Reblog: Hiszpańskie dzieci

It’s About Time – hier the same in English

Kilkakrotnie już odwiedzaliśmy wspólnie ten niezwykły blog o sztuce, odkryty parę lat temu przez moją siostrę. Dziś XVI i XVII-wieczne hiszpańskie dzieci, i nie myślmy, że skoro znamy infantki w czarnych i białych sukniach oraz obraz ze służącymi, to już znamy hiszpańskie dzieci. Blog prowadzi

Zanim jednak podążymy tropem hiszpańskich obrazów wybranych przez Barbarę, spójrzmy na dwa obrazy namalowane przez Włoszkę – Sofonisbę Anguissolę.

Rok 1555. Trzy siostry Anguissola przy partyjce szachów (nota bene – obraz znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu!) Jakie te dziewczynki są tu żywe, wesołe, przekorne i filuterne. Malarka miała zaledwie dwadzieścia kilka lat. W cztery lata później wezwano ją na dwór królewski w Toledo – została nadworną malarką Filipa II i nauczycielką jego młodziutkiej, smutnej żony Izabeli. Izabela, a właściwie Elżbeta Walezjanka, była trzecią żoną Filipa – miała 14 lat, gdy wysłano ją jako królową do Hiszpanii.

Gdy w roku 1570 Sofonisba namalowała infantki hiszpańskie, Clarę Eugenię  i Catalinę Micaelę, dziewczynki nie były ani figlarne, ani ożywione, jak siostry Anguisolla, tu już mamy rzeczywiście dzieci złapane w pułapkę. Portrety dzieci Filipa II zostały namalowane przez Alonso Sancheza Coello, malarza hiszpańskiego (1531-1588). Barbara przypisuje mu również i ten podwójny portret księżniczek hiszpańskich, o którym ja wiem, że namalowała go Sofonisba. Ale jakaż różnica między wesołymi siostrami włoskimi, a smutnymi infantkami z Hiszpanii.

Dzieci renesansowych władców – pisze Barbara – ubierano jak małych dorosłych, a ich strój świadczył o statusie majątkowym i społecznym rodziców. Portrety te powstawały być może jako informacja dla rodziców przyszłego małżonka. Był to czas, gdy małżeństwa, zwłaszcza królewskie, kojarzono gdy kandydaci do ślubu byli właściwie jeszcze dziećmi. Takie kontrakty małżeńskie miały cementować koalicje społeczne, polityczne i majątkowe obu królewskich rodów. Portret infanta zaświadczał więc o zamożności, pozycji i wysokim urodzeniu. Zwyczaj portretowania dzieci przeszedł z rodów królewskich do kręgów arystokracji i szlachty. Tu już jednak nie można było aż tak przechwalać się luksusem, w którym pławią się dzieci królewskie. W wieku od XVI do XVIII w całej niemal Europie obowiązywały surowe prawa, dozwalające poszczególnym grupom społecznym noszenie odpowiadających ich stanowi strojów i biżuterii. Bogate tkaniny, koronki i biżuteria miały być zastrzeżone dla arystokracji, były więc jeszcze jednym elementem podkreślającym zróżnicowanie społeczne. Jednak niestety, a może raczej “stety”, prawa te były nader trudne do wyegzekwowania. Miłośnicy literaury polskiej na pewno przypomną sobie, że na owe surowe prawa skarżyła się piękna pani Flora, wdowa po majstrze passamonniku, w gdańskiej powieści Deotymy “Panienka z okienka”.

Ale oczywiście drakońskie prawa nie dotyczyły królów i ich dzieci.

Ciekawy komentarz do tego wpisu znalazł się na Facebooku, tak ciekawy, że postanowiłam go tu dołączyć. Piotr Loch napisał mianowicie:

Sofonisba Anguissola ciekawie sportretowana została w książce Roberta C. Davisa i Beth Landsmith “Ludzie renesansu – Umysły, które ukształtowały erę nowożytną”. Próbują oni tłumaczyć tę dość niezwykłą umiejętność oddania emocji na twarzach portretowanych dzieci. Sofonisba, ze względu na to, że była kobietą nie mogła wynajmować obcych mężczyzn w charakterze modeli przez co nie mogła podejmować poważniejszych tematów religijnych czy historycznych. Z konieczności zajmowała się malarstwem portretowym – odpowiednim dla szanowanej arystokratki. “Początkowo oznaczało to malowanie bez końca członków własnej rodziny i samej siebie, dzięki czemu wypracowała własny styl, w którym na plan pierwszy wysuwała się charakterystyka psychologiczna postaci ukazanych z czułością i dbałością o szczegóły. Na niektórych jej rodzinnych portretach widać upodobanie do żartobliwych scen z życia codziennego, w czym o ponad pokolenie wyprzedziła twórczość holenderskich malarzy rodzajowych zwanych “bamboccianti.” Sofonisba korespondowała z Michałem Aniołem. Hołd złożył jej osobiście Peter Paul Rubens, który zajął jej miejsce nadwornego malarza na dworze Hiszpanii, a także Antoon van Dyck. Jej życie to gotowy scenariusz filmowy. Ostatni autoportret namalowała w wieku 90 lat. Malując infantki w Hiszpanii chyba poddała się sztywności etykiety. A może te hiszpańskie córy tak wcześnie weszły w swoje monarsze role – i Sofonisbie nie pozostało nic innego jak je w nich odmalować. I jeszcze jedna ciekawa (tak sądzę) informacja. Skąd to dziwne imię? “Anguissolowie, ród drobnej szlachty z położonej na północy Italii Cremony, mieli zwyczaj nazywać swych potomków na cześć starożytnych kartagińskich bohaterów. Hamilkar Anguissola, syn Hannibala, nazwał swojego syna Hazdrubalem, a córkę Sofonisbą.”

Po lewej u góry datowany na rok 1550 portret Carlosa, księcia Asturii (Don Carlos, szalony infant), dziedzica króla Filipa II. Po prawej – Rudolf II, cesarz świętego cesarstwa rzymskiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę austriacki (portret z roku 1560). Poniżej infantki Izabela oraz Izabela Clara Eugenia z małpką, córki króla Filipa II, te same, które kilka lat wcześniej sportretowała Sofonisba. Również Coello namalował podwójny portret obu dziewczynek.

 

Infanci Don Diego i Don Felipe na portrecie podwójnym, a poniżej sam infant Filip, synowie czwartej żony króla, Anny Austriaczki. Nota bene, król był wujkiem swej małżonki.

Infant Filip został rzeczywistym następcą tronu Filipa II i odziedziczył po nim największe państwo na świecie, obejmujące Hiszpanię, Austrię, Bałkany i Niederlandy, Burgundię, całe południowe Włochy, posiadłości w Nowym Świecie i Filipiny, nazwane tak zresztą na cześć jego ojca. W ciągu swego panowania postradał większą część schedy znajdującej się poza Półwyspem Iberyjskim, zdobywając za to Portugalię. Przegrał też większość wojen, z których do historii przeszła zwłaszcza wojna z Anglią (pamiętamy, oczywiście, Francis Drake, golibroda króla Hiszpanii). No ale też przyznajmy, miał z kim przegrywać – królowa Elżbieta, król francuski, Henryk IV (ten, który stwierdził, że Paryż wart jest mszy) i wreszcie Wilhelm Orański. Miał pecha, biedny Filip.

Filip ożenił się z Małgorzatą Austriaczką. Dano mu do wyboru trzy siostry. Spodobała mu się najmłodsza, jednak ojciec zadecydował, że najstarsza siostra bardziej się nadaje. Czyli wybór był taki raczej pozorny. Na szczęście, jeśli można to nazwać szczęściem, najstarsza księżniczka umarła i królowi pozwolono ożenić się z wybranką. Urodziła mu ona ośmioro dzieci. Portretowali je już jednak inni malarze. Po śmierci królowej Izabeli wyjechała z Hiszpanii Sofonisba, a Coello zmarł w roku 1588. Filip został królem w roku 1598 i rządził do roku 1621. Jego dzieci malowali Juan Pantoja de la Cruz (1553–1608) i Bartolomé González y Serrano (1564–1627).

Pokażę je następnym razem.

Reblog: Wielka Wojna (11)

Lech Milewski

Bitwa pod Gallipoli.

Gdy 4 sierpnia 1914 roku Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom, Australia i inne kraje Imperium Brytyjskiego zostały automatycznie włączone do operacji wojennych. Ciekawostką jest fakt, że pierwszy strzał artyleryjski tej operacji został oddany właśnie w Australii.

Wojenko, wojenko...
W 1914 roku Australia miała za sobą dopiero 14 lat niezależnego bytu państwowego. Obywatele Australii uważali się nadal za brytyjczyków (independent Australian Britons) i byli nieco zdezorientowani oficjalnym odcięciem od macierzy. To tłumaczy entuzjazm z jakim przyjęli wiadomość o wybuchu wojny. Urzędy rekrutacji ochotników nie mogły sobie poradzić z ilością kandydatów. Jaka była ich motywacja? Wydaje się, że dwojaka – z jednej strony poczucie, że po raz pierwszy jesteśmy równorzędnym partnerem Wielkiej Brytanii, z drugiej – chęć sprawdzenia się, i porównania – jacy jesteśmy po tych latach samodzielnego bytu?
Ciekawy jest fakt, że rząd australijski rozpisał dwukrotnie referendum w sprawie wprowadzenie przymusowego poboru. I dwukrotnie obywatele odrzucili ten projekt. Ale w tym samym czasie do urzędów rekrutacyjnych zgłosiło się prawie 422 tysiące ochotników. Jakaś przekora – chcę iść do wojska, ale tylko z własnej, nieprzymuszonej woli. Warto zdać sobie sprawę, że w tym okresie w Australii było niecałe 3 miliony mieszkańców płci męskiej. Na wojnę pojechało 332 tysiące.
Pierwsze transporty australijskich rekrutów wylądowały w Egipcie, gdzie rozpoczęły intensywne szkolenie. Do Egiptu przybyła również regularna armia nowozelandzka oddana na okres wojny do dyspozycji Wielkiej Brytanii. Wtedy powstał skrót ANZAC – Australian and New Zealand Army Corps.

Chrzest bojowy australijskiej armii nastąpił 25 kwietnia 1915 roku pod Gallipoli.
Gallipoli (z greckiego Kalli-poli – piękne miasto) – Turcja – okolice mitycznej Troi. Co Australia miała tam do roboty?

Scena polityczna.
Turcja przechodziła właśnie okres poważnych zmian wewnętrznych. Sześć lat wcześniej nastąpił ostateczny upadek Cesarstwa Ottomańskiego. Kraj potrzebował spokoju i stabilizacji, szukał sprzymierzeńca. Mogłaby być nim Anglia, ale stało się inaczej.
3 sierpnia 1914r, jeden dzień przed wypowiedzeniem Niemcom wojny, Winston Churchill nakazał konfiskatę dwóch pancerników zbudowanych dla Turcji w angielskich stoczniach. Wtedy znalazł się przyjaciel, Niemcy oddały do dyspozycji floty tureckiej pancerniki Goebel i Breslau.
Pod koniec sierpnia 1914r nastąpiła kolejna prowokacja – Anglia zarekwirowała turecką łódź torpedową. W odpowiedzi Turcja ogłosiła blokadę Cieśniny Dardanelskiej odcinając w ten sposób Morze Czarne od reszty świata.

Ministrem Wojny Wielkiej Brytanii był lord Kitchener, którego Anglia uwielbiała za odbicie Omdurmanu z rąk zwolenników Mahdiego i zwycięstwo w wojnie burskiej. Nic dziwnego, że użyto jego wizerunku na plakacie wzywającym brytyjczyków do broni.
Przebieg wojny na kontynencie europejskim zaskoczył Kitchenera. Regularna armia niemiecka to było coś innego niż tłumy sudańskich fanatyków uzbrojonych w dzidy. Może dlatego z taką chęcią ruszył na Turcję, uważał ją za kolejną konfrontację białych z barbarzyńcami.
12 marca 1915 r Lord Kitchener wezwał do swego gabinetu generała Iana Hamiltona i zlecił mu misję dowodzenia operacją lądową opanowania Dardaneli. Wiadomym było, że Grecja rozważała taką operację przy użyciu 150 tys żołnierzy.
Half of this number will do you handsomely – powiedział Kitchener do Hamiltona – I hope you will not have to land at all.
Atak floty brytyjskiej nastąpił 18 marca. Siedemnaście okrętów bojowych miało za zadanie unieszkodliwić baterie tureckiej artylerii i umożliwić rozminowanie cieśniny. Bardzo szybko zniszczono nadbrzeżne fortyfikacje, ale to nie rozwiązywało sprawy. Za zasłoną wzgórz znajdowały się ruchome baterie artylerii, które mogły bezkarnie ostrzeliwać atakujące okręty. Bilans dnia: trzy pancerniki zatopione, następne trzy jednostki unieszkodliwione. Winston Churchill ponaglał do powtórnego ataku, ale wiceadmirał Carden oszczędzał swoje okręty i powiadomił Londyn, że konieczna jest operacja lądowa zanim flota ruszy do następnego ataku.

Komedia pomyłek.
Generał Hamilton dostał rozkaz desantu. Zapomniano, że 75 tys wojska to ilość wystarczająca tylko dla wsparcia floty, że frontalny atak wymaga dwa razy większych sił. Zapomniano wyznaczyć dowódcę operacji, który mógłby koordynować działania sił lądowych i floty. Nie było żadnego planu działania, pierwsi pracownicy sztabowi i administracyjni przybyli do Aleksandrii 1. kwietnia. Zaczęło się gorączkowe gromadzenie środków, ale nikt nie wiedział dokładnie co i w jakiej ilości jest potrzebne. W ostatniej chwili ktoś zauważył, że w dniu desantu będzie ponad 3000 rannych. Na wąskiej plaży nie ma możliwości postawienia szpitala polowego, potrzebny jest statek-szpital. Na 3000 osób? Z Anglii wysłano dwa statki szpitale, każdy o pojemności 700 osób. Stracono wszelką szansę zaskoczenia przeciwnika. Wszyscy wiedzieli co się szykuje. Dowódca sił tureckich, niemiecki generał Otto von Sanders, metodycznie przygotowywał się do obrony.

Piekło na ziemi.
Desant nastąpił 25 kwietnia o godzinie 4:05,w ciemnościach nocy. Chodziło o to, aby turecka obrona nie mogła ostrzeliwać lądujących żołnierzy. Australijczycy mieli lądować na płaskim odcinku wybrzeża, który wyglądał tak zachęcająco, że nazwano go Brighton Beach…

Brighton Beach

Jednak w ciemności statki wiozące Australijczyków popłynęły za daleko na północ. Żołnierzy wysadzono na stromy, skalisty, pocięty wąwozami brzeg…

ANZAC Cove

Źródło: http://www.anzacsite.gov.au/

Nastąpiło totalne zamieszanie. Nikt nie wiedział gdzie jest, ani w którą stronę ma iść. Dowódcy stracili łączność z żołnierzami, żołnierze stracili kontakt ze swoimi jednostkami bojowymi. Do końca dnia wylądowało 15,000 Australijczyków. Angielska flota nie mogła udzielić im wsparcia artyleryjskiego gdyż nikt nie był w stanie ustalić gdzie przebiega linia frontu. Turecka obrona strzelała bezkarnie. Tego dnia zginęło 2000 australijskich żołnierzy. Ale nie wycofali się. W innych punktach wyniki desantu były podobne. Wojska aliantów okopały się. Zamiast ataku i marszu na Konstantynopol zaczęła się obrona beznadziejnych pozycji. W grudniu 1915 r rząd brytyjski zarządził wycofanie wojsk. Straty Australijczyków wyniosły 8,709 zabitych i 19,441 rannych.

Początek legendy.
Pierwszy obszerny reportaż z walk pod Gallipoli, autorstwa angielskiego dziennikarza Ellisa Ashmead-Barletta, ukazał się w Sydney Morning Herald 8 maja i trafił do serc i wyobraźni Australijczyków.
The Australians who were about to go into action for the first time in trying circumstances were cheerful, quiet, confident. There was no sign of nerves… They did not wait for orders… but sprung into the sea… rushed the enemy’s trenches. I have never seen anything like these wounded Australians in war before… They were happy because they knew they had been tried for the first time and not found wanting…. There has been no finer feat in this war than this sudden landing… These raw colonial troops, in these desperate hours, proved worthy to fight side by side with heroes of Mons, Ypres.
To było dokładnie to, co ludzie chcieli przeczytać. Właśnie po to zgłaszali się dobrowolnie na tę wojnę. Nie odstraszały ich listy strat, które zaczęły się pojawiać w następnych dniach. Wprost przeciwnie. W lipcu 1915 r zgłosiła się rekordowa ilość ponad 36,000 ochotników.
Listy od żolnierzy potwierdzały to, co pisał Ashmead-Bartett. Australijczycy okazali się być lepszymi żołnierzami niż ich brytyjscy koledzy. Byli lepsi, bo byli bardziej zaradni, samodzielni, egalitarni, optymistyczni i koleżeńscy. Właśnie te cechy stały się definicją australijskiego charakteru narodowego.

25 kwietnia został nazwany ANZAC Day. W 1927 r ANZAC Day został uznany za święto we wszystkich stanach Australii – KLIK.

Obrona Gallipoli to również legenda turecka. Dowódcą jednostek walczących przeciwko Australijczykom był Mustafa Kemal, który kilka lat później stanął na czele rządu tureckiego i zyskał szczytne miano Ataturk – ojciec Turków.

Wpis został zreblogowany z blogu “W altanie przy kawie”: http://waltanie.blox.pl/2013/04/ANZAC-Day-historia.html

Reblog: Wielka Wojna (10)

Lech Milewski

Pierwszy strzał

– A to nam zabili Ferdynanda – rzekła posługaczka do pana Szwejka, który opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.

– Którego Ferdynanda, pani Mullerowo? – zapytał Szwejk – ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakies smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.
– Ależ, prosze pana, pana arcyksięcia Fernanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.
– Jezus Maria – zawołał Szwejk – A to dobre! A gdzie też to się panu arcyksięciu przytrafiło?
– Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan….

Jarosław Haszek – Przygody dobrego wojaka Szwejka.

28 czerwca minęła setna rocznica powyższego wydarzenia, które zapoczątkowało I Wojnę Światową – KLIK.

Dzień wcześniej usłyszałem w australijskim radio wywiad z Margaret MacMillan, Kanadyjką, autorką bardzo cenionej książki – The war that ended peace – KLIK. Nagranie wywiadu tutaj – KLIK.

Lech_231Szczególnie zainteresowała mnie opinia autorki na temat powodów wybuchu wojny. Europa miała za sobą prawie 100 lat pokoju – od Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Jednak pod pokrywą tego pokoju gotowały się nacjonalistyczne tarcia i wielkie ambicje. W 1914 roku powszechna była opinia, że aby te napięcia rozładować konieczna jest wojna. To miała być krótka i decydująca wojna, żeby żołnierze wrócili na Boże Narodzenie do domów. Wojna, która miała być końcem wszystkich wojen.
Gdy zaś politycy mają przeświadczenie, że coś jest nieuniknione, wówczas zaczynają działać w stosowny sposób i przewidywania stają się faktem. Faktem, który przerósł wszelkie przewidywania.

A jakie były przewidywania dobrego wojaka Szwejka?

Podsłuchałem go w gospodzie U Kalicha…

– W Sarajewie w całej tej sprawie maczali palce Serbowie – nawiązywał wywiadowca Bretschneider.
– Myli się pan – odpowiedzial Szwejk – to zrobili Turcy przez tę Bośnię i Hercegowinę. Turcy przegrali wojnę w 1912 z Serbią, Bułgarią i Grecją. Chcieli, żeby Austria ich poratowała, a gdy Austria nie chciała, zastrzelili Ferdynanda.

– Myślisz pan może, że najjaśniejszy pan puści to płazem? Nie znasz go pan w takim razie. Wojna z Turkami musi być. Serbia i Rosja pomogą nam (Austrii) w tej wojnie.

– Może się zdarzyć, że w razie wojny z Turcją napadną na nas Niemcy, bo Niemcy i Turcy trzymają z sobą. To takie dranie, że drugich takich nie ma na świecie. Ale możemy się sprzymierzyć z Francją, która od roku siedemdziesiątego pierwszego krzywo patrzy na Niemca. I damy sobie radę.

Przewidywania dobrego wojaka Szwejka okazały się równie trafne jak przewidywania mężów stanu.

Margaret MacMillan zatytułowała swą książkę – Wojna, która zakończyła pokój. Według autorki Traktat Wersalski był zarzewiem konfliktów, które spowodowały wiele tragedii XX wieku. Tuż po zakończeniu Wielkiej Wojny wybuchło wiele lokalnych wojen i konfliktów, o których wspomniał pan Tomasz Fetzki w trzecim odcinku tego cyklu – “.. rosyjska wojna domowa, rumuńska interwencja w Węgierskiej Republice Rad, Powstanie Spartakusa, Bitwa Warszawska, wojna turecko-grecka, Powstanie Wielkopolskie i trzy Powstania Śląskie, zduszenie Bawarii Radzieckiej…” Winston Churchill z typowo imperialną nonszalancją nazwał je “wojnami Pigmejów” – Pygmy Wars – KLIK.
Skutki niektórych wydarzeń gnębią nas do dzisiaj – na przykład upadek Cesarstwa Ottomańskiego i ustanowiony przez Anglików nowy porządek na Bliskim Wschodzie zakończył okres pokojowego współżycia Żydów i Palestyńczyków oraz różnych grup wyznaniowych i etnicznych na terenie obecnego Iraku.

W krajach anglosaskich I Wojna Światowa nazywana jest Wielką Wojną. W Australii chyba w każdym miasteczku znajduje się pomnik upamiętniający mieszkańców, którzy stracili życie na europejskich frontach. 100-lecie jej wybuchu celebrowano w Australii w ostatni poniedziałek.

Dla Polski ta wojna nie zapowiadała niczego dobrego. Polacy zostali wciągnięci do walczących przeciwko sobie armii. A jednak stało się coś niemożliwego – nasi zaborcy, którzy walczyli przeciwko sobie, wszyscy jednocześnie przegrali.

wielkawojnaPS. Już po przygotowaniu tego wpisu zauważyłem, że w Gazecie Wyborczej ukazał się również wywiad z Margaret MacMillan. Prawdopodobnie dla Polaków bardziej interesujący niż ten dla radia ABC – KLIK.

Tekst został zreblogowany z blogu “W altanie przy kawie”: http://waltanie.blox.pl/2014/06/Sto-lat-i-jeden-dzien.html. A na naszym blogu tak imponująco wygląda aktualny spis treści. Były już serie tematyczne, np. o Stalinie albo o Marcu 1968, ale nigdy nie udało się zebrać aż tylu Autorów i tylu wpisów. A to jeszcze nie koniec.

Reblog: Wielka Wojna (7)

I to się zdarzyło sto lat temu!

Jan Józef Kasprzyk

Wymarsz ku wolności

Latem 1914 roku spełniała się modlitwa, jaką w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” zanosił do Boga Adam Mickiewicz. Zbliżała się „wojna powszechna za wolność ludów”. Konflikt między państwami, które w końcu XVIII w. doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej, rodził szansę powrotu Polski na mapy świata.

Symbolicznym aktem końca zaborów stało się obalenie słupów granicznych w podkrakowskich Michałowicach przez strzelców I Kompanii Kadrowej. Rankiem 6 sierpnia 1914 r. rozpoczął się ich marsz ku wolności, którego zwieńczeniem stał się po czterech latach 11 listopada 1918 roku.

Hej, strzelcy wraz

Serce ruchu niepodległościowego biło przed I wojną światową w Galicji. Dzięki autonomii, jaką Polacy mogli się cieszyć w zaborze austriackim, Józef Piłsudski i jego współpracownicy tu właśnie szkolili kadrę przyszłej armii. Kraków, Lwów, Stanisławów, Brzeżany i całe Podhale tętniły życiem strzeleckim. Jak słusznie zauważał w 1910 r. minister spraw wewnętrznych Rosji Makarow: „centrum polityczne sprawy polskiej leży obecnie nie w Królestwie, ale w Galicji. W Królestwie wszystko jest spokojne, w Galicji natomiast wszystko wre, tam organizują się półjawnie i jawnie oddziały strzelców pod wodzą Piłsudskiego, któremu lekkomyślnie pozwoliliśmy ujść z więzienia”.

Do organizacji strzeleckich zgłaszali się masowo młodzi studenci, robotnicy, chłopi, aby w szeregach „Strzelca” zdobyć umiejętności niezbędne do prowadzenia przyszłej walki. Ćwiczyli musztrę, strzelectwo, poznawali topografię zaboru rosyjskiego. Mundury kupowali za własne oszczędności, broń – często przestarzałą – dostarczali Austriacy. Dla większości z nich był to pierwszy kontakt z karabinem. Trudno zresztą się dziwić. Przeważali bowiem studenci i absolwenci medycyny, prawa, kierunków technicznych i… malarze.

Nie bez powodu krakowską Akademię Sztuk Pięknych nazwano w II Rzeczypospolitej kuźnią generałów. Sztalugi malarskie zamienili na mundur strzelecki Edward Rydz-Śmigły, Józef Kordian-Zamorski czy Czesław Jarnuszkiewicz. Młodzieży tej brakowało wprawdzie doświadczenia bojowego, a jako pokolenie „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu” nie poznali dotychczas, jak smakuje niepodległość, jednak nie brakowało im zapału. Jak stwierdzał obserwujący ich wysiłek Stefan Żeromski, byli przepojeni „niewzruszoną wiarą” w sens walki zbrojnej o wolność. Wierzyli w słowa Piłsudskiego, który przekonywał, że „w kryzysach i w boju zwycięstwo dokonuje się w tajnikach duszy ludzkiej. Szala zwycięstwa rozstrzyga się w sercu, woli, charakterze i umiejętności trwania u człowieka. W kryzysie technika ustępuje miejsca charakterowi”. Gdy wybuchła wojna, ruch strzelecki liczył kilkanaście tysięcy ludzi oddanych bezgranicznie sprawie niepodległości.

Ułani, ułani

Nieopodal krakowskich Błoń miłośnicy kwiatów, krzewów i drzew mogli podziwiać ciekawą ekspozycję otworzonej w 1912 r. Wystawy Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowym. Do sceny letniego teatrzyku prowadził szpaler pachnących oleandrów. W upalne lato 1914 r. słowo „oleandry” nabrało nowego znaczenia. W miejscu pelargonii, cyprysów, rozmarynów i malw zakwitły „żelazne kwiaty” – chłopcy w szarych mundurach i maciejówkach z polskim orłem, którzy przybywali na tereny powystawowe z różnych zakątków Polski, a także ze środowisk emigracyjnych, wykonując rozkaz mobilizacyjny swego Komendanta.

Wojna wisiała na włosku. Nadchodził czas „ugrania polskiej karty”. W nocy z 2 na 3 sierpnia, gdy pogasły już ogniska strzeleckie na Oleandrach, w stronę granicy z Rosją wyruszył siedmioosobowy patrol dowodzony przez Władysława Belinę-Prażmowskiego. Szli pieszo z rozkazem dokonania rozpoznania w pasie przygranicznym i z nadzieją, że… uda im się pozyskać gdzieś we dworach konie, bo – jak mówili – „marny jest zwiad spieszony”.

Zadanie było niebezpieczne, na miarę bohaterów powieści Sienkiewicza, który kształtował ich pokolenie. Nie bez przyczyny wybierali sobie pseudonimy odnoszące się do bohaterów Trylogii. Jeden z siódemki – Ludwik Skrzyński – wyruszał na zwiad, obrawszy sobie pseudonim „Kmicic”.

Dotarli ponad 50 km w głąb zaboru rosyjskiego. Konie pozyskało tylko pięciu, dwóch nosiło przez pewien czas siodła na plecach. Jak wspominał Kazimierz Sosnkowski: „wykonali znakomicie powierzone zadanie. Patrol spenetrował Słomniki, Miechów i Jędrzejów, ukazując się tu i ówdzie w mundurach i w pełnym uzbrojeniu. Lotem błyskawicy rozeszła się wieść o inwazji ’wielkich sił strzelca’. Drobne oddziały straży granicznej i policji uchodziły pospiesznie na północ. Jeszcze w tydzień później, podczas marszu na Kielce, mogłem na własne oczy oglądać w Jędrzejowie ślady popłochu, a więc akty mobilizacyjne, walające się po podłodze w urzędzie powiatowym”.

Siódemka powróciła szczęśliwie do Krakowa 4 sierpnia. Chyba nikt nie spodziewał się, że patrol Beliny otworzył nową kartę w dziejach polskiej kawalerii i że za sześć lat kawaleria ta, licząca na razie tylko siedmiu ułanów, rozgromi wielką Armię Konną Budionnego pod Komarowem.

To Pierwsza Kadrowa na wojenkę rusza

„Spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć za oswobodzenie ojczyzny”. Tych słów Komendanta Piłsudskiego wysłuchało ze wzruszeniem blisko 160 strzelców zebranych na zbiórce w Oleandrach późnym popołudniem 3 sierpnia 1914 roku.

Strzelcy z Komendantem Józefem Piłsudskim w Oleandrach – sierpień 1914 r. Fot. CAW

Pierwsza Kompania Kadrowa, nazwana popularnie Kadrówką, sformowana została z wyróżniających się członków Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich. Organizacje te konkurowały dotychczas ze sobą, choć – rzecz jasna – miały ten sam cel działania. Aby zatarły się jakiekolwiek różnice i aby dokonać symbolicznego połączenia obu formacji tworzących Kadrówkę, Piłsudski odpiął ze swej maciejówki orzełka Związku Strzeleckiego i wręczył go dowódcy kompanii Polskich Drużyn Strzeleckich Stanisławowi Burchardt-Bukackiemu, otrzymując od niego w zamian tzw. blachę, czyli owalne oznakowanie noszone na czapkach członków PDS. W ślad za tym gestem wszyscy żołnierze powołani w skład kompanii dokonali między sobą podobnej wymiany. Od tej pory – jak stwierdzał Komendant – „jedynym waszym znakiem jest orzeł biały”.

Było to niezwykle młode wiekiem wojsko. Najmłodszy – Jerzy Morris-Malcolm ps. „Poraj” – przed dwoma tygodniami ukończył zaledwie 14 lat. Ponieważ wyglądał nad wiek dojrzale, podawał w ewidencji strzeleckiej fałszywą datę urodzin, dodając sobie pięć lat życia. Rzecz sprostował dopiero w okresie międzywojennym, gdy służył w baonie wartowniczym w Warszawie i Policji Państwowej.

Nieco starsi byli Adam Buczma i Józef Sujkowski, liczący sobie niespełna 16 lat. Pierwszy z nich służył później jako wachmistrz w Szwadronie Przybocznym Prezydenta RP, drugi po latach został wybitnym profesorem geologii i mineralogii na Uniwersytecie Warszawskim, a w czasie II wojny światowej kierował najpierw Biurem Studiów Kedywu Armii Krajowej, a później Wydziałem Operacyjnym Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza.

Z kolei najstarszym kadrowiakiem był Ignacy Boerner, przy czym słowo „najstarszy” jest i tak przesadne, jako że liczył sobie 39 wiosen. Ten syn pastora ewangelicko-augsburskiego, wybitny inżynier, miał za sobą już wspaniałą przeszłość niepodległościową. W 1905 r. był prezydentem tzw. Republiki Ostrowieckiej, tworzył struktury Związku Walki Czynnej i „Strzelca”. W latach międzywojennych piastował wiele funkcji w Wojsku Polskim i administracji cywilnej, których ukoronowaniem był urząd Ministra Poczt i Telegrafów sprawowany w kilku gabinetach.

W Oleandrach wszyscy byli równi stopniem. W rozkazie wygłoszonym do strzelców Piłsudski stwierdzał wyraźnie: „Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami. Nie naznaczam szarż, każę tylko doświadczeńszym wśród was pełnić funkcje dowódców. Szarże uzyskacie w bitwach”.

Nad nami Orzeł Biały

W inny sierpniowy czas tłumy warszawiaków stały na stokach Cytadeli. Wyrokiem sądu rosyjskiego na ustawionej szubienicy kończyli życie członkowie Rządu Narodowego na czele z Romualdem Trauguttem. Aby jeszcze bardziej upokorzyć przywódców powstańczej Polski, rosyjska orkiestra grała tanecznego walca. Na przekór tej hańbie lud stolicy runął na kolana przed Rządem Narodowym i śpiewał ze łzami w oczach suplikacje „Święty Boże, Święty mocny…”.

Dokładnie pół wieku później, 5 sierpnia 1914 r., w Oleandrach trwali w gotowości bojowej spadkobiercy insurekcji 1863 roku. Nazajutrz, jeszcze przed wschodem słońca, ogłoszono alarm. Ulicami uśpionego Krakowa Kadrówka ruszyła na północ – ku granicy z imperium rosyjskim. W Michałowicach przed posterunkiem granicznym dowódca kompanii Tadeusz Kasprzycki zatrzymał strzelców. „Przed nami ziemia od lat w niewoli! Idziemy ją wyzwolić!” – zawołał.

Świadomość dowodzenia pierwszym polskim oddziałem od czasów Powstania Styczniowego potęgowała poczucie ogromnej misji i obowiązku wobec Polski. Kasprzycki nie krył wzruszenia, gdy po śmierci Piłsudskiego spisywał jako minister spraw wojskowych swoje wspomnienia. Nie krył go również wtedy, gdy na kilka lat przed śmiercią powracał do sierpnia 1914 r. w audycjach emitowanych na falach Radia Wolna Europa w latach 60. Na jego rozkaz obalono słupy graniczne rozerwanej przez zaborców Polski i podeptano portret cara wiszący w komorze celnej.

Ruszyli ku Kielcom. Pierwsi od pół wieku żołnierze z polskimi orłami i polską komendą wkroczyli na teren zaboru rosyjskiego. Pierwsi polscy żołnierze w tej wojnie… Towarzyszyła im pieśń, której brzmienie przerwali brutalnie Rosjanie, pacyfikujący Powstanie Styczniowe: „Hej, strzelcy wraz! Nad nami Orzeł Biały…”. Wierzyli, że z tą pieśnią poderwą Naród do kolejnego powstania. Wzmacniał tę wiarę Piłsudski, ogłaszając, że w Warszawie powstał Rząd Narodowy, pod którego przewodnictwem muszą zjednoczyć się wszystkie siły polskie. Była to wprawdzie swego rodzaju polityczna fikcja, ale miała służyć obudzeniu zastraszonego i uśpionego po klęsce ostatniej insurekcji społeczeństwa.

A nasi strzelce zdobyli Kielce

Pułkownik Józef Piłsudski ze sztabem przed Pałacem Gubernialnym w Kielcach w 1914

Rosjanie na wieść o maszerujących oddziałach polskich opuszczali swoje posterunki w Słomnikach, Miechowie, Jędrzejowie i Chęcinach. Wraz ze strzelcami wracała Polska. Ustanawiano komisariaty wojsk polskich i usuwano z gmachów publicznych napisy w języku rosyjskim, zastępując je polskimi.

W ślad za Kadrówką nadciągały następne kompanie dowodzone przez Mieczysława Norwid-Neugebauera, Stanisława Zosika-Tessaro, Wacława Scaevolę-Wieczorkiewicza. Siły strzeleckie liczyły już ponad tysiąc sześciuset żołnierzy. W okolicach miejscowości Brzegi strzelcy sforsowali Nidę. W Słowiku pod Kielcami, gdzie zatrzymano się na nocleg, zawiązany został Batalion Kadrowy, którego dowództwo objął Kazimierz Herwin-Piątek. 12 sierpnia Batalion wkroczył do Kielc. Strzelcy zajęli ważne punkty miasta, m.in. dworzec kolejowy i stoczyli walki z Rosjanami na folwarku Czarnów, a także w okolicach Szydłówka i Zagórza. Niestety, nazajutrz wobec okrążenia miasta przez przeważającą liczebnie armię rosyjską musieli opuścić Kielce i przez Karczówkę, Brusznię, Białogon i Słowik wycofać się do Chęcin.

Odwrót był bolesnym doświadczeniem, ale znacznie bardziej bolał brak oczekiwanego wsparcia ze strony społeczeństwa, któremu nieśli wolność. Piłsudski pisał: „że szabla nasza była mała, że nie była godna wielkiego, dwudziestomilionowego narodu – nie nasza w tym wina. Nie stał za nami naród, bojący się spojrzeć olbrzymim wypadkom w oczy”. W pamiętnikach tamtego czasu znalazło się wiele przepełnionych goryczą relacji. Kapelan oddziałów strzeleckich kapucyn o. Kosma Lenczowski opisał, jak na jarmarku w jednej z miejscowości przemówił do tłumów, kończąc swe wystąpienie okrzykiem: „Niech żyje Polska!”. „Jedna tylko staruszka – wspominał – zawołała nieśmiało: ’niech żyje’ i nie dokończyła. Ktoś ją szarpnął za zapaskę i umilkła”. Zbyt silny był lęk przed powrotem Rosjan i represjami, jakie mogły spotkać każdego, kto udzieliłby pomocy polskiemu wojsku. Pamięć o szubienicach wystawionych na rynku kieleckim i tysiącach zesłanych na katorgę budziła ogromny lęk, którego nie było w stanie przełamać niesione przez strzelców umiłowanie wolności.

Ale strach ten topniał z miesiąca na miesiąc. Wkraczających ponownie z końcem sierpnia 1914 r. do Kielc żołnierzy Legionów Polskich nie witały już zamykane okiennice, ale wdzięczność. Historia przyznała im rację. Udowodnili, że są – jak stwierdzał po latach Piłsudski – „spadkobiercami godnymi wielkiej przeszłości polskiej”.

Autor jest historykiem, prezesem Związku Piłsudczyków i Komendantem Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej.

Reblog zum Frühstück

Dieser Beitrag ist meiner Freundin, Christine Ziegler, gewidmet, die mir diesen Text zugeschickt hat. Sie schrieb mir, dass es ihr Fundstück für mich ist. Ich habe es zuerst aber als… “Frühstück” gelesen. Deshalb eben: ein Reblog zum Frühstück.

TagesspiegelBanner
TagesspiegelYokoTawada

Ich möchte zuerst über eine spezifische Form der Kultur sprechen, nämlich die Joghurtkultur. Oder sollte ich besser mit dem Thema Milch anfangen, denn ohne Milch gäbe es keinen Joghurt. Die Mutter des Joghurts ist keine Muttermilch, sondern die Kuhmilch. Vor einigen Jahren las ich in einer deutschen Zeitung über ein Gebiet in Afrika, in dem eine Menschengruppe Epidemien überlebte, weil sie Kuhmilch als Nahrungsmittel akzeptiert hatte. Der Autor des Artikels schrieb, dass Milch an sich kein bekömmliches Nahrungsmittel für Erwachsene sei, denn die Natur schenke nur dem Säugling die Enzyme, die Laktose verarbeiten. Ein Kind, das weiter Muttermilch zu trinken versuche, müsse erbrechen.

Der europäische Magen hat im Laufe der Zivilisation die Fähigkeit entwickelt, ein Leben lang Milch zu verdauen. Mit einem Wort: Europa trinkt Milch und erbricht nicht. Das war meine Definition von Europa bis vor kurzem.

Als ich in den sechziger Jahren in Tokio zur Grundschule ging, gab es Klassenkameraden, denen sofort übel wurde, wenn sie Milch tranken. Wir bekamen jeden Tag eine kleine Flasche Milch, zusammen mit dem Mittagessen. Unsere Lehrerin sagte, jeder gewöhne sich an Milch, man müsse Geduld haben. Ich weiß nicht, ob sie recht hatte. Denn selbst in Europa gibt es Menschen, die keine Laktose vertragen.

Joghurt nach Athen

Die europäische Kultur wurde ausschließlich aus Bulgarien nach Japan importiert, ich meine die Joghurtkultur. 1905 gelang es dem bulgarischen Wissenschaftler Stamen Grigorow, ein Bakterium zu isolieren, das für die Entstehung des Joghurts verantwortlich ist. Als ich in Sofia war, sah ich in einem Supermarkt die Joghurtmarken, die ich aus Deutschland kannte, ein ganzes Regal besetzen. Warum importieren die Bulgaren die teuren Produkte aus dem Ausland, wenn sie selber das weltberühmte Joghurtvolk sind? Der Joghurt war nicht mehr Joghurt, sondern eine globale Industrieware. Ich war entsetzt.

Eine Bekannte in New York kauft ausschließlich Joghurt aus Griechenland. Viele amerikanische Joghurtprodukte sind ihrer Meinung nach nichts anderes als chemische Schleimsuppe. Die Griechen sind für sie das Joghurtvolk. Aber eine Griechin, die ich letztes Jahr kennenlernte, offenbarte mir, es gebe keinen griechischen Joghurt mehr, es gebe nur noch europäischen Joghurt. So trägt man nicht nur die Eulen, sondern auch noch den Joghurt nach Athen.
Wortmilch, Prosamilch, Haikuhmilch

Der Joghurt ist ein Sauermilchprodukt, eine Art Dickmilch. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ werden selten verwendet, denn man soll heutzutage weder sauer noch dick sein. Man soll immer gute Laune haben und so dünn sein wie die Menschen auf jedem Werbefoto für Joghurt. Ich dachte, dieses Erfolgsrezept sei amerikanisch und in Europa dürfe man sauer sein – sauer auf die Zustände, sauer auf die politische Situation, sauer auf die Ungerechtigkeit. Denn das Sauersein bringt Nachhaltigkeit. Das Sauerkraut hält länger als der Kohl. Wenn ich Wörter wie Sauerkraut oder Sauerbraten höre, fließt mir Speichel im Mund zusammen – nicht weil ich diese Gerichte essen will, sondern, weil das Wort „sauer“ in meinen Magen hineinklingt.

„Joghurt“ ist ein Lehnwort aus dem Türkischen, und vielen Europäern ist nicht bewusst, wie oft sie sich etwas Türkisches auf die Zunge legen. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ sind noch nicht vergessen, während das Wort „Setzmilch“ kaum noch verwendet wird. Ich habe es in einem Wörterbuch gefunden und las zuerst „Satzmilch“. Als Folge entstanden im Sprachzentrum meines Gehirns Wörter wie Wortmilch, Sprachmilch, Prosamilch, Haikuhmilch, Nachlassmilch, Übersetzungsmilch. Es gibt auch Wörter, die neu geboren werden.

Wenn ich sauer bin und mein Kopf von neuen Wörtern anschwillt, setze ich mich an den Schreibtisch. Nachdem eine Autorin oder ein Autor die Schrift gestellt hat, setzt der Setzer die entsprechenden Buchstaben. Dabei benutzt er kein Setzbrett mehr, sondern ein Computerprogramm. Das Wort „Setzbrett“ wird sicher bald vergessen. Die Autorinnen und die Autoren setzen die Sätze, es klingt etwas streng, aber es geht nicht um eine Festlegung der flüssigen Ideen. Sie setzen die Sätze wie ein wildes Tier in der Setzzeit seine Nachkommen in die Welt setzt. Aus den gesetzten Sätzen soll kein Gesetz werden. Sie sollen besser wie Setzmilch in einen Gärungsprozess geraten.

Gefühle, die ihn Vokalen zu Hause sind

Ist die übersetzte Literatur vergleichbar mit einer Ausländerin, die mit Akzent spricht? Der Akzent ist das Gesicht der gesprochenen Sprache. Seine Augen glänzen wie der Baikalsee oder wie das Schwarze Meer oder wie ein anderes Wasser, je nachdem, wer spricht. Die Augen meiner Sprache enthalten Wasser aus dem Pazifik, in dem Vokale wie Inseln schwimmen. Ohne sie würde ich ertrinken. Die deutsche Sprache bietet mir nicht genug Vokale. „Lufthansa“ spreche ich „Lufutohansa“ aus, damit fast jeder Konsonant mit einem Vokal versorgt ist. Wo soll ich sonst hin mit meinen Gefühlen, die nur in den Vokalen zu Hause sind?

Wie würde die Welt aussehen, wenn es nur Konsonanten gäbe? Sprechen Sie einfach „k“ oder „g“ aus, und achten Sie darauf, wie sie auf Ihren Körper wirken! Sie klingen für mich nach Ablehnung, Abgrenzung oder einer leise gesprochenen Ausrede. Auch die explosiven Konsonanten „p“ und „b“ bereiten mir Kopfschmerzen. Sie klingen verärgert, verachtend und abweisend. Ich ziehe es vor, beim Aussprechen dieser Konsonanten die Luft nach innen zu ziehen, damit sie nicht zu heftig explodieren.

Jede Abweichung als Chance für die Poesie

Es gibt auch sanftere Konsonanten. Das heißt aber nicht, dass ich sie ohne meinen Akzent aussprechen könnte. Die Konsonanten „r“ und „l“ zum Beispiel bringe ich durcheinander. Sie sind für mich eineiige Zwillingsschwestern. Hier einige Übungen für einen besseren Umgang mit ihrer Verwechselbarkeit: „Durch das lustvolle Wandern in der Natur wandelt Herr Müller seine Gesinnung.“ Oder: „Der Rücken eines Ponys ist niedrig und deshalb niedlich. Wäre er doppelt so hoch, wäre er halb so niedlich.“ Oder so: „Kein Bücherregal ist illegal, egal welche Bücher da stehen, genauso wie kein Mensch illegal ist, selbst wenn er mit einem Akzent spricht.“

Der Akzent bringt unerwartet zwei Wörter zusammen, die normalerweise nicht ähnlich klingen. In meinem Akzent hören sich „Zelle“ und „Seele“ ähnlich an. Es ist nicht meine Aufgabe, eine regionale Färbung, einen ausländischen Akzent, einen Soziolekt und einen Sprachfehler medizinischer Art voneinander zu unterscheiden. Stattdessen schlage ich vor, jede Abweichung als Chance für die Poesie wahrzunehmen. Es kommt mir komisch vor, dass ich von einer „Abweichung“ spreche, denn ich bin nicht sicher, ob es überhaupt den „Standard“ gibt. Im Sprachunterricht habe ich gelernt, dass das reinste Hochdeutsch in Hannover zu finden sei, und zwar auf einer Theaterbühne.

Der Akzent lädt zum Reisen ein

Aber es gibt keinen Menschen, der in einem Theater in Hannover geboren wurde und nie das Theatergebäude verlassen hat. Also gibt es keinen Menschen ohne Akzent, so wie es keinen Menschen ohne Falten im Gesicht gibt.

Der Akzent ist eine großzügige Einladung zu einer Reise in die geografische und kulturelle Ferne. In einer modernen Großstadt muss man stets darauf gefasst sein, mitten in der Mittagspause auf eine Weltreise geschickt zu werden. Eine Kellnerin öffnet ihren Mund, schon bin ich unterwegs nach Moskau, nach Paris oder nach Istanbul. Die Mundhöhle der Kellnerin ist der Nachthimmel, darunter liegt ihre Zunge, die den eurasischen Kontinent verkörpert. Ihr Atemzug ist der Orientexpress. Ich steige ein. Der Akzent gibt den Menschen auch Mut, denn er ist ein lebender Beweis dafür, dass auch ein Erwachsener noch eine exotische Sprache lernen kann. Hätte er sie schon als kleines Kind gelernt, hätte er keinen Akzent. Auch im hohen Alter können wir unseren Gaumen erweitern, uns neue fiktive Zähne wachsen lassen, die Muskeln des Mundwerks trainieren, mehr Speichel produzieren und unsere Gehirnzellen durchlüften.

Reblog: Nieużytki sztuki

nieuzytki-banner

Marek Styczyński: Dlaczego ogrodniczy, w swej praktycznej istocie projekt, adresowałaś do środowisk związanych z upowszechnianiem sztuki? A może jest on adresowany raczej do stałych odbiorców działalności galerii sztuki? Nie jest chyba adresowany do artystów? Czy tytułowe “nieużytki” są wskazaniem na jakieś niezagospodarowane obszary działalności instytucji kultury, na ich zbyt słabe ugruntowanie w środowisku?

Elżbieta Jabłońska: Idea dzierżawy niezagospodarowanych terenów przyległych do galerii, muzeów i innych instytucji sztuki pojawiła się rok temu przy okazji opracowywania koncepcji mojego udziału w Zielonym Jazdowie. Teren parku przy warszawskim CSW, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia, jak również czas na nie zaplanowany, a więc okres między czerwcem a połową września stały się moją zasadniczą inspiracją. Planowałam 10 podwyższonych grządek usytuowanych przy ławach Jenny Holzer. To miejsce wydawało mi się idealne ze względu na cały szeroki kontekst. Jednak z dwóch przedstawionych przez mnie propozycji została wybrana ta druga, ta która nie wymagała zaangażowania widza, trwała krótko i nie budziła wątpliwości, a “nieużytki” siłą rzeczy musiały poczekać na następny sezon.

Jednak już jesienią zeszłego roku rozpowszechniłam ideę wśród kilku instytucji i jako zwrotną informację otrzymałam akceptację projektu.

Nieużytki wydają się być projektem przede wszystkim ogrodniczym, lecz jak większość moich realizacji kryją w sobie dodatkowe wątki. To co uważam za najistotniejsze w sztuce to kontakt z drugim człowiekiem, specyficzny rodzaj spotkania rozumianego bardzo szeroko, energia z niego wynikająca, a czasem potencjalna możliwość pewnego zdarzenia. To spotkanie jest w “Nieużytkach sztuki” bardzo ważne i rozgrywa się na wielu poziomach. Jest więc relacja odbiorcy z przedstawicielami instytucji, pracownikami, którzy są niejako “zmuszeni” do wyjścia poza znaną i przewidywalną przestrzeń biur czy ekspozycji na grunt najbardziej podstawowy, na ziemię i wobec ziemi. Pojawia się również rodzaj współpracy między osobami, które decydują się na dzierżawę, wspólnie pielęgnują swoje rośliny, bywa, że się nawzajem wspomagają radami, a czasem po prostu wspólnie przebywają w przygaleryjnych ogródkach.

Ten obszar bezpośredniego kontaktu, w zdecydowanie innym otoczeniu, wobec konieczności rozładowania ciężarówki z ziemią, przeniesienia drewnianych elementów, rozwiązania problemów z wodą, wreszcie złożenia przygrządkowej ławki to właśnie sugestia niezagospodarowanych obszarów działalności instytucji kultury. To realne problemy, które trzeba rozwiązać wspólnie z uczestnikiem ogrodniczych działań, tu i teraz.

MS: Dlaczego grządki i rośliny, a nie miejsca spotkań, parasole, leżaki, piaskownice i budki z kawą i lemoniadą?

EJ: Od kilku lat mieszkam na wsi. Chłonę rozległy nadwiślański krajobraz, próbuję nasycić się zielenią, powietrzem i głębią błękitu. Wiosną sadzę rośliny, doglądam te, które przetrwały zimę i znów zaczynają kiełkować. Grzebię rękami w ziemi, wyjątkowo u nas gliniastej, i co roku w kwietniu nie mogę się nadziwić że spod hałdy śniegu wypełzają maleńkie zielone źdźbła. Obserwowanie kiełkowania i wzrostu roślin jest dla mnie aktualnie niezwykle fascynujące, a czasem terapeutyczne. Dlatego rośliny i grządki.

Poza tym przy grządkach stoją stabilne i wygodne, drewniane ławki, a kawę i lemoniadę również można wypić. Tyle, że wobec konkretnej sytuacji, wobec własnych zasiewów, które trzeba podlewać, pielić, obserwować. I wówczas ta kawa o wiele lepiej smakuje, a my przywiązujemy się do miejsca, zaczynamy je postrzegać jako własne, czujemy się za nie współodpowiedzialni.

MS: Jaki zakładałaś zasięg Projektu, jaki jest obecnie; na wiosnę 2014 roku? Czy jego aktualna geografia jest dla Ciebie zaskoczeniem, czy raczej realizacją założonego w projekcie planu?

EJ: Tak jak wspominałam wcześniej, Nieużytki były pierwotnie opracowane jako realizacja na terenie parku przy Zamku Ujazdowskim. Nie doszło do tych działań i bardzo mnie to cieszy, bo ich zasięg tegoroczny jest nieporównywalnie większy, a zapał ogrodników i instytucji tylko to potwierdza. Mamy grządki przy 10 instytucjach, w 9 miastach. Oczywiście są to niewielkie tereny, ale to jest początek i wiele może się jeszcze wydarzyć. Zgłaszają się do nas kolejni chętni, czas pokaże co z tego wyniknie. Oprócz osób zaprzyjaźnionych z galeriami w projekcie uczestniczą również mieszkańcy sąsiadujący z instytucjami, z tej samej ulicy, czy osiedla. Nie jest ich może wielu, ale trudno jest przełamać utarte schematy i przyzwyczajenia. Myślę jednak, że warto podejmować różne kroki by oswoić ludzi z “przestrzenią” sztuki i nieużytki są jednym z nich.

MS: Z moich obserwacji wynika, że słabym punktem instalacji, obiektów i w dużym stopniu także myślenia o przestrzeni na styku biologii i sztuki jest etyka postępowania z żywymi organizmami. Te wszystkie paprotki podłączone do prądu, padłe papugi, świecące króliki i zamknięte w klatkach koguty… to jakby radosna wystawa rozmaitych ponurych tortur stosowanych przez służby specjalne… Czy nie boisz się, że zazielenione “nieużytki sztuki” skończą jako “pustynie sztuki (ogrodniczej)” z braku uwagi, troski i podlewania? Kto bierze odpowiedzialność za te uprawy, czy w Twoim projekcie przewidziałaś przyszłość czy jedynie pierwsze dwa wspaniałe, wiosenne miesiące po wysianiu i wysadzeniu roślin?

nieuzytki-pudelko
EJ:
Każda z osób, która zdecydowała się wziąć udział w projekcie podpisała specjalnie na tą okazję przygotowaną umowę dzierżawy. Termin rozpoczęcia działań był uzależniony od konkretnych instytucji i kalendarza ich działań, w większości był to kwiecień, natomiast koniec umowy jest wyznaczony na początek października. Średni okres trwania projektu to ok 7 miesięcy. A to z perspektywy dzierżawcy naprawdę dużo czasu. Wsparcie instytucji jest tu elementem zasadniczym, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy planujemy wyjazdy wakacyjne.

Ryzyko porażki jest wpisane we wszystkie działania do których zapraszamy publiczność, reżyseria nie ma tu żadnych szans. Mam jednak do porażki swój indywidualny stosunek, pełen ciekawości, akceptacji i pokory. Wiem, że to specyficzna propozycja i zrozumiem również tych, którzy mimo chęci nie dotrwają do jesieni przy swoich roślinach.

MS: Czy miałaś wcześniej (lub zauważasz w miarę realizacji projektu) jakieś preferencje co do sadzonych gatunków roślin? Czy są jakieś gatunki roślin, które wydają się już dzisiaj lekiem na “nieużytki sztuki”. Mam na myśli zagadnienia etnobotaniki, którą się od lat zajmuję i w tym kontekście interesuje mnie, jakie rośliny pokonają “nieużytki sztuki”: stare, tradycyjne, nowinki na rynku ogrodniczym, a może szpalery tujowe w imię łączności z ludowymi trendami w polskim ogrodnictwie? Pytanie wiąże się też z metodą relaksacji, a nawet leczenia i wpływania na możliwości intelektualne nazywaną hortiterapią. Może drugim etapem Twojego Projektu mogło by być leczenie szeroko pojętego środowiska artystycznego z pomocą odpowiednio dobranych roślin i sposobów ich uprawy?

EJ: Jakiś czas temu zostałam zaproszona do wystawy w Wigierskim Domu Pracy Twórczej, która nosiła tytuł Flower Power. To była jedna z ostatnich wystaw w tym miejscu. W ramach tego wydarzenia rozesłałam z Wigier pocztę kwiatową, było to ponad sto przesyłek zawierających nasiona lub cebulki kwiatów wyhodowanych przez gospodynie z okolicy oraz podłoże do ich wysiania/wysadzenia. Te przesyłki dotarły również do osób z kręgu sztuki, myślę, że to mógł być początek ogrodniczej terapii. Reakcje adresatów były różne, byli tacy, którzy według otrzymanej instrukcji wyhodowali roślinkę na parapecie okna, a jako potwierdzenie przesłali mi dokumentację fotograficzną. Nie zawsze jednak trafia się na podatny “grunt”.

Wracając do uprawianych roślin, każda z instytucji otrzymała tzw pakiet aktywizujący składający się między innymi z nasion. Były to podstawowe i bardzo klasyczne propozycje, głównie warzywne, ale z moich obserwacji wpisów na naszej stronie internetowej wynika, że każdy z uczestników ma inne pomysły i preferencje. Na grządkach pojawiają się również kwiaty i zioła, wszystko w rękach właścicieli.

MS: Rośliny, uprawy, grządki i problem nieużytków to przestrzeń karmiąca się czasem. Pozostaje to w pewnej sprzeczności z działalnością galerii sztuki, które ścigają się w ilości i atrakcyjności proponowanych wystaw i akcji artystycznych, zazwyczaj krótkotrwałych. Czy Twój projekt ma być lekiem na tę pogoń za medialnym i środowiskowym uznaniem, czy może także jest krótkodystansowym wskazaniem na trendy, zainteresowania i możliwości starej, dobrej metody DIY?

EJ: Trudno mi przewidzieć jakie będą skutki Nieużytków sztuki. Aktualnie jestem pod wielkim wrażeniem, że to naprawdę się dzieje, że instytucje wykazały chęć współpracy, znając długoterminowość przedsięwzięcia i jego mało spektakularny charakter. Cieszy mnie liczba uczestników, ich aktywność ogrodnicza, którą czasem prezentują na stronie projektu. Wiele zależy teraz od relacji jaka nawiąże się między instytucjami i uczestnikami ogrodniczych działań.

Po cichu liczę, że galeryjne grządki przetrwają sezon w dobrej kondycji i wpiszą się na dłużej w krajobraz działań instytucji kultury.

MS: Bardzo dziękuję za świetny projekt i znalezienie czasu na naszą rozmowę!

Ten wywiad i inne interesujące teksty TU, a tu wkład czteroletniego Antosia w uprawianie własnych ogrodów kwiatowo-jarzynowych w środku miasta. Mam na balkonie osiem skrzynek lub doniczkowo-koszykowych odpowiedników skrzynek, w których Antoś posiał kwiaty i jarzyny. Już jemy rzodkiewki, a wśród kwitnących właśnie kwiatów typu chwasty rosną ziemniaki, zółta fasolka, buraki i marchewka. Zdjęcie – Honti.

Antosiowe male

Reblog: Jetzt bin ich also Deutsch

Jetzt bin ich also deutsch

Beitrag ausgezeichnet mit dem Deutsch-Polnischen Journalistenpreis 2014

Warum entscheiden sich Menschen anderer Nationen für die deutsche Staatsbürgerschaft und wie fühlen sie sich mit der neuen Nationalität? Daniel Tkatch, 33, und Karolina Golimowska, 28, berichten von ihren Erfahrungen.

Daniel Tkatch

Ich hätte auf meinem Reisepass lieber einen Bären als den Bundesadler. Nicht den Bären von der Berliner Flagge – mit den roten Krallen, Zähnen und herausgestreckter Zunge –, sondern so einen patinagrünen, wie den kleinen bronzenen auf dem Mittelstreifen der A115 am ehemaligen Grenzkontrollpunkt Dreilinden. Wie angenehm lässt es sich ihn doch grüßen, wenn ich Berlin verlasse oder hier wieder ankomme. Was stört mich eigentlich an dem armen Bundesadler? Ich gucke ihn an und muss dabei an meine russische Großmutter denken. In unserer Familiengeschichte hat im Zweiten Weltkrieg keiner unter den Deutschen direkt gelitten. Sie aber, die 1931 in einem Dorf in Inguschetien geboren wurde, musste als Kind vor der sich nähernden Kaukasusfront evakuiert werden, und ihr Vater wich dem Krieg aus, indem er sich seine rechte Handfläche mit einem Gewehr durchschoss. In meiner Erinnerung hat der Urgroßvater immer ein Taschentuch um die rechte Hand gewickelt. Meine Großmutter bemühte sich, mich zu einem weltoffenen Menschen zu erziehen: Feind ist mir jeder böse Mensch, jeder gute aber ist mir wie ein Bruder, und mag er auch ein Tschetschene oder gar ein Deutscher sein, hat sie ihren eigenen Großvater immer zitiert. Auch deshalb würde ich mich über mein Deutschwerden sehr gerne mit meiner Großmutter unterhalten. Leider war sie neun Jahre vor dem Frühling gestorben, in dem ich mir ein Retourflugticket nach Deutschland kaufte und die Rückflugkarte verfallen ließ. So muss ich mich dem Thema Adler allein stellen, und ich für meine Person finde ihn zu heraldisch, zu patriotisch.

Deutschsein. Fast lieber wäre es mir, ein europäischer Staatsbürger zu werden. So wäre ich von Anbeginn von der Idee eines jeden Nationalstaats befreit. Die „europäische Idee“ ließe für mich eine Identifikation mindestens oberflächlich leichter zu. (…)

Witerlesen hier: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch/

Daniel Tkatch wurde 1979 in Kasachstan geboren und wuchs in Israel auf. Er studierte Physik am Technion in Haifa sowie Kunstgeschichte und Philosophie an der FU Berlin. Neben seinem Studium in politischer Philosophie und Ästhetik an der KU Leuven ist er als Author und Redakteur u.a. für cafébabel, The European tätig.

Karolina Golimowska

(…)

Deutschland ist für mich vor allem Berlin. Hier habe ich studiert, von hier aus habe ich ein Stipendium nach London bekommen, hierhin kam ich zurück. Hier arbeite ich an meiner Promotion, hier sind meine Freunde, hier ist mein Leben. Berlin bedeutet Stuck an den Decken, große Parks, Frauen mit unrasierten Waden. Berlin ist Straßendemos und Flohmärkte, Ost-West-Kontraste, Sonntagsbrunchs und Weißweinschorle. Berlin ist Fahrrad, mein erster Job, mein erstes Geld, meine erste Mietwohnung. Berlin bedeutet auch die ersten Diskriminierungserfahrungen und kritischen Blicke auf Polen von außen. Und Berlin ist tolle Bäckereien und riesige Joghurtauswahl in den Supermärkten.

Berlin und Warschau verbindet ein Zug – der Berlin-Warszawa-Express. Er fährt zwischen meiner Kindheit und dem Erwachsensein hin und her, drei Mal am Tag, sieben Tage die Woche. (…)

Weiterlesen: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch-teil-2/

nagroda-karol-daniel
Karolina Golimowska wuchs in Warschau auf, studierte u.a. Anglistik und Neuere deutsche Literatur in Berlin und London. Sie arbeitet als Autorin und Journalistin und ist Doktorandin und Lehrbeauftragte am Institut für Anglistik und Amerikanistik der Humboldt Universität zu Berlin.

Reblog: Otylia

onetsportbannerNie po raz pierwszy sięgam po teksty napisane przez publicystów dla portali sportowych. Reblogowałam tu już teksty o boksie, dziś… dziś o pływaniu i innym sporcie.  A właściwie wcale nie o pływaniu czy piłce nożnej, tylko o nas, o Polsce, o naszej kondycji społecznej i naszej, pożal się Boże, polityce. Tekst jest świeży, z 7 maja, ale też i temat jest świeży. 

Tekst znalazłam TU i bardzo dziękuję portalowi eurosport.onet.pl, za to, że go opublikował.

Dariusz Tuzimek

Śmiejąc się z Otylii śmiejecie się z siebie

Od dawna nie było tak gło­śno o Oty­lii Ję­drzej­czak i Ma­cie­ju Żu­raw­skim. Choć za­pew­ne nie o taką po­pu­lar­ność im cho­dzi­ło. Zro­bie­nie dur­nia z dwój­ki spor­tow­ców przy­szło dzien­ni­kar­ce TVP bar­dzo łatwo.

otyliaObserwowałem to marne widowisko z zażenowaniem i wstydem, ale też było mi jakoś przykro. Ot tak, jakbym oglądał publiczne tortury na średniowiecznym jarmarku. Tępawa gawiedź się cieszy, choć przecież sama nie jest lepsza.

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Może za stary na „he­tj­te­ra” je­stem, ale jakoś – tak po ludz­ku – żal mi się zro­bi­ło, że ktoś tak bez oporu ośmie­sza mi­strzy­nię olim­pij­ską, mi­strzy­nię świa­ta, mi­strzy­nię Eu­ro­py i jed­no­cze­śnie za­wod­nicz­kę wy­bra­ną trzy­krot­nie naj­lep­szym sportowcem tego kraju. Mó­wi­my o oso­bie, z któ­rej Pol­ska była dumna! O kimś – co dla mnie nie jest bez zna­cze­nia – kto prze­żył oso­bi­stą tra­ge­dię na oczach ca­łe­go kraju, przy otwar­tej kur­ty­nie.

Chce­cie się z niej śmiać? Bo nie zna po­ro­zu­mie­nia z Kioto? W po­rząd­ku, bo wy to po­ro­zu­mie­nie zna­cie, praw­da?

Mi się jakoś z tego śmiać nie chce.

Pew­nie zaraz duża grupa za­kom­plek­sio­nych internetowych nie­na­wist­ni­ków „po­ci­śnie” że to ich (spor­tow­ców) wina, bo po cię pcha­ją do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, skoro nic nie wie­dzą. Zga­dzam się – to ich wina. Naj­więk­szą kom­pe­ten­cją jest znać gra­ni­ce wła­snej nie­kom­pe­ten­cji.

To spor­tow­ców wina, że sta­ra­ją się cho­dzić po kru­chym lo­dzie. Ale za­trud­nia­nie ce­le­bry­tów do wy­gry­wa­nia wy­bo­rów kom­pro­mi­tu­je w naj­więk­szym stop­niu li­de­rów par­tii, któ­rzy po tych­że ce­le­bry­tów się­ga­ją z całym cy­ni­zmem. To źle o nich świad­czy.

Jed­nak skoro już się­ga­ją, to zna­czy, że to dzia­ła, że to jest sku­tecz­ne. Czyli wy­star­czy wy­sta­wić na listę znane na­zwi­sko, a lu­dzie od­da­dzą na nie swoje głosy… I jak to o nas, czyli wy­bor­cach świad­czy? Śmie­jąc się z Oty­lii i „Żu­ra­wia” pa­mię­taj­my, że śmie­je­my się z sie­bie.

Ktoś wy­brał prze­cież np. se­na­to­ra Krzysz­to­fa Cu­gow­skie­go w Lu­bli­nie albo posła Jana To­ma­szew­skie­go w Łodzi, praw­da? Ten drugi za­mro­czo­ny wizją do­sta­nia się do par­la­men­tu z listy PiS skła­dał hołdy li­de­ro­wi swo­jej par­tii bez ob­cia­chu twier­dząc, że „Ja­ro­sław Ka­czyń­ski jest Ka­zi­mie­rzem Gór­skim pol­skiej po­li­ty­ki”. Nie wy­ma­ga ko­men­ta­rza.

O Otylii i Maćku Żurowskim można powiedzieć jedno: oboje, po zakończeniu kariery szukają swojego miejsca w życiu. Dokonują wyborów lepszych i gorszych. I nawet jeśli tych ostatnich jest więcej, mają prawo błądzić. Otylia próbowała bezskutecznie wrócić do pływania. Potem brała udział w „Tańcu z gwiazdami” i posmakowała życia celebrytki. Wikłała się w różne historie i widać było, że pomysłu na siebie nie ma. To samo Żurawski. Wszyscy byli nim zachwyceni gdy strzelał gole dla Wisły, reprezentacji czy dla „Celtów” w Glasgow. Później mało udany powrót do ligi, a jeszcze później Żurawski niby był skautem w Wiśle, ale jakby nim nie był. Zaangażował się w sklep z ubraniami i własną kolekcję ciuchów, ale i to okazało się niewypałem.

W przypadku sportowców pytanie: „co dalej?” jest często pytaniem bez odpowiedzi. Szczególnie jeśli jest zadane zbyt późno. Trudno w wieku trzydziestu lat przejść na emeryturę. U nas nawet największe gwiazdy nie mają menedżerów, którzy planują im karierę, inwestują pieniądze i mają na nich pomysł co robić, gdy już trzeba będzie zacząć dorosłe życie.  Agenci piłkarscy – nie wszyscy, ale w ogromnej większości – ograniczają się do handlu zawodnikami, gdy ci mają na rynku jeszcze wartość. Kasują prowizje, ale nie planują zawodnikom karier. A gdy nie da się już na nich zarabiać, wyrzucają ich jak stare zabawki i sięgają po nowe. Sportowcy zostają sami. Bez pokończonych szkół i często bez odłożonych pieniędzy. Dziwicie się, że przyjmują oferty od partii politycznych? Taki Tomasz Adamek ledwie otarł krew z rozbitej w ostatnim pojedynku twarzy a już ogłosił, że startuje do Parlamentu Europejskiego.  A jeszcze chyba miał siniaki pod oczami gdy publicznie wypowiedział się o kobiecości posłanki Grodzkiej…

Otytlia i Maciek Żurawski poszli do studia telewizyjnego nieprzygotowani. Myśleli, że będzie miło, łatwo i przyjemnie. Naiwne to bardzo. Media od dawna nie są przyjazne, a od momentu, gdy oboje zdecydowali się być politykami, powinni być przygotowani na to, że będą traktowani jak politycy. Czyli twardo, bo jest przyzwolenie społeczne żeby z politykami się nie cackać. To się pani dziennikarka z nimi nie cackała.

Efekt jest taki, że jak się wpisze w internetową wyszukiwarkę Google’a imię i nazwisko Otylii, to po notce biograficznej, jako drugi wynik (sic!), wyskakuje… „kompromitacja Otylii Jędrzejczak na antenie TVP”.  Z tego teraz jest najbardziej znana duma narodu sprzed kilku lat.

Żurawski i Otylia nie będą wielkimi politykami. Ale jeśli świętej pamięci Andrzej Lepper miał kompetencje żeby być wicepremierem w dwóch rządach wolnej Rzeczypospolitej, to jednak pewne rzeczy w naszym kraju są umowne.

Na pewno jednak jesteśmy mistrzami w niszczeniu autorytetów. Lech Wałęsa ma lepszą prasę na świecie niż w Polsce. I to nie jest przypadek. W Polsce nawet papieża Jana Pawła II atakowano niewybrednie tuż przed kanonizacją. Taki kraj…

Jak to dobrze, że Kazimierz Górski od lat spoczywa w spokoju i nikomu już nie zagraża, nikogo jego popularność nie będzie kłuła w oczy. Bo znaleźliby się tacy, którzy pogrzebaliby mu głębiej w biografii. I nawet jakby się niczego niedogrzebali, to twierdziliby, że się jednak dogrzebali i obrzuciliby błotem. Ciężko się później z tego obskrobać.

A zatem oplujmy wszystkich: Wałęsę, papieża, Tadeusza Mazowieckiego, Otylię, Żurawskiego. Na koniec nie zostanie nic. Jeden tylko autorytet.

Widać go, gdy się podejdzie blisko do lustra.

Reblog: Drobnostka

Magdalena Parys o Marianie Stefanowskim
na blogu tygodnika “Zwierciadło”; kiedyś

Historia I. Człowiek z historią

BILLY_WILDER_-13Poznałam go kilka lat temu temu. Umówiliśmy się na zdjęcia. Potrzebne było mi chociaż jedno, jakiekolwiek. Wsiadł do mojego samochodu i od razu pomyślałam, że go lubię.
Ja gadałam. On milczał. Potem powiedział parę zdań. Zamilkłam, aż do końca naszej wspólnej drogi. Po tych paru zdaniach nie widziałam w nim fotografa, zdjęcie też już nie było ważne. Ciekawy był ON. Człowiek z historią.
W Polsce pracował dla różnych wydawnictw prasowych. Był fotoreporterem na etacie starszego fotoreportera.
Przyjechał do Berlina Zachodniego wiele lat temu na jeden dzień, aby zakupić lampę błyskową do aparatu fotograficznego. Kilka dni później umówiony był na reportaż z Catherine_Deneuvemłodymi gwiazdami jazdy figurowej na lodzie i mistrzyniami kraju w gimnastyce artystycznej. Bez lampy ani rusz.
W Berlinie zatrzymał się u znajomych dosłownie na jedną noc. W sobotę zakupił lampę METZ 45CT i chciał wracać do domu. Ale znajomi mówią: co będziesz tak zaraz wracał, chodź z nami do znajomych! Poszedł do tych znajomych. Zima stulecia, zimno jak diabli. Przespał się u nich, z nimi razem w dużym małżeńskim łóżku, młodzi studenci, mieszkanie na Kreuzbergu, samo życie.
Następnego dnia czas wyjeżdżać. Poszedł jeszcze na pchli targ, kupił parę płyt i szykuje się z powrotem do Polski. A tu znajomi mówią, że w Polsce wojna.
DANNY_DE_VITO_-6– Jaka wojna, czyja? – pyta.
– Wojna!
Dzwoni do Polski. Telefon głuchy. Na polskich falach radiowych – Chopin. Ktoś coś wie? Nikt nic nie wie. Może żart? Chyba żart. Trzeba przeczekać.
– I tak czekałem, męcząc siebie i innych. Wyszedłem z domu 11 grudnia 1981 roku w zimę stulecia i do dziś nie wróciłem. Jak ten facet z tego żartu, co wyszedł po papierosy.
Nie zaśmiał się, ja też nie.
Poszliśmy robić zdjęcia.

Historia II. Człowiek ze zdjęciem

Daniel_OlbrychskiNie umiem pozować do zdjęć. Poza tym nie mogłam się skoncentrować, ponieważ myślałam przez cały czas o historii byłego fotoreportera na stanowisku starszego fotoreportera. Marian nie tracił cierpliwości. Szukał odpowiedniego światła. Tyle zdjęć już zrobił, ja tysiąc póz, ale widzę, nic mu się nie podoba. Mijają godziny, ja już nie mogę, za chwilę ma przyjechać po niego przyjaciel i zawieźć ze sprzętem do domu, bo wiadomo, zdjęcia, to nie tylko aparat, to statywy, lampy i jakieś sztuczne światła w postaci wielkiego czegoś srebrnego i metrem się tego nie przewiezie.
Przyjechał nasz wspólny przyjaciel i czeka. Marian dalej robi zdjęcia. Przyjaciel wzdycha, zjada ciasto, wypija kawę i macha ręką.
– On tak zawsze!
Gregory_Peck_I teraz znajmy opowiada mi ciąg dalszy historii. Mariana.
Marian znalazł się w Berlinie Zachodnim bez szczoteczki do zębów za to z lampą błyskową. Obce miasto, obcy język. Rok 1981 i nie ma dokąd iść, co ze sobą zrobić. Odpowiadam temu przyjacielowi, że pewnie gdzieś tam w końcu zamieszkał, coś ze sobą robił. Jestem spocona, głodna i chyba naprawdę niefotogeniczna. Marian dalej szuka światła. Jaki miły – światła szuka.
– No zamieszkał. Przychodzę do niego, wieszam przy ścianie na haku kożuch, a kożuch przymarzł do ściany, wyobrażasz sobie?
Nie za bardzo.
Isabelle_Rossellini.1748– Jest! Mam to zdjęcie! To jest TO zdjęcie – przywołuje nas do siebie Marian. Wygląda naprawdę na szczęśliwego.
Potwierdzają się moje obawy. Trzeba blisko tysiąc zdjęć, żeby machnąć mi jedno dobre. Pakują, jadą.
Marian wysyła mi następnego dnia zdjęcia. Nie jedno. Kilkadziesiąt. Wszystkie są… niesamowite. To ja? Nie wiem, które wybrać na okładkę książki.
Po jakimś czasie spotykam Mariana. Chcę, żeby mi opowiedział, jak dalej się jego sprawy w Berlinie potoczyły. Mówi, że różnie bywało i pyta, kiedy zrobimy zdjęcia u niego w studio, bo przydałyby się inne. Pewnie, że zrobimy i pytam znów o to samo, więc mówi, że w Jodie_Foster_31982 roku pracował dla różnych wydawnictw emigracyjnych, a pięć lat później otrzymał propozycją z FDK Arsenal. Chodziło o naprawienie i przygotowywanie do pokazu filmów archiwalnych. Po roku zapytano go, czy nie zechciałby poprowadzić całego archiwum. Dowiaduję się, że rozpoczął od 750 filmów, dzisiaj archiwum posiada ich ponad 14 tysięcy. Większość to unikaty, jedyne takie kopie na świecie, w latach 60 i 70 kręciło się na tak zwanej odwrotkach, czyli na filmie pozytywowym. Film bez negatywu.
Pyta czy rozumiem. Nie rozumiem.
Rozumiem tylko, kiedy mówi, że to po USA drugie co do wielkości archiwum filmu eksperymentalnego na świecie. I to jeszcze, że dla niego najważniejszą sprawą jest doprowadzenie kopii do stanu projekcji. Pytam o ręce. Chowa je za siebie. Ręce KRZYSZTOF_KIESLOWSKI_-6zniszczone, bo wciąż kontakt z chemią. Alergie się porobiły. Zmienia temat. Jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy może doprowadzić taki stary film do używalności. Pytam o zdjęcia. Odpowiada, że takie tam drobnostki jeszcze robi, wystawy na przykład.
Rozmawiam o tych „drobiazgach” ze znajomymi. Okazuje się, że Marian współpracuje na stałe z Niemieckim Muzeum Kinematografii Filmowej i Telewizyjnej w Berlinie. Wykonuje najróżniejsze prace do katalogów, wystaw, publikacji.
– W tym MUZEUM na Potsdamer Platz?
– W tym.
Liv_Ulmann_-Norwegen_1994Aha. To zapewne jedna z tych „drobnostek”, jak i ta, że pierwszą wystawę miał w Berlinie już w 1985 roku, a w roku 1988 zaczął wystawiać prace z tak zwanej „GUMY”. Dowiaduję się też zupełnie przypadkiem, że to jeden z najbardziej ulubionych fotografów Catherine Deneuve. No pewnie, cóż w tym dziwnego. Marian dalej mówi o tych swoich archiwach, o zdjęciach jakiegoś tam Billy Wildera czy Alana Delona ani słowa.
Marian ciekawi mnie coraz bardziej jako fotograf. Piszę do niego maila i pytam o te wystawy, odpowiada, że nic wielkiego, nic takiego i że Sophia_Loren_7kiedyś lubił kręcić, kiedyś dawno temu, reportaże kamerą 35 mm, ale to było tak dawno, że nie wie, czy to prawdziwe było, pamięta tylko kamerę. Prawdopodobnie powróci do tego, zbliża się bowiem nieuchronnie czas dojrzewania do niedosłyszenia, niedowidzenia, wypadania włosów i… to będą wspaniałe filmy, lekko nieostre, ale za to … O wystawach, zdjęciach i ciekawych ludziach, których spotyka ani słowa. Znów naciskam, ale widzę, że nie chce już o tym mówić, twierdzi że jest tylko dobrym fachowcem, tak jak inni w swoim zawodzie. W odpowiedzi pytam o zdjęcia z „gumy”. Specjalnie o tę technikę pytam, bo wiem, że to jego ulubiona. W ten sposób Daniel_Olbrychskiwywoływano zdjęcia 150 lat temu. Przesyła wreszcie… Zobaczcie sami….

***
Fotografie Marian Stefanowski. Z góry na dół: Billy Wilder, Catherine Denevue, Danny de Vito, Daniel Olbrychski, Gregory Peck, Isabelle Rossellini, Jodie Foster, Krzysztof Kieślowski, Liv Ullmann, Sophie Loren, Tom Hank. Zdjęcia wykonane techniką odbitek na gumie. Na swojej stronie internetowej Marian pisze:
Gum printing is an old photographic process which experienced its heyday at the turn of the century. The term ‘art photography’ is inseparable from the technique of gum printing. It was used because, unlike pure photographic printing, it opened up a number of creative possibilities. It allowed one to alter, deliberately emphasise or subdue shades of colour and creates pictures according to one’s own specifications.

Więcej o MarianieXXXXX Więcej o Magdzie