Nowy kot, nowe wpisy o kotach

Ewa Maria Slaska

Rysia

Wierni czytelnicy tego bloga wiedzą, że bardzo lubię koty i że przez ponad 20 lat miałam piękną kocicę imieniem Schyzia (nomen był niestety omen) i że często pisałam o kotach – kotach w domu, kotach w mieście, kotach w sztuce. Moja siostra, moje przyjaciółki warszawskie, Maryna i Danusia, i berlińskie (a czasem i przyjaciele, ale rzadziej), znając moje upodobania, przysyłają mi różne dawne, albo przeciwnie – nowe i spod igły – kocie konterfekty. O tym, że koty są ważne, niech świadczy fakt, że na blogu nie ma odnośnika (tagu) “pies”, ale “kot” oczywiście jest – a ściślej rzecz biorąc: “koty”. Był czas, że tak często znaleźć tu można było wpisy o kotach, że jedna z odległych znajomych, zachęcana przez jedną z bliskich znajomych do czytania mojego bloga (bo ponoć ciekawy), miała odpowiedzieć, że nie ma ochoty, “bo ta Slaska to tylko o kotach pisze”…

Po czym, po 21 latach, Schyzia odeszła do krainy wiecznych kocich łowów, a ja przez długi czas nie pisałam o kotach (no, nie przesadzajmy – ale jednak pisałam rzadziej), bo bardzo mi było brak bliskiej kociej duszy w domu i nie chciałam “rozdrapywać ran”. Twierdziłam przy tym, że już nie chcę brać żadnego nowego kota, bo jeśli i ten miałby przeżyć dwie dekady, to może się zdarzyć, że mnie przeżyje, i co się wtedy z nim stanie. No ale kot przyszedł sam, a właściwie przyszła kotka – mój wnuk nadał jej świetne imię Rysia (choć kicia bardziej żbikowata jest niż rysiowata), no i tak to mogę spokojnie oddać się ulubionej rozrywce czyli pisaniu o kotach.

To Rysia sfotografowana przez moją synową, a to – banalnie – przeze mnie.

Ernę przysłał Tibor Jagielski, choć wcale nie wiem, czy on wie, że ja bardzo lubię koty. A może teraz już wie, ale nie wiem, czy wiedział, jak mi te swoje rysunki podsyłał.

Ten kocur (kocica) śpi w identycznej pozycji co Erna (i generuje ozon):


Takimi kotami powitał mnie pewnego dnia Mieczysław Węglewicz:

Ale przyznaję, że nie mam pojęcia, kto mi podrzucił dwa kolejne koty (autorką pierwszego jest na pewno Katharina Nenning):

Zaglądam dalej w zakamarki tego, co sobie ostatnio zapisałam. To znowu koty Miecia. Przyznajmy, że kot (jako taki) wie, co robi – na większości obrazków albo je albo śpi. Ouachhh… Kotom to dobrze. Tym dwóm jeszcze lepiej niż Rysi, bo Rysi zasadniczo nie wolno łazić po stole. A już spać na stole!

Kota na torebce miała pewna Arabka w autobusie. Musiała lubić koty, bo na opakowaniu komórki też miała kocie oczy i wąsiska, ale już nie chciałam przesadzać z nagabywaniem obcych ludzi o zgodę na fotografowanie.

A tu kubeczek sfotografowany podczas herbatki u mojego siostrzeńca (też autor).

No i okazuje się, że zwykłe koty zajęły tyle miejsca, że właściwie nie starczyło go na koty w dziełach sztuki. Dziś pokażę zatem tylko jeden obrazek z kotami, nadesłany przez moją warszawską przyjaciółkę Danusię. Ale nie martwcie się, na pewno za niedługo znowu napiszę o kotach, bo ja przecież zawsze “tylko o kotach”.


To koty z bestiariusza (Worksop Bestiary, England c. 1185 – NY, The Morgan Library & Museum, MS M.81, fol. 46v) i zaiste, ogromne wielokolorowe bestie, jeden z nich upolował szczura też jak bestia. W internecie ktoś sklasyfikował te koty: Irish Green Shorthair (now very rare), Pictish Woad Blue, and the Mercian Café au Lait Ragdoll.

Kocie zagadki

Koty w pomorskiej wiosce Poczernin. Jest to jedyna w Polsce wieś, gdzie istnieje oficjalny, kościelny ośrodek leczenia za pomocą egzorcyzmów. Egzorcystów kościelnych jest w Polsce kilkuset, ale tylko jeden ośrodek. Mieści się w starym młynie, obok zbudowano mały klasztor i erem. Gdy byłyśmy tam z koleżanką w grudniu 2017 roku, budowano właśnie obok centrum pielgrzyma. 
Ale dość już o egzorcystach, przechodzimy do zagadek. Proszę podać tytuły i autorów książek, z których pochodzą te cytaty. Zdjęcia mają się nijak do tego, o co chodzi w cytatach. Po prostu nadeszła pora, żeby je wreszcie wstawić do jakiegoś wpisu…


1.

Trzecim w tej kompanii był kocur, który nie wiadomo skąd się wziął, wyposażony w zawadiackie wąsy kawalerzysty, olbrzymi jak wieprz, czarny jak sadza lub gawron. Cała trójka ruszyła w ulicę Patriarszą, przy czym kocur szedł na tylnych łapach.
Iwan pobiegł za łajdakami i od razu przekonał się, że dogonić ich będzie bardzo trudno.
Trójka błyskawicznie przemknęła przez ulicę i znalazła się na Spirydonowce. Choć Iwan nieustannie przyspieszał kroku, odległość miedzy nim a ściganymi nie zmniejszała się. Poeta ani się obejrzał, jak przemierzył Spirydonowkę i znalazł się przy Bramie Nikickiej, a tam jego sytuacja znacznie się pogorszyła. Tu już było tłoczno. W dodatku szajka złoczyńców właśnie postanowiła zastosować wypróbowany bandycki fortel i uciekać w rozsypce. Regent nader zręcznie wprasował się do autobusu, który na pełnym gazie pędził w kierunku placu Arbackiego, i umknął. Iwan, zgubiwszy jednego ze ściganych, całą uwagę skoncentrował na kocurze i zobaczył, że dziwny ów kot podszedł do drzwi wagonu motorowego linii “A”, który stał na przystanku, bezczelnie odepchnął wrzeszczącą kobietę, chwycił za poręcz i nawet wykonał próbę wręczenia konduktorce dziesiątaka przez otwarte z powodu upału okno.
Zachowanie się kota wstrząsnęło Iwanem do tego stopnia, że zastygł nieruchomo obok sklepu kolonialnego na rogu i wtedy zdumiał się po raz drugi, i to znacznie silniej, tym razem za przyczyną konduktorki. Ta, skoro tylko zobaczyła włażącego do tramwaju kota, wrzasnęła dygocąc z wściekłości:
– Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! Psik! Wyłaź, bo zawołam milicjanta!
Ani konduktorki, ani pasażerów nie zdziwiło to, co było najdziwniejsze – nie to więc, że kot pakuje się do tramwaju, to byłoby jeszcze pół biedy, ale to, że zamierza zapłacić za bilet!
Kot okazał się zwierzakiem nie tylko wypłacalnym, ale także zdyscyplinowanym. Na pierwszy okrzyk konduktorki przerwał natarcie, opuścił stopień i pocierając monetą wąsy usiadł na przystanku. Ale gdy tylko konduktorka szarpnęła dzwonek i tramwaj ruszył, kocur postąpił tak, jak postąpiłby każdy, kogo wyrzucają z tramwaju, a kto mimo to jechać musi. Przeczekał, aż miną go wszystkie trzy wagony, po czym wskoczył na tylny zderzak ostatniego, łapą objął sterczącą nad zderzakiem gumową rurę i pojechał, zaoszczędziwszy w ten sposób dziesięć kopiejek.

W kawiarni Coffee Point w Szczecinie.


Drzwi prowadziły do straszliwie zadymionej kuchni. Księżna siedziała pośrodku na stołku o trzech nogach, piastując dziecko. Nad paleniskiem pochyliła się Kucharka, mieszając zupę w wielkim rondlu.
„Stanowcze musi być za dużo pieprzu w tej zupie” – pomyślała dziewczynka powstrzymując się od kichania.
W powietrzu unosiło się również zbyt wiele tej przyprawy. Nawet Księżna kichała od czasu do czasu, dziecko zaś na zmianę kichało i wrzeszczało bez wytchnienia. Jedynymi istotami uodpornionymi na tę ilość pieprzu w atmosferze byli: Kucharka oraz wielki kot, który siedział przy kuchni i uśmiechał się od ucha do ucha.
– Czy nie zechciałaby mnie pani poinformować – odezwała się dziewczynka trwożliwym głosikiem, nie była bowiem pewna, czy powinna odzywać się nie pytana – czy nie zechciałaby
mnie pani poinformować, dlaczego ten kot tak dziwacznie się uśmiecha?
– To jest Kot-Dziwak (…) – odpowiedziała Księżna – i w tym tkwi cała przyczyna. Prosię!
Ostatnie słowo Księżny padło tak nagle i gwałtownie, że dziewczynka aż podskoczyła z
przerażenia. Po chwili jednak zorientowała się, że słowo „prosię” było skierowane do niemowlęcia, nabrała więc znowu odwagi i rzekła:
– Nie sądziłam, że koty-dziwaki tak się uśmiechają. Nie przypuszczałam, że koty w
ogóle umieją się uśmiechać.
– Umieją doskonale – odparła Księżna. – I większość z nich uśmiecha się.
– Nie widziałam nigdy przedtem uśmiechającego się kota – rzekła dziewczynka, zadowolona
z nawiązania rozmowy.
– W ogóle mało jeszcze widziałaś – odpowiedziała Księżna. – I w tym tkwi sedno rzeczy.
(…) nagle ze zdumieniem ujrzała na jednym z pobliskich drzew Kota-Dziwaka. Na jej widok Kot uśmiechnął się swym zwyczajem od ucha do ucha.
„Wygląda raczej dobrodusznie – pomyślała – ale ma jednak bardzo długie pazury i całe mnóstwo zębów, trzeba więc traktować go uprzejmie”.
– Drogi panie Kiciu-Dziwaku – zaczęła raczej nieśmiało, ponieważ nie wiedziała, czy
forma ta przypadnie Kotu do gustu. (Kot uśmiechnął się jeszcze szerzej. Widzę, że mu się
spodobało” – pomyślała dziewczynka). – Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy
powinnam pójść? – mówiła dalej.
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
– Właściwie wszystko mi jedno.
– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
– Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała dziewczynka w formie wyjaśnienia
– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

(…) spojrzała w górę i znowu dostrzegła Kota siedzącego na gałęzi.
– Czy powiedziałaś, że dziecko zmieniło się w prosiaka, czy w psiaka? – zapytał Kot.
– Powiedziałam, że w prosiaka – odparła Alicja. – A w ogóle wolałabym, żeby pan nie
znikał i nie pojawiał się tak nagle. Można od tego zgłupieć.
– Zgoda – rzekł Kot i tym razem zaczął znikać bardzo powoli, zaczynając od końca
ogona, a kończąc na uśmiechu, który pozostał jeszcze przez pewien czas, zawieszony nad
gałęzią.
„Widziałam już koty bez uśmiechu – pomyślała dziewczynka – ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu. To doprawdy nadzwyczajne!”

Zdjęcie to było podpisane “Kot w Iraku”, ale nie wiem skąd je mam i nie wiem, czy to naprawdę kot w Iraku, czy ja to tylko tak sobie wymyśliłam. Kot się nie uśmiecha.


Słuchaj, Kochanie, i dobrze uważaj, bo to, co ci chcę opowiedzieć, działo się przed bardzo dawnymi laty, kiedy zwierzęta obecnie oswojone żyły jeszcze w stanie dzikim. Dziki był Pies i dziki był Koń, i dzika była Krowa, i dzika była Owca, i dzika była Świnia – tak dzika, jak tylko zwierzę dzikim być potrafi. I wszystkie te dzikie zwierzęta chodziły po Wilgotnych, Dzikich Lasach, samotnymi, dzikimi ścieżynami. Ale najdzikszy ze wszystkich dzikich zwierząt był Kot. Sam zawsze chadzał własnymi drogami i było mu wszystko jedno kędy.

Naturalnie, że Człowiek był także dziki. Strasznie dziki. A zaczął się oswajać dopiero wówczas, gdy spotkał Kobietę, która mu powiedziała, że wcale nie ma ochoty prowadzić takiego dzikiego życia, jakie on dotąd prowadził. I zaraz wyszukała ładną, suchą Jaskinię i oświadczyła, że w niej będzie sypiać, a nie na kupie mokrych liści; następnie wysypała całe wnętrze Jaskini suchym, miękkim piaskiem, a w głębi roznieciła ogień; wnijście zaś do Jaskini zasłoniła skórą końską zawieszoną ogonem na dół i rzekła:
– Odtąd, mój Kochany, musisz sobie wycierać nogi wchodząc do mieszkania, bo zaczniemy prowadzić porządny dom.
Tego wieczora, Kochanie, jedli już na kolację pieczeń z dzikiego barana, upieczoną na gorących kamieniach i przyprawioną dzikim czosnkiem i dzikim pieprzem; i dziką kaczkę z dzikim ryżem i dzikim bożym zielem, i dzikim anyżem; i kości szpikowe z dzikiego wołu, i dzikie czereśnie, i dzikie owoce granatu.
A po tej kolacji Mężczyzna położył się w pobliżu ogniska, ogromnie zadowolony i szczęśliwy; Kobieta natomiast zaczęła rozczesywać długie włosy. I wzięła kość z pieczeni baraniej, płaską kość łopatkową, i długo wpatrywała się w wyryte na niej znaki, następnie dorzuciła drew do ogniska i uczyniła Czar. Pierwszy Czar na świecie – Czar Śpiewu.
A z Wilgotnych, Dzikich Lasów wybiegły wszystkie dzikie zwierzęta i zgromadziły się wmiejscu, skąd mogły widzieć światło ogniska, i dziwiły się, nie wiedząc, co to ma znaczyć.
A Dziki Koń tupnął dzikim kopytem i rzekł:
– O Przyjaciele moi i Nieprzyjaciele! Powiedzcie, dlaczego Człowiek i Żona jego rozłożyli tak wielki ogień w tej wielkiej Jaskini i jaką on nam wyrządzi szkodę?
A Dziki Pies począł węszyć dzikim nosem i poczuł woń pieczonej baraniny, i rzekł:
– Muszę tam pójść i zobaczyć, i dowiedzieć się, bo zdaje mi się, że jest tam coś dobrego. Chodź, Kocie, pójdziemy razem!
– Nie! Nie! Jestem Kotem, który zawsze sam chadza własnymi drogami, i wszystko mi jedno kędy! Nie pójdę z tobą!
– Nigdy już więc nie będziemy przyjaciółmi – rzekł Dziki Pies i sam ruszył w stronę Jaskini.
Ale zaledwie uszedł kilka kroków, Kot mruknął do siebie:
– Wszystko mi jedno, kędy chodzę. Dlaczego nie miałbym pójść także do Jaskini i zobaczyć, i oglądać, i powrócić, kiedy mi się spodoba? – I cichutko, na palcach, pomknął za Psem i ukrył się w pobliżu Jaskini, skąd mógł wszystko i słyszeć, i widzieć. I zobaczył, jak Dziki Pies, doszedłszy do Jaskini, podniósł głową skórę końską, wiszącą u wnijścia ogonem na dół, i począł węszyć przyjemną woń pieczonej baraniny; a Kobieta, przyglądająca się właśnie łopatce z barana, na widok Psa zaśmiała się i rzekła:
Oto pierwszy! Dzika Istoto z Dzikich Lasów, czego potrzebujesz?
A Dziki Pies rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, jaka to woń rozkoszna rozchodzi się po lasach?
Wówczas Kobieta wzięła kość z pieczeni baraniej, rzuciła ją Dzikiemu Psu i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, spróbuj i pokosztuj!
Pies ogryzł kość, która była smaczniejsza od wszystkiego, co kiedykolwiek był jadł, i rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, daj mi jeszcze jedną!
A kobieta odparła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, pomagaj memu Mężowi polować w ciągu dnia, a w nocy strzeż Jaskini, a będziesz miała tyle kości z pieczeni, ile sama zechcesz!
– Ach! – szepnął Kot, który podsłuchiwał. – Ta Kobieta jest bardzo mądra, ale nie taka mądra, jak ja.

Gdy już nie tylko pies, ale koń i krowa poszli do Jaskini i zawarli układ z Kobietą…

Kot ukrył się, jak zwykle, i czekał, czy znów jakieś dzikie zwierzę nie pójdzie do Jaskini; nikt się jednak nie ruszył z Wilgotnych, Dzikich Lasów. Wówczas Kot sam się udał do Jaskini i zobaczył, jak Kobieta doiła Krowę, i poczuł przyjemne ciepło bijące od ogniska i zapach ciepłego mleka. I spytał:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, dokąd poszła Dzika Krowa?
A Kobieta zaśmiała się i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, wracaj, skąd przyszłaś, bo zaplotłam już warkocze i odrzuciłam kość czarnoksięską, i nie potrzeba już więcej przyjaciół ni sług w naszej Jaskini!
A Kot rzekł:
– Nie jestem ani przyjacielem, ani sługą, lecz Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, a teraz chciałby wejść do waszej Jaskini.
(…)
Przebiegły Kot, opiekując się Dzieckiem i polując na myszy, doprowadził jednak do tego, że i Kobieta, i Mężczyzna i Pies zawarli z nim układ, i zdarzyło się, że wprawdzie, że…

Mężczyzna rzucił za kotem butami i kamiennym toporkiem, a Kot wybiegł z Jaskini i ścigany przez Psa, wdrapał się na drzewo, ale od tej chwili, Kochanie, na pięciu prawdziwych Mężczyzn trzech z pewnością rzuca za Kotem butami, a wszystkie prawdziwe Psy gonią go i prześladują. Ale Kot także dotrzymuje warunków układu. Łowi myszy i dobry jest dla Dziecka, dopóki go nie targa za ogon.

Ale spełniwszy swe obowiązki, od czasu do czasu urządza sobie wycieczki, a zwłaszcza podczas jasnych nocy księżycowych staje się znów Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, i wszystko mu jedno kędy. I wówczas pędzi do Wilgotnych, Dzikich Lasów lub wdrapuje się na Wilgotne, Dzikie Drzewa i Wilgotne, Dzikie Dachy i wywijając dzikim ogonem, biega po Dzikich, Wilgotnych Ścieżynach.


Kot nad morzem w Albanii. A może w Grecji. Chyba że są to jednak Indie…

Kot. Ze świata podręcznych 8

Ewa Maria Slaska

Przez przypadek, którego jak wiadomo nie ma, w dniu, kiedy w internecie rozpoczęła się akcja #metoo, znalazłam na facebooku, taki oto plakat:

Plakat festiwalu Satyrykon Legnica 2005, zaprojektowany przez Józefa Wilkonia.

Zamyśliłam się, ale nie nad kotami, tylko nad sobą i światem. Graficznie znakomity plakat. Ciekawe, że natychmiast wiadomo było (mnie?), że ta biała to kotka, a ten czarny to kocur. Bo czarny robi to co robi, a biały nie robi nic. Jasne.

Gdy plakat powstał i posłużył informacji publicznej był jednak rok 2005, prawdopodobnie wtedy nikogo ani zgorszył ani zainspirował do myśli “pożytku publicznego” czyli, jak to się nazywało za moich czasów, “wyższej użyteczności publicznej”. Ja sama jednak przypominam sobie, że już wtedy, te kilkanaście lat temu, kiełkowały we mnie małe złości związane z publicznym sugerowaniem czy to chwytania za tyłek czy może pewnych obyczajów seksualnych, ongi bardzo jeszcze wyuzdanych, a i dziś w takiej np. powieści Witkowskiego Wymazane określanych jako “dziki seks analny”. Otóż kilkanaście lat temu rozpowszechnił się w Berlinie zwyczaj sięgania na powitanie do tyłka partnerki i sugerowania ruchem palca środkowego (znanego wszak jako fuck you finger), że się jej ten palec wtyka… Był to gest wcale nie skierowany do partnerki, która na pewno go nie widziała, a więc możliwe, że nawet nie wiedziała, iż tak się ją wita, nie, był to gest skierowany do świata zewnętrznego. Palec pod kobiecym tyłkiem miał, tak to rozumiałam, obwieszczać wulgarnie, że ten tyłek jest do mojej męskiej dyspozycji i to, ho ho, jak!, jak tylko chcę… Gest ów raził (mnie) i prowokował (też mnie), zastanawiałam się zatem, gdzie mogłabym o tym napisać (nie miałam jeszcze bloga, może zresztą wcale jeszcze nie było żadnych blogów), aż zobaczyłam parę, gdzie to dziewczyna na powitanie podetknęła facetowi palec pod tyłek. Co ten jej gest oznaczał? Jeśli był dosłowny, to była to sprawa ich obojga, ale nie wykluczone, iż głosił, że jak ty mnie tak ja tobie, czyli równouprawnienie. Niestety nie poczułam w tym momencie żadnej satysfakcji, wręcz przeciwnie, jeśli to możliwe, było mi jeszcze gorzej. Z przyczyn banalnych. Bo jestem po prostu staroświecka i uzależniona od norm obowiązujących w mojej młodości, a wpajanych mi przez dwie kobiety – jedną, która wyrastała w zamożnym mieszczańskim domu na początku XX wieku, i drugą – wychowaną w latach 30. I to one zatrzęsłyby się ze wstrętu na widok dziewczyny, która sugeruje wtykanie facetowi palca w dupę…

Z reguły próbuję w takich sytuacjach sama siebie przywoływać do porządku – nie gorsz się, to inne pokolenie i ich życie, twoje poczochrane włosy i mini spódniczki też gorszyły starsze panie, również te, które cię wychowywały… Zapomniałam o problemie, zresztą symboliczne wtykanie palca dość szybko zniknęło z życia codziennego i nawet kiedyś pomyślałam, że może dobrze, że z nikim nie kruszyłam kopii o taką błahostkę. Aż dopiero…

Jakub Zasada

Aż dopiero dziś, w październiku 2017 roku, pomyślałam, że trzeba było już wtedy jak ten kot drzeć mordę… Drzeć mordę o wszystko i o wszystkim. O tym co przyjaciele, szefowie, mężowie, narzeczeni, drzeć się… O zwykłe proste gesty też, a nie tylko o sprawy dramatyczne i straszne, bo te błahostki nie biorą się znikąd i są wierzchołkiem góry lodowej… A jak milczymy, przyzwalamy, wszyscy to wiemy. I potem, jak przerwiemy milczenie, usłyszymy straszną opowieść, opublikowaną w Wysokich obcasach, opowieść podręcznej, kobiety maltretowanej i gwałconej przez męża, który torturując ją, komentował: “możesz pójść i opowiedzieć wszystkim, i tak ci nikt nie uwierzy”.
I rzeczywiście – nikt jej nie uwierzył.


Przepraszam Józefa Wilkonia i przepraszam Polish Poster Gallery z Wrocławia. Chciałam napisać wpis o pięknych kotach na plakatach, a wyszło jak wyszło, wyszedł ogromny smutek i wiedza o tym, że wszyscy jesteśmy winni temu, co się przydarzyło Ewie z Wysokich obcasów.

Tu plakaty.

Leszek Żebrowski, Józef Wilkoń, Jakub Zasada
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Leszek Żebrowski
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Józefa Wilkoń
Ryszard Kaja, Jakub Erol, Leszek Wiśniewski

Reblog: Koty i cmentarze

Myślę, że nawet gdy, jako adminka, postanowiłam, że w tym roku nie obchodzimy na blogu Dnia Kota (17 lutego), to jednak jako miłośniczka kotów i cmentarzy nie mogłam się oprzeć pokusie zreblogowania tego wpisu z Szuflady Małgosi… A że po czasie, cóż temat jest wieczny, dziesięć dni później nic nie znaczy

Małgorzata Płoszaj

Cmentarni strażnicy

Nie wypada, by miłośniczka kotów siedziała cicho w takim dniu, jak dzisiejszy. Nawet profilowe zdjęcie „Szuflady” jest kocie i choć seria z zawstydzoną i obrażoną Mrużką ma już ponad cztery lata, to nadal ją lubię 😉

Jednak to nie własne koty chcę dziś pokazać. Przy okazji cmentarnych podróży zdarza mi się spotykać strażników, którzy pilnują grobów, złowrogo patrząc, gdy ktoś naruszy spokój pogrzebanych. Tak na przykład spojrzał na mnie ten cudny dziki kot na cmentarzu żydowskim w Katowicach.

Jego kolega w tym samym czasie kompletnie mnie ignorował i miał w dupie.

Pewnego roku, przy pracach renowacyjnych na żydowskim cmentarzu w Pszczynie, obserwacje prowadził kot (kotka?), który w momencie, gdy odłożyłam grabie i wzięłam aparat, odwrócił się dystyngowanie i odszedł. Być może uznał, że choć naruszamy mir cmentarny, to jest to w dobrej wierze.

Z kolei na ogromnym kirkucie tarnowskim koty mają swoje własne M-2, a może i M-3 😉 Jest to zrozumiałe, bowiem obszar do kontrolowania jest tam przeogromny.

Jeden z tarnowskich strażników wygląda tak.

Jedyna kotka (chyba w rui), która do mnie podeszła była częstochowianką. Pilnowała grobów masowych no i cmentarza. Obserwowała nas przez wiele minut, w końcu ośmieliła się podejść i uznać naszą obecność na jej terenie.

I na koniec potomkowie Muezzy, czyli ukochanego kota proroka Mahometa, pilnujący grobów w Sarajewie.

Międzynarodowy Dzień Kota dobiega końca, czas więc na sen z mruczącą Mrużką w stopach.  Mrauuuuuu :mrgreen:

Muzeum kotów

Ewa Maria Slaska (tekst), Maria Gast Ciechomska (zdjęcia)

Poszłyśmy do Muzeum Kotów, miało więc być o muzeum kotów, ale gdy siadłam do pisania przypomniało mi się nagle Muzeum Psów, dość niemiła ale świetna książka Jonathana Carolla, którą czytałam wiele lat temu w wydaniu Rebisu i tłumaczeniu Pawła Kwiatkowskiego. Wydawnictwo dołączyło do książki taki tekst:

Harry Radcliffe, sławny i błyskotliwy architekt, bez skrupułów wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję i każdą piękną kobietę. Podejmuje się nawet zaprojektowania Muzeum… Psów, na które sułtan Saru, obawiający się zamachu na swoje życie, chce wydać miliard dolarów, by się zapisać w pamięci potomnych.

Ciekawe, wydawało mi się, że akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w rozmowach projektanta muzeum z synem zleceniodawcy. A że facet jest bez skrupułów, nie wiem, nie pamiętam… Chyba przede wszystkim pamiętam puste spalone słońcem górskie krajobrazy, gdzie w jakiejś rozpadlinie powstanie muzeum… W gruncie rzeczy nic nie pamiętam. A mimo to wiem, że była to świetna książka. Niespokojna.

Muzeum kotów mieści się w spokojnej mieszczańskiej dzielnicy Berlina, w spokojnej mieszczańskiej kamienicy i nie ma w nim, na szczęście, nic demonicznego… Przeciwnie – jest Helmut Glantz, miły starszy pan, który od ponad 40 lat zbiera wszystko o kotach – figurki, obrazki, porcelanę, przedmioty codziennego użytku i wyszukane obiekty kolekcjonerskie. Masową produkcję pamiętkarską i cenne unikaty. A zaczęło się wszystko od małego białego kotka, kupionego za kilka marek przez ucznia ze szkoły średniej… Teraz koty zajęły całe mieszkanie, kurator i jego rodzina (teraz już tylko żona, dzieci poszły na swoje) oraz, oczywiście, koty zajmują inne mieszkanie w tej samej kamienicy. Tu nie ma miejsca dla żywych, tu rządzą koty uprzedmiotowione. Ale jak!

Katzenmuseum
Über 30 Jahre sammelten Katzenliebhaber Helmut Glantz und seine Frau alles, was mit Katzen zu tun hat. Das Ergebnis dieser Leidenschaft macht er der interessierten Öffentlichkeit in Berlins einzigen Katzenmuseum zugänglich.

Tassen, Teppiche und Vasen mit Katzenmotiven, gestrickte Katzen, Katzen aus Holz, Spieluhren mit Katzen und über 1000 Katzen-Porzellanfiguren. Es gibt buchstäblich nichts, was nicht mit Glantz’ Lieblingsmotiv verziert wurde. Zusätzlich verfügt das in einer 3 Zimmer-Wohnung in Lichterfelde beheimatete Katzenmuseum über eine kleine Bibliothek mit Sachbüchern zur Katzenzucht und Pflege. Feste Öffnungszeiten gibt es nicht, die Besucher werden nur nach telefonischer Voranmeldung empfangen und durch das Museum geführt.

Adresse / Adres:
Luisenstraße 38
12209 Berlin
Telefon: (030) 772 51 49
Öffnungszeiten / godziny otwarcia: Besichtigung nur nach Terminvereinbarung möglich / trzeba się umówić
Eintrittspreise / Ceny: frei / bezpłatnie (Spenden willkommen, datki mile widziane)

Festiwal piosenki natrętnej VI

Tomasz Fetzki

Memory, czyli natręctwo mało oryginalne

Stali blogowi bywalcy już wiedzą. Niestali mają prawo nie być zorientowanymi. Dlatego, ze względu na nich, należy przypomnieć tę smutną wieść: od minionego piątku Kotka Pracująca, dwudziestojednoletnia nestorka Schyzia, przemierza kocie Elizjum, skąpana w bladej poświacie pełni księżyca… Zaiste, zasłużyła sobie na wieczne wczasy!

Niestety, nie miał Viator okazji poznać Jej osobiście: mało brakowało, ale minęli się o zaledwie kilka berlińskich ulic. Jednak, jako człek zdolen do czucia wespół, od piątku jest myślami i uczuciem z Ewą Marią. I od tegoż dnia brzmi mu w głowie natrętnie a potężnie aria Grizabelli. Tak, to mało oryginalne skojarzenie. Ale czy banalna prawda przez swą banalność traci na prawdziwości lub autentyzmie?

Dyzio, Galaretka, Bywalec, Plameczka czy Ram Tam Tamek nie zrozumieją tego, co teraz czujemy wraz z Grizabellą i Schyzią. Nawet Makawity, choć spryciarz nad spryciarze, też tego nie pojmie. Przynajmniej na razie. Patrzy Pielgrzym na tę gromadkę niedopierzonych smarkaczy. Bardziej im zazdrości czy współczuje?

A znajdą się zapewne i tacy, którzy pukną się w czoło nad naszą głupotą: Kotem się przejmują? Dziwolągi, zbzikowane cudaki! Niech się pukają: czerep mają twardy i nieprzemakalny, wytrzyma. Oni, choćby nie wiadomo jak chcieli, nie mają szans na pozostanie w naszej pamięci. Ta pamięć wyrzuci ich brutalnie i nieelegancko tak jak, nie przymierzając, kotek pozbywa się kłaczka. Zaś wszystkie Schyzie naszego życia zostaną w niej na zawsze. I nikomu nic do tego! Bo pamięć to nasza suwerenna dziedzina.

Panie i panowie, zwróćmy twarze ku księżycowemu światłu. Wspominajmy Schyzię. Oto PAMIĘĆ!

KOT czyli KOD

Ewa Maria Slaska

Jeśli gwiazdki z nieba chcesz…

Dawno nie pisałam o kotach, a tymczasem życzliwi nadesłali kolejną porcję pięknych kotów. A więc do dzieła, kobieto, którą kiedyś pomówiono o to, że pisze tylko o kotach!

Zacznijmy więc od tego, że TEN KOD się jednak pisze przez D. Wszyscy wiemy, ale gdyby przypadkiem jeszcze ktoś nie wiedział, to jest to Komitet Obrony Demokracji, powołany do życia w listopadzie 2015 roku przez Mateusza Kijowskiego. Pomysłodawcą był jednak Krzysztof Łoziński, pisarz i opozycjonista, który w wywiadzie dla portalu Studio Opinii powiedział, że w obliczu zmian prawa, forsowanych przez właśnie wybraną partię PiS, należałoby na podobieństwo KOR-u czyli Komitetu Obrony Robotników, powołać Komitet Obrony Demokracji.

I tak się stało. 21 listopada na Facebooku powstał KOD, a już 3 grudnia grupa wyszła z Facebooka na ulice, najpierw w Warszawie, a potem w wielu innych miastach, w Polsce i poza granicami, w tym w Berlinie 19.12.2015 (demo w obronie TK).  Grupy krajowe powstawały z początkiem grudnia tak jak grupa niemiecka.

Dalej będzie już o KOT-ach przez T na końcu. Na początek przez dwa TT. Jan Kott, pisarz, opozycjonista, historyk literatury i nadwyczajny wręcz znawca Szekspira (na dodatek obrazoburczy!), miał ponoć opowiedzieć komuś, że jak go w PRL-u za karę postanowiono usunąć z kolejnego wydania Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, na jego miejsce musiano wstawić aż dwa koty przez jedno t na końcu. Odpowiednio przykrojone hasła kot domowy i kot dachowy (może mylę drugi z przymiotników, ale na pewno pierwszy był kot domowy) wypełniły szczelnie encyklopedyczną lukę po niepokornym pisarzu. Bo jak się poprawia wielkie leksykony, nie można niczego ot tak sobie wyrzucić, jako że usunięcie jednej tylko maleńkiej notatki, że Aaa kotki dwa to onomatopeiczny wers z popularnej polskiej kołysanki, mogłoby spowodować konieczność zmiany układu (graficznego) i składu (zecerskiego) całego tomu…

Opowiedział mi to kiedyś przyjaciel, a ja tego nigdy nie sprawdziłam. Nie mam starej encyklopedii wielotomowej, sięgam więc do jedynej, jaką posiadam: Encyklopedia Popularna PWN, wydanie dwudzieste drugie zmienione i uzupełnione. Rok 1992, Jan Kott wrócił już do encyklopedii, ale, pewnie znowu przez tych strasznych layoucistów, ma wpisik znacznie mniejszy niż kot domowy. I nie ma zdjęcia, podczas gdy kot ma nawet dwa obrazki, u góry kot domowy, który wygląda jak puszysty pers, pod spodem kot bezrasowy, ani chybi tygrys.

Nota bene linijki Aaa kotki dwa w encyklopedii nie ma. A powinna, bo to piosenka z dużą tradycją, choć dziś śpiewana w wersji poważnie zmienionej i skróconej. Oryginalną wykonali Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo w przedwojennym filmie dla dzieci Paweł i Gaweł. Autorami słów byli Jerzy Nel i Ludwik Starski, muzykę skomponował Henryk Wars. Ach, cóż to jest za piosenka!

Po KODzie i KOTTcie pora na Kota. Już jak trzeba, z jednym t na końcu, ale jeszcze z dużej litery. Taż sama encyklopedia przywołuje jakiegoś KOTa, Stanisława, 1885-1975, historyka, polityka, działacza ruchu ludowego. Napisał książkę Rozmowy z Kremlem. Rok mamy może już 1992, ale nasz polityk ma wpis odrobinkę dłuższy niż kot domowy i dwa razy obszerniejszy niż KoTT z dwoma TT.

Na zakończenie kilka kotów, przez jedno t na końcu i z małej litery. Nie szukam i nie szperam, po prostu sięgam do zasobów mojego Facebooka. Co dobre dla KOD, tym się zadowoli również kot.

Paul Klee. “Cat and Bird.” 1928. The Museum of Modern Art, New York.

Kot śnieżny znaleziony na Facebooku, “kakałko” od Julity, pozostałe trzy koty nadesłane przez Danusię.

Ja z kotem na spacerze. Dzieło wnuka.

Nadesłane przez moją siostrę.

Mój własny kot w moim własnym mieszkaniu – zdjęcie zrobione przeze mnie samą.  Umieszczam, bo chciałam tu zamieścić wszystkie koty z mojego Facebooka, które pojawiły się tam od czasu, gdy napisałam ostatni wpis o kotach. Kot wrócił mianowicie z pracy, o czym TU.

I na zakończenie najbardziej niezwykły obraz z kotami, jaki ostatnio widziałam, nadesłany przez kuzynkę, tzw. Kanadyjkę.
Carl Kahler
AUSTRIAN
MY WIFE’S LOVERS
Sprzedany w Sotheby za 826,000 USD  (wyceniony na 200.000, zarobił cztery razy więcej)

Do cats have nine lives?  While more than 3,000 people perished in the San Francisco Earthquake of 1906, Carl Kahler’s monumental canvas depicting 42 larger than life sized cats survived the destruction and devastation.  The history of what has been referred to as “one of the finest cat pictures in the world” (Oakland Tribune, February 4, 1930, p. 50) dates back  to the early 1890s when it was commissioned by cat enthusiast,  Kate Birdsall Johnson of San Francisco.

Mrs. Johnson was a millionaire and she loved cats, especially fancy Persian and Angora breeds. She housed 350 cats in her 3000 acre summer residence, Buena Vista, located near Sonoma, California. There, her pets were cared for by a troop of servants hired specifically for this purpose, and entertained by parrots and cockatoos, which coexisted with the feline community in the Johnson mansion. Each cat had a name, and recognized that name when called (Durling, p. 6).

In 1891, Mrs. Johnson commissioned the artist Carl Kahler to paint her cats. Kahler was Austrian by birth, but had established his career primarily as a painter of horse racing scenes in Australia and New Zealand, where he had worked for seven years. Upon arriving in the United States, his plan was to travel to Yosemite to make nature studies, but while in San Francisco, he was invited to visit Mrs. Johnson’s cat ranch.  Although Kahler had never painted a cat before, Mrs. Johnson hired him and for the next three years he sketched her cats in a variety of poses, thus becoming acquainted with their individual personalities and traits. The culmination of his work was our painting, titled My Wife’s Lovers, a title supposedly assigned by Mrs. Johnson’s husband.

The seated cat in the center of the composition was named Sultan. Mrs. Johnson found him irresistible and paid $3,000 for him during a trip to Paris.  “He attracted her fancy, but she was told that he was not for sale.  She asked what his value was, and then offered twice the amount, and brought Sultan home with her. He is a big, handsome cat, with a tawny brown coat with splashes of yellow in it and a white breast, and large green eyes” (Davisp. 12). Directly to Sultan’s left may be a cat called His Highness, a superb white Angora with bright blue eyes. His Highness appears in another painting by Kahler, seated on a table covered with a blue embroidered Japanese silk curtain (Davis p. 12). Together with Sultan and His Highness, forty other felines complete this extraordinary group portrait; their poses and expressions first captured in the individual sketches created by Kahler over a span of three years.

Mrs. Johnson lent My Wife’s Lovers to the 1893 Chicago World’s Fair, where it became an immediate sensation (Final Report of the World’s Fair Commission, Chicago, p. 58.). Soon after Mrs. Johnson’s estate auction of 1894, the painting was acquired by fellow San Franciscan Ernest Haquette who displayed it in his “Palace of Art Salon,” which was destroyed in the Great Quake. My Wife’s Lovers was next hung in Frank C. Havens’ Piedmont Art Gallery, a public museum, where it attracted further admirers. Later owners, Mr. and Mrs. Julian of Chicago, sent My Wife’s Lovers on tour through the United States in the 1940s and to Madison Square Garden for, appropriately, a cat-show. With the Julian’s promotion, Kahler’s work became so popular that 9,000 prints were sold after the original painting, and in 1949, Cat Magazine called it “the world’s greatest painting of cats.” (Robert Reed, “Inside Antiques,” http://www.waybacktimes.com). But this is not the end of the story.  Even after her death Mrs. Johnson continued to cherish her cats; her will stipulated a gift of $500,000 to guarantee their perpetual care and comfort.

Powyżej zacytowałam notatkę o tym obrazie zamieszczoną w katalogu aukcji Sotheby w dniu 3 listopada 2015 roku. Oto paralelność rzeczywistości. Listopad 2015. Sotheby sprzedaje 42 koty za prawie 900 tysięcy dolarów, w Warszawie powstaje KOD.

Kot pracuje

Ewa Maria Slaska

Koty i praca

Po długiej przerwie znowu o kotach, a to dlatego, że kot poszedł do pracy i w domu pusto. Mailem docierają do mnie informacje o tym, jak się kotu pracuje.

kotpracuje kotpracuje1Myślę, że każdy z nas chciałby czasem dostać taką pracę – siedzieć i ładnie wyglądać.  Ale to wszystko pozory. Bo naprawdę praca kota wygląda zupełnie inaczej.

otokotopraca

A tak, to już nie każdy z nas potrafi pracować. Ja nie potrafię. Ogólnie jestem bardzo pracowita, dużo umiem, dużo mogę wymyślić, jest wiele zadań, których rozwiązania się nauczę, ale są takie dziedziny życia, w których nie jestem w stanie wykonać żadnej pracy, bo paraliżują mnie jak wąż ptaszka.

Na pewno są to wszystkie prace związane z kablami (no przecież mówię, że “wąż ptaszka”). Ostatnio koleżanka zadzwoniła z biura i powiedziała, że mam przynieść taki to a taki kabel, bo w biurze nie ma, a ja przecież mam wszystko. Ściągnęłam z pawlacza pudło z  elektronicznym badziewiem, wyjęłam kłąb kabli i wrzuciłam do torby. Nie mogłam jednak pojechać od razu do biura, bo logistyka wymagała, aby najpierw podlać kwiatki u koleżanki (kilometr na piechotę), potem załatwić sprawę w Urzędzie Skarbowym (4 stacje metra, jedna przesiadka), potem kupić przyjaciołom bilety w operze (10 stacji metra tam i 9 z powrotem), a dopiero potem dotrzeć do biura. Weszłam, walnęłam torbą o podłogę, koleżanka się schyliła i z gracją wyjęła z kłębowiska potrzebny kabel. Resztę wrzuciłyśmy na dno szafy. Odmówiłam dalszej peregrynacji po mieście z dwoma kilogramami czegoś tak paskudnego.

Innym rodzajem pracy, który natychmiast powoduje u mnie wyłączenie wszystkich obwodów w mózgu, jest opowiedzenie mi o operacjach finansowych, które powinnam wykonać, żeby się wzbogacić. Najdalej po dwóch zdaniach przestaję rozumieć, po trzech nie słucham, po czterech nie słyszę. Bardzo nad tym ubolewam, bo podobno człowiek tak inteligentny i pracowity jak ja, jakby się skoncentrował na robieniu pieniędzy, to by opływał w nie wiedzieć jakie dostatki, ale jak nie da rady, to nie da rady. Nie przeskoczę sama siebie. Choć przyznaję, że dostatki byłyby w życiu całkiem przyjemnym urozmaiceniem.

Długo się nad tym zastanawiałam, co budzi we mnie aż taki sprzeciw. Bo nie boję się cyfr i matematyki, ba, potrafię nawet całkiem sprawnie zrobić roczne rozliczenie dla Urzędu Skarbowego (patrz wyżej), a jednak nie znoszę rozmów o chytrych transakcjach finansowych. Obawiam się więc, że – czy to z natury swej czy z wychowania – jestem osobą przeraźliwie uczciwą, nie znoszę machlojek i to właśnie cwaność tych proponowanych mi transakcji budzi mój wewnętrzny opór.

Ale może to wcale nie jakaś kryształowa uczciwość mną powoduje, lecz zwykła nuda, bo…

Bo trzecim rodzajem pracy, którego nie trawię, jest kontakt z pustosłowiem i retoryką. A nie wykluczone, że operacje finansowe to w moim pojęciu tylko retoryka.

Zaczęło się niestety w dzieciństwie. Chodziłam z moją cioteczną babką Karusią do kościoła, siadałyśmy w ławce i wszystko było dobrze, póki trzeba było, jak to w kościele, wstawać, siadać, klękać, odpowiadać po łacinie, śpiewać, wszystko to bardzo lubiłam, a śpiewałam wręcz przecudownie, ale gdy ksiądz zaczynał kazanie, zapadałam w bezmyślne zacukanie. To właśnie tam nauczyłam się, że wystarczy nie rozumieć i nie słuchać, a przestaje się słyszeć i można się oddać myślom o czymś innym, ciekawszym, ładniejszym… To tam, w ławkach kościoła Przenajświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu. To zresztą ten sam kościół, o którym pisze Grass w Blaszanym bębenku – pamiętacie, jak Oskar wchodzi na kolana rzeźby Madonny? To tam.

Nie słuchałam kazań, ani na górze ani na dole, co sprawiło, że nie byłam w stanie słuchać szefów i nie wytrzymywałam zebrań. Och, jakąż ja bym zrobiła karierę, w pracy, w nauce, w polityce – a wierzcie mi – wszystkiego próbowałam. Karierę bym zrobiła, powtarzam, gdyby nie te cholerne zebrania.

A może wszystko przez te okna… Moja Babka, gdy popadła w melancholię siedziała na kanapie i patrzyła przez okno. To było przed wojną. W wielkim mieszkaniu Pradziadków było takie okno, a pod nim kanapa. Ciocia nawet zaznaczyła je na planie.

oknoanieliPrzedwojenne mieszkanie Pradziadków w Warszawie na ulicy Zgoda 9, dziewięć pokoi, 250 metrów kwadratowych – zaznaczona kanapa pod oknem w salonie. Ciocia napisała “Ciotka Aniela siedziała i czytała romanse” – Mama, córka Anieli, by się z nią nie zgodziła. Bo oczywiście była to ta sama kanapa, ale podpis Mamy byłby taki: “Mama siedziała i patrzyła w okno”.

Ja patrzyłam na witraże, zawsze te same, po lewej stronie – przedstawiały polskich świętych, świętego Jacka Odrowąża, świętą Salomeę i świętego, który na oknie kruszył kajdany, może zresztą nie kruszył tylko cierpiał w kajdanach. Nie pamiętam, co on był za jeden. Łukasz? Mateusz? Może Andrzej Świerad? I nagle olśnienie, oczywiście, Rafał Kalinowski, święty powstaniec. Patrzę na nich i myślę nie wiadomo o czym, przygotowuję się do pracy na całe życie.

A Schyzia tak pracuje. Patrzy przez okno.

kotpracuje2
Bo podobno obecność kota w mieszkaniu płoszy myszy. Zobaczymy.

Zdjęcia Schyzi: Johanna R. i Tanja K.

Ta Slaska ciągle o kotach…

Ewa Maria Slaska

No tak…

…ale teraz mam na swoje usprawiedliwienie, że kotów już dawno nie było, że lato i upał, że sezon ogórkowy, no i wreszcie, i jest to być może argument najważniejszy, że Schyzia skończyła właśnie 20 lat i muszę jej sprawić jakiś prezent urodzinyowy.

Dla tych, którzy nie pamiętają, Schyzia to moja kotka i ma na imię tak, jak onegdaj kotka Witkacego, o której ponoć Witkacy miał napisać w dzienniku, że “prawdą jest, że kotka moja, Schyzia, powiła kocięta, natomiast nie jest prawdą, co głoszą złe języki, że kocięta te podobne są do mnie”. Nie odpowiadam ani za prawdziwość tego cytatu, ani za nadanie kotu imienia (w)skazującgo, bo za imię i cytat odpowiada mój ówczesny narzeczony. Byłam przez dwa tygodnie w pracy poza Berlinem, zostało więc ustalone, że narzeczony, osobisty zresztą, odbierze kotkę od młodej panny, która ją przywiezie ze wsi, i będzie się nią, kotką nie panną, zajmował do mojego powrotu. Gdy wróciłam, kot miał już imię i przyczepioną do imienia opowieść.

umywalka-kotMała byłam.

A ponieważ jest lato, upał i urodziny kota, wpis będzie o kotach na sezon ogórkowy czyli kotach wmalowanych w malarstwo światowe.

Nic tu nie warto dodawać, bo kot (w)malowany jaki jest, każdy widzi. Może tylko maleńka uwaga – gruby rudy kot (ma na imię Zaratrustra) pojawia się w wielu innych przeróbkach malarstwa światowego na kocie, ja wybrałam tylko renesans i nawet nie wszystko. Reszta w sieci. Albo kiedyś, dawno, u nas na blogu.

dama-lisakotekmichalaaniola2
kotekmichalaaniola
primaverazkotemI na zakończenie prawdziwy kot renesansowy, namalowany przez Pietera Brueghla Starszego – fragment obrazu Przysłowia niederlandzkie (1559).

A to rzeczony kot. Uzbrojony po zęby wojak (tot de tanden gewapend) przywiązuje kotu dzwonek – de kat de bel aanbindt.

O co tu chodzi? Co oznacza to przysłowie? Będzie nagroda. Na pewno coś o sztuce, ale raczej nie o kotach.