Palermo 2021

Johanna Rubinroth

Ale ci bogowie tu nie mają fajnie, strasznie muszą się męczyć. / Aber diese Götter hier, die haben es nicht gut, sie leiden schrecklich. / But these gods here don’t have it nice, they are in terrible pain.

Szczęśliwym się człowiek staje wtedy, jak się nogę złamie. / Man wird glücklich, wenn man sich das Bein bricht. /One becomes happy when one’s leg is broken.

A poza tym to w Palermo jest tak: / Außerdem sieht es in Palermo so aus: / But never mind, Palermo is OK:

Drzewa w Palermo. / Bäume in Palermo. / Trees in Palermo.

I… / Und…/ And…

Was für Geschenke sollen wir kaufen

Jedes Jahr diesselbe Frage. Und 2021 habe ich Entscheidung getroffen, Euch dabei ein Bißchen zu helfen.

Als erste kommt Berliner Schokolade mithergestellt und mitgepromotet von einer bekannten Berliner Schriftstellerin.

Tanja Dückers

Preussisch süß – Berliner Stadtteilschokolade ist wieder da

Ich freue mich, Ihnen mitteilen zu können, dass die beliebten, von Slow Food ausgezeichneten Preussisch süß – Berliner Stadtteilschokoladen wieder lieferbar sind.  Bedingt durch die derzeitige Ressourcenknappheit  (Papier!) haben wir lange auf unsere Verpackungen warten müssen.

Wir haben die Wartezeit jedoch genutzt und neben den 23 schon vorhandenen Stadtteilen zwei neue Sorten kreiert:  „Treptow“ und „Wilhelmsruh“. Alle Tafeln werden von der Berliner Schokoladen Manufaktur 31° (Belyzium) handgefertigt und sind bio- und Fair-Trade-zertifiziert. 

Die Zutaten der Preussisch süß – Berliner Stadtteilschokoladen sind nicht beliebig ausgewählt, sondern Ergebnis einer Recherche über den jeweiligen Stadtteil.  Jeder Stadtteil wird „in Schokolade“ portraitiert. Preussisch süß versteht sich als künstlerisches interdisziplinäres Projekt. Wie schmeckt Kreuzberg, wie schmeckt Mitte, wie schmeckt Zehlendorf oder Lichtenberg? Mit solchen Fragen hat sich die Schriftstellerin und Journalistin Tanja Dückers lange beschäftigt und dann mit dem Berliner Chocolatier Christoph Wohlfarth ab 2017 gemeinsam die Rezepturen entwickelt. „Treptow“ und „Wilhelmsruh“ wurden nun gemeinsam mit der Chocolatiere Katharina Zeilinger (Berliner Schokoladen Manufaktur 31 °) kreiert.

Tanja Dückers wurde in Tempelhof geboren, ist in  Charlottenburg und Wilmersdorf aufgewachsen, hat in Schöneberg, Kreuzberg, Wedding und lange in Neukölln gelebt und wohnt nun seit einigen Jahren im Prenzlauer Berg.  Kleine Texte auf der Rückseite geben Auskunft über das Zusammenspiel von Rezeptur und Stadtteil. Klischees werden hierbei bewusst zitiert, Humor darf sein. 

Unser neuer Shop ist sehr schön geworden, überzeugen Sie sich selbst: (preussisch-suess.shop)  

Natürlich werden unsere Tafeln auch weiterhin in ausgesuchten Buchläden sowie in Konfiserien und Schokoladen- / Kaffee-Fachgeschäften verkauft.

Noch ein Hinweis: Am 21. November erscheint Tanja Dückers‘  Buch „Das süße Berlin“ (Insel / Suhrkamp) . Darin beschäftigt sie sich mit der süßen Historie Berlins und stellt viele schöne, interessante, köstliche und kuriose „süße Orte“ in der Hauptstadt vor: https://www.suhrkamp.de/buch/tanja-dueckers-das-suesse-berlin-t-9783458364702

Über Ihr Interesse würden wir uns freuen.

Nachfragen richten Sie bitte an kontakt@preussisch-suess.de

*******************************

Tanja Dückers

Schriftstellerin
Literaturwissenschaftlerin
Publizistin
www.tanjadueckers.de

Schokoladenedition
Preussisch süß
www.preussisch-suess.de

********************************

Wspomnienia o Maryli 30

Magdalena Ciechomska

Adwent oznacza oczekiwanie. W pierwszej kolejności – na święta Bożego Narodzenia. To jest to radosne oczekiwanie, którego klimat przejęła komercja, to świąteczne, gwarne jarmarki, gdzie popija się grzane wino, to wszechobecne „Mikołaje” w czerwonych kapotach i czapkach, Last Christmas i Jingle Bells. Nasz polski Adwent, ten prawdziwy, który pamiętam z dzieciństwa, jest zupełnie inny. Jego rozpoczęcie poprzedza czytanie liturgiczne fragmentów Apokalipsy św. Jana, przywołujące motyw końca świata. Potem robi się coraz zimniej i coraz ciemniej, coraz wcześniej zapada noc. Adwentowa liturgia katolicka podkreśla oczekiwanie na przyjście Pana – Maranatha. Chodzi o Paruzję, powtórne przyjście przy końcu czasów. Grudzień to także koniec kalendarza, zamknięcie, podsumowanie, uświadomienie sobie, że znów minął rok, koło czasu się obróciło. Nasz Adwent jest w istocie apokaliptyczny, jest uświadamianiem sobie nieuchronności końca ziemskiego życia, otwiera się na wieczność. Nadchodzące święta z całą swoja magią, ciepłem i słodyczą zdają się jakąś obroną, schronieniem przed grozą przemijania. Zapalamy gwiazdę betlejemską i lampki na choince, jakbyśmy chcieli zapomnieć, że czarne niebo nad nami to w rzeczywistości bezlitosna otchłań Wszechświata. Wolimy wypełnić ją postaciami aniołów śpiewających „Gloria”. A przecież natura sama w tych ostatnich miesiącach roku przypomina o śmierci. Od Zaduszek przechodzimy ku Bożemu Narodzeniu, żeby w Wigilię patrzeć na puste miejsca przy stole. Z roku na rok coraz bardziej te święta narodzin Boga dla nas stają się świętami nieobecnych. I te życzenia powtarzane przy łamaniu opłatkiem: „żebyśmy się znów za rok spotkali wszyscy przy tym stole”. Pamiętam wyraz twarzy Maryli i jej znaczące spojrzenie, kiwnięcie głową, gdy w ostatnią, spędzoną z nią Wigilię wypowiedzieliśmy te słowa. W tym momencie poczuliśmy ich wagę i znaczenie. Nie wiedzieliśmy, że za rok nie będzie już z nami Maryli, ale świadomość jej choroby sprawiła, że zabrzmiały jak zaklęcie, jak modlitwa.

Wciąż mamy nadzieję, że cykliczność czasu świętego pozwoli nam za rok wrócić w to samo miejsce. Ale i tak będziemy myśleć o naszych zmarłych. O tym, że z czymś nie zdążyliśmy, czegoś nie udało się dopilnować. Że odeszli za wcześnie, nie w porę, niepotrzebnie. Jakby to od nas, od naszej czujności zależało ich trwanie, jakbyśmy usiłowali w magiczny sposób zatrzymać ich przy sobie. Dlatego nasz prawdziwy Adwent podszyty jest niepokojem, obawą, co przyniosą kolejne, zimowe miesiące. Zanim z nadzieją powitamy Nowy Rok, spoglądamy za siebie, w ten, który właśnie przemija. W ciemności Adwentu błądzą duchy naszych zmarłych. A my czekamy na powrót światła z nadzieją, że tym razem przetrwamy wszyscy.

Wspomnienia o Maryli 29

Magdalena Ciechomska

Początek Adwentu to czas przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Już od października ustalaliśmy z Marylą, jakie prezenty kupimy każdemu z członków rodziny. Musiały to być rzeczy potrzebne danej osobie, czasem bardzo, ale to bardzo praktyczne. Ktoś potrzebował nowego parasola, cioci przydałyby się ciepłe skarpety i bielizna. Maryla lubiła takie prezenty. Raz zamówiła sobie na Gwiazdkę drewnianą stolnicę, innym razem dostała nową wycieraczkę pod drzwi. Co roku prosiła o kalendarz katolicki z zaznaczonymi wszystkimi świętami kościelnymi. Oczywiście, do tych praktycznych prezentów dodawaliśmy każdemu jakieś sympatyczne drobiazgi w charakterze niespodzianki. Były to przeważnie słodycze, kosmetyki. Ja często kupowałam Maryli kolczyki. Oprócz prezentów uzgadniałyśmy plany kulinarne. Prowadziłyśmy konsultacje telefoniczne na temat zakupów i ustalenia, kto co ugotuje bądź upiecze. Oczywiście był stały zestaw dań oraz ciast, ale Maryla co roku znajdowała jakiś nowy przepis na ciasto, często egzotyczny. Robiłyśmy listę zakupów, zapisywałam, co muszę kupić ja, co Maryla kupi w Berlinie.

Zwykle Maryla przyjeżdżała na jakiś tydzień wcześniej, bo jeszcze musiała pojechać do Grójca po ciocię, a poza tym chciała choć raz pójść na Roraty. W naszej warszawskiej parafii te uroczyste msze adwentowe poświęcone Maryi odbywają się zawsze tradycyjnie o 6 rano. Trzeba wstać przed piątą, z domu wychodzi się w ciemność. Maryla zawsze zabierała lampion z zapaloną wewnątrz świeczką. Jeśli udało się wstać i wyjść odpowiednio wcześniej, do kościoła szło się piechotą, w sumie niedaleko, jakieś 20 minut. Gdy zamarudziło się dłużej, albo gdy padał deszcz, trzeba było podjechać autobusem, a lampion zapalało się później. Im bliżej kościoła, tym więcej widziałyśmy podobnych postaci z migocącymi w ciemności lampkami. Koniecznie trzeba było być wcześniej, przynajmniej dziesięć minut przed rozpoczęciem mszy, żeby wejść z mroku nocy w mrok nieoświetlonego kościoła, rozpraszany tylko niewielkimi płomykami lampionów. Ta chwila i potem śpiew Rorate coeli, były dla Maryli znakiem wejścia w czas świąteczny.

Po powrocie do domu, po ogrzaniu się i śniadaniu, zabierała się do prac kuchennych. Wstawiała ciasto do piekarnika, a potem robiła porządki. Bardzo lubiła dekorować swoje mieszkanie na piętrze. Choinkę wysoką do sufitu, kupowaliśmy kilka dni przed Wigilią, ustawialiśmy u nas, na dole. Ubierana była w Wigilię, od rana. U siebie Maryla umieszczała w różnych miejscach stroiki, bukiety gałęzi świerkowych, na których zawieszała najmniejsze bombki, jakiś niewielki sznur lampek choinkowych, gwiazdę jako abażur lampy pod sufitem. Krzątała się tak przez cały dzień, z przerwami na posiłki, jednocześnie słuchając muzyki z radia lub z płyt. Ja robiłam swoje na dole, ona – na górze. Od czasu do czasu przemieszczałyśmy się z góry na dół w poszukiwaniu jakiejś łyżki, miski, blachy do ciasta, przyprawy… Wieczorem obie padałyśmy ze zmęczenia. Maryla, która jako feministka zasadniczo sprzeciwiała się zamykaniu kobiet w kręgu prac domowych, tę przedświąteczną harówkę traktowała jak rytuał, twierdziła, że jest to dla niej integralna część samych świąt, że w ten sposób wchodzi w czas i klimat Bożego Narodzenia. Walcząca feministka w tym czasie przyjmowała rolę tradycyjnej pani domu i sprawiało jej to niewątpliwie wielką przyjemność.

Pamiętam jedną z naszych rozmów, na temat pracy kobiet prowadzących dom w dziewiętnastym wieku. Maryla mówiła wtedy, że praca tych gospodyń domowych była w istocie bardzo kreatywna. Nie ułatwiała jej znana nam dziś automatyzacja, nie było półproduktów upraszczających przygotowanie posiłków. Kobiety nie tylko samodzielnie smażyły konfitury, kandyzowały owoce, robiły marynaty , gotowały i piekły. Często były też wytwórczyniami płótna, przypraw, chemicznych środków czystości. Prace domowe mogły dawać im więcej satysfakcji i poczucia sprawstwa niż współczesnym kobietom, często znajdującym się pod presją reklam i czysto konsumpcyjnych oczekiwań. Myślę, że w wirze tych przedświątecznych przygotowań obie realizowałyśmy się w takiej kobiecej kreatywności.

Advenukka

Advenukka ist Advent und Chanukka zugleich. Und das ist eben heute!!! Wie schön!

All was fake! Sorry! Die Veranstaltung fand nicht statt!

Ich habe hier zu einer Advenukka-Feier eingeladen. We were there, me and my friends from Israel. And we kissed the pawl. Byłam tam z moimi przyjaciółkami z Izrela i pocałowałyśmy klamkę. Miało być pięknie, oryginalnie, wesoło, w duchu integracji religijnej, a wyszło jak zawsze. Wir hofften auf ein wunderbares Koexistenz-Fest und fanden Nix. Nicht Mal einen Infozettel, dass man die Veranstaltung abpfeiffen muss. Aus welchen Grund auch immer. Schade Cymes und Delishkes 😦

Foto: Monika Wrzosek-Müller
SUNDAY, 28 NOVEMBER 2021
FROM 14:00-21:00
LATKES treffen GLÜHWEIN
in CYMES UN DELISHKES

Tauroggener Str. 42, 10589 Berlin

Wspomnienia o Maryli 28

Magdalena Ciechomska

Życie każdego człowieka ma początek i koniec. Nasz czas przebiega linearnie, od punktu narodzin do punktu śmierci. Śmierć zamyka każdą pojedynczą, indywidualną historię. Wiadomo, że nie będzie już dalszego ciągu, rzeczy pozostaną takie, jakie były, już nie można dokonać korekty. Śmierć równocześnie zatrzymuje zdarzenia w czasie i unieważnia wszelkie pytania, jakie jeszcze chcielibyśmy zadać. Nie pozostawia innych możliwości poza tym, co już się dokonało.

Pisząc te wspomnienia staram się umieszczać je w cyklu pór roku. Po pierwsze, dlatego że ten cykliczny rytm czasu, zgodny z rytmem natury, nazwałabym żeńskim, kobiecym. Odsyła do mitów agrarnych, ulubionej symboliki Maryli i mojej też. Po drugie, ten czas, przedstawiany graficznie w kształcie koła, powtarzający cykl agrarny jesiennego siewu, zimowego snu w głębi ziemi, wiosennego kiełkowania, letniego rozkwitu i jesiennego obumierania, jakoś ewokuje trwanie, niezmienność, wieczność. Staram się umieścić Marylę w tym rocznym cyklu, w zamkniętym kole zatrzymać kadr z jakimś zdarzeniem, rozmową, gestem. Chronologia trzydziestu kilku lat, które dane było nam spędzić razem, staje się bez znaczenia.

Gdy myślę o wiośnie, przypominam sobie pierwszą komunię syna. Razem z Marylą przygotowywałyśmy obiad dla gości w naszym domu na Mokotowie. Na stołach ustawionych w podkowę rozkładałyśmy białe, wykrochmalone obrusy, a na nich, między nakryciami stawiałyśmy bukieciki biało-zielonych narcyzów zerwanych świeżo w ogrodzie. Było ciepło, goście wyszli do ogrodu, w którym biel kwitnących drzew w pełnym słońcu wyraźnie odcinała się od soczystej, wiosennej zieleni.

Wspomnienia lata to szereg obrazów ze wspólnych wakacji, schronisko w Pieninach, gdzie jedliśmy naleśniki z jagodami, park zdrojowy w Rymanowie, spacer po Kazimierzu Dolnym i parku w Nałęczowie, popołudnie na działce u cioci w Mogielnicy.

Jesień zaczynała się od zapachu powideł, które Maryla robiła w brytfannie, w piekarniku, a kończyła się z początkiem Adwentu i świątecznych przygotowań. Zima – to wspólnie spędzone Boże Narodzenie… Początek nowego roku i czas do lutego, niekiedy Maryla przyjeżdżała na tłusty czwartek, była więc poranna wyprawa po pączki, którymi obżeraliśmy się do końca dnia. Potem był Wielki Post i przygotowania do świąt wielkanocnych. I znów wspólne pieczenie, gotowanie, malowanie jajek , liturgia Triduum Paschalnego, Rezurekcja, wiosenne święto Zmartwychwstania.

Planowanie kolejnych świąt, powtarzalność tych samych czynności, przygotowanie tych samych przysmaków, to był rytuał podkreślający trwanie; jesteśmy, żyjemy, za miesiąc, za pół roku, za rok znów będą święta.

Tak sobie myślę, że Maryla dlatego przyjechała na Boże Narodzenie w grudniu 2018, gdy tylko jako tako doszła do siebie po operacji, ponieważ dawało jej to poczucie tego trwania, poczucie, że wszystko wraca do normy, bo może upiec ciasto na święta , jak co roku, a więc nic się nie zmienia, żyjemy dalej.

I w naszych rozmowach telefonicznych, w lutym 2019, i w tej ostatniej, 24 marca, przed południem, Maryla za każdym razem wspominała, że chciałaby przyjechać na Wielkanoc do Warszawy. Może to powtarzanie – będą znów święta – znaczyło dla niej: będę żyła?

Z wolnej stopy 58

Zbigniew Milewicz

Zaduszki

Zawsze lubiłem ten dzień. W Zaduszki na cmentarzach nie było już tłumów, a pojedynczy ludzie, stojący w zadumie przy grobach swoich bliskich, pasowali mi do tego melancholijnego pejzażu. Do morza zniczy, płonących od poprzedniego dnia, wieńców i różnobarwnych chryzantem, zeschniętych liści i kasztanów pod stopami. Jako dziecko towarzyszyłem zwykle babci Jadzi, albo jej siostrze, ciotce Gryjci w wędrówce po chorzowskich cmentarzach. Pomagałem im dźwigać ciężką torbę ze świeczkami, albo zniczami na groby moich pra- i prapraprzodków, których nie zdążyliśmy odwiedzić we Wszystkich Świętych, wszędzie odmawialiśmy zdrowaśki za spokój ich duszy i to był długi dzień, bo rodzinę mieliśmy dużą. Najpierw szliśmy jeszcze raz nasz parafialny cmentarz do św. Ducha, później do Jadwiżki, gdzie wcześniej należeliśmy, do św. Józefa i na koniec do św. Barbary.

Zawsze najbardziej lubiłem palić świeczki przed pomnikami nieznanych żołnierzy i bezimiennych zmarłych, które były na każdym cmentarzu, bo wydawało mi się, że oni najbardziej tego gestu potrzebują, skoro żadni bliscy ich nie odwiedzają. Myślę, że to moje uwrażliwienie na nich miało swój początek w Bukowinie Tatrzańskiej, dokąd zwykle jeździliśmy na letnie wakacje.

Był tam piękny,stary kościół, w którego przedsionku, obok kropielnicy znajdowała się misternie rzeźbiona, drewniana skrzynka z prawdziwymi skarbami. Stanowiły je ciekawie sformułowane intencje modlitewne, które się losowało na chybił – trafił. Wyciągając jedną z nich, człowiek nie wiedział, co tam jest napisane, więc jeżeli miał żyłkę hazardzisty, to mógł się modlitewnie uzależnić. Nie wiem, ile wtedy miałem lat, ale umiałem już czytać i w tej intencji, którą wylosowałem, chodziło właśnie o pamięć o duszach zapomnianych przez żyjących. Musiała być ona bardzo sugestywnie sformułowana, skoro pozostaję jej wierny do dziś.

Po takim pieszym rajdzie po cmentarzach dom dziadków na Wesołej witałem z wielkim entuzjazmem. Ciocia Irka – nasz domowy mól książkowy – już czekała na nas ze stosowną lekturą. Siadaliśmy w najcieplejszym pomieszczeniu, czyli w kuchni, przy stole, dziadek Erwin dokładał do pieca jeszcze jedną bryłę węgla i zaczynała się recytacja fragmentów Części II mickiewiczowskich Dziadów:

CHÓR

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?

GUŚLARZ

Zamknijcie drzwi od kaplicy
I stańcie dokoła truny;
Żadnej lampy, żadnej świecy,
W oknach zawieście całuny.
Niech księżyca jasność blada
Szczelinami tu nie wpada.
Tylko żwawo, tylko śmiało.

STARZEC

Jak kazałeś, tak się stało.

Wszystkie kwestie czytała ciocia Irka swoim trochę skrzekliwym głosem, którym świetnie później naśladowała nocne ptaki. Dziadek i ja robiliśmy za rekwizytorów – wieszaliśmy w oknie całuny, czyli koce, używane w czasie okupacji w domu do zaciemnienia przeciwlotniczego, a mama z babcią i ciocią Gryjtą krzątały się koło kolacji, która też należała do sztuki. Dusze są w niej, jak wiadomo, zapraszane do stołu, ale odmawiają posiłku, więc padają znane słowa:

A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha.
Czy widzisz Pański krzyż?
Nie bierzesz jadła, napoju?
Zostawże nas w pokoju!
A kysz, a kysz!

Tą kwestią recytatorka kończyła zwykle przedstawienie, bo wszyscy byli już bardzo głodni. Kilkadziesiąt lat później sam zainscenizowałem takie przedstawienie w Zaduszki dla moich dzieci. To było już w Monachium, ale czy wyszło równie efektownie, jak to bywało na Wesołej, tego nie wiem. Czasami w ten dzień mieliśmy w Chorzowie gości; przychodziły ciotki i wujkowie, moje kuzynostwo, państwo Brachaczkowie z sąsiedztwa, z którymi byliśmy zaprzyjaźnieni. Przy herbacie i babcinym cieście płynęły wspomnienia o nieżyjących bliskich, nostalgiczne, ale zawsze pogodne, okraszone humorem i anegdotą.

Jeżeli ktoś za życia nie był ponurakiem, to niech tak pozostanie w naszej pamięci – przeczytałem kiedyś na cmentarnym murze w tyskim Wartogłowcu – a jeżeli był, to zostaw sprawę Panu Bogu. Nie uprawiam graffiti, ale podpisuję się pod tą sentencją oburącz.

Wszyscy moi bliscy, o których tutaj wspominałem, już odeszli. Może kiedyś przekonam się – dokąd. Ich mogiłami pięknie opiekuje się mój kuzyn z Chorzowa, Romek z rodziną i teraz jest okazja, abym im za ten trud z serca publicznie podziękował, co też robię. Szukając zaś w sieci zdjęć do tego wpisu, natrafiłem na bardzo ciekawy tekst o pogańskich korzeniach Dnia Zadusznego, czyli właśnie Dziadach, który warto przeczytać, więc poniżej zamieszczam odnośny link. Materiał pochodzi z województwa lubuskiego, sprzed trzech lat, kiedy na cmentarzach jeszcze nie obowiązywały covidowe rygory, stąd jedyne w swoim rodzaju fotografie nekropolii o zmroku.

A tu link

Wspomnienia o Maryli 15

Magdalena Ciechomska

Ciągle w biegu

Obserwując Marylę, wtedy gdy przebywała z nami, zauważyłam, że zawsze była bardzo aktywna. Nie lubiła bezczynności. Zdecydowanie preferowała te prace i zajęcia, w których widziała jakiś cel i sens. Gdy po ślubie z Tadeuszem zamieszkaliśmy razem, pracowała dla podziemnej Solidarności Regionu Mazowsze. W jej pokoju stała duża, elektryczna maszyna do pisania. W tamtych latach nikt prywatnie nie mógł posiadać takiego sprzętu, jego obecność w domu była dowodem, że należy się do antykomunistycznego podziemia. Nasz mokotowski dom, wolnostojący, w dużym ogrodzie był dość bezpiecznym miejscem. Otaczające go drzewa skutecznie tłumiły charakterystyczny, dość głośny warkot maszyny. Oczywiście, trzeba było uważać na osoby, które nas odwiedzały, żeby nikt niepowołany tej maszyny nie zobaczył. W tym czasie Maryla zajmowała się również tłumaczeniem list dialogowych do filmów niemieckojęzycznych. Współpracowała z Romanem Gutkiem. Jednocześnie aktywnie angażowała się w działalność powstającego wówczas w Polsce ruchu feministycznego.

Coraz bardziej rozczarowana życiem w kraju, nawet po przełomie roku 1989, coraz częściej mówiła o tym, że chciałaby wyjechać za granicę. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Berlina Zachodniego, przyjęła ją z jednej strony z radością, z drugiej – dużo mniejszy entuzjazm okazywała wobec perspektywy czekającej tam pracy w tzw. „sprzątalnictwie”. To akurat nie było jej ulubione zajęcie. Twierdziła, że demotywuje ją konieczność ciągłego powtarzania czynności porządkowych: odkurzania, zamiatania, zmywania. Wszak wszystko ciągle na nowo się brudzi i całą pracę trzeba zaczynać od początku. Musiała jednak pójść w tym przypadku sama ze sobą na kompromis, na starcie w Berlinie praca sprzątaczki była dla Polek bez wątpienia jedną z najbardziej atrakcyjnych. Maryla traktowała ją jako nielubianą, ale konieczną, jednocześnie uparcie dążyła do realizacji swoich ambicji zawodowych oraz ustabilizowania się w nowym kraju, w którym postanowiła zostać.

W latach 90 rozpoczęła studia na wydziale nauk politycznych na berlińskim Uniwersytecie Technicznym, jednocześnie pisała książkę Od matriarchatu do feminizmu, wydaną w Polsce w 1996 roku. Żeby się utrzymać, przez jakieś dziesięć lat od przybycia do Berlina pracowała fizycznie jako sprzątaczka, dopiero po tym czasie znalazła pracę w kartotece szpitala neurologicznego. Zdobyła uprawnienia tłumacza przysięgłego na terenie Niemiec. A w międzyczasie były jeszcze konferencje feministyczne organizowane w Polsce i w Berlinie. No i oczywiście praca we Fraueninitiatiwe Berlin -Warschau.

Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zawsze przywoziła ze sobą jakieś teksty do tłumaczenia. Komputer stale był włączony. Jeśli akurat nie wybierała się na spotkanie ze znajomymi ani nie jechała do cioci , do Grójca, pracowała nad zleconym tekstem. Schodziła do nas na dół, żeby porozmawiać, gdy siedzieliśmy w kuchni, przy śniadaniu lub kolacji, przysiadała na chwilę, czasem wpadała z czymś zabawnym, co koniecznie musiała nam opowiedzieć i zaraz biegła do swoich zajęć, rzucając na odchodnym: „później pogadamy”…

Jakby się bała, że zabraknie jej czasu. Latem przyjeżdżała jako pilot wycieczek, z którymi zwiedzała Polskę. Mieszkała wówczas ze swoją grupą w hotelu na Powiślu, a do domu zaglądała w przelocie. Jeśli pobyt w warszawskim domu był nieco dłuższy, zawsze uzupełniała coś w urządzeniu mieszkania. Jej ostatni pobyt, to był grudzień 2018 roku. Przyjechała dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Oprócz przygotowań do świąt, co było żelaznym punktem programu, zaplanowała wyjazd do Grójca, by odwiedzić kilka starszych pań, znajomych cioci zmarłej przed rokiem. Zawiozła im w prezencie świąteczne słodycze. A potem umówiła się z naszym znajomym, żeby zamontował dwie nowe lampy w jej łazience. I upiekła ciasta na święta.

Wspomnieniem z tamtego czasu jest też wspólny wieczór w Klubokawiarni Życie Jest Fajne, miejscu pracy dorosłych osób z autyzmem, gdzie pracował nasz syn. Było to przedświąteczne, opłatkowe spotkanie ekipy kawiarnianej, rodziców i znajomych. Przyszło mnóstwo ludzi, każdy przyniósł jakieś bożonarodzeniowe smakołyki. W kawiarni tłum, stoły pełne smacznego jedzenia. I dużo bardzo pozytywnej energii. Maryla zadowolona próbowała wszystkiego. Była już po operacji, nie mogła zjeść wiele na raz, ale zabrała sobie do domu kilka porcji łakoci. Siedzieliśmy w kącie razem z Marylą, jej przyjaciółką Ewą Karbowską i mężem Ewy, Maciejem. Panował nastrój radości i optymizmu. Patrzyłam na Marylę i cieszyłam się, widząc, że mimo choroby jest tak pełna energii. I pamiętam, jak dzieliliśmy się opłatkiem, już w domu, podczas Wigilii.

I ostatni raz, gdy Maryla, wychodząc na pociąg, w drzwiach rzuciła mi, jak zwykle: „To na razie…”

Wspomnienia o Maryli (14)

Magdalena Ciechomska

Jest 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Maryi, czyli, zgodnie z kalendarzem rolniczym, w polskiej tradycji ludowej – Matki Boskiej Zielnej. To święto plonów, tzw. Dożynki. W tym czasie rolnicy zanoszą do sanktuarium maryjnego na Jasnej Górze wieńce uwite z kłosów zboża i kwiatów, kosze dojrzałych warzyw i owoców. Podczas mszy w kościołach rytualnie święci się „ziele”, czyli przyniesione przez wiernych (przede wszystkim kobiety) bukiety z kwiatów, ziół i kłosów zboża. To bardzo kobiece święto, łączące kult dziewiczej Matki Chrystusa z dawnymi, pogańskimi bóstwami płodności i urodzaju, zawsze urzekało Marylę. Kilka dni przed, jeśli akurat nie mogła być w Polsce, telefonowała do nas, przypominając, po pierwsze – o wywieszeniu flagi (bo to narodowe święto, zwycięstwa nad bolszewicką Rosją), po drugie – z prośbą o zrobienie lub kupienie dla niej ziela i poświęcenia go w kościele. Jeśli przyjeżdżała do Warszawy, to często na ten dzień udawała się do Grójca, do cioci, wtedy tam obie panie szły na mszę z bukietami. Te bukiety zawieszała na ścianach w swoim mieszkaniu, zgodnie z tradycją. Są tam do dziś, zebrane chyba z jakichś pięciu lat, już mocno zakurzone, ale nie zdejmuję ich. Zostałyby po nich puste miejsca.

Na wsi poświęcone ziele umieszczało się nad drzwiami domu, miało chronić przed złem i przynosić pomyślność. Podczas letniej burzy zapalano gromnicę, poświęconą w święto Ofiarowania, 14 lutego i odmawiano modlitwę. Taką świecę Maryla zabrała też ze sobą do Berlina. Gromnicę często stawia się przy łożu zmarłego, chociaż zgodnie z zasadami liturgii powinna być to raczej ta sama świeca, którą zapalono przy chrzcie człowieka. Ponieważ jednak często świecy chrzcielnej nie można już odnaleźć, zastępuje ją gromnica. W modlitwie „Zdrowaś Mario” powtarzamy: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej…” Tak właśnie łączą się w rytuałach ku czci Bogurodzicy: narodziny, śmierć i zmartwychwstanie, płodność natury i obecny w niej cykl obumierania i powtórnych narodzin. Dostrzeganie tych związków fascynowało zawsze zarówno mnie jak i Marylę. Teraz, patrząc na zasuszone zioła i kwiaty na ścianach jej mieszkania, przypominam sobie, jak dekorowano groby w czasach mego dzieciństwa. Latem świeżymi kwiatami, w Dzień Zaduszny – zasuszonymi. Zanim pojawiły się chryzantemy, a później – sztuczne wiązanki, na cmentarzach, zwłaszcza wiejskich, podziwiałam kunsztowne dekoracje z gałązek jedliny i tzw. „suszków”, specjalnego rodzaju kwiatów, było ich zresztą wiele odmian, różnych kolorów i kształtów. Widok zasuszonych kwiatów przywołuje wiele skojarzeń: pamiątka lata, które przeminęło, utrwalone delikatne barwy, które jednak płowieją, zanikają wraz z upływem czasu, rozsypywanie się w proch…

Ostatni obraz, jaki zapisał się w mojej pamięci po śmierci Maryli, to fotografia jej rąk, bladych, szczupłych, ze śladami po wenflonie, owiniętych różańcem. Na jej grobie stawiamy świeże kwiaty. Albo – zasuszone.

Foto: Ewa Maria Slaska

Wspomnienia o Maryli (5)

Magdalena Ciechomska

Rodzinnie

Nasz syn urodził się we wrześniu 1993 roku. Pamiętam, że był to czas pięknej, słonecznej pogody. Moja ulubiona pora roku – kiedy lato powoli przechyla się ku jesieni. Nasz stary ogród zaścielały żółto-złote liście włoskich orzechów, opadłe wcześnie, bo lato było suche i upalne.

Maryla przysłała mi z Berlina kartkę przedstawiającą posążek egipskiej bogini Izydy z małym Horusem na kolanach. Poprosiła o fotografię syna, którą zrobiono mu w szpitalu, bezpośrednio po porodzie. Na tym zdjęciu leży na szpitalnej wadze dla noworodków, kilka minut po tym, jak wyszedł z otchłani mrocznych wód. Istota z pogranicza dwóch światów, ziemno-wodna, amfibialna, która w niepojęty sposób powtarzając kolejne etapy ewolucji, od komórki do organizmu ludzkiego, w ostatnim akcie wydobyła się na stały ląd, oznajmiając początek nowego istnienia przenikliwym krzykiem, zsynchronizowanym z pierwszym oddechem. Tę fotografię Maryla umieściła na początku albumu, który później gromadził wykonane przez nią samą zdjęcia rodzinne. Fotografowała nas, naszego syna, swoich i moich rodziców, wtedy, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Na kilku z nich widać nas w ogrodzie. Janek bawi się w bujnej trawie, kwitną peonie lub hortensje. Na innym drzewa są jeszcze bez liści, schodzimy z ganku w płaszczach, dziecko w kurtce i czapeczce. Idziemy ze święconką do kościoła, to Wielka Sobota, wczesnowiosenna, chyba marcowa Wielkanoc.

Sporo jest tych rodzinnych świąt sfotografowanych przez Marylę. Bardzo je lubiła. W ogóle była bardzo rodzinna. Może to się wydawać paradoksalne, że sama siebie nie widziała w roli żony i matki, a jednocześnie rodzina była dla niej tak ważna.

O ile dobrze pamiętam, od czasu, gdy wyjechała do Berlina , może dwa albo trzy razy nie było jej w Polsce na Wielkanoc i chyba raz na Boże Narodzenie. Z widocznym entuzjazmem przystępowała do świątecznych przygotowań, zwłaszcza kulinarnych; uwielbiała piec ciasta, za każdym razem przywoziła jakiś nowy, wyszperany skądś przepis. Chętnie ubierała choinkę, angażowała do pomocy Jaśka. A kiedy wszystko było już gotowe, z równym zapałem przystępowała do świątecznego obżarstwa, które uwielbiała. Mimo to udawało jej się zachować szczupłą sylwetkę. Ważnym tematem było kupowanie prezentów. Zwykle ustalaliśmy to wcześniej, tworząc katalog potrzeb i życzeń, ale zdarzały się niespodzianki.

Pamiętam, jak Maryla przywiozła dla Jasia prezent od naszej niemieckiej znajomej, Gudrun Koch: pluszową, bardzo kolorową papugę, mającą w brzuszku pozytywkę, która wygrywała melodię kołysanki. Janek ma tę zabawkę do dziś, choć nie wiem, czy pozytywka jeszcze działa. Często na Boże Narodzenie Maryla kupowała mu słodycze, np. czekoladowe figurki Mikołajów lub zwierzątek, bynajmniej nie te seryjne z hipermarketu, zdecydowanie z wyższej półki, starannie wykonane, w ładnych opakowaniach, z dobrej jakości czekolady, co było ważne, gdyż mały miał alergię na mleko krowie. Niestety, walory estetyczne tych cudeniek docenialiśmy tylko my, dorośli. Nasz synek błyskawicznie rozwijał mieniące się kolorami sreberka a zawartość, kawałek po kawałku, znikała w jego buzi.

Może niektórych zaskoczyć, że święta miały dla Maryli wymiar nie tylko rodzinny, ale także religijny. Była wierząca, jej uczestnictwo w bożonarodzeniowej czy wielkanocnej liturgii wcale nie sprowadzało się do tradycyjnego zwyczaju. W naszych rozmowach z nią, nie tylko tych odświętnych, problemy wiary, religii, relacji z Bogiem a zwłaszcza – wadzenia się z Nim, to był stały temat. Maryla celebrowała nabożeństwa Maryjne, zwłaszcza Nabożeństwo Majowe. Biblijne postacie kobiet interesowały ją w oczywisty sposób. Wyraźnie fascynowała ją Maryja, Miriam, Matka Jezusa, kult, który łączy Jej postać z przyrodą, charakterystyczny dla naszej ludowej pobożności, widoczne pokrewieństwo wizerunków Matki Bożej z pogańskimi bóstwami żeńskimi.

Postać Izydy z Horusem przy piersi wg religioznawców jest pierwowzorem obrazów Madonny z Dzieciątkiem – hodegetria – najbardziej znany typ ikonograficzny przedstawiający święte macierzyństwo. Matka Boża, Bogurodzica, Theotokos.

Nasze ostatnie spotkanie, to święta Bożego Narodzenia 2018 roku. Maryla była po operacji, w trakcie leczenia, mimo wszystko przyjechała. Choroba mocno nadwątliła jej organizm, patrząc na nią widziałam jej kruchość, delikatność, ale była zadowolona , ożywiona, radosna.

Nawet, swoim zwyczajem, upiekła kilka ciast. Stwierdziła, że bez tego nie poczułaby w pełni atmosfery świąt.