Jastarnia (2)

Jacek Krenz

Letnicy

Pierwszy raz przyjechaliśmy z Poznania latem 1948 roku nocnym pociągiem Zakopane-Hel. Mama, dwóch moich starszych braci: Jurek i Wojtek, i ja, kilkutygodniowy noworodek w wiklinowym koszyku na półce bagażowej, oraz tobołki ze wszystkim, co potrzebne na dwa miesiące wakacji w dość spartańskich warunkach. W tobołkach była pościel, na wierzchu nocnik i cebrzyk do kąpieli. Tata zostawał zwykle w mieście, by, podobnie jak inni ojcowie, zarobić na wakacje żony i dzieci. Pociągi latem były zwykle przepełnione. Bywało, że jednej osobie udało się wejść i zająć przedział, a bagaże ładowało się przez okno. Pierwszy widok morza zwykle budził nas koło Orłowa. Od Pucka już cały czas cieszył nasze oczy, zwłaszcza wtedy, gdy na półwyspie morze widać było po obu stronach. Na dworcu w Jastarni „tutejsi” pakowali nas na wózki i dowozili do rybackiej chaty w Borze przy Placu Gdańskim. Bór to była ta część Jastarni leżąca w drodze do Juraty.

Mieszkaliśmy w skromnym domu państwa Lenców w jednym pokoju z czterema łóżkami, dla mamy i naszej trójki. Była tam szafa i umywalnia – stolik z miednicą. Mama z panią gospodynią przygotowywała jedzenie w maleńkiej kuchni ze stoliczkiem, na którym jedliśmy obiady. Głównie były to flądry i śledzie smażone i gotowane na różne sposoby na opalanej drewnem blacie.

W plażowe dni mama przygotowywała prowiant na cały dzień.

Było zgrzebnie, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo było lato i było morze.

Rybak sprawia sieci

Letnicy zaczynali przyjeżdżać zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Mieszkańców Jastarni letnicy nazywali „tutejszymi”. “Tutejsi” sami siebie dzielili na Kaszubów i „tych z Polski”, napływowych, którymi ci ostatni pozostawali nawet po wielu latach mieszkania na Półwyspie. Mieszkańcy Jastarni przystosowywali dla letników swoje chaty, przenosząc się na strych. Czekali na dworcu z wózkami, by zawieźć bagaże na kwatery. W każdym gospodarstwie były takie drewniane czterokołowe wózki służące do transportu ryb i sieci.

Chaty rybackie były bardzo skromne, bez bieżącej wody, z wychodkiem na podwórku. Za łazienkę służyły miednica, dzbanek i ocynkowany kubeł z lodowatą wodą. Po wodę chodziliśmy do pompy ręcznej z dzbankiem lub wiadrem. Lekko słona woda odbierała smak herbacie. Potem było łatwiej, jak doprowadzono wodę do kilku miejsc, domów i pensjonatów.

Brak łazienek częściowo rekompensowały kąpiele w morskiej słonej wodzie. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że miało to dobre strony, bo dzięki temu nie pozbawialiśmy się zdrowej powłoki lipidowej. Eleganckie panie jednak zapisywały się na listę do korzystania z łazienki w domu właściciela stacji benzynowej, pana Bizewskiego.

Na plaży

Na plażę szliśmy ścieżką z żółtego klinkieru wzdłuż ulicy Rybackiej i dalej Szkolnej. Nigdzie nie widziałem tak pięknie ułożonej w jodełkę ceglanej nawierzchni. W jedną stronę prowadziła do portu, w drugą do ulicy Żymierskiego. Za kawiarnią „Okrąglak” i barem „Jutrzenka” przechodziliśmy przy betonowym fundamencie, na którym lubiliśmy też przesiadywać. Dalej wzdłuż poletka bobu, próbując czy już dojrzał, przez tory kolei i leśną ścieżką do wejścia na plażę na tyłach Domu Zdrojowego.

Zaraz na początku lata trzeba było upilnować odpowiednie miejsce na wykopanie grajdołu, by utrzymać stałą od lat konfigurację regularnych bywalców. Łopatę pożyczało się z budki ratownika. Grajdoły to tutaj długa tradycja, „prywatne” miejsca na plaży, zaklepane na cały czas wakacyjnego pobytu. Parawany rozpostarte na półkolistych wzniesieniach grajdołów zapewniały osłonę przed wiatrem i przytulną prywatność. Bywały czasem spory o zajmowanie grajdołów przez osoby nieświadome tutejszych układów. Wtedy solidarnie okoliczni sąsiedzi wywierali mniej lub bardziej odpowiednią presję na nieproszonych gości. Bywało, że opornych wynoszono na kocach do wody. Nieszczęsna para z NRD, nieświadoma własnościowych układów, otoczona przez plażowiczów próbujących wytłumaczyć, że komuś zajęli miejsce, doczekała się reprymendy małej dziewczynki:

Hitler kaput, ja, ja!

Nasze miejsce znajdowało się zawsze przy wyjściu na plażę na tyłach Domu Zdrojowego, ok. 30 m na prawo. Trochę bliżej były grajdoły rodzin Borysowiczów i Kołaczy z Radomia. Bliżej brzegu Krystyna i Adam Zajączkowscy z Kasią Forbert, do której czasem dołączał tata, słynny operator filmowy, wykorzystując czas przerw na planie. Starczewscy byli okopani bliżej następnego wyjścia na plażę, przy ulicy Zdrojowej. Była tam łódź rybacka i do niej wciągarka. Wracająca z połowów łódź często wypełniona po brzegi flądrami, szprotkami, śledziami i dorszami, ściągała amatorów świeżych ryb prosto z morza.

Nad bezpieczeństwem kąpieli czuwał ratownik. Miał swoja budkę, wieżę i łódź wiosłową. Na maszt wciągał flagę białą, czerwoną lub czarną, zależnie od stanu morza. Kąpielisko strzeżone wytyczały białe i czerwone boje. Wylegujący się w grajdołach letnicy z upływem słonecznych dni zmieniali kolor z bieli, poprzez róż, do upragnionej czekoladki. Przyspieszenie tego procesu wywoływało konieczność okładów z kwaśnego mleka. Skutkowało też obłażeniem płatów naskórka, które następnie należało do-opalić. Amatorki szybkiego czekoladowego odcienia eksperymentowały ze smarowidłem z ropy samochodowej. Odpowiednio opalonych, szczęśliwych plażowiczów uwieczniał sympatyczny fotograf, Hipolit Śmierzchalski, z wykorzystaniem egzotycznych atrybutów: małpki, kucyka i parasolki. Lubiłem z nim biegać brzegiem morza do Juraty i z powrotem; potem okazało się, że dla niego to nie było takie sobie bieganie, lecz trening, bo był wybitnym sportowcem-lekkoatletą. Był też podobno wszechstronnie utalentowanym twórcą – muzykiem, grafikiem i malarzem, ale tego wtedy nie wiedziałem.

Każdego dnia wypatrywaliśmy sprzedawcy lodów, który z drewnianym pudłem przewieszonym przez ramię, oblegany przez dzieciaki, nawoływał: „Looody Mewa, Meeewa lody dla każdego do ochłody”.

Kąpaliśmy się kilka razy dziennie, chodziliśmy brzegiem morza na spacery, czytaliśmy, graliśmy w karty w makao i w kierki, ustawieni w krąg odbijaliśmy piłkę. Nie nudziliśmy się.

Z wolnej stopy 47

Zbigniew Milewicz

Rock and roll

Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rock and Rolla, który się urodził na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku za oceanem, a do Polski dotarł ponad dekadę później. Nazwa muzyki, tańca mówiła kołysz się i huśtaj (lub tocz) i na tym on mniej więcej polegał, ale jak to wyglądało na parkiecie, wie tylko ten, kto wtedy miał kilkanaście, albo dwadzieścia lat i chciał udowodnić całemu światu, że zrobi najwymyślniejsze wygibasy ze swoją partnerką. Przerzuci ją sobie przez ramię, przeciągnie pod sobą, okręci wielokrotnie wokół jej własnej osi, ten żywiołowy rytm dawał pomysłowym tancerzom przeróżne możliwości. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak ja i moi licealni koledzy, wystarczała improwizacja i niespożyta energia plus czyjaś wolna chata, kiedy można było zorganizować prywatkę z potańcówką.

Muzykę odtwarzaliśmy z gramofonowych singli i pocztówek dźwiękowych, które przywozili nam krewni z Zachodu, albo namierzaliśmy na bazarze, nadawało ją też radio Luxemburg, tylko ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane. Słuchaliśmy utworów Elvisa Presleya i Paula Anki, może również Roya Orbisona, Jerry`ego Lee Lewisa, albo Chucka Berry`ego. Później, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy zacząłem chodzić na studenckie bale, po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Beatelsów, ale ich muzyka mnie jakoś nie wciągnęła, podobnie jak The Rolling Stones. Historia rock and rolla jest jednak warta opowiedzenia i według Wikipedii wygląda mniej więcej tak:

Nowy gatunek muzyki rozrywkowej – wywodzący się z uproszczonego i zredukowanego, do trzech lub czterech akordów, schematu bluesowego, granego w szybkim tempie przy pomocy zelektryfikowanych instrumentów – powstał w wyniku połączenia “czarnego” bluesa, rhythm and bluesa, tradycyjnego jazzu oraz “białej” country. Promotorem owego stylu był Alan Freed, amerykański disc jockey z Cleveland, który obserwując swoją klientelę zauważył, że biali nastolatkowie często kupują w sklepach muzycznych płyty z muzyką Afroamerykanów. Podążając za tym trendem zaczął lansować czarną muzykę w radiu, nazwał ją rock and rollem – po raz pierwszy w 1951 roku, czyli siedemdziesiąt lat temu – i muzyka spodobała się słuchaczom. Alan Freed był również organizatorem pierwszych koncertów rock and rollowych, które cieszyły się dobrą frekwencją wśród białej i kolorowej młodzieży. Tym samym przyczynił się on do obniżenia barier rasowych w swoim kraju. DJ z Cleveland żył barwnie i intensywnie, ale niestety krótko. Zmarł w wieku 43 lat na przewlekłą niewydolność nerek i marskość wątroby, co było następstwem alkoholizmu. W 1986 r. Alan Freed został uznany za osobę godną uwiecznienia w muzeum honorującym artystów i osoby, zasłużone dla muzyki rockowej, zaś 21 marca 2002 roku jego szczątki przeniesiono do Rock and Roll Hall of Fame.

Rock and roll cechowała prostota harmoniczna i rytmiczna oraz szybsze i agresywniejsze brzmienie, niż w dotychczasowej muzyce rozrywkowej. Skład zespołów wykrystalizował się pod wpływem wzorcowej grupy Muddy`ego Watersa – śpiew (często wielogłosowy), gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara basowa, pianino lub organy i perkusja. Jeżeli chodzi o teksty utworów, to podobnie jak muzyka, były proste w formie, lecz często głębokie w treści i dotyczyły miłości oraz spraw młodzieży. Nic więc dziwnego, że wielu młodych Amerykanów utożsamiało się z tą muzyką, na ogół wbrew swoim rodzicom i nauczycielom, którzy tradycyjnie uważali, że dzieci powinny „być widziane i nie być słyszane”. Rock and roll motywował nastolatków do buntu przeciwko sztywniactwu starszego pokolenia, jego podwójnej moralności, różnym stereotypom myślowym i uprzedzeniom, więc zarówno dom, jak i szkoła postrzegały tę muzykę jako realne zagrożenie.

Międzypokoleniowy rozdźwięk wykorzystała kultura Hollywood. Zaczęto kręcić filmy, lansujące nową muzykę, pojawił się styl zwany rockabilly, który miał korzenie w country, bluesie i swingu oraz Elvis Presley, jako jego najbardziej znany wykonawca. Połączył ambitną gitarę z basem i wyniósł ten rytm do rangi znaczącego nurtu. Pożądany był również styl śpiewu Elvisa. Kiedy w lipcu 1954 roku wytwórnia Sun Studios wypuściła na rynek utwór That’s All Right Mama i stacje radiowe w pobliżu Memphis zaczęły grać tę piosenkę, błyskawicznie została ona lokalnym hitem, a w grudniu była już transmitowana w całych Stanach. Wtedy artysta zaczął zgłębiać inne gatunki muzyczne, wzbogacił swój styl oraz repertuar i tak zasłużył na tytuł Króla Rock’N’Rolla.

Nowy czas w muzyce rozrywkowej wpłynął na zmiany w obyczajach. Słowa Sex, drugs and Rock’N’Roll były często ze sobą łączone, w kontekście muzyki rockowej lat 60. Jej wykonawcy mieli skłonność do chaotycznego stylu życia, co wprawdzie było typowe także dla poprzedniej dekady, ale dopiero później stało się jawne. Muzycy zaczęli pić alkohol i używać narkotyków w miejscach publicznych; towarzyszyły temu opowieści o ich szalonych zachowaniach podczas koncertów, wszystko to trafiało do mediów i jeszcze bardziej podkręcało popularność gwiazd.

W latach 60 wyłonił się Garage rock – o charakterystycznym szorstkim brzmieniu, nazwany tak, ponieważ zespoły grające ten rodzaj muzyki, ćwiczyły zwykle w garażu któregoś z członków zespołu. W ślad za tym szły tanie, niskonakładowe i proste nagrania, była to muzyka undergroundowa, co utrudniało ustalenie dokładnej daty powstania utworów. Z niej prawdopodobnie narodził się też późniejszy punk rock.

Rock and roll nie zdobył jednak w Stanach wiodącej popularności. Wśród młodzieży miejskiej ciągle dominowała muzyka folk, a wśród dorosłych różne odmiany tradycyjnego popu. Przyjął się natomiast w Europie Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii. W połowie lat sześćdziesiątych artyści tego nurtu – przede wszystkim grupy The Beatles, The Dave Clark Five, Herman’s Hermits i The Rolling Stones – reeksportowali go z powrotem za ocean. Wydarzeniem, które praktycznie z dnia na dzień otworzyło Stany na brytyjskich wykonawców, było amerykańskie tournée Beatlesów z 1964 roku i sukces ich singla I Want to Hold Your Hand. Entuzjastyczne przyjęcie tych grup przez publiczność graniczyło z histerią. Charyzmatyczni Brytyjczycy przewrócili dotychczasową scenę muzyczną USA, spychając w cień wszystkich „grzecznych chłopców”, śpiewających banalne piosenki i wywołali pojawienie się silnych, amerykańskich zespołów rock and rollowych. Na skutek tej drugiej fali popularności, nurt stał się wiodącym w muzyce, aż do czasów powstania rapu i hip-hopu.

Prawdopodobnie jednym z najbardziej godnych zapamiętania wydarzeń muzyki rockowej był festiwal w Woodstock, w sierpniu 1969 roku, który odbył się na farmie M. Yasgura w Bethel, koło Nowego Jorku. Jego hasłem było: Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo tego, że festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu – m.in. Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w różnego rodzaju środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich. Stało się tak również dzięki policji, która na okres trwania festiwalu zawiesiła swoją walkę z narkobiznessem. Godnym uwagi jest fakt, że przez cały czas festiwalu nie zanotowano ani jednego przypadku kradzieży, rozboju czy gwałtu.

Lata 70 stały pod znakiem kontynuacji muzyki, stworzonej przez Beatelsów i Rollingstonsów, ale jej tonacja była już ostrzejsza. Zaczęły się koncerty na stadionach sportowych, później do głosu doszedł hard rock i jeszcze agresywniejszy heavy metal, grały go Led Zeppelin, Deep Purple, Judas Priest, Black Sabbath, czy nasz rodzimy – Test. Z popularnością nowych gatunków rocka było różnie, ale na początku nie miały one dobrej prasy. Podobnie, jak kolejne – punk, disco i glamrock. Dopiero dekadę później, kiedy emocje się uspokoiły, rock podzielił się na wiele gatunków i każdy miał swoich fanów, ale to już nie były moje rytmy. Mój rock and roll grano w Polsce w latach 60 i odbywało się to właściwie nielegalnie. Miał on politycznie czerwone światło, bo była to muzyka wrogiego i wstecznego Zachodu.

Same fryzury na Beatelsów miały w szkołach szlaban, ale nieoficjalnie często się go przekraczało. Muzycznie nie zapomnę licealnych akademii w chorzowskim Słowaku, w czasie których po tradycyjnej pieśni Ukochany kraj, umiłowany kraj, nasz klasowy kolega, Seweryn Sowiak, siadał za klawiaturą fortepianu i rozbrzmiewały pierwsze nutki melodii, zakorzenionej gdzieś w okolicach czarnej rzeki Missisipi. Zaczynał delikatnie, ale to, co on później robił z fortepianem, tego opowiedzieć się nie da, to trzeba było zobaczyć i usłyszeć. Dzisiaj już nie wiem, czy Seweryn grał jazz, bluesa, czy rock and rolla, pewnie wszystko po trochu, bo kochał muzyczne improwizacje i robił to naprawdę świetnie. Szkoda, że później poszedł na medycynę, a nie do akademii muzycznej, ale jego pacjenci tego nie żałowali, bo został dobrym chirurgiem.

Na pewno jednak szkoda, że już go nie ma między nami. Nie zapomnę tego jego trochę Fernandelowskiego uśmiechu, pogody ducha, serdeczności i tego, co potrafił wyczarować na klawiaturze instrumentu. Grał tak lekko i naturalnie, jak człowiek, który się z tym talentem urodził. Najbardziej żal, że odchodząc, człowiek zabiera ze sobą każdy swój Boży dar.

Wspomnienia o Maryli (7)

Magdalena Ciechomska

Zaczęły się wakacje i pojawiają się takie wakacyjne wspomnienia. O tym, że Marylę i jej brata, a obecnie mojego męża, poznałam w 1983 roku, w Uniwersyteckim Klubie Turystycznym UNIKAT, już wcześniej wspominałam. To były czasy studenckich rajdów, letnich pobytów w klubowych bazach namiotowych – UNIKAT eksplorował północno-wschodnią Polskę, Suwalszczyznę i Podlasie, tereny dziś turystycznie popularne, wtedy jeszcze mało znane. Maryla swoje doświadczenia z czasów klubowych wędrówek wykorzystała później w pracy zawodowej, pilotując wycieczki z Niemiec do Polski i na Litwę. My z mężem i synem pozostaliśmy na etapie rodzinnych weekendowych wypadów do lasu i wakacyjnych wyjazdów. Maryla odbyła więcej zagranicznych podróży, była w Paryżu, w Grecji, zwiedziła niektóre niemieckie landy.

Był taki czas, że ja, ze względów zdrowotnych, wyjeżdżałam do Szczawnicy Zdroju, uzdrowiska położonego u stóp Pienin, malowniczych gór, niewysokich, jakby miniaturowych w porównaniu do stojących tuż za nimi Tatr. W Szczawnicy wynajmowałam pokój dwuosobowy, siedziałam tam za każdym razem miesiąc, a w tym czasie przyjeżdżali do mnie, raz mama, raz mój mąż, no i dołączała do nas Maryla. Wynajmowała sobie osobny pokój, ale czas spędzaliśmy wspólnie. Mnie wypełniały go głównie zabiegi, Maryla też zawsze wykupywała w uzdrowisku jakieś kąpiele czy masaże dla siebie. Czerpaliśmy wielką przyjemność z leniwych, niespiesznych spacerów po parku zdrojowym, gdzie tradycyjnie znajdowała się muszla koncertowa, w której każdego popołudnia grała niewielka orkiestra. Repertuar był klasyczny, składał się głównie z wiedeńskich walców Straussów, utworów Schuberta, Schumana. Słuchaliśmy, sącząc z dzbanków lecznicze wody, tworzył się klimat jak w przedwojennym „badzie”. Gdy zdarzył się dzień wolny od zabiegów, wędrowaliśmy w góry, bliższe i dalsze. Przeszliśmy pasmo Pienin od Trzech Koron do Sokolicy i z Wąwozu Homole na szczyt Wysokiej. Najczęściej odwiedzliśmy najbliżej położoną, niewielką, uroczą Bryjarkę, a za nią małe schronisko, w którym serwowano pyszne naleśniki z jagodami. Maryla, wtedy konsekwentna wegetarianka, zawsze lubiła wszelkie naleśniki, pierogi, kluski itp. W tym czasie schyłkowego PRL-u mięso kupowało się na kartki, więc w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy, także oddawało się część tych kuponów. Kuchnia przygotowywała tylko tyle potraw mięsnych, na ile starczyło z „kartek”. Kucharki, rodowite góralki, wykazywały się kulinarną pomysłowością, przygotowując znakomite pierogi, naleśniki, drożdżowe bułeczki, ciasta, zapiekanki, co nam, a zwłaszcza Maryli, bardzo odpowiadało. Pamiętam, że kiedy kilka lat później byliśmy w Szczawnicy z moim synem, Maryla wyraziła swoje rozczarowanie zmianą jaka zaszła w menu stołówki naszego pensjonatu. Mięso i wędliny pojawiały się na stole codziennie, a my wzdychaliśmy do pysznych pierogów ruskich i naleśników z serem, które podawano teraz tylko w piątki. Na szczęście tradycyjne bułeczki drożdżowe do kolacji pozostały.

W lipcu 2009 roku pojechaliśmy we trójkę, ja, nasz syn Jan i Maryla, na dwa tygodnie do Rymanowa Zdroju. Mój mąż nie miał w tym czasie urlopu, a syn był uczestnikiem turnusu terapeutycznego, zorganizowanego przez ośrodek prowadzący terapię dla dzieci z autyzmem. Janek od rana do obiadu miał zajęcia, a my szłyśmy na spacer. Maryla oczywiście korzystała z zabiegów, bardzo chwaliła sobie zwłaszcza masaż ciepłymi kamieniami. Uzdrowisko Rymanów jest otoczone niewielkimi, łagodnymi wzgórzami, porośniętymi lasem mieszanym, z przewagą buczyny. Po spacerze zachodziłyśmy do kawiarenki położonej w centrum zdroju. Pośrodku kawiarnianego ogródka rosło rozłożyste drzewo. Jedząc lody obserwowałyśmy kręcące się wszędzie niewielkie, urocze ptaki, wróble, ale też inne, których nazwy nie potrafiłyśmy odgadnąć.

Maryli pobyt w Rymanowie bardzo się spodobał, stwierdziła, wyjeżdżając, że musimy częściej odbywać takie wspólne wypady „do wód”. Chyba rok później zorganizowała dla siebie i swojej cioci pobyt w Nałęczowie. Ciocia była samotną siostrą mojej teściowej. Rodzice Maryli i Tadeusza już wtedy nie żyli. Maryla opiekowała się ciocią. Ten wyjazd niespecjalnie im się udał, to był wrzesień, prawie cały czas padało. Maryla jednak korzystała jak zwykle z zabiegów kąpielowych. I znów obiecywałyśmy sobie wspólne wyjazdy. Ostatni raz rozmawiałyśmy na ten temat, gdy Maryla była już po operacji onkologicznej. Dzwoniła wtedy z ośrodka rehabilitacyjnego, w którym dochodziła do siebie. Mówiła, że to jest coś w rodzaju sanatorium. Ale kiedy jej stan zdrowia wystarczająco się poprawi, pomyślimy, żeby znów pojechać razem do jakiegoś polskiego uzdrowiska.

Zwykli

O nas

K I M J E S T E Ś M Y ?

zwykli.pl

Na początku było nas 27. Był październik 2020 roku. Druga fala pandemii przybierała na sile, ulice polskich miast zapełniły się tłumami ludzi protestujących między innymi przeciwko postawie części duchowieństwa. Postanowiliśmy napisać krótki APEL ZWYKŁYCH KSIĘŻY – wyraz sprzeciwu wobec używania religii do celów politycznych, nierównego traktowania kobiet i mężczyzn, dyskryminacji i ksenofobii. Naszą intencją nie było rebelianckie godzenie w jedność Kościoła. Wręcz przeciwnie, wyraziliśmy nadzieję na oczyszczenie i odnowę naszej społeczności religijnej. Podkreśliliśmy wiarę w siłę dialogu, który w przeszłości niejednokrotnie spowodował przemianę sumień.

W naszej kapłańskiej aktywności już wcześniej dawaliśmy wyraz podobnym odczuciom dotyczącym kryzysu Kościoła. Ale czyniliśmy to indywidualnie – w środowiskach naszej pracy duszpasterskiej, naukowej, publicystycznej. Tym razem jednak po raz pierwszy postanowiliśmy zabrać głos wspólnie, wierząc, że będzie to miało swój szczególny wydźwięk! Szybko dołączyli do nas inni. Oprócz kolejnych ponad stu księży z kraju i zagranicy APEL podpisały również siostry zakonne. Pomogli nam bardzo świeccy chrześcijanie, którzy konsultowali tekst, kolportowali treść i opublikowali APEL najpierw na stronach internetowych WIĘZI a potem w wielu innych mediach. Zaprosiliśmy wszystkich zainteresowanych do otwartej dyskusji. Napłynęło prawie tysiąc maili z głosami poparcia ale i polemiki. Główny nurt wypowiedzi respondentów można by streścić tak: „Chcieliśmy już odejść z Kościoła, ale wasz głos, dający nadzieję na zmiany, zatrzymał nas na progu”.

Postanowiliśmy zatem kontynuować nasze spotkania w przestrzeni wirtualnych debat i roboczych narad. Ich owocem stały się kolejne wspólne stanowiska w sprawach dotyczących: skrzywdzonych przez ludzi Kościoła i stosunku wobec działań Fundacji Jerzego Owsiaka. Uznaliśmy za bardzo ważną kwestię sformułowanie naszego stanowiska w sprawie aborcji. Po wspólnej pracy nad tekstem przygotowanym przez ks. prof. Andrzeja Szostka postanowiliśmy go opublikować jako wyraz naszego chrześcijańskiego namysłu nad tym trudnym problemem budzącym wiele kontrowersji w przestrzeni publicznej.

Kolejnym krokiem podjętym wspólnie jest grupa uruchomiona na jednym z portali społecznościowych ZWYKŁY KOŚCIÓŁ oraz strona internetowa ZWYKLI.PL. Są to fora, na których będziemy szukali rozwiązań ważnych spraw dotyczących naszej społeczności religijnej.

O tęsknocie za polskim chlebem, pisaniu książek i morsowaniu

Aleksandra Puciłowska

Pandemia nie przyszła jakoś niespodziewanie. Pamiętam, jak wirus dopiero co pojawił się w Chinach, a u nas już mówiono – że prędzej czy później – przyjdzie do nas. I faktycznie stało się to dość szybko, by przyjąć potem formę lawiny, która powoli, ale bezustannie zaczęła zmieniać nasze życie na zupełnie inne, niż znaliśmy do tej pory. Całe to szaleństwo trwa już ponad rok, co skłoniło mnie do refleksji nad tym, co zmieniło się przez ten dziwny, trudny czas w moim życiu. Na ile koronawirus i to, że świat zmienił się nie do poznania, wpłynęło na mnie i moją codzienność? I czy negatywne doświadczenia można wykorzystać, przekuwając je w coś pozytywnego? Na ile mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas? Te i inne pytania pojawiają mi się w głowie już od jakiegoś czasu. Myślę, że odpowiedzi na nie są ważne, bo mogą sporo powiedzieć nam o nas samych.

Ja dowiedziałam się na przykład, że kocham Polskę. Nawet z tym całym syfem, który się tam obecnie dzieje na tak wielu płaszczyznach. Boli, gdy na to patrzę i nie zachęca do powrotu, ale jednocześnie nie zagłusza tęsknoty. Choćby – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – za chrupiącą skórką polskiego, białego chleba. On, cholera!, faktycznie smakuje najlepiej. Od wybuchu pandemii moje wizyty w Polsce ograniczyły się do minimum. To wiąże się między innymi z brakiem ważnego dowodu osobistego. Nie mogę, z jakichś dziwnych, nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów (po odpowiedzi odsyłam do Państwa Przyłębskich), złożyć wniosku o jego wyrobienie w Ambasadzie w Berlinie. A do Polski też nie bardzo mam jak pojechać. Mam więc nieważny dowód i liczę, że do lata gdy ważność traci też mój paszport, będę miała w ręku już obywatelstwo niemieckie z jakimś ważnym dowodem tożsamości.

O ile za dowodem polskim nie tęsknię, to uczucie tęsknoty tkwi w moim sercu. Chciałabym pochodzić po polskich chodnikach, posłuchać wokół siebie ludzi mówiących po polsku. Brakuje mi tego. To ładowało w jakiś magiczny sposób moje akumulatory. Zawsze wracam do Berlina, ale Polką się nie bywa, Polką się jest. Nawet z nieważnym dowodem tożsamości.

Na początku pandemii straciłam pracę. Zwolnili mnie z dnia na dzień. Z firmy, dla której zrobiłam tyle nadgodzin za friko, jak nigdy w całym życiu. Wkurzyłam się, poszliśmy na noże. Ja – która zazwyczaj unika konfrontacji. Ostatecznie wygrałam, co pokazało mi, że jestem silna. I że, jeśli się uprę, to potrafię osiągnąć swój cel, nawet jeśli po drodze nie będzie łatwo. Muszę mieć po prostu odpowiednią motywację. A wypowiedzenie z pracy, gdy świat właśnie ogarnia pandemia i nikt nie wie, czy jego firma to przetrwa – okazało się właśnie tym, czego potrzebowałam.

Poszłam więc za ciosem. Nagle miałam bardzo dużo wolnego czasu. Wysyłałam mejle z podaniem o pracę każdego poranka, a potem dzień stał przede mną otworem. Zajęłam się zatem tym, co zawsze wychodziło mi najlepiej: pisaniem. Czasem siedziałam do 4 nad ranem, nie mogąc się oderwać od historii, która jakoś tak nagle pojawiła mi się w głowie. Nie zrobiłam żadnego planu, usiadłam i zaczęłam pisać, by po kilku zaledwie tygodniach postawić ostatnią kropkę. W ten sposób spełniłam swoje największe marzenie: napisałam książkę. Próbowałam to zrobić wcześniej już wielokrotnie i nigdy nie dotrwałam do końca. Ale nie tym razem – teraz już wiedziałam, że chodzi tylko o motywację.

Tej nie zabrakło mi także potem – premiera książki jeszcze w tym roku, a ja w międzyczasie znalazłam nową, lepiej płatną pracę.

Mam fajnych przyjaciół. Nawet coraz to większe ograniczanie kontaktów społecznych nie przeszkodziło nam w pozostaniu w kontakcie ze sobą. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej doceniliśmy ten czas, który dany nam było spędzić ze sobą w realu. Powiem więcej – zaczęli odzywać się ludzie, z którymi kontakt wcześniej mi się urwał. Szukamy zatem, jako ludzie, kontaktu z drugim człowiekiem. To daje nadzieję na przyszłość. Poczucie wspólnoty – to może nas jedynie uratować.

Skończyłam w tym roku 34 lata. Dzień po moich urodzinach sprawiłam sobie sama prezent i poszłam morsować. Chciałam to zrobić od zawsze, ale wydawało mi się to absolutnie niemożliwe. Ale – sami wiecie – wszystko zależy od… motywacji. Mnie i Adrianowi, który mi towarzyszył, nie przeszkodził nawet lód na jeziorze. Było wspaniale.

Wnioski? Ten dziwny czas, który mamy namieszał sporo w moim życiu. Ale pokazał mi też, że otaczającą nas rzeczywistość, tworzymy my sami. I, że jeśli znajdziemy coś, co będzie nas napędzać, to w końcu osiągniemy to czego chcemy.

Dbajmy o siebie, pozostańcie zdrowi. I weźmy z tego trudnego czasu dla nas to, co najlepsze.

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (1)

Lech Milewski

This image has an empty alt attribute; its file name is cobwebladder.jpg

Pajęcza drabina

Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było  – spełniło się i to z nawiązką.
Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.

Skąd taka specjalna troska?
Książka wydana w 1915 roku.
Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo.
Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru – 

J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.

Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce?
To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK.
A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku?
Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. 
To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami.
Zacznę od początku…

Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury.
Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.

By Unknown photographer, Public Domain, Link

George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.

George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.

W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji.
George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.

Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży.
Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk.
Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju.
W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland).
To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. 
Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.

Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. 
George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.

Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku.
Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.

Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka.
Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami.
W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem.
Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno.
George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. 
Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników.
Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.

Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. 
To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.

Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę.
Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok.
Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.

Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła.
Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.

Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: 
There are no flies on Jeezus,
No flies on Jeezus.
There are no flies on Jeezus,
No bloody flies on him
.

Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.

To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence.
Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.

Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.

Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje.
Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.

Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.

W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń.
Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.

To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna.
Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą  należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.

Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.

Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.

Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał.
Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w której opisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii.
Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.

Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).

Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.

Wkrótce je znalazł.
Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią. 

Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X.
Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni.
Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).

Dokąd teraz?
Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki.
Wszak tam działa się Historia.

Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.

Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek.
Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę.
Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.

Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR.
Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem.
Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.

Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.

Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim).
Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji.
Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn.
Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet.
Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.

Warunki pracy:
7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół

Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus.
Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce.
Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre.
Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu.
W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??).
Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”.
Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek.
Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę.
Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.

Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem.
Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów.
Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty.
Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.

Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią. 

Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki.
Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?).
Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.

Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.

Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.

Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła.
Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.

Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”.
W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci.
Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.

Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla.
Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich.
Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę.
Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.

W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.

Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą.
Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci.
Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.

Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik.
Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.

Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.

Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu.
Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. 
Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.

Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać.
Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna.
Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.

Ciąg dalszy jutro

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter BreadKLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Z wolnej stopy 42

Zbigniew Milewicz

Rzeźnik z Niebuszewa

Kobieta na legitymacyjnym zdjęciu nazywa się Irena Jarosz, ma 20 lat. Spogląda z uśmiechem, zalotnie, świadoma swojej urody. Tak, jakby chciała powiedzieć mężowi, że kiedy przyjdzie z pracy, wtedy czymś dobrym go poczęstuje. To nic, że w domu nie ma mąki, pójdzie do sąsiada, pożyczy. Wiedziała, że podoba się Cyppkowi, powinien ją wspomóc…

Cyppek, a właściwie Zyppeck, podobnie, jak ojciec – Joseph, pochodził z Opola, z mieszanej niemiecko-polskiej rodziny i doskonale władał obydwoma językami. Rocznik 1895, podobnie, jak mój dziadek Erwin, nawet w tym samym miesiącu się urodzili, w sierpniu. Obydwaj byli niedużego wzrostu, skryci w sobie i mieli uzdolnienia techniczne. Joseph został ślusarzem na kolei, a kiedy wybuchła I wojna światowa poszedł na front; wykazywał się odwagą na polu bitwy, za co dwukrotnie go odznaczono. W 1917 został ciężko ranny, stracił prawą nogę, w związku z czym w 1939 roku nie przyjęto go do Wehrmachtu, co dotkliwie odczuł. Czuł się Niemcem, gotowym walczyć i umrzeć dla führera; ten patriotyczny dług spłacili jego dwaj synowie, których miał w związku małżeńskim i był z tego powodu dumny. Ich matka, podobnie, jak matka Josepha była Polką. Starszy syn poległ na froncie wschodnim, młodszy zaginął w czasie działań wojennych gdzieś na Śląsku. Niedługo później Joseph stracił również żonę, która w grudniu 1944 r. zginęła podczas alianckiego bombardowania Opola.

Osamotniony, w ostatnich dniach wojny trafił do Szczecina, z którego Niemcy uciekali przed nadciągającą Armią Czerwoną, zostawiając cały swój dobytek. Wczesną wiosną 1945 roku w mieście pozostało już tylko około 6 tysięcy autochtonów, ale później zaczęła krążyć pogłoska, że los państwowości Szczecina nie jest jeszcze przesądzony i ci co opuścili swoje domostwa, zaczęli do nich wracać. Na początku lipca 1945 roku, kiedy miasto oficjalnie zostało przekazane Polsce, mieszkało w nim znowu około 90 tysięcy osób narodowości niemieckiej. Zaczęto więc wysiedlać Niemców, bo brakowało mieszkań dla Polaków; jednym z Niemców, którzy dobrowolnie zgłosili się na wyjazd, był Zyppeck, to miasto ze względu na swoją chaotyczność i wilgotny klimat mu nie odpowiadało. Odmówiono mu jednak wysiedlenia, bo miał częściowo polskie korzenie i zawodowe umiejętności, potrzebne nowej administracji do odbudowy infrastruktury.

Chcąc nie chcąc, musiał zmienić swoje nazwisko na Józef Cyppek, dostał pracę jako ślusarz w zajezdni tramwajowej i przydziałowe mieszkanie przy ulicy Wawrzyniaka. Ożenił się z miejscową prostytutką i sutenerką, Helgą, znaną w swoim środowisku, jako Margarita, Niemką, która także uniknęła wysiedlenia. Kiedy pewnego dnia Helga znalazła się za kratkami, znowu został sam. Przeniesiono go wtedy do mniejszego mieszkania, na Wilsona 7, dzisiaj jest to ulica Niemierzyńska, w dzielnicy Niebuszewo, cieszącej się złą sławą w Szczecinie. Tam kwaterowano drobnych przestępców, Niemców a także Żydów, przez co dzielnica zwana było Lejbuszewem.

Zamieszkał na parterze, pod numerem 3, a że od początku stronił od nowych sąsiadów i z nikim nie utrzymywał towarzyskich kontaktów, zdobył opinię dziwaka. Znikał na całe noce. Nikt nie wiedział, co robił i dokąd chodził. Przeszkadzały mu bawiące się na podwórzu dzieci i plotkujące pod jego oknami kobiety, czasami wykłócał się z nimi z tego powodu. Gdy Helga siedziała w więzieniu, któregoś dnia do mieszkania Józefa wprowadził się młody blondyn. Zaciekawionym sąsiadom Cyppek odpowiadał, że to jego zaginiony syn i na tym urywał wszelkie wyjaśnienia. Po pewnym czasie mężczyzna zniknął i już więcej się nie pojawił. Nikt nigdy nie dowiedział się, kim naprawdę był ów młody mężczyzna. Od tamtego momentu stał się jeszcze bardziej gburowaty i zamknięty w sobie. Jego jedyną rozrywką były seanse filmowe w pobliskim kinie „Młoda Gwardia”. I pewnie już do końca swojego życia Józef pozostałby dla wszystkich niegroźnym dziwakiem, gdyby nie zbrodnia na Irenie Jarosz, którą mu udowodniono.

11 września 1952 roku mąż ofiary, także Józef, wrócił wcześniej z pracy. W domu zobaczył sąsiadkę, Zofię, która opiekowała się ich kilkumiesięcznym dzieckiem; była umówiona z Ireną, ale kiedy przyszła nie zastała jej w mieszkaniu, tylko płaczącego niemowlaka w łóżeczku. Józef stwierdził, że z mieszkania zginęła również pierzyna, koc, prześcieradło, garnitur i dwa męskie zegarki. Zaniepokojony rozpoczął obchód sąsiedztwa; przechodząc obok mieszkania Cyppka, zauważył przez okno ich pierzynę leżącą na podłodze. Próbował dostać się do środka, jednak zarówno drzwi, jak i okna były zamknięte. Przerażony zawiadomił więc milicję. Przybyli na miejsce funkcjonariusze postanowili poczekać na powrót Cyppka, który w tym czasie przebywał w kinie, na seansie filmu Wilhelm Tell. Gdy wrócił, spokojnie wpuścił milicjantów do środka. To, co zastali na miejscu i opisali w służbowym protokole, jest zbyt drastyczne, żebym opowiedział. Nieszczęsny mąż ofiary potwierdził, że rozkawałkowane szczątki, pozbawione głowy, należały do jego żony. Józef Cyppek został więc natychmiast zatrzymany i osadzony w areszcie.

Władze postanowiły bezwzględnie rozprawić się z mordercą i to jak najszybciej. Dwa dni po odkryciu zwłok ofiary, do szczecińskiego sądu wpłynął akt oskarżenia „rzeźnika”, który miał odpowiedzieć za dokonanie zbrodni na tle seksualnym. Mężczyzna do wszystkiego się przyznał, a podczas przesłuchań dokładnie opowiedział o szczegółach dokonanego morderstwa. Zeznał, że 20-letnia Irena Jarosz od dawna mu się podobała. Gdy feralnego dnia zapukała do jego drzwi, aby pożyczyć szklankę mąki, Cyppek postanowił wykorzystać sytuację. W zamian za mąkę, zaproponował sąsiadce odbycie stosunku płciowego. Gdy kobieta odmówiła, w gniewie zatłukł swoją ofiarę młotkiem. Po dokonaniu zbrodni rozczłonkował ciało, a odciętą głowę zatopił w pobliskim jeziorze zaporowym Rusałka. Resztę ciała zamierzał wynieść w częściach z domu i także zatopić. Pierwotnie planował zakopać ciało w lesie, jednak zrezygnował z tego pomysłu, gdyż nie posiadał łopaty.

Sąd zdecydował się utajnić proces ze względu na obawy, że pochodzenie oskarżonego może wywołać w Szczecinie antyniemieckie nastroje oraz doprowadzić do „niepokojów społecznych” i zamieszek, a nawet do pogromów mniejszości niemieckiej. Przynajmniej tak mówił sądowy protokół. Proces rozpoczął się 17 września 1952 roku i zakończył tego samego dnia. Przyznanie się Cyppka do popełnienia zbrodni sąd uznał za najmocniejszy dowód jego winy. Znaleziono także wytłumaczenie rozbieżności pomiędzy wynikami sekcji zwłok („zbrodni dokonała osoba doświadczona w porcjowaniu mięsa”), a umiejętnościami Cyppka (z zawodu był ślusarzem). Wykazano, że znaleziona w jego mieszkaniu niemiecka książka lekarska, wystarczyła, aby morderca uzyskał dostateczną wiedzę co do fachowego rozczłonkowania ciała.

Obciążające były również zeznania przesłuchiwanych w trakcie śledztwa sąsiadów, którzy opowiadali o dziwnym zachowaniu Cyppka zarówno przed, jak i po morderstwie. Jedna z kobiet opowiedziała milicjantom o tym, jak tuż po zaginięciu Ireny, Cyppek w sposób bardzo ironiczny ubolewał nad faktem, że Jaroszowa pozostawiła swoje dziecko na pastwę losu.  Józefa Cyppka uznano za winnego i skazano na karę śmierci przez powieszenie. Będąc w więzieniu skazaniec poprosił ówczesnego Prezydenta RP Bolesława Bieruta o łaskę. Ta nigdy nie nadeszła i 3 listopada 1952 roku o godzinie 17:45 Cyppek został powieszony…

Wtedy zaczęła żyć legenda miejska o rzeźniku z Niebuszewa, okrutnym, seryjnym mordercy i kanibalu, który pod osłoną nocy mordował kobiety i dzieci, a z ich mięsa przyrządzał bigos, który sprzedawał później na miejskim targu. Nagle okazało się, że mieszkańcy okrytej złą sławą kamienicy przy Wilsona 7 wszystkiego się domyślali. Każdy czuł charakterystyczną woń, wydobywającą się z mieszkania nielubianego dziwaka i słyszał dziwne odgłosy. W Szczecinie, jak w całej Polsce w tamtym czasie, brakowało mięsa w oficjalnej sprzedaży i wszyscy szeptali o handlu ludzkimi ciałami, ale nikt nie miał odwagi mówić tego głośno. Według wspomnianej legendy, Cyppek pozostawał w dobrych stosunkach z rzeźnikami pracującymi w pobliskiej masarni przy ulicy 3 maja. I to właśnie im sprzedawał rozczłonkowane części ciał swoich ofiar, głównie dzieci. W historii tej znalazło się również miejsce dla wspólniczki rzeźnika – bileterki z kina „Młoda Gwardia”, która miała odsyłać do Cyppka niewinne ofiary – najczęściej dzieci, którym zabrakło kilku groszy na bilet do kina.

Nie wiadomo, ile w tym wszystkim jest prawdy. Józefa Cyppka oskarżono i skazano wyłącznie za jedno morderstwo, dokonane na Irenie Jarosz. Akta procesowe nie zawierają żadnej wzmianki o zamordowanych dzieciach i handlu ludzkim mięsem. Kilka tygodni po egzekucji „rzeźnika” postanowiono osuszyć jezioro Rusałka. Na dnie zbiornika odnaleziono wtedy kilka ludzkich czaszek, głównie dziecięcych, niektóre źródła mówią nawet o kilkunastu. Nikt wtedy nie potrafił odpowiedzieć na pytanie do kogo one należały i jak się tam znalazły; znalezisko pasowało do kanibala Cyppka, więc legenda je przyjęła. W kolejnej wersji Cyppek był dawnym SS-manem. Pamięć o niedawnych niemieckich zbrodniach wojennych wzmacniała wrogość polskich mieszkańców Szczecina do wszystkiego co niemieckie. Nagle sprawca przestał był pół-Polakiem i stał się czystym Niemcem, w dodatku członkiem znienawidzonej formacji. Tylko ktoś taki mógł z zimną krwią mordować kobiety i dzieci. Mało kto zwracał uwagę na fakt, iż Józef Cyppek nie miał najmniejszych szans na przyjęcie do SS. Wykluczało go kalectwo jak i niski wzrost (158 cm).

Nic nie wskazuje na to, że Cyppek miał stragan na bazarze, gdzie niby handlował wyrobami z ludzkiego mięsa. Znał za to dobrze dwóch niemieckich rzeźników, Güntera i Hansa oraz ich pracownicę Johannę, którzy na szczecińskim bazarze sprzedawali robiony przez siebie bigos. Nie ma jednak żadnych dowodów, że bigos ten zawierał ludzkie mięso. Istnieje hipoteza mówiąca, że Cyppek sam był kanibalem, ale tutaj także brak dowodów. Wątpliwości mogą natomiast budzić niektóre jego zeznania złożone w śledztwie i w trakcie procesu. Świadkowie, którzy byli na sali rozpraw, opisywali oskarżonego jako człowieka o wyglądzie kogoś, kto został dotkliwie pobity. Czy zatem jego zeznania zostały wymuszone?

Istnieje historia, która przy zbrodni Józefa Cyppka stawia kolejne znaki zapytania. W 1952 roku, w nielegalnej masarni w Niebuszewie, została zamordowana klientka, która przypadkiem znalazła na stole do rozbiórki mięsa ludzkie, rozkawałkowane zwłoki. I jako niewygodny świadek podzieliła los wcześniejszej ofiary. Okoliczności przestępstwa do złudzenia przypominały scenariusz z Wilsona 7, obydwa zbiegały się w czasie. Sprawa wyszła na jaw dopiero po wielu latach, wiadomo było, że milicja aresztowała rzeźników, ale, co się z nimi dalej stało, historia milczy. A może nieprzypadkowo te zbrodnie miały tyle podobieństw, może były dziełem tego samego sprawcy, albo sprawców? Istnieje teoria, która mówi wprost, że czyn Józefa Cyppka wykorzystało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego do zatuszowania wcześniejszych zbrodni, w które miał być zamieszany bardzo wpływowy żydowski gang rzeźników, sprzedający na szczecińskim targu ludzkie mięso. Cyppek jako nielubiany pół-Niemiec, pół-Polak, dziwak i samotnik mógł być idealnym kozłem ofiarnym, a celowo rozpowszechniane plotki zrobiły swoje… Dlaczego Kurier Szczecinski poświęcił sprawie Cyppka zaledwie niedużego szpunta i to dopiero dwa dni po procesie? Gazeta ta żyła z taniej sensacji, czy komuś więc zależało na milczeniu mediów?

W historii rzeźnika z Niebuszewa nic nie jest pewne.  Po śmierci Józefa Cyppka jego mieszkanie przy Wilsona 7 przez wiele lat stało puste. Nikt nie chciał się tam wprowadzić. Dopiero pewien szewc się odważył; kuchnia, w której odnaleziono zwłoki Ireny Jarosz, została przerobiona na schowek gospodarczy i toalety. Miejsce spoczynku sprawcy na szczecińskim Cmentarzu Centralnym figuruje w miejscowych archiwach, ale nie ma pewności, czy szczątki należą do Józefa Cyppka. Podobno jednak od niepamiętnych lat ktoś anonimowy stawia na zaniedbanej mogile zapalony znicz; nie zdziwiłbym się, gdyby dbały o to dyskretnie wnuki tamtych rzeźników.

Polka niepodległa

Anna Krenz (Dziewuchy Berlin)

List do polityków / Brief an die Politiker: 2021 bobowska list

Irena Bobowska – Die vergessene Heldin / Zapomniana bohaterka
11 March 2021
Przypominamy o brakującej połowie dziejów. Nadajemy twarz herstorii. 

W naszych działaniach mówimy często o kobietach zapomnianych, anonimowych bohaterkach, jako, że w cywilizacji opartej na patriarchacie, historia pisana jest przez zwycięzców – mężczyzn. Zapisana historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, gdzie dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Im stawia się pomniki, o nich pisze.
Dopiero od ok 100 lat kobiety są pełnoprawnymi obywatelkami, dopiero od ok 100 lat mogą studiować i pracować w zawodzie. Tym bardziej, by nadgonić stracone lata, należy pisać i mówić o bohaterkach, też tych dnia codziennego. Nikt za nas tego nie zrobi.

Przez ostatnie lata w Berlinie odbywała się debata na temat miejsc pamięci i możliwej lokalizacji pomnika polskich ofiar nazizmu. Debata była długa, toczyła się wśród mężczyzn na różnych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, szczególnie młode, nie brały w niej udziału.

Kiedy Bundestag debatował pod koniec października 2020 na temat miejsca pamięci polskich ofiar nazizmu, my odprawiłyśmy ceremonię Dziadów (1.11.2020) pod Pomnikiem Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty (Volkspark Friedrichshain), przypominając w spektaklu postaci kobiet w historii, polityce i kulturze: https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Natomiast 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, nieformalnie zmieniłyśmy nazwę pomnika na Pomnik Walczących o Naszą i Waszą Wolność, ujmjując i podkreślając brakującą połowę społeczeńswa – kobiety*, które również walczyły, również przyczyniły się do odzyskania niepodległości Polski, ale nie wspomina się o nich na kartach historii. Podobnie o wolność walczą kobiety w Polsce dziś. I im poświęcamy również symboliczną przestrzeń wolności.

Z powodów politycznych odmówiono nam (w ostatniej chwili) udziału w uroczystym zasadzeniu Drzewa Polonii w grudniu 2020, podczas którego planowałyśmy odczytać wiersze polskich migracyjnych poetek – w tym, Ireny Bobowskiej. Dla Biura Polonii poezja kobiet okazała się problematyczna. Dlatego…

Podczas performance, jaki zorganizowałyśmy 8 marca 2021 w Berlinie, przypomniałyśmy postać poznańskiej antyfaszystowskiej działaczki, Ireny Bobowskiej (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee). We wrześniu 1942 r. przed gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee stanęła Irena Bobowska, młoda poznańska poetka, w wieku 22 lat skazana na karę śmierci za wydawanie niepodległościowej gazety Pobudka.

W wieku dwóch lat przeszła chorobę Heinego-Medina, w wyniku której do końca życia jeździła na wózku inwalidzkim. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Nenią. Po klęsce wrześniowej 1939 r., już w pierwszych tygodniach okupacji Irena Bobowska przystąpiła do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Wydra”. Od listopada 1939 r. stała na czele redakcji podziemnego pisma pt. Pobudka. Irena zajmowała się także pisaniem artykułów oraz powielaniem i kolportażem gazet – do tego służył jej wózek inwalidzki. Przewoziła w nim także broń.

20 czerwca 1940 r. została aresztowana przez Niemców wraz z pozostałymi członkami redakcji Pobudki i osadzona w Forcie VII w Poznaniu. Wówczas mogła jeszcze przesyłać rodzinie paczki z brudną bielizną i otrzymywać je wypełnione tylko chlebem, kilkoma dekagramami tłuszczu, cebulą oraz cukrem bądź słodkim pieczywem. Irena chowała w tych opakowaniach krótkie grypsy, w których pisała rodzinie, że wszystko jest w porządku. W Forcie VII zarekwirowano jej wózek inwalidzki, mimo że przez chorobę nie umiała chodzić. Była tam bita, głodzona i torturowana.

Następnie przeniesiono ją do więzienia we Wronkach, potem w Spandau, a w końcu do szpitala więziennego w Alt-Moabit, w Berlinie. Tam 12 sierpnia 1942 r. stanęła przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy pozwolono jej zabrać głos. Wypowiedź trwała 30 minut i nie było w niej ani jednego słowa usprawiedliwienia, czy prośby o ułaskawianie. Bobowska mówiła o czasie zaborów, germanizacji, okrucieństwach trwającej wojny. Otrzymała wyrok śmierci, który wykonano przez ścięcie na gilotynie 26 września 1942 r. Pozostawiła po sobie więzienne wiersze i wiele rysunków.

Wiersz Bo ja się uczę…, napisany w Forcie VII w Poznaniu, na wolność wyniosła w bucie jej ciotka, zwolniona z więzienia we Wronkach. Wiersz ten, pełen bólu, ale i nadziei, krążył anonimowo po więzieniach i obozach koncentracyjnych. Czytały go więźniarki w Oświęcimiu, czytały go więźniarki w powojennym Fordonie.

Przypominamy. Bo była istotna. Bo jest istotna.

****************
Bo ja się uczę największej sztuki życia:

Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!
Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno),
I wiem, jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony
Uchronić się od chłodu.
I wiem, co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.
I nauczyłam się popędzać myślami
Czas, co bezlitośnie lubi się dłużyć,
I wiem, jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…
I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie,
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!

(Fort VII, Poznań)

Wir erinnern Sie an die fehlende Hälfte der Geschichte. Wir geben Herstory ein Gesicht.

In unseren Aktionen sprechen wir oft über vergessene Frauen*, anonyme Heldinnen, denn in einer Zivilisation, die auf dem Patriarchat basiert, wird die Geschichte von den Siegern – Männern – geschrieben. Die aufgezeichnete Geschichte basiert auf einer Abfolge von Kriegen, Konflikten, Gewalt, in der Helden dominieren – Generäle, Führer, Soldaten, Päpste. Ihnen werden Denkmäler errichtet, über sie wird geschrieben.

Erst seit etwa 100 Jahren sind Frauen* vollwertige Bürgerinnen, erst seit etwa 100 Jahren können sie studieren und in ihren Berufen arbeiten. Um die verlorenen Jahre aufzuholen, ist es umso wichtiger, über Heldinnen zu schreiben und zu sprechen, auch über Alltagsfrauen. Niemand wird das für uns tun.

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen*, insbesondere junge Frauen*, nahmen daran nicht teil.

Als der Bundestag Ende Oktober 2020 über die Gedenkstätte der polnischen Opfer des Nationalsozialismus debattierte, veranstalteten wir am Vorabend des polnischen Soldaten und deutschen Antifaschisten (Volkspark Friedrichshain) die “Totenfeier” (1.11.2020) und erinnerten an die Figuren von Frauen* in Geschichte, Politik und Kultur in der Aufführung. > https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Am 11. November, dem Unabhängigkeitstag Polens, haben wir den Namen des Denkmals informell in Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit geändert, um die fehlende Hälfte der Gesellschaft einzufangen und hervorzuheben – Frauen*, die ebenfalls gekämpft haben, haben ebenfalls zur Wiedererlangung der Unabhängigkeit Polens beigetragen, aber Sie werden auf den Seiten der Geschichte nicht erwähnt. Frauen in Polen kämpfen heute auf ähnliche Weise für die Freiheit. Und wir widmen ihnen auch einen symbolischen Raum der Freiheit.

> https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/10/11-11-2020-za-nasza-i-wasza-wolnosc-fur-eure-und-unsere-freiheit/

Aus politischen Gründen wurde uns (in letzter Minute) die Teilnahme an der feierlichen Pflanzung des Polonia-Baumes im Dezember 2020 verweigert, bei der wir die Gedichte polnischer Migrantinnen Dichterinnen – darunter Irena Bobowska – lesen wollten. Für die Biuro Polonii Verein erwies sich die Poesie der Frauen* als problematisch. Deswegen…

Während der Aufführung, die wir am 8. März 2021 in Berlin organisierten, erinnerten wir an Irena Bobowska (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee), eine polnische Dichterin, die während der nationalsozialistischen Besatzung Mitgliederin von Untergrundorganisationen in Posen war.

Am 26. September 1942 stand Irena Bobowska, eine junge Dichterin aus Posen, im Alter von 22 Jahren wegen Veröffentlichung der Unabhängigkeitszeitung „Pobudka“ zum Tode verurteilt, vor der Guillotine im Berliner Gefängnis Plötzensee.

Im Alter von 2 Jahren litt sie an der Heine-Medina-Krankheit, wodurch sie bis zu ihrem Lebensende im Rollstuhl fuhr. Sie wurde von ihrer Familie und ihren Freunden Nenia genannt.

Nach der Niederlage im September 1939 begann sie in den ersten Besatzungswochen unter dem Pseudonym “Wydra” unterirdische Aktivitäten. Ab November 1939 leitete sie die Redaktion der Untergrundzeitschrift “Anreiz”. Irena schrieb auch Artikel sowie vervielfältigte und verteilte Zeitungen – dafür war ihr Rollstuhl gedacht. Sie trug auch Waffen darin.

Am 20. Juni 1940 wurde sie von den Deutschen zusammen mit anderen Mitgliedern der Redaktion von “Pobudka” festgenommen und in Fort VII in Posen inhaftiert. Zu dieser Zeit konnte sie noch Päckchen mit schmutziger Wäsche an ihre Familie senden und sie nur mit Brot, ein paar Dekagrammen Fett, Zwiebeln und Zucker oder süßem Brot gefüllt erhalten. In diesen Paketen hielt Irena kurze Nachrichten, in denen sie ihrer Familie schrieb, dass alles in Ordnung sei. In Fort VII wurde ihr Rollstuhl beschlagnahmt, obwohl sie wegen einer Kinderkrankheit nicht laufen konnte. Sie wurde dort geschlagen, verhungert und gefoltert.

Dann wurde sie in das Gefängnis in Wronki, dann in Spandau und schließlich in das Gefängniskrankenhaus in Alt-Moabit, Berlin, gebracht. Dort wurde sie am 12. August 1942 vor ein Militärgericht gebracht. Während der Anhörung durfte sie sprechen. Die Erklärung dauerte 30 Minuten und es gab kein einziges Wort der Entschuldigung oder der Bitte um Verzeihung. Bobowska sprach über die Zeit der Teilung, die Germanisierung und die Gräueltaten des andauernden Krieges. Sie wurde am 26. September 1942 durch Guillotine Schneiden zum Tode verurteilt. Sie hinterließ Gefängnis Gedichte und viele Zeichnungen.

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen.

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

****************
… Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:

Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!
Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.
Und ich weiß, was es bedeutet, Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.
Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…
Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Übersetzung: Ewa Maria Slaska


Fotos: Gabriella Falana

Klucze do wszystkiego

Julita Bielak (z Facebooka, 28 stycznia 2021 roku)

Opublikowali jednak. Właśnie teraz. Przy smużce światła snuję snutkę, smutną nutkę, bo co mi, jak każdemu człowiekowi – epizodowi w życiu przedmiotu – pozostało. Do wykonania snutki potrzebne będą: białe płótno fabrycznego wyrobu średniej grubości, białe, silne nici nazywane atłaskiem, igła średniej grubości, przekłuwacz do dziurek, nożyczki i naparstek.
Snutka z Norwida
Ów lud krzywy już nie wie nie wie nie wie
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Czas we warkocz skręcony
Twarz Europy i Świata obija,
W gniewie tylko wciąż mielą:
Jezus Maryja Jezus Maryja
Lecz nic nastaje nawet kropla chłodu
Nie wpadła do ogrodu
W kątku drzwi uchylonym
Uśmiechnięta jutrznia i bandyta
Rzecz Cyprianie tylko rzecz
Niedbale zbita tępa i pospolita.
*
Marian Grześczak.
Na fotografii obraz Aleksandra Volkova “Klucze do wszystkiego”.

Na ten Nowy Rok

Ewa Karbowska

Czego życzę nam wszystkim

gdzieś od Zakopca do Gdańska
fantazja?
głupota ułańska
*
więc takiej żeby nie było
przekupność
zamienić na miłość
*
z Lublina aż po Zgorzelec
pazerność odrzucić
zbyt wiele?
*
obłudę odepchnąć na milę
gdy modły
to nie z pedofilem
*
bo Kraj nasz to nie jest arena
dla zdrajców
kpów z GANGU OLSENA
*
doprawdy
to nie kwestia gustu
się poddać tej zgrai oszustów
*
już pora
dać łomot lub łupnia
sługusom mściwego kurdupla
*
kolejny raz zgłupieć nie wolno
by kiedyś
mieć Polskę wolną
*
Wam – nam podziękuje za to
Ojczyzna
i CZUŁY NARRATOR
*
na draństwo co nie pozwoli
zbyt dobrze pojmuje
gdy boli
*
nie nazwie – pod troski pozorem – kobiety inkubatorem
(EK – 8.12.2020)