Okolicznościowo 2

We wczorajszym wpisie Autor pisał o podziemnej szczecińskiej efemerydzie wydawniczej, “Jednodniówce bezokolicznościowej”, dziś  – o innej własnej i niezależnej publikacji podziemnej w stanie wojennym. Oba wpisy są oczywiście przypomnieniem, że dziś to wczoraj, tylko jeszcze gorzej. Bo wtedy dokładnie wiedzieliśmy, kto pierwszy był za a kto przeciw. I tak jak słowami Moczulskiego śpiewał Grechuta, wiedzieliśmy, gdzie mamy być i my. Teraz już trudniej to wiedzieć. 35 lat temu nikt już nie wierzył w Komunę, nawet komuniści w nią nie wierzyli, a teraz dostaliśmy się w łapy tych, którzy wtedy mogli spać za długo.

Zanim jednak oddam głos autorowi, aby uczcić pamięć tamtego dnia i wszystkich, które potem przyszły, pozwolę sobie przypomnieć naszego barda i polskiego Boba Dylana:

Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy w nas rozpoznał —
Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?

Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie?
Kto pierwszy został panem? Kto pierwszy został sługą?
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo?

Ryszard Dąbrowski

„Niezależny Samorządny Informator”, tytułowany również „nsi”

Organ prasowy jednoosobowej „agencji informacyjnej” miasta Szczecina utworzonej przez Ryszarda Dąbrowskiego, który był jego jedynym redaktorem.

Celem tego „pisemka” było przełamanie jednostronnego i tendencyjnego monopolu mediów komunistycznych.

Dąbrowski zbierał informacje o aktualnych wydarzeniach na terenie Szczecina i publikował je w biuletynie „nsi”, który przepisywany był na maszynie do pisania, obustronnie na przebitkowym papierze, w nakładzie 8 egzemplarzy (tzn. oryginał i 7 kopii).

Dostarczycielami informacji do tego pisma byli:

– z Politechniki Szczecińskiej – dr Jerzy Słonecki oraz także tam pracująca jego żona Alina,
– z więzienia w Potulicach, gdzie odbywali wyroki szczecińscy działacze „S”, żona jednego z tam uwięzionych, Sławomira Milczanowska,
– z ośrodka dla internowanych w Wierzchowie – żony tam uwięzionych,
– z terenu Stoczni Szczecińskiej – Longin Komołowski,
– ponadto wykorzystywane były informacje zbierane od znajomych Dąbrowskiego, którzy byli świadkami różnych wydarzeń, a których nie informowano, iż ich relacje zostaną opublikowane.

W miarę możliwości Dąbrowski starał się, informacje te, przed ich opublikowaniem, weryfikować.

Biuletyn ten przekazywany był do warszawskich pism: „Tygodnika Wojennego” i „Tygodnika Mazowsze” oraz szczecińskich „Feniks”, „Prolet”, „Biuletyn Informacyjny” i „Z podziemia”.

Dąbrowski znajdywał niekiedy przedruki ze swojego serwisu informacyjnego w w/w pismach, i tak w „TW” wykorzystano jego teksty w numerach: 26, 29, 30, 34, 35, 41 i 44, w „TM”: 27 i 28 oraz „Z podziemia” w numerach 12, 13 i 15. Przedruków tych tekstów musiało być znacznie więcej niż tutaj podano, jednak redakcja otrzymywała te pisemka nieregularne, co uniemożliwiało pełną ich weryfikację.

nsi” otrzymywali także, poprzez ks. Stanisława Małkowskiego, dziennikarze z telewizji niemieckiej i francuskiej akredytowani w Warszawie.

Pierwszy numer „nsi” ukazał się w maju 1982 r. a ostatni w połowie grudnia 1982 r. i nosił numer 17.

30 grudnia 1982 Ryszard Dąbrowski wyemigrował z Polski.

Nie zarchiwizował on niestety poszczególnych wydań tego biuletynu i ich nie zreprodukował, i tak wiatr historii zmiótł z powierzchni ziemi prawie wszystkie jego wydania, poza dwoma numerami (12 i 15). Tutaj ich reprodukcje:

nsi-12 nsi-15

Okolicznościowo

hallo,

w stanie wojennym “bawiły”, mnie, młodego prowokatora, różne niedozwolone dzialania.
ślady tych poczynań można niekiedy napotkać w różnych książkach czy stronach internetowych oraz archiwach i nie zawsze odpowiadają one zaprzeszłej rzczywistości.
z tego też względu pstanowiłem krótko dać im świadectwo. powodowało mną też to, aby w przyszłosci, kiedy mnie już nie będzie, jakiś “ziutek” nie stwierdził: “to moje, to ja to robiłem“.
tutaj krótka historia “jednodniówki bezokolicznościowej” oraz skany wszystkich posiadanych jednodniówek od nr. 1 do 8.
brak jeszcze numeru 9. kazik jordan twierdzi, że przeszukał już swoje archiwum, ale go nie znalazł.
ale nie traćmy nadziei…
może kiedyś, za sto lat, znajdzie się gdzieś jej egzemplarz.osobnym e-mailem posylam bardzo szczątkową dokumentację jeszcze jednego periodyku przy którego egzystencji “maczałem palce”, czyli “nsi”.*
ha… to były czasy…
komuniści ścigali nas z pepeszami w ręku, śnieg po szyję, a my w zboże i kukurydzę uciekliśmy im do lasu do naszych ziemianek i sanitariuszek.
na shledanou.
uściski.
r.

Ryszard Dąbrowski**

„Jednodniówka bezokolicznościowa”

 „Jednodniówka bezokolicznościowa” była ciekawą efemerydą na „podziemnym” rynku prasowym w Szczecinie, a być może i w całej Polsce. W dużej części humorystyczne, surrealistyczno-anarchistyczne i ekstrawaganckie pismo wyróżniało się szatą graficzną i licznymi rysunkami.

Wydanych zostało dziewięć numerów, drukowanych techniką sitodruku, przy pomocy farby drukarskiej „zmiękczanej” pastą do prania „Komfort”, w nakładach po 1.000 egzemplarzy. Drukarzem pierwszych czterech numerów, aż do zaaresztowania go w dniu 13 kwietnia 1983, był Piotr Jarocki.

Pod koniec listopada 1982 roku, Ryszard Dąbrowski, który był w trakcie finalizowania formalności związanych z wyjazdem „na stałe” z Polski, na pożegnanie, wraz ze swoim kolegą Longinem Komołowskim, opublikował obustronną ulotkę formatu A4. Pomysłodawcą nazwy dla tej ulotki był Dąbrowski.

W „Jednodniówce bezokolicznościowej”, z datą 23.11.82, w myśl zasady: mamy godność, honor i jesteśmy przeciwko, zamieszczony został apel Aleksandra Sołżenicyna, aby żyć w prawdzie i z honorem. Pismo to niejako z rozpędu oznaczone zostało numerem „1?

1dniowka

Później były jeszcze dwa wydania, a jeszcze później sześć.

Kolejne wydanie pisma (29.11.82) zostało opatrzone numerem „2!

Powstało ono w niecodzienny sposób. Ryszard Dąbrowski zainspirowany humorystyczną prasą konspiracyjną z okresu drugiej wojny światowej wymyślił jej paralelę. W mieszkaniu Komołowskiego, stymulując się pół litrem wódki, w obecności niepijących Longina i jego żony Zosi, „stworzył” ten numer samodzielnie. W miarę opróżniania butelki, gospodarze zmuszeni byli hamować jego eskalujące wulgaryzmy. Wtedy też, z rozpaczy, że „redakcji” brak odwagi i determinacji, aby powtórzyć gest Jana Palacha, Dąbrowski wymyślił nazwę dla drukarni Jednodniówki, a właściwie jej drukarza P. Jarockiego: „drukarnia im. J. Palacha”.

Trzeci numer ukazał się z datą 09.12.82 i zamieszczono w nim karykaturę Jaruzelskiego, zainspirowaną rysunkiem ze szwajcarskiej gazety.

Po wyjeździe R. Dąbrowskiego z Polski, jego miejsce w redakcji zajął Radzimierz Nowakowski (autor szeregu rysunków do kolejnych wydań pisma), który wraz z Komołowskim wydal czwarty numer pisma (27.01.83).

Kolejne numery, od piątego do ósmego (17.02.83, 27.09.83, 09.12.83, 14.12.83) redagowali: Radzimierz Nowakowski, Piotr Jassem i Kazimierz Jordan.

Po wyjeździe Nowakowskiego do Szwecji i Jassema na kontrakt do Libii, Kazimierz Jordan zredagował jeszcze samodzielnie dziewiąty numer tego periodyku. Jest on szczególnym białym krukiem, gdyż drukarnię zdążyło opuścić tylko kilkadziesiąt egzemplarzy, a cały pozostały nakład został skonfiskowany przez Służbę Bezpieczeństwa podczas rewizji.

Kazimierz Jordan nie kontynuował już tego swoistego pomysłu wydawniczego i zajął się „poważną” publicystyką oraz działalnością opiniotwórczą.

_______________________

** tekst zostanie opublikowany jutro w osobnym wpisie
** w oparciu o wspomnienia K. Jordana, M. Paziewskiego oraz własne

_______________________

Kolejne numery jednodniówki jako pliki pdf:

jb-1 jb-2 jb-3 jb-4 jb-5 jb-6 jb-7 jb-8

Solidarność według Kobiet / Frauen und Solidarność

Die unsichtbaren Frauen: Solidarność, polnischer Feminismus und das Feindbild „Gender“
Filmabend und Diskussion
Frauen der Solidarność (OmU, Polen, 2014) Reg. Marta Dzido, Piotr Śliwowski

Letztes Jahr feierte Polen 25 Jahre Freiheit. „Solidarność“ hat grammatisch das weibliche Geschlecht, trägt aber ein männliches Gesicht, und die dominante Erzählung über den antikommunistischen Widerstand verschweigt die Beteiligung der Frauen an der Bewegung. Die Geschichte dieser unsichtbaren Frauen hat jedoch bis heute Auswirkungen auf den polnischen Feminismus. Wie kann die Geschichte der Frauen im und gegen den Kommunismus rekonstruiert bzw. wiedergewonnen werden? Hat der Triumph der Solidarność im Jahr 1989 den polnischen Frauen Befreiung gebracht? Und wie geht es weiter mit Frauenfragen im heutigen Polen, wo die aktuelle Regierung die „Gender-Ideologie“ zum Feindbild macht?

Kommentar zum Film und Einführung in die Online-Ausstellung „Women under Communism“ von Ewa Maria Slaska (Autorin und Journalistin) und Prof. Dr. Magdalena Waligórska (Universität Bremen)

Solidarnosc in RBF7xx
Der Film widmet sich den polnischen Frauen, die sich in den 1980er Jahren in der polnischen Gewerkschaft Solidarnosc engagierten und damit zur politischen Wende 1989 beitrugen. Doch im kulturellen Gedächtnis Europas ist der Beitrag dieser Aktivistinnen nahezu ausradiert und in der Geschichtsschreibung sozialer Bewegungen wird der politische Aktivismus beteiligter Frauen häufig ausgeblendet. Stattdessen wird Bewegungsgeschichte auf männliche Akteure verkürzt. So auch im Falle der Solidarnosc, der größten Oppositionsbewegung im kommunistischen Osteuropa, die in ihren besten Zeiten zehn Millionen Mitglieder zählte, davon die Hälfte Frauen. Obwohl die Gewerkschafterinnen Seite an Seite mit ihren männlichen Kollegen für eine Demokratisierung der Gesellschaft kämpften, ist kaum eine der rund fünf Millionen Frauen aus der Solidarnosc namentlich bekannt. Und das, obwohl es gerade die Frauen waren, die in den Jahren nach der Verhängung des Kriegsrechts und dem Verbot der Gewerkschaft 1981 konspirative Strukturen aufbauten. Innerhalb der Gewerkschaft blieben ihnen Führungspositionen verwehrt, und 1989 saß lediglich eine einzige Frau aus der Solidarnosc bei den Verhandlungen mit am „Runden Tisch”. Der Film begibt sich auf Spurensuche nach den vergessenen Aktivistinnen.
D. Brunow, Feministische Studien

In Zusammenarbeit mit Städtepartner Stettin e.V.

Veranstalter Solidarnosc

Zum Frauentag organisiert Regenbogenkino beginnend am 3. März eine Reihe mit den Filmen zum Thema Migrantinnen / Frauen in anderen Ländern und Kulturen.

Siehe

Wizyta w ECS

Ewa Maria Slaska

Praca

Dawno nie byłam w rodzinnym mieście, ostatnio znacznie częściej bywam w Warszawie, trzeba jednak było zawitać do Sopotu. W smutny poniedziałek powyborczy pojechałam do Gdańska do Europejskiego Centrum Solidarności. Oczywiście wiedziałam ze zdjęć, jak wygląda, ale jednak nie byłam przygotowana na ogrom tej budowli. Zmasowana masa masy zardzewiałego żelaza, z którego zbudowano skorupę budynku przytłoczyła mnie i wbiła w ziemię.

Zardzewiałe żelazo to ostatnio w muzeach niemieckich materiał używany w budynkach poświęconych cierpieniu i martyrologii lub tych, w których nie wolno zapomnieć o cierpieniu i martyrologii. Szary matowy kamień, ciemne drewno i zardzewiałe żelazo są stylistyką pamięci o ofiarach. A rdza już najbardziej, rdza – krwawe łzy żelaza.

A przecież stoję przed budynkiem, który uświetnia naszą walkę i nasze zwycięstwo! Owszem były w tej walce i ofiary. Nie bez powodu gmach ECS wzniesiono tuż za Murem Stoczni, w najbliższym sąsiedztwie Pomnika Poległych Stoczniowców i jeszcze obok  Ściany Płaczu czy Muru Pamięci, gdzie tablice przypominają różnych innych poległych i zamordowanych za Polskę Wolną i Niepodległą, łącznie ze zmarłymi katastrofy smoleńskiej.

Tym niemniej do budynku wchodzi się przez Bramę Stoczni, tę bramę Stoczni im. Lenina, przez którą przeskoczył Wałęsa, aby objąć przywództwo strajku, a ten zmienić miał oblicze świata, tę bramę, na którą wskoczył, aby, młody i charyzmatyczny, obwieścić owemu światu, że właśnie wygraliśmy. Wygraliśmy wtedy dopiero pierwszą rundę, były i inne, takie, w których lecieliśmy na deski, ale w końcu zawsze udało się nam stanąć na nogi, a zanim kalendarz odliczył do dziesięciu, nie było już Muru Berlińskiego, Żelaznej Kurtyny i Związku Sowieckiego, bo wygraliśmy, wygraliśmy, wygraliśmy!

Szkoda więc, że Centrum Europejskiej Solidarności jest ponure i straszy ciemną krwią poległych.

Ależ nie – powie ktoś. To żelazo to nie pamięć o ofiarach, to statki na stoczni. To stoczniowcy. Odpowiem, że jeśli tak, to jest to symbol nieadekwatny, bo nawet jeśli po stoczni walało się pordzewiałe żelastwo, a wszędzie w komunie walało się pordzewiałe żelastwo, to jednak statki robi się nie z żelaza, a ze stali, a ta nie rdzewieje.

Przytłacza mnie ogrom tego budynku, zwłaszcza, że został zbudowany na pustyni. Nie ma stoczni, nie ma stoczniowców, nie ma statków. W tle, aż po horyzont, postindustrialny ugór, nieużytki, wiatr, klepisko. Ale nigdzie nie wala się zardzewiałe żelastwo, stoczniowe nieużytki zostały schludnie zamiecione. Trochę absurdalny i trochę nie na miejscu jest więc ten budynek pamięci o stoczniowcach, żywych czy martwych, w miejscu, gdzie najpierw oni wygrali, ale potem (za to?) odebrano im pracę i dumę z pracy. Groteskowy grymas paskudnej gęby Historii.

To nie pierwsze na świecie takie miasto przemysłowe, które umarło, gdy skończył się przemysł. W Detroit w dawnych fabrykach hoduje się pszczoły. W Zagłębiu Ruhry i na Łużycach zalano wodą wyrobiska węgla i posadzono kwiaty. Tak powstały obiecane Kwitnące Krajobrazy. Obiecał je 25 lat temu, w dniu Zjednoczenia Niemiec, co też przecież było konsekwencją skoku Wałęsy przez Bramę Stoczni, ówczesny kanclerz – Helmuth Kohl. Blühende Landschaften.

Ale skoro Stocznia mimo całej swej wolnościowej i solidarnościowej symboliki i tak już została rzucona na żer neokapitalizmu Zjednoczonej Europy, to może trzeba było dla celów muzealnych wykorzystać piękne stare hale stoczniowe a nie budować nowe gmachy?

Nie warto debatować, stało się, jak się stało, nikt mnie nie spytał o radę (nikt mnie nigdy nie spytał o radę, a szkoda, po prostu szkoda…), stare hale stoczniowe niszczeją, a przed nami wielki nowoczesny budynek z metalu, kolejna powtórka z Liebeskinda, nawet ładna, ale szkoda że powtórka. Tyle że w tych kilku budynkach Liebeskinda, które widziałam, jednym z elementów tworzących wnętrze ogromnej bryły jest światło. Tymczasem w budynku ECS jest ciemno i ponuro. Wnętrze jest ciekawie rozczłonowane, ale nadzwyczaj ciemne. I mówię to po wizycie tam w słoneczny poranek. Ciekawe jak jest w listopadzie? Całą podłogę i po części ściany zajmują rośliny. Pomysł ciekawy, oryginalny i… nieludzki dla roślin, które rosną w szeregach, karne jak żołnierze, martwe i szare. Patrzę na te rośliny i patrzę, chcę, żeby mi się podobały, ale nie mogę się przemóc. Jest mi tak, jakbym weszła do farbryki, gdzie zatrudniono dzieci. Gdy powstanie ruch społeczny w obronie roślin wykorzystywanych bezdusznie jako budulec architektoniczny, ECS będzie pierwsze w Polsce na liście obiektów walki.

Nie mogę już fotografować, bo, jak zwykle!, wyładował się akumulatorek w aparacie,  mimo to oglądam kamienne ściany, kamienne podłogi, dalekie czarne tunele korytarzy, ogromne przestrzenie westybuli sięgające w górę na kilka pięter. Do góry wjeżdża się ruchomymi schodami. Podnoszę nogę, by wejść na pierwszy stopień, gdy zaczyna się najgorsze…

Dopada mnie młody pracownik firmy Viking (Wiking?), odpowiadającej za porządek i bezpieczeństwo Centrum. Bilet! Nie mam biletu i nie chcę mieć, nie przyszłam na wystawę (zresztą znam ją już), chcę po prostu wjechać na górę i obejrzeć wnętrze z innej perspektywy.  Nie wolno, trzeba mieć bilet. No ale… mówię i milknę. Bo właściwie dlaczego mam płacić za bilet? Dlaczego nie mogę wejść za darmo na wystawę, która nie tylko dotyczy wielkiej i ważnej części mojego życia, ale na którą symbolicznie lub faktycznie składają się elementy tego życia. Dlaczego ja? Dlaczego my wszyscy, którzy wtedy walczyli lub wspomagali tych, co walczyli? Dlaczego my wszyscy, którzy mieszkali w mieście objętym strajkiem, gdzie było tak  nieprawdopodobnie ciężko żyć, a przecież stawiliśmy temu czoła? Dlaczego my, w Polsce, gdzie władza mogła nas w każdej chwili potraktować jako zakładników, i za poparcie dla buntu na stoczni odebrać pracę albo wycofać ze sklepów mięsnych ochłapy, a ze spożywczych masło, jajka, cukier i ser? Dlaczego mamy płacić po 17 złotych (bo tyle kosztuje bilet) za nasze życie wystawione na sprzedaż dla turystów?

Czy powstanie jakiś solidarnościowy ZBoWiD (a może już powstał, tylko ja nic nie wiem) gdzie będą nam odcinać kupony i ustalą taryfę wejścia na wolnościowe wystawy w całym kraju, zostaniemy podzieleni na klasy, klasa I nic nie płaci, klasa ostatnia płaci 17 złotych.

Zamykam usta i patrzę na strażnika.
– Wie Pan co, mówię, strasznie nas wszystkich zmienił kapitalizm. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia, żeby nie pozwolił Pan komuś popatrzeć.
– Nie zamierzam przez Panią stracić pracy!
Nie chcę, oczywiście nie chcę, żeby ten młody człowiek stracił pracę, ale…
– Proszę Pana, to przecież nie może być bezwzględny argument w każdej sprawie. Ci, których mamy tu pamiętać, gdy podejmowali decyzje, nie myśleli o tym, że stracą pracę…
– Nie musieli. W komunie była praca dla wszystkich!

***

Bazylu, ja wiem, to nie twoja sprawa! Poglądy i arogancja szczeniaka, zatrudnionego przez firmę ochroniarską, nie mogą zaprzątać myśli dyrektora wielkiej europejskiej instytucji. Ale chciałam ci powiedzieć, że zostałam w twojej firmie potwornie obrażona, ja, a ze mną miliony Polaków.

Solidarność. Dzenkujeme vam bardzo :-)

Jana Stoklasa przysłała maila:

Ahoj evicko,

Toto jest i dla tebie. Posluchaj do tej piesnicky.
Dzenkujeme vam bardzo 😉

Srdecne jana

Bardzo mi się spodobała owa piesnicka. Słowa znalazłam na stronie Karaoke.teksty.cz.

karaokeKliknij na słowo Solidarność poniżej, żeby posłuchać piosenki

Solidarność

It’s hard to be alone
And that is true
The village waits for you
Village waits for you
Waiting for the few
Real pros
To chase the rats away
Chase the rats away
Men who know how to score
Together now
They always shoot to kill
Always shoot to kill
Let’s find out who’s the best
In danger zone
He will stay alive
He will stay alive

Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje
Byc moze
Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje

You like to be alone
Just hit the road
Leave your friends behind
Leave your friends behind
To saddle up the horse
And ride away
Right on track
To saddle up the horse
But you must turn around
And face the heat
And feel the pain
You must turn around
One man who bites the dust
He came for gold
As he was told
What would be his take

Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje
Byc moze
Solidarnosc
Dzienkuje bardzo
Solidarnosc
Bardzo dzienkuje

Uczcie się polskiego. Napisy polityczne

Krystyna Koziewicz

„Uczcie się polskiego”
Solidarnośċ, NRD i Stasi

Taki tytuł nosi dwujęzyczna wystawa w Heinrich Böll Stiftung w Berlinie. Wystawa czynna jest do 14 kwietnia, od poniedziałku do piątku w godz. 8- 20.
Adres: Schumannstr. 8 / 10117 Berlin.

Wystawę zrealizowało biuro Bundesbeauftragte für Staatssicherhitsdienst der DDR.

polskiego01Solidarność inspiruje, jej duch, jej idea, pomimo uływu czasu, żyje w pamięci ludzi z krajów zniewolonych. Tak było dawniej, w Czechosłowacji, na Węgrzech, w NRD, i tak jest po dzień dzisiejszy, na Ukrainie, w Moskwie.

Untitled-2 copyWystawa pokazana w Heinrich Böll Stiftung w Berlinie ma przywróciċ pamięć tym rządzącym, którym wydaje sie, iż są panami świata. Każde społeczeństwo, każdy człowiek ma prawo do wolności i jeśli się je ogranicza, to wcześniej czy później nastąpi sprzeciw. Respect existence or expect resistance twierdzą oburzeni na całym świecie. Zdjęcia pokazane na wystawie o tym przypominają. W sierpniu 1980 roku społeczeństwo polskie masowo poparło ruch Solidarności, co, jak wiemy, zakończyło sie upadkiem komunizmu. Kraje bloku wschodniego widziały w Solidarności ogromną nadzieje na reformy polityczne, ale we władzach budziła ona strach, zwłaszcza w DDR gdzie Stasi bacznie śledziła wydarzenia w Polsce, obawiając się, że iskra zapali się, zagrażając państwu zwanemu NRD.

polskiego02Róbcie jak Polacy

Nie wszyscy wiedzą, że pierwsze w NRD reakcje na wydarzenia w Polsce pojawiały się w formie napisów na murach: „Wolność dla Polski”, „Wypuścić Wałęsę”, „Polska się pali – w Berlinie zaspali”, „Zróbcie tak, jak Polacy” czy tytułowe „Uczcie sie polskiego”. To tytuł, który można dwojako interpretować. Można się uczyć nie tylko języka polskiego, ale także polskiego myślenia, które od wieków wyrażało się tęsknotą za wolnością i niepodległością.

polskiego04Dużymi literami: Strajk, a na dole Polska dobrze lub Polacy dobrze

W społeczeństwie enerdowskim odważnych nie było za wielu, zbyt wysoka była cena, szczególnie dla osób obarczonych rodziną. Trzeba było się kamuflować, bo obserwatorów było wszędzie pełno. Poparcie dla polskiego ruchu związkowego w formie apeli i graffiti jak „Polen gut” lub „Obudźcie się! Robotnicy, nasi polscy koledzy nas potrzebują”, może tylko zaświadczyć, iż solidaryzowanie się z Solidarnością odbierane było jako znak przełomu.

polskiego04 (1)Wolność dla Polski, wypuścić Walesa

Wydarzenia w Polsce były dla wielu krajów bloku wschodniego sygnałem do startu, ale musiało minąć jeszcze kilka lat, zanim możliwe się stały masowe protesty w ubeckim kraju kraju, jakim było NRD. Na palcach obu rąk można policzyć pojedynczych opozycjonistów, społeczeństwo było za bardzo zastraszone.  Dopiero, jak wiemy, udało się w Lipsku. Pokojowe demonstracje w 1989 roku zmieniły bieg historii NRD. Niemcy z NRD nauczyli się polskiego. Zwyciężyła wolność!

polskiego04 (5) polskiego04 (2) polskiego04 (3) polskiego04 (4)Na samym dole: Robotnicy, nasi polscy koledzy nas potrzebują!
Na zdjęciu powyżej: Niech żyje polska walka o wolność.

Wałęsa

Ewa Maria Slaska

walesa
Wiem, zaraz ktoś na mnie naskoczy, przypomni, co każdy musi wiedzieć, że to ubek i chudy bolek, i jak mogę o nim w ogóle pisać? Bo jeśli już mi się oberwało za Tuwima, a co by było? co będzie, jak zaproponuję coś Gałczyńskiego? nie daj Bóg sobie wyobrażać, to co się stanie teraz, skoro zamierzam napisać o Wałęsie. I śmieszne, bo przecież go nawet nie lubię, ale muszę, staram się patrzeć uczciwie na moje, na nasze życie, i wiem, że tego dnia, 31 sierpnia 1980 roku NIGDY, ale to nigdy nie zapomnę. Bo chociaż nie pamiętam, co dokładnie tego dnia robiłam, ani co było na obiad, to jednak pamiętam i ZAWSZE będę pamiętać, że tańczyliśmy karamaniolę na ulicy.

Oczywiście byłam wystarczająco mądra, żeby wiedzieć, że wysokie C dnia, kiedy rewolucja zwyciężyła, szybko zmienia się w nużące glissando znojnego uprawiania poletka tejżeż rewolucji. Oczywiście znałam powiedzenie Dantona, które potem musieliśmy sobie niemal co dzień powtarzać, że “Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci” i że nie minęło wiele czasu, a ci, co tańczyli karamaniolę w pamiętnym roku 1789, niedługo potem położyli głowy pod gilotyną.

Oczywiście teraz jesteśmy jeszcze mądrzejsi o wiedzę, że prezydentura Wałęsy była marna, a on okazał się politykiem nieobliczalnym i, nawet jak na polityka, egoistycznym i zapatrzonym w siebie.

A mimo to, mimo to… żałuję tych, którym nie dane było tańczyć na ulicach. To dodaje skrzydeł na całe życie. Dlatego – mimo iż podejrzewam, że film będzie marny, dziś, 33  lata później, wciąż cieszę się, że Wajda nakrącił ten film. Bo “Wałęsa (to był wówczas dla nas i dla świata wegetującego pod sowieckim butem) człowiek z nadziei”.

Do zwycięstwa trzeba nam odwagi, odwagi i jeszcze raz odwagi.
Georges Jacques Danton (1759–1794) – adwokat francuski, znakomity mówca, jeden z organizatorów i przywódców rewolucji francuskiej.

Dwie opowieści – opowieść druga

Wczoraj zaprezentowałam moją wersję opowieści o pobycie holenderskiego dziennikarza Dicka Verkijka na Stoczni Gdańskiej im. Lenina podczas strajków w sierpniu 1980 roku. Dziś opowieść Dicka Verkijka o tych samych zdarzeniach.

Dick Verkijk „Od bazuki do Bośni”. Rozdział 23.

dick-mlodyPo tym jak wyrzucono mnie z Czechosłowacji, nie miałem również prawa wjazdu do Polski. Mimo to od czasu do czasu i z różnych przyczyn udawało mi się dostać wizę. Jednym z taki przypadków był rok 1980. Właściwie już jesienią 1979 roku dostałem promesę, ale dopiero po wielu miesiącach utarczek biurokratycznych przybrała ona postać rzeczywistej wizy wjazdowej. Był marzec 1980 roku. Powiadomiłem ambasadę PRL w Hadze, że zamierzam skorzystać z wizy dopiero latem.  (…) W Polsce wrzało,  a mimo to redakcja zaproponowała mi, żebym jadąc do Polski na odmianę zajął się jakimiś „normalnymi tematami”, a nie polityką. Na przykład – jak cudzoziemcy spędzają wakacje w Polsce, oczywiście na przykładzie Holendrów.(…) Nie byłem zadowolony, ale postanowiłem nie kłócić się, tylko skorzystać z możliwości spędzenia wakacji opłaconych przez pracodawcę. Zaproponowałem synowi, żeby pojechał razem ze mną. Ruszyliśmy pod koniec lipca. Naszym celem był Gdańsk, a jechaliśmy przez NRD. W Polsce wciąż wrzało, a my udawaliśmy ślepych i głuchych. Wjechaliśmy na camping w Sopocie. Camping był pusty.

– Są jacyś Holendrzy? – zapytałem w recepcji.
– Ani jednego.
– A Polacy?
– Strajkują.

Wiedziałem oczywiście, tak jak wiedziałem, że tu i ówdzie zakładają „niezależne związki zawodowe”.

Niezbyt zadowoleni pojechaliśmy do Gdańska, do przyjaciół, których znałem jeszcze z czasów mojego ostatniego pobytu w tym mieście czyli z roku 1958. Ich córka Ewa, wówczas jeszcze dziecko, była zamężna i miała syna. Angażowała się we współpracę z ludźmi ze związków. Opowiedziała mi co się dzieje i jak z dnia na dzień narasta fala protestów. Słuchałem jej, wiedząc, że nie będę już miał czasu na odwiedzanie jakichś kolejnych campingów i nie będę sobie zawracał głowy tym, jak moi rodacy zamierzają wypoczywać, skoro tu mam temat znacznie ważniejszy: jak Polacy zamierzają zmienić porządek swojego świata?

– Musisz się spotkać z Andrzejem Gwiazdą – powiedziała Ewa – to nasz dobry przyjaciel i członek KOR-u. Założył w Gdańsku niezależne związki zawodowe.

Spotkałem się z Gwiazdą 8 sierpnia 1980 roku u niego w domu. Rozmawialiśmy o niezależnych związkach zawodowych i o tym, jaka może być z czasem ich rola. Ewa zapytała też, czy chciałbym się spotkać z innym przedstawicielem związków, robotnikiem Lechem Wałęsą, ojcem pół tuzina dzieci. Byłem pewien, że powie mi on to samo co Gwiazda, odmówiłem więc. Chciałem koniecznie pojechać do Warszawy, spotkać się z głównymi organizatorami  strajków, Kuroniem, Lityńskim, Onyszkiewiczem. Strajki wybuchały w coraz większej ilości miast i partia nie wiedziała już, co robić. Zagraniczni dziennikarze nie mieli prawa wjazdu do Polski. Tak doszło do paradoksalnej sytuacji, że ja, dziennikarz obłożony zakazem wjazdu do Polski, byłem tu jedynym dziennikarzem holenderskim, podczas gdy moi koledzy, nie wpisani na czarną listę, nie otrzymali prawa wjazdu, mimo że bardzo im na tym zależało.

(…) Z Warszawy pojechałem do Krakowa (…), gdzie zastała mnie wiadomość, że wybuchł strajk nad strajkami. Miejsce – Stocznia Gdańska im. Lenina, przywódca – Lech Wałęsa, ten sam, z którym nie chciałem się spotkać. Drugą najważniejszą osobą strajku był Andrzej Gwiazda. Polska zamieniła się w pandemonium, moje obowiązki zawodowe również. Każdy czegoś ode mnie chciał, musiałem się więc uwijać od świtu do nocy. I oczywiście wciąż musiałem walczyć o możliwość kontaktu telefonicznego z Holandią, co pożerało całe długie godziny. Telefonista po holenderskiej stronie nie mógł mi pomóc, a kiedyś, jak już się wreszcie dodzwoniłem, powiedział beztrosko, „nie mam teraz czasu, proszę zadzwonić za 15 minut”. Wydaje mi się, że musiałem go nieźle zrugać. W międzyczasie skończyła mi się wiza turystyczna wystawiona na trzy tygodnie. Wystąpiłem w Krakowie do odnośnych władz o przedłużenie i dostałem bez jakichkolwiek starań dwa dodatkowe tygodnie pobytu. Wróciłem do Warszawy. W międzyczasie nie można się już było porozumieć telefonicznie z Gdańskiem – 15 sierpnia władze odcięły wszystkie drogi porozumienia. Właściwie trzeba było jechać, a kilku opozycjonistów chciało się ze mną zabrać. Jasne, tam działa się Historia i każdy zamierzał w tym uczestniczyć. Ja oczywiście też, ale  nie miałem tam po co jechać, póki nie miałem szans na porozumienie z Holandią. W Warszawie wciąż jeszcze telefony działały, a KOR miał swoje własne sposoby komunikacji z Gdańskiem. Jacek Kuroń poznał mnie z „blond aniołem KOR-u” czyli Ewą Kulik, która przekazywała mi informacje ze stoczni dokładnie w tym samym czasie, kiedy otrzymywał je KOR.

Początkowo rząd nie chciał rozmawiać ze strajkującymi, ale rozprzestrzenienie się fali strajków solidarnościowych w całym kraju, zmusiło władze do zmiany stanowiska. Pierwszym żądaniem MKS – Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego –  było przywrócenie łączności telefonicznej, na co władze przystały w poniedziałek 25 sierpnia wieczorem. Następnego dnia o 6 rano jechałem już do Gdańska. W południe dotarłem pod bramę stoczni  im. Lenina, gdzie otrzymałem przepustkę podpisaną osobiście przez Lecha Wałęsę.  Na stoczni obowiązywał strajk okupacyjny, co oznaczało, że strajkujący nie wychodzą poza mur okalający stocznię. Był też surowe ograniczenia wstępu osób obcych na teren stoczni, choć zasadniczo dziennikarzy wpuszczano bez przeszkód. Strajkujący wprowadzili zakaz konsumpcji alkoholu – a to w Polsce był wówczas naprawdę wyczyn – ciekawe, że solidarnie przez okres strajku nikt nie pił również w całym mieście. (…) Strajk był perfekcyjnie zorganizowany, a zdołano to osiągnąć w nadzwyczaj krótkim czasie. I bez jakiejkolwiek przygotowanej zawczasu strategii. Gdy 8 sierpnia rozmawiałem z Andrzejem Gwiazdą, o niczym jeszcze nie wiedział – w 6 dni później był przywódcą wielkiego strajku. Wraz z Wałęsą, oczywiście, ale Wałęsa to był charyzmatyczny wódz – możliwe, że bez tej charyzmy nie udałoby się przedłużenie strajku – ale prawdziwym architektem strajku i autorem słynnej listy 21 postulatów był niewątpliwie Andrzej Gwiazda.

21_postulatow_solidarnosci_tablica1Do Gdańska przybyła delegacja rządowa, której przewodniczył wicepremier Wojciech Jagielski. Podziwiałem jego odwagę. Za każdym razem, gdy wchodził na teren stoczni, musiał przejść pomiędzy dwoma szeregami strajkujących. Na stoczni panowała jednak iście niepolska dyscyplina, nigdy nie słychać było zaczepek czy inwektyw. W kompletnej ciszy przechodził te sto metrów od bramy stoczni do sali obrad. Była to nieduża salka oddzielona szklaną szybą od reszty pomieszczenia. Wyglądała trochę jak akwarium. Obie negocjujące grupy siedziały naprzeciwko siebie, a my, zgromadzeni w dużej sali, tak zwanej sali BHP, mogliśmy ich nie tylko widzieć, lecz również słyszeć przez głośniki. Ja też mogłem się przysłuchiwać, bo na stoczni przebywało kilkunastu wolontariuszy – studentów, tłumaczących obrady zagranicznym dziennikarzom. Na ścianie wisiał transparent ze słowem Solidarność zapisanym tymi zuchwałymi literami z małą polską flagą przymocowaną do masztu jakim była pierwsza pionowa kreska litery „n”. Był to prezent od grafika Jerzego Janiszewskiego. Słowo było dobrze dobrane, bo solidarność  była widoczna wszędzie. Poparcie dla strajku wyrażali nie tylko robotnicy z innych zakładów pracy, ale też naukowcy, profesorowie, artyści. Z Gdańska, ale przybyło też kilka osób z Warszawy. Przychodzili do stoczni artyści, którzy występowali dla strajkujących. Napływało mnóstwo jedzenia, a przecież było to czas, że w Polsce go brakowało. Wolontariusze bez przerwy szykowali kanapki lub nawet czasem gotowali zupę. (…)

21_postulatow_solidarnosci_tablica2

Sytuacja zapędziła Jagielskiego w kozi róg. Dał strajkującym słowo i poprosił, by mu uwierzyli. Andrzej Gwiazda odpowiedział wtedy – oszukiwaliście nas przez ponad 30 lat, nie wierzymy ani jednemu waszemu słowu. Dziś po upadku systemu komunistycznego wypowiedź ta nie brzmi tak zuchwale jak wtedy, ale był rok 1980 – Związek Sowiecki i Blok Wschodni trzymały się mocno – wtedy słowa te zapierały dech w piersiach. Nikt nigdy przedtem nie słyszał, by ktoś mógł powiedzieć coś takiego przedstawicielowi władzy komunistycznej.

(…) Z 21 postulatów dwa były najbardziej istotne – zalegalizowanie niezależnych związków zawodowych i prawo do strajku. I tu też rząd w osobie Jagielskiego najbardziej się bronił. Delegacja rządowa próbowała skoncentrować się na pozostałych punktach, ale strajkujący byli bezwzględni i nie chcieli zgodzić się na żadne porozumienie, które by pomijało te dwa punkty. Jagielski ugiął się rano w sobotę 30 sierpnia, ale jego decyzja musiała jeszcze zostać zatwierdzona przez władze (czyli partię).  Partyjne „tak” nadeszło wreszcie, ale dopiero w sobotę po południu. Na sali zawrzało. Wszyscy ściskali się ze wszystkimi – dziennikarze, strajkujący, tłumacze. Stocznia wygrała strajk.

Gdy wieczorem nagrywałem audycję dla radia w Hilversum, poprosiłem redakcję, by wycięli z relacji, co chcą (zawsze skracali), ale żeby koniecznie zostawili zdanie: „Od dziś Polska będzie innym krajem”.

solidarnosc(…) Związki zawodowe wciąż jeszcze były nazywane MKS – Międzyzakładowy Komitet Strajkowy – i nie miały jeszcze nazwy. Ale już miały siedzibę – na ulicy Grunwaldzkiej 60 we Wrzeszczu, zaledwie kilometr od miejsca, w którym mieszkałem.  Poszedłem tam w poniedziałek. W jednym z pomieszczeń Wałęsa i  Gwiazda dyskutowali z grupą jakichś ludzi, o tym jak nazwać związki? Wszyscy mieli się prawo wypowiedzieć, byli strajkujący, przywódcy, dziennikarze, przypadkowi goście. Ja osobiście, podobnie jak kilka innych osób, byłem zdania, że powinno się zachować nazwę MKS, bo stała się już tradycją. Ale wtedy ktoś zapytał, „a czemu by nie wziąć słowa Solidarność, jak na transparencie, jaki stworzył dla strajku  Janiszewski?” Wszystkim spodobał się ten pomysł. I tak nie tylko narodziły się Niezależne Związki Zawodowe, ale również ich nazwa i symbol – owe zuchwałe litery.

Tłumaczyła z angielskiego Ewa Maria Slaska

Uwaga:  W tekście Dicka Verkijka znalazło się kilka nieścisłości w pisowni imion, nazwisk i nazw. Pozwoliłam sobie zapisać je prawidłowo. (przyp. EMS)

Dwie opowieści – opowieść pierwsza

To są dwie różne opowieści o tym samym. O tym, że są różne, przekonałam się jednak dopiero po latach.  Zapewne zawsze tak jest.

Dziś Prezydent Polski Bronisław Komorowski przyznał bohaterowi tych dwóch opowieści, Dickowi Verkijk KRZYŻ OFICERSKI ORDERU ZASŁUGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ. Order został przyznany za “za wybitne zasługi we wspieraniu przemian demokratycznych w Polsce, za dawanie świadectwa prawdzie o sytuacji w Polsce w czasie stanu wojennego i za osiągnięcia w działalności dziennikarskiej”. Gdy publikowałam ten wpis, wcale tego nie wiedziałam.

Opowieść Ewy Marii Slaskiej

W roku 2009 Centrum Solidarności w Gdańsku wezwało różne osoby zaangażowane w strajki do wybrania ludzi z zagranicy, którym należałby się Medal Wdzięczności. Centrum chciało przyznać te Medale w 30 rocznicę strajków sierpniowych tym, którzy pomagali Polsce i Polakom, a przede wszystkim strajkującym w okresie od strajku w sierpniu 1980 do końca stanu wojennego.

Moja decyzja była natychmiastowa: Dick Verkijk. Jasne.

dickNie było to jednak wcale takie jasne – sam proces zgłaszania kandydatur był żmudny i uciążliwy, czekanie na decyzję Kapituły Medalu – długie i niezrozumiałe, a potem… A potem było już tylko gorzej. Ale o potem potem. Na razie jest jeszcze rok 2009 i składam wniosek.

Najpierw muszę napisać o sobie. Dużo i wyczerpująco. Potem o moim kandydacie. Jeszcze więcej. Zanim dojdę do końca, będę potwornie wyczerpana. Ale brnę, bo jestem uparta.

Imię i nazwisko osoby zgłaszanej do wyróżnienia: Dick Verkijk

Miasto i kraj zamieszkania: obecnie Salt Lake City USA, w okresie Solidarności i stanu wojennego Haarlem w Holandii


Wiek (ewentualnie data urodzenia): urodzony w roku 1929


Osoba organizująca poparcie dla Solidarności i podziemia w Polsce w postaci:

– pomocy sprzętowej dla podziemia TAK
– wsparcia politycznego TAK
– pomocy charytatywnej TAK
– pomocy w postaci organizowania wsparcia społeczności lokalnych (np. publikacje prasowe) TAK
– inne /jakie TAK / wywiady, przekazywanie informacji na Zachód, PR

Uzasadnienie dla przyznania Medalu Wdzięczności:
Dick Verkijk był przez całe życie dziennikarzem radiowym radia holenderskiego. W latach 1958-1995 był odpowiedzialny za tematykę Europy Wschodniej, w ostatnich 10 latach tego okresu był korespondentem w Belgradzie; pracował najpierw na zlecenie, a od r. 1963 jako pracownik etatowy Radia i Telewizji Holenderskiej. Wielokrotnie był w Polsce i poznał osobiście wielu członków opozycji, przeprowadzał z nimi wywiady, wspomagał w działalności (również finansowo). Niektórzy z nich pozostali jego przyjaciółmi na całe życie. Informacji na jego temat mogą udzielić Adam Michnik, Helena Łuczywo, Janek Lityński, Janusz Onyszkiewicz, Konrad Bieliński i jego żona Ewa Kulik, która w latach 80 współpracowała z Jackiem Kuroniem. Niestety sam Jacek Kuroń zmarł przed kilku laty.

Dick Verkijk był pierwszym dziennikarzem zachodnim, który wszedł na Stocznię Gdańską po rozpoczęciu strajku w roku 1980. Został wprowadzony przez mojego męża, delegata ZBWR Spółdzielni Mieszkaniowej Morena w Gdańsku. Od pierwszych dni strajku Dick Verkijk nadawał z naszego mieszkania audycje radiowe na temat strajku do radia holenderskiego, które były podstawowym materiałem informacyjnym o strajku dla mediów na całym świecie.

bookofyear
Jest autorem książki w języku angielskim „From Bazooka to Bosnia”(Od bazuki do Bośni), w której opisuje swoje życie od czasów wojny do okresu, gdy był korespondentem na półwyspie bałkańskim. Dołączam do wniosku własne tłumaczenie fragmentów tej publikacji dotyczących jego pobytów w Polsce.
Gdyby Komisja uznała, że proponowana przez mnie kandydatura jest odpowiednia i zdecydowała się na przyznanie Dickowi Verkijk Medalu Wdzięczności, myślę, że mowę laudacyjną powinien wygłosić Janusz Onyszkiewicz.
Więcej na temat Dicka Verkijka można znaleźć na stronie internetowej: http://www.woodenshoespublishing.com lub po prostu wpisując jego imię i nazwisko do wyszukiwarki internetowej google.

Taki był wniosek. Kiedyś komisja zwana Kapitułą przyznała wreszcie medale. Również Dickowi. Mnie nikt o tym nie poinformował, ale na szczęście sam zainteresowany dostał maila. Zaczęliśmy następny etap działań – przygotowania do wspólnego wyjazdu do Gdańska na uroczystości obchodów rocznicy podpisania porozumień gdańskich.

Generalna uwaga jest taka – nikt nie odpowiadał na maile! Nieważne, czego dotyczyły. Ale czasem sami z siebie pisali. No i musieli odpowiadać, jak telefonowaliśmy. Najpierw napisali, że nie zaproszą osób odznaczonych, bo nie będzie pieniędzy. Dick napisał, że przyjedziemy do Polski na własny koszt, i będziemy mieszkać też na swoim. Odpowiedź brzmiała, że nie będzie imprezy, bo pieniądze mają zostać przekazane ofiarom powodzi! Nawet po takiej – fałszywej jak się potem okazało informacji – nie pojęliśmy, matoły o łbach zakutych, że nikt nie chce, żebyśmy przyjeżdżali.
88229__kr
W międzyczasie było wiadomo, że impreza jak najbardziej się odbędzie i że inscenizację obchodów powierzono słynnemu (ongiś) artyście Robertowi Wilsonowi. Wilson wyreżyserował spektakl zatytułowany “Solidarność. Twój anioł Wolność ma na imię” (to cytat z wiersza Artura Oppmanna), pokazany we wtorek 31 sierpnia 2010 roku w Stoczni Gdańskiej. Wystąpili Marianne Faithfull, Macy Gray, Angelique Kidjo, Philip Glass, Kayah, prowadzili – Radziwiłłowicz i Janda…

czworodomedalu
Z 300 osób wyróżnionych wówczas Medalem Wdzięczności organizatorzy zaprosili cztery – Jacky Challot, Thomasa Johanssona, Karin Wollf i Donnę Baranski-Walker. Wręczono im medale nie wyjaśniając publiczności, o co chodzi i po co. Stali jak głupki na ciemnej scenie, a Komorowski, Wałęsa i Borusewicz  mruczeli pod nosem jakieś laudacje. Reszta została poinformowana – po nagabywaniach – że medale wręczą im ambasady RP w ich miejscach zamieszkania.

W Gdańsku tymczasem rozpoczęła się pyskówka o koszty imprezy (stanowczo za duże! – 9 milionów złotych, z tego 3 miliony na honoraria) i jej jakość („totalna klęska”), zakończona wyrzuceniem ze stanowiska ówczesnego dyrektora Centrum, ojca Macieja Zięby.

W Stanach Ambasada długi czas nie zdobyła się na przesłanie Dickowi Medalu, a wreszcie, znowu po długich nagabywaniach, nadała go zwykłą pocztą wraz z dyplomem, głoszącym, że medal przyznano Richardowi Verkijk. Dick to zdrobnienie od Richarda, urzędnik Ambasady miał więc prawo przypuszczać, że wie lepiej niż sam zainteresowany, komu RP przyznaje odznaczenia.

medal1Medal Wdzięczności rewers, projekt gdańskiej rzeźbiarki Dobrochny Surajewskiej, opatrzony łacińską sentencją: “Hic nobis adiumento in periculis, solacio in laboribus fuit” / “Spieszył nam z pomocą, gdy było niebezpiecznie, z otuchą – gdy było ciężko”. Na awersie w 43 językach wybito słowo “dziękuję”.


Jutro opowieść druga

Jak powstają legendy?

Dedykuję ten wpis dzisiejszemu Solenizantowi, który miał to szczęście, że urodził się w dzień Trzech Króli, a mieszkał w pokoju na poddaszu, z którego był widok na Trzy Korony. Według kalendarza celtyckiego jego znakiem zodiakalnym był Biały Jeleń, nie mydło, tylko Królewskie Zwierzę. Takie znaki zobowiązują, życzę mu więc, żeby też kiedyś udało mu się stworzyć legendę. Jego powinna być królewska, tak jak moja stała się feministyczna.

Ewa Maria Slaska

Od wielu lat koleżanka moja, SW, znana polska feministka, podaje mój adres mailowy różnym kobietom, zapewne młodym, które piszą do mnie maile. Z reguły już w linijce tytułowej od razu znajdzie się zdanie wyjaśniające, o co im chodzi. „Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę”. Gdy widzę tę linijkę, wiem już dokładnie, co będzie dalej. Ostatni taki mail dotarł do mnie przedwczoraj i tu go zacytuję:

„Dzień dobry,

nazywam się … i piszę do Pani, ponieważ pracuję nad filmem dokumentalnym / artykułem / pracą magisterską / pracą licencjacką o roli kobiet w „Solidarności”. Od dłuższego czasu poszukuję informacji o napisie, który podczas strajków został namalowany na murze Stoczni Gdańskiej: ‘Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę’. Od  pani SW, z którą kontaktowałam się w tej sprawie, dostałam informację, że zdjęcie przedstawiające ten napis pod koniec lat 80-tych zamieściła Pani w piśmie berlińskich emigrantów z Polski.
Czy może mi Pani pomóc w dotarciu do tej fotografii?

Z pozdrowieniami“

A ja, czasem ze smutkiem, czasem ze złością odpowiadam:

„Droga Pani…,

przepraszam / przykro mi, ale od ponad 20 lat próbuję wytłumaczyć pani SW, że NIE MAM zdjęcia przedstawiającego ten napis, a tylko WIDZIAŁAM taki napis i to nie na murze stoczni, tylko namalowany szminką na lustrze w windzie w bloku, w którym mieszkała moja teściowa.

Pozdrawiam

Ewa Maria Slaska“

Z reguły korespondencja na tym się kończy. Tym razem przyszła jednak jeszcze odpowiedź, mam wrażenie, że nieco nieufna i podirytowana. Jakbym miała to zdjęcie, tylko nie chciała go dać. A w ogóle kłamała. Albo wtedy albo teraz.

„Dziękuję za odpowiedź,
muszę przyznać, że zaskoczyła mnie Pani; w wielu artykułach na temat Sierpnia 80 cytowany jest ten napis, transparent z nim stał się już legendarny… niektóre z moich rozmówczyń podzieliły sie ze mną różnymi teoriami w jaki sposób ten transparent się znalazł na Stoczni (n.p.robotnicy zostali sprowokowani przez kobiety z Ligii Kobiet Polskich…) Przejrzałam setki zdjęć z tamtego okresu i na żadnym nie ma takiego napisu…
Ten ‘legendarny napis’ był jedną z przyczyn, które sprowokowały mnie, żeby zabrać się za realizację filmu…
🙂
dziękuję za wyjaśnienie i pozdrawiam.”

Rozmyślam o tym, co widziałam trzydzieści kilka lat temu. Pisałam o tym? Skoro kolejna młoda panna, która próbuje dotrzeć do tego napisu, twierdzi, że napisałam, to może i napisałam.

A jak napisałam, to czy to, co napisałam, stało się źródłem legendy? Jak mam to sprawdzić?

Czytelnicy tego bloga już się na pewno zorientowali, że nie mam pojęcia, co się z moimi tekstami dzieje. Piszę, daję do druku. Już. Czasem dostaję egzemplarz autorski, częściej – nie. Czasem ktoś mi płaci jakieś honorarium. Niekiedy ktoś mi mówi, że czytał mój artykuł w piśmie kościelnym z Okocimia albo lewicowym z Wanne-Eickel. Czasem jest to nawet jeden i ten sam tekst. Ciekawe, czy taka jestem „poręczna”, czy odwrotnie, każdy przeciwnik znajdzie w moim pisaniu coś, o co będzie mógł kły naostrzyć i zaczepić pazury?

Informację o napisie opublikowałam „w piśmie berlińskich emigrantów z Polski” – tak napisała owa panna. Wydaje mi się, że raczej tego nie czytała, bo wtedy napisała by, że w „Poglądzie” albo „Archipelagu”. Ale czy ja w tych pismach w ogóle coś wspominałam? Wydaje mi się, że zajmowałam się raczej zakazaną kulturą lub bieżącym komentarzem politycznym. Pamiętam je? Mam je jeszcze? Część mam, na pewno, ale równie na pewno wiem, że nie wszystkie.

Ale może napisałam o tym w biuletynie stoczniowym jeszcze w czasie strajków? A może potem? Pisałam dla „biuletynu z lewkami” do wyjazdu z Polski czyli do stycznia 1985 roku. Kilka lat temu, gdy musiałam udowodnić, że byłam działaczką podziemia, poszłam do archiwum Solidarności i skopiowałam sobie te wszystkie artykuły, podpisywane „Z boku” albo „ZB”. Ale czy je przeczytałam? Mam je jeszcze?

Był taki artykuł, wiem na pewno, który napisałam jeszcze przed wyjazdem z Polski, a który ukazał się, jak już byłam w Berlinie. Pisałam w nim, to nawet, o dziwo, dobrze pamiętam, że dobrze by było, gdybyśmy walcząc zawzięcie o „swoje” czyli wolność, niepodległość i suwerenność, pamiętali, że na świecie istnieją inne projekty i realizacje świata i społeczeństwa. Na przykład bezrobocie jest rzeczywistym problemem, a nie czymś, co sobie wydumali lewacy spod znaku Che Guevary. A też i sam Che Guevara to niekoniecznie pies łańcuchowy Moskwy. Że aborcja nie musi być traktowana jak ludobójstwo, bo można na nią spojrzeć jak na prawo kobiety, że feministki to nie idiotki, które palą staniki, tylko naprawdę im o coś chodzi i że to coś jest ważne. I tak dalej…

Jest jeszcze trzecia możliwość, że napisałam o tym w jednym czy drugim artykule, jakie opublikowałam w biuletynach i pismach feministycznych, ukazujących się w Polsce. Te oczywiście powinna posiadać owa SW, upowszechniająca tezę, że widziałam ten napis i mam zdjęcie. Ale jakby tak było, to te panny wszystkie machałyby mi przed nosem cytatem i adresem bibliograficznym.

Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się jednak, że napisałam kiedyś taki artykuł, który ukazał się w „Archipelagu” (ale czy aby na pewno?), w którym twierdziłam, że nie mogę się poczuć integralną częścią wielkiego zrywu, który przyniósł „Solidarność”, a w konsekwencji powstanie wolnej i demokratycznej Polski, upadek Muru, Jesień Narodów i likwidację światowego komunizmu, polityki bloków oraz zimnej wojny. A nie mogę dlatego, że w ogólnym pojęciu „Solidarność” zrobili trzydziestoletni mężczyźni z brodami, podczas ja byłam kobietą i miałam wrażenie, że „Solidarność” zrobili post-hippisi.

Może jak będę miała czas, pójdę do biblioteki i poczytam „Archipelagi”.

Tak czy owak pozostaje pytanie, jak powstała ta legenda? Czy to z moich opowieści (bo na pewno kilkakrotnie opowiadałam o tym napisie na lustrze) wyrósł w przeszłość konflikt kobiety-mężczyźni i przybrał postać wielkiego transparentu? Czy może jednak był naprawdę taki napis na Murze Stoczni, albo transparent, i to nie to, co napisałam, stało się źródłem legendy, tylko to, co napisał jakiś zezłoszczony facet, którego żona przychodziła pod Bramę Stoczni, przynosiła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła.

A może było takich napisów na lustrach więcej i pisała je ubecja, żeby zaognić konflikt i skłócić tych, co dotychczas nie wpadli jeszcze na pomysł, że sobie nawzajem przeszkadzają, a i cele mają różne?

Czy ktoś wie, jak było, skoro ja tam byłam i widziałam, a nie wiem?

Pan dał siłę swojemu ludowi
Pan dał swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju
Psalm mądrości – napis na murze Stoczni Gdańskiej im. Lenina, wybrany przez Czesława Miłosza