Książki latem

Moi Drodzy, na pewno już Wam nosem wyszły moje opowieści o książkach znalezionych na ulicy, dziś więc na odmianę o książkach w ogóle. Byłam właśnie w Gdańsku, opowiem więc o kilku spotkaniach i sytuacjach jakie miały miejsce w moim rodzinnym mieście.

Ewa Maria Slaska

Szczygieł, drozd, Minotaur

Ze Szczygłem (Mariuszem) spotkałam się w Gdańsku, a ściślej rzecz biorąc księgarnia-kawiarnia Sztuka Wyboru (w starych koszarach na ulicy Słowackiego) zorganizowała spotkanie, a ja w nim wzięłam udział. Szczygieł jest świetnym facetem, inteligentnym, dowcipnym, uczciwym, skromnym, a jednocześnie znającym swoją wartość. Ponieważ jestem już starszą panią, mówię bezinteresownie i jest mi obojętne, co ktoś sobie pomyśli, to powiem, że Szczygieł jest zapewne ideałem mężczyzny, o jakim marzy każda inteligentna kobieta. A mówiąc to pozwolę sobie zacytować samego Szczygła: Nie mam przy tym poczucia obciachu.

szczygiel1

Szczygieł promował swoją najnowszą książkę Projekt: prawda. W zaproszeniu na spotkanie organizatorzy piszą, że to pozycja, jakiej na polskim rynku wydawniczym jeszcze nie było. Książka jest kolażem, na który składają się miniatury Mariusza Szczygła z własnego i cudzego życia oraz powieść z 1959 roku Portret z pamięci zapomnianego dziś pisarza, Stanisława Stanucha. 

Podczas spotkania zdążyłam zanotować przynajmniej część błyskotliwych wypowiedzi Autora.

Życie nie jest piękne, ale ja chcę je tak widzieć.
Życie niczemu nie służy, ale warto tak żyć, żeby znaleźć w sobie jego sens.

Na potwierdzenie tej prawdy Szczygieł przytacza opowieść o Laotańczykach, którzy produkują pamiątki z bomb, zrzucanych podczas wojny na Laos. To co nas zabijało, teraz nas żywi, mówią. To ich prawda. Każdy ma inną, ale każdy musi dojść w życiu do własnej prawdy.

Sukcesy odnoszą tylko ci, którzy są wolni od rutyny. Jeżeli twoją rutyną jest siedzenie na krześle – wstań.

Tak żyć, żeby dobrą drogą dojść do śmierci. Ale też: tak żyć, żeby miał nas kto trzymać za rękę, gdy będziemy umierać.

Pisanie jest jak seks, musi doprowadzić do orgazmu.
Piszę korzystając z “efektu wioski” czyli patrząc mojemu rozmówcy w twarz.
Im więcej znamy ludzi, tym większy odnosimy sukces.
Reportaż to taki wynalazek, żeby jedni ludzie zrozumieli innych ludzi.
To co mówią ludzie jest dla mnie prezentem.

Ale i prawdy proste, zgoła gramatyczne:

Każda myśl się najlepiej upowszechnia, jeśli jest sformułowana z czasownikiem.

No to ja też sformułuję prawdę z czasownikiem, a nawet dwoma: Dobrze jest spotykać tych, którzy myślą.

Następne spotkanie z człowiekiem myślącym: Piotr Bogdanowicz, przyjaciel od wielu lat. Kiedyś, wieki temu, napisał kilka książek. Mam je do dziś na półce i znajduję natychmiast – pamiętam, że są białe, stoją więc na “białej półce”.

Neues Bild

Człowiek i czas, Człowiek i sztuka, Człowiek i przestrzeń. Podręczniki dla młodzieży. Bardzo ciekawe, warte wznowienia, zapomniane. A jednak… Autora zaproszono ostatnio na konferencję o zagospodarowywaniu przestrzeni wiejskiej. Ależ dlaczego ja?, zapytał. Bo napisał Pan książkę Człowiek i przestrzeń, padła odpowiedź. Piotr pojechał więc na konferencję, gdzie okazało się, że jedna z uczestniczek miała nawet ze sobą rzeczoną pozycję literacką.

czliprzestKupiła w antykwariacie za kilka złotych. Tak to jest, ja moje książki też odkupuję w antykwariacie za grosze. Odkupuję, bo stale je ktoś pożycza, obiecuje oddać i… no zresztą… W książce była kartka z jakiegoś sprawdzianu szkolnego, “pani” kontrolowała, co uczniowie pamiętają z rozdziału o Minotaurze, jaką nić dała Ariadna Tezeuszowi i jakiego koloru miała włosy?

Gdy Piotr pisał tę książkę, dużo rozmawialiśmy o labiryntach, o Borgesie i Piranesim, czytaliśmy te same książki… Wtedy jeszcze nie byłam ani w Santiago de Compostela, ani w Jerozolimie, ani w Knossos ani nawet w Chartres, nie chodziłam po prawdziwym labiryncie ani po kościelnych posadzkach, gdzie labirynt jest namiastką pielgrzymki dla najbiedniejszych. Dlatego nad labiryntami w kościołach wieszano dwunastoramienne świeczniki zwane Jerozolimą.

Ostatniego dnia przed wyjazdem z Gdańska idę do parku Reagana na piknik KOD-u. Dwóch fajnych (myślących? myślę, że tak) chłopaków ma stragan z book crossing.

zabicdrozda

Biorę Zabić drozda, książkę o której stosunkowo niedawno TU pisałam. W środku karteczka… Znowu! Ale tym razem jednak dla mnie!

20160606_100754

Dziękuję tym, którzy myślą i tym, którzy kochają…

Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Eine kleine Seite auf der Strasse…

Ewa Maria Slaska

Auf der Strasse gefunden…

Meine Leser wissen es schon, ich finde Sachen. Ich erfinde sie auch, klar, dafür bin ich eine Schriftstellerin, aber ich bin auch eine Archäologin und dies, weil ich eben Sachen finde. Egal welche… Ganz einfach: Sachen. Diesmal war es wieder eine Buchseite. Es war schon Mal hier, im Laufe der Zeit wird es immer öfter Sachen geben, die schon Mal hier waren.  Sehr oft Bücher, ab und zu aber auch Buchseiten. Eine mit einem Bild. Einem guten Bild. Ich bin Tochter einer Graphikerin und auch wenn sie im Dreck und Schlamm liegt, bin ich imstande eine gute Graphik zu erkennen. Eine sehr gute…

kasack1

Schon vom Weitem dachte ich, es wären die 40er. Und so war es. Es ist eine Seite aus dem Buch von einem Kasack. Das weiß ich: Hermann Kasack. Ein deutscher Schriftsteller. Die Stadt… Dies weiß ich schon selber nicht, aber mein Iphon sagt es mir sofort. Die Stadt hinter dem Strom, herausgegeben beim Suhrkamp in Berlin 1947.

kasack4

Wikipedia ist sofort hilfsbereit zur Stelle, um mir weitere Informationen zu liefern:

Das existentialistische Werk gehört zu den bedeutenden Romanen der deutschen Nachkriegsliteratur. Hans Vogt komponierte nach dem Werk eine Oper in 3 Akten, welche am 3. Mai 1955 in Wiesbaden uraufgeführt wurde.

kasack2

Hauptfigur des Romans ist der Orientalist Dr. Robert Lindhoff, der durch einen unklaren Auftrag mit dem Zug in eine fremde Stadt reist. Diese stellt sich für ihn rätselhaft und undurchschaubar dar, er begegnet Menschen, die in seiner Erinnerung eigentlich bereits verstorben sind, unter anderem seinem Vater und seiner ehemaligen Geliebten Anna.

Lindhoff wird als offizieller Chronist der Stadt eingestellt, um die Gebräuche und Geschichte der Stadt festzuhalten. Diese erschließen sich ihm jedoch nicht, die Personen denen er auf seinen Streifzügen begegnet, verrichten sinnlose Tätigkeiten, ohne erkennbaren Nutzen. Schließlich erkennt der Protagonist, dass er sich in einem Reich der Toten befindet. Es ist für ihn unmöglich, seinen Auftrag, eine Chronik zu verfassen, auszuführen, doch diese schreibt sich auf übernatürliche Art selbst.

Der Roman schließt sich kreisförmig, wenn Robert Lindhoff am Ende des Romans wieder in einem Zug sitzt und, diesmal als Toter, in die Stadt hinter dem Strom reist.

Also Totenhorn. Über das polnische Buch in genau diesselber Weise konstruiert, habe ich vor kurzem auf Polnisch geschrieben. Es ergibt sich die Frage, ob der Pole Wyganowski den Kasack kannte und ob er seine Vision von dem deutschen Schriftsteller hat, oder ob beide an die Jenseitsfahrten und -visionen der griechischen Antike (wie die Geschichte von Orpheus oder Ulysses) oder an Dantes Göttliche Kommödie anspielen. Es kann aber auch Kafka sein, der den Paten für beide Autoren stand. Kasacks Figur, Dr. Robert Lindhoff, ist ein Alt-Orientalist, ein Keilschriftforscher.  Solche Reisende wiederholen sich in der Literatur. Raimund („Mundus“) Gregorius aus dem Paul Merciers Roman Nachtzug nach Lissabon, ist ein Altphilologe, genauso wie Hermann Mussert im mysteriösen Roman Cees Notebooms Die folgende Geschichte, der ebenfalls so eine Reise zwischen dem Leben und dem Tod schildert.  Sind die Altphilologen besonder anfällig?

Der Roman entstand in zwei Teilen, zunächst während des Zweiten Weltkrieges 1942-44, sowie in den Nachkriegsjahren 1946/47.

Der zeitgenössiche Kritiker schrieb im Spiegel 1948:

Zweimal hat Hermann Kasack angesetzt, um sein Buch zu schreiben. 1942 fing er in Potsdam an. Es gab in seiner Umwelt noch kein vergleichbares Abbild der Ruinenstadt, wie sie ihm visionär vor Augen stand. 1945, nach mehr als einjähriger Pause, holte er das halbfertige Manuskript wieder hervor und brachte es dann zu Ende. Da war die Vision “vorweggenommene Wirklichkeit” geworden.

1942 hatte Kasack geglaubt, mit zwei bis drei Schreibmaschinenseiten auszukommen, um die ihn bedrängenden Gesichte zu bannen. Es wurden genau 600 Druckseiten daraus.

In Wikipedia liest man weiter:

Der Roman wird als eines der wichtigsten Werke der inneren Emigration bezeichnet, da sich Kasack, anders als viele seiner Kollegen, nicht zur Emigration aus dem nationalsozialistischen Deutschland entschlossen hatte.

Nach seinem Erscheinen wurde der Roman begeistert aufgenommen und in den Folgejahren in mehrere Sprachen übersetzt. Man interpretierte die geisterhafte Stimmung der Stadt, an der Schwelle zwischen Welt und Unterwelt, als ein Gleichnis für die Stimmung in Deutschland in den letzten Kriegsjahren. Wie andere Nachkriegsschriftsteller beschäftigt sich Kasack mit der Hilflosigkeit des Individuums in Konfrontation mit Grenzsituationen. Damit verbunden wird die Frage nach dem Wesen der eigenen Existenz.

Kasack ist 1896 geboren i starb 1966. Siebzig ist er geworden (fast siebzig – ein paar Monate fehlten). Es hat natürlich keine Bedeutung, aber 2016 jährt sich sowohl sein Geburts- als auch sein Todestag.

Das Buch habe ich also sofort identifiziert, seine Bedeutung auch fast sofort erkannt. Ich weiß auch schon, dass es seit Jahren nicht mehr heraussgegeben wird. (Rechts: die Originalausgabe aus dem Jahre 1947)

Jetzt muss ich aber noch eine Information finden und zwar: Wie heisst der Autor der Grafiken in Kasackss Buch? Dies wird schwieriger, Graphiker und Übersetzer sind gern vergessen, übersehen oder weggeräumt. Und so ist es. Im Internet gibt es keinerlei Information… Eigentlich Schade, vielleicht auch Schande. So ein guter Graphiker, total ignoriert!

In allen Internetangeboten sieht man nur nichts sagendes meistens voller Flecken Leinenumschlag des Buches in seiner Ausgabe vom 1947. Ich finde es in der Universitäts Bibliothek, wo es aber in einem geschlossenem Raum liegt, man wird es mir erst nach dem Wochenend zukommen lassen. Nun nach dem Wochenend bin ich für eine Woche weg. Erst übermorgen schreibe ich Euch hier, wie der Graphiker heißt…

***
Ich habe sie gefunden. Eine Sie, eine Künstlerin, die Beate Dietrich hieß. Mit 17 Holzschnitten illustrierte sie die DDR-Reclam-Ausgabe des Buches im Jahre 1989 in Leipzig. Sie machte auch Zeichnungen zu Kiepenheuer Ausgabe von Tess d’Uberville von Thomas Hardy (1989). Ebenfalls 1989 lieferte sie ein Werk für ein Leipziger Graphic Portfolio ‘liberté – egalité – fraternité‘. Merkwürdig. Als ob sie nur in Leipzig und nur 1989 tätig wäre.

***

Am Ende zitiere ich den letzten Absatz des Buches, weil er erklärt, wie die Buchseiten aus dem Buch entfernt, irgendwohin gelangen…

kasackdiestadt-oklAls sich der Zug einer großen Flußbrücke näherte, trat er an das Fenster. Während sein Wagen langsam über den Strom fuhr, warf er einen Stoß von Blättern, die er aus einem Buch gerissen hatte, in die Tiefe, so dass er zuletzt nur noch die blaue Hülle des Einbandes in Händen hielt. Die Papiere flatterten rasch durch die Luft und trieben in dem modrigen Wasser, wo sie allmählich zerfielen.

Der Reisende war unterdessen schon an der Endstation ausgestiegen. Er ging, einer von vielen, im Zwielicht der frühen Morgendämmerung einer Stadt entgegen, die ihm sonderlich vertraut war, obwohl er sich nicht
erinnern konnte, sie schon früher
einmal betreten zu haben.

Kolejne lektury sprzed lat

Lech Milewski

Dutch doll looking face

Pod koniec 1934 roku Australia spodziewała się wizyty niebezpiecznego osobnika. To były jeszcze czasy gdy chętnie proszono o radę Wielką Brytanię. Oto rezultat – depesza otrzymana od oficera brytyjskiego wywiadu o pseudonimie Snuffbox:

October 12th. Referring to your telegram October 11th. Egon Erwin Kisch, Czechoslovak, born Prague April 29th, 1885, important member International Society Proletarian Authors. International speaker for anti-war and anti-Fascist cause. Has specialised in Far Eastern social and political conditions. His landing in the United Kingdom is prohibited. Description — about 5 feet 8 inches, sturdy, thick set build, black hair, straight, parted on the right, black eyebrows and moustache, swarthy, slightly hooked nose, slight frown between eyes, Dutch doll looking face.

Po prawej – holenderska lalka.

Poniżej – osoba specjalnej troski na pokładzie statku w Melbourne – listopad 1934.
Podobieństwa do holenderskiej lalki nie zauważyłem.

Egon Kisch urodził się w 1895 roku w Pradze, w zamożnej żydowskiej rodzinie.
Jeszcze jako uczeń pisał i publikował wiersze, pod imieniem Erwin gdyż szkoła zabraniała uczniom publikacji w prasie. I tak już zostało – Egon Erwin Kisch.

W wieku 20 lat rozpoczął pracę w niemieckojęzycznej praskiej gazecie – Bohemia. Publikował tam cotygodniowy felieton, ale jego pasją były reportaże z życia praskiego półświatka – drobnych przestępców, prostytutek.
Reportaże te wydał później w książkach: Aus Prager Gassen und Nächten (Z praskich ulic i nocy), Abenteuer in Prag (Przygody w Pradze), Der Mädchenhirt (Opiekunek dziwek).

Do jego znajomych zaliczali się Franz Kafka, Rainer Maria Rilke, Jarosław Haszek.

Już trzy dni po wybuchu I Wojny Światowej – przypomnę, że działania wojenne zaczęły się atakiem Austrii na Serbię – Kisch został powołany do wojska i wysłany na serbski front.
Było to wyjątkowo okrutne miejsce. Propaganda austriacka rymowała – Serbien muss Sterbien – Serbia musi umrzeć – żołnierze wykonywali. Kisch notował – potyczki, bitwy, egzekucje ludności cywilnej. Koledzy frontowi, głównie Czesi, ponaglali – Napis to Kischi. Rezultatem tych notatek była książka – Als Soldat im Prager Korps, natomiast to ponaglanie przez kolegów zostało uwiecznione tytułem książki – Schreib das auf, Kisch! – polski tytuł: Zapisz to KischKLIK.

W marcu 1915 roku Kisch został ciężko ranny na froncie rosyjskim, uznano go za niezdolnego do walki i oddelegowano do pracy na zapleczu. W 1917 roku na własną prośbę został przeniesiony do Biura Prasowego w Wiedniu. Zatrudnione tam było niezłe towarzystwo – Robert Musil, Hugo von Hoffmanstahl, Rainer Maria Rilke i Franz Werfel.
O pracy Franza Werfla w Biurze  pisałem już na tych łamach tutaj – KLIK.
Godny przypomnienia może być fakt, że Biuro wysłało Werfla do Szwajcarii w celu wygłoszenia cyklu odczytów propagujących austriacki wysiłek militarny. Zamiast tego wygłosił pacyfistyczne przemówienie, które zyskało mu sporą przychylność słuchaczy, natychmiastowe odwołanie i areszt.
Z Kischem było podobnie – w Biurze ugruntowały się jego lewicowe poglądy, wszedł w skład Komitetu na Rzecz Radykalnej Lewicy i został wybrany członkiem trzyosobowej komisji, której celem było zorganizowanie Rady Robotników i Żołnierzy wzorowanej na radach sowieckich.
1 listopada 1918 roku został wybrany na Pierwszego Komisarza Czerwonej Gwardii. Tu jego podkomendnym był wspomniany przed chwilą Franz Werfel.
Czerwona Gwardia wkrótce się rozpadła, Franz Werfel ustatkował się ideologicznie, natomiast Egon Erwin Kisch zapisał się do Komunistycznej Partii Austrii.

Kolejne kroki jego politycznej kariery to udział w pracach Kominternu – KLIK i założenie Stowarzyszenia Pisarzy Proletariacko-Rewolucyjnych – KLIK. Tutaj jego współpracownikiem był Johannes Becher – powojenny protektor Hansa Fallady, o którym pisałem tutaj – KLIK.

W 1921 roku Kisch przeniósł się do Berlina, gdzie pracował jako zagraniczny korespondent czeskich gazet. Jednocześnie publikował zbiory swoich wcześniejszych reportaży i odbył szereg podróży zagranicznych.

Europa, Północna Afryka, ZSRR, USA, Chiny. Szczególnie owocna była podróż do Republiki Rad – dwie książki – Zaren, Popen und Bolschewiken (O carach, popach i bolszewikach) oraz Asien gründlich verändert (Azja odmieniona) – azjatyckie republiki ZSRR.
Książki te pełne są zachwytów nad przemianami w Związku Radzieckim, zachwytu nie pozbawionego akcentu zazdrości – przecież to my, Europa Zachodnia, to wymyśliliśmy a wprowadził ktoś inny.
Kisch nie wspomniał słowem o terrorze, głodzie, prześladowaniach. Niemożliwe, aby dziennikarz obdarzony takim instynktem reporterski tego nie zauważył. Według mnie przeważyła naiwna wiara w słuszność idei i potraktowanie tych spraw jako problemy dojrzewania.
Mimo tej autocenzury książek tych nie wydano w ZSRR, gdyż zawierała zbyt wiele odniesień do spraw religii.
Natomiast relacja z pobytu w USA – Paradies Amerika (Raj amerykański) – pisana była z pozycji proletariusza i bez żadnych zahamowań.
Warto wspomnieć, że Kisch, jako komunista, nie mial prawa wjazdu do USA. Do USA wjechał pracując na statku, a na lądzie występował pod nazwiskiem dr Becker.

Po podpaleniu Reichstagu (luty 1933) Kisch został aresztowany, ale jako obywatel Czechosłowacji został wydalony z Niemiec bez prawa powrotu. Od tego czasu zaangażował się bardzo aktywnie w działalność antyfaszystowską.
Po procesie domniemanych sprawców pożaru Reichstagu grupy lewicowych prawników i artystów zorganizowały w Londynie “anty-proces”, na którym Kisch miał być głównym świadkiem. Jednak władze brytyjskie nie dały mu wizy za względu na “działalność wywrotową”.

W ten sposób wróciliśmy do początku tego wpisu – depeszy angielskiego agenta.

Melbourne – w 1835 roku wylądował w tych okolicach John Batman z Tasmanii i stwierdził – dobre miejsce na wioskę.
Pod koniec 1934 roku rozpoczęły się przygotowania do obchodów 100 rocznicy tego wydarzenia. Rząd organizował królewską wizytę. To był okres Wielkiej Depresji, więc aż prosiło sie o jakąś alternatywę hucznych ceremonii. Ruch przeciw Wojnie i Faszyzmowi postanowił zorganizować międzynarodowy kongres intelektualistów. Najpoważniejszym gościem z Europy mial być Egon Erwin Kisch.

Statek z E.E. Kischem na pokładzie przybił do brzegów Australii w Fremantle – na zachodnim wybrzeżu, nieco na północ od Perth. Na pokład wkroczyli przedstawiciele rządu z powiadomieniem, że Kisch został uznany za osobę niepożądaną i nie ma prawa wstępu na ląd australijski. Polecono mu nie opuszczać statku i pozostawili pod nadzorem kapitana.

12 listopada 1934 statek przybił do portu w Melbourne gdzie został przywitany przez liczne rzesze sympatyków. Następnego dnia Kisch spróbował jednak postawić stopę na australijskiej ziemi – wyskoczył ze statku. Lądowanie było bolesne, złamał sobie prawą nogę, natychmiast ujęła go policja i zaniosła z powrotem na statek. Opiekę medyczną musial sobie zorganizować sam.

Statek z Kischem na pokładzie pożeglował w stronę Sydney. Jednocześnie sympatycy Kischa zdołali wnieść jego sprawę do Sądu Najwyższego, który zadecydował, że reporter powinien mieć prawo odwiedzić Australię pod warunkiem, że będzie przestrzegał miejscowych praw.
W odpowiedzi rząd postanowił wykorzystać Immigration Restriction Act – KLIK. Było to główne narzędzie polityki Białej Australii.
Aby ustrzec się od oskarżeń o rasizm i nie urazić potężnego sąsiada – Japonii – wymyślono bardzo praktyczną procedurę: urzędnik imigracyjny miał prawo zadać każdemu imigrantowi dyktando w wybranym przez siebie języku europejskim.

To była bardzo skuteczna metoda. Na przykład irlandzkiemu działaczowi antywojennemu zadano dyktando w języku holenderskim – poległ.
Z Kischem była trudniejsza sprawa, wiadomo było, że posługuje się kilkoma językami. Holenderski też odpada – przecież reporter był podobny do holenderskiej lalki. Co mu zadać? Proste – dyktando w języku gaelicko-szkockim.

Przeżyjmy to sami – proszę wziąć kartkę papieru, długopis i zapisać recytowany poniżej tekst – modlitwa Ojcze Nasz w języku gaelicko-szkockim…

A teraz proszę porównać swoje notatki (jeśli komuś udało się zapisać jakikolwiek wyraz poza końcowym Amen) z poprawną odpowiedzią – KLIK.

Kisch odmówił poddania się testowi i został aresztowany a następnie wypuszczony za kaucją 200 funtów.

A więc jednak był na ziemi australijskiej, uczestniczył w spotkaniach i imprezach organizowanych przez  Ruch przeciwko Wojnie i Faszyzmowi.
W międzyczasie jego zespół adwokatów wniósł do Sądu Najwyższego sprawę ważności przeprowadzonego dyktanda. Sąd stwierdził, że urzędnik, który zarządził dyktando sam nie znał języka szkocko-gaelickiego, a poza tym uznał, że język szkocko-gaelicki nie jest językiem europejskim w zrozumieniu przepisów. Dyskusja na ten temat trwa w Australii do dziś.

Jednak rząd nie dawał za wygraną. Na podstawie inaczej sformułowanych zarzutów Kisch został uznany za “prohibited immigrant” i skazany na trzy miesiące ciężkich robót.
Prawnicy reportera złożyli apelację do Sądu Najwyższego, który unieważnił wyrok. Kisch mógł swobodnie działać a cała sprawa zyskała mu wielką popularność. Odbył spotkania w kilku stanach Australii. Na spotkanie w Sydney przybyło 18,000 osób.

Widząc, że nie wygra w sądzie, rząd spróbował metody łagodnej perswazji – oferował Kischowi anulowanie wszystkich wyroków i 450 funtów rekompensaty za poniesione koszty pod warunkiem szybkiego opuszczenia Australii. Reporter przyjął ofertę i opuścił Australię w pierwszych dniach marca 1935 roku.

Rząd australijski “uszczelnił” test językowy. Był on stosowany aż do 1958 roku.
Egon Erwin Kisch opisał całą sprawę w książce – Landung in Australien.

Następny, prawie dwuletni rozdział życia E. E. Kischa to Hiszpania podczas wojny domowej, z której pisał liczne reportaże.
Po układzie monachijskim i wkroczeniu Niemiec do Czechosłowacji Kisch nie mógł wrócić do swojego kraju. Zresztą nigdzie w Europie nie było bezpiecznego miejsca dla Żyda-komunisty. Zdecydował się na emigrację do USA. Oczywiście nie wpuszczono go, spędził kilka miesięcy na Ellis Island i wreszcie uzyskał wizę do Meksyku, gdzie spędził resztę wojny.

W Meksyku przebywało w tym czasie sporo europejskich intelektualistów. Kisch prowadził działalność społeczną, pisał reportaże, wydał też zbiór wcześniejszych reportaży w formie książkowej – Marktplatz der Sensationen – Jarmark sensacji.

Man at the crossroads

Nie znalazłem informacji czy spotkał się z Trockim, a więc zapewne nie. Wiem, że spotkal się kilkakrotnie z Diego Riverą i znał jego mural Człowiek na rozdrożu.
Przypomnę, że mural zamówił Nelson Rockefeller dla Rockefeller Center w Nowym Jorku. Jeszcze przed zakończeniem prac podniosły się głosy protestu, gdyż Rivera umieścił na muralu wizerunki czołowych działaczy komunistycznych. Nelson Rockefeller zarządził zniszczenie nieukończonego muralu – szczegóły tutaj – KLIK.

Diego Rivera odtworzył mural w Meksyku. Kisch zauważył postać Trockiego i skomentował: ilu tu dobrych ludzi.
W kilku źródłach znalazłem wzmiankę, że wielokrotnie, gdy pytano Kischa, co myśli na temat takiej czy innej inicjatywy Związku Radzieckiego, odpowiadał – ja nie myślę, Stalin za mnie myśli.
Niektórzy uważają to za dowód zniewolenia umysłu, inni określają jako cynizm. Mnie wydaje się, że był to gorzki sarkazm.

Po zakończeniu wojny Egon Erwin Kisch powrócił do Czechosłowacji, gdzie kontynuowal pracę jako reporter. Zmarł 31 marca 1948 roku.

Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. 12 listopada 1918 – Czerwona Gwardia w Wiedniu – KLIK.
3. E.E. Kisch – The Raging Reporter – Bio-antologia – KLIK.
4. Radio Prague – KLIK.

Schmidt czyta Prousta…

…Ewa Maria Slaska…

…czyta Schmidta

Wiele tygodni temu nieopatrznie przyznałam się na Facebooku, że czytam książkę pewnego pisarza niemieckiego średniej generacji, który opisuje jak czyta Prousta. Dwoje moich facebookowych przyjaciół – Julita Bielak i Marcin Wilk – okazało zainteresowanie tą lekturą, a ja pochopnie napisałam, że ach OK, jak Was to tak interesuje, to zrobię o tym wpis…

Aby Czytelnik zrozumiał, na co się porwałam, muszę się na chwilę odwołać do rachunkowości. W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, powieść wydawana przez kolejne lata od zakończenia I wojny światowej, to Dzieło Przeogromne. Duchem, oczywiście, ale i całkiem przyziemnie – masą. Siedem tomów, każdy średnio – 500 stron, w sumie 3500 stron. Trudnych i żmudnych w czytaniu. Czytałam Prousta mnóstwo razy, z pełnym poczuciem, że przy każdej lekturze odkrywam w tej książce, w kongenialnym tłumaczeniu Boya, coś nowego, czego przedtem nie zauważyłam. Przyznaję jednakowoż, że ostatnio szło mi już coraz gorzej i to nie dlatego że już wszystko znałam na pamięć, przecież nie sposób zapamiętać wszystkich inteligentnych myśli i obserwacji, zgromadzonych na 3500 stronach… i nawet nie dlatego, że to ja już wyrosłam z Prousta, tak jak się wyrasta z Ani z Zielonego Wzgórza. Więc nie, to raczej chyba Proust wyrósł z naszych czasów. Nie uważam, że Douglas Coupland jest lepszy od Marcela Prousta, ale jednak nasz umysł współczesnego człowieka łatwiej buduje synapsy z pokoleniem X niż z neurotycznym proustowskim Narratorem. Może najbardziej mi – dziś – przeszkadza fakt, że Proust, jeden z najsłynniejszych gejów w kulturze europejskiej, wydziwia w swej książce nad homoseksualizmem innych, ale ani słowem się nie zająknie, że on też reprezentuje rasę z Gomory. Mało tego, trzy tomy o Albertynie (W cieniu zakwitających dziewcząt, Uwięziona i Nie ma Albertyny), naprawdę opowieści o lokaju i kochanku, Albercie, tchną dziś straszliwym wręcz anachronizmem. Co gorsza owo zakamuflowanie jest w opisie stosunków z przełomu wieku XIX i XX po prostu wydumane i niezgodne z niczym realnym. O ile bowiem mężczyzna rzeczywiście nie mógł się przyznać, że jest homoseksualistą, to jednak w równym stopniu nie mógł “kupić” sobie od rodziny młodej panny z całkiem dobrego domu i trzymać jej u siebie w niewoli seksualnej, fizycznej i duchowej. Tak się traktowało utrzymanki czyli kokoty, ale z panienkami z dobrego domu chodziło się na spacery albo się je poślubiało.

Od dawna więc nie czytałam już Prousta, wciąż jednak byłam zdania, że jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który pokonał siedem tomów Poszukiwania… Dlatego zdziwiłam się, gdy znalazłam na ulicy książkę autora o pokolenie młodszego ode mnie (urodził się w roku 1970), który nie tylko podjął trud tej lektury (nota bene, teraz to on jest zdania, że jest ostatnim człowiekiem na świecie, który…), ale jeszcze ją opisał.

Jochen Schmidt czytał 20 stron dziennie, od lipca 2006 do stycznia 2007 roku. Nota bene po niemiecku to 3900 stron. Opisywał tę lekturę na blogu, a potem wydał jako książkę i płytę. I tu dalszy ciąg rachunków – książka Schmidta liczy 600 stron, sześć razy mniej niż opisywany oryginał, ale mimo to jest to sam w sobie potężny kawał lektury, wymagający czasu. A ja, mimo że czytam bez przerwy, to aż tyle czasu nie mam, zwłaszcza, że ciężki tom Schmidta nie nadaje się jako lektura do metra i na podróż. Być może po to właśnie jest i płyta, ale ja zdecydowanie nie jestem “słuchaczem” książek, nie lubię audiobooków ani nawet czytników, po prostu lubię papierowe książki. Teraz więc, w kilka miesięcy po złożonej obietnicy doczytałam u Schmidta zaledwie do strony 93, on zaś dotarł u Prousta do stron 213-235 tomu W cieniu zakwitających dziewcząt.

Podczas lektury Schmidta borykam się jeszcze z problemem tłumaczenia. Oczywiście czytam Schmidta po niemiecku i to mi w ogóle nie przeszkadza, ale on też czyta po niemiecku i załącza cytaty po niemiecku, a ja w nich  w ogóle nie rozpoznaję “mojego Prousta”! Niech dla uzmysłowienia mojej męki wystarczy fakt, że słynna proustowska magdalenka to Sandtörtchen, torcik piaskowy… Nota bene, co za bzdura, ten tłumacz! doprawdy! nie odróżnia obrazu Holbeina od pola bananowego. A niemiecka Wikipedia za nim. Ciasteczko piaskowe, też coś… Proszę bardzo – TU magdalenki, a TU ciasto piaskowe.

Oczywiście Schmidt czyta… nie jest pierwszą książką o tym, jak się czyta Prousta. Chyba najsłynniejszą napisał Alain de Botton How Proust can change your life (1997), ale Schmidt pisze dokładnie o tym samym.

Nie mogę na razie ocenić całej książki. Powiem jednak, że to co mi się w niej najbardziej podoba, to wcale nie opinie Schmidta na temat lektury Prousta, lecz to co tu i ówdzie pisze o sobie i swoim życiu. Czyta bowiem tego Prousta w Berlinie i w małej wiosce w Brandenburgii, w Odessie i w samolocie z Warszawy do Berlina.

Przytoczę tu jeden z wpisów (str. 89-90), który dobrze to obrazuje.

34. Nie, 20.8., Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem, po spray na muchy z produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt, który od trzydziestu lat niezmiennie nieużywany stoi w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo budowniczy domu dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, należałoby się ograniczyć zaledwie do poprawek, do prowizorki, która latami będzie wypełniała swoje zadania, stosować tylko jakieś znalezione materiały.

Wiatr wróży jesień, przed dziewięciu laty podjąłem tu ostatnią próbę napisania książki, gdyby nie było tego domu, nie byłoby zapewne i książki. Ciekawe, jak Proust dawał sobie z tym radę, w końcu był bogaty, miał służbę, po co właściwie miał pisać?

W cieniu zakwitających dziewcząt, s. 192-213

Czyż Proust nie pisał właśnie przez pół tomu o nieszczęśliwej miłości? A teraz znowu to samo, choć trzeba przyznać, że jako czytelnik nie masz poczucia, że autor się powtarza. Ale też nie jest to aż tak ważne, żeby o tym wspominać. Marcel codziennie spotyka się z Gilbertą, co ją wreszcie nudzi, a jego zmusza do wycofania się i przysparza mu cierpień. Co dzień czeka na pocztę, gdy minie poranek – na listonosza, który przychodzi po południu. Stan ekscytacji staje się chroniczny, bo ledwo emocje oczekiwania miały się czas uspokoić, już przychodziła nowa racja spodziewania się; wreszcie nie było już w dniu ani minuty, w której bym nie odczuwał owego ucisku serca, tak trudnego do zniesienia bodaj przez godzinę. A cóż my mamy dziś powiedzieć, w czasach maili i SMS? Diabelskie wynalazki, które nieszczęśliwie zakochanym wydłużają czekanie na każdą sekundę dnia. Nowoczesne metody komunikacji oznaczają zarówno komunikację jak milczenie.

Aby udowodnić Gilbercie, że radzi sobie bez niej, Marcel regularnie odwiedza salon Odetty, nie zaszczycając obecnością herbaty wydawanej w tym samym czasie przez Gilbertę. Każda wizyta jaką składałem pani Swann bez widzenia Gilberty, była mi okrutna, ale czułem, że tyleż poprawia pojęcie Gilberty o mnie. Jacyż piękni się sobie wydajemy, nieszczęśliwie zakochani, szlachetni w wyrzeczeniu, przygotowani na wszelakie wstrząsy duszy. I doprawdy każdemu rzuci się to w oczy, tylko niestety nie osobie, którą uwielbiamy.

O czym rozmawiają panie w salonie Odetty, możemy sobie szczęśliwie podarować. Jak tragicznym problemem jest być żoną polityka i wciąż mieć do czynienia z tymi samymi nudziarzami w ministerstwach. Widzi  pani, to tak jak z szefem protokołu, który jest garbaty; to murowane, jeszcze nie siedzi u mnie pięciu minut, a już muszę dotknąć jego garbu. Czy lepiej kupować rośliny u Lemaître’a, Debaca czy Lachume’a? A wypieki: Nie potrzebuję pytać o markę fabryczną, wiem, że pani wszystko bierze od Rebatteta. Muszę wyznać, że jestem bardziej eklektyczna. W kwestii ptifurów i w ogóle wszystkich łakoci często zwracam się do Bourbonneux. Ale uznaję, że oni tam nie mają pojęcia, co to są dobre lody. We wszystkim, co się tyczy lodów, kremów czy sorbetu, Rebattet to Sztuka przez wielkie S.

Zapomniane czynności:
– zadać sobie trud, by wymienić całą służbę
– rozumieć, że rolą gospodyni jest tylko pośredniczenie
– widzieć najważniejszy moment dnia nie w chwili przywdziewania toalety, lecz, przeciwnie, w chwili rozbierania się dla mężczyzny.

* Zdania zapisane kursywą – tłumaczenie Tadeusz Boy Żeleński; tłumaczenie Schmidta – ja.

Tajemnice w komputerze…

Kochani czytelnicy. Proszę, byście podczas lektury tego wpisu posłuchali Beethovena. Zanim skończycie, dowiecie się dlaczego?

Ewa Maria Slaska

… czyli poezja i muzyka na niedzielę

Wpis ten zaczął powstawać 4 maja o godzinie 9, zakończyłam jego pisanie 5 maja o godzinie 7; jest zapisem moich poszukiwań, zmierzających do rozwikłania pewnej zagadki. Gdy zaczynałam, nie wiedziałam kompletnie nic.

W przepaściach komputera i szaf, przynajmniej u mnie, kryją się niezwykłe i tajemnicze dokumenty. Wypływają niekiedy na powierzchnię i zadziwiają mnie niezmiernie. Kiedyś tak “spadł mi na głowę” przepisany przez moją Mamę wiersz Krynickiego, znaleziony w pudle z papierami. Dziś poetka z komputera. Właściwie szukałam Emily Dickinson, która zmarła 15 maja 1886 roku (dziś jest 130 rocznica), a znalazłam Ritę Dove. Gołym okiem widać, że Rita będzie tematem obszernym, a Emily się nie zmieści, przypominam więc na wszelki wypadek, że pisałam o niej TU i że jest moim nieodmiennym zachwyceniem.

O Ricie Dove opowiedziała mi Marta, kochająca książki amerykanistka, zajmująca się piszącym w USA kobietami, zaliczanymi do tak zwanej literatury etnicznej i postetnicznej, Louise Erdrich, Amy Tan czy Toni Morrison i Alice Walker. Marta dała mi kiedyś do przeczytania poemat Rity o czarnym muzyku polskiego pochodzenia, nawet była jakaś przymiarka do przetłumaczenia tej opowieści na polski, coś tam przełożyłam i odesłałam do kogoś, ale, jak często – nic z tego nie wyniknęło. I nic też nie pamiętam, wystarczyło jednak, by podczas przeszukiwania komputera nie zadziwić się plikiem zatytułowanym “RitaDoves1” – byłam pewna, że to albo oryginał albo moje próby translatorskie. Przerzuciłam plik na pulpit, by móc do niego szybko wrócić.

Niewiele wiem o Ricie Dove, poza tym, że jest współczesną czarną amerykańską poetką. Piękną. I niech mi wybaczy słowo czarny, bo czarne jest piękne.

A więc… RitaDove napisała kiedyś ów wspomniany już poemat o pochodzącym z Polski muzyku Mulacie, który w czasach Haydna zachwycał Londyn, przede wszystkim zaś – londyńskie damy. A ponieważ tego dnia przy śniadaniu rozmawialiśmy o nim, ucieszyłam się, że nie muszę specjalnie szukać, nawet uznałam, że jak zwykle, skoro czegoś potrzebuję, to się to znajduje. Lecz otóż nie… Otworzyłam plik i zobaczyłam dwa wiersze, których NIGDY nie czytałam, nie widziałam, nie wiedziałam… Ten mały dokument spowodował całą serię zadziwień.

Rita Dove

Black Billy Waters

wersja I

Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali
Wierzą w złoto, władzę, stada na hali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Gram na skrzypkach, lubią mnie wielcy i mali
Daj mi monetę, panie – dzięki i niech Bóg cię chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Wpadł pieniądz do sakwy, słyszęć go z dali
W słodkiej muzyce na nędznej życia bujam się fali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarnym mnie zwali
O łąki zielone walczyłem i stada na hali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg mnie powalił
Jestem Black Billy Waters, tak mnie nazwali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Tu wariat, a tam książę w blasku opali
Londyn kocha nowinki, to mu się chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam, gdy usłucha, Los go nie zwali
Dom swój na plecach dźwigaj, to nikt go nie spali

Tańczę dla was, choć tacy jesteście mali
Śpiewam wam, choć żeście się rumem uchlali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Weź sznura łokci trzy i bicz korali
I tych wspomnij, co tu już przed tobą skonali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

wersja II

Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak
Świat w złoto wierzy, władzę i szubienicy hak
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Gram na skrzypkach, lubi mnie wielki, lubi mały świat
Daj mi monetę, panie – dzięki, dzielny jesteś chwat
Lecz, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Wpadł pieniądz do sakwy, lecz tak czy owak
Mimo słodkiej muzyki nędznego życia znak
Gdy dom na plecach dźwigam, jestem jak ślimak

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarny był mój znak
O łąki zielone walczyłem, władzę i szubienicy hak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg zostawił ślad
Jestem Black Billy Waters, tak mnie zwie świat
I dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Czy książę, czy Turek, czy mały żebrak
Londyn kocha nowinki, światowy blask
A ty, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam, gdy usłucha, nie będzie szczęścia mu brak
Ty też dom swój na plecach dźwigaj i bądź jak ślimak

Tańczę dla was, choć przecież ducha wam brak
i pijani jesteście, a śpiewam wam i tak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Weź sznura łokci trzy i bicz czerwony jak lak
I tych wspomnij, co już przed tobą skonali w łzach
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak
Ty zaś, czyś biały, czy czarny, biedak z ciebie i żebrak

Piękne… nadzwyczajne po prostu, ale… Po pierwsze dlaczego to nie jest poemat o “moim”muzyku”? Dlaczego po polsku? Dlaczego dwie wersje? Kto to przetłumaczył? Kto to był Black Billy Waters? Skąd się to wzięło w moim komputerze?

Zaczynam od pytania najprostszego – kim był Black Billy Waters? Wikipedia natychmiast odpowiada – czarny żebrak mieszkający w Londynie na przełomie wieku XVIII i XIX. Jeden z dziesięciu tysięcy Czarnych mieszkających w owym czasie w Anglii. Był beznogi, stąd to porównanie do ślimaka. Podobno był żołnierzem, pływał na okrętach wojennych i stracił nogę w walkach. Miał żonę i dwoje dzieci. Żył w skrajnej nędzy, żebrał przed wejściem do teatrów, śpiewając dowcipne kuplety i przygrywając na skrzypkach.

Portret namalowany najprawdopodobniej przez Sir Davida Wilkie

Cieszył się ogromną popularnością i został umieszczony co najmniej w dwóch utworach, opisujących życie w Londynie pod koniec XVIII wieku, gdy jeden z nich wystawiono na scenie – Black Billy grał tam sam siebie. Nazywano go królem żebraków.

Tłumaczony w tajemniczym dokumencie tekst był swoistym testamentem Billy’ego.

Thus poor Black Billy’s made his Will,
His Property was small good lack,
For till the day death did him kill
His house he carried on his back.
The Adelphi now may say alas!
And to his memory raise a stone:
Their gold will be exchanged for brass,
Since poor Black Billy’s dead and gone.

Wiem, najprościej byłoby już teraz sięgnąć po pomoc do internetu, i na pewno mnie to nie minie, ale na razie rozmyślam sobie o Ricie Dove bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Oba tłumaczenia na polski są lepsze od zacytowanego tu oryginału,  napisanego przez samego Black Billy Watersa. Ten, kto to przetłumaczył na polski, świetnie się bawił i był mistrzem sztuki wiązania słów. Pierwsza wersja tłumaczenia polskiego jest oparta na jednym rymie będącym polskim odpowiednikiem angielskiego will, druga na rymie lack czyli brak. Tłumacz użył dwóch rymów zastosowanych w oryginale i to jeszcze wybrał rymy męskie, które w polszczyźnie są po prostu przekleństwem i kojarzą się z najtańszymi wypocinami pseudopoetów.

Tyś pchła
Tyś pchła
mię do miłości tej…

Drążę. Czy jest możliwe, by to Rita Doves napisała te dwa doskonałe wiersze po polsku i byłyby to jej wiersze, tak jak spolszczony Giaur był poematem Mickiewicza. Ale oczywiście, nie, nie i jeszcze raz nie. Tak nie potrafiłby chyba pisać żaden cudzoziemiec, a i Polaka zdolnego wykonać taki majstersztyk, długo by szukać.

No ale szukam. Już zaczęłam.

W obu wersjach powtarza się porada Black Willy’ego dla…

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam… / A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam…

To pewnie ten czarny muzyk z Polski, więc może jednak i Billy Black jest częścią tego poematu…

Rita Dove urodziła się w roku 1952. Jest poetką i literaturoznawczynią, pracuje na Uniwersytecie Virginia. Ciekawe, że hasło w polskiej Wikipedii nie wspomina ani słowem o polskich zainteresowaniach artystki. Ze spisu książek artystki wybieram Sonata Mulattica, New York: Norton, 2009. To właśnie ten poemat. Nawet pamiętam, że okładka była biało-niebieska.

Czarny skrzypek George Polgreen Bridgetower (1780–1860) był zdaniem Rity – synem Polki, wiejskiej dziewczyny z okolic Białej Podlaskiej, zdaniem polskiej i niemieckiej Wikipedii – synem Niemki z Budziszyna, niejakiej Schmidt. Ojcem był “African Prince” z Etiopii bądź, jak twierdzi Rita, z Barbadosu. Słabo pamiętam ten poemat, czytałam go w roku 2009, niemal od razu po wydaniu, ale wydaje mi się, że Rita jest zdania, iż George był nieślubnym dzieckiem, a wikipedyści zakładają, że rodzice wzięli ślub i że George miał jeszcze brata, Friedricha Josepha, wiolonczelistę. Ale może było tak, że matką George’a była Polka, a Friedricha – Niemka. Albo, że Polka z Podlasia czy ze Śląska (jak chce Rita) dopiero po urodzeniu pierwszego syna wzięła ślub ze swym czarnym kochankiem, a wikipedystom z Ameryki Polka czy Niemka to za jedno… A polska i niemiecka Wikipedia za nimi jak za panią matką…

Ojciec George’a był służącym księcia Hieronima Wincentego Radziwiłła w jego podlaskich dobrach w Białej Podlaskiej. W roku 1779 papa przenosi się na służbę do księcia Esterhasego,  dzieciństwo chłopca / chłopców upływa więc na Węgrzech, w majątku, gdzie nadwornym muzykiem był Józef Haydn. Stąd znajomość George’a z wielkimi tamtego świata, Haydnem, Beethovenem, ale też Thomasem Jeffersonem. Jefferson był na występie Bridgetowera w Paryżu i wspomina ślicznego dziewięcioletniego chłopca z kaskadą czarnych loków.

W roku 1790 Bridgetower osiadł na stałe w Londynie. Był członkiem orkiestry króla Jerzego IV (tego, który był jednocześnie księciem hanowerskim i odpowiada za związki Windsoru z dynastiami niemieckimi).

W 1802  Bridgetower wyjechał do Drezna, aby odwiedzić matkę i brata. Rok później wystąpił w Wiedniu razem z Ludwigiem van Beethovenem. Wywarł wielkie wrażenie na austriackim kompozytorze, który zadedykował mu Sonatę skrzypcową nr 9 A-dur (op. 47). Po raz pierwszy została publicznie zagrana 24 maja 1803 r. w wiedeńskim teatrze Augarten – Beethoven grał na fortepianie, a Bridgetower akompaniował mu na skrzypcach.

George Bridgetower, autor Henry Edridge

Kompozytor nazwał swoje dzieło Sonata mulattica composta per il Mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico.  Już w dedykacji zapowiedział, że jest to dzieło nadzwyczajnie wręcz trudne czyli praktycznie – nie do zagrania. Wkrótce jednak doszło konfliktu między muzykami, w wyniku czego Beethoven zmienił dedykację i zadedykował sonatę Rodolphowi Kreutzerowi (dziś sonata jest znana właśnie jako “Kreutzerowska”). Dlaczego? Najbardziej znana wersja mówi o tym, że Bridgetower obraził kobiety, które okazały się przyjaciółkami Beethovena. Mniej poprawny politycznie wariant zakłada, że młodszy uwiódł czy też oczarował pannę, która podobała się starszemu. Tak to też jest chyba i u Rity.

Nota bene Kreutzer jej nigdy nie zagrał. A Bridgetower – tak.

W roku 2013 powstał film o poemacie, poetce, geniuszu i zapomnianym czarnym muzyku, którego gra współczesny czarny muzyk – Joshua Coyne.

***

Wszystko to nadzwyczaj ciekawe, ale niestety w ogóle nie tłumaczy, co to są za wiersze, te które znalazłam u siebie w komputerze? Czy są częścią Sonaty mulackiej? Znajduję spis treści poematu, a w nim, o tak, wiersz Black Billy Waters. Dobrze, Ewuniu, bardzo ładnie sobie radzisz.

A więc tak, na pewno, przynajmniej według Rity, Billy Waters i George Bridgetower się znali. Mieszkali w Londynie, a łączył ich nie tylko kolor skóry, ale i instrumentum – skrzypce. O tak, Rita sparafrazowała autentyczny testament Watersa.

All men are beggars, white or black;
some worship gold, some peddle brass.
My only house is on my back.

I play my fiddle, I stay on track,
give my peg leg—thankee sire!—a jolly thwack;
all men are beggars, white or black.

And the plink of coin in my gunny sack
is the bittersweet music in a life of lack;
my only house is on my back.

Was a soldier once, led a failed attack
in that greener country for the Union Jack.
All men are beggars, white or black.

Crippled as a crab, sugary as sassafras:
I’m Black Billy Waters, and you can kiss my ass!
My only house weighs on my back.

There he struts, like a Turkish cracker jack!
London queues for any novelty, and that’s a fact.
All men are beggars, white or black.

And to this bright brown upstart, hack
among kings, one piece of advice: don’t unpack.
all the home you’ll own is on your back.

I’ll dance for the price of a mean cognac,
Sing gay songs like a natural-born maniac;
all men are beggars, white or black.

So let’s scrape the catgut clean, stack
the chords three deep! See, I’m no quack—
though my only house is on my back.
All men are beggars, white or black.

A TU można posłuchać, jak poetka recytuje ten wiersz.

***
Już wszystko wiem. Przez 24 godziny przekopałam się od kompletnej niewiedzy do pełnej wiedzy. Poza jednym – bo kto te wiersze przetłumaczył na polski!? Kto mi je przysłał? Co miałam z nimi zrobić (i dlaczego nic nie zrobiłam)? KTO? CO?

POMOCY!

Każdy umiera w samotności

Lech Milewski

Samotna śmierć Hansa Fallady

Listonosz Ewa Kluge wchodzi powoli po stopniach schodów domu przy ulicy Jabłońskiego 55. Wchodzi powoli nie tylko dlatego, że jest zmęczona obchodem, ale również dlatego, że ma w torbie jeden z takich listów, których nienawidzi oddawać. I właśnie o dwa piętra wyżej musi za chwilę oddać ten list Quanglom…
Przedtem jeszcze, piętro niżej, doręczy urzędowe pismo Persickom. Persicke jest kierownikiem politycznym lub czymś podobnym w partii – Ewa Kluge ciągle jeszcze nie rozeznaje stanowisk. W każdym razie u Persicków trzeba witać się wołając “heil Hitler” i dobrze uważać, co się mówi.
Uważać trzeba, oczywiście wszędzie…
… zadzwoniła do Quanglów. Trzyma list w ręku i gotowa jest natychmiast uciec. Na szczęście, otwiera jej nie kobieta, która zwykle zamienia z nią parę przyjaznych słów, lecz mężczyzna o ostrej, ptasiej twarzy, cienkich wargach i zimnych oczach. Bez słowa wyjmuje jej list z ręki i zamyka drzwi przed nosem, jak gdyby była złodziejem, którego trzeba się strzec.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.
Tłumaczył – Jerzy Rawicz.
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej – 1956

Powyższą książkę kupiła moja Matka, która dobrze pamiętała autora jeszcze sprzed wojny. Przede wszystkim książkę Co dalej szary człowieku (Kleiner Mann, was nun?) – świetny obraz czasów depresji lat 1929-1931.

Książka Hansa Fallady spodobała mi się od pierwszego wejrzenia – wartki język, żywa akcja, duża część książki rozgrywa się w berlińskim półświatku co przypominało mi utwory Bertolda Brechta, Ericha Kästnera a przede wszystkim mistrza reportażu – Egona Erwina Kischa.
Nic dziwnego, podobnie jak oni Hans Fallada był reprezentantem kierunku Neue Sachlichtkeit – KLIK.

Hans Fallada

Hans Fallada – KLIK, prawdziwe nazwisko Rudolf Ditzen, urodził się w 1897 roku w dość dobrze sytuowanej rodzinie.
Wypadek drogowy w wieku lat 16, którego wynikiem była długa kuracja z użyciem dużej ilości leków uśmierzających ból, miał chyba decydujący wpływ na dalsze życie pisarza. Samotność, depresja, uzależnienie od środków przeciwbólowych, doprowadziło go do myśli o samobójstwie. W wieku lat 18, rok 1911, wraz z przyjacielem zdecydowali popełnić samobójstwo, aby jednak nadać mu bardziej stylowy character postanowili zainscenizować je w formie pojedynku.
Rezultat był fatalny – przyjaciel Hansa spudłował, Hans trafił skutecznie. Próbował jeszcze sam się zastrzelić, ale to mu sie nie udało. Sąd uznał go za niepoczytalnego i uniewinnił od zarzutu morderstwa. Tak zaczął się regularny kontakt z instytucjami psychiatrycznymi.
W sanatorium psychiatrycznym zetknął się z pracą na roli i to stało się jego rezerwowym zawodem.

Po zakończeniu I Wojny Światowej Fallada nie mógł już liczyć na pomoc finansową rodziców i znalazł zatrudnienie jako pracownik rolny.
W roku 1920 opublikował pierwszą książkę. W tym samym czasie został skazany na sześć miesięcy więzienia za drobne kradzieże, gdyż jego zarobki nie wystarczaly na pokrycie kosztów uzalenienia od morfiny.
W roku 1926 ponownie wylądował w więzieniu za szereg kradzieży spowodowanych uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Od uzależnienia uwolnił się po kuracji odwykowej w 1928 roku. Rok później ożenił się i jego życie potoczyło sie lepiej – pracował w redakcjach cenionych wydawnictw, publikował artykuły i eseje.
W tym okresie zainteresował się problematyką społeczno-ekonomiczną. Wynikiem była książka Bauern, Bonzen und Bomben, która zyskała mu opinię obiecującego talentu nie wahajacego się podejmowania kontrowesyjnych tematów. Wkrótce później przyszla książka Cóż dalej szary człowieku?, która była wielkim sukcesem czytelniczym i finasowym. Niestety sukcesowi towarzyszyło załamanie nerwowe spowodowane nasilaniem się nazizmu.

Wprawdzie twórczość Fallady nie zawierała niczego co mogłoby nie podobać się Nazistom to jednak fakt, że książka Cóż dalej szary człowieku? została sfilmowana w USA przez żydowskiego producenta spowodował, że Gestapo zainteresowało się Falladą. W 1934 roku został aresztowany w wyniku fałszywego donosu. Z braku dowodów wypuszczona go z aresztu, ale rok później znalazł się na liście niepożądanych autorów.

Przeniósł się na spokojniejszy grunt, zajął się pisaniem książek dla dzieci.

Opublikowana w 1937 rou książka Wolf unter Wölfen (Wilk pośród wilków) pozwoliła mu wrócić na poważną arenę – hitlerowcy odebrali książkę jako ostrą krytykę Republiki Weimarskiej, bardzo pochlebnie ocenił ją sam Józef Goebbels. To zainteresowanie stało się kolejnym problemem, gdyż Goebbels zasugerował napisanie książki z wątkiem antysemickim. Równocześnie nadeszło rządowe zamówienie książki o życiu w Niemczech bezpośrednio przed rokiem 1933.

W wyniku tego zamówienia powstała książka Żelazny Gustaw. Goebbels po przejrzeniu rękopisu zasugerował, aby nieco wydłużyć czas akcji i pokazać, jak dojście nazistów do władzy pomogło rozwiązać wszelkie problemy. Fallada długo borykał się z tym zadaniem. W końcu skapitulował i dodał rodział, w którym syn bohatera powieści zostaje stormtrooperemKLIK – i to robi z niego prawdziwego człowieka.
Fallada miał duże wyrzuty sumienia z powodu tego kompromisu, w kilku publikacjach próbował wytłumczyć się ze swojej słabości.

Wojna pogorszyła sytuację pisarza. Powrócił do pisania dla dzieci. Sąsiedzi donieśli kilkakrotnie do władz o jego problemach z narkotykami, grozili również donosem o jego zaburzeniach psychicznych, co w III Rzeszy groziło dużym niebezpieczeństwem.
W rezultacie pogrążył się w pijaństwie, jego małżeństwo rozpadło się. Już po rozwodzie próbował zastrzelić byłą żonę, ale z łatwością go rozbroiła.
Policja skierowała Falladę do szpitala psychiatrycznego. Tutaj przypomniał mu się pomysł napisania powieści o wątku antysemickim i pod tym pozorem poprosił o dostarczenie mu racjonowanego wówczas papieru. Wynikiem była autobiograficzna powieść Pijak. Administracja szpitala nie zorientowała się i pod koniec 1944 roku pisarz opuścił szpital.

Kilka miesięcy później ożenił się z dużo od siebie młodszą, zamożną wdową. Jednak jego stan psychiczny znacznie się pogorszył i wrócił do morfiny. Towarzyszyła mu w tym żona, która, jak się okazało, była jeszcze bardziej niż on uzależniona. Skończyło się na roztrwonieniu całego jej majątku i klinice odwykowej.
Większą część ostatniego roku życia spędził w klinikach i tam właśnie powstała jesienią 1946 roku jego najsłynniejsza książka – Jeder stirbt fur sich allein – Każdy umiera w samotności. Napisał ją podobno w ciągu 24 dni.

W 1948 roku książkę przetłumaczono na rosyjski i szwedzki, dwa lata później na polski, na angielski… dopiero w roku 2009. Okazała się bestsellerem, wkrótce sprzedano na rynku anglojęzycznym 200,000 egzemplarzy, co spowodowało wznowienia innych książek pisarza.

Strona tytułowa książki prezentowana na wstępie wpisu to już rok 1956, drugie wydanie. Po jej przeczytaniu zacząłem szukać innych książek tego autora.
Cóż dalej szary człowieku? – to był niewątpliwie ten sam Fallada, ale książka nie mogła dorównać intensywnością ostatniej książce pisarza.
Pijak – relacja nałogowego alkoholika. To był dla mnie szok. Oczywiście znajomy był mi widok sporej ilości zataczających się mężczyzn po sobotniej wypłacie. Słuchałem licznych opowieści o nałogowych alkoholikach, ale teraz przeczytałem relację kogoś, kto znał to od podszewki, do tego kogoś, kto umiał w sposób przejmujący to opisać.

Do lektury Każdy umiera w samotności wracałem kilkakrotnie.
Już podczas studiów, na lektoracie języka niemieckiego, rozmawiałem o tej książce w moją lektorką.
– Gdy Rosjanie zajęłi Niemcy Wschodnie – opowiadała – przydzielali ludzi do różnych robót. Gdy przyszła kolej na Falladę zapytali go o zawód – pisarz. No to będziesz przychodził codziennie do ratusza i pisał książkę. I tak, w ciągu kilku miesięcy, napisał swoją najlepszą książkę

Prawda okazała się ciekawsza. Wkroczenie Armii Czerwonej zastało Falladę w Feldberu w Meklemburgii. Dzięki protekcji pisarza o komunistycznych przekonaniach – Johannesa Bechera – KLIK – zyskał duży respekt u nowych władz i mianowano go burmistrzem miasta, którą to funkcję pełnił ponad rok.
Jak wspominałem wyżej książka Każdy umiera w samotności powstała w klinice odwykowej.
Johannes Becher zasugerował Falladzie tematykę książki – dostarczył mu akta Gestapo dotyczące Otto i Elizy Hampel, małżeństwa, które po utracie na froncie bliskiego kuzyna zaczęło pisać i rozrzucać po mieście karty wzywające ludność do oporu.

Fallada we wstępie do książki pisze:
Wydarzenia opisane w tej książce odpowiadają w ogólnych zarysach treści aktów gestapo, dotyczących nielegalnej działalności pewnego berlińskiego małżeństwa robotniczego w latach 1940-1942. Odpowiadają tylko w ogólnych zarysach – powieść ma bowiem swe własne prawa…

Wracam do książki. Gdzie to ja skończyłem? Aha, Ewa Kluge dostarczyla urzędowy, pisany na maszynie, list. Zgodnie z jej przewidywaniami zakłócił on całkowicie życie spokojnej i pracowitej rodziny. Rezultatem jest karta zaczynająca się słowami:
Matko! Fuehrer zamordował mojego syna…

Już kilka godzin po podrzuceniu karta trafia w ręce doświadczonego oficera Gestapo, komisarza Eschericha…
– Gdybyśmy mieli prawdziwą policję i gra warta byłaby świeczki, to ten, który napisał kartę, siedziałby od kluczem po dwudziestu czterech godzinach…

Komisarz się mylił, upór i desperacja prostych ludzi okazały się silniejsze od logiki godnej Sherlocka Holmesa i niemieckiej skrupulatności. Sprawa ciągnie się grubo ponad rok, a w międzyczasie wkraczamy w świat oszustów, donosicieli, partyjnych karierowiczów.

Dopiero kilka miesięcy temu poszukałem w internecie informacji o życiu autora i teraz wiem, że większość opisywanych sytuacji i osobników autor przeżył lub poznał osobiście.
Właściwie jest mi to obojętne. Na potrzeby tego wpisu szukałem tylko kilku cytatów i utknąłem na dobre – przeczytałem książkę od deski do deski raz jeszcze, mimo że czytałem ją już wiele razy.

Nie mogę się więc oprzeć pokusie zacytawania jedego, charakterystycznego fragmentu:

– Baldur – błagał (swojego syna) znów stary. – Nie wiesz co to za dom. Głodzą człowieka na śmierć, a pielęgniarze wciąż biją. I inni chorzy też mnie biją.
(…)

– Zdarzają się jeszcze o wiele straszniejsze rzeczy. Czasem starszy pielęgniarz daje chorym, który trochę hałasują, zastrzyk z czymś takim zielonym. Nie wiem jak to się nazywa. Ale po tym ludzie muszą ciągle rzygać. Aż duszę z ciała wyrzygają, a potem znikają nagle…

Reakcja syna:
… Mój ojciec dostał taki zastrzyk…
Lekarz zawołał: – To jest wykluczone!…
– Panie doktorze, byłbym panu naprawdę bardzo zobowiązany, gdyby pan pielęgniarzowi, teraz, jeszcze w mojej obecności wydał polecenie natychmiastowego wykonania takiego zastrzyku. Poszedłbym, że tak powiem, uspokojony do domu…

Zawsze jednak jest ucieczka:
… Wróciwszy do swego gabinetu lekarz ciężko opadł na fotel. Czuł, że drży na całym ciele i że zimny pot zrasza mu czoło… Wstał, podszedł do szafki z medykamentami. Powoli wyjąż strzykawkę…
Wrócił na fotel, wyciągnął z zadowoleniem nogi oczekując działania narkotyku… Zmrużył oczy i wyciągnął się. Oddychał z przyjemnością i było mu dobrze na sercu.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.

Na zakończenie wrócę jeszcze do spóżnionego o 63 lata tłumaczenia książki na angielski.
Po piewsze przyczyna. Wydaje mi się, że była nią cenzura, fakt, że książkę napisał pisarz namaszczony przez komunistycznego dygnitarza – protektor Fallady, Johannes Becher, w momecie publkacji książki, był ministrem kultury NRD.
Ciekawe, że w roku 1940, czyli już podczas wojny, Anglicy nie mieli problemu z wydaniem innej książki Fallady – Żelazny Gustaw – tak, tej pisanej pod protekcją ministra propagandy hitlerowskich Niemiec.
Inna rzecz, że tutaj z kolei mocno napracowała się angielska cenzura. W zgodnym z oryginałem wydaniu w roku chyba 2013 przywrócono około 85,000 usuniętych pierwotnie słów – KLIK.

Ksiązka Każdy umiera w samotności była oczywiście przed wydaniem ocenzurowana w NRD, ale według mnie nie spowodowało to żadnej istotnej zmiany oryginalnego tekstu. Według angielskich źródeł, w wydanej w 1947 roku wersji wszystkie postacie są zdecydowanie czarno-białe, w oryginale są nieco bardziej zróżnicowane.
Moja uwaga – w tej książce nikt nie jest biały/czysty.

Po drugie – tytuł. Tytuł oryginału to: Jeder stirbt fur sich allein. Polskie tłumaczenie – Każdy umiera w samotności – wydawało mi się właściwe dopóki nie dowiedziałem się, że Anglicy przetłumaczyli to na: Alone in Berlin (Sam w Berlinie). Na rynku amerykańskim książka ukazała się pod tytułem – Everyone dies alone, który odpowiada polskiemu tłumaczeniu.
Alone in Berlin – to dziwny pomysł – to zabija całą dramaturgię oryginalnego tytułu, ale… czy w książce ludzie umierają w samotności? Fizycznie jednak nie. I do tego te słowa: für sich – dla siebie. Czy to miało znaczyć – każdy umiera dla siebie samego, na swoje własne konto?
Bardzo proszę osoby używające niemieckiego na co dzień o komentarz.

A jak zmarł Hans Fallada?
W klinice odwykowej, w lutym 1947 roku. Jego najlepsza książka ukazała się już po jego śmierci.

PS. Na hasło stormtrooper google odpowiada – Gwiezdne Wojny – KLIK.

Co czytano w getcie?

Jakie piękne pytanie!

Co czytano w gettach?

Seminarium naukowe

W czerwcu 1942 Emanuel Ringelblum konstatował:

Co czyta ludność? Temat ten ciekawi każdego Żyda, a po wojnie będzie interesował świat. Świat zapyta: Co myśleli ludzie z Musa-Dah, [ludzie] z getta warszawskiego, którzy rozumieli, że nie ominie ich śmierć […]. Czytają pamiętniki Lloyda George’a, powieści światowej literatury o poprzedniej wojnie światowej itp., czytają z upodobaniem te strony, na których opisany jest rok 1918, klęska Niemiec.

Temat „co czytano w getcie” istotnie jest interesujący, a nie doczekał się jeszcze całościowego studium. O jednej z bohaterek fikcyjnej prozy Eva Weaver pisze: „Wertowała kolejne książki, w szczególności Baśnie tysiąca i jednej nocy. Czytała je wszystkie” (przeł. Magda Witkowska). W niefikcyjnej relacji Władysław Dov Kornblum wymieniał: Mały Lord, Książę i żebrak, Sława, Chata wuja Toma. W niemalże wszystkich dokumentach osobistych znajdują się passusy poświęcone lekturom. Justyna Kowalska-Leder, badając dziennik Reni Knoll, zauważyła:

Być może martwota getta, jego odcięcie od przyrody, tłumaczy nieco czytelnicze gusta Reni, na przykład jej zachwyt nad Pojednaniem Heleny Zakrzewskiej […] czy literaturą skandynawską. […] Pod notatką wyrażającą zachwyt Ryszardem Lwie Serce Waltera Scotta Renia umieszcza fragment Kupca weneckiego:

Alboż to Żyd nie ma oczu,
nie ma rąk, organów, zmysłów,
namiętności?

Zapraszamy do udziału w seminarium naukowym, organizowanym przez Żydowski Instytut Historyczny, Instytut Slawistyki PAN i Fundację Józefa Rotblata. Odbędzie się ono we wtorek 14 czerwca 2016 o godzinie 13 w siedzibie Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Zgłoszenia prosimy wysyłać do 30 kwietnia na adres koordynatorki: joannamroszak@gmail.com

Joanna Roszak

Fundacja Józefa Rotblata, Instytut Slawistyki PAN

Wiosenne lektury

Andrzej Rejman

Motto własne: “Najpierw WIOSNA, potem reszta”

Ze zbiorów wyciągam ładną pocztówkę, na odwrocie której nieźle trzymają się naklejone 70 lat temu dwa “Bieruty” (pocztówka przedwojenna, ale zapisana i wysłana już po wojnie…)

1_Rapacki_Wiosna

Na pocztówce napisy:
Malarstwo Polskie
Józef Rapacki, Rok w krajobrazie Polskim
Un an dans les paysages polonais
Maj                                               Mai
Wyd. “Galerja Polska” Kraków
Naśladownictwo zastrzeżone

***

Ze stosu książek do przeczytania wyciągam “Szkice Piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego.

Otwieram na przypadkowej stronie (a kto miałby czas czytać od początku!)

Przebiegam wzrokiem po tekście.

Bobkowski pisze:

…Po całej niesamowitej hecy dziewięciu wieków odzyskujemy na chwileczkę niepodległość, pietnaście minut wielkiej pauzy historycznej i po oszalałych wysiłkach stworzenia z tego plemienia jednolitego narodu, historia znowu dzwoni i już zaczyna się następna lekcja.

Kto wie, czy nie najgorsza, długie lata matematyki z całkami i różniczkami.

Jeśli Prus mnie zachwyca, to dlatego, że z pobłażliwym i ironicznym uśmiechem odstawia na bok ułana i dziewczynę, skowronki, łany, bławatki, chabry, zające i szaraki i uczy nas być narodem nie tylko w znaczeniu duchowym, ale przede wszystkim w znaczeniu materialnym, uczy budować od fundamentów, a nie od dachu.

Naród to nie dach, ten polski w stylu bizantyjsko-gotycko-nadwiślańsko-barokowo-dorycko-rokokowo-powstaniowo-marszałkowo i cholera wie co, ten dach złożony z legend i pieśni, ryczytałów i masochizmu ojczyźnianego, z pełnego tragizmu poczucia wielkości, które inni mają gdzieś, i pretensji do wszystkich i do wszystkiego z Bogiem włącznie, który dla nas nie jest Bogiem, lecz carem (to się jeszcze nie skończyło – to się zaczyna), ale także i fundamenty.

Te fundamenty o których u nas nie lubi się mówić, bo są nieefektowne , jak wszystkie fundamenty na świecie.

Bo nie są kolorowe, nie są artystyczne, nie mają w sobie dźwięku ostróg i chlupotania wody w głowie, rżenia koni lub walki konspiracyjnej.

Jestem “grudniak” i “zimniak” i nic z tego koncertu nie rozumiem.

I nic nigdy nie napawało mnie wielkim strachem i świętym oburzeniem, jak gadanie do pustych brzuchów i szczęście tak zwanych “przyszłych pokoleń”. I kłamstwo w imię ojczyzny w zawiesistym sosie nacjonalizmu mieczykowatego.

Ktoś mi opowiadał, że lotnicy amerykańscy za każdy nalot na Niemcy otrzymują specjalną premię i że każdy członek załogi bombowca, który po dwudziestu pięciu nalotach wróci cało i zdrowo, dostaje ileś tam dolarów i może wracać do Stanów Zjednoczonych. Wojna jest dla niego skończona i po herbacie.

Chciałbym widzieć Polaka, który słysząc to w pierwszej chwili nie zasłoniłby twarzy wstydliwie i nie był “do głębi” ( my zawsze “do głębi” – nic taniej) oburzony.

Nawet mnie wydało się w pierwszej chwili coś nie tego. Bo niby obowiązkiem dobrego Polaka jest tak długo latać, aż go zestrzelą na chwałę ojczyźnie. Jak można łączyć pojęcie “forsy” za poświęceniem się za ojczyznę? Amerykanie mają rację. Każdy z nas po cichu to przyznaje, ale broń Boże głośno. Hipokryzja na punkcie Polski i Ojczyzny ( przez wielkie “O”, – nic taniej) jest u nas zboczeniem narodowym. Hipokryzja ojczyźniana wpędza nas w tę zaściankowość całej naszej kultury, której w gruncie rzeczy nikt nie rozumie. Epatujemy się obcymi pisarzami, ale jak nasz pisarz napisze coś, i nie umieści w tym Polski, Polaka, malw i maków, strzechy, łanów, służącej, ciąży i skrobanki (jeden z narodowych problemów) to on jest zły Polak.

Jak Conrad, który raz wreszcie wpadł na świetną myśl pisania po angielsku.

I nie o strzechach i malwach. I pomimo, że zrobił dla Polski więcej reklamy, niż nawet Sienkiewicz, to Orzeszkowa uważała za stosowne mu nawymyślać. I nawet ludzie, którzy się nim zachwycali, nie potrafili jednak robić tego bez jakiejś głębinowej pretensji, “że nie wrócił”.

Nie wrócił, bo mu się lepiej podobało w Anglii i każdy człowiek powinien mieć prawo, żyć tam, gdzie mu się najlepiej podoba. Są tacy, dla których Koluszki albo Radom są wszystkim i bardzo to szanuję, ale są tacy, którzy wolą włóczyć się po świecie i znajdują w tym świecie więcej, niż w Koluszkach lub w Radomiu. I wtedy mówi się z świątobliwym oburzeniem “kosmopolita”, czyli prawie – Żyd! A czy może być coś gorszego – tak między nami – niż Żyd? …

Andrzej Bobkowski, Szkice Piórkiem (Francja 1940-1944) Instytut Literacki Paryż 1957. s. 236-237

***

2._Bobkowski_Szkice_Piorkiem_1

 3._Bobkowski_szkice_piorkiem1

No tak… rzecz znana i powszechnie omawiana, przy każdym nieomal spotkaniu Polaków.

Jednak nurtuje mnie wciąż kwestia – czy nie dałoby się jakoś pogodzić tych dwóch Polsk?

Tej prawdziwej (od: prawdziwi Polacy) i kosmopolitycznej (od: cała reszta), nazwijmy dla uproszczenia.

Pogodzić dla chwały Ojczyzny, oczywiście (sam piszę przez duże “O”, bo może nie jestem aż takim kosmopolitą jak Bobkowski? – w końcu zostałem w Warszawie…)

Pewnie trzeba byłoby wznieść się porządnie w przestworza i zobaczyć Ojczyznę z bardzo dalekiej perspektywy.

Wyobraziłem sobie statek kosmiczny, w którym siedzą wysłani na Marsa (z ekspedycją, nie na zesłanie!) dwaj Polacy (dla uproszczenia – płci męskiej), o różnych, wręcz przeciwstawnych poglądach. Można snuć rozważania, czy w obliczu lądowania na Marsie – pogodziliby się lub zbliżyli poglądy – a może stałoby się to tuż zaraz po oderwaniu się od Ziemi?

Dyskusję taką i ewentualne rozwinięcie tematu poddaję pod rozwagę naukowcom różnych specjalności, pisarzom, poetom i czytelnikom niniejszego tekstu.

PS. Czytelniku drogi, tam jest u Bobkowskiego takie słowo – ryczytały. To nie Andrzej Rejman się rąbnął i nie ja jako administratorka – przepuściłam. To Andrzej Bobkowski tak napisał, a Jerzy Giedroyc, Redaktor Wspaniały – przepuścił:

Bobkowski_11_ryczytaly

 

Quasimodogeniti

Ewa Maria Slaska

Niedziela

Niedziela jak niedziela. Dla tych co pracują na etacie niedziela to rzeczywiście dzień, kiedy się nie dziela, nie działa, się więc odpoczywa jak Pan Bóg po zakończeniu Stwarzania Świata. Inaczej jest z osobami wolnego zawodu i to rzeczywiście wolnymi czyli takimi jak ja. Nie mamy kancelarii, gabinetów lekarskich, warsztatów, salonów fryzjerskich ani pralni ekologicznych, które, z uwagi na potrzeby klienta, muszą mieć ustalone godziny pracy. A my nie. My pracujemy, jak nam świśnie albo przyciśnie. W pojęciu osób postronnych luzacy nie pracują nigdy i zawsze mają niedzielę, we własnym odczuciu – pracujemy cały czas i niedzieli nie mamy nigdy. Myślałby kto, że wobec tego nie znamy też tęsknoty za piątkowym wieczorem, za weekendem, za wolną sobotą, nie zatruwa nam też życia poniedziałkowy poranek, kiedy naprawdę nie sposób ucieszyć się z faktu, że się wstało i hop, radośnie można ruszać do pracy. Bo nie można. Bo się naprawdę nie chce…

Otóż, uwierzcie mi, nam się też nie zawsze chce! My też znamy ponure poniedziałkowe poranki i radosne wieczory sobotnie, najlepszy czas w życiu człowieka, jeszcze lepsze niż niedziele, bo w niedzielę już człowiekowi życie zatruwa fakt, że jutro trzeba znowu do kieratu. U nas po prostu się zdarza, że sobota, niedziela czy poniedziałek przypadają w inne dni. Nazwa to dźwięk i dym…

Niedziele mają jednak swoje nazwy. Nie wiedziałabym tego, gdyby nie roczny kurs komputerowy, w którym wzięłam udział w roku 2000. Jednym z tzw. modułów tego kursu było nauczenie nas, jak się mamy prezentować. Każdy z nas miał przygotować wykład lub pokaz o tym, co umiemy najlepiej. Jeden z kolegów pokazał nam jak się walczy kijami, ja opowiedziałam o miłorzębie japońskim i poezji, chłopak, z którym się zaprzyjaźniłam, grafik i poeta, opowiedział nam o… niedzielach w kalendarzu chrześcijańskim. Patrzyliśmy na niego z otwartymi ze zdumienia buziami, a on recytował: Estomihi, Invocavit, Reminiscere, Okuli, Laetare, Judika, Quasimodogeniti, Misericordias Domini, Jubilate, Cantate, Rogate…

Na zakończenie powiedział, że sam nie jest religijny, ale babcia go nauczyła wszystkiego, co sama wiedziała o liturgii, i zawsze myślał, że mu się ta wyuczona w dzieciństwie wiedza do niczego nie przyda. Okazało się jednak, że i owszem, przydała się, wysłuchaliśmy świetnego wykładu, a Ronald dostał najwyższą ocenę.

Niektóre z tych nazw znałam, niektóre rozumiałam, jak na przykład Jubilate, Cantate, Rogate… raduj się, śpiewaj, módl się… Ale niektórych nie rozumiałam nic a nic… Na przykład laetare, cieszyć się…

Albo Okuli… zdałoby się oczy, ale dlaczego. A to dlatego że antyfona na ową niedzielę, trzecią Wielkiego Postu, brzmi:

Oculi mei semper ad Dominum,
quia ipse evellet de laqueo pedes meos:
respice in me, et miserere mei,
quoniam unicus et pauper sum ego.

Oczy moje są zwrócone ku Panu,
bo On uwalnia moje nogi z sidła.
Wejrzyj na mnie i zmiłuj się nade mną,
bo jestem samotny i nieszczęśliwy.

Najdziwniejsza była jednak nazwa dzisiejszej niedzieli: Quasimodogeniti. QuasimodoTym sposobem, mociumpanie, mociumpanie me pisanie… Garbaty dzwonnik z Notre Dame, klub jazzowy w Berlinie. Geniti, coś z rodem, narodzinami lub płcią… Tym sposobem narodzony. Tak bym to sobie tym sposobem czyli na zdrowy rozum przełożyła. Jakiś renatus. A tymczasem internetowy poradnik liturgii polskiej tłumaczy, że jest to Niedziela Miłosierdzia Bożego. Nie może być! Miłosierdzie to Misericordia. Bzdura! Ten internet! Tyle wie, co zje… Niemcy tłumaczą, że jest to Biała Niedziela, bo tego dnia chrzczono dzieci, które chrzest obmywa z grzechu, tak że stają się czyste, białe, lśniące… Zamyślam się nad tą informacją i nagle olśnienie, czyste, białe i lśniące: chrzest czyli ponowne narodziny, quasi modo geniti infantes, tym to sposobem, dziecino, narodziłaś się jako Chrześcijanin… Polska wykładnia jest trochę inna od niemieckiej, bo po polsku pełna nazwa dzisiejszej niedzieli brzmi: «niedziela po zdjęciu białych szat». Nowo ochrzczeni pierwszy raz przychodzili do kościoła w zwykłym odzieniu i zajmowali miejsca wśród innych wiernych. Ale tak czy owak chrzest i tym sposobem…

I rzeczywiście: Quasi modo géniti infántes, allelúia: rationabiles, sine dolo lac concupíscite, allelúia, allelúia allelúia czyli jak nowo narodzone niemowlęta, zapragnijcie nie sfałszowanego duchowego mleka, abyście przez nie wzrastali ku zbawieniu, jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan. To pierwszy list świętego Piotra do wybranych, przybyszów wśród rozproszenia w Poncie, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii.

Słodki jest Pan jak mleko, które piją noworodki. Podobno tak właśnie jest, mleko matki jest słodkie, jest to pierwszy smak, który poznajemy, dlatego tak lubimy to, co słodkie. Natura zresztą też nas do tego smaku przyzwyczaja i zachęca. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno nic, co w naturze jest słodkie, nie jest trujące, czyli od pięciu milionów lat nauczyliśmy się, że do słodkiego możemy mieć zaufanie, bo na pewno nas nie zabije. Pan jest słodki. Może nie każdy Bóg czyli Pan jest słodki, ale judaistyczny na pewno. Ten przymiotnik wciąż się w Biblii powtarza.

Ciekawe jednak, skąd święty Piotr, brodaty stary Żyd, wiedział, jak smakuje mleko, które piją noworodki? Pamiętał z dzieciństwa, czy też pokosztował go jako dorosły, gdy na przykład jego żona, Perpetua, urodziła mu córkę Petronelę?

Pozostaje jeszcze Quasimodo, dzwonnik z Notre Dame. Nie pamiętam tej książki w ogóle, nigdy jej nie lubiłam, czytałam tylko raz, dawno temu. Filmu nie widziałam, musicalu też. Ale oczywiście Wikipedia od razu na początku rozwiewa wątpliwości. Tak to to samo “quasimodo”. No i na szczęście istnieje jeszcze portal chomik, który jest podobno paskudnym kapitalistycznym oszustwem, ale ja nie wiem, na czym ono polega (można mnie, proszę bardzo, “objaśnić” jak świecę). Mnie on zawsze cudownie służy, gdy chcę tu coś szybko zacytować.

Jest rok 1468… w poranek niedzieli przewodniej (Quasimodo) jakieś niemowlę zostało złożone po mszy w kościele katedralnym we wgłębieniu lewej ściany katedry. Było we zwyczaju kłaść w tej wnęce dzieci opuszczone na łaskę osób miłosiernych. Brał je stąd kto chciał… Po chwili nadszedł poważny i uczony Robert Mistricolle, protonotariusz królewski, z ogromnym mszałem pod jedną ręką, a z żoną —pod drugą.
— Podrzutek! — rzekł obejrzawszy niemowlę.
— Mości protonotariuszu — spytała jakaś kobieta — jaki nam stawiasz prognostyk z tego podrzutka?
— Prognostyk największych nieszczęść — odpowiedział Mistricolle.

… słowom protonotariusza królewskiego przysłuchiwał się od pewnego czasu młody kapłan. Była to postać surowa, o szerokim czole i głębokim spojrzeniu. W milczeniu rozsunął ciżbę i przyjrzał się niemowlęciu.

— Biorę za swoje to dziecko — powiedział po chwili. Ukrył je pod sutanną i zabrał….
Litość niewypowiedziana ścisnęła mu serce i zabrał z sobą niemowlę. Znalazł je w istocie nad wyraz bezkształtnym. Niemowlę miało brodawkę na lewym oku, głowę wciśniętą w ramiona, grzbiet powyginany, mostek wystający, nogi powykręcane.

Współczucie Klaudiusza wzmagało się właśnie wskutek tej brzydoty . (…) Ochrzcił przybrane dziecko i nazwał je Quasimodo; chciał tym sposobem upamiętnić dzień, w którym je znalazł i zaznaczyć, do jakiego stopnia to biedne, małe stworzenie urodziło się ułomne. I rzeczywiście: jednooki, garbaty, koślawy podrzutek był chyba tylko niby-czymś (quasi-modo).

***
Powieść została napisana w roku 1831, a już w kilkanaście lat później, bo w roku 1844, powstał oparty na jej motywach balet Esmeralda. Muzykę napisał Cesare Pugni, a choreografię ułożył sam wielki Petipa. Dziś jest to staroć wręcz niemożliwa i na Zachodzie w ogóle już nie wystawiana. Angielska Wikipedia twierdzi, że Esmeraldę wystawia się jeszcze tylko w krajach byłego Związku Radzieckiego i Europy Wschodniej. I rzeczywiście, jak to często bywa, kiedy człowieka coś zainteresuje, już następnego dnia po spisaniu tego wszystkiego, w książce Utracone serce Azji natrafiam na notatkę o balecie Esmeralda. Autor, angielski pisarz i podróżnik, Colin Thubron, we wczesnych latach 90 przebywał przez kilka miesięcy w Azji Centralnej. W Taszkencie (uwaga! taka jest podobno prawidłowa wymowa tej nazwy!) poszedł do teatru miejskiego, który wystawiał Esmeraldę, “staroświecki balet z udziałem cygańskich porywaczy dzieci, nieszczęśliwie zakochanej heroiny i krwiożerczego zakonnika”. Balet okazał się “bezwstydnym wyciskaczem łez” – “pod koniec kulawy dzwonnik odniósł zwycięstwo nad despotyzmem religijnym, zrzucając lubieżnego zakonnika z wieży. Widzowie nagrodzili go gromkim aplauzem”. Gdy czytam te słowa, mam dziwne poczucie, że Thubron jest być może, jak zapewnia tekst na okładce książki, znamienitym angielskim erudytą, ale w ogóle nie ma pojęcia o tym, że ta baletowa historia ma jakikolwiek związek z “naszą” kulturą europejską i traktuje ją jako kolejną dziwaczną pozostałość po umarłym imperium sowieckim.