Gdzieś w Południowo-Zachodniej Polsce, niedaleko granic Wschodnich Dolnych Łużyc w przeddzień Wigilii skrzaty zasiadają na parapecie i czekają na śnieg. W tym roku ich cierpliwość została nagrodzona. Oto na zewnątrz nastała śnieżna bajka, a wewnątrz zagorzało od przedświatecznej krzątaniny.
Dominik Jakub Napiwodzki dopisał jeszcze w komentarzach, że również Swarożyc czyli Dadźbog, a ja bym chciała przypomnieć, że jednak również Jeshua, czyli Jezus, syn Miriam, symbol Logosu:
Wesołych Świąt, Kochane i Kochani. Kiedyś użyto by tu dwóch dużych liter P i T, a więc PT, pleno titulo, ze wszelkimi możliwymi tytułami, jako to hrabia, ekscelencja, wasza wysokość lub magister. W dzisiejszych czasach, kiedy trzeba uwzględnić fakt, że mogę mieć czytelników / czytelniczki każdej z możliwych 97 płci, napiszę Was kochane / kochani z gwiazdką* i bez, a więc Pan/i lub Pani*, przypominając, jakbyście nie pamiętali, że podobno polski jest jedynym językiem, w którym demokratyczna forma zwracania się do siebie nie wywodzi się z wyrazu Ty, Wy, On lub Oni jak po angielsku, francusku i niemiecku, lecz jest skrótem zwrotu Waćpan/i, co zaś z kolei wywodzi się od wszelkiego Jaśnie-Państwa. W polskim zatem to nie sfery wyższe ulegając wymogom demokracji zastosowały do siebie zwroty z ludu, lecz lud ów zabrał Jaśniepaństwu owego pana i panią. I oczywiście również państwo.
Stara jestem. Mam problemy z pisaniem czytaniem, rozumieniem. Również ze słyszeniem i słuchaniem. A zatem ogólnie z komunikacją międzyludzką.
***
Jestem w restauracji. Piję kawę. Kelner zapomniał przynieść mi szklankę zimnej wody. Gdy przechodzi koło mnie, proszę go, po chwili przynosi mi wodę, mówię mu dziękuję, odpowiada: – Nie ma sprawy.
Tak naprawdę to nic mi nie przyniósł, ale weszłam po południu na FB i znalazłam kilka przepięknych zdjęć oraz pewną wspaniałą opowieść. Gdy po raz chyba dziesiąty kliknęłam na lajka, zorientowałam się, że to właśnie te zdjęcia i tę opowieść przyniósł mi Mikołaj.
Pisałam już o tym kilkakrotnie. Są wpisy na tym blogu, lub na moich poprzednich, które od lat lubię. Nie są jakieś wybitne tematycznie. Być może to zwykłe wpisy, ale jednak specjalne. Taki jest mój wpis Czas czereśni i wpis Lecha Milewskiego Bieg Wazów, i jeden z wpisówZbycha Milewicza o Podróży w górę rzeki, i opowieść Krysi Koziewicz o chałupie, i Ciotuchny o odbieraniu dzieci z przedszkola podczas lodowej śnieżycy. Niektóre już opublikowałam, niektóre pojawią się lada dzień. Dlaczego akurat te lubię najbardziej – nie wiem. Ale w ten smutny czas, bo zbliżają się święta, a tu w Ukrainie i w Izraelu straszne wojny, w Polsce tak uporczywe przepychanki z ustępującą partią, że aż człowieka ciarki przechodzą, a więc w ten trudny czas robi mi się cieplej, gdy przygotowuję na blogu Wasze i Nasze najmilsze wpisy. Eli wpis o polskiej bezdomnej z Moabitu, Moniki wpis o wyspach, Teresy o muzyce do nieba, Tibora, mój ukochany, o sałatce krzyżackiej. Wybaczcie mi, wzięło mnie na wspominki. Jutro chanuka.
Przed około 20 laty, podczas Dnia Wszystkich Świętych i Święta Zmarłych, przebywałam akurat w Krakowie.
Mieszkałam wówczas w małym hoteliku i z 1 na 2 listopada nocą, leżąc w łóżku już w ciemnym pokoju, słuchałam na słuchawkach małej komórki Nokia, polskiego radia “Jedynki”.
Moderatorka o przemiłym, niezwykle ciepłym głosie, prowadziła audycję poświęconą wybitnym, zmarłym już artystom związanym z muzyką, (kompozytorzy, piosenkarze francuskojęzyczni i nie tylko…), mających swe groby na paryskim cmentarzu Le Père-Lachaise, choć wyjątkiem był Joe Dassin, który ma grób w Hollywood, a któremu również poświęciła dużo czasu, uważając go za wybitnego piosenkarza francuskojęzycznego.
Każde “odwiedziny” u jednego z tych artystów były połączone z jego muzyką, jakimś songiem, krótkim życiorysem i opisem jego grobu.
Oczywiście teksty piosenek lub pieśni były po francusku.
Słuchacze mogli reagować sms-ami, prowadząca od razu je odczytywała tym swoim sympatycznym głosem. Audycja trwała od 24.00 do 2.00 w nocy.
Nie zapomnę tego magicznego nastroju towarzyszącego mi tej nocy.
Wszystkie piękne głosy znanych nam idoli, naszych ulubieńców, lub też nieznanych mi artystów, także kompozycje chopinowskie unosiły się nade mną w tej kompletnej ciemności jak dobre duszki, lub jakieś tajemnicze ptaki.
Czułam się równocześnie uczestniczką wielkiej uroczystości ku czci tak wielu już nieobecnych ludzi, którzy kiedyś, a i tejże nocy zajęli miejsce w moim sercu, powodując, że “dołączali się” do nich moi bliscy, których już nie było, a słuchali ze mną kiedyś tych właśnie głosów i utworów.
Tym spostrzeżeniem mogłam się za pośrednictwem smsa podzielić z innymi słuchaczami. Oni też pisali. Niektórzy o tym, że czuli się, jakby byli w transie, inni o uczuciu uczestnictwa w jakimś tajemniczym rytuale, misterium.
Po zakończeniu audycji, kiedy zdjęłam słuchawki, w pokoju dało się już tylko słyszeć lekkie pochrapywanie mego męża, któremu rano z zachwytem opowiedziałam o tej tajemniczej nocy.
Cmentarz Père-Lachaise założony w 1804 roku, nazwę swą zawdzięcza spowiednikowi Ludwika IV, jezuicie François de Lachaise.
Leżą tam znani pisarze, malarze, kompozytorzy (między innymi Fryderyk Chopin), śpiewaczka operowa Maria Callas, a także znani piosenkarze jak Edith Piaf, Jim Morisson, paru innych mniej znanych.
Link podany Państwu powyżej zawiera wiele cennych informacji wraz z ciekawymi fotografiami z tego cmentarza, a dodatkową ciekawostką jest to, że zostały one akurat zebrane przez wiernych czytelników naszego blogu, pary podróżującej po świecie, Mikołaja i Reni.
Aby oddać choćby trochę ten nastrój, który owej nocy był moim udziałem, wybrałam parę utworów, różniących się znacznie rodzajem muzyki, językiem wykonawców, ale o wspólnym mianowniku:
oni wszyscy byli kiedyś i są dziś ważni w życiu wielu z nas.
Maria Callas, Jim Morrison, Edith Piaf zostali pochowani na cmentarzu Le Père Lachaise w Paryżu, Joe Dassin – w Hollywood.
***
Maria Callas urodzona w 1923 roku w Nowym Jorku. Zmarła w 1977 roku w Paryżu.
*** Jim Morisson urodzony w 1943 roku w Melbourne. Zmarł w 1971 roku w Paryżu.
*** Edith Piaf urodzona w 1915 roku w Paryżu. Zmarła w 1963 roku w Grasse (Francja).
*** Joe Dassin urodzony w 1938 roku w Nowym Jorku. Zmarł w 1980 roku we fancuskiej Polinezji/ Papeete.
*** Fryderyk Chopin urodzony w 1810 roku w Żelazowej Woli. Zmarł w 1849 roku w Paryżu.
W Niemczech obchodzi się dzień matki w drugą niedzielę maja i uważa się go za jedno ze świąt wprowadzonych przez Hitlera. Nie jest to prawdą, bo Międzynarodowy Dzień Matki od drugiej połowy XIX wieku usiłowały wprowadzić w życie Amerykanki, co im się w końcu udało zalegalizować w roku 1914. W Niemczech jest to oficjalne święto od roku 1923, a jego inicjatorem był Niemiecki Związek Kwiaciarzy a nie Hitler. Miało to zresztą miejsce na 10 lat przed dojściem Hitlera do władzy. Ale w Niemczech istnieje wyraźna tendencja, by negować każde święto pod jakimkolwiek pozorem – co najwyraźniej daje się odczuć przed Halloweenem i dniem świętego Walentego, ale i Boże Narodzenie nie jest wolne od antyświątecznych reakcji. W Polsce święto to obchodzi się od roku 1914 i w tym dniu dzieci rysują laurki dla mam. Na świecie są zresztą różne daty obchodzenia Dnia Matki – Polska jest jedynym krajem, w którym przypada ono na 26 maja.
Krystyna Koziewicz
O matce i dorosłych dzieciach “Miłość matczyna się nie starzeje” (niemieckie)
Jednym z najpiękniejszych dni w roku jest 26 maja – DZIEŃ MATKI. MATKA, Mama, Mamuśka, Mamcia, Matula, Mateńka… Wszystkie te słowa, którymi ją nazywamy, zawierają w sobie potężny ładunek uczuć i emocji. Kojarzą się z domem rodzinnym, którego była OPOKĄ. I choć zmieniają się ludzkie dzieje – ONA zawsze ta sama: DOBROĆ i PRZEBACZENIE, WIELKODUSZNOŚĆ i – jak mówi o ksiądz Twardowski w jednym ze swoich wierszy – “bardzo ludzka MIŁOŚĆ”… Jej ofiarność i dobroć serca na zawsze pozostaje w pamięci tych, którzy ją mieli… Ale oczywiście nie każdy ją miał. Bywa, że jej brakuje, a przyczyny tego są przeróżne. Jednym LOS przedwcześnie ją zabiera, innym daje, ale ona sama nie potrafi udźwignąć ciężaru odpowiedzialności, jaki spoczywa na jej barkach, zwłaszcza, gdy przyjdzie jej wychowywać dziecko czy dzieci samotnie. A wtedy, no cóż… Jedne Matki podejmują ten trud, inne, niczym kukułki, “podrzucają pisklę” do obcego gniazda, a jeszcze inne całkowicie się go wyrzekają, albo – co najgorsze – zabijają… To skrajne przypadki, ale się zdarzają. I każdy z nich ma swoją przyczynę, dlatego tak trudno jest osądzać matkę, która nie umiała być matką…
Jakkolwiek jednak by nie było, każde dziecko, i to z pełnej rodziny. i to z niepełnej, powinno darzyć matkę szacunkiem, choćby z racji tej, że dała mu życie… Powinno otoczyć ją opieką i miłością, bo może tego najbardziej brakowało jej w życiu?! Powinno… Dla wielu matek pobożne życzenie. Z odwzajemnieniem miłości bywa różnie, niejednokrotnie zastanawiamy się, skąd u dorosłych dzieci taki brak uczuć, zrozumienia dla sytuacji matki i problemów związanych ze starzeniem się, często samotnością.
Istnieje wiele sposobów, by odpędzić myśli o dzieciach, dla których jesteśmy ciężarem. Szukamy dla siebie aktywności, ale i ona nie zawsze cieszy dorosłe dzieci. Niekiedy nawet drażni. Jak więc? Czy mamy się tłumaczyć, że po prostu odrabiamy zaległości z okresu, kiedy świat był mniej kolorowy? Życie w socjalizmie nie przypominało raju, choć nasza młodość niosła prawdziwą radość i emocje, nie mieliśmy życia wirtualnego. Dzisiaj młodzi patrzą na nas, jak na istoty z epoki dinozaurów, a może jednak ze skrywaną zazdrością, ale, o dziwo, wcale nie radością, że życie matki ma sens.
Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć matki, które się żalą, że są psychicznie gnębione przez własne dzieci. Tak, tak – żadna ściema. Zdarza się, ale najbardziej szokuje, że psychiczny terror pojawia się ze strony dobrze wykształconych córek, synów. Rozumiem – dzieci nie chcą naszych rad, złoszczą się, kiedy ich zdaniem ingerujemy w ich życie, co tak naprawdę oznacza po prostu, że wypowiadamy nasze zdanie czy poglądy. Nie chcą i nie lubią rozmawiać o problemach, potrafią pouczyć matkę, że najlepiej by było, jakby się wcale nie odzywała? I co wtedy, gdy to usłyszymy? Zamilczeć i puścić koło uszu? Trudno, ale może i dałoby się zrobić, ale najczęściej to oni sami, ci co to mówią, zaczynają dyskusję trudne tematy. To straszne, że nie można przekazać naszych doświadczeń, bo one są ważne. Dlatego dajemy dzieciom wolną rękę, niech same uczą się na własnych błędach, po co mamy z matczynej miłości i ostrzegać? Nie wrogości, jak to często bywamy odbierane. Z miłości i życzliwości!
Nie ulega wątpliwości, że nasze dzieci nas kochają, ale to głęboko, pod spodem. A na powierzchni… Owszem, czasem zadzwonią, zapytają, co słychać. Być może w pewnym sensie uspokajają własne sumienie, albo tylko tyle serca mogą okazać. Dwa słowa: „wszystko w porządku?” lub – jeszcze gorzej – „co u ciebie, wszystko dobrze?” i koniec rozmowy. Jak można na takie pytanie odpowiedzieć, że nie, nie wszystko jest dobrze i że powodem tego są one same?
Teoretycznie więc dzieci nas kochają, ale teoretyczna wiedza nie wystarczy! Chciałoby się to poczuć. To posłuchajcie, kochane dzieci. Nadchodzi lato, czas pikników, na pewno nie raz i nie dwa w gronie rówieśników wybierzecie się nad jezioro, do Tiergarten czy na Lotnisko Tempelhof, a tam zobaczycie piknikujące tureckie rodziny. I zobaczycie, jaki jest stosunek dzieci do rodziców. Szacunek przez duże S. Nie ukrywam, że z zazdrością przyglądam się matkom, wokół których „świat się kręci”. Nie będę w tym miejscu szczegółowo opisywać i moralizować, bo nie o to chodzi. Choć właściwie, nieprawda, bo to właśnie o to chodzi. O miłość dziecka do rodziców, taką nie przesadną, nie jakoś specjalnie wylewną, ale jednak choć trochę odczuwalną…
Przykładów lepszego lub gorszego traktowanych rodziców można by mnożyć, nie chcę pokazywać skrajności, spiszę tu tylko te typowe.
Znajomy na prośbę syna przez pół dnia pomagał w przygotowaniu ogrodowego party dla kolegów. Po wielogodzinnym wysiłku na końcu usłyszał: „Dziękuję, teraz możesz już sobie iść”. Nie załapał się nawet na jedną kiełbaskę z grilla. Syn, zapytany delikatnie przez matkę, czy mogłaby zabrać się razem, samochodem na wycieczkę do Zakopanego (było wolne miejsce w aucie), usłyszała: „Chyba sobie żartujesz, chcesz by koledzy mnie wyśmiali?” Córka znajomej ciągle instruuje matkę, jak ma się ubrać i zachować, gdy przyjdą koleżanki, żeby tylko jej wstydu nie narobiła. Najlepiej, gdyby wyszła z domu. Jeśli matka mieszka daleko od dzieci, słyszy zapytanie, kiedy przyjedzie, a pytający nie zwracają uwagi na wiek, zdrowie czy koszty. Wygodniej zaprosić mamę, by się samemu nie wysilać.
Ale mimo to powinnyśmy pomagać. A jakże. Kochane dzieci potrzebują nas, matek, gdy są w potrzebie. Czasem pilnej, czasem wcale nie pilnej, ale ułatwiającej życie. A my jak te głupie owce, mimo że potrafimy doskonale rozpoznać prawdziwe i wynikające z wygodnictwa potrzeby naszych dzieci, i tak zawsze chętnie pędzimy „ku pomocy”. Pędzimy, pomagamy, często dopłacamy, a potem, na pożegnanie i tak usłyszymy, że ułożyłyśmy życie bez sensu, że dzieci były chowane przez babcie, że tata odszedł, że nie zrobiły majątku, że nie jesteśmy obywatelami świata… tylko Polska, Polonia, Polska, Polonia! Znam sporo osób pozytywnych przypadków, pięknych postaw, kiedy dzieci regularnie odwiedzają Matkę, zapraszają, fundują, obdarzają… Ale i tak do końca nie wiem, czy i tam, w tych pokazowych rodzinach, pod spodem nie czają się te same zdania – jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się…
Przyjrzyjcie się tym zdaniom: jesteś biedna, wstyd mi za ciebie, nie odzywaj się… Rozpoznajecie siebie w tym lustrze? Słyszycie, jak to mówicie? Słyszycie to wieczne poczucie, że macie rację, gdy nam to mówicie?
A przecież to my, dzielne, zaangażowane, inteligentne kobiety. Nie jesteśmy kołtunami i babsztylami z Ciemnogrodu. Jesteśmy nowoczesne, samodzielne i zaradne. Nie żądamy i nie wymagamy. DAJEMY. Zrobiłyśmy w życiu sporo, nadal sporo robimy, a mimo to mamy czas dla Was i dla Waszych dzieci.
Kochane dzieci, nam nie potrzeba wiele, by się wspólnie cieszyć, ważne by choć przez chwilę pobyć razem i NIE słyszeć wiecznych uwag! Nawet jeśli nie zawsze spełniamy Wasze oczekiwania, to może uznacie, że jednak nic złego się Wam nie przytrafiło, a zatem jakoś nam się udało Was ochronić. Naprawdę próbowałyśmy dać Wam MIŁOŚĆ i POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA. Na MIŁOŚĆ nigdy nie jest za późno, a MAMĘ ma się tylko jedną, więc parafrazując słowa księdza Twardowskiego powiem: spieszmy się cieszyć że mamy matkę, zanim odejdzie…