Dzień Babci – rozmyślania o grobach, cmentarzach i trumnach

Ewa Maria Slaska (i reblog)

Nie, nie, Kochani! Jeśli myślicie, że odezwę się do Was jako osoba stojąca nad grobem, to otóż informuję, że wcale tego nie zrobię. Owszem, może być, że stoję nad grobem, jak każdy z nas zresztą, bo jak wiadomo mors certa hora incerta, ale ja nie o tym.

Dziś Dzień Babci, a ja, jak przystało na kobietę piszącą o cmentarzach i pasjonującą się grobami, nawet z tej okazji mam dla Was stosowne zdjęcie cmentarne.

babciaoppermann

Zdjęcie zrobiła Ania w czasie naszych licznych wędrówek po cmentarzach. Postać wydaje się nam ciekawa, szukam więc informacji w internecie, ale nic nie ma. Dziwne zresztą, bo wydawałoby się, że jest wszystko, jak mówi moja synowa, nawet żaba przez erzet. Babcia (bo to chyba ona) nazywała się Ch. Oppermann, urodziła w roku 1904, zmarła w wieku 80 lat.

babciaoppermannnapis

Niezła ta jej figura, zdecydowanie odbiegająca od cmentarnego kiczu. Ciekawe, czy zamówili jej taki nagrobek, czy po prostu mieli rzeźbę na składzie? A jak tak, to oczywiście ktoś z rodziny był rzeźbiarzem. A może ona sama? Piszę do znajomej dziewczyny, która pracuje na tym cmentarzu. Odpowiada niemal natychmiast. Nic z tych rzeczy. Była to starsza pani, dobrze znana na Kreuzbergu, która zawsze chodziła z plastikową torbą i tak też została uwieczniona. Rzeźbiar/z/ka podpisała się na pomniku jako EL84. Zmarła miała na imię Charlotte. Ile razy jej szukam w sieci, trafiam tylko na dwa moje własne wpisy.

Dobra, ale ja i tak nie o tym, tylko o grobach. Babcia jest mi tylko pretekstem. Bo oto piszę ostatnio do zaprzyjaźnionego redaktora gazety Polonia Berlin i tłumaczę się. Miałam mu wysłać bez zwłoki informację o naszej nowej książce. I na śmierć zapomniałam.

okladka1

Książkę wydało Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V. Zdjęcie na okładce Anna Kuzio, opracowanie graficzne Michał Krenz. Książkę można zamówić u mnie w Berlinie (cena 5€ , koszty wysyłki 3€) lub u drugiego autora, Michała Rembasa, w Szczecinie.

Bez zwłoki i na śmierć. W jednej sprawie dwa sformułowania cmentarno-tanatalne. Jest tego w polszczyźnie więcej. I nie mam na myśli oczywistych związków frazeologicznych jak hiena cmentarna, pochować kogoś pod murem cmentarnym czy wyjść z domu nogami do przodu. Trzeba wiedzieć, znać zwyczaje i obyczaje, ale jak się wie, to się też wie dlaczego. Ale już park sztywnych. Tu po prostu trzeba wiedzieć i już. Trzeba czytać Wiecha Wiecheckiego, nie ma rady.

Jednak największą grobowo-cmentarną “zagwozdką” są  owe trumniaki (uwaga buty na zdjęciu to NIE są prawdziwe trumniaki, to żart!). Trumniakami nazywano kiedyś tekturowe buty do trumny, po Warszawie krążyły też opowieści o tym, jak chytry cwaniaczek z Pragi sprzedał naiwnemu chłopkowi trumniaki zamiast butów ślubnych, a potem padał deszcz i wiadomo… W przaśnych PRL-owskich latach 50 trumniaki to były przerobione na czarno tenisówki. Podobno pomysł słynnej i wspaniałej Barbary Hoff. Tak podaje Wikipedia. I w ogóle każdy wie…
A jednak nie do końca. I tu dla babć, które były młode w latach 50, czyli z pokolenia mojej Mamy, Teściowej i Ciotek, interesujący reblog na temat… Waszych trumniaków. A przy okazji, podobno każda z Was je nosiła, a w sieci nie ma ani jednego ich zdjęcia! Pomocy! W tej sieci NIC NIE MA! Ani babci Oppermann ani trumniaków.

Dominika Łukoszek

Polowanie na trumniaki

16 maja 2016

Kiedy przygotowywałam wystąpienie na konferencję w Oksfordzie w 2013 roku strona po stronie czytałam rubrykę Moda w Przekroju – od roku 1953 do 1989. Przekrój był tygodnikiem, więc prosty rachunek pokazuje, że trzydzieści sześć roczników razy (mniej więcej) 52 lub 53 numery rocznie to daje wynik…. wielu stron. Warto było, ponieważ mój referat tak się spodobał, że zostałam zaproszona, aby opublikować tekst o Barbarze Hoff w czasopiśmie Catwalk. The Journal of Fashion, Beauty and Style (Volume 3, Number 1, Spring 2014).

Przygotowując artykuł starałam się w tekstach Barbary Hoff publikowanych w Przekroju odnaleźć zdjęcia i opisy jej poszczególnych pomysłów z gatunku „zrób to sam”, które odnajdywałam w różnych artykułach lub wywiadach. Jej najbardziej legendarną poradą jest ta, w jaki sposób dziewczyny mogły przepoczwarzyć dostępne w sklepach tenisówki w modne baleriny: należało z tenisówek wyciąć część ze sznurówkami, powstałą w ten sposób balerinę obszyć lamówką, pomalować na czarno i proszę! Polska dziewczyna miała najmodniejsze buty, które ochrzczono następnie „trumniakami”, ponieważ przypominały kartonowe buty, w których kiedyś chowano ludzi w trumnie.

Historię o opublikowaniu pomysłu na trumniaki w Przekroju opowiedziała sama Barbara Hoff w wywiadzie z Włodzimierzem Halickim dla Wysokich Obcasów w 2012 roku (KLIK). Skoro pani Hoff pisała teksty dla Przekroju od 1954 roku (na początku wspólnie z Janiną Ipohorską, również pracującą w Przekroju), to w tym roczniku poszukiwałam projektu trumniaków. Przeczytałam każdą kolumnę Moda i … nie znalazłam. Za to trochę się zdenerwowałam. Przejrzałam wszystkie egzemplarze po raz drugi, sprawdzając, czy aby na pewno biblioteka ma wszystkie numery z 1954 roku. Biblioteka miała wszystkie numery, trumniaków nadal nie znalazłam. Ok, pomyślałam sobie, pamięć lubi płatać figle, poszukam – na wszelki wypadek – w 1953 i 1955 roku. Tym razem strona po stronie, sprawdzając ponownie, czy są wszystkie numery tygodnika i czy aby projekt trumniaków nie został opublikowany na stronie innej niż Moda. Rysunku nadal nie było, mnie chciało się płakać. W jednym z numerów z 1955 roku znalazłam informację o tym, że wiele dziewczyn nosiło trumniaki podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, który miał miejsce w Warszawie. No to wiedziałam przynajmniej tyle, że trumniaki musiały pojawić się wcześniej. Tylko nadal nie miałam tego cholernego rysunku. Jeszcze raz przeczytałam felietony z 1954. Trumniaków nie było.

Wyrysowane baleriny podpisane „trumniaki” znalazłam w książce ,,Jak oni mają się ubierać” napisanej przez Barbarę Hoff i Jana Kamyczka (pseudonim Janiny Ipohorskiej). Niestety (niestety dla mnie) książka została wydana w 1958 roku, a trumniaki istniały już wcześniej. Trumniaki mnie pokonały, a w artykule zamieściłam jedynie informację, że były one jednym z najsłynniejszych pomysłów Barbary Hoff. Nie napisałam jednak, że – jak wspominała pani Hoff w wywiadzie – pojawiły się w Przekroju, bo się nie pojawiły. Artykuł został wydrukowany w wiosennym numerze czasopisma Catwalk… w 2014 roku, ale poczucie klęski w sprawie trumniakowego śledztwa było dojmujące.

I teraz skaczemy dwa lata do przodu, do mokrego majowego poranka w Krakowie anno domini 2016, gdzie ma miejsce dzień drugi konferencji Krzyk mody. Zjawiska, przemiany i kierunki badawcze (KLIK). W pierwszej sekcji dwa świetne wystąpienia w zakresie „moda w PRL”, czyli prezentacje dwóch Magdalen: mgr Magdaleny Pasewicz-Rybackiej oraz Magdaleny Dudki. Obok mnie siedzi Joanna Regina Kowalska, jedna z kuratorek wystawy „Modna i już! Moda w PRL” (KLIK). Myślę sobie „ok, zapytam o te trumniaki, może one dotarły do tego rysunku, może się okaże, że coś pominęłam” – jakkolwiek ta ostatnia myśl była co najmniej bolesna. I pytam, czy może któraś z pań znalazła ten rysunek trumniaków w Przekroju, bo przeryłam te numery i nie znalazłam, więc może….

… co za ulga! Okazuje się, że Panie miały tę samą zagwozdkę: szukały, czytały i nie znalazły. I jak to wątpiące badaczki: uznały, że może jednak nie doszukały, może jednak gdzieś są (wcześniej niż w książce „Jak oni mają się ubierać”, bo ta publikacja też była im znana). I wspólnie ustaliłyśmy, że nie ma, że pomysł trumniaków pojawił się u Barbary Hoff, ale nie został opublikowany w Przekroju. Gdzie zatem się pojawiły, jeśli nie w Przekroju? Rzucam nam wszystkim to wyzwanie. Może ktoś z Was wie?

Przy tej okazji chciałam też zwrócić uwagę na fakt, że wspomnienia to jedno, a zachowane teksty to drugie. Jeśli tylko jest taka możliwość, warto (trzeba!) konfrontować wspomnienia z tekstami (zwracała na to uwagę Aleksandra Boćkowska podczas piątkowego spotkania „Jakim językiem pisać o modzie?”).

Udało nam się podczas konferencji uzgodnić wspólną wersję dotyczącą trumniaków i braku ich obecności w Przekroju, a tym samym ten wpis jest pierwszym tekstem, który dotyczy tego wątku. Dziękuję Magdzie Pasewicz-Rybackiej i Joannie Reginie Kowalskiej za wspólne zrzucenie z ramion tego poczucia niedoszukania informacji. Nasze niezależne badania nad poszukiwaniami trumniaków zaprowadziły nas do wspólnego wniosku. Cóż, wielkie umysły myślą podobnie 😉

Sprawa jednak nie zostaje zamknięta. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, gdzie został wydrukowany rysunek pani Hoff pokazujący jak przerobić tenisówki na baleriny jest proszony o kontakt. Dozgonna wdzięczność badawcza, jak i stosowne uhonorowanie Autorki bądź Autora tego znaleziska w publikacjach gwarantowana.

I dla takich chwil warto jeździć na konferencje.

Epifania i inne święta

Dziś piękne święto Trzech Króli a jednocześnie prawosławne Boże Narodzenie. 1 stycznia skończyła się Chanuka, a my strasząc ptaki, jeże, lisy, psy i koty petardami weszliśmy w Nowy Rok. Wciąż jeszcze świętujemy, a więc i nasz autor, który od lat zapewnia nam teksty w pierwsze piątki miesiąca, pisze o świętowaniu.

Roman Brodowski

Na Wigilii u Romówromanuromow2016-5

Święta Bożego Narodzenia to święto nie tylko dla katolików, ale także dla wyznawców prawosławia i wspólnot ewangelickich. Jest to święto ogólno chrześcijańskie, mające przypominać o narodzinach Jezusa Chrystusa, który jest fundamentem chrześcijaństwa. Wszyscy skupiamy się wokół wcielenia w nim Boga jako człowieka, tu, na Ziemi. Święto to jest z jednej strony czasem zadumy i refleksji nad życiem, z drugiej – okazją do odnowienia więzi z Bogiem w obrębie swego kościoła. Ale jest to obecnie również po prostu wolny czas, spędzany w kręgu rodziny, przyjaciół, znajomych. Wiele organizacji społecznych, zakładów pracy, wspólnot, instytucji organizuje dla swoich członków, pracowników czy osób współpracujących wieczory opłatkowe, spotkania przedwigilijne, lub inne imprezy poprzedzające czas bożonarodzeniowy.

romanuromow2016-3 romanuromow2016-2

Ja także od wielu lat mam sposobność uczestniczenia w tego typu spotkaniach, zarówno w Berlinie, jak i Polsce, na Białorusi, czy Litwie. Wszystkie te spotkania, ze względu na specyficzny charakter, są dla mnie niepowtarzalne i niezapomniane. Mógłbym o nich opowiadać godzinami lub pisać elaboraty.

Skupię się jednak na jednym, na spotkaniu wigilijnym, zorganizowanym przez Gorzowskie Stowarzyszenie Romów w dniu 17 grudnia 2016 roku. Uczestniczyłem w nim z ogromną radością, zwłaszcza że z Romami dotąd nie miałem styczności.

Spotkanie to odbyło się w jednym ze środowiskowych domów kultury, na peryferiach Gorzowa. Romowie już od wielu lat organizują tu swoje spotkania i zapraszają różne stowarzyszenia, regionalne i kulturalne, działające na terenie województwa lubuskiego.

Byli więc i Wilniuki, i Lwowianie, i Dolnoślążanie, Polesiuki i Stowarzyszenia Hucułów i Wołynian. Wyjątkowość imprezy polegała na tym, że każdy uczestniczący w nim region, przygotował na tę wieczerzę nie tylko swoje potrawy regionalne, jakie spotykamy u nich na wigilijnych stołach, ale i krótki program artystyczny z kolędami i pastorałkami.

romanuromow2016-4

Przyjechałem na tę imprezę z Berlina, ale reprezentowałem nie Polonię berlińską, lecz moją drugą ojcowiznę z wyboru – Kresy Wschodnie, a do udziału zaprosiło mnie Gorzowskie Stowarzyszenie Miłośników Wilna i Okolic.

Tradycyjnie, powitaniem gości oraz życzeniami złożonymi z okazji świąt, wieczerzę rozpoczęli gospodarze, czyli prezes stowarzyszenia Romów z małżonką, na co dzień właściciele
teatru romskiego w Gorzowie.

romanuromow2016-13 romanuromow2016-12 romanuromow2016-11

W spotkaniu uczestniczył też ksiądz misjonarz, który od kilku lat mieszka w Gorzowie, a przybył z wieloletniej posługi duszpasterskiej, jaką odbywał na dalekiej, mroźnej Syberii.

Po poświęceniu wigilijnego opłatka, modlitwie, oraz złożeniu sobie wzajemnych życzeń, rozpoczęła się część biesiadna. Nie od razu dane było jednak gościowi, który u tego stołu zasiadł, posmakować kuszących i pachnących potraw. Bo najpierw jeszcze odbyło się wspólne kolędowanie, połączone z prezentacjami lokalnych społeczności. Każda z nich miała po dziesięć minut na prezentację zwyczajów regionalnych, począwszy od wigilijnych przyśpiewek, pastorałek i kolęd, a skończywszy na wiktuałach świątecznych ustawionych na pięknie przyozdobionych stołach.

Także i ja miałem moje trzy minuty. Ale nie wzbogaciłem wieczerzy ani kulinariami wschodnimi, bo lepiej ode mnie zrobili to gospodarze, ani berlińskimi. Chociaż, kto wie, może sałatka ziemniaczana i kiełbaski, czyli berlińskie przysmaki wigilijne, wzbudziły by zainteresowanie zaproszonych gości… Jednak, skoro jestem poetą, poprzestałem na poezji i przeczytałem, napisane przed laty apokryfy o narodzinach Jezusa.

… „Gdzie jest ten narodzony król Żydów? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę, będąc na wschodzie, i przyszliśmy złożyć mu hołd“ – Mat 2, 2

Rzeka zmieniła swój pierwotny bieg
Wysuszona ziemia zrodziła nienawiść.
Bogobojni Żydzi dawno już odeszli
I nikt nie czeka kolejnego poranka.

A gwiazda wędruje wyznaczonym torem
Świecąc światłem Bożego majestatu.
Na dalekim wschodzie ciągle bez zmian.
Nawet mędrcy odeszli w niesławie.

Potomkowie Dawida wymieszani z ziemią
Jak nawòz na skalistej zwietrzałej roli
Wydają ostatnie plony na ołtarz ofiarny
Kainowy dar rzucony w pustą przestrzeń.

On zaś w nędznej stajence z dala od sfory,
Otulony lichą płachtą matczynej miłości,
Nadejdzie porą tajemnicy proroctwa
Niby ofiara złożona Bogiem dla człowieka,

Berlin, 12.04. 1988

… „Kazał w Betlejem oraz w całej jego okolicy zgładzić wszystkich chłopców w wieku dwóch lat i poniżej” – Mat 2, 16

Zajęczały wiekowe cedry w półmroku
Jak chór niewiniątek ukryty w organach.
W domach żydowskich zapachniało ofiarą krwi
Jak w dzień przedpaschalnej dziękczynności.

Wieczorny chłód wypełnił przestrzeń sakralną
Gdy Baranek ubrany w dziecięcą niewinność
Leżał w bezruchu obok matczynej boleści.
Nawet kamienny ołtarz Najwyższego zapłakał.

A noc zbliżała się gwiezdnym pacierzem.
Wilki gotowe chronić swoje małe szczenięta
Wyły dziękczynnie do srebrnopełni księżyca
Szczęśliwe, że brak w nich człowieczeństwa.

Berlin, 13.05. 1988

Reblog: Zeppelin we Frankfurcie i Aleppo w Gdańsku Wrzeszczu

Piotr Beszczyński

Z blogu Czas i przestrzeń

Grudzień nazywa się tak, jak się nazywa, od słowa „gruda”, oznaczającego zmarzniętą ziemię. Nazwa wywodzi się z czasów, kiedy w grudniu ziemia bywała zmarznięta. Teraz, kiedy za oknem plucha, może nawiązywać najwyżej do tego, że pisanie idzie jak po grudzie. Mimo to nie ustaję w trudzie, Mili Ludzie!

  • Na początku grudnia są imieniny Barbary. Liczę w głowie znane mi Panie, noszące to klasyczne imię; jest ich znaczna ilość, a wszystkie – są uosobieniem samych zalet! Czy to jakaś astrologiczna zasada, czy też ja mam takie szczęście – nie wiem, ale cieszę się, że znam tyle fajnych Baś!
  • Wspomnę tu o jednej z nich, prawdziwej artystce sztuk pięknych, a zwłaszcza malarstwa i kuchni. Niedawno był w staromiejskim ratuszu wernisaż kulinarno – rysunkowej, świetnej wystawy Barbary K. Jak to na wernisażach bywa, goście zostali podjęci poczęstunkiem – w tym wypadku nie pozostawiającym wątpliwości co do kunsztu Autorki. 20161208_181752-2I jak to na wernisażach bywa, zjawili się tam również koneserzy, zainteresowani wyłącznie owym poczęstunkiem. Nasunęło to refleksję nawiązującą do głoszonych przez obecnie nam panujących, haseł o „wymianie elit”. W tym wypadku „łże – elity” są zastępowane przez „żre – elity”. I tak dobrze, że z wysoką kulturą w tle.

  • Krótki wyskok do Frankfurtu nad Menem na początku miesiąca, dał okazję do kolejnej w tym roku niemieckiej refleksji. O tym mianowicie, jak rządzone przez rozsądnych przywódców społeczeństwo potrafiło w ciągu kilku pokoleń przeistoczyć się ze sprawcy największych nieszczęść w dziejach ludzkości, w przyjazną światu zbiorowość.
  • Miasto o wielkim znaczeniu historycznym (w IX wieku stolica państwa wschodniofrankijskiego, będącego osnową kształtującej się Rzeszy niemieckiej), jak też współczesnym (finansowa stolica Europy, wielki węzeł komunikacyjny), jest dla przybysza zaskakująco kameralne i sympatyczne. Zwłaszcza, gdy grudniowe niebo jest pogodne, a wypełnione tłumem ulice spływają grzanym winem.
  • p1020902
  • p1020913
  • p1020932
  • p1020882
  • p1020942
  • Tłumacząc się sami przed sobą brakiem czasu, pominęliśmy szereg prestiżowych muzeów stojących przy nadrzecznym bulwarze, ograniczając aktywność w tym zakresie do odwiedzenia znajdującego się na przylotniskowych peryferiach muzeum Zeppelina. Zwiedzających niewielu, więc miła pani (nie wiedzieć czemu od wejścia proponująca mi zakup ulgowego biletu) z prowadzącego placówkę stowarzyszenia entuzjastów, mogła poświęcić nam sporo czasu objaśniając ciekawą ekspozycję, jak też dowiadując się od nas o polsko – litewskim modelu cepelina, nadziewanego mięsem.
  • p1020889
  • p1020894
  • Program budowy gigantycznych sterowców w pierwszych czterdziestu latach XX wieku, aczkolwiek absurdalny ekonomicznie, przyśpieszył jednak rozwój w wielu dziedzinach techniki i gospodarki
  • Stał się też elementem propagandy systemowej dla pewnego niewysokiego pana z wąsikiem.
  • Machina propagandowa innego niewysokiego pana, bez wąsika i całkiem nam współczesnego, postępuje inaczej: zamiast używać balonów, usiłuje robić lud w balona. W znacznej mierze skutecznie, aczkolwiek ma znacznie trudniej, bo lud rogaty i przekorny. Widać wyraźnie ożywienie młodzieży w sprawach publicznych, co niesie nadzieję na nieodległą w czasie, stopniową utylizację dewastatorów tego, co wspólne.
  • p1030004
  • Na takich zgromadzeniach coraz częściej słychać rozsądne głosy, wzywające do organicznej pracy, do cierpliwego objaśniania wszem i wobec sensu trzymania się zasad sprawdzonych w najmocniejszych demokracjach. I tego, że zgoda na odstępowanie od tych zasad przynosi efekt jak pęknięcie powłoki szamba; nieczystości zalewają nas w niekontrolowany sposób.
  • Jak może wyglądać pokłosie dyktatury widać choćby na tragicznym przykładzie Syrii. Perła Lewantu, Aleppo, leży w gruzach, tysiące ludzi zginęło. Poszliśmy pod nasz ulubiony bar, noszący nazwę tego miasta i zapaliliśmy przed nim znicze. Taki drobny gest solidarności z innymi i przestrogi dla nas.
  • p1030010
  • aleppo
  • Jakby mało było ponurych wieści z kraju i ze świata, to jeszcze ostatni dramat berliński. Na takim samym przedświątecznym jarmarku jak ten, który nieco wcześniej przemierzaliśmy wśród gęstego tłumu we Frankfurcie.Łapię się na refleksji, że być może zaczynam odbiegać od geograficzno – historycznego zamysłu tego blogu. Ale przecież historia kształtuje się w sposób nieprzerwany, zaś gdy proces tego kształtowania dotyczy nas samych, to trudno się do niego czasem nie odnieść.

Ze “Skrzydłami” w Nowy Rok

Już tydzień temu pisałam tu o gazecie harcerek “Skrzydła”, wydawanej w latach 1930-1939, gdzie jedną z redaktorek była moja (ukochana) cioteczna babcia, Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia). Dziś noworoczne życzenia harcerskie sprzed 86 lat i podpisany pseudonimem Bukowa Jagoda tekst, jaki Karusia opublikowała w (naj)pierwszym numerze tego miesięcznika.

nowyrok1930-zyczenia

Karolina Lubliner-Mianowska (Bukowa Jagoda)

Zapomniany obowiązek.

Minęła jesień, mamy już poza sobą okres składania sprawozdań z akcji obozowej i okres płacenia długów. (Myślę tu nietylko o długach materjalnych, ale i ciążących na nas długach wdzięczności). Komenda Chorągwi, Oddział, Główna Kwatera otrzymały już żądane raporty, księgi, rachunki. Nie zapomniałyśmy o gościnnych właścicielach terenu, o miłych sąsiadach z Wiejskiego Koła Młodzieży, ani o opiekunach z rodzinnego miasta. Sprawdźmy rachunki jeszcze raz, czy już nikomu więcej nie zawdzięczamy obozowych korzyści i radości? Przypomnieć sobie trzeba, że pozostali jeszcze w ukryciu bezimienni dobroczyńcy, którym nie poślemy ani fotografji na pamiątkę, ani punktualnego sprawozdania, ani nawet miłego listu, ale którym zawdzięczamy bardzo, bardzo wiele.

Bo czyż nic nie jesteśmy winne sosnowym borom za udzielenie nam gościny i cienia i wieczornego szumu drzew? a potokowi za wodę czystą i zdrową i za nieustanną wesołą z nami rozmowę? a wszystkim mieszkańcom lasu skrzydlatym i kosmatym i sześcionogim i kwitnącym – za miłe nieocenione towarzystwo?

nowyrok1930-il1

Jeśli sądzimy, że przyroda nic od nas żądać nie może, że niepotrzebna jej ani wdzięczność nasza, ani pomoc, jesteśmy w błędzie. Dziś na całym świecie przyroda wymaga opieki i ochrony, gdyż dopiero pod koniec ubiegłego stulecia w Ameryce, a w początku bieżącego w Europie spostrzeżono się, że działalność gospodarcza człowieka zniszczy niedługo resztę naturalnego piękna naszej ziemi, jeśli się jej w pewnych wypadkach nie powstrzyma. W tym celu rządy wszystkich państw wydają ustawy, które otaczają opieką ginące rośliny lub zwierzęta, bądź też wyłączają z użytkowania poszczególne tereny, bezcenne ze względu na ich piękno.

nowyrok1930-il2

Ale wszelkie prawa są niewystarczające, jeśli ludność ich nie zna lub nie rozumie, a więc nie przestrzega. Dlatego też powstawać muszą organizacje społeczne, które zajmują się szerzeniem idei ochrony przyrody, dążą do tego, aby każdy obywatel umiał szanować piękno ojczystego kraju. W Polsce dopiero od dwu lat mamy podobną organizację, jest nią Liga Ochrony Przyrody. Liga O.P. jest jednem z tych towarzystw, których cele harmonizują tak dalece z naszemi hasłami, że stała współpraca naszych chorągwi i drużyn staje się tu koniecznością. Zajrzyjmy więc do statutu Ligi O. P. „Liga budzić będzie słowem i pismem zainteresowanie i szerzyć miłość dla cech swoistych poszczególnych części ziemi ojczystej – zaś harcerka miłuje przyrodę. „Liga przyczyniać się będzie do poznania pod względem przyrodniczym poszczególnych części tej ziemi” – zaś harcerka stara się poznać przyrodę. Widzimy, że nie ma różnic zasadniczych w treści tych wskazań. Dla wielu ludzi cele „ochrony przyrody” są niezrozumiałe, obce, dalekie. Dla nas zawsze pozostaną bliskie i drogie, pamiętamy bowiem, jak wiele zawdzięczamy przyrodzie; współżycie z nią jest nieodzowną częścią naszej pracy wiosennej i letniej, jest źródłem nowych sił i poważnym czynnikiem kształcenia charakteru.

Ale jeśli umiemy wykorzystać piękno przyrody dla naszych celów, umiejmy spłacić zaciągnięty wobec niej dług. Drużyny nasze nie zawsze pamiętają o tym obowiązku. Wiem, że zdarzają się jeszcze wypadki nieposzanowania przyrody, masowego zrywania roślin, rycia napisów na skałach i.t.p. A często patrzymy obojętnie, gdy szpecą przyrodę inni, nie objaśniając niszczycieli, którzy nie zawsze uświadamiają sobie wyrządzoną szkodę. Musimy więc, pamiętając o przybywających nam co rok nowych zastępach i nowych kierowniczkach pracy, w odpowiednich gawędach przypomnieć drużynom jaki być powinien stosunek harcerek do przyrody.

nowyrok1930-il3

Na razie rzucam tych parę myśli, zawsze aktualnych. W przyszłości pismo nasze poświęci trochę miejsca sprawom ochrony przyrody, a więc w porze przedwiosennej pomówimy bliżej o zachowaniu się drużyn na wycieczkach podmiejskich, a przed sezonem letnim o tem, co dobrego mogą zrobić, a czego złego uniknąć nasze obozy. Teraz zaś jeszcze zimową porą drużyny harcerskie mogą zgłosić się do Ligi Ochrony Przyrody, jako tak zwani członkowie związkowi. Drużyna, która postanowi wejść do Ligi, zawiadamia zarząd Ligi pisemnie, podając ilość swoich członków oraz opłaca za każdą harcerkę 30 groszy rocznie. (Tak, 30 groszy, nie więcej!) Wzamian drużyna zostaje członkiem związkowym Ligi, oraz otrzymuje dla każdej z druhen znaczek z żubrem, który nalepia się na legitymację harcerską. Dodać trzeba, że z takich groszowych składek Liga Ochrony Przyrody uzbiera tysiące złotych, które przeznaczy przede wszystkim na wykup z rąk prywatnych właścicieli tych skrawków ziemi naszej, które ze względu na ich piękno i wartość przyrodniczą trzeba zachować nietkniętemi. Teraz najbliższym projektem Ligi jest wykup resztek pierwotnego stepu na Podolu. Musimy i my pomóc w zrealizowaniu tego projektu. Drużynom, które zechcą zgłosić się do Ligi, podaję jej adres: Warszawa, Aleje Ujazdowskie 6/8. Druhny, które życzyłyby sobie podania innych informacyj w sprawach ochrony przyrody, proszę o przysłanie swych żądań i zapytań do redakcji “Skrzydeł”.

PS 1. Czytelnik znajdzie na tym blogu więcej wpisów Karoliny Lubliner-Mianowskiej (Bukowej Jagody), w tym również o sprawach ochrony przyrody i troski o las, który Karusia najbardziej kochała. Są ludzie gór i ludzie morza, mawiała, a ja jestem człowiekiem lasu. Gdy to piszę, przypominam sobie niezliczone leśne wycieczki z Karusią, które stanowiły ważny element mojego dzieciństwa i dorastania, podobnie zresztą jak wielokilometrowe wędrówki plażą, które były specjalnością rodziców, a zwłaszcza ojca.

PS 2. W Wikipedii czytamy: Liga Ochrony przyrody jest najstarszą organizacją ekologiczną w kraju – powstała 9 stycznia 1928. Godłem stowarzyszenia jest stylizowany żubr z nazwą organizacji. Liga jako organizacja ogólnokrajowa została założona z inicjatywy Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Zjazd organizacyjny odbył się 9 stycznia 1928. Pierwszym prezesem wybrano prof. Józefa Mroziewicza. W lidze działali wówczas naukowcy i działacze tacy jak: Aleksander Janowski, Władysław Szafer, Walery Goetel, Jan Gwalbert Pawlikowski, Bolesław Hryniewiecki i Mieczysław Limanowski. Na pamiątkę tego wydarzeniu, co roku 9 stycznia, obchodzi się w Polsce Dzień Ligi Ochrony Przyrody. II wojna światowa przerwała działalność ligi, ale stowarzyszenie odrodziło się już 17 lipca 1945 w Łodzi. Pierwszym prezesem po wojnie był prof. Edward Potęga.

PS 3. I może jeszcze jeden przypis. W roku 2016 sprawa ochrony lasów pojawiła się na pierwszych stronach gazet, gdy rząd Beaty Szydło podjął decyzję o wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.  Wydawałoby się, że Liga Ochrony Przyrody powinna się temu zdecydowanie sprzeciwić. Niestety. Oto pismo LOP w tej sprawie z 22 października 2016 roku.

Myślę, że Karusia byłaby zrozpaczona.

PS 4. Żubry zresztą też pójdą na odstrzał. Na razie te z Puszczy Boreckiej. Prasa podała… Szczęśliwego Nowego Roku, zanim wszyscy pójdziemy na odstrzał!

Xmas special, 28.12.2013

Redakcja nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego ten tekst czekał aż trzy lata na publikację, ale zgodnie z podaną datą, zamieszczamy ten świąteczny wpis już po świętach, 28 grudnia.

Anna Rosner

Czas na awans

– Jak pisany pod dyktando – rzucił, zsuwając okulary na czubek nosa. Nie był już młodzikiem i męczyły go długie godziny spędzone na wertowaniu korespondencji. Mimo to starał się nie robić wielu przerw i konsekwentnie czytać każdą, nawet zabrudzoną, pomiętą, naddartą czy nieczytelnie nabazgraną kartkę. Należało to do jego obowiązków, a wśród niewielu zasad, jakie ciągle wyznawał, znajdowała się ta dotycząca sumienności.

Omiótł wzrokiem biurko zastanawiając się, na którą stertę powinien odłożyć ostatni list. Odpowiednie posortowanie korespondencji było kluczowe. Inaczej zlecenie mogłoby zostać opacznie zrozumiane lub, co gorsza, błędnie wykonane.

– Ciekawe, co będzie w tym – mruknął pod nosem rozcinając następną kopertę staroświeckim nożem do papieru. – Co się stało z tymi ludźmi? Czysty materializm i zero jakiejkolwiek wyobraźni czy ducha indywidualizmu. Każdy chce tego samego!

Rozprostował niewprawnie wyrwaną z zeszytu kartkę, ozdobioną na marginesach tłustymi plamami. Pisane dziecięcą ręką litery wyglądały, jakby każda z nich cierpiała na poważne problemy osobowościowe. Nieletni autor użył co najmniej trzydziestu kolorów, czym zapewne rekompensował braki wiedzy z zakresu ortografii i interpunkcji. Pod listem zamieścił obrazek przedstawiający świętego Mikołaja i choinkę, która ledwie trzymała pion z powodu upchniętych pod nią paczek. Mężczyznę bardziej niż rysunkowe prezenty zaintrygował kieliszek w dłoni tłustawego staruszka oraz coś, co prawdopodobnie miało być talerzykiem z ciasteczkami.

Odłożył delikatnie list na biurko i dolewając sobie nieco cherry mruknął, ni to do siebie, ni to do nadawcy:

– Dobrze, że mi przypomniałeś. Szkoda tylko, że to jedyna, w miarę inteligentna, rzecz w tym całym steku bredni. Daj mi iPada – zaczął czytać udając głos dziecka – i nowego laptopa, komórkę, konsolę do gier, większy telewizor, szczeniaczka, skuter i tablet. Jasne – zaniósł się kaszlem, po czym wrócił do swojego naturalnego tembru. – Nie ma sprawy, w końcu to rodziców dotknął kryzys, a ja mogę wszystko. Pieprzony materializm. Czy nikt z was nie może chcieć drewnianych klocków albo konia na biegunach? Pozytywki są passe? Czekolada kłuje w ząbki? Książki stały się niemodne? Rozwydrzone bachory… Do tego zaczyna od „daj”, żadnych formułek grzecznościowych, żadnego „proszę”, „chciałbym”, „marzę” czy głupiego „bardzo by mi zależało”. Nawet „drogi święty Mikołaju” pominął!

Pociągnął haust alkoholu i odłożył list na największą z kupek, oznaczoną hasłem „elektronika – dział licencjonowany”. Przepracował na swoim stanowisku już wiele lat i uważał, że świat coraz bardziej schodził na psy. Czytanie i dzielenie korespondencji było nużące. Jednak to rozmyślanie nad tym, jak bardzo forma i wydźwięk tego, co do niego przychodziło, zmieniało się przez dziesięciolecia, przyprawiało go o ból głowy.

Drewniane przegródki, te same które zastał na biurku rozpoczynając służbę, stały praktycznie puste. Pod etykiety takie jak „narty & sanki” czy „zwierzęta” zawsze trafiało nieco korespondencji, ale już te opisane słowami „dział wyrobów drewnianych” czy „zabawki mechaniczne-nakręcane”, rzadko wypełniały się choćby w połowie, mimo tego, że korespondencja nadchodziła już od początku listopada.

Nowe, plastikowe skrzynki, w które odkładał listy dotyczące gier, komputerów, telefonów, tabletów czy różnej maści gadżetów elektronicznych, musiały być opróżniane co kilka godzin. Czasy, w których największym marzeniem był powrót ojca z wojny czy to, żeby złą macochę zastąpiła miła, nowa i kochająca pani, należały do zamierzchłej przeszłości. Świat nie posuwał się już powoli ku nowemu, biegł i wpadał w objęcia postępu technologicznego, dostarczając coraz droższych i bardziej wyszukanych zabawek. Ludzie nie wyobrażali sobie bez nich życia, choć nie tak dawno temu wszyscy obywali się bez nich.

Cóż – pomyślał – dzięki temu wszystkiemu, dzięki listom, mam pracę. Gdyby ludzie przestali wierzyć, pisać i prosić, znalazłbym się na bruku, ale za jaką cenę?

Był człowiekiem starej daty. Uważał, że każdy prezent jest mile widziany, choć powinien stanowić tylko dodatek do czegoś ważniejszego, niematerialnego. Miał wrażenie, że wartości rodzinne przechodziły od lamusa tak samo jak drewniane, machającymi skrzydełkami kaczuszki na patyku, hula-hop czy skakanki. Stawały się hasłem w ustach polityków i czymś, o czym czytało się w książkach. Najważniejsze okazywały się prezenty, a nie spędzanie czasu wśród krewniaków, jak to kiedyś bywało.

Rozparł się w fotelu i przymknął oczy, dając im odpocząć. Świat zmieniał się tak szybko, że nie mógł już za nim nadążyć. Próbował się z tym pogodzić, choć zadanie to okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Tylko biuro pozwalało mu zachować resztki równowagi psychicznej i w miarę zdrowego rozsądku. Gdyby przeniesiono go do jakiegoś nowoczesnego biurowca, z pewnością zwariowałby przed końcem pierwszego dnia pracy. Szczęśliwie miał pracodawców przywiązanych do tradycji.

Niskie pomieszczenie z drewnianymi ścianami i sufitem odpowiadało mu bardziej niż szklane twory najznamienitszych architektów. Parterowe okna, na których często pojawiały się wzory tworzone przez mróz, wychodziły na pokryty śnieżną pierzyną las. Kominek też był nie bez znaczenia, najnudniejsze i najgorzej nawet napisane życzenia lepiej czytało się w cieple i przy żarzących się, trzaskających raz po raz polanach. Poza tym, znajdujące się na tyłach biura mieszkanie stanowiło kolosalne ułatwienie. Nikomu w jego wieku nie chciałoby się codziennie dojeżdżać do pracy, a tu od domowego jedzenia, pięknej żony i możliwości krótkiej drzemki przed telewizorem, dzielił go tylko niewielki korytarzyk. Dodatkowo, mieszające się zapachy dymu, piernika, pomarańczy i dopiekającego się powoli indyka, działały łagodząco na jego zszargane pracą nerwy. Lubił, kiedy na suficie wieszano jemiołę, mógł ją wykorzystać i skraść pocałunek swojej żonie. Widząc dekoracje wiszące na framugach drzwi i okien, czuł się spokojniej, nabierał pewności siebie. Wiedział, że robi coś ważnego.

Miał już sięgnąć po kolejną kopertę, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Kilka lat wcześniej zmuszono go do zamiany starej, ebonitowej słuchawki na nowoczesny szmelc, do którego nie mógł się przyzwyczaić. Jak mu tłumaczono, musiał się na to zgodzić z powodu informatyzacji biura. Nowszy telefon był niezbędny, by mogły działać faksy, śmaksy i internety.

Na podstawce słuchawki mrugało niecierpliwie światełko połączenia wewnętrznego, znak którego nie można było ignorować. Śnieżynka mogła dzwonić tylko w ważnej sprawie, szczególnie, że nie nadeszła jeszcze pora kolacji. Odebrał więc bez chwili wahania.

– Słucham kochanie, co się stało?

– Pan Anderson przyjechał, właśnie otworzyłam mu bramę. Byłabym wdzięczna, gdybyś mógł go wpuścić do siebie tak, by ominął kuchnię. Mam tu wszystko rozgrzebane, nie mam czasu pić z nim herbatki. Przyniosę wam coś, tylko zatrzymaj go tym razem w biurze.

– Oczywiście. Na pewno ma do omówienia jakieś zawodowe sprawy, nie będziemy zawracać ci głowy. Mogłabyś przysłać do nas Juniora?

– Synuś – usłyszał stłumiony głos żony – mógłbyś za chwilkę zanieść tacę do gabinetu taty?

Po krótkiej chwili Śnieżynka odezwała się wprost do słuchawki:

– Przyniesie mi tylko węgla do pieca i już do was idzie.

– Dzięki. Jesteś boska.

Odłożył słuchawkę zerkając na wiklinowy kosz z nieotwartymi listami, zwiastunem długiej, pracowitej nocy.

*                               *                                 *

Rzadko miewał gości, dlatego postanowił odpowiednio przywitać nadjeżdżającego Andersona, jednocześnie nie pozostawiając mu większych szans na zapuszczanie żurawia w miejsca, o których nie powinien zbyt dużo wiedzieć. Naciągnął kurtkę czerwonego uniformu i grube, dwupalczaste rękawice z białą lamówką. Postawił obszyty futrem niedźwiedzia polarnego kołnierz i wyszedł w arktyczne zimno.

Śnieżna pierzyna przykrywała wszystko. W świetle, padającym z okien domu, biel skrzyła się niczym brokat. Dzikich ostępów, w których schowane było biuro, praktycznie nie odśnieżano. Choć terenówka Andersona radziła sobie z zaspami, szarżowanie w takich warunkach nie wchodziło w grę i do pojawienia się gościa na podjeździe zostało jeszcze kilka minut. Mężczyzna postanowił to wykorzystać i przewietrzyć się przed rozmową. Spodziewał się, że nie będzie łatwa ani przyjemna, w końcu w tak newralgicznym momencie – gdy miał ręce pełne roboty – nikt nie składałby mu kurtuazyjnych wizyt.

Wyszedł kilka kroków przed dom i wziął głęboki oddech, pozwalając lodowatemu powietrzu wypełnić płuca. Lubił zimę, trzeszczenie śniegu pod butami i szczypanie mrozu na policzkach. Czuł się wtedy jak dziecko, jak w czasach, kiedy bawił się przed domem, lepił bałwany czy uczył się biegać na nartach. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz wydawał dyspozycje gnomom i nabierał wprawy w kontrolowaniu ich zachowań.

Urodził się w tych ostępach i nie wyobrażał sobie życia gdziekolwiek indziej. Kilka razy żona namówiła go na wczasy w tropikach twierdząc, że „trochę słońca nikomu jeszcze nie zaszkodziło”. Czuł się tam okropnie, żar i kaskady spływającego mu po karku potu męczyły go strasznie. Zgadzał się na te szalone eskapady tylko dla niej. Widział jak kwitła w cieplejszym klimacie, no i wyglądała oszałamiająco w kostiumie kąpielowym rozciągnięta na ręczniku plażowym czy na leżaku. On jednak zdecydowanie był człowiekiem północy.

Miał ochotę ulepić kilka śnieżnych kul i rzucić nimi choćby w najbliższe drzewo. Powstrzymała go jedynie świadomość, że pewne rzeczy zwyczajnie nie uchodziły człowiekowi w jego wieku. Poza tym jego plecy wyrażały zdecydowany sprzeciw, gdy próbował się schylać. Zamiast robić z siebie durnia, postanowił przejść się powolnym krokiem i sprawdzić, czy wszystko działa tak, jak powinno.

Drewniany domek stał najbliżej drogi i stanowił najstarszą częścią zabudowań jego małego imperium. Warsztat, w którym dawniej wykonywano zabawki, zburzono lata temu. Był tak mały, że w pewnym momencie zwiększenie jego wydajności stało się po prostu niemożliwe. W dodatku większość zamawianych u niego produktów wymagała specjalistycznych taśm produkcyjnych, a najciężej nawet pracujące gnomy nie były w stanie zastąpić elektronicznych robotów i precyzji ich działania. Konieczne okazało się zainstalowanie maszyn, a to było możliwe jedynie w dużej fabryce. Wybudowano ją na miejscu starej szopy i terenach porośniętych wcześniej zagajnikiem.

Budynek nie pasował do okolicy. Już z drogi dojazdowej widać było sterczące ponad staromodnymi zabudowaniami biura kominy, ale nie było innego wyjścia. Ustępstwa natury estetycznej były konieczne, jeśli chciało się iść z duchem czasu, choć członkowie Greenpeace zapewne dostaliby ataku apopleksji na sam widok molocha. Gdyby dodatkowo wiedzieli, jaki skład chemiczny miały wyziewy przedostające się z jego manufaktury do atmosfery, bez przerwy pikietowali by ukryte w dzikich ostępach budynki. Szczęśliwie jednak umowy, jakie podpisał z kilkoma państwami w zamian za świadczone usługi, skutecznie chroniły go przed ujawnianiem podobnych informacji. Gorzej przedstawiała się kwestia opornych pracowników, którzy wszelkie międzynarodowe papiery mieli w głębokim poważaniu.

Przeszedł wzdłuż ściany domu i zajrzał na fabryczne podwórze. Niewielkie, metalowe drzwiczki, prowadzące w głąb olbrzymiego budynku były lekko uchylone. W padającym na zewnątrz świetle fabrycznych jarzeniówek dostrzegł kilka kulących się z zimna postaci. Nie był w stanie rozpoznać, które gnomy postanowiły zrobić sobie przerwę, ale miał pewność, że było ich trzech. Mamrotały coś i najwyraźniej próbowały się rozgrzać nie tylko drepcząc w miejscu, ale i popijając coś z przekazywanej z ręki do ręki piersiówki.

– Degeneraci… – mruknął pod nosem. – Już ja was nauczę.

Jedną z podstawowych rzeczy, jakie musiał opanować obejmując swoje stanowisko, było kontrolowanie zachowań tych dziwnych stworzeń. Choć czuł, czy prace posuwają się zgodnie z harmonogramem, nawet jeśli nie było go w okolicach fabryki, wpływał na zachowanie podwładnych, jedynie mając ich w zasięgu wzroku.

Mógł oddziaływać na nich na kilka sposobów. Wywoływanie ataków bólu czy skurczy mięśni stanowiło broń ostateczną, której starał się unikać. Wolał przesyłanie obrazów bezpośrednio do ich umysłów, bądź wpływanie na ich uczucia. Nie czerpał satysfakcji ze swoich mocy, uważał jednak, że dyscyplinowanie pracowników to uświęcona tradycja, której nie powinien się przeciwstawiać. Tak samo robili jego ojciec i dziadek. Poza tym gnomy zdawały się być przyzwyczajone do takiego sposobu dyscyplinowania. Spodziewały się go i miał wrażenie, że rozumiały go lepiej, niż odbieranie czasu wolnego, nagany czy groźbę zwolnienia. Ostatnia z kar nie była zresztą niczym innym, niż czczymi pogróżkami, wiedziały o tym tak samo dobrze jak on.

Skupił uwagę na niesubordynowanych karzełkach, wywołując w ich umysłach poczucie winy. Po chwili przesłał obraz pracujących na pełnych obrotach maszyn i taśm produkcyjnych pełnych wadliwie wykonanych zabawek. Podejrzewał, że to wystarczy i nie pomylił się. Czerwone punkciki żarzących się papierosów opadły na zaśnieżoną ziemię. Dwie skulone postacie pośpiesznie podreptały do fabryki, a trzecia ruszyła truchtem w kierunku starych stajni i wybiegu reniferów. Minęła w milczeniu zwierzęta i weszła do warsztatu, by dołączyć do kompanów, zajętych przeglądem i remontem sań.

Westchnął, patrząc na niską, drewnianą chatkę. Rozumiał konieczność modernizacji i dostosowania wytwórni do potrzeb zmieniającego się świata, ale to co robiły ze środowiskiem wydobywające się z fabryki zanieczyszczenia, było mu ciężko zaakceptować. Najbardziej martwił się o zwierzęta, choć i stan gnomów był zatrważający. Pamiętał, że gdy był chłopcem, karzełki były zdrowe, silne i chętne do pracy. Teraz właściwie każdy z jego „pomocników” miał jakieś wady genetyczne – zdeformowane nogi, zniekształcone twarze, wykrzywione dłonie i palce.

Renifery co kilka lat trzeba było zastępować młodszymi – żadne zwierzę nie wytrzymałoby pracy przez tyle lat, ile on sam spędził na służbie. Coraz bardziej toksyczne wyziewy komplikowały sprawę. Starano się rozmnażać je tak, by młode miały domieszkę świeżej krwi. Mimo to jednak rodziły się mutantami. Te, które przeżyły pierwsze tygodnie, zazwyczaj zdychały po najwyżej czterech latach, podczas gdy dzikie dożywały sędziwego wieku dwudziestu wiosen. Choć wszystko to było dość zasmucające, mężczyzna musiał przyznać, że niektóre maleństwa były na swoisty sposób urocze. Jednego z tegorocznych zwierzaków miał zamiar oswoić i przysposobić do życia w domu – w końcu nawet u renifera co dwie głowy to nie jedna. Niestety nie przeżył nawet dwóch tygodni i wszyscy zgodzili się, że przyczyną śmierci najpewniej były właśnie jego dwie głowy i kark, zbyt słaby, by je unieść.

Zerknął ostatni raz na swoje stadko, przez chwilę zastanawiając się, dlaczego renifer o czarno-fioletowym futrze został zaakceptowany przez przywódcę stada, a ten o sześciu nogach nie. Nie rozumiał niektórych decyzji starego Berniego, ale szczęśliwie nie był do tego zobligowany. Jako najstarszy z reniferów to właśnie Bernie decydował o wszystkim co działo się w zagrodzie, a w jego głowie rodziły się najdziwniejsze pomysły. Wiadomo było tylko, że kiedy zaczynał się ślinić, coś mu się podobało, kiedy zaś poruszał na raz obydwoma ogonami, coś wytrącało go z równowagi.

*                               *                                 *

Odwrócił się, słysząc coraz wyraźniejsze trzeszczenie śniegu pod kołami wjeżdżającego na podjazd samochodu. Anderson w końcu przebił się przez zaspy i właśnie parkował przed wejściem do chatki.

– No to zaraz się zacznie. Pretensje o wszystko – mruknął, poprawiając nie wymagający tego kołnierz kurtki. – Jakby nie mógł po prostu zadzwonić albo napisać tego śmiesznego czegoś, co można odebrać w komputerze…

Nie miał czasu na picie herbatki z przeklętym biurokratą. Zostało jeszcze kilka spraw do załatwienia i większość z nich nie mogła czekać zbyt długo. W końcu nawet zmodernizowana fabryka potrzebowała kilku godzin na wyprodukowanie kilkuset konsol i tabletów, a do świąt zostały już tylko godziny.

– Panie Anderson, co za miła niespodzianka – powiedział podchodząc do samochodu. Wiedział, że jego gość nie należał do ludzi o zbyt lotnym umyśle i zazwyczaj nie rozróżniał szczerości od sarkazmu.

– Witam, witam. Wiem, że przychodzę nie w porę, ale dostałem wyraźne dyrektywy. Musimy porozmawiać. Postaram się zająć jak najmniej czasu.

– Oczywiście.

– Jak mawiamy my, księgowi, czas to pieniądz – roześmiał się, najwyraźniej uważając własny dowcip za szczyt wyrafinowanego humoru. – Nie uważa pan, że to święta racja? Nawet jeśli…

– Będzie pan łaskaw wejść do biura, panie Anderson. Tam jest cieplej.

– Chętnie…

Przepuścił gościa w drzwiach, ze zgrozą obserwując, jak wielkie grudy śniegu odpadały z butów wprost na dywan.

Junior, który w międzyczasie pojawił się w gabinecie ojca, skłonił się lekko nalewając gorącą herbatę do porcelanowych filiżanek.

– Niech pan siada, panie Anderson. Czemu zawdzięczamy pańską wizytę? – spytał, jednocześnie wskazując miejsce przy niewielkim stoliku.

– W końcu postanowił pan przyuczyć syna do zawodu? Bardzo słusznie, panie Mikołaju, bardzo słusznie!

– Junior wie, na czym polega moja praca. Prawda, synu?

– Jak najbardziej.

Księgowy usiadł najbliżej kominka i uśmiechnął się patrząc na Juniora. Wyglądało na to, że rozmowa może przebiec łatwiej, niż się spodziewał. Wiedział, że żaden z nich nie był zadowolony z jego wizyty, ale dostał wyraźne polecenie, a niektórym ludziom lepiej było się nie przeciwstawiać. Musiał przyjechać bezzwłocznie i przekazać informacje. A potem wywrzeć nacisk… Wolałby siedzieć teraz w domu, ubierać choinkę i słuchać bezsensowych uwag żony dotyczących tego, gdzie powiesić którą bombkę.

Zmusił się do uśmiechu i powiedział:

– Cieszy mnie to. Nawet bardzo.

– I przyjechał pan tylko po to, żeby wyrazić swoją radość z powodu postępów, jakie czyni mój syn?

– Nie, panie Mikołaju, choć przyznaję, że są one istotne – odparł, otwierając przyniesioną z samochodu aktówkę. – Proszono mnie o złożenie wam niezwłocznej wizyty i wyjaśnienie kilku kwestii.

– Słucham.

– Watykan jest panom wdzięczny za wieloletnią służbę. Doceniamy to, że tak sumiennie ją wypełniacie, i że przez te wszystkie lata panów, że tak powiem, firma, jako tako działa…

– Jak to „jako tako”? – Mikołaj zamarł z filiżanką wpół drogi do ust.

– Cóż, ostatnio wasze statystyki przedstawiają się nieszczególnie dobrze. Wiem, że nie dajecie rady sami czytać wszystkich listów, produkować zabawek i ich rozwozić, ale moi przełożeni wyrażają głębokie zatroskanie ostatnimi incydentami.

– Jakieś konkrety?

– Panie Mikołaju, niech pan nie udaje, że nie wie, o czym mówię. W ostatnim roku wasi wysłannicy nie spisali się tak dobrze, jakbyśmy tego oczekiwali. Raport wyraźnie mówi, że stu czterdziestu dwóch agentów zostało przyłapanych na gorącym uczynku i aresztowanych pod zarzutem włamania. Szczęśliwie większość tych spraw została wyjaśniona i tylko siedemnastu nie udało nam się wybronić. Musieliśmy pomagać im w ucieczce z więzień, transportów i aresztów. Szesnastu zostało pogryzionych przez psy stróżujące, a dziewięciu uległo poważnym wypadkom w trakcie wypełniania obowiązków związanych z pracą.

– Rozumiem, ale jeśli pan pozwoli przypomnę, że nad departamentem doręczania czuwa ktoś z Watykanu, nie ja. To on odpowiada za werbunek i szkolenie agentów. My przygotowujemy i opisujemy paczki, które oni mają podrzucić w odpowiednie miejsca. Sami zajmujemy się, że tak powiem, kwestiami wizerunkowymi. Wie pan, czasem jakieś dziecko musi zauważyć mnie na dachu, czasem dobrze przelecieć nisko nad jakimś osiedlem, czy zatrzymać się na chwilę w jakiejś wiosce, żeby napoić renifery.

– Wiem o tym. Chciałem tylko, tak na wstępie, przedstawić panu skalę problemu. Jak pan widzi doszło do kilku wpadek. Oczywiście, w skali całego przedsięwzięcia możemy tu mówić o dopuszczalnej ilości błędów. W dodatku błędów popełnionych z winy koordynatora działu doręczania, ale to nie on odpowiada za to, że ponad siedem tysięcy paczek zawierało przedmioty, o które obdarowani nie prosili, prawda?

– Ile?

– Ponad siedem tysięcy – powtórzył spokojnie. – Wiem, że biorąc pod uwagę ogólną liczbę odwiedzonych osób to nie tak dużo, ale zdaniem przełożonych to i tak zbyt wiele. Szczególnie, że mówimy tylko o przypadkach drastycznych. Pomijam doręczenie złego modelu czy koloru zabawki.

– Co w takim razie nazywa pan „przypadkami drastycznymi”? – wtrącił milczący do tej pory Junior. Stał oparty o kominek i przysłuchiwał się rozmowie.

– Na przykład sześcioletnia Francesca z Treviso prosiła o… – znalazł odpowiednią stronę raportu i przeczytał – „pieska, smycz i obrożę, żeby dało się z nim chodzić na spacery”. Rzeczywiście dostała to wszystko, tyle, że chodziło o obrożę dla psa, a nie taką wykonaną z czarnego lateksu z różowym, brokatowym napisem „jestem twoją suczką”.

– Niemożliwe… nie wysłaliśmy czegoś takiego!

– Owszem, wysłaliście. Mamy w aktach zdjęcie, jeśli chcecie zobaczyć. Nieprzyjemna pomyłka, szczególnie biorąc pod uwagę ostatnie oskarżenia pod adresem kościelnych pracowników niższego szczebla, jakie zalewają media. Nieprawdaż? Kwestie wizerunkowe, o których raczył pan wspomnieć, raczej kiepsko się prezentują w tym świetle.

Mikołaj zerknął na syna. Junior zdawał się być równie zaskoczony doniesieniami, jak on sam, starał się jednak zachować kamienną twarz.

– Gdyby to było wszystko, to pewnie jeszcze przymknęlibyśmy oko, ale ta obroża to dopiero początek. Ponad dwieście paczek trafiło do złych adresatów – ciągnął Anderson wertując papiery. – Na przykład Jesse Harris, sześciolatek z Chicago, dostał tę przeznaczoną dla Jessiki Harrison z Columbii. Zamiast wiatrówki znalazł pod choinką pluszowego, błękitnego jednorożca. Niech wam wystarczy, że jak powiedzieli nam jego rodzice, „nie był w pełni usatysfakcjonowany”. Rodzice dziewczynki początkowo nie złożyli skargi, choć też byli zaskoczeni. Odezwali się do nas dopiero wtedy, gdy mała zaczęła bawić się w unowocześnionego Wilhelma Tella i strzelała do owoców ustawionych na głowie czteroletniego brata. Na szczęście miała dobre oko i skończyło się na strachu, ale podobnych przypadków było bardzo, bardzo dużo.

– Siedem tysięcy… – mruknął Junior.

– Ponad siedem tysięcy. Chłopiec z brazylijskich slumsów prosił o kule, pisząc, że ma problemy z nogami. Wysłaliście kule, tyle że do gry w kręgle. Czteroletni Kanadyjczyk prosił o tomahawk, ale dlaczego spakowaliście mu toporek z kamiennym ostrzem, zamiast plastikowego? Poduszka z pierzem to nie to samo, co poduszka z zaszytą martwą kurą. Kiedy ledwo piszące dziecko prosi o „chamak”, „bómerank” i „namiod” nie wysyłajcie mu, na litość boską, słownika ortograficznego, tylko to, o co prosi!

– Rozumiem rozgoryczenie pańskich przełożonych – odezwał się w końcu Mikołaj, starannie dobierając słowa, – uważam niemniej, że biorąc pod uwagę ogólną ilość paczek, wpadki, jak raczył pan nazwać te incydenty, są jednostkowe. Poza tym problemy i nieścisłości zdarzały się zawsze, ale nawet one nie powinny przyćmiewać naszej misji. W końcu pracujemy dla wspólnego dobra, a liczba dzieci, które nie dostałyby…

– Wiem, słyszę to odkąd z panem współpracuję. Nie mam zamiaru kwestionować sensu naszych działań, przysłano mnie tylko po to, żebym przekazał panu, że Watykan wyraża głębokie zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Zostawię panu kopię raportu i niech sam pan ją przejrzy, na spokojnie i w wolniejszej chwili. Radzę też znaleźć czas na przegląd tego, co wysyłacie.

Junior podszedł do stołu i, podnosząc kopię raportu, spytał z przekąsem:

– Głębokie zaniepokojenie? Wyuczył się pan tych papierów na pamięć?

– Moi przełożeni jasno się wyrazili. Wiedzą, że robicie co tylko się da, doceniają wasze poświęcenie i cieszą się, że przez tak wiele lat współpraca z wami układała się całkiem dobrze. Sugerują jednak, by zastanowili się panowie, czy nie nadszedł czas na zamiany. Może przydałaby się jakaś kontrola jakości?

– Kontrola jakości? Wie pan, ile paczek zjeżdża co godzina z taśm w tej fabryce?

– Wiem, to też jest w raporcie. Może po prostu, jak też sugeruje raport, nadeszła już pora na zmianę pokoleniową?

Mikołaj spodziewał się usłyszeć wiele pretensji i niemało z nich dałby radę znieść bez mrugnięcia okiem. Nie podejrzewał jednak, że Anderson ośmieli się wystąpić z podobną sugestią, co więcej najwyraźniej pochodzącą nie od niego, czy kogoś z niższego stanowiska, lecz z samej góry, od autorów raportu, którymi byli najwyżsi przedstawiciele Watykanu z biskupami włącznie.

– Niech pan tak na mnie nie patrzy. Czasy się zmieniają, ludzie tacy jak pan czy ja nie nadążają. Świat należy do młodych.

– Rozumiem, co ma pan na myśli – odpowiedział po chwili Mikołaj, cedząc słowa. – Uważam jednak, że pańskie uwagi są nie na miejscu. Jeśli w ogóle miałbym z kimś na ten temat rozmawiać, to z pewnością nie z panem, nie tu i nie teraz.

– Jeśli tak pan uważa… Niech pan się jednak nad tym zastanowi.

– Sprawa sukcesji pozostanie pomiędzy mną, a moim synem. Jestem pewien, że Junior zgodzi się ze mną – odpowiedział, zwracając się do Juniora. Ten odłożył dokumenty i odpowiedział tonem pozbawionym krzty emocji:

– Szczerze powiedziawszy, ojcze, nie widzę powodów, dla których nie mielibyśmy poruszyć tej kwestii właśnie teraz.

*                               *                                 *

Mikołaj zachłysnął się herbatą. Junior zaś patrzył mu prosto w oczy i zdawał się nie tylko nie przejmować obecnością Andersona, ile wręcz czerpać z niej nadzwyczajną jak dla siebie odwagę:

– Ile lat jesteś już na stanowisku? Straciłeś kontrolę nad gnomami, za dnia robią co chcą, a gdybyś widział ich w nocy… Cóż, bardziej już nie osiwiejesz, ale pewnie byś wyłysiał. To, co dzieje się z reniferami, to też jakaś kompletna porażka. Mówiłem, żeby przenieść hodowlę z dala od fabryki, ale wolisz zasłaniać się tradycją, niż posłuchać mnie w jakiejkolwiek kwestii. W tym roku nie urodziło się ani jedno młode bez deformacji.

– Porozmawiamy o tym później. Mam jeszcze dużo pracy i jestem pewien, że pan Anderson też ma ważniejsze rzeczy do robienia, niż wysłuchiwanie twoich pretensji.

– Kiedy? Dla ciebie nigdy nie ma odpowiedniej pory. Zresztą, gdybyś posłuchał mnie i zgodził się na założenie strony internetowej z formularzem zamówieniowym, dawno miałbyś cała pracę za sobą. Nie rozumiem, dlaczego chcesz tracić wzrok wczytując się w te zabazgrane kartki, jeśli komputer może odwalić całą robotę za ciebie. To zakrawa na masochizm.

– Juniorze… – mruknął nieco ostrzej Mikołaj, patrząc ni to na syna, ni na gościa. – Później.

– Daj spokój. Nie widać, żeby panu Andersonowi nasza rozmowa przeszkadzała. Jestem też ciekaw, czy tak jak ty, uznałby taką stronę za wariactwo.

– Wprost przeciwnie – zapewnił skwapliwie gość. – Innowacja proponowana przez Juniora wcale nie musi stać w sprzeczności do tradycji. Co więcej, może pomóc w jej podtrzymaniu. Już teraz papierowe listy zostały praktycznie wyparte przez pocztę elektroniczną, a dzieci uczą się obsługiwać komputer, kiedy jeszcze nie potrafią się podpisać. Taki formularz byłby, moim zdaniem, interesującym rozwiązaniem. Można by stworzyć stronę, aplikację na komórki, tablety…

– Miło mi, że się pan ze mną zgadza.

Mikołaj wstał ze swojego fotela i z poczerniałą ze złości twarzą fuknął:

– Dość tego! Nie rozumiesz jak przebiega sukcesja, głupcze. To nie jest takie proste.

– Wydaje mi się, że jednak jest. Zresztą pan Anderson z pewnością wie, na czym ona właściwie polega. Czy mógłby pan przypomnieć mojemu ojcu szczegóły?

– Ale ja… – mruknął gość, nagle czując się nieco nie na miejscu. Miał złe przeczucia i dałby dużo, żeby jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz chatki, wsiąść do samochodu i wrócić do najbliższego miasta. Rozmowa może i była ciekawa, ale przybierała nieprzyjemny obrót.

Nagle zauważył wzrok Juniora, zimniejszy od nocy polarnej i nie cierpiący sprzeciwu. Przełknął ślinę i podjął, ważąc słowa:

– Święty Mikołaj jest podwykonawcą zatrudnionym przez Dział Promocji Watykanu. Jest w bezpośredniej linii potomkiem Mikołaja z Miry i Tamiry z Nicei. Zgodnie z tekstem przypisywanym sekretarzowi Konstantyna Wielkiego, uznawanym dziś za apokryficzny, Mikołaj z Miry miał spotkać się z Tamirą w czasie pierwszego soboru nicejskiego. W wyniku interwencji sił boskich spłodził z nią syna, którego Tamira nazwała na cześć ojca Mikołajem. Chłopiec po śmierci ojca zaczął przejawiać zdolności magiczne. Zgodnie z legendą talent i moc dziedziczy każdy pierworodny, o ile jest synem z prawego łoża.

– Bardzo ładnie, ma pan talent do recytacji, panie Anderson. Zdolności dziedziczy się z chwilą śmierci ojca. Zgadza się? – spytał przenosząc wzrok z Andersona na Mikołaja.

– Owszem, ale po pierwsze nie wybieram się na tamten świat, a po drugie…

– Powinieneś zrewidować plany – przerwał ojcu, wyciągając ukryty do tej pory pod swetrem pistolet. – Powiedziałbym, że to nic osobistego, ale nie lubię kłamać. Sam wiesz, mam dość bycia chłopcem na posyłki, czas na awans.

– Przepraszam – wtrącił Anderson wstając powoli z fotela. – Wydaje mi się, że w zaistniałej sytuacji moja obecność stała się zbędna. Jeśli panowie nie mają nic przeciwko…

– Niech pan siedzi, panie Anderson, przekaże pan swoim zwierzchnikom wieści dotyczące sukcesji.

Anderson opadł z powrotem na krzesło. Zerkał na Mikołaja, to znów na Juniora, nie do końca wierząc w to, co widział. Czuł się jak jedyny widz na spektaklu w teatrze, którego dyrektor postradał zmysły.

– Opowie pan im o tym, ale tylko im – kontynuował Junior. – Wie pan, co by się stało, gdyby dowiedział się o tym ktoś niepożądany, prawda? Nie chciałby pan chyba tłumaczyć się przed przełożonym z aresztowania nowego Mikołaja. Zresztą w naszej rodzinie takie rozwiązania to nic nowego. Nie musimy kłopotać naszymi sprawami policji.

– Oczywiście. Rozumiem konieczność dyskrecji, może pan na mnie liczyć, nie chciałbym po prostu…

– Synu, nie zachowuj się, jakby ci mózg odmroziło – wtrącił siwobrody staruszek.

Spodziewał się, że prędzej czy później Junior może obrócić się przeciw niemu, tak jak on kiedyś zachował się wobec własnego ojca. Pozycja, jaką piastował, dawała moc i możliwość władania innymi, a to zawsze budziło pożądanie. Dodatkowo śmierć nie imała się żadnego piastującego stanowisko Mikołaja, mógł żyć wiecznie, o ile tylko nie spłodziłby syna, albo w dość młodym wieku pozbył się go w ten czy inny sposób.

Starał się nie dać po sobie poznać, jak bardzo młodzieniec wytrącił go z równowagi, choć przychodziło mu to z trudem. Nie musiał za to skrywać strachu, którego ku własnemu zaskoczeniu nie czuł. Był bardzo zmęczony, nie tylko całą sytuacją, ale też pracą i wizytą Andersona. Jedyne o czym marzył to to, by ten dzień jak najszybciej się skończył. By skończyły się święta i by mógł w końcu odpocząć.

– Milcz i nie ruszaj się! – rzucił Junior, gdy Mikołaj zrobił krok w jego stronę. – Straciłeś nad wszystkim kontrolę. Lekceważysz mnie, choć gdyby nie ja, nic nie działałoby tu tak, jak powinno

– Czyli twoim zdaniem coś tu jednak działa?

– Nie łap mnie za słowa, do ciężkiej cholery!

– Posłuchaj – powiedział, siląc się na spokojny głos. – Za niespełna czterdzieści osiem godzin musimy ruszyć z paczkami. Czy uważasz, że to odpowiedni moment na takie zachowanie? Pomijam to, że robisz z siebie głupca, pomyśl nie o nas, nie o sobie, ale o dzieciach. Jeśli mnie zabijesz, nic dobrego w te święta się nie stanie.

– Bredzisz!

– Wiesz, że mam moc kontrolowania gnomów. Bez niej nic nie zdziałasz, a ona…

– Wiem jak to działa – fuknął coraz bardziej zdenerwowany. Jego ojciec zawsze moralizował, pouczał go i traktował jak dziecko. – Ty umierasz, ja dostaję moc. Kontrola gnomów jest prosta, czytałem notatki dziadka, znam zapiski pradziadka. Nie jestem kretynem, przygotowałem się. W kilkanaście minut zmieni się mój wygląd, wyrośnie mi broda i brzuch, wolałbym obejść się bez niego, ale jak się nie ma co się lubi… Poza tym to instynkt. Będę wiedział, co robić.

– Chyba jednak nie do końca… To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.

– Proszę, nie zaczynaj znowu tych swoich tyrad. Rzygać mi się chce, kiedy zaczynasz chrzanić w taki sposób!

Lepiej zrobić to teraz – pomyślał Mikołaj. – Jeszcze trochę i straci nad sobą panowanie. Po co myśmy się na to zdecydowali? Po co nam to w ogóle było?

– Wiesz znacznie mniej, niż ci się wydaje – powiedział, postępując krok w kierunku młodzieńca. – Nie przejmiesz mocy po mojej śmierci. Nie dasz rady zapanować nad sytuacją. O tej porze roku gnomy są przepracowane, zmęczone i wściekłe. Jeśli wymkną się spod kontroli, Bóg jeden wie, do czego dojdzie.

Nim Junior zdążył zareagować, Mikołaj znalazł się dość blisko, by chwycić lufę pistoletu. Natychmiast podbił ją ku górze, posługując się siłą, jakiej młodzieniec nigdy by się po nim nie spodziewał. Zwarli się w walce, staruszek próbował skierować lufę ku górze i przynajmniej wytrącić broń z ręki Juniora. Młodzieniec starał się ponownie wycelować w Mikołaja.

W tym samym czasie Anderson, korzystając z zamieszania, powoli dźwignął się z fotela i, przyciskając do piersi aktówkę, ruszył ku drzwiom. W chwili gdy ujął w dłoń klamkę, w biurze rozległ się dźwięk wystrzału.

*                               *                                 *

Mikołaj leżał na podłodze, a na jego koszuli wykwitała coraz większa plama czerwieni. Dotknął powoli lewą ręką okolic rany i, jakby nie wierząc w to co się stało, podniósł umazane palce na wysokość oczu. Stojący nad nim Junior uznał ten gest za zbyt dramatyczny. Parsknął lekceważąco i omiótł wzrokiem pomieszczenie, szukając Andersona.

– Wybiera się pan dokądś? – spytał, gdy zorientował się, że watykański wysłaniec przywarł plecami do drzwi.

Anderson był zbyt przerażony, by odpowiedzieć. Czuł, jak uginają się pod nim nogi. Nie mógł oderwać oczu od Mikołaja, który nerwowo łapał kolejne, coraz mniejsze hausty powietrza. Podskoczył dopiero, gdy otworzyły się drzwi łączące gabinet z kuchnią.

Do pomieszczenia wpadła Śnieżynka. Miała na sobie poplamiony fartuch i bluzkę, której rękawy powinęła, by nie przeszkadzały w pracach domowych. Uklękła przy mężu i obsypanymi mąką dłońmi rozchyliła jego koszulę.

– Co tu się stało?! Co oni ci zrobili? Co do…

– Panie Anderson, jeszcze nie skończyliśmy. A ty, matko, opanuj się. Nadeszła pora zmian, pogódź się z tym.

Śnieżynka nie zwracała uwagi na Juniora. Gładziła twarz swojego męża, drugą ręką bezskutecznie próbując zahamować krwawienie. Mikołaj starał się skoncentrować na niej wzrok, ale przychodziło mu to coraz trudniej. Nie był w stanie nic powiedzieć, poruszał tylko bezgłośnie ustami. Po chwili jego klatka piersiowa opadła po raz ostatni.

– Coś ty najlepszego zrobił? – powiedziała, nie zaszczycając Juniora nawet przelotnym spojrzeniem.

– To się nazywa sukcesja – rzucił przyglądając się ciału. Był pewny, że jego ojciec wyzionął ducha. Zgodnie z dokumentami, w które wczytywał się od dziecka, właśnie w tej chwili to on powinien stać się aktualnie pełniącym obowiązki Mikołajem.

Nie wiedział czego się spodziewać, czy w ogóle poczuje przypływ mocy? Czy broda sama mu wyrośnie, czy będzie musiał ją zapuszczać? Czy nagle posiwieje, czy będzie musiał utlenić włosy?

– Postradałeś zmysły – fuknęła, ciągle klęcząc na podłodze. – Wyglądasz jak idiota, stojąc tak z tym tępym wyrazem twarzy.

Junior nie wypuszczał broni z ręki, choć lufę skierował ku podłodze. Wiele nocy spędził zastanawiając się, jak na jego plan zareaguje Śnieżynka. Spodziewał się histerii, szoku, nawet próby pobicia. Przyzwyczaił się do myśli, że jej też będzie musiał się pozbyć. Nigdy jednak nie przeszło mu przez myśl, że może go po prostu zwymyślać, a zaraz potem zrobi coś takiego.

– Panie Anderson – powiedziała wstając i otrzepując fartuch. Musiała to zrobić, by ukryć drżenie rąk. – Będzie pan łaskaw pójść ze mną do kuchni? Trzeba tu posprzątać.

Blady i przerażony mężczyzna nie wiedział jak się zachować. Propozycja wydała mu się kompletnie irracjonalna, ale nie miał siły stawiać oporu. Zerknął przelotnie na Juniora, który nie odwracał oczu od martwego ojca, i wtedy w jego umyśle zaświtała myśli – wszystko, zrobić wszystko, by tylko wydostać się z tego pomieszczenia.

Ruszył w stronę Śnieżynki.

– Ja… Tak… Oczywiście.

– Niech pan idzie za mną. Juniorze, zajrzyj do sejfu – rzuciła, przepuszczając oszołomionego gościa w drzwiach. Kiedy dotarli do kuchni, przesyconej zapachem piernika i dochodzącego powoli pieczonego indyka, dodała: – Ma pan kluczyki do samochodu?

Mężczyzna kiwnął nieznacznie głową, wyjmując je z kieszeni i podając jej.

– Dobrze, a teraz niech mnie pan uważnie posłucha. Biegniemy do pana samochodu tak szybko, jak tylko da pan radę, jasne? Ja prowadzę i cokolwiek będzie się działo, niech się pan nie ogląda za siebie.

*                               *                                 *

Junior nie rozumiał, dlaczego jego matka i watykański sługus tak długo szukają jakiejś foliowej płachty i wybielacza. Skoro już nabrał pewności, że mimo wszystko mógł na niej polegać, wolał by to ona zajęła się sprzątaniem bałaganu. On musiał przecież jak najszybciej przejąć obowiązki ojca. Stanowisko nie mogło pozostawać nieobsadzone, szczególnie na dwa dni przed Gwiazdką. Pozostało jeszcze kilkadziesiąt listów do przeczytania, trzeba było sprawdzić co robią gnomy i odpowiednio je popędzić. Tymczasem krew zdążyła już wsiąknąć w dywan, a świadomość obecności ojca wpływała na niego dekoncentrująco.

Dlaczego kazała mu zajrzeć do sejfu? Zupełnie, jakby nie miał nic lepszego do roboty. Akurat teraz jej zdaniem powinien przeglądać jakieś papierzyska…

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk silnika samochodowego. Podszedł do okna, gdy kierowca nacisnął klakson.

– Dobrze… – mruknął, widząc za kierownicą matkę.

Przeszło mu przez myśl, że postanowiła przewieźć ciało samochodem Andersona. Tak byłoby szybciej i wygodniej, niż gdyby taszczyła je na jakiejś płachcie, szczególnie przez zaspy.

Samochód ruszył nagle, tempem zdecydowanie zbyt szybkim, jak na panujące warunki, po czym zamiast podjechać bliżej drzwi, czy na tył domu, pomknął w stronę bramy. Nigdy nie spodziewałby się, że taka asekurantka jak ona, potrafiła prowadzić w podobny sposób.

Przez chwilę poczuł nawet coś, co przypominało zaskoczenie pomieszane z dumą. W tej samej chwili zauważył jednak ciemny kształt, sunący w kierunku drzwi od strony fabryki. Wyglądał jak fala powodziowa, w której dało się dostrzec charakterystyczne zielono-czerwone stroje gnomów. Wyciągały ku górze małe łapki, wymachując pięściami nad głowami. Kilka stworzeń, tych w pierwszym rzędzie, niosło nieprzyjemnie wyglądające narzędzia, najwyraźniej zabrane z warsztatów i stajni. Krzyczały coś, ale Junior nie był w stanie wyłapać ani słowa.

– No żesz, co jest?

Przesunął zasuwkę w drzwiach, blokując je na wszelki wypadek. Nie spodziewał się podobnego widoku. Zanosiło się na bunt i to już pierwszego dnia jego panowania. Poczuł ogarniającą go panikę.

Postąpił kilka kroków w tył zastanawiając się, co powinien zrobić. Nadal nie czuł, by stało się z nim coś nadzwyczajnego. Spróbował skoncentrować się, wyczuć umysły, serca i myśli biegnących do chatki stworzeń. Nic jednak nie działało. Nie wiedział czy z jakichś powodów nie dysponował jeszcze mikołajową magią, czy też górę brało zdenerwowanie i strach. Znał teorię, ale najwyraźniej nijak nie miała się ona do rzeczywistości. Nie mógł zrobić nic, o czym mówiły czytane godzinami notatki.

Gnomy dotarły na podwórze. Otoczyły domek i zaczęły dobijać się do drzwi. Kilka razy zapukały, potem szarpały klamkę. Uderzały w pokryte mroźnymi wzorkami szyby. Część postanowiła spróbować szczęścia z wejściem kuchennym i kiedy tylko młodzieniec usłyszał dźwięk upadających na podłogę naczyń, rzucił się, by zablokować przejście pomiędzy częścią mieszkalną, a biurem Mikołaja. Zrobił to tak gwałtowanie, że potknął się o martwą nogę ojca i padł jak długi.

Zmełł przekleństwo i nie tracąc czasu na wstawanie z kolan, zatrzasnął drzwi. Przekręcił klucz i oparł się o drewnianą płaszczyznę. Gnomy na zewnątrz krzyczały w niebogłosy. Waliły w okna i drzwi, próbowały wspinać się na ściany, jakby liczyły na to, że przez dach szybciej uda im się dostać do środka. Te w kuchni przedostały się już do korytarza prowadzącego do biura. Junior słyszał, jak rozrabiają w kuchni, krzyczały, wyrywały sobie jedzenie i siały spustoszenie w spiżarni Śnieżynki. Spokojna do tej pory okolica zmieniła się w plac boju, a on czuł się tak samo, jak wcześniej.

Siedząc pod drzwiami uzmysłowił sobie z całą bolesnością, że nie tylko został sam, ale na dodatek stracił kontrolę nad absolutnie wszystkim. Zabicie ojca było jedynym, jak mu się wydawało, przemyślanym i stosunkowo udanym wydarzeniem tego dnia. Później nic nie poszło tak, jak powinno, a najgorsze w tym wszystkim było zachowanie jego matki.

– Sejf… – mruknął, gdy przypomniał sobie jej słowa.

Podpełzł do niewielkiej, metalowej szafki. Uznał, że skoro jego matka kazała mu tam zajrzeć, to zapewne wiedziała o czymś, co jego ojciec chciał przed nim ukryć. O czymś, co mogło pomóc opanować sytuację.

Może do przejęcia mocy potrzebny jest jakiś rytuał – pomyślał. – Albo zaklęcie? Nikt o tym nie pisał, nikt nie wspominał, ale to ma sens! Przecież nie można zostawiać na piśmie śladów wszystkiego.

Ujął w ręce staromodne pokrętło i delikatnie zaczął przestawiać je tak, by w odpowiedniej kolejności wprowadzić cyfry.

– Dwa, pięć – mruczał, z koncentracji między kolejnymi słowami wysuwając między wargi końcówkę języka. – Jeden i dwa. Pomysłowo, data świąt jako kod w domu Mikołaja. To też trzeba będzie zmienić.

Szarpnął drzwiczki, gdy tylko trzymające je bolce ustąpiły. Zaczął przerzucać znajdujące się w środku teczki. Znał na pamięć wszystkie rachunki i kopie umów międzynarodowych, które w nim spoczywały. Ostatniego lata segregował je i układał tak, by łatwo móc się w nich poruszać. Od sierpnia nie otwierał sejfu, dlatego nie zdziwił się widząc, że ojciec poprzekładał część papierów.

Na spodzie dolnej półki, pod całym stosem innych rzeczy, znalazł teczkę, której nie pamiętał. Była czerwona, ozdobiona liśćmi ostrokrzewu. Na wierzchu widniał wykaligrafowany ręką jego ojca napis:

Otworzyć po mojej śmierci. M.

– Pieprzony asekurant! Jakbyś nie mógł mi wszystkiego powiedzieć za życia! Nie mam czasu na te bzdety…

Szarpnął gumkę zamykającą teczkę i wyciągnął kartki. Nie były to, jak się spodziewał, wydruki komputerowe ani rękopis. Ich autor korzystał ze staromodnej maszyny do pisania, niektóre nosiły też ślady kalki.

– Ja pierdolę… – syknął tracąc nad sobą resztki kontroli. – Co to ma, kurwa, znaczyć? Papiery adopcyjne z 1973 roku?

Gwar na zewnątrz zdecydowanie narastał. W pewnym momencie dołączyły do niego dźwięki siekiery, którą jeden z gnomów próbował rozbić drzwi.

– Przecież tu jest moje imię? Oni mnie adoptowali?!

Moc dziedziczy każdy pierworodny – zawdzięczały mu w uszach słowa Andersona. – Syn z prawego łoża.

Pod dokumentami ze szwajcarskiego sierocińca znalazł plastikową koszulkę z jeszcze kilkoma kartkami. Wyjął je i przejrzał, zastanawiając się, ile czasu mu zostało.

– A to co? Akt urodzenia z 1956 roku?

Do dokumentów dołączone było kilka zdjęć człowieka, który jak wynikało z papierów, nazywał się Mikołaj von Mira. Na najstarszym mógł mieć nie więcej, niż piętnaście lat. Ostatnie pochodziło z tegorocznych wakacji. Był starszy od Juniora i w przeciwieństwie do niego, niezwykle podobny do Śnieżynki. Miał jej oczy, brwi i nos. Pod koszulką z głupawym nadrukiem zarysowywał się coraz potężniejszy brzuch.

– Test DNA? Watykańskie potwierdzenie pierworództwa? Nie… Nie… Jak on mi to mógł zrobić? Jak on, kurwa, mógł? A to co? Mail, telefon i aktualny adres na Kajmanach? No bez jaj…

Kolejne uderzenie siekiery przebiło się przez drzwi frontowe. Niewielka, ciemnoskóra rączka, zakończona zielonkawymi, spękanymi pazurkami, sięgnęła przez szparę do zasuwki. Chwyciła ją i mocno pociągnęła.

Junior wstał powoli, wziął do ręki pistolet i wycelował w stronę drzwi.

– Zostało jedenaście pocisków… Dziesięć dla was.

Grudzień 2013

 

Wigilia i Pasterka

Nadesłaliście mi tyle materiałów na święta (dziękuję!), że nie mam wyjścia, już wczoraj połączyłam teksty Romana Brodowskiego ze zdjęciami Krysi Koziewicz, dziś natomiast najpierw “z życia wzięta” jak najbardziej aktualna proza Basi Kowalskiej, potem harcerski tekst o Pasterce sprzed prawie 80 lat, a na zakończenie jeszcze ja się troszeczkę wymądrzam. No tak! Wszystkiego najlepszego i Happy Chanukka!

Basia Kowalska

Przy wigilijnym stole

przy-wigilijnym-stole-1-docx

25.11

Co?! Mamo! Zaprosiłaś Stefana z Magdą i z ciocią? Będzie Paweł i Kacper..? Paweł, Kacper, ciocia są w porządku – ale oni! Do tego te dzieci! Trójka dzieci! No litości… A dlaczego oni nie jadą do rodziców Magdy do tych Kozich Głów czy gdzieś?! No tak – nie chce im się. Wiadomo, upakować troje dzieci w samochodzie, parę godzin tłuc się tym samochodem, tam się gnieść – u rodziców, w ciasnocie dzień i noc, to wygodniej się wprosić do nas! Nie zaprosili nas na chrzciny ale na Wigilię to bardzo chętnie przyjdą… Tak, oczywiście, że ich nie lubię. Tak, właśnie dlatego, że są taką wspaniałą zakochaną w sobie rodziną, a ja jestem rozwiedziona. Tak, zazdroszczę im tego, że oni mają trójkę dzieci a ja nie mam żadnych. Tak, wkurza mnie to, że Magda ma męża a ja nie.

27.11

Co to za rodzina! Stefan nie chciał mi pomóc ze sholowaniem samochodu, gdy go o to prosiłam. „Ja mam żonę i dzieci, którymi muszę się zająć, ale wykup sobie na przyszłość assistance” – tyle od niego usłyszałam. …A pamiętam jak z ojcem holowaliśmy naszym maluchem – malucha wujka, w którym Stefan siedział jako mały brzdąc. Jechaliśmy przez całą Warszawę. Sznurek zerwał się dwa razy, trzeba było wiązać. Mróz był i czołgi na ulicach, a my spieszyliśmy się, by wrócić do domu przed 22. Przyjechaliśmy 10 minut po. Mama była mocno zdenerwowana. Jakoś nam nie przyszło do głowy powiedzieć: „sorry – twój problem”.

30.11

Szkoda, że moje życie się tak potoczyło… Nie ma przy mnie tych, których kocham… Nie sądziłam, że tak będzie…

02.12

Mamo, poproś ciocię żeby poprosiła Kacpra żeby nie wchodził z ojcem na tematy polityczne. I poproś ojca, żeby nie prowokował Kacpra. Jeśli ty go poprosisz, to on to będzie miał na względzie, jak ja go poproszę to go to tylko rozsierdzi…

04.12

Tyle pieniędzy pójdzie na te Święta… W tym roku zrobię to tak, żeby jak najmniej wydać… Żadnych specjałów… Dla kogo mam się starać?… Dla Stefana? dla Magdy?… jasne… Tylko tak zrobić, żeby stół ładnie wyglądał ale z gotowaniem to się nie wysilać…

10.12

O! pojawiły się już choinki na ulicach. Ciekawe po ile? Jak ma się dzieci to pewnie ale tak dla siebie samej…? Poza tym przytaszczyć ją do domu… …hm …taka choinka to jest dużo ładniejsza niż sztuczna. W zeszłym roku rozstawiłam sztuczną to może w tym roku postawić prawdziwą! Bombki zupełnie inaczej wyglądają jak wiszą na żywych gałązkach. Sztuczna to taka atrapa, plastik, a prawdziwa… pachnie ładnie …

13.12

Może zrobię sałatkę z brokułów, kukurydzy, jajka, fety i świeżego ogórka? O tak, ona jest dobra. Tylko trzeba w ostatniej chwili przed podaniem na stół dodać ogórek i majonez. W przeciwnym razie woda wycieka i się robi nie smaczna. Przepis dostałam od Agnieszki, siostry Adama, zanim się rozwiedliśmy… Lubiłam ją… A może zrobię kutię? – z maku, klusek, miodu, pomarańczy… Zrobiłam 5 lat temu, jak spędzaliśmy Wigilię u teściowej… już świętej pamięci…

16. 12

Barszcz kupię Krakusa ale pierogi to zrobię sama. Moje – nie równają się z kupnymi. A Magda to akurat tak słabo gotuje, że może się ode mnie uczyć! Jak kiedyś upiekła ciasto to na stole stało i stało! I na talerzach zostało u wszystkich! Po prostu było – niejadalne. Nie to co moje wypieki! Znikają od razu! Zrobię rafaello. Podkład z krakersów, krem z mleczka kondensowanego, wiórki kokosowe… Łatwe w przygotowaniu, nie trzeba piec, tylko chłodzić. Zawsze wszystkim smakuje i zawsze w magiczny sposób znika ze stołu… I wszyscy się rozpływają nad tym ciastem – jakie to ono dobre… I mnie chwalą! To jest warte zachodu.

  1. 12

Choinkę kupiłam prawdziwą – 100 zł. A co tam! Raz się żyje! Czy to że nie mam własnej rodziny to znaczy, że nie mogę mieć także choinki takiej jaka mi się podoba! Ubrałam ją jak zwykle pięknie. Nie chcę się chwalić ale w rodzinie to zawsze choinka w moim domu była najładniejsza. I tak trzymać!

  1. 12

Kupię jeszcze drożdże do kulebiaka z kapustą i grzybami.. Przy okazji odbiorę obrus z pralni. Jeszcze zmienię firanki. …Łazienkę, ubikację, kuchnię już posprzątałam, może uda mi się dziś wcześnie położyć, wyśpię się bo zmęczona jestem… Jeszcze przed świętami muszę zapłacić rachunki i pójść do administracji, wyjaśnić sprawę z miejscem na rower w piwnicy. Sąsiad stanął na moim legalnym miejscu i się jeszcze awanturuje. Trzeba to wyjaśnić, nie przeciągać sprawy na Nowy Rok.

23.12

Choinka wygląda przepięknie. Duże bombki wiszą na dole a im wyżej tym mniejsze – to jest szyk! Tata mnie tak uczył ubierać jak byłam mała. Lampki – równomiernie rozmieszczone, i żeby nie było np.: dwóch czerwonych obok siebie, albo dwóch zielonych… Z przodu, wiszą te, które coś przedstawiają – złoty tukan, łabądź, szopka, mikołajek, dzwonek. A z tyłu – te, które są nadgryzione zębem czasu ale mają jakąś wartość sentymentalną, np.: taka, którą babcia kupiła za okupacji.

24.12

Goście poszli. Ale pięknie Antoś zaśpiewał kolędę! I znał wszystkie zwrotki! A jak im smakowało moje ciasto! Ręce im same chodziły do stołu. A jak przy piątej porcji Magda powiedziała maluchom – „dość” – to Martynka się rozpłakała jak bóbr, wyła jak syrena J Fajnie, że Paweł przyjechał z Dubaju. Jako skrzypek w Polsce nie ma co liczyć na pracę. Jemu nie poszło z założeniem rodziny, chociaż bardzo chciał… Kacper mi doradził jak spisać umowę pod wynajem mieszkania – dobrze mieć w rodzinie prawnika, do tego ma świetne poczucie humoru… Ciocia przyniosła pyszne, własnoręcznie robione śliwki w zalewie słodko-kwaśnej i kiszone jabłka, palce lizać… Fajnie, że przyszli…

24.12 – godz. 22.

Pasterka. No, tu to akurat zawsze jest święto. Dusza się raduje. „Bóg się rodzi, moc truchleje…”
(…)

…To przypomina mi wierszyk z dzieciństwa, który kończy się tymi słowami:
„Tyle to trzeba trudu, mozołu – dla sporządzenia jednego stołu”.

przy-wigilijnym-stole-2-docx

Rys. Lutczyn, z książeczki dla dzieci pt.:„Stół” – autorstwa Juliana Tuwima.

Życzę wszystkim aby w Święta Bożego Narodzenia zasiedli do jednego stołu z tymi, których kochają. Życzę wszystkim aby przez kolejny rok, nie tracili zapału, siły i wiary by ten jeden, wspólny stół tworzyć. Życzę wszystkim aby tych, których nie kochają ale przy wspólnym stole, w ten wyjątkowy wieczór – goszczą, bo tak wypada – zaakceptowali takimi jakimi są, puścili w niepamięć to co dzieli, darowali to co boli; nikt nie jest doskonały.

Na pustyni nie ma ludzi, których nie lubimy a przecież nikt by tam nie chciał spędzać świąt.

….Ciiii, Dzieciątko usnęło…

skrzydla1Ewa Maria Slaska

W styczniu 1930 roku ukazał się pierwszy numer gazety harcerek – Skrzydła. Taka data widnieje na okładce. Jednak numer musiał się ukazać co najmniej tydzień wcześniej i musiało to być zaplanowane, bo na pierwszej stronie umieszczony został tekst zatytułowany Na pasterkę.

Są święta, po cygańskiej wigilii chodźmy więc na harcerską Pasterkę.

Być może tekst, który tu cytuję, został napisany przez Karusię czyli moją cioteczną babkę, Karolinę Lubliner-Mianowską. Była ona harcmistrzynią Rzeczypospolitej Polskiej, doktorem biologii, specjalistką briologii czy jak się ta jej dziedzina wiedzy nazywała, którą my w domu nazywaliśmy “mchy i porosty”. Piszę, że tekst o pasterce napisała być może Karusia, a być może nie, bo wiele autorek pisało do Skrzydeł zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i pod pseudonimem, a czasami również sygnowały swoje krótsze teksty po prostu literą. Karusia pisywała więc jako Karolina Lublinerówna i jako Bukowa Jagoda, natomiast z podpisami literowymi jest kłopot, bo teksty podpisane K.L. są zapewne jej, ale ten króciutki opis harcerskiej wędrówki na Pasterkę został podpisany tylko literką L, czyli jego autorką mogła być też druhna harcmistrzyni Lewandowska.

pasterka-kl***
Byłam ostatnio w Warszawie i spędziłam dwa dni w Bibliotece Narodowej czytając harcerskie Skrzydła. To piękna lektura i jak sądzę całkowicie zapomniana.  Oto jakimi słowami harcerki rozpoczęły swoją działalność wydawniczą:

Mottem był cytat z Promethidiona Norwida: Słowo jest czynu testamentem.

A przesłanie gazety było jednocześnie tłumaczeniem jej tytułu:

Niech Skrzydła niosą w świat słowa nasze – testament naszego czynu – i niech je rzucają na glebę żyzną. Niech Skrzydła nasze mają moc i treść.

***

W najbliższym czasie opublikuję tu kolejne artykuły Karoliny Lublinerówny i Bukowej Jagody. Już teraz zapowiadam – Bukowa Jagoda pisała o lesie i przyrodzie, ale Karolina, o!  Karolina, pisała między innymi o myśleniu, w tym również o myśleniu logicznym.

Czego i nam wszystkim życzę w ten dzień świąteczny!

***

PS. Jeden numer miesięcznika Skrzydła kosztował 50 groszy.

Po polsku

p1270420


Krystyna Koziewicz (zdjęcia), Roman Brodowski (proza i poezja)

Apokryf II

Na niebie jak kiście winogron
Rozbłysły gwiazdy wróżebne
Stada owiec pasły się spokojnie
A powietrze wypełniał smutek

Szarojesiennej nostalgii czas nastał
Niedobra to pora dla wędrowca
Mężczyzna z brzemienną kobietą
Szukali ciepłego kąta na nocleg

W Betlejem brak było miejsca
Nikt nie lubi obcych pod dachem
Niepotrzebny zbędny balast
W czas nocnego spoczynku.

Chłodny wiatr wiał ze wschodu
A wokoło nic – bydlęca stajenka.
Proroctwo rzucone na jałową glebę
Czekało poczęcia Bożego majestatu

I nagle zwyczajny płacz dziecka
Leżącego obok oślicy przy żłobie
Matka przytuliwszy dziecię do piersi
Błogosławiła Pana na niebiosach

I nastała era nowego przymierza…
– Ojciec złożył ofiarę ludzkiego cierpienia –

Nieliczni uwierzyli tej prawdzie.

p1270416

Dlaczego mój świąteczny tekst rozpoczynam tym apokryfem? Ano właśnie dlatego że są to święta upamiętniające biblijny przekaz narodzin tego, który stał się ziarnem chrześcijańskiej doktryny wiary, Jezusa zwanego Chrystusem. To właśnie On uczył nas boskości. Zgodnie z jego nauczaniem, człowiek należący do grona wybrańców Wszechmogącego, to ten który wierzy, trwa w nadziei i kocha innych, ten który kieruje się trzema bożymi przymiotami jakimi są: wiara, nadzieja i miłość. Wielokrotnie Jezus na pierwszym miejscu stawiał miłość jako najważniejszy element potrzebny do zbawienia, bo, jak twierdził, „ jego niebiański Ojciec jest „miłością”.

p1270412

Co prawda, faktycznej daty urodzenia twórcy chrześcijaństwa nie znamy, bo w kronikach cesarstwa rzymskiego, zarówno na terenie Judei jak i innych prowicji wchodzących w jego skład, brak jest jakichkolwiek zapisów potwierdzających fakt narodzin Jezusa. Trochę skąpych informacji zasięgnąć możemy od ewangelistów Mateusza i Łukasza, oraz rzymskiego filozofa i historyka żydowskiego pochodzenia, Józefa Flawiusza, urodzonego w 36 roku, który w swoim dziele „Dawne dzieje Izraela” dwukrotnie wspomniał o Jego istnieniu.

Wiara jednak nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą.
Symboliczną datę narodzin tego największego z ludzi, a jednocześnie bożego syna chrześcijaństwo zapożyczyło od innych, wcześniejszych religii, jak mitraizm czy religia egipska. 25 grudnia, moment przesilenia zimowego, święcił mitraizm jako dzień Sol Invictus i Solaris, Słońca Niezwyciężonego czyli boga Mitry. Egipcjanie 6 stycznia czcili urodziny Ozyrysa, dzisiaj jest to dzień Bożego Narodzenia we wschodnim chrześcijaństwie. Na marginesie dodam, że dzień 25 grudnia jako dzień urodzin Jezusa chrześcijaństwo obchodzić zaczęło dopiero w 354 roku.

p1270410

Ale powtórzmy, wiara nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą. Dla nas, chrześcijan kościoła katolickiego, wieczór czuwania – wigilia, pasterka, święta „Bożego Narodzenia”, mają charakter szczególny. Z jednej strony przypominają nam o postaci Jezusa, o jego roli w tworzeniu naszej religii, o jego życiu, misji, jaką miał do spełnienia na ziemi, oraz ofierze, jaką złożył za nas ludzi, swoją osobą. Z drugiej zaś strony dni te są okazją do wspólnej rodzinnej biesiady w duchu chrześcijańskiej pobożności. I właśnie ta chrześcijańska pobożność, zwłaszcza w tym okresie powinna pobudzić nas do refleksji, do zadumy nad tym, jacy tak naprawdę jesteśmy. Ile jest w nas prawdziwej miłości, wiary i nadziei, a ile pozoru bożego człowieczeństwa.

p1270333

Kiedy zasiądziemy do wspólnego, wigilijnego stołu, zanim podzielimy się z najbliższymi opłatkiem, pomyślmy o innych. O tych, których na co dzień nie zauważamy, czasami nie tolerujemy, traktujemy jak obcych czy też wrogich nam.

Tymczasem zgodnie z nauczaniem Tego, którego dzień narodzin świętujemy, wszyscy pochodzimy od jednego źródła jakim jest „Miłość” – Bóg Ojciec. A To zobowiązuje.

Święta Bożego narodzenia, mimo sakralno-teologicznej otoczki są świętami szczęścia. Upiększone wiekowymi tradycjami, w każdym regionie innymi, obrzędami pochodzącymi często z przedchrześcijańskiej kultury, sprawiają nam radość. Do tego syto nakryte stoły, choinka, oraz prezenty którymi nawzajem się obdarowujemy. Czy to wszystko nie jest piękne.

Tak, nieważne kiedy i gdzie urodził się Jezus, ważne, że w niego wierzymy, że dzięki temu co ewangeliści nam o Nim przekazali, o jego dla nas przesłaniu, możemy stać się lepsi, empatyczni i ludzcy.

p1270474

Święto emigranta

Stary kalendarz kłania się ze ściany
Wypełniony naszym doświadczeniem
Przypomina że święta nadchodzą
Czas rodziny – Boże Narodzenie.

Stół nakryty świątecznym obrusem
Pod nim siano skoszone jesienią
A na stole potrawy (dwanaście)
Wokół pachnie naszą polską ziemią.

Świerk stojący w gościnnym pokoju
Obwieszony szklanymi bombkami,
A pod świerkiem prezenty świąteczne
Które przywiózł… Mikołaj (saniami)

Już za oknem na bezkresie nieba
Srebrzy jasno gwiazda zwiastowania
Przypomina że czas nadszedł dla nas
Miłości, radości, pojednania.

Jeszcze tylko modlitwa dziękczynna
Po niej kruchy, opłatek chlebowy
I życzenia lepszej, dalszej drogi
W szacie nowej, duchowej odnowy

Każde święta zawsze takie same
Takie nasze, chociaż na obczyźnie ,
Bo wywodzą sie z naszej tradycji
Tej tradycji jaka jest w ojczyźnie

Lida / Białoruś 23.12. 2009
p1270443
Krystyna Koziewicz sfotografowała te szopki w ubiegłym roku w muzeum Alte Münze w Berlinie

Życzenia z okazji przesilenia zimowego, końca starego roku oraz początku nowego

Ryszard Dąbrowski

Tym razem, z okazji przesilenia zimowego, przekazujemy Wam życzenia od naszych Aniołów.

Załączamy ich zdjęcie w pokoju stołowym. Mieszkają tu te trzy dobre duchy, strzegące mojej muzy G. i mnie.

4_anioly

Cynowy nagrobny Anioł (rekwizyt teatralny?) to prezent od Zygmunta Duczyńskiego (ach, szaleńcza młodociana młodość), naszym zdaniem, jednego z najgenialniejszych szczecinian po 1945 roku. Te dwa drewniane na ścianie, to rzeźby Jurka Gąsiorka „Gąsiora” z Gorzowa (dojrzała dojrzałość). Mniejszy nazywa się „Anioł Brzemienny”, a ten większy ma na imię „Anioł Apokalipsy”. Raz do roku, pod koniec grudnia, dołącza do nich ten czwarty, kto wie czy nie najważniejszy.

Ten Anioł, będący zawsze co roku ozdobą zawieszanej u nas u sufitu grudniowej choinki*, to własność mojej prababci Katarzyny Jędrzejewskiej (historyczna historia). Sprezentowali go jej rodzice, a moi prapradziadkowie, Stanisław i Marcjanna. Poprzez moją babcię Bronisławę Sadowską vel Sadochę oraz matkę Wandę Lewandowską, jestem teraz w posiadaniu tego stróża. Później odziedziczy go jedna z moich córek.

Anioł ten żyje już prawie 140 lat, i tego Wam życzymy, a jak się nie da, to przynajmniej 100 lat…

Chociaż, jak twierdzi wiele leciwych babć i dziadków, te ostatnie lata są najtrudniejsze i być może nawet tego nie warte (nieuchronna przyszłość). A więc cofamy to … i życzymy wam, aby w 2017 roku spełniły się Wasze najskrytsze marzenia i abyście uczynili wszystko dla ich spełnienia (słodka nadzieja).

Grażyna & Ryszard

* W grudniu 1975 roku, byliśmy (G. & R.) na nartach w Beskidzie Śląskim. Ponieważ kolekcjonowałem wtedy stare ścienne zegary, które sam reperowałem, odwiedzaliśmy okoliczne gospodarstwa, pytając ich mieszkańców, czy nie mają jakichś na sprzedaż. Podczas bytności w jednej z chałup zaintrygowała nas, odmiennie niż u wszystkich, wisząca u sufitu choinka. Na nasze wyartykułowane zdumienie, gospodarze równie zdziwieni – odpowiedzieli: „a u nas jest tak zawsze”.

Od tamtego czasu i u nas też jest tak zawsze.

Reblog oder so. Also.

Den Text hat Elke Heidenreich geschrieben. Ich habe es gefunden, gelesen und staunte, wie heil und glücklich doch unser Welt vor nicht mal 30 Jahren war. Seit Januar 1985 lebte auch ich schon in dieser Welt und ich kann mich ganz gut daran erinnern, dass wir alle dachten: So ist unser Leben und so wird es IMMER sein. Wer von uns ahnte im Dezember 1988, was im nächsten Jahr alles beginnt und wie es endet?! Und die Bundeskanzlerin haben wir auch, Gott sei es Dank, und sie soll ewig regieren. Heute braucht sie uns noch mehr als vorher! Frohe Weihnachten Angela Merkel! Mir scheint, du bist die einzige, die etwas für uns, für Deutschland, für Europa, für Aleppo machen wird! Ich bin stolz auf Dich. Du schafft es!

Crazy Christmas!

. . . woran kann man sich denn bloß noch halten? Sagen Sie doch selbst – irgendwie ist nichts mehr wie früher, oder? Früher wußten wir: Sonntag war, wenn es nach Braten roch und man die weißen Kniestrümpfe anziehen mußte. Weihnachten war, wenn es nach Plätzchen roch, draußen Schnee lag und man nicht ins Wohnzimmer durfte, Mai war, wenn es Erdbeeren, Dezember, wenn es Grünkohl gab. Eine Schreibmaschine sah aus wie eine Schreibmaschine. Heute sind Schreibmaschinen Computer mit Fähigkeiten wie speichern (?) und Proportionsschrift (??). Und Weihnachten… ach, du liebe Zeit. Wo ist sie, die letzte Woche vor Heiligabend, wenn in jedem Zimmer noch schnell was gebastelt, geklebt und heimlich getan wurde. Weihnachtsgeschenke kaufen wir doch im Sommer, wenn der neue Katalog kommt, und dann haben wir diese Kiste, in der immer Geschenke für alle Gelegenheit liegen. Und wahrscheinlich, ja so gut wie sicher, sind wir Weihnachten sowieso nicht zu Hause – was sollen wir auch hier bei Nieselregen. Weihnachten geht es ab in die warme Sonne! Unter Palmen wollen wir sitzen und eisgekühlte Cocktails trinken, zum Teufel mit Mandelkeksen und Tannenbäumchen, außerdem kann man sich einen Wahnsinnspaß machen und ein zusammenklappbares Plastikweihnachtsbäumchen mitnehmen, das steht dann am Swimmingpool und wirkt rührend.

Was sollen wir denn Weihnachten essen, wir dennoch Daheimgebliebenen? Festtagsbraten ist auch passsé, wie wäre es mit einem leichten Spargelgericht? Es gibt ja alles immer, Mandarinen im Sommer, Spargel im Winter, Erdbeeren rund ums Jahr, und das Weihnachtsoratorium, „Jauchzet! Frohlocket!“, das bringt und am meisten in Stimmung, wenn wir im Frühling auf der Wiese in Toskana liegen und in den blauen Himmel gucken. Alles ist verschiebbar! Alle Werte lassen sich umkrempeln! Männer haben wieder Zöpfe, Frauen ausrasierten Nacken, Unterwäsche trägt man außen, und im Sommer fährt man Ski, um im Winter surfen zu können.

Ich will ewige Werte! Ich will Regen am Totensonntag und Schnee an Neujahr, Kirschen im Sommer und Nüsse im Herbst, ich will männliche Männer und weibliche Frauen und nicht dies androgyne Getue, ich will Weihnachten Weihnachten und Ostern Ostern, und die Braut soll Weiß tragen und der Gärtner eine grüne Schürze, und der Mörder ist der Gärtner. Alles soll sein wie immer, und alle Menschen sollen alles verstehen. Prost.

Wahrscheinlich habe ich jetzt ein Glas zu viel getrunken? Was ist denn los?

Ich weiß auch nicht. Da sitze ich im Dezember, im leichten Blumenkleid in der Sonne, ich sag nicht wo! Und sehne mich nach Weihnachten und Stille Nacht, hier ist heute „Rock um die Uhr“ und wir essen Mangos und schenken uns nix, Schenken ist out, und alles ist möglich, und alles ist egal, ja, was denn nun? Will ich alles so haben wie früher? Nein, nicht doch! Aber das Romantische, das Althergebrachte, das Gewohnte, ach, wenn es so ganz verschwindet, dann wird der Mensch ein Rohr im Winde. Wo anfangen? Wo aufhören? Mit zehn lesen wir Shakespeare, mit vierzig sehnsüchtig umflort „Die Häschenschule“. Rote Rosen auf dem Grab, weiße Lilien am Bett, nicht Mal der Bundeskanzler ist heute mehr, was er früher Mal war. Und stellen Sie sich mal vor, eines Tages könnte der Bundeskanzler sogar eine Frau sein! Dann fällt Weihnachten auf Ostern, wetten?

Dezember 1988, Brigitte Nr 26

Wiersze na święta i na życie (kobiece)

Teresa Gęsiarz

W tę noc…

Kiedy zalśnią srebrną poświatą
gwiazdy zbłąkane na nieboskłonie.
Kiedy anielski śpiew się rozniesie.
Złączą się dłonie.

Ta noc niezwykła, cudem pachnąca,
serce z rozumem zdoła pogodzić.
Wspólną rozmową, w oczekiwaniu
na Cud Narodzin.

W zaciszu domostw, przy wspólnym stole,
Biały Opłatek miłością się mieni,
w rytmie kolędy “Wśród nocnej ciszy”,
czas się Nim podzielić.

Popatrzcie sobie głęboko w oczy,
niech w słowach dźwięczą radości nuty.
Kawałek serca oddajcie w życzeniach,
bez cienia obłudy.

I choć daleko od Was, od rodziny,
to jestem blisko, całym swoim sercem,
i myślami tuż przy Waszym stole.
Tam, gdzie wolne miejsce…

17.12.2016

teresa-obrazek

a kiedy noc…

zamykam dzień
w pustych ramionach wyziębienia

zimowe słońce
ostatnie promienie zabiera
z bezradnych nadgarstków
już noc zagląda przez okno
strasząc
kolejną bezsennością

tylko srebrny księżyc
puszcza do mnie oczko
obiecując swoje towarzystwo
dopóki świt
nie przegoni cieni

mojej samotności

16.12.2016

Magia…

Podzielę się z tobą marzeniami
o smaku bezsennych tęsknot,
co nocą błądzą po smutku ścianach,
cicho szepcząc…

Podzielę się z tobą kroplami duszy,
lśniącymi na rzęsach szklanym szczęściem.
W źrenicach malują krajobraz z nami…
Więc jesteś…

Podzielę się z tobą kolorem miłości.
Czerwienią na ustach drżącą czekaniem.
Uspokój ją miły magią pocałunku,
to zostanie…

16.12.2016

Zimowa zazdrość…

W mroźne
niewyspane noce,
sny zabłądziły gdzieś zimą.

A ja
zazdroszczę drzewom,

bezlistnym snem śpiącym,
przykrytym śnieżną pierzyną…

13.12.2016

zbyt daleko…

w pustej przestrzeni
gdzieś między sercem
a duszą
zabrakło miejsca na sny

znów noc
szyderczym śmiechem mnie dogania
rozlewam się smutkiem
jak niewypowiedziane łzy

układam szept na ustach
kołysząc oddechem
zmęczone powieki

przepływam
przez palce ciemności

snem bez snu

zbyt dalekim…

12.12.2016

kwarantanna…

nie próbuj mnie zrozumieć
gdy rozsypana po brzegi
puszczam twoją dłoń
by zniknąć na chwilę
w obłokach
roztargnionych myśli

nie próbuj mnie zatrzymać
gdy chowam się w ciemności
szukając
rozdartych bezsennością snów
by wypełnić źrenice
wspomnieniem światła

nie pytaj o nic
gdy omijam w milczeniu
pogubione słowa
by pozwolić
rozpłakanym kartkom
wyschnąć

szukam siebie
samotnością

poczekaj….

10.12.2016

destrukcja…

dotykam dłońmi dna
druzgocząc duszę
demonicznymi domysłami
drwiącego dualizmu
depcząc dni
dławiącą dominacją
depresji

10.12.2016

bez znieczulenia…

w pustej przestrzeni
między rzeczywistością
a marzeniami
rozlały się chwile
wyrwane z uścisku losu

skrępowana cisza
krzykiem odmówiła grzechom
przebaczenia
rozcinając niebo
skargą łez

przez niedomknięte drzwi
ostrych słów
spłoszone sny
zerwały się do lotu jak ćmy
by spłonąć
w ogniu niestabilności

wypełniona po brzegi
wypłowiałą siłą
rozbijam się o życie

bez znieczulenia…

05.12.2016

obce powieki…

rozplątuję mokre rzęsy
na brzegu rozmytych spojrzeń
co toną w metaforach
rozlanych myśli

czas
niespokojnym strumieniem
obudził męczący lęk
otwierając
wczorajsze blizny

tak trudno oddychać
gdy oczom

obce powieki…

04.12.2016


Teresa jest wrocławianką,  mieszka w Wielkopolsce. Od 15 lat mieszka również i pracuje w Niemczech, teraz – w Berlinie. Pisze wiersze i maluje.