Nowa polska proza z Berlina

Krzysztof Pukański

Mała

Było sobie dziecko. Dziewczynka. Nazwijmy ją Mała. Przypadkowe, niechciane dziecko zbyt młodych rodziców. Pięknych, dwudziestoletnich dzieci-kwiatów, którzy na fali hormonalnego uniesienia przeżyli kilka upojnych chwil i nie chcieli nic więcej, a tu – niespodzianka.
Między rodzicami już w czasie ciąży przestało się układać. Stress, kłótnie, koniec wolności, co robić, presja społeczna, ślub. W efekcie niemowlę urodziło się z zaawansowaną nerwicą skóry. Wyglądało okropnie, niemal jak E.T. Tyle że E.T. wzbudzał przynajmniej sympatię, a niemowlę jak to niemowlę: drze się, sra, wciąż czegoś chce, a w dodatku jest ohydnie brzydkie. I jak tu kochać coś takiego? Matka nie potrafiła. Zajmowała się nią z obowiązku, bo przecież nie mogła jej już wyskrobać ani nikomu oddać. Ale miłość? Nie przydarzyła się.
Dziecka nikt nie kochał, poza dziadkiem impotentem, który na dodatek miał jakowąś, bliżej nie znaną deformację penisa i już z powodu tej przypadłości był podobnym, jak Mała, wyrzutkiem w rodzinie. Nie był w pełni mężczyzną, więc nie wzięli go do wojska ani tym bardziej na wojnę (drugą światową). W pewnym sensie było to gorsze od dezercji. Żona nim pogardzała, nie szanowały dzieci. Był za to organistą i dyrygentem kościelnego chóru, a na co dzień listonoszem. Miał w piwnicy swój azyl, swój świat – małe atelier, gdzie grał na pianinie, malował i uczył Małą wrażliwości na sztukę. Mała do dziś jest dumna, że potrafi rozróżnić np. 12 odcieni czerwieni.
Rodzice wstawili do piwnicy wózek dziecięcy i podrzucali Małą dziadkowi, gdy sami nie mogli się nią zajmować. A nie mogli bądź nie chcieli bardzo często. Mała nie była łatwym dzieckiem. Nie tylko wyglądała szkaradnie, ale jeszcze miała coś z głową. Dziś to coś pewnie nazwalibyśmy ADHD, ale kto wtedy słyszał o takich dziwadłach.
Żyła w poczuciu, że coś z nią nie tak, ale nie rozumiała, dlaczego. Wybrała więc instynktownie ucieczkę do przodu: nie przebywać za długo w jednym miejscu, nie zajmować się zbyt długo jedną rzeczą, jednym człowiekiem – nie dać im czasu na obserwację, może nie zauważą. Bo wtedy zawsze zaczynali coś szeptać, dziwnie na nią patrzyć i robić kółka na czole. Tylko dziadek zawsze był dla niej miły i tylko on potrafił z nią rozmawiać i np. przekonać, aby przestała wrzeszczeć i założyła w końcu wybraną przez mamę sukienkę.
Z dziadkami spędzała też wakacje. Zazwyczaj nad morzem, na wyspie z pensjonatem, gdzie zjeżdżali natchnieni rewolucjoniści pokolenia ‘68. Dziadkowie prowadzili tam dla nich kuchnię.
W wieku ośmiu lat Mała brała już udział w dyskusjach panelowych i była, zgodnie z duchem czasu, zupełnie poważnie traktowana, tym bardziej, że jak na swój wiek była nieźle wygadana i zazwyczaj miała coś interesującego do powiedzenia.
Na wyspie, w domku na uboczu, mieszkał profesor z gatunku szalonych. Nikt go nie odwiedzał, on też z nikim nie utrzymywał kontaktów. Siedział sobie w swoim domku i rozgryzał problemy natury filozoficznej. W powszechnym pojęciu był, ogólnie mówiąc, niedostępnym dziwakiem. Raczej zrażał do siebie ludzi niż ich przyciągał.
Razu pewnego polecono Małej zanieść profesorowi list. Na dworze padało jak co dzień, w powietrzu unosiła się delikatna mżawka. Ani to deszcz, ani mgła – coś pomiędzy. Mała i tak od rana skakała po kałużach, więc niewiele myśląc ścisnęła list w dłoni i dziarsko ruszyła w drogę. Rybacka kurta z kapturem, sięgająca kolan i nieco za duże kalosze znakomicie chroniły przed wszechobecną wilgocią. Gdy dotarła do chatki profesora, stanęła przed drzwiami i zapukała.
– Nie ma mnie – rozległo się ze środka.
Mała poskrobała się po głowie. Właściwie to było jej obojętne, że profesor nie chce jej widzieć. Właściwie to niczego innego się nie spodziewała. Ale był jeszcze list. No i dziadek, który ją posłał. Nie było wyjścia.
– Kłamiesz! – odparła zdesperowana – Nie może Cię nie być, bo właśnie mi POWIEDZIAŁEŚ, że Cię nie ma!
I tu na dłuższą chwilę zaległa dostojna, niczym nie zmącona cisza. Nawet muchy i komary z wrażenia przestały brzęczeć. Wreszcie lekko skrzypnęły uchylające się drzwi. Z wnętrza bardzo powoli wyjrzała najpierw długa, zmierzwiona, czarna broda, następnie rogowe okulary, nieco przekrzywione na wydatnym nosie, a zaraz za nimi równie przekrzywione, duże niebieskie oczy, obrośnięte jeszcze większymi brwiami. Na koniec wychynęła imponujących rozmiarów łysina, okolona kłaczkami niegdyś czarnych, a teraz mocno już posiwiałych włosów. Oczy miały wyraz zdziwiony, acz zaintrygowany.
Mała najchętniej zapadła by się pod ziemię lub wzięła nogi za pas, lecz ponieważ ze strachu nie była w stanie się ruszyć, wyciągnęła jedynie rękę z listem.
Profesor wziął kopertę, obejrzał ją pobieżnie, po czym skinieniem zaprosił Małą do środka. Weszła z wahaniem, na miękkich kolanach. Nie pamiętała, była wręcz pewna, że nigdy nie słyszała, aby ktoś był u Profesora w domu. W jej dziecięcej wyobraźni dom ten był miejscem tajemniczym i niedostępnym, czymś w rodzaju jaskini lwa, smoczej pieczary, a w najlepszym razie Jonaszowym wielorybem z opowieści Dziadka. Tymczasem miała przed sobą zwykłą prostą izbę, bez zbędnych sprzętów, za to z mnóstwem książek, szpargałów, papierów i innych intrygujących przedmiotów leżących, gdzie popadnie. Na stole królowała przedpotopowa maszyna do pisania. Mała rozglądała się z wpółotwartymi ustami – to było jeszcze lepsze niż piwnica dziadka.
Pan Profesor zaś, który w międzyczasie pozbył się jakoś pierwotnej powierzchowności bagiennego potwora i nabrał cech bardziej ludzkich, okazał się być zwyczajnym, trochę zaniedbanym, starzejącym się, postawnym mężczyzną. Trzymając wciąż w ręce list wziął nóż do papieru, rozciął kopertę, otworzył, obejrzał list ze wszystkich stron, po czym zmiął w dłoniach i dorzucił do sterty podobnych papierzysk wylewających się z kosza. Następnie posadził Małą przy stole i nalał jej mleka.
– No to teraz powiedz mi, skąd ty się tu właściwie wzięłaś?
– Nie zaczyna się zdania od „no” – odrzekła Mała, aby zyskać na czasie. – Tata tak mówi. Ale mnie to nie przeszkadza, więc jeśli chcesz…
Profesor przewrócił oczyma. Mała zamilkła nie wiedząc, czy się bać czy roześmiać.
– Masz rację, nie zaczyna się – przyznał Profesor. – Więc skąd się wzięłaś?
Mała już miała wypalić, że nie zaczyna się zdania od „więc”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Zamiast tego powiedziała:
– No coś ty? Nie pamiętasz? Przyniosłam Ci list. O, tam leży. Wyrzuciłeś.
– A tak, słusznie – odparł profesor, jakby lekko nieobecny. Chyba czuł, że to nie będzie lekka przeprawa.
Mała nie potrafi już dziś powiedzieć o czym dalej rozmawiali. Pamięta tylko, że w pewnym momencie z niewinnej mżawki, zrobiła się straszna ulewa. Profesor zrobił gorącej herbaty, którą popijali słuchając deszczu i gawędząc aż do wieczora.
Gdy na dworze było już zupełnie ciemno, ktoś zaczął łomotać do drzwi. Zaskoczony drugimi już tego dnia odwiedzinami Profesor nie zdążył się nawet odezwać, gdy drzwi otwarły się z hukiem i stanął w nich strasznie rozgniewany, ociekający wodą dziadek. Teraz on przypominał bagiennego potwora. Natychmiast zaczął też, nie wiedzieć czemu, strofować pana Profesora i zrobił mu karczemną awanturę, że co on sobie myśli, że późno jest, że ulewa, że tu dziecko, a tam rodzice od zmysłów odchodzą i w ogóle co to ma wszystko znaczyć?
Tu Mała ze zdziwieniem popatrzyła na dziadka, bo był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy to przyłapała kochanego Dziadunia łgarstwie! Rodzice byli mianowicie daleko stąd, czyli w domu i nic nie wiedzieli o całym zajściu, albowiem telefon zamontowano im dopiero dwa lata później.
Pan profesor zaś, biedaczek, usilnie Dziadka przepraszał i po upływie no tak chyba z pół godziny, czerwony ze wstydu wyjął wielką butlę z jakimś mętnym, półprzezroczystym trunkiem. Nalał sobie i dziadkowi i zaczął mu coś tłumaczyć. Dziadek siedział tylko i kiwał głową, jakby dokładnie rozumiał o co chodzi. Od czasu do czasu milkli i spoglądali dziwnie na Małą, zazwyczaj jednocześnie.
Mała zaś siedziała w kącie na podłodze, udawała, że się czymś bawi i czuła, jak nad jej głową gromadzą się wielkie czarne chmury. I, jak zawsze w takich sytuacjach, nie wiedziała, co i dlaczego. Nie miała pojęcia, co źle zrobiła. I co gorsza, nikt nawet nie próbował jej tego wytłumaczyć. A najgorsze było, kiedy szeptali coś do siebie, popatrując na nią znacząco. Tak jak teraz Profesor i dziadek. Wtedy pozostawało tylko skulić się i czekać. Niech już wreszcie skończą mędzić. Niech dadzą jej już tę karę. Niech przestaną tak głupio patrzeć. Czuła się winna, kuliła się coraz bardziej, a chmury robiły się większe i większe.
A przecież zaniosła list, przecież nie dała się spławić jakąś głupią odzywką Profesora, przecież to nie ona chciała z nim rozmawiać i przecież to niegrzecznie nie odpowiadać, kiedy dorośli o coś pytają. I przecież dziadek nigdy jej nie karał. Przeciwnie: kiedy coś zmalowała i babcia była na nią wściekła, dziadek ostentacyjnie odpinał pas, zabierał Małą do piwnicy i grzmocił pasem w najbliższe krzesło, przy czym oboje darli się wniebogłosy, ona niby z bólu, a on w słusznym gniewie. Przecież dziadek zawsze był jej sprzymierzeńcem, więc dlaczego teraz zachowuje się tak jak wszyscy?

Panowie przy stole chyba coś zauważyli, bo nagle zamilkli na dobre. Mała podniosła ostrożnie głowę i zaraz skuliła się jeszcze bardziej, bo teraz po prostu gapili się w nią obaj jak sroka w gnat. Dziadek natychmiast wstał, podszedł do niej i wziął ją na ręce. Przytulił, pogłaskał, podmuchał delikatnie w czółko. I wtedy, wciąż jeszcze zalękniona, poczuła, jak pod wpływem dziadkowego podmuchu czarne chmury znikają, odpływają, nie tłamszą jej już i nie każą się bać. Już dawno nie było jej w dziadkowych objęciach tak dobrze. Wreszcie mogła odetchnąć. Wiedziała już, że nie musi się niczego obawiać i że dziadek nie będzie się gniewał. I że czarne chmury już dzisiaj nie wrócą.

Po upływie kolejnej godziny, gdy dziadek z Profesorem wychylili kolejnych kilka szklanek, a Mała zasnęła z głową na maszynie do pisania, dziadek spojrzał wreszcie na zegarek. I aż podskoczył na krześle na myśl o żonie sekutnicy. Przewrócił przy tym stojącą na stole, na wpół opróżnioną butelkę i zbudził Małą. Dochodziła dwunasta.
Natychmiast pożegnali się z Profesorem i pomaszerowali do domu. Było zupełnie ciemno, tak że musieli uważać, aby nie wyrżnąć w jakieś złośliwie przyczajone drzewo i nie potknąć się na wystających ze ścieżki zdradliwych korzeniach. Padać co prawda przestało, lecz niebo wciąż zasnuwały deszczowe chmury. Nie było widać dalej niż na wyciągnięcie ręki.
Po kilku minutach Dziadek ni stąd ni z owąd zaczął pogwizdywać. Choć spoglądała w górę, nie widziała jego twarzy, lecz czuła, że uśmiecha się pod nosem. Że uśmiecha się z dumą i satysfakcją, jakby nie spodziewając się tego, znalazł kogoś, z kim mógł podzielić się sekretem, który długo musiał chować tylko dla siebie. I jakby, ktoś potwierdził mu czarno na białym, że to, co sobie tam ubrdał w tej starej łepetynie, jednak ma sens.

Od tej pory Mała była już stałym gościem w chatce profesora.

Po drugiej stronie grzechu

Nasza autorka, Łucja Fice, tym razem jako powieściopisarka.

Łucja Fice, Druga strona grzechu, Warszawska Firma Wydawnicza, maj 2019

Alski

Haft na styku światów

Być może jest grzechem prowadzić takie rozważania. O tym, co jest, mówi fizyka.
O tym, dlaczego jest – metafizyka. A o tym jak jest?
W jaki sposób nasz wewnętrzny świat przyswaja, absorbuje świat zewnętrzny? Jak powstają nasze spostrzeżenia, nasze refleksje? Co dzieje się w nas, kiedy patrzymy?
Co dzieje się w nas, kiedy zamykamy oczy? O tym wszystkim mówi ta powieść. Zdarzenia dzielą się na codzienne, niecodzienne i te, które się nie zdarzyły. Pomiędzy fizyką a metafizyką rozciąga się bezkres. Bezkres emocji, empatii, gestów dokonanych i niedokonanych, zdarzeń, które miały miejsce, miały mieć miejsce – bo ktoś na nie czekał,
nigdy nie miały miejsca a mogły – tak sugeruje bohaterce po latach jej refleksja. Dwoje dojrzałych ludzi, kobieta i mężczyzna, oboje z bagażem pamięci o wspólnym życiu. Mężczyzna wychodzi do pracy, kobieta patrzy w lustro. Kobieta wyjeżdża do pracy, mężczyzna umiera. Kobieta wraca i parzy kawę tak, jak ją uczył zmarły mąż.
Haft na styku światów – monolog wewnętrzny, w którym opowieść o życiu dwojga ludzi
oplata koronka zamyślenia o nim, prowadzi kobieta. Ze strony na stronę coraz rozleglejsza koronka, bo buddyzm sąsiaduje tam z mechaniką kwantową, a krążące w umyśle potencjały, z których potem rodzą się nasze myśli – z magią wspomnień.

„Jesteśmy wszyscy jak cząsteczki patrzące na siebie. Oby patrzeć z sercem”.
Ostatnie zdania tej opowieści są jej najlepszą syntezą – o tym właśnie ona jest.

Leszek Żuliński

Z Łucją Fice, mieszkanką Gorzowa Wielkopolskiego, znam się od lat. Debiutowała tomikiem poetyckim w 1997 roku. Poezję uprawiała niejednokrotnie, jednak od dłuższego czasu zaczęła też zajmować się prozą. I to osobliwą, bowiem opowiadającą gastarbajtowanie za granicą. Za chlebem, panie, za chlebem! Te książki to było „samo życie” – uciekaliśmy za granicę, by mieć lepszą pracę i płacę.
Powieści Przeznaczenie (2012) i Wyspa starców (2013) były „żywcem wzięte” z owego gastarbajtowania. Polegało ono przede wszystkim na opiekowaniu się starszymi osobami (w Wielkiej Brytanii i Niemczech). (…)
Tym razem skończyłem czytać najnowszą książkę Łucji pt. Druga strona grzechu.

Dr Stefan Pastuszewski tak pisze w tekście na okładce, że ta powieść pozostaje na granicy powieści i eseju. Jest swoistym traktatem usiłującym rozstrzygnąć zagadkę bytu w oparciu o intuicję, penetrację somnambuliczną, zmysły i wiedzę z zakresu fizyki kwantowej. Tłem narracji jest biografia autorki, w tym jej wieloletnia emigracja, nazwijmy ją zarobkową, choć w istocie była ona rozpoznawaniem i nowych światów, i samej siebie, którą lepiej widać w oderwaniu od pieleszy kulturowych i w sferze nowych, nieraz traumatycznych doświadczeń. Cztery gastarbajterskie powieści Łucji Fice stworzyły mocny fundament pod Drugą stronę grzechu, ale zarazem były cennym dokumentem emigracji poakcesyjnej (która stała się losem blisko trzech milionów Polaków od 2004 roku).

No, pięknie wyręczył mnie Pastuszewski, ale muszę po lekturze tej książki dodać coś od siebie. Otóż Łucja, bywająca za granicą, miała to szczęście lub empatyczną zdolność, że nie musiała na przykład sprzątać ulic, lecz opiekowała się osobami starymi lub chorymi. A praca opiekunki to był nie tylko „gen empatii”, ale także refleksji nad naszym starczym życiem.

A jeszcze piękniej wyręczyła mnie sama Łucja. Książkę poprzedza jej mini-wstęp, w którym Autorka autokomentuje „ideę” tej książki.

To książka o przeczuciach. Z konfliktami, trudną miłością starszych już osób, oddaleniem z powodu wyjazdów jednego z małżonków do pracy za granicą. To typ powieści magicznego realizmu dla tych, którzy już przeżyli żałobę, jak również dla tych, którzy stoją PRZED. Dzielę się doświadczeniami, być może z innego wymiaru. Może to książka z pogranicza NIE DO WIARY? Kiedyś nie zauważałam wielu pięknych rzeczy w życiu; one przecież istniały, ale uzmysłowiłam je sobie dopiero, gdy zabrakło najbliższej osoby. Przywołuję męża w symbolach, słowach, gestach, myślach. To książka o walce z samotnością. Dopiero po śmierci bliskiej osoby uświadamiamy sobie smak życia, jego barwę. Książka została napisana na granicy intymności i uniwersalności. Żałoba jest przejmująca, a cierpienie nie przemija, siedzi gdzieś w środku. Rozpalam cierpienie wyobraźnią, wywołuję obrazy z przeszłości, powracam do przeczuć, których wówczas nie rozumiałam.

Nikt lepiej by tego wstępu nie napisał.

Znam książki Łucji, ale tę uznaję za jej opus vitae. Masa tu różnych wątków, zdarzeń, opowieści. Gastarbajtowanie schodzi na drugi plan, bo Autorka skupiła się na podsumowaniu licznych peregrynacji i własnego żywota – i to bez „autoreklamy”, tylko z mądrym wczuwaniem się we własną drogę życia. Od drobiazgów po ważne wydarzenia.
Myślę, że kolejne rozdzialiki tej książki pisały się długimi latami. Nie ma tu spójności tematycznej, a raczej silva rerum zdarzeń, przeżyć, doznań, rozterek, domniemań… Pamiętnik żywota.

(…) Z jednej strony uderza w tej książce erudycyjność literacka, ale z drugiej niezwykła świadomość własnej drogi i losu. Ma rację Pastuszewski, kojarzący tę książkę z eseistyką. Zdarzają się tu „opowiastki”, ale przede wszystkim egzystencjalna świadomość Autorki jest tu istotą i sednem jej „smaku życia”. Mądrego życia!

Oznajmiam bez przyjacielskich i krytycznoliterackich uniesień, że jest to jedna z najlepszych i najmądrzejszych książek, jakie ostatnio czytałem.

Ciąg dalszy wypowiedzi Autorki

Jedyną rzeczywistością, która nie zawodzi i nie kłamie jest śmierć, a najpiękniejszym słowem – TAJEMNICA.
To słowo, które niesie za sobą energię poszukiwania.
Według nauki, kwantowej wizji świata, jestem tylko projekcją umysłu, postacią kwantową, elektronami, siecią neuronów. Osobiście wszystko, co widzę i wiem, uważam za sen. Obudzę się, jak będę umierać, tracąc materialną powłokę. Ponieważ w moich snach jest wiedza o przyszłych wydarzeniach, to muszę być świadomością, która wyprzedza teraźniejszość.
Choć przyszłość ze snów jawi mi się w symbolach, to niosą one ze sobą przekaz.


No tak, tak się pisze wstępy i blurby, myśli sobie Adminka, przygotowując niniejszy wpis. Na pewno mój Czytelnika już się nastroszył jak zasępiony sęp, bo wie, że tekściarze piszą takie rzeczy o powieści Danielle Steel, o różowych Harlequinach, o bezsensownym Zapachu cytryn (czy jakoś tak), ale przecież również o Prouście, i o Cervantesie, bo wszyscy wiemy, że blurby tak po prawdzie nic nie mówią. Trudna rada, przyjdzie samej i samemu poczytaćPoniżej: fragmenty str. 136-142

XXX

Dzisiaj wybieram się do katedry św. Szczepana. Już wiem, że to największa katedra na północ od Alp. Pragnę zobaczyć to dzieło architektury, z której po pożarze w 1662 roku zachowała się jej późnogotycka wschodnia część. Zachłannie czytam informacje o historii kościoła. Brama jest szeroko otwarta. W środku tłum turystów. W cielsku tego budynku czuję się jak mała mrówka w kopcu. Jest msza i już Podniesienie Najświętszego Sakramentu. Nie przyszłam się tu modlić. Przyszłam podziwiać te stiukowe dekoracje
Goviannego Battisty Carlonego, bogate freski i malowidła w bocznych ołtarzach. Nie czuję się tu dobrze ze sobą. Instytucja Kościoła będzie już na zawsze kojarzyć się z modliszką. Podniesienie Najświętszego Sakramentu. Zostaję, nie z potrzeby serca, a poczucia wstydu, że przyszłam tu tylko dla tych dzieł i dla moich rozważań. Pierwsze skojarzenie.
Kapłan na ołtarzu, podobnie jak modliszka, ma złożone na piersi ręce, a ludzie poprzez zatapianie się w modlitwie są nieświadomi jak motyl przed tym owadem. Kościół zainteresowany jest ofiarodawcami, a modliszka krwią. Obserwuję jak turyści dają datki, by tuczyć ciała kapłanów. Kościół był zawsze zdatny do żądzy, władzy i chciwości. Pieniądze ofiarodawców są jego pokarmem. Bez niego kapłani zdechliby z głodu.

Modliszka to tylko niewinny, bezgrzeszny owad, zaś Kościół ma dwie twarze. Jedna z nich to grzech.

NASTĘPNY DZIEŃ

Dostaję od męża krótkiego maila. To była smutna wiadomość. Zmarła moja przyjaciółka. W moim mózgu nastąpiła chwilowa katalepsja, zupełnie jak to zaobserwowałam u modliszki, a kiedy minęła, to pojawiło się nowe skojarzenie. Czyżby naprawdę modliszka miała być symbolem nadchodzącej śmierci?
Cały dzień minął na rozpamiętywaniu. Czym jest śmierć? Czym jest Dusza? Czy śmierć jest
pośrednikiem między świadomością a światem zewnętrznym? Ukułam termin – „Za kryształowym lustrem” – i sugeruję, że po zgonie trafiamy do wymiaru, który jest umiejscowiony gdzieś w czasie, gdzieś obok. Dla umierającego zmianie ulega przede wszystkim czas. Nie ma już „przed” i nie ma „po”, a świadomość oderwana od ciała wchodzi w wymiar pozaczasowy, jakiego nie znamy. Gdzie więc znajduje się ten wymiar, do którego trafimy po śmierci? Czy zobaczę tam Boga? Czy TAM to sfera bez kształtów, czy
tylko sfera myśli? W jakim wymiarze znajduje się nasz umysł pracujący w krainie pragnień i pożądań?

Wieczorem jak zwykle zapisuję swoje rozważania. Chciałabym, by mąż się odezwał, ale jego konkretność co do terminów, to zasada. Poniedziałek, to poniedziałek. Przeszkadza mi ta jego cecha charakteru, ale ja nie będę pierwsza.

SOBOTA

Przerwy spędzam na spacerach i zwiedzaniu Passawy. Dzisiaj zaplanowałam wizytę w Muzeum Szkła – jedynym takim na świecie, zlokalizowanym w starannie odrestaurowanym historycznym zespole budynków „Wilder Mann”, graniczącym z XIV-
wiecznym Ratuszem. Tu, na tym terenie działały kiedyś, dominujące w Europie huty szkła. Ten kontakt ze światem rzemieślniczej, perfekcyjnej sztuki dodał mi skrzydeł i mam zamiar jeszcze dziś udać się do XIII-wiecznej warowni, czyli Veste Oberhaus. Jeszcze tam
nie byłam, a tylko podziwiałam ten widoczny z okna mojego pokoju, pomnik starej architektury. Wracam niespokojna. COŚ wisi w powietrzu. Po dwudziestej wychodzę przed dom i siadam na ławce, nad brzegiem Dunaju. Przepełnia mnie i chłonie ponownie ta
CISZA we mnie. Siedzę jak skała, zamykam się we własnym kokonie i nie zauważam, że przysiadł się do mnie kotek, zwykły, szaro-bury. Ocknęłam się, kiedy otarł się o mnie i zamiauczał. Uzmysławiam sobie, że powróciłam TU i TERAZ. Kotek nie przestawał się do mnie łasić i cały czas pomiaukiwał, jakby chciał mi coś przekazać. Skąd się tu wziął? Czy przybiegł z tej mojej CISZY z naddunajskiego brzegu? Zapalam papierosa i ponownie
spoglądam na rzekę i krajobraz. Widzę to piękno Natury, jakby ten Bóg we mnie nakazał tylko tak widzieć. Patrzenie na Dunaj, niebo, ten cały krajobraz, jest takie proste. Zdejmuję wzrok z nieba i spuszczam go w kierunku drugiego brzegu rzeki. Moje oczy natykają się na drzewa i krzewy, którym porośnięty jest ten brzeg. Nie wiem jakiego rodzaju to drzewa, ale
błądzę oczyma po ich rozmaitych kształtach w każdym dowolnym kierunku i uświadamiam sobie, że nigdzie nie mogę postawić pionu, czy kąta prostego. Wszędzie krągłość. Korzenie okrągłe, pnie okrągłe, gałęzie okrągłe. Nabrzmiałe ciała drzew przypominają mi brzuszki ciężarnych kobiet. I to moje krągłe spojrzenie nad krągłą Naturą dało nowe skojarzenie z krągłością faktów politycznych. Nie znam się na polityce, jestem tylko jej obserwatorem jak wielu z nas, ale śmiem przypuszczać, że historia wojen, puczów, aktów terrorystycznych też zatacza koło. Moja wiedza na temat wojen jest znikoma, tylko teoretyczna.
Wspominając konflikt jaki ma miejsce w Turcji, z całą wewnętrzną goryczą śmiem stwierdzić, że historia kołem się zatoczy i dopóki nie zmieni się sam człowiek i nie uformuje w nim cząsteczek wody w piękne kryształki, dopóty będą wojny i konflikty. Myślę na okrągło. Jak to wszystko się zakończy? Pozostaje nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Siedzę taka zadumana, i nie zauważyłam jak zmierzchło, zrobiło się szaro-buro, zbliżała się noc. Nie mam pojęcia, która godzina. Nie spieszę się do domu. Naddunajski deptak
opustoszał. Spoglądam ponownie na niebo. Zauważyłam dwa księżyce w pełni, podobne do siebie. Zafascynowałam się. Nagle jeden z księżyców zamigotał innym blaskiem. Cały stał się migocącym światłem, po czym znikł. Trwało to może kilka, może kilkanaście sekund.
Co to było? Z tym pytaniem, niespokojna wracam do domu. Będę miała teraz swoją gimnastykę mózgu. O zjawisku tym wspomniałam na drugi dzień mojemu
podopiecznemu. Potwierdził, że dosyć często obserwuje się w tym rejonie UFO, ale dwa księżyce? – rysy zdziwienia na jego twarzy tylko potwierdziły, że mogłam być świadkiem czegoś dziwnego. Starszy pan nie umiał się odnieść do tego zjawiska.
– Na pewno nie były to żadne odbicia świateł reflektorów? – zapytał.
– Jestem pewna, że nie – odpowiadam zdecydowanie.
– Dwa słońca już były, ale dwa księżyce, w tym jeden znikający w ułamku sekundy? – pan kiwa głową, a ja czuję, że zjawisko go zafascynowało.
– Może to było jednak UFO? – ośmielam się zadać pytanie.
– UFO nie istnieje, choć w Bawarii można często usłyszeć o tym zjawisku – poruszył się i otulił mocniej kocem, jakby chciał przykryć swoje myśli, tym samym dać mi do zrozumienia, że to koniec dyskusji.
W swoim pokoju rozmyślam. To, co widziałam na niebie nie daje mi spokoju. – Może
jednak istnieją cywilizacje, które są w posiadaniu takich pojazdów, którymi przemierzają wymiary czasoprzestrzeni i potrafią ją „zwijać”? Może mają pod kontrolą zjawiska grawitacyjne, bo są w posiadaniu jakiegoś generatora, który wytwarza wokół ich statków odpowiednie pole, będące ich prywatnym Wszechświatem? Może pochodzą z innych wymiarów, a nie z innych galaktyk?
Tak rozmyślając poczułam tę degradację CZASU na sobie i zrozumiałam, że ten upływ
CZASU jest przejawem mojej świadomości, bo przecież z łatwością wchodzę w CZAS, którego nie ma. Więc CZAS to umowne pojęcie, które służyć ma do opisu atrybutów
czasoprzestrzeni? Nasza fizyka opiera się na mechanice kwantowej, a ICH? Może na równoległych Wszechświatach? Jakbym pokazała swój laptop w czasach Pitagorasa, to on nie wiedziałby co to jest, taka właśnie przepaść nas dzieli. A może to była nasza
technologia, o której zwykli śmiertelnicy nie mają pojęcia, a są to zwyczajnie tajemnice NASA?

Barataria 112 Don Quijote der Polen, Deutschen und Rumänen

Im Februar ging ich zur Berliner Buchpremiere des neuen Romans von Matthias Nawrat, Der traurige Gast (Rowohlt 2019).  Das ist er, der Erzähler, der zwar nicht mit dem Autor identisch ist, aber ihm so nah steht, wie der neurastenische Marcel in Auf der Suche nach verlorener Zeit dem Marcel Proust selbst steht. Ein in Polen geborener Schriftsteller, der mit den Eltern und dem Bruder irgendwann in der Kindheit nach Deutschland ausgewandert (West Deutschland wohl bemerkt) und dann, schon alleine, aus dem Westen nach Berlin gezogen ist… Er ist dieser trauriger Gast, der nur kommt, hört, und geht, beobachtet und aufschreibt, den so oft Unmut oder gar Ärger befallen, wenn er weg geht, oder dass er weg geht, gehen muss, gehen will und ein oder zwei mal gar gegangen wird.

Ab der Seite 158 kommt eine Episode, in der er den Don Quichotte trifft.

Er war gerade bei einer gewissen Tecla Martin zu einer privaten Lesung. Und gerade ist sehr zeitnah, irgendwann im Jahre 2018…

Als sich die Wohnung nach der Lesung leerte, blieb eine Gruppe von Leuten in der Sofaecke im Arbeitszimmer sitzend und schien sich gerade als ich den Raum betrat, heftig zu streiten.

Ich setzte mich in einem Sessel. Der Streit war abgeklungen, und der Mann direkt neben mir, der um die fünfzig sein musste, fragte mich, mit wie viel Jahren ich Deutsch gelernt hätte.

Siehst du!, rief er einem anderen zu, nachdem ich geantwortet hatte. Wir haben hier schon seit Jahren die Diskussion, ob man eine Sprache so gut wie eine Muttersprache erlernen kann. Dieser Idiot behauptet, dass das nicht geht, nur weil er selbst, obwohl er in Rumänien aufgewachsen ist und es seine Schulsprache war, Rumänisch spricht wie ein Mann mit gebrochenen Beinen.

Wie spricht denn ein Mann mit gebrochenen Beinen Rumänisch? fragte der andere. Er war schlank und wirkte nobel und irgendwie bescheiden.

Wie ein Idiot eben, sagte der andere, der kräftig war und sich breitbeinig zurücklehnte.

Ich habe ohnehin nur mit geschriebener Sprache zu tun, sagte der Schlanke. Er erhob sich und beugte sich über den Tisch und gab mir eine weiche, schmale Hand. Ich heiße Hermann, sagte er. Ich bin, sagte er, Übersetzer von, leider, nur Handbücher und Reiseführern. Früher habe ich Gedichte übersetzt. Kennen Sie Mircea Kammerer? Den zu übersetzen habe ich zum beispiel die große Ehre gehabt. Er hat Rumänisch geschrieben. Aber er sprach auch Deutsch. Er stammte aus demselben Dorf im Banat wie ich und hat mit mir in Bukarest studiert.

Die beiden streiten immer, du musst nichts drauf geben, sagte eine Frau, die sich als Karoline vorstellte.

Wir streiten nicht, wir diskutieren, sagte der Kräftige. Auch er gab mir die Hand und stellte sich als Eli vor.

Ich sage immer, dass man seine Vergangenheit nicht verschweigen soll, sagte er. Ich habe mein halber Leben darunter gelitten, dass ich Deutsch sprach. Die zweite Hälfte über habe ich unter meinem rumänischen Akzent gelitten. Aber heute ist mir alles egal. Ich erzähle heute auch jedem, dass mein Vater Nazi war und gejubelt hat, als Wehrmacht nach Kronstadt kam. ich habe sogar ein Hörspiel darüber gemacht. Ich bin Schauspieler, ich habe schon an jedem Theater in Europa gespielt. Ich weiß, wo es welche Tabus gibt, aber es ist mir egal. Du bist, was du bist, weil du kommst, woher du kommst. Und irgendwann musses dir egal sein, du musst irgendwann lernen, darauf zu scheißen. ich bin fünfzig, ich rauche täglich dreißig Zigaretten, ich gehe spät schlafen, ich suche mir Regisseure, mit denen ich arbeiten will, aus, und wenn ich jemand verlogen finde, dann kann er mich mal. Und wenn ich einen Akzent habe, dann habe ich einen Akzent.
Dein Akzent ist herrlich, Eli, sagte Karoline.
Du bist halt ein Sachse aus dem 12. Jahrhundert, sagte Tecla.
Dann bin ich eben das, na und?, sagte Eli. Wenigstens bin ich kein Banater wie unser Akademiker hier, der weder Rumänisch noch Deutsch noch Ungarisch kann, weil er nur zu Hause herumsitzt.
Ich bin doch hier, sagte Hermann.
Wir sind alle hier, sagte Eli. Erklär lieber noch mal, was der Unterschied zwischen dem Banater Deutsch und dem Siebenbürgener Deutsch  ist, wenn sie angeblich so unterschiedlich sind.
Sie sind vollkommen unterschiedlich.
Und trotzdem sitzen wir hier und unterhalten uns, oder? Ich mache demnächst ein Ein-Mann-Stück über dich. Mit dem Titel Der Übersetzer. Es wird darin um einen einsamen Don Quichotte gehen, der die Sprachen retten will und deshalb täglich zu hause sitzt, damit sein Dialekt ihm nicht verloren geht.
Ich übersetze Reiseführer.
Ja eben.

Und so weiter…

Lykke til

Sylwester Gołąb

Kopiąc własny grób dosyć dobrze można zaaranżować sobie dom, ustroić bożonarodzeniowe drzewko, kupić okazyjnie dobry samochód, podjąć jakąś ostateczną decyzję samodelegalizującą sens bytności w obrębie rodzinnej ulicówki. W którymś momencie można zdecydować się na rozszerzone samobójstwo prowincjonalne, na przykład nie wpuszczając księdza, sprowadzając do wsi ekologów, zgłaszając sprawy do towarzystwa opieki nad zwierzętami albo po prostu roznosząc plotkę, że się jest jehowym gejem lub buddystą. Można również zwyczajnie, bez zbędnego upiększania życiorysu, wynieść się ze wsi takiej picipici – zawsze bladej o świcie, zawsze skołowanej historycznie, na taką trochę większą, także pici pici – tyle że z przystankiem-wiatrołapem, sklepem zamykającym alfabet w trzech pierwszych literach. Można się wynieść na taki wypizdów z chodnikiem, z domem kultury i nowo wybudowaną ubojnią, i zatrudnić się w niej ze względu na gabaryty.
Potem niczym się nie martwić. Tak jak niczym nie będą martwić się okoliczni mieszkańcy,
dokarmiający las, jak zranione zwierzę, gospodarczymi odpadami, rozglądający się podejrzliwie po obejściach, chlewach, stodołach za złem, co budzi się na kacu i o świcie podstawia nogi, zakłada paski na szyję albo czyha na ziemię ojców.
Ale jest ranek i jeszcze jakby za sprawą zawiesiny, jeszcze cokolwiek nowego może się odsłonić. Może trochę lepszego, mniej wulgarnego, lepiej ułożonego. A więc wstajesz, myjesz twarz, dajesz soczystego buziaka dziewczynie z Redtuba, potem ciągniesz za sobą swe sarmackie cielsko ze znaczącą nadwagą i ustawiasz je przed lustrem. I osiągasz kolejną stację męki Pańskiej, która została ci rozłożona w czasie od wschodu do zachodu, i na którą zapewne zasłużyłeś, wynosząc własne człowieczeństwo ponad miarę. Ponad to, co rodzi się i pełznie w ciemności, i szczęście w tym pełznięciu osiąga.
A tobie już o 7:30 ciąży historia Polski i pismo z urzędu skarbowego jak meteoryt, jakby nie z tego świata i trudny do udźwignięcia.
Osiągając szczyt niezadowolenia, dosyć dobrze można jeszcze funkcjonować. Bierze się wtedy pod uwagę i zakłada nieczęste, lecz systematyczne występy fajterskie, żucie źdźbła,
kiepowanie do piwa rozbawionym i zarabiającym nieco więcej kolegom.
A wszystko to po ciężkim tygodniu pracy w firmie, w której przerabiasz istoty na żarcie, sumienie na powietrze, piękno na nawóz, by później jeszcze wrócić do domu, wypić cztery piwa i wyjechać w pole, i uprawiać ziemię, i ujarzmiać ją, jako w Biblii Pana na 23 stronie stoi.
Zmęczony jesteś, ale trzeba przyznać i nikt ci tego odmówić nie może, że wyrozumiały.
Na przykład, jeżeli dawniej któryś z twoich kolegów dostawał prztyczka w Dobrzycy, tydzień później jechałeś, z całym zakładem, bronić demokracji w tejże miejscowości i wszystko wracało na właściwe tory, i dzień wstawał po staremu, a ty przeżywałeś poczucie euforii i zapowiadał się całkiem dobry tydzień.
Nawet zdarzało się, że pomyślałeś, że nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, tylko zobojętnieć. Powtarzałeś sobie, że do tej pracy można przywyknąć, zaakceptować, może nawet polubić. Ale pomimo starannych tłumaczeń wewnętrznego radosnego monologu, martwił cię banał
prowincjonalizmu, kipiący gar tetrowych pieluch, sznurki trzepoczącego prania, które nigdzie i nigdy nie odlecą. Często zastanawiałeś się, jak daleko można odejść? W co uwierzyć? Ile zwierząt przerobić na konserwy, a które podziwiać w kicaniu, w locie, w łaszeniu się? Jakie wojny stoczyć?
Jak daleko wybiec w stronę świata ludzkim jojem i jaką czkawką odbiją się wszystkie potyczki z wiszącymi półtuszami, z zmarzliną na polach, z zepsutym siewnikiem?
I kto wreszcie będzie tu zwycięzcą? A kto tylko tłem, aportującą foką z upadającego cyrku?
Ale póki co musiałeś tu żyć. A do życia potrzebny był stosunek, który nie nastręcza niepotrzebnych wniosków.
Na wkurwie dosyć dobrze można urządzić sobie życie albo zyskać nowe blizny. Wiedziałeś o tym od chwili, gdy do rzeźni zaczęli zwozić więcej żywca, a ty nadal dostawałeś niewielkie
pieniądze, jedząc zupy szczawiowe z obrzydzenia do mięsa.
O 5:30 któregoś tam roku bezpańskiego, dłużącego się jak stary jamnik Paciorkowskiej,
stałeś na odprawie bagażowej, czując obrzydzenie do wszelkich stworzeń ziemskich, maszyn latających, obsługi lotniska, tablic wyświetlających odloty i przyloty, do kraju, z którego właśnie się zrywałeś, jak kukiełka ze sznurka aktora pedofila.
I czułeś obrzydzenie do kraju docelowego, jako takiego, który będzie cię pouczał, klasyfikował i da się poznać w ułamku sekundy.
Szczelnie zapakowany, zweryfikowany, pouczony na wypadek nieprzewidzianych
okoliczności, zostawiłeś za sobą rolę, za którą tęsknić nie można.
A po dwóch godzinach opadłeś na obcym lotnisku, wiedząc jedynie, z którego kierunku przyleciałeś i w którym kierunku podąża tłum wylewający się na płytę. Tłum żujący nerwowo własny język, przemieszczający się jak wspólny organizm, tłum domagający się grubszej gotówki, żeby przyjemność była większa i poczucie spokoju, i ułuda pełniejsza. Ty natomiast przeczuwałeś, że tam, że już za chwilę w nowym kraju zgaśnie w języku ojców i zapomni czułe kołysanki, wyrzuci z siebie przeszłość i przybierze nową, wyprostowaną pozycję w cyklu ewolucyjnym miesięcznych wynagrodzeń. Więc bez zwłoki wybrałeś człowieka, co przez lata wisiał w ojczyźnie na krzyżu egzystencji, a teraz do kraju lata
tylko po wódę i rzuciłeś w niego pytaniem, jak kiepskim żartem z wojska.
Przepraszam cię. Gdzie mam iść, by przeżyć, by zarobić? By mieć?
Człowiek, którego pytałeś zaczepnie o pracę, nie poczuł nawet pewnej niestosowności sytuacji, którą ty pytając, czułeś dogłębnie i jak z PKMu odpowiedział, jakby odpowiedź miał przygotowaną dla ciebie od dawna, a którą skrzętnie skrywał na okoliczność pojawienia się twojej osoby w tym miejscu.
Do Jędrusia Pyrka idź. Na Hillevågsvegen 8. Podobno potrzebuje ludzi do pracy.
Tak się składało, że Andrzej Pyrek od ośmiu lat prowadził polski sklep niedaleko
centrum, ciasno wciśnięty między lokale i sklepy przybyszów z Bliskiego Wschodu, z Azji, z Ameryki Południowej. W najbrzydszej, najciemniejszej, poprzemysłowej części miasta.
Mały skrawek polskości w konserwach, w kiszonkach, w podsuszanej krakowskiej.
Opuściłeś port lotniczy, zaciągnąłeś się morskim powietrzem, zgasiłeś dopiero co
zapalonego papierosa i wsiadłeś do pierwszego lepszego autobusu, na tablicy którego wyświetlił się napis sentrum.
I porównałeś miejsce, z którego przybyłeś, do zwykłych braków w uzębieniu, tanich
plomb bezrobotnych, zdezelowanych żon pijących portierów, prawie wszystkich jednoczących się w brakach lub posiadających spersonalizowanie upokarzające nic.
Po kilkunastu minutach wysiadłeś z autobusu, bo wszyscy wysiadali, rozpełzając się jak
mrówki w wiadomym sobie tylko celu, do wiadomego sobie tylko kopczyka, w którym z pewnością się zrealizują, by na końcu odwalić kitę.
Intuicyjnie obrałeś kierunek w stronę sterczącego kikutu fabrycznego komina, wznoszącego się ponad dzielnicą nomadów, podróżników, dilerów. Na Hillevågsvegen 8 biało-czerwony szyld poinformował cię o kresie tułaczki.
Biały orzeł z dumnie skręconym karkiem zaprosił cię do środka, gdzie za ladą Jędrek Pyrek w stroju krakowskim kłócił się z dwoma Azjatami, co to mu piękną, szarą elewację sklepu osprayowali w ramach Europejskiego Festiwalu Streetartu. I teraz zamiast sentymentalnej, ojczyźnianej szarości, w wielkim członku, przerobionym na rakietę kosmiczną, Jurij Gagarin po raz drugi opuszcza planetę Ziemię, a od frontu nienaruszony biało-czerwony
szyld i orzeł poważnie wkurwiony na tę całą międzykontynentalną okolicę.
Okazało się, że Andrzej potrzebował silnego w kręgosłupie do rozładunku towaru, czasami też do wyjazdu po towar do kraju. Oczekiwania, jak przypuszczałeś, miał jasno sprecyzowane.
Po pierwsze: silny, ponieważ trzeba będzie wylewać siódme poty.
Po drugie: myślący po polsku dla dobrego samopoczucia i atmosfery w firmie, a po trzecie, i tego nie przypuszczałeś, potrzebował kogoś z mocnym głosem i ze swojską fizis, którą mógłby wykorzystać do krzewienia polskiej kultury ludowej na obczyźnie. Tak Matka z nieba sprawiła, że Jędrek Pyrek, oprócz sklepu polskiego, prowadził w dzielnicy mały zespół polonijny, złożony z błyszczących, lecz chimerycznych gwiazd, często niepojawiających się na próbach lub pojawiających się w stanie wskazującym na znaczne spożycie.
Zgodziłeś się i Jędrek się zgodził.
Widząc, że Polak z ciebie taki, że hoho. Taki, który właśnie zgodzić się musi na niemalże wszystko, a jak wiadomo, z takimi najlepiej robić interesy i mieć ich po swojej stronie. Z uśmiechem wręczył ci klucze, jak pierścionek zaręczynowy, do jednego z trzech swoich mieszkań, które wynajmował świeżo przybyłym, a które zakupił w czasie hossy od Turków. Skromne mieszkanie z dobrą energią życiową, takie, które widziało wiele radości, w którym nikt nie odebrał sobie życia i z pewnością nawet go nie skomplikował. Słoneczne, z oknami wychodzącymi na zaplecze tajskiej restauracji, przytulne gniazdo z rozpalonym do wrzenia
poddaszem w dniach manifestacji słońca. Wchodząc do budynku, ucieszyłeś się nawet, dostrzegając na skrzynce pocztowej jakże swojsko brzmiące nazwisko Kamiński, a na drugiej Fadi Ahmed i tak dalej. A więc miałeś sąsiadów, a z jednym z nich być może nawet wódki się napijesz.
Na krzywy ryj dosyć dobrze można się zaaklimatyzować, przyznać się przed sobą, że się ma
dom i życie wypełnione zapachami orientalnej kuchni. Przyznać się choćby po cichu, że dużo czasu upłynęło od chwili, gdy zacząłeś przepuszczać życie, jak pieniądze w podrzędnym burdelu i że być może ze wszystkim się już spóźniłeś, a najbardziej z daniem dyla z ojczyzny malkontentów.
Pracowałeś już trzeci tydzień. Jędrek wykazywał się daleko idącą humanitarnością, co jakiś
czas wręczając ci słoik flaków lub gołąbków z kończącą się datą przydatności do spożycia.
Wychodziłeś, jak to się mówi, na swoje. Piątkami po pracy przychodziłeś na próby zespołu, bo nie wypadało obrażać szefa swoją absencją. Coś tam tańczyłeś, coś tam śpiewałeś, oczywiście w miarę własnych możliwości.
Po jednej z prób, Andrzej wręczył ci troskliwie, jak ojciec, plik banknotów, w ramach premii uznaniowej włożył do torby pół litra Bolsa. Wróciłeś do domu, przeliczyłeś wypłatę pomniejszoną o czynsz, wyprostowałeś się, zaczerpnąwszy powietrza, otworzyłeś butelkę i zacząłeś sączyć ze szklanki, obserwując lądujące na pobliskim lotnisku samoloty. Tej nocy położyłeś się późno, ale spałeś dobrze. Nie przeszkadzały ci nawet pokazy fajerwerków, zorganizowane przez branżę olejową, przez tych nieprzyzwoicie bogatych, przez których dziewczyny się czerwienią, a mężczyznom spada samoocena.
Rano obudziło cię pukanie do drzwi. Czworo ludzi, krzycząc w miarę możliwości kulturalnie, zażądało otwarcia i wpuszczenia do środka.
Politi, Politi, open the door!!!
Weszli, rozejrzeli się, pomamrotali coś po swojemu, oczywiście niczego nie zrozumiałeś, bo nie mogłeś, znając w obcym języku tylko kilka słów i to po rusku. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Gdzie Wołga, a gdzie North Cape.
Wskazali palcami na twoje kwiaty, które samoistnie i bez niczyjej ingerencji jakoś nad wyraz bujnie egzystowały. Wzięli pod pachę sadzonki pomidorów, które dostałeś od Jędrusia i zaproponowali ci grzecznie gestem wycieczkę na pobliski komisariat. Po krótkiej podróży dotarłeś na miejsce, w którym panowała atmosfera familijnego serialu. Podano ci zimną colę, po czym przesłuchano w obecności tłumacza na okoliczność mieszkania po sąsiedzku z Fadim Ahmedem. Po dwóch godzinach jakaś skandynawska piękność w mundurze, taka trochę podobna do tej z Redtuba, zaparzyła ci kawę, oddała sadzonki i wypuściła do domu.
W niedzielę przed popołudniem pojawił się u ciebie nieco zlękniony Jędrek i oznajmił, że sprzątał mieszkanie, które do wczoraj jeszcze wynajmował Fadiemu, i że Fadi siedzi, i wygląda na to, że prędko nie wyjdzie, bo o sprawie jest już głośno, nie tylko w mieście, ale i w całym kraju. Pokręcił się chwilę nerwowo po mieszkaniu, spojrzał z politowaniem na sadzonki pomidorów, po czym usiadł w fotelu i ogłosił, że ma problem natury moralnej, bo policja niedokładnie przeszukała mieszkanie, a on właśnie znalazł cztery kilogramy haszu, i że to jest na pewno hasz, bo widział na filmach, i czy w tej sytuacji czegoś ci nie trzeba?
Stojąc twardo na własnych kończynach, można wychylić wektor w stosownym kierunku.
Dziś piątek, koniec pracy, zaplecze błyszczy, jak złota komnata. Znów tańczysz z żoną
Jędrusia. Andrzej uderza w keyboard, wygrywając polkę z nogi. Gagarinowi ktoś domalował wąsy.

***

Sylwester Gołąb
Ur. 1980 r. w Kamiennej Górze. Wiersze publikował w polskich, norweskich oraz rosyjskojęzycznych czasopismach literackich. Autor książek poetyckich Garda (wyd. MaMiKo, 2016) oraz Nomada (wyd. WBPiCAK, 2018). Od niedawna pisze opowiadania. Redaguje magazyn literacko-emigracyjny „Obszary Przepisane”. Mieszka w Stavanger w Norwegii.

Z tekstów wyrzuconych

Tak, wyrzuconych. Ale ponieważ w komputerze nic nie ginie tak naprawdę, tekst wychynął z niebytu w puste dni. Przyjrzałam mu się i mnie zdziwił. Ale widocznie dziesięć lat temu bohaterka tego tekstu tak się właśnie czuła.

Ewa Maria Slaska

Miłość wyżarła jej trzustkę

Jest po ciężkiej operacji. Rzeźnickiej jak określił jeden z jej lekarzy, który grzecznie zapytał, czy mógłby obejrzeć bliznę. Miała w brzuchu węzeł, który nie chciał się rozpuścić. Wściekle bolał. Nie mogła się ruszać, cierpiała. Lekarze (niemieccy) mówili, że przejdzie, a jak do jesieni nie przejdzie (była wiosna!), to będzie trzeba zoperować bliznę. Polski lekarz w sanatorium zaaplikował jej zastrzyki, sprawił, że ból minął niemal natychmiast, a ona, jak ciemna baba z ludu, gotowa była paść na klęczki i wielbić lekarza cudotwórcę boga. Ale to później. Na razie leży w szpitalu po operacji i oświadcza: Nie dam się już więcej operować. Jeden zabieg za drugim. Nie chcę. Żyć a potem umrzeć. Żółta krowa uratowała mi życie.

(Dopisek autorki z roku 2019: Informuję Czytelników, że nie wiem, o co mi chodziło z tą krową. O Kandinsky’ego?)

Dopiero jak przestaje boleć, jest w stanie zacząć normalnie myśleć. Sęp wyżera mi nie wątrobę jak Prometeuszowi, lecz trzustkę, pomyślała. Porobił w niej dziury. Dlatego trzeba ją było wyciąć. Za karę. Nie wolno kochać aż do samozatraty. Za to bogowie ukarali Prometeusza. Nie za to, że zabrał im ogień, lecz za to, że kochał jak bogowie bez oglądania się na konsekwencje. Oni mogli, byli w końcu bogami. On nie. Był człowiekiem (a tak naprawdę – był człowiekiem?) I został ukarany. Gdzie jest ta skała, do której go przykuto? Kaukaz, prawda? Można ją obejrzeć jak się jedzie koleją transsyberyjską?

(Oczywiście – nie! Dziesięć lat temu Autorka nawet się nie pofatygowała, żeby to sprawdzić!)

To ten potrójny celtycki Biały Jeleń w Trzech Koronach urodzony w dniu Trzech Króli wyżarł jej trzustkę i zostawił brzuchu węzeł. Mógł być królem i symbolem, a był tylko głodnym facetem. Wiedziała to, a przecież nie mogła się ruszyć, nie mogła odejść. Nie mogła się oderwać od spektaklu, jaki jej zafundowali bogowie. Patrzeć jak królewicz z bajki w swej prawdziwej postaci węszy po mrocznych zakamarkach, szukając żeru. Nie powinno jej to było dotykać. Oficjalnie byli tylko zaprzyjaźnieni.

Z książek sączą się wzniosłe mądrości. Na przykład – przyjaźń to miłość dwóch niezależnych duchów. To się naprawdę Mallarmemu udało. Facetowi, który zakochał się w otyłej, utlenionej utrzymance (skąd ja to wiem? pyta autorka) w guście dzisiejszej polskiej fryzjerki na emigracji.

W każdym razie, dopiero, gdy lekarz w sanatorium rozbił węzeł, uświadomiła sobie, że to wróci. Jak nie dziurami w trzustce, która się sama wyżera, to węzłem nierozsupłanych nici w brzuchu lub guzem w gardle. Wróci zawsze i będzie wracało, dopóki się go nie pozbędzie.

Lekarz twierdził, że jest wojowniczką i że z trzustką w garści wygrała walkę ze śmiercią. Ale ona wie, że po kilku latach beznadziejnych zmagań wreszcie wygrała walkę z królewiczem z bajki, który przecież był tylko głodną zmorą. On był królewiczem, ona królową elfów, która się zakochała w głowie osła.

Polska proza spoza Polski (Austria)

Teresa Rudolf

Podróż…

Jechał pociągiem.

I rozmyślał sobie, że siedzi się teraz pewnie dokładnie tak samo jak w XX wieku, ale te kulisy dzwiękowe…
Te najróżniejsze melodie, dźwięki, sygnały dochodzące z komórek, te różnorakie języki, najintymniejsze wyznania, najważniejsze sprawy ludzkie latajace w powietrzu nad głowami jak insekty, wlatujące do uszu…
Taki zbiorowy tinitus na czas jazdy, myślał, wychodzi również z tobą na ulicę, do kawiarni, ubikacji, wszędzie. Nie możesz nic zrobić, nie możesz wyłączyć, wyciszyć, uciec do wewnątrz.
Nawet kiedy zamykasz oczy jak drzwi do pokoju, bo chcesz być sam, wdzierają się różne penetrujące dźwięki, namolne, natrętne, borujące aż do duszy.
Mieszają się sprawy zawodowe, prywatne, intymne, wszystko…
Ludzkość pokazuje sobie nawzajem goły tyłek prywatności na trasie Wiedeń – St.Pölten, Kraków – Wiedeń, Paryż-Lasek Buloński, Nowy Jork – Waszyngton, Kraków – Wieliczka.
Bezwstydność gadających, brzęczących komórek, omotuje, bierze w niewolę, wbija się w mózg, serce.
Kiedy tak sobie rozmyślał, nagle wpadł zamaskowany człowiek z pistoletem w ręku, wściekłością w oczach, krzycząc w językach całego świata rownocześnie: „wszystkie komórki na ziemię, bo strzelam!“
Zaczął je deptać, skakał po nich, niektóre wyrzucił przez okno. Nagle rozległo się świergolenie jakiejś komórki, która uchowała się w czyjejś torbie.
Mężczyzna znów krzyknął w językach caąego świata rownocześnie: „powiedziałem, że strzelam!“
I strzelił.
Z pistoletu wydostał się dźwięk jak syrena alarmowa, coraz głośniejszy, tak głośny, że zamarł cały świat, zwierzęta zaczęły wygrzebywać nory w ziemi, by się schować, zdezorientowane ptaki latały w kółko, ryby wypłynęły, a dno morskie zaczęło się kotłować, przygotowując się do tsunami…
Ludzie naiwnie zatykali uszy…
Głos syreny osiągnął nie znane światu natężenie…
Teraz był to już tylko jeden ton.
Na wszystkich mózgach świata pokazała się prosta linia EEG.
Monitor niebieski pokazał światu wyznaczoną linię śmierci!
W drzwiach wagonu pojawił się młody człowiek. Zdziwił go wyraz twarzy podróżnych, którzy z otwartymi ustami i oczyma wyglądali jak w jakimś strasznym zbiorowym śnie.
Spojrzał na stojącego nieruchomo jak figura woskowa mężczyznę, trzymającego w jednym ręku kartkę z napisem: “terrorysta samobójca”, a w drugim pistolet.
Nieśmiało wyciagnął swoją tabliczkę: “jestem głuchoniemy, zbieram pieniądze na aparat słuchowy.”
Nikt nie wrzucił ani grosza.

Deszczowa delegacja 2

Mieczysław Bonisławski

– Wasyl chodził razem z Reinhardem. Był w Werwolfie a przedtem w UPA. On nigdy nie zapomniał i nie wybaczył. Chociaż zgodził się, aby go przesiedlili, zamiast dać się zabić. – punktował stojący w progu mężczyzna. Nie siadał, zresztą nie było na czym. Wokół stołu były tylko trzy foteliki. Na kolejne słowa siedzącego jednak na chwilę zamilkł, pochylił całą postać, jakby się skulił po silnym i celnym ciosie.
– Przypomnij sobie raczej ludzi, którzy mogli zginąć na twoim wiadukcie.
Specjalista, ciężko dysząc wlał w siebie jednym haustem zawartość szklanki. Odstawił puste naczynie. Nieprzyjemnie zgrzytnęło szkło o szkło.
– Nie doszło do tego. Zatem nie ma o czym mówić – ta chwila wystarczyła mojemu przystojniaczkowi, aby doszedł do siebie. Jego adwersarz jednak nie zamierzał odpuścić:
– Zamiast się czepiać mojej rodziny, opowiedz jak to razem z Ostrowskim chcieliście wysadzić ten wiadukt w Zielonej, na Krakusa on chyba był, czyż nie tak?
– Bawiłam się tam – wyskoczyła niczym kamień z procy Wioleta. – Naprawdę chciał go pan wysadzić? Tak normalnie, wybuchem? Niech pan opowie, koniecznie…

Ostrowski, Ostrowski? Zaraz, zaraz, z czym mi się to kojarzyło? Pierwsze spotkanie z nową paczką w knajpie pod redakcją. Bufet, przy bufecie taborety. Puste. Długi stół w głębi, po prawej, od strony zaciemnionych okien.
– Będziesz Alicjo kontynuować rodzinne tradycje…?
– Nie wiem, chyba tak.
– Dajcie dziewczynie spokój…
– Czemu, niech wie.
– Co mam wiedzieć?
Sekretarz, nieformalny opiekun naszego domu, przyjaciel Ojca, zanim ten nas opuścił, Świtała, sięgnął przez cały stół po półlitrówkę. Chociaż nigdy tego nie robił, nalał sobie i starszyźnie (w sumie ze dwóm osobom, nie z redakcji, ale historykom z pracowni konserwatorskiej Klema, z którymi – z oczywistych względów już bez samego sepleniącego Klema – bawili się w taki teatrzyk radiowy) i oddał flaszkę komuś „młodszemu” (stanowiskiem). Wystarczyło to jednak, aby wszyscy zamilkli. Milczenie zaczęło się przeciągać, a że wtedy jeszcze dla towarzystwa piłam razem z nimi, łatwo odniosłam wrażenie, że przeciągało się zbyt długo. Łatwo mi też przyszło wykrzyczeć słowa, jakich potem już nigdy nie używałam w takim gronie:
– No co, do cholery, mam wiedzieć?! Czy ktoś mi to w końcu wygarnie, czy też siedzą tu sami frajerzy?
Większość chyba nie wiedziała, tak samo jak ja, o co chodziło (jaka miła iluzja, prawda?) Ich zaciekawienie wzrosło teraz w dwójnasób: o jaką tajemnicę chodziło, a może (nawet bardziej) – jak też zareaguje człowiek, który zaczął ten wątek i któremu taka gówniara jak ja, tak się postawiła?
Tym człowiekiem był wielki On, Horowicz, promowany przez partię na stanowisko naczelnego, po Lemieszu (poprzednim naczelnym, którego ponoć zmuszono do odejścia w pięćdziesiątym szóstym), pierwszy po Bogu na tym okręcie. Albo moja kariera miała się teraz zakończyć, zanim cokolwiek jeszcze własnego opublikowałam, albo sprawę musiał załatwić drugi po Bogu, sekretarz redakcji.
Stało się to drugie. Świtała wstał zza stołu, zrobił krok w moją stronę i podniósł z krzesła. Wziął pod rękę i lekko wypchnął na środek sali.
– No, moi drodzy. Za bardzo coś witacie nową koleżankę. Nie mierzcie jej według siebie, mocna głowa przyjdzie po pierwszym, drugim, trzecim dużym artykule… Chodźze mną dziecinko, przeprośmy na chwilę kolegów…
I wtedy, w szatni, gdy mi zakładał na ramiona lekki płaszczyk, Świtała powiedział te słowa, których nie mogłam sobie przypomnieć tego ranka:
– Twój Ojciec, tak naprawdę, zdążył napisać jeden duży artykuł. Właściwie, biorąc pod uwagę, że to był jego ostatni u nas tekst, trzeba go traktować jak swoiste memento. Szczególnie, że w jakiś sposób zaprezentował w nim swoją własną ścieżkę, pracę tutaj, w Zielonej Górze.
Wspięliśmy się po stromych schodach ku wyjściu z budynku redakcji (knajpka była ulokowana na poziomie piwnic). Otworzył drzwi i pchnął mnie na dwór.
– Horowicz, no wiesz, zastępca, stary wyga, miał duże ambicje, które sprawa Ostrowskiego i to jak twój Ojciec ją poprowadził, nieco utemperowała. Potem, jak ją opisał, ten stary zawistnik poczuł się jeszcze bardziej urażony. Pamięta mu to do dziś. Nie wzoruj się na Ojcu, nie kontynuuj jego pierwszego tekstu, a przynajmniej unikaj pretekstu, aby ktoś cię tak odbierał.
– Wiesz co – i to było to właśnie zdanie – Szoruj teraz prosto do domu, wyciągnij z Olimpii Ojca jakąś starą zapisaną kartkę i wkręć na jej miejsce nową, zupełnie czystą. U mnie i u wielu rozpoczynasz nową kartę, swoją. I dodał jeszcze coś, co nie dawało mi spokoju, za każdym razem, jak tylko to sobie przypomniałam:
– Nie chcemy, abyś kończyła to, co zaczął twój Ojciec, jego tekst niech zostanie taki, jakim on sam go zostawił…
Kątem oka zobaczyłam, jak mój przystojniak wychodzi z kantorka a za nim biegnie moja przyjaciółka. Nie chciałam jej tak zostawiać, poza tym to był mój przystojniak.
– Jeszcze do pana wrócę. Ma pan bardzo ciekawy wątek, dostrzegam to u pana. Bez pana nie będzie artykułu – szepnęłam oszołomionemu gospodarzowi i już byłam na korytarzu. Administrator stał obok Wiolety. Zupełnie blisko, lekko się nad nią pochylił. Moja przyjaciółka zadarła głowę i spijała mu z ust padające słowa:
– Ostrowski był moim kolegą. Chociaż początkowo nie byłem w tej paczce od zamachu. Później zresztą też stałem tak bardziej z boku…
– To nie on wymyślił, że stworzą grupę bojową, która będzie walczyć z komuną zbrojnie. Był tam taki ich szef, dowódca, który wyznaczał cele ataku i robił wszelkie plany.
– To prawda, że wiadukt nad Krakusa, jako cel dywersji podsunął Ostrowski. Ten ich dowódca chciał wysadzić wiadukt między dworcem południowym a browarem. Ale właśnie Ostrowski prowadził zwiad i ocenił, że tamten wiadukt jest zbyt masywny, że nie starczy im materiałów wybuchowych. I zaproponował jako cel mniejszy wiadukt, właśnie na Krakusa.
– Kolej nie jeździła już do Szprotawy. Ruscy zawalili most na Śląskiej Ochli pod Jarogniewicami. Chcieli tamtędy przepchać lawety z czołgami. Ładunek okazał się zbyt ciężki, to była wszakże tylko taka kolejka. No i most runął a pociąg się wywalił…
– Wtedy jeździły składy do fabryk, tak jak teraz. Węgiel do „Polskiej Wełny” i browaru, drewno do tartaku i do zakładów stolarskich. Taki wybuch przerwał by te dostawy. To by była taka prawdziwa dywersja, jaką robili partyzanci podczas wojny.
Ostrowski dostał parę lat, pozostali też. Mnie nie wsadzili, bo nie byłem w środku grupy. Ale, że wiedziałem o niej, moje życie w mieście było skończone, zesłali mnie tutaj do PGR-u do pilnowania pałacu.
Takie podrzędne stanowisko, nieco więcej niż dozorca. Nikt mnie tu nie słucha, wszyscy wszystko niszczą, a ja nie mam nic do powiedzenia. Co ja tu upilnuję, tyle co nic. Moje życie jest przegrane, zawaliło się tak, jak niedługo zawali się ten pałac…
Wioleta sądząc, że mężczyzna skończył swoją historię, spróbowała wprowadzić do rozmowy swoją wersję:
– Szkoda by było tego wiaduktu. Myśmy się tam bawili. Czy taki wybuch mógł być niebezpieczny dla ludzi mieszkających przy wiadukcie? Sami mieszkamy całkiem niedaleko.
Lecz mężczyzna jeszcze nie skończył. Ze złością popatrzył na moją przyjaciółkę. Syknął na nią i rozdrażniony rzucił jej prosto w twarz:
– To nie o zabawę chodził ! Jak można o czymś takim w takiej chwili, nie wstyd ci panienko?! – i tu nastąpił najbardziej dramatyczny fragment, na który czekałam, aczkolwiek chyba zupełnie nieświadoma tego co usłyszę. Najpierw padło imię i nazwisko mojego Ojca a zaraz potem – Ten człowiek był wszystkiemu winny, całemu nieszczęściu Ostrowskiego, a przez niego i mojemu. To przez tego człowieka Ostrowski poszedł siedzieć, a ja wylądowałem tutaj, jako nikomu niepotrzebne popychadło.
Zdenerwował mnie:
– Chcieliście pozbawić setki ludzi ich miejsc pracy, być może zabić tych, co mieszkali przy samym wiadukcie i ty winisz za karę, jaką dostaliście, człowieka, który to opisał w gazecie?!
– Opisał w gazecie?
– Wy chcieliście zabijać, a on to tylko opisał. Co, napisał nieprawdę? W którym miejscu?
– Ależ to nie o pisanie chodzi. Tak mało wiesz, czy udajesz?
– Czego znowu nie wiem?
Odpowiedź na to pytanie zapowiadała się, jako kluczowa. Czułam, jakbym właśnie na tę wiadomość czekała całe swoje życie. Następna chwila mogła coś zmienić, los jednak chciał inaczej.
– To panie są z gazety ? Czekałyście na mnie.
O mało się nie roześmiałam. To był chyba ten inspektor… Inspektor ze spółdzielni, dla którego tu przyjechałyśmy i którego tak zawzięcie szukałyśmy w tym deszczu i smrodzie pekaesu, i ocierając się o pijaczków, i w tym zabłoconym gie-esie…? To był on? Ten mizerutki facecik z przedwojennym wąsem á la Chaplin, w za ciasnym na niego czarnym garniturku, który marynarkę włożył – zdaje się – na jakiś sweterek czy bluzeczkę od mamusi? Tego nie mogły nadrobić nawet nogawki odprasowane na kancik i przykrótkie rękawy z mankietami z zapiętymi guzikami, i nawet czyste lakierki. Facet wyglądał niczym… Kto, no – grabarz. Miniaturka grabarza… Ciekawe, kto to akurat umarł, kogo to dziś miał w planie pogrzebać nasz grabarczyk?
– Tak, czy nie?! – mała postać w garniturku była cała samą złością.
Wymieniłyśmy się z Wioletą bezczelnym i kpiącym spojrzeniem. Bez słów się zrozumiałyśmy. Miałyśmy jeszcze pomilczeć, chciałyśmy zobaczyć co gościu jeszcze potrafi?
Nie było to nam jednak dane.
– Panie Tadeuszu, to jest pani redaktor… – specjalista, który wyszedł za nami na korytarz, usłużnie wymienił moje nazwisko. – A to jest inspektor zarządu spółdzielni remontowo budowlanej, pan… – dokończył prezentacji, stając między nami, tak bardziej przy Wiolecie.
Obaj „nasi” faceci sięgali mi do ramion. Nie czułam się z tym zbyt komfortowo. Mali, drobni mężczyźni drażnili mnie, czułam się przy nich nieswojo. Nie wiem, co się ze mną działo, odczuwałam nie macierzyńską opiekuńczość wobec takich maleństw, ale jakąś niesprecyzowaną przewagę, z którą było mi bardzo źle. Nie chciałam tej przewagi. Nie rozumiałam jej, nie wiedziałam, do czego ją wykorzystać. Było mi z nią nie do twarzy, niepokoiła mnie i trwożyła.
– Takie więcej mądraliny z was? – skonstatował z przekąsem inspektor Tadeusz. – No dobrze. Zobaczymy – to było już bardzo uszczypliwe.
Wioleta odsunęła rękę specjalisty ze swego ramienia. Wyprostowała się tak energicznie, że potrąciła drzwi od biura, aż te niebezpiecznie pchnięte o mało nie trzasnęły administratora.
Tylko refleksowi gospodarza zawdzięczałyśmy to, że nie doszło do nieszczęścia. Obaj mężczyźni roześmiali się. Wtórowałam im i ja. Po chwili dołączyła Wioleta. Atmosfera została rozładowana, tylko inspektor nie dał porwać się tej fali. Nadal był naburmuszony, ale w końcu zaczął chociaż gadać po ludzku:
– Wracam do lasu, do ceglanego wiaduktu. Powinnyście pojechać ze mną… – dostrzegł nasze zdziwione spojrzenie. I szybko wyjaśnił – Stamtąd wróciłem. To w środku Lasu Broniszowskiego, za gliniankami, z których czerpiemy materiał na cegły, dawny przystanek „jagodowej kolejki”. Już nie Broniszów, a jeszcze nie Neudorf, głusza i dzicz. Wszystko można zrobić, wszystko ukryć. Nikt się nie zorientuje, nikt się nie dowie… Same lasy, gąszcze, skisłe dolinki.
– Jedziemy… W końcu coś się dzieje! – ucieszyła się Wioleta i ruszyła za panem Tadziem w garniturku. Zapomniała o swoim podwórku w cieniu nie wysadzonego wiaduktu, zapomniała o mnie i o moim szkalowanym Ojcu, i o moim administratorze. Na nieszczęście los nie był mi przychylny.
Pan Tadzieniek zatrzymał się w pół kroku przy końcu korytarza i pacnął się otwartą dłonią w czoło.
– Zaraz, jeszcze tylko jedno połączenie – obrócił się w miejscu i pędem wtargnął do sekretariatu. W drzwiach natknął się na dwóch młodych kolesi w skórzanych kurtkach, wysokich butach z cholewami. Do kompletu dochodziły jeszcze przekrzywione na bakier czapki leninówki na wygolonych głowach.
– Ach prawda…! – cofnął się ku nam i tym dwóm. W końcu podniósł głowę, przestał nią kręcić i popatrzył spokojnie nam w oczy – … byłbym zapomniał. Biorę jeszcze tych dwóch tutaj. Panie wybaczą, nie zmieścicie się wszyscy w gaziku. Pojedzie tylko pani redaktor. Koleżanka – skierował wzrok na Wioletę – zostanie tutaj i zaczeka, aż wrócimy.
No nie! Jakby mi cegłówka z wiaduktu, koniecznie ceglanego, spadła na łeb. Za nic nie pojechałabym sama z tym grabarczykiem. Bez szans. Otworzyłam usta, aby ostro zaprotestować.
Tadzieniek nawet na mnie nie spojrzał. Ci w leninówkach rozstąpili się, a on przemaszerował między nimi w kierunku stołu z radiotelefonem i królującej przy nim pani Olgi. Ku mnie skierował tylko wskazujący palec podniesionej nad głową ręki, którym potrząsnął, a zza jego pleców doleciało mnie krótkie:
– Nie teraz. I żadnych „ale”.
Stanęłam na środku korytarza jak osłupiała. Nie miałam siły zrobić nawet kroku, czy się obrócić. Słowa nie mogłam z siebie wydusić. Poczułam się jakbym była z drewna, taka drewniana marionetka, której ręce i nogi wprawia ktoś w ruch pociągając za sznureczki. Świat wokół mnie pulsował, wirował, żył. Ludzie gadali, podchodzili do siebie i odchodzili gdzieś, a ja tkwiłam po środku nich jak drewniana kukła na scenie, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, bez możliwości reakcji, ogłupiała i niema. Mogłam tylko słuchać, nawet bez wpływu na swoją mimikę, bo i moja twarz, oczy, wszystko zamarło.
No to słuchałam.
No i nasłuchałam się.
– Jak to, dlaczego! – buntowała się Wioleta.
– I co, panie inspektorze? Znalazł je pan, u administratora, czy u tego drugiego? – to doleciał głos sekretarki.
– U Demianiuka, pani Olgo. Niech pani włączy krótkofalówkę.
– I jakie one? Tak jak ostrzegałam?
– Nieważne, nieważne. Szybko, krótkofalówka…
– Z której strony wiaduktu pani mieszkała? – to był administrator.
– Od miasta, czyli od fabryki, ale na drugim końcu ulicy…
– Po tej stronie, czy po tamtej…? – tak, to był mój administrator!
– To te?
– Chyba te dwie – wymienili się głębokimi spostrzeżeniami obaj młodzi w leninówkach z cholewami.
– Jakby co, zapraszam z powrotem do siebie – nadskakiwał Demianiuk, specjalista.
– A idźże ty – ofuknął go mój przystojniak – Chodźmy do mnie, czuję się zobowiązany wyjaśnić pani tę historię do końca. Nie chciałbym żadnych niedomówień.
– Odbiór!… Tak, zaraz przyjadę… Bądź gotów… Nie, nie będę sam… – krzyczał do mikrofonu Tadzieniek, głosem silnym, o jaki bym go nie podejrzewała.
– Będziesz potrzebny… Czy mam to zrobić sam, czy czekać… – charczał ktoś po drugiej stronie aparatu – Sam jedziesz?… Pomogą coś, czy sam piach…
– No właśnie, nie wiem, czy miałam się wtedy bać? Czy tak zupełnie nieświadoma… – słodko kwiliła Wioleta, zdrajczyni.
– Mówiła coś o milicji… Może ona… – judziła sekretarka.
– Milicji wystarczy – ofuknął ją inspektor – Resztę musimy chwilowo zrobić sami.
– Tak! Słyszysz mnie? – znowu krzyczał do mikrofonu – Przywiozę wam ją… Trzeba
dokładnie posprawdzać… żadnych tam, nie, załatwimy do końca! Jakby co, bez ceregieli, to się nie może znowu rozpaskudzić naokoło…
– Ale jednak to było niebezpieczne… – przekomarzała się moja zdrajczyni. – Tak jak i teraz.
Zostanę sama… Ciemno, bez prądu, sami obcy ludzie…
– Będziemy jechać razem – zwrócił się do niej skórzany z cholewami – Pierwszy raz w Lesie?
– Po co ona tutaj?… – charkot z krótkofalówki – Córka zapewne, nie wiadomo czy nie… A jak się pojawi to co?
– Ciekawe te nasze Kocie Góry, jest taki przepust, po starej kolei, jak się popatrzy w dół, to… – powiedział skórzany.
– Chcecie, żeby tamta tu została? – spytała Olga.
– Co mam teraz powiedzieć, obiecać, że się panią zaopiekuję, niby za tamto?
– A nie wypadało by…?
– A jak tamta nie wróci, to co, tę do Radwanowa, na ostatni pekaes?
– Z tamtej strony szosy pagórki jeszcze większe. A na jednym takie głazy, w krąg ułożone.
Nieciekawie mówię?

Zaraz, zaraz. Spokojnie. O czym inspektor rozmawiał przez krótkofalówkę, o kim, chyba nie o mnie. Piach, to znaczyło, że do piachu? Co mieli załatwić do końca? I kto miał
to załatwić? O co pytała ta wydra, Olga, sekretarka? Dlaczego miałabym nie wrócić? Czemu Wioleta miałaby sama wracać pekaesem?
A ten co znowu, co za głazy, co za Las? Czego on chciał, przeszkadzał tylko, słuchać nie
dawał. Zaraz, zaraz, co inspektor chciał odpowiedzieć wydrze…?
Wydra, wydra. Długie, grube czarne włosy opadały prosto. Jak u kruka. Niska, tak się
wydawało i dosyć krępa w sobie. Skóra taka bardziej ciemna niż jasna, cera poorana. Uroda jak u młódki gdzieś z chutoru na Ukrainie, oderwanej od wiadra i wideł za biurko… Wydra to nie ta cała Olga, ale Wioleta. Ja jechałam do roboty, a ta podrywała przystojnego administratora. Może nie powinnam jechać ? Nie dałabym jej forów, niechby zobaczyła co i ja potrafię… Co ona zresztą mogła, poza tą swoją ulicą świata nie widziała…
Przyjechałam tu w ten deszcz, aby napisać artykuł. „Zapisuj swoją czystą kartkę”, kto to mi mówił? Sekretarz, Świtała. Wszyscy mi ponoć sekundowali. Ci wszyscy, co mi dobrze życzyli, przyjaciele. Jakże mogła bym ich zawieść ? Niech cię, moja droga Wioleto. Za tym administratorem ciągnął się jakiś smród. Jeszcze byś zobaczyła, gdy przywiozłabym rozwiązanie zagadki z Lasu, ścięło by cię z nóg! Jeżeli bym wróciła. A co by było, jak bym nie wróciła? Poszłabym do piachu? Gdzieś w gąszczu, a ciebie odprowadzili by na ostatni pekaes. I kto by odnalazł moje kości w skisłej dolince, gdzieś na dnie glinianki? Jakiś młody, przystojny ładowniczy, muskularny i bez koszulki, z opalonym torsem, jak u atlety… No i co z tego by mi było po tym?!

Wioleta została z administratorem. Specjalista musiał zadowolić się zabawianiem wrednej Olgi. Ta próbowała go odegnać od siebie, w ogóle z sekretariatu, ale deszcz, który znowu zaczął siąpić był na rękę małemu, grubemu i łysemu mężczyźnie. Gdzież tu było mu iść do przyczep na placu? Wszystko było prawie rozładowane, a w ten deszcz i mrok i tak nie dało by się nic mądrego więcej zrobić. Tak to mniej więcej jej tłumaczył, coraz pewniej moszcząc się w jej gabinecie.
Za kierownicą zasiadł maleńki Tadzik. Dwaj skórzani z cholewami z rumorem zawładnęli tylnymi siedzeniami gazika. Skromnie usiałam z przodu, obok kierowcy. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć? Powinnam być wściekła na Wioletę? – nie bo to by było płaskie, płytkie i głupie. Zła na to, że wszystko potoczyło się zgoła poza moją kontrolą, że ktoś za mnie tym wszystkim pokierował? A może jednak były tu gdzieś powody do niepokoju? No, bez przesady! – robiłam to co chciałam, to co zaplanowałam i po co tu przyjechałam. Siedziałam w służbowym gaziku, który prowadził inspektor państwowej instytucji, współpracujący z milicją. Tylko te mroczne, teatralne dekoracje wokoło i nade mną…
Tadeusz ssał w ustach papierosa, którego końcówka żarzyła się raz po raz w mroku tego pochmurnego i deszczowego dnia. Ciekawe, czy papieros zmókł ? Przecież krople deszczu go chyba nie omijały?
Inspektor całą swą mizerną postacią głęboko zapadł się w obszernym, przednim siedzeniu. Obie ręce miał wyciągnięte daleko przed siebie, ledwo co dosięgał do kierownicy, którą łapczywie objął oboma dłońmi, wszystkimi dziesięcioma palcami. Obracał nią całym sobą, jakby z wysiłkiem. I pociągał papierosa, raz po raz. Nic nie mówił, całym swym jestestwem oddany prowadzeniu gazika.
Przyglądałam mu się początkowo z wielką ciekawością. W końcu stało się to nudne. Gazik potoczył się najpierw z łoskotem brukiem do gościńca. Tam prowadzący, z niejaką fantazją, skręcił w prawo i wyskoczył na sam jego środek. Moment i znaleźliśmy się na placu, gdzie zawracał osinobus. Tu z nie mniejszą werwą kierowca zamaszyście skierował auto w lewo.
Przecisnęliśmy się między dwoma zbiegającymi się tu ku sobie chałupami. Pod nami biegł dukt, w który przeszła początkowo brukowana droga, najeżony gdzie niegdzie polnymi kamieniami i ułamkami cegieł.
Trzeba było przyznać, że inspektor – grabarczyk – czuł tę jazdę, odnajdywał się w tej roli. Prowadził rozsiadłszy się nieco pokracznie i tak też wyglądał za kierownicą, ale manewrował nią pewnie i z pewną nutą fantazji. Pilnował miarowej pracy silnika, żadnego rzężenia czy wycia na obrotach, żadnego zgrzytu w skrzyni biegów, a pudło gazika było cały czas pod kontrolą, w pełni ujarzmione. Przed nami, w oddali, zamykała horyzont, niemal rozmazana w mroku i padającym deszczu, w coraz niższych i coraz ciemniejszych chmurach zlewających się z zarysem drzew, ściana lasu, porastającego zbocza i grań szeroko rozłożonego wzgórza. Zamykało ono cały widnokrąg, monotonnie, niemal namacalnie leniwie, rozciągając się przed nami z prawa do lewa, niczym stary kocur przed nagrzanym piecem. Wzgórze nie było jakieś specjalnie wysokie, ale wyraźnie zaznaczało się w krajobrazie. Ludzie nazywali je Kocimi Górami.

Jechaliśmy po równym, a wzgórze powoli się do nas zbliżało. Z obu boków była pustka, o ile dobrze widziałam w tym mroku, były to chyba łąki, dosyć podmokłe, poprzecinane gdzie nie gdzie szpalerem wierzb i olch, pewnie rosnących wzdłuż rowów i kanałów. W oddali, na tle wzgórza zamajaczył ceglany komin. Zbliżaliśmy się do niego, choć było już widać, iż droga pozostawia go nieco z boku, po lewej. Zaczęły się wyłaniać coraz wyraźniejsze zabudowania wokół komina.
– To nasza cegielnia – rzucił jeden ze skórzanych z tylnego siedzenia. – Chce pani zobaczyć, jak się wyrabia cegły? W taką pogodę niewiele się tu dzieje…
– O, a tu z lewa, tu gdzie tera te bajoro na łące, tartak był – zagadał i drugi, który chyba nie chciał oddawać koledze całkiem pola – Jeszcze po wyzwoleniu drzewo tu przetrzeć wozilim. Komin był, prawie jak w cegielni. I trak pod dachem. Te wiate, jako pierwszą rozebralim i przenieślim na cegielnię. A potem komin się zwalił. Tak sam z siebie jakby.
Nie zdążyłam się do nich odwrócić, gdy cała ta masakra, która odstawili (szczególnie ten drugi), ugrzęzła w nieprzyjemnym, przenikającym gdzieś do kości, skrzypnięciu. Nasz wóz stanął w miejscu tak gwałtownie, że omal go nie podniosło. Tadzieniek hamował tak, jak prowadził, po kawaleryjsku.
Dopiero po chwili dostrzegłam to, co on zauważył na długo przede mną. Gazik niemal wrył się maską w opatuloną w ciemną chustę okrywającą głowę i cały niemal tułów, dosyć tęgą i niewysoką kobiecinę. Ta zaterkotała, ściszyła głos, obeszła wóz, stanęła obok kierowcy. Nachyliła się jeszcze bardziej ku niemu. Szeptała coś, z czego nic nie mogłam dosłyszeć.
Tadeusz puścił kierownicę. Oparł lewą nogę o burtę gazika. Odwrócił się ku kobiecie, prawą ręką wyjął z ust papierosa.
– No, gdzie? – zabrzmiało to jakoś tak pomiędzy, ni to pytanie, ni strofowanie. Inspektor zbeształ kobietę za to wtargnięcie mu przed maskę wozu, czy też raczej szukał jeszcze czegoś, kogoś?
Szybko się wyjaśniło. Z krzaków porastających przydrożny rów wyłoniła się druga kobieta. Tak samo opatulona ciemną chustą, w spódnicy sięgającej nieco poza kolana, obuta w niknące pod rąbkiem spódnicy kozaki.
– Ach tak?! – skwitował Tadeusz. Rozsiadł się na powrót za kierownicą, ale zanim ją znowu ujął, zatoczył jeszcze przed sobą prawą ręką, wskazując jakby kierunek – Przejdźcie i zaczekajcie tam, gdzie wiecie. Podjadę.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że równinę łąk przed nami przecinała wąska kreska drzew i krzewów, siedzących obok siebie niczym na jakiejś grzędzie. To było jak opaska w poprzek łąk, oddzielająca nas od dalszej części równiny, graniczącej z lasem. Od tej części, gdzie niedaleko już majaczyły zabudowania cegielni. Wzdłuż całej równiny, po obu stronach drogi biegł w poprzek do niej, porośnięty, ledwo widoczny, ale jednak wyraźny nasyp. W miejscu gdzie się przecinał z drogą, dukt się tu lekko wspinał na to spotkanie, po prawej nie było już dalej łąk, zaczynał się zagajnik. Nie wiem ile to mogło być, metr a może półtora metra ponad powierzchnię łąki?
Gazik podjechał do tego nasypu, wspiął się do miejsca, gdzie dukt się z nim krzyżował i przekraczał, ale nie pojechaliśmy dalej, w stronę cegielni. Inspektor skręcił w prawo. Przejechał ze sto pięćdziesiąt, dwieście metrów po otoczonej drzewami, wydłużonej polance i skręcił jeszcze raz ostro w prawo. Na moment stanął w poprzek tego, porośniętego sięgającym przedniej szyby gazika zielskiem, wydłużonego placyku, po czym cofnął wóz i na wysokich obrotach ruszył do przodu, robiąc jednocześnie mocny skręt w lewo. W ten sposób zawrócił auto, które potoczyło się jeszcze parę metrów z powrotem w stronę duktu i stanęło.
Tadeusz energicznie wysiadł z wozu. Przed nim pojawiły się, niczym duchy, obie opatulone w chusty kobiety, które spotkaliśmy przed chwilą. Cała trójka odeszła kilka kroków od gazika, w stronę krzaków. Chyba nie chcieli, abym usłyszała to, o czym mieli rozmawiać?
Nie to nie. Nachalna nie byłam. A skoro oni w lewo, to ja na prawo. Spojrzałam przed siebie, w krzaki i drzewa przysłaniające w tym kierunku zabudowania Broniszowa. Stamtąd tu przyjechaliśmy.
Spojrzałam i zamarłam.
Moje oczy spotkały się z czyimś silnym spojrzeniem. Odczułam ten jad nieprzyjaźni, rozczarowanie przechodzące w szyderczą tolerancję. Skądś to znałam, to było takie znajome, jakbym się z tym zetknęła tak niedawno, że wrażenie tego spotkania ze mnie jeszcze nie wyparowało.
Zielone oczy. Zielone oczy nieprzyjaźnie omiatające mnie zza otaczającego je kasztanowo-rdzawego woalu.
Tak, w gęstwinie przykucnęła kobieta, na którą natknęłyśmy się z Wioletą po wyjściu z osinobusa. Kierowniczka nie wiadomo czego. Wtedy jej długie włosy, pewnie tuż po porannych zabiegach, chronione tym wielkim parasolem, opadały ładnie skręcone, suchymi puklami na kark i ramiona. Teraz kucała skulona, długie botki miała mokre i nieco przybłocone. Nie miała nad sobą parasola. Włosy płonęły rdzawo, ale kłębiły się już stargane i wilgotne. Patrzyła na mnie spomiędzy chaszczy niczym przyczajony wielki kot, gotowy do skoku, do ataku.
Zadrżałam.
Z zimna? Ze strachu?
W pierwszej chwili, gdy spojrzałam w kierunku wsi, zamierzałam wyjść z samochodu i zrobić parę kroków. Tak bez celu, dla rozprostowania kości lub po prostu dla zapełnienia tej kipiącej od niezręcznych relacji chwili. Gdy jednak nadziałam się na wzrok rdzawokasztanowej, odruchowo cofnęłam się, przysiadłam na powrót na swoim siedzeniu w samochodzie.
Wybawienie przyszło zupełnie nagle i z zupełnie nieoczekiwanej strony.
– Pani Truda! Co pani tak siedzi? – wyskoczył zza moich pleców, z tylnego siedzenia, jeden ze skórzanych.
Przyjrzałam się jej teraz dokładniej. Nie kucała bynajmniej, ale przysiadła sobie na murku z czerwonych cegieł. Nie było jej mokro od ziemi, bo były to jakieś stare fundamenty, suche i wybetonowane. Nie kapało też na nią z góry, gałęzie z szerokimi liśćmi, rozłożyście rozpostarte nad jej głową, skutecznie chroniły ją przed deszczem.
Truda nie zareagowała na słowa skórzanego. Ten więc odwrócił się w moją stronę.
– Pewnie dziwią panią te ruiny, co nie?
Zrobił krok w stronę gazika, podał mi rękę, zachęcając abym wysiadła za nim. Nie było powodu, aby tego nie zrobić.
Ruiny to było za dużo powiedziane. Trochę cegieł wystających z ziemi. Gdyby nie pewien porządek, czytelny jeszcze w tym szczątkowym stanie niegdysiejszej budowli, pozostałość konkretnej myśli jakiegoś architekta sprzed lat lub wieków, można by rzec – rumowisko. Czerwone cegły, trochę gruzu, ułamków zaprawy. Miało to kształt podłużny, wąski. Dwa prostokąty zbiegające się po środku, rozdzielone szerszym łącznikiem w kształcie kwadratu. Za nim coś jeszcze niegdyś było. Pozostał jakiś niewyraźny, trudny do opisania ślad. Wystawało to wszystko na grubość dwóch, trzech cegieł ponad powierzchnię gruntu. Gdzie nie gdzie tylko pozostało nieco więcej. Wzdłuż jednej krawędzi kwadratu, tej jakby dalszej, patrząc ode mnie, zachował się zwornik dwóch ścian. Wysoki może na pół metra. Na tym czymś przysiadła rdzawokasztanowa pani Truda.
Z paplaniny skórzanych wiedziałam już, że była tu dawniej, za Niemca, a jeszcze i chwilę po wojnie, stacja kolejowa. Na trawiastej polance, gdzie stanął nasz gazik były tory, bodaj dwa, czyli główny i boczny (tak zwana mijanka). A tutaj?
– To był dworzec w Broniszowie?
– Nie, skądże. Za mały – zaoponował młody. Podszedł do rumowiska, stanął pośrodku kwadratu. Butem uderzył w murek, na którym siedziała Truda. – Tu była waga towarowa. Solidnie obudowana, ceglanym murem, zadaszona.
Kobieta pokiwała głową, po czym energicznie wstała. Na jej twarzy widoczny był bardzo wyraźny niesmak. Ruszyła w kierunku samochodu. Minęła mnie w milczeniu, nie patrząc. Wzrok wbiła w ziemię.
Nie to nie, nie musiałyśmy przecież rozmawiać. Odwróciłam od niej twarz, wzruszyłam
ramionami i podeszłam do skórzanego, jakby nikogo więcej już obok mnie nie było.
Usiadłam obok, ale na drugim końcu murku, naprzeciw miejsca, gdzie siedziała przed chwilą rzdzawokasztanowa.
– Co tu ważono, cegły z cegielni ?
Skórzany zaśmiał się. Sama wiedziałam, że to było głupie pytanie, ale chciałam go właśnie pobudzić do śmiechu. Aby rozładować atmosferę, zbliżyć się do niego i może, nieco takiego rozluźnionego, rozgryźć.
– Nie cegły? – zdziwiłam się, grając dalej słodką idiotkę. – Nie wożono stąd cegieł pociągiem?
– Waga służyła rolnikom. Koleją wożono – no co – to, co zebrano z pola, buraki, ziemniaki. I zwierzęta gospodarskie, króliki, kozy, świnie.
– Ale cegielnia była przecież tak blisko. Pewnie też korzystała z tej kolei…?
– A pewnie.
– Widziałam już kiedyś cegielnię, na studiach zawieźli nas na praktykę reporterską. Było tam mnóstwo torów, ale takich wąziutkich. I zupełnie malutkie wagoniki. Czy tu na stację też szły takie wąskie tory, od cegielni? Gdzie były, z tamtej strony – wskazałam ręką gdzieś za gazika – czy tutaj, przy wadze?
– Jak chciałabyś zobaczyć wąskotorówkę, to musielibyśmy iść do samej cegielni. Od pieca Hoffmana i od maszynowni, kilka torów, czynnych jeszcze teraz, zbudowano do glinianek i do suszarni…
– Piec Hoffmana? Chyba byłam w środku. Tam się wypala cegły, tak?
Chłopak zadarł daszek czapki maksymalnie do góry. Kucnął przede mną i zaczął opowiadać o cegielni, o pracy robotników, dmuchawach, zegarze sterującym dosypywanie węgla. Rozpalał się z każdym zdaniem, autentycznie przeżywał to, co opowiadał, całym sobą. Potrafił zarazić entuzjazmem i podziwem do niemieckich cudów techniki cegielnianej, rozśmieszyć zabawnymi historyjkami, wynikającymi z prostoty naszych chłoporobotników, którzy zderzyli się z nieznaną im techniką i byli do tego po prostu leniwi lub pijani.
Kim był ten chłopak? Na robotnika cegielni nie wyglądał, a więc?
– Nasz piec Hoffmana ma dodatkowo jeszcze wieżę zegarową. Zapytasz, po co zegar na
wieży w cegielni? Szwaby mieli taki mechanizm, co zegarem sterował podsypkę miału do palenisk. Jak już byłaś w cegielni, to widziałaś, że piec Hoffmana to taki osobny budynek, z dołem i piętrem. Na dole są komory, w których kładzie się w stosy cegłę do wypalenia. U nas takie komory są z półkolistymi sufitami, jakby od góry położyć na nią pół przeciętej beczki. A na samej górze, pod dachem jest właściwy piec i cała instalacja do nagrzewania. W piecu Hoffmana ciepło wędruje po komorach. Każda komora ma po trzy czeluści zasypowe, w które sypie się miał. Jak się wrzuci uformowane, wysuszone cegły na wypalanie i rozpali piec, to trzeba już wypalać tę partię aż do końca. W różnych fazach trzeba pilnować, aby ogień i temperatura były odpowiednie. Pilnuje się przez dosypywanie do czeluści zasypowych tyle miału w danym momencie, ile trzeba. Ani za mało, ani za dużo. I na czas. Ani za wcześnie, ani za późno. Jak się pomylisz, to cegłę szlag trafi. Może mieć zły kolor lub kruchość. Albo wyjdzie ci zupełnie inna cegła, niż szef nakazał, nierówna. Trzeba pilnować. Nieraz jak się rozpali na noc, to trzeba całą noc czuwać i ganiać od czeluści, do czeluści. A u nas takich jest ponad pół setki. Wyobrażasz sobie? Patrzysz na czas, na miarkę miału i zaglądasz pod zasuwy, ile miału wsypać? A pomyl się tylko, albo co przegap! Cała cegła może iść do diabła, a ciebie obciążą…
I dlatego Szwaby wymyśliły ten zegar. On był na wieży, tak wysokiej, że jak naciągnęłaś
ciężarki, co to opadając, same napędzały tryby zegara, wystarczyło tego opadania na całe
wypalanie. Nie trzeba było naciągać ich znowu, starczyło tylko raz, na początku. Chyba, że było jakie specjalne wypalanie, to wtedy naciągało się tylko do połowy, albo do dwóch trzecich. Albo i dwa razy na jedną partię. Ten zegar miał do trybów doczepione takie druty, cięgna, które same zamykały i otwierały otwory czeluści, przez które sypał się miał. Szwab to miał dokładnie wszystko obmyślane, zrobił taki automat. Górą szły cięgna, a dołem taśma z miałem. I mechanizm zegara tym sterował. Tak jak ustawiłaś czas i ilość porcji. Przyszedł odpowiedni czas – cięgna otwierały otwór i sypała się do nich odmierzona porcja miału. Człowiek już nie musiał na wszystko uważać sam. Wystarczyło, że nastawił ciężarki na zegarze i pilnował, aby na taśmie był cały czas miał. Czyli wystarczyło go dosypywać, tak by nie było pusto. Resztę za niego robiła maszyna. Delikatne to wszystko było. I paliło się w tym takim specjalnym miałem. Na samym początku, zaraz po wyzwoleniu, jak tylko ruszyła nasza cegielnia, zostali tu jeszcze majstrzy, Niemcy. Były też zapasy tego miału, po Szwabach. Starzy majstrzy tłumaczyli naszym, robili z nimi, a często i za nich. Ale, tak przed pięćdziesiątym, wszystkie Szwaby musieli już wyjechać, majstrzy też. I cała ta maszyneria dostała się naszym. Nie dość, że delikatne to było, to i zapasy tego specjalnego miału się skończyły. Nasi próbowali palić czymś się dało, inżynier skądciś przyjeżdżał, jakieś eksperymenta robił. Ale częściej to nie działało, niż działało. Choć jeszcze chodziło. Do przedwczoraj. Z soboty na niedzielę, właśnie poza przedwczoraj, wesele było w Mirocinie. Taka jedna „Rumunka” od krów, z czworaków, co to obok dawnej stacji kolejowej stoją w Wichowie, szła za milicjanta z Mirocina, Romka „Poznaniaka”. No i chłopaki, i ci z Mirocina, i ci z Wichowa dali nieźle w palnik. Czyli po prostu popili. Ale rebiata z Mirocina przychodziła do cegielni na nockę zawsze po robocie w polu. A teraz przecież sianokosy, nie ma że niedziela. I jak tak zapili w sobotę na tym weselu, w niedziele porobili na kacu w polu, to drugiej nocy nie wytrzymali i posnęli się na dyżurze. I nie dopilnowali zrzutu miału na taśmę. Jak się przebudzili, patrzą, a tu temperatura spada, cegła nie czerwienieje, stygnie. No i dawaj, na siłę pchać ten miał, ile się da, już nie na taśmę, ale prosto do czeluści. Ale to nie był czas, który mierzył zegar na dosypkę, więc otwory były zamknięte zasuwami. Cięgna mocno trzymały zamknięte pokrywy, więc nasi zaczęli podważać je łopatami i jakimś łomem. A cała ta instalacja była strasznie delikatna… Pozrywali kilka cięgien, wyłamali kilka zasuw. I szlag trafił całą maszynerię. Niemca, który by to naprawił, już w Broniszowie nie ma. Z samego rana wołali jeszcze fachurę z Kożuchowa, z tych warsztatów pegieerowskich, ale gdzież mu tam do szwabskiego automatu. Za cienki, nie dał rady. Ponoć po południu miał jeszcze przyjechać ktoś z zakładów z samej Nowej Soli, ale tymczasem w obiad zamiast mechaników pojawiła się ta komisja wypadkowa z Żagania.
Ciekawostka, w komisji był nasz Tadek. Żyd bo Żyd, ale swojski chłopak, właśnie z Mirocina. Znają się z tymi pechowymi weselnikami od szkoły, przy piwku spotykają się co sobota… Nie przyjechał on tu im krzywdy zrobić, tyle że za nim zjawił się Reinhard czyli Rajmund, ten, co pani już wie.
Nie wiem, co teraz będzie, szwabski automat szlag trafił. Trzeba chyba teraz wszystko ręcznie, pilnować, odkrywać, zakrywać. I nie będzie już spania na nocce… Przez jedno głupie wesele, męczyć się teraz będzie tylu ludzi, i to na lata…
Ale zostały nam jeszcze wspaniałe maszyny w maszynowni. Transporter, taki na szynach, wyciąga wózki z gliną, prosto z torów, co idą od glinianki. Potem wywraca się koleby i glina leci do mieszarki. Ona napędzana jest elektryką… Tak, u nas jest nowocześnie, nie ręcznie…
Takie fest maszyny mamy!

Popatrzyłam na niego inaczej. Był naprawdę zafascynowany tą cegielnią. To, co wyniosłam ze studiów, Marek ze Stefanem Łosiem nazwali by to – profesją – nakazywało mi, zacząć dociekać, kim był skórzany w cegielni? Co robił w cegielni? Jakie miał z nią związki, związki i obowiązki (to już był cytat z Klema). I był to cholernie piętnujący imperatyw. Jak tego byś nie zrobiła, dziecinko, to… I tu cała seria inwektyw, społecznych i politycznych o takiej, co to by nie zrobiła, personalnych, zawodowych. A osobiste, ludzkie, po prostu predylekcje? A jakbym tak, za Dostojewskim tym razem, zaczęła się zastanawiać nad emocjonalnymi motywacjami, ba – mogłam iść dalej, mogłam pozwolić sobie na to – uczuciowymi stymulacjami gorącego stosunku skórzanego do tej sterty desek i murów, ton żelastwa, stłoczonej maszynerii, potu i smrodu spracowanych ludzi…
– Czy dużo dziewczyn pracuje w biurze cegielni?
Skórzany był zaskoczony tym pytaniem. I wcale tego nie krył. Chociaż nic nie powiedział, jego gesty, mimika, oczy – wyrażały to wszystko, czego nie powiedział. Zaskoczyłam go, ale żeby aż do tego stopnia?
– No, jak nie dziewczyny, to może kobiety? Przy produkcji, może przy lepieniu cegieł z gliny…?
Ależ się roześmiał!
– Jakże by to mogło być?! Pani mnie nie słuchała… Nie lepi się ręcznie. Najpierw elektryczna mieszarka robi masę, a potem mechaniczna krajalnica – kroi. Niedobrze. Stałam się na powrót per pani. A ja tak potrzebowałam w tamtej chwili tego jego „jak chciałabyś”, „jak byłaś”, „widziałaś”.
– Na cegielni pracuje twoja dziewczyna?
– Nie – popatrzył mi dłuższą chwilę w oczy. Spróbował w nie wejrzeć, czegoś się z nich
dowiedzieć o mnie, coś zrozumieć. Nie, nie zrozumiał, nic a nic, powtórzył – Nie pojmuję co tu mają do tego dziewczyny…?
Teraz ja musiałam na niego spojrzeć tak, aby to spojrzenie trwało na tyle długo i było na tyle dla niego interesujące, że dałby mi bezwiednie czas do namysłu. Uśmiechnęłam się lekko, ale sympatycznie, to powinno jeszcze bardziej go wciągnąć.
Nic z tych rzeczy. Poczułam, że to nie była maska, uśmiechałam się szczerze…
– Dziewczyny są piękne, śliczne, prawda? – zaczęłam delikatnie – Można je chyba za to polubić…? Już za samo to, że są i za piękno, ukryte właśnie w nich.
– Polubić? Za to, że ładnie wyglądają? – pokręcił głową. Przybrał taki ton, jakby wpierw chciał mi coś ważnego wytłumaczyć, ale nagle zrezygnował, utraciwszy w międzyczasie poczucie sensu tego działania – Pani to chyba nie rozumie chłopaków. Mężczyźnie ładność to kojarzy się od razu z… – nie dokończył. Zawstydzony chciał uciec gdzieś w bok. Odwrócił głowę i zrobił krok… Złapałam go za rękę.
– Wiem, z czym się kojarzy. Ale czy ty naprawdę nie spojrzałeś nigdy na dziewczynę i nie
poczułeś przyjemności patrzenia na coś, co było piękne? Bez tego, no wiesz…
– To znaczy jakie, że piękne?
– A maszyna, elektryczna mieszarka, powiedziałeś, że jest fest…?
– Pani pyta, czy ona jest piękna?
– A jest?
– A co to jest piękno?
– A powiedz mi, co to znaczy, że ona jest fest?
Skórzany zrozumiał pierwszy to, o co się nawzajem pytaliśmy. Bo, prawdę mówiąc i ja sama straciłam orientację. Gdybym miała powiedzieć, jakiej odpowiedzi oczekuję, to? Musiałabym najpierw powtórzyć sobie: o co pytałam i jakie cele miały spełnić odpowiedzi…
Skórzany odpowiedział. Znowu się rozbujał. Gadał jak najęty. Nie przerywałam mu, chłonęłam jak natchniona. Ale jakąś inną cząstką siebie. To grzęzło gdzieś w takim moim ja, że nie nadawało się nawet do takiej wewnętrznej dysputy, w moim środku – nie środku. To nie była rozmowa stażystów w parku przed redakcją „Po prostu”, którą można zapamiętać, przetrawić, zrobić z niej gonitwę myśli, przelać na papier do pamiętnika lub w jakąś formę dla ludzi obcych, z zewnątrz.
To było jeszcze gdzieś głębiej, nie do odtworzenia. Ale było. Tylko, że to się czuło, a nie dałoby się drugi raz odtworzyć słowami.
Skórzany sączył we mnie swoje słowa. Rozumiałam je, choć łapałam się na tym, że ich jednocześnie nie słucham. Tam w środku wystarczało mi koncentracji, aby słuchać, brać do siebie, przesączyć przez jakieś uczucia… A tutaj, jakby bliżej świata niż mnie samej zastanawiałam się… czy odpowiedzi muszą spełniać jakiekolwiek cele…?
Skąd się to nagle wtedy we mnie odezwało?
Skórzany sączył coś we mnie, coś, co było tylko moje, nie do zszargania w kontakcie ze
światem, z innymi ludźmi.
Odpowiadał na moje pytania i było mi z tym tak dobrze…
A jednocześnie przed oczami miałam wyraźny obraz parkowej alei, oświetlonej nielicznymi palącymi się latarniami. Czy to była TAMTA aleja?

Aleja w Centralnym Parku Kultury, którą można było zejść aż na Solec, do Syrenki?
Co to było: szczęście czy pech? Gdy nastał czas kolejnych praktyk, okazało się, że mieliśmy całym rokiem uczyć się służby słowa literackiego. Znaczenie literatury, poezji, społeczna rola literatów i takie tam. No i nasze miejsce w tym wszystkim, dziennikarzy. Praktyka ta, a jakże, w terenie, ale już nie huta w Stalowej Woli, ani PGR w koszalińskim, tylko prawdziwa redakcja pisma literackiego. I mnie przypadło „Po prostu”. Naczelny, Eligiusz Lasota, popatrzył na nas, pięć studentek, jak stałyśmy u niego w gabinecie i szast, trzy do poezji, do redaktora Edwarda, i prast – dwie pozostałe do prozy, do redaktora, pana Marka. Szczęście, czy pech, że tak poznałam ulubieńca salonów? Wszyscy mnie ostrzegali, że praktyki będę miała w barze „Pod Jontkiem”, Wiejska 17. Ledwie dwa piętra w dół schodami od redakcyjnych pokoi. A jednak nie.
Rozmawiałam z Markiem o literaturze i o życiu na ławce, pośród drzew. Raz nawet doszliśmy aż na Solec, do Syrenki. Siedzieliśmy długo na cemencie, może nawet spojrzeliśmy sobie w oczy?
To jasne, że byłam gówniarą z prowincji. Marek był już wyedukowany przez Łosia, Andrzejewskiego. Mieszkał i pracował przecież nie tylko w górach, Częstochowie czy
Białymstoku. Był i Wrocław, a przede wszystkim Warszawa, Warszawa, Warszawa… A ja co?
A ja – ta niezapomniana aleja w Centralnym Parku Kultury.
– Widzisz ten park? – Marek zatoczył ręką wokoło.
Powiodłam trochę cielęcym wzrokiem za tą ręką i szybko się zmitygowałam.
– Widzę. Okulista zbadał mi wzrok na początku roku akademickiego. I chwalił.
– Jasne – Marek odgarnął mi delikatnie włosy z twarzy – Bardzo długo nie będziesz nosić okularów. Popsujesz stereotyp oddanej Partii działaczki intelektualnej szczebla powiatowego…
– E tam, znowu się ze mnie nabijasz…
– O nie, co to, to nie – przeszedł nagle z pogodnego nastroju zupełnej nonszalancji w jakąś
agresywną zapalczywość. Ponad osiemdziesiąt kilo i ponad metr osiemdziesiąt prawdziwego faceta. Mogło w tej chwili przestraszyć. – Popatrz wkoło tym sokolim wzrokiem, poprzez te drzewa. Co widzisz?
Przełknęłam głośno ślinę. Miałam ściśnięte gardło i nic mi nie mogło przejść przez usta.
– Może dostrzegasz, a może nie? Biedne chałupy wyrobniczego Powiśla. Na Woli największym parkiem jest cmentarz, a tutaj prezydent uzurpator, tuż przed klęską swoją i narodu, posadził prawdziwy park. Po co to tutaj, jak ludzie się tak – nomen omen – gnieżdżą?
– I ja mam ci na to odpowiedzieć? – szczerze się zdziwiłam. Zagonił mnie zupełnie w kozi
róg. Odpowiedź była raczej oczywista, a raczej… dwie odpowiedzi…
– Nie odpowiedź tu jest ważna. Ja odpowiem jedno, ty drugie, kto inny – trzecie. Jakie to ma znaczenie? Puste słowa.
– A więc?
– Ważny jest cel odpowiedzi. Stawiając pytanie, wyznaczam cele, jakie mają spełnić otrzymane odpowiedzi. Ich treść to tylko pusta forma. Ona nic nie wnosi, nic nie zmienia. Liczy się tylko konkretny czyn!
– A to nie jest tak, że puste pytania – puste odpowiedzi?
Wykład. Studentka słuchała, ale studentka była nastawiona wojowniczo, buntowniczka.
– A pewnego razu była sobie taka śliczna dziewczyna…
Załapał od razu.
(Marek właśnie na pierwszej stronie „Po prostu” opublikował swoje opowiadanie. Ktoś potem opisywał je, jako prościutką historię o urodziwej dziewczynie siedzącej z chłopakiem na ławce w parku. Jej widok budził w przechodniach uczucia wzniosłe i szlachetne. Tymczasem dziewczyna, uosobienie czystej niewinności, kłóciła się z chłopakiem o pieniądze na skrobankę. On nie chciał zapłacić, a wtedy ona mu zagroziła donosem, bo sfałszował ankietę personalną)
– O nie, tylko nie w ten sposób.
– A dlaczego by nie?
– Bo taka literatura, taka odpowiedź może przynieść, akurat tobie, tylko żal.
– A czemu pytanie o śliczną dziewczynę, o piękno ma nieść żal, a nie coś odwrotnego?
– Chcesz, to pytaj – nie zauważyłam na czas tego typowego wycedzania szyderstwa, które Marek właśnie rozpoczął, no i zapytałam:
– Jakiemu celowi służą pytania, co to mogłabym je zadać autorowi „Ślicznej dziewczyny” lub jej samej?
Czego oczekiwałam od autora? Czy tego?
– Temu, aby nosić ze sobą prezerwatywę. Zapobiegliwie i notorycznie. Nie uwieczni, ale
przynajmniej utrwali to na jakiś czas jej urodę dla tego zapobiegliwego… I pozwoli mu
uniknąć dodatkowych kosztów.

Skórzany skończył. Popatrzył na mnie, jakby czegoś bardzo oczekiwał. Rozumiałam
go. Przekonał mnie. Tego potrzebowałam. Tu na wiejskiej stacyjce dawnej kolei
szprotawskiej odkryłam, kto i w jaki sposób był w moim życiu zwyczajnym pozerem. Małe i duże dwory, zamki i pałace, urzędy i redakcje, miasta i stolice. Mała wiejska stacyjka zarośniętej chaszczami kolejki.
A jednak nie mogłam mu tego wszystkiego powiedzieć. Szczególnie tego, że skórzany z
cholewą odpowiadał na moje rozterki, a Marek zaś mówił mi tylko o odpowiedziach, i tylko na pytania…

Ciąg dalszy jutro

Deszczowa delegacja 1

Będą trzy dni pod rząd, bo opowieść jest niezmiernie długa. Cholery dostaniecie, ale historia jest tak zagmatwana, że jeśli ją w trzech odcinkach opublikuję raz na tydzień, to już nic nie zrozumiecie. Od pierwszego razu i tak się nie da wszystkiego pojąć, przynajmniej JA nie dałam rady! I o dziwo, pogoda jest brzydka, ale to opowieść na lato…

Suspens!

Mieczysław Bonisławski

Dzień wstawał mglisty. Było chłodno, ale w taki rześki sposób. Lato. Trochę śmiechu warte. Powinnam wybrać, jak się ubrać na podróż? Wyjazd to wprawdzie był niedaleki, jakieś dwadzieścia kilometrów, a nie na przykład do Wrocławia, czy choćby Gorzowa. I autobusem, pekaesem, jak tu mówią, a nie rowerem, czy furmanką. A jednak. Nie było bez różnicy, czy ta mglistość, jak tylko potem mgła się podniesie, zmieni się w słoneczne przedpołudnie, czy też rozdżdżoną, mokrą od deszczu kapuśniaczka pluchę. Brrr, zimną i przenikającą do kości…
Ojciec, gdyby tu jeszcze był z nami, kazał by mi założyć gumiaki, jakiś gruby sweter i nieprzemakalną (taką jakie noszą rybacy) katanę z kapturem, spodnie z wojskowego demobilu, broń Boże – brać parasol. On kochał pluchę, gdy wszyscy uciekali pod dach, kryli się po różnych zakamarkach. Tak, on wtedy wychodził na ulicę, bądź ścieżkę – zależnie od tego, czy to było miasto, czy wieś – i szedł naprzeciw światu, bynajmniej nie nieznanemu i nie po przygodę. On lubił pustkę, deszcz i tak nieskrępowany przez nikogo lubił spoglądać w oczy otaczającej rzeczywistości. Opisywać codzienne życie, ruch lub bezruch, robotników pracujących w ociekających maszynach lub ubraniach, lub – schowanych i przeczekujących deszcz. Nie, żadnej tam przygody, żadnego nieznanego. Ale dla mnie ten krótki wyjazd do cegielni w sąsiednim powiecie był i przygodą, i krył wiele tajemnic. Pierwszy wyjazd w teren dziennikarki z zupełnie nowego działu Gazety. Miałam znaleźć sensację i ją opisać, ale tak, aby materiał był społecznie użyteczny. Redaktor Świtała, delegując mnie na tę dziewiczą wyprawę, wspomniał nawet coś o mym Ojcu. Jakoś tak, żebym pamiętała, jak się skończyło pisanie Ojca o Ostrowskim i że ja mam rozpocząć swoją, zupełnie nową kartę… Zaraz, jak on to powiedział?
Nie, nie przypomnę sobie teraz. A więc co: słoneczny dzień, czy zafajdana plucha? Co mi, dziecince (tak by powiedział i Ojciec, i odgrywający teraz Ojca, sekretarz redakcji Ś. – co ci dziecinko?), a więc co mi, dziecinko, podpowiada kobieca intuicja? A więc najpierw popatrz w okno, dobrze, a teraz – w lustro. I co zobaczyłaś Alicjo?
…Klema, jak się pochylał nad stolikiem, nie dalej jak wczoraj wieczorem. Piliśmy trochę na dole, pod redakcją, w nowym Klubie Dziennikarza, potem „Pod Orłem”, a na końcu w „Ratuszowej”. Lub odwrotnie.
Ha, piliśmy! Przecież mnie odrzuca od samego zapachu tej ohydnej wódy. A więc, ja nie piłam, tak dla jasności. A może właśnie powinnam?
Klem był usposobiony tym razem plastycznie, miał swój dzień malarski. Popatrzył na mnie zza zasłony dymu z tlącego się tytoniu
– To nie jest dobry pomysł, aby tam jechała Alicja. Widziałaś siebie w lustrze? Przecież ty emanujesz kobiecością u progu. Jesteś jak pąk tulipana, który za chwilę pęknie w stronę wszechświata jaskrawą czerwonością. Tylko to nie będzie barwa, ale zapach, ruch, niedokończony gest. Kwintesencja rodzącej się kobiecości. Nie jedź Alicjo, oni, ci chłoporobotnicy tego nie zdzierżą i cię zgwałcą, zanim zapiszesz w notesie ich pierwszą odpowiedź – zatroskał się.
– Nie, nawet nie. Zawiną ci spódnicę, zanim zdążysz zadać pierwsze pytanie – poprawił się.
– Dlatego założę spodnie.
– I wypchasz je pakułami, aby wyglądać jak ich żony, dupiaste i czerwonolice od machania widłami – opisowo ujął Michał Horowicz.
Klem z niesmakiem powstał od stolika.
– Czerwone mordy to my sami mamy. A Alicja jest jak czerwony tulipan, co się właśnie rozwinie… Tu nie ma atmosfery, musimy się upić, ale nie tu. Co sądzicie o zacnym wyszynku pod białym ptakiem? – seplenił jak rzadko, słowa wychodziły od niego stulone jak płatki tulipana na noc.
Zastępca nie byłby sobą, gdyby się nie odgryzł. Horowicz znany był z tego, że wszystko o wszystkich wiedział i lubił tym prać na odlew, po pysku:
– A pamiętasz jak to było u Kurkowiaka? Gdy ci nagadał, że jego vice, Koleńczuk, żalił się że w jego biurze pijecie wódkę? Co mu wtedy powiedziałeś?
– „A propos, masz coś?” A że nie miał, zawołałem na chłopaków, „chodźcie”, tak powiedziałem. I poszliśmy. A to był człowiek takiego gołębiego serca…
– A zatem pamiętasz. A, że to było biuro Wydziału Kultury Wojewódzkiej Rady, a Franciszek był jego kierownikiem…
Zaczynało się robić nieciekawie. Ktoś musiał to przerwać.
– Schwarzer Adler. To dla ciebie ważne Alicjo. Jedziesz jutro szlakiem dawnej kolei na Szprotawę. Za Prusaków, tam „Pod Czarnym Orłem”, odbywały się zebrania udziałowców spółki kolejowej Lenza.
Nie zauważyłam, czy tę tyradę wygłosił Zdzichu Giżejewski, czy prześwietny oberpedagog tego miasta Ludwik Kończał?
Ale tak, spodnie? Dobrze, niech będą spodnie, może faktycznie w tej cegielni suknia i pończochy zrobią nie takie wrażenie, jakiego potrzebuję? A do spodni, co, sweter? Będę wyglądać jak taka lala z Warszawy, za jakąś artystkę mnie wezmą, nie za prawdziwego dziennikarza. Niech to wszystko…!
Wpierw za okno. Chyba zaczyna jednak siąpić? Nici ze słońca. Jak się ubrać na deszcz, do chłopów utaplanych do obiadu w glinie, a po obiedzie w gnoju, aby mnie nie wyśmiali? Nie, oczywiście, o żadnym gwałcie nie myślałam, nie bałam się. Ale musiałam zdobyć ich zaufanie. Nie mogłam ich ani rozśmieszyć, ani znieważyć. Nie mogli się ze mnie śmiać, jako z dziewczyny wchodzącej w męskie tematy. Nie mogli się też na mnie zamknąć, czując że się ponad nich wywyższam, niczym jakaś pinda z wielkiego świata.
– Alka.
Co to? Sama do siebie zaczęłam gadać? Zerk w lustro. No, znajoma, jak mówią przyjaciele, całkiem ładna twarz. Mówiąc szczerze, piękna nie była, może właśnie oryginalnie ładna: te intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami. A wąska, ale pełna żuchwa, z tymi dwoma głębokimi bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, jak twierdzili chłopcy (i czasem dojrzali mężczyźni po trzydziestce – vide sam Klem [niestety konserwator, nomen omen, zabytków] i aktorzy [choćby i prowincjonalni], czyli Zdzichu, mogła oddziaływać prokreacyjnie. Czyli po naszemu, była nawet apetyczna.
– Alka, jesteś tam?
Ale to nie ja do siebie gadałam. Twarz z lustra nie otwierała ust, a przecież brzuchomówstwa doktor Bandurski u mnie nie wykrył (tylko niepokojący wyrostek robaczkowy). Okno!
Otwarte na rozszerz…
Na ulicy stała niewysoka szatynka. Ubrana skromnie za to praktycznie, czyli gotowa do łobuzerki. Kto pierwszy, nawet przed niektórymi chłopakami, wspinał się z ulicy Krakusa na szczyt nasypu kolejowego? Kto wymyślił zakłady o wspinaczkę po konstrukcji wiaduktu i dopingował chłopaków w języku swego dziadka, po francusku? Moja dobra Wioleta.
– Wiesz która godzina? – padło zza okna – Za pół godziny mamy pekaes.
– Myślę, jak się ubrać  Chyba będzie tak cały dzień mżyć, co?
– A o chłopach pomyślałaś?
Roześmiałyśmy się obie. Wszystko nagle wydało się trywialne.
– Zaraz, zaraz, jak to: mamy?
– Jadę z tobą.
Wioleta, moja przyjaciółka z liceum. Została w mieście, zdecydowała się czekać na swoje nauczycielstwo na miejscu, podczas gdy ja wyjechałam na to dziennikarstwo. Jej dziadek, kiedyś tam przed wojną, wyemigrował do pracy do Francji, potem wrócił. Bez pieniędzy i bez pokory. Na tym zachodzie wyuczyli go, że hej. Od powrotu klepali razem biedę w takim wiejskim bardziej domku, z kiblem na podwórku. Przy samym nasypie kolejowym, w pobliżu wiaduktu na Krakusa. Cała dzielnica, taka biedna bardziej. Chyba jedyna Wioleta stamtąd zdecydowała się na liceum, chciała być nauczycielką i przed rokiem doczekała się w końcu i w naszym mieście na ten eSeN (wiecie, studium nauczycielskie). Profesor Kończał, tworząc tutaj to studium, sprawił, że mogła studiować bez kosztownego wyjazdu, na który po prostu nie było by jej stać. Musiała poczekać, gdy ja i reszta klasy wyjechała na rajzę, ale udało się!
Reszta jej ulicy poszła do pracy od razu po szkole, może ktoś jeszcze z całej ulicy ukończył zawodówkę. Ale Wioleta całe liceum była moją przyjaciółką i tak już dalej zostało, kiedy wróciłam, jako pani redaktor, po studiach (a jakże!) na stare śmieci.
– Lecimy, dawaj już!
Wieś przywitała nas jeszcze gorszą pogodą, niż ta, którą pożegnało nas miasto. Na deszcz, jaki się ostatecznie rozpadał, nie przydały się żadne nasze przygotowania ubraniowe.
Tu by i najlepszy parasol niewiele pomógł. Jedynym skutecznym rozwiązaniem byłoby nie wychodzić z domu. Może trzeba było zrobić użytek z zasłyszanych rozmów robotników, którzy dosiadali się już od pierwszej wsi za miastem, Ochli, i wrócić od razu kursem powrotnym? W ogóle nie wysiadać?
– Ale w nocy zaciągło, cie choroba. Tera to popada kilka dni jak nic.
– To się góra po was przejedzie. Jadźka, jak wróciła wczoraj ze szkoły, z Wichowa, to mówiła, że siano jeszcze nawet nie w stogach.
– Głupia ta twoja Jadźka. Z tej strony wzgórz sprzątnęlim, na ostatek, ale zdążylim. A od Wichowa i doliny insza pogoda. Deszcz przyszedł od Zielonej i zatrzymał się na wzgórzu.
– No tak, jak nie przejdzie na drugą stronę, to dopiero tutaj poleje. Będzie dzisiaj sikawica jak cholera.
– Co się martwisz, w pluchę by nas pogonili, a jak będzie tak lało, to się przesiedzi gdzie pod dachem…
Faktycznie, im bliżej było naszego celu, lekka z początku mżawka, zmieniała się w coraz bardziej regularny deszcz. Po szybach autobusu spływały wpierw coraz większe, ale jednak wyraźne krople. W Radwanowie, ostatniej wsi przed Broniszowem pojedynczych kropli nie dało się już odróżnić a od krzyżówki, leżącej na styku obu wsi – to była już wodna fala.
A nie było to, niestety, najgorsze, co nas spotkało.
W autokarze nie było ani przytulnie, ani wygodnie, unosiły się intensywne, duszące zapachy. Jednak wyjście z jego wnętrza w ten deszcz okazało się dla nas szczególnie porażające. Nasz zielony star, potocznie zwany stonką, bez zbędnych przygód (o, jakże by się to podobało memu Ojcu), dowiózł nas aż na skraj Radwanowa. Siedziałyśmy obie po środku autobusu, z jego prawej strony. Ja od okna, Wioleta obok mnie. Widziałam zatem przez okno mijane zabudowania PGR-u, bar przed którym stała pokraczna, kryta przyczepa przystosowana do przewozu osób, „zaprzęgnięta” do zdezelowanego traktora na ogromnych kołach, wreszcie skrzyżowanie dróg, na którym skręciliśmy w lewo.
Nasza „stonka” potoczyła się jeszcze ze dwieście metrów za to skrzyżowanie i stanęła na przystanku PKS-u. Niemal połowa pasażerów wysiadła, ale star nie ruszał. Nawet nie zwróciłybyśmy na to uwagi, gdyby nie to, że „uwaga” dostrzegła nas, dwie bidulki wciśnięte w te ciasne i niewygodne siedzenia.
Kierowca wychylił się znad szerokiej kierownicy, rzucił okiem po wnętrzu autobusu, jakby szukając kogoś konkretnego. Gdy jego wzrok w końcu zatrzymał się na nas, od razu było jasne, ze właśnie osiągnął jakiś założony sobie cel.
– A panie czemu jeszcze nie wysiadły? Wy przecież do Broniszowa.
– Bo to dopiero Radwanów – trzeźwo rzuciła Wioleta.
– Tam minęliśmy drogowskaz na Broniszów – wskazałam ręką gdzieś za siebie, w stronę krzyżówki. I dodałam, znacząco zawieszając głos – A więc…?
– A więc, moje panie – z satysfakcją spuentował kierowca – wiedzcie, że pekaes nie wjeżdża do samego Broniszowa. Ja jadę stąd już na Kożuchów. Do Broniszowa trzeba iść pieszo, od tej krzyżówki, tam na lewo. Do tabliczki Broniszów jest mniej niż pół kilometra, ale do tej waszej cegielni, będzie ponad trzy.
– O raju!
– Naprawdę, trzy kilosy w ten deszcz, pieszo?
Szofer wyglądał na zadowolonego z piorunującego wrażenia, jakie na nas wywarł. Wyraźnie trzymał w zanadrzu jeszcze coś, na taki właśnie moment.
– Opłaciła się wam, moje panie, ta poranna pobudka. Wstałyście wprawdzie skoro świt, ale teraz czeka was za to poświęcenie nagroda. Na pierwszy, i tylko na pierwszy kurs, podjeżdża tu osinobus z PGR-u i zabiera pracowników do GS-u i cegielni, a kursem powrotnym – ludzi do miasta i dzieciaki ze starszych klas do szkoły. Osinobus stoi przy barze, na krzyżówce. No, ganiajcie, aby wam nie uciekł…
A więc czekał nas jeszcze kontakt z tym czymś, co mi mignęło przed chwilą w oknie autobusu…?
Wioleta nie czekała, aż ratunek nam mignie koło nosa. Nie wdając się w żadne głębsze refleksje, chwyciła swój chlebak, powstała niczym na ćwiczeniach wojskowych i już gramoliła się z autobusu w deszcz. A ja – rzecz jasna – za nią.
– Do widzenia panu, dziękujemy – zdążyłam jeszcze tylko rzucić w biegu szoferowi grzecznościową formułkę.
– Do widzenia paniom. I powodzenia. Miłego dnia, mimo tej pogody…
Osinobus dopadłyśmy faktycznie już tuż za skrzyżowaniem. Jeszcze z daleka machałyśmy traktorzyście, aby zatrzymał się i nas zabrał. Na szczęście dostrzegł nas.
Jeżdżąc na dziennikarskie praktyki w teren, widziałam już różne typy i rodzaje środków lokomocji. To jednak był prawdziwy „dziki zachód”. Osinobus nie był w najlepszym stanie, odrapany, brudny. No i ten ciągnik. Zupełnie niedopasowany. Wszystkie te kryte przyczepy, z siedzeniami i przeszklone, którymi dotąd miałam okazje przejechać się w różnych rejonach Polski, ciągnął zawsze klasycznie wyglądający, średni traktor rolniczy z pełną kabiną dla prowadzącego. Tutaj konstrukcję z przedziałem pasażerskim podczepiono pod ogromny ciągnik bez zamkniętej kabiny traktorzysty (był tylko daszek na słupkach) poruszający się na czterech ogromnych kołach o jednakowej średnicy, z osiami bliżej środka całego pojazdu. Była to raczej maszyna budowlana lub ciągnik leśny. Hałasował za trzy normalne traktory a szarpał niczym czołg na poligonie.
Trwało to dobrych dziesięć minut. Jechałyśmy długo pomiędzy luźno porozrzucanymi wzdłuż osi gościńca zabudowaniami gospodarskimi. Nie była to bogata wieś, ale każde obejście miało osobną chałupę i co najmniej jedno albo dwa zabudowania gospodarcze. Droga wiła się niesamowicie, chałupy były to z lewa, to z prawa, raz blisko gościńca, raz dalej, w polu. Na licznych i ostrych zakrętach rzucało całym pojazdem (a nami w jego środku) jak w puszczonej na silnym wietrze karuzeli. Broniszów ciągnął się i ciągnął a końca tej jazdy nie było widać.
Wreszcie minęliśmy kościół, gościniec rozszerzył się w niewielki plac, a nasz osinobus skręcił na prawo i zatrzymał się. Koniec trasy. Zaczęliśmy się wszyscy gramolić do wyjścia. Chwila i w środku było pusto. Traktorzysta tylko na to czekał. Osinobus zakręcił na pętli podjeżdżając do grupki czekających osób. Wpuścił baby jadące na targ, dzieciaki do szkoły i jeszcze tam kogoś, chłopów w prawie odświętnych ubraniach (jechali pewnie do jakiegoś urzędu), ormowca z insygniami, faceta z teczką (co on tu robił, czyżby wracał od kochanki?) – i odjechał w siną dal. Nawet Wioleta, wychowana przecież w dzielnicy przy Krakusa, spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Ten leśny ciągnik, na wysokich na półtora metra oponach i te odświętne ubrania, ten garnitur i świńska skóra urzędniczej teczki…
Wiatru nie było, deszcz zatem nie zacinał. Było dosyć ciepło, strugi wody nie ziębiły specjalnie. Po prostu lały się na nas, wlewały się każdą szparą pod ubranie, ciało robiło się mokre i lepkie. Majtki przywarły do tyłka jak stalowa zbroja, stanik ścisnął piersi, rękawy i nogawki stały się obce i wrogie. Stałyśmy tak chwilę, jak ofiary losu nie wiedząc, co z sobą zrobić? Mężczyźni, którzy przyjechali razem z nami, gdzieś poznikali, człapiąc w szybko rosnących kałużach.
Jedni pognali gdzieś w prawo, prostopadłą do głównej drogi brukówką, przeciskającą się między dwoma, zbiegającymi się ku sobie domostwami w kierunku niedalekiej ściany lasu, ku wyraźnie zarysowanemu pagórkowi. Drudzy przeszli na skos plac, w jaki z lewej strony rozszerzał się gościniec, skręcili i zniknęli między niskimi zabudowaniami, wyrastającymi całym stadem w głębi perspektywy. Kilku weszło na gościniec i podążyło z powrotem, w kierunku z którego przyjechaliśmy. W oddali, we mgle majaczyła tam kościelna wieża.
Mężczyźni jednak, nie dochodząc do kościoła, skręcili w lewo. Stał tam, nieco cofnięty od samej drogi podłużny, parterowy budynek z wysokim mansardowym dachem i ryzalitem z ogromną płaskorzeźbą. Z odległości ponad stu metrów nie dało się jednak dostrzec jej szczegółów.
Czy ktoś mógł się nad nami zlitować? Którędy tu było iść, którzy z tych robotników jechali do roboty do cegielni? I w ogóle, czy należało w ten deszcz szukać owego kierownika, który poprzedniego dnia bezgranicznie przerażony powiadomił o wszystkim milicję, czy raczej poszukać miejsca, w którym przeczekałybyśmy nawałnicę? Te chłopy gadały o jakimś dachu, pod którym posiedzą zamiast tyrać w deszczu… Czy ktoś…?
– Kogo szukacie dziewczynki ?
– Ach, droga pani…
– Bardzo dziękujemy…
– Ale, kogo szukacie? – kobieta miała długie włosy o kolorze kasztanów, opadające faliście poniżej ramion, ułożone i suche, bo ukryte pod rozłożystym parasolem. Nie przypominała wyglądem opatulonej w chustę i kufajkę wieśniaczki, mimo to jej oczy wyrażały narastające z każdą chwilą niedowierzanie i zdumienie. Czyżbyśmy aż tak głupio wyglądały?
– Ach, ten deszcz…
– Zgubiłyśmy się…
– Tu u nas, w Broniszowie?
Co do wyglądu – mogłam się domyślać, tego co gadałyśmy jak nakręcone trajkotki, na zmianę – byłam pewna… bez sensu i składu. Musiałam wziąć się w garść.
– Szukamy cegielni. Przyjechałyśmy do kierownika – tu podałam nazwisko.
Kobieta z parasolem przecząco pokiwała głową. Była ubrana po miejsku, garsonka a nie sukienczyna, długie botki, płaszczyk rozpięty od pasa, apaszka. Już miała nam coś doradzić, ale jej wzrok wyłowił coś za nami. Szybko się odwróciłam.
– Kierowniczko, otwarte już, możemy ten deszcz przy czym gorącym przeczekać?
– Sama kierowniczka widzi, w taki deszcz nie ma roboty.
– Taka dobra z pani kobita, no przecie nie pajdziem w ten deszcz aż do Radwanowa…
Dwaj robotnicy, w gumiakach i watowanych, roboczych kurtkach stanęli w wielkiej kałuży, jaka zdążyła się już zrobić w miejscu, gdzie stał osinobus. Jechało od nich wódą, a oni patrzyli zaczepnie spod przekrzywionych beretów… na nas dwie. Kierowniczka, czymkolwiek by nie kierowała, zapewne nie mogła im odmówić (o cokolwiek by nie poprosili), zatem przestała w tej chwili być dla nich ważna. Mieli ciekawszy punkt zainteresowania. Kobieta chyba odczuła dokładnie to samo.
– A idźcież nieroby, dla was każdy pretekst jest dobry – skinęła im głową w stronę domu z ryzalitem, w którym poprzednio zniknęło już, prosto z osinobusa, kilku naszych współpodróżnych – Tylko nie zachlajcie jeszcze bardziej…
– W taki deszcz w cegielni nie wypalają, co najwyżej kopią glinę. A i to wątpię, same widziałyście – skinęła na mężczyzn, zwracając się teraz z kolei do nas – Nie macie co tam iść, tylko jeszcze bardziej, do cna przemokniecie…
– A można jeszcze bardziej?
– Od dołu, no, buty, nogi. Tam ogromne kałuże i błoto. Przynajmniej już za torami.
Popatrzyłyśmy po sobie z Wioletą i roześmiałyśmy się. Wyglądałyśmy jak nieboskie
stworzenia.
Przez twarz kobiety przebiegł grymas strachu. Za chwilę mogła nas wziąć za wariatki, trzeba było ratować sytuację.
– Jesteśmy z Gazety, kierownik powiadomił milicję o pewnym wydarzeniu. Robotnicy rozpoznali człowieka, którego znali z czasów zaraz po wojnie, ponoć był niebezpieczny i teraz powrócił.
– Kierownik pewnie siedzi w biurze, na pewno tam go zastaniemy – wsparła mnie Wioleta.
Kobieta spuściła oczy. Zaciekawienie przemieszane z sympatią ustąpiły na jej twarzy miejsca siłą tajonej niechęci. Odburknęła tylko:
– Po co ta cała milicja, to nasze sprawy. Potrzeba nam was tutaj, no nie ma co mówić.
– Ale my nie jesteśmy z milicji…
– Koleżanka ma napisać artykuł do Gazety. Taki, aby wszystkich przestrzec…
Kierowniczka, czegoś tam, (nadal) nie wiedzieć czego, okręciła się wokół własnej osi i złapała oburącz parasol, bo właśnie pojawił się wiatr. Potrząsnęła włosami, które porwane porywem powietrza poza płachtę parasola w końcu też się nieco zmoczyły (dobrze jej tak!)
– Kierownika, mówicie, szukacie. Ano, może i kierownika. Ale kierownik chyba jeszcze w domu, on mieszka przy samej cegielni, w takim malutkim domku. Ale nie ma co tam teraz iść. Co zaś do inspektora, nie ma go na cegielni. Po północy koło ceglanego wiaduktu znaleźli… – przerwała, cmoknęła – Nie moja sprawa, co znaleźli. Jak macie się dowiedzieć, to ktoś wam i tak powie. Inspektor pojechał w każdym razie do lasu jeszcze w nocy.
Mogłybyście zaczekać u mnie, na sali, ale same widziałyście, kto tam dzisiaj jest i co się będzie działo – skinęła głową w stronę domu, w którym zniknęli uprzednio podpici robotnicy.
– Inspektor, to nie kierownik? – zdziwiłam się – Jak to?
Kobieta wzruszyła ramionami.
– Kierownik, czy inspektor, co mi tam do tego. To wy tu kogoś szukacie. Powinnyście chyba wiedzieć kogo, prawda ?
– To co mamy robić? Mamy iść do domu, do tego kierownika…?
– Chodźcie za mną – skierowała się z placu ku gościńcowi, a my za nią. Idąc wzdłuż drogi, w przeciwnym kierunku, niż ten z którego przyjechałyśmy osinobusem, minęliśmy frontową ścianę domu, po środku której były schody, ganek, wejście. Stanęłyśmy nieco dalej.
– Widzicie te drzewa? Tam jest pałac i biura GS-u. Nie macie teraz co iść do cegielni, do kierownika do domu i budzić go. Gdy wstanie, zajdzie tutaj. A jeżeli inspektor wrócił już z lasu, to też jest teraz tam. A jak go tam nie ma, to musi się pojawić. To jedyny telefon we wsi, a przecież prosto z lasu musi zadzwonić. Znowu na tę waszą milicję – syknęła ze złością na zakończenie i szybko, nie czekając na naszą reakcję, odwróciła się i nawet nie składając parasola wbiegła po schodach na ganek, otworzyła drzwi, trzasnęła. I tyle o pani kierowniczce. Mogła przejść do historii tego dnia, nie wyjawiając ostatecznie, czym kierowała. Ale – o czym miałam się dopiero przekonać na własnej skórze – niestety nie przeszła…
Od rana niebo było całe zaciągnięte srebrzystym woalem. I chociaż nie było widać nawet strzępków błękitu, powłoka rozciągnięta między niebem a miastem sprawiała wrażenie bardzo delikatnej i dalekiej. Nieuchwytnej i nietrwałej, jakby lada chwila miała się rozpaść, zniknąć, odsłaniając nieprzebrany błękit i słoneczne promienie. Od czasu kiedy rozpadało się na dobre, srebrzysty woal stężał, stał się szalem. Obniżył się nad pola i domy, był już na wyciągnięcie ręki. Powietrze jednak, pomijając krople i potoki deszczu, było w miarę przejrzyste, z góry znad tego szala, spod samego nieba, opadała na ziemię pewna jaskrawość. Wiatr, który pojawił się nagle nad pętlą autobusową rozwiał ów szal i przygnał czarne chmury. Nad Broniszów, dosłownie w ciągu minuty, czy dwóch, spadł mrok. Nie była to oczywiście ciemność nocy. Przypominało to raczej wczesny wieczór, taki bez czerwonego zachodu słońca, pochmurny wieczór, w chwili gdy blada, słoneczna światłość skryła się za linią horyzontu. Chmury były nawet stosunkowo wysoko, nie przytłaczały. Po prostu były wysoko nad głową. Przez moment wydawało się nawet, że wraz z nastaniem tego nagłego mroku, nieco ustał deszcz. Nagle jakby wszystko stanęło w bezruchu, stało się martwe…. W tym przedziwnym świetle – nie – świetle… Zaczynało robić się nieswojo. Obco. Wszystko wkoło, co stało na ziemi sprawiało takie nierealne wrażenie, jakby to była dekoracja teatralna na scenie. To wysokie ciemne niebo, było niczym oświetlone od dołu przyciemnionymi reflektorami rampy, te chmury, niemal jak utkane z waty i zawieszone na niewidocznych żyłkach, ciągnięte przez operatorów. A my tutaj, jak kukiełki, marionetki z linkami u nóg i rąk… Poczułam się… no, nie wiem, jakbym nie była sobą. Uwięziona w powłoce z papier-mâché.
„Pałac” od strony drogi otaczał stary park. Kilkusetletnie drzewa wyrastały ponad blankowane mury obronne, litą ścianą zieleni izolując cały zespół pałacowy od reszty wsi. Od drogi ku dziedzińcowi prowadziła wąska, krótka dojazdówka. Dopiero z jej perspektywy, po zejściu z gościńca, można było dostrzec fosę idącą z trzech stron wokół murów oraz proste ściany dłuższego skrzydła, pokryte tynkiem i jakimiś geometrycznymi wzorami sgraffito.
Bryła budowli, tak naprawdę złożona była tylko z dwóch wysokich, prostych skrzydeł ustawionych w literę „L” oraz z zamykającego pełen czworobok ceglanego muru obronnego z blankami i okrągłą basztą. Ta ostatnia stanowiła zwornik dla blankowanych ścian, przeciwległy do środka litery „L” (w którym z kolei zbiegały się oba skrzydła mieszkalne).
Po środku głównej ściany od strony podjazdu był pokaźnych rozmiarów portal i jakieś wejściowe drzwi. Wokół niewielkiego placyku, zawalonego znieruchomiałymi przyczepami, rozłożyły się, głównie parterowe, zabudowania. Plac z pluskającymi od deszczu kałużami, kilkoro drzwi prowadzących do jakiegoś środka, czekające na rozpoczęcie pracy urządzenia – i tylko brakowało żywych ludzi. Zupełna, zaskakująca i niewytłumaczalna martwota.
Gdy dotarłyśmy w końcu przed wejście do biura GS-u, wiatr i deszcz nagle ustały. Moment i nastała zupełna cisza. Aż spojrzałyśmy po sobie, jedna na drugą, a w oczach nas obu pojawiło się pytanie o to, co dalej: wchodzić, czy może jednak w tej sytuacji zawrócić do tej cegielni?

Pierwsza ruszyła Wioleta. Ostukała buty z błota o kamienny próg i otworzyła drzwi. Weszłam za nią. W korytarzu paliła się żarówka. Była wkręcona w okrągłą, wystającą ze ściany oprawkę, tuż pod sufitem i taka goła dawała trochę rozproszonego na wszystkie strony światła. Dalej od niej mrok gęstniał. Na prawo, tuż za wejściem były jakieś otwarte drzwi. Przed chwilą musiał ktoś przez nie wejść, na podłodze były ślady błota, zupełnie świeże, woda między grudkami jeszcze falowała niespokojnie. Z głębi, z wnętrza pomieszczenia za drzwiami dochodziły jakieś pomruki, odgłosy kroków, przestawiania czegoś.
Weszłyśmy przez te drzwi za tym kimś – tam musiało być jakieś życie, czegoś można było się dowiedzieć.
– Dzień dobry. Szukamy kierownika cegielni.
W pomieszczeniu stało biurko z maszyną do pisania, metalowa szafa na akta, stolik  radiotelefonem i – zaraz za progiem – otwierały się drugie drzwi, prowadzące do gabinetu obok. Za biurkiem siedziała sekretarka, w wewnętrznych drzwiach stał zmoknięty mężczyzna. Dosyć elegancki i chyba bardzo przystojny.
– Podobno miał tutaj być.
Sekretarka spojrzała niezdecydowana na mężczyznę. Ten cofnął się od drzwi w naszą stronę, rezygnując z wejścia w głąb tego drugiego pokoju.
– Po co go szukacie! Jest cholernie zajęty. Jakieś głupstwa pewnie znowu?
Nie wiem czemu miał służyć ten wstęp ? Na pewno jednak bardziej zaskakująca była riposta Wiolety:
– A pan kim jest?!
– Co takiego? – zasyczała sekretarka, zrywając się ze swojego krzesła. Mężczyzna roześmiał się i skinieniem ręki uspokoił kobietę.
– Wpadacie tu nie wiadomo skąd, nie wiadomo kto, a to ja mam się przedstawiać?
Za oknem coś zagwizdało, o szybę uderzył pęk liści i nagle zgasło światło.
– Diabli nadali to wszystko, z wami na czele – rozeźlił się mężczyzna. – Znowu zerwało linię.
Rzeczywiście, po drugiej stronie okna rozszalał się wiatr, jakby trąba powietrzna przechodziła przez podwórko. I na ten moment, bezszelestnie niczym zjawa z tego gabinetu obok (nie wiem czemu założyłam, że był pusty) wynurzył się jakiś ryży, ostrzyżony na jeża facet.
– Nie widzicie co się dzieje? Musicie zawracać głowę w taki dzień?! Gidzyński jestem, kierownik cegielni.
Kurcze, jakiś taki mało przyjemny był. No, z wyglądu, wyglądał jakby i w obyciu był nie teges. Już wolałabym tego pierwszego, na którym nacięła się Wioleta. Ale co, przedstawiłam się. I zaczęłam tłumaczyć:
– W redakcji Gazety powstał nowy dział, opisujemy zaskakujące zdarzenia, odkrywamy sensacje, współpracujemy z milicją. I komenda powiadomiła nas, że wczoraj zadzwonił kierownik z cegielni w Broniszowie. Robotnicy rozpoznali…
– Wiem, wiem, byłem przy rozmowie z ładowniczym… Ale to nie ja dzwoniłem na milicję, nie do mnie panie przyjechały.
– Nie do pana? To do kogo?
– Na milicję zadzwonił Tadeusz, inspektor z Żagania.
– A co ma do tego jakiś Żagań? – zaczęłam się w tym wszystkim gubić i nie zamierzałam tego oszczędzać temu całemu ryżemu cwaniaczkowi. Ten spojrzał na mnie z troską.
– Była ta awaria zegara… Po weselu… Zepsuło się sterowanie u Hoffmanna… – widział, że nic nie rozumiem – No, nieważne. Próbowaliśmy sami, przez ludzi z zespołu traktorowego z Kożuchowa. Ale ostatecznie, jeszcze wczoraj, przysłali nam tu komisję do spraw wypadków, z zarządu spółdzielni z Żagania. Bo teraz, jak zlikwidowali gminę, to cegielnia przeszła ze spółdzielni ceramiczno-chemicznej w Nowej Soli, pod budowlankę z Żagania… No i przyjechał ten inspektor, taki Tadeusz, nasz chłopak, z Mirocina i ten cały Reinhard, jako z powiatu. Bo on przez te lata w Radzie Powiatu, w Żaganiu się chował. Inaczej to nasi ludzie by go dawno rozpoznali, ale tych z powiatu to nikt nie zna. Nie wiadomo, kto tam siedzi po tych ich radach… No każdym razie, pierwszy Reinharda rozpoznał mój ładowniczy z pierwszej zmiany. I kiedy Reinhard uciekł do Lasu, Tadeusz zadzwonił na milicję. Tadeusz, nie ja. Do niego panie przyjechały.
– Ależ panie są doskonale przygotowane do tego reportażu! – zaśmiał się szyderczo ten, który zrugał Wioletę – Nic, tylko pogratulować. Mam posłać panią sekretarkę po kwiaty…?
Wioleta zrobiła dwa kroki, tak że stanęła z nim twarzą w twarz. Podniosła głowę, zajrzała mu bezczelnie w oczy. Gdyby wzrok mógł zabijać, można by zacząć do niej mówić per Bazyliszku…
– To niesamowite, jak ktoś taki mógł dostać takie stanowisko. I że nie bał się tu wrócić, pokazać swoją zakazaną gębę – w progu stanął niewysoki, korpulentny, łysawy jegomość w gumiakach (przedziwnie czystych w tych warunkach) i drelichowej kufajce zarzuconej na wełniany sweter.
Gidzyński wzruszył tylko ramionami, rzucił sekretarce, że idzie do domu odespać noc i zniknął, jakby go tu w ogóle nie było. Może i nawet dobrze się stało. Tych dwóch co zostali, zapowiadało się o wiele lepiej.
– To ja może zacznę od obu panów…? – poczułam w końcu krew na tym safari, rozmytym jak dotąd w morzu wody. – Obaj panowie znacie byłego skazanego?
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
– Jestem tutaj starszym specjalistą, to stanowisko jest dosyć nowe, ale moją rodzinę przesiedlono tutaj w czterdziestym siódmym, spod Cisnej. Wychowałem się w tych lasach – wyciągnął ku mnie rękę ten co dopiero wszedł. Ucapił mi dłoń i potrząsnął nią w geście powitania. – Załapałem się jeszcze na ich koniec. UB i wojsko załatwiło sprawę dopiero na początku czterdziestego ósmego. Osobiście ich nie widziałem, ale brat i stryj byli na identyfikacji… Do Kożuchowa, do powiatu na UB specjalnie jeździli. Koleją, która tu jeszcze wtedy była. Zresztą o tę kolej wtedy też sprawa była…
– A pan? – zwróciłam się do tego bardziej eleganckiego.
– Ja tu jestem od niedawna, administruję pałacem i…
– Pan niech da spokój – syknęła sekretarka i administrator umilkł.
– Prądu nie ma i szybko nie będzie. W tę wichurę i ulewę ludzie już do roboty dzisiaj nie będą zdatni – ni to się usprawiedliwiając, ni cokolwiek wyjaśniając zwrócił się do sekretarki specjalista. – Telefon działa?
Kobieta podjęła z widełek słuchawkę, postukała w klawisze i położyła słuchawkę z powrotem.
– Działa. Jest łączność.
– Póki co, jeszcze jest. Dobrze. Nic tu po mnie, zabieram panie na razie do mojej kanciapy. Słuchaj Olga – zwrócił się znowu do kobiety za biurkiem – Jak tylko Tadeusz się pojawi, to ten wasz inspektor – wtrącił protekcjonalnie w naszą stronę – niech zadzwoni gdzie tam ma i skieruj go do mnie. Ja z paniami zaczekam na niego.
– A pan? – trąciłam ręką przystojnego administratora.
– Ja mam teraz pracę, muszę coś zrobić. Jak pani powiedziała, że się nazywa…? – powtórzył z naciskiem moje nazwisko.
Mały, gruby, łysy był specjalistą. Uosobienie negatywnego stereotypu, jaki panował w naszych rocznikach. Coraz więcej pojawiało się takich typków po różnych biurach i urzędach. I coraz natarczywej wykorzystywali swoją pozycję do podrywania dwudziesto- i trzydziestolatek. Ponoć prawo ich wieku, ale nasz starszy specjalista był młodszy niż typowy em-gie-eł.
Zaprowadził nas na koniec korytarza, weszłyśmy przez kolejne drzwi. Kantorek rzeczywiście był maleńki, zamiast biurka stolik i trzy foteliki (pewnie z zasobów pałacowych), przeszklony regał z książkami, głównie technicznymi, jakaś fizyka, geometria. Syfon, szklanki na stoliku. Czyżby specjalista dokształcał tu swoich magazynierów, a może robił konferencje z dyrekcją lub dostawcami?
– Siadajcie. Aż mnie trzęsie, jak sobie pomyślę o tym Rajmundzie. Bo on teraz Rajmund, chociaż wtedy był Reinhard, czy jakoś tak.
Specjalista nalał sobie wody sodowej z syfonu. Ręce faktycznie mu nieco latały. Jakieś krople padły na szklany blat, chroniący stół.
– Cały aż chodzę, sam nie wiem od czego zacząć…
– Przyjechaliście tutaj całą rodziną w czterdziestym siódmym – spróbowałam na powrót. – Spod Cisnej, czy tak? Gdzie ta Cisna była?
Mężczyzna podniósł szklankę na wysokość oczu. Jakby przez chwilę coś sobie przypominał, zastanawiał się.
– Tak, całą rodziną przyjechaliśmy.
Nawet nie zauważyliśmy, jak za nami wsunął się administrator. Za to wyraźnie go usłyszeliśmy: – Opowiedz pani – tu z wyraźnym niesmakiem wymówił moje nazwisko – o tej sielankowej podróży, w jaką wybrała się twoja rodzina. A nie zapomnij i o Wasylu. Wtedy, gdy ci przez gardło przejdą słowa o podróży całej rodziny. I wtedy jak będziesz tak klął na Reinharda.
– Pan mnie zna, panie administratorze? Odnoszę wrażenie, jakby… – jednak naprawdę był bardzo przystojny. I elegancki. Patrząc tymi niebieskimi oczyma, spod jasnej czupryny odbierał myśli.
– Mówi coś pani akcja „Wisła”?
W pierwszej chwili nie zrozumiałam. Ale nagle w tym mroku zobaczyłam na tle okna cień ojca. Był w wojskowym, oficerskim mundurze. Coś do kogoś krzyczał. Rzucił czymś o podłogę. Wyjął z kabury pistolet. Groził nim.
– Ty sucz, kto to jest?!
– Braciszek…
– Swołocz, banderowiec. Co mu doniosłaś? Od początku cię posłali, job twoju mać!
Wysoka brunetka, o głęboko osadzonych czarnych oczach, wydłużonej, zwężającej się ku brodzie twarzy z wystającymi kośćmi policzkowymi, z wąskim ale wypukłym czołem i brodą, piersiasta, szeroka w biodrach, o długich, zgrabnych nogach padła na kolana przed cieniem mego ojca. Odsunął się od niej, a ona upadła siłą rozpędu na twarz. Ojciec zawinął sobie jej długie, kruczoczarne pukle wokół nadgarstka i silnym pociągnięciem zmusił kobietę do powstania. W drugiej dłoni dzierżył pistolet, który przyłożył jej do skroni.
– Wszyscyście jedno bandyckie nasienie! Każę rozwalić co do ostatniej baby.
– Iwanko mi kazał, ale ja nic… Przenigdy, miłości ty moja, przenigdy… – szlochała kobieta.
Nie patrzyła w lufę pistoletu, oszalała z rozpaczy tuliła swą oryginalnie ruską twarz do spodni ojca, piersiami wbiła mu się w udo. Teraz było widać, że jest w zaawansowanej ciąży.
– Oddam was wszystkie pod sąd polowy. Mi zniszczyłaś życie, ale ilu chłopakom je po prostu odebrałaś.
– Nie wierzysz ty mnie?! Poczemu, ty nie wierzysz. Przysięgam, że ja nic. Kocham cię, chociaż ty patrzyłeś i za Ludką. Widziałam…
Ojciec jakby uspokoił się.
– Gadałyście co o mnie między sobą? Siostry kurenne…
– Iwanko uciekł. Nic ci nie grozi, mogiły żołnierzy i okradzionych striłców porosną. Zostaw nas, weź tę skrzynię dla siebie. I Ludkę. Jak trzeba i ja zapomnę. Choć to będzie tak bolało…
O co tu chodziło? Czego chciał od tej kobiety mój ojciec, co to za mundur, jakie to wojsko, jaka skrzynia? Ludmiła to imię mojej matki, Rosjanki, którą ojciec zgubił wraz ze mną w czterdziestym, ale szczęśliwie odnaleźliśmy się we Wrocławiu, zaraz po wojnie.
– Wiesz, co się robi ze zdrajcami? Wiesz jaka jest kara za przywłaszczenie tego, co banderowcy przedtem… Polakom i Żydom…? Jak się dowiedzą że to ja do was chodziłem, a wy wyhodowałyście w chałupie bandytę, który był skarbnikiem kurenia do akcji specjalnych, domyślą się wszystkiego i zdegradują mnie. A może i nie będą się patyczkować, tylko kula w łeb! Czy ty myślisz, że po to gniłem w okopach, że po to przeżyłem wojnę, by teraz dostać kulkę od swoich?!
– Nikt się nie dowie… Weź moją siostrę i uciekajcie stąd… Chcesz zabić swój pęd, przecież ty wiesz…
– Aleś ty głupia, jak ja mam uciekać przed swoimi. Zresztą wyda się. Rozgadają, chyba, że….
Ojciec odepchnął obutą w oficerki nogą klęczącą kobietę. Podniósł pistolet, zarepetował broń.
Czy ja miałam taką ciotkę? Mama nigdy nie mówiła nic o swojej rodzinie. Nigdy nie rozmawiali o tym z Ojcem, podobno wszystkich, oprócz nas, wybili hitlerowcy podczas akcji przeciwko partyzantom. Mama uratowała nas obie jakimś cudem. Bardzo to ponoć przeżyła. Dlatego był to temat tabu.
– Mieliście pojutrze być wysiedleni, cała wieś. Pociąg już czeka w Komańczy pod parą. Ale możecie nie zdążyć, gdyby istniało zagrożenie od bandy z lasu, wieś mogła by spłonąć, razem z wami wszystkimi… – zaczął złowieszczo analizować i przewidywać. – Świadkowie zginą, a martwi nic nie powiedzą. Sotnia przechodziła przedwczoraj połoniną w stronę Słowacji. Mogła zawrócić, aby nas zaatakować a przesiedleńców ukarać za uległość Lachom…
Przyłożył lufę do głowy kobiety. Wolną ręką odciągnął kurek.
– Może jak zechcę, Ludmiła akurat będzie przy sztabie. Jako jedyna ocalała z całej wsi, ofiara banderowców, dostanie szansę wyjazdu. Jakieś duże miasto, co sądzisz o karierze swojej siostry we Wrocławiu…?
– Jak nic co ludziom ważne, nie dla ciebie, to spojrzyj choć na to nieszczęsne maleństwo… Nie będzie ci żalko? Nie obudzisz się w środku z nocy z krzykiem?
– Ktoś taki nie będzie mi wymawiał! – przede mną znowu siedział w fotelu łysiejący specjalista. Wskazywał wyciągniętą ręką na przystojniaka, administratora. – Ja nie mam żalu, więc nie muszę niczego zapominać, ani przypominać.
Obraz Ojca rozwiał się. Zniknął wraz z tajemniczą kobietą, ciotką nie ciotką. Co za bzdury mi się śnią?!

Ciąg dalszy jutro

Stuart 41

A Flock of birds hovering above – just a flock of birds
That’s how you think of love
And I always look up to the sky
Pray before the dawn
Cause they fly away
Sometimes they arrive
Sometimes they’re gone
Fly on

Stado ptaków unoszących się na niebie
To tylko stado ptaków – tak myślisz o miłości
Zawsze wpatruję się w niebo
I modlę się przed świtem.
Bo one odlatują
Czasami przybywają
Czasami znikają
Lecąc dalej

Coldplay – Fly On

Joanna Trümner

Nie, duch święty nie pomógł”

Nie, duch święty nie pomógł”, odpowiedziała Jane. „W życiu możesz liczyć tylko na siebie, nikt ci nie pomoże, ani człowiek ani duch święty, wszystko trzeba zdobyć samemu, dyscypliną i ciężką pracą”, powiedział Brian, naśladując głos ojca. Na wspomnienie rodzinnego domu rodzeństwo równocześnie wybuchnęło śmiechem. „Jak dobrze, że się odnaleźliśmy. Z nikim innym nie potrafię się tak śmiać, aż mi się nie chce wierzyć, że straciliśmy się z oczu na tyle lat. Z takim przyjacielem jak on wszystko jest łatwiejsze”, myślała Jane.

Po chwili milczenia zaczęła opowiadać bratu o ojcu Sally: „Na przedostatnim roku studiów dostałam roczne stypendium w Stanach. Stypendium, o którym marzyłam od lat. Wylądowałam na Uniwersytecie Mississipi, w strasznej dziurze, do dzisiaj się zastanawiam, kto wpadł na idiotyczny pomysł nazwania tego miasteczka Oxfordem. Szczerze mówiąc nie ma tam zbyt wiele, oprócz uniwersytetu oraz pól kukurydzy, bawełny i fistaszków. No i oczywiście prężnej grupy Ku Klux Klanu. Jednym słowem kompletny koszmar i szarość amerykańskiej prowincji. Natychmiast, gdy zobaczyłam Oxford, zaczęłam tęsknić za Londynem. Na szczęście zamieszkałam z Marią, Włoszką z Bostonu, z którą się szybko zaprzyjaźniłam. To ona namówiła mnie do pójścia na bazar w kościele katolickim niedaleko uniwersytetu. Tam poznałam Ducha Świętego, który od razu mnie urzekł. Był przystojny, zbyt przystojny na księdza, ale ujął mnie przede wszystkim spokojem. Gdy poznaliśmy się blipżej, czułam się przy nim jak najważniejsza osoba na świecie. Tak bardzo różnił się od mężczyzn, a właściwie chłopców, których poznawałam do tej pory, onieśmielał i intrygował . Natychmiast się zakochałam.

W kilka tygodni potem zostaliśmy parą. Parą, która musiała ukrywać się przed całym światem. Ta zabawa w chowanego miała w sobie coś zagadkowego i romantycznego. Podobnie jak czas, który spędzaliśmy razem. Nigdy nie prowadziłam tak intensywnych rozmów o życiu, filozofii, wierze, filmach. Duch Święty, który w rzeczywistości miał dosyć tuzinkowe imię, John, zaskakiwał mnie nieraz bardzo tolerancyjnymi jak na księdza poglądami. No ale chyba musiał, zważywszy, że zostaliśmy parą. To był pierwszy mężczyzna, który mi bezgranicznie imponował.

Spotykaliśmy się w hotelach w okolicy, przyjeżdżaliśmy za każdym razem osobno i nie wychodziliśmy z pokoju w obawie, że natkniemy się na kogoś, kto go zna. Maria była jedyną osobą, która wiedziała, dokąd znikam wieczorami.

Tak bardzo chciałam spędzić z nim czas, że zaczęłam chodzić na każdą mszę, każdą procesję i wszystkie kościelne bazary. Jedenaście miesięcy stypendium minęło bardzo szybko. Podczas ostatniej rozmowy płakaliśmy oboje. Przy rozstaniu John unikał odpowiedzi na moje ‘co dalej’, to wyłącznie moja wina, że lakoniczne ‘czas pokaże’ potraktowałam jak obietnicę wspólnej przyszłości. W kilka tygodni po powrocie do Anglii zorientowałam się, że jestem w ciąży. Napisałam do Johna długi list. Nigdy nie dostałam odpowiedzi. Nigdy go też nie zobaczyłam.

Jedyny list, jaki przyszedł do mnie ze Stanów, był list Marii, w którym pytała, jak może mi pomóc. Wkrótce potem przyleciała do Londynu i była pierwszą osobą, która wspólnie ze mną zastanawiała się, co robić? Pożyczyła mi trochę pieniędzy, na których zwrot musiała czekać pięć lat. Nasza przyjaźń trwa do dzisiaj, przed kilkoma miesiącami odwiedziłam ją w Bostonie. Przez chwilę czułam impuls, żeby wsiąść do samolotu, odwiedzić Ducha Świętego i opowiedzieć mu o nas obu, o Stelli i o mnie. Nieraz zastanawiam się, co by było, gdybyśmy się jednak spotkali? Czy poznałby mnie po ponad dwudziestu latach? Czy chciałby dowiedzieć się czegokolwiek o córce? Czy Stella potrafiłaby zrozumieć, dlaczego nigdy się nami nie interesował? Co czuł, kiedy czytał mój wielostronnicowy list?

Po Duchu Świętym zdarzały mi się krótkie romanse i przygody, nie poznałam jednak nikogo, z kim chciałabym spędzić resztę życia. Kogoś, kto nie poszybuje dalej, tylko zostanie przy mnie na dłużej”.

Musisz Stelli o tym wszystkim opowiedzieć. Ona ma do tego prawo”, skomentował Brian i patrząc na zagubioną minę siostry, zaproponował: „Jeżeli chcesz, zrobię to za ciebie”. „Wiem, że ona musi się dowiedzieć, kto jest jej ojcem, zrobię to, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu”, odpowiedziała Jane.

Od kiedy Stella poznała Sally, pobyt u wujka w Sydney stał się prawdziwą atrakcją. Młode kobiety spędzały ze sobą tak dużo czasu, że Stuart zaczął się wręcz niepokoić, że przestał być Sally potrzebny. „A o co jesteś zazdrosny?”, zapytała Sally na widok jego miny, gdy po raz kolejny powiedziała, że dwa następne wieczory spędzi ze Stellą. „Przecież nie robimy nic złego, pokazuję jej miasto, czasami chodzimy na jakąś imprezę, możesz zresztą pójść z nami”, dodała. Stuart nie wiedział, co o tym myśleć. Pod wpływem nowej przyjaciółki Sally stawała się innym człowiekiem, zaczęła go denerwować infantylnymi żartami i powierzchownością. Zamieniła sukienki na dżinsy i obcisłe swetry, zaczęła się mocno malować, w oczach Stuarta jej makijaż był wręcz wyzywający. Czasem dzwoniła nocą, gdy już spał, budziła go i prosiła, żeby odebrał ją z miasta. Była podpita. Gdy mówiła, odbierz nas, boimy się same wracać”, miał ochotę trzasnąć słuchawką.

Przecież nie można się aż tak bardzo zmienić”, zastanawiał się. „I chyba nie można się z dnia na dzień odkochać. Ciekawe, Sally jest przecież tylko o siedem lat młodsza, a ostatnio mam wrażenie, że dzieli nas pokolenie. Może ona taka jest i zawsze była, tylko ja tego nie potrafiłem albo nie chciałem zobaczyć? Może jestem tak zajęty sobą, że nie widzę tego, co dzieje się z innymi ludźmi? Przecież zdrady Meg też długo się nie domyślałem?”, westchnął, pocieszając się, że Stella za dwa tygodnie wróci do Londynu.

Stuart nie czuł się dobrze w małej stabilności, którą osiągnął. Wiedział, że nie prowadzi życia, które chciał prowadzić i że sam się okłamuje. Mimo, że lubił pracę w szkole i kontakt z uczniami, brakowało mu koncertów. Patrząc na stojącą w rogu sypialni gitarę, na której zaczęła się zbierać gruba warstwa kurzu, myślał o miesiącach spędzonych w trasie koncertowej po Australii i tęsknił za tamtym czasem. „Opamiętaj się, chłopie”, napominał sam siebie,kiedy wreszcie dotrze do ciebie, że twój talent nie wystarczy na zrobienie kariery? Na gitarze możesz czasami zagrać, sobie albo znajomym”. Brakowało mu kogoś, z kim mógłby szczerze porozmawiać. Brian spędzał każdą wolną chwilę z siostrą, Tom był tak zajęty przygotowaniami do urodzin pierwszego dziecka, Kate podróżowała z rodziną po Australii, a Sally pod wpływem Stelli na jego oczach zmieniła się w rozchichotaną nastolatkę, która nigdy nie byłaby w stanie zrozumieć jego przemyśleń. W ciągu ostatnich dwóch tygodni spotkał ją tylko raz, czasami dzwoniła do niego kończąc rozmowę retorycznym pytaniem „Chyba nie jesteś zły, że mam teraz dla ciebie tak mało czasu?”

Sally zdawała sobie sprawę z tego, że Stuart czuje się zawiedziony, obiecywała sobie, że zaraz po wyjeździe Stelli nadrobi czas, którego mu teraz nie poświęcała. „On jest czasami taki poważny, nie potrafi zrobić nic spontanicznego, nic zwariowanego”, myślała, uciszając wyrzuty sumienia. Czas spędzany ze Stellą oznaczał poznawanie nowych zakątków miasta, codziennie innych ludzi i kończące się nad ranem wizyty w knajpach lub na przyjęciach. To był czas odpoczynku od codziennych obowiązków, z których składało się jej życie od chwili, gdy przyjechała do Sydney na studia.

Tego wieczoru poszły na party na kampusie uniwersyteckim. Świetnie się bawiły w towarzystwie studentów. O północy podpita Stella zastukała widelcem w szklankę od wina i głośno oznajmiła: „Nie wrócę do Anglii. Sydney jest najlepszym miastem na świecie. Może nawet zacznę studiować prawo? Nieraz jeszcze będziemy się bawić na imprezach, które ja wam urządzę”.

O czwartej nad ranem goście zaczęli wracać do domu. „Przejedźmy się na Bondi Beach”, zaproponował Josh, z którym Stella bawiła się przez cały wieczór. O piątej Stella, Sally, Josh i jakiś jego kolega oglądali wschód słońca na plaży, dopijając prosto z butelki resztki czerwonego wina. Stella nie pamiętała momentu, w którym sympatyczni mężczyźni zmienili się w brutali. Josh ciągnął ją za włosy po plaży, a następnie zgwałcił. Gdy później składały zeznania na policji, kobiety nie potrafiły zrekonstruować dalszego przebiegu wypadków, nie potrafiły też jednoznacznie rozpoznać mężczyzn, którzy na zawsze zmienili ich życie.

Stella z trudem przypominała sobie moment, w którym usłyszała odgłos odjeżdżającego samochodu. Wkrótce potem zobaczyła Sally, tak samo nagą i upokorzoną jak ona. Obydwie nie pamiętały, jak udało im się pokonać kilka kilometrów, dzielących je od najbliższej budki telefonicznej, z której Sally wykręciła numer telefonu Stuarta. Telefon dzwonił dwadzieścia razy, zanim odłożyła słuchawkę. Nigdy jeszcze nie czuła się bardziej samotna.

Młode kobiety siadły na ziemi opierając się plecami o budkę telefoniczną. Patrzyły przed siebie, nie wiedząc, co zrobić dalej. Sally zamknęła na chwilę oczy, kiedy je otworzyła zobaczyła zatrzymujący się przed nimi samochód policyjny.

Cdn.

Neue (junge) Prosa aus Berlin

Helena Kargol

Eines Tages, Baby, werden wir alt sein

Sonder:
The realization that each random passerby is living a life as vivid and complex as your own.

August, 2017

Meine Geschichte beginnt im Sommer 2017… falsch, das ist gelogen! Meine Geschichte beginnt Juni 1998, da erblickte ich zum ersten mal das Tageslicht, doch auch dies ist nicht der Anfang meines Daseins, denn es ist nicht mein Verdienst, dass ich auf dieser Welt bin.

Ihr denkt bestimmt, nun es sei die Leistung meiner Eltern, doch auch das sind nur zwei Menschen mit unterschiedlichen Gonosomen. Es sind zwei verschiedengeschlechtliche Individuen, die sich durch einen Zufall kennengelernt haben, sich anziehend fanden und so daraus ein Kind entstanden ist.

Fragt ihr euch manchmal was passieren würde, wenn eine Sache in der Vergangenheit anders verlaufen wäre, ob es euch dann überhaupt geben würde? Ob diese einzigartige Mischung von Genen und Atomen, was ihr als euer „Ich“ kennt, überhaupt lebendig wäre?

Was wäre, wenn meine Urgroßmutter auf ihre Mutter gehört hätte und nicht in die große Stadt gezogen wäre und dort nie ihre große Liebe kennengelernt hätte, was wäre, wenn nicht meine Oma, sondern ein anderes Kind von dem lieben Großstadtpaar adoptiert worden wäre, was wäre wenn meine Mutter an diesem Abend nicht auf diese Party gegangen wäre …

Schicksal ist eine lustige Sache …

So ist es wohl Schicksal, dass ich an diesem heißen Augusttag schwitzend in einem der hässlichsten Kleider, welches je meinen Körper umhüllte, in unserem Familienferienhaus in Polen stand.

Ich sah aus wie ein Hobbit … nein, wie ein fetter Hobbit. Fakt ist, man könnte mich neben ein Schweinchen im Tütü stellen und man hätte Schwierigkeiten den Unterschied zu erkennen. In der Mitte wurde ich mit einem blauen Band umgebunden, sodass ich wie ein Geschenk aussah und der Inhalt war mein Fett, welches sich an meinem unteren Bauch festsetzte.

Wer bestellt auch „One size“ Brautjungfernkleider und erwartet, dass jede Frau gut aussieht? Es tut mir leid, dass ich nicht so viel Zeit wie gelangweilte Dorfmädchen habe, um mich um meine Figur und mein Aussehen zu kümmern und es tut mir Leid, dass beide meine Eltern klein sind und ich aus irgendeinem Grund noch kleiner bin und es tut mir leid, dass ich von einem Auto angefahren wurde und nun meine Füße nach fünf Minuten in Highheels wehtun.

Ich rollte mit den Augen uns biss mir auf die Zunge, seit wann war ich denn so oberflächlich und beschäftigte mich mit trivialen Sachen wie Schönheit?

Eine Sache, welche wir in unserem Leben mit Gewissheit festhalten können, alles was in unserem Leben passiert, ist auf der Langstrecke egal. Es gibt tausende Studien darüber, in wie vielen Millionen von Jahren die Menschenrasse aussterben wird. Wir wissen zwar nicht, ob es so durch unsere selbstzerstörerische Art passiert, durch eine Naturerscheinung oder eine weiterentwickelte Spezies, die ihren Weg zur Erde findet und uns wie Abfall ins All wirft. Wir wissen jedoch, dass die Menschheit nicht für die Ewigkeit ist. Für mich klingt es sehr erstrebenswert, Gleichgültigkeit als mein Lebensmotto anzunehmen, doch zu meinem Bedauern hat das Menschenwesen einen großen Defekt, welcher als „Gefühle“ bekannt ist. Bevor jetzt jemand mit den Augen rollt und meint „sie sagt das ja nur, weil sie von einem Typen verletzt wurde“. Nein, das ist nicht der Fall, ich sehe das größere Bild.

Wieso funktioniert das politische System des Kommunismus nur in der Theorie? Ein Prinzip in dem jeder Mensch die gleichen Rechte, den gleichen Besitz, einen festen Arbeitsplatz hätte … hätte hätte Fahrradkette. Die Bevölkerung leidet unter dem Streben nach Ansehen, jeder will besser sein als der andere und das resultiert, indem das Glück der Einen auf dem Unglück der Anderen beruht. Und wieso sind wir so? Weil wir die Sklaven der Chemie sind, welche unseren Körper steuert. Ein andauernder Wechsel von Serotonin, Dopamin, Adrenalin, Cortisol. Hormone, die mich davon hindern alles aufzugeben und den Rest meines Lebens im Bett zu verbringen. Sie bringen mich dazu mein Leben mit einem gequälten Lächeln auf den Lippen durchzustehen. Sie hindern mich daran, mein Aussehen wirklich als egal anzusehen, denn ich strebe danach, dass wenn ich mich schon selbst nicht schön finde, es jemand anders tut, es mir sagt und meine Nerven Dopamin ausschütteln und ich dieses angestrebte Glücksgefühl spüre. Doch mehr als Chemie ist das nicht.

Mein Körper hat natürlich auch viele andere Defekte, wie eine wunderbare unerforschte Immunschwäche, eine Unterentwicklung der Muskelstruktur, Übergelenkigkeit und Unverträglichkeit von Laktoseprodukten. Aber all dieses ist für mich mehr überschaubar und erträglicher als „Gefühle“.

Ich holte tief Luft und setzte mich aufs Bett. Seit vier Jahren war ich nicht mehr in diesem Haus gewesen, seit drei Jahren habe ich meine Cousine Daria nicht mehr gesehen und trotzdem war ich ein Teil ihrer Hochzeit. Als wir klein waren verbrachte ich jede Ferien mit ihr in diesem Haus, wir redeten über unsere Zukunft und schworen, dass wir uns zusammen ein Haus kaufen würden, welches an der Grenze zwischen Polen und Deutschland liegen würde, wir würden Kinder zur gleichen Zeit bekommen, welche selbstverständlich beste Freunde sein würden, wie auch unsere Ehemänner…Wir verbrachten Stunden, sogar Nächte, indem wir Ikea Kataloge auf dem Dachboden zerschnitten und unser perfektes Leben planten.

Doch dann passierte es! Die Pubertät. Der Albtraum aller Eltern, wie es manche sagen, welche die, die Pubertät schon durchgestanden haben. Das ist kompletter Schwachsinn. Denn der schlimmste Albtraum ist es für einen selbst. Als Elternteil hat man bereits seine eigene Pubertät durchlebt und man möge es nicht glauben, aber anscheint können Eltern die plötzlichen emotionalen Ausbrüche nachvollziehen. Doch man selbst ist komplett planlos. Man ist jemand und glaubt zu meinen man will diese Person sein, doch eigentlich will man diese Person nicht sein und irgendwo tief im Inneren weiß man das auch. Es ist schwer zu verstehen, aber man steckt drei Jahre lang in einer Identitätskrise. Aber keine Sorge auch das ist alles nur Chemie. Der Defekt des Menschen.

Und wer war ich? Ich war eine Bitch! Das fasst es ziemlich gut zusammen. Und jetzt kommt das schockierende: Die Pubertät waren die besten Jahre meines Lebens. Einmal in meinem Leben war ich nicht ich. Ich habe mich nie besser gefühlt als mit 15. Ich liebte jede Party, jeden Drink, jeden Jungen, jedes Mädchen….

Doch zurück zu meiner Cousine, um welche sich ja der heutige Tag dreht.

Ich fühlte mich als Berliner Stadtkind einem polnischen Dorfmädchen überlegen. Mir kam es als liege mir die Welt zu Füßen und ich müsste nichts mehr tun als die Hand ausstrecken. Daria schien für mich, wie gefangen in einem Käfig. Sie war immer so anständig, kümmerte sich um ihre kleinen Geschwister, schmiss den Haushalt, als ihre Eltern in der Arbeit waren. Sie war immer ordentlich angezogen, ihre Nägel perfekt gemacht und gut in der Schule war sie auch noch. Ich meinte immer wieder, dass sie loslassen sollte, locker werden und bisschen feiern müsste. Ich wusste schon früher, dass es für sie keine Option war mit all der Verantwortung, welche sie trug, so ein Leben wie ich zu führen. Ich gab ihr diese „Lebenstipps“ trotzdem, da ich sie eifersüchtig machen wollte (hab ja schon gesagt, dass ich eine Bitch war). Was mir nicht bewusst war, ist, dass sie so ein Leben auch nicht wollte. Als sie vor 6 Jahren ihren „in 5 Stunden“ Ehemann kennenlernte, zerbrach unsere unzertrennliche Freundschaft. Ich werde es nie laut sagen, aber sie hatte was, was ich nicht hatte, etwas wofür ich sie beneiden würde und das zerstörte meine Welt, denn ich sollte, doch die sein, die zu beneiden war. Ich ließ mich noch paar mal im Ferienhaus blicken, da meine Eltern noch die Macht hatten, darüber zu bestimmen, wo ich meine Zeit verbrachte, doch unser Geflüster auf dem Dachboden verwandelte sich in nichts bedeuteten Small Talk.

Die Wahrheit ist, dass ich mit meinen fast 20 Jahren nichts erreicht habe. Ich habe mein Abitur dieses Jahr bestanden, aber ehrlich gesagt schafft das heutzutage fast jeder. Gestern habe ich bestätigt Bioinformatik an der Freien Universität zu studieren, aber bevor ich damit möglicherweise in einem positiven futuristischen Szenario erfolgreich werde, wird das noch zehn Jahre dauern. Zehn Jahre in denen ich arm, gestresst und verwirrt bin. Wahrscheinlich würde ich bis dahin immer noch in dem Gästezimmer meiner Schwester wohnen.

Meine Cousine würde in paar Stunden einen Ehemann haben, der kein Abitur gemacht hat, was ich mit meinen fünfzehn Jahren, als sehr schlechte Entscheidungen angesehen habe, doch nun war er Maurer, verdiente seit drei Jahren festes Gehalt und konnte sich und meiner Cousine ein Grundstück kaufen und ein Haus bauen. Meine Cousine würde ab Oktober Pädagogik studieren, doch im Gegensatz zu mir müsste sie sich keine Sorgen über ihre Zukunft machen, denn heute würde ihr jemand das Versprechen geben für immer für sie dazusein und ja ich betrachte die Möglichkeit der Scheidung ebenfalls, auch dort würde sie mit Unterhaltzahlung umsorgt werden. Nun schien es, als wäre nicht mehr sie, sondern ich in dem imaginären Käfig von Verantwortungen gefangen.

Tatsächlich fühlte sich dieses Kleid an, als ob ich gefangen wäre, es presste meine Brüste an meinen Brustkorb und ich konnte kaum atmen. Dabei sahen meine Arme aus wie zwei Wiener Würstchen. Meine Dehnungsstreifen konnte man an meinen Oberschenkeln von hinten sehen und ihre Farbe komplementierte sich wunderbar mit der des Kleides.