Małą Mi z powrotem (1)

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Dzień pierwszy powrotu.

Działalność gospodarczą podejmujemy, licząc na zyski, ale związane są z nią  koszty. Nie podejmujemy działalności gospodarczej, jeśli koszty przekraczają zyski, chyba że uda się przynajmniej część kosztów zepchnąć na innych. I tu potrzebne jest państwo ograniczające wolność gospodarczą. Wolność do.  Świetnie prosperujący ośrodek narciarski Czarna Góra nie ponosi wszystkich kosztów swojej działalności, a do nich należą katastrofalne powodzie w Kotlinie Kłodzkiej. Z pewnością duży udział w tych powodziach mają ośrodki narciarski i żadnego udziału w kosztach. I tu potrzebne jest państwo. Państwo, które obroni ośrodki narciarskie przed agresją wszystkich tych, których  powódź pozbawiła dobytku. Państwo, które zatrudni ekspertów, którzy wykażą, że powodzie nie mają nic wspólnego z wycinką lasów pod trasy narciarskie, ekspertów, którzy wskażą domy do wysiedlenia, by na ich miejsce pobudować zbiorniki retencyjne. Państwo, które znajdzie winnych, gdy któryś z tych zbiorników zawiedzie, pociągnie za sobą inne i będziemy mieli kolejną powódź tysiąclecia. Ale nie o tym chciałem mówić.

Continue reading “Małą Mi z powrotem (1)”

Joanna, trzeci piątek miesiąca i my trzy

Joanna Pfaff

Universitäten des Lebens: Wissen, Ohn-macht, Zugehörigkeit

Dr. Joanna Pfaff-Czarnecka ist Sozialanthropologin, mit dem regionalen Schwerpunkt in Südasien (Nepal und Indien). Sie arbeitet als Senior-Professorin an der Universität Bielefeld. Ihre Forschungsgebiete sind Universitäten und die Prozesse des Studierens, sowie die Kreation von Wissen mit dem Fokus auf Ohn/Macht und Ungleichheit. Theoretisch erkundet sie Konstellationen von Zugehörigkeit; methodologisch beschäftigt sie sich mit qualitativer Erforschung asiatischer Gesellschaften und Kulturen über Verflechtungen und Vergleiche.

Über Ihr Vortrag schreibt sie: Die Welt des Wissens ist stark hierarchisch organisiert und sie zeichnet sich durch zahlreiche
Exklusionen aus. Wie benachteiligend und ausschließend die Welt des Wissens – das heißt Orte, wo Wissen kreiert und weitergegeben wird – sein kann, haben beispielsweise die südasiatischen Dalits, vormals: in Indien und Nepal als ‚unberührbar‘ bekannt, einschneidend erlebt und erfahren. Mein Vortrag schildert den Kampf der Dalits um Anerkennung und um den Zugang zu Orten des etablierten Wissens, etwa zu Universitäten. Dabei zeige ich auch, wie mir diese Thematik zu Einsichten über die Bedeutung des nicht-akademischen Wissens verholfen hat, und welche Möglichkeiten des Engagements ich heute wahrnehme.

Im Rahmen des Projekts „Wir Drei” werden
Ewa Maria Slaska, Elżbieta Kargol und Krystyna Koziewicz
am Freitag, den 17. October 2025
Joanna Pfaff
zu Gast haben.

Od Adminki:

My trzy, Ela Kargol, Krysia Koziewicz i Ewa Maria Slaska zapraszamy do SprachCafé Polonisch na spotkanie z niezwykłą podróżniczką po światach, kulturach i językach, naukowczynią z kategorii tych, których niemal się nie spotyka, a jacy powinni być zawsze i wszędzie, żebyśmy mogli poczuć na twarzy prawdziwy jesienny powiew nauki (nauka się zaczyna jesienią,przychodzi razem z grzybami i kolorowymi liśćmi, wszyscy to wiemy), która jest czymś znacznie więcej, niż zbieraniem punktów za publikacje.

My trzy
Ewa Maria Slaska, Elżbieta Kargol, Krystyna Koziewicz
zapraszamy na spotkanie w Polskiej Kafejce Językowej

w piątek 17 października o godzinie 19

Schulzestr. 1
13187 Berlin – Pankow
Stacja kolejki Wollankstrasse (tylne wyjście!!!!)

Małą Mi do Berlina i z powrotem (7). Berlin

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Pauza

Rozważałem dwa sposoby powrotu do Wrocławia. Albo wrócę tak jak tu dotarłem, czyli  płynąc lub idąc, albo spróbuję wrócić pociągiem, rozcinając MAŁĄ MI na cztery części. Miałem pewne wątpliwości co do jednego jak i drugiego sposobu. W końcu rozciąłem MAŁĄ MI na dwie części i schowałem do piwnicy Ewy Marii. Do Wrocławia wróciłem  Flixbusem. Okazało się to bardzo słusznym posunięciem. Gdybym płynął MAŁĄ MI z powrotem,  to  nie kupiłbym książki Życie seksualne kajakarzy. A jak bym pojechał pociągiem, nie dostałbym od Ewy Marii książki Amerykański sen.


Teraz te książki stoją u mnie na półce i prowokują prawie identyczni kolorami obwoluty, bym spróbował powiązać w jedną całość ich lajtmotiwy. A nie jest to proste, bo jedna mówi o seksie, czyli zjawisku biologicznym, a druga o wolności obywatelskiej, czyli zjawisku należącym do sfery polityki. Na razie,  kilka dni po przyjeździe do Wrocławia, zadzwonił do mnie kolega i poprosił o pomoc  w szkoleniu żeglarskim. I tak znalazłem się w Tychach, na jeziorze Paprocany z czterema szelmami na pokładzie. Doszukiwałem się w tym magii, ale się nie doszukałem. Za to miałem okazję skonfrontować moje poglądy z pokoleniem Z. Okazały się zadziwiająco zbieżne, nawet wtedy, gdy stwierdziłem, że młodzi ludzie są największą zarazą zagrażającą ziemi, bo chcą się uczyć, zdobywać dobry zawód i móc się dorabiać nowych samochodów,  mieszkań, mebli do tych mieszkań i wielu innych dóbr, a to przecież zagraża światu. Zetki przyznały  mi rację, ale nic z tego nie wynikło.  Kurs zakończyliśmy na DeZecie, łodzi dziesięciowiosłowej z dwoma masztami o tradycyjnym ożaglowaniu gaflowym.


Za honorarium za szkolenie kupiłem Życie seksualne kajakarzy Wojciecha  Koronkiewicza. Inaczej nie kupiłbym  tej książki, a szkoda, bo jako organizator i komandor wielu spływów kajakowych, zarówno harcerskich jak studenckich, mam swoje obserwacje w tej materii i szkoda by mi było pieniędzy. Tym bardziej, że jak się spodziewałem, o życiu seksualnym  kajakarzy było w niej bardzo mało, zaledwie pół zdania, za to zgodne z moimi obserwacjami. Ci kajakarze to przez cały dzień wiosłują, a wieczorem rozbijają namioty, lecz zamiast zająć się życiem seksualnym, rozpalają ogniska,  siadają przy nich i do późnej nocy śpiewają. Rozumiem jeśli tak robią harcerze, ale  że również studenci, tego to nie rozumiem, to do nich niepodobne. Coś tu nie gra. To trzeba wyjaśnić. 

Po kursie żeglowania wróciłem do Wrocławia i zacząłem przygotowania do sprowadzenia MAŁEJ MI z Berlina do Wrocławia. Zadzwoniłem do Alka i upewniłem się, że jak utknę gdzieś w Polsce, to przyjedzie po mnie z przyczepką i wyciągnie mnie z opresji. Do Berlina udałem się Flixbusem i od razu zabrałem się za składanie MAŁEJ  MI. Okazało się to prostsze niż myślałem. Spieszyłem się, bo przede mną były dwa dni pomyślnych wiatrów na kanale Odra-Sprewa. Na odjezdne Ewa Maria dała mi swoją książkę Amerykański sen i świeżo upieczony placek drożdżowy.

Małą Mi do Berlina i z powrotem 6

DZIEŃ SZÓSTY

Jak zwykle ruszam w drogę bardzo wcześnie. Mam do wyboru trzy drogi z Fürstenwelde. Mogę iść ścieżką rowerową przez Erkner. Mogę płynąć Szprewä aż do samego Berlina. Mogę też skierować się do kanału i płynąć kanałem do Schmockwitz. Decyduję się na kanał, bo  prowadzi prosto do Berlina. Szprewa  wprawdzie by mnie niosła z prądem,  ale za to silnie meandruje, co czyni drogę dwa razy dłuższą,  o drodze przez Erkner nic nie wiem, może być malownicza, ale nie najkrótszą. Wychodzę z Fürstenwalde West i idę w kierunku Hartmannsdorf.  Piszę do Anity, by powiadomiła moją żonę.
– Kończy mi się prąd w telefonie. I tak jak się spodziewałem, telefon mi wysiadł, również power bank mam całkowicie rozładowany. Trudno, zatrzymuję się w cieniu drzew i zabieram się za parzenie kawy. W myśl zasady, że nieszczęścia chodzą parami, gaz się kończy, kawy nie będzie.  To akurat nie jest problem, nad kanałem zagotuję kawę na ogniu, będzie nawet lepsza.  Wchodzę do  Hartmannsdorfu,  przed jednym z domów kręcą się jacyś ludzie. Proszę o możliwość naładowania telefonu. Są pełni zrozumienia. Podłączają mi ładowanie, a ja zabieram się za porządki w wozie. Wtedy wychodzi młoda kobieta i zaprasza na kawę. Częstuje bułeczkami z dżemem. Okazuje się, że ma syna na wydziale fizyki. Wymieniamy się kontaktem na Facebooku . To było bardzo piękne spotkanie. Mam wrażenie, że bariera językowa mało, że nie była problemem, to jeszcze otworzyła nas na jakiś głębszym poziom porozumienia. Cyfryzacja popsuła bezpośredniość kontaktów, pismo zubożyło naszą pamięć, a czego pozbawiła nas mowa? Telefon naładowany, zbieram się do wyjścia, dostaję na drogę dwie bułki i słoik bardzo dobrego dżemu. Piszę do Anity:
– Doładowałem telefon żołądek i duszę.
– Przyjęłam, niezmordowany obieżyświecie.
Odnajduję drogę do kanału, woduję MAŁĄ MI  i w drogę. Na wiosłach i oczywiście pod wiatr. Takie wiosłowanie pod wiatr jest bardzo nudne, ale jest okazją do poważnych rozmyślań. Myślę o książce Ewy Marii Amerykański sen. By wejść w dyskusję o wolności trzeba ten termin zdefiniować. Na Googlach znalazłem taką definicję: “Wolność – brak przymusu, możliwość działania zgodnie z własną wolą”. To jest dobra definicja dla tych co walczą o wolność, ale nie dla tych co chcą o wolności dyskutować. Proponuję bardziej abstrakcyjną definicję wolności:
Wolnością nazwijmy parę; wachlarz możliwości plus zakaz ograniczający. Jak mamy wachlarz możliwości i nie ma żadnego zakazu, to nie ma sensu mówić o wolności. Gdy Bóg zasadził drzewo wiadomości dobrego i złego, to dopóki nie zakazał jeść z tego drzewa, nie było problemu wolności. Bóg dał ludziom wolność, przez wprowadzenie zakazu. Po wprowadzeniu zakazu z kolei, możemy mówić o zakresie wolności. Zakres wolności  Adama i Ewy obejmował wszystkie drzewa oprócz tego jednego.  Tak sobie rozmyślając dopłynąłem do śluzy Wernsdorf.
Wiatr był coraz silniejszy, kanał się kończył i zaczynały jeziora. Na jeziorach mogło być bardzo ciężko a nawet niebezpiecznie. Zdecydowałem, że dalej pójdę pieszo. Przełożyłem MAŁĄ MI  na kółka i ruszyłem w stronę Schmockwitz .  Zależało mi by dotrzeć do Ewy Marii tego samego dnia, bo na drugi dzień miało być spotkanie literackie w SprachCafé.  Robię zdjęcie na granicy Berlina i wysyłam Anicie.


Muszę przyznać, że zlekceważyłem Berlin. Myślałem, że szybko uda mi się przejść z Schmockwitz do Tempelhof. Zamiast dwóch, trzech godzin zrobiło się chyba sześć, w każdym razie na miejsce dotarłem dopiero około dwunastej w nocy.

W drodze, szczególnie w mieście zachodzą dziwne zjawiska, związane z czasem i przestrzenią, a może raczej z subiektywnym odczuciem czasu i przestrzeni. Raz się skracają, a raz wydłużają. Rozstawy słupków na chodnikach z reguły są na miarę mojego wózka, to samo odległości między stojącymi samochodami, choć z daleka wydają się za wąskie, a okazują się w sam raz z dokładnością do centymetra. U niejednego obserwatora wywoływało to dużo radości. To się jednak nie sprawdza w Berlinie. Dwa razy wpakowałem się między słupki i utknąłem, mało tego zbliżając się do centrum, wchodzę w przejście pod rusztowaniem, szerokość jest w sam raz i na samym końcu zwężenie nie do przejścia. Muszę się wycofać i iść szosą.
Na szczęście kierowcy są wyrozumiali. Po wielu tarapatach idę wzdłuż stolików rozstawionych na ulicy, przy których siedzą ludzie i ze zdziwieniem patrzą, skąd się wziąłem. W końcu trafiam do bramy lotniska Tempellhof.  I znów słupki i nie mogę się przecisnąć. Widzę pas startowy, który prowadzi wprost do celu mojej podróży i nie mogę się na niego dostać. W końcu znalazłem sposób by pokonać zaporę. Piszę do Anity:
– Powiedz Ewie że jestem na lotnisku
– Dobrze
To było bardzo radosne przejście po pasie startowym na drugą stronę lotniska. Ostatnia przeszkoda, brama wyjściowa, na szczęście szeroko otwarta. Dochodzę na miejsce i ustawiam MAŁĄ MI pod drzewem na którym wisi worek foliowy, cel mojej podróży. Piszę do Anity:
– Jestem już na miejscu u Ewy Marii.

Szczecinianin – historia pewnego pomnika(ów)

Ela Kargol

Podróże kształcą


Gdy dowiedziałam się o burzliwych losach pomnika księcia Józefa Poniatowskiego, o jego powojennej historii i o tym, że w pewien sposób pochodzi ze Szczecina, miasta szczególnie mi bliskiego, a ja musiałam pojechać aż do Kopenhagi, żeby poznać jego koleje losu, było mi z początku trudno uwierzyć w tę niezwykłą historię. A potem ogarnęła mnie radość, że
niektóre rzeczy dzieją się właśnie po to, by choć na chwilę wprawić nas w osłupienie.

Dzieje pomnika księcia Józefa Poniatowskiego są niezwykle złożone i pełne zawirowań historycznych. Pomnik długo nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. Nie od zawsze stał tam, gdzie stoi obecnie, czyli przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.
Mówią o nim wędrujący pomnik.
Krótko po śmierci księcia w bitwie pod Lipskiem w 1814 roku, naród rozpoczął zbiórkę funduszy na monument godnie go upamiętniający. Car Aleksander I wyraził zgodę na postawienie pomnika w Warszawie, a projekt powierzono
duńskiemu rzeźbiarzowi Bertelowi Thorvaldsenowi. Ceniony artysta nie spełnił oczekiwań części społeczeństwa. Krytycy twierdzili, że rzeźba nie oddaje podobieństwa księcia. Zamiast w polskim stroju narodowy, przedstawiono go w antycznych szatach. Wyglądał niczym Marek Aureliusz na konnym pomniku w Rzymie, bo ten właśnie pomnik posłużył
Thorvaldsenowi za wzór.

Pomnik księcia, a właściwie model pomnika, zamówiony już w 1818 roku, czekał na realizację i transport z Rzymu przez ponad dziesięć lat. Najpierw miał trafić drogą morską do Gdyni, a stamtąd Wisłą do Warszawy. Thorvaldsen, będący już wówczas uznanym artystą, musiał najpierw zrealizować inne zamówienia.


Prace nad odlewem pomnika w Warszawie zostały przerwane przez wybuch Powstania Listopadowego. Wkrótce potem car cofnął zgodę na ustawienie pomnika przed Pałacem Namiestnikowskim, co zapoczątkowało długą i nieprzewidywalną wędrówkę monumentu.


I tu zaczyna się moja historia związana z wyjazdem do Kopenhagi. To był rodzinny wyjazd, a czasu mieliśmy niewiele, bo ślub młodszej córki, uroczystości, zobowiązania rodzinne i weselne przyjęcie. Dzieciom pokazaliśmy syrenkę i inne baśnie Andersena, których tropem wędrowaliśmy po mieście. Prawie cały dzień spędziliśmy w Ogrodach Tivoli, w miejscu, które pamięta czasy obu artystów.


Andersen, młodszy od Thorwaldsena o ponad 30 lat, podziwiał mistrza z Kopenhagi. Jeśli nie spotykali się w samych Ogrodach Tivoli, co jest mało prawdopodobne, to z pewnością w innych miejscach. Dla Kopenhagi obaj mają ogromne znaczenie: Andersen – powszechnie znany mistrz baśni i Thorvaldsen, ceniony artysta, choć mniej obecny w zbiorowej pamięci.


Miejscem, które ja chciałam koniecznie odwiedzić, była Katedra Marii Panny w Kopenhadze z najważniejszą rzeźbą Thorwaldsena – Błogosławiącym Chrystusem.
O rzeźbie tej mówi się, że jest najdoskonalniejszą rzeźbą Chrystusa na świecie Posąg, wyrzeźbiony z marmuru pochodzącego z włoskiej Carrary, mierzy trzy i pół metra wysokości. Znajduje się w głównym ołtarzu Katedry Marii Panny w Kopenhadze (Frue Kirke). Przedstawia błogosławiącego Chrystusa, pod nim widnieje napis po duńsku: „Kommer til mig”, czyli „Chodź do mnie” lub „Przyjdźcie do mnie!“


Rzeźba stała się w XIX wieku popularna w całej Europie i była wielokrotnie kopiowana, w kościołach, kaplicach, na cmentarzach. W każdym z tych miejsc natknąć się można na kopie, od kunsztownie wykonanych po te dalekie od oryginału.


Po kilku miesiącach od pobytu w Kopenhadze odwiedziłam Kraków i katedrę na Wawelu. Wiedziałam już, że w krypcie św. Leonarda spoczywa sarkofag księcia, a w Kaplicy Potockich znajdę rzeźbę Chrytstusa Thorwaldsena. Nie miałam pojęcia, że nie wolno robić zdjęć. To było miejsce kultu, przestrzeń sacrum. Upomniana kilkakrotnie, zdjęcie jednak zrobiłam. Kolejnego Chrystusa sfotografowałam już w Poczdamie pod Berlinem w atrium Kościoła Pokoju (niem. Friedenskirche).


Kopie Chrystusa Thorwaldsena spotykałam wielokrotnie na berlińskich cmentarzach. Jedną z replik odnalazłam również w Szczecinie, przy grobowcu rodziny Dewitzów. Jak się okazało, to kopia… kopii. Oryginalna replika, wierna duńskiemu pierwowzorowi, znajduje się w kruchcie modernistycznego kościoła św. Rodziny, też w Szczecinie. To właśnie tam zaprowadzili mnie Małgorzata Narożna i Michał Rembas – pasjonaci i znawcy historii miasta.


Ale wracając do Kopenhagi i katedry Marii Panny, oprócz figury Chrystusa w absydzie i rzeźby anioła chrzcielnego, wzdłuż ścian nawy głównej ustawione są posągi dwunastu apostołów, dłuta mistrza Thorwaldsena.
Jego muzeum wraz z miejscem pochówku znajdują się w pobliżu. Budynek widzialam tylko z wody, kwadryga na szczycie przypomina bardzo Bramę Brandenburską.


Zbierając informacje o artyście i przeszukując internet, natknęłam się na coś, co wprawdzie jest ogólnie dostępne, ale moim zdaniem zasługuje na przypomnienie. Nie moglam uwierzyć, że tak awanturnicze losy pomnika księcia Józefa Poniatowskiego zahaczają również o Szczecin.
Szczecinianin – tak go nazwałam. Może nie z krwi i kości, ale z metalu i zadośćuczynienia, bo przecież trafił tu w ramach reparacji wojennych. Ja sama musiałam wybrać się aż do Kopenhagi, żeby poznać historię tego pomnika.
O wędrującym pomniku Księcia można doczytać wszędzie, nie będę więc streszczać jego dziejów.
Moja dobra przyjaciółka, Dorota Pundyk – szczecinianka, badaczka historii starego Szczecina, patronka Radia Nowy Świat – akurat przebywała w stolicy. Poprosiłam ją więc o zrobienie fotografii pomnika. Miałam co prawda kilka starych fotografii, ale prezentowały się niewyraźne.


Dorota Pundyk przesłała mi na drugi dzień zdjęcia pomnika z Warszawy, sprzed Pałacu Prezydenckiego, a chwilę później, kiedy już poznała powojenne dzieje monumentu, dosłała kilka fotografii jego wcześniejszego wcielenia. Były to stare szczecińskie kartki pocztowe przedstawiające pomnik konny Wilhelma I. Pomnik Wilhelma I sfinanansowano podobnie jak Pomnik Księcia ze składek, mieszczaństwa. Postawiono go 60 lat pózniej niż pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego u zbiegu Placu Parad (Paradeplatz; obecnie Aleja Niepodległości) i Placu Królewskiego (Königsplatz; obecnie Plac Żołnierza Polskiego) w Stettinie.


Wykonany z brązu pomnik odsłonięto 1 listopada 1894 roku, a strącono z cokołu krótko po zakończeniu wojny i przesunięciu granic. 5 lipca 1945 roku Szczecin oficjalnie przekazano władzom polskim. Pięć lat później, w roku 1950 w tym samym miejscu odsłonięto pomnik Wdzięczności dla Armii Radzieckiej. W roku 2017 i ten pomnik zniknąl z mapy miasta.

Księcia Józefa Poniatowskiego Niemcy wysadzili w powietrze po Powstaniu Warszawskim, w grudniu 1944 roku. Znalezione po wojnie fragmenty pomnika eksponowane są w parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.
W latach 1948–1951, na podstawie modelu przechowywanego w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze, wykonano nowy odlew rzeźby, który Królestwo Danii przekazało Warszawie jako dar. Do jego stworzenia wykorzystano przetopione fragmenty dawnego pomnika Wilhelma I ze Szczecina. 23 lutego 1952 roku rzeźba została ustawiona przed Starą Pomarańczarnią w Łazienkach Królewskich. W 1965 roku przeniesiono ją na dziedziniec pałacu Rady Ministrów (obecnie Prezydenckiego), gdzie znajduje się do dzisiaj.

I tak władca imperium ustąpił z tronu, przyjmując jedynie tytuł książęcy.
Chrystus natomiast przetrwał dziejowe burze, nadal obecny w świadomości i przestrzeni, a przede wszystkim w sztuce.

“Małą Mi” do Berlina i z powrotem (3). Dwie wolności.

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Czwarty dzień

Jak zwykle rano wyruszyłem około piątej . Doszedłem do ścieżki rowerowej nad kanałem i tam zrobiłem sobie  śniadanie. Zadowolony z siebie ruszyłem wzdłuż kanału, a tu masz babo placek. Ścieżka  najpierw odbija od kanału,  a potem się kończy. Przechodzę pod mostem kolejowym i nie mogę znaleźć kanału. Ktoś mi doradza, bym poszedł do skrzyżowania i tam kierował się na Beeskow. Jakaś kobieta mija mnie na rowerze, po czym zawraca i pyta skąd i dokąd idę.  Włącza tłumacza Google, pyta czy mam znajomych w Berlinie. Mówię, że idę na spotkanie literackie. Pyta, czy jestem pisarzem, odpowiadam, że tak. Tak jest prościej, nie będę  jej tłumaczył, że idę zdjąć foliowy woreczek z drzewa. Mówi, że też trochę pisze. Wskazuje mi drogę do śluzy i doradza kanał jako najkrótszą  drogę do Berlina. Śluzę znajduję w miejscu,  gdzie bym się tego najmniej spodziewał. Szukam na jej terenie jakiegoś dogodnego miejsca na wodowanie MAŁEJ MI, ale nie znajduje. Wychodzi do mnie operator śluzy, jest bardzo życzliwy, pyta dokąd i pokazuje dobre miejsce po drugiej stronie kanału.

Continue reading ““Małą Mi” do Berlina i z powrotem (3). Dwie wolności.”

W Amsterdamie i w Warszawie, don Kichot je śniadanie na trawie

Arkadiusz Łuba (czyli wiadomo kto, ale dawno go nie było, więc może już nie wiadomo kto)

taaa

Ty jeden wielki znasz to, Don Kichocie,
Jednego ciebie to wspomnienie wzruszy.
Bo gawiedź śmiać się będzie wielolica,
Niewarta ostróg z la Manczy szlachcica!

Ty jeden znasz to, Don Kichocie:
reformy Molly Bloom na płocie.
Sztachetą w kroczu umazane;
ktoś inny powie, że obsrane.

Szlachcicu, głupcze też, z la Manczy!
(a Bujny Boylan już z nią tańczy.)

***

Ewa Maria Slaska

Foty z podróży do Amsterdamu (1)

Prawdziwe wiatraki (zdjęcia Anton):

Wiatraki jak malowane:

Wiatrak namalowany przez van Gogha:

Klocki lego na oknie:


Zamiast śniadania latarnia na trawie (totalnie bez związku z tematem, ale w niezwykłym kontekście; zdjęcie Anton):

Co czytałam z zapartym tchem?

Kon Tiki

Ewa Maria Slaska

Niespełna w dwa lata po zakończeniu II wojny światowej rozpoczęła się wyprawa Kon Tiki, o której w dzieciństwie przeczytałam pewnie ze sto razy.


Książka o wyprawie wydana została po polsku w 1955 roku i ja ją wtedy od razu dostałam i przeczytałam. Do dziś bez zaglądania gdziekolwiek potrafiłabym opowiedzieć o niezwykłym drzewie balsa, z którego Heyerdahl zbudował tratwę i równie niezwykłym drzewie żelaznym, z którego zrobiony został maszt. Wiele lat później tata po jakiejś swojej wyprawie żeglarskiej przywiózł mi kawałek drzewa balsa, a ja trzymałam go przy łóżku.
Ciekawe, że tak mnie ta historia zafascynowała, choć nigdy nie było we mnie materiału na podróżniczkę, pokonującą nieprzetarte szlaki. No i nie umiałam pływać, co, jak się okazuje, nie byłoby przeszkodą, bo Heyerdahl też nie umiał. Ale tego dowiedziałam się dopiero teraz, przygotowując ten wpis :-).

Continue reading “Co czytałam z zapartym tchem?”