо, не надо,
Не надо, друзья…
«Гренада, Гренада,
Гренада моя!»
Jechaliśmy stępa,
pędziliśmy w kłębach
I “Jabłoczko” – piosnkę
trzymaliśmy w zębach.
Ach, piosnkę tę dotąd
na pewno pamięta
Malachit stepowy,
murawa pomięta.
X
Lecz inną pieśń jeszcze,
o obcym narodzie,
Do siodła przytroczył
towarzysz w pochodzie
I śpiewał, choć rodak,
tutejszy jak ja;
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na pamięć tę piosnkę
Jak pacierz znał Pański,
I skąd do mołojca
Ten smutek hiszpański?
Kijowie! Połtawo!
Od kiedyż w te strony
Przybyły z Grenady
Hiszpańskie canzony?
X
Nie w twoimż to zbożu,
Ukrajno śród żniwa,
Tarasa Szewczenki
Papacha spoczywa?
Więc skąd, przyjacielu,
W piosence twej łka:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A chochoł-marzyciel
Po małej chwileczce
Powiada: “Grenadę
Znalazłem w książeczce.
Wysoki to honor
Tak piękne mieć imię,
Jest powiat grenadzki
W hiszpańskiej krainie.
X
Ja chatę porzucił
I walczyć szedł po tom,
Że ziemię w Grenadzie
Ja oddać chcę chłopom.
Żegnajcie, najmilsi,
Powrócę, Bóg da!”
Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Pędziliśmy w znoju,
By poznać dokładnie
Gramatykę boju
I słowa armatnie.
Świt wstawał na niebie,
By znowu się schować,
I koń się utrudził
Po stepie cwałować.
X
Lecz “Jabłoczko” szwadron
Wciąż grał bez wytchnienia
Na skrzypcach epoki
Smyczkami cierpienia.
I gdzież, przyjacielu,
Podziała się ta
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
Na ziemię od kuli
Zwaliło się ciało,
Rozstało się z siodłem,
A nigdy nie chciało.
Nad trupem się księżyc
Potoczył jak łza,
I wargi martwiejąc
Szepnęły: „Grena…”
X
Daleko, za chmury,
Unosząc swa mękę,
Przyjaciel mój poszedł
I zabrał piosenkę,
I nikt już nie słyszał
Od tego dnia:
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!
X
A szwadron kolegę
Bez żalu pogrzebał
I “Jabłoczko” – piosnkę
Do końca dośpiewał.
I tylko z niebiosów
Opadła nad nami
Łza deszczu maleńka
Na zmierzchu aksamit.
X
I cóż wy, najmilsi?
Za pieśnią tęsknicie?
Nie wolno! Pieśń nową
Złożyło nam życie!
I składa, i składa,
I naprzód nas gna!
– Grenada, Grenada,
Grenada majá!

Reblogi na cztery nogi czyli Gurlitt i Siemiradzki…

Newsweek

Nie tylko Siemiradzki. Jak wygląda walka o odzyskanie słynnych polskich obrazów?

“Taniec wśród mieczów” – Henryk Siemiradzki

Obraz zaginiony od II WŚ nagle się pojawił na aukcji wystawiony przez niemieckiego kolekcjonera…// Dieses herrliche Gemälde von bekanntem, polnischen Maler, Henryk Siemiradzki war seit dem II WK in Polen verschollen… Jetzt wird es plötzlich von einem deutschen Sammler zum Kauf angeboten… Beutekunst?


Marta Grzywacz 10.11.2017

Ministerstwo ma tylko trzy tygodnie na zablokowanie sprzedaży w Londynie zaginionego w czasie wojny obrazu Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Siemiradzki był celebrytą – Sienkiewicz zainspirowany jego „rzymskimi” obrazami napisał „Quo Vadis”.

***

Lato 1939 r: Warszawiacy tłumnie zmierzają do Zachęty na wystawę dzieł Henryka Siemiradzkiego, ulubionego malarza Polaków i Rosjan. I jedni i drudzy uważają go za swojego. Rosjanie, bo urodził się jako syn Hipolita Siemiradzkiego, carskiego oficera w Charkowie, Polacy – bo jego matka, Michalina z Prószyńskich, wychowywała go w tradycji własnego kraju, a poza tym sam Siemiradzki chętniej przyznawał się do polskich korzeni.

Na wystawie prezentowany jest między innymi „Taniec wśród mieczów” – scena ze starożytnego Rzymu, namalowana przez Siemiradzkiego już po jego osiedleniu się we Włoszech.

Siemiradzki stworzył cztery wersje tego obrazu, które różnią się rozmiarem i drobnymi szczegółami, ale temat jest ten sam: naga kobieta na tarasie willi tańczy pomiędzy sześcioma wbitymi w ziemię krótkimi, rzymskimi mieczami, przygrywa jej kobiecy tercet, obserwujący taniec mężczyźni piją wino, a w tle widać zatokę, którą otaczają łagodne, górskie szczyty. Najmniejsza rozmiarem wersja „Tańca…” widziana jest wówczas publicznie w Polsce po raz ostatni. Wkrótce obraz zaginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zniszczony wybuchem bomby? A może zagrabiony przez Rosjan lub Niemców,

Nie byłoby w tym nic dziwnego. Grabili i jedni i drudzy z tym, że naziści byli do tego wyjątkowo dobrze przygotowani. Na kilka lat przed wojną do Polski przyjeżdżali niemieccy i austriaccy historycy sztuki i muzealnicy, którzy pod pretekstem współpracy z polskimi kolegami po fachu katalogowali cenne dzieła, żeby potem łatwo je było zlokalizować i wywieźć. Kiedy więc we wrześniu 1939 r. do Polski wkroczyła regularna niemiecka armia, tuż za nią podążały zastępy wykształconych złodziei gotowych kraść wszystko, co wpadnie im w ręce.

Siemiradzki w Londynie: To ten sam!

Kilka tygodni temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostało informację, że „Taniec…” Siemiradzkiego pojawił się na aukcji Sotheby’s w Londynie. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Dzieło otrzymał od rodziców, którzy mieli je kupić w 1960 r. Aukcja zaplanowana jest na 28 listopada, Ministerstwo podjęło więc kroki, żeby ją zablokować i odzyskać obraz. Jesteśmy niemal pewni, że to ten sam, który był wystawiony w Zachęcie w 1939 r. i należał do polskich zbiorów – mówi rzeczniczka MKiDN Monika Pętas-Kurek, i liczy, że to się uda, bo Sotheby’s nie odmawia współpracy z polskim MKiDN.

Siemiradzki – celebryta

Henryk Siemiradzki jest po Tamarze Łempickiej najdroższym polskim malarzem. Od jego śmieci w 1902 r. minęło w sierpniu 115 lat, tymczasem w latach 2002-2012, pięć jego obrazów sprzedało się za kwotę 7 mln dolarów.

Tryumfalna kariera Siemiradzkiego rozpoczęła się w Rzymie, gdzie malarz osiedlił się w 1872 r. Nie miał zamiaru opuszczać na zawsze Warszawy, chciał tylko zobaczyć Wenecję, Weronę, Florencję i wybuch Wezuwiusza w Neapolu. Ale gdy odwiedził Rzym, nagle poczuł, że dotarł do kresu podróży. Jak wspomni po latach jego córka Wanda: „Oprócz Rzymu nic się już nie liczyło, to był jego świat. Jego powołanie jako artysty”. Malarza od początku fascynował antyk i życie Rzymian w czasach wczesnego cesarstwa. I to właśnie ten okres pokazał w serii czterech obrazów „Taniec wśród mieczów” (1897-1880), w „Antoniuszu i Kleopatrze”, czy „Pochodniach Nerona”. W swoich pracach sięgał też do tematyki starożytnej Grecji, mitologii, motywów biblijnych.

Siemiradzki mieszkał początkowo w samym centrum Rzymu, przy Placu Hiszpańskim, ale dwa lata później, już po ślubie ze swoją 18-letnią kuzynką Marią Prószyńską, wybudował willę na przedmieściach, przy położonej na wzgórzu ulicy Via Gaeta, skąd miał widok na dachy rzymskich kamienic i Góry Albańskie, widoczne na wielu jego obrazach. Uznanie jakim darzyli go wielbiciele sztuki sprawiło, że stał się celebrytą swoich czasów. Jego salon odwiedzały słynne postaci epoki: Ignacy Jan Paderewski, królowa Włoch Małgorzata, brat cara Rosji, wielki książę Paweł czy Henryk Sienkiewicz, który, zainspirowany „rzymskimi” obrazami malarza, napisał „Quo Vadis”. Koronowane głowy przychodziły też na wystawy Siemiradzkiego w stolicach Europy, akademie sztuk pięknych przyznawały mu honorowe członkostwa, a międzynarodowe wystawy sztuki obsypywały nagrodami.

Nigdy nie stracił więzi z Polską

W 1879 podczas krakowskiego jubileuszu Józefa Ignacego Kraszewskiego ofiarował „narodowi polskiemu” swój monumentalny obraz „Pochodnie Nerona”, inicjując tym samym utworzenie Muzeum Narodowego w Krakowie. 15 lat potem Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie dostał od niego kurtynę – olejny obraz na płótnie rozciągniętym na drewnianym blejtramie, który do dziś otwiera i zamyka przedstawienia. Teraz jest szansa, że do Polski wróci kolejne dzieło mistrza – utracony w czasie wojny „Taniec wśród mieczów”.

Gigantyczna skala grabieży

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które gromadzi dane na temat dzieł sztuki zaginionych podczas II wojny światowej szacuje, że na skutek zniszczeń i grabieży straciliśmy około 500 tysięcy bezcennych zabytków, w tym takich mistrzów jak Rafael, Breughel, van Dyck, Matejko, Malczewski, Kossak i Wyspiański. Ich wartość sięga 11,4 mld dolarów.

O ich odzyskanie zaczęto walczyć już w czasie wojny. W Londynie, przy Ministerstwie Prac Kongresowych powstało Biuro Rewindykacji Strat Kulturalnych, którym kierował polski historyk sztuki Karol Estreicher. W oparciu o własną wiedzę, a także raporty muzealników, bibliotekarzy i archiwistów przesyłanych do Londynu za pośrednictwem AK opracował „Katalog Strat Kultury Polskiej pod okupacją niemiecką 1939-1944”, który miał stanowić podstawę przyszłych polskich roszczeń. On też uporczywie poszukiwał cennych dzieł zrabowanych przez nazistów. W efekcie, 30 kwietnia 1946 r. do Krakowa, w 26 wagonach przyjechały odnalezione w Niemczech polskie zabytki, wśród nich ołtarz Wita Stwosza, obrazy Canaletta, czy „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Po powrocie do kraju Estreicher odbył jeszcze kilka podróży rewindykacyjnych, zawsze przywożąc ze sobą zagrabione dzieła, ale wraz z opadaniem żelaznej kurtyny rewindykacja stawała się coraz trudniejsza. W końcu, w latach 50 uznano, że jego biuro nie ma już racji bytu i zlikwidowano je.

Do sprawy grabieży dzieł sztuki wrócono w 1992 r. W MKiDN powstał wówczas zespół nazwany Wydziałem Strat Wojennych, który na powrót zaczął poszukiwania, w myśl przepisów, że grabież dóbr kultury się nie przedawnia.

Jak szukać?

Jednak jak szukać zagrabionych dzieł kilkadziesiąt lat po ich zaginięciu? Obserwować rynek sztuki – odpowiada MKiDN. Każdego dnia pracownicy Wydziału Strat Wojennych sprawdzają obiekty wystawione na sprzedaż w 4500 domach aukcyjnych w 72 krajach, które tylko w ubiegłym roku wystawiły na sprzedaż 938,000 dzieł sztuki. Analizują też uważnie wszystkie informacje napływające od muzealników, konserwatorów, historyków i pasjonatów sztuki. A przede wszystkim próbują zaangażować w poszukiwania zwykłych obywateli. Dlatego w maju 2016 r. powstała aplikacja telefoniczna ArtSherlock, która umożliwia automatyczne rozpoznawanie dzieł sztuki z dziedziny malarstwa, rysunku i tkaniny, zrabowanych z polskich zbiorów podczas II wojny światowej. Obiekty można weryfikować w dowolnym miejscu i czasie.

Czasem jednak, żeby trafić na ślad zaginionego dzieła potrzeba trochę szczęścia albo dobrej woli ze strony obecnego posiadacza. Jak w przypadku żony amerykańskiego dyplomaty, która zwróciła kupioną kiedyś przez męża martwą naturę gdy dowiedziała się, że jest to strata wojenna. W efekcie obraz „Bukiet kwiatów” holenderskiego malarza Jacoba van Walscapelle od 2001 r. znowu wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Biurko z pałacu w Wilanowie dostrzegli pod koniec 2014 r. uczestnicy projektu badawczego „Daphne” poświęconego m.in. inwentaryzacji eksponatów. Prowadziły go Państwowe Zbiory Sztuki w Dreźnie. Uwagę badaczy zwróciły ślady papierowych etykietek na meblach, nawiązali więc kontakt z Muzeum Pałacu, a gdy własność dzieła się potwierdziła, w lutym 2016 r. land Saksonii zwrócił je Polsce.

Aresztować ten obraz!

Bywa i tak, że dzieło trzeba „aresztować”. Pewnego dnia ktoś zadzwonił do Muzeum Narodowego w Warszawie z informacją, że chciałby pośredniczyć w sprzedaży obrazu. Z nadesłanych zdjęć wynikało, że może to być zaginiona w czasie wojny „Pomarańczarka” Aleksandra Giermyskiego.

Wydział Strat Wojennych przez jakiś czas prowadził z ewentualnym pośrednikiem korespondencję, ale po jakimś czasie kontakt się urwał. Polska strona poprosiła o pomoc policję, jednak interwencja nie poskutkowała. Tymczasem obraz pojawił się na aukcji, w małym, prowincjonalnym miasteczku Buxtehude pod Hamburgiem, gdzie niezależnie od siebie zauważyło go kilku prywatnych kolekcjonerów sztuki. Dom aukcyjny, a raczej antykwariat, nie chciał jednak negocjować z polskim MKiDN twierdząc, że posiadaczka obrazu odziedziczyła go po babce, która w 1948 r. wyszła za mąż za przemysłowca i kolekcjonera z Duesseldorfu. Do aukcji pozostały dwa dni. Polska strona zwróciła się więc do niemieckiego adwokata Petera Raue, który specjalizował się w szybkim zajmowaniu mienia i natychmiast uzyskała decyzję sądu niemieckiego o zatrzymaniu sprzedaży. „Pomarańczarka” wróciła do Polski w 2011 r.

Trudno było też o zwrot dwóch obrazów Juliana Fałata „Naganki na polowaniu w Nieświeżu” i „Przed polowaniem w Rytwianach” zrabowanych w czasie II wojny światowej z Zachęty i wystawionych w 2006 r. na aukcji w Nowym Jorku. MKiDN udało się powstrzymać ich sprzedaż, ale żeby obrazy zwrócono Polsce, trzeba było prosić o pomoc federalną agencję dochodzeniową Immigration & Customs Enforcement. ICE przejęła oba dzieła i dopiero gdy zakończyła dochodzenie w ich sprawie, decyzją amerykańskiego sądu, w 2011 r. obrazy wróciły do Polski.

Meklemburska klempa

Z upływem czasu odzyskiwanie zagrabionych dóbr kultury jest więc coraz trudniejsze. Powodzenie w dużej mierze zależy od tego czy dane dzieło znajduje się w zbiorach publicznych jakiegoś kraju, czy w rękach prywatnych. W tym pierwszym przypadku negocjacje odbywają się na szczeblu rządowym. MKiDN przygotowuje wniosek o restytucję, w którym musi udowodnić, że zabytek należał do polskiej kolekcji, i przedstawić w jakich okolicznościach został utracony. A potem czekać na decyzję władz strony przeciwnej. Jeśli posiadacz dzieła jest osobą prywatną, sprawa jest jeszcze trudniejsza. Kilkadziesiąt lat po wojnie nie ma już tych co kradli, są tylko ich spadkobiercy, albo osoby, które kupiły dany zabytek na rynku i często nie chcą go zwrócić.

Na początku roku syn Otto Wächtera gubernatora dystryktu krakowskiego, Horst Wächter zdecydował się oddać Polsce trzy dzieła wywiezione pod koniec wojny przez jego rodziców: akwarelę Julii Potockiej przedstawiającą Pałac Potockich pod Baranami, XVIII-wieczną mapę Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także rysunek renesansowego Krakowa. Podczas okupacji Krakowa, jego matka Charlotte Wächter – nazywana przez krakowian złośliwie „meklemburską klempą”, przychodziła do Muzeum Czartoryskich w nocy, żeby nikt jej nie przeszkadzał i przyświecając sobie latarką, wyszukiwała co cenniejsze dzieła do dekoracji swojego mieszkania w kamienicy „Pod Baranami”, a przed końcem wojny zabrała je do Niemiec.

W latach 2011-2016 udało się zakończyć 24 postępowania restytucyjne i odzyskać 23 dzieła. To znakomity wynik – mówi MKiDN. Do Polski wróciły m.in. „Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, „Św. Iwo wspomaga biednych” – dzieło Jacoba Jordaensa, rokokowy stolik z kolekcji Stanisława Augusta w Łazienkach i obraz Francesco Guardiego „Schody Pałacowe”, zrabowane przez gubernatora części okupowanych ziem polskich Hansa Franka w Warszawie.

Utracony Rafael?

To wszystko mało – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z 2016 r. I wylicza, że wartość odzyskanych dzieł sięga 7,3 mln zł, a koszty poniesione w związku z ich odzyskiwaniem – czyli pensje prawników, delegacje, zewnętrzna obsługa prawna, koszty pozyskania dokumentacji czy odbitek fotograficznych wyniosły 1,16 mln.

To bardzo niewielka kwota – mówi rzeczniczka MKiDN, Monika Piętas – Kurek, tym bardziej, że rachunek ekonomiczny nie może nas powstrzymać przed próbą odzyskania dzieła, bo oprócz wartości materialnej zabytki mają znaczenie dla kultury, artystyczne i historyczne. Piętas-Kurek podkreśla przy tym, że MKiDN nigdy nie wykupuje dóbr kultury, które zostały zagrabione wskutek wojny. Dlatego starania o zwrot niektórych zabytków trwają wiele lat. W nielicznych skrajnie niekorzystnych sytuacjach wypłacana jest rekompensata kosztów konserwacji lub ułamek kwoty, za którą nabywca dokonał zakupu. Zanim jednak rekompensata zostanie wypłacona, polska strona musi mieć pewność, że posiadacz dzieła kupił je w dobrej wierze, nie wiedząc, że pochodzi z kradzieży. Kwotę rekompensaty pokrywają sponsorzy.

Spośród zarejestrowanych w bazie danych 63 tysięcy zaginionych w czasie wojny dóbr kultury, udało się odzyskać 360 obiektów. Jednak większości z nich już nigdy nie zobaczymy, bo nie zostaną odnalezione – zostały zniszczone lub ukryte, albo też nie będziemy mieć wystarczających dowodów, że pochodziły z polskich kolekcji. Zachowane opisy są często zbyt fragmentaryczne, aby udało się nam udowodnić nasze racje – mówi rzeczniczka MKiDN.

Symbolem tych utraconych i wciąż nie odzyskanych dzieł stał się “Portret młodzieńca” Rafaela Santi, także wywieziony przez Hansa Franka z Krakowa, z Muzeum Czartoryskich. Twarz młodego mężczyzny w czarnym berecie widnieje na stronie Wydziału Strat Wojennych, w informatorach muzealnych, w aplikacji ArtSherlock, na widokówkach. „Portret młodzieńca” jest jednym z najbardziej znanych obrazów w polskich zbiorach, choć większość z nas nigdy go nie widziała. MKiDN wciąż ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni.


Die andere Seite der polnischen Bemühungen bildet Cornelius Gurlitt (1932–2014), ein quasi “normaler” Deutsche, der sich während des Kriegs eine riesige Kunstsammlung der entartete Kunst zugelegt hat.

Seine Sammlung wird gerade in der Bundeskunsthalle Bonn und in Kunstmuseum Bern  gezeigt. 2014 vermachte Gurlitt  testamentarisch seine Sammlung dem Kunstmuseum Bern. Bei der Ausstellung werden rund 250 Werke gezeigt, die man auch online mit detaillierten Fotos und ausführlichen Provenienzangaben, die den aktuellen Stand der Forschung angeben, betrachten kann (Datenbank Gurlitt). Die Kuratoren der Ausstellung in Bonn sind Rein Wolfs und Agnieszka Lulińska, eine Polin.


Agnieszka Lulińska jest kuratorem wystaw w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów. Polka na takim stanowisku to wielka rzadkość.

Agnieszka Lulińska w jej bońskim muzeum

Agnieszka Lulińska jest piękną, elegancką kobietą około czterdziestki. Mimo, że większą część życia spędziła za granicą, mówi przepiękną, literacką polszczyzną.

Jej pasją od najmłodszych lat była historia sztuki. I zawsze jak sięgnie pamięcią, chętnie chodziła na wystawy. Dziś organizuje je w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów – Kunst- und Ausstellungshalle der Bundesrepublik Deutschland w Bonn.

więcej


 Aber zurück zu Gurlitt.

Als im November 2013 bekannt wird, dass die bayrische Staatsanwaltschaft die Kunstbestände von Cornelius Gurlitt (1932–2014) beschlagnahmt hat, ist das öffentliche Aufsehen groß. Denn die 1500 Kunstwerke, die der zurückgezogen lebende Sohn des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895–1956) von seinem Vater geerbt hatte, sind verdächtig: Handelt es sich um Raubkunst aus der Zeit der national-sozialistischen Gewaltherrschaft?

Um diesem Verdacht nachzugehen, stellte der deutsche Staat die für die Forschung nötigen Mittel zur Verfügung, während sich Cornelius Gurlitt verpflichtete, als Raubkunst identifizierte Werke zu restituieren. So konnten bislang vier Werke an die Nachfahren der rechtmäßigen Besitzer zurückgegeben werden.


Ja, vier… Vier Werke aus der Fülle von 1500 Stück. Vier Werke in vier Jahre. Bedeutet es, man würde 1500 Werke aus der Gurlitts kollektion in 1500 Jahre richtig einordnen können? Man gibt doch zu, dass bei 200 von 255 Werken, die in Bonn gezeigt werden, besteht nach früheren Angaben der Kuratoren ein NS-Raubkunstverdacht. OK, Papierkramm ist zu erledigen. Aber ein Bild in einem Jahr?

Jetzt aber Ausstellung!
Bestandsaufnahme Gurlitt. Der NS-Kunstraub und die Folgen:

Die Bundeskunsthalle in Bonn und das Kunstmuseum Bern präsentieren in zwei zeitgleichen Ausstellungen eine Auswahl aus diesem umfangreichen Nachlass. Unter dem Titel »Entartete Kunst«– beschlagnahmt und verkauft liegt der Schwerpunkt der Berner Ausstellung auf der von den Nationalsozialisten verfemten Moderne, während Bonn den Fokus auf den NS-Kunstraub und die Folgen legt. Eingebettet in den historischen Kontext, zeichnet diese Ausstellung den Werdegang Hildebrand Gurlitts nach. Gurlitt, obwohl ein leidenschaftlicher Verfechter der Moderne, stieg er zu einem der wichtigsten Kunsthändler im nationalsozialistischen Deutschland auf. Nach dem Krieg konnte er ungeachtet der Schuld, die er auf sich geladen hatte, weitgehend problemlos an seine Vorkriegskarriere als Museumsdirektor anknüpfen. Parallel zu Gurlitts Lebensweg werden exemplarische Biografien von Zeitgenossen vorgestellt. Ein besonderes Augenmerk liegt dabei auf den Schicksalen der verfolgten, meist jüdischen Künstler, Sammler und Kunsthändler, die dem NS-System zum Opfer fielen.

Die Ausstellung Bestandsaufnahme Gurlitt – Der NS-Kunstraub und die Folgen zeigt somit nicht nur eine Auswahl an Kunstwerken, die – von Dürer bis Monet, von Breughel bis Beckmann – ein breites Spektrum der Kunstgeschichte abbilden und jahrzehntelang dem Blick der Öffentlichkeit entzogen waren. Indem die Herkunft jedes Kunstwerks thematisiert wird, eröffnet sie auch einen spannenden Blick in die Geschichte der Objekte.

Bundeskunsthalle Bonn 3. November 2017 bis 11. März 2018

Kunstmuseum Bern 2. November 2017 bis 4. März 2018

und demnächst auch in Berlin. Für Herbst 2018 wird eine weitere Ausstellung zum Thema angesagt, im Martin-Gropius-Bau. 

Bracia Mann 2

Lech Milewski

Wielki brat wielkiego brata

Skutki Wielkiej Wojny

Po pierwsze materialne. Dochody z tytułu sprzedaży książek spadły prawie do zera. Tomasz dodatkowo martwił się, że jego willa traci na wartości.
Po drugie – ocena sytuacji. Henryk oceniał ją w sposób w jaki oceniła ją później historia, bardzo krytycznie. Tomasz przeciwnie – dla niego była to: “…wielka, na wskroś uczciwa, ba, uroczysta wojna.
Tomasz nie ograniczył się do uczestnictwa w “podniosłych nastrojach inteligencji niemieckiej“, ale starał się zrobić coś praktycznego. Zgłosił się na ochotnika do landszturmu – wojsk obrony terytorialnej. Poczucie wstydu, że nie jest na froncie skompensował artykułem Refleksje wojenne. O wojnie pisał jako o “świętej wojnie narodowej”, sławił czyny niemieckiego oręża i decyzje władz.
Artukuł ten został oceniony bardzo krytycznie przez świat literacki, szczególnie przez Romain Rollanda.
Henryk był oburzony i Niemcami, i Tomaszem.

W tej atmosferze euforii i konfliktu w bratem, szarpany wewnętrznymi wątpliwościami i gnębiony licznymi chorobami dzieci, Tomasz pogrążył się w pracy nad Czarodziejską Górą.

Henryk napisał książkę Der UntertanPoddany – ostrą krytykę Cesarstwa Niemieckiego. Cenzura zakazała jej rozpowszechniania.
Życie rodzinne jednak kwitło. W 1916 roku Mimi urodziła córkę Carlę Marię Henriette Leonie, którą rodzice nazywali Goschi.

Konflikt między braćmi miał odbicie w ich publicystyce.
Tomasz zaczął pisać Rozważania człowieka apolitycznego, Henryk opublikował esej o Emilu Zoli, w którym włożył w usta słynnego pisarza swoje argumenty przeciwko niemieckiemu militaryzmowi. Tomasz otrzymał esej brata okrężną drogą i ogromnie go on zdenerwował. W rezultacie praca nad Rozważaniami przeciągała się, gdyż wplatał tam polemikę z poglądami brata. Ostatecznie zostały opublikowane dopiero w 1918 roku. Wkrótce potem nastąpiła kapitulacja Niemiec i abdykacja cesarza Wilhelma. Rozważania straciły jakiekolwiek znaczenie.

W grudniu 1918 roku cenzura zezwoliła na rozpowszechnianie książki Henryka – Poddany, a książka okazała się przebojem. W pierwszym tygodniu sprzedano 80.000 egzemplarzy. Z dnia na dzień Henryk nie tylko potwierdził swoją pozycję jako pisarz, ale został również uznany za bardzo znaczącego aktywistę społecznego.

Do roku 1922 bracia unikali się.

Następnych kilka lat lat Henryk Mann poświęcił rodzinie. W tym samym czasie Tomasz dzielił czas między rodzinę i pracę nad Czarodziejską Górą.
Opublikowana w listopadzie 1924 roku, do Bożego Narodzenia sprzedano 25,000 egzeplarzy. Był to ogromny sukces – dwutomowa powieść o trudnej tematyce, do tego dość droga. Tomasz stał się zamożnym człowiekiem, kupił samochód i zatrudnił szofera.

Warszawa

W marcu 1926 roku Tomasz Mann przyjechał do Warszawy na zaproszenie polskiego PEN-Clubu. Z tej okazji opublikowano w Wiadomościach Literackich jego szkic o Józefie Conradzie, pomyślany jako wstęp do niemieckiego tłumaczenia Tajnego agenta. Wizyta miała bardzo oficjalny charakter – spotkanie w Zamku Warszawskim, bankiet rządowy w Wilanowie.
W oficjalnym przemówieniu Tomasz Mann położył główne akcenty na rolę Polski …w zachodnio-wschodniej syntezie, rzuceniu pomostu nad istniejącymi w świecie gwałtownymi i napiętymi przeciwnościami.
Z mniej formalnych ceremonii warto wspomnieć biesiadę literacką w winiarni Fukiera, podczas której Wiliam Horzyca wygłosił po niemiecku prelekcję o pobycie E.T.A. Hoffmanna w Warszawie pod koniec XVIII wieku.

Zaskoczył mnie ten esej, wstęp do tłumaczenia Tajnego Agenta, gdyż po publikacji książki (rok 1907) Tomasz Mann zarzucał Conradowi “patologiczną rusofobię”.
W roku 1946 Tomasz Mann relacjonuje powrót to książek Conrada, …którego bardzo wiele albo nawet i wszystko czytywałem teraz przed zaśnięciem. Zacząłem od Lorda Jima (…) i tak w ciągu paru tygodni przeczytałem cały ten szereg powieści, zainteresowany, przejęty, a jako Niemiec również jakoś zawstydzony tą męską, awanturniczą, doskonałą językowo, głęboką pod względem tak psychologicznym jak moralnym sztuką narratorską, która nie to, że jest u nas rzadka, lecz której po prostu nie ma.

Opowieść podręcznej.

Na początku 1929 roku Henryk rozwiódł się z Mimi Panovą. Ugoda rozwodowa przewidywała jednorazową wypłatę 500 marek a następnie 300 marek alimentów miesięcznie plus pokrycie kosztów edukacji córki.

W czerwcu 1929 roku, w lokalu rozrywkowym Kakadu (być może była to sąsiadująca z Kakadu Bajadera), Henryk poznał Nelly Kröger.

Kakadu

Nelly Kröger – urodzona 15 lutego 1898 jako Emmy Johanna Westphal. Nazwisko ojca nieznane. Moje główne źródło informacji, Evelyn Juers, nie ma wątpliwości, że był nim Noah Troplowitz z Gliwic, z zamożnej żydowskiej rodziny. Jego przodek zbudował gliwicką synagogę. Dokumenty rodzinne potwierdzają, że matka Emmy, Berta, pracowała w domu Troplowitzów jako służąca.

Po urodzeniu dziecka Berta wróciła do rodzinnego Niendorf, niewielkiej wioski rybackiej. Tam wyszła za mąż za rybaka – Nicolausa Wilhelma Heinricha Krögera. Ojczym zgodził się, aby Emma przyjęła jego nazwisko.
W 1919 roku Emma opuściła dom i przeniosła sie do Berlina. Miała nieco odłożonych pieniędzy. Podjęła pracę jako krawcowa. Jej partnerem został Werner Schmidt – urzędnik. Urodziło im się dziecko. Ojciec wycofał się ze związku, pojawiły się kłopoty finansowe. Dziecko ciężko rozchorowało się i zmarło podczas snu w objęciach również śpiącej matki.

Henryk i Nelly

Emma zmieniła imię na Nelly. W porównaniu z ciężkim “m” podwójne “l” wydawało się lżejsze (leichter) i jaśniejsze – heller.

Podjęła pracę w Kakadu Bar jako Animierdame – dama, która miała za zadanie ożywić (animować) klientów. Jednym z klientów był Henryk Mann.

To zdjęcie z okładki książki, która jest moim głównym źródłem informacji na temat poplątanych losów braci Mann.

Na wyżynach

W listopadzie 1929 nazwisko Mann znowu trafiło na pierwsze strony gazet – Tomasz Mann otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

Kilka miesięcy później Henryk zaczął gonić słynnego brata – w kwietniu ukazał się na ekranach i zyskał wielką popularność film Błękitny AniołKLIK – oparty na jego książce Profesor Unrat.

Na początku 1931 roku Henryk został mianowany prezydentem sekcji literackiej Pruskiej Akademii.
Popularny działacz pacyfistyczny Kurt Hiller publikuje artykuł Prezydent, w którym sugeruje, że Henryk Mann to jedyna w Niemczech osoba zdolna zjednoczyć prawicę i lewicę, jedyna osoba zdolna zastąpić Hindenburga na stanowisku prezydenta i zapewnić stabilizację Niemiec.

W 1932 roku na półkach księgarskich ukazuje się nowa książka Henryka – Ein ernstes LebenPoważne życie. A może Życie na serio.

Pożar

30 stycznia 1933 roku – Adolf Hitler zostaje kanclerzem Niemiec.

Kilka dni później na słupach pojawiły się plakaty podpisane przez Alberta Einsteina, Henryka Manna i Kathe Kollwitz, wzywające Socialistów i Komunistów do stworzenia jednolitego frontu.

15 lutego – Henryk zostaje usunięty z Akademii Pruskiej. Tydzień później wyjeżdża do Francji. Nelly pozostaje w Berlinie, by pilnować mieszkania.

27 lutego – pożar Reichstagu.

Tomasz z rodziną wyjeżdżają do Szwajcarii. W tym samym czasie Mimi i Goschi wyjeżdżają do Pragi, gdzie zamieszkają u rodziców Mimi.

Władze publikują listę zakazanych autorów. Henryk Mann zajmuje trzecią pozycję, za Karolem Marksem i Karlem Kautskim.

10 maja, na placu przed operą w Berlinie, studenci palą 25,000 książek zakazanych autorów. Równocześnie powstaje lista zakazanych książek. W ciągu roku lista osiągnęła 4,100 pozycji, nie było wśród nich książek Tomasza Manna.

Henryk zostaje pozbawiony niemieckiego obywatelstwa.

Opowieść podręcznej

Henryk wyjechał w samą porę. Następnego dnia jego mieszkanie odwiedziła policja z nakazem aresztowania. Nie zastawszy właściciela zrobili gruntowną rewizję i straszliwy bałagan.

Nelly brakuje pieniędzy. Zostaje aresztowana, gdy próbuje podjąć pieniądze z konta bankowego Henryka.
Konto jest zablokowane, ale wypłacane są regularne należności, na przykład alimenty dla Mimi. Nelly pisze do Henryka, żeby ją oficjalnie zatrudnił jako osobę opiekującą się mieszkaniem i wyznaczył pensję, ma nadzieję, że pensja będzie wypłacana z konta Henryka.
Henryk traktuje tę propozycję podejrzliwie i odwleka decyzję.
Nelly ponownie podejmuje pracę jako krawcowa. Jest pod obserwacją policji, sąsiedzi traktuja ją podejrzliwie, zostaje ponownie aresztowana. W marcu traci przytomność i spędza kilka dni w szpitalu – wyczerpanie nerwowe. Prosi Henryka żeby załatwił jej wyjazd do Francji. Dotarła tam w lipcu. Zamieszkali w Nicei.

Kilka lat później w tym samym domu w Nicei wynajęli mieszkania dwaj emigranci z Czechosłowacji – Joseph Roth – KLIK – i Hermann Kesten – KLIK. Wieczory spędzali na długich rozmowach z Henrykiem i Nelly.
Nelly była urodzonym gawędziarzem.
Poniższą opowieść usłyszał jednak tylko Hermann Kesten.
Henryk był oczarowany barwnymi opowieściami Nelly. Wiele razy namawiał ją, żeby je zapisywała.
Pod koniec roku 1931, gdy Henryk był w Paryżu, zabrała się do tego poważnie. Gdy wrócił pokazała mu. Przeczytał w ciągu jednego dnia. Był zaskoczony – to prawie powieść – powiedział.
– Powieść? To jest moje życie – odpowiedziała. Żartem zapytała czy znalazłby się wydawca dla tej “powieści”.
Następnego dnia Henryk zabrał się do pisania. Nelly ze zdumieniem zauważyła, że kartki z jej opowieściami lądują w palenisku kominka. Henryk wytłumaczył, że książka typu Życie Nelly Kröger nie zainteresuje wydawców. To jest opis poważnego życia i taki będzie tytuł książki – Ein ernstes Leben. Zasady nie pozwalają mu opublikować jej wspomnień pod swoim nazwiskiem, dlatego pisze wszystko od nowa.

Wspomnienie H. Kestena TUTAJ.

Życie na emigracji

Jak już wspomniałem Henryk i Nelly osiedlili się w Nicei, Tomasz z żoną zamieszkali w Küsnach (okolice Zurichu).

Tomasz nie czuł się bezpiecznie w Szwajcarii. Miał wciąż poczucie, że jest śledzony przez hitlerowskich agentów, że może zostać porwany lub zamordowany.
Z drugiej strony nie mógł się pogodzić z utratą majątku pozostawionego w Niemczech – willa, meble, samochód.
W rezultacie nie udzielał się publicznie i nie deklarował oficjalnie swojego stosunku do nazistowskich Niemiec.
Powodowało to niemałą konsternację w świecie literatury. Starsze dzieci, Klaus i Eryka, nalegały na ojca, żeby się oficjanie zdeklarował. Tomasz Mann odpowiadał, że ma większy wpływ na życie umysłowe Niemców, jeśli jego książki są publikowane w kraju.
Publikuje w tym czasie, w Niemczech, kolejne tomy tetralogii Józef i jego bracia. Książka została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników.
Zaskoczeniem było, że władze zezwoliły na wywiezienie z jego willi wielu sprzętów i mebli. Najbardziej ucieszyła go kołdra. Gdy do niego dotarła, spał już spokojniej.

Henryk działał bardzo aktywnie. Został członkiem brytyjskiego PEN-clubu, honorowym prezydentem Związku niemieckich pisarzy na uchodźtwie.
Stwierdził, że włada językiem francuskim równie dobrze jak niemieckim i opublikował książkę La HaineNienawiść. Książka nie zyskała popularności wśród czytelników francuskich, niemieckich czytelników było na emigracji niewielu, Anglia nie była zainteresowana tłumaczeniem.
Nelly wróciła do zawodu krawcowej.
Henryk zaczął pisać książkę Henryk IV.

Połowa roku 1934 – pierwsze spotkanie Hitlera z Mussolinim, we Włoszech. Hitler jest pełen podziwu dla spadkobiercy antycznych cezarów i filozofów. Opinia Mussoliniego o Hitlerze: szalony mały klown.
Miesiąc później zamach stanu w Austrii, zabójstwo kanclerza Dollfussa. Mussolini oskarża Niemcy o zamach i zapowiada wojnę, jeśli Niemcy wkroczą do Austrii.

Pod koniec 1934 roku Henryk odwiedził swoją byłą żonę Mimi i córkę Goschi w Pradze. Córka wykazywała wielkie zainteresowanie tańcem.
Nelly przepisuje na maszynie zakończony manuskrypt Henryka IV.

Rok 1935 – Tomasz Mann odwiedza Stany Zjednoczone.
Henryk publikuje Henryka IV. Książka zyskuje bardzo wysoką ocenę krytyki – świetne analogie polityczne, literatura najwyższego lotu. Tomasz wypowiada się z wielkim szacunkiem o książce brata, ale czuje, że to już ostatnie słowo Henryka. Wielki brat nie zagrozi pozycji Tomasza w literaturze niemieckiej.

W lutym 1936 roku Tomasz Mann złożył oficjalną deklarację potępiającą władze w Niemczech.
W listopadzie 1936 przyjął obywatelstwo czeskie (Henryk przyjął je kilka miesiecy wcześniej), zaraz potem pozbawiono go wraz żoną i dziećmi obywatelstwa niemieckiego. Jego książki trafiły na listę utworów zakazanych. Uniwersytet w Bonn odebrał mu honorowy doktorat.

Henryk przemawia w Paryżu na na międzynarodowym kongresie pisarzy, w Brukseli – na światowym kongresie pokojowym. Wygłasza przemówienie w Lidze Narodów.

W tym czasie Tomasz z żoną odwiedzają Czechosłowację i Węgry. W Pradze tamtejsi pisarze dyskutują z nim szanse Henryka na literacką Nagrodę Nobla. Tomasz nie widzi żadnych szans.

Chmury przed burzą

Włochy wkroczyły do Etiopii. W Hiszpanii wybucha wojna domowa.

Ideowy marksista Wiktor Serge – KLIK – pisze do Leona Trockiego: Drogi Leonie Dawidowiczu. Martwię się o Was. Czy otrzymaliście mój poprzedni list? Widzę, że tu szykuje się akcja fizycznej likwidacji Zinowiewa i jego grupy. Bierność naszych towarzyszy w obliczu nadchodzących represji to zbrodnia…
W Moskwie odbywa się proces 16 czołowych działaczy komunistycznych, zostają skazani na śmierć. Po procesie odbywa się “wielka czystka”, ginie około miliona działaczy komunistycznych.

Wiktor Serge do Andre Gide’a: … pamiętam strony pańskiego Dziennika, w którym w roku 1933 zadeklarował pan przynależność do komunizmu, gdyż zapewnia on swobodny rozwój osobowości… czytam to w chwili, gdy nikt dookoła mnie nie odważyłby się prowadzić dziennika.

Dokończenie za tydzień

Źródła:

1. Evelyn Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann.
3. Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus.

Ludzie, których już nie ma…

Andrzej Rejman

Odwiedziliśmy z rodziną Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

Wystawa zrobiona świetnie, wielokrotnie opisywana i chwalona.

Oby nikt jej nie zepsuł!

Przerażające i silne wrażenie robią wielkie plansze z dziesiątkami portretów – ludzi, którzy zginęli.

(Podobnie wygląda wystawa w muzeum w Waszyngtonie, United States Holocaust Memorial Museum, Washington. Też setki twarzy ludzi z obozu w Terezinie/ Getto Theresienstadt)

Niektóre postacie są tak wyraziste, fizjonomia tak żywa i współczesna, że miałem wrażenie, że widziałem tych ludzi niedawno na ulicy, w autobusie, w metrze, w Warszawie… w Berlinie…

Z przedwojennych zdjęć spoglądały wprost na mnie oczy spokojne, ufne, zdradzające siłę, a może i jakieś słabości charakteru, lecz oczy ludzi pewnych siebie i swojej przyszłości, gotowych żyć długo i intensywnie, ludzi nie przeczuwających niczego złego.

Postanowiłem wracać do nich, lub im podobnych, i jakoś połączyć się z nimi myślą, gdziekolwiek by nie byli… No i w końcu kiedyś zrobić coś pozytywnego, “dla nich”, “za nich”… …

Na stronie ofiar deportacji wojennych z Francji są setki takich zdjęć …

https://phdn.org/archives/holocaust-history.org/klarsfeld/French%20Children/html&graphics/T0433.shtml

Jedno z nich, zrobione w październiku 1943, przedstawia dzieci z ochronki dla dzieci żydowskich w Saint-Mandé, prowadzonej przez UGIF ( l’Union générale des israélites de France), organizacji powołanej przez rząd Vichy.

Tylko jedna z dziewczynek – pierwsza z lewej w drugim rzędzie – trzynastoletnia Rose (Rosette) przetrwała…

http://www.convoi77.org/pl/deporte_bio/korman-henriette/

Przypomniałem sobie opowieść mego ojca, o przedwojennej Polsce, o szkole, o ludziach, o społeczności żydowskiej z regionu z którego pochodził – z Łańcuta.

W Łańcucie przed wojną było co najmniej 30% Żydów.

Podobne zdjęcie z Łańcuta, ale wcześniejsze – dziewczynki również uśmiechnięte nie mają jeszcze przyszytych Gwiazd Dawida na sukienkach…

http://shtetlroutes.eu/pl/yizkor-book-of-lancut/

Ojciec sporo mówił o swojej klasie w Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza w Łańcucie. Nie zapisałem wielu ciekawych faktów, sięgam jednak do zdjęcia tej klasy – rocznik maturalny 1933/34.

Wiele osób z tej klasy zginęło podczas wojny.

 

Wśród nich był także Emanuel Mechlowicz, kolega szkolny mojego ojca. Z tego co pamiętam, został rozstrzelany zaraz po wkroczeniu Niemców do Łańcuta.

A Scott Mechlowicz, młody, ale już dosyć znany aktor amerykański (m.in. Dr House, Czekając na wieczność, Droga donikąd) pewnie jest jakimś jego kuzynem, bo, jak czytam, jego babcia pochodziła z rejonu Przemyśla.

c.d.n.