Tod eines Friedensforschers

11-4-2014-Kunstforum-Belziger1eV-Viktoria_KorbDieser Beitrag ist zum teil auch auf Deutsch. Einfach runter scrollen.

Viktoria (Viki) Korb napisała kilka dni temu w mailu:

Halo Ewa, będę miala 11 kwietnia o godzinie 19.30 prezentację mojego kryminalu (wraz z filmem o nim z RBB) w tej instytucji podanej poniżej. Trzeba się zameldować. Najlepiej by bylo, abyś zamieściła informacje z ich strony internetowej w swym blogu (mam nadzieję, że zechcesz?) Ja niestety nie potrafię jej skopiować z google i wkleic w mojego maila, ale może Ty potrafisz.
Tu informacja z foto w google:
Kunstforum Belziger 1 eV
kfb1ev.de – 030 78001469

Otóż oczywiście potrafię i to zrobię,  i w ogóle zachęcam, bo kryminał ciekawy i śmieszny, ale zanim wejdę na stronę Kunstforum, patrzę sobie na tę informację i rozmyślam o tajemniczych różnicach pomiędzy umysłem niemieckim, a polskim (a tego też dotyczy kryminał Viki).  Kunstforum Belziger 1 eV. Potrzebuję czasu, żeby zrozumieć, że Kunstforum mieści się na ulicy Belziger numer 1 i ma prawną formę Stowarzyszenia Zarejestrowanego czyli e.V. A zatem to pod spodem – kfb1ev.de – to zapewne adres strony internetowej.  Wszystko skrócone do maksimum i zakończone dot de.

I zaiste! Strona internetowa i na dodatek kolorystyczny majstersztyk. Czuję się jak pszczoła w rurze odpływowej mojej zmywarki.

belziger
Also jetzt auf Deutsch. Viki Korb wird am 11. April um 19.30 Uhr im Kunstforum in Schöneberg aus ihrem witzigen deutsch-polnischen Kriminalroman lesen. Diejenige, die teilnehmen wollen, bitte auf die Internetseite gehen, um sich anzumelden:

www.kfb1ev.de

Und hier eine kleine dafür aber buchstäbliche Kostprobe aus dem Buch:

„Ja, machen wir mal zur Abwechslung ein Abendessen bei mir“, schlug Gloria vor.
Knut wollte wissen, was sie denn Schönes zu essen machen würden.
„Wieso?“ fragte ihn Gloria erstaunt. „Endlich das, was sie wirklich mögen – keine ´nouvelle cousine´, keinen modischen Schnickschnack, den sie mühsam in sich hineinzwängen und dann hungrig nach Hause gehen.“
„Also soll es tatsächlich Schweinebraten mit Bratkartoffeln sein?“ wunderte sich Knut. „Traust du dir zu, so gegen die Mode zu gehen? Und hast du keine Angst vor bösen Zungen?“
„Ich war schon immer eine Provokateurin. Wir machen auch einige Alibisalate, ich wette aber, dass sie uns fast vollständig erhalten bleiben, im Gegensatz zum Ferkel.“
„Sehen wir mal“, sagte Knut unsicher. „Du bist ganz schön mutig. Ich werde mich aber opportunistisch mit Salat anrichten beschäftigen.“
Gloria erwiderte, dass sie schließlich in Polen verfolgt worden war und so Zivilcourage gelernt hatte. Sie bestand auf ihrem Experiment.
(…) Alle Eingeladenen nahmen zuerst ein wenig Salat und lehnten Schweinebraten und Bratkartoffeln kategorisch ab, wobei sie heftige Protestgesten mit ihren Händen vollführten.
„Wir sind strikte Vegetarier“, verkündete stolz Erdmuthe von Kupke. „Als Arztfrau weiß ich, was Cholesterin bei einem Menschen anrichten kann. Und die BSE-Gefahr…“
„Und denkt an die armen Tiere, die gequält werden“, unterstützte sie Udo Knarsch. Claude Eckel verkündete auch, dass er gesund und umweltbewusst lebte, nicht zuletzt musste er auf seine Linie achten.
„Ihr solltet euch an denen ein Beispiel nehmen“, sagte Hasso Schuja und deutete auf Gloria und Knut, die genüsslich den Braten verzehrten.
„Wer weiß schon, was wirklich gesund ist?“ sinnierte Gloria mitleidig. „Bis vor kurzem waren die Kartoffeln verdammt, und jetzt sind sie voll rehabilitiert. Es gibt sogar eine Kartoffeldiät zum Abspecken.“
„Da ist was Wahres dran“, stimmte Balthasar von Kupke zu, „ich bin auch im Prinzip Vegetarier, aber könnte ich etwas von diesem Braten probieren?“
„Gern“, bot Gloria an, „du kannst in aller Ruhe probieren, denn wir haben die Vita des Ferkels von der Wiege an aufs genaueste geprüft. Es hat ausgezeichnete Referenzen. Aber vielleicht noch jemand?“ fragte sie.
Aus allen Ecken meldeten sich jetzt leicht verschämte Stimmen, die murmelten:
„Probieren, probieren, probieren…“
Mehrere Hände reckten sich gierig in Richtung Braten. Knut beruhigte sie:
„Es reicht für alle.“
Nach einer halben Stunde war von Schweinebraten und Bratkartoffeln keine Spur mehr zu sehen. Gloria war sogar immer noch etwas hungrig – sie hatte den Appetit ihrer Gäste aufs verhasste Fleisch unterschätzt, und Claude Eckel nahm ihr das letzte Stück vor der Nase weg.

Für die Polen hier ein Fragment des Buches auf Polnisch/ TU link do innego fragmentu (ale też o jedzeniu) po polsku.

 

Jubileusz

Ewa Maria Slaska

andrzejandrzej2

Andrzej Piwarski
i Barbara Ur wzięli ślub przed 50 laty. O Barbarze i jej niezwykłych rzeźbach pisałam już tu. Dziś wpis o Andrzeju. Skończył w tym roku 75 lat. Zaczął studia w roku 1960. Pierwszą wystawę miał w roku 1967.  Jesienią ich odwiedziłam. Odpowiadają i opowiadają. Robią to świetnie, choć zupełnie inaczej – Barbara cicho i krótko, celnie puentując wypowiedzi. Andrzej wspaniale i panoramicznie, wpisując się w długą tradycją polskiego gawędziarstwa.

Ile razy dorwę się do głosu, pytanie się odmienia, prowadzi rozmowę do kolejnego etapu życia obojga twórców. Siedzimy w ich mieszkaniu, potem idziemy do pracowni. Cudowne wnętrza, pełne najwspanialszej sztuki. Malowane świątki i ludowe obrazy z XVII wieku, krzyżyk, którym błogosławił Niemców przebrany za księdza ślepy ojciec artysty, wyprowadzając siebie i syna ze spalonej Warszawy do Pruszkowa. Ceramiczne gobeliny Barbary, jej rzeźby bogiń-księżniczek z włosami z łańcuchów.

andrzej3aJuż o tym pisałam, ale cóż, czasem nie ma wyjścia – trzeba się powtarzać. Ach, mieć pieniądze, kupić te boginie, ustawić w ogrodzie przed domem, powiesić w oknach tego nieistniejącego domu obrazy Andrzeja, tak by widać je było z ogrodu, zaprosić ludzi, powiedzieć im, patrzcie i nie zapomnijcie, że jesteście głupkami. Wydaje się Wam, że to co robicie jest taaakie ważne. A tymczasem, moi drodzy, ważna jest tylko sztuka. Ważni są tylko twórcy. Nikt nie pamięta, jak nazywali się politycy czy urzędnicy w Paryżu w roku 1918 roku, a przecież na pewno w swoim czasie byli ważni i o rozmowę z nimi zabiegali ambasadorzy i konsulowie. Nikogo już te osoby nie obchodzą, ale każdy Europejczyk wie, że w listopadzie 1918 roku w wydawnictwie Gallimard ukazał się drugi tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, pierwsza francuska, a zapewne także europejska książka wydana natychmiast po zakończeniu I wojny światowej. Ten fakt w tym roku też obchodzi jubileusz.

andrzej3Andrzej obchodzi jubileusz, albo raczej obchodzić go będzie za dwa tygodnie. Ale jubileusz to też pojęcie teoretyczne, bo co to jest jubileusz i jak się go liczy? Nie ma problemu, gdy jest to na przykład rocznica przyznania Nagrody Nobla Wałęsie. Wiadomo, dostał ją 5 października 1983 roku, minęło 30 lat, Wajda nakręcił film, 4 października 2013 roku z okazji jubileuszu odbyła się polska premiera filmu i tak dalej, i tak dalej… Jubilat i jego rodzina mieli zresztą z Noblem dla Wałęsy też coś do czynienia, bo zorganizował w Oslo wielką wystawę w ratuszu, na przeciwko budynku uniwersytetu, gdzie 10 grudnia w imieniu Wałęsy Danuta odbierała nagrodę. Wystawa Piwarskich była jedyną polską akcją zorganizowaną z tej okazji w Oslo. Składał się na nią cykl Andrzeja “Ślady, myśli, nadzieje. Polska 1970-1981”, prace Barbary oraz prace ich syna, Krzesisława Piwarskiego i jego akcja artystyczna na placu przed aulą uniwersytecką, gdzie wręczano Danucie nagrodę dla męża.

andrzej1Piszę dziś o jubileuszu Andrzeja, opierając się na googlowskiej zasadzie, że wszystko jedno, ile lat minęło i czy rocznice, które czcimy są okrągłe czy kanciaste, uczczę na tym blogu 51 rocznicę ślubu obojga i 75 urodziny Andrzeja, i 53 rocznicę rozpoczęcia studiów, ale też – 50 rocznicę przyznania artyście pierwszej nagrody za obraz (19 grudnia o godzinie 17:00), namalowany poza murami sopockiej Alma Mater. Ale obchodzimy też 46 rocznicę jego pierwszej wystawy indywidualnej oraz dwudziestolecie powołania przez Andrzeja i Barbarę do życia Europejskiego Laboratorium Sztuki w Tuchomiu, co jest jak rozumiem, nadaniem rangi instytucjonalnej kaszubskiej chałupie z ogrodem.

andrzej3bA poza tym w sobotę w galerii NaKole odbędzie się wernisaż malarstwa Andrzeja. Pójdę oczywiście na to otwarcie i wygłoszę mowę. Zostałam o to poproszona:

Szanowni Jubilaci… I co? Co mam dalej powiedzieć? Mam wymienić, co zrobili oboje? Nie, nie, nie. Precz z wyliczankami, które zanudzają słuchacza na śmierć. A więc jeszcze raz: Szanowni Jubilaci, od kilkudziesięciu lat tworzycie sztukę. Sami mi powiedzieliście w rozmowie, że ani jednego dnia nie przepracowaliście w inny sposób. Stworzyliście wielkie dzieło. Jestem z Was dumna i bardzo Wam za to dziękuję!

Brawo, brawo. Huczne oklaski.

PS. Barbara Ur i Andrzej Piwarski mieli kiedyś we Frankfurcie nad Menem wspólną wystawę z Matką Autorki tego tekstu, graficzką Ireną Kuran-Bogucką.

Świat jest mały.

 

Turysta polski

Krystyna Koziewicz

Od kiedy dla Polaków świat się otworzył, wyjeżdżamy za granicę nie tylko w poszukiwaniu pracy czy osiedlenia się, lecz – coraz częściej – w celach turystycznych  i to jest fajne, bo przez to nasz wizerunek się zmienia, ku zaskoczeniu np. hotelarzy. Rezerwujemy noclegi, wykupujemy Visit Cards, jadamy w restauracjach i mało kto, jak to bywało w przeszłości, chodzi z kanapkami w torbie czy nocuje u znajomych. Właściwie, to długo zastanawiałam się, czy opisać przypadek wizyty dwóch Rodaków w stolicy europejskiej.  Niby to żadna rewelacja, ale jednak, podpatrując rzeczywistość, nie sposób przemilczeć… ale o tym za chwilę. W każdym razie Rodacy z wizytą w Berlinie… Otóż, znajomi migranci z Polski od 30 lat zamieszkali w pewnej metropolii europejskiej, biznesmeni, jak powiadają: własna działalność gospodarcza, wysokie dochody,  podróże po świecie, super auta. Przyjechali na cztery dni do Berlina z planem zwiedzania muzeów na Museum Insel, Nikolai Viertel, Reichstagu, Checkpoint Charlie, Muzeum Stasi, Muru, Holokaustu, Jüdisches Museum, Topografia Terroru i…i…i…

Spotkaliśmy sie w hotelu pięciogwiazdkowym. Miałam im dostarczyć informacji, jakiej potrzebowali. Pokój dwuosobowy, eleganckie umeblowanie, w hotelu wszelkie wygody, sauna, jaccuzi, siłownia etc. Rozglądam się po pokoju i ze zdziwieniem odnotowuję leżące na stole góry jedzenia – kanapki, owoce, jogurty, ciasteczka. Początkowo myślałam, że przywieźli ze sobą, ale nie, panowie z radosną miną opowiadają, jak pakowali te pyszności w jadalni hotelowej, jak personel ciągle musiał uzupełniać znikające pieczywo, wędliny, owoce. Z zadowoleniem chwalą się, ile  wynieśli i że wystarczy im tego na cały dzień. Nawet chcieli częstować. Ach, pomyślałam, czepiasz się, Krysiu, to na pewno jednorazowy precedens, tylko dzisiaj, bo dzień się zapowiada intensywny. Ale… następnego dnia znowu zobaczyłam pełną reklamówkę jedzenia i usłyszałam rewelacje, jak obserwowały ich kelnerki, zachęcające do najedzenia się do syta, proponujące kiełbaski, jajecznicę… Zapewne miała to być sugestia, żeby najeść się do syta na miejscu, a nie wynosić. Teraz już mi mina zrzedła na dobre. A panowie z oferty kelnerki nie dość, że skorzystali, to i tak „udało” się pozabierać kilka jaj, jogurtów i kanapek na przysłowiowe zaś. Jednym słowem przez trzy dni nasi turyści brali na wynos, ile się dało i co się dało.

sniadaniehoteloweNo cóż, my Polacy mieszkający w Niemczech, dbamy o pozytywny wizerunek, zależy nam, by mówiono o nas dobrze. Staramy się dostosować do norm prawnych, obyczajów, zasad ogólnie przyjętych. Panowie odjechali do swoich domów pozostawiając, mniemam, w tym hotelu nieciekawe wspomnienie. Nie zdziwmy się zatem, kiedy w jednym z berlińskich hoteli nad polskim gościem będzie czuwała kelnerka patrząc mu na ręce. Nie dziwmy się….

Sandra i Kosandra

czyli Ewa Maria Slaska o rzeźbach Barbary Ur

barbara0Powiedzmy sobie, nie wdając się w zbytnie a zbędne dywagacje – te rzeźby są super!

Barbara Ur (Ur to skrót od drugiego imienia artystki – Urszula) jest polską malarką i rzeźbiarką. W sierpniu tego roku skończyła 80 lat. Mieszka w Berlinie z mężem, Andrzejem Piwarskim, malarzem, ale oboje jeżdżą też  bez przerwy, to do Gdańska, skąd kiedyś wyjechali do Niemiec, to do Tuchomia na Pomorzu, gdzie założyli Europejskie Laboratorium Sztuki.

barbara3Pisze wiersze. Jak sama mówi, proste. To jeden z najstarszych, napisany, gdy była kilkunastoletnią panną. Do dziś go pamięta i dyktuje mi z głowy.

barbara-pion3Ach jak cudownie, o Boże
Już tam na Wschodzie
świecą się zorze
Wszystko spowite
w srebrzystej mgle
Pociąg z szaloną szybkością mknie
Mknie on z szybkością szaloną
jak czarny złowroki ptak
bo ma on drogę zmierzoną
przez naszej ziemi szlak.

Po latach wiersze wyzbywają się panieńskich egzaltacji, stają się znacznie bardziej powściągliwe. Barbara twierdzi, że tę powściągliwość wzięła od Staffa.

Zmęczony starzec marzył barbara-pion2
o zimowym śnie drzew
zasłuchanych w ciszę
Zasnął
Młodość wrócił mu sen
Nie zbudził się o świcie

Lub ten, też podyktowany z pamięci:

Było wielkie ognisko
gorące radosne
wszystko było
Dzisiaj w popiele
szukam
choć maleńkiej iskry
Pada deszcz  barbara-pion1

Oglądam te rzeźby i nie mogę się oderwać. Robią na mnie niezwykłe wrażenie – i ślub w białej ceramice, i egipska Madonna, której dziecko wspina się po plecach jak małpka, ale przede wszystkim te dwie czerwone boginie – Sandra i Kosandra – z włosami z łańcuchów.

I myślę sobie, że może jednak trzeba było chcieć się dorabiać i posiadać. Zawsze byłam zdania, że nie chcę, postępowałam w zgodzie z tą zasadą i rzadko kiedy żałowałam tej decyzji. Ale w pracowni Barbary rozmyślam o tym, jakby to było mieć dom w ogrodzie, za domem sad, a w sadzie te ceramiczne kobiety.
Przede wszystkim Sandrę i Kosandrę.

barbara5barbara6

Pomagam

Czy będzie pociechą dla Autorki, że ja też miałam takie doświadczenia, a zapewne wszyscy je mieliśmy…?

Krystyna Koziewicz, Z obserwatorium zwykłej baby

Intruz w moim łóżku

Gotowość niesienia pomocy ludziom w potrzebie to dla większości z nas odruch bezwarunkowy. Pomagać trzeba, nie zważając niekiedy na niezręczną sytuację, niewygodę czy koszty, nie oczekując w zamian wdzięczności, rewanżu. Często wystarczy zwyczajne słowo „dziękuję” i już się człowiek czuje usatysfakcjonowany. Kiedy w trudnej sytuacji życiowej udaje się faktycznie komuś pomóc, zawsze myślę sobie, że Opatrzność rejestruje dobre uczynki i zapewne odda z nawiązką w innej formie. Na przykład zdrowie! Moim jedynym życzeniem i marzeniem jest żyć w zdrowiu, z resztą problemów potrafię sobie sama poradzić.

Zadzwoniła do mnie znajoma z alarmującą prośbą, by serdecznemu koledze wynająć pilnie pokój na tydzień, odpłatnie oczywiście, ponieważ oddał mieszkanie, a nowe nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Z naszej rozmowy wynikało, że wielokrotne próby znalezienia noclegu zakończyły się fiaskiem. Facet jest bez dachu nad głową, a na hotel go nie stać. „Może chcesz zarobić parę groszy,  zawsze to coś, przyda ci się, jesteś rencistką, okazja do podreperowania budżetu” – przekonywała. Rozumiejąc dramaturgię sytuacji po namyśle zaproponowałam pokój do dyspozycji z używalnością kuchni i łazienki. Jak trzeba to trzeba, znajomym się nie odmawia!

W niecałą godzinę pojawia się delikwent z walizami. Czuję się nieco  zaskoczona, bo nie miałam nawet czasu, by psychicznie przygotować się na lokatora. Szybko uporałam się z problemem, przygotowałam sypialnię, opróżniłam część szafy, zmieniłam pościel, przygotowałam szafki na kosmetyki  itp., itd., itp., itd… Jak w piosence. Udostępniłam moje łoże, bo innego rozwiązania nie było. Dla siebie postarałam się o łóżko polowe od sąsiadki. Nie byłam zachwycona nową sytuacją, ale skoro obiecałam, to na tydzień trzeba było zrezygnować z własnych wygód. W końcu tydzień wyrzeczeń to nie wieczność, no i nie za darmo, parę euro wpadnie to zaszaleć można w TK Maxx.

Lokator okazał się sympatyczny, dbający o higienę, codzienna kąpiel, gotowanie, telefonowanie, korzystanie z Internetu i godzinne przesiadywanie. W kuchni pojawiły się garnki, kubki, szkliwo, czajnik, patelnia oraz żywność – cała lodówka. Niewygodę i skrępowanie czułam od pierwszego momentu, ale co tam, trzeba było zmienić rytm życia i zacisnąć paszczę. Wszak na krótko, dam radę przecież! Mija tydzień, a tu ani widu ani słychu o wyprowadzce. Jeszcze jeden tydzień… usłyszałam  od lokatora prośbę. No cóż, trzeba być wyrozumiałym, remont się przedłuża, a właściwie się wcale nie zaczął, bo brak prądu, wody i czort wie co. No, ale i tym razem da się wytrzymać! Naturalnie było mi źle żyć pod jednym dachem z obcym mężczyzną. Owszem, znałam go z widzenia. Chłopisko na dwa metry, rzekomo „figura”? Znał Marka – powiadał. Jakiego Marka? – zapytałam. No wiesz, ambasadora… Hm, to ty takich masz kolegów i nie pomogli? – pomyślałam. Z zawodu radca, w Polsce był ponoć prokuratorem, prawo powinien mieć w paluszku. Taki to musi być porządny, najwyższa instancja moralności: nie oszuka, nie wykorzysta, nie kłamie. Wiarygodniś! Okazało się, że pobyt przedłużył się o jeszcze jeden tydzień, w międzyczasie zachorowałam na zapalenie oskrzeli, trzeba było brać antybiotyki i leżeć w łóżku. W moim łóżku leżał wygodnie kto inny, a ja na kozetce w ciągu dnia, nocą na skrzeczącym łóżku polowym. Po trzech tygodniach, kiedy musiałam wziąć druga serię antybiotyków, powiedziałam, że musi sobie poszukać innego lokum. Byłam nadal chora, potrzebowałam własnego łóżka i spokoju. Nie spodobała mu się moja decyzja, ale wtedy byłam już znużoną tą sytuacją i było mi wszystko jedno, co ten człowiek sobie o mnie pomyśli. Miałam głęboko gdzieś, zwłaszcza że intruz czuł się zbyt pewnie i za swobodnie. Odchodząc zabrał tylko część maneli, pojawiał się od czasu do czasu pod pretekstem, bo nadal nie miał gdzie mieszkać, ale byłam już nieubłagalna. Nie i nie! Miał być na tydzień, skończyło się na trzech i w dodatku bez żadnej rekompensaty poniesionych kosztów, bo już zorientowałam się, że za często użala się na brak pieniędzy. Kiedy wspomniałam o pieniądzach, usłyszałam, że jest zaskoczony. ”A to coś nowego” – powiedział zdziwionym głosem.

Jak to coś nowego, a jak myślałeś, że mam ponosić koszty użytkowania prądu, telefonu, wody?

No cóż, nie wiedziałam, że prawnikowi takie sprawy trzeba wyjaśniać, chłop najwyraźniej nie kapował, o co mi chodzi? Cwaniaczek myślał, że pomagam bezinteresownie. No szkoda, że jeszcze nie karmiłam, no i  kieszonkowe mogłam przecież dawać. Do tej pory się nie rozliczył, a minęły już dwa lata, pewnie się więc i nie rozliczy. Przełknęłam tę gorzką lekcję, ale nic bardziej mnie nie złości, niż myśl, że zgodziłam się na to, by w moim łóżku spał intruz. Cwany intruz.

Ich bin nicht tot – Nie umarłem

Ewa Maria Slaska
Lalka / In fremden Schuhen

groby-pocztowkaJuż kilka dni temu, zapowiadając dzisiejsze otwarcie wystawy, umieściłam tu wpis z wierszem Michała Anioła po polsku, niemiecku i włosku. Ich bin nicht tot – Nie umarłem.

Ta wystawa to zwieńczenie moich zainteresowań cmentarzami, które datują się chyba od… zawsze. Już jako dziecko… już starożytni Rzymianie… Groby i cmentarze.

Coś było kiedyś po raz pierwszy, ale co? Kiedy? Były spacery w Gdańsku, gdzie las łączył się z cmentarzem na Srebrzysku. Szliśmy do altany Gutenberga…

lasByły cmentarze niemieckie we Wrzeszczu, te o których potem pisał Günter Grass we “Wróżbach kumaka”, ale najpierw byłam ja. Ja! Opowiadanie nazywało się w zależności od okoliczności albo “Lalka” albo “W cudzych butach” i są tam cmentarze przy Alei Zwycięstwa. Już pod koniec XVIII wieku gdańskie parafie zaczęły zakładać cmentarze wzdłuż obsadzonej lipami Wielkiej Alei. Były to cmentarze katolickie św. Mikołaja, Kaplicy Królewskiej, św. Józefa i św. Brygidy oraz cmentarze ewangelickie św. Katarzyny i Najświętszej Marii Panny. Ich usuwanie rozpoczęło się w 1966. W latach 1970-1972 na miejscu czterech z tych cmentarzy został utworzony miejski park Akademicki o powierzchni około 9 ha. Zachowane zostały, bądź zaadaptowane ciągi komunikacyjne będące alejami cmentarnymi oraz pozostał starodrzew cmentarny.

politechnika-cmentarzeTu fragmenty tego opowiadania, całe jest tu: LALKA

Jest też wersja niemiecka (fremdschuh). Wszystkie zostały kiedyś gdzieś opublikowane, a wersja niemiecka była wielokrotnie czytana w radio. Był czas, że honoraria za opowiadanie o niemieckiej lalce i o tym, jak polska dziewczynka odkrywa niemiecką przeszłość swojego miasta, było moim podstawowym źródłem zarobków.

Ewa Maria Slaska
Lalka
(fragmenty)

Idziemy na cmentarz – Eleonora, Joanna i ja, i zabieramy zawiniętą w szalik Adolfę. Eleonora przysiadła na śmiesznej drewnianej ławeczce z żeliwnymi nóżkami, nam wolno zaś biegać dowoli. Na cmentarzu jest cicho i cieniście, rosną tu niezwykłe drzewa i krzaki, jakich nigdzie indziej nie widziałam. (…) Adolfa jest tylko niemiecką lalką znalezioną w schowku pod schodami, nie zasłużyła sobie na żadne wspaniałe drzewo, ale być może zmieni się w pęd bluszczu, ciemny, ponury, straszny, gdy o nim myśleć przed zaśnięciem.

Pochowałyśmy Adolfę w murowanym grobowcu rodziny Meier. To ja tak zadecydowałam. Grobowiec wygląda jak mały domek bez okien. Żelazne odrzwia przeżarte rdzą pozwalają zajrzeć do środka. W środku wprawdzie nic nie widać poza gęstym, czarnym, nieprzeniknionym mrokiem, ale z grobowca wydobywa się lekko tylko uchwytna, a przecież realna woń, mieszanina stęchlizny, chłodu i nieodwołalnej tajemnicy śmierci. Z trudem otwieram metalowe wrota.

– A jeśli siedzi tam upiór – mówię do Joanny. Przyciskam lalkę do piersi i wyobrażam sobie upiora z grobowca rodziny Meier – jest blady, przezroczysty, ma długie lodowatozimne palce. Zaraz wyciągnie ręce i dotknie nas. Wrzucam Adolfę niezbyt godnie do wnętrza ciemności. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Zgrzyt zatrzaskiwanych drzwi. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, recytuję z namaszczeniem. Zamknąwszy upiora Meierów z powrotem w jego własnym mroku odzyskuję siłę modlitwy. Adolfa na zawsze spoczywa w grobie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, i wszystkim Niemcom też – dodaję pośpiesznie.

Nic jednak nie jest tak „na zawsze“ jak się to może wydawać sześcioletniej dziewczynce. Dziesięć lat później miasto zrównało z ziemią cmentarze niemieckie ciągnące się wzdłuż Alei zwanej kiedyś Hindenburga, potem Hitlera, potem Rokossowskiego, a wreszcie Zwycięstwa. Na miejscu cmentarzy założono park, niezwykłe drzewa niemieckie pozostawiono i teraz ocieniają piaskownice i zieleńce. Chciałabym zobaczyć w tym obrazku coś kojącego, ale mi się nie udaje. Wciąż widzę stary zacieniony cmentarz i lalkę, której wraz ze wszystkimi innymi Niemcami nie dane było zażywać spokoju wiekuistego. Ale nie warto o tym pisać, bo już Grass rozkumaczył się wróżebnie o losie niemieckich cmentarzy w Gdańsku, a grassowaska wizja ich restytucji jest jeszcze gorsza niż moja własna opowieść o pogrzebie Adolfy.

PS. Zdjęcia / Fotos  Anna Kuzio, Marianna Lorenz & Archiv (Archiwum)

W Gołdapi i w Berlinie

Dzisiejszy wpis jest osobistym uzupełnieniem do wczorajszego referatu napisanego przez historyka.

Maria Gast-Ciechomska

podobnie jak ja została poproszona o napisanie referatu na konferencję w Bydgoszczy o polskich odniesieniach do Muru Berlińskiego. Z całego tekstu wybieram tu fragment o pobycie Maryli w obozie dla internowanych kobiet w Gołdapi i Berlin Zachodni. Reszta w linkach:

Cały referat po polsku          mury-maryla-pl
Text auf Deutsch                  mury-maryla-DE

goldapW Gołdapi internowano działaczki “Solidarności”. Pierwsze z nich trafiły tu 6 stycznia 1982 roku. Przez obóz przewinęło się 397 (lub według innych rachunków 394) kobiet, reprezentujących 33 regiony “S“. Najwięcej, bo 116, z Dolnego Śląska, 67 z Mazowsza, 25 z Gdańska. Przywieziono je z 83 miast i 6 wsi: było wśród nich 51 przedstawicielek zawodów inżynieryjno-technicznych, 46 nauczycielek, 38 studentek, 33 etatowe działaczki “S“, 23 robotnice, 16 dziennikarek. Najstarsza internowana kobieta miała 63 lata, najmłodsza 19 lat.

W Gołdapi

Dla mnie osobiście stan wojenny był zaskoczeniem – podobnie jak i odkrycie, że byłam dla wojskowego rządu na tyle groźna, by objąć mnie postanowieniem o internowaniu. Najpierw trafiłam do więzienia w Olszynce Grochowskiej. Najbardziej brutalnych represji z lat 80, a już na pewno tego lekkiego w sumie aresztu nie można porównywać z tym, co było w czasach stalinowskiej dyktatury. Mimo to internowanie do przyjemności nie należało. Dlatego tak ważne były wszelkie oznaki wsparcia z zewnątrz. Pamiętam, że wkrótce przyjechała do nas do więzienia Kalina Jędrusik, która na bramie wykłócała się tak długo i tak głośno, aż została wpuszczona z paczkami zawierającymi jakże potrzebną ciepłą odzież i artykuły higieniczne. W Wigilię, gdy było nam szczególnie smutno, słyszałyśmy, jak maszyniści pociągów przejeżdżających przez Olszynkę Grochowską pozdrawiają nas specjalnym sygnałem. W Nowy Rok natomiast niespodzianką były odwiedziny prymasa Józefa Glempa.

W połowie stycznia przewieziono nas do ośrodka odosobnienia w Gołdapi. Najpierw była długa podróż milicyjnymi “sukami” i postoje na komendach w Ełku i Suwałkach. Potem znalazłyśmy się w okazałym budynku w środku ośnieżonego lasu: w domu wczasowym Komitetu Radia i Telewizji. W porownaniu z celami więziennymi pokoje były komfortowe. Te dobre warunki miały, rzecz jasna, cel propagandowy: do Gołdapi przywożono regularnie zagranicznych dziennikarzy i delegacje Czerwonego Krzyża, by pokazać im, jak żyją internowani. My podlegałyśmy jednak nadal regulaminowi więziennemu, byłyśmy nękane rewizjami i przesłuchaniami. Ale dla mnie osobiście najbardziej dołujące przeżycie z tego okresu miało miejsce poza ośrodkiem: gdy strażniczka zawiozła mnie do lekarza do Gołdapi. Było styczniowe popołudnie, robiło się ciemno, paliło się niewiele latarń – takim bardzo słabym, oszczędnościowym światłem. W tym półmroku widać było szare, ponure miasto, błoto na ulicach, upiornie puste sklepy, a w tym wszystkim przemykających jakby ukradkiem nielicznych ludzi. Widok ten był wyjątkowo przygnębiający, zwłaszcza gdy miało się jeszcze przed oczami ożywione ulice Warszawy podczas karnawału “Solidarności”.

W ogóle internowanie i stan wojenny wspominam jako wydarzenie z jednej strony dramatyczne, z drugiej zaś niebywale groteskowe. W pamięci mam iście surrealistyczne epizody: strażniczka w Olszynce Grochowskiej czytająca nam więzienny regulamin i z trudem zachowująca powagę; uwięzienie w domu wczasowym, znanym niektórym internowanym z wcześniejszych pobytów urlopowych; pilnujący nas uzbrojeni żołnierze, którym w mroźne noce spuszczałyśmy przez okna na sznurku słoiki z gorącą kawą. Było w tym coś nierealnego, poczucie, że żyjemy w jakiejś pomyłce, w fałszywej rzeczywistości, która lada chwila pęknie niczym bańka mydlana. I myślę, że to przeświadczenie pozwoliło mi przetrwać siedem miesięcy internowania w jako tako dobrym stanie.

Potem wielu z nas komunistyczne władze skutecznie przeszkadzały w powrocie do normalnego życia. Niektórym uniemożliwiono ukończenie studiów czy pracę zawodową. Trudno także pogodzić się z tym, że w czasach wywalczonej przez siebie wolności sporo tych zaangażowanych kobiet znalazło się poza głównym nurtem polityki. Ale były sprawy bardziej bolesne. W rozmaitych oficjalnych laudacjach dla kobiet zaangażowanych w opozycji czy w “Solidarności” podkreśla się stale, że wykonywały te same zadania co mężczyźni i płaciły podobną cenę. To niezupełnie tak, w przypadku kobiet cena bywała wyższa: rozpad małżeństwa lub rodziny. Bo o ile było jasne, że żona aresztowanego opozycjonisty ma do spełnienia rolę towarzyszki walki i pracy, dającej wsparcie, o tyle od mężów opozycjonistek nikt poświęceń nie oczekiwał i wydawało się niejako naturalne, że po pewnym czasie tracili cierpliwość i znajdowali sobie nowe partnerki, o odmiennych zainteresowaniach i mniej zdecydowanych poglądach. Temat tego – mówiąc współczesnym językiem feministycznym – nierównego statusu nie był jednak wtedy podejmowany. Bo też “Solidarność”, walcząc z zakłamaniem na poziomie politycznym, nie tykała wielu innych społecznych tabu, nader dotkliwych dla kobiet, jak np. przemoc domowa czy problemy życia rodzinnego, kłócące się z sielankową wizją.

W Berlinie Zachodnim

Pod koniec roku 1987 wyjechałam na studia do Berlina Zachodniego. Ten chwilowy wyjazd ostatecznie zmienił się w emigrację. Z drugiej strony bronię się przed tym określeniem, gdyż niezupełnie oddaje ono sytuację. Polska była stale blisko, na wyciągnięcie ręki, a odkąd znikły ograniczenia paszportowo-wizowe, spędzam tam mniej więcej jedną czwartą roku, tak z powodów prywatnych, jak i zawodowych.

Wtedy jednak, w grudniu 1987 roku, gdy znalazłam się w Berlinie Zachodnim, największym szokiem było nie upajające powietrze wolności, nie bogato zaopatrzone sklepy, lecz rzeczy jeszcze bardziej prozaiczne: chodniki bez dziur oraz punktualna i sprawna komunikacja. W tej sytuacji w środku zimy nawet mróz był łatwiejszy do zniesienia, a śnieg wydawał się bielszy. Mur stał jeszcze w najlepsze i nic nie zapowiadało, że wkrótce go nie będzie. Po obu jego stronach były dwa kompletne, samodzielne miasta. Tylko raz przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, jakiż to moloch by powstał, gdyby obie części kiedyś się połączyły.

Z pięter domów po zachodniej stronie, które z Murem sąsiadowały, widać było nocą łunę reflektorów, wieżyczki obserwacyjne, zasieki i uzbrojone patrole. Mur rozbijał naturalną rzeczywistość, fizyczna bliskość Berlina Wschodniego kontrastowała z jego politycznym oddaleniem. Zatelefonowanie do znajomej za Murem było przedsięwzięciem znacznie trudniejszym niż rozmowa z Ameryką. Jadąc metrem mijało się nieczynne stacje po stronie wschodniej: na peronach leżały porzucone bilety i zużyte opakowania, poza tym było pusto, zupełnie jak gdyby obecnych tam ludzi jakiś nagły kataklizm zaskoczył, wymiótł niczym bomba neutronowa. Na tych stacjach pociągi zawsze zwalniały – jak mówiono, by w razie czego mogły się zatrzymać, gdyby komuś udało się tam dostać. Pomnik w pobliżu lotniska Tempelhof dokumentował niezwykły i jedyny w swoim rodzaju akt solidarności Zachodu: most powietrzny, dzięki któremu podczas blokady miasta w roku 1961 skutecznie obroniono ten wyjątek w świecie radzieckiej dominacji. A przejście graniczne Checkpoint Charlie, gdzie w tym samym czasie stanęły naprzeciw siebie, lufa w lufę, czołgi niegdysiejszych aliantów, uświadamiało, jak cienka była w Berlinie granica między wojną zimną a gorącą. Nota bene właśnie na Checkpoint Charlie, na ścianie jednej z kamienic, doskonale widocznej po drugiej stronie Muru, przez całe lata drażnił wschodnioniemieckich strażników wielki napis „Solidarność’”.

W latach 60 Witold Gombrowicz pisał: “Berlin Zachodni to błyskotka o amerykańskim profilu z pulsującymi, mrugającymi i oślepiającymi neonami. Na wschód od Muru panują ciemności aż po Władywostok”. Nic dodać, nic ująć, miasto było witryną zachodniej prosperity najbliżej granicy z siermiężną Rosją. Było także – mimo swej wielkości – przejrzyste i na swój sposób przytulne. Bo też Mur nie tylko otaczał więzienie, jakim stało się NRD, lecz także, paradoksalnie, zdawał się chronić wyspę wolności przed tamtą rzeczywistością. Gdyby go porównać z innymi murami znanymi z historii, był tyleż Ścianą Płaczu co Murem Chińskim, broniącym cywilizacji przed zalewem barbarzyństwa. A gdy w końcu padł, to jak mur Jerycha – w ciągu jednego dnia.

W Berlinie Zachodnim żyło się nieźle dzięki hojnym subwencjom z Bonn. Mieszkańcy uchodzili za tolerancyjnych, przypisywano im otwartość na świat i przychylność dla indywidualizmu oraz bardziej wyostrzoną świadomość: że postrzegali więcej niż ich rodacy na Zachodzie. Toteż nie przypadkiem właśnie to miasto stało się najpierw centrum rewolty roku 1968, a potem alternatywnego stylu życia. W Berlinie Zachodnim noce zaczynały się szybko i kończyły późno, był europejskim Big Apple, które nigdy nie śpi. Był także potęgą kulturalną, zarówno w odniesieniu do sztuki klasycznej, jak i przede wszystkim awangardy. Ekscentryczne formacje artystyczne bowiem potrafiły wyjątkowo trafnie oddać atmosferę tej zamkniętej metropolii: miasta na wariackich papierach, odczuwającego stale niepokój o własne przetrwanie.

W czerwcu roku 1989 Polacy dali znać reszcie demoludów, że komunizm można obalić za pomocą kartki do głosowania. Ale w samym Berlinie forpoczta polskich przemian pojawiła się wcześniej, bo już w roku 1988: pod postacią ulicznych handlarzy. Po zniesieniu obowiązku wiz masowo handlowali oni na położonym nieopodal Filharmonii tzw. Polenmarkt, budując mozolnie podstawy nowej, kapitalistycznej już egzystencji. Ci handlarze byli często krytykowani, także przez ludzi opozycji. A przecież ich działalność to również był protest, wyraz niezgody na biedę i brak perspektyw. Tę atmosferę wokół Polenmarkt doskonale oddawała popularna wtedy piosenka zespołu Big Cyc:

Jakaś karafka, stary zegarek
Trzeba zarobić te parę marek
Renta, stypendium, wyżyć się nie da
Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie cię bieda.

Berlin Zachodni, Berlin Zachodni
Tu Polak stoi co drugi chodnik
Za każdym rogiem czai się Turek
Sprzedasz mu wszystko, tylko nie skórę.
Nasza bieda nas rozgrzesza
Polski handel, Trzecia Rzesza /…/

Pilsnera wypić trzema łykami
Opylić fajki, kupić salami
Gdy Polizei, to dawać chodu
Wrócisz do kraju, będziesz do przodu
Bo tu w dzień jeden zarobisz tyle
Co górnik w miesiąc w trudzie i pyle.

*

Pamiętnego 9 listopada obchodziliśmy urodziny koleżanki z akademika. Siedząc wieczorem w zacisznej włoskiej restauracji w dzielnicy Wannsee, nie mieliśmy pojęcia, co się stało. Po powrocie do akademika późną nocą wszyscy niezwłocznie udaliśmy się na spoczynek, ignorując sensacyjne opowieści sąsiadki z piętra. Dopiero rankiem okazało się, co przespaliśmy: oto berlińczycy zmienili świat nie ruszając się z miasta, a tylko robiąc dziurę w Murze. Tę dziurę zresztą wkrótce własnoręcznie powiększyłam, gdy udałam się pod Mur z młotkiem i odłupałam kawałek pomalowany na zielono. Tak więc również z moim skromnym udziałem rozpoczął się – najpierw amatorski, potem fachowy – demontaż Muru i zamknęła się lista jego ofiar. A co by było, gdyby wtedy Muru nie obalono, gdyby podczas owej konferencji prasowej włoski dziennikarz nie zadał słynnego pytania, a Günter Schabowski był bardziej powściągliwy w mowie? W ciągu Jesieni Ludów upadały po kolei, jeden po drugim, reżimy komunistyczne, ale jest możliwe, że NRD długo jeszcze opierałaby się przemianom, że przez lata byłaby politycznym skansenem – na podobieństwo Białorusi, ale nieporównanie bardziej groźnym.

Tak czy owak po tym 9 listopada i w ogóle po roku 1989 znaleźliśmy się w diametralnie odmiennej rzeczywistości, bardzo często niezgodnej z oczekiwaniami. Po 20 latach można już wyciągnąć wnioski i aż się prosi, by porównać lekcję polską i niemiecką.

Szczury i anioły

Wpis naszej autorki Łucji Fice, “Na saksach”, został przez społeczność blogowo-facebookową bardzo dobrze przyjęty.
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/23/na-saksach/
Dziś następna jej publikacja.

Łucja Fice, Emerytura

Wystarcza tylko na zaspokojenie głodu
Z każdym oddechem mam zwiększony na życie apetyt
Jakbym była w ciąży
Pragnę od życia nieco więcej

Po kilku miesiącach wegetacji zamieniam się szczura
Kilkanaście  tysięcy  tych szczurów przemierza
Codziennie niemieckie autostrady
Kanały wchłaniają wędrujące  gryzonie
Już czuję się jak szczurzyca
Daleko od swojego samca
Dostanę swój kąt
Gdzie będą mnie karmić trzy razy dziennie
Znowu będę stała na tylnych łapkach. Zadzierała nosa
Podświadomie uważała na rozsypane trutki i inne pułapki
Tym razem Stuttgart. Bogaty dom
Wszystko na tip top Ordnung
Ta cała przystosowalność
Zapominam kim jestem

No tak, ale nie wykluczone, że jest Aniołem.

Łucja Fice, Mary i Gabi

Koniec toalety. Marek zostawił Gabrysię przy łóżku chorej. Miała wpisany do grafiku jednogodzinny dyżur. We dnie, kiedy nie odwiedzał jej mąż, chora zostawała w pokoju pod  opieką.

Przez chwilę Gabrysia słyszała głosy na korytarzu. Wszystkie radośnie świergotały, śmiały się, gruchały jak gołąbki, które po chwili odfrunęły do swoich obowiązków. Wydawało się jej, że w tym Domu Opieki pracowały panie obojętne na ból. Tylko miały ciepłe dłonie i głosy…  Usiadła wygodnie przy łóżku Mary.

Nagle głowa chorej drgnęła, odskoczyła na bok, jakby nie należała do reszty ciała. I jeszcze jeden spazm szarpnął głową. Wiedziała, że nie ma dla niej żadnej nadziei. Nogi w pozycji płodu, głowa i ręce nienaturalnie skręcone, a twarz wykrzywiona wiecznym spazmem. Gabi, tak ją tu nazywają, Gabi. Gabi wiedziała, że chora widzi, słyszy, czuje. Ale te uczucia to miazga. Chora wydawała tylko dźwięki, wzdychała, jęczała lub wyła jak zranione zwierzę. Mogła przełykać, żuć. To wszystko.

To nie życie. To chaos, który jest jej ciałem. To chaos jest jej istotą człowieczeństwa. Ma wolę, rozum, serce, które wciąż bije i płuca, które oddychają, i ludzki mózg. Ale to wszystko za mało, tkwi więc w sieci pajęczej, którą rozpiął jej Bóg. Jest jak owad. Ta kobieta w wieku Gabrysi  nie ma jedwabnej skóry i jędrnego ciała. Twarz zmęczona, rozrosłe brwi, worki pod oczyma.

Opiekunka nachyliła się. Sweterek spod jej kitla pachniał ezoterycznie. Zaczęła przesuwać dłonią po kocu. Próbowała pogłaskać ją po głowie, ale wtedy podnosiła się ręka i odganiała dłoń  jak natrętną muchę. Zrozumiała – kobieta nie chce litości. Tylko chwilami pozwalała sobie na dotyk. Musiała wyczuć tę chwilę. Wówczas brała jej głowę w ramiona i przytulała. Rozumiały się bez słów. Tylko oczy były nicią porozumienia.

Gabrysia patrzyła na  skórę jak przeźroczysta tkanina, która miała się zaraz rozpuścić, rozpłynąć i zniknąć do formy cząstek. Zastanawiała się nad formą ciała która składa się z cząstek, atomów, fal. Nie rozumiała praw natury, które pozwalają żyć tej biednej istocie. Miała wrażenie, że cała jej materia składa się z próżni, a odległości pomiędzy atomami, kwarkami, superstrunami są tak olbrzymie jak między gwiazdami i planetami. Kiedyś, zafascynowana Hellerem, wczytywała się w prawa rządzące światem. A przecież świat to również my. Co dwie godziny zmiana pozycji. Mimo to Mary ma wieczne odleżyny. Gabrysia patrzy na ścianę, gdzie wisi dyplom doktorski Uniwersytetu Cardiff.

Śmierć pachnie tak samo dla wszystkich. Dla tych co niewykształceni i dla tych co mają dyplomy doktorskie. Śmierć ma nieprzyjemny oddech, Gabrysia czuła ten kwaśny zapach, który wydobywał się z czeluści otwartych ust i rozkładał się na obrzękłych policzkach.
Dla zachowania pozorów poprawiła przykrycie, dotknęła suchych dłoni i kościstych palców.
Czuła jak bije jej serce i jak walczy z tym co nieuniknione. Po policzkach zaczęły spływać łzy.
Umieranie. Czym jest umieranie, zastanawiała się. Gdyby mogła coś zrobić, dołożyłaby starań, żeby Mary nie cierpiała. Widok chorej odbierał jej własny blask i chęć radości. Mogła tylko współczuć. Sama czuła się w tej chwili jak drzewo, które gubi liście podczas wichury – samotne drzewo. Gabrysia trzęsie tym drzewem, liście opadają. Powoli traci czucie w nogach. Umiera. Za oknem jesień. Na nowy spazm chorej ocknęła się i otrząsnęła z zadumy.
– Widzisz te Anioły?-  zagadnęła. To Anioły od Boga.
Mary lekko uniosła głowę, wytrzeszczyła oczy.
– Spójrz na tego Anioła – wskazała dłonią. Prawda, że ładny? On kiedyś zaprowadzi cię do Boga, do prawdziwego domu. Na tym świecie nic nie jest prawdziwe.
Przerwała, brakowało jej słów w obcym języku Nie otwierając ust ciągnęła jednak ten monolog w myślach, jakby czuła, że Mary odbierze go telepatycznie. Postrzegamy ten świat  zmysłami, ale one nas tylko zwodzą. Atomy twojego ciała są w ciągłym ruchu, drgają w świetle neonówek, pośród odrobinek kurzu w pokoju. Atomy są wieczne. Powstają i nie giną, nie podlegają zmianom. Zmienna jest tylko rzeczywistość.
Gabi patrzyła prosto w załzawione oczy chorej.
Z tego wniosek, że nie umrzesz tak naprawdę,  tylko skurczysz się do atomów, superstrun, kwarków, które są odwieczne. Te atomy stworzą kiedyś nowe życie. Te najmniejsze cząstki są najdoskonalsze i z nich właśnie składają się nasze dusze. Osiągniesz  stan wewnętrznej harmonii. Nie bój się, to tylko twoje ciało umiera, ale nie ty. Twoja myśl jest energią i falą, a one są wieczne. W tym momencie Mary uśmiechnęła się jakby naprawdę wszystko rozumiała. Gabi otarła jej chusteczką łzy i pocałowała w policzek. Mary nie cofnęła twarzy. Gabrysia czuła gdzieś w środku serca to emocjonalne zbliżenie, naprawdę poczuła się jak anioł, który niesie ulgę.
– Połóż swą dłoń na mojej, jeśli tylko chcesz – Gabrysia odezwała się nieśmiało. I wtedy ta kobieta z zaburzeniem mowy zaczęła swój własny monolog.
– Dżo, dża, je, je, dżi – na jej twarzy nie było  już bólu. Uśmiechała się.
– Boże!- czyżbyś  mnie rozumiała?
Mary kiwnęła głową.

Na saksach

Mieszka na stałe w Gorzowie Wielkopolskim, ale wciąż jest gdzie indziej i o tym pisze. Wydała dotychczas kilka tomików wierszy i dwie powieści, obie o pracy na Zachodzie. “Na saksach” to trzecia jej powieść, o pracy opiekunki starej kobiety w Berlinie. Książka nie została jeszcze  opublikowana, ale jest już przetłumaczona na niemiecki przez Emilię Skowrońską z Łodzi i przygotowana do publikacji w wydawnictwie Knaur w Monachium.  Wiersz “Demencja II” jest poetycką refleksją na temat tej samej pracy.

Łucja Fice

Demencja II

Zmieniam kierunki obyczaje, kraje – nie wiem gdzie rosnę
W tej chwili w Berlinie nad rzeką Havelą
Obok mnie babcia stara jak sosna
Spoglądamy na turystyczne statki łodzie jachty
Nabieram wody która przelatuje przez korzenie palców
Oddaj mi moja rzekę – mówi babcia i pokazuje słoje na korze rąk
Aleją przejeżdżają młodzi, śmiejąc się głośno
– oddam im moje piersi – rosną w ogrodzie za moimi plecami
leżą pod ażurowymi liśćmi
– moje nogi połknęła sarna – o! biega po drugiej stronie
– oddaj mi moją rzekę – powtarza
Nabrałam więc w garści wody i przelałam
Do babcinych słoi
– zobacz! – powiedziała zdziwiona
została mi kropla

File:Havel-Deetz-26-IV-2007-349.jpg
Havel by Botaurus / Wikipedia

Z powieści “Na saksach”

Die Vorstellungskraft der Großmutter und die Wahrheit über den Krieg

– Die Russen sind schon in der Nähe von Berlin, es ist gefährlich – ich verstand sie sehr gut.
– Mein Mann ist hier in Berlin – erklärte sie ungefragt.
– Und was macht er? – fragte ich gespannt.
– Wieso denn: was macht er? Er kämpft.
– Erzähle mir, wie dein Mann aussieht – fragte ich weiter.
– Er kommt hier im Augenblick, er muss den Anzug anziehen, der für ihn vorbereitet wurde.
– Wo ist der Anzug? – fragte ich.
– Komm, ich zeige ihn dir – Elisabeth stand ungeschickt auf und führte mich zu ihrem Schlafzimmer.

Über die ganze Wandlänge stand ein Schrank. Die Alte öffnete majestätisch alle Türen nacheinander.

– Nein, nicht hier. Ach, schau mal! Mit einem dünnen Finger zeigte sie auf einen grauen Sack mit einem Gehalt an.
– Nimm ihn heraus und lege den Sack ab – bat sie mich. Sie war sehr ernst. Ich hatte keine blasse Ahnung davon, was sich darin befindet, weil ich Omas Geschichten für Spinnereien hielt.

Langsam legte ich den Sack ab.
Meinen Augen bot sich eine grafitgraue und wohlbehaltene Uniform eines SS-Offiziers. Mir fielen sofort der Totenkopf auf der Schirmmütze und das Hakenkreuz auf der Binde auf. Ich erstarrte. Ich bin ein Zeuge der Geschichte und ich halte in meiner Hand etwas, was ich sogar nicht anfassen soll.

– Siehst du? Siehst du? – Er kommt gleich, weil er sich umkleiden muss. Ich log nicht. Elisabeth stemmte die Arme in ihre Hüften und stand stolz und aufrecht. – Leg sie auf dem Bett, er kommt im Augenblick – dies war beinahe ein Befehl.
– Und wie alt ist dein Mann? – fragte ich, indem ich die Uniform auf das Bett legte.

Sie legte ihren langen Finger auf ihrem Kinn, rieb es und bewegte sich nicht. Die dachte.

– Ich glaube, er ist dreißig, so wie ich – ihre volle Antwort machte mich die Schrecklichkeit der Demenz klar, die mit atemberaubender Geschwindigkeit fortschreiten wird, und ich werde zum Zeugen des Todes vom Omas Geist.
Ich schaute auf diese deutsche Uniform und berührte mit meinen Fingern den ledernen Gürtel und die runde Metallschnalle – ich berührte die Geschichte. Ich dachte an die fernen Kriegszeiten, die ich nur aus den Erzählungen meiner Mutter kannte.

An einer Mauer sah ich eine Gruppe von Männern und unter ihnen befand sich eine Frau mit zwei Kindern. Es war Herbst und die leichtgekleideten Leute warteten auf Erschießung im Regen und Kot. Ein Exekutionskommando wartete auf einen Befehl einige Meter von ihnen. Es war in Bereitschaft. Die Frau zitterte wie Espenlaub. Plötzlich nähert sich ihr und den Kindern ein deutscher Offizier und stößt sie aus der Reihe heraus. Er brüllt:

Raus, raus, zurück nach Hause.

Ich habe dieselbe Angst und leide dieselbe Qual wie die Frau damals. Sie war meine Mutter. Die Erinnerung, die – wie ich dachte – in Vergessenheit geriet und nicht imstande war, diese Ereignisse mit der Gegenwart zu verbinden, wurde wieder lebendig. Sie wurde von geheimnisvoller Bedeutung, so, als ich selbst mich in dieser geschlossenen – wie ich dachte – Welt befunden hätte, in der Welt, die wir nie mehr sehen. Und hier erweist es sich, dass sich in den Erinnerungen die geschlossene Zeit und Welt dicht vor mir befindet. Ein deutscher Offizier nähert sich mir und brüllt:

Raus, raus, nach Hause.

Dieser Offizier rettete mir das Leben. Ich erinnere mich daran, wie ich ganz nass nach Hause zurückkam.
Ich dachte, ich werde hier wie Gott in Frankreich leben, es erweist sich aber, dass die Worte meiner Mutter ersticken und wie trockenes Brot stopfen. Diese Erinnerung vom riesigen Trauma erwachte in mir gemischte Gefühle – das Rachegelüst und Haß gegenüber den Deutschen, die den Krieg verloren haben, und trotzdem geht es ihnen besser als uns! Diese negativen Gefühle beherrschten meinen ganzen Verstand und ich war gegen die schönen orangen Sonnenstreifen am Boden gleichgültig. Ich machte diese Bemerkungen mit derselben Gleichgültigkeit, als würde ich auf gläserne Blätter schauen. Ich war nicht imstande, einen Spaß zu haben, wenn ich auf diese tanzenden, miteinander verbundenen Punkte schaute.  Das Kältegefühl, das ich in diesem Augenblick hatte, überzeugte mich von der Erlebniskraft.

Übersetzt von Emilia Skowrońska

http://www.tvgorzow.pl/bohater/2012/113001bohater.html
http://www.echogorzowa.pl/blog/1/miasto/2012-10-04/z-anglii-i-z-niemiec–do-gorzowskiej-literatury-152
html http://www.lucyfice.republika.pl

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/143124/przeznaczenie

 

For Love is Immortality

Ewa Maria Slaska
Dziś Środa Popielcowa, jutro świętego Walentego. Dlatego na dziś cmentarze, ale na jutro już dziś – miłość.

emilydickinson2Unable are the Loved to die
For Love is Immortality,
Nay, it is Deity—

Unable they that love—to die
For Love reforms Vitality
Into Divinity.

Emily Dickinson

Chyba nic lepszego niż wiersz Emily Dickinson nie mogło się “trafić” na dzień świętego Walentego. Piszę “trafić”, bo naprawdę się trafiło, gdy kilka dni temu szukałyśmy z Anią K. polskich grobów na jednym z berlińskich cmentarzy.  O tym, czy ktoś, czyj grób oglądamy, jest Polakiem czy nie, trudno jest w Berlinie zadecydować. Setki tysięcy ludzi nosi i nosiło polskie nazwiska i choć ich rodziny z całą pewnością kiedyś przybyły tu z Polski czy też może, po zaborach, z należących do Prus ziem polskich, wiele rodzin już dawno nie pamięta o swych polskich przodkach.

niedzwiedzinski

Niekiedy jednak na grobach znajdą się polskie litery, teksty i napisy. Gdy ktoś został na nagrobku zapisany jako “Janek Niedźwiedziński” (ale nie współczesny, kontrowersyjny Burmistrz Miasta i Gminy Ślesin, tylko pisany zdrobniale pan Janek, który umarł w roku 1925 i to dokładnie 14 lutego) to był na pewno Polakiem i to świadomym swej polskości, jeśli na użytek życia i śmierci w Berlinie nie uprościł nazwiska lub mu go nie uproszczono posthum. Ba nawet jego żona, rodowita Niemka, która potem po raz drugi wyszła za mąż za Niemca, pojawi się na wspólnej płycie nagrobnej jako “verwitw. Niedźwiedzińska” – wdowa po Niedźwiedzińskim.

Moim ulubionym przykładem polskiego tekstu jest grób na cmentarzu parafialnym katedry świętej Jadwigi.

julia

Tu spoczywa
Julia z Zapletiałów de Bereźnicka
zmarła w wieku życia lat 24
w dniu 30. Maja 1856
Żona czuła, dobra matka
przyjaciółka szczera
Pamiątka iey zostanie każdemu
że ią znał droga y miła

Cmentarze to w ogóle miejsce, gdzie dużo jest mowy o miłości. Niedźwiedzińskiemu też ktoś napisał, że “So lange wir atmen wirst Du in uns leben und unvergesslich sein” – “jak długo oddychamy, będziesz w nas żył i nie zapomnimy o tobie”.
Ale z okazji świętego Walentego trzeba jednak pokazać też całkiem nowy grób (to ten na początku wpisu), z roku 2005, Ewy S. (to nie ja! a nazwiska nie podaję i zasłaniam je na zdjęciu, bo jeszcze nie zdążyłam dotrzeć do rodziny, żeby zapytać o pozwolenie). Na grobie jest mały kamień w kształcie serca i po polsku cytat z wiersza Emily Dickinson, amerykańskiej poetki, tajemniczej samotniczki, ubierającej się na biało, która umarła przeżywszy zaledwie 30 lat. Nic o niej nie wiemy, nie wiemy, czy kochała kobiety, czy żonatego mężczyznę czy może kogoś z rodziny. Ale wiemy, że kochała. Napisała 600 wierszy, w większości tak krótkich, że japońscy twórcy haiku uznają ją za pokrewną duszę.  Za jej życia opublikowano ich zaledwie sześć, resztę wydała drukiem już po jej śmierci, siostra poetki Lavinia. Ale, powórzmy, mimo iż nic o niej nie wiemy, wiemy że kochała. Bo inaczej nie potrafiłaby napisać takiego wersu, jak ten z nagrobka Ewy S.: “Ci których kochamy nie umierają nigdy, bo miłość jest nieśmiertelna”.