Gdy dołączały do nas dziewczyny, spacerowaliśmy do oddalonej o dwa kilometry Juraty. Na kilka sposobów: wygodnie szosą, w słońcu plażą, torami lub leśną ścieżką. Można było oczywiście jechać pociągiem lub autobusem, ale woleliśmy pieszo. Celem była położona wśród drzew kawiarenka „Paloma” z okrągłą salą taneczną.
Zasiadaliśmy na pufach przy okrągłych stoliczkach z pucharami lodów, a z czasem przy kieliszkach wina. Atrakcją była grająca szafa z aktualnymi przebojami. Cliff Richards śpiewał The Young Ones, Paul Anka You are My Destiny, Roy Orbison Pretty Woman, “The Shadows” grali romantyczne Themes for Young Lovers i Apache, a “The Tornados” swój instrumentalny przebój Telstar.
O godzinie piątej po południu rozpoczynały się potańcówki, zwane odpowiednio five’ami. Wejście ułatwiała nam zaprzyjaźniona kelnerka Ela, córka naszej gospodyni. W towarzystwie zwykle był ktoś, kto grał na gitarze. Z Ryśkiem Ambroziewiczem śpiewaliśmy Meksykanę, gdzie sprawy damsko-męskie układały się bardzo prosto i dla nas zrozumiale:
Piękne życie spędzają kowboje, A ich miłość jest piękna jak kwiat. Rzucę lasso i serce jest moje, Porwę dziewczę i pojadę w świat.
Może mnie kochasz, piękna dziewczyno, Może lasso połączy serca dwa. Wiatr upaja jak szampan i wino, Dzika miłość po stepie nas gna.
Morze, plaża, ryby w zatoce, wakacyjne przyjaźnie, tańce. Pierwsze poruszenia serca, zakochania, spacery z trzymaniem się za ręce lub obejmując się wzajemnie za biodra. Obok domu, gdzie mieszkaliśmy, był zasobny dom pana Hermana, rybaka z dużym kutrem, szkunerem. Miał żonę Francuzkę i dwie piękne córki, Françoise i Marie-France. C’est vrai, żałuję, że nie znałem francuskiego, by zrozumieć, co odpowiedziała mi Françoise na pytanie: Czy mnie kochasz?
Pierwsze niewinne miłości: Żywia, Elżbieta, Iwona, Kasia, Marysia… Z Elżbietą odbywaliśmy długie spacery brzegiem morza. Była nastoletnią łyżwiarką i opowiadała mi o obozach kondycyjnych. Zimą, podczas szkolnej wycieczki do stolicy, wyrwałem się z klasowej grupy i z tzw. bełtem, czyli butelką najtańszego wina, ukrytą w kieszeni kurtki poszedłem ją odwiedzić na Saskiej Kępie i powspominać lato.
Podtrzymaniem letnich przyjaźni był też Sylwester w Zakopanem w 1963 roku. Zaraz po Świętach dostałem list od Krzysztofa z serdecznym spontanicznym zaproszeniem:
Przyjechała Kaśka i Krystyna, Pżryjerzdrzaj na pewno. Spanie masz ó mnie, rzarcie takrze!
Kolorytu zaproszeniu dodawała autorska ortografia listu. Po marcu 1968 roku Kasia Forbert już do Jastarni nie przyjechała. I tak, nawet tutaj doświadczyliśmy wpływu polityki.
Iwona z kolei lubiła recytować Pchłę Szachrajkę Brzechwy, wierszowaną opowieść o sprytnych postępkach pewnej pchły. Recytowała też zabawny wiersz Gałczyńskiego Strasna zaba w wersji dla sepleniących, który do dziś znam na pamięć:
Pewna pani na Marsałkowskiej kupowała synkę z groskiem w towazystwie swego męza, ponurego draba; wychodzą ze sklepu, pani w sloch, w ksyk i w lament: – Męzu, och, och! popats, popats, jaka strasna zaba!
Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze i mowi: – Zecywiście cos skace po trotuaze! cy to zaba, cy tez nie, w kazdym razie ja tym zainteresuję się; zaraz zadzwonię do Cesława, a Cesław niech zadzwoni do Symona – nie wypada, zeby Warsawa była na „takie coś” narazona. Wspólnym wysiłkiem ządu i społecenstwa pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa.
Biedna żaba! Dlaczego więc Iwonka nie mogła mi wybaczyć, że rozdeptałem żuczka? Na jej: „O! Popatrz, żuczek”, machinalnie rozgniotłem go butem. Dopiero po 40 latach uzyskałem oficjalne wybaczenie na piśmie. Przyjaźnimy się serdecznie i odwiedzamy z rodzinami do dziś, chociaż podejrzewam, że mimo wszystko ciągle chowa skrywaną urazę, nie doceniając być może rycerskiej intencji obrony swojej damy. Z radością możemy myśleć, że ta nasza młodzieńcza przyjaźń przeszła na pokolenie naszych dzieci i trwa nadal. Pomimo żuczka.
Zdarzyło się, że dwaj bracia, tj. Jurek i ja “chodziliśmy” w Jastarni z dwiema siostrami: Zosią i Marysią Biegańskimi. Mama ich była pianistką, a ojciec dyrektorem Wydawnictw Artystycznych i Filmowych. Mieszkali w fińskim domku w pięknej zielonej dzielnicy Jazdów w centrum Warszawy. Zdałem wtedy na Wydział Architektury Politechniki Gdańskiej. Kierowany jednak porywem serca, postanowiłem przenieść się do Warszawy, by być blisko Marysi. Stało się to możliwe dzięki jej wujkowi, ówczesnemu dziekanowi warszawskiego Wydziału Architektury, który – dzięki mojej wysokiej ocenie z egzaminu wstępnego – stwierdził, że „nie widzi przeszkód”. Gdy nadeszła jesień okazało się jednak, że letnie miłości nie zawsze utrzymują się poza wakacjami. Pozostałem na studiach w Gdańsku, Marysia poszła na malarstwo do warszawskiej ASP. Nasze drogi się rozeszły, przestaliśmy jeździć na wakacje do Jastarni i straciliśmy kontakt.
Lubiłem towarzystwo tutejszych chłopaków: Romka i Edka Soleckich, Piotra Wilkuszewskiego, Henia Selina, Henia Oksa, Ryśka Ambroziewicza, Staszka Rybarczyka, Bogdana, Franka i innych. Uczyliśmy się od nich języka kaszubskiego, często mało cenzuralnych zwrotów, nie nadających się do cytowania tutaj, ale do dziś potrafię trochę kaszëbsczim jãzëkem godac. Była to przydatna umiejętność. Wiedziałem, na przykład, że należy czym prędzej uciekać, gdy wchodząc w szkodę słyszeliśmy: Të diôble, jak jô ce chyce, to utopse.
Wojtek z Ryśkiem przewodzili bandzie tutejszych chłopaków, która przybywającym na wakacje chłopcom, zwłaszcza tym wywyższającym się swoim stołecznym pochodzeniem, pięścią pomagała przywrócić odpowiednie proporcje zachowania. Często odbywało się to już na dworcu, ledwie wysiedli z pociągu.
Miałem też swoją paczkę znajomych, od lat przyjeżdżających na wakacje nad morzem: Iwona Borysowicz, Marysia Biegańska, Kasia Forbert, Krystyna Zajączkowska, Małgosia Kubiak, Ania Domańska i Tomek Stawiński z Warszawy. Byli też tacy, których dziś pamiętam tylko z imienia lub przezwiska: Danek, Grzybówna, Młynarka, Zarzycki… Każdy z moich braci miał swój odrębny krąg znajomych, ale często trzymaliśmy się razem.
Niektórzy nazywali nas Kanarkami (Jurek Kanarzycho, Wojtek Kanar i ja Kanarek). Do tego Krzysztof Starczewski był jeszcze jakby moim trzecim bratem, młodszym o rok ode mnie.
Przyjeżdżała do Jastarni i Juraty warszawska elita. Pisarze, aktorzy, filmowcy, dziennikarze. Bywały tu Anna Nehrebecka, Małgorzata Braunek, Maja Komorowska, Wojciech Gąssowski, Tadeusz Kubiak (ojciec Małgosi), Wojciech Młynarski, Edward Dziewoński i inni. Mówiło się, że na premierowych pokazach w kinie „Żeglarz” było więcej gwiazd na sali niż na ekranie.
W owym czasie samochodów w Jastarni prawie nie było. Andrzej Badeński, medalista letnich Igrzysk Olimpijskich w 1964 roku, tym bardziej zadawał szyku, pojawiając się w otwartym kabriolecie NSU Prinz. Szliśmy pewnego razu z Krzysztofem, gdy zatrzymał się przy nas, wypytując o urodziwą siostrę Krzysztofa, Beatę. Poczęstował nas wyrostków Chesterfieldami z filtrem, by wydobyć informację, gdzie mógłby ją spotkać. Krzysztof lubił na plaży grać w badmingtona z Wojciechem Młynarskim ze względu na jego niezwykłe poczucie humoru. Błyskotliwe dowcipy zapisywało okoliczne towarzystwo. Krzysztof, czarujący, przystojny, dość wcześnie zakosztował dziewczęcych uroków i przez jedno lato mieszkał nawet z jedną panną ze stolicy, za przyzwoleniem jej ojca, który robił sobie nadzieje, płonne, jak się zresztą okazało, że obrotny młodzieniec wspomoże go w interesach tzw. prywatnej inicjatywy. Po latach Krzysztof przyjechał do Jastarni z dorastającym synem w sentymentalnym nastroju odnajdywać ścieżki dzieciństwa. Krzysztof junior zżymał się, że zaaferowany tata oprowadzał go po jakiś chaszczach.
Moje dyskusje z Marylą, nie licząc rozmów na tematy rodzinne, dotyczyły w zasadzie dwóch zagadnień: feminizmu i wiary w Boga. Tu od początku trwał proces uzgadniania zbieżności i rozbieżności poglądów. Pierwsza rozbieżność dotyczyła sprzątania i zmywania naczyń. Maryla początkowo traktowała te prozaiczne, codzienne czynności jak symbole kobiecej opresji i starała się je kontestować. Nie znaczy to, że uchylała się od sprzątania, ale prace te, zwłaszcza mycie naczyń (ręczne, bo zmywarki w końcu lat 90 ubiegłego wieku były w Polsce ciągle trudno dostępnym luksusem) traktowała z wyraźną niechęcią i starała się wykonywać je jak najrzadziej. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu, ja z mężem i Maryla na parterze, moi teściowie – na piętrze. Były to dwa osobne mieszkania, jedno z nich dzieliliśmy, ja i Tadek, z Marylą. Oczywiście wszyscy troje uznaliśmy ten stan za przejściowy i szybko zaczęliśmy planować remonty, a także modernizację domu. Efektem tego było podjęcie decyzji o wyjeździe i pracy za granicą, co Maryla potraktowała w końcu jako sposób na życie, a ja tylko na zarobienie większych pieniędzy.
Moje i Maryli kryteria dotyczące porządku w domu znacznie się różniły. Podczas gdy ona nie przejmowała się tym zanadto, ja miałam poczucie obowiązku młodej gospodyni i pani domu. Nie znaczy to, że wszystko wzięłam na siebie, o nie, mój mąż nigdy nie uchylał się od prac domowych. Zresztą, często powtarzałam wtedy, że umiejętność radzenia sobie z utrzymaniem porządku jest naprawdę jedną z podstawowych, a jej brak świadczy nie tyle o wyzwoleniu z opresji, co o zwykłym życiowym kalectwie. Maryla prędko dostała możliwość zweryfikowania swoich teorii, gdyż w Berlinie, na początku, jedyną dostępną pracą okazało się sprzątanie, a poza tym przekonała się, że mieszkając u kogoś nie można pozwolić sobie na bałaganiarstwo. Jej marzeniem było samodzielne, własne mieszkanie, w którym będzie się czuła w pełni swobodnie. Gdy wreszcie wprowadziła się do tego mieszkania, sama wiedziała już, jak trzeba dbać o porządek. Bez ideologii.
Zagadnienie podziału obowiązków domowych rzecz jasna nie wyczerpywało tematyki feministycznej, wokół której toczyły się nasze dyskusje. Oczywiście dużo rozmawiałyśmy o problemie aborcji, antykoncepcji, ale też o macierzyństwie, o tym, czym jest ono dla kobiety. Maryla nie widziała siebie w roli matki, jej sprzeciw powodowała perspektywa podporządkowania się wymaganiom związanym z opieką nad dzieckiem. Widziała natomiast, na przykładzie swojej mamy oraz innych kobiet, których życie upłynęło w PRL-u, jak w praktyce wyglądało ówczesne „równouprawnienie”. Była w niej jakaś odraza do całej rzeczywistości tamtego życia. Myślę, że chciała uciec od niego jak najdalej. Tak, jakby ten kierat, w jaki wprzęgła kobiety socjalistyczna, zgrzebna rzeczywistość, uważała za istotę zniewolenia przez komunę. Chyba długo nie rozumiała kobiet, które rezygnowały z podejmowania innych ról życiowych, poświęcając się macierzyństwu i rodzinie. Zwykle dopiero po dłuższej dyskusji przyznawała, że to także może być uprawniony, wolny wybór, nie wymuszony okolicznościami. Nie potrafię do końca ocenić, jak wpłynęła na jej poglądy nasza sytuacja, rodziców niepełnosprawnego dziecka, pokazująca dobitnie, do jakiego stopnia rodzicielstwo może przeorganizować całe życie. Na pewno nie zmieniła swych poglądów zasadniczo. Maryla pozostała sobie wierna. Wiem jednak, że w ostatnim czasie bywała krytyczna wobec niektórych feministek, przede wszystkim tych dość radykalnie kwestionujących wartość macierzyństwa i rodziny.
Kolejny nasz ulubiony temat to problemy wiary w Boga, religii, Kościoła katolickiego. Oczywiście Maryla ostro przeciwstawiała się patriarchalnej, konserwatywnej i mizoginicznej postawie kleru. Wychowana w dość tradycyjnej, katolickiej rodzinie, buntowała się przeciwko wizerunkowi Boga, który przedstawili jej rodzice. Nigdy jednak nie przekroczyła granicy ateizmu, nie stała się obojętna. Tym, co nurtowało ją stale, było powracające pytanie: unde malum? Pamiętam, jak opowiadała mi o swojej pracy w berlińskim szpitalu neurologicznym. Pracowała w szpitalnej kartotece. Przez jej ręce przechodziła dokumentacja chorych na SM, nieraz ludzi młodych, dwudziesto- trzydziestoletnich. Ich los odbierała jako przykład jakiejś absurdalnej niesprawiedliwości. Gdy o tym mówiła, wyczuwałam w jej głosie silne emocje. W podobny sposób reagowała na historie dzieci umierających na choroby nowotworowe. Dla niej był to egzystencjalny absurd, który kazał wątpić w Boga, w Jego sprawiedliwość.
Nigdy nie nadawałam szczególnego znaczenia tak zwanym datom granicznym, ale teraz uświadamiam sobie, że dla naszej rodziny lata przełomu milenijnego były wyjątkowe. W 1998 roku zmarł mój teść, pół roku później, w lutym 1999, mój ojciec. W 2001 odeszła teściowa. Jednocześnie w tle tych wydarzeń, od roku 1997, trwało odkrywanie autyzmu naszego syna, diagnozowanie, poszukiwanie terapii, miejsca w przedszkolu integracyjnym, potem w szkole… Śmierć najbliższych pozostawia w nas ślady, rana goi się powoli, blizna zostaje na zawsze. Ja zaczęłam wtedy stawiać sobie pewne pytania od nowa. Czy Maryla robiła to samo, w tym samym czasie? Nasze rozmowy były coraz dłuższe. Wtedy Maryla zaczęła częściej chodzić do kościoła. Wiem, że to zdanie wygląda trochę naiwnie. Ale ona od tego czasu chodziła do kościoła systematycznie. I to była jej autentyczna potrzeba.
To ja, w środku, w górnym rzędzie. Warszawa, rok 1956. Za nami Pałac Kultury i Nauki, który jeszcze wtedy oficjalnie nosił imię Józefa Stalina. Wycieczka szkolna do Warszawy, na czele nasz nauczyciel rosyjskiego.
Moja matka, moja rodzina, praktycznie całe nasze otoczenie, było przeciwne komunizmowi. Jednak, chcąc tego czy nie, zostaliśmy wciągnięci w rytm życia PRL. Inna sprawa, że komunizm, jakiego doświadczyliśmy był jak to zdjęcie – iglica ucięta, ostre krawędzie przytępione.
W rezultacie, 60 lat po tej wycieczce, pisząc swoje wspomnienia na blox.pl, zatytułowałem je Dziecko Komuny.
Dzisiaj pozwolę sobie zrekonstruować epilog tych wspomnień.
Komuna zniknęła, przyszedł więc również czas na Dziecko Komuny. Jak tu zacząć kończyć? Od podziękowań, najlepiej chronologicznie.
Pierwsze podziękowanie złożyłem w pracy, w dzień po osiągnięciu wieku emerytalnego.
Zaraz potem odszukałem w internecie Ruth L., tę, która pomogła mi znaleźć pierwszą pracę w Australii. Kilka miesięcy później miałem przyjemność podziękować jej osobiście.
Wehikuł czasu ——————————————————————————- Już drugiego dnia po przylocie do Melbourne skontaktowałem się z agencjami zatrudnienia informatyków. Odbyłem kilka interview. Przebieg był zawsze taki sam. Agent niedbale przerzucał moje dyplomy akademickie i świadectwa pracy (a były tam takie instytucje jak FSO, LOT, Kuwait University). – A czy masz jakieś doświadczenie pracy w Australii? – Przecież wspomniałem na początku, że do Australii przyjechałem dopiero wczoraj. – Ach tak, oczywiście, oczywiście… Agent z obojętną miną przerzucał moje dokumenty. – Świetnie, Lech, świetnie. Na pewno coś dla ciebie znajdziemy. Zadzwonimy do ciebie za kilka dni. Po tygodniu ogarnęła mnie rezygnacja, postanowiłem spróbować w Sydney. To samo, już w połowie dnia zrezygnowałem, czekałem na przystanku na autobus na lotnisko. I tam, na sąsiednim budynku zauważyłem tabliczkę agencji zatrudnienia. Znalazłem numer telefonu w gazecie, zadzwoniłem. Odebrała jakaś pani, zasadniczo mają przerwę na lunch, ale skoro jestem u ich drzwi, to proszę wejść. Wspinałem się po starej klatce schodowej i w górze słyszałem stukanie maszyny do pisania przerywane przekleństwami – cholera, psia krew. Wreszcie dotarłem do biura – dzień dobry – pozdrowiłem agentkę. – Oops, I am sorry, but the only Polish words I know are swearings I learned from my Jewish grandmother. Opowiedziałem jej swoje doświadczenia z agencjami. – To oczywiste – wyjaśniła. Agent musi mieć asekurację na wypadek, jeśli pracodawca nie będzie z ciebie zadowolony. Świadectwa z USA, Anglii, te może coś znaczą. Ale Polska, Kuwejt… odpada. – Ruth, to co ja mam robić? Zaczynać jako pomocnik w kuchni? – Ty jesteś w porządku, ja dam ci bardzo dobre referencje. Zadzwoniła do agenta w Melbourne i za dwa dni miałem pracę. ———————————————————————————————– Australię często nazywają krajem drugiej szansy. Jestem przykładem słuszności tej nazwy
Nawet moje szkolne marzenie – żeby wziąć udział w Olimpiadzie w Melbourne – w jakiś sposób się spełniło. Brałem udział w biegu, którego meta była na stadionie olimpijskim – MCG. Spełniły się również jeszcze wcześniejsze, dziecinne sny o śnieżnych wędrówkach narciarskich. Odkryłem narciarstwo biegowe i uczestniczyłem w maratonach narciarskich w 17 krajach. Ostatnim był Bieg Piastów.
Poniżej wyścigi w Australii – w słońcu i podczas śnieżycy.
Los był tak skrupulatny, że spełnił moje zawodowe tęsknoty z Kuwejtu – opracować ciekawy system komputerowy na komputerze Univac. Był to system sterowania wymianą części w samolocie. Nawet taki kaprys jak napisanie opowiadania po angielsku zaowocował wymierną nagrodą – polska wersja TUTAJ. Dziękuję Ci, Australio, przyjęłaś mnie jak swoje naturalne dziecko, a nawet dużo lepiej. Obawiam się jednak, że nie odpłaciłem pięknym za nadobne. Zadowoliłem się drobnymi efekciarskimi sukcesami, a zaniedbałem bardziej wymierne talenty. W którymś momencie moje zarobki osiągnęły całkiem przyzwoity poziom. Kolega w pracy spytał: – Akcje czy nieruchomości? – Ani jedno ani drugie. – Bardzo niedobrze – spojrzał na mnie ze smutkiem – praca i zarobki z niej są tylko środkiem do celu. – A co jest celem? – Żeby to pieniądze na ciebie pracowały. 24 godziny na dobę. Ty sobie śpisz a twój kapitał rośnie.
Zasmuciłem się. Więc moja praca, która daje mi tyle radości, i która jest ceniona przez wiele osób, jest mniej ważna niż jakiś automat do pomnażania kapitału. To był niewątpliwie wpływ komuny. Przez długie lata starano się wpoić ludziom przyzwyczajenie aby pracować 8 godzin, a potem mieć czas na rekreację, kulturę, zabawę. Któregoś dnia nasz syn Michał, po powrocie ze szkoły poprosił, żebym wyszedł z nim na spacer. Zdecydowanym krokiem zaprowadził mnie na sąsiednią ulicę i pokazał świeżo postawiony płot. – Tatusiu, ten płot zbudował tatuś Simona. – Całkiem ładny płot – odpowiedziałem czując już co się święci. – Tatusiu, a czy ty tutaj coś wybudowałeś? Uśmiechnąłem się z zażenowaniem. Wskazałem lecący nad naszymi głowami samolot. – Widzisz ten samolot? On leci bezpiecznie, bo ja opracowałem system, który pilnuje, żeby żadna część się nie popsuła podczas lotu. Po minie Michała widziałem, że to żaden argument. Przypomniały mi się rozważania w okresie zakładania rodziny – komuna przetrwa jeszcze setki lat, a my, polska rodzina, przetrwamy komunę. W takich warunkach odpowiedź na pytanie Michała byłaby prosta – mógłbym zaprowadzić go na cmentarz, na groby przodków, którzy żyli w czasach caratu, w czasach okupacji. Nasze życie było tylko kontynuacją. Ale co odpowiedzieć, kiedy przetrwanie komuny okazało się fraszką? Ale co odpowiedzieć w Australii, gdzie nie odwiedza się grobów? Jakąś odpowiedzią byłoby zbudowanie solidnej bazy finansowej dla rodziny i ukierunkowanie dzieci, aby to kontynuowały. Tak właśnie zrobiło wiele osób będących w podobnej sytuacji jak ja. Osiągnęli sukces, a startowali z dużo gorszej pozycji niż ja. Jestem jednak pewien, że żadne z nich nie nazwałoby siebie dzieckiem komuny. Wydaje mi się, że życie w PRL, szczególnie w latach stalinowskich, spowodowało u mnie spore pomieszanie życia na jawie z marzeniami. W moim przypadku zaowocowało to z jednej strony dużą dozą satysfakcji i zadowolenia z siebie, z drugiej strony nie dawałem chyba poczucia pewności i stabilizacji osobom ze mną związanym.
Na koniec wpisu potop. Nie, nie mam na myśli powiedzenia – po mnie potop. Moje utopie utopiły się już w połowie mojego życia. Od tego czasu płynę, jak bohater poniższej piosenki…
Kapliczka, dawna szkoła i stodoła – królestwo naszych dziecięcych zabaw. Szkołę i kapliczkę ufundowała Urszula Przebendowska w 1755 r. – rys. J. Krenz
Świat dziecięcych zabaw
Po plaży, po południu toczyły się zabawy i opowieści koło domu pod rozłożystym kasztanowcem białym, który został posadzony w 1897 roku przez Walentego Strucka, mieszkańca Jastarni-Boru; dziś jest pięknym pomnikiem przyrody.
W sąsiedztwie, przy ulicy Rybackiej, jest dawny budynek szkoły, w którym mieszkał dyrektor Alfons Groenwald z rodziną. To on rozpoczynał nauczanie jastarnieńskich dzieci po wojnie, słabo lub wcale nie znających języka polskiego. Przyjaźniliśmy się z jego sympatycznymi córkami Oleńką i Hanią oraz młodszym Tadziem. W stodole, na poddaszu, mieliśmy swoje królestwo, gdzie razem z nimi i moimi braćmi bawiliśmy się całymi dniami, zwłaszcza gdy padał deszcz. Czasem do późna wystawaliśmy z Wojtkiem w warzywniaku pod oknem dziewczyn szykujących się do spania i czas płynął na przekomarzaniach i figlach.
W głębi chata i kasztanowiec, w pierwszej linii letnicy i miejscowi; autor – pierwszy po lewej
Wojtek podkochiwał się w Oleńce. Do sąsiedniej przysadzistej chaty pana Hebla przyjeżdżały z mamą panny Sommerówny, Joanna, Marysia i najmłodsza Elżbieta. Czasem wpadał też ich najstarszy brat Wojtek, którego żona znana była potem z ekranów telewizyjnych, jako Chmurka, prezenterka pogody. Marysia, nazywana przez nas Kajakiem, stała się kolejnym obiektem równie nieszczęśliwych westchnień mojego brata Wojtka.
Przygody
Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam słoneczne dni na plaży z zabawami na brzegu morza. Brodzenie w przyboju fal, meduzy poruszające się w przejrzystej wówczas toni, małe flądry pływające przy karbowanej powierzchni dna, tamy i zamki z piasku, skrzypiący dźwięk piasku pod stopami. Szczególnie lubiłem przesypywać bialutki piasek z jednej piąstki do drugiej.
W miarę dorastania świat wakacyjnych przygód poszerzał się. Chodziliśmy do portu, gdzie było mnóstwo atrakcji z łowieniem ryb, pływaniem bączkiem, przyglądaniem się przybijającym do nabrzeża statkom żeglugi, jachtom i łodziom rybackim. Szczególny zachwyt budził żaglowiec „Generał Zaruski”, przywodząc marzenia o dalekich morskich podróżach. Z wieżyczek latarni na końcach falochronów, wytyczających tor do portu, obserwowaliśmy to wszystko z góry.
Pewnego poranka w porcie przy pawilonie LOK-u byłem świadkiem dziwnej sceny: na trawniku jakiś mężczyzna leżał z tabliczką z napisem STRAJK. Okazało się, że to kucharz z ośrodka żeglarskiego. Po kilku godzinach przyjechał na rowerze milicjant z Helu i go zwinął.
Chodziliśmy do pobliskich bunkrów obronnych z czasów II wojny, najczęściej do tego, który położony był na szczycie wydmowego wzniesienia, z kręgiem dawnego stanowiska ogniowego. Z trudem wdrapywaliśmy się na górę, ale warto było, bo roztaczał się stamtąd widok wokół na morze, zatokę i zalesiony półwysep z latarnią morską, wieżą kościoła i zabudowaniami Jastarni.
Dalej, za Juratą w stronę Helu, wchodziliśmy potajemnie na teren wojskowy, gdzie było mnóstwo jagód, borówek i grzybów, których nikt nie zbierał. Chłopacy z Jastarni zbierali tam nie tylko jagody… Znalezioną amunicję przeciwlotniczą wykorzystywali do ryzykownych zabaw polegających na uruchomieniu zapalnika i wrzuceniu po chwili do zatoki, co wywoływało wysokie gejzery wodne. Był to swoisty sposób łowienia ryb, łączący niebezpieczne z pożytecznym.
W przeciwnym kierunku, w stronę Kuźnicy, chodziliśmy na jeżyny bujnie rosnące po stronie zatoki. Na wydmach przy plaży zachowały się bunkry z grubego betonu. Przez szczeliny strzelnicze można było obserwować morze, a czasem też amatorki szczególnie dokładnego opalania na dzikiej plaży. Heniek nie patrzył, nie musiał, bo dostał od wujka marynarza długopis z obrazkiem kobiety, która przy odpowiednim nachyleniu pokazywała się bez ubrania.
Trochę dalej w kierunku Kuźnicy było wzniesienie na wydmach, zwane Lubekową Górą. Był na niej krzyż upamiętniający morską katastrofę, kiedy zatonął statek. Jeszcze dalej przed samą Kuźnicą znajdował się nowoczesny dom wakacyjny Andrzeja Łapickiego.
Opuszczaliśmy Jastarnię w ostatnie dni sierpnia. Mama dzień wcześniej kupowała bilety. Zdarzyło się raz, że jej niesforne chłopaki poszły pożegnać się z morzem i wrócili pod koniec dnia już po odjeździe pociągu, by w ten sposób przedłużyć pobyt w wakacyjnej krainie.
Pierwszy raz przyjechaliśmy z Poznania latem 1948 roku nocnym pociągiem Zakopane-Hel. Mama, dwóch moich starszych braci: Jurek i Wojtek, i ja, kilkutygodniowy noworodek w wiklinowym koszyku na półce bagażowej, oraz tobołki ze wszystkim, co potrzebne na dwa miesiące wakacji w dość spartańskich warunkach. W tobołkach była pościel, na wierzchu nocnik i cebrzyk do kąpieli. Tata zostawał zwykle w mieście, by, podobnie jak inni ojcowie, zarobić na wakacje żony i dzieci. Pociągi latem były zwykle przepełnione. Bywało, że jednej osobie udało się wejść i zająć przedział, a bagaże ładowało się przez okno. Pierwszy widok morza zwykle budził nas koło Orłowa. Od Pucka już cały czas cieszył nasze oczy, zwłaszcza wtedy, gdy na półwyspie morze widać było po obu stronach. Na dworcu w Jastarni „tutejsi” pakowali nas na wózki i dowozili do rybackiej chaty w Borze przy Placu Gdańskim. Bór to była ta część Jastarni leżąca w drodze do Juraty.
Mieszkaliśmy w skromnym domu państwa Lenców w jednym pokoju z czterema łóżkami, dla mamy i naszej trójki. Była tam szafa i umywalnia – stolik z miednicą. Mama z panią gospodynią przygotowywała jedzenie w maleńkiej kuchni ze stoliczkiem, na którym jedliśmy obiady. Głównie były to flądry i śledzie smażone i gotowane na różne sposoby na opalanej drewnem blacie.
W plażowe dni mama przygotowywała prowiant na cały dzień.
Było zgrzebnie, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo było lato i było morze.
Rybak sprawia sieci
Letnicy zaczynali przyjeżdżać zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Mieszkańców Jastarni letnicy nazywali „tutejszymi”. “Tutejsi” sami siebie dzielili na Kaszubów i „tych z Polski”, napływowych, którymi ci ostatni pozostawali nawet po wielu latach mieszkania na Półwyspie. Mieszkańcy Jastarni przystosowywali dla letników swoje chaty, przenosząc się na strych. Czekali na dworcu z wózkami, by zawieźć bagaże na kwatery. W każdym gospodarstwie były takie drewniane czterokołowe wózki służące do transportu ryb i sieci.
Chaty rybackie były bardzo skromne, bez bieżącej wody, z wychodkiem na podwórku. Za łazienkę służyły miednica, dzbanek i ocynkowany kubeł z lodowatą wodą. Po wodę chodziliśmy do pompy ręcznej z dzbankiem lub wiadrem. Lekko słona woda odbierała smak herbacie. Potem było łatwiej, jak doprowadzono wodę do kilku miejsc, domów i pensjonatów.
Brak łazienek częściowo rekompensowały kąpiele w morskiej słonej wodzie. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że miało to dobre strony, bo dzięki temu nie pozbawialiśmy się zdrowej powłoki lipidowej. Eleganckie panie jednak zapisywały się na listę do korzystania z łazienki w domu właściciela stacji benzynowej, pana Bizewskiego.
Na plaży
Na plażę szliśmy ścieżką z żółtego klinkieru wzdłuż ulicy Rybackiej i dalej Szkolnej. Nigdzie nie widziałem tak pięknie ułożonej w jodełkę ceglanej nawierzchni. W jedną stronę prowadziła do portu, w drugą do ulicy Żymierskiego. Za kawiarnią „Okrąglak” i barem „Jutrzenka” przechodziliśmy przy betonowym fundamencie, na którym lubiliśmy też przesiadywać. Dalej wzdłuż poletka bobu, próbując czy już dojrzał, przez tory kolei i leśną ścieżką do wejścia na plażę na tyłach Domu Zdrojowego.
Zaraz na początku lata trzeba było upilnować odpowiednie miejsce na wykopanie grajdołu, by utrzymać stałą od lat konfigurację regularnych bywalców. Łopatę pożyczało się z budki ratownika. Grajdoły to tutaj długa tradycja, „prywatne” miejsca na plaży, zaklepane na cały czas wakacyjnego pobytu. Parawany rozpostarte na półkolistych wzniesieniach grajdołów zapewniały osłonę przed wiatrem i przytulną prywatność. Bywały czasem spory o zajmowanie grajdołów przez osoby nieświadome tutejszych układów. Wtedy solidarnie okoliczni sąsiedzi wywierali mniej lub bardziej odpowiednią presję na nieproszonych gości. Bywało, że opornych wynoszono na kocach do wody. Nieszczęsna para z NRD, nieświadoma własnościowych układów, otoczona przez plażowiczów próbujących wytłumaczyć, że komuś zajęli miejsce, doczekała się reprymendy małej dziewczynki:
Hitler kaput, ja, ja!
Nasze miejsce znajdowało się zawsze przy wyjściu na plażę na tyłach Domu Zdrojowego, ok. 30 m na prawo. Trochę bliżej były grajdoły rodzin Borysowiczów i Kołaczy z Radomia. Bliżej brzegu Krystyna i Adam Zajączkowscy z Kasią Forbert, do której czasem dołączał tata, słynny operator filmowy, wykorzystując czas przerw na planie. Starczewscy byli okopani bliżej następnego wyjścia na plażę, przy ulicy Zdrojowej. Była tam łódź rybacka i do niej wciągarka. Wracająca z połowów łódź często wypełniona po brzegi flądrami, szprotkami, śledziami i dorszami, ściągała amatorów świeżych ryb prosto z morza.
Nad bezpieczeństwem kąpieli czuwał ratownik. Miał swoja budkę, wieżę i łódź wiosłową. Na maszt wciągał flagę białą, czerwoną lub czarną, zależnie od stanu morza. Kąpielisko strzeżone wytyczały białe i czerwone boje. Wylegujący się w grajdołach letnicy z upływem słonecznych dni zmieniali kolor z bieli, poprzez róż, do upragnionej czekoladki. Przyspieszenie tego procesu wywoływało konieczność okładów z kwaśnego mleka. Skutkowało też obłażeniem płatów naskórka, które następnie należało do-opalić. Amatorki szybkiego czekoladowego odcienia eksperymentowały ze smarowidłem z ropy samochodowej. Odpowiednio opalonych, szczęśliwych plażowiczów uwieczniał sympatyczny fotograf, Hipolit Śmierzchalski, z wykorzystaniem egzotycznych atrybutów: małpki, kucyka i parasolki. Lubiłem z nim biegać brzegiem morza do Juraty i z powrotem; potem okazało się, że dla niego to nie było takie sobie bieganie, lecz trening, bo był wybitnym sportowcem-lekkoatletą. Był też podobno wszechstronnie utalentowanym twórcą – muzykiem, grafikiem i malarzem, ale tego wtedy nie wiedziałem.
Każdego dnia wypatrywaliśmy sprzedawcy lodów, który z drewnianym pudłem przewieszonym przez ramię, oblegany przez dzieciaki, nawoływał: „Looody Mewa, Meeewa lody dla każdego do ochłody”.
Kąpaliśmy się kilka razy dziennie, chodziliśmy brzegiem morza na spacery, czytaliśmy, graliśmy w karty w makao i w kierki, ustawieni w krąg odbijaliśmy piłkę. Nie nudziliśmy się.
Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rock and Rolla, który się urodził na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku za oceanem, a do Polski dotarł ponad dekadę później. Nazwa muzyki, tańca mówiła kołysz się i huśtaj (lub tocz) i na tym on mniej więcej polegał, ale jak to wyglądało na parkiecie, wie tylko ten, kto wtedy miał kilkanaście, albo dwadzieścia lat i chciał udowodnić całemu światu, że zrobi najwymyślniejsze wygibasy ze swoją partnerką. Przerzuci ją sobie przez ramię, przeciągnie pod sobą, okręci wielokrotnie wokół jej własnej osi, ten żywiołowy rytm dawał pomysłowym tancerzom przeróżne możliwości. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak ja i moi licealni koledzy, wystarczała improwizacja i niespożyta energia plus czyjaś wolna chata, kiedy można było zorganizować prywatkę z potańcówką.
Muzykę odtwarzaliśmy z gramofonowych singli i pocztówek dźwiękowych, które przywozili nam krewni z Zachodu, albo namierzaliśmy na bazarze, nadawało ją też radio Luxemburg, tylko ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane. Słuchaliśmy utworów Elvisa Presleya i Paula Anki, może również Roya Orbisona, Jerry`ego Lee Lewisa, albo Chucka Berry`ego. Później, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy zacząłem chodzić na studenckie bale, po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Beatelsów, ale ich muzyka mnie jakoś nie wciągnęła, podobnie jak The Rolling Stones. Historia rock and rolla jest jednak warta opowiedzenia i według Wikipedii wygląda mniej więcej tak:
Nowy gatunek muzyki rozrywkowej – wywodzący się z uproszczonego i zredukowanego, do trzech lub czterech akordów, schematu bluesowego, granego w szybkim tempie przy pomocy zelektryfikowanych instrumentów – powstał w wyniku połączenia “czarnego” bluesa, rhythm and bluesa, tradycyjnego jazzu oraz “białej” country. Promotorem owego stylu był Alan Freed, amerykański disc jockey z Cleveland, który obserwując swoją klientelę zauważył, że biali nastolatkowie często kupują w sklepach muzycznych płyty z muzyką Afroamerykanów. Podążając za tym trendem zaczął lansować czarną muzykę w radiu, nazwał ją rock and rollem – po raz pierwszy w 1951 roku, czyli siedemdziesiąt lat temu – i muzyka spodobała się słuchaczom. Alan Freed był również organizatorem pierwszych koncertów rock and rollowych, które cieszyły się dobrą frekwencją wśród białej i kolorowej młodzieży. Tym samym przyczynił się on do obniżenia barier rasowych w swoim kraju. DJ z Cleveland żył barwnie i intensywnie, ale niestety krótko. Zmarł w wieku 43 lat na przewlekłą niewydolność nerek i marskość wątroby, co było następstwem alkoholizmu. W 1986 r. Alan Freed został uznany za osobę godną uwiecznienia w muzeum honorującym artystów i osoby, zasłużone dla muzyki rockowej, zaś 21 marca 2002 roku jego szczątki przeniesiono do Rock and Roll Hall of Fame.
Rock and roll cechowała prostota harmoniczna i rytmiczna oraz szybsze i agresywniejsze brzmienie, niż w dotychczasowej muzyce rozrywkowej. Skład zespołów wykrystalizował się pod wpływem wzorcowej grupy Muddy`ego Watersa – śpiew (często wielogłosowy), gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara basowa, pianino lub organy i perkusja. Jeżeli chodzi o teksty utworów, to podobnie jak muzyka, były proste w formie, lecz często głębokie w treści i dotyczyły miłości oraz spraw młodzieży. Nic więc dziwnego, że wielu młodych Amerykanów utożsamiało się z tą muzyką, na ogół wbrew swoim rodzicom i nauczycielom, którzy tradycyjnie uważali, że dzieci powinny „być widziane i nie być słyszane”. Rock and roll motywował nastolatków do buntu przeciwko sztywniactwu starszego pokolenia, jego podwójnej moralności, różnym stereotypom myślowym i uprzedzeniom, więc zarówno dom, jak i szkoła postrzegały tę muzykę jako realne zagrożenie.
Międzypokoleniowy rozdźwięk wykorzystała kultura Hollywood. Zaczęto kręcić filmy, lansujące nową muzykę, pojawił się styl zwany rockabilly, który miał korzenie w country, bluesie i swingu oraz Elvis Presley, jako jego najbardziej znany wykonawca. Połączył ambitną gitarę z basem i wyniósł ten rytm do rangi znaczącego nurtu. Pożądany był również styl śpiewu Elvisa. Kiedy w lipcu 1954 roku wytwórnia Sun Studios wypuściła na rynek utwór That’s All Right Mama i stacje radiowe w pobliżu Memphis zaczęły grać tę piosenkę, błyskawicznie została ona lokalnym hitem, a w grudniu była już transmitowana w całych Stanach. Wtedy artysta zaczął zgłębiać inne gatunki muzyczne, wzbogacił swój styl oraz repertuar i tak zasłużył na tytuł Króla Rock’N’Rolla.
Nowy czas w muzyce rozrywkowej wpłynął na zmiany w obyczajach. Słowa Sex, drugs and Rock’N’Roll były często ze sobą łączone, w kontekście muzyki rockowej lat 60. Jej wykonawcy mieli skłonność do chaotycznego stylu życia, co wprawdzie było typowe także dla poprzedniej dekady, ale dopiero później stało się jawne. Muzycy zaczęli pić alkohol i używać narkotyków w miejscach publicznych; towarzyszyły temu opowieści o ich szalonych zachowaniach podczas koncertów, wszystko to trafiało do mediów i jeszcze bardziej podkręcało popularność gwiazd.
W latach 60 wyłonił się Garage rock – o charakterystycznym szorstkim brzmieniu, nazwany tak, ponieważ zespoły grające ten rodzaj muzyki, ćwiczyły zwykle w garażu któregoś z członków zespołu. W ślad za tym szły tanie, niskonakładowe i proste nagrania, była to muzyka undergroundowa, co utrudniało ustalenie dokładnej daty powstania utworów. Z niej prawdopodobnie narodził się też późniejszy punk rock.
Rock and roll nie zdobył jednak w Stanach wiodącej popularności. Wśród młodzieży miejskiej ciągle dominowała muzyka folk, a wśród dorosłych różne odmiany tradycyjnego popu. Przyjął się natomiast w Europie Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii. W połowie lat sześćdziesiątych artyści tego nurtu – przede wszystkim grupy The Beatles, The Dave Clark Five, Herman’s Hermits i The Rolling Stones – reeksportowali go z powrotem za ocean. Wydarzeniem, które praktycznie z dnia na dzień otworzyło Stany na brytyjskich wykonawców, było amerykańskie tournée Beatlesów z 1964 roku i sukces ich singla I Want to Hold Your Hand. Entuzjastyczne przyjęcie tych grup przez publiczność graniczyło z histerią. Charyzmatyczni Brytyjczycy przewrócili dotychczasową scenę muzyczną USA, spychając w cień wszystkich „grzecznych chłopców”, śpiewających banalne piosenki i wywołali pojawienie się silnych, amerykańskich zespołów rock and rollowych. Na skutek tej drugiej fali popularności, nurt stał się wiodącym w muzyce, aż do czasów powstania rapu i hip-hopu.
Prawdopodobnie jednym z najbardziej godnych zapamiętania wydarzeń muzyki rockowej był festiwal w Woodstock, w sierpniu 1969 roku, który odbył się na farmie M. Yasgura w Bethel, koło Nowego Jorku. Jego hasłem było: Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo tego, że festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu – m.in. Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w różnego rodzaju środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich. Stało się tak również dzięki policji, która na okres trwania festiwalu zawiesiła swoją walkę z narkobiznessem. Godnym uwagi jest fakt, że przez cały czas festiwalu nie zanotowano ani jednego przypadku kradzieży, rozboju czy gwałtu.
Lata 70 stały pod znakiem kontynuacji muzyki, stworzonej przez Beatelsów i Rollingstonsów, ale jej tonacja była już ostrzejsza. Zaczęły się koncerty na stadionach sportowych, później do głosu doszedł hard rock i jeszcze agresywniejszy heavy metal, grały go Led Zeppelin, Deep Purple, Judas Priest, Black Sabbath, czy nasz rodzimy – Test. Z popularnością nowych gatunków rocka było różnie, ale na początku nie miały one dobrej prasy. Podobnie, jak kolejne – punk, disco i glamrock. Dopiero dekadę później, kiedy emocje się uspokoiły, rock podzielił się na wiele gatunków i każdy miał swoich fanów, ale to już nie były moje rytmy. Mój rock and roll grano w Polsce w latach 60 i odbywało się to właściwie nielegalnie. Miał on politycznie czerwone światło, bo była to muzyka wrogiego i wstecznego Zachodu.
Same fryzury na Beatelsów miały w szkołach szlaban, ale nieoficjalnie często się go przekraczało. Muzycznie nie zapomnę licealnych akademii w chorzowskim Słowaku, w czasie których po tradycyjnej pieśni Ukochany kraj, umiłowany kraj, nasz klasowy kolega, Seweryn Sowiak, siadał za klawiaturą fortepianu i rozbrzmiewały pierwsze nutki melodii, zakorzenionej gdzieś w okolicach czarnej rzeki Missisipi. Zaczynał delikatnie, ale to, co on później robił z fortepianem, tego opowiedzieć się nie da, to trzeba było zobaczyć i usłyszeć. Dzisiaj już nie wiem, czy Seweryn grał jazz, bluesa, czy rock and rolla, pewnie wszystko po trochu, bo kochał muzyczne improwizacje i robił to naprawdę świetnie. Szkoda, że później poszedł na medycynę, a nie do akademii muzycznej, ale jego pacjenci tego nie żałowali, bo został dobrym chirurgiem.
Na pewno jednak szkoda, że już go nie ma między nami. Nie zapomnę tego jego trochę Fernandelowskiego uśmiechu, pogody ducha, serdeczności i tego, co potrafił wyczarować na klawiaturze instrumentu. Grał tak lekko i naturalnie, jak człowiek, który się z tym talentem urodził. Najbardziej żal, że odchodząc, człowiek zabiera ze sobą każdy swój Boży dar.
Zaczęły się wakacje i pojawiają się takie wakacyjne wspomnienia. O tym, że Marylę i jej brata, a obecnie mojego męża, poznałam w 1983 roku, w Uniwersyteckim Klubie Turystycznym UNIKAT, już wcześniej wspominałam. To były czasy studenckich rajdów, letnich pobytów w klubowych bazach namiotowych – UNIKAT eksplorował północno-wschodnią Polskę, Suwalszczyznę i Podlasie, tereny dziś turystycznie popularne, wtedy jeszcze mało znane. Maryla swoje doświadczenia z czasów klubowych wędrówek wykorzystała później w pracy zawodowej, pilotując wycieczki z Niemiec do Polski i na Litwę. My z mężem i synem pozostaliśmy na etapie rodzinnych weekendowych wypadów do lasu i wakacyjnych wyjazdów. Maryla odbyła więcej zagranicznych podróży, była w Paryżu, w Grecji, zwiedziła niektóre niemieckie landy.
Był taki czas, że ja, ze względów zdrowotnych, wyjeżdżałam do Szczawnicy Zdroju, uzdrowiska położonego u stóp Pienin, malowniczych gór, niewysokich, jakby miniaturowych w porównaniu do stojących tuż za nimi Tatr. W Szczawnicy wynajmowałam pokój dwuosobowy, siedziałam tam za każdym razem miesiąc, a w tym czasie przyjeżdżali do mnie, raz mama, raz mój mąż, no i dołączała do nas Maryla. Wynajmowała sobie osobny pokój, ale czas spędzaliśmy wspólnie. Mnie wypełniały go głównie zabiegi, Maryla też zawsze wykupywała w uzdrowisku jakieś kąpiele czy masaże dla siebie. Czerpaliśmy wielką przyjemność z leniwych, niespiesznych spacerów po parku zdrojowym, gdzie tradycyjnie znajdowała się muszla koncertowa, w której każdego popołudnia grała niewielka orkiestra. Repertuar był klasyczny, składał się głównie z wiedeńskich walców Straussów, utworów Schuberta, Schumana. Słuchaliśmy, sącząc z dzbanków lecznicze wody, tworzył się klimat jak w przedwojennym „badzie”. Gdy zdarzył się dzień wolny od zabiegów, wędrowaliśmy w góry, bliższe i dalsze. Przeszliśmy pasmo Pienin od Trzech Koron do Sokolicy i z Wąwozu Homole na szczyt Wysokiej. Najczęściej odwiedzliśmy najbliżej położoną, niewielką, uroczą Bryjarkę, a za nią małe schronisko, w którym serwowano pyszne naleśniki z jagodami. Maryla, wtedy konsekwentna wegetarianka, zawsze lubiła wszelkie naleśniki, pierogi, kluski itp. W tym czasie schyłkowego PRL-u mięso kupowało się na kartki, więc w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy, także oddawało się część tych kuponów. Kuchnia przygotowywała tylko tyle potraw mięsnych, na ile starczyło z „kartek”. Kucharki, rodowite góralki, wykazywały się kulinarną pomysłowością, przygotowując znakomite pierogi, naleśniki, drożdżowe bułeczki, ciasta, zapiekanki, co nam, a zwłaszcza Maryli, bardzo odpowiadało. Pamiętam, że kiedy kilka lat później byliśmy w Szczawnicy z moim synem, Maryla wyraziła swoje rozczarowanie zmianą jaka zaszła w menu stołówki naszego pensjonatu. Mięso i wędliny pojawiały się na stole codziennie, a my wzdychaliśmy do pysznych pierogów ruskich i naleśników z serem, które podawano teraz tylko w piątki. Na szczęście tradycyjne bułeczki drożdżowe do kolacji pozostały.
W lipcu 2009 roku pojechaliśmy we trójkę, ja, nasz syn Jan i Maryla, na dwa tygodnie do Rymanowa Zdroju. Mój mąż nie miał w tym czasie urlopu, a syn był uczestnikiem turnusu terapeutycznego, zorganizowanego przez ośrodek prowadzący terapię dla dzieci z autyzmem. Janek od rana do obiadu miał zajęcia, a my szłyśmy na spacer. Maryla oczywiście korzystała z zabiegów, bardzo chwaliła sobie zwłaszcza masaż ciepłymi kamieniami. Uzdrowisko Rymanów jest otoczone niewielkimi, łagodnymi wzgórzami, porośniętymi lasem mieszanym, z przewagą buczyny. Po spacerze zachodziłyśmy do kawiarenki położonej w centrum zdroju. Pośrodku kawiarnianego ogródka rosło rozłożyste drzewo. Jedząc lody obserwowałyśmy kręcące się wszędzie niewielkie, urocze ptaki, wróble, ale też inne, których nazwy nie potrafiłyśmy odgadnąć.
Maryli pobyt w Rymanowie bardzo się spodobał, stwierdziła, wyjeżdżając, że musimy częściej odbywać takie wspólne wypady „do wód”. Chyba rok później zorganizowała dla siebie i swojej cioci pobyt w Nałęczowie. Ciocia była samotną siostrą mojej teściowej. Rodzice Maryli i Tadeusza już wtedy nie żyli. Maryla opiekowała się ciocią. Ten wyjazd niespecjalnie im się udał, to był wrzesień, prawie cały czas padało. Maryla jednak korzystała jak zwykle z zabiegów kąpielowych. I znów obiecywałyśmy sobie wspólne wyjazdy. Ostatni raz rozmawiałyśmy na ten temat, gdy Maryla była już po operacji onkologicznej. Dzwoniła wtedy z ośrodka rehabilitacyjnego, w którym dochodziła do siebie. Mówiła, że to jest coś w rodzaju sanatorium. Ale kiedy jej stan zdrowia wystarczająco się poprawi, pomyślimy, żeby znów pojechać razem do jakiegoś polskiego uzdrowiska.
Na początku było nas 27. Był październik 2020 roku. Druga fala pandemii przybierała na sile, ulice polskich miast zapełniły się tłumami ludzi protestujących między innymi przeciwko postawie części duchowieństwa. Postanowiliśmy napisać krótki APEL ZWYKŁYCH KSIĘŻY – wyraz sprzeciwu wobec używania religii do celów politycznych, nierównego traktowania kobiet i mężczyzn, dyskryminacji i ksenofobii. Naszą intencją nie było rebelianckie godzenie w jedność Kościoła. Wręcz przeciwnie, wyraziliśmy nadzieję na oczyszczenie i odnowę naszej społeczności religijnej. Podkreśliliśmy wiarę w siłę dialogu, który w przeszłości niejednokrotnie spowodował przemianę sumień.
W naszej kapłańskiej aktywności już wcześniej dawaliśmy wyraz podobnym odczuciom dotyczącym kryzysu Kościoła. Ale czyniliśmy to indywidualnie – w środowiskach naszej pracy duszpasterskiej, naukowej, publicystycznej. Tym razem jednak po raz pierwszy postanowiliśmy zabrać głos wspólnie, wierząc, że będzie to miało swój szczególny wydźwięk! Szybko dołączyli do nas inni. Oprócz kolejnych ponad stu księży z kraju i zagranicy APEL podpisały również siostry zakonne. Pomogli nam bardzo świeccy chrześcijanie, którzy konsultowali tekst, kolportowali treść i opublikowali APEL najpierw na stronach internetowych WIĘZI a potem w wielu innych mediach. Zaprosiliśmy wszystkich zainteresowanych do otwartej dyskusji. Napłynęło prawie tysiąc maili z głosami poparcia ale i polemiki. Główny nurt wypowiedzi respondentów można by streścić tak: „Chcieliśmy już odejść z Kościoła, ale wasz głos, dający nadzieję na zmiany, zatrzymał nas na progu”.
Postanowiliśmy zatem kontynuować nasze spotkania w przestrzeni wirtualnych debat i roboczych narad. Ich owocem stały się kolejne wspólne stanowiska w sprawach dotyczących: skrzywdzonych przez ludzi Kościoła i stosunku wobec działań Fundacji Jerzego Owsiaka. Uznaliśmy za bardzo ważną kwestię sformułowanie naszego stanowiska w sprawie aborcji. Po wspólnej pracy nad tekstem przygotowanym przez ks. prof. Andrzeja Szostka postanowiliśmy go opublikować jako wyraz naszego chrześcijańskiego namysłu nad tym trudnym problemem budzącym wiele kontrowersji w przestrzeni publicznej.
Kolejnym krokiem podjętym wspólnie jest grupa uruchomiona na jednym z portali społecznościowych ZWYKŁY KOŚCIÓŁ oraz strona internetowa ZWYKLI.PL. Są to fora, na których będziemy szukali rozwiązań ważnych spraw dotyczących naszej społeczności religijnej.
Pandemia nie przyszła jakoś niespodziewanie. Pamiętam, jak wirus dopiero co pojawił się w Chinach, a u nas już mówiono – że prędzej czy później – przyjdzie do nas. I faktycznie stało się to dość szybko, by przyjąć potem formę lawiny, która powoli, ale bezustannie zaczęła zmieniać nasze życie na zupełnie inne, niż znaliśmy do tej pory. Całe to szaleństwo trwa już ponad rok, co skłoniło mnie do refleksji nad tym, co zmieniło się przez ten dziwny, trudny czas w moim życiu. Na ile koronawirus i to, że świat zmienił się nie do poznania, wpłynęło na mnie i moją codzienność? I czy negatywne doświadczenia można wykorzystać, przekuwając je w coś pozytywnego? Na ile mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas? Te i inne pytania pojawiają mi się w głowie już od jakiegoś czasu. Myślę, że odpowiedzi na nie są ważne, bo mogą sporo powiedzieć nam o nas samych.
Ja dowiedziałam się na przykład, że kocham Polskę. Nawet z tym całym syfem, który się tam obecnie dzieje na tak wielu płaszczyznach. Boli, gdy na to patrzę i nie zachęca do powrotu, ale jednocześnie nie zagłusza tęsknoty. Choćby – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – za chrupiącą skórką polskiego, białego chleba. On, cholera!, faktycznie smakuje najlepiej. Od wybuchu pandemii moje wizyty w Polsce ograniczyły się do minimum. To wiąże się między innymi z brakiem ważnego dowodu osobistego. Nie mogę, z jakichś dziwnych, nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów (po odpowiedzi odsyłam do Państwa Przyłębskich), złożyć wniosku o jego wyrobienie w Ambasadzie w Berlinie. A do Polski też nie bardzo mam jak pojechać. Mam więc nieważny dowód i liczę, że do lata gdy ważność traci też mój paszport, będę miała w ręku już obywatelstwo niemieckie z jakimś ważnym dowodem tożsamości.
O ile za dowodem polskim nie tęsknię, to uczucie tęsknoty tkwi w moim sercu. Chciałabym pochodzić po polskich chodnikach, posłuchać wokół siebie ludzi mówiących po polsku. Brakuje mi tego. To ładowało w jakiś magiczny sposób moje akumulatory. Zawsze wracam do Berlina, ale Polką się nie bywa, Polką się jest. Nawet z nieważnym dowodem tożsamości.
Na początku pandemii straciłam pracę. Zwolnili mnie z dnia na dzień. Z firmy, dla której zrobiłam tyle nadgodzin za friko, jak nigdy w całym życiu. Wkurzyłam się, poszliśmy na noże. Ja – która zazwyczaj unika konfrontacji. Ostatecznie wygrałam, co pokazało mi, że jestem silna. I że, jeśli się uprę, to potrafię osiągnąć swój cel, nawet jeśli po drodze nie będzie łatwo. Muszę mieć po prostu odpowiednią motywację. A wypowiedzenie z pracy, gdy świat właśnie ogarnia pandemia i nikt nie wie, czy jego firma to przetrwa – okazało się właśnie tym, czego potrzebowałam.
Poszłam więc za ciosem. Nagle miałam bardzo dużo wolnego czasu. Wysyłałam mejle z podaniem o pracę każdego poranka, a potem dzień stał przede mną otworem. Zajęłam się zatem tym, co zawsze wychodziło mi najlepiej: pisaniem. Czasem siedziałam do 4 nad ranem, nie mogąc się oderwać od historii, która jakoś tak nagle pojawiła mi się w głowie. Nie zrobiłam żadnego planu, usiadłam i zaczęłam pisać, by po kilku zaledwie tygodniach postawić ostatnią kropkę. W ten sposób spełniłam swoje największe marzenie: napisałam książkę. Próbowałam to zrobić wcześniej już wielokrotnie i nigdy nie dotrwałam do końca. Ale nie tym razem – teraz już wiedziałam, że chodzi tylko o motywację.
Tej nie zabrakło mi także potem – premiera książki jeszcze w tym roku, a ja w międzyczasie znalazłam nową, lepiej płatną pracę.
Mam fajnych przyjaciół. Nawet coraz to większe ograniczanie kontaktów społecznych nie przeszkodziło nam w pozostaniu w kontakcie ze sobą. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej doceniliśmy ten czas, który dany nam było spędzić ze sobą w realu. Powiem więcej – zaczęli odzywać się ludzie, z którymi kontakt wcześniej mi się urwał. Szukamy zatem, jako ludzie, kontaktu z drugim człowiekiem. To daje nadzieję na przyszłość. Poczucie wspólnoty – to może nas jedynie uratować.
Skończyłam w tym roku 34 lata. Dzień po moich urodzinach sprawiłam sobie sama prezent i poszłam morsować. Chciałam to zrobić od zawsze, ale wydawało mi się to absolutnie niemożliwe. Ale – sami wiecie – wszystko zależy od… motywacji. Mnie i Adrianowi, który mi towarzyszył, nie przeszkodził nawet lód na jeziorze. Było wspaniale.
Wnioski? Ten dziwny czas, który mamy namieszał sporo w moim życiu. Ale pokazał mi też, że otaczającą nas rzeczywistość, tworzymy my sami. I, że jeśli znajdziemy coś, co będzie nas napędzać, to w końcu osiągniemy to czego chcemy.
Dbajmy o siebie, pozostańcie zdrowi. I weźmy z tego trudnego czasu dla nas to, co najlepsze.
Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było – spełniło się i to z nawiązką. Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.
Skąd taka specjalna troska? Książka wydana w 1915 roku. Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo. Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru –
J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.
Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce? To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK. A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku? Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami. Zacznę od początku…
Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury. Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.
George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.
George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.
W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji. George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.
Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży. Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk. Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju. W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland). To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.
Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.
Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku. Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.
Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka. Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami. W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem. Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno. George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników. Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.
Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.
Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę. Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok. Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.
Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła. Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.
Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: There are no flies on Jeezus, No flies on Jeezus. There are no flies on Jeezus, No bloody flies on him.
Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.
To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence. Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.
Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.
Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje. Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.
Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.
W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń. Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.
To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna. Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.
Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.
Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.
Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał. Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w którejopisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii. Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.
Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).
Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.
Wkrótce je znalazł. Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią.
Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X. Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni. Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).
Dokąd teraz? Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki. Wszak tam działa się Historia.
Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.
Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek. Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę. Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.
Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR. Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem. Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.
Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.
Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim). Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji. Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn. Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet. Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.
Warunki pracy: 7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół
Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus. Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce. Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre. Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu. W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??). Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”. Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek. Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę. Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.
Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem. Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów. Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty. Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.
Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią.
Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki. Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?). Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.
Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.
Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.
Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła. Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.
Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”. W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci. Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.
Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla. Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich. Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę. Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.
W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.
Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą. Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci. Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.
Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik. Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.
Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.
Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu. Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.
Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać. Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna. Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.
W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.
Ciąg dalszy jutro
Źródła:
Joice Nankivell – The Cobweb Ladder Joice Nankivell – Solitary Pedestrian Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia. Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter Bread – KLIK Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK Kwakrzy – Wikipedia – KLIK