Reblog: Furia mać

O powieści Furia mać tydzień temu pisała Alicja Molenda. Dziś nadesłany przez samą autorkę fragment książki. Sądzę, że wszyscy to znamy, nawet więc, o dziwo, nie dopisłam w tagach słowa “kobiety” – opisana tu sytuacja w przypadku kobiet objawia się zjadliwiej, al generalnie jest ponadpłciowa, a zapewniam was, że również ponadpokoleniowa, chociaż moim młod(sz)ym czytelnikom na pewno się wydaje, że oni to nie, nigdy, ale matki, ciotki, babki i teściowe… Więc nie… My też tak mamy.

Sylwia Kubryńska

Święta

W pierwszej kolejności jesteś wściekła na siebie. Zawsze na siebie. Gdy budzisz się i czujesz jak zalewa cię złość, masz ochotę wyrwać sobie tę głupią głowę z korzeniami. Jeden, jedyny, wyczekiwany dzień bez pracy, kiedy nie musisz zrywać się rano, kiedy możesz poprzewracać się z rozkoszą w łóżku, możesz się napawać wylegiwaniem, porankiem, pościelą, słodkim lenistwem – właśnie ten dzień sobie spierdoliłaś. I tego wspaniałego dnia będziesz przez bite dwanaście godzin leczyć kaca i ból głowy. Nie poczujesz się dobrze do osiemnastej. A o osiemnastej zrozumiesz, że weekend się kończy, święta się kończą, że została ci już tylko niedziela, a w niedzielę wiadomo, chodzisz wkurwiona, bo jutro poniedziałek. Teraz jednak jest sobota, ta sama sobota, o której marzyłaś przez cały tydzień, każdego poranka, gdy zrywasz się do roboty, wizualizujesz sobie ten pełen blasku brak przymusu, ten świt z koktajlem porzeczkowym w kryształowej szklance, ten cichy pomruk kota u twoich nagich stóp przemierzających bezszelestnie czyste mieszkanie, okno, balkon, taras, oddech, delikatny powiew wiatru, zapach kwiatów, śpiew ptaków, bajka, kochani, bajka.

Tymczasem ta przeklęta miska przy łóżku, głowa trzaska i pełna chata ludzi, których sama pozapraszałaś, bo chciałaś pokazać, jaka jesteś fajna gospodyni i wyprawiłaś święta dla całej rodziny i połowy znajomych z Facebooka. I przez cały wczorajszy wieczór prowadziłaś waśnie o sprawy, na które nie masz wpływu, aż w końcu musiałaś się porządnie znieczulić wódką, bo nie dałabyś rady dalej. I teraz masz cały dom butelek, niedopałków, resztek z lodówki, poprzewracanych kubków, upaćkanych szklanek i zaschniętych ryb w galarecie. I ludzi. Mnóstwo ludzi. W twojej pękającej głowie uwiera ta świadomość, że za drzwiami czai się hałaśliwy tłum. Jak tylko cię zobaczą, zaczną cię komentować, rechotać z własnych dowcipów, a ty pod ścianą będziesz się przemykać, byle do nikogo zanadto się nie zbliżyć, byle z nikim nie rozmawiać, byle nikogo nie widzieć. Najchętniej byś ich wszystkich przepędziła na cztery wiatry, ale rzecz jasna, nie wypada gości wyrzucać, więc zaciskasz zęby. Kiedy jakieś zwierzę nie ma ochoty na przebywanie z kimś w jednym miejscu, to sobie idzie na drugi koniec świata i ma w dupie. Tylko ludzie przyklejają sobie ten drętwy fałszywy uśmiech i zasznurowani konwenansem, udają, że jest fajnie. I ty też udajesz. Już za chwilę będziesz się mordować robieniem śniadania nie tylko dla dziecka, ale jeszcze dla dwunastu pałętających się po chałupie gości i będziesz wyć niemo z wściekłości na samą siebie, że taka jesteś skończenie głupia, że nigdy się nie nauczysz, że, kurwa, w koło Macieju to samo, piątek reset, sobota piekło. Piekło to inni, mówił Jean-Paul Sartre. Nie uściślił jednak, że piekło to inni ludzie w sobotę rano. A dokładnie: inni ludzie w sobotę rano w twoim domu. Dlatego właśnie twój wkurw teraz delikatnie będzie ewoluować z wkurwu na siebie samą do wkurwu na innych ludzi. Ale w związku z tym, że głupio tak drzeć mordę na gości, zbierzesz całą amunicję swojego niezadowolenia i wystrzelisz ją w kierunku tej osoby, która na pewno ci nie odpyskuje, nie obrazi się, w ogóle nic ci nie zrobi. Zgadnij, kto to?

***

sylwiafurianozeAle po kolei. Zacznijmy od świąt. Święta zawsze zaczynają się niewinnie. Z początku spowijają człowieka mgłą samotności, nawet gdy tkwi przy wigilijnym stole z całą liczną rodziną. Samotność świąteczna jest samotnością niezwykłą i nie ma nic wspólnego z luksusem błąkania się przez życie w pojedynkę. Swoją drogą, od kiedy wyszłam za mąż, w kółko marzę o życiu w pojedynkę. Rozmawiałam o tym z Kaśką, ona też tak ma. Ewka już to zrobiła – rozwiodła się. Chyba wszystkie kobiety, które wyszły za mąż, chciały by być same. Ja bym chciała. Pewnie dziś nie miałabym całej chałupy gości, tylko pojechałabym sobie na narty z jakimś chwilowym amantem i gwizdała rozkosznie na cały ten rodzinny kierat. Ale ja na taką samotność nie mogę liczyć. Potrzeba samotności, o której mowa, nachodzi osoby uwikłane w relacje, tkwiące od lat na swoim miejscu w społecznym stadzie. Osoby te nie znają uczucia tęsknoty za drugą osobą, choć z samą tęsknotą są za pan brat. Tyle że jest to tęsknota za samotnością właśnie. Ta tęsknota budzi się razem z człowiekiem i snuje się za nim przez cały świąteczny dzień, by pod wieczór spocząć z rezygnacją wśród roztrajkotanej gawiedzi, wśród wyznań, ustaleń, problemów, wśród obaw o kraj, politykę, finanse, wśród rozmów o exposé premiera i wśród komentarzy opozycji, wśród wyrazów panicznego strachu przed zagładą, końcem świata, kryzysem, zablokowanym ratingiem, podwyższonym kursem franka, bezrobociem, mobbingiem w pracy, kolejnym dzieckiem w drodze, wojną ze wschodu i południa.

Siedzi więc taki stęskniony za samotnością człowiek przy stole, kciukami kręci młynki, a w głowie ma chmury, a w głowie mgła, a w głowie dmuchawce… I patrzcie Państwo, nagle: puf! Leci! Leci w przestrzeń, w otchłań, w niebyt, w tę swoją wymarzoną kapsułę odpływową, macha rękami i to działa, nareszcie został człowiek obdarzony umiejętnością lotu, cofnął się człowiek w czasie i zmienił rasę.

– Sama głosowałaś na ten PiS.
– No i dobrze. Nie żałuję!
– Pożałujesz jeszcze, jak nam czołgi wjadą.
– Jak wjadą, to nie przez PiS.
– A przez kogo?
– Nałóż kapusty.
– Samą kapustę będziemy jeść niedługo.
– Kapusta jest zdrowa.
– Tylko emigracja nam pozostanie.
– Ciapatych chyba.
– Daj pieprz, nie piernicz.

Iluzja samotności jest jedyną ucieczką od spraw tego świata. A sprawy tego świata dominują debaty rodzinne i wybuchają nad barszczem z uszkami głosami oburzenia z coraz większą siłą. Człowiek tymczasem lata pod niebem i pewnie tak by sobie latał do końca świata, gdyby nie to straszliwe zdanie ciotki Janki. Zdanie to, jako oczywista konsekwencja wymiany poglądów polityczno-gospodarczych w tym kraju, nie powinno człowieka dziwić. Jednak dziwi i, co gorsza, boleśnie na Ziemię (chwilowo jeszcze całą) sprowadza:

– A ja myślę, że świat się rozpadnie.
– Sama się rozpadniesz.

To mój ojciec. Nalewa wódki i puszcza do mnie oko. Wyobrażam sobie, jak rozpada się ciotka Janka, widzę ją w kawałkach przy wigilijnym stole. Tu oko, tam nos. Ciocia, nie martw się. Ja też się rozpadam. Rozpadam się codziennie, nie tylko od święta. Rozpadam się z rozpaczy, że tak mi źle. Źle się dzieje. Wszystko. I wszystko mnie wkurwia, ciocia. Chodź się napijemy, powiesz mi, co wkurwia ciebie. Ciotkę wkurwia wiele rzeczy. Feministki. Zakompleksione stare panny. Obłudne. Do tego brzydkie. W ogóle kobiety. Ładne kobiety. Czemu ładne kobiety wkurzają ciotkę?

– Bo są najgorsze! Wielkie mi wyzwolone! Wyzwolone a durne! Wszystkim chodzi o jedno. O faceta! A faceci są zniewieściali. Już nie wiadomo w ogóle, czy to facet czy baba. Co to w ogóle jest? A wiesz czemu? Właśnie przez te baby głupie, co im odbierają męskość. Facet to ma być facet. Silny, mocny, ostry. Żeby pierdolnął pięścią w stół, jak trzeba! A tak? Wieczne dzieci. Dzieci z kolei może nie są aż takie złe, pod warunkiem, że są nasze. Dobrze wychowane, nie to co teraz. Bez wartości, bez religii, tylko ten smartfon. Wiesz, czego tu trzeba? Twardej ręki. Ja to mówię, ja powtarzam cały czas. Za dużo się patyczkują teraz z tymi dzieciakami. Sama widziałam w telewizji, jak się gówniarze zachowują. A zresztą, telewizja należy do Żydów.

Ciotka Janka się rozkręca, przez stół miota pioruny. Wujek Jurek bawi się w najlepsze, moja matka opróżnia piąty kieliszek. Patrzę ukradkiem na Marcina, a ten wyciąga komórkę i nagrywa wszystko. Oszaleję. Oszaleję. Muszę coś powiedzieć, bo wybuchnę. Muszę coś powiedzieć, tylko co? Jeśli cokolwiek powiem…

– Ciociu, co ty opowiadasz? Jakich Żydów? Gdzie ty masz Żydów? Znasz jakiegoś Żyda? – jestem spokojna i opanowana. Mówię powoli, wyraźnie i całkowicie panuję nad sytuacją. Ciotka mnie nie przegada. Nie przegada… – Poza tym, o co ci chodzi? Wygraliście wybory! Macie władzę! Macie telewizję! Wszystko idzie pięknie, zmiany pełną parą, trybunał do rozbiórki, gimnazja do rozbiórki, media do rozbiórki. Nikt wam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Absolutnie! – mój sarkazm zaczyna niebezpiecznie dryfować w kierunku furii. – Spoko. Nie ma sprawy. Wszystko da się naprawić. Wszystko da się zniszczyć. Szkoły, biurowce, hale, boiska, stadiony, asfalty z szos – do wyburzenia! Ścieżki rowerowe i parki – do wyburzenia! Po co nam ścieżki rowerowe? Na rowerach jeżdżą ateiści! Autostrady, mosty – do wyburzenia! Tęcza – do spalenia! Jebut Polsko, jebut, dobra zmiano! – Czuję w sobie te demony, znany stan, gdy wszyscy patrzą z rozdziawionymi ustami, kiedy ja wpadam w ten rozbujany ton. „Pęka w dłoni szklanka z wódką, rozpierdala myśli mi”. – Trzeba zniszczyć wszystko, z czego Unia nas okradła! Niech odpowiedni resort z ODPOWIEDNIMI ludźmi przygotowuje wnioski o dotacje unijne dla tych zmian. Nie ma nic za darmo!. Niech zapłacą za zburzenie tego, co zbudowali. Prawda, ciociu? Niech też zapłacą za budowę kolejnych kościołów, bo mało jest. Aha, i za tuning do auta księdza dyrektora. I za samolot dla „Naszego Dziennika”, żeby nie było dąsów! – Co się ciocia tak denerwuje? Spokojnie, dacie radę! Dacie! Staniecie do walki. I będzie to walka zwycięska. Pokonacie wszystkich. Zmieciecie z powierzchni Ziemi całą ludzkość. To będzie krucjata, wojna apokaliptyczna, w której wszystko obrócicie w perzynę, w której pokonacie Świat. Ale w pierwszej kolejności i przede wszystkim zniszczycie największego wroga, co od lat nie daje wam żyć. Ten dziwny kraj. Polskę.

Ciotka patrzy na mnie, kipi.

– Aż tak cię otumanili, Magda? Aż tak? Ty naprawdę tego nie widzisz? Nie widzisz, że wszędzie wokół są zdrajcy? Problem polega na tym, że wszyscy są zdrajcami. Wszyscy ludzie na całym świecie, nikomu nie można ufać. Widziałaś listę zdrajców ojczyzny? Już nawet aktorzy i sportowcy tam są. Wystarczy pogrzebać w życiorysach, zobacz, dziadek Tuska…

Ciotka jest moim gościem. Nie wyrzucę jej. Tu jest Polska. Tu jest kraj, w którym przy wigilijnym stole rzucamy w siebie cukiernicą. Kraj, gdzie w każdym domu przebiega linia demarkacyjna przez stół i z każdego siedzenia lecą granaty. Tu jest kraj, gdzie w każdej rodzinie leje się mentalna krew w imię wielkich spraw. I w tym kotle, w tym znoju piekielnych waśni nie ma miejsca na opuszczenie stołu. Nie ma szans na ucieczkę. A przede wszystkim nie ma możliwości wyproszenia kogokolwiek. Nawet gościa politycznego. Gość polityczny to właściwie każdy gość pochodzący z tego kraju. A już zwłaszcza z rodziny. Z rodziną każdy wie, jak się wychodzi i jest to ten słynny interes opiewany sloganem o Zabłockim i mydle z perspektywą wspólnej fotografii w finale. Jednak nie mamy tu do czynienia z żadną ekonomią, tu nie chodzi o racjonalność, tu wszak chodzi o święta. A kiedy chodzi o święta, zawsze chodzi o politykę. O politykę w skali mikro i w skali makro. O starcie się światów, o gwiezdne wojny. Nikogo nie obchodzi smażony w pocie czoła sandacz z debetu. Nikt nie zwraca uwagi na świąteczny wystrój i nastrój. A już na pewno nikt nie zająknie się na temat misterium Bożych Narodzin, czy Zmartwychwstania. Tu rządzi coś większego, coś potężnego, coś w rodzaju „dziadek Tuska”.

– A co mnie obchodzi dziadek Tuska?! – skaczę więc na fotelu, a Marcin nagrywa i faktycznie mam ochotę rzucić w niego cukiernicą. – Co mnie obchodzi dziadek Tuska?! Mnie obchodzi mój dziadek. Dziadek Waldek. Co, nie wiesz, ciocia?! Wybacz, mój dziadek, a twój tatuś też jest na liście. Proszę bardzo! Wyguglaj sobie! Wyguglaj i sama sobie odpowiedz czyja to wina. Szukajcie a znajdziecie! Co się pukasz, co się pukasz w głowę?! To twoja wina! Jestem oburzona tobą! IPN dorwał się do twojego sumienia, do moich korzeni, do DNA naszej niecności. Z drzewa genealogicznego boleśnie strząsnął wszystkie jabłka, które po roztrzaskaniu o ziemię – co było do przewidzenia – okazały się robaczywe. Tak, droga ciociu! Każdy, kto ma jakichkolwiek przodków – to przy nas małe miki. Bo jeśli ja jestem gagatkiem, ty jesteś czarną owcą. Kolejnym robaczywym owocem zepsutego do ostatniej komórki łyka, drzewa. Zdrajcą narodu, niecnym pasożytem, nieczystej rasy nie-patriotką. O ile bowiem na kogoś znaleziono jeden hak, na naszym drzewie genealogicznym wiszą same haki. I każdy, niezależnie od poglądów, religii czy rasy – w odpowiednim czasie znajdzie coś dla siebie. W historii naszej rodziny majaczy bowiem nie jedna mroczna tajemnica, ale ich dziesiątki, kto wie, może setki? Dziadek jest na liście Wildsteina. Sprawdźcie sobie, nie kłamię. – Towarzystwo ma teraz marmur na twarzach, nikt nic nie je. Święta, kurwa! Ja wam dam święta! – Każdy ZAWSZE jest na jakieś pieprzonej liście! Wujek służył w Armii Krajowej, a to też był kiedyś całkiem przyzwoity hak. Babka była w Wehrmachcie, a jej ojciec był Żydem. Matka babki pochodziła z Gruzji, jak nie przymierzając Stalin. Ojciec pradziadka ze strony wujka miał konotacje szwedzkie. Od strony matki – rosyjskie. Od strony ojca – tatarskie. Od strony ciotki – marsjańskie!!!

Czuję, że lecę w kosmos, ale język jest szybszy od rozumu. Zaraz mnie wyprowadzą z własnego domu i to będzie DRUGA impreza w moim życiu, na którą nie będę miała wstępu. Ale nie mogę przestać. Nie mogę, rozkręciłam się. Rozkręciłam się, chociaż Lena na początku tej apokalipsy mówiła, że NIE MUSZĘ. Nie muszę nic mówić. A ja mówię. A ja krzyczę. A ja jadowicie szydzę:

– Jezu, coś mi mówi, że stryjeczny pradziadek po kądzieli kupował znaczek z muflonem na poczcie u naczelnika, który zjadł własną żonę i poćwiartował sąsiada! Mówicie, że nie macie na to wpływu? Że nic nie możecie poradzić? Bzdura! Mogliście! Powinniście się NIE URODZIĆ! A wy pchacie się na ten świat bez wstydu! Jak Niemcy!

Z ciszy betonowej wyłania się głos ciotki Janki, która teraz patrzy w sufit i cała się gotuje. I powoli cedzi:

– Zamknij się, bo zaraz chyba puszczą mi nerwy i nie będę już taka miła ciocia!

I łup pięścią w stół. A na stole podskoczyła kapusta, a na stole podskoczył sandacz, za którym latałam po wszystkich bankach w województwie pomorskim, żeby wyprawić święte rodzinne spotkanie według starej polskiej tradycji chrześcijańskiej.

***

Zorganizowane przez Alicję Molendę spotkanie z Sylwią Kubryńska odbędzie się w kawiarni w Regenbogenfabrik (Lausitzer Str. 22, 10999 Berlin-Kreuzberg) 2 września o godzinie 20. Można będzie kupić książkę, a autorka ją podpisze :-).

plakatsylwia

 

Flucht-Ucieczka

Wagony towarowe były otwarte z obu stron. Moja sąsiadka i ciotka, które były wysiedlane, stały z jednej strony otwartego wagonu. Moja siostra miała wtedy jedenaście miesięcy. Wziął ją Niemiec i po prostu wrzucił, tak że przeleciała przez cały wagon. Ciotka, która stała po drugiej stronie, ją złapała. (Świadek z Gdyni)

https://vimeo.com/174810835

Spektakl dokumentalny w wagonach towarowych
Polsko-niemiecka koprodukcja teatru Das Letzte Kleinod i Teatru Gdynia Główna

Historie o przesiedleniu, migracji, a w końcu o ucieczce przed frontami II wojny światowej stanowią główny kontekst dokumentalnego projektu teatralnego „Ucieczka-Flucht”, realizowanego w wagonach towarowych na dziesięciu dworcach na terenie Polski i Niemiec.

Teatr Gdynia Główna oraz Das Letzte Kleinod, podróżując przez Rosję, Polskę i Niemcy, odnalazły osoby, którzy jako dzieci przeżyli wysiedlenie w czasie II wojny światowej. Na podstawie ich osobistych historii, często opowiedzianych po raz pierwszy, został opracowany scenariusz sztuki teatralnej pt. „Ucieczka-Flucht”, która 6 i 7 sierpnia będzie prezentowana w Berlinie.

Miejsce i czas prezentacji:
Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau
6 lipca godz. 19:00 i 20:30
7 lipca godz. 19:00 i 20:30

Reżyseria: Jens-Erwin Siemssen (Niemcy) / Dramaturgia: Zindi Hausmann (Niemcy) / Aktorzy: Matylda Magdalena Roźniakowska (Polska), Katja Tannert (Niemcy), Margarita Wiesner (Rosja), Wlada Vladislava (Rosja), Iwo Bochat (Polska), Radosław Smużny (Polska)/ Muzyka: Szymon Jabłoński (Polska), Marcin Kozioł (Polska)

Ticket: https://www.konzertkasse.de/product/flucht-ucieczka-dokumentartheater-in-gueterwaggons-tickets-berlin.html

Cygan, Jagiełło i Slaska patrzą na sztukę

Ewa Maria Slaska

Byłyśmy w muzeum. Umówiłyśmy się z Dorotą, weszłyśmy więc pod sam koniec muzealnego dnia pracy – bo z Dorotą tak się właśnie wszędzie chodzi – jeszcze nie jest całkiem za późno, ale zawsze na ostatnią chwilę, choć w tym wypadku ta chwila to była jednak prawie cała porządna godzina. Ostatnia godzina urzędowania, co potem jeden ze strażników dał nam porządnie odczuć. Miał wypisane nie tylko na niezadowolonej buźce, ale też na krzepkich ramionach i rozzłoszczonych plecach, że nie wiadomo na jaką cholerę baby w ogóle chodzą do muzeum, a na dodatek wtedy, gdy porządny człowiek chce iść do domu, one muszą jeszcze do toalety! No zgroza wielka!

20160713_173725_resized

To my trzy wyobrażając sobie herbatę w cudownych płaskich i przezroczystych filiżankach w Bröhan Museum na wystawie Francja przeciw Niemcom! Sprawdzam w sieci – nie jednak Niemcy przeciw Francji!

Art Deco kontra Jugendstil. Spór artystyczny rozpoczęty na przełomie wieków (tamtych, rzecz jasna) i ciągnący się aż do lat 30, kiedy to Le Corbusier, Francuz zresztą, połączył zwaśnionych i zawistnych o sławę konkurenta projektantów, wprowadzając na kilka dziesięcioleci unifikujący wszystko modernizm.

Ale oczywiście Niemcy przeciwko Francji to też nader aktualne nawiązanie do piłki nożnej. Odważne, bo wystawę otworzono w kwietniu, a więc na długo przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy, kiedy wcale jeszcze nie było pewne, że Francja i Niemcy w ogóle ze sobą zagrają, a już na pewno nie, że bój to będzie ostatni, o prawo do złota… No cóż, w końcu i tak obie strony go nie dostały…

Interesujące, powiedziała Dorota, jak zamysł badawczy pozwala tych niewiele rzeczy, które się posiada, tak poprzestawiać, żeby zrobić nową wystawę, nową reklamę i nowy marketing, jednym słowem Art Nouveau.

Tym niemniej i muzeum nie najgorzej nas zaskoczyło.

20160713_171818_resized

Przed chwilą spadło i przykleili gaferem, mówi Dorota, jutro przykleją porządnie. Nie, odpowiada Elżbieta, patrzcie… No, zaiste.

20160713_171102_resized_1

Biegamy od sali do sali, wszędzie kartki z cytatami z epoki przylepione niebieskim gaferem. Gaffer Tape. Blau. Ciekawe jak to się nazywa po polsku?

Dlaczego? Dlaczego? Jesteśmy we trzy, należy nam się potrójne zdumienie. Dlaczego?
Może, mówi Dorota, twórcy wystawy chcieli nam pokazać, że ten spór estetyczny trwa do dziś. Ale niemożliwe, oponuję, przecież chyba nie ma związku czasowego ani technologicznego między secesją a srebrną taśmą klejącą (to oficjalna polska nazwa). Choć czy ja wiem… może jakiś jest, bo jak potem sprawdzę to wprawdzie srebrną taśmę wymyślono podczas II wojny światowej, ale tę przezroczystą, biurową już w latach 30.  W Ameryce ta srebrna nazywała się duct tape.

W sieci znajduję stronkę, co można zrobić przy użyciu duckt tape. Na przykład… zdjęcie rentgenowskie. Znajduję też niezły cytat, który wprawdzie wcale nie pasuje do naszej wizyty w muzeum, ale co tam…

Duct tape – srebrna mocna taśma. W Polsce średnio znana, zaś w USA jest obiektem kultu. Jak powiedział Walt Kowalski (Clint Eastwood) w filmie “Gran Torino” do młodego chłopaka: “Weź te trzy rzeczy – trochę WD-40 (spray olejowy), kombinerki i rolkę srebrnej taśmy. Każdy porządny mężczyzna da radę tym naprawić większość usterek.”

Srebrna taśma klejąca skleiła kiedyś błotnik w pojeździe księżycowym, ale można też  zrobić sobie srebrne spodnie (a zatem i niebieskie, skoro istnieje niebieski duct tape):

Koniec zwiedzania. Wychodzimy w poczuciu totalnego nie-rozumienia świata. I przegranej własnych możliwości intelektualnych. Kto, po co i dlaczego na pięknej wystawie pełnej pięknych rzeczy poprzyklejał kartki niebieską duct tape?

Szukam w sieci. Owszem często pojawia się informacja, że kartki z cytatami  uzupełniają eksponaty i dopełniają narrację. Ale ani słowa o niebieskim gafferze.

000EineFrau

Eine Frau von Geschmack könnte sich schwerlich in dieser bedrückenden Atmosphäre aufhalten.

Kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem odnajdzie się w tej przygnębiającej atmosferze.

Słowa te napisał jeden z najbardziej znanych krytyków sztuki, Louis Vauxcelles, (Francuz rzecz jasna) o pracach z tzw. warsztatu monachijskiego wystawianych w paryskim Salonie Jesiennym w roku 1910. Ten cytat rzeczywiście oddaje sedno konfliktu estetycznego między Francją (piękno, indywidualny dobry smak, dekoratywność) a Niemcami (użytkowość, oszczędność, masowa produkcja przemysłowa).

No dobrze, nadzwyczaj ciekawe. Ale ta cholerna taśma. W końcu nie wytrzymuję i dzwonię do muzeum. Pan Kurator jest setnie ubawiony: i to panią w tej wystawie najbardziej zainteresowało? o tym zamierza pani pisać?

No tak, odpowiadam, jestem człowiekiem, który lubi wiedzieć i rozumieć. Akceptuję swoją niemożność zrozumienia sensu operacji finansowych, ale w dziedzinach humanistycznych zazwyczaj jednak rozumiem, o co chodzi. A tu nie.

Może pani zauważyła, odpowiada poważnie Pan Kurator, że nie ustawialiśmy na wystawie mini wnętrz, nie chcieliśmy byście państwo zachwycali się estetyką przestrzeni. Widz powinien całą swą uwagę skierować na wystawiane obiekty. I ocenić je obiektywnie.

Obiektywne obiekty. OK.

Ach tak… Dziękuję. Informuję, że osiągnęliście państwo efekt odwrotny do zamierzonego. Obiekty przestały się liczyć. Jako kobieta obdarzona poczuciem smaku z trudem zrozumiałam, po co wam była ta cholerna taśma? Chyba jednak wylaliście dziecko razem z kąpielą…

Furia mać!

_20160718_085617Alicja Molenda

Sylwia Kubryńska – felietonistka „Wysokich Obcasów”, prowadzi Najlepszy blog na świecie”, autorka powieści „Last Minute” oraz „Kobieta (dość) doskonała” i „Furia Mać!”

Moja Furia (Mać)

Sylwię Kubryńską podczytuję już od jakiegoś czasu: jej felietony w „Wysokich Obcasach”, wpisy na jej blogu zawsze trafione w dziesiątkę, celne spostrzeżenia, odważne i bezkompromisowe wypowiedzi, pełne humoru opisy absurdów naszej rzeczywistości. Od razu ją polubiłam. Poczułam siostrzaną duszę, moje alter ego.

 

Alicja Molenda z książką Sylwii

Kubryńska nie przebiera w słowach, nie owija w bawełnę, ukazując w ostrym świetle damsko-męskie tarapaty i wielce wątpliwe uroki świata polskiej polityki, z którym przyszło nam się dzisiaj zmierzyć.

„Furia Mać!” była prezentem od córki (mojej) na Dzień Mamy. Jakże celnym! Połknęłam w jeden dzień (noc?). Jakbym czytała swój pamiętnik, którego nigdy nie miałam czasu napisać. Albo nie wiedziałam, jak. Cholera, to ja? Nie całkiem, ale prawie.

Moje córki, jak to kobiety, przeżywają swoje mniejsze i większe furie, tak jak je przeżywały nasze matki, babcie, przyjaciółki, koleżanki. Każda kobieta na planecie Ziemia doświadcza wkurwu jak furia mać! Nie jestem wyjątkiem. Nieraz go doświadczyłam i chyba nie ma temu końca. A co, nie mamy po temu powodów?!

Bohaterka „Furii Mać!” podwójne ma oblicze, Magdy i Leny. Ta ostatnia pojawia się rzadko, scenę wypełnia Magda, naładowana emocjami, najczęściej złymi do granic wytrzymałości. Co dzień wpada w furię na widok rozrzuconych męskich skarpetek lub na telefon nie w porę. Samowystarczalna choć tej samowystarczalności nie znosi. Chodząca bomba zegarowa.

Wystarczy słowo powiedziane nie tak jak trzeba, nie takie jak trzeba spojrzenie, by eksplodowała i zalała wszystko wkurwem.

Ale jest przy niej wiernie Lena, jej Anioł Stróż. Jej drugie Ja. Jej ratunek.
W najgorszych chwilach furii zjawia się niczym Zbawiciel.
Lena trzeźwa, łagodna i rozsądna, znająca odpowiedź na każde pytanie.
Lena, która umie poradzić sobie łatwo z najtrudniejszym zadaniem.
Lena umiejąca wybrnąć z każdej sytuacji, rozprawić się z każdym draniem.

sylwia K

Sylwia Kubryńska

Lecz w „Furii Mać!” jej mało, wiecznie wkurwiona Magda rzadko pozwala jej dojść do głosu. Być może „Magd” jest wśród nas dużo więcej niż „Len”, gdyż taką rolę świat nam częściej przypisuje? Nie mamy siły wybić się na Lenę, w roli Magdy wypalamy się do cna.

Czytajcie tę książkę, Panie i Panowie! Mężczyźni zorientują się być może lepiej w zawiłościach kobiecej natury i zrozumieją to, co w zachowaniach kobiet wydaje im się irracjonalne. Zaś kobietom uświadomi ona, że w swych frustracjach nie są osamotnione.

Furia czasem jest niesprawiedliwa i wali na oślep. Ale swoje wie, pod spodem: to, co w życiu najważniejsze, to bliskość i miłość drugiej osoby. Sylwi Kubryńskiej/Magdzie furia rzadko pozwala na wykrztuszenie tego, o czym marzy, a o czym wie Lena, lecz czasem to przeziera przez jej nieustający gniew:

„Wiadomo tylko, że jest źle i bardzo chce się przytulić do kogoś, kogo się kocha. To takie proste”.


Moja fascynacja Furią na tym się nie kończy.

Mam ogromną przyjemność zawiadomić Państwa, że Sylwia Kubryńska zjawi się niebawem w Berlinie na promocji jej książki „Furia Mać!”, 2 września 2016.

Dziękuję wszystkim osobom, które udzieliły mi wsparcia w realizacji projektu tego wieczoru autorskiego:

– Ewie Marii Slaskiej za pomoc organizacyjną i włączenie moejgo pomysłu do jej projektu “prezentacja autorów jej bloga”!

– Wydawnictwu KLAK Verlag i Jörgowi Beckenowi, za to że przyłączył się do tej inicjatywy

– Christine Zigler za jej nieocenioną pomoc oraz udostępnienie nam sali w Regenbogencafe

– Wydawnictwu Czwarta Strona za współpracę i pomoc w organizacji tego wydarzenia

– Stefanowi Riegerowi za redakcję i wsparcie

– oraz wszystkim, których nie wymieniłam, a którzy dzielnie mi kibicowali

plakatsylwia
Plakat Christine Ziegler

Juhuuu! Ich! Ich und mein Blog! Ich!

Ewa Maria Slaska

Die Sache ist vielleicht nicht ernst, aber die Zusammenarbeit, die hier gelobt ist, entstand durch diesen Blog und ich bin stolz drauf!

Der Anfang aller Freuden war ein kleiner schöner SF Text von Anna Rosner aus Warschau über die Sprottauer Kleinbahn, den ich vor fast genau einem Jahr veröffentlichte, und der hier zu lesen ist… Bez biletu wysiadasz (Ohne Fahrkarte aussteigen)
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/06/17/nowa-polska-proza/

szprotka3

Ich fand den Text so lustig, und schön, und lesewert, dass ich den obigen link hierher schickte mit der kleinen Frage, ob es für die Adressaten vielleicht interessant wäre… usw. Das “hierher” bedeutete in diesem Fall die Internetseite über die Kleinbahn in Schlesien und Lebuserland:

Die prompte und sehr freundliche Antwort kam von dem Koordinator der Seite Mieczysław Bonisławski samt den Text Wiadukt – ebenso ein SF Text über die Sprottauer Kleinbahn. Und ebenso lustig, schön, lesewert…

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/07/04/zima-mgla-pociagi/

Als Redakteurin fand ich es merkwürdig, dass diese kleine, nicht mehr existierende Bahnlinie zugleich zwei schöne Texte inspiriert hat, beide  aus der Gattung Science Fiction (aber nicht diese SF mit den Drachen und Magie, sondern – beide – in dieser angenehmer Form, wo alles fast real ist und nur die kleine Zeit- und Raumverschiebungen stattfinden).  Noch mehr: In den beiden ist auch die Wetterlage gleich – es ist kalt, dunkel und neblig…

szprotka2

Beide Autoren – Anna Rosner und Mieczysław Bonisławski – publizierten noch hier weitere Texte (und ich hoffe, dass sie mir jetzt auch weitere zusenden:-).

Mieczysław Bonisławski stellte mir aber zugleich mehrere Fragen betreffend die Geschichte “seiner Kleinbahn” und Archivalien, die man eventuell gerade in Berlin aufbewahrt. Die Fragen konnte ich selber nicht beantworten, wusste aber sofort, dass ich dazu  Dr. Andreas Jüttemann brauche, den ich aus unserer gemeinsamen Zeit im Verein Städtepartner Stettin kannte, dessen Vorsitzende ich (jetzt) bin (damals war ich aber noch keine ebenso wie er noch kein Doktor war) und der sich schon immer für Verkehrswesen interessierte… Wir haben uns aus den Augen verloren, aber doch jeder ist heutzutage zu finden, was eigentlich erschreckend ist, nun andersum – jeder ist früher oder später zu finden. Auch Andreas. Ich schrieb ihn an.

Er meldete sich umgehend, wir traffen uns zum Kaffee, schmieden mehrere Pläne miteinander…

Ja, wie man sieht, bei uns hat er dann im Oktober einen Vortrag gehalten, der unglaublich spannend war (glaubt mir – man hätte nie gedacht, dass das Verkehrswesen so spannend sein kann) und mit Mieczysław Bonisławski machten sie gemeinsam eben Folgendes:

Der Architekten- und Ingenieurs-Verein zu Berlin lobt bis heute alljährlich einen Wettbewerb unter Architekturstudenten aus, um besondere architektonische und stadtplanerische Herausforderungen zu bearbeiten. Im Jahre 1925 war das Ziel des sog. “Schinkelwettbewerbs”, Bauideen für die Sprottauer Kleinbahn, eine unter chronischem Fahrgastmangel leidende Nebenbahn zwischen der schlesischen Kreisstadt Grünberg (Zielona Góra) und dem Ort Sprottau (Szprotawa) an der Bahnstrecke Berlin-Breslau, einzureichen.

Der junge Student der heutigen TU Berlin, Gerhard Weiler, gebürtig aus Rauscha () stammend, nahm daran teil und gewann. Später sollte er als Architekt bei der Reichsbahn anfangen.

Weilers filigran ausgearbeitete Pläne verschwanden in den Schubladen, da der Personenverkehr auf der Kleinbahn immer weiter zurückging und nach dem Zweiten Weltkrieg dann sukzessive eingestellt wurde. Vor einigen Jahren entdeckten polnische Eisenbahnenthusiasten die Geschichte der Strecke (die heute übrigens als Radweg dient) wieder und gründeten ein kleinen Eisenbahnmuseum in Grünberg.

Faksimiles der Pläne aus dem Architekturmuseum der TU Berlin werden zunächst vom 11.7-4.8.  in den Räumen des Architekten- und Ingenieursverein zu Berlin (AIV), der 1925 den Schinkelwettbewerb auslobte, gezeigt und gehen danach in den Bestand des Eisenbahnmuseums Grünberg über. Die Ausstellung, die in Kooperation mit dem Fachbereich Arbeitslehre, Technik und Partizipation an der TU Berlin erstellt wurde, ist mit Mitteln der Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit gefördert worden.

Mit einer kleinen Präsentation am Montag 11.7 um 18 Uhr (mit Wein und Snacks) wird die Schau eröffnet und ist danach jeden Dienstag und Donnerstag zwischen 10-15 Uhr (und nach Vereinbarung) in den Räumen des AIV, Bleibtreustraße 33 (am Ku’damm), zu sehen. Der Eintritt ist frei.

Dr. Andreas Jüttemann

szprotka1

So also hat mein Blog es bewirkt, dass diese Ausstellung zustande gekommen ist… 🙂
Und fast ein Jahr später findet man Bericht darüber hier: 2017_10_16_Annales 2016 Arial Narrow 9.5 v7

Przenikania w kawiarni Opery Berlińskiej w letni wieczór

Tomaszowi Fetzkiemu z zaproszeniem na pojutrze do Berlina

Ewa Maria Slaska

Afrodyta z kablem elektrycznym

Trochę ponad rok temu opublikowałam tu wpis, zatytułowany Przenikania w Barze Zakątek. Muszę go tu przypomnieć, bo kilka dni temu coś podobnego przydarzyło mi się w Berlinie. Popijałam wino z wodą (nie można ciągle nie pić wina, to obraza rzucona w twarz radości życia w Berlinie) i czekałam w kawiarni letniej Opery Berlińskiej na Dorotę Cygan, z którą iść miałyśmy (i poszłyśmy) na Uprowadzenie z seraju Mozarta. To pierwsza opera języka niemieckiego, co jest jasnym powodem, dla którego germanista koniecznie powinien obejrzeć tę sztukę.  Podobno interesujące wykonanie, a to już powód dla którego również blogerka powinna…

Jest jednak lato, można by pójść nad jezioro, do parku na lody, a my tymczasem do opery…

Mam na sobie sukieneczkę, którą niemcy nazywają Fummel, a my – szmatka, pantofelki na obcasie, rajstopki, nie mogę więc nosić ze sobą dużej torby, a książka, którą aktualnie czytam liczy ponad 500 stron… O żydowskim chłopaku z Wrocławia, który stał się motorem życia literackiego w Boliwii! Nazywał się Guttentag (i jest to też tytuł książki) i jego rodzina pochodziła z miasteczka, które się dziś nazywa Dobrodzień…

Przed wyjściem szukam więc książczyny, która by pasowała do torebeczki, pasującej do szmatki…

Arnold Słucki, Eklogi i psalmodie, Czytelnik 1966. “Mój” Arnold Słucki, już kilka razy o nim pisałam (TU i TU), opowiadałam o nim podczas różnych prelekcji… Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko.

W dzisiejszych czasach Słucki jest zapewne równie odsądzony od czci i wiary jak inni lewicowi artyści, pisarze, naukowcy… Zacytuję tu sama siebie:

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić „ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia „Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory („serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: „(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

To ciasto, które innym rosło na pośmiertne podziwy, jemu chyba urosło na zapomnienie. Gdy szuka się go w internecie pojawiają się tylko książki antykwaryczne, najstarsza chyba – Ziemia jaśnieje – z roku 1950, Słońce nasz towarzysz, 1951, Spotkania z roku 1952, Poranek z roku 1953,  Eklogi i psalmodie, 1966, Targ w Dziworaju, rok 1967,  cały czas lata 50 i 60, prawie co roku mu coś wydawano, potem się naraził i uciekł, i przypomnieć go można było dopiero wtedy, gdy upadający PRL odpuścił autorom zakazanym, i pojawiły się w księgarniach książki Gombrowicza, Hłaski i Słuckiego… Biografia Anioła z roku 1982.

To o tym pośmiertnym i wyciągającym poetę z niepamięci zbiorze napisał nieznany autor informacji na portalu Lubimy czytać:

Niniejsza księga wierszy jest spłatą długu pamięci, jaką winniśmy Arnoldowi Słuckiemu, poecie, który żył i tworzył wśród nas w ciągu dwudziestu kilku lat powojennych, a potem – tęskniąc za Polską – umarł na obczyźnie.

Dodajmy, umarł w skrajnej nędzy.

Wydaje mi się, że nikt już nigdy więcej go nie wydał. Odszedł w zapomnienie, a ja zupełnie bez powodu zabieram go ze sobą w torebce do opery. Niech zobaczy trochę świata.  Jest 28 czerwca 2016 roku. Stoję przy stoliku i popijam wino, bo ja przyszłam, jak zwykle, za wcześnie, a Dorota przyjdzie, jak zwykle, na ostatnią chwilę…

Strona 16, Ekloga współczesna

Sprawdzam w sieci: sjp ekloga. 1. «pogodny utwór poetycki opiewający uroki życia wiejskiego».

W biały dzień
tkliwe jaskółki
             nad brzegiem Mozeli
wiły w nas gniazda,
zapewniam was,
             to właśnie, jeżeli
porzucała nas wyobraźnia
                               niby zbiegów w todze z przytułku,
to była w tym ręka historii,
a stała tam rzymska łaźnia
z czerwonym sztandarem wetkniętym
                                              w omszały dach,
a dach był jak gwiazda.
M e m e n t o   m o r i,
rzekłem,
stara kobieta szła, żuła chleb
                                 i pracując żuchwami
wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna

I w tym momencie podniosłam głowę znad książki, a pomiędzy stolikami szła w niebieskim kitlu sprzątaczka, trzymała w garści szufelkę i zmiotkę na długich trzonkach i… naprawdę … wlokła za sobą długi elektryczny sznur niby współczesna Ariadna, a mnie dreszcz przeleciał po plecach, bo jeszcze nigdy nie spotkałam Ariadny sprzątaczki, zamiatającej kawiarnię na świeżym powietrzu, podczas, gdy goście wciąż jeszcze stoją wokół wysokich stolików, gawędząc w mowie Gotów i popijając wino znad Mozeli, a gdy za dziesięć minut dzwonek wezwie nas wszystkich do środka, będzie dość czasu i okazji, aby nikomu nie przeszkadzając, posprzątać podwórko operowej kawiarni. Więc wiedziałam, że ona nie jest sprzątaczką z firmy Gegenbauer tylko zjawą, która wyszła z wiersza Słuckiego i sprząta świat wokół mnie, tak jak Ariadna co poniedziałek sprzątała labirynt odkurzaczem.

śmierć tu była, mimo wszystko, paradna,
promenada rozbrzmiewała gwarem
i trzeba się było wsłuchać, jak elektroluks rozmawia z Cezarem,
a szum krzewów na Pangejskich wzgórzach,
to w tracką zieleń Ismaru,
Szofer błękitny od smaru
chwalił dziewczęta okolicy:
                    Czemu nie sprawisz
o, Wenus…
                Eils! Skapia matia ia
                                         drinkan! –
klął mową Gotów duch z koszar
i śmiała się śmiechem białym jak śmierć
jeszcze żywa
Prześliczna Rzymska Rudowłosa.
I jakże trudno już było dostojną tu układać poezję,
zmierzch był Brutusa wieczerzą po klęsce,
i pani, co włada Knidos i Pafos,
werwę nam odjęła i patos.
Słowa będące mostami nad wieczystą rozłąką rzeczy
straciły swoją sprężystoćć
i nie było w nich żywych poruszeń,
jakby cały pejzaż im jawnie zaprzeczył
i Eneasz znowu był parweniuszem.
Śmierdział na jardy tanim alkoholem
made in Roma,
bardziej podobny do starca z Korycji,
gdy go sklął po łacinie Czas – sierżant policji.
I on się im tylko odgrażał:
– Na zdrowie, dawajcie jeść!
                                        Dawjcie pić!
i była to niby chrypliwa ekloga,
nad którą zastanawiają się
                            uczeni wieków,
co niby drzazga siedzi w człowieku;
który nie chce być ni aniołem, ni szpakiem,
i rzuca się z tasakiem
na Boga.

On nawet natrząsa się z szczęśliwca Glaukosa
i z cudownego władzy kpi ziela,
odurza go aut cierpka jońska rosa
i patrzcie, oto ciągnąc szlauch przez promenadę,
już mnie oskarża o zdradę
spraw potocznych.

A ja mu wciąż, że z Mozeli
widziałem wszystko,
świadek naoczny,
maszyna do trawienia szczelnych snów
i jaw ułomnych,
jeżeli ———

Dzwonek wezwał nas do wnętrza, ciągnąc szlauch przez promenadę, przeszła obok mnie raz jeszcze Ariadna w niebieskim kitlu, z niebieską szufelką i szczotką, Dorota wyszła mi naprzeciw z wnętrza budynku i poszłyśmy na operę, która jest najlepszą operą, jaką w życiu widziałam!

orgiaomilosci

Więc też koniecznie idźcie. Opera jest po niemiecku, ale artyści ciągle przeskakują z niemieckiego na angielski, a u góry nad głowami lecą teksty arii i po niemiecku, i po angielsku, a poza tym, to i tak bez znaczenia, bo wszystko można zrozumieć, gdy śpiewając o miłości i wierności nawaleni kokainą aktorzy i statyści, goli całkiem lub tylko na pół, uprawiają na naszych oczach orgiastyczną promiskuityczną miłość, gdzie nic, ale to nic jednak nie naruszy dobrego smaku pań z Dolnej Saksonii, a wspaniała śpiewaczka koloraturowa grająca Konstancję, trenując rozpaczliwe wrzaski do mikrofonu, przechodzi przed nami ciągnąc kabel przez scenę jak Ariadna sznur elektroluksu przez labirynty Knossos nad Mozelą.


Wolfgang Amadeus Mozart (1756 – 1791)

Niemiecka gra muzyczna w trzech aktach KV 384
Tekst wg Christopha Friedricha Bretznera – Gottlieb Stephanie d. J.
Prapremiera 16 lipca 1782 – Hoftheater Wien
Premiera w Deutsche Oper Berlin 17 czerwca 2016

Zalecany od 16 lat

Po niemiecku, z nadtytułami po angielsku i niemiecku

Został jeszcze tylko jeden występ w tym sezonie, pojutrze, środa 6 lipca
Bilety w cenie od 50 do 130 euro

Reblog d. przedruk

Pamiętacie prawo Murphy’ego? Jeśli coś może się popsuć, to na pewno się popsuje… Ostatnio popsuł mi się humor, na szczęście dostałam do czytania cytaty niemal równie śmieszne jak prawo Murphy’ego…

Des MacHale, (Nasze życie w cytatach) Pół żartem pół serio

Niektóre z cytatów są po angielsku i ciekawie je zlayoutowano.

cytatwoodyallen

Ale jest i cytat niejako kontrujący Woody Allena: Długowieczność jest jedną z bardziej wątpliwych nagród za cnotę. / Longevity is one of the more dubious rewards of virtue. Ngaio Marsh (to wbrew pozorom nie on, lecz ona – pisarka z Nowej Zelandii; wiedziała, o czym pisze, bo długo żyła – od roku 1895 do 1982, urodziła się wtedy, gdy rodzili się moi dziadkowie, zmarła, gdy mój syn był już od kilku lat na świecie)

Muszę przyznać, że reklamujący książkę wydawca wybrał do blurba wyjątkowo trafne cytaty:

Moim ulubionym napojem jest wino należące do kogoś innego. (Diogenes) Takie są moje zasady. Jeżeli ci się nie podobają, mam też inne. (Groucho Marx) Komentarz jest darmo, ale fakty kosztują. (Tom Stoppard) Demokracja jest sztuką kierowania cyrkiem z klatki dla małp. (H.L. Mencken) Ty wygrałeś wybory. Ale ja wygrałem liczenie. (Anastasio Somoza) Bezstronna opinia jest zawsze całkowicie bezwartościowa. (Oscar Wilde) Ilu miałam mężów? To znaczy oprócz własnego? (Zsa Zsa Gabor) Nie znam pytania, ale na pewno seks jest odpowiedzią. (Woody Allen) Kiedy będę potrzebował twojej opinii, dam ci ją. (Laurence J. Peter)

A to mój wybór osobisty.

Wiem wszystko. Nie ma innego wyjścia, jeśli chce się przyzwoicie pisać. I know everything. One has to, to write decently. Henry James.

Nie mogę tyle słuchać Wagnera. Zaczyna mnie korcić, żeby podbić Polskę. / Can’t listen that much Wagner. I start getting the urge to conquer Poland. Woody Allen.

Kiedy słyszę słowo “kultura”, wyciągam książeczkę czekową. Jean-Luc Godard.

Amator to artysta, który utrzymuje się z innej pracy, żeby móc malować. Profesjonalista to ktoś taki, na kogo pracuje żona, żeby on mógł malować. Ben Shahn (amerykański grafik, jakby kto nie wiedział – ja nie wiedziałam).

Całowanie Woody Allena było jak całowanie Brlińskiego Muru. Helena Bonham-Carter.

Cieszę się, że podobało się wam, jak zagrałam Katarzynę Wielką. Mnie ona się też podoba. Władała trzydziestoma milionami ludzi i miała trzy tysiące kochanków. Ja robię, co mogę, w dwie godziny. Mae West.

Coś na czasie:

Bycie katolikiem nie powstrzymuje człowieka od aktów grzechu, ale odziera je z całej radości. Cleveland Amory (pisarz amerykański, walczył o prawa… zwierząt).

Wczoraj wieczorem czytałam Księgę Hioba. Nie wydaje mi się, aby Bóg wypadał tam najlepiej. I read the Book of Job last night – I don’t think God comes well out of it. Virginia Woolf.

Nowa wersja prawa Murphy’ego:

Wewnętrzna średnica rury nie może przewyższać zewnętrznej średnicy. W przeciwnym wypadku dziura byłaby na zewnątrz. Michael Stillwell (chyba menager, wybaczcie, ale nie umiem napisać menedżer).

W sprawie Rospudy, Puszczy Białowieskiej i Mierzei Wiślanej:

Rezerwat przyrody to obszar, na którym nie wolno założyć warsztatu samochodowego, ale można zbudować autostradę. James Gladstone (senator USA, Indianin Cree).

Komputerowcy mają swój własny język podobnie jak Węgrzy. Różnica jest taka, że jeśli wystarczająco długo przebywasz w otoczeniu Węgrów, zaczynasz chwytać, o czym mówią. Mitch Ratliffe (amerykański dziennikarz, specjalizujący się w publicystyce technologicznej).

Coś z własnej dziedziny, cytowane przez osobę zrozpaczoną stanem niechlujstwa językowego (niestety troszkę również w tej książce) , które zaśmieciło Polskę (a i Niemcy):

Gdybym mógł wybierać rodzaj broni, proszę pana, wybrałbym gramatykę. Halliwell Hobbes (angielski aktor, urodzony, podobnie jak Szekspir w Stratford on the Avon).

Nie miałem żadnego wykształcenia, więc musiałem używać rozumu. Bill Shankly (angielski trener piłkarski).

Ludzie, którzy uważają, że wszystko wiedzą są szczególnie irytujący dla tych z nas, którzy naprawdę wszystko wiedzą. Those who think they know it all are especially annoying to those of us who do. Harold Coffin (naukowiec amerykański, geolog, badacz rezerwatów przyrody).

Jestem absolwentem filozofii. Oznacza to, że potrafię mieć głębokie przemyślenia na temat pozostawania bez pracy. Bruce Lee (sprawdziłam – naprawdę, Lee studiował filozofię na Uniwersytecie Stanowym w Waszyngtonie).

Ach jej…

Musimy wierzyć w szczęśliwy traf, bo inaczej jak moglibyśmy wytłumaczyć sukces tych, których nie lubimy? Jean Cocteau.

Kto kiedykolwiek późno w nocy wszedł boso do pokoju swego dzieccka, nie cierpi Lego. Tony Kornheiser (amerykański dziennikarz sportowy).

W sprawie popustego humoru:

Nie wszyscy mnie nie znoszą, tylko ci, którzy mnie poznali. Not everybody hates me: only the people who’ve met me. Emo Philips (komik amerykański).

Bycie kobietą jest okropnie trudnym zajęciem, skoro wymaga przede wszystkim wchodzenia w relacje z mężczyznami. Being a women is terribly difficult trade, since it consists principally of dealing with men. Joseph Conrad (jeden z dwóch Polaków cytowanych w tej książeczce, drugim jest Kieślowski).

Też kiedyś paliłam…

To osoba niepaląca popełniła pierwszy grzech, sprowadzając na świat śmierć i wszystkie nasze zgryzoty. Neron był niepalący. Lady Macbeth była niepaląca. Zdecydowanie – historia ludzi niepalących daje im mało powodów do dumy. Robert Lynd (angielski eseista).

Ku pamięci mych własnych prób wyprodukowania białych czekoladek z szampanem. Kot wypił śmietankę:

Przepis kulinarny to systematyczna instrukcja przyrządzania składników, których zapomniałeś kupić w naczyniach, których nie posiadasz, aby otrzymać danie, którego resztek nie zje twój pies. Henry Beard (humorysta amerykański).

Nie cierpię rozsiewać plotek. Ale co innego można z nimi robić? I hate to spread rumours: but what else can one do with them? Amanda Lear.

Znam tę prawdę, niestety czasem zapominam o niej, a co gorsza – czasem inni o niej zapominają:

Nigdy się nie tłumacz. Przyjaciele tego nie potrzebują, a wrogowie i tak nie uwierzą. Never explain. Your friends don’t need it and your enemies will not belive you anyway. Elbert Hubbard (XIX-wieczny pisarz amerykański; znałam tę maksymę z powieści Willi Cather Drzewo białej morwy, ale nie wiem, czy może cytowała Hubbarda. A może on ją?).

I jeszcze to:

Każdy głupek potrafi krytykować, potępiać i narzekać i większość z nich to czyni. Any fool can criticise, condemn and complain, and most of them do. Dale Carnegie.

Nie chcę być milionerem. Chcę tylko żyć jak milioner. I do not want to be a millionaire. I just want to live like one. Walter Hagen (profesjonalny amerykański gracz w golfa; pochodził z biednej rodziny i zapewne dobrze wiedział, czego chce. Jego zdanie  przypomniało mi słynną maksymę śpiewającej rodziny Trapp: My nie jesteśmy biedni, my nie mamy pieniędzy. Z Trappami było na odwrót, byli w Austrii zamożni, a gdy uciekli przed Hitlerem do Stanów – zaczynali bez grosza przy duszy).

I na zakończenie zdanie, które cytuję jako prawnuczka słynnego laryngologa, który przed wojną znakomicie zarabiał:

Migdałki są zgrubieniem tkanki limfatycznej, które istnieją wyłącznie w celu zapewnienia wiktu, strojów i prywatnej edukacji dzieciom laryngologów. Michael O. Donnell (młody, prężny amerykański senator republikański, zajmujący się zagadnieniami legislacji przepisów dot. opieki zdrowotnej lub starszy wiekiem lekarz angielski. Ponieważ nie wiem który z nich rozmyślał o migdałkach, wybierzcie sobie, którego chcecie.)

 

Dwie Siostry o książkach i nie tylko. Wpis na niedzielę.

Katarzyna Krenz (i Ewa Maria Slaska)

My books are my power

W ostatnich, dość przygnębiających, miesiącach głównym zajęciem naszego społeczeństwa jest śmiech. Nie jest to jednak wyraz radosnej beztroski („Wiosna, panie sierżancie”), lecz reakcja skomplikowana i nieoczywista: z jednej strony pobrzmiewa w nim nuta prześmiewcza i pogardliwa, z drugiej – bardzo poważny niepokój o naszą wspólną przyszłość. Tak więc wszyscy się śmieją, jedni, żeby okazać swoją butę i bezkarność, inni, by się przed tym obronić. Polski śmiech to znak czytelny i oczywisty, jak sienkiewiczowska kometa, symptom chorobowy: Ojczyzna w potrzebie, trudne termina na nas przyszły.

Nie biorę udziału w tym powszechnym zajęciu, nie umiem. Zamiast tego (który to już raz w życiu?) ratuję się bronią naszych dziadków i rodziców – lekturą. Uciekam w krainę ukochanych książek, które zawsze były, nie tylko w mojej rodzinie, źródłem naszej wspólnej wewnętrznej siły, naszymi barykadami, naszą twierdzą. My home is my castle. My books are my power. Stara zasada, ale działa. Pomaga. Pozwala uciec, nie uciekając, a przy okazji odświeżyć pamięć (i dzieła autorów) sprzed wielu lat.

Lista remediów literackich jest długa. Dzięki naszym Rodzicom w dzieciństwie miałyśmy z Siostrą otwarty dostęp do księgozbioru dorosłych, a zważmy, że była to jeszcze epoka, gdy każdy szanujący się oczytany człowiek miał obowiązek poznać tak zwany „kanon” czyli dzieła światowych klasyków. Homer i Wergiliusz, Dante i Petrarka, Montaigne i Rabelais, Proust, Zola i Balzac, Goethe, Heine i bracia Mannowie, Sienkiewicz, Prus i trzej wieszczowie, Skamandryci i poezja hiszpańska, Dickens i Galsworthy, Tołstoj i… I tak dalej. Potężna dawka wiedzy o świecie, doświadczenie egzystencjalne, ale też odpowiedź na pytanie o to, kim jestem. Ludzie oczytani to była kasta wybrańców, którzy porozumiewali się jasnym dla siebie kodem, rozpoznawali się w tłumie, samoistnie dobierali w grupy ponad podziałami klasowymi, niezależnie od profilu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nieważne: inżynier czy humanista, lekarz czy prawnik. Vide: nasz Ojciec – inżynier budowy okrętów, który czytał zawsze i wszędzie, w najdziwniejszych warunkach i sytuacjach, na środku oceanu i w lodach Arktyki i Antarktydy – godzinami mógł rozmawiać o wojnach punickich, a z dorobku dwóch ukochanych autorów, Conrada i Lema, przeczytał wszystko, co napisali.

G.K. Chesterton pojawił się w naszej rozmowie niespodziewanie. À propos, oczywiście, i jako dowód. Rozmowa dotyczyła naszych czasów i literatury. Że dziś oferta na rynku wydawniczym jest tak ogromna, że właściwie nie wiadomo, co czytać. Wszystkie książki są naj-, a większość autorów – nieznana, dlatego trudno ocenić, czy to sezonowa efemeryda czy też prawdziwe odkrycie i nowe spojrzenie, świeży powiew. Recenzjom trudno wierzyć, dziś książka to taki sam towar jak świeże kaszubskie truskawki, musi się sprzedać. Rynek jest tak „szybki”, że książki „żyją” przeciętnie trzy tygodnie, potem znikają, umierają. O żadnym kanonie współczesności nie ma co marzyć, tout casse, tout passe, tout lasse. I wtedy ktoś otwarcie przyznał, że on się nie ściga. Nie dlatego, że nie potrafi, tylko dlatego, że nie chce. Zamiast tego wybiera i czyta „swoje”, i często nie są to wcale autorzy żyjący, tylko właśnie klasycy świętej pamięci. I że niezawisłość w doborze lektury jest przyjemnością nie do przecenienia. Tak powiedział. Zwłaszcza teraz.

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), pisarz angielski. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. W młodości sam agnostyk, z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył (współtwórcą był Hilary Belloc) teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności. Był sympatykiem Polski, którą odwiedził w 1927 roku, co przyczyniło się do jego popularności w naszym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym. Listę jego dzieł można znaleźć w wikipedii (skąd pochodzą powyższe informacje); dla niewtajemniczonych: jego znakiem firmowym jest cykl nowel detektywistycznych z postacią ojca Browna.

Latająca gospoda to była jedna z ulubionych książek w naszym domu. Nie z powodu katolicyzmu angielskiego autora. Po prostu. Mądra jak Colas Breugnon, zabawna jak Klub Pickwicka, inteligentna jak Trzech panów w łódce, jak… Jednym słowem: kanon, może nie ten wysoki, klasyczny niczym XIX-wieczna idea Grand Tour, co to każdy kulturalny człowiek… Ale kanon. I moja Siostra właśnie czyta. Znak jakże znaczący, przynajmniej dla mnie. Przypomnienie.

Kanon literatury światowej? Chesterton? Świat pędzi jak oszalały ku wielorakim zagładom, a my tutaj rozmawiamy o jakimś starociu sprzed 102 lat! A jednak… Nostalgia ma swoje prawa, a ponieważ egzemplarz „Latającej gospody” z jakiegoś powodu nie stał na półce angielskiej, tam, gdzie powinien, odruchowo zajrzałam do internetu. Znalazłam, weszłam na odnośną stronę i – oniemiałam. Z początku czytałam spokojnie:

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda. Średnia ocena 6,87 (30 ocen i 7 opinii). Zobacz oceny. Gdzie kupić książkę. Szczegółowe informacje: Obowiązkowa Msza Święta w kościele w Beaconsfield oraz kufel dobrego angielskiego piwa w miejscowej gospodzie – oto jak dla G. K. Chestertona wyglądać musiała niedziela. Jedno zresztą związane było z drugim, gdyż według brytyjskiego pisarza właśnie chrześcijaństwo uzbraja człowieka w umiejętność prawdziwego korzystania z życia. To połączenie było dla niego wyznacznikiem old merry England – starej, wesołej Anglii: tradycyjnej, chrześcijańskiej, plebejskiej krainy, w której ludzie potrafili się prawdziwie cieszyć… – Czytaj więcej.

Nacisnęłam strzałkę „rozwiń”:

Taki też właśnie obraz kreśli w swej LATAJĄCEJ GOSPODZIE, sowizdrzalskiej powieści, opartej na motywie buntu trzech kompanów wobec administracyjnego nakazu prohibicji. Na znak protestu wesołkowie przemierzają kraj z wielką beczką rumu i ogromnym kawałem sera, urządzając obok zamkniętych gospód szalone biesiady. Książka Chestertona to sprzeciw wobec postoświeceniowych „racjonalistycznych” trendów, które całe bogactwo ludzkiego doświadczenia chciałyby pozamykać w sztywnych ramach procedur i kodeksów.

Moja książka! Jest! Już zamierzałam przejść do procedury kupowania, gdy nagle mój wzrok przykuły dwie małe linijki: Seria: Powieści z krzyżykiem. Wydawnictwo: Fronda.

No i teraz już nie kupię. Pożyczę z biblioteki, poszukam na pchlim targu, przepiszę na maszynie, ale tego wydania nie kupię. Wiem, literatura to dobro wspólne, ale Chesterton wpisany w formułę, cytuję:

Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: publicystyka konserwatywno-prawicowa, książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk.

to uzurpacja. Bezpodstawne zawłaszczenie. Jakbym usłyszała czyjś szyderczy śmiech. Bo to była „nasza” książka.

PS KK: Nie wspomniałam o okładce, ale to dlatego, że brak mi słów.

Islam ante portas

PS EMS: Czytam Latającą gospodę (w naszym wydaniu! w naszym, a nie tej wstrętnej Frondy), bo to książka o tym, jak dwóch mężczyzn i kobieta przeciwstawili się całemu państwu (inna wersja Kohlhaasa, który w Niemczech był tak tragiczną postacią, a w Anglii jest dowcipny i surrealistyczny), a ja lubię opowieści o tym, że warto się przeciwstawiać.

Ale czytam też dlatego, a może przede wszystkim, bo wszyscy teraz czytają Uległość Michela Houellebecqa. A ja nie, nie czytałam, nie chce mi się, wystarczy mi, że wiem, iż jest to, jak pisze Wikipedia, fikcyjna opowieść z 2022 roku, gdy prezydentem Francji zostaje muzułmanin, który zamienia Francję w kraj wyznaniowy. Bo to jest właśnie taka sama historia, w Latającej gospodzie cichcem, za plecami społeczeństwa zislamizowano Anglię, o czym cytowany przez moją Siostrę tekścik wydawnictwa Fronda w ogóle nie wspomina. Kawał sera i kufel piwa w pubie okazują się siłą sprawczą i falą nośną buntu społecznego. Wspaniała książka, poczytajcie sobie. Najlepiej poszukajcie tego wydania, które myśmy obie czytały jako młode panny i nie kupujcie wydania Frondy, bo – moja siostra ma racje! – to nasza książka, a Fronda to bezwstydna uzurpacja. 

Nota bene, przypominam, że kilka tygodni temu mahometanin został burmistrzem Londynu i że nie zanosi się przez to na islamizację Anglii. A Chesterton w Latającej gospodzie nie jest prorokiem i nie walczy z islamem, lecz występuje w obronie prawa człowieka do radości życia, a sprzeciwia się oszustwom politycznym i obłudnym fanatykom. Jakiejkolwiek religii.

Zanim nadejdzie jutrzenka

Z zapowiedzi: VOR DER MORGENRÖTE opowiada w krótkich epizodach o życiu austriackiego pisarza Stefana Zweiga  na emigracji. Film jest historią uciekiniera, historą o tym jak traci się ojczyznę i nie można jej nigdzie znaleźć.

Dorota Cygan

Film Marii Schrader “Vor der Morgenröte”: Josef Hader jako Stefan Zweig i  Aenne Schwarz jako Lotte Zweig 

Po ostatniej scenie, gdy wybudzamy się z filmu, który nas przez cały czas uwodził obrazami i spowalniał zgonione myśli do spokojniejszej refleksji, człowiek dwóch kontekstów, czyli taki jak my, polscy berlińczycy, czuje, że film ma – niezamierzenie – dwa różne przesłania, inne do widza polskiego, inne do niemieckiego. To nic dziwnego, ma przecież inne przesłanie do każdego odbiorcy, ale jednak aktualność migawek biograficznych pisarza, któremu nic nie było bardziej wstrętne od aktualności, nasuwa sie natrętnie jeszcze przy czytaniu napisów końcowych. Dla niemieckiej publiczności kluczowe może być zdanie: Połowa kontynentu chciałaby uciec na inny kontynent, gdyby tylko mogła. Zdanie to zastępuje cały wielopoziomowy kontekst niemieckiej dyskusji o uciekinierach i odsyła bezpośrednio do obrazów, które widz niemiecki (inaczej niż polski) w dużej ilości codziennie ogląda, a zarazem do niemieckiej historii. Polakowi serce zaś drży, gdy projektuje los pisarza na rzeczywistość polską, bo skojarzenie, że ludzie niewłaściwej opcji politycznej, bywa, że muszą kraj opuścić, ma tutaj swoje uzasadnienie i akurat dziś powraca natrętnie każdorazowo przy zetknięciu się z epitetem “gorszy sort”. Co zaś łączy w odczuciach widza niemieckiego i polskiego? Jest to film o bezradności. Nie pragnie pokazać życiowego dramatu wyostrzając wymowę poszczególnych jego etapów, lecz poprzestaje na pokazaniu sytuacji pisarza i intelektualisty, który nie potrafi życzyć nazistom klęski a swojemu krajowi zniszczenia, bo jest pacyfista i boli go, że nie dostrzega nigdzie wokół siebie generalnej opozycji przeciw wojnie. Pokazuje jego przemożną niechęć do zaostrzającej sie polaryzacji i kibicowania “swoim” w czasie wojny, czyli organiczną niezdolność do radości z porażek i zwycięstw jednej strony. To także film o nieumiejętności włączenia sie w główny nurt dyskursu, w którym chodzi o przerzucanie się osądami i retoryczna mobilizacje, nawet jeśli chodzi o poparcie słusznych racji, ale wyrażanie go w atmosferze dysputy, wiecu i dziennikarskiej gorączki. Film nie ma ambicji pokazania całości, syntetycznego spojrzenia na historie i człowieka w niej uwięzionego. Wybiera jedynie niespecjalnie spektakularne migawki z jednego życia, z którego uciec nie sposób, bo dosięga bohatera również na emigracji (w postaci listów proszących o ratunek i wsparcie). Ta niemożność “życia na zewnątrz” natury introwertycznej, nieumiejętność włączenia się w główny nurt prowadzi jednak w konsekwencji do śmierci samobójczej. Bowiem opór wewnętrzny, przyzwoitość i powściągliwość jednostki to nie cechy, na których historia może sie oprzeć, a zatem i nie cechy, które pozwalają w takich czasach odnaleźć swoje miejsce w historii. Pozostanie przesłanie dla widza, ze bezradność może być cechą wybitnych ludzi, którzy jednak do końca nie będą potrafili wejść w polityczną rolę – jako pisarze, przywódcy, postacie życia publicznego, bo ona wymaga także podniesionego tonu i efekciarstwa, a tego natury wycofane i skupione nie tylko nie maja w swoim repertuarze gestów i chwytów retorycznych, ale zwyczajnie w swojej naturze, nastawionej na sąd wyważony i różnicowanie racji. W konsekwencji jest to przesałanie, że milczenie i wahanie nie muszą oznaczać przyzwolenia dla brutalnych posunięć, ale mogą wynikać z podszytego melancholią poczucia, że to wszystko nie tak, że to ma by inaczej. Ale jak? No właśnie, na to każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.

Za tydzień w Warszawie o feniksach

Pasjonujące!
Galeria Supermarket Sztuki zaprasza na spotkanie
 XXXX
SYNDROM FENIKSA

TEORIA SINUSOIDY TWÓRCZEJ
XX 
z artystką i kuratorką Galerii Szarej Joanną Rzepką-Dziedzic.
Spotkanie poprowadzi kuratorka, krytyczka i kulturoznawczyni Monika Weychert-Waluszko
 
21 czerwca 2016 / wtorek / godz. 19.00 
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88, Warszawa
 
!cid_FDFAD293-AB8E-4B5B-ABEC-3FCDD5CDD3A9@chello
 
Podczas spotkania zapoznamy się z autorską koncepcją Syndromu Feniksa, opisującą sinusoidalny sposób funkcjonowania osobowości twórczych. Joanna Rzepka-Dziedzic od kilku lat obserwuje i bada to zjawisko zarówno na podstawie własnych przeżyć, jak również doświadczeń osób ze środowisk twórczych, którymi się otacza, poprzez prowadzenie od kilkunastu lat galerii sztuki współczesnej. 
 
W ciągu ostatniego roku, w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zrealizowała serię spotkań i rozmów zarówno z reprezentantami grup twórczych, jak i z przedstawicielami środowisk naukowych, lekarskich, czy religijnych. Dzięki temu skonfrontowała ze sobą doświadczenia i poglądy m.in. artystów i krytyków sztuki z często odmiennym podejściem psychiatrów, psychologów, coachów, dietetyków, chrześcijańskich i wschodnich przewodników duchowych, astrologów, etc. Joanna Rzepka-Dziedzic “Syndrom Feniksa” nazywa wieloetapowym projektem życia. W planach jest książka, seria wystaw, współpraca z artystami przy realizacji dość zagadkowych na ten moment prac. 
 
W rozmowach przeprowadzonych w ramach projektu udział wzięli m.in.: Zenon W. Dudek – psychiatra, Maciej Ścibór – psychoterapeuta, Karina Michałowska – psychiatra, Małgorzata Marczewska – coach, Aleksandra Żochowska – instruktorka jogi, Taras Statsiv – lekarz medycyny naturalnej, anonimowy przewodnik duchowy – babtysta, Agnieszka Obszańska – dziennikarka, Robert Rient – dziennikarz, oraz kuratorki i kuratorzy: Marta Kołakowska, Monika Weychert-Waluszko, Marta Kownacka, Stachu Ruksza, Karol Hordziej, a także artystki i artyści: Zuzanna Janin, Karolina Breguła, Katarzyna Majak, Maciej Chodziński, Sławek Brzoska, Michał Frydrych, Karol Radziszewski.
————
Syndrom Feniksa – (gr. sýndromos ‘zbieżny’ – med. zespół objawów charakterystyczny dla obrazu klinicznego określonej choroby; gr. Phoíniks, łac. Phoenix, mit. gr. mityczny święty ptak żyjący w Arabii, umierający w płomieniach i odradzający się z popiołów co 500, a wg innych źródeł co 1000 lat).
 
W psychologii, medycynie i psychiatrii s.f. oznacza stany skrajnego ożywienia i zamierania funkcji ciała i całej osobowości polegające na cyklicznym doświadczaniu pobudzenia energetycznego i inflacji psychicznej (ożywienia, mocy, boskości) oraz wycofania, izolacji i alienacji psychicznej. Faza „życia” wyraża się w podejmowaniu nadludzkiego wysiłku psychofizycznego, ekspansywnej aktywności, której towarzyszą zwykle pobudzenie, pewność siebie, przejrzystość umysłu, brak potrzeby snu, natchnienia artystyczne i duchowe. Fazę „śmierci” cechuje spadek aktywności, wyczerpanie psychofizyczne i deficytowe objawy psychiczne i somatyczne, jak apatia, abulia, mutyzm, utrata pamięci i koncentracji, brak apetytu i zanik libido, senność, spadek odporności immunologicznej.
 
Stany skrajnego ożywienia mogą przejawiać się silną i narzucającą się afektywną i intelektualną ekspresją (ekstrawersja), a stany wycofania z radykalnym obniżeniem kontaktu w rzeczywistością zewnętrzną (introwersja), ascezą, ograniczeniem relacji społecznych (izolacja) i naturalnych potrzeb psychofizycznych, jak odżywianie, percepcja zmysłowa, sen i ruch. Dochodzi do zaostrzenia przewlekłych chorób organizmu, a świadomość jednostki ulega dezorientacji i depersonalizacji.
 
W kulturze, sztuce i religii s.f. jest powiązany znaczeniowo z kultem ofiary z człowieka, zwierząt i innych form życia, a także syndromem Prometeusza (ofiarny dobroczyńca), Dionizosa (samoofiarowanie boga), Chirona (zraniony uzdrowiciel), Asklepiosa (lekarz zbawca) i Mesjasza (zbawca człowieka i zbawca świata).
 
* Opracowanie wg Leksykonu psychiatrii grecko-egipskiej wg Chirona z Asklepiady (VI w. p.n.e.)
 
————
Joanna Rzepka-Dziedzic (ur. 1979) – artystka wizualna, fotografka, kuratorka, edukatorka.
W 2004 r. ukończyła studia na Akademii Sztuk Pięknych (obecnie Uniwersytet Artystyczny) w Poznaniu, oraz w 2014 na Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opavie.
Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2015 r. 
Od 2004 roku współprowadzi niezależną instytucję kultury – Galerię Szarą (do 2015 r – w Cieszynie, od 2016 w Katowicach). W ramach tej działalności brała udział w organizacji ponad 100 wystaw z udziałem kilkuset artystów. Przygotowała setki godzin warsztatów i spotkań z zakresu sztuki współczesnej i Nowych Mediów. Współorganizowała kilkadziesiąt koncertów i kilka festiwali. Organizowała też konferencje, redagowała i wydawała książki. Obecnie pracuje nad projektem Syndrom Feniksa – autorską koncepcją sinusoidalnego sposobu funkcjonowania osobowości twórczych.
————
rys. sinusoidy – Michał Gayer
————
Projekt “Syndrom Feniksa” zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
————
Galeria Supermarket Sztuki
ul. Grzybowska 88
00-840 Warszawa 
Fundacja Supermarket Sztuki
ul. L. Narbutta 45/11
02-536 Warszawa
tel. 502 602 718