Alexandras Wohnung / Alexandra’s flat

Von der Redaktion über Aleksandra Hołownia

Heute gibt es Alexandras Veranstaltung in der Regenbogenfabrik. Man braucht sie hier, auf diesem Blog nicht vorzustellen- sie ist bei uns so wie in Berlin und in der ganz großen Welt sehr bekannt. Sehet nur HIER, und HIER, und HIER, und HIER, und HIER. Unsere Autorin, Johanna Rubinroth, machte für Kowalski und Schmidt einen Film über sie – Provokation in pink.

Kommt alle, es wird kleine Filme geben, Gespräche, künstlerische Interaktionen, eine Mini-Ausstellung, Kostümanprobe, Verkauf…

Wo: Kino in der Regenbogenfabrik / Lausitzer Str. 22 (im Hof) / Berlin 10999

Und als Kostprobe – ein paar Fotos von der Alexandras Wohnung in Prenzlauer Berg. Verrückt!

w kuchni X aleksandra-pokoj-doppelX Alex Stube 3 X Alex Zimmer 2-doppeltX Alex Zimmer 7X

 

Wszystkie dzieci są nasze

Ewa Maria Slaska

O dzieciach

Wszystkie dzieci są nasze. Pamiętacie to hasło? A czy ktoś pamięta, co ono właściwie miało znaczyć? Dziś myślę, że był to, musiał być, imperatyw moralny, żebyśmy nie przechodzili obojętnie obok krzywdy dzieci. Ale możliwe, że chodziło o podniesienie produkcji śpioszków i kaftaników.

W moim, nader współczesnym, przypadku oznacza to po prostu, że najbardziej lubię dzieci mniej więcej w tym wieku, w jakim jest w tej chwili mój wnuk. Czyli koniec przedszkola początek szkoły. I wszystkie te dzieci są “moje”. I takie właśnie dziecko, chłopczyk, Szymek, stanęło mi na drodze tydzień temu. Właściwie to stanęło mi nie tyle na drodze, co w progu kuchni. Popatrzyłam na Szymka i pomyślałam Malarz.  Czy on jest jakoś specjalnie uzdolniony?, zapytałam, a starsze siostry z dumą odpowiedziały, tak, bardzo dobrze rysuje. Czy miałam rację i czy moja intuicja się sprawdzi, okaże się pewnie za 10 lub 20 lat. W końcu Szymek ma w tej chwili tych lat siedem, ale rzeczywiście bardzo ciekawie rysuje.

rys-szymkaWieje wiatr, powiedziały dziewczyny, zwiał w jednym kierunku wszystkie szaliki i włosy. Patrzę na te włosy, na flagi na masztach, na chłopaków na szczotkach. Chłopaków, choć to przecież czarownice latają na miotłach. Ale tu są na pewno chłopaki. Zanim jednak zadam pytanie, które odarło by mnie ze wszelkiego szacunku, Szymek i jego siostry, wyjaśniają, że to oczywiście mecz quidditcha. Oczywiście!

Mija dobra chwila, nim dotrze do mnie nie ta udawana na użytek maluczkich, lecz prawdziwa oczywistość tego, co widzę. Mecz quidditcha. Harry Potter. W pierwszym tomie Harry Potter złapał znicz. Bogu niech będą dzięki, ten pierwszy tom czytałam. Chłopaki na miotłach grają tak długo, aż któryś z graczy złapie znicz. Wikipedia podaje, że najdłuższy mecz quidditcha trwał trzy miesiące! Znicz jest złoty i nadzwyczajnie szybki.

W międzyczasie Szymek dyktuje Ani tekst wyjaśniający, o co chodzi na rysunku.

tekst-szymkaDawno dawno temu żył sobie Harry Potter i był mecz quidditcha i była straszna burza. Harry jeszcze miał trudniejszą sprawę, bo był turniej trójmagiczny, a wtedy Bazyliszek zaatakował Harrego i o mało co Harry nie zginął, gdyby nie użył patronusa na dementorów, bo dementory wspierali bazyliszka. Bez dementorów bazyliszek nie mógł żyć i bez Lorda Voldemorta i Harry Potter zabił bazyliszka i wszyscy jego zwolennicy poumierali i mecz znowu się zaczął i zaczął padać wielki deszcz i 10 m później mecz się zakończył bo HP złapał znicza.

No!

***
O sztuce dzieci pisałam już TU i TU. A Lech jeszcze komentował sztukę dzieci TU.  Chętnie opublikowałabym kolejne wpisy.

 

 

Pieredwiżniki III

Tomasz Fetzki

Sięgnąłem przed dwoma tygodniami po starą księgę, aby wspominać. Tego, który mi ją dyskretnie położył przed oczyma. Ale też siebie samego z tamtych lat, z czarodziejskiej krainy dzieciństwa, gdzie czułem się bezpiecznie, bo On był obok.

Które obrazy wtedy wywierały na mnie najsilniejsze wrażenie? Chyba te najbardziej efekciarskie, bo takie najłatwiej przemawiają do wyobraźni dziecka. Prawdopodobnie z tego samego względu są to najlepiej i najpowszechniej znane oraz kojarzone prace Pieredwiżników. Wielkie, kolorowe i bogate freski historyczne: Bojarynia Morozowa i Poranek kaźni strzelców Surikowa czy Procesja w guberni kurskiej Riepina. Bez problemu znajdzie je w Wielkiej Sieci, kto zechce; ja poprzestanę na przywołaniu ich tytułów.

Jako się rzekło, najpierw był gruby kaliber. Gust zaczął mi się wydelikacać i uwrażliwiać z czasem. Dlatego dopiero później potrafiłem należycie docenić prace kameralne, ciche w treści, a w kolorystyce stonowane. Choć to nie do końca prawdziwe stwierdzenie… bo poza wspomnianymi już pracami Riepina i Surikowa od najwcześniejszego dzieciństwa tkwi mi w pamięci inny obraz: historyczny co prawda, a w żadnym wypadku nie pompatyczny ani nie tętniący akcją. Przeciwnie.

po-bitwie-orly(1)Wiktor Michajłowicz Wasniecow,
Po bitwie Księcia Igora Światosławowicza z Połowcami
temat ze „Słowa o wyprawie Igora”

Godzinami potrafiłem wpatrywać się we wschodni przepych zbroi i tarcz, w zadziwiająco młode i blade oblicze poległego rycerzyka na pierwszym planie oraz w ten łuk, zwrócony w kierunku lecącego sępa. Ciągle się zastanawiałem: resztkami sił chce wojownik ustrzelić ptaszysko, czy po prostu w takiej pozie zastygł po śmierci? Byłem za mały na to, by przeczytać tytuł pod reprodukcją (inna sprawa, że te podpisy są jedynie po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku, więc i tak bym nie zrozumiał), przeto dodatkowo dręczyło mnie pytanie: kto tu z kim walczył i dlaczego.

Zdecydowanie, obrazy Pieredwiżników potrafią przyciągać uwagę już samą kompozycją, kolorem, nastrojem. A kiedy się dorośnie do pojęcia treści i wymowy szczegółów, kiedy się zaczyna rozumieć ich kontekst, ukryte znaczenia, cieniutkie aluzje… wtedy kontakt z tymi dziełami niechybnie wpływa na ukształtowanie określonej wrażliwości, pomaga wypracować pewne postawy i normy moralne. Tym bardziej, że, jak wspomniałem, prawdę na temat biedy, wyzysku, ludzkich słabości czy obłudy członkowie Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych dostrzegali bez złudzeń i pokazywali ją bez ogródek, choć nie używali w tym celu prymitywnej łopatologii – byli na to zbyt wielkimi artystami.

A że były to z grubsza te same postawy i normy, że była to taka sama wrażliwość jak ta, którą kształtował we mnie swoim przykładem Tato? Przypadek? Chyba nie…

przyjecie(2)Wasilij Grigoriewicz Pierow, Refektarz

Ta wrażliwość od niektórych ludzi (nie idzie tu oczywiście o profesję, problem tkwi głębiej) każe się trzymać z daleka…

pracekolejowe(7)Konstantin Apołłonowicz Sawicki, Prace remontowe na kolei żelaznej
…a stawać zawsze po stronie innych.
(Tak na marginesie: gdybyż Sawicki, albo inny Pieredwiżnik mógł przewidzieć budowę Biełmorkanału!)

Wrażliwość moralna swoją drogą, zaś artystyczna swoją. Najlepiej, jeżeli sobie towarzyszą. U kogoś, komu książkę o Pieredwiżnikach podsunął taki człowiek, jak mój Tato, tak być musi. Po prostu. Dlatego nie dziwi fakt, że teraz, jako duży chłopiec, godzinami mógłbym się wpatrywać w inny obraz, choć pozornie nic się na nim nie dzieje.

samowar(5)Wasilij Nikołajewicz Bakszejew, Proza życia

Nic się nie dzieje… Dobre sobie! Tylko, że takie NIC trzeba umieć dostrzec. Aż się prosi o postawienie hipotezy, że Bakszejew namalował go po lekturze Czechowa. Ale to chyba nieprawda: Iwanow już co prawda istniał, lecz Czajka, Wiśniowy sad i Trzy siostry powstaną dopiero za kilka lat.

facet-z-kijem(3)pionWrażliwość artystyczna… Mówią, że Pieredwiżniki byli realistami, naturalistami – to prawda, choć nie do końca. Na światło wrażliwość mieli nie mniejszą od impresjonistów. Tylko, że to rosyjskie światło ponad sto lat temu, to coś zupełnie innego niż w kraju Gallów.

Mykoła (Nikołaj) Ołeksandrowicz Jaroszenko, Palacz

Oto Georges de la Tour, któremu przyszło tworzyć gdzieś nad Wołgą (a może i w Donbasie).

Mało było tego światła. A na dodatek widok tego, co oświetlało, też nie napawał nadzieją. Ale światło to zawsze światło! Nawet, gdy wpada tylko przez jedno, małe okienko.

w-celi(4)-pionpranie(6)pion

X

X

X

X

X

X

X

X

Mykoła Ołeksandrowicz Jaroszenko                         Abram Jefimowicz Archipow
Więzień                                                                                                                                  Praczki

Zdarzyło się kiedyś, że Ten, którego pamięć przywołuję tutaj już trzeci tydzień, jechał pociągiem z wizytą do dziewczyny (kilka lat później to właśnie ona zostanie moją Mamą). W metafizycznym momencie, gdy noc jeszcze nie odeszła, a dzień jeszcze nie powstał, gdy światło i mrok walczą ze sobą, rozmywając kształty i kolory świata, wyjrzał przez okno. Co zobaczył, namalował.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy w takich okolicznościach ja mógłbym na światło pozostać niewrażliwy? Talentu malarskiego po Nim nie odziedziczyłem, ale na szczęście to nie jedyny sposób ekspresji wrażliwości.

autor-z-tata(7)-pion …gdzieżeś jest, jeśliś jest…

 I tyle. Już.

Pieredwiżniki II

Tomasz Fetzki

Wędrujmy dalej po kartach starej księgi. Jeżeli będziemy uważni, odkryje ona przed nami jeszcze niejedną tajemnicę.

Tydzień temu wspominałem o wrażliwości malarzy z kręgu Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych na biedę i jej skutki. Ten temat pojawiał się w ich pracach bardzo często, a widzieli go ostro i bez złudzeń. Chłopstwo, depozytariusz, jak chciał Dostojewski, największych wartości moralnych Świętej Rusi? Nic z tych rzeczy! Ci biedni i rzeczywiście uciemiężeni ludzie byli w swej biedzie i w swym człowieczeństwie, chciałoby się rzec, arcyludzcy. Za pierzynę czy strzęp odzieży mogliby się chyba pozabijać… a już znienawidzić na lata – z pewnością!

Wasilij Maksimowicz Maksimow, Podział spadku

Zresztą, tak było właściwie w każdym przypadku. Chłopi, arystokraci czy artyści, wielka historia czy miałka codzienność: we wszystkich tych pretekstach tematycznych Pieredwiżniki widzieli przede wszystkim człowieka. Tylko człowiek jest ciekawy. Popatrzmy i my. Na jeszcze jednego cara i jeszcze jednego carskiego syna.

Mówią poniektórzy, że współcześni lekarze są w stanie precyzyjnie rozpoznać, na jakie choroby (zwłaszcza weneryczne) cierpieli krakowianie, pozujący Mistrzowi Veitowi Stoßowi, rzeźbiącemu Ołtarz Mariacki. Mistrz Riepin także nie pozostawia wątpliwości co do przyczyn, jakie zabiją jego modela cztery dni po ukończeniu tego obrazu… Bo Mistrz to Mistrz.

Ilia Jefimowicz Riepin, Portret kompozytora Mussorgskiego
Niestety, nie pierwszy to i nie ostatni artysta, który nadwrażliwość duszy odartej ze skorupy cynizmu leczył alkoholem.

O Modeście Mussorgskim wiem to i owo. Ale Pelagia Strepetowa? Nic mi to nazwisko nie mówi. Nie znam tej postaci w ogóle. Za to pewien malarz rodem z ukraińskiej Połtawy poznał tajniki jej duszy, jak się wydaje, bardzo dokładnie. Wręcz niebezpiecznie blisko.

Taka intymność w pewnym momencie zaczyna trochę ciążyć. Ostatecznie – ile można patrzeć z bliska na emocje, namiętności, cierpienie? Wyjdźmy na czyste powietrze, pospacerujmy wśród łanów zboża, powdychajmy aromat igliwia… Przyroda, pejzaż – to dla Pieredwiżnika nic obcego, zwłaszcza, jak się jest Szyszkinem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Iwanowicz Szyszkin, Żyto
Ale dla mnie w tym obrazie najważniejsze są jednak sosny.

A w taki sposób sosny zobaczył i namalował Ten, któremu zawdzięczam zażyłość z Pieredwiżnikami. Ten, któremu tak naprawdę poświęcony jest tekst niniejszy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASosny widziane i zinterpretowane przez mojego Tatę.

 Za tydzień wspomnień serdecznych odcinek trzeci i ostatni.  

Pieredwiżniki I

Tomasz Fetzki

Odszedł za wcześnie. Sześćdziesiąt dwa lata to nie jest wiek na umieranie (inna sprawa, że trudno stwierdzić, kiedy ten wiek nadchodzi – jednak na pewno nie wtedy). Kto go znał, wiedział, z jakim gigantem ducha i intelektu (mimo formalnie skromnego wykształcenia) i z jakim wielkim sercem ma do czynienia. Niewielu go jednak znało – szkoda, ich strata. Skromny i dobry (po prostu – dobry) jako człowiek, dyskretny i nienachalny był także jako ojciec. Właśnie: BYŁ, znacznie bardziej, niż działał. BYŁ, a nie kształtował. Ale to całkowicie wystarczyło. Patrzę na siebie i bez fałszywej kokieterii, bez szczypty kabotyństwa stwierdzam: efekty takiego wychowania okazały się być bardziej, niż zadowalające. Co jest oczywiście zasługą wychowującego, nie wychowywanego.

A dziś mija dokładnie dziesięć lat, odkąd już nie mamy okazji spojrzeć sobie w oczy i pogadać o czymś ważnym, lub choćby ciekawym. Bardzo mi go brakuje. Ojciec. Tato…

Dziesięć lat temu wyszedłem na ulicę. I co? I nic. Ciemność nie zaległa całej ziemi, choć powinna. Nie zaćmiło się słońce i nie rozdarła się zasłona świątyni na dwoje, mimo, że był powód. Ziemia się nie zatrzęsła i skały nie popękały, chociaż tak należało. Samochody jeździły jak przedtem, ludzie chodzili, jakby nigdy nic. Oczywiście, nie ma niczego oryginalnego w tej konkluzji, nie ja pierwszy doświadczyłem takiego zdumienia. Co gorsze, nie ja ostatni również… trzymajcie się, moi przyszli młodsi bracia i siostry w przykrym zaskoczeniu.

Wtedy nikt niczego nie zauważył. Tym bardziej dziś, gdy czarną dziurę drąży nieubłagalny czas. A co mi tam – nieubłagalny czy ubłagalny – trochę z nim powalczę! Tylko jak wspominać, żeby nie popaść w banał, ale też i nie wystawiać na widok publiczny intymnych części duszy? No, jak?

************************

Co mi po nim zostało? Fascynował się malarstwem, sam czasem chwytał, z interesującymi efektami, za pędzel. I namiętnie gromadził albumy z reprodukcjami. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego kupić dobry album nie było wcale tak prosto. A On kupował. Na przykład luksusowe (jak na owe czasy), eksportowe wydawnictwa radzieckie.

Od zawsze (od mojego zawsze, rzecz jasna) leżały na półkach. Nikt nie bronił do nich dostępu, mimo ryzyka, jakim było znalezienie się, drogiego bądź co bądź, woluminu w rękach kilkulatka, który już to okładki nie uszanuje, już to wzbogaci reprodukcję własną kredkową twórczością, już to… strach nawet pomyśleć, co jeszcze. A malec brał album, coś tam faktycznie uszkodził, ale czego się napatrzył i nachłonął, to mu zostało na resztę życia.

Dziś część tych zbiorów należy do mnie. Szczególny sentyment czuję do jednego z tomów. The Itinerants. Pieredwiżniki. Towarzystwo Objazdowych Wystaw Artystycznych. Wydawnictwo Aurora, Leningrad, rok 1974. Jeżeli tu i ówdzie rozlegną się ciche pomruki zdegustowanych miłośników awangardy i nowoczesności, odpowiadam im po prostu: tylko jedno kryterium liczy się przy ocenie sztuki. Ona dzieli się wyłącznie na dobrą lub złą. Styl nie ma tu nic do rzeczy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWygląd obwoluty to efekt grzechów dzieciństwa. Gdyby tak człowiek wiedział wtedy to, co wie teraz… Wnętrze przetrwało na szczęście bez strat.

Wielokrotnie i od dziecka oglądane obrazy, zwłaszcza wybitne, muszą jakoś kształtować osobowość. A w moim albumie co reprodukcja, to arcydzieło. Niektóre bardzo znane. Inne mniej, albo i wcale – na nich chciałbym się skupić. Ale zacznę niekonsekwentnie, od pracy dość popularnej. Bo zawsze, ilekroć na nią patrzyłem, robiła na mnie kolosalne wrażenie. Największe spośród wszystkich zamieszczonych w książce.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Nikołajewicz Kramskoj, Chrystus na pustyni

Możliwe chyba tylko w rosyjskiej duszy pomieszanie boskiego i ludzkiego. Coś tutaj niepokoiło mnie od zawsze, ale dopiero gdy dorosłem, potrafiłem ten niepokój nazwać: toż to nie Jeszua, ale Dostojewski z twarzą napiętnowaną epilepsją i z głęboką znajomością mroków ludzkiej natury. I ta Pustynia Judzka, skalista oraz zimna! Zmrok, a może przedświt. Samotność, która aż boli.

A teraz dwa obrazy znacznie mniej znane. Każdy z nich przykuwa uwagę z osobna, ale zestawione ze sobą (jam to, nie chwaląc się, sprawił, w albumie znajdują się daleko od siebie) przemawiają jeszcze głośniej. Za jakość fotografii przepraszam: jeśli czytelnik zechce, znajdzie w Wielkiej Sieci reprodukcje lepszej jakości. Ja też mogłem, ale wtedy to by już nie była TA KSIĄŻKA…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Pietrowicz Bogdanow, Nowicjusz

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAntonina Leonardowna Rżewskaja, Wesoła minutka
(a może lepiej byłoby Chwilka wytchnienia?)

Bieda biedą, ucisk uciskiem, opresja opresją, a przecież ostatecznie zawsze decydujące jest to, co człowiek ma w sobie. Prawda? I niech ktoś spróbuje jeszcze pleść bzdury o tym, że Pieredwiżniki byli protoplastami realizmu socjalistycznego.

Na koniec jeszcze jeden obraz. Car Iwan Groźny solidnie zapracował na swój przydomek. Grozę roztaczał także wśród swych najbliższych. Zdarzyło mu się na przykład pobić brzemienną synową. Gdy zaś jego własny syn, następca tronu, carewicz Iwan stanął w jej obronie, został przez rozwścieczonego Groźnego zakatowany na śmierć. Temat sam w sobie mroczny, a gdy jeszcze dodatkowo za jego przedstawienie weźmie się Mistrz nad Mistrze… Studium miłości, nienawiści i szaleństwa. A wszystko to skupione jedynie w oczach cara.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIlia Jefimowicz Riepin, Iwan Groźny i jego syn Iwan
16 listopada 1581 roku

Zaiste, przewrotnie przywołałem ten obraz! Nie ma tu bowiem żadnej aluzji. Przeciwnie: uświadamiam sobie, że z moim Tatą nigdy się nawet tak na serio nie pokłóciłem. Nie mówiąc już o konflikcie pokoleń, wybijaniu się na niezależność, czy wyrywaniu spod przytłaczającego autorytetu. Nie było takiej potrzeby, On zawsze szanował moją wolność.
I dlatego tak bardzo mi Go brak…

Za tydzień wspomnień serdecznych ciąg dalszy.

Przemiany (Wandlungen)

Dariusz Kacprzak Przemiany / Wandlungen

auf deutsch siehe: wandlungen-in-stettin

GPS_18596 CorinthLovis Corinth, Odyseusz i Nauzykaa, 1918, litografia, papier, 378 x 507 (453 x 561), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa, zorganizowana przy współpracy Fundacji Ernsta Barlach w Güstrow, prezentuje wielowątkową panoramę sztuki niemieckiej drugiej połowy XIX i pierwszych dekad XX wieku. Sztuka ta rozwijała się w wielu ówczesnych centrach twórczych – Monachium, Düsseldorfie, Berlinie, Dreźnie, Wiedniu, Stuttgarcie, jak i w wielu odległych od nich koloniach artystycznych, reprezentujących rozmaite tendencje, kierunki i prądy artystyczne – od późnego romantyzmu przez symbolizm, impresjonizm w swej szczególnej niemieckiej odmianie, wyróżniający się na tle europejskim niemiecki ekspresjonizm po właściwy dla kraju nad Renem, Łabą i Szprewą nurt Nowej Rzeczowości.

GPS_18265 NoldeEmil Nolde, Hamburg. Pomost portowy, nie wcześniej niż 1914 (według wersji 1910), akwaforta, akwatinta, gruby papier welinowy, 312 x 412 (450 x 650), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Na wystawie obejrzeć można grafiki wyszystkich wybitnych artystów niemieckich, jak Maks Liebermann, Käthe Kollwitz, Maks Klinger, Lovis Corinth, Maks Pechstein, Maks Slevogt, Emil Orlik, Egon Schiele, Otto Hettner, Emil Nolde, Ernst Barlach, Alfred Kubia, Paul Klee, Alexander Kanoldt.

Autorzy wystawy piszą, że oferują one wędrówkę po zakamarkach niemieckiej duszy, której przewodnikiem mianowany został Ernst Barlach, a ściślej – jego cztery książki opublikowane w berlińskiej oficynie Paula Cassirera. Ich tytuły – traktowane zarówno dosłownie jak i metaforycznie – stały się inspiracją dla autorów polsko-niemieckiego przedsięwzięcia oraz określiły dukt myśli nad wystawą i publikacją: „Przemiany Boga”, „Czas wojny i niedoli”, „Do radości” oraz “Głowa”.

GPS_18226 kollwitzKäthe Kollwitz, Śmierć z kobietą na kolanach, 1920/1921, drzeworyt, papier czerpany, 241 x 287 (340×460), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Grafiki w cyklu „Przemiany Boga” to panteistyczne dostrzeganie Boga we wszelkich przejawach istnienia świata w sztuce – materialnego i duchowego, ludzkiego i pejzażowego. Wśród wybranych kompozycji cyklu „Czas wojny i niedoli” znalazły się charakterystyczne dla sztuki przełomu XIX i XX wieku prace opowiadające o sytuacjach egzystencjalnych, w których człowiek osaczony jest przez niszczycielskie siły fizyczne i moralne. W cyklu „Do radości” umieszczono różnie rozumiane obrazy świata idelistycznego od sielanki inspirowanej kulturą antyczną,  poprzez biblijny raj, po namiastkę raju czyli egzotyczne podróże. W cyklu „Głowa” zaś obok portretów uczonych i artystów znajdują się twarze osób nieznanych, czasem anonimowych.

GPS_18206 OrlikArtyści przełomu wieków nie szukają nowej ideologii, zajmuje ich raczej poszukiwanie nowej formy, która jest najważniejszym wyznacznikiem nowych grup i formacji. Secesja to nie przewrót ideologiczny, to walka o własne, indywidualne, nowe sposoby wyrazu, wyzwolone ze sztywnego gorsetu konwenansu i mieszczańskich upodobań. Artysta szuka inspiracji poza konwencja, w innym miejscu, w innym czasie.

Emil Orlik, Feluka na Nilu,1915, akwaforta, akwatinta, sucha igła, ruletka, akwarela, gruby papier welinowy w tonie kremowym, 297 x 199 (399 x 293), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Wystawa stanowi swego rodzaju kontynuację projektu „1913. Święto wiosny”, gdyż w dużym stopniu oparta jest na dziełach grafiki zgromadzonych przez Waltera Riezlera, pierwszego dyrektora szczecińskiego muzeum, admiratora i propagatora twórczości współczesnych mu awangardowych niemieckich artystów.

***
Wystawie towarzyszy bogato ilustrowany dwujęzyczny katalog, który prezentuje sylwetki artystów, a poprzez ich losy zarysowuje panoramę życia twórczego w Europie Środkowej na przełomie XIX i XX wieku.

GPS_18245 KanoldtAlexander Kanoldt, Hiddensee IV, 1927, litografia, cienki papier japoński, 303 x 454 (373 x 514), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

 

Ocalałe / Salvaged

O wystawieSylwia Kościuszko

W niedzielę 1 lutego oglądałam razem z koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Drugie Pokolenie wystawę „Ocalałe” („Salvaged”) w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Było to niezwykłe przeżycie, móc oglądać obrazy artystów żydowskich, powstałe w latach 1890-1939 oraz w okresie wojennym, w towarzystwie kuratorki wystawy i zarazem Kierowniczki Działu Sztuki w Żydowskim Instytucie Historycznym, Teresy Śmiechowskiej. Teresa, która, jak sama powiedziała, czuje się jedną z nas, w niezwykle interesujący sposób opowiadała o poszczególnych twórcach i ich dziełach, przez co pozwoliła nam umieścić oglądane obrazy w konkretnym kontekście oraz głębiej przeżyć i zrozumieć to, co widzieliśmy. Nie ukrywała swoich emocji – czuliśmy, że ma osobisty stosunek do tej wystawy, dzieliła się z nami tym, co na niej zrobiło największe wrażenie, zwracała uwagę na szczegóły, które mimo woli mogły nam umknąć.

SeksztajnPierwsza część wystawy poświęcona jest obrazom i rysunkom z lat 1939-1945. Ich siła wyrazu, niezależnie od wartości artystycznej, była porażająca. Jak choćby prace Geli Seksztajn umieszczone obok jej swoistego testamentu, w którym pisała „nie proszę o pochwały, lecz tylko o zachowanie pamięci o mnie i o mojej córeczce”, „ muszę zginąć, ale swoje zrobiłam. Chciałabym, aby przetrwała pamięć o moich obrazach”. To się udało – jej obrazy ocalały ukryte w zbiorach Podziemnego Archiwum Getta Warszawskiego. Ze wzruszeniem ściskającym gardło oglądałam portrety dzieci, w tym także jej córeczki Margolit, rysowane ołówkiem, kredką, węglem.


Gela Seksztajn

Wszystkie prace w tej części wystawy miały przejmujące historie, przedstawiały w sposób niezwykle oszczędny w formie i mocny w ekspresji tragizm tamtych czasów – głód, cierpienie, samotność, śmierć. Powstawały w gettach – łódzkim, białostockim, warszawskim jak np. prace Rozenfelda (artysty o nieznanym imieniu i biografii), który do swoich rysunków dołączył komentarze opisujące rzeczywistość getta warszawskiego. Duże wrażenie zrobiły na nas rysunki Henryka Becka, lekarza i malarza, składające się na cykl „Bunkier 1944 roku”, dokumentujący miesiące, gdzie ukrywał się w opuszczonej po upadku powstania Warszawie.

Beck_BunkierHenryk Beck, „Bunkier 1944 roku”

Oglądaliśmy prace Witolda Lewinsona, Józefa Kownera, Stanisławy Cetnerszewerowej, Icchaka Braunera, Izraela Lejzerowicza, Maksymiliana Eljowicza, Romana Kramsztyka – żadne nie pozwalają przejść obok obojętnie.

***

ocalale-zwiedzanie
Druga część wystawy obejmowała prace powstałe w latach 1890-1939, autorstwa pierwszego pokolenia artystów pochodzenia żydowskiego, którzy tworzyli niesakralną sztukę żydowską. Większość z nich nie przeżyła Holokaustu.

Hirszenberg_Uliczka w KazimierzuZgromadzone na wystawie obrazy – portrety, pejzaże, martwe natury, widoki małych miast, w tym liczne Kazimierza Dolnego, malarstwo rodzajowe, akt, pokazywały znakomity kunszt ich twórców oraz przynależność do różnych stylów lub co najmniej otwartość na nie – od XIX-wiecznego realizmu, przez ekspresjonizm, kubizm aż po konstruktywizm. Teresa także o tych artystach i ich dziełach opowiadała ciekawie i z przejęciem, pozwalając nam miękko przejść od ciemności, smutku i cierpienia poprzedniej sali w świat kolorów i nowoczesnego patrzenia na przestrzeń i formę. Zapytani przez Teresę o dzieło, które zrobiło na nas największe wrażenie wymienialiśmy różne prace

Samuel Hirszenberg, Uliczka w Kazimierzu

Guterman_Portet kobiety„Portret kobiety” Abrahama Gutermana >>
czy „Ekstazę” Norberta Strassberga, „Kabalarkę” Jana Gotarda (którą, po wnikliwym przyjrzeniu się obrazowi, twórcy wystawy przemianowali na „Zielarkę”), któryś z pejzaży Kazimierza Dolnego. Wybór nie był łatwy spośród obrazów takich artystów jak Maurycy Trębacz, Samuel Hirszenberg, Abraham Berman, Samuel Finkelstein, Zygmunt Menkes, Józef Badower, Sasza Blonder, Bruno Schultz, Roman Kramsztyk i Maksymiliana Eljowicz. Mogliśmy także podziwiać rzeźbę Henryka Glicensteina „Mesjasz”.

Eljowicz_Rabin

A co ja bym wybrała?

Coś mnie fascynuje w obrazie Maksymiliana Eljowicza “Rabin”, który łączy obie galerie.
Wisi w holu do sali z pracami 1939-45, bo był na zdjęciu/w kadrze z niemieckiego filmu propagandowego o Judenracie w getcie warszawskim, wisiał w gabinecie Czerniakowa, ale jest w stylu bardzo nowoczesnym.

Jest dla mnie łącznikiem miedzy obiema galeriami.
Samsung022015 133Z czym wyszłam z wystawy? Z dumą, że wśród polskich artystów XX wieku tylu było wspaniałych twórców żydowskiego pochodzenia. Z głębokim smutkiem, że życie większości z nich zostało w tak okrutny sposób przerwane. Z nadzieją, że kolejne pokolenia będą to, co po sobie pozostawili, odkrywały, przeżywały i podziwiały, tak jak to tej niedzieli stało się to moim udziałem. Z wdzięcznością, podziwem i szacunkiem wobec tych wszystkich, którzy ocalili tę sztukę i udostępniają ją publiczności. Z radością, że swoimi wrażeniami mam się z kim podzielić…

Józef Badower, „Nosiwoda” / Jan Gotard, „Kabalarka”
badower-gotard
X

X

X

X

X

X

X

***
Wystawa w Żydowskim Instytucie Historycznym
poniedziałek – piątek w godz. 8.00–18.00
i w niedzielę w godz. 10.00–18.00
ul. Tłomackie 3/5
00–090 Warszawa
tel.: (22) 827 92 21
fax: (22) 827 83 72

Wystawę można oglądać do końca marca.

Koty, małpy i koty małpy

Ewa Maria Slaska

frieda-kahlo-malpka-kotRaz były tu już razem, na autoportrecie Fridy Kahlo (1907-1954). Dwa czarne niezależne zwierzęta, tak jak i sama Frida. Kobieta, kot i małpa. Wydaje się, że uda się je oswoić i udomowić, ale to tylko pozory, zawsze się może zdarzyć, że uciekną z klatki, tej prawdziwej i tej symbolicznej, podrapią, ugryzą, wybiorą wolność. Ale nawet jeśli wciąż są obok nas, to coś sobie myślą. Coś myślą, nie wiadomo co, coś,  co się wymyka spod kontroli i nie daje okiełznać.

To moja interpretacja, już o tym pisałam. Historycy sztuki widzą w tym autoportrecie Fridę jako Królową Cierpienia, kot jest tu symbolem nieszczęścia i śmierci, małpa – to zwierzę piekielne, uosobienie diabła. Nie podoba mi się ta interpretacja (jeszcze jak mi się nie podoba!), postanowiłam ją więc zignorować.

O tym też już tu pisałam. Bo są małpy, które nazywano kotami. Koczkodany czyli koty morskie. Tak je widział Alfred Brehm, słynny XIX-wieczny badacz życia zwierząt. Wydał wspaniałą książkę Illustrirten Thierlebens (Życie i obyczaje zwierząt) wydaną po polsku w Warszawie w roku 1873.

AlfredBrehmKoczkodanyPapcio Zwierzaków, jak Niemcy pieszczotliwie nazywają swojego najsłynniejszego przyrodnika, nader lubił koczkodany, wychwalał ich wesołe usposobienie, podkreślał, że umieją pływać (stąd ich niemiecka nazwa!), i w ogóle uważał, że są to najmilsze i najładniejsze małpki, które nie bez powodu w każdym ogrodzie zoologicznym są ulubieńcami zwiedzających. Koczkodany lubią życie w wilgotnych lasach, nigdy nie cierpią głodu i nic im nie grozi, bo z każdym wrogiem świetnie sobie dają radę. Innego zdania był Kornel Makuszyński, który wprawdzie podkreślał, że są to stworzenia nadzwyczaj figlarne i sympatyczne, ale że jednak mają wrogów, bo… strasznie boją się węża.

Prawdę mówiąc, nie znalazłam nigdzie informacji, do jakiego gatunku małp(ek) należy Fiki Miki, ale po lekturze zachwycających opowiastek Brehma o koczkodanach, wydaje mi się, że może być tylko rozbrykanym koczkodanem. Jeśli ktoś wie coś więcej na ten temat, to niech nam, proszę, napisze.

fiki-miki

Nota bene, ta małpka to już dobrze starsza pani, ma 80 lat i obchodzi w tym roku urodziny!

malpka-murzyn-David Klöcker EhrenstrahlBrehm twierdzi, że koczkodany występują zawsze tam, gdzie żyją również… papugi.

No i proszę – na zakończenie jedna z małpek nadesłanych mi przez Marynę Over. Szwedzki malarz barokowy David Klöcker Ehrenstahl (1629-1698), nadworny portrecista królowej Eleonory, żony Karola X Gustawa (to ten od “potopu szwedzkiego”).

Na obrazie małpki i papugi – tytuł obrazu Pojke med papegojor och markattor (Chłopiec z papugami i małpkami) świadczy chyba o tym, że te małpki to nasze koty morskie czyli koczkodany. Biała papuga to na pewno kakadu, a ta szara to może nimfa, choć trudno powiedzieć, bo nie do końca jest jasne, czy ma ona na głowie koronę z piór czy też ktoś przyozdobił ją maleńkim wiankiem.

Na zakończenie, żeby według klasycznego wzoru budowy tekstu, zamknąć go tym, czym się zaczyna – jeszcze jeden autoportret Fridy Kahlo, tym razem z papugą. Kolejny autoportret? Oczywiście. W końcu ze 143 obrazów, jakie pozostawiła, 55 to autoportrety.

Papuga to symbol próżności, motyle – oznaczają duszę, gąsienice – przypominają o sile przemiany, która z paskudztwa tworzy piękno. Gąsienica bezwzględnie dąży do celu, nie może ustać w drodze, bo wtedy nie zmieni się, pozostanie brzydka i odrażająca.

Mandala (SLO / ENG / D / PL)

zajawka
Lidia Głuchowska

Mandala City Jolandy Jeklin – iskanje dusevnega centra

0weißemandalasNa Veleposlanistvu Republiki Slovenije v Berlinu, trenutno poteka razstava slikarskih in graficnih del Jolande Jeklin, ki je umetniško povezana tako s Slovenijo kot tudi, že 15 let, s Poljsko, pojasnjuje tako:

Slike, katere so predstavljene na tej razstavi, me je navdihnilo vprašanje „Kje je moje mesto, moj dom…?“
V postkomunistični resničnosti smo ponovno postali državljani sveta, združene Evrope. Čas in razdalja sta postali relativni. Meje izginjajo. Pogosto se selim, zato nisem več vezana na nobeno mesto, ne vem niti to, kje je pravzaprav mesto, ki mi je namenjeno. Moj stalno spreminjajoč se dom je postal miselni svet čustev in meditacije, ki mi nudi oporo in svobodo. Mesta, ki jih prikazujem na mojih slikah, so mi blizu. V njih iščem odgovore na vprašanja o svojem smislu in prihodnosti. Verjamem, da imajo v sebi nekaj „posebnega“, nekaj kar si prizadevam izkusiti. Morda se bo izkazalo, da gre pri tem za moje ime, moj cilj in s tem izpolnitev.

Jeklin Jolanda je vsestranska umetnica. Ustvarja slikarska platna v razlicnih tehnikah, kot tudi grafike v tehniki linorezu, pastelne portrete, mozaike in instalacije.

Njene slike zapeljujejo z lahkotnostjo in čutom za okrasja, zato globina ostaja gledalcu sprva prikrita. Predstavljena mesta, skoraj enake podobe svetlečih in oddaljenih, pa vendarle v zgolj nekaj urah dostopnih mest, brez jasno določnih lastnosti, izhodiščnih točk ali meja, dihajo v nemirnem ritmu drsne, tekoče, nomadske modernosti. V podobah, kjer je zajeto vodoravno gibanje morskih valov upodablja kontrapunkt poindustrijskim mestnim okoljem – degradirano, vendar še vedno mogočne in neskončne narave urbanih svetov. Nemirni torzi androgenih oblik predstavljajo metaforo brezimnosti in simbolizirajo pomanjkanje opredelitev trdnega jaza, medtem ko kobaltno modro in turkizno lesketajoče se mandale prikličejo čarobnost orientalnih kopeli ali eskapistične miselne igre in nezemeljska sanjarjenja. Utripajoč navznoter, izpričujejo vztrajno iskanje miru, duševnega središča.

Na videz se med seboj mocno razlikujejo tako, po temi, kot stilu in tehniki obsežna serija del, kot so Mandala in Mesta, so pomemben element te razstave, mentalna vizualizacija procesa na ravni makro in mikro skali. Tako, kot mandala, ima vsako mesto svoj center, svoj vir energije v tem divjem ritmu zivljenja. V poskusu, da bi nasla svoje mesto v zunanji realnem svetu, se hkrati tudi sprasuje o smislu človeškega obstoja, narave naše duhovnosti, poslanstvo v tem postoru in casu.

Jolanda Jeklin mandale steje, kot neke vrste posrednika med nami in vibracijami katere oddajajo in prodirajo v svet okrog nas. Prav tako je lahko medij pri procesu meditacije in koncentracije, iskanje, samo-analiza, biti bližje sebi, svoji notranjosti, iskanje in prepoznavanje ciljev, prave poti, in pri tem spoznavanje kaj nas na nasi poti podpira in kaj nas ovira.

Recept za autorealizacijo s svetom vidi v usklajevanju lastnega mentalnega prostora in sveta okoli nas – na osi “Sinhronizacija … – Motivacija … – Sreca”.

000Warszawa-1Warszawa, 2014, oil on canvas, 100 x 150 cm

Mandala City Jolandy Jeklin – in search of a mental center

00angielskimandaleJolanda Jeklin, artistically bound with Slovenia and – for 15 years now – with Poland as well, explains the genesis of her works which are currently being presented at the Slovenian Embassy in Berlin:

„The inspiration for the paintings presented here was the question: „Where is my place, my home?” In post-communist reality we have once more become citizens of the world, of a united Europe. Time and distance have become relative. The borders are vanishing. Having moved often, I am not bound by any of the places where I stay temporarily, I also don’t know my destination. My mobile home then, has become the mental world of feelings and meditations, which gives me stability and freedom. I’m fond of the cities which I preserve in my paintings; in them, I search for prompts to answer questions about my future, my calling. I trust that maybe they have that „something” that I’m pursuing, and that I have not yet experienced. Something that will turn out to be my aim, my fulfillment…”

Jolanda Jeklin is a versatile artist. She creates both city and marine landscapes in oil, as well as graphic works in linocut or monochromatic blind printing techniques, pastel portraits and even mosaics and installations.

On the semblance enchanting only with lightness and decorative charm, the oeuvre of Jolanda Jeklin also has a something under the surface. The twin-like similar, lambent panoramas of metropolises, which are only a few hours away but nevertheless distant, breath with the rhythm of nomadic, continuous contemporariness – without prominent attributes, points of reference or borders. The horizontal rhythm of the sea waves stopped in time – monotonous, repetitive, perpetual – it reflects in her visual world a counterpoint of post-industrial urbanism – the degraded, but still limitless and powerful nature.

Just as the disturbing torsos of androgenic figures are a metaphor of anonymity and lack a stable definition of the “I”, the feerical, cobalt-turquoise mandalas bring to mind the charm of oriental baths and escapist memories or perhaps dreams. Pulsating with a centripetal rhythm, they also document a persistent search for relief – a mental center.

Her ample cycles of works seemingly so different from one another in terms of topics, styles and techniques, such as ‘Mandala’ or ‘Cities’ which solidify the character of the current exhibition are a visualization of an analogical mental process on the macro and micro scale. ‘Mandala’ and each of the metropolises she presents, they all have their center, a source of energy of the hectic pace of life. In an attempt to picture the process of locating herself in an outside reality, the artist simultaneously asks what the sense of human existence is, the nature of our spirituality and our existence in this ephemeral and changing space-time.

Jolanda Jeklin regards the ‘Mandala’ as a sort of medium between the human and the world which vibrates around him, penetrating him. That is, at the same time, a reference to the process of meditation and focusing, allowing for auto-analysis and a coming closer to one’s own interior or recognizing one’s individual aims, but also to that which helps us fulfill those aims and what hinders us in fulfilling them and at the same time what draws us apart from one another.

As a solution for self-fulfillment in harmony with the world that the artist sees in the coordination of her own mental space and that, which surrounds us “Synchrony… – Motivation… – Happiness”.

000Dynamizm-2Dynamizm, 2010, akryl na płótnie 100 x 70 cm

Jolanda Jelkins Mandala City oder auf der Suche nach dem mentalen Zentrum

00niemieckimandaleJolanda Jeklin, künstlerisch mit Ihrem Heimaltland Slowenien und seit 15 Jahren mit Polen verbunden, erläutert zur Genese ihrer Arbeiten, die derzeit in der Botschaft Sloweniens in Berlin präsentiert werden, Folgendes.

„Die Inspiration für die hier präsentierten Gemälde war für mich die Frage: „Wo bin ich zu Hause, wo ist meine Heimat…?“ In der postkommunistischen Wirklichkeit wurden wir wieder Bürger der Welt, des vereinten Europa. Zeit und Distanz sind überschaubar geworden. Die Grenzen verschwanden. Nun bin ich ständig in Bewegung, an keinen Ort gebunden, ich weiß nicht einmal, wo ich hingehöre und wo der Ort sein soll, der für mich bestimmt ist. Mein Zuhause wurde schließlich die geistige Welt der Gefühle und der Meditation. Sie bietet mir Stabilität und Freiheit. Ich habe eine starke Affinität zu allen hier präsentierten Städten. Sie begleiten mich auf der Suche nach Antworten auf die Frage nach Sinn und Zukunft. Ich glaube, in all den Orten ist etwas verborgen, was mich anzieht und für mich eine Erfüllung sein wird. Etwas, was ich noch nicht erfahren habe…”

Jolanda Jeklins urbanes und maritimes Sujet machen sie zu einer vielseitigen Künstlerin. In ihrem Schaffen finden sich sowohl Ölbilder als auch grafische Arbeiten (Linolschnitt, monochromer Reliefdruck), Pastellporträts sowie Mosaiken und Installationen.

Ihre Malkunst verführt vordergründig nur durch Leichtigkeit und dekorativen Charme. Ihr doppelter Boden bleibt einem zunächst verborgen. Doch ihre zum Verwechseln ähnlichen, schimmernden Bilder von fernen und dennoch binnen weniger Stunden zugänglichen Metropolen, ohne ausgeprägte Attribute, Bezugspunkte oder Grenzen atmen den unruhigen Rhythmus einer gleitenden, nomadenhaften Moderne. Die im Bild festgehaltene horizontale Bewegung der Meereswellen spiegelt im Visuellen den Kontrapunkt der postindustriellen Stadtbilder – die degradierte, aber dennoch mächtige und unendliche Natur.

Während die beunruhigenden Torsos androgyner Gestalten als Metapher für Anonymität stehen und die fehlende Definition eines stabilen Ich symbolisieren, evozieren die kobaltblau-türkis schillernden Mandalas den Zauber orientalischer Bäder oder eskapistischer Gedankenspiele und weltferner Träumereien. Nach innen pulsierend dokumentieren sie die beharrliche Suche nach Beruhigung, nach einem mentalen Zentrum.

Ihre thematisch, stilistisch und technisch scheinbar unterschiedlichen Zyklen wie Mandalas und Städte, die den Charakter der aktuellen Ausstellung prägen, sind Visualisierungen eines analogen mentalen Prozesses in der Mikro- und Makroskala. Jede der dargestellten Metropolen hat – analog zu Mandalas – ihr Zentrum: Es ist die Quelle ihrer Energie und Quelle des hektischen Lebenstempos. Bei ihrem Versuch, sich selbst in der äußeren Welt zu verorten, stellt die Künstlerin gleichzeitig die Frage nach dem Sinn des menschlichen Lebens, nach der Natur unserer Geistigkeit und generell nach dem Sinn der Existenz in der unbeständigen, flüchtigen Raumzeit.

Das Mandala erscheint Jolanda Jeklin als ein Medium zwischen den Menschen und der vibrierenden und sie durchdringenden Welt. Es hat gleichzeitig einen Bezug zu inneren Prozessen der Meditation und Konzentration, die eine Selbstanalyse und die Annäherung an das eigene Innere, das Erkennen der individuellen Ziele ermöglichen sowie einen Bezug zu dem, was bei der Realisierung dieser Ziele hilft, sie gleichzeitig aber erschwert, indem es die Individuen voneinander entfernt.
Ein Rezept für die Selbstverwirklichung im Einklang mit der Welt sieht die Künstlerin in der Koordination des eigenen mentalen Raums mit dem, was uns umgibt – in der Achse „Synchronisierung… – Motivation… – Glück”.

000Horyzont-3Horyzont 2013, olej na płótnie, 70 x 100 cm

Mandala City Jolandy Jeklin czyli w poszukiwaniu mentalnego centrum

00polskimandaleGenezę swoich prac prezentowanych obecnie w Ambasadzie Słowenii w Berlinie Jolanda Jeklin, artystycznie związana zarówno ze swoją ojczyzną, jak i – od ponad 15 lat – także z Polską, wyjaśnia następująco: „Inspiracją do powstania prezentowanych tu obrazów było pytanie: „Gdzie jest moje miejsce, mój dom?…”

W postkomunistycznej rzeczywistości staliśmy się ponownie obywatelami świata, zjednoczonej Europy. Czas i odległość stały się względne. Granice znikają. Często się przeprowadzając, nie wiążę się na stałe z żadnym z czasowo zamieszkiwanych miejsc, nie znam też swego przeznaczenia. Moim mobilnym domem stał się więc mentalny świat uczuć i medytacji, dających mi stabilność i wolność. Miasta, które utrwalam w obrazach budzą moją sympatię, szukam w nich podpowiedzi na pytanie o moją przyszłość i powołanie (il. 1-2/3). Ufam, że być może mają w sobie „to coś”, do czego dążę, czego jeszcze nie doznałam, co okaże się moim celem, spełnieniem…”

Jolanda Jeklin jest artystką wszechstronną. Tworzy zarówno olejne pejzaże miejskie czy marynistyczne, jak i prace graficzne w technice linorytu czy monochromatycznego druku ślepego, pastelowe portrety, a nawet mozaiki i instalacje.

Jej z pozoru urzekające lekkością i dekoracyjnym wdziękiem malarstwo ma i ukryte, drugie dno. Bliźniaczo do siebie podobne, migotliwe widoki dostępnych w kilka godzin, choć odległych metropolii, tchną rytmem nomadycznej, płynnej nowoczesności – bez wyrazistych artybutów, punktów odniesienia i granic. Horyzontalny rytm zatrzymanych w czasie morskich fal z refleksem gwiazd czy słonecznego nieba – monotonny, powtarzalny, nieustanny – odzwierciedla zaś w jej wizualnym świecie kontrapunkt postindustrialnej urbanistyki – degradowaną, lecz ciągle bezkresną i władczą naturę.

Jak niepokojące torsa androgynicznych postaci są tu metaforą anonimowości i braku stabilnej definicji „ja”, tak feeryczne, kobaltowo-turkusowe mandale przywołują na myśl czar orientalnych łaźni i eskapistycznych wspomnień czy marzeń. Pulsując dośrodkowym rytmem, dokumentują one także uporczywe poszukiwanie ukojenia – mentalnego centrum.

Jej z pozoru tak odmienne pod względem tematycznym, stylistycznym i technolo-gicznym obszerne cykle prac jak Mandala i Miasta, wyznaczające charakter aktualnej wystawy, są wizualizacja analogicznego procesu mentalnego w skali makro i mikro. Tak jak mandala, tak i każda z przedstawianych przez nią metropolii ma swe centrum, źródło energii, hektycznego tempa życia. Probując zobrazować proces lokalizowania siebie w zewnętrznej rzeczywistości, artystka pyta jednocześnie o sens ludzkiej egzystencji, naturę naszej duchowości oraz istnienia w ulotnej i zmiennej czasoprzestrzeni.

Mandalę Jolanda Jeklin uważa za rodzaj medium pomiędzy człowiekiem a wibrującym i przenikającym wokół niego światem. Jest to zarazem odniesienie do procesu medytacji i koncentracji, pozwalajacej na autoanalizę i zbliżenie się do własnego wnętrza czy rozpoznanie indywidualnych celów, a także tego, co pomaga w ich realizacji, i co ją utrudnia, oddalając nas jednocześnie od siebie.

Receptę na autorealizację w zgodzie ze światem artystka widzi w koordynacji własnej przestrzeni mentalnej i tego, co wokół nas – na osi „Synchronizacja… – Motywacja… – Szczęście”.

***

http://www.wa.uz.zgora.pl/
http://www.infoserwis.uz.zgora.pl/index.php?mandala-city-berliska-wystawa-prac-jolanty-jeklin-studentki-uz
www.jolandajeklin.com

Saligia

Johanna Rubinroth & Kerstin Hering (Foto)

Saligia ist der Akronym der sieben Hauptlastern oder 7 peccata capitalia: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira, acedia. Es waren Charaktereigenschaften, die im Mittelalter als Ursache vieler Sünden galten und daher manchmal Hauptsünden, Wurzelsünden oder gar Todsünden genannt. Aber es sind Laster keine Sünden!

Sie waren Gegenstand vieler Darstellungen in der bildenden Kunst, in der Literatur und Film, gar in Musik.

Hieronymus Bosch, Sieben Hauptsünden (in den Ecken – Die vier letzten Dinge)

saligiaSo wie oben schreibt die Zeitung Spex, die eine Kultufunktion zu haben scheint, zumindest in Kreuzberg, über das schreckliche Jahr 2014.

In der Fotoserie unten setzen sich zwei junge moderne Künstlerinnen mit den Sieben Todsünden (Hauptsünden) auseinander.

01superbia02avaritiaII03Luxuria04invidia05gula06Ira07acedia