Lato leśnych ludzi

Odwiedziłam na tzw. Dzikich Mazurach, nieopodal granicy polsko-rosyjskiej, małą, niemal opuszczoną wioskę – Ściborki. Została uratowana od losu Sowiegorogu przez dwoje zapaleńców – Dariusza Morsztyna i jego żonę, Justynę. Przyjechali tu z dwoma synami (dziś jest już ich trzech), doprowadzili do porządku kilka chat, stworzyli muzeum indiańskie i eskimoskie, prowadzą warsztaty dla młodzieży, hodują psy husky, Dariusz jest zawodowym maszerem – człowiekiem, kierującym saniami zaprzężonymi w psy. Podczas wypraw maszerskich w ekstremalnych warunkach on i jego psy pokonują ponad 1000 kilometrów.

wilk2

Morsztynowie przygarnęli na dożywocie stare zwierzęta, psy, koty, konie, zakładają muzeum rodzinne i muzeum Marii Rodziewiczówny. Założyli Republikę Ściborską, położoną w najbardziej dzikim rejonie Mazur Garbatych, na terenie gminy Banie Mazurskie. To autentyczne odludzie, kilometr od malutkiej wioski Ściborki, zamieszkałej głównie przez ludność pochodzenia ukraińskiego, na skraju Lasów Skaliskich i Gór Klewińskich. Tu samochody mogą dojechać dopiero od niedawna, nie ma zasięgu telefonu, a wokół tylko las, pasące się krowy i dzikie zwierzęta…

wilk1Nie da się o wszystkim, co robi rodzina Morsztynów, napisać w jednym poście.

SONY DSCRepublika Ściborska Morsztynów i oni sami będą powracać na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś najbardziej palący i aktualny ich zdaniem temat – Muzeum Marii Rodziewiczówny. Ten temat jest bliski również mnie samej. Wielokrotnie w tym wpisie wspominana powieść Lato leśnych ludzi była w dzieciństwie i młodości moją ulubioną książką. Rodziewiczówna była też ukochaną pisarką mojej teściowej.  Mój (były) mąż ma na imię Marek, a dostał je na cześć bohatera powieści Dewajtis, wzruszającej kresowej historii o miłości, odpowiedzialności i cudownej przyrodzie. Egzemplarz książki, zaczytanej w strzępy przez moją ukochaną teściową, znajduje się od roku w moim posiadaniu.

Dariusz Morsztyn / Biegnący Wilk

baner_rodziewiczonwa

MARIA RODZIEWICZÓWNA
1863-1944
Przed wojną uznawana była za jedną z najwybitniejszych polskich pisarek. Jedyna autorka, która dosłownie wprowadzała w czyn głoszone przez siebie treści. Niezwykle zaradna, pracowita kobieta. Jako siedemnastolatka, po śmierci ojca przejęła bardzo zadłużone 1500-hektarowe gospodarstwo – wyprowadziła je z długów (co nie udało się ani ojcu ani starszemu bratu), spłaciła brata i siostrę, budowała kościoły, pomniki (m.in. Traugutta), zakładała polskie szkoły, prowadziła organizację wspomagającą ziemian na Polesiu, napisała 44 powieści. Była pisarką, rolniczką, ogrodniczką, zarządczynią, pszczelarką, wyrabiała sama meble, ubierała się w tradycyjne stroje poleskie, całe miesiące spędzała w chacie leśnych ludzi, znała się na zwierzętach, była ornitologiem. Przez całe życie oddana pracy społecznej, nawet w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego z noszy pomagała powstańcom. Niezwykła patriotka, określana „strażniczką kresowych stanic”. Jej powieści, bardzo realistyczne i prawdziwe, są niezwykłą skarbnica wiedzy o przedwojennej Polsce, a szczególnie wsi.
Po wojnie znalazła się na indeksie, co związane było z faktem, że była reprezentantką Kresów i osobą antysowiecką. Dlaczego jednak to trwa aż do dziś? A przecież tak jest. Rodziewiczówna nie ma nigdzie swojego miejsca, nawet najmniejszej izby pamięci. Jej dom (zachował się nawet jej pokój) na Białorusi w Hruszowej (obecnie Gruszewo) to ruina i slums. Po leśniczówce Leonów, w której zmarła, nie ma śladu.
Dla dzisiejszego społeczeństwa to doskonały nauczyciel, patriota i Wielka Polka.
Jej powieść „Lato Leśnych Ludzi” – uznawana za najlepszą polską powieść na temat przyrody – jest już zupełnie zapomniana, tak jak inne jej dzieła…
W Ściborowie chcemy to zmienić, już teraz jest tu izba pamięci, a ma powstać poświęcone Rodziewiczównie muzeum.
Rok 2014 jest do tego idealnym momentem. To 150 rocznica jej urodzin (urodziła się po Powstaniu Styczniowym, a jej matka po urodzeniu dziecka została zesłana na Syberię) i 70 rocznica śmierci (zmarła w wyniku trudów Powstania Warszawskiego i obozu dla Warszawiaków w Pruszkowie).

Idea Muzeum Marii Rodziewiczówny

Nawet w chwili śmierci Maria Rodziewiczówna wspominała ze swoją dozgonną przyjaciółką – Jadwigą Skirmunttówną – najwspanialsze chwile w życiu, czyli te spędzone w chacie leśnych ludzi. Książka Lato Leśnych Ludzi jest niezwykła właśnie dlatego, że jest to wierny opis autentycznych przeżyć trzech wspaniałych osób. Dlatego jest taka głęboka, prawdziwa i opisuje przyrodę „od środka”. Nazywana jest „księgą ksiąg”, „leśną biblią”, „polską Księgą Dżungli”. Różnica między rzeczywistością, a opisem jest tylko taka, że w książce przygody przeżywają trzej mężczyźni (Rosomak, Żuraw, Pantera), a w rzeczywistości pod tymi postaciami ukrywają się trzy kobiety: Maria Rodziewiczówna, Jadwiga Skirmunttówna, Maria Jastrzębska.
Zarówno powieść, jak też sama autorka mogą w dzisiejszych „wirtualnych”, oddalonych od przyrody czasach odegrać niezwykle ważną rolę wychowawczą i edukacyjną. Muzeum Marii Rodziewiczówny będzie żywym elementem stałej pracy edukacyjnej i wychowawczej. Będzie można „dotknąć prawdziwej historii”, a też przywrócimy polskiemu społeczeństwu pisarkę i jej dzieło, a w szczególności powieść „Lato Leśnych Ludzi”.

page2Kogo to zainteresuje?

1. Młodzież. Dla nich powieść „Lato Leśnych Ludzi” wręcz powinna stać się lekturą obowiązkową. Byłaby to alternatywa do komputerowego świata, w którym uczestniczą. Urealnienie świata, przybliżenie do przyrody, a także przeniesienie w autentyczny świat Przygody jest dla współczesnej młodzieży niezwykle ważny z punktu widzenia współczesnych pułapek cywilizacyjnych.

2. Harcerze. To „Lato Leśnych Ludzi” (pierwsze wydanie w 1920 roku) miało bardzo duży wpływ na rozwój kierunku wychowawczego w harcerstwie zwanego „puszczaństwem”. Jest to system wychowawczy oparty na pracy z przyrodą, pozbawiany elementów militarystycznych. Dzisiaj niestety traktowany bardzo marginalnie. To najdoskonalszy system wychowawczy wobec przyrody, otaczającego świata.
republika-zasady
3. Kresowiacy. Maria Rodziewiczówna, to ich sztandarowa postać, ich przewodniczka i „Strażniczka Kresowych Stanic”. Większość osób związanych z Kresami jest już w podeszłym wieku i należy się spieszyć z budową Muzeum Marii Rodziewiczówny, aby jak najwięcej osób mogło je zobaczyć. Zobaczyć swój świat i swoją ziemię z jej historią.

Taka tablica wita podróżnika u wejścia do Republiki Ściborskiej

GORĄCY APEL O WSPARCIE I POMOC
przy
  społecznej budowie Muzeum Marii Rodziewiczówny

Od 6 lat prowadzimy badania związane z książką Lato Leśnych Ludzi i Marią Rodziewiczówną. Im więcej się zajmujemy tym tematem, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że tak genialne dzieło i tak niezwykła postać nie mogą pójść w zapomnienie.

Powstał unikalny zbiór eksponatów i ciągle przybywają nowe. Tylko w ostatnich miesiącach udało się zakupić m.in. książkę lato Leśnych Ludzi z 1943 roku – wydaną w Jerozolimie przez Armię Andersa! – kilka zupełnie nieznanych zdjęć Rodziewiczówny i chaty leśnych ludzi.

Zatem kolekcja do muzeum stale się powiększa – mamy już ponad 270 autentycznych eksponatów, związanych z pisarką lub jej niezwykłym dziełem – zapraszamy do Republiki Ściborskiej, gdzie można je obejrzeć.

Nie ma co do tego wątpliwości – Muzeum Marii Rodziewiczówny i książki Lato Leśnych Ludzi – musi powstać aby było miejsce gdzie tą wiedzę można będzie stale stosować do rozwijania puszczańskich i ekologicznych idei oraz aby wiedza o polskiej księdze dżungli nie wygasła.  Do działań włączyli się pierwsi wolontariusze. Ale sami nie damy rady – potrzebujemy Waszej pomocy.

Co teraz robimy?

Ten rok to 150 rocznica urodzin pisarki (jej rodzice za udział w Powstaniu Styczniowym zostali zesłani na Syberię. Matce pozwolono tylko urodzić córkę Marię i 10 dni później musiała udać się na wschód…) i 70 rocznica śmierci (trudy Powstania Warszawskiego wykończyły już i tak wiekową pisarkę – można w najnowszym filmie “Powstanie Warszawskie” zobaczyć autentyczne kadry z jej udziałem).

Czyli – jak nie teraz, to kiedy?

Przygotowujemy cały cykl upamiętnienia udziału Marii Rodziewiczówny w Powstaniu Warszawskim. Będzie specjalna gra miejska śladami pisarki z udziałem grup rekonstrukcyjnych, wystawa, uroczystości na Powązkach przy grobie Rodziewiczówny oraz spotkanie z prezentacjami na jej temat. Już teraz zapraszamy do udziału w tych działaniach.

Udało się nam przekonać władze, parafię, gimnazjum i radnych gminy Skierniewice aby upamiętnić miejsce śmierci pisarki w Żelaznej – powstaną dwa obeliski, Gimnazjum w Żelaznej zorganizuje konferencję, a także są plany stworzenia szlaku edukacyjnego – wszystko w dniu jej śmierci – 6 listopada.

Trwają prace nad projektem architektonicznym budowy repliki chaty leśnych ludzi jako miejsca Muzeum Marii Rodziewiczówny.

Wszystkie dotychczasowe badania, działania, zakupy eksponatów są realizowane ze środków prywatnych. To działalność niekomercyjna – jakże jednak potrzebna.

My angażujemy w to bardzo dużo swoich środków – niestety budowa muzeum przekracza nasze możliwości.

To od nas wszystkich zależy czy chcemy aby tak wspaniała powieść – Lato Leśnych Ludzi i jej autorka – nie odeszły do historii.

Teraz szczególnie potrzebujemy pomocy:

– przy promocji zbiórki funduszy

– wolontariackiej pomocy przy promocji projektu oraz oprawie graficznej, (sami jesteśmy słabymi internautami….. i mamy zbyt wolny internet)

– organizacji spotkań autorskich z których dochód zostanie przekazany na budowę muzeum.

ZA WSZELKĄ POMOC W IMIENIU IDEI DZIĘKUJEMY.

Na naszych stronach internetowych publikujemy felietony związane z Marią Rodziewiczówną, naszymi badaniami. Będziemy podawali tam informacje zupełnie dotąd nieznane – ZAPRASZAMY DO CYKLICZNEJ LEKTURY i przekazywanie tych informacji dalej.

Justyna i Dariusz Morsztyn

kontakt: 0604 29 29 97, biegnacy-wilk@post.pl

Najświeższe relacje   będą ukazywały się na naszym FB  https://www.facebook.com/biegnacywilk

Reblog: Nieużytki sztuki

nieuzytki-banner

Marek Styczyński: Dlaczego ogrodniczy, w swej praktycznej istocie projekt, adresowałaś do środowisk związanych z upowszechnianiem sztuki? A może jest on adresowany raczej do stałych odbiorców działalności galerii sztuki? Nie jest chyba adresowany do artystów? Czy tytułowe “nieużytki” są wskazaniem na jakieś niezagospodarowane obszary działalności instytucji kultury, na ich zbyt słabe ugruntowanie w środowisku?

Elżbieta Jabłońska: Idea dzierżawy niezagospodarowanych terenów przyległych do galerii, muzeów i innych instytucji sztuki pojawiła się rok temu przy okazji opracowywania koncepcji mojego udziału w Zielonym Jazdowie. Teren parku przy warszawskim CSW, gdzie odbywały się wszystkie wydarzenia, jak również czas na nie zaplanowany, a więc okres między czerwcem a połową września stały się moją zasadniczą inspiracją. Planowałam 10 podwyższonych grządek usytuowanych przy ławach Jenny Holzer. To miejsce wydawało mi się idealne ze względu na cały szeroki kontekst. Jednak z dwóch przedstawionych przez mnie propozycji została wybrana ta druga, ta która nie wymagała zaangażowania widza, trwała krótko i nie budziła wątpliwości, a “nieużytki” siłą rzeczy musiały poczekać na następny sezon.

Jednak już jesienią zeszłego roku rozpowszechniłam ideę wśród kilku instytucji i jako zwrotną informację otrzymałam akceptację projektu.

Nieużytki wydają się być projektem przede wszystkim ogrodniczym, lecz jak większość moich realizacji kryją w sobie dodatkowe wątki. To co uważam za najistotniejsze w sztuce to kontakt z drugim człowiekiem, specyficzny rodzaj spotkania rozumianego bardzo szeroko, energia z niego wynikająca, a czasem potencjalna możliwość pewnego zdarzenia. To spotkanie jest w “Nieużytkach sztuki” bardzo ważne i rozgrywa się na wielu poziomach. Jest więc relacja odbiorcy z przedstawicielami instytucji, pracownikami, którzy są niejako “zmuszeni” do wyjścia poza znaną i przewidywalną przestrzeń biur czy ekspozycji na grunt najbardziej podstawowy, na ziemię i wobec ziemi. Pojawia się również rodzaj współpracy między osobami, które decydują się na dzierżawę, wspólnie pielęgnują swoje rośliny, bywa, że się nawzajem wspomagają radami, a czasem po prostu wspólnie przebywają w przygaleryjnych ogródkach.

Ten obszar bezpośredniego kontaktu, w zdecydowanie innym otoczeniu, wobec konieczności rozładowania ciężarówki z ziemią, przeniesienia drewnianych elementów, rozwiązania problemów z wodą, wreszcie złożenia przygrządkowej ławki to właśnie sugestia niezagospodarowanych obszarów działalności instytucji kultury. To realne problemy, które trzeba rozwiązać wspólnie z uczestnikiem ogrodniczych działań, tu i teraz.

MS: Dlaczego grządki i rośliny, a nie miejsca spotkań, parasole, leżaki, piaskownice i budki z kawą i lemoniadą?

EJ: Od kilku lat mieszkam na wsi. Chłonę rozległy nadwiślański krajobraz, próbuję nasycić się zielenią, powietrzem i głębią błękitu. Wiosną sadzę rośliny, doglądam te, które przetrwały zimę i znów zaczynają kiełkować. Grzebię rękami w ziemi, wyjątkowo u nas gliniastej, i co roku w kwietniu nie mogę się nadziwić że spod hałdy śniegu wypełzają maleńkie zielone źdźbła. Obserwowanie kiełkowania i wzrostu roślin jest dla mnie aktualnie niezwykle fascynujące, a czasem terapeutyczne. Dlatego rośliny i grządki.

Poza tym przy grządkach stoją stabilne i wygodne, drewniane ławki, a kawę i lemoniadę również można wypić. Tyle, że wobec konkretnej sytuacji, wobec własnych zasiewów, które trzeba podlewać, pielić, obserwować. I wówczas ta kawa o wiele lepiej smakuje, a my przywiązujemy się do miejsca, zaczynamy je postrzegać jako własne, czujemy się za nie współodpowiedzialni.

MS: Jaki zakładałaś zasięg Projektu, jaki jest obecnie; na wiosnę 2014 roku? Czy jego aktualna geografia jest dla Ciebie zaskoczeniem, czy raczej realizacją założonego w projekcie planu?

EJ: Tak jak wspominałam wcześniej, Nieużytki były pierwotnie opracowane jako realizacja na terenie parku przy Zamku Ujazdowskim. Nie doszło do tych działań i bardzo mnie to cieszy, bo ich zasięg tegoroczny jest nieporównywalnie większy, a zapał ogrodników i instytucji tylko to potwierdza. Mamy grządki przy 10 instytucjach, w 9 miastach. Oczywiście są to niewielkie tereny, ale to jest początek i wiele może się jeszcze wydarzyć. Zgłaszają się do nas kolejni chętni, czas pokaże co z tego wyniknie. Oprócz osób zaprzyjaźnionych z galeriami w projekcie uczestniczą również mieszkańcy sąsiadujący z instytucjami, z tej samej ulicy, czy osiedla. Nie jest ich może wielu, ale trudno jest przełamać utarte schematy i przyzwyczajenia. Myślę jednak, że warto podejmować różne kroki by oswoić ludzi z “przestrzenią” sztuki i nieużytki są jednym z nich.

MS: Z moich obserwacji wynika, że słabym punktem instalacji, obiektów i w dużym stopniu także myślenia o przestrzeni na styku biologii i sztuki jest etyka postępowania z żywymi organizmami. Te wszystkie paprotki podłączone do prądu, padłe papugi, świecące króliki i zamknięte w klatkach koguty… to jakby radosna wystawa rozmaitych ponurych tortur stosowanych przez służby specjalne… Czy nie boisz się, że zazielenione “nieużytki sztuki” skończą jako “pustynie sztuki (ogrodniczej)” z braku uwagi, troski i podlewania? Kto bierze odpowiedzialność za te uprawy, czy w Twoim projekcie przewidziałaś przyszłość czy jedynie pierwsze dwa wspaniałe, wiosenne miesiące po wysianiu i wysadzeniu roślin?

nieuzytki-pudelko
EJ:
Każda z osób, która zdecydowała się wziąć udział w projekcie podpisała specjalnie na tą okazję przygotowaną umowę dzierżawy. Termin rozpoczęcia działań był uzależniony od konkretnych instytucji i kalendarza ich działań, w większości był to kwiecień, natomiast koniec umowy jest wyznaczony na początek października. Średni okres trwania projektu to ok 7 miesięcy. A to z perspektywy dzierżawcy naprawdę dużo czasu. Wsparcie instytucji jest tu elementem zasadniczym, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy planujemy wyjazdy wakacyjne.

Ryzyko porażki jest wpisane we wszystkie działania do których zapraszamy publiczność, reżyseria nie ma tu żadnych szans. Mam jednak do porażki swój indywidualny stosunek, pełen ciekawości, akceptacji i pokory. Wiem, że to specyficzna propozycja i zrozumiem również tych, którzy mimo chęci nie dotrwają do jesieni przy swoich roślinach.

MS: Czy miałaś wcześniej (lub zauważasz w miarę realizacji projektu) jakieś preferencje co do sadzonych gatunków roślin? Czy są jakieś gatunki roślin, które wydają się już dzisiaj lekiem na “nieużytki sztuki”. Mam na myśli zagadnienia etnobotaniki, którą się od lat zajmuję i w tym kontekście interesuje mnie, jakie rośliny pokonają “nieużytki sztuki”: stare, tradycyjne, nowinki na rynku ogrodniczym, a może szpalery tujowe w imię łączności z ludowymi trendami w polskim ogrodnictwie? Pytanie wiąże się też z metodą relaksacji, a nawet leczenia i wpływania na możliwości intelektualne nazywaną hortiterapią. Może drugim etapem Twojego Projektu mogło by być leczenie szeroko pojętego środowiska artystycznego z pomocą odpowiednio dobranych roślin i sposobów ich uprawy?

EJ: Jakiś czas temu zostałam zaproszona do wystawy w Wigierskim Domu Pracy Twórczej, która nosiła tytuł Flower Power. To była jedna z ostatnich wystaw w tym miejscu. W ramach tego wydarzenia rozesłałam z Wigier pocztę kwiatową, było to ponad sto przesyłek zawierających nasiona lub cebulki kwiatów wyhodowanych przez gospodynie z okolicy oraz podłoże do ich wysiania/wysadzenia. Te przesyłki dotarły również do osób z kręgu sztuki, myślę, że to mógł być początek ogrodniczej terapii. Reakcje adresatów były różne, byli tacy, którzy według otrzymanej instrukcji wyhodowali roślinkę na parapecie okna, a jako potwierdzenie przesłali mi dokumentację fotograficzną. Nie zawsze jednak trafia się na podatny “grunt”.

Wracając do uprawianych roślin, każda z instytucji otrzymała tzw pakiet aktywizujący składający się między innymi z nasion. Były to podstawowe i bardzo klasyczne propozycje, głównie warzywne, ale z moich obserwacji wpisów na naszej stronie internetowej wynika, że każdy z uczestników ma inne pomysły i preferencje. Na grządkach pojawiają się również kwiaty i zioła, wszystko w rękach właścicieli.

MS: Rośliny, uprawy, grządki i problem nieużytków to przestrzeń karmiąca się czasem. Pozostaje to w pewnej sprzeczności z działalnością galerii sztuki, które ścigają się w ilości i atrakcyjności proponowanych wystaw i akcji artystycznych, zazwyczaj krótkotrwałych. Czy Twój projekt ma być lekiem na tę pogoń za medialnym i środowiskowym uznaniem, czy może także jest krótkodystansowym wskazaniem na trendy, zainteresowania i możliwości starej, dobrej metody DIY?

EJ: Trudno mi przewidzieć jakie będą skutki Nieużytków sztuki. Aktualnie jestem pod wielkim wrażeniem, że to naprawdę się dzieje, że instytucje wykazały chęć współpracy, znając długoterminowość przedsięwzięcia i jego mało spektakularny charakter. Cieszy mnie liczba uczestników, ich aktywność ogrodnicza, którą czasem prezentują na stronie projektu. Wiele zależy teraz od relacji jaka nawiąże się między instytucjami i uczestnikami ogrodniczych działań.

Po cichu liczę, że galeryjne grządki przetrwają sezon w dobrej kondycji i wpiszą się na dłużej w krajobraz działań instytucji kultury.

MS: Bardzo dziękuję za świetny projekt i znalezienie czasu na naszą rozmowę!

Ten wywiad i inne interesujące teksty TU, a tu wkład czteroletniego Antosia w uprawianie własnych ogrodów kwiatowo-jarzynowych w środku miasta. Mam na balkonie osiem skrzynek lub doniczkowo-koszykowych odpowiedników skrzynek, w których Antoś posiał kwiaty i jarzyny. Już jemy rzodkiewki, a wśród kwitnących właśnie kwiatów typu chwasty rosną ziemniaki, zółta fasolka, buraki i marchewka. Zdjęcie – Honti.

Antosiowe male

Zmień Polskę na zieloną

ul_ewa_sufin_NET-2Ewa Sufin-Jacquemart

Szanowni Państwo,

już w najbliższą niedzielę, 25 maja, odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego.

Po raz pierwszy będziecie Państwo mieli możliwość głosować na Zielonych, występujących wraz z partnerami pod własnym szyldem jako KW Partia Zieloni, lista nr 12.

Zwykle niewiele Polek i Polaków uczestniczy w wyborach europejskich, a przecież zdecydowana większość krajowych przepisów jest prostym wdrożeniem dyrektyw wypracowanych w Unii Europejskiej. Ponadto traktat z Lizbony nadał Parlamentowi Europejskiemu nowe uprawnienia i dziś Parlament współuczestniczy w procesie legislacyjnym z Radą Europejską, czyli z rządami krajów członkowskich.

Te wybory będą ważne, gdyż zadecydują o naszej przyszłości. Kryzys ekonomiczny spowodował pogorszenie i tak trudnej sytuacji dużej części Polaków i Polek, szczególnie młodych ludzi i osób powyżej 50 roku życia. Spowodowało to nową falę emigracji, w dużym stopniu do innych krajów Unii.

W kraju, gdzie państwo nie daje obywatelom bezpieczeństwa zatrudnienia i opieki socjalnej, gdzie zasiłki dla bezrobotnych są symboliczne, renty inwalidzkie uzależnione od okresu składkowego, gdzie brak jest dostępnych żłobków i przedszkoli, szczególnie kobiety są w trudnej sytuacji, gdyż to one pełnią tradycyjnie funkcje opiekuńcze wobec dzieci, osób chorych i niepełnosprawnych czy osób starszych, których opieki odmawia neoliberalne państwo. Podwyższenie wieku emerytalnego kobiet z 60 do 67 lat postawiło w bardzo trudnej sytuacji seniorki, szczególnie te z uboższych rodzin, skazane na pomoc rodziny lub biedę. Niewątpliwie te które mają jeszcze dobra kondycję fizyczną znajdą się również na emigracji.

ul_ewa_sufin_NET2-1A Polacy bardzo chorują i aż 25% zgonów to zgony na raka. Poza bankami, to apteki stanowią najczęstsze punkty usługowe w polskich miastach. W polskiej polityce nie dostrzega się związku między zdrowiem obywateli a stanem środowiska. Ministerstwo ochrony środowiska przestało je chronić i wyrzucono „ochronę” z jego nazwy, zamieniając je w agencję gospodarczą promocji energii z atomu i z gazu z łupków. Plany ochrony stref Natura 2000 tylko w niewielkim procencie są zrealizowane, plany zarządzania Głównymi Zbiornikami Wód Podziemnych dopiero zaczynają być opracowywane, w związku z czym bezmyślnie wydano na wielu z nich pozwolenia na stwarzające zagrożenia dla wody pitnej odwierty w poszukiwaniu gazu łupkowego.

Polska musi, wzorem Niemiec, dokonać zmiany modelu rozwoju. W polskich szkołach uczy się młodzież, że przyczyny zmian klimatu są przedmiotem „kontrowersji naukowej”, uzasadniając przywiązanie Polski do gospodarki w starym stylu, energochłonnej, opartej na paliwach kopalnych – węglu, gazie, ropie i na niebezpiecznej, budzącej coraz większy opór społeczny energetyce jądrowej. Likwiduje się coraz bardziej koleje i transport publiczny, rozwijając w zastraszającym tempie transport drogowy. Smog w miastach przypomina niektóre kraje rozwijające się, a nie europejskie zielone metropolie.

Aby oddziaływać na świadomość ekologiczną Polaków i inspirować polityków, potrzeba jest w polskiej polityce partii Zielonych. Zieloni (Greens) są najbardziej progresywną grupą w Parlamencie Europejskim, walczącą o zrównoważony rozwój, żywność dobrej jakości, obywatelską energię odnawialną, ale też o Europę solidarną i socjalną, o gospodarkę społeczną i solidarną, przyjazne warunki dla wspólnot i kooperatyw, grup producenckich i spółdzielni, jednym słowem o gospodarkę opartą na współpracy i solidarności obywateli, a nie na konkurencyjności i rywalizacji zwalczających się bezwzględnych korporacji. Zieloni walczą też o tolerancję – równe prawa dla wszystkich obywateli, równość kobiet i mężczyzn, prawa wszelkich mniejszości – narodowych, seksualnych, religijnych, osób niepełnosprawnych. Wreszcie Zieloni walczą o transparentność i demokrację obywatelską – uznanie referendów lokalnych i narodowych za wiążące, prawo społeczności lokalnych do sprzeciwiania się ekstremalnym inwestycjom degradującym trwale ich środowisko, uproszczenie i rozszerzenie zakresu Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej. W polityce zagranicznej Zieloni wzywają do dyplomatycznego rozwiązywania konfliktów i interwencji pokojowych wyłącznie w oparciu o decyzje wielonarodowe, w szczególności rezolucje ONZ.

Szanowni Państwo,

jako była emigrantka (25 lat we Francji) i konsulka (2007-2011 w Luksemburgu) bardzo dobrze rozumiem problemy Polaków mieszkających za granicą. Za granicą spędziłam prawie połowę mojego życia. Jako dyplomatka poznałam kulisy polskiej polityki, z jej archaicznym, nie służącym przyszłym pokoleniom modelem. Dlatego gdy wróciłam trzy lata temu do kraju odnalazłam polską partię Zielonych angażując się w jej działania i zajmując się zarządzaniem zieloną fundacją Fundacja Strefa Zieleni.

Zapraszam do głosowania na Zielonych, lista nr 12.

Z uszanowaniem

Ewa Sufin-Jacquemart

 

Zamiast felietonu (1)

Zbigniew Milewicz

Demo

Nie wiem dlaczego, ale w Monachium, a pewnie także w innych miastach Bundesrepubliki, różne demonstracje odbywają się głównie w soboty. Większość zakładów pracy wtedy nie pracuje, więc czas na igrzyska jest właściwy i łatwiej dostać wymagane zezwolenie od ratusza, a może policja w soboty nie jest zbyt zapracowana i chętniej ochrania takie zgromadzenia, ale pewnie się mylę.W imię demokracji, która nad Isarą kwitnie pięknie, jak bez w maju, demonstruje się przeciw i za, ale częściej przeciw, w sprawach przeróżnych, większej i mniejszej wagi, ale zawsze słusznych. Bywa, że demonstrujący nie za bardzo wiedzą, o co chodzi, kiedy z ciekawości pytam o powód pochodu; koleżanka, albo kolega zachęcali, żeby się dołączyć, więc to zrobili, co będą w domu przed komputerem siedzieć, pogoda ładna, można pochodzić.

Ewa demo 4

EMS: Zdjęcia z “demo” w Berlinie a nie w Monachium, ale co za różnica. 11 maja. Protestujemy przeciw “niesłusznej” energii (węgiel, atom, ropa) i opowiadamy się za słuszną (wiatr, woda, zielenina) – pływamy łódkami, stoimy nad rzeką, niektórzy nawet siedzą na leżaczkach i popijają piwo lub kawę. 

Siedzę w mc’cafe na Stachusie, popijam aromatyczny napój i patrzę na kolejne demo, pewnie chodzi o jakąś lokalną sprawę, bo uczestników niewielu, może pięćdziesięciu. Asekuruje ich z marszu dziesiątka policjantów, nie licząc sił zmotoryzowanych, jedno bmw jedzie na przedzie, drugie zamyka pochód, a co sobie będą żałować, w końcu ja płacę za tę ochronę, z moich podatków. Być może są to aktywiści i sympatycy z towarzystwa ochrony zwierząt, bo zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają na głowie ludowe kapelusze, kompletnie pozbawione typowych dla nich ozdób, a więc m.in. kit bobrowych, kogucich piór, czy morskich muszelek. Wcześniej w monachijskiej prasie „pisało”, że towarzystwo zwiera szeregi, żeby zaprotestować przeciw niehumanitarnemu męczeniu i zabijaniu zwierząt w imię ludowych tradycji w modzie. Koguta boli, jak mu się z ogona pióro wyrywa a bóbr i morska małża tudzież ślimaczek muszą za Oktoberfest zginąć – ubolewał autor tekstu.

Ewa demo1

W pełni z nim się zgadzam, ja bym nawet poszedł dalej. Dlaczego by nie zorganizować protestu przeciw ludzkiej śmierci? Mogliby wziąć w nim udział nie cierpiący specjalnie chorzy, których dni są policzone i starcy o młodych duszach. Nawiasem mówiąc, w ramach prewencji, na oddziałach położniczych szpitali wywiesiłbym transparenty z napisem, że narodziny grożą śmiercią (podobnie, jak palenie tytoniu). Równolegle do takiej manify mogłoby pójść demo dzieci nienarodzonych, protestujących przeciw narodzinom, jako takim. Gdyby udało im się nie urodzić, nie musiałyby później umierać. Śmierć straciłaby w obydwu przypadkach swój ponury fach, stanęłaby dalsza rozbudowa piekła, a raj, w którym jest i tak mieszkań sporo, zorganizowałby wtedy może jakąś ich wyprzedaż po promocyjnych cenach. Tylko że – dla kogo?

Co się zdarzyło w Kambodży?

Clean Clothes Campaign potępia przemoc wobec pracowników branży odzieżowej w Kambodży

Clean Clothes Campaign oraz inne organizacje walczące o ochronę praw pracowniczych a także związki zawodowe na całym świecie wyrażają swoje oburzenie w związku z brutalnymi aktami przemocy i represją w Kambodży w odpowiedzi na demonstracje pracowników branży odzieżowej i obuwniczej, którzy domagają się podniesienia płacy minimalnej.

Clean Clothes Campaign, International Labor Rights Forum, Worker Rights Consortium, Maquila Solidarity Network, United Students Against Sweatshops, International Union League for Brand Responsibility, Workers United, SEIU, Framtiden i våre hender, oraz CNV Internationaal wzywają globalne marki odzieżowe do podjęcia natychmiastowych działań oraz do podjęcia rozmów z rządem w Kambodży, żądając:

  • Natychmiastowego zakończenia wszelkich aktów przemocy i zastraszania wobec pracowników i ich przedstawicieli;
  • Uwolnienia wszystkich osób aresztowanych za udział w walkach*;
  • Poszanowania prawa do wolności zgromadzeń oraz prawa pracowników do strajku;
  • Powstrzymania się od postawienia zarzutów pracownikom i przywódcom związków zawodowych, którzy uczestniczyli w strajku;
  • Wznowienia pokojowych negocjacji dotyczących płacy minimalnej; oraz
  • Zapewnienia, że wszystkie osoby odpowiedzialne za przemoc wobec strajkujących zostaną pociągnięte do odpowiedzialności.

Akty przemocy wobec pracowników branży odzieżowej rozpoczęły się po tym, jak 24 grudnia 2013 r. związki zawodowe w Kambodży wezwały do ogólnokrajowego strajku.  Pracownicy domagali się podniesienia minimalnej płacy miesięcznej do wysokości 160 USD.  W odpowiedzi na kontynuację protestów, w dniach 2 i 3 stycznia policja i wojsko użyły siły, zabijając co najmniej 4 osoby i raniąc niemal 40.

7 stycznia br. siedem marek wystosowało otwarty list do rządu w Kambodży, w którym wyraziły swoje zaniepokojenie w związku z ostatnimi aktami przemocy.  To godne pochwały, że te marki są gotowe wyrazić swoje poparcie dla sprawy i bulwersujące, że tak wiele innych marek pozostaje biernych w obliczu tak rażącego pogwałcenia praw człowieka w ich sektorze. Ponieważ u podstaw demonstracji leżą głodowe płace, globalne marki odzieżowe muszą także uznać rolę, jaką pełnią w tej sprawie i podjąć natychmiastowe działania, obejmujące:
* Publiczne oświadczenie, że wszelkie przyszłe zamówienia dotyczące odzieży i obuwia w Kambodży będą uzależnione od:
natychmiastowego zaprzestania aktów przemocy wobec pracowników;
uwolnienia wszystkich osób zatrzymanych podczas protestów płacowych i wycofania wszelkich oskarżeń
przywrócenia przez rząd prawa do strajków i zgromadzeń
* Płacenie godnych cen fabrykom, wystarczających do tego, by pracodawcy mogli wypłacać godne pensje;
* wspieranie żądań pracowników o znaczną podwyżkę płacy minimalnej (do 160 USD); oraz
* Zobowiązanie się do utrzymania wolumenu zakupów z Kambodży, jeśli płace wzrosną.

„Chociaż koncentrujemy się przede wszystkim na bezpieczeństwie i dobrostanie zatrzymanych pracowników, wzywamy także marki do tego, by uwzględniły długofalowe konsekwencje swoich praktyk zakupowych.” powiedział Jeroen Merk z Clean Clothes Campaign. „Dopóki marki nie uświadomią sobie, że te praktyki przyczyniają się do głodowych pensji wypłacanych pracownikom w Kambodży, a te z kolei do demonstracji, których właśnie jesteśmy świadkami, żadna marka, która pozyskuje produkty z Kambodży, nie może twierdzić, że działa w sposób sprawiedliwy czy przyzwoity.”

Branża odzieżowa w Kambodży, w której zatrudnionych jest ponad 500.000 osób, stanowi około 95% eksportu tego kraju i jest warta 3,38 miliardów euro rocznie.  Minimalna płaca jest daleka od godnej płacy, a pensje głodowe otrzymywane przez pracowników przyczyniają się do szokujących poziomów niedożywienia głównie wśród młodych kobiet pracujących w tej branży.

„Ostatnie przerażające wydarzenia pokazują, dlaczego władze nie mogą już pozwolić sobie na ignorowanie aktualnych problemów społecznych oraz złych warunków życia pracowników w Kambodży,” powiedział Tola Meoun, przewodniczący programów pracowniczych dla ośrodka kształcenia prawnego sektora NGO w Kambodży (Labor Programmes for the Cambodian NGO Community Legal Education Centre).

W piątek, 10 stycznia, w ambasadach i innych miejscach na całym świecie odbywają się akcje prowadzone w akcie solidarności z pracownikami z Kambodży.  W ramach tego dnia wsparcia uczestnicy kampanii będą wzywać rząd w Kambodży do uwolnienia osób zatrzymanych podczas protestów oraz do przywrócenia negocjacji w sprawie płacy minimalnej.
___
* Co najmniej 23 osoby zostały zatrzymane.  Do dnia 8 stycznia ich miejsce pobytu było nieznane.  Wczoraj otrzymano potwierdzenie, że są oni przetrzymywani w więzieniu CC3. Jest to odizolowany zakład kary mieszczący się w odległości dwóch godzin od miasta Kampong Cham na północny wschód od stolicy, Phnom Penh.  Więcej informacji można znaleźć na stronie: http://www.licadho-cambodia.org/

Materiały źródłowe:

Systematycznie uaktualniane informacje na temat wydarzeń w Kambodży można znaleźć pod następującymi adresami:

LICADHO – Cambodian League for the Promotion and Defense of Human Rights – http://www.licadho-cambodia.org

CLEC – Community Legal Education Center – http://www.clec.org.kh/

Informacje na temat wydarzeń z dnia wsparcia 10 stycznia dostępne pod adresem: https://www.facebook.com/events/712507662107438/permalink/713185108706360/

U nas na blogu już kilkakrotnie wspierałam akcje polskiej Zielonej Sieci i polskiego odziału kampanii Clean Clothes. Namawiałam też (i nadal oczywiście namawiam) do świadomego kupowania odzieży.

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/15/polska-zielona-siec/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/29/cropp/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/25/apel-clean-clothes-polska/

Apel Clean Clothes Polska

bonnie-and-kleidGodna płaca to fundamentalne prawo. W całej Azji, pracownicy i pracownice sektora odzieżowego już teraz walczą o prawo do godnej płacy. Teraz czas na nas. Musimy im pomóc i zacząć działać. Nosząc ich ubrania, wesprzyjmy ich starania o godną płacę.

Podpisz apel i przyłącz się do międzynarodowego ruchu dążącego do wprowadzenia godnej płacy w przemyśle odzieżowym >>

Dlaczego powinniśmy im pomóc?

Ponieważ wszyscy jesteśmy pracownikami/pracownicami. Staramy się znaleźć godną pracę, która pozwoli nam – bez brania morderczych nadgodzin – zapewnić sobie dach nad głową, kupić jedzenie, ubrania, pójść do lekarza, do szkoły, wyjechać za miasto, otrzymać świadczenia socjalne. Czy zgodzilibyśmy się na ciężką pracę w zamian za życie w nędzy? Nie. Dlatego nie gódźmy się na takie życie dla innych.
Wymagajmy godnej płacy dla wszystkich.

Ponieważ wszyscy jesteśmy konsumentami/konsumentkami. Tylko ułamek ceny noszonych przez nas ubrań trafia do ludzi, którzy je uszyli. Gdybyśmy zapłacili o złotówkę więcej za sztukę odzieży, życie szwaczek i szwaczy znacznie by się polepszyło. Czy chcemy tanich ciuchów za cenę pozbawienia godności szyjących je ludzi? Nie. To nie do zaakceptowania. Wymagajmy, aby globalne marki odzieżowe zawarły w kosztach zamówień zlecanych fabrykom godne pensje dla pracowników.

Ponieważ wszyscy jesteśmy obywatelami/obywatelkami. Mamy dziś globalną świadomość i wiemy co łączy nas z osobami oddalonymi o dziesiątki tysiące kilometrów. Te powiązania materializują się w postaci pijanej przez nas kawy, cyny obecnej w naszych telefonach, zjadanych przez nas owoców, kupowanych zabawek. No i ubrań. Wiemy, że dążenia tamtych ludzi są także naszymi. Wiemy, że wyzysk, podobnie jak społeczna niesprawiedliwość z łatwością przekraczają granice państw. Czy nasze poczucie solidarności może więc zawężać się do granic państw, podczas gdy nasze ubrania przemierzają pół świata? Nie. Sprawiedliwość społeczna nie może zatrzymywać się na granicy danego kraju. Naciskajmy na rządy, aby płace minimalne zrównały się z godnymi, wystarczającymi na życie płacami. Wymagajmy od korporacji, aby wprowadziły godne płace w swoich łańcuchach dostaw.

Zaangażuj się w działania na rzecz wdrożenia godnej płacy w sektorze odzieżowym:
Podpisz apel na stronie cleanclothes.pl
Przekaż go znajomym i rodzinie;
Zapytaj ulubioną markę o wysokość wynagrodzeń w fabrykach;
Przekonuj polityków i polityczki, aby podjęli stosowne działania.

Na stronie cleanclothes.pl znajdziesz więcej informacji i materiałów na temat kampanii Godna Płaca dla Wszystkich. Kampania odbywa się równolegle w 17 krajach europejskich oraz kilku krajach azjatyckich za pośrednictwem Clean Clothes Campaign oraz Asia Floor Wage Alliance.

Apele i informacje kampanii społecznościowej Clean Clothes Polska publikowałam już na blogu: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/15/polska-zielona-siec/
oraz https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/29/cropp/

Bardzo wspieram ich akcje, ale powiedzmy sobie uczciwie: nie jest łatwo. Na zdjęciu sprzed kilku tygodni: ja, moja sukienka, moja marynarka, moje buty, moje rajstopy, moje (rodzinne) perły, moje szale i moje zasłony. Również moje kwiaty. Każda z tych rzeczy mogła zostać wyprodukowana w nieludzkich warunkach, również ta, która została mi sprzedana za drogie pieniądze a nie za grosze. Jedyny element tego zdjęcia, którego nie muszę się wstydzić i nad którym nie muszę się zastanawiać, to tekst, który czytam. Napisałam go bowiem sama i jest na pewno również moralnie mój i OK.

Pani Irenka reloaded 1

Pani Irenka już u nas była, ale dawno, a poza tym teraz się pozmieniała, uaktualniła, rozrosła do czterech odcinków czyli zaczynamy od nowa.

Karolina Kuszyk

U nas na Brodwinie

Niniejsze opowiadanie jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób, miejsc i zdarzeń są przypadkowe.

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas na parafii już od dawna nie działo się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani. Jak te bloki pobudowali i te Brodwino nastało, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, i taki jeden młody mówił, że niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakby coś innego. Ja tam nie wiem, czego teraz tych dzieciaków uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani kłamie, to ja się pytam, to co było za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć. Teraz to patrzę już tylko na mój film i na papieża, ale to już wszystko nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Ten najnowszy to w ogóle całkiem do niczego. Już ten poprzedni ładniejszy był. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! To zdjęcie, co na telewizorze stoi, to na pamiątkę syn zrobił, jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym nasz papież u nas odprawiał. Na tym stadionie takim wielkim. Mało co widać, bo żeśmy daleko stali, ale pamiątka zawsze jest. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli, proszę pani. Ludzie Boga zapomnieli. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Tyle wszystkiego! I niespokojni tacy, jakby bali się, że komuna wróci i im pozabiera. Pani, ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak u nas w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali takim autem, Sopot Te Fau było napisane, i rozpytywać zaczęli. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w telewizji zaraz opisali. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W kapciach byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Kujawa, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. Ale jak raz syn z synową i wnuczkiem do klatki weszli. Syn zaraz odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to, to dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go znalazł w tej piwnicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot, mówię. O mało co zawału nie dostał. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie był. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakieś takie nie bardzo były.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, tą, co kiedyś u nas mieszkała pod piątką, a potem przeprowadziła się do córki na Kolberga. Ona do mnie, jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: Ale co to, pani, się stało? Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież młody mężczyzna był, jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo, co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze to my się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny się zrobił, odkąd mu żona umarła,  ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze do Biedronki muszę…  i tak żeśmy sobie ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a jakby na serce umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, przecież lekarz go zaraz przepatrzył, zawał stwierdził i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień prawie minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, pani, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta jego córka płakała, pani, jak płakała, aż się serce kroiło… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, a co one będą tam same przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa byłam, tak szczerze pani powiem. Dużo nas nawet sąsiadów przyszło, to żeśmy posiedzieli, pojedli, pół litra otworzyli, jak to przy stypie. Ja do ubikacji poszłam i ździebko się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, córka tam mieszkała jak mała była, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. W tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ta ich Marzenka, jak już taka większa panna była, to ciągle gitara i gitara. Teraz to chyba może jaką nową ma albo jej całkiem przeszło, nie wiem, przecież już z siedem lat będzie, co się do tych Niemiec przeprowadziła. Za opiekunkę pracuje do takich starych, co to już koło siebie nic zrobić nie mogą, a mąż jej po budowach robi. I patrzę, że biurko po Marzence widać w użyciu, bo rachunki na nim świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i taki syrop na kaszel, co sama go też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z papierami różnymi w środku powtykanymi – a to z banku listy, a to z ubezpieczalni, i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi dwudziestego maja, to pierwszy piątek był, pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz Marzenka wchodzi i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to pierwsza komunia, mówi, a to na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. I już wiedziałam, że Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat od samego początku nie bardzo wierzyłam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Budujmy arkę

Akcja Jadwigi Łopaty: Arka nasion

Termin: 21 lipca 2013 (niedziela)

Program

9:30 – 10:30 “Uciec z Matrixa – zbudować Arkę – trzy kroki jakie należy podjąć” – wprowadzenie Sir Julian Rose, autor książki “Zmieniając kurs na życie. Lokalne rozwiązania globalnych problemów”
10:30 – 11:30 “Nowoczesny, energooszczędny i zdrowy dom bez kredytu”, prezentacja – Krzysztof Wietrzny, ekspert i praktyk ekologicznych technologii, twórca EKOCENTRUM ICPPC
11:30 – 12:30 Nasza Arka (część I) – zwiedzanie EKOCENTRUM ICPPC, oprowadza Krzysztof Wietrzny
12:30 – 13:30 “Niezależność energetyczna w skali mikro. Systemy do produkcji czystej i taniej energii elektrycznej oraz cieplnej na potrzeby domu jednorodzinnego”, prezentacja – Krzysztof Wietrzny, ekspert i praktyk ekologicznych technologii, twórca EKOCENTRUM ICPPC
13:30 – 14:30 Obiad z lokalnych i ekologicznych produktów
14:30 – 16:00 Nasza Arka (część II) – “W drodze do samowystarczalności żywnościowej (uprawy, komposty i preparaty, przechowywanie żywności, pozyskiwanie nasion)” – wykład i prezentacja gospodarstwa – Jadwiga Łopata, laureatka Nagrody Goldmana (ekologiczny Nobel) i Sir Julian Rose
16:00 – 16:30 Podsumowanie

Koszt warsztatów: 190 zł

Osoby zainteresowane uczestnictwem w warsztatach prosimy o zgłoszenia e-mailem: biuro@icppc.pl lub telefonicznie 033 8797 114.

Cropp. Metki w gruzach.

Wpis o katastrofie fabryki produkującej tanią odzież w Bangladeszu ukazał się dwa tygodnie temu: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/15/polska-zielona-siec/. Zaproponowałam wówczas koordynatorce Polskiej Zielonej Sieci, że mogę publikować na blogu informacje o podejmowanych przez nich akcjach. W poniedziałek 27 maja wpłynęła następująca informacja wraz z petycją.

gruzyMetki polskiej marki odzieżowej Cropp, należącej do firmy LPP S.A., znaleziono na gruzach zawalonego budynku fabryk odzieżowych Rana Plaza w Bangladeszu. W katastrofie 24 kwietnia zginęło 1127 pracowników i pracownic szyjących ubrania znanych marek, w tym jak się okazuje, również Cropp. Clean Clothes Polska wzywa LPP do natychmiastowego wzięcia odpowiedzialności za warunki pracy w Bangladeszu.

LPP, producent ubrań Cropp, Reserved, House, Mohito i Sinsay, jest największą firmą odzieżową w Polsce, sprzedającą ubrania w 12 innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Firma odnosi sukcesy finansowe bijąc kolejne rekordy na Warszawskiej giełdzie. Powielając schemat działania gigantów przemysłu odzieżowego lokuje produkcję w krajach azjatyckich, głównie Chinach i Bangladeszu. W przeciwieństwie do zachodnich konkurentów nie podejmuje jednak widocznych działań na rzecz społecznej odpowiedzialności za warunki pracy w swoich łańcuchach dostaw.

Poproszona przez Clean Clothes Polska o oficjalne stanowisko LPP w sprawie produkcji ubrań Cropp w zawalonych fabrykach, przedstawicielka LPP S.A. stwierdza: „Trudno zaprzeczyć faktom. Nie możemy zaprzeczyć, że któryś z współpracujących z nami Agentów, tam właśnie znajdował podwykonawców”.

metki„Ta straszna katastrofa powinna stanowić ostateczny impuls dla LPP S.A., aby w końcu wziąć odpowiedzialność za zdrowie i życie pracowników w krajach takich jak Bangladesz. Fakt, że LPP S.A. nie wie albo nie chce wiedzieć, jakim fabrykom zleca produkcję może świadczyć o braku odpowiedzialności i transparentności tej firmy” – mówi Maria Huma, koordynatorka Clean Clothes Polska.

Ogrom tragedii w Rana Plaza ostatecznie zmotywował 31 światowych marek odzieżowych do podpisania i natychmiastowego wdrażania porozumienia dotyczącego ochrony przeciwpożarowej oraz bezpieczeństwa budynków w Bangladeszu. Obejmuje ono m.in. zobowiązania do niezależnych inspekcji bezpieczeństwa wraz z upublicznianiem raportów, napraw i remontów w fabrykach odzieżowych, szkoleń dla pracowników, a także zobowiązuje zleceniodawców do zrywania kontraktów z zakładami, które nie chcą przestrzegać niezbędnych procedur bezpieczeństwa. Sygnatariusze muszą także zapewnić finansowanie tego programu. Do porozumienia przystąpiły znane marki odzieżowe H&M, Zara, C&A, Marks and Spencer. Porozumienie podpisały również firmy, które w przeszłości  zlecały  produkcję fabrykom z Rana Plaza, w tym Mango i Benetton. W tym momencie trwają negocjacje dotyczące wypłat przez nie odszkodowań poszkodowanym pracownikom i rodzinom tragicznie zmarłych.

W marcu 2012, w wyniku internetowej akcji konsumenckiej przeprowadzonej przez Clean Clothes Polska, LPP S.A. zadeklarowała wypracowanie etycznego Kodeksu Postępowania będącego podstawą do zapewnienia standardów pracy w łańcuchach dostaw, przeprowadzenia monitoringu fabryk produkujących na potrzeby firmy oraz wypracowanie i wdrożenie planu naprawczego. LPP S.A. do tej pory nie ogłosiła publicznie rezultatów tych działań.

Clean Clothes Polska apeluje do LPP S.A. o natychmiastowe działania, w tym: zidentyfikowanie fabryk w Bangladeszu, w których produkowane są ubrania marek LPP S.A. i podanie ich listy do publicznej wiadomości, podpisanie i wdrażanie porozumienia dotyczącego ochrony przeciwpożarowej oraz bezpieczeństwa budynków w Bangladeszu oraz wzięcie odpowiedzialności za los pracowników z Rana Plaza szyjących ubrania na zlecenie LPP S.A. Dodatkowo, Clean Clothes Polska apeluje o wywiązanie się z deklaracji LPP S.A. z marca 2012 r. o opracowaniu i publicznym ogłoszeniu Kodeksu Postępowania firmy, wyników badań z monitoringu warunków pracy w fabrykach dostawców, oraz planu naprawczego zmierzającego do ich poprawy.

Clean Clothes Polska  zachęca  wszystkich konsumentów do przyłączenia się do apelu na stronie: http://www.ekonsument.pl/apel24_wyslij_apel_do_lpp.html

Zdjęcia metek polskiej marki odzieżowej Cropp, należącej do firmy LPP S.A., które znaleziono na gruzach zawalonego budynku fabryk odzieżowych Rana Plaza w Bangladeszu opublikował 5 maja 2013 r. czeski portal iDNES.cz. Autorem zdjęć jest przebywający obecnie w Bangladeszu fotograf Zbyněk Hrbata, który potwierdził Clean Clothes Polska, że metki te znalazł i sfotografował na gruzach Rana Plaza tuż po katastrofie.

Kampania Clean Clothes Polska zrzesza takie organizacje jak: Polska Zielona Sieć, Koalicja KARAT i Polska Akcja Humanitarna i działa na rzecz poprawy warunków pracy w globalnym przemyśle odzieżowym.


Sto lat temu, 29 maja 1913 roku, odbyła się premiera “Święta wiosny” Igora Strawińskiego z choreografią Wacława Niżyńskiego. Wydarzenie wywołało skandal.

Polska Zielona Sieć

kupujodpowiedzialnie

Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć jest ogólnopolską organizacją pożytku publicznego zrzeszającą organizacje ekologiczne działające w największych miastach Polski. Naszym celem jest rozwój w zgodzie z naturą. Działamy poprzez budowanie obywatelskiego poparcia dla zrównoważonego rozwoju, tworzenie mechanizmów społecznej kontroli wydatkowania publicznych funduszy, zwiększenie wpływu konsumentów na jakość produktów oraz politykę globalnych korporacji, a także wspieranie ekorozwoju krajów Globalnego Południa oraz społeczeństwa obywatelskiego w Europie Wschodniej.

Wiele z naszych działań opiera się na aktywności organizacji regionalnych, które wspierają inicjatywy obywatelskie na rzecz ochrony środowiska. Współpracujemy również z organizacjami krajowymi i międzynarodowymi.

Aktywnie działamy dla natury, człowieka i rozwoju.

Główne programy PZS to:
Kampania Kupuj odpowiedzialnie!
Akcja dla Globalnego Południa
Program Dla klimatu
Fundusze dla zrównoważonego rozwoju

fabryka

Przypomnijmy
23 kwietnia 2013 zawaliła się fabryka odzieży w Dakce
zginęło 1100 osób.
Produkowano w niej ubrania dla
Primark, Bon Marché, Joe Fresh, El Corte Ingles, Mango, Benettona.
Mam sukienkę z Primarka. A inne, skąd są?
Skóra mnie boli.
HOME  BOOKS  ETHIC  CONTACT