Wernisaż Vernissage: Hermann Stöhr – Stanisław Kubicki

Stanisław Kubicki

Budowa wieży

PROJEKT SCENICZNY (FRAGMENTY)

W grudniu roku 1916 roku

I.

Scena przedstawia krajobraz odrażający nagością, aż po widnokrąg żółto-szary, pagórków kilka w oddali, wszędzie kamieniołomy i doły o glinie wybranej, ziemia dokoła porozrywana, niepłodna, poszarpana, bez roślinności. Jedyne drzewo po prawej o brzydkiej potarganej sylwetce potęguje jedynie bezna­dziejność miejsca. –

W dali – już za widnokręgiem – potworna wieża, olbrzym przerażający kształtem, jak zmora ciąży na kraju całym, niedokończeniem wstrętna i rusztowań siecią, dla oddalenia wielkiego gdzieniegdzie jedynie dostrzegalną. Nad wieżą wisi chmura kształtem kaptur grzyba przypominająca – wisi wiecznem przekleństwem. Całość budzi wstręt w patrzącym i strach chwilami paniczny. Czujesz, że wieża ta nie­zmierną jest zbrodnią i dziełem zła.

Od przodu sceny wgłąb aż do wieży biegnie droga bardzo szeroka, której okropność potęguje bezwzględna prostość i bezczelność dążenia do wieży. Ludzie idący drogą tą kroczą pod przymusem z nakazu czyjegoś. Chwilami strach ich porywa przed pustką, że przystają nagle przerażeni; lecz niema moc gna ich, że biegną ku wieży. Truchlejesz, gdy widzisz, że zimne słowo rozkazu ujęło ludzi tych w kleszcze obojętne na ludzkość ich i pochodzenie z ducha.

Zasłona unosi się. W szarym świetle powstającego dnia roboczego tysiące ludzi narzędziem budowlanem obarczonych wloką się ku wieży. Ubiór szary krojem przypominający starorzymskie bluzy niewolnicze. Śpiewają głupią zupełnie piosnkę uliczną. Twarze ich tępe, znudzone, po większej części głupie. Tutaj znaki najjaskrawsze dynastji wychowującej sobie poddanych. Pomimo zgrozy budzącej się tu i tam każdy posłusznie przykłada rękę do dzieła złego niepomny bladych słów napomnienia kiedyś zasły­sza­nych. Kapłani uczą po świątyniach posłuszeństwa i do wypełnienia namawiają “obowiązku”, sami potęgą przejęci zła najlitościwiej nam panującego. Chytrze i skrzętnie starty z powierzchni ziemi wizerunek boży.

II.

Wieża huczy i tętni pracą: zgrzytem żelaza, uderzeniami młotów, krzykiem i nawoływaniem, syrenami i świstem pary. Widzisz jak ssa soki wszystkie kraju i wysiłek ramion ludzkich gnanych bez pardonu w jarzmo.

Na potwór wieży pada złote światło słońca. Ślepniesz. Ogrom pracy zorganizowanej podziw wywołuje dla potęgi ludzkiej łamiącej przeszkody. Większość podziwem przewiązane ma oczy. Większości niedopisuje pamięć, że są ludźmi. Większość obałamucona widowiskiem i porwana zimnem słowem-nakazem z entuzjazmem nieomal rwie się do pracy. Nie czuje kłamstwa haseł i wierzeń dnia. A jednakowoż musi już istnieć gdzieś widz­ą­cy, który zbiera siły swe do krzyku rozpaczy, muszą się otwierać gdzieś oczy na brzydotę usiłowań ludzkich wzrokiem patrzące przerażonym, musi bić gdzieś serce bolesną ku bratu miłością, muszą cisnąć się słowa kurczowym tłumione szlochaniem. I myśl czyjaś wierci gdzieś opokę, by źródłem rozlać się na świat.

Wieża stoi tymczasem w świetle. Zuchwalstwem wyda ci się myśl, że mogłaby runąć. Boisz się wiary w jutro lepsze: wiary prześladowanej prawem i domem karnym, której miano jadynie za wyzwisko użytem być może. Wiesz, że rozpacz zawsze wiary takie rodziła, które później zwyciężały – lecz tutaj, w tym właśnie kraju nie chcesz wiedzieć ni wierzyć!

Droga prowadząca ku wieży zdaje się być bez wyjścia – tłumiąca nadzieję wszelką – a wszystko tak nastawione na funkcję szatańską budowy, że miejsca nie znajdujesz na myśl inną. Zresztą jako widz nie wiesz co się dzieje za kulisami.

A uśmiechniesz się gdy wyprowadzą teraz na scenę pustą zupełnie człowieka W ubraniu biednem, wytartem, o suchej, głodem wycieńczonej twarzy, zapadłych oczach, językiem swoim nie mówiącego poprawnie. Człowiek ten zaciśnie pięści i krzyczeć będzie słowa w twarz (nieobecnym) panującym i ministrom i wszystkim, którzy mają władzę. Wyjęczy krzywdę na nim i braciach jego dokonaną. – I o sprawiedli­wość wołać pocznie.

I znajdą się, którzy uśmiechem i wzdryganiem ramion pozbędą się błazna. I tacy, którzy oburzeni śmiałością jego wyzwiskiem odpowiedzą na skargi i żądanie sprawiedliwości. I tacy, którzy wołać będą o policję i dom karny.

III.

Na scenę pada światło przeraźliwie białe, ostre. Brzydota okolicy ujawniona w najdrobniejszym szczególe, że nawet krótkowidzący ujrzeć musi złość poczynań ludzkich i znaki jej w drobiazgu chociażby najlichszym. Na tle czarnego nieba stoi wieża jaszczurowo zielona w jadowitem świetle. Cisza. Nagle słychać ciężki daleki huk jakoby podziemny i trzask przytłumiony oddaleniem. Z przerażeniem widz widzi, że wieża się zatrzęsła, kurczowo, w posadach swych. Stoi jeszcze. Każdy wie teraz, że wewnętrzna zapadła się struktura potworu, – stoją jeszcze ściany zewnętrzne.

Znów cisza.

A oto chwila, że każdy wie co się stało:

Rozmowy potajemne i narady; prześladowania tysiączne i ucieczki nocne wśród tłumów; gorączkowa praca podziemna; tłumione krzyki rozpaczy; stokroć rozpędzane tłumy nieprzeliczone; krok pospieszny przywódców na estradzie; sale ogromne ludzkiem nabite ciałem drżącem, ledwie oddychającem w oczeki­waniu; ruch gorączkowy osób kilku wysuniętych na czele tłumu: ciche narady na dalekiej estradzie; po­chody szaremi ulicami olbrzymiego miasta…

Otóż wszystko to szerokim lawy plastrem buchnęło na światło słoneczne.

*

Od strony wieży w popłochu biegną gromady ludzi. Twarze przerażone. Krzykiem rozdarte. Rozbiegają się na wszystkie strony.

Chwila chaosu i zamięszania. Ludzie, którzy nagle (za nagle) przejrzeli i dowiedzieli się o grzechu własnej czynności. Krzycząc katów swoich szukają i winowajców – tych wszystkich, których głową po­wstawała budowa gniotąca sromotą świat cały.

I chwila jeszcze a wyłoni się z masy skłębionej pochód poważny z wysoko na szyldzie drewnianym wyniesionym hasłem sprawiedliwości. Słowa nie­zręczną ręką robotnika malowane, litery koszlawe i nie­równe, a w nich zawarta cała ludzkości wola.

Napotkasz ich, widzu, kroczących przez wszystkie place miast wielkich, idących wszystkimi ulicami w słońce wschodzące jutra.

Pierwodruk w: Zdrój VI , 1919, Nr. 2, s. 49–50.

Pierwodruk wersji niemieckiej w: Lidia Głuchowska, Roger Loewig – Stanislaw Kubicki. Wyspy człowieczeństwa/ Inseln der Menschlichkeit, tłum. Lidia Głuchowska, Roeger Loewig Gesellschaft / WIR e.V., Berlin 2003, S. 7779.

Linolschnitt „Der Turmbau zu Babel“ von Stanislaw Kubicki aus dem Jahr 1917. Fotos: Stadtmuseum Dresden (1), Holger Jakobi (1)

Stanisław Kubicki

Der Turmbau. Bühnenentwurf (Fragmente)

         Im Dezember des Jahres 1916

Die Szene stellt eine durch ihre Nacktheit abstoßende Landschaft dar, bis auf den gelb-grauen Horizont, einige Hügel in der Ferne, überall Steinbrüche und Gruben ausgegrabenen Lehms, die Erde herum – zerrissen, unfruchtbar, zerstört, ohne Pflanzen. Der einzige Baum rechts, mit zerrissener Silhouette steigert nur die Hoffnungslosigkeit des Ortes. –

In der Ferne – schon hinter dem Horizont – ein ungeheuerer Turm, ein Gigant, entsetzlich in seiner Form, wie ein Albtraum, lastet über dem ganzen Land durch seine abscheuliche Unfertigkeit und das Netz des Gerüstes, das wegen der Entfernung nur stellenweise bemerkbar ist. Über dem Turm hängt eine Wolke, die mit ihrer Form an die Kapuze eines großen Pilzes erinnert – sie hängt da wie ein ewiger Fluch. Das Ganze erregt in dem Beobachter Widerwillen und Ängste – zuweilen Panik. Man fühlt, daß der Turm ein unermeßliches Verbrechen und ein Werk des Bösen ist.

Von der vorderen Szene bis zum Turm verläuft ein sehr breiter Weg, dessen ungeheure Schlichtheit durch das rücksichtslose und unverschämte Streben des Turmes gesteigert wird. Menschen, die diesen Weg begehen, schreiten unter jemandes Befehl. Zuweilen ergreift sie Angst von der Leere, so daß sie plötzlich entsetzt innehalten; doch eine stumme Macht treibt sie dem Turm entgegen. Man erschrickt, wenn man sieht, wie das kalte Wort des Befehls diese Wesen in ihrer Menschlichkeit und ihrer Herkunft aus dem Geiste gleichgültig mit unempfindlichen Zangen gefaßt hat.

Der Vorhang hebt sich. Im grauen Licht des aufgehenden Tages schleppen sich Tausende von Menschen, mit Werkzeug beladen, dem Turm entgegen. Ihre graue Kleidung erinnert an altrömische Sklavenblusen. Sie singen ein dummes Straßenlied. Ihre stumpfe Gesichter, gelangweit, zum großen Teil dumm. Es sind die grellsten Zeichen der Dynastie, die sich die Untertanen erzieht. Trotz des Grauens, das hie und da erwacht, trägt jeder zum bösen Werk bei, ungeachtet irgendeines Wortes der Ermahnung. Die Priester lehren in den Tempeln den Gehorsam und überreden zur „Pflicht“, selbst von der Macht ergriffen, die uns gnädig beherrscht. Das Gottesbild ist schlau und geschäftig von der Oberfläche der Erde weggewischt.

II

Der Turm dröhnt und pulsiert von der Arbeit: vom Eisenknirschen, vom Schreien und dem Rufen, von den Sirenen und Dampfpfiff. Man sieht, wie alle Säfte des Landes ausgesaugt werden und die Anstrengung menschlicher Arme gnadenlos ins Joch getrieben werden.

Auf das Monstrum Turm fällt goldenes Sonnenlicht. Man erblindet. Das Immense der organisierten Arbeit erregt Bewunderung für die Hindernisse brechende menschliche Macht. Die meisten verbinden sich vor Bewunderung die Augen. Den meisten versagt das Gedächtnis dafür, daß sie Menschen sind. Die meisten, verwirrt von der Schau und getragen vom kalten Befehl stürzen sich mit Enthusiasmus auf die Arbeit. Sie spüren nicht die Lüge der Parolen und des Tages. Doch irgendwo muß schon der Sehende sein, der seine Kräfte zum Verzweiflungsschrei sammelt, irgendwo müssen sich die Augen öffnen, die mit erschrockenem Blick die Scheußlichkeit menschlicher Bemühungen ansehen, irgendwo muß ein Herz schmerzlicher Liebe zum Bruder schlagen, müssen sich die von verkrampftem Schluchzen unterdrückten Worte hervordrängen. Und irgendwo bohrt jemandes Gedanke einen Fels, um eine Quelle über die Welt auszugießen.

Der Turm steht einstweilen im Licht. Der Gedanke, daß er einbrechen könnte, scheint dir vermessen. Du hast Angst vor dem Glauben an ein besseres Morgen: des mit dem Recht und Gefängnis verfolgten Glaubens, dessen Name einzig als Schimpfwort benutzt werden kann. Du weißt, daß die Verzweiflung immer solchen Glauben gebar, der später gewann – doch hier, gerade in diesem Land willst du es weder wissen noch glauben!

Der zum Turm führende Weg scheint ausweglos zu sein – jede Hoffnung verdrängend – und alles ist so auf die teuflische Funktion des Baus eingestellt, daß du keinen Platz für andere Gedanken findest. Im übrigen, als Zuschauer, weißt du nicht, was hinter der Kulisse abläuft.

Und du wirst lächeln, wenn sie auf die leere Szene einen Menschen in ärmlicher, schäbiger Kleidung führen werden, mit hagerem, vom Hunger erschöpften Gesicht, eingestürzten Augen, der die eigene Sprache nicht korrekt beherrscht. Dieser Mensch wird die Fäuste geballt haben und den abwesenden Herrschern und Ministern und allen, die Macht haben, ins Gesicht schreien. Er wird das Unrecht an sich und seinen Brüdern bejammern. – Und er beginnt, die Gerechtigkeit anzurufen.

Und es finden sich solche, die den Narren mit Lächeln und Armeschütteln los werden. Und solche, die von seiner Kühnheit empört mit Schimpf auf seine Klagen und Forderung nach Gerechtigkeit antworten werden, und solche, die nach Polizei und Gefängnis rufen werden.

III.

Auf die Szene fällt erschreckendes weißes, grelles Licht. Die Häßlichkeit der Gegend offenbart bis ins kleinste Detail, bis in die schäbigsten Einzelheiten, daß sogar Kurzsichtige die Bosheit der menschlichen Handlungen und ihre Zeichen bemerken müssen. Auf dem Hintergrund des schwarzen Himmels steht der echsengrüne Turm im giftigen Licht. Stille. Plötzlich hört man fern scheinendes unterirdisches Dröhnen und einen durch die Entfernung gedämpften Knall. Erschrocken sieht der Zuschauer, daß der Turm krampfhaft in seinem Fundament erzittert. Noch steht er. Jeder weiß jetzt, daß die Struktur des Monstrums in sich zusammengefallen ist, – es stehen nur noch die Außenwände.

Wieder Stille.

Und hier ist nun der Augenblick, in dem jeder weiß, was geschah:

Geheime Gespräche und Besprechungen; tausend Verfolgungen und Fluchten im Gedränge; fieberhafte Untergrundarbeit; gedämpfte Verzweiflungsschreie; hundertmal auseinandergetriebene unzählige Massen; der eilige Schritt der Führer auf der Bühne; die riesigen Säle mit zitternden menschlichen Körpern gefüllt, die in der Erwartung kaum noch atmen; die fieberhafte Bewegung einiger, auf dem Hirn der Masse stehender Personen: leise Beratungen auf der entfernten Bühne; Züge durch die grauen Straßen der riesigen Stadt…

Nun ergießt sich alles auf das breiten Pflaster wie Lava ins Sonnenlicht.

*

Vom Turm her rennen in Panik Scharen entsetzter Menschen – vom Schrei verzerrte Gesichter. Sie laufen in alle Richtungen auseinander.

Ein Moment von Chaos und Verwirrung. Die Menschen, die plötzlich verstanden und von der Sünde ihrer eigenen Tat erfuhren. Schreiend suchen sie die Henker und Schuldigen – alle, durch deren Kopf der Bau erfunden wurde, der mit Schande die ganze Welt unterdrückt hat.

Und noch ein Augenblick, da taucht aus der Masse der ernsthafte Zug auf mit dem hoch auf dem Schild gehaltenen Aufruf nach Gerechtigkeit. Die Worte, mit ungeschickter Arbeiterhand gemalt, die Buchstaben krumm und uneben, und in ihnen ist der ganze Menschheitswille.

Du, Zuschauer, triffst auf sie, wenn sie alle Plätze der großen Städte beschreiten, auf allen Straßen marschieren, hin zur aufgehenden Sonne von morgen.

übersetzt von Lidia Głuchowska

Erstveröffentlichung der deutschen Fassung in: Lidia Głuchowska, Roger Loewig – Stnislaw Kubicki. Wyspy człowieczeństwa/ Inseln der Menschlichkeit, Roeger Loewig Gesellschaft / WIR e.V., Berlin 2003, S. 7779.

Polnische Erstveröffentlichung:
Zdrój (Posen/Poznań) VI, 1919, Nr. 2, S. 4950

Małe światy Ivy Krupicovej

…do obejrzenia, jakby ktoś był w Zielonej Górze!

W piątek 24 marca 2017 r. o godz. 11.00 w Galerii Grafiki Biblioteki Sztuki UZ na Wydziale Artystycznym odbył się wernisaż wystawy czeskiej artystki Ivy Krupicovej związanej z Katedrą Grafiki i Rysunku Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Ostrawskiego. Autorka zaprezentowała prace z cyklu „Małe światy”. Kuratorką wystawy jest dr Janina Wallis. Wystawę można zwiedzać od 24.03-20.05.2017 r. Serdecznie zapraszamy.

Biografia artystki: Biogram _PL

Mariusz Pałka pisze:

Iva Krupicova to artystka, która kumuluje obserwacje z różnych obszarów sztuki. Ilustratorka, graficzka, projektantka książek, typografka. Ma na swoim koncie realizacje od klasycznego obrazowania po obiekty kinetyczne. Punktem wyjścia tych doświadczeń była i jest książka, jako obszar poszukiwań w różnych materiach i technikach graficznych. (…) Krupicova pracuje cyklami, co wynika z dyscypliny i rytmu pracy nad książką, specyficznym i bardzo wymagającym obiektem wypowiedzi artystycznej.
Prace pt. „Śliwa” oraz „Lawa”, „Krater”, „Skała” to seria grafik wykonanych techniką mezzotinty, w których autorka wykazuje nie tylko bardzo dobre opanowanie klasycznego warsztatu, ale przede wszystkim ujawnia wrażliwość i otwartość na zjawiska otaczającego nas, ulotnego świata, który żyje własnym czasem. Iva podpisuje się pod tezą Bruno Schulz’a, iż „nie ma martwej materii są tylko odmienne formy jej istnienia”. W tym kontekście jej szczególnym zainteresowaniem stały się kamienie narzutowe (po czesku są to „błędne kamienie”) jako specyficzne nośniki zakodowanych informacji, którym poświęca swój najnowszy cykl prac.
Mimo młodego wieku Krupicova ma już duże osiągnięcia: siedem wystaw indywidualnych, udział w 30 wystawach zbiorowych oraz nagrody, w tym, główna nagroda w kategorii ilustracji książkowej – Typografia za książkę „Świniobicie“.

Hermann Stöhr & Stanisław Kubicki (1)

Stowarzyszenie Partnerstwo Miast ze Szczecinem prowadzi w latach 2016-2018 wielki projekt wystawienniczo-społeczny, poświęcony dwom zasłużonym ludziom, którzy, powodowani wewnętrznym przekonaniem, w czynny sposób przeciwstawili się reżimowi nazistowskiemu i zapłacili za to życiem. Obaj, choć ich ścieżki w Berlinie na pewno się przecinały, nie znali się osobiście, zasłużyli się natomiast w tej samej sprawie: jako prekursorzy idei porozumienia polsko-niemieckiego, co było na owe czasy niemal niespotykane. W tym roku wielokrotnie będziemy tu wracać do tego tematu. Dziś pierwszy wpis i zaproszenie na otwarcie wystawy 2 maja 2017 roku w Ratuszu na Kreuzbergu: EinladungAusstellungStoehrKubicki2Mai2017

Janina Wallis

„Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie” – „Stanisław Kubicki – In transitu”.
O monografii Lidii Głuchowskiej oraz polsko-niemieckim projekcie Wydziału Artystycznego, Biblioteki Sztuki i Partnerstwa Miast Berlin-Szczecin

W ostatnich miesiącach zasoby Biblioteki Sztuki wzbogaciły się o pięć cennych dwujęzycznych książek, przygotowanych lub współtworzonych przez dr Lidię Głuchowską, kierowniczkę Pracowni Teorii Sztuki w Instytucie Sztuk Wizualnych, w ramach polsko-niemieckich projektów naukowo-wystawieniczych, które prowadziła. O publikacji i ekspozycji Ogrody/ Gärten, przygotowanych w wyniku współpracy Wydziału Artystycznego z fundacją Park Księcia Pücklera Bad Muskau/ Park Mużakowski i Muzeum Ziemi Lubuskiej czytelnicy Bloga przeczytać mogli przeczytać już jesienią minionego roku (TU).

Dziś przypomnę piękną,  monumentalną monografię Lidii Głuchowskiej, Stanisław Kubicki – In transitu, która zainicjowała realizowany w minionym roku I etap innego projektu naukowo-wystawiennicznego o istotnym znaczeniu społecznym. Dotyczy on Polaka i Niemca, dwóch ludzi, którzy czynnie sprzeciwili się reżimowi nazistowskiemu i zapłacili za to życiem. Rezultatem tego realizowanego w latach 2016-2018 przedsięwzięcia ma być poświęcenie im skwerów – miejsc pamięci w Berlinie i Szczecinie, poprzedzone cyklem wystaw, wykładów i warsztatów artystycznych przygotowanych przez pracowników Instytutu Sztuk Wizualnych.


Książka Lidii Głuchowskiej była już kilkakrotnie wspominana na tym blogu – TU, TU i TU.

Jest to, trzeba powiedzieć, pionierskie studium na temat dwujęzycznych poezji przywódcy radykalnego skrzydła ekspresjonistycznej grupy Bunt z Poznania, Stanisława Kubickiego (1918–1922). Autorka rekonstruuje odkryte przez siebie wiersze Stanisława Kubickiego z lat 1918–1921 jako programowy dokument wyborów pokoleniowych, między romantycznym patriotyzmem a wyzwaniami nowoczesności, powstający w trudnych czasach schyłku I wojny światowej i nowych realiów powojennej Europy.

Prof. Steven Mansbach z Uniwersytetu Maryland (USA) podkreśla, że badaczka, wykorzystując metodologię interdyscyplinarną i komparatystyczną uzyskuje imponujące efekty badawcze. Wskazuje ona, iż poetyckie programy Kubickiego to unikat na skalę światową, gdyż artysta przełamał tu partykularyzm komunikatu literackiego, tworząc w oryginale w obu językach manifest awangardowego internacjonalizmu, korespondujący z jego twórczością plastyczną. Wrażliwość na niuanse znaczeniowe powstałych jednocześnie polskich i niemieckich wersji poezji Kubickiego oraz ich rolę w jego artystycznej i politycznej działalności, umożliwia jej wykazanie subtelnych różnic między dwoma autorskimi wariantami językowymi tych samych utworów, a zarazem ich ideowego i stylistycznego pokrewieństwa. Ta oryginalna i sygnalizowana już w tytule książki – >In transitu< – metoda pozwala Lidii Głuchowskiej dogłębnie przeniknąć postawę i intencje twórcze tego artysty, stwierdza dalej Steven Mansbach.

W swoim, polemicznym wobec tradycyjnych opracowań polskiego ekspresjonizmu wywodzie, autorka wskazuje na fakt, iż Kubicki w swej grafice i obrazach bynajmniej nie koncentrował się na tym, zresztą nad Wisłą ambiwalentnie przyjętym stylu, a i w jego wypowiedziach programowych i poetyckich groteska jest sygnałem niepokoju i dystansu duchowego arystokraty wobec przemian politycznych. Przeczy temu, iż – jak dotychczas często zakładano – przynoszą one apologię rewolucji, w swych dyskursywnych rozważaniach, dając wgląd zarówno w istotny rozdział dziejów kultury polskiej, jak i niemieckiej polonistyki czy historii sztuki, wskazując choćby na zasługi tak wybitnych badaczy ekspresjonizmu jak Paul Raabe, Eberhard Roters czy Heinrich Kunstmann, co akcentuje w swej recenzji prof. Brigitta Helbig-Mischewski z Polsko-Niemieckiego Instytutu Badawczego w Collegium Polonicum w Słubicach.

Jak zauważa prof. Waldemar Okoń z Uniwersytetu Wrocławskiego, autorka, łącząc kompetencję z zakresu literaturoznawstwa i historii sztuki – krytycznie rozpatruje wiele (…) archiwalnych źródeł, dokumentując również działalność artysty w polskim ruchu oporu i okoliczności jego tragicznej śmierci z rąk gestapo. Mając na uwadze specyficzną i odmienną poetykę ekspresjonistycznego overstatement polszczyzny i understatement niemczyzny Kubickiego, a także wyjątkową dyscyplinę formalną jego grafik i obrazów, badaczka tworzy więcej niż przenikliwą interdyscyplinarną analizę artefaktów estetycznych.

Wybiegając poza rewizję jego roli w narodowej i uniwersalnej historii literatury i sztuki czy analizę jego dzieł, Lidia Głuchowska postrzega twórczość awangardy jako artystyczną interwencję w społeczno-polityczny kryzys i nowy ład po I wojnie światowej oraz zwierciadło ideowych dylematów, nie tylko w Polsce, lecz i w innych „nowych państwach” Europy Środkowo-Wschodniej.

Publikację zamyka aneks nt donacji prac graficznych grupy Bunt ze spuścizny po artyście i jego żonie poetce, malarce i graficzce, Margarete Kubickiej, dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy oraz honorującej ten dar wystawie w roku 2015.

***

Projekty wystawiennicze dr Lidii Głuchowskiej zostały zrealizowane przy udziale Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego i jego zagranicznych partnerów. Na pierwszy etap najnowszego z tych ambitnych przedsięwzięć – „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”/ „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben” – Stanisław Kubicki (20.01.1889 Ziegenhain/ Hessen; † 06.1943 (?), Pawiak/ Warszawa) i Hermann Stöhr (4.01.1898 Stettin; † 21.06.1940 Berlin-Plötzensee) złożyły się wykład w centrum kultury Regenbogenfabrik w Berlinie (13.09.2016) oraz wystawa w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie wraz z inaugurującą ją prelekcją (28.10–25.11.2016).

Rozpoczynający się właśnie drugi etap projektu obejmie wystawę w Ratuszu dzielnicy Berlina Kreuzberg (2.05–23.05.2017) z referatem dr Głuchowskiej i kuratora drugiej części wystawy – Jochena Schmidta, przeprowadzone przez nią lekcje muzealne w Berlinische Galerie i w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a także w przestrzeni obu tych stolic ekspresjonizmu. Z kolei zaproszona do współudziału w II edycji i specjalizująca się od lat w warsztatach artystycznych dr Patrycja Wilczek-Sterna, także z Instytutu Sztuk Wizualnych, odpowiedzialna będzie za realizację warsztatu artystycznego podczas wystawy. W programie wezmą udział mają także studenci Instytutu Sztuk Wizualnych, w tym uczestnicy programu Erasmus z Wietnamu. Realizowany w ramach tego programu film także przysłyżyć się ma przyznaniu członkom antyfaszystowskiego ruchu oporu – Stanisławowi Kubickiemu i Hermannowi Stöhrowi – miejsc pamięci.


Lidia Głuchowska, Stanisław Kubicki – In transitu – Poeta tłumaczy sam siebie / Ein Poet übersetzt sich selbst; Wrocław: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu 2015, 480 s. ISBN: 978-83-62290-97-0.

Projekt graficzny: Monika Aleksandrowicz, Przedmowa: Peter Mantis, tłum.: Dorota Cygan, Lidia Głuchowska, Arkadiusz Jurewicz, Michael Zgodzay, red. językowa: Margit Jäkel, Elżbieta Łubowicz

WystawaNie dzieła nasze są ważne, lecz życie”/ „Nicht unsere Werke sind wichtig, sondern das Leben” – Stanisław Kubicki & Hermann Stöhr
Książnica Pomorska, Szczecin – 28.10–25.11.2016
Rathaus Kreuzberg, Berlin – 2.05–23.05.2017

Kier. naukowe i kuratorka: dr Lidia Głuchowska, Kierownik Pracowni Teorii Sztuki, ISW WA UZ, Współpraca kuratorska: dr Janina Wallis, Kierownik Biblioteki Sztuki UZ

Więcej o książce:
Przemysław Strożek, w: Umèni Art 2 LXIV 2016 (Recenze Reviews), s. 303-305.
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/12/10/17526/
http://www.okis.pl/site/wydawnictwaa/n/1/n/1/1942/n.html#!shadowbox/0/

Więcej o projekcie:
http://staedtepartner-stettin.org/language/de/aus-unserer-veranstaltungsreihe/; http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf; http://staedtepartner-stettin.org/language/de/hermann-stohr-und-stanislaw-kubicki/; http://staedtepartner-stettin.org/language/pl/stanislaw-kubicki-i-hermann-stohr/; http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf;15 KUBICKI Stoehr UZ

///

ILUSTRACJE
Okładka książki, projekt graficzny: Monika Aleksandrowicz
Fotografie: Monika Onsowicz

Jutro! Berlin po polsku!

Jutro jutro jutro jutro… Idźcie koniecznie! Ja też będę!

Katarzyna Willmann

Teatr W Afekcie

Jesteśmy polską grupą teatralną działającą w Berlinie już od kilku lat. Pierwszy nasz spektakl pod tytułem „Jestem prawdziwa“ powstał w 2011 roku i grałyśmy go, ze sporym powodzeniem, kilkakrotnie. Po przerwie wznowiłyśmy działalność. Od grudnia 2015 do kwietnia 2016 roku zorganizowałyśmy cykl trzech koncertów poświęconych twórczości Jeremiego Przybory. Pierwszy z nich odbył się w setną rocznicę urodzin artysty.
W październiku natomiast miejsce miała premiera naszego najnowszego spektaklu pod wdzięcznym tytułem „Szuja“.

W planach na ten rok mamy, oprócz dalszego grania najnowszego spektaklu, zorganizowanie koncertu z piosenkami napisanymi przez niedawno zmarłego Wojciecha Młynarskiego oraz równoległą pracę (już rozpoczętą) nad dwoma kolejnymi spektaklami. Rozważamy też tłumaczenie naszych sztuk na język niemiecki i granie z napisami.

Marzymy o tym, by Teatr W Afekcie stał się stałym elementem krajobrazu kulturowego polskiego Berlina.

„Szuja“

Podczas ceremonii pogrzebowej spotykają się trzy obce sobie kobiety. Dzieli je wszystko. Przynajmniej do momentu, w którym wspólnie pochylą głowy nad jedną urną. Atmosfera zgęstnieje, zaiskrzą podejrzenia, błysną oskarżenia, zagrzmią pytania, na które panie odpowiedzą, chcąc, nie chcąc… śpiewająco.

Spektakl „Szuja“ jest muzyczną czarną komedią, naszym autorskim musicalem, w którym we własny scenariusz wplotłyśmy piosenki z repertuaru Kabaretu Starszych Panów. W spektaklu występują trzy aktorki: Agnieszka Winter, Ewelina Jaworska-Bone i Katarzyna Willmann, którym towarzyszy grająca na pianinie, niezwykle utalentowana i charyzmatyczna Ilona Gawlik. „Szuję“ grałyśmy dotąd trzy razy i spektakl spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem berlińskiej Polonii. Za każdym razem kameralna sala Teatru Panda (Kulturbrauerei) wypełniona była niemal po brzegi. Jest to dla nas dowód, że Polakom w Berlinie potrzeba okazji, by się wspólnie pośmiać, porozmawiać, oderwać od zatroskanej codzienności. Mamy wrażenie, że podczas spektakli i koncertów dajemy naszym gościom coś, za czym tęsknią – kawałek Polski. Myśl ta cieszy nas niezwykle i motywuje do dalszej pracy.

Spektakl „Szuja“ zobaczyć będzie można 09 kwietnia 2017 o godz. 19:00.
Gdzie: P.A.N.D.A Theater, małe podwórze w Kulturbrauerei, Knaackstr. 97, 10435 Berlin
Bilety: 10€ do kupienia na miejscu bezpośrednio przed spektaklem.
FB: https://www.facebook.com/events/1760408420954591/

Po co i dlaczego?

Czasami, jadąc na próbę późnym wieczorem, po ciężkim dniu pracy i opieki nad dziećmi pytam siebie: po co mi to? O ile przyjemniej byłoby zasiąść z książką i herbatą w wygodnym fotelu? Albo, kiedy tuż przed spektaklem uchylam lekko kurtynę i na widok zapełniającej się sali paraliżuje mnie strach. Czy nie łatwiej byłoby usiąść po tej drugiej stronie? Jednak kiedy nadchodzi ten moment, kiedy stoję na scenie, wtedy wiem, że było warto, że jestem dokładnie tu, gdzie być chciałam.

Trudno jest wytłumaczyć komuś własną pasję. Jedni to czują, inni nie. Tak po prostu. Jedni wolą szachy, inni boks. Jedni wolą się pocić na siłowni, inni w świetle reflektorów. Ja na scenie, tkwiąc w niewygodnym kostiumie i w postaci (niekoniecznie sympatycznej), z misją wygrania roli do końca, choćby nie wiem co, paradoksalnie czuję się wolna. Teatr otwiera mnie na innych, rozwija, stawia przed wyzwaniem i daje siłę oraz wiarę we własne możliwości. Niesamowita jest ta energia, którą, mimo zmęczenia, odczuwamy po spektaklu. I nie liczy się nawet to, czy ktoś zapomniał tekstu, pomylił kroki czy nawet zafałszował. Liczy się fakt, że udało nam się zgromadzić grupę ludzi i zjednoczyć ją, choć na tą magiczną chwilę, poprzez wspólny śmiech, zabawę, a także, mamy nadzieję, refleksję.

Teatr W Afekcie zrodził się z naszych marzeń, tęsknot i pragnień. To dzięki niemu się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy. Będziemy szczęśliwe, jeśli zechcą Państwo przychodzić na nasze spektakle. Serdecznie zapraszamy!

Nasz profil na FB: www.facebook.com/teatrwafekcie

Plakat Agnieszka Winter
Zdjęcia Cyprian Walkowicz

Na zdjęciach
przy pianinie Ilona Gawlik
w berecie Agnieszka Winter
z różową przepaską Ewelina Jaworska-Bone
z boa Katarzyna Willmann

Piątek, fabryka, wiersze, muzyka

21 czerwca odbywa się na całym świecie Fete de la musique, słynny festiwal bezpłatnej muzyki, której słuchać można wszędzie. Od 21 lat odbywa się też w Berlinie. Od jakiegoś czasu Christine Ziegler z Regenbogenfabrik i ja zabiegamy o to, by główni organizatorzy tej imprezy (gremium szacowne i surowe) pozwolili Fabryce na zorganizowanie w tym roku koncertu na fabrycznym podwórku.

To podwórko jest słynne i ma, jak cała fabryka, piękną historię. W fabryce kiedyś produkowano środki chemiczne, a potem stała pusta, dopóki 35 lat temu nie zasiedlili jej berlińscy squaterzy. Podwórko przez kilkadziesiąt lat podlewane wodą po myciu kotłów fabrycznych wyglądało jak popękana betonowa pustynia, mimo iż nie był to beton tylko coś, co kiedyś było glebą. Nic tu więc nie rosło, a squaterzy przez kilka lat wymieniali ziemię i sadzili drzewa.

Potem z kolei na środku podwórka pojawiła się i trwała właściwie “zawsze” przeogromna i przegłęboka kałuża, a podwórkowe życie – pogawędki dorosłych, zabawy dzieci, flirty młodzieńcze – toczyło się wokół niej.

Dziś na klepisku bujnie krzewi się zieleń i kwitną kwiaty, w miejscu kałuży jest piaskownica, a z podwórka wchodzi się do różnych części Fabryki Tęczowej czyli Domu Sąsiedzkiego: pracowni artystycznej, recepcji hotelowej, kina, warsztatu rowerowego, stolarni, hostelu, stołówki i pomieszczeń seminaryjnych. Pod jedną ze ścian stoi ustawiona wspólnymi siłami polsko-bułgarsko-niemieckimi biblioteka dla każdego (outdoor library).

Jednoosobowa komisja właśnie wyszła i wydała zgodę. Zapraszamy więc 21 czerwca na Fete de la musique i występy szczecińskiego zespołu Sklep z ptasimi piórami. Panie i Panowie…

Marek Maj i Ryszard Leoszewski!


Sklep z ptasimi piórami

Pierwszy koncert Sklepu z Ptasimi Piórami zapowiadał odręcznie wymalowany plakat w nakładzie jednego egzemplarza. Dedykowany był koleżankom z Nauczania Początkowego WSP w Szczecinie i odbył sie 8 marca 1978 roku w klubie uczelnianym Atut. Wobec ogromnego zainteresowania miesiąc później zespół wystąpił po raz drugi, a potem… zaczęły sie wyjazdy na festiwale: do Świnoujścia na Famę, do Szklarskiej Poręby i Krakowa na kultowy Studencki Festiwal Piosenki, gdzie był kilkakrotnie wyróżniany. Dziś zespół dawno już przekroczył granice kultury studenckiej, stając się wizytówka kulturalna Szczecina.

Największym wydarzeniem artystycznym dla Sklepu z Ptasimi Piórami był bez wątpienia koncert z fenomenalnym wokalistą jazzowym – Bobbym McFerrinem w 2005 roku w Szczecinie.

Dyskografia

Ryszard Leoszewski

Lider zespołu Sklep z ptasimi piórami jest autorem projektów muzyczno poetyckich jak “Ballady grudniowe” (anonimowa poezja ze strajku stoczniowców w roku 1970 w Szczecinie), „Ulica Mandelsztama” (piosenki skomponowane w stanie wojennym do kultowego spektaklu Teatru Kana „Księga o życiu Osipa Mandelsztama”) czy “Leoszewski Majem” (piosenki krytyczno-społeczne do wierszy Marka Maja).

Z wykształcenia jest pedagogiem, z zamiłowania kompozytorem, piosenkarzem, autorem tekstów, twórcą audycji radiowych i telewizyjnych. Już w szkole średniej związał się z teatrem. Był jednym z pierwszych aktorów Teatru Kana, gdzie w 1982 r. skomponował muzykę do spektaklu “Księga o Życiu, Śmierci i Twórczości Osipa Mandelsztama”. W 1978 roku założył zespół Sklep z Ptasimi Piórami, który do dziś należy do czołówki swojego gatunku. Na płycie “Gitarą i piórem”, wydanej w 2001 r. przez Program III Polskiego Radia, znalazła się jego  pieśń “Ochroń nas Boże” do tekstu Leszka Aleksandra Moczulskiego. W 1987 r. założyłem dziecięcą grupę artystyczną ARFIK. W 2002 roku otrzymał Nagrodę Artystyczną Miasta Szczecina, w 2004 r. został Ambasadorem Szczecina, a w 2012 roku otrzymał “Medal Zasłużony Kulturze GLORIA ARTIS”.

Marek Maj

Urodził się w 1962 roku w Szczecinie. Jest poetą i reżyserem sztuk teatralnych i spektakli poetyckich, laureatem Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Malowanie słowem (1999) oraz Konkursu Literackiego O Bursztynowe Pióro (2003).

Wydał tom poetycki Obrzeża i skraje, jest autorem wierszy śpiewanych przez Ryszarda Leoszewskiego w programie Wiem jak nie jest czyli Leoszewski Majem. Pisze tradycyjną poezję, często z rymami.

Sam ze sobą poszymborzę,
Poszymborzę, pomiłoszę,
Groch zapachnie mi, jak groszek.
Osobiście potuwimię,
Ulechonię swoje imię,
Przypadkowo pobarańczę,
Poleśmianię i zatańczę,
Przeherbercę jakiś cytat.

Regenbogenfabrik czyli Fabryka Tęczowa

– Współpraca z polskimi instytucjami jest bardzo ciężka. Alternatywna kultura, którą ja nazywam odjazdową, ich nie interesuje. Oni wolą żeby przyjechał sobie pianista i grał Chopina. To co my robimy uważają za wulgarne i ohydne, dla nich to nie jest polska kultura –  twierdzi Jakub Paczkowski z berlińskiej Grupy Artystycznej “Karton”.

“Karton” to tylko jeden w wielu elementów Centrum Sąsiedztwa “Tęczowa Fabryka” działającego w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. W jednej z niepozornych bram, kryje się instytucja realizująca na swój sposób międzykulturowe poznanie. W tej części Berlina mieszkają głównie obcokrajowcy. Ludzie uważani często za obywateli drugiej kategorii stworzyli tu własny instytut kultury – tyle, że alternatywnej. Najpierw byli tzw. squotersi, którzy na początku lat 80 nielegalnie zajęli opuszczony budynek z przylegającym do niego tartakiem. Uregulowali status prawny nieruchomości i wyremontowali pomieszczenia. Poźniej pojawił się pomysł wspólnego działania.

– Centrum to tylko “parasol”, pod którym realizujemy różne projekty. Działamy na rzecz kultury i dobrego sąsiedztwa – tłumaczy Aloyz Ebner z “Tęczowej Fabryki”. W ramach tego niecodziennego zakładu funkcjonuje m.in. przedszkole, świetlica dla dzieci, kawiarnia, kantyna, schronisko turystyczne, stolarnia i warsztat rowerowy. Kilka lat temu, na gruncie partnerstwa pomiędzy Szczecinem a Kreuzbergiem powstała też polsko-niemiecka inicjatywa – Deutsch-Polnische Bewegung.

– Nie obyło się bez protestów. W prasie szczecińskiej pojawiły się nawet teksty, że w Kreuzbergu mieszkają same żule i dlaczego porządny Szczecin ma z takim miejscem współpracować – komentuje w swoim stylu Jakub.

To stary tekst, ale nadal aktualny. Więcej TU.

Fete de la musique

Frauenblick 13

Monika Wrzosek-Müller

Hier bin ich, Jonathan Safran Foer
Kiepenheuer&Witsch, 2016 1. Auflage

Schon wieder ein dickes Buch, kann man bei 683 Seiten wohl sagen; die Bücher werden immer dicker (Paul Auster „4321“, 1259 S., Nino Haratischwili, Das achte Leben (Für Brilka), 1275 S. Christoph Hein Glückskind mit Vater, 526 S. etc…). Liegt das am immer leichteren Zugang zu all den Informationen oder an dem Profitfaktor, der sich doch irgendwie pro Seite errechnen lässt: dicke Bücher sind auch teurer…
Aber vielleicht haben die Autoren auch so viel zu sagen und wir dann so viel zu lesen.
Jonathan Safran Foer hat auf jeden Fall immer viel und witzig zu sagen und zu erzählen. Sein erstes Buch, das er mit 23 Jahren schrieb „Alles ist erleuchtet“ wurde von der Kritik und den Lesern enthusiastisch aufgenommen. Darin begab er (der Held) sich auf die Suche nach einer Frau in der Ukraine, die mehreren Mitgliedern seiner Familie das Überleben während der Nazizeit ermöglicht hatte. Das Buch las sich wie man die Bilder von Chagall betrachtet, in all dem Grauen märchenhaft und poetisch; der Text verzauberte und zeigte, dass es unmöglich ist, sich der damaligen Wahrheit wirklich zu nähern, man kann sie vielleicht nur erspüren lernen. Das Buch war witzig, ironisch, heiter und schilderte, warum die dritte Generation der jüdischen Überlebenden immer wieder mit der Vergangenheit ringt und sie für sich aufzuklären, sich ihr zu nähern versucht. Es hatte auf jeden Fall etwas mit Foers eigner Biografie zu tun.
Sein neuester Roman, nach einer längeren Pause entstanden, steht wieder mitten in seinem eigenen Leben. Die Geschichte eines jüdischen Paars in Washington D.C., das sich, angetrieben von seiner Individualität, auseinanderlebt und letztlich auch trennt, erinnert sehr an seine eigene. Doch das eigentliche Thema des Buches ist das Jüdisch-Sein in Amerika und in Israel, sich dazu bekennen, stolz sein, die Traditionen zu leben und an die Kinder weiter zu geben. Auch wenn die Kinder sich gegen die Bar Mizwa wehren, ist für alle selbstverständlich, dass sie diese durchlaufen müssen, um in das Erwachsenenalter aufgenommen zu werden. Das Jüdisch-Sein nimmt ganz viel Platz in dem Buch ein, ohne dass das viel mit Religion zu tun hätte. Es ist einfach die Art, wie man lebt, was wichtig ist, wo man isst, was man unternimmt, wie man diskutiert und redet. Vielleicht ist Jüdisch-Sein eine Bereicherung, vielleicht aber erdrückt es einen.
Es gibt eine Ebene im Roman, die das alles verbindet: die Sprache, es geht um den Gebrauch der Sprache und folglich um die Kommunikation: Dialoge und Reden, auch Beschreibungen der Zustände. Sie erinnern mich an die Filme von Woody Allen, wo immer und lange geredet wird, jeder um eine eigene Pointe bemüht und nicht müde werdend, sie auch zur Geltung zu bringen. Auch hier haben wir den Eindruck, jedes Mitglied der Familie ist eigentlich ein Virtuose der Sprache, sogar der jüngste Sohn Benjy (wohlgemerkt 4 Jahre alt) kann seine Unsicherheit und alle möglichen emotionalen Zustände erstaunlich treffend zum Ausdruck bringen. Durch die Sprache leben sie alle, bewältigen ihre anwachsende Katastrophe in einer sich zerstörenden Welt, die Kommunikation darüber und das auf den Punkt bringen, rettet manchmal das Leben, verhindert das Scheitern. Es steckt darin viel, vielleicht auch unbewusste Weisheit, denn ein Roman, ein Schriftsteller leben sowieso von der Sprache, vom geschriebenen Wort. Doch so wie Foer sie einsetzt, bekommt sie eigenen Wert, die Dialoge sind manchmal Schlachten, manchmal dienen sie der Entspannung, um der Krise zu entkommen.
Jacob ging auf die Knie und nahm Benjys Hände.
„Schlecht geträumt, Kumpel?
„Sterben ist okay“, sagte Benjy.
„Was?“
„Sterben ist okay.“
„Ja, findest du?“
„Wenn alle anderen mit mir sterben, finde ich das Sterben okay. Ich habe nur Angst, wenn die anderen nicht mit mir sterben.“
„Hattest du einen Alptraum?“
„Nein. Ihr habt euch gestritten.“
„Wir haben uns nicht gestritten. Wir…“
„Ich habe gehört, wie Glas kaputtgegangen ist.“
„Wir haben gestritten“, sagte Julia. “Menschen haben Gefühle, manchmal sehr schwierige. Aber jetzt ist alles wieder gut. Geh zu Bett.“[…]
Jacob deckte Benjy zu und strich ihm über das Haar.
„Dad?“
„Ja?“
„Du hast recht damit, dass es wahrscheinlich keinen Himmel gibt.“
„Das habe ich nicht gesagt. Ich habe nur gesagt, dass man das nicht wissen kann und es deshalb nicht sehr klug ist, sein Leben darauf auszurichten.“
„Ja, genau damit hast du recht.“
Wenn er selbst auf Trost verzichtete, konnte er sich das verzeihen, aber warum sollte er ihn auch allen anderen vorenthalten? Warum sollte sich ein Kindergarten-Kind nicht in einer gerechten, schönen und unwirklichen Welt glücklich und geborgen fühlen?
„Und worauf sollen wir unser Leben ausrichten?“, fragte Benjy.
„Die Familie?“
„Ja, finde ich auch.“
„Gute Nacht, Kumpel.“
Jacob ging zur Tür, entfernte sich aber nicht.
Nach einigen langen Momenten der Stille rief Benjy: “Dad? Ich brauche dich!“
„Ich bin hier.“
„Eichhörnchen haben buschige Schwänze, warum?“
„Um das Gleichgewicht zu halten? Um sich zu wärmen? Zeit zu schlafen.“
„Wir googeln das morgen früh.“
„Gut. Aber schlaf jetzt.“
„Dad?“
„Ja. Hier.“
„Gibt es Fossilien von Fossilien, wenn die Welt lange genug existiert?“
„Oh, Benjy. Gute Frage. Wir reden morgen darüber.“
„Ja, ich brauche meinen Schlaf.“
„Genau.“
„Dad?“
Jacob begann die Geduld zu verlieren: “Benjy.“
„Dad?“
„Ich bin da.“
Wir erleben die Familie in einer Situation, die einer Katharsis ähnelt; die innere Spannung und Unzufriedenheit spitzt sich immer weiter zu, bis die Eltern auseinandergehen, sich trennen; und die äußere Situation in Israel wird durch ein fiktives Erdbeben und den Angriff islamischer Staaten nochmal zugespitzt. Diese Zuspitzung empfinde ich als befremdlich, denn das Leben in Israel fühlt sich sowieso für einen Europäer an wie auf dem Vulkan. Im Roman geht es darum, wenn ich richtig verstanden habe, eine Zuspitzung zu schaffen, um sich zum Judentum bewusst bekennen zu müssen, endgültig sich zu erklären und festzustellen, wieviel Raum doch diese andere Heimat im eigenen Leben einnimmt. Man stellt mit Erstaunen fest, dass dieses Israel und Jüdisch-Sein ganz viel Platz im Leben vieler amerikanischen Juden einnimmt.
„Was bedeutete ihm Israel? Was die Israelis? Sie waren seine aggressiveren, unangenehmeren, verrückten, haarigeren, muskulöseren Brüder… da drüben. Sie waren grotesk, aber sie waren die Seinen. Sie waren tapfer, schöner, schweinischer und wahrhafter, weniger gehemmt, draufgängerischer, mehr sie selbst. Drüben. Dort waren die Leute so. Und sie waren die seinen.
Nach der Beinah-Zerstörung waren sie immer noch dort drüben, aber sie waren nicht mehr die Seinen.
Jacob hatte sich bemüht, jede Maßnahme Israels vernünftig zu begründen – zu verteidigen oder wenigstens zu entschuldigen. Und er hatte jedes Mal geglaubt, was er sagte. […] War es richtig, Menschen in der gleichen Notlage eine medizinische Versorgung vorzuenthalten? Ja, denn es gewährleistete die Versorgung der eigenen Bürger, die sich im Gegensatz zu den arabischen Nachbarn an niemand anderen wenden könnten. […] Und dennoch führten all diese gerechtfertigten oder wenigstens entschuldbaren Maßnahmen dazu, dass Israel dringend benötigte Hilfsmittel zurückhielt, das heikelste muslimische Territorium auf Erden eroberte und Müttern von Kindern, die nicht zwangsläufig hätten sterben müssen, zwang, an geschlossene Krankenhaustüren zu hämmern. Vielleicht gab es keine andere Möglichkeit, doch es hätte eine geben müssen.“
Nachdem der Präsident von Israel nach dem Erdbeben und dem Angriff alle Juden in der ganzen Welt aufruft, die Heimat zu verteidigen, kehren viele aus der Diaspora zurück. Interessant ist nur, dass der Hauptheld, der Vater Jacob, gegen alle erklärten Absichten doch nicht nach Israel zurückkehrt, um zu kämpfen; offenbar sieht er ein, dass er vor Ort zu nichts nütze gewesen wäre, aber auch, dass man auch Zweifel an Israels guter Sache haben konnte.
Der Titel „Hier bin ich“ hebräisch hineni steht für den Autor; es geht um die Klärung wofür man steht oder besser für wen man steht, bedingungslos und immer bereit, aufrichtig und präsent. Diese Frage prägt unsere Identität besonders in der jetzigen Welt mit all ihrem Freiheitsdrang, auch wenn sie oft nicht mehr religiös bedingt ist.

Slaska contra Murphy

Introdukcja

Kartka znaleziona w komputerze. Na Rodos byłam ostatni raz zimą 2003 roku. Od tego czasu poniższa notatka tkwiła gdzieś w otchłaniach komputera i co najmniej dwa razy przenosiła się z jednego peceta do następnego. Znalazłam ją kilka dni temu, szukając zupełnie innego tekstu, którego nie znalazłam…

Konotacja. Prawdy przywiezione z Rodos:

Żeby zdobyć miłość trzeba walić pięściami (Mavis Cheek)
Miłość wyrasta na żyznej glebie przebaczenia (Wally Lamb)
Mieszańce to najlepsze psy (Wally Lamb)
Wieczny obieg rzeczy jest dowodem na istnienie Boga (Wally Lamb)
Życzenia do losu trzeba formułować z zabójczą precyzją (Ewa Maria Slaska)
Trzeba chcieć! (Ewa Maria Slaska)
Pryszcze wprawdzie wyskakują na godzinę przed randką, ale to jeszcze nie znaczy, że muszą ją spaprać (Ewa Maria Slaska)
Jedz dużo ryżu (tantra totemiczna)
Świat jest tak skomplikowany, że wszystko może być znakiem (Michał Krenz)
Palenie zabija (wiadomo)

Eksplikacja. Jeśli coś może się udać, to się uda!!!! (Ewa Maria Slaska contra Murphy)

Dedykacja

Wpis dedykuję Krzysztofowi Pukańskiemu, z którym się tamtego roku poznaliśmy i który dał mi do czytania Prawo Murphiego. Nota bene, podobno Murphy naprawdę wcale nie istnieje. Autorem książki Prawo Murphiego jest Arthur Bloch.

Mavis Check to angielska pisarka, autorka popularnych powieści obyczajowych, które znalazłam w nieporządnej bibliotece Centrum Pisarzy i Tłumaczy. Składa się ona z naszych książek, jakie my, pisarze i tłumacze, zostawiamy tam w prezencie (oraz nadziei, że ktoś nas “odkryje”) oraz książek, które przywieźliśmy ze sobą i nie były warte, żeby zabierać je z powrotem. Nie wiem jednak, do której kategorii należą powieści Mrs Check.  Było ich tam kilka i nie pamiętam tytułu tej, którą przeczytałam, aczkolwiek zupełnie dobrze pamiętam jej treść.

Z kolei wszystkie trzy cytaty z Wally Lamba pochodzą z jego powieści I Know This Much Is True i są właściwie jednym zdaniem. Początkowo pomyślałam, że przecież w ogóle nie pamiętam tej powieści, i już na pewno nie wiem, dlaczego zapisałam sobie te trzy prawdy. I chyba przetłumaczyłam je wówczas źle na polski, bo naprawdę cytowane zdanie brzmi: Love grows from the rich foam of forgiveness, mongrels make good dogs, and the evidence of God exists in the roundness of things. Ale nagle mnie olśniło. Doskonale pamiętam tę książkę, choć nie pamiętałam ani autora ani tytułu.  Jest to jedna z najlepszych powieści amerykańskich, jakie czytałam, i od lat bezskutecznie usiłowałam ją odnaleźć. Oooo Happy daaay! Koniecznie ją przeczytajcie. Po polsku ma tytuł To wiem na pewno (tłumaczyła Zdzisława Lewikowa, Świat Książki, 2001). Roundness of things to kolistość, a nie obieg rzeczy. Znalazłam te trzy zdania w książkowym tłumaczeniu i brzmią jednak inacze niż moja wersja: miłość czerpie soki z żyznej gleby przebaczenia, kundle to dobre psy i dowodem na istnienie Boga jest prostota rzeczy.

Michała Krenza nie było ze mną na Rodos, ale widocznie musiał mi powiedzieć mądre zdanie o znakach, zanim pojechałam na samotny zimowy urlop na wyspę, na którą wszyscy jeżdżą latem, a ja je zapamiętałam i przywiozłam z wyspy już jako swoją prawdę.

Dla tantrycznej totemicznej prawdy o ryżu nie mam żadnego wyjaśnienia. Nigdy nie uprawiałam tantry i nie wiedziałam, że tantra może być totemiczna. Gdy teraz szukam w internecie, znajduję tę Tantra Totem – zestaw typowych porad na dobre życie, nieudolnie przetłumaczonych z angielskiego na niechlujny polski. Porada 9 brzmi: jedz dużo ryżu i pomagaj innym. Dlaczego u mnie jest więc tylko ryż…? Może mnie to rozśmieszyło? Czy ja wiem, co wtedy myślałam i jak wtedy było?

Wiem. Była zima, wiały ogromne zimne wichry, ale kwitło mnóstwo kwiatów, a u górali w małych odległych wioskach można było kupić bimber owocowy. Kupiłam flaszkę dla Krzysztofa, który jest góralem, w zamian za zainstalowanie w mym życiu prawa Murphiego. I to jest na pewno i kolistość rzeczy, i wieczny ich obieg, i prostota.

Barataria 7 (i tak do końca roku) Karnawałowy Król

Dziś ostatni poniedziałek karnawału, zwany w Niemczech Rosenmontag – Różany poniedziałek, dziś  zaczyna się zabawa, którą zakończy skruszone posypywanie głowy popiołem w Środę Popielcową. Opowiem Wam więc o karnawałowym królu.

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569) Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
The Yorck Project: 10.000 Meisterwerke der Malerei (domena publiczna)

Ewa Maria Slaska

Karnawałowy król czyli Sancho Pansa w Baratarii

Karnawałowy król, król na rok, na miesiąc, na dziesięć dni, na jedną noc… A król, bo według Jadwigi Żylińskiej, największej polskiej znawczyni matriarchatu, to mężowie władczyń neolitycznych byli pierwszymi ofiarami. Ginęli, gdy spłodzili dziecko i  gdy się ono urodziło. Czyli po roku. Jest takie piękne opowiadanie  Żylińskiej o Ur, Mieście Królewskiej Pszczoły, w którym królowa proponuje mężowi, że go oszczędzi, a zabije się w ofierze karnawałowego króla. On się nie zgadza, będzie ostatnim księciem-małżonkiem, który zginie tańcząc na cześć życia i miłości. Piękne opowiadanie, świetna pisarka, może najlepsza… Nie ja jedna tak uważam, Grażyna Plebanek w Córkach rozbójniczki (wyd. WAB 2010) też się do niej odwołuje (Najchętniej stworzyłabym kult Żylińskiej).

Siła systemów religijnych polega na tym, że zagospodarowują potrzeby duchowe i oferują sferę sacrum, mamiąc decorum. Książki docierają do nas nie dzięki perswazji, ale sztuce. Opowieść Żylińskiej, poetycka, pełna niezwykłego piękna, poruszyła we mnie uczucia, które mogła zagospodarować religia. (…)
Moc kobiety. Świat, którym opiekuje się Wielka Bogini, a z kręgu jej kapłanek wyłania się Królową, która co roku bierze nowego męża, zwycięzcę Wielkich Igrzysk. Spośród jej dzieci wybiera się następczynię (musiała być najlepsza). Świętego Króla (co roku innego) kapłanki składają w ofierze, jego krwią skraplają pola, by rodziły. Odejście króla nie jest końcem, a przejściem do innego świata, powrotem na łono Matki, Wielkiej Bogini. Z czasem zamiast króla zaczęto składać jego zastępcę, potem świętego byka. Walki hiszpańskich torreadorów to echo ostatniego tańca Świętego Króla pod postacią byka.

Jadwiga Żylińska nadaje mitycznym bohaterkom imiona (…). Jedną z królowych nazywa Kuropatwą – to ta, która przeciwstawiła się zwyczajowi zabijania Świętego Króla. Miała przeciw sobie starszyznę kapłanek, które zaczęły opowiadać poddanym, ze zasiewy nie wzeszły, bo zabrakło świeżej krwi Świętego Króla. Kuropatwa w dniu uroczystości kazała przyprowadzić skazańca matkobójcę i to jego złożyła w ofierze zamiast Świętego Króla. W następnym roku zamiast skazańca kazała ofiarować Wielkiej Bogini białego byka. Kuropatwa była artystką, namalowała nowy rytuał na ścianie najstarszej części Miasta-Ula. ,,Stworzyłaś coś nowego, coś, czego nikt przed tobą nie odważył się dostrzec ani namalować” – pochwaliła ją poprzednia Królowa.

Składanie Świętego Króla w ofierze a dzielenie się ciałem Jezusa (…), umieranie i odradzanie się, postać kobieca, choć w wersji wykastrowanej z mocy, czyli zredukowana do roli matki (…) religie pożyczają od siebie (…). Robert Graves pisze w Białej Bogini: „pogańskie święta (…) schrystianizowano, lekko retuszując rytuał”.

Tak się kończy matriarchat. Powoli. Książę małżonek zachowuje życie, najpierw  towarzyszy żonie-władczyni, potem z nią współrządzi, potem… ach przecież wszystkie wiemy, jak będzie potem. Zresztą tu nie o tym, tu o karnawałowym królu, który włada przez jeden dzień, albo przez dziesięć dni a potem zginie lub inaczej zostanie ukarany za to, że był królem.

A jednak mimo że kultura matriarchatu odeszła w niepamięć, karnawałowy król-ofiara pojawia się ciągle, również w czasach współczesnych, np w pięknej książce Toma Robbinsa, Perfumy w rytmie jiteburga, o ludziach szukających idealnych perfum i nieśmiertelności. Książka kończy się w dniu Mardi Gras, czyli w karnawałowy wtorek w Nowym Orleanie (tak jest, w Nowym Orleanie, a tam przecież, w zatoce o tej samej nazwie leży nasza wyspa Barataria).

Jutro zaczyna się post, dziś wciąż jeszcze szaleństwo zabawy, a bohaterowie spotykają się z Panem, ostatnim bogiem żyjącym wśród ludzi. To zresztą drugi karnawał w powieści, pierwszy nie jest jeszcze wcale zabawny. Bohaterem powieści jest żyjący wiecznie, a w każdym razie długowiecznie, germański (a może słowiański) król Alobar, jasnowłosy król jasnowłosego plemienia o niebieskich oczach. Rzecz, przynajmniej na początku, dzieje się w Czechach. In those days the Earth was still flat, and people dreamed often of falling over edges.

Alobar dwukrotnie unika śmierci. Raz, gdy w owych pogańskich Czechach pierwsza żona pomaga mu uciec przed rytualnym mordem na królu, który się zaczyna starzeć. (…) Following a full day of chanting, singing, and frenzied dancing by painted figures in animal suits, the execution took place at twilight. Alobar przeżył, ale oczywiście nie był już królem.

Druga śmierć nadeszła wkrótce potem, kiedy Alobar mieszkał już jako chłop w wiosce chrześcijańskiej.

The traditional winter festival, which among Alobar’s folk as well as many other Europeans was celebrated during the twelve days that separated the end of the lunar year (353 days long) from the end of the longer solar year (365 days), and whose purpose it was to equalize the two different celestial years, had been appropriated by the Christians and transformed into a religious holiday called “Christmas.” As far as Alobar could determine, Christmas was the same winter festival of yore, except that the profound emotionalism annually precipitated by moon/sun influences, the priest here attributed to the natal anniversary of “Christ,” a Semitic man-god whose exact relationship to the One God, Alobar could never quite get straight.

Podczas wioskowych obrzędów Alobar dostał fasolkę w zapiekance, co oznaczało wybór na karnałowego króla.

a huge roar went up in the lodge. “The bean! The bean! The bean! The bean!” they cried, men and women together, and the villagers advanced on him, slapping his back, mussing his hair, hugging him, and squeezing his private parts. A wooden chair, a rickety imitation of a throne, was fetched and placed beneath a rack of antlers recently nailed to the wall. Alobar was led to the throne and made to sit on it, whereupon, amidst a deafening cacophony of whoops and hollers, belly laughs and sniggers, purposeful belches and equally intentional farts, a lopsided crown of mistletoe was laid atop his head. (…) “Viva Fabarum Rex!” he seemed to hear them shout, as if through curtains of snow and cake. “Viva Fabarum Rex! Long live the King of the Bean!”

Takie wybory karnawałowego króla poprzez migdały, fasolki i pieniążki w świątecznym cieście, uprawia się do dziś, że przypomnę chociażby rozdział z Dzieci z Bullerbyn i mojego własnego  greckiego Sylwestra. Oczywiście współczesne wybory karnawałowego króla już dawno nie kończy się krwawo. Ale jeszcze w powieści Shirley Jackson Loteria to losowanie… No cóż, sami przeczytajcie. Za czasów Alobara wyglądało to tak:

According to custom, the King of the Bean had absolute license. For twelve days following his chance selection, he reigned supreme, ordering his fellows about and indulging his passions. He was allowed to wallow in every pleasure, however sinful. No door nor bed was barred to him. At any hour, he might enter another’s house to eat and drink his fill. If he wanted a neighbor’s wife, she was his; likewise any daughter. Obscene behavior, such as urinating on the altar of the church, not only was permitted, it was encouraged. Wherever he went, whatever he did, the Bean King was attended by a rowdy entourage, adjusting his mock crown (so that it always set askew), pulling at his mock robes (so that they revealed his buttocks), plying him with song and cider, cheering him, jeering him, egging him on. (…)

Then the peasants explained to him the rest of the custom. At the end of his twelve-day rule, on the Day of the Epiphany, the usual restraints of law and morality were abruptly restored. Still wearing his crooked crown, the King of the Bean was led to a certain meadow outside the village, where his throat was cut.

Po zakończeniu Saturnaliów fasolowego króla czeka śmierć. Alobarowi uda się uciec, przedtem jednak oceni swoje dotyczczasowe życie, jako bezsensowną konfrontację ze śmiercią z najbłahszych powodów na świecie, raz z powodu siwego włosa, raz przez fasolkę. First a  hair and than a bean!

Gdy minie dziesięć wieków, takim karnawałowym królem zostanie Sancho Pansa jako gubernator Baratarii. Ale to już nie będzie obrząd ku czci bóstw płodności, lecz tylko żart. Taka jest bowiem kolej rzeczy, że sacrum traci moc, staje się legendą, żartem, dziecinną zabawą. Karnawał to tylko zabawa, karnawałowy król rządzi, bo tak sobie dla żartu życzą Książe i Księżna. Oboje przecież przez całą drugą część powieści zabawiają się kosztem głupca rycerza i jego błazeńskiego giermka. Ale dzięki temu nikt też już naszego błazenka nie będzie próbował zabić.

***

Alobar był królem, który na wygnaniu został chłopem, podobnie jak biblijny król Salomon, Sancho Pansa, był chłopem, który został władcą. Karnawałowi władcy muszę przejść i takie rytuały. Ale o tym opowiem za tydzień. Miłej zabawy jutro, czy będzie to wielkopolski podkoziołek czy gdański śledzik, czy wreszcie niemiecki Fasching – dzień przebierańców.

Kartka znaleziona na ulicy czyli sami Żydzi

Ewa Maria Slaska

Wiosenny dzień w Berlinie

Już tu pisałam o kartkach książek znalezionych na ulicy. Były strony niemieckiej powieści o młodym homoseksualiście polskim w czasie wojny – Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka, była kartka z Miasta za rzeką (Die Stadt hinter dem Strom) Hermanna Kassacka, powieści, która przeczuła wojnę, a teraz jest to kartka z Andorry Maxa Frischa.

 

 

 

 

 

 

 

X
Ciekawe, że wszystkie trzy książki dotyczą wojny i wszystkie są zapisem niemieckich doświadczeń wojennych, nawet jeśli ich bohaterami są Andorrczycy czy Polak. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich powieści, które wcale niełatwo było rozpoznać po jednej stroniczce, znalezienie tytułu tym razem okazało się najłatwiejsze pod słońcem. Wpisałam do wyszukiwarki Google’a słowa przeczytane na pogniecionej karteczce: Andorra, Jud i Andri, i natychmiast pojawił się tytuł sztuki teatralnej Frischa. Andorra została po raz pierwszy wystawiona w Zurychu w roku 1961. Akcja toczy się w nieistniejącym kraju, który nie ma nic wspólnego z realnym państwem w Pirenejach. Krytycy uważają, że literacka Andorra Frischa to Szwajcaria lub, ewentualnie, Niemcy.  Jej głównym tematem jest antysemityzm w hitlerowskich Niemczech. Andri, uważany za Żyda, mimo że w istocie nim nie jest, nieustannie doświadcza krytyki za swoje pochodzenie, również na tych dwóch stroniczkach, które dziś znalazłam na ulicy i przeczytałam w metrze.  Ale dopiero z Wikipedii dowiem się, że chłopak, im bardziej się go prześladuje, tym bardziej obstaje przy swoim żydostwie i że zostanie zabity za to, że jest Żydem.

dwiestrandora

Z informacji w Google’u wynika, że sztuka nie została przetłumaczona na polski, co trochę zaskakuje, bo zalicza się ją do najważniejszych powojennych sztuk teatralnych w krajach niemieckojęzycznych.

***

Kartkę z Andorry znalazłam na ulicy w minioną środę i była to nadzwyczaj “żydowska” środa. Najpierw przez całe przedpołudnie borykałam się z korektą książki, sagi polsko-żydowskiej, po czym wyszłam z domu, znalazłam kartkę, poszłam do kawiarni Katulki, gdzie wybrałam sobie stolik przy półce z książkami. Wśród książek po polsku, niemiecku i włosku (Katulki to polsko-włoska kooperatywa gastronomiczna, ale też coś do jedzenia, choć nie wiem co; na fanpagu kawiarni znalazłam nawet zdanie, że kto nie jadł katulek, nic nie wie o życiu!) leżała sobie ta oto tabliczka:

samizydzi-ulica-szeroka

Jak się uparcie poszuka, to znajdzie się też wyjaśnienie, co to takiego ta katulka? Otóż pieróg.

W Berlinie jest już piękna wiosenna pogoda i Berlinale, “wszyscy” więc wychodzą z domu, spacerują, a potem dzwonią do “wszystkich”, żeby się poumawiać do kina. Dla Polaków najważniejszym filmem tegorocznego Berlinale jest Pokot Agnieszki Holland według scenariusza Olgi Tokarczuk (toż mówię… sami Żydzi dziś, albo ci, co o Żydach piszą), obie pojawiły się na premierze w poniedziałek. Ci, co widzieli film, twierdzą, że świetny, dowcipny i trzymający w napięciu. Dodatkowym argumentem przemawiającym za jego obejrzeniem jest opinia, jaką wydał o nim urzędujący u nas od niedawna pisowski korespondent TVP, niejaki Cezary Gmyz, zwany potocznie “trotylem” (trotyl, no wiecie dlaczego trotyl, prawda?): jest to film, zawyrokował Gmyz,  “głęboko antychrześcijański” i “ekoterrorystyczny”. Czyli koniecznie trzeba iść.

A my tymczasem poszłyśmy z koleżanką na inny film zdecydowanie antychrześcijański – Menashe Joshuy Z Weinsteina, film o Chasydach w Nowym Jorku, ma jeszcze tę dodatkową cechę, że został nakręcony w jidish. Smutny film, o smutnym ciężkim losie, człowieka, który chciałby być wesołym Żydem, takim, co to mu się wszystko udaje, ale jest smutnym nieudacznikiem.

Bardzo to wszystko antychrześcijańskie, na pewno… I w ogóle, ten cały Berlin, sami Żydzi… Tak jak Nowy Jork. Współproducentem filmu była jakaś firma z Wrocławia. Nic nie poradzę, Wrocław też… Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę ten film, który teraz krąży po niemieckich kinach: Wir sind Juden aus Breslau. Mi się ten film niezbyt podobał, wydał mi się bardzo jednostronny, ale w Niemczech zbiera dobre krytyki. Autorzy pokazali 14 sylwetek Żydów z przedwojennego Breslau, wówczas bardzo młodych ludzi lub wręcz dzieci, którzy przeżyli wojnę i uciekli lub wyjechali z Polski, albo jeszcze w czasie wojny albo zaraz po wojnie – niektórzy są w Stanach, wielu w Izraelu, jedna z kobiet osiadła na Lazurowym Wybrzeżu.  Nie ma w filmie ani jednej osoby, która została w Polsce, ani jednego przedwojennego Żyda, który dożyłby w Polsce starości. Pokazani na filmie Żydzi z Wrocławia są “nowi”, nie tylko dlatego, że znaleźli się tu po wojnie, ale po prostu nowi – młodsi, urodzeni wiele lat po wojnie, nic ich nie łączy z tamtymi. Reaktywują kulturę żydowską, co jest w Polsce od dwóch dziesięcioleci bardzo popularne, ale zawsze sobie myślę, gdy widzę takie tendencje i zjawiska w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu, że jest to chwalebna i potrzebna dla zachowania pamięci, ale jednak taka działalność folklorystyczno-muzealnicza. Odbudowuje się synagogi (wrocławską odbudowano nadzwyczaj pięknie), tworzy muzea i dzielnice żydowskie, powstają kawiarnie, restauracje, teatry, mykwy, ale nadal są to dwa odrębne światy i dzieli je przepaść. Nie ma żadnego związku poza słowem Żyd, pomiędzy tamtymi starymi ludźmi, którzy uciekali przed hitlerowcami i nową Polską miłością do Żydów, i nową polską nienawiścią do Żydów. Może tylko strach jest stary.

juden-aus-breslau2

Twórcy filmu, Karin Kaper i Dirk Szuszies, podczas spotkania z publicznością w Kinie Thalia w Poczdamie, luty 2017

 

Barataria ciąg dalszy (2)

Właściwie to chciałam publikować Baratarię co tydzień, ale poprzedni poniedziałek trzeba było oddać koniecznie na inny wpis, więc niestety, tym razem, moi drodzy Czytelnicy, musieliście czekać (aż! aż?) dwa tygodnie. Ale za to informuję, że są już gotowe dwa następne odcinki, a ile ich razem będzie, nikt nie wie…

Ewa Maria Slaska

Tajemnicza kraina Barataria

W poprzednim odcinku ruszyliśmy przez skały i bagna w poszukiwaniu Baratarii. Zaczęliśmy od Cervantesa i zatrzymaliśmy się na dłużej przy powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria. Dziś ciąg dalszy z powieści Lipki, a potem, w poniedziałki kolejne odsłony poszukiwania tego, co tajemnicze, a zarazem tanie, zdradliwe i złudne.

Zanim jednak przejdę do Lipki chciałabym powiedzieć, że właśnie na naszych oczach powstała inna tajemnicza i nieistniejąca kraina czyli San Escobar. Kraj powołany do życia lapsusem językowym ministra Waszczykowskiego (podobno 10 stycznia spotkał się z dyplomatami San Escobar), nabrał życia dzięki inicjatywie internautów, coraz szerzej podchwytywanej i rozbudowywanej. Istnieje już mapa tego kraju, hymn, flaga, stolica, prezydent i jego piękna żona, słynni przedstawiciele, drużyna piłkarska, książki, filmy.

My jednak pójdźmy wszyscy do Pensjonatu Barataria

Przez cały niemal czas powieściowy na bohaterów opowieści spływa z góry wirtuozeryjnie grana na skrzypcach Chaconne Bacha, pisana przez autora jako Szakona, zawsze z wielkiej litery, bez cudzysłowu czy kursywy. Szakona, byt samoistny.

Czytając słuchajmy więc Szakony.

(strona 210, prawie sam koniec książki)

Wiele z naszych spotkań (z nianią Wiktorią, mamką Steina – przyp. EMS) to właściwie monologi w odpowiedzi na jakieś proste pytanie. Dzisiaj rano przyszło mi do głowy, by wrócić do tego, co swego czasu opowiadał na wykładzie lekarz na temat nazwy naszego pensjonatu i wypraw Steina do Zatoki meksykańskiej. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Wiktoria doskonale zna ową historię, a co więcej opowiada ją zupełnie inaczej, niż przedstawił ją doktor Michaeli. Zderzenie tych dwóch opowieści wydało mi się tak fascynujące, jak liczne wersje tej samej legendy (…).

Wszystko miało miejsce pół wieku temu. Stein przedsięwziął pierwszą podróż za ocean z pobudek czysto muzycznych, był młody i zupełnie jeszcze nieznany, ale już zajmował się sprawami, które nie pociągały jeszcze nikogo innego. Wówczas jazz jeszcze nie dotarł do Europy, choć wiele się już o nim mówiło, Stein zafascynowany samym zjawiskiem zapragnął poznać je u źródeł. Kiedy dotarł do Nowego Orleanu, pierwsze co uczynił swoim zwyczajem, to zaczął z zapałem wertować mapę okolicy wyszukując wszystko, co w zasięgu ręki warte obejrzenia. (…)
Błądząc tak palcem po mapie Stein natrafił całkiem przypadkowo na nazwę Barataria umieszczoną w atlasie nieopodal miejsca, gdzie się znajdował i słowo to od razu przykuło jego uwagę. Nazwa ta tym bardziej go zainteresowała, że pewny był, iż już wcześniej gdzieś się z nią spotkał, choć nie umiał sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Barataria – to czarodziejskie imię nie dawało mu spokoju, bezskutecznie przewertował wszystkie dostępne leksykony, odwiedził turystyczne agencje, przerzucał podręczniki geograficzne i słowotwórcze, wypytywał co bardziej wykształconych tubylców. Wreszcie miejscowe towarzystwo eksploracji miejscowych dorzeczy i akwenów udzieliło mu wystarczających wstępnych informacji. Stein dowiedział się, że w położonym u ujścia Missisippi stanie Luizjana rzeka formuje spore jezioro nazwane Barataria, wody tego jeziora znajdują ujście w Zatoce meksykańskiej, a u ich spływu wyrasta wysepka tego samego imienia, na której wzniesiono ufortyfikowany port dla niewielkich statków i okrętów. Stein bardzo zaciekawił ten – jak mu się wydawało – romantyczny opis, postanowił więc to miejsce osobiście spenetrować. Wybrał się do Balize, skąd trzeba było jeszcze ponad sto kilometrów podążać przez dzikie i zarośnięte tereny ze specjalnie wynajętym przewodnikiem. To jednak, co znalazł Stein u ujścia Missisippi, wynagrodziło mu wszelkie trudy z naddatkiem. Wysepka Barataria wywołała w nim tak potężny wstrząs, że wspominał ją odtąd zawsze w najważniejszych momentach życia, twierdząc przy tym, że dzięki tamtemu właśnie obrazowi został naprawdę artystą. Od pierwszego spojrzenia poruszył Steina kontrast krajobrazu ze wszystkim, co pod wpływem dźwięcznej nazwy wymarzył; jeżeli był tam romantyzm, to w najbardziej niesamowitym wydaniu dzikiej i wykutej w kamieniu natury.


Co wyobraźnia potrafi zrobić z rzeczywistością! Bagna Baratarii, które posłużyły autorowi jako materiał do stworzenia skalistego krajobrazu. No ale gdzie w końcu jak nie na trzęsawiskach mógł doznać objawienia artystycznego człowiek nazwany przez autora Pierre Stein, czyli Opoka Kamienna?

Wyspa jest maleńka, lecz odpychająca i nieprzystępna. Surowość pejzażu wydała się Steinowi, obznajomionemu już z podobnymi widokami, nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyludniony, na poły zburzony fort, nieprawdopodobnie ponury, wydawał się naturalnie zrośnięty ze skalnym podłożem, głównym budulcem tego zakątka świata. Spadziste, stromo urwane ściany ostro schodziły do wody, w której kłębiły się chmary ospałych aligatorów. Była to rzeczywistość zatopiona w ciężkim, niezdrowym klimacie, gdzie wszystkie barwy dwuznacznie opalizują, roślinność naskalna pnie się bujna lecz chora, woda stoi gęsta wydzielając kłęby lepkiej pary.

– Wydało mi się – powiadał potem Stein – że to Ziemia Obiecana potępieńcom, jakaś przerażająca Ultima Thule.

(…) Opowiadano, że tam właśnie, na maleńkiej wysepce, zatrzymał się postojem, już u progu swego odkrycia, Hernan Cortes. W tym samym miejscu ponoć krwawo rozprawił się z częścią zbuntowanej załogi, ze skał strącając swych przeciwników w wezbrane odmęty. Wiele później przebywał znowu na tej samej wyspie inny bohater wód tej strony świata, jeszcze bardziej dziki i złowrogi, najokrutniejszy być może z piratów, Nicolas Lafitte. I on także to zapomniane przez Boga miejsce obrał na załatwienie porachunków ze zgrają kamratów. (…)

Stein ponownie wybrał się na Baratarię i długo przyglądał się jej spadzistym skalnym progom. I tam dopiero, jakby wydobywając się z otaczającej czeluści, jakby parując z tyle tajemnic zawierającej toni, dotarła doń symboliczna wiedza zawarta w tej pięknie dźwięczącej nazwie Barataria, kabalistyczna magia ukrytych znaczeń i podtekstów. Przecież hiszpański przymiotnik barato oznacza tani, baratero zaś – złudny (…).

Wielokrotnie potem przyjeżdżał jeszcze na wyspę, godzinami stał bez ruchu na tej kamiennej ziemi i patrzył. Chodził, myślał, patrzył i przeżywał; i znów stał i patrzył. Aż w tym surowym i przerażającym świecie poczuł się u siebie. Wówczas przestał się zajmować sekretem tego miejsca, zdawało mu się, że dostatecznie nasiąkł klimatem Baratarii i tajemnica jej leży przed nim jak na dłoni. Wiedział już wszystko: tutaj właśnie w tym ponurym zakamarku ziemi odrodzono nowożytny Baratron, strącano ludzi ze stromej skały jak z tylnej ściany Akropolu, zrzucano ich za zbrodnię zdrady, zwaną w prawie morskim barateria.

(…)

Podczas jednego z pobytów na wyspie Stein dumał o tym wszystkim właśnie, kiedy zerwała się nawałnica. Cała przyroda wyła i huczała, wichry dęły dźwiękami trąb jerychońskich, muzyka żywiołu zagrała najpotężniejszymi burzami, jakie kiedykolwiek geniusz – wedle słów Steina – napisał na symfoniczne orkiestry, wydawało się, że to gigantyczne wieżowe dzwony waląc tuż przy uchu wieszczą miarowe podzwonne, że archanioł Michał dmie na Sąd Ostateczny, że grzmoty i pioruny wybrały skaliste wzniesienia na apokaliptyczne werble i kotły. Błyskawice rozświetlały niebo jak iskry ciskane przez ścierające się w kosmicznych katastrofach ciała niebieskie. W oddali gdzieś wybuchł pożar, czy też zawartość ognistą wyrzucił okoliczny wulkan, Stein ujrzał słup ognia unoszący się nad Baratarią na tle szafirowego nieba. To, co wówczas Stein odczuł nie było lękiem, lecz jakaś niewytłumaczalna siła z głębi ziemi czy z wnętrza samego dobyta, kazała mu paść na kolana i wymówić nieznane mu, nie wiadomo skąd płynące słowo tajemnej modlitwy: Excelsior…

Z tym oszałamiającym obrazem w oczach, z głową i sercem przepełnionymi tą kamienną muzyką sfer, Stein wyjechał z wyspy i nigdy już na nią nie powrócił. Od czasu wysłuchania tej podniebnej orkiestry, przepowiadanej przez średniowiecznych teoretyków harmonii mundi, stał się nowym, odmienionym człowiekiem. Odtąd zawsze szukał w dźwiękach, pragnął oddać muzyką tę pieśń, którą dla jego uszu zaintonowała natura; ilekroć w sali pełnej słuchaczy brał skrzypce do ręki, usiłował odegrać ten potężny hymn. Nigdy mu się to nie udało i stało się przyczyną jego natchnienia i początkiem jego choroby.

Mijały lata i wydawało się Steinowi, że Barataria zniknęła już na dobre z jego życia; był to okres intensywnej pracy, podróży, koncertów, wykładów na zagranicznych uniwersytetach, międzynarodowych sesji i sympozjów. Nic na to nie wskazywało, by Stein mógł się jeszcze kiedykolwiek dowiedzieć czegoś nowego o Baratarii. Stało się jednak inaczej, spokój trwał dopóki któregoś dnia przypadkiem w chwili wytchnienia nie wziął do ręki Cervantesa. W dzieciństwie czytał oczywiście dzieło o przygodach Don Kichota, lecz szybko zapomniał jak zwala się wyspa, którą we władanie jako wieczysty wielkorządca objął dzielny Sancho Pansa. W czasach pierwszej lektury Stein był zbyt młody, żeby go już przyciągała melodia obcych nazw, a upłynęło zbyt wiele lat, by z tej nazwy pozostało w nim cos więcej ponad mgliste wspomnienie. Tak, to z tej książki kołatało się po jego świadomości wrażenie, że zna to piękne, tajemnicze imię – Barataria. To słowo brzmiące jak magiczne nazwy w ruinach stolic Inków czy Azteków, pachnące dziką, nieokiełznaną przyrodą i wbudowaną w nią sztuką wykwintną i surową. Barataria – czy było to słowo pierwotne, przedhiszpańskie, prekolumbijskie, autochtoniczne, bliskie równie tajemniczym, choć nie tak śpiewnym nazwom Machupicchu czy Tenochtitlan? Czy też narodziło się w europejskiej, lecz na wskroś indywidualnej wyobraźni dźwiękowej genialnego pisarza? Jaka była droga tej nazwy? Czy na początku było słowo? Skąd miałby usłyszeć Cervantes to geograficzne imię? Czy też to hiszpańscy żeglarze zawlekli za ocean nazwę zaczerpniętą z powieści tak słynnej w sto lat po Cortesie? Lecz jakże wytrawnymi czytelnikami musieliby być owi złowrodzy piraci, by nadać wysepce imię, które w ogromnej i przebogatej historii pojawia się mimochodem raz jedyny rzucone pośród licznych kart? Zafascynowany Stein prześledził historię władania wyspą przez Sancho Pansę. Służący Don Kichota otrzymał ją za darmo (barato) i tylko żartem (baratero), a władał tą wieczystą dzierżawą przez dziesięć dni. Ale żart stał się naraz groźny, gdy którejś nocy przerażonego władcę obudziły potężne dźwięki dzwonów, bębnów i trąb; gdzieś z góry zwaliła się na niego ta muzyka sfer: wojna, ogień, wróg! Mieszkańcy zwyciężyli bez tchórzliwego opiekuna, a ten poczuł się w obowiązku złożenia urzędu. I rzekł: „Muszę zmartwychwstać z obecnej śmierci!” Żart przemienił się w naukę, a poszukiwanie doczesnych korzyści okazało się źródłem odwiecznej prawdy. Chwilowy władca wiecznego królestwa został strącony ze skały nierealnych marzeń, którą to karę zadał sam sobie jako zdrajca własnego ludu… Stein analizował uważnie tę historię i znajdował tak nieświadome nici łączące różne wątki rzeczywistości w punkcie owej wysepki zagubionej na krańcu świata, że Barataria stała się dlań krainą symboliczną, terenem nie wymarzonego szczęścia, a wymarzonej sprawiedliwości, terytorium przemiany i miejscem odrodzenia. Wydawało się Steinowi, że Barataria jako owa chwilowa wieczystość w swym wymiarze metafizycznym i transcendentalnym wciąż istnieje, że jej nierealny świat można realnie odtworzyć, a całe jego groźne piękno i kruche szczęście będzie odradzać się jak Fenix. Wystarczy blok stromych skał, jakby spotęgowany i rozbudowany kamień filozoficzny, nad którym rozbrzmiewałaby wieczna muzyka, żeby nastąpiła w nim wieczysta, ostateczna przemiana, jak w każdym, który na tę symboliczną wyspę odrodzenia trafi. Ta idea go wręcz opętała. Postanowił stworzyć nową, własną Baratarię w górzystej kamiennej scenerii, gdzie nad skalistym, postrzępionym terenem górować będzie kamienne domostwo wybranych, a nad nim w jakimś cyrkularnym, pryzmatycznym wymiarze falować będzie wiecznie spekulatywna muzyka sfer. Odtąd szukał dogodnego miejsca, podróżował po kraju w tym jedynie celu, koncertował w najbardziej nieprawdopodobnych, odludnych miejscach, by tylko spenetrować okolicę; pieniędzy miał dosyć na zakup nawet ogromnego zamku. Wybrał jednak ten Pensjonat i zaraz potem zachorował.