OMG! (Reblogs)

But also: thank you, God! – they were only 150 tousands and not 7 millions, what was previously announced!

Notes from Poland

Poles have last saturday been gathering along their borders holding rosaries in order to ‘surround the country with prayer’ and appeal to God ‘to save Poland and the world’. (Initially the stated aim was to protect from ‘Islamisation’, although that aspect has since been downplayed. More detail here: goo.gl/QWFyXu.)

Wprost

Sukces akcji „Różaniec do granic”. Cała Polska modliła się o pokój.

W ramach inicjatywy „Różaniec do granic”, w sobotę 7 października w 320 kościołach na terenie 22 diecezji na obrzeżach kraju ludzie modlili się o pokój dla Polski i całego świata. W wydarzeniu wzięły setki osób. Do akcji dołączyli również politycy. Polska granica liczy 3,5 tys. kilometrów, więc liczyliśmy, że potrzeba milion – półtora miliona ludzi żeby rzeczywiście otoczyć ten kraj dosłownie modlitwą – tłumaczył Maciej Bodasiński z Fundacji Solo Dios Basta (Bóg i nic więcej), która organizowała wydarzenie.

Zula na twitterze

Ja na miejscu. W Kodniu. Mnóstwo ludzi a jest bardzo wcześnie

Sylwester na twitterze

Siekierki nad Odrą

Found on Koalicja Białych Róż


On Facebook by Anna Alboth


And we… virtually and really on the other side of the border

We do not protest against God. We do not protest again prayer and also a rosary prayer. But we do protest against pushing our country back in to the darkness age of not knowing, not thinking and not loving, where the rules of democracy are replaced by prayer and obedience and politic becomes a faith.

And we protest against Poland’s heartless politic against refugees!!!! Yes, I know… Oficially nobody says anymore, rosary on the boarder was protest against Islam, Muslims or refugees. But it was the primary intention and it exists unoficially all the time.

And we protest!

Foto – Anna Alboth

Anna Alboth on facebook:

Today I feel like praying. Praying to some god to protect Poland from protecting Poland.  Yes. Because otherways they will protect us and then… OMG!

Kommentar von Mehmet Daimagüler:

“Ok, liebe Polen, Euer Land wurde dreimal geteilt, von drei Mächten: dem orthodoxen Russland, dem protestantischen Preußen und den katholischen Habsburgern. Alles Christen. Nach dem polnischen Novemberaufstand von 1830/1831 gegen die Herrschaft der Zaren nahm hingegen das Osmanische Reich zahlreiche polnische Emigranten auf. Noch heute leben Nachfahren dieser Flüchtlinge in dem Ort Polonezköy (“Polendorf”) bei Istanbul. Im Zweiten Weltkrieg versuchten Nazi-Deutschland und Stalin Polen auszulöschen. Nach dem Krieg blieb das Land 40 Jahre unter der Knute der UdSSR. Und heute fürchtet Ihr Euch davor, dass Muslime Polen zerstören könnten?”

Die Welt:

An Polens Grenzen haben sich am Samstag mindestens 150.000 Katholiken für ein Rosenkranzgebet getroffen. Nach Angaben der Warschauer Stiftung Solo Dios Basta (zu Deutsch: Gott allein genügt) waren 4000 Orte in die Aktion „Rosenkranz an der Grenze“ involviert. Gebetet wurde nach Angaben der Stiftung für die „Rettung Polens und der Welt“.

Von Gegnern wurde die Aktion als islamophob verurteilt. Sie sahen das Massengebet wegen verschiedener Äußerungen von Teilnehmern und Geistlichen als explizit gegen Muslime gerichtet.

Zu dieser Einschätzung hatte unter anderem Krakaus Erzbischof Marek Jedraszewski beigetragen, der sagte, die westlichen Nationen müssten zu ihren christlichen Wurzeln zurückkehren, „damit Europa Europa bleibt“. Eine Teilnehmerin der Aktion sagte zur Nachrichtenagentur AP: „Der Islam will Europa zerstören und uns vom Christentum abkehren.“

ksiądz Wojciech Lemański auf dem twitter

Znamy z niedalekiej przecież historii wiece masowego poparcia dla ludzi, których dziś chcielibyśmy zapomnieć. Wypełnione place, tłumy wzdłuż ulic. Po dzisiejszym dniu do tamtych obrazów historia dołączy zdjęcia setek tysięcy Polaków modlących się na plażach, lotniskach, ulicach, wzdłuż granic. Co ich wyprowadziło z ich kościołów, kapliczek przydrożnych, z ich katedr i bazylik? Czyżby jakaś zaraza, nawałnica, horda zbrojna zagrażała ich domom, warsztatom pracy, szkołom czy przedszkolom? Zapytajcie tych ludzi, po co poszli na te granice. Poszli przyzywać Imienia bożego, wzywać orędownictwa Matki Jezusa przeciw… uchodźcom, szukającym pomocy, schronienia, dachu nad głową. Gdy papież Franciszek poprosił o przygotowanie w ich parafiach domu dla jednej choćby rodziny uchodźców – udawali że nie słyszą. Gdy ostatnio prosił, by modlili się za tych biednych ludzi, to w katolickiej Polsce można było te rozmodlone kościoły policzyć na palcach. A dziś, jak Polska długa i szeroka idą z różańcem w ręku pokazać światu – ile jest warta wiara Polaków. Ale przyjdzie dzień. I powiedzą w ów dzień – Panie, Panie, czyż nie modliliśmy się na różańcu z naszymi księżmi, z naszymi biskupami na granicach? A Pan im odpowie – Idźcie przecz, bo byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie. I będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Cziste szaleństwo

Lech Milewski

Cziste szaleństwo czyli fortepian Stalina w Temple Beth Israel

Cziste szaleństwo? To nie pomyłka w tłumaczeniu, przeciwnie, czyż można lepiej zintepretować błąd ortograficzny – shir zamiast sheer?

Bilet otrzymałem przez internet i miałem czas na przeczytanie reguł tego szaleństwa. Poniżej kilka istotnych wskazówek.
LEGAL SPIEL:
The Festival has all rights to film, photo and video production of this Festival and your sheyna punim may be filmed incidentally.
Don’t be a schmuck!
If you’re a schmo we will deal with you.
Footwear is to be worn at all times, you’ll look like a schlub otherwise.
Sorry, but don’t schlep your pets to the festival.

Pełen słownik – TUTAJ.

Shir Madness to festiwal gromadzący doskonałych żydowskich muzyków z całego świata. Odbywa się corocznie, naprzemian, raz w Melbourne raz w Sydney.
To ci okazja, można posłuchać na żywo najlepszych nowojorskich klezmerów bez potrzeby wyjazdu do Krakowa. Więcej o festiwalu TUTAJ.

Tu przyznam się do drobnej wpadki. Przetłumaczyłem tytuł imprezy fonetycznie, ale jak widać choćby z cytowanych wyżej wskazówek, na tym gruncie trzeba być ostrożnym – shir w języku hebrajskim znaczy pieśń.

Impreza odbywała się w Temple Beth Israel.

Temple Beth

Wbrew nazwie nie jest to świątynia, ale kehilla kedosha czyli zgromadzenie duchowe. W tym przypadku ma ono na celu wprowadzenie innowacji i postępu do żydowskiej tradycji – KLIK.

Oczywiście dla mnie głównym magnesem był wspomniany w tytule Fortepian Stalina. Jest to tytuł multimedialnego programu opierającego się na ryzykownym według mnie pomyśle – tworzenie na żywo podkładu muzycznego do wygłaszanego tekstu.

Istotnym magnesem była dla mnie, znana mi z innych występów, wykonawczyni tego programu pianistka Sonya Lifschitz – KLIK.

Na wstępie wykonawczyni wspomniała o pewnym związku artystów i polityków. Oczywiste, że artyści są zależni od polityków. Wszak od polityków w dużej mierze zależy czy artysta będzie miał wolność tworzenia. Do tego dochodzi sponsorowanie z państwowej kasy.
Sonya Lifschitz wymieniła również kilku artystów, którzy na krócej lub dłużej byli politykami. Jakże przyjemnie mi było, gdy na początku wymieniła Ignacego Jana Paderewskiego. Mina mi nieco zrzedła gdy wymieniła również R. Reagana i A. Hitlera.

Podczas godzinnego występu na ekranie zostały wyświetlone wypowiedzi 18 osób. Czasem były wyświetlone tylko teksty z podkładem głosowym. Na tym tle artystka grała na fortepianie muzyczną interpretację tych wypowiedzi.

Było kilka ciekawych punktów.

Fragment przesłuchania Bertolda Brechta przez Komisję do badania działalności antyamerykańskiej – KLIK.

Wypowiedź Le Corbusiera – “I am a young man of 71 years old. I am a visual man…” – była kilkakrotnie ucinana i wyświetlana od nowa. Dawało to efekt muzyki rap. Na tyle wyraźny, że nie zwróciłem uwagi na to, co grała pianistka.

Podobną technikę zastosowano w przypadku rozmowy Johna F. Kennedy’ego z generałami w okresie kryzysu kubańskiego, z tym że tym razem nie sposób było nie zauważyć muzyki – radosna rumba.

Któż jeszcze na tej liście? Frank L. Wright, australijski kompozytor Percy Grainger, Tomasz Mann, Mao Tse Tung, Joseph Goebbels.

A gdzie Stalin i jego fortepian?
W tym przypadku nie było przemówienia i fortepianowej interpretacji, tu przemówiła artystka.
Opowiedziała o przypadku gdy J. Stalin usłyszał w radio transmisję z koncertu, na którym pianistka Maria Judina wykonała koncert fortepianowy nr 23 W.A. Mozarta. Koncert spodobał mu się tak bardzo, że zażądał aby dostarczono mu jego nagranie na płycie gramofonowej.
Problem w tym, że koncert nie był nagrywany.
Pracownicy Kremla obudzili w środku nocy Judinę i członków orkiestry, zawieźli ich do studio i kazali grać. Dwóch kolejnych dyrygentów nie wytrzymało napięcia, dopiero trzeci poprowadził dobrze orkiestrę. Maria Judina nie miała żadnych problemów. Pospiesznie wytłoczono jeden egzemplarz płyty i rano czekała już na Stalina w sekretariacie.

Wkrótce po tym wydarzeniu Maria Judina otrzymała z Kremla przekaz na poważną kwotę. Judina napisała list z podziękowaniem: …będę się modlić za Was dzień i noc i prosić Boga by przebaczył grzechy popełnione przeciw ludziom i krajowi. Bóg jest miłosierny i Wam przebaczy.
Stalin przeczytał ten list na głos w wąskim gronie zaufanych osób. Wszyscy czekali w napięciu na jakiś sygnał lecz Stalin w milczeniu schował list.

Ciekawe, że gdy Stalin umarł, pierwsze osoby, które dotarły do jego sypialni zauważyły kręcący się gramofon, a na nim właśnie tę jedyną w swoim rodzaju płytę – M. Judina, koncert fortepianowy nr 23 Mozarta.
Maria Judina przeżyła Stalina o 9 lat.

Akompaniamentem do opowieści o tym wydarzeniu był szum kręcącego się gramofonu.
Powyższa historia i nieco więcej o Stalinie i Judinie TUTAJ.

Moje osobiste wrażenie z tego punktu programu to jednak zawód. Pomysł fortepianowej interpretacji przemówień nie był udany. Dużo większe wrażenie robiły filmowe sztuczki.

Na szczęście w sąsiednich salach dużo się działo:
– David Krakauer i jego zespół Ancestral Groove. Ten sam, z którym wystąpił na otwarciu Muzem Żydów Polskich – Polin – KLIK.
– zespół Klezmatics z programem zaprezentowanym na festiwalu w Krakowie – KLIK . Ja trafiłem na ich występ w momencie gdy wykonywali piosenkę Mury J. Kaczmarskiego. Proszę skoczyć do 34 minuty na zlinkowanym filmie.
– zespół Zourouna – klimat Turcji, Syrii, Libanu.

Zdążyłem jeszcze wpaść na ostatnie chwile występu Bretta Kaye, tenora znanego z występów jako kantor.
Swój występ zakończył słowami: We all have music in our kishkas.

Pełna zgoda.

Z notatnika integralnego pesymisty

Tomasz Fetzki

Jestem pesymistą. Integralnym pesymistą.

Co jakiś czas, mimo moich starań i pielęgnacji, dopada mnie przykra dolegliwość. Mianowicie pęka mi skóra na piętach. Wybitnie nieprzyjemna przypadłość: nie dość że boli i utrudnia chodzenie, to jeszcze uniemożliwia ulubione wizyty na basenie. Wiele bym dał, by się pozbyć cholerstwa. Ale bez przesady – moja desperacja nie jest na tyle głęboka, abym powodu popękanej skórki na piętach pozwolił sobie amputować stopy. Zwłaszcza jeśli wiem, że lekarz, proponujący tę terapię, nie dobro tych nóg ma na uwadze, ale chęć unieruchomienia mnie, abym nie przeszkadzał, gdy pójdzie bezprawnie przywłaszczyć sobie moje mieszkanie.

Jestem integralnym pesymistą.

Gdy zacząłem jeździć na protesty pod budynek zielonogórskiego sądu, nie wierzyłem, że to coś da. Naprawdę – nie wierzyłem! Ale po kilku nocach (bo nie dniach przecież, nie dniach…) oglądania z bezsilną i narastającą rozpaczą, jak w parlamencie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej grupa wybrańców narodu pospiesznie, metodycznie, cynicznie i bezczelnie dokonuje dzieła zatłukiwania młotkiem demokracji, uznałem, że inaczej nie mogę. Byłem pewien, że żadne weto nie zostanie postawione. W duchu projektowałem już sobie, na czym będzie polegała moja wewnętrzna emigracja. Uznałem wszelako, że jeśli chcę patrzeć bez wstydu na własne oblicze w lustrze, to muszę tam być. Nie było w tej decyzji patosu, ani poetycznej mgiełki. Była posępna i zgryźliwa determinacja, żeby potem móc z Poetą stwierdzić: Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw. I tyle. No i jeździłem: do Zielonej Góry, bo było najbliżej.

Wydarzenia potoczyły się inaczej. W szalonym tempie. Musiało upłynąć kilka dni, zanim trochę zebrałem się w sobie i przemyślałem to, czego byłem świadkiem. Na tyle by, ku pamięci, skreślić tych kilka słów. Gdybym pisał na gorąco, wyszłaby niechlujna jakaś publicystyka. Tymczasem szacunek dla czytelnika zobowiązuje. Musiałem przeto znaleźć odpowiednią formę. Bowiem, gdy rozpacz otacza z każdej strony, tylko zachowanie formy pozwala, że tak to ujmę, zachować formę…

Ochłonąwszy, wysnuwam oto garść refleksji. Może i banalnych, ale za to własnych.

Primo: dlaczego było nas tak mało? Nie tylko w Zielonej Górze, gdzie faktycznie zgromadzenia liczyły 200, może 300 osób. Ale i w większych miastach, w których zebrały się tłumy. Pozornie. Sprawa jest tego kalibru, że manifestacje powinny być kilku-, kilkunastokrotnie nawet liczniejsze. Czyżby tak niewielu z nas ceniło sobie wolność? Intencje he he legislatorów były jasne, treść ustaw przejrzysta, tryb uchwalania aż nadto bezczelny i gardzący prawem oraz dobrym obyczajem. Urodziłem się i młodość spędziłem w kraju rządzonym po dyktatorsku, odciętym kordonami od wolnego świata. Pamiętam poczucie euforii i szczęścia, gdy mury runęły. A teraz mam spędzić starość i śmierci doczekać znów w izolowanej dyktaturze? Kurde, naprawdę przestaliśmy sobie cenić ten skarb? Spowszedniało? Przejadło się? A może po prostu taki jest cykl życia społeczeństw, że co kilka dekad nieuchronnie, bez uwzględniania przestróg historii, pojawia się etap brunatny? I on właśnie nadszedł? Jeden z parlamentarzystów obozu władzy, zapytany czy skala protestów nie świadczy o konieczności rewizji założeń „reformy”, odparł (cytuję z pamięci): demonstracje dwustutysięczne tak, zmusiłyby do zmian; ale kilkutysięczne? To happening, nie demonstracja. Pomijając butę wyzierającą z owego stwierdzenia trzeba przyznać, że ten pan miał rację. Gdyby nie determinacja happenerów… Tyle primo, czas na secundo.

Secundo: jak przystoi pesymiście, ja właściwie nie lubię ludzi (czemu sami sobie są winni), a tłumów to już zwłaszcza. Emocje, uniesienia, adrenalina, jaka ponoć towarzyszy zgromadzeniom – są mi całkiem obce. Źle się tam czuję. I ten cholerny nawyk obserwacji. Analizy. Nie pozwala, by nastrój porywał, by dostosować krok do marszu gromady. Jeśli się tam pojawiłem to, jakem wspomniał, przymuszony imperatywem, nie dla przyjemności. Nie znałem ludzi, którzy mnie otaczali. Ich motywacji. Intencji. Z pewnością nie ze wszystkimi byłoby mi po drodze. Zapewne nie każdy z mówców miał kryształowe zamiary. Zdarzali się wśród nich także frustraci, którzy zawsze i wszędzie muszą toczyć żółć – obojętne przeciw komu. Ale właśnie dystans pozwala mi stwierdzić: zdecydowana większość stojących pod budynkiem sądu była poważna i zatroskana. Żadnych zadymiarzy. A w wystąpieniach dominowały, i to zdecydowanie, motywy sprzeciwu – owszem – ale odpowiedzialnego, refleksyjnego. Co zaś mi najbardziej pasowało, bo sam mam już od dawna takie przemyślenia, to częste wezwania do zrozumienia oponentów. Nie polityków partii rządzącej, boże broń! Ale ich wyborców. Przecież zdecydowana większość z nich oddała swe głosy w najlepszej wierze. Tu się różnimy: nie byłem, nie jestem i nie będę w stanie wykrzesać w sobie choćby odrobiny zaufania w dobre intencje twórców „dobrej zmiany”. Jednak ze zwolennikami PiS-u łączy mnie przekonanie, że wiele złego się w Ojczyźnie wydarzyło i dużo trzeba zmienić. Wyniki ostatnich wyborów nie wzięły się znikąd. Słowem – rozumiem ich gorycz, ich pragnienie sprawiedliwości. Tylko że niezmiennie twierdzę, iż oddali sprawy w ręce szarlatana, skądinąd inteligentnego i nastroje świetnie czującego, lecz nie dobro popękanych pięt mającego na uwadze. Szarlatana, nie lekarza. Pod budynkiem sądu stali patrioci, którym przyszłość kraju nie jest obojętna – to się rzucało w oczy i było oczywiste nawet dla takiego zdystansowanego mizantropa jak ja. Byłem, widziałem, wiem, co mówię. Zresztą, każdy to mógł zobaczyć. Każdy, kto chciał. Bo nie każdy chciał – i o tym będzie tertio.

Tertio: teraz maznę coś o maziach. Mniej więcej do października 2015 roku funkcjonowała gromada dziennikarzy, którzy sami siebie (a przecież nikt nie może sędzią we własnej…) nazwali niepokornymi. Funkcjonują dalej. Na trochę innych, bardziej eksponowanych posterunkach. I jakoś tak wyszło, że przestali sobie przypisywać to określenie. Słusznie, bo okazało się (zresztą: nie „się okazało”, bo było jasne już wcześniej), że są jak najbardziej pokorni, tylko wobec innego pana. Aż dziw, że się dotąd nie potopili w wazelinie, którą codziennie produkują! Tak to już jakoś jest na tym świecie, że maź przyciąga maź. Dla pryncypała mają wazelinę. Dla nas – ślinę. Jeśli nie da się pokonać merytorycznie, to trzeba opluć. Ostro oceniam, ale jak inaczej nazwać ich komentarze? Sprowadzające się z grubsza, by posłużyć się klasykiem, do takiego oto opisu wydarzeń: Zniknięcie tych parówek spowodowało niemały zamęt. To fakt! Był to jednak zamęt grubymi nićmi szyty i wiemy, lep jakiej propagandy kryje się za tymi nićmi! Dlatego też, te zniknięte parówki zewrą jeszcze bardziej nasze szeregi. To wszystko każe nam powiedzieć mocno i stanowczo: parówkowym skrytożercom mówimy NIE! Tym schematem – choć znacznie bardziej wulgarnie – opisywano w mediach (czego nie mam prawa pamiętać, bo mnie jeszcze na świecie nie było) studentów w marcu 68. Tak oczerniano (czego nie pamiętam osobiście, choć właściwie już mógłbym) robotników z Radomia. Tak też próbowano (co już pamiętam świetnie) zniesławić opozycjonistów Solidarności. Nie mam w żadnym razie zamiaru ośmieszać się, porównując swoje skromne działania do ich dokonań. Nie ta liga, nie ta groza, nie to ryzyko, nie taka potrzeba odwagi (przynajmniej jak dotąd)! Ale schemat propagandowy dokładnie ten sam: w najlepszym razie byliśmy ogłupieni, naiwni i wykorzystani przez cwanych macherów (to się teraz, szanowni państwo, nazywa astroturfing!), a niewykluczone, że powodowała nami zdrada i sprzedajność. Przecież te identyczne świeczki od Sorosa! Faktycznie, były identyczne: każda w kształcie walca i każda miała knotek. Szkoda, że wujcio Soros nie sfinansował nam porządnego nagłośnienia. Gdy w sobotę 22 lipca nad Zieloną Górą przeszła nawałnica, prywatny (i skądinąd niezbyt imponujący) sprzęt organizatorów zalało. I nie było nagłośnienia. Ach ten Soros! Niedobry! Skąpy!

Gadaj tu z takimi niepokornymi. Dla pełnego obrazu: tak, spotkałem się i z uczciwymi, merytorycznymi, choć nieprzychylnymi komentarzami. Czemu nie? Dyskutujmy. Ja na pękające pięty stosuję moczenie stóp i pumeks. Ale jeśli ktoś mi zaproponuje peeling, chętnie posłucham. A ci tylko, panie dziejaszku, cięgiem o tej amputacji! Propagandzista tak musi, toteż specjalnie nie robi to na mnie wrażenia. Takoż spłynęły po mnie wszelkie wytworne komplementy polityków: ci wszyscy spacerowicze, ubeckie wdowy, kanalie etc. Z pesymistycznym realizmem stwierdzam, że jaczejka była, jest i będzie. Nihil novi sub sole. Jednak, gdy Premier mojego kraju obdarza ludzi autentycznie zatroskanych, korzystających w godny sposób z legalnych form wyrażenia swego niepokoju pogardliwym epitetem ulica – to jednak boli. Ale i tak to wszystko betka, michałki i bzdurki, niegodne mojego pesymizmu. Naprawdę liczy się quatro.

Quatro: weta są, ale niebezpieczeństwo bynajmniej nie minęło. To nie koniec. Czeka nas długi marsz. Być może nawet nie wyobrażamy sobie, jak długi. Bo to, że „dobra zmiana” nie odpuści, rzecz pewna! Tylko, że nawet jeśli kolejne wybory (miejmy nadzieję, że jednak wolne) zmienią ekipę, to nikt nie zagwarantuje, iż nowi włodarze oprą się pokusie, by odwołać demolkę, która przecież im też może służyć, dając więcej władzy. Władza to władza, pokusa to pokusa, demoralizacja to demoralizacja. Raz przekroczono granicę i nic już nie będzie jak dawniej. My, pesymiści, wiemy to świetnie. Co więcej, nikt nie zagwarantuje, że dziennikarze z nowego rozdania też nie będą niepokorni inaczej. Kto nas, prostych ludzi, uratuje przed tymi, którzy chcą nam zabrać wolność?! Jan Paweł II pięknie i mądrze stwierdził, iż wolność jest nam dana i zadana. Dana nie na zawsze: właśnie na naszych oczach okazała swą kruchość. Bez patosu i bez przesady, choć z integralnym pesymizmem, muszę stwierdzić: to była przemoc. Naruszono moje poczucie bezpieczeństwa i tak łatwo go nie odzyskam. Nie wiem, jak to się skończy, ale wiem, że o wolność trzeba walczyć, przecież jest zadana… O ten wątły płomyczek należy dbać. Nie, nie boję się. Jestem tylko smutny. Ale wolę być smutny, niż żałosny.

Reblog: 2 to nie 3 ale jednak mimo wszystko 2

Jacek Pałasiński (na Facebooku)

26. Juli um 14:41 

Czy się zestarzało? Nie, proszę sprawdzić. Kto wczoraj słusznie oglądał TVN24 BIS, ten słyszał. Przetłumaczyłem w całości, a resztę w co istotniejszych fragmentach, komentarze nt. sytuacji w Polsce, zamieszczone w najbardziej prestiżowych dziennikach świata.

Choć to długie, to jednak proszę rzucić okiem: świat jednak nie wierzy w dobre intencje rządzącej w Polsce formacji.

FAZ
http://www.faz.net/…/veto-gegen-justizreform-dudas-manoever…

MANEWRY DUDY
Swoim wetem Duda przeciwstawił się w dobrym momencie alarmującemu rozwojowi sytuacji. Ale czy ma na myśli własne dobro, czy tez opiera swą decyzję na spóźnionej mądrości?
Tylko prezydent Polski wie dlaczego właśnie teraz zdecydował się na rozerwanie frontu Kaczyńskiego. Uzasadnia to, cytując obawy obywateli, panujące od jakiegoś czasu w kraju. Było ię wydarzeń, wobec których mógł bronić podziału władz, nie ostatnie to był przewrót w TK w ciągu ostatnich miesięcy. Może Duda rzeczywiście zauważył, że nacjonal-konserwatyści idą za daleko, że podzielili kraj, że Polsce grozi izolacja w UE, ale być może działa dla własnego dobra. Być postrzeganym jako notariusz partii rządzącej nie jest najlepszym sposobem dla młodego polityka, kiedy ma jeszcze jakieś ambicje.
Ale bez wątpienia sekwencja manewrów Dudy daje efekty: po raz pierwszy od zwycięstwa wyborczego sprzed dwóch lat Kaczyński staje w obliczu oporu wśród własnych szeregów i nie może nic z tym zrobić. Ponieważ Duda, wybrany w wyborach bezpośrednich ma spory zakres władzy i może skutecznie blokować agendę autorytarną – nie tylko w stylu, może być poważnym przeciwnikiem eurosceptyka Kaczyńskiego. To wprowadza dynamikę w polityczny krajobraz kraju, wraz ze wszystkimi ostatnimi manifestacjami. Kaczyński – wydaje się – musi pogodzić się z faktem, że nie może trzymać w ręku wszystkich sznurków.
To dobrze, że taki rozwój wypadków narodził się w samej Polsce. Różne procedury Brukseli w sprawie zagwarantowania państwa prawa zawsze będzie miało wymiar paternalistyczny. (…) Teraz należałoby dać Polsce trochę czasu, by odnalazła nowy konsensus w sprawie przyszłego kształtu WS. W tej kwestii Europa nie ma gotowego modelu.

http://www.faz.net/…/veto-gegen-justizreform-der-mann-vor-d…

MARIONETKI a.D.
Autor: KONRAD SCHULLER

Przez długi czas prezydent Duda był marionetką Kaczyńskiego. Swoim podwójnym weto dla reformy wymiaru sprawiedliwości odszedł na krok od cienia swojego patrona. Rząd atakuje jego plany.
(…) Ilekroć pokazywał się publiczne odkąd jest na urzędzie, prezydent Polski miał za sobą szaro-niebieskie kotary, jak w teatralnych kulisach. Ci, którzy na niego patrzyli zastanawiali się w jakiej roli występuje? Aktora na scenie? Na tle tych kurtyn w swoim biurze Duda wyglądał jak ktoś, komu inni piszą teksty, ktoś, komu podpowiada sufler z zewnątrz: JK, silny człowiek w Polsce, rewolucyjny lider bez żadnej odpowiedzialności rządowej.
Od poniedziałku jest inaczej. Duda powrócił przed kurtynę, ale głos podpowiadacza wydawał się do niego nie docierać. Wygłosił nowe teksty, które wydawały się przeciwieństwem tego, co mówił w przeszłości. Postawił swoje prezydenckie weto przeciw Kaczyńskiemu (…)
I Duda poszedł nawet dalej: Należy przeczytać ostatni paragraf jego wystąpienia, by zrozumieć, że zrobił więcej niż odesłanie dwóch tekstów do Parlamentu. Przede wszystkim zredefiniował pozycję Kaczyńskiego, to nie on jest od wczoraj numerem jeden w Polsce.

SZ
http://www.sueddeutsche.de/…/justizreform-in-polen-polnisch…

POLSKI RZĄD NIE ODPUŚCI
(…) Polski rząd nie zmienia kursu po wecie prezydenta Dudy. „My będziemy realizować nasze plany – powiedziała premier BS.(…)
Swoim wetem Duda rozbija po raz pierwszy publicznie niekontrastowaną władzę JK. Podczas swoich 2 lat jako prezydent AD podpisał wszystkie ustawy, wliczając w to te, które były sprzeczne z konstytucją. (…)
Dla rządu to problem, ponieważ przeforsowanie aktualnej wersji tekstu reformy wymagałoby większość 3/5 w Parlamencie, a prawica nacjonalistyczna tyle nie ma.

SZ
http://www.sueddeutsche.de/…/polen-wie-die-eu-polen-auf-den…

Jak można powrócić na właściwą drogę, UE Polska
Autor: Thomas Urban
To, co robi lider PiS jest oczywistym naruszeniem praw UE. Ale Bruksela nie znalazła żadnej skutecznej dźwigni przeciw Warszawie. Teraz nadeszła godzina dyplomatów.
(…) Społeczeństwo polskie charakteryzuje poszukiwanie tożsamości kulturalnej.
(…)Żądając przyjęcia imigrantów Zachód nie docenił w pełni jak dalece poszukiwanie własnej tożsamości kulturalnej cechuje społeczeństwa, które przez pokolenia wysłuchiwały retoryki bloku sowieckiego i były ofiarami represji intelektualnej, zwłaszcza w Polsce. Należałoby przybliżyć tożsamości wschodnią i zachodnią. (…)
Protesty uliczne nie powinny przysłaniać faktu, że obóz rządowy jest mocno w siodle, a opozycja jest bardzo słaba. Lider KOD okazał się małym oszustem, który napełniał własne kieszenie. PO, które w zdu-miewający sposób otrzymuje od zachodnich mediów etykietkę „liberalnej”, musi zostać odbudowana od podstaw po odejściu swojego przywódcy DT, który pozostawił w Polsce chaos polityczny. Nie ma postaci ani wiarygodnych ani charyzmatycznych.
W innych krajach europejskich, również w Niemczech, popełniono błąd, nie biorąc poważnie lub wręcz ignorując narodowych konserwatystów.(…)
Ambasada w Warszawie wysypiskiem niechcianych dyplomatów.
(…) Dopiero w 2011 r. wysłano do Warszawy dobrze wykształconego człowieka, mówiącego po polsku. Nie do pomyślenia, by do Paryża czy Rzymu wysyłać ambasadora, nie znającego lokalnego języka.

TAGESZEITUNG

http://www.taz.de/Kommentar-Justizreform-in-Polen/!5429099/

Chłodno obliczone ryzyko
(…) Prezydent, sam prawnik, tym razem był pod szczególną presją. Miał trzy opcje: mógł po pierwsze podpisać sprzeczne z konstytucją ustawy, czego oczekiwał od niego lider PiS JK. Zdyskredytowałby się jednak jako prawnik Po drugie mógł przekazać ustawy do TK, ale ten organ to tylko wikariusz rządu PiS-u.
Po trzecie, mógł zawetować ustawy i odesłać je do Sejmu. Ponieważ PiS nie ma większości 2/3 w Sejmie, nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że ustawy te teraz spadły ze stołu.
Kalkulował na zimno: mógł podjąć takie ryzyko. Szkoda tylko, że nie umożliwił wprowadzenia trzeciej ustawy swoim wetem.

LE MONDE

http://www.lemonde.fr/…/pologne-le-president-duda-gardien-d…
Pologne : le président Duda, gardien du droit et de la justice
(…)Wiadomość zaskoczyła zarówno opozycję, jak i większość parlamentarną i wywołała trzęsienie ziemi w dotychczas monolitycznym bloku ultrakonserwatywnego PiS-u.(…)
Andrzej Duda spowodował poważny kryzys w swojej partii i podważył autorytet silnego człowieka w kraju, JK. (…)
Poza samym gestem, jest również forma. W swoim uroczystym przemówieniu, prezydent przedstawił ostrą krytykę ustaw opracowanych przez większość parlamentarną. W Konstytucji i w tradycji rokurator generalny nigdy nie miał żadnej kontroli nad SN – podkreślił AD. To nie było w programie wyborczym PiS-u – co było otwartą aluzją do ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

LE MONDE
Après le veto de Duda, que deviennent les lois polonaises ?

(…) Wielka niepewność co do tego jak się w przysz-łych dniach zachować w łonie ultrakonserwatywnej większości, PiS-u, który szczególnie źle postrzega decyzję prezydenta.(…)
Prezydent AD zdecydował by wziąć w swoje ręce przyszłość reformy WS w PL(…)
« Prudence dans les annonces »
W Brukseli KE pozostaje ostrożna. Potwierdzona zostaje dogłębna dyskusja o sytuacji w PL przewidziana podczas plenum KE w środę 26. To będzie tylko jeden z aspektów debaty – powiedział rzecznik KE Margaritis Schinas. Widzieliśmy już wiele rzeczy w tej sprawie, więc będziemy ostrożni w naszych uwagach.

FRANCE INTER
https://www.franceinter.fr/…/g…/geopolitique-25-juillet-2017

Ce matin, direction la Pologne, où le véto du président a éloigné les menaces de sanctions européennes…
(…) To przede wszystkim ulica uzyskała to zwycięstwo.
Czy to chodziło o zaostrzenie ustaw aborcyjnych w X 2016 czy dziś, dla niezależności wymiaru sprawiedliwości, to mobilizacja obywateli osiągnęła zwycięstwa. (…)
PO, oficjalna partia opozycyjna, jest nadal niepopularna. Jeśli dać wiarę sondażom, jest od 15 do 20 punktów w tyle za PiS-em. (…)
Z drugiej strony, PiS u niekontrastowanej władzy od dwóch prawie lat, absolutnie nie traci popularności.

Ale dla zwykłego Polaka, to nie jest najważniejsze: najważniejsza jest gospodarka, która rośnie w tempie 4% i jest błyskotliwa. Ważne by szkoły, szpitale były dobrze finansowane i by państwo nie było skorumpowane.
Jak na razie we wszystkich tych punktach PiS nie stracił wiarygodności. Na tyle, że opozycja zrozumiała, że jeśli nadal będzie postępować jak dotąd, będzie zmarginalizowana.

GUARDIAN

https://www.theguardian.com/…/why-suspicion-remains-over-po…
Why suspicion remains over Polish president’s veto of contentious laws
(…) A.D., były poseł PiS i człowiek stosunkowo nieznany przed wyborem na prezydenta w 2015, jako głowa państwa formalnie jest ponad podziałami. W praktyce, jednakże, odgrywał instrumentalną rolę w przejmowaniu przez swoją partię mediów publicznych i zamachu na najwyższy trybunał swojego kraju – TK. Krytycy zarzucają mu, że wielokrotnie złamał przysięgę obrony konstytucji. (…)
Protestujący koncentrują się na Dudzie i jego prawie weta i na razie odnieśli sukces. Co będzie później jest mniej jasne i zależy od powodów decyzji prezydenta.

[Jakie to były powody?]
Pierwsza możliwość, to ta, że weta sygnalizują wolę rządu porzucenia planów skutecznego przejęcia kontroli nad WS.
Optymistyczni obserwatorzy cytują przykład tzw. Czarnego Protestu w X 2016 przeciw propozycji całkowitego zakazu aborcji, kiedy setki tysięcy protestujących, głównie kobiet ubranych na czarno, wyszły na ulice i zmusiły rząd do odwrotu.
Ale to nie rząd wniósł projekt tej ustawy, to byli twardogłowi z grup konserwatywnych, którzy spowodowali pełną furii reakcję, której rząd się nie spodziewał.
Panuje przekonanie, że wszystkie autorytarne partie rozumieją tylko złość ulicy. To działa zawsze, kiedy jakaś partia idzie za daleko i wycofuje się wówczas liżąc swoje rany.
Druga możliwość to taka, że weta Dudy są taktycznym wycofaniem się [PiS-u]. Prezydent nie odrzucił rządowych projektów w całości. Zamiast tego mówił o konieczności naprawy ustaw, by uzyskały społeczne zaufanie.
Trzecia możliwość to ta, że po 2 latach na urzędzie Duda w końcu zdecydował określić się w opozycji do swojej partii.
Przed długi czas wyśmiewany z powodu swojego podporządkowania liderowi PiS-u JK, Duda mógł zdecydować, że tak ścisły związek z PIS uniemożliwi mu reelekcję.

WP

https://www.washingtonpost.com/…/judicial-independence-in…/…
Judicial independence in Poland saved by public opinion
(…) President Duda dokonał nieoczekiwanego ruchu zawetowania części ustaw z powodu masowych protestów przeciwko nim (włączając w to protest b. prezydent LW, legendarnego lidera S. w walce przeciw komunizmowi) i opozycji opinii publicznej. (…)
Świeże sondaże wskazują, że 55% Polaków chciało, by prezydent zawetował ustawy, a tylko 29%, by je podpisał. (…)
Polska to nie jedyny kraj, w którym zachowanie niezależności wymiaru sprawiedliwości zależy od opinii publicznej. To samo dotyczy USA z ich długą historią walk o sprawiedliwość.

FT

https://www.ft.com/con…/8f2ae24c-7072-11e7-93ff-99f383b09ff9
Duda’s defiance leads Poland into new territory
Wyzwanie rzucone przez Dudę prowadzi Polskę na nowe obszary
(…) Co się wydarzy teraz zależy od wielu aktorów. Oczekiwano, że KE nałoży sankcje na PL podczas środowego spotkania, ale niepewność, czy interwencja p. Dudy może spowodować opóźnienie takiej akcji.
Ponieważ wybory w Niemczech będą miały miejsce we wrześniu, to 2-miesięczne opóźnienie może być dobrze widziane w Belinie, gdzie kanclerz A.M. może nie chcieć, by kłótnie z Polską zdominowały jej kampanię.
A jak A.D. podkreślił, on sam sprzyja reformie wymiaru sprawiedliwości i podpisał trzecią ustawę, która z pewnością będzie widziana, jako kontrowersyjna w Brux.

REUTER

https://uk.reuters.com/…/uk-europe-view-tuesday-idUKKBN1AA0…
W dalszym ciągu nie jest pewnie dlaczego polski prezydent A.D., postrzegany dotychczas jako całkowicie zależny od rządzącej partii PiS, zdecydował się na zawetowanie kluczowych części reformy widzianej przez krytyków jako antydemokratyczna.
Duda mógł po prostu zbierać fawory u wyborców, których z pewnością będzie potrzebował, by uzyskać reelekcję, albo tez może być to prawdziwe wyzwanie rzucone liderowi PiS, socjalkonserwatywnemu nacjonaliście JK. To wszystko spowodowało wybuch spekulacji nt. podziałów w szeregach PiS a nawet pojawiły się głosy o możliwości przedterminowych wyborów

CORRIERE DELLA SERA

http://www.corriere.it/…/leggi-giudici-polonia-presidente-d…#
Leggi sui giudici in Polonia,
Od Dudy, b. wiernego JK, który go wybrał jako kandydata w wyborach prezydenckich w 2015, nieoczekiwane wyzwanie rzucone liderowi.
(…) Czy jest to próba autonomii w obronie jedności narodowej, czy manewr, mający na celu ukrócenie krytyk i odzyskanie najważniejszych punktów reformy wymiaru sprawiedliwości z kilkoma poprawkami?
Duda zdobywa punkty, akredytując się jako interlokutor opozycji, która, po dniach mobilizacji w całym kraju i groźbach bezprecedensowych sankcji ze strony RE, mogą mu się okazać użyteczne. (…) Jak powiedział b. prezydent i lider S. Lech Wałęsa: „była to decyzja odważna i trudna, decyzja prawdziwego prezydenta”.
(…) Wcale nie drugorzędny jest wybór czasu: projekty ustaw przedstawione zostały po wizycie amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie, co dodało wiarygodności narodowej rządowi BS.

EL PAIS

https://elpais.com/…/2…/07/24/opinion/1500885940_200343.html
Polska i paradoks stosu.
W którym momencie demokracja liberalna przestaje nią być, kiedy odbiera się wolność?
Jednym z najbardziej znanych paradoksów, które pozostawiła nam filozofia klasyczna jest teoria stosu. Wszyscy zgadzamy się, że ziarnko piasku nie jest stosem. Ani dwa, ani trzy. Możemy powiedzieć, że np. milion już nim jest. Wyobraźmy sobie, że usuwamy jeden po drugim ziarna z tego miliona: w którym momencie stos przestaje nim być? Gdzie jest granica?

Zastosuj ten sam paradoks do autorytarnych demokracji Europy Środkowej i Wschodniej. W Polsce od 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość ma bezwzględną większość głosów, coś, co nie zdarzyło się żadnej partii od przełomu 1989.
Tak się dzieje, że rząd, usuwa ziarna ze stosu a następnego ranka wyjaśnia, że wielu dziś jest tych ziaren „więcej niż wczoraj”. Polacy przez 20 miesięcy, obserwują jak ta partia zmniejsza z tygodnia na tydzień wolność. Zabrała już podział władz, telewizja publiczna jest czystą propagandą, nie przestrzega się konstytucji. I wielu Polaków wydaje się nie tym nie przejmować: PiS, według sondaży, wciąż ma poparcie około 1/3 Polaków.

Kto rządzi de facto w Polsce to nie jest ani prezydent Andrzej Duda, ani premier Beata Szydło. Tym, który ma w ręku stery kraju jest Jarosław Kaczyński, brat bliźniak prezydenta, który zginął w katastrofie lotniczej w Smoleńsku 7 lat temu. Mimo, że jest tylko posłem i liderem PiS-u, to rządzi z gmachu kierownictwa partii. A jego decyzje to podręcznikowy przykład, jak krok po kroku złamać liberalną demokrację. Po pierwsze, umieścić kandydata na prezydenta Ci absolutnie lojalnego. Następnie zmusić go do łamania konstytucji, co jest jak rytuał inicjacji mafijnej, gwarantujący, że będziesz wierny. Następnie zainstalować w fotelu premiera kogoś, kto jest marionetką, którą można się posłużyć. Jeśli masz również bezwzględną większość w parlamencie, zniknął podział między władzami wykonawczą i ustawodawczą, wtedy możesz uruchomić „dobrą zmianę” (jak nazywa swoje decyzje rząd PiS).
Chwileczkę, zapomniałeś o czymś! Masz również Trybunał Konstytucyjny, więc możesz podeptać wszystkie prawa.
Choć brzmi to jak political fiction, to jest to właśnie to, co dzieje się w Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat. W przeciwieństwie do rządu Viktora Orbána na Węgrzech, który jest wiernym wyznawcą Kaczyńskiego, PiS nie ma wystarczającej większości do zmiany konstytucji. Kaczyński zdecydował się sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, naruszył Konstytucję poprzez mianowanie 5 nowych sędziów. Chociaż Trybunał orzekł, że nowe prawo jest niezgodne z konstytucją, rząd, niezniechęcony, postanowił zignorować orzeczenie niezwykłą decyzją, aby nie publikować go w dzienniku urzędowym. To było ponad rok i wyrok pozostaje niepublikowany, a nowy Sąd zostaje podporządkowany partii rządzącej.
(…)
Ścieżka wybrana przez Kaczyńskiego jest podobna do tej, która idzie Orbán, ale również przypomina drogę Erdoğana (którego polski rząd podziwia) i, paradoksalnie, drogę, którą idzie znienawidzony Putin.

Mit seinem Veto steuert Duda im rechten Moment einer bedenklichen Entwicklung entgegen. Doch liegt der Entscheidung des polnischen Präsidenten späte Einsicht zugrunde – oder hat er sein eigenes Wohlergehen im Blick?

Barataria 28 San Escobar

Oczywiście! No oczywiście! San Escobar to też Barataria! Baratarianie na San Escobar nie mają wolnych sądów ani trójpodziału władzy, bo nie potrzebują, ustrój jak klimat, jest tam po prostu idealny, w ogrodach San Escobar nie kwitną białe róże (a może, jak w ogrodzie Królowej Śniegu, w ogóle nie ma róż), ale życie tam nie jest ograniczone żadnymi barierami, są, co najwyżej, barierki…  

Ostatnio podczas jednej z demonstracji ktoś zaproponował, żeby wysłać naszą władzę na jakąś wyspę. Okazało się, że, jako specjalistka do spraw wyspiarskich, to ja mam ją wybrać. No ale co tu wybierać, skoro oni już sobie stworzyli swoje magiczne wyspiarskie państwo tropikalne. Niech sobie tam wszyscy jadą, niech tam będą bogaci i szczęśliwi, ale – bardzo prosimy – niech już nigdy nie wracają…

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące, wyspy na lądzie

Gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej, Witold Waszczykowski stworzył nieistniejący kraj, cała Polska zmieniła się w platońską republikę gorliwych baratarystów, wymyślaczy światów nieistniejących. San Escobar otrzymał profile w mediach społecznościowych, ma stolicę, flagę, herb, hymn, walutę, historię, literaturę, festiwale muzyczne. Do San Escobar można polecieć na wakacje, wypić mojito i zjeść ośmiorniczki.

Stolicą San Escobar jest Santo Subito. To największe miasto w kraju. Położone jest malowniczo nad ciepłymi wodami Morza Karaibskiego. Przy jednym z głównych placów miejskich powstaje właśnie pomnik ministra Waszczykowskiego. Polska jest JEDYNYM krajem na świecie, które uznaje San Escobar za niezależne i suwerenne państwo.

W styczniu 2017 Polityka doniosła, że powstała szczegółowa mapa tego nie istniejącego kraju.

Kartograf: Jarek Kubicki

Mapa San Escobar jest jedną z tych, twierdzi pewien bloger, które można oglądać z prawdziwą przyjemnością, swoimi szczegółami i precyzją po prostu zachwyca. Specjalne słowa uznania należą się również za pomoc w realizacji tej mapy zawodowej kartografce, pani Majce, oraz panu Pawłowi Afeltowi, który przeanalizował tysiące komentarzy internautów i zbudował na ich podstawie model topograficzny i geodezyjny San Escobar oraz obliczył, że powierzchnia kraju wynosi 92000 km kwadratowych.

A ponieważ San Escobar naprawdę nie istnieje, jest, również na tej mapie, sklepieniem platońskiej jaskini, ekranem, na którym odbija się wszystko, i to, co się nam podoba, i to, z czego się śmiejemy. Jest poważną krytyką i dziecięcą zabawą w podróże na niby. Udaje pracę naukową i jest szelmowską grą skojarzeń. Autor zebrał w niej wszystko, co pół roku temu już było wiadomo o tym kraju, a jego mapa jest miksem wszystkich możliwości rozprawiania o światach, których nie ma. San Escobar już dawno przestał być tylko satyrą polityczną, wyśmiewaniem się z niedouczonego ministra, a stał się wspólną własnością społeczeństwa, które się bawi. A im jest ciężej, tym ważniejsze jest, by nie zatracić umiejętności zabawy.

Do San Escobar leci się liniami lotniczymi El Nino, jest miasto Al Pacino i miasto Ciudad Polaca, miasta Gargamel i San Corleone, jest uzdrowisko i rezerwat przyrody Vina Tusca, ale  jest też miasto Las Dudas i Zatoka Esperal.

Jest to oczywiście, skoro to Barataria, kraj hiszpańskojęzyczny (ale podobno Sanescobarczycy używają też języka esperanto, który, jak wiadomo, podobnie jak sam kraj, jest dziełem Polaka) i leży, oczywiście, skoro to Barataria, gdzieś w rejonach tropikalnych… Zacznijmy od sąsiedztwa. Barataria, pardon – San Escobar, graniczy z Meksykiem i jest to jedyny prawdziwy sąsiad, reszta to już świat ubi leones – tam gdzie lwy. Inni sąsiedzi to Westeros (dla tych, którzy nie oglądają Gry o Tron, a wiem, że są tacy, drobne wyjaśnienie – to o tron tego właśnie kraju toczy się gra), Sans Serriffe czyli czcionka bez szeryfa (w przeciwieństwie do czcionki z szeryfem), San Pequeño  czyli święty Mały (czy nie tak nazywano świętego Franciszka?), Legoland (wiadomo) i San Theodoros. I choć z mapy wynika, że San Escobar leży na lądzie, naprawdę jest to oczywiście kraj wyspiarski, zresztą minister W. tworząc to państwo miał na myśli państewko-wyspę San Cristobal y Nieves.

Dzięki uczynnemu blogerowi mogę dokładnie przestudiować mapę. Szukam Baratarii, ale po drodze wyłapuję zachwycające klimaty. Na przykład góra La Broche der Premiera. 1463 metry nad poziom morza (góra Waszczykowski jest jednak o dobre pół kilometra wyższa) czy mała miejscowość nazwana Pais en Ruinas. Zresztą każda nazwa to maleńki klejnocik, Sombrero de AlmodovarCosta de Cebolla, La Tryna. Jest też Aquapark Arianagrande, nazwany tak zanim ktokolwiek z dorosłych w ogóle wiedział, że taka młoda kobieta w ogóle istnieje, co robi i że jest słynna. W miejscowości Mateitos znajduje się Museo de Juan de Mateitos.

Jest wymyślona wyspa (oczywiście na lądzie) – Bergamutas. Pewnie też się nią kiedyś zajmiemy, pamiętacie? Na wyspach Bergamutach podobno jest Kot w Butach, widziano także dorsza… i tak dalej. Bergamutas leży w krainie La Mancha Blanca. Prawdziwą wyspą należącą do San Escobar jest La Isla Segundo Sortos, a jej głównym portem jest Marina Huana. Wyspa leży u wybrzeża Terra Cota, gdzie jedno z głównych miast nosi imię naszego bohatera, gubernatora Baratarii – Sancho Pansa. Jednak Baratarii nie ma.

No cóż, było do przewidzenia… Mapa została przecież opracowana na podstawie wpisów na stronie www.facebook.com/sanescobarcountry oraz tysięcy komentarzy napisanych przez jej użytkowników w dniach 10 – 16 stycznia 2017 roku. Czyli można było podsunąć swoją własną propozycję. Ale wtedy to ja dopiero zaczynałam myśleć o Baratarii.
9 stycznia ukazał się pierwszy wpis o tej wyspie.

Dzień przedtem…

Warszawa, 16 lipca 2017 roku

Andrzej Rejman

Manifestacja społeczeństwa w obronie wolnych sądów przed Sejmem

Mówi Wanda Traczyk-Stawska, ps “Pączek”, “Atma” *

Pozwólcie nam spokojnie odchodzić. Jesteśmy przerażeni. Mam 90 lat.

Resztką tchu stoimy przy drzwiach. Prosimy Was, bądźcie mądrzy, bądzcie bogaci w dobroć. Nie ma nienawiści. Nie ma zemsty. Jest mądre działanie, które pozwoli całemu narodowi czuć swoją godność. Bo my walczyliśmy o wolność i o godność. Nie należę do żadnej partii, bo jestem żołnierzem. Składałam przysięgę, że będę służyć Ojczyźnie.

I żądam na późną starość, na ostatnie dni, bądźcie mądrzy, walczcie, ale bez broni.

Szczęść Wam Boże, ale pamiętajcie, że dzieci ranne razem z matkami powinny tu być, bo my od wieków byliśmy uchodźcami – to robił Anders przeprowadzając chore dzieci przez Syrię. Pamiętajcie, że na dobroć trzeba odpowiadać dobrocią.

__________________

*Wanda Traczyk-Stawska ps. „Pączek”, „Atma” (ur. 7 kwietnia 1927 w Warszawie) – polska działaczka podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego, działaczka Społecznego Komitetu ds. Cmentarza Powstańców Warszawy.

Zamiast komentarza:

Wanda Stawska, żołnierz Powstania Warszawskiego staje wśród protestujących przed Sejmem. Wbrew podziałom, które nie są obce także środowiskom powtańczym. Ale “Atma” przypomina, że gdy jest się Żołnierzem i walczy się o godność, podziały znikają. Tak było w Powstaniu Warszawskim. W swym pięknym, krótkim wystąpieniu wzywa do koniecznej solidarności i odpowiedzialności wobec przyjęcia uchodźców.

A wieczorem tego samego dnia na Placu Krasińskich obok Sądu Najwyższego i pomnika Powstania Warszawskiego – zbierają się tłumy młodzieży. Tworzą “Łańcuch Światła” zapalając znicze wokół budynku sądu i pomnika . Rozbrzmiewa muzyka Chopina i Mazurek Dąbrowskiego.

Zdjęcia autora

Szopa w salonie (Reblog & more)

Łukasz Szopa

Ja – gentryfikator

Dokładnie 10 lat temu przeprowadziłem się. Nie do Berlina (to było kilka lat wcześniej), lecz do berlińskiej dzielnicy Alt-Treptow. Z berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Powód był dość banalny: powiększyła się rodzina, potrzeba było „ciut więcej” miejsca, lecz dotychczasowa dzielnica nie oferowała mieszkań odpowiadających nam pod względem kosztów i metrów kwadratowych. Trzeba więc było poszukać „ciut dalej“ – nota bene w dzielnicy, której wcześniej nie znałem nawet z przejazdów metrem czy kolejką miejską. Z drugiej strony – było to tylko na przeciwległym brzegu kanału, więc jakby blisko.

Z biegiem – całkiem niewielu – lat okazało się, że nie tylko ja się tu przeprowadzam: większość sąsiadów okazała się być emigrantami z Kreuzbergu, Friedrichshainu, Mitte czy innych dzielnic, na które nie było ich stać – albo z powodu dzieci i metrażu, albo z powodu kosztów czynszu, albo obu bolączek. Gdyż, z ręką na sercu, nikt z nas nie przybył do Alt-Treptow z miłości (do dzielnicy i nie tylko).

A że dzielnica całkiem spokojna, do tego o rzut kostką brukową od knajpowych i kulturalnie ciekawszych części Kreuzbergu jak Schlesi i Görli, podobnie nieopodal hipsterskiego Kreuzkölln – efektem był nie tylko napływ nowych wewnątrzberlińskich uchodźców, ale i wzmożona aktywność budowlana.

I tak do dziś.

Jednak wtedy zainspirowało mnie grafiti na jednym z murów wznoszącej się nowobudowy: „Wir sind die Bionade-Bourgeoisie“. Oczywiście, nie był to manifest, lecz ironiczna uwaga pod adresem inwestorów, czyli dwunastu rodzin, które postanowiły jako „Hausprojekt“ wspólnie postawić sobie kamienicę. Gdy minął u mnie już uśmieszek i ciepło ironii, jak i podziw dla umiejętności poprawnego napisania drugiego słowa na „B“, ogarnęła mnie refleksja.

Że to do mnie. Że to o mnie.

Co prawda, do tej dwunastki inwestorów nie należałem (bo brakowało mi już wtedy trochę drobnych, by wydać ponad 2000 Euro na metr kwadratowy), ale w sumie – była to racja.

I ja jestem gentryfikatorem, stwierdziłem. Cóż z tego, że ze mnie żaden hedgefond czy rekin nieruchomościowy, a nawet nie średnio zamożny spadkobogacz z południowego zachodu Republiki Federalnej. I nie pomoże tu nic zwalanie winy na kapitalizm, państwo, miasto, brak inwestycji w budownictwo (socjalne i nie).

Faktem jest, że coraz nas w Berlinie więcej. W dodatku, wzrost populacji rośnie od dwudziestu pięciu lat nadproporcjonalnie do wzrostu wolnych mieszkań – nawet pomijając ich ceny. Czyli normalne jest w systemie podaży i popytu, choć może smutne i niemiłe, że ceny rosną, wypychając co biedniejszych tubylców na coraz to bardziej peryferyjne obszary miasta albo i dalej, o ile nie na cmentarze (a i te na peryferiach, bo centrum pełne).

No i właśnie wtedy jasne stało się dla mnie (i nadal jest), że i ja dokładam się i dołożyłem do tego procesu gentryfikacji. Ja, i w sumie 99% procent moich berlińskich znajomych i przyjaciół.

Kto nie wierzy, proponuję udział w krótkim ale szczerym quizie:
– Czy urodziliśmy się w Berlinie? Czy też jesteśmy migrantami – obojętnie skąd i z jakich powodów?
– A jeśli Berlin to jednak nie miejsce urodzenia – to czy przyjeżdżając tutaj i biorąc pierwsze mieszkanie, zapłaciliśmy za nie więcej czy mniej niż poprzedni lokatorzy?
– I czy zmieniając mieszkania, jak i mnie się zdarzało, bez względu na powody (dojazd do pracy, partner/partnerka, koszta czynszu, dzieci, estetyka dzielnicy) – ten proces wydawania więcej na mieszkanie (licząc na metr kwadratowy, i odliczając inflację!) – postępował dalej, czy jednak nagle zaczęliśmy wydawać na mieszkanie mniej?
– Wreszcie pytanie podstawowe: Czy musieliśmy przeprowadzić się do Berlina, czy też była to decyzja dobrowolna?
– W końcu: czy nadal jesteśmy zmuszeni tu być, mieszkać, i samym zajmowaniem przestrzeni mieszkalnej zawężać podaż metraży mieszkalnych – czy też moglibyśmy się gdzieś wyprowadzić, obojętnie czy do mamy, do dzieci, czy do tańszego lokum – obojętnie czy w Radomiu czy w Magdeburgu?

W moim przypadku sprawa jest jasna: nie urodziłem się w Berlinie, przyjechałem tu nieprzymuszenie, za każdym razem płaciłem wyższy czynsz, i nadal tu jestem. Dobrowolnie. Należę więc i ja do gentryfikatystów, czego wyrazem jest zrobiony przed laty t-shirt z napisem „Bionade-Bourgeoisie“, w którym szczególnie latem lubię spacerować po dzielnicy klucząc między kolejnymi nowymi budowami i hipsterskimi knajpami.

Link do artykułu z 22.08.2012 w „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/ich-2013-gentrifizierer

fähigkeit etwas zu bewirken… Reblog

liebe ewa,

vielleicht was für den blog?

in einer rezension im tagesspiegel, samstag vielleicht, fand ich was von einem amerikanischen autoren den namen hatte ich mir nicht notiert. das war sicher noch vor trumps erfolg geschrieben. die systematisierung könnte auch was für eine persönliche strategie des umgangs mit diesem grausamen wahlergebnis bieten. es ging um die diskussion des machtbegriffs und er fand, mensch müsse die verengung auflösen, die seit machiavelli besteht: da geht es um zwang und gewalt und gerne auch um lug und betrug, wenn es dem machterhalt dient.

er will die definition erweitern auf: fähigkeit etwas zu bewirken, das ist natürlich sympatisch.

dafür sind individuelle fähigkeiten, sowie interpersonelle und systemische einflussmöglichkeiten zu bedenken.

  1. selbstvertrauen, ich kann etwas ausrichten
  2. auf dem teppich bleiben, wahrnehmen, dass die fähigkeiten bzw. die möglichkeit haben, sie auszuleben auch ein geschenk sind
  3. teilen und sich gegenseitig stärken
  4. respektvoll bleiben, lob, komplimente, höfliche worte, auch nonverbal respektvoll bleiben: fragen, zuhören, neugierig sein, anerkennen
  5. machtlosigkeit verhindern! also gegen ungleichheit vorgehen, armut nicht dulden, gegen bedrohung und einengung anderen menschen wert verleihen, gegen diskriminierung und rassismus auftreten. also die strukturellen settings sichtbar machen und bearbeiten.

ja, das stimmt alles, wir dürfen uns nicht erlauben, uns als machtlos zu sehen. wir bewirken was. und wir glauben ja auch zurecht, dass alles patriarchalische nicht nur frauen sondern auch männern schadet. und krieg sowieso keine lösung ist. und doch ist all dieses unter punkt 1-4 nur stückwerk, wenn wir gesellschaft nicht dazu bekommen, die weniger mächtigen zu stärken, immer wieder. bildung natürlich zuallererst, aber auch gesunderhaltung, gleichwertigkeit immer wieder einüben. wir können im eigenen leben wirksam werden, wir dürfen aber die strukturellen bedingungen nicht vergessen.

in diesem sinne ist sicher auch der angehängte artikel zu lesen.

liebe grüße

christine (Christine Ziegler)

***

Artikel auf Seite 37 der Zeitung Tagesspiegel vom So, 13.11.2016

Barbara Nolte

Festung der Ehefrauen

Manch einer verfolgte seine Partnerin mit der Axt bis vor die Tore dieser
Berliner Villa – 1976 wurde das erste Frauenhaus gegründet. Ein Modell für viele deutsche Städte.

frauenhausNachdem das mit den Zähnen passiert ist, das war das Schlimmste. Dass er mir im Hausflur wirklich die Faust ins Gesicht gehauen hat, und ich habe gemerkt: Meine Zähne vorne sind nicht mehr da, beziehungsweise einer war – wie hat die Ärztin geschrieben? – in den Oberkiefer gestaucht.

Bis zur Schließung 1999 war die Adresse geheim. Ein Eisenzaun sollte Eindringlinge abwehren.

Danach habe ich nur noch lautlos geweint. Er hat mich dann am Kragen genommen, die Treppen hochgeschleppt. Die Kinder haben oben so geschrien, die waren ja vollkommen außer sich. Er hat dann immer wieder gerufen: „Ich bin
mit eurer Mutter noch nicht fertig, die bringe ich heute noch um.“ Der Kleene hat auf der Couch gesessen und gesagt: „Papa, du bringst Mama nicht wirklich um, nein?“ Und dann hat er zu dem kleinen Kind, der war drei Jahre, hat er gesagt: „Doch. Heute noch.“ Angelika, 44.

In einem ehemaligen Kartoffelladen in der Yorckstraße standen sie manchmal in der Tür: Frauen, die Schutz vor ihren prügelnden Ehemännern suchten. „Damals wussten die nicht, wohin“, sagt Roswitha Burgard, die dort Anfang der 70er Berlins erstes Frauenzentrum mitbegründet hat. Aktivistinnen aus der Yorckstraße verbrachten deshalb einmal 14 Tage reihum bei einer Frau zuhause, die um Hilfe gebeten hatte, weil sie regelmäßig von ihrem Mann und ihrem erwachsenen Sohn misshandelt worden war. Roswitha Burgard selbst hatte weder in der Familie noch im Freundeskreis gewalttätige Männer erlebt.
Jedenfalls nicht, dass sie davon gewusst hätte. „Häusliche Gewalt wurde Anfang der 70er totgeschwiegen“, sagt sie, „als Ehekrach verharmlost, als Umgang von Asozialen weggeschoben.“

Davon erzählt Burgard heute in ihrem Behandlungszimmer einer Gemeinschaftspraxis. Um den Hals trägt sie ein elegantes Seidentuch, an den Füßen Pantoffeln, Straßenschuhe müssen an der Tür ausgezogen werden.

Anfang der 70er hatte sie gerade mit dem Psychologiestudium begonnen und war in Berlins feministischer Szene engagiert. „Als damals in London das weltweit erste Frauenhaus eröffnete, dachten wir uns: So was brauchen wir auch.“ Ein solches Haus würde die Fraueninfrastruktur, die sie in diesen Jahren begründet hatten, Frauencafés, Frauenbuchverlage, Frauenseminare an Unis, auf eine fast romantische Weise
ergänzen: Frauen helfen Frauen, die unter dem Machtgefälle zwischen den Geschlechtern am meisten leiden. Doch der Senat blockte ab. Erst müsse ermittelt werden, ob in Berlin Bedarf für eine solche Einrichtung bestünde. Für die Verwaltung schien es ein Problem, dass der Gruppe der Gründerinnen kein Mann angehörte. „Die trauten uns nicht zu, mit ihren Fördergeldern richtig zu wirtschaften.“, sagt Burgard.

frauenhauskobiety2SCHUTZENGEL. Ilona Böttcher (links) und Roswitha Burgard nahmen im ersten Jahr 615 Frauen auf.

Erst als sechs arrivierte Frauen dem Trägererein beitraten, darunter die damalige Vizepräsidentin des Roten Kreuzes, stellte das Land Berlin eine Villa für das Projekt zur Verfügung. Ein Gründerzeitbau in der Richard-Strauss-Straße 22 Grunewald, mit riesigen Aufenthaltsräumen in Erdgeschoss und Souterrain, aber nur 13 Zimmern im ersten Stock und der Mansarde. „Nicht perfekt geschnitten für unsere Zwecke“, sagt Burgard.
Die Adresse wurde unter Taxifahrern gestreut und vor Außenstehenden geheim gehalten. Um den Garten wurde ein Eisenzaun errichtet. Dahinter durfte kein Mann.
Im November 1976 war Eröffnung. Die erste Bewohnerin klingelte bereits am Abend zuvor. Es war die Ehefrau eines hohen Richters, sagt Burgard. Das Asozialen-Klischee war damit widerlegt.

Auch Ilona Böttcher erinnert sich an diese erste Bewohnerin: eine schmale Frau um die 40. Ihr Ehemann hatte ihr Geld, Schlüssel und Ausweis weggenommen. Ilona Böttcher und Roswitha Burgard übernachteten mit ihr im Frauenhaus. Sie wollten sie in der riesigen, leeren Villa nicht allein lassen.

frauenhaus2Ilona Böttcher war als Verwaltungsfrau eingestellt worden. Sie habe sich ganz profan auf eine Jobanzeige beworben, erzählt sie beim Treffen in ihrer Tempelhofer Wohnung. Doch im Frauenhaus packte sie – wie alle anderen – überall mit an: Zu jeder Tages- und Nachtzeit klingelten Frauen. Polizisten und Taxifahrer brachten sie. Jede wurde aufgenommen, selbst wenn sie betrunken war. „Wer sind wir denn, dass wir entscheiden,
wer über Nacht bleiben darf!“, sagt Böttcher. Ansonsten war Alkohol verboten. Bereits einen Monat nach Eröffnung waren alle regulären Plätze belegt. Immer neue Stockbetten wurden in die Zimmer, Gänge, Aufenthaltsräume gestellt. Im Haus, das für 70 Frauen und Kinder ausgelegt war, lebten bald bis zu 150. „Es gab Bedarf, und wie!“, sagt Böttcher.
Sie zieht ein lilafarbenes Buch aus ihrem Regal: die erste Jahresbilanz, herausgegeben im
Frauenselbstverlag. Die Gründung des Berliner Hauses war eine Initialzündung, in den meisten größeren Städten wurden fortan ähnliche Projekte geplant, die Berliner lieferten das statistische Material. Von den 615 Frauen, die im ersten Jahr in der Richard-Strauss-Straße betreut wurden, waren drei Viertel von ihren Ehemännern misshandelt worden, ein Fünftel von ihren Freunden, der Rest von Ex-Männern und Verwandten. Jede zehnte Frau hatte die Gewalt zehn Jahre und länger erduldet. 118 waren von ihren Partnern sogar in Lebensgefahr gebracht worden. „Mich hat der Zustand von Beziehungen erschüttert, am
Anfang stand ja mal Liebe“, sagt Ilona Böttcher. Eine Frau habe zu ihr gesagt: „Und dann hat er mich nicht mal mehr geschlagen.“ Schlagen sei für sie Zuwendung gewesen.
Böttcher erinnert sich, dass viele Frauen sich schämten. Sie hatten sich diesen gewalttätigen Partner ja ausgesucht. Verbreitet waren auch Schuldgefühle. Einige glaubten, dass ihr Mann nicht ausgerastet wäre, wenn sie selbst anders reagiert hätten. Im Frauenhaus hörten sie die Geschichten anderer Frauen und erkannten dabei mitunter Verhaltensmuster ihres eigenen Mannes wieder und die Unvermeidbarkeit seines
Zorns. Eine Frau habe es mal so ausdrückt: „Habe ich Salz rangemacht, habe ich eine gewischt gekriegt, habe ich kein Salz rangemacht, habe ich auch eine gewischt gekriegt.“ Oft steigerte sich der Jähzorn der Männer noch, wenn die Frauen ins Frauenhaus zogen.
12.3.77, 20.30 Uhr: Ein Herr läutet an. Er will das Haus in die Luft sprengen, sich aber zeitlich nicht festlegen. Gabi informiert die Polizei. 21.45 Uhr: Ein Herr ruft an. Er steht mit einer Pistole in der Telefonzelle gegenüber und will sich das Leben nehmen, wenn er nicht mit seiner Frau sprechen kann. Die Frau ist nicht bei uns. Da er unter Strom steht, hat Gabi Mühe, ihm das klarzumachen. Vorsichtshalber benachrichtigen wir
die Polizei. 23.15 Uhr: Ein Mann fährt mit einem Fahrrad in unserem Garten. Gabi ruft 110. Auszüge aus dem Protokoll einer Bewohnerin mit Telefondienst.
Häufig lungerten Männer vor der Tür herum, die die Adresse herausbekommen hatten. Mehrfach ist es ihnen tatsächlich gelungen einzudringen. Ilona Böttcher erinnert sich an einen Vorfall, als ein Mann eine Füllung aus der Haustür herausgebrochen hat, durchs Loch geklettert und mit der Axt ins Haus gestürmt ist. Eine Kollegin stellte sich ihm in den Weg, die Hausbewohnerinnen versteckten seine Frau. Für Mitarbeiterinnen und Bewohnerinnen des Frauenhauses war die Umgebung hinter dem Zaun feindlich: Während die Männer
mit roher Gewalt drohten, drohten die Grunewalder Nachbarn mit ihren Anwälten. Sie gründeten sogar eine Bürgerinitiative gegen das Projekt.
Erforderlich ist, dass das Lärmen der Kinder ab Freitag bis Sonntagabend unterbleibt. An diesen Tagen suchen die Anwohner nämlich absolute Ruhe in ihrem Garten. Die Wohngegend haben sich Anwohner ausgesucht, die in der Woche ganz besonders hart arbeiten. (…) Mehrmals habe ich die Feststellung treffen müssen, dass Kinder, soweit sie zu einem Spaziergang ausgeführt werden, auf meinen niedrigen Zaun balancieren. Mein Zaun stellt persönliches Eigentum dar, und das sollte eigentlich schon Kindern deutlich
gemacht werden, dass das Eigentum anderer zu schätzen ist. Aus einem Brief von Horst Sandner, Königlich Norwegischer Konsul (31.10.77), an Roswitha Burgard.
Der Tagesspiegel berichtete damals von einer Aussprache beider Seiten. „Wir sind gar nicht so verrückt, wir sind bloß nervlich am Ende“, habe dabei eine Bewohnerin an das Mitgefühl der Nachbarn appelliert, das aber ausblieb. Häufig, sagt Böttcher, seien sie damals zusammen mit Bewohnerinnen in der Öffentlichkeit aufgetreten. „Die wollten sich nicht verstecken.“ Die Heimlichkeit von häuslicher Gewalt, die den Tätern in die
Hände spielt, sollte durchbrochen werden. Deshalb fanden im ersten Frauenhaus die Beratungsgespräche im Aufenthaltsraum statt. Andere Frauen sollten daran anknüpfen können. „Die Betroffenen sollten sich gegenseitig unterstützen“, sagt Böttcher. In
Zweierteams wurden sie außerdem zu nächtlichen Telefondiensten eingeteilt, das sollte ihr
Selbstbewusstsein stärken. Viele, in der ersten Statistik waren es 30 Prozent, kehrten trotzdem zum Ehemann zurück. „Da konnten wir nur Wege aufzeigen, wie sie beim nächsten Mal die Situation schneller verlassen können“, sagt Böttcher. „Eine Frau war 13 Mal da, ist immer wieder zurückgegangen, bis wir in der Zeitung lasen, dass man sie tot aufgefunden hat.“
Ilona Böttcher arbeitete bis 1998 im Frauenhaus. Dann ging sie in Rente, im Jahr drauf schloss das erste Frauenhaus. Damals gab es bereits fünf weitere, rund 350 sind es mittlerweile in Deutschland. Obwohl sich das Gleichberechtigungsideal innerhalb ihres Arbeitslebens weit verbreitet hatte, habe sich dies auf die Gewalt gegen Frauen wenig ausgewirkt, sagt Böttcher. Nur der Anteil der Migrantinnen habe zugenommen.
Insgesamt registrierte die Berliner Polizei im vergangenen Jahr 15 000 Fälle von häuslicher Gewalt. Die größte Veränderung, sagt Böttcher, habe im Arbeitsverständnis der Betreuerinnen gelegen. Zum Beispiel sei eine neue Kollegin „entsetzt“ gewesen, dass es keinen Raum für Einzelberatungen gab. Den nächtlichen Telefondienst sahen manche der Jüngeren wegen einer möglichen Retraumatisierung kritisch. Am Ende, glaubt Böttcher, sei das erste Frauenhaus an einem unterschiedlichen Verständnis von Feminismus
gescheitert, denn als Feministinnen begriffen sich die Jüngeren auch. Einmal habe eine Mitarbeiterin vorgeschlagen, dass ihr Freund doch den Bus des Frauenhauses fahren könne: „Für uns völlig undenkbar: ein Mann am Steuer eines Frauenhausbusses!“
Nadja Lehmann eröffnete das Frauenhaus sozusagen neu. Lehmann war eine der jungen Kolleginnen. Zusammen mit zwei weiteren ehemaligen Mitarbeiterinnen aus dem Frauenhaus hatte sie das Konzept für das Projekt mit dem Namen „Interkulturelle Initiative“ verfasst, zu dem ein Teil der Gelder des geschlossenen Frauenhauses umgeleitet wurde. Im ersten Frauenhaus habe sie Rassismus zwischen deutschen und
migrantischen Frauen erlebt, sagt Lehmann. Deshalb schnitt sie ihr Projekt auf Migrantinnen und deren spezifische Probleme zu.
Er hat gesagt: „Du fühlst dich einfach nicht wohl in Deutschland.“ Ich habe gesagt: „Ich bin nicht in Deutschland. Ich bin in deiner Wohnung.“ Ich war eingesperrt. Ich durfte nicht raus, ich hatte keinen Schlüssel. Ich habe nur vom Fenster geguckt, wir hatten in Neukölln gewohnt, und ich hatte vor meiner Tür einen Spielplatz. () Bis mein Sohn angefangen hat, genauso zu handeln wie sein Vater. Er hat einen Gegenstand genommen und gesagt: „Hier, Papa, du kannst nehmen, und du kannst Mama wehtun, ich möchte, dass sie weint.“ Da habe ich gesagt: „Ich möchte nicht, dass mein Sohn so wird zu seiner Frau oder
seiner Lebensgefährtin. Ich habe zwei Söhne. Ich möchte nicht, dass drei Männer mich terrorisieren.“ Narin, 38, ehemalige Bewohnerin der Interkulturellen Initiative.

Die „Interkulturelle Initiative“ ist ebenfalls in einer Villa im Berliner Süden untergebracht. Da das Leben im Frauenhaus auf die Dauer belastend sei, wie Lehmann findet, bietet ihr Verein zusätzlich ein Wohnprojekt mit abgeschlossenen Apartments an sowie neuerdings Wohnungen speziell für geflüchtete Frauen, die unter häuslicher Gewalt leiden. Viele Migrantinnen bräuchten aufgrund schlechterer Sprachkenntnisse und ausländerrechtlicher Widrigkeiten länger, um eine Perspektive für sich und ihre Kinder zu entwickeln. Nach
einer Weile könnten sie in eigene Wohnungen umziehen. Das unumstößliche Gesetz autonomer Frauenhäuser, dass nämlich Männer draußen bleiben müssen, ist inzwischen nach Gender-Maßgaben umgeformt. Letztens wurde eine Bewohnerin aufgenommen, die zwar biologisch ein Mann ist, sich aber als Frau fühlt.

PS (Mail Nr 2):

https://i0.wp.com/www.campus.de/typo3temp/_processed_/csm_9783593399072_d83e3e2201.pngliebe ewa,

das buch, von dem ich in der anderen mail schrieb ist von Dacher Keltner „Das Macht-Paradox. Wie wir Einfluss gewinnen – oder verlieren“

ist erschienen im campus verlag und es war tatsächlich am samstag im tagesspiegel vorgestellt, ganz hinten.

liebe grüße

christine

WOLNA POLKA / TEN RZĄD DALEJ NIE POJEDZIE!

Text auf Deutsch: molenda-rede-oktober-2016-de

Wir treffen uns / spotykamy się:
Berlin: 23.10.2016 / 13:00 Uhr / Warschauer Brücke!
Zwischen U – S
Ubierzcie się na czarno i przynieście parasolki.
Dresscode: schwarze Kleidung und Regenschirm

Organizatorki protestu: Anna Krenz, Zuzanna Kolupajlo, Alicja Molenda (inicjatorka), Meggi Skad

Ewa Maria Slaska: W dniu 3 października 2016 roku odbył się w Polsce i w wielu miastach poza Polską protest przeciwko próbom legislacyjnym zmierzającymi do wprowadzenia w Polsce całkowitego zakazu aborcji. Całkowitego, czyli również w wypadku gwałtu, kazirodztwa, ciąży dzieci, zagrożenia życia matki i dziecka. Projekt przewiduje również wprowadzenie zakazu antykoncpecji oraz karę więzienia dla kobiet, które dokonały aborcji lub które poroniły.

Czarny protest w czarny poniedziałek zgromadził na ulicach 140 polskich miast setki tysięcy ludzi. Nawet oficjalne media, zawsze zaniżające liczbę uczestników protestów, przyznają, że w demonstracjach wzięło udział prawie sto tysięcy ludzi.

W Berlinie w proteście uczestniczyło około dwóch tysięcy osób – kobiet i mężczyzn, starych i młodych, Polaków, Niemców i przedstawicieli wielu innych narodowości. Był to największy protest poza granicami kraju.

Organizatorem spotkania było berlińskie stowarzyszenie Dziewuchy dziewuchom, impuls wyszedł od Alicji Molendy.

Poniżej tekst przemówienia, wygłoszonego przez Alicję…

Alicja Molenda

Przemówienie, Berlin 3.10.2016

Witajcie! Nazywam się Alicja…, jestem feministką i działaczką na rzecz praw kobiet.

Cieszę się, że przybyliście tak licznie, by okazać solidarność ze strajkującymi w Polsce kobietami.

W Polsce i na świecie kobiety wyszły na ulice, by zaprotestować przeciwko brutalnemu zamachowi na ich prawa.

Każdy strajk ma postulat, więc i nasz go ma!

Postulujemy o wyrzucenie do kosza projektu barbarzyńskiej ustawy STOP ABORCJI instytutu Ordo Iuris. To nie jest projekt pro-life. To projekt śmierci. Ten projekt bezwzględnego zakazu przerywania ciąży, przewidujący karę do pięciu lat więzienia za usunięcie tzw. „dziecka poczętego”, przyjęty został przez polski Sejm w pierwszym czytaniu. SKANDAL!!!!! TO JEST SKANDAL!

Jednocześnie Sejm odrzucił obywatelski projekt „Ratujmy Kobiety”, przewidujący legalizację ustawy według standardów europejskich, pod którym zebrano 215 tysięcy podpisów.

Dziękujemy Wam, POLITYCZKI i POLITYCY, pozbawieni empatii i resztek sumienia.

Nie zapomnimy Wam tego!! Jesteście wszyscy na LIŚCIE HAŃBY!!!!

Wstydźcie się zwłaszcza Wy, kobiety, jesteście przeciw innym kobietom!!! Wy sobie poradzicie, tak jak sobie dotąd radziłyście, bo co czwarta lub nawet co trzecia Polka usunęła ciążę. Czy ktoś z Was pomyślał o tych setkach tysięcy innych kobiet, z małych miast i wsi, ubogich, nie mających dostępu do antykoncepcji ani edukacji seksualnej, nie mających środków na wyjazd zagranicę i kosztowny zabieg?! Nie, skąd!!!????
WSTYDŹCIE SIĘ!!!!!
Przez 23 lata nikt z Was o tym nie myślał, bo Was ten problem nigdy nie dotyczył.

W latach powojennych Polki miały dostęp do legalnej i bezpiecznej aborcji… Od 1993 roku, od kiedy Kościół narzucił rządzącym tzw. „kompromis aborcyjny”, wy wszyscy przyglądaliście się cierpieniu wielu kobiet… MÓWIMY DOŚĆ!!! Dość wplywu Kosciola na politykę Państwa!!!!!!

 Ten pseudo-kompromis, przed którym się tak zaciekle bronicie i który teraz chcecie usunąć, dopuszczający przerwanie ciąży w trzech tylko przypadkach – ciąży będącej wynikiem przestępstwa, deformacji płodu lub zagrożenia zdrowia i życia matki – doprowadził do rozkwitu podziemia aborcyjnego i „turystyki aborcyjnej”… To ten sam cudowny„Kompromis” sprawił, że kobiety uciekają się do zakazanej aborcji farmakologicznej, cierpiąc w domowych zaciszach i narażając swoje zdrowie, pozbawione opieki medycznej…

150 tysięcy Polek rocznie dokonuje aborcji – znacznie więcej, niż w krajach, gdzie jest ona legalna!… Taka to jest cudna ustawa. W imię tego kompromisu jedenastoletnia zgwałcona dziewczynka urodziła niedawno dziecko przez cesarskie cięcie, bo jej ciało nie było gotowe na poród! Takich tragedii Wam trzeba??! Hańba, raz jeszcze Hańba!!! Gdzie Wy macie sumienie?! W przypadku tego dziecka zastosowaliście „klauzulę sumienia”!!!!???

HAŃBA!!!! Szykujecie nam drugi Salwador?!!!

Hańbą jest też to, że ustawy „Ratujmy Kobiety”, ustawy na miarę XXI wieku, spełniającej wszystkie normy WHO dotyczące prokreacji i świadomego macierzyństwa, nie dopuściliście nawet do dyskusji sejmowej…

WSTYDŹCIE SIĘ!!!! HAŃBA!!! TEN SEJM DALEJ NIE POJEDZIE!!!

Pytam sie Was, posłanki i posłowie, co z polskim in vitro!?
Co z ludźmi niepłodnymi, parami wyczekującymi potomstwa?!!!
Jedna na pięć par w Polsce nie doczeka się dziecka bez pomocy nowoczesnej medycyny rozrodu!!!
Składacie zdrowie
i szczęście ludzi na ołtarzu ideologii!

Nowelizacja ustawy o leczeniu niepłodności zakazuje mrożenia zarodków, ogranicza liczbę zapłodnionych komórek jajowych do jednej – to oznacza KONIEC in vitro w Polsce.

Sprzeciwiamy się pogwałceniu praw pacjentów!
Mówimy Nie!!!! próbie zamordowania in vitro w Polsce!
Mówimy TAK! pełni praw reprodukcyjnych.

Prawo do aborcji jest jednym z wielu praw składających się na wolność reprodukcyjną człowieka, a ta wolność jest integralną częścią praw człowieka. Musimy się zjednoczyć w walce o pełne wyegzekwowanie należnych nam praw. Wstyd, że w środku Europy w XXI wieku przyszło nam kobietom wychodzić na ulice i domagać się rzeczy oczywistych dla Niemek, Angielek czy Francuzek.

Protestujemy przeciw barbarzyńskiemu projektowi STO P ABORCJI, przeciw niszczeniu in vitro i badań prenatalnych, ograniczaniu dostępu do antykoncepcji, narażaniu życia kobiet w imię fanatyzmu.


Tu trochę optymizmu. My się nie poddajemy!!

Ruszamy z Europejską Inicjatywą Obywatelską, by bronić praw kobiet. Trzeba będzie zebrać milion podpisów w siedmiu krajach Unii. Liczymy na to, że politycy, europosłowie, Komisja Europejska, Rada Europy i inne kompetentne instancje narzucą wszystkim krajom Unii Europejskiej standardy prawne, respektujące podstawowe prawa człowieka.

My się nie poddajemy! Walczymy o normalność w Polsce. O bezpieczeństwo, szczęście i prawa kobiet.

Mówię do Was, polityczki i politycy, posłanki i posłowie PiS, Kukiz’15 i PSL, a także do Was z PO i Nowoczesnej, do wszystkich tych, którzy zdradzili kobiety: będzie to was wiele kosztowało!

Zaczyna się bunt Polek przeciw oszołomom i ultrakonserwatystom.

Nie zapomnimy wam tego, a lista hańby będzie wisieć na każdym słupie, każdej latarni, każdej ścianie domu i w sieci, tak by wszyscy Was zapamiętali!!!

Bezdenna ignorancja, chamstwo, bezczelność, podłość i buta “polskich pseudokatolików” i prawicowych fanatyków nie zna granic… Ten kraj schodzi na dno. Chcecie nas cofnąć do średniowiecza! Chce karać kobiety więzieniem i je torturować, gnębić, prześladować i indoktrynować!… Chcecie Salwadoru!!! Jestem wkurzona i przerażona tym, co się w Polsce dzieje! Ale dlatego też – jestem ZDETERMINOWANA! Jak MY wszyscy, którzy tutaj przybyli.

Liberalizacja przepisów dotyczących aborcji i wszystkich praw reprodukcyjnych powinna stać się kryterium decydującym o członkostwie w Unii Europejskiej – podobnie, jak takim kryterium było zniesienie kary śmierci. Będziemy niezmordowanie o to walczyć. Musimy się zjednoczyć w walce o wyegzekwowanie należnych nam praw.

To od nas, kobiet, wiele teraz zależy. Mówimy NIE!! NIE dla torturowania Kobiet. STOP! ANI KROKU DALEJ!!!! Nasze Ciało – Nasz Wybór!!! NIC o Nas bez Nas!!! W Solidarności Kobiet siła! Nie pozwolimy na przejęcie kontroli nad naszymi ciałami, NIE POZWOLIMY NA PIEKŁO KOBIET! RATUJMY KOBIETY!!!!

Alicja Molenda wygłasza przemówienie, którego tekst tu opublikowałyśmy

Kolejny protest ogólnopolski zaplanowany został na poniedziałek 24 października. Odbędzie się on oczywiście również w Berlinie (Berlin Solidarnie), ale dzień wcześniej, bo w niedzielę 23 października.
Hasło to samo:

Ten Rząd Dalej Nie Pojedzie

Kochani!
03.10 było nas w Berlinie około 2 tysięcy!
23.10 będzie nas jeszcze wiecej!
Niech będzie nas 4 tysiące!
Informujcie znajomych o tym, co dzieje się w Polsce. Informujcie, że łamie się podstawowe prawa człowieka, zarówno kobiet jak i mężczyzn!
Berlin i berlińczycy to moc!
Wykrzyczmy całemu światu:
TEN RZĄD DALEJ NIE POJEDZIE!

Dieser Text auf Deutsch: molenda-rede-oktober-2016-de

tenrzad

Reblog z komentarzem

Zbigniew Milewicz

Od historii nie uciekniesz…

Przy całej swojej sympatii dla sąsiedzkiej, ukraińskiej społeczności, oczekiwałem od polskich władz zajęcia jednoznacznego stanowiska w sprawie Rzezi Wołyńskiej, o której w zależności od opcji politycznej raz się publicznie mówiło, a kiedy indziej znowu nie, a nazwać po imieniu nikt jej jakoś nie chciał. Z zadowoleniem przyjąłem więc niedawną, lipcową uchwałę Sejmu i Senatu RP, uchwaloną nota bene jednogłośnie,  o uznaniu zamordowania ponad stu tysięcy Polaków przez ukraińskich nacjonalistów w czasie II wojny światowej za ludobójstwo. Wyrażono w niej jednocześnie szacunek dla Ukraińców, którzy ratowali Polaków. W odpowiedzi ukraiński Parlament ostro potępił tę uchwałę, a w tamtejszych mediach rozpętała się histeria. Przytaczam fragmenty interesującego wywiadu na ten temat, który ukazał się 27.08.2016 r., na łamach Gazety Wyborczej.

Igor T. Miecik rozmawia z Jurijem Szuchewyczem.

Jurij Szuchewycz: Wołyń ludobójstwem? Ile wam Kreml zapłacił?

Fot. zbiory Osrodka KARTA, udostepnił Mariusz Hermanowicz

Kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często mi opowiadali, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała, żeby zadać im cios od tyłu.

W lipcu Polska wypowiedziała Ukrainie wojnę. Wojnę hybrydową. Czego się spodziewaliście? Macie teraz naszą odpowiedź na swój zdradziecki atak. Wojna to wojna. Ale to nie my ją rozpoczęliśmy – usłyszałem w słuchawce telefonu, zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej niż “dzień dobry” i zapytać o projekt uchwały ukraińskiego parlamentu o “historii ludobójstwa narodu ukraińskiego dokonywanej systematycznie i konsekwentnie przez państwo polskie”.

To nie była nasza pierwsza rozmowa. Jurija Szuchewycza, syna komendanta Ukraińskiej Powstańczej Armii, poznałem dwa lata temu. Spotkaliśmy się kilka razy we Lwowie i przegadaliśmy długie godziny. Ich owocem były wywiady w “Gazecie Wyborczej” i w mojej książce o Ukrainie. Tyle że mówiliśmy wtedy o obaleniu Janukowycza, ukraińskiej rewolucji oraz o samym Szuchewyczu i jego niezwykłym życiu.

Pojechałem też do Lwowa kilka dni po przyjęciu przez polski Sejm uchwały o tym, że “ofiary zbrodni popełnionych w latach 40 przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w należyty sposób upamiętnione, a masowe mordy nie zostały określone – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa”.

Wiedziałem, że nie będzie łatwo – do tej pory omijaliśmy temat Wołynia – ale nie spodziewałem się, że aż tak…

Atmosfera od początku była zła. Szuchewycz wyznaczył spotkanie w centrum miasta w modnej, drogiej wiedeńskiej kawiarni. Przyszedł w towarzystwie żony Lesi i poselskiego asystenta.

Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

– Ile wam zapłaciła Moskwa? – zaczął, nie czekając na moje pytanie.

Zatkało mnie: – Jaka Moskwa? Komu? Za co?

– Moskwa Putina, Kreml. Ile zapłacili waszym posłom, za nazwanie wydarzeń na Wołyniu ludobójstwem? Ile?

Jurij Szuchewycz jest na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, pomnikiem. Niekwestionowanym tam autorytetem moralnym, kimś w rodzaju świeckiego przywódcy duchowego.
Ma 83 lata i życiorys męczennika. Jako syn zamordowanego w 1950 r. przez NKWD legendarnego komendanta UPA Romana Szuchewycza, sam nie mając nic na sumieniu, został aresztowany przez Sowietów jako 15-letni chłopiec i z krótkimi przerwami przesiedział w łagrach ponad 30 lat. W celi stracił wzrok. Wyszedł w 1989 r., w przededniu odzyskania przez Ukrainę niepodległości.

Po zwycięstwie Majdanu w 2014 r. zdobył mandat deputowanego Wierchownej Rady, gdzie w sprawach dotyczących historii jego głos jest wpływowy, zawsze słuchany z uwagą i szacunkiem.

W lipcu jako jedyny deputowany towarzyszył przewodniczącemu Wierchownej Rady Andriejowi Parubijowi w zakończonych fiaskiem negocjacjach z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim dotyczących wspólnego stanowiska w sprawie rzezi wołyńskiej. A po przyjęciu polskiej uchwały służył radą deputowanemu Ołehowi Musijowi, autorowi projektu “odwetowej” uchwały ukraińskiego parlamentu o polskim ludobójstwie.

Panie Juriju, pan mówi poważnie o pieniądzach z Moskwy?

– To nie moja opinia, tylko pogląd powszechny na Ukrainie. Putin wykorzystuje w wojnie hybrydowej różne siły polityczne, a także je finansuje, by wykonywały jego wolę. Tak jest z mniejszością rosyjską i partią komunistyczną w Estonii, skrajną prawicą Marine Le Pen we Francji, węgierskim Jobbikiem, nie widzę przyczyn, dla których nie miałby finansować posłów polskiego Sejmu.

Po co Putinowi taka uchwała polskiego Sejmu?

– Kreml zrobi wszystko, żeby skompromitować postać Stepana Bandery, ukraiński nacjonalizm, myśl polityczną OUN i działalność UPA. Zrobi wszystko, żeby opluć naszych bohaterów i podzielić naród.

Nie potrzeba Putina, by Bandera i jego koncepcje dzieliły Ukraińców. Nie tylko w Polsce nie jest on darzony sympatią. Spotkałem wielu Ukraińców bardzo sceptycznych wobec ideologii banderowskiej.

– To efekt pół wieku sowieckiej propagandy. Ale to się zmienia. Po raz pierwszy od lat możemy sami decydować, kto jest naszym bohaterem, i sami wychowywać naszą młodzież. Bandera jest niezaprzeczalnym symbolem ukraińskiego patriotyzmu. Czy się to komuś podoba, czy nie.

Nie uważa pan, że to nie jest uczciwe postawienie sprawy, zwłaszcza wobec ukraińskiej młodzieży: albo Bandera, albo Putin. Szantaż moralny: jeśli nie jesteś wyznawcą Bandery, znaczy, żeś nie jest patriotą, gorzej – jesteś separatystą, zdrajcą. Jakby nie można było być liberałem czy socjalistą i jednocześnie patriotą.

– Nie można być prawdziwym ukraińskim patriotą, odrzucając Banderę. OUN była jedynym prawdziwie niepodległościowym niezależnym nurtem politycznym, dla którego wolność Ukrainy była wartością najwyższą, i jest to rzecz nie podlegająca dyskusji. W rzeczywistości wojny hybrydowej, z którą mamy do czynienia, postawiliśmy niedawno w ukraińskim parlamencie kropkę nad i.

To pan był autorem ustawy, która podważanie zasług OUN i UPA dla ukraińskiej niepodległości uważa za przestępstwo. Szacunek można wymóc ustawą i groźbą kary?

– Można i trzeba. Trwa wojna.

Co jest takiego w uchwale polskiego Sejmu dotyczącej Wołynia, że wywołała na Ukrainie tak skrajne emocje, a u pana, jak widzę, wywołuje wręcz gniew?

– To z gruntu, od pierwszego do ostatniego zdania, zakłamany, prowokacyjny i szowinistyczny tekst.

Czy ktoś tam wspomniał, jakie były przyczyny konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu? Czy mówi się tam o brutalnej okupacji ukraińskich ziem etnicznych przez II Rzeczpospolitą, o paleniu naszych cerkwi albo odbieraniu ich nam przez katolików, o policyjnych pacyfikacjach wiosek, wysiedleniach, wypędzeniach, o tym, że samo słowo “Ukrainiec” było zakazane, a Polacy wprowadzili do obiegu upokarzające nas określenie “Rusin”?

Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla “chama” Ukraińca czy określenie “bydło”, którym nazywano ukraiński lud, tkwią w pamięci każdej wołyńskiej czy galicyjskiej rodziny. Wie pan, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? To widzenie w Berezie Kartuskiej – polskim obozie koncentracyjnym dla Ukraińców. Miałem cztery lata, ale pamiętam.

Nie wspomina się też w waszej uchwale o planowym mordowaniu Ukraińców na Chełmszczyźnie, Podlasiu i Zasaniu, które Armia Krajowa rozpoczęła jeszcze w 1941 r. Przez niemal całą okupację w stosunku do ukraińskiej ludności polskie podziemie szło ręka w rękę z sowiecką partyzantką, wszystko, byle tylko przywrócić okupacyjne granice sprzed 1939 r. i oczyścić z Ukraińców ziemie aż po Zbrucz.

A wasza akcja “Burza”? O niej też cisza, a była to ostatnia desperacka próba współpracy z Sowietami, znów w imię utrzymania polskich imperialnych zdobyczy na etnicznych ziemiach Ukraińców.

Rzezi wołyńskiej zaprzeczyć jednak nie można. Nie można zaprzeczyć planowemu mordowaniu cywilnej ludności polskiej, starców, kobiet i dzieci. Jak rozumiem, sprzeciw na Ukrainie budzi określenie “ludobójstwo”.

– Określenie “ludobójstwo” to oczywiste zakłamanie historii. Wam zależy jednak jeszcze na powiązaniu, choćby na siłę, ofiar partyzanckiej wojny domowej z Banderą, OUN, ruchem ukraińskich nacjonalistów i obciążeniu ich całą odpowiedzialnością.

A nie ponoszą tej odpowiedzialności? Co się w takim razie według pana stało w 1943 r. na Wołyniu?

– Doszło do partyzanckiej wojny i masowego antypolskiego wystąpienia ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej – podejmującego samorzutne akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum.

I podczas tej samoobrony wybito 80 tysięcy ludzi?

– To kolejne kłamstwo. Przypominam, że polska uchwała sejmowa mówi o 100 tysiącach! Ćwierć wieku temu naliczono 20 tysięcy ofiar, potem 40, jeszcze później 60, 80, a teraz 100 tysięcy. Polacy na siłę wrzucają wszystkich, którzy zginęli podczas wojny i okupacji na Wołyniu i Galicji, do jednego worka z podpisem “rzeź wołyńska”. Wszystko jedno, czy zginęli z ręki Niemców, Sowietów, zwykłych band albo nawet wyjechali na roboty do Niemiec. Niedługo naliczycie tych ofiar więcej, niż było przed wojną wszystkich Polaków na zachodniej Ukrainie.

Zastanawiam się, czy gdybym był Ukraińcem, to wolałbym, by historia zapamiętała rzeź wołyńską jako spontaniczne powstanie ludowe, gdzie znający się od lat ludzie mordują swoich sąsiadów, czy też raczej jako akcję wywołaną z inspiracji i na rozkaz nacjonalistów. I chyba wołałbym wierzyć, że moi dziadowie zostali zaczadzeni zbrodniczą ideologią i działali na rozkaz, niż że pewnego dnia sami z siebie wzięli siekierę, piłę i poszli do chaty sąsiada wymordować całą jego rodzinę.

– To perfidna, przemyślana i prowadzona konsekwentnie od wielu lat polska operacja propagandowa. Obciążając odpowiedzialnością ukraiński ruch niepodległościowy, chcecie zohydzić i uczynić zbrodniarzami naszych bohaterów, ludzi, którzy położyli fundament pod ukraińską tożsamość i państwowość, odzyskali dla Ukraińców godność.

To postkolonialna manipulacja. Pomysł zmierzający do ponownej dekapitacji narodu ukraińskiego. Pozbawienia go przywództwa i wartości, tak by znów stał się bezwolną niewolniczą masą, której można będzie narzucić obce wartości i przywództwo. W tym sensie postępujecie wobec Ukrainy dokładnie tak jak Moskwa. Prezentujecie podobne moskiewskiemu postkolonialne i postimperialne myślenie, co pokazał otwarcie wasz Sejm 22 lipca. Sądzi pan, że nie wiem, co Polacy kryją w głębi serca? Sentymenty o Polsce od morza do morza! Ot co! Wilno nasze, Lwów nasz.

Nigdy nie słyszałem w Polsce ani jednego poważnego głosu, czy to polityka, czy to działacza społecznego, który by kwestionował granice ustalone w Europie po 1945 r. W przeciwieństwie do pana, który nieraz mówił, że jeszcze nie wszystkie ukraińskie etniczne ziemie wróciły do macierzy, i wymieniał jako takie rosyjski Kubań i ziemie nad Donem, na zachodzie zaś Podlasie, Chełmszczyznę, Zasanie i Łemkowszczyznę. Już sam termin “ziemie etniczne” jest dziś niedopuszczalny.

– Bo co? Niewygodny dla krajów postkolonialnych, które odbierały ziemie innym narodom? A Polacy w jakich kategoriach myślą? Proszę się rozejrzeć po Lwowie latem, wszędzie wycieczki waszych kresowiaków. Bardzo proszę, niech przyjeżdżają, ale jak się ich posłucha, otwierają się oczy: to polski uniwersytet, to cmentarz polskich bohaterów, tu polskie to, tam polskie tamto.

Przez lata nie mogliście o tym głośno mówić, czekaliście na moment słabości Ukrainy. Teraz, kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często opowiadali mi, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała na okazję, żeby zadać im cios od tyłu.

Pan wybaczy, ale skala ukraińskiej kolaboracji z hitlerowcami nie miała precedensu na terenach byłej II RP. Ukraińska policja pomocnicza…

– Policja była wszędzie. Na okupowanej brytyjskiej wyspie Jersey służyli lojalni wobec Niemców angielscy boje, nawet czapek nie zmienili.

Oni nie pilnowali gett żydowskich ani obozów jenieckich…

– A polska policja granatowa, a policja żydowska to gett nie pilnowała? Dla mnie kolaboracja z Niemcami znaczy tyle samo co kolaboracja z Sowietami, a tu Polacy byli liderami. Zaczęliście już w 1939 r., kiedy nie zdecydowaliście się walczyć ze Stalinem tak jak z Hitlerem, i mimo że zapłaciliście za to krwawą cenę w Katyniu,kontynuowaliście  tę współpracę przez całą wojnę. Kiedy zaś była skierowana przeciw Ukraińcom, była nadzwyczaj harmonijna i skuteczna, a jej ukoronowaniem była akcja “Wisła”.

Widać to nawet dziś, bo o Katyniu grzecznie milczycie, a za Wołyń domagacie się od Ukraińców nieustających aktów pokajania. Gdy do Lwowa albo do Równego przyjeżdżają na przepustki chłopcy z frontu z Donbasu, to co oni czują, kiedy dowiadują się, że ktoś, kto wydawał się sojusznikiem, mówi o ich bohaterach i ideałach tym samym głosem co rebelianci? Otóż czują, że znów dostali cios w plecy. Wie pan, że w Ługańsku rebelianci urządzili oficjalną uroczystość upamiętniającą “ofiary rzezi wołyńskiej”?

Pana teza o antyukraińskiej współpracy polsko-moskiewskiej jest krzywdząca i nieprawdziwa. Między Polską a Rosją nie było w ostatnich latach gorszych stosunków niż dziś. I jest to spowodowane między innymi, jeśli nie przede wszystkim, polskim wsparciem dla ukraińskich dążeń niepodległościowych.

– To proszę przestać mówić po rosyjsku i przejść na ukraiński. W tej chwili! – wtrąciła się nagle pani Lesia, żona Szuchewycza.

Zatkało mnie. Mówię po ukraińsku płynnie, ale zdecydowanie lepiej po rosyjsku. W tym dwujęzycznym kraju używam raz jednego, raz drugiego języka. Czasem automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad tym, zaczynam po rosyjsku i po kilku zdaniach się przestawiam. Ale nigdy nikt na Ukrainie nie robił najmniejszego problemu z powodu języka, którym się mówi. Także sam Szuchewycz.

Wcześniej spotykałem się z panem Jurijem w cztery oczy. Siadaliśmy w skromnej kawiarence obok jego domu, gdzie Szuchewycz miał swój stolik, albo spacerowaliśmy po Lwowie. Niewidomy starzec, wspierając się na moim ramieniu, wyraźnie zrelaksowany, przerywał “służbowe” wątki naszej rozmowy dygresjami na temat miasta i starymi galicyjskimi anegdotami, wydawało mi się, że zadzierzgnęła się między nami nić szczerej sympatii. Mówiliśmy raz po ukraińsku, raz po rosyjsku. Zdarzały się Szuchewyczowi wstawki po polsku. Cytował z pamięci Słowackiego i Norwida.

Co się nagle popsuło między nami? Przed spotkaniem z Lesią Szuchewycz, urodzoną w Niemczech córką ukraińskiego emigranta, żołnierza UPA, ostrzegali mnie dawni towarzysze pana Jurija. Twierdzili: “To fanatyczka”.

A mówili to członkowie założonej przez Szuchewycza w latach 90 partii UNA i jej bojówki UNSO. Ludzie, którzy na ochotnika walczyli w Naddniestrzu, obu wojnach czeczeńskich, Gruzji i wszędzie tam, gdzie można było “bić Moskala”. Jeszcze niedawno wydawało się, że na prawo od nich jest już tylko brunatna mgła.

W ciągu dwóch lat wojny w Donbasie Ukraina i Jurij Szuchewycz osobiście dokonali jednak ostrego zwrotu. Na scenie politycznej pojawiły się nowe agresywne ugrupowania i zradykalizowały się istniejące. Dawni koledzy mówią, że to Lesia namówiła Szuchewycza, by porzucił UNA-UNSO i dołączył do Ołeha Laszki, szefa Partii Radykalnej, który narodowo-socjalnym populizmem przelicytował wszystkich.

– Jest pan na Ukrainie, więc ma pan mówić po ukraińsku – powtórzyła tonem nieznoszącym sprzeciwu Lesia Szuchewycz. – Wiem, że pan umie. Przy mnie po rosyjsku mówić pan nie będzie! Ani słowa więcej po kacapsku!

Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Rozmowa przestawała przypominać wywiad, nasz dialog zaczął się zamieniać w konfrontację. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała, żeby w jednej chwili zniknęła cała polityczna poprawność i zwyczajne przejawy sympatii czy przynajmniej szacunku i zrozumienia, które towarzyszyły naszym wcześniejszym spotkaniom.

– Dobrze by było, żeby Polacy przestali pisać Ukraińcom historię i pozwolili nam samym ją napisać – podjął po chwili pan Jurij.

Problem w tym, że to wspólna historia. Czy ma ona wyglądać tak jak w projekcie ukraińskiej uchwały? Znam pana poglądy, jest pan nacjonalistą, ale pochodzi pan z inteligenckiej lwowskiej rodziny. Pradziadek etnograf, badacz huculszczyzny, dziadek sędzia, ojciec i stryj inżynierowie. Pan to widzi wyłącznie w czerni i bieli? Czy historia Ukraińców w II RP to rzeczywiście opowieść o ludobójstwie? A co z ukraińskimi legalnymi partiami politycznymi? Posłami mniejszości z wicemarszałkiem Sejmu II RP Wasylem Mudrym na czele?

– To nie Ukraińcy zaczęli tę wojnę na uchwały. Projekt naszej może być dla Polaków bolesny, ale czas najwyższy, by spojrzeli historycznej prawdzie w oczy.

Nie wszyscy Ukraińcy widzą stosunki polsko-ukraińskie tak, jak je opisuje uchwała. Podobnie jest z rzezią wołyńską. Temat jest wykorzystywany jako oręż do walki politycznej przez propagandę promoskiewską, ale interesują się nim też zwykli ludzie, którzy chcą poznać niezideologizowaną prawdę historyczną. W Odessie na przykład miejscowa młodzież, koło fascynatów historii, przy wsparciu diaspory żydowskiej zorganizowała wystawę o Wołyniu ’43. Urządzili ją w murach rosyjskiego teatru, ale ani z rebeliantami, ani z Putinem nie mają nic wspólnego, wcześniej robili seminarium o obronie Sewastopola, bezwzględnie krytyczne wobec dowództwa Armii Czerwonej.

– Skąd pan wie o tej wystawie na temat Wołynia? – wtrącił się asystent Szuchewycza.

Od znajomej dziennikarki z Odessy.

– Nazwiska tych ludzi pan zna? Nazwę ich organizacji? Co to za teatr? – asystent wyciągnął pióro i otworzył notes.

A co to ma do rzeczy?

– Trzeba powiadomić o tej wystawie odpowiednie służby.

Jakie służby?

– Organy ścigania, prokuraturę, Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.

PS Tekst jest relacją z trzech rozmów z Jurijem Szuchewyczem z lipca i sierpnia 2016 r. Bezpośredniej we Lwowie i dwóch późniejszych telefonicznych.

*Jurij Szuchewycz – ur. w 1933 r., deputowany do ukraińskiego parlamentu. Sowieci aresztowali go w 1948 r., tuż po 15 urodzinach. W więzieniach i łagrach spędził 31 lat i stracił tam wzrok. Jego ojciec Roman był komendantem UPA współodpowiedzialnym za czystkę etniczną Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.