Podwieczorek mistrzów

Ia-wroblewskiRyszard Dąbrowski

Szanowni Państwo,

w imieniu moich kolegów oraz własnym zapraszam na zbiorową wystawę fotograficzną pt: „Mistrzowie mistrza”.  W wystawie uczestniczą Zbigniew Wróblewski, Zdzisław Sienkowiec, Janusz „Sławek” Piszczatowski, Zdzisław Pacholski, Mariusz Hermanowicz oraz Ryszard Dąbrowski. Najstarszy z nas liczy 78 lat, najmłodszy 64.

To oni przed laty na zdjęciu Zbigniewa Wróblewskiego

 

Otwarcie wystawy będzie miało miejsce 5 września tego roku w szczecińskiej galerii fotograficznej FOTART, ul. Monte Cassino 5,  o godzinie 18.

Idea wystawy

Gdy człowiek osiąga pewien wiek, w którym powoli zaczynają umierać jego koledzy oraz przyjaciele, zaczyna z pewną nutką nostalgii patrzeć na swoje życie, swoją odległą przeszłość i bliską przyszłość.

Jak twierdzą socjolodzy, neurolodzy oraz psychoanalitycy, o tym kim i czym się jest, w 50 procentach decydują geny a w pozostałych kształtują nas szkoła, otoczenie, znajomi i przyjaciele.

VIb-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Oprócz fotografii, która jest naszą pasją, łączy nas także i to, iż kiedyś w „zamierzchłych” czasach, członkowie tej grupy, byli moimi pierwszymi „nauczycielami”. Wspierali mnie radami lub krytyką oraz byli mi pomocni w działaniach fotograficznych.

Nas pięciu żyjących oraz jeden „nieobecny”, ale usprawiedliwiony, postanowiło zrobić wystawę fotograficzną, na której przy pomocy zdjęć i słów chcemy samookreślić i współokreślić nas samych jako przyjaciół i fotografów.

Ta wystawa to sześć indywidualnych prezentacji, powiązanych ze sobą czasem i miejscem.

IIb-sienkowiec IIa-sienkowiecZdzisław Sienkowiec

Jest to także nasz przyczynek do oficjalnych obchodów 175-tej rocznicy wynalazku fotografii, świętowanych z okazji ogłoszenia szczegółów tej technologii w dniu 18 sierpnia 1839 roku w Paryżu.

Jednakże już wcześniej, bo w 1822 roku, Francuz Joseph Nicéphore Niépce wykonywał swoje pierwsze heliografie. Jego najstarsze zachowane „zdjęcie” powstało jesienią 1826 roku w efekcie ośmiogodzinnego naświetlania. Zrobione ono zostało z okna pracowni w Le Gras i przedstawia okoliczne dachy.

Pierwszego człowieka, a właściwie dwóch – czyściciela butów oraz jego klienta, w maju 1838 roku, sfotografował całkiem przypadkowo Louis Jacques Mandé Daguerre, poprzez naświetlanie przez 10 minut widoku z okna swojej pracowni w Paryżu. W prawie wszystkich opisach tego zdjęcia, wzmiankowany jest jedynie mężczyzna, któremu czyszczono buty, a czyścibut pomijany jest milczeniem. Jakże dobitnie ten powszechnie spotykany opis, wzmiankowanego tu dagerotypu, uwidacznia ówczesny, oraz z krótkimi przerwami trwający do dzisiaj, klasowy podział społeczny.

Później fotografia była już wszędzie, podczas wojen i rewolucji, wypadków i morderstw, urodzin i śmierci, pod wodą i w kosmosie, w brzuchu ciężarnej kobiety, w bijącym sercu, a nawet we wnętrzu organicznej komórki. Fotografia zrewolucjonizowała także malarstwo i rzeźbę oraz pchnęła je w kierunku abstrakcji i formalnych poszukiwań.

Obecnie aparat fotograficzny ma już każdy, niektórzy nawet kilka, a ci co ich nie posiadają robią zdjęcia komórką czy nawet zegarkiem albo okularami.

Ciekawe jak za następne 175 lat będzie się dokonywać rejestracji rzeczywistości otaczającej człowieka. Oczywiście przy założeniu, że ludzkość przeżyje kolejne dwa wieki…

Już po wybraniu zdjęć do naszej wystawy, skonstatowałem, iż w większości z nich przewija się motyw przemijania i śmierci.

Ib-wroblewskiZbigniew Wróblewski

I tak Zbyszek Wróblewski pokazuje grupowy portret kilkorga zmarłych kumpli oraz zdjęcia z rozruchów ulicznych w grudniu 1970 roku w Szczecinie, podczas których zginęło 16 osób.
Zdzisław Sienkowiec prezentuje zdjęcia Stoczni Szczecińskiej, która po ponad 160 latach istnienia bezpowrotnie zniknęła z mapy miasta.
Sławek Piszczatowski atakuje zdjęciami ciał nagich kobiet, poddawanych nieubłaganym prawom natury, które w niektórych kulturach są alegorią i apoteozą śmierci.
Zdzisław Pacholski dał zdjęcie Dorotki, wykonane na rok przed jej tragiczną śmiercią oraz filozoficzną multiplikację czaszek ludzkich.

IVa-pacholskiZdzisław Pacholski

Ja natomiast, Ryszard Dąbrowski, prezentuję ostatnie zdjęcie wykonane przez człowieka, krótko przed tym, zanim wymarło 90% populacji homo sapiens.

VIa-dabrowskiRyszard Dąbrowski

Prace te uzmysławiają nam, iż gdzieś tam, za którymś rogiem, czyha na nas, zręcznie posługujący się mieczem Damoklesa oraz niekiedy także i kosą, mistrz nad mistrzami…

***

Znakomity wstęp, ale jako redaktorka zawahałam się z lekka nad końcową wypowiedzią Autora. Mistrz nad Mistrzami? Kto – śmierć? Po niemiecku, oczywiście, ale po polsku. To znany problem, bo co tłumacz miał zrobić z powieścią Brat snu Schneidera? Przecież ewidentnie powinna była się tu pojawić Siostra snu.

Jerzy Jurczyk tak skomentował to zdanie:

Emigracja wykorzenia! Jesteś, Ryszardzie, wymownym tego przykładem. Wprawdzie sercem pozostałeś po wschodniej stronie Odry, lecz językowo przeflancowałeś się już wyraźnie na pruskie podglebie Bramy Brandenburskiej, bowiem śmierć nazywasz mistrzem, a nie „mistrzynią”. To prawda, że po niemiecku „der Tod” jest rodzaju męskiego. Jednak w języku polskim – podobnie jak we włoskim – śmierć jest rodzaju żeńskiego. Świadczy to, że w zbiorowej podświadomości Słowian, jak też – hedonistycznie doceniających uroki życia doczesnego – mieszkańców krajów basenu Morza Śródziemnego, śmierć jako postać kobieca ma o wiele mniej złowieszczą konotację, niż np „Jeźdźcy Apokalipsy” Albrechta Dürera. Zauważmy, że w polskim teatrze ludowym śmierć jest nazywana bardzo poufale i niemal pieszczotliwie „śmiertką”, jakby można było się z nią zaprzyjaźnić i spokojnie gwarzyć o przemijaniu.

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 8

I ostatni poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (7)8.

Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Porto / Girona, 12 czerwca 2010

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 7

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (12)7.

Emmanuel: In quatro

Tego dnia, roku pańskiego
tysiąc czterysta pięćdziesiątego piątego,
w celi klasztornej z widokiem na winnice
młody kopista przepisał cztery pierwsze karty
formatu in quatro. Dzień był pogodny.
Narzędzia, których użył: ptasie pióra i pilniczki
do ich ostrzenia, pumeks, kreda oraz dwa
kałamarze z koźlęcych rożków, atrament –
tylko czarny i czerwony (złoto w płatkach
miał nałożyć później mistrz pozłoty).

W południe kopista zjadł pajdę chleba i wypił kubek
chłodnej wody ze strumienia płynącego opodal.
Na stołku obok pulpitu leżały ponadto: nóż
do cięcia pergaminu na stronice i brzytwa
do równania powierzchni, by pióro nie natrafiło
na przeszkodę, która zniweczyłaby całą pracę.
I jeszcze ostry cierń tarniny, a może był to kolec
jeżozwierza (Hystrix cristata) do punktowania linii
przed ich wykreśleniem oraz tabliczki z woskiem
do zapisków, rysik i kamień do ucierania farb.

Wieczór już nastał, gdy młody brat przed święceniami
kończył pracę. Początkowo atrament wyrabiano
z soku kapusty, siarczanu miedzi i galasówek,
długo gotowanych z gumą arabską i piwem.
Czasami zamiast piwa stosowano czerwone wino.
Na skopiowanie całej Księgi nad Księgami wprawny
kopista potrzebował dwunastu miesięcy. (Życie
spędzone na kopiowaniu słów w owych czasach trwało
około czterdziestu ksiąg). Święci Wawrzyniec i Damazy,
a też Mistrz z Kęt wytykali błędy i liczyli przepisane strony.

*

Tego dnia, w Moguncji, spod prasy drukarskiej Johannesa
Gensfleischa zur Laden zum Gutenberga wyszły pierwsze cztery
welinowe karty Księgi Wszelkiej Mądrości, by wkrótce
zmienić się w przedmiot masowej produkcji. Faustus
z Haarlemu nie sprzedał duszy diabłu ani nie ukradł ognia
jak Prometeusz. Kruki nie wydziobały mu wątroby.
Wykradając sekret ruchomej czcionki, złamał jedynie serce mistrzowi Costerowi, swojemu pracodawcy.
Jak z tego wynika, postęp był nie tyle kwestią czasu,
ile sprytu i braku lojalności czeladników.

Pióro skrzypiało. W parnym powietrzu atrament
zasychał od razu, zmieniając się w czarny ślad –
katalog myśli i cieni przeszłości. W klasztornej winnicy,
pośród szpalerów róż, nabrzmiałe grona dojrzewały,
rozleniwione słońcem. Tego dnia, roku pańskiego
tysiąc czterysta pięćdziesiątego piątego młody kopista
przepisał cztery pierwsze karty formatu in quatro
być może po raz ostatni. Kradnąc sekret swojego mistrza,

Faustus z Haarlemu sprawił, że życie młodego kopisty
stało się wielką niewiadomą – niezapisaną księgą.

***

Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

7.
Emmanuel: In quatro

On that day of the year of our Lord
fourteen hundred fifty and five in
a monk’s cell with a view onto the vineyards
a young scribe copied the first four pages
of in quarto format. The day was fair.
The tools he used: birds’ feathers and files
to sharpen them, pumice, chalk and two inkwells
made from billy goats’ horns, ink – only black and red
(gold leaf was to be applied later by the master gilder).

At noon the scribe ate a piece of bread and drank
a cup of cool water from the nearby stream.
On the stool next to the writing desk there lay also:
a knife for cutting parchment into pages and a straight
razor for evening the surface, so that the quill
would encounter no obstacle which could thwart
the entire work. And also a sharp sloe thorn, or maybe
it was the spine of a porcupine (Hystrix cristata), to mark
dots later bound into lines, and tablets of wax for making
notes, a slate pencil, and a slab for grinding pigments.

Night had already come when the young unordained brother
finished his work. Before, ink was made from cabbage juice,
copper sulphate and oak marble galls boiled at length with
gum arabic and ale. Sometimes red wine was used instead of ale.
To copy the entire Book of Books a skilled scribe needed
twelve months. (A life spent copying words in those times
lasted about forty books.) Saints Lawrence, and Damasus,
and John Cantius would point out errors and count copied pages.

*

That same day in Mainz, from the printing press of herr Johannes
Gensfleisch zur Laden zum Gutenberg, came the first four
vellum pages of the Book of Wisdom, only to soon become
an object of mass production. Faustus of Haarlem
did not sell his soul to the Devil and did not steal fire
like Prometheus. Vultures did not pick his liver out.
In stealing the secret of typesetting, he only broke
the heart of master Coster, his employer. Which leads
to the conclusion that progress was not so much a question
of time, as of the cunning and disloyalty of journeymen.

The quill scratched. The ink dried quickly in the steamy air,
turning into black traces – a catalog of thoughts and
shadows of the past. In the monastery vineyard,
amongst rows of roses, sweet bursting grapes languidly
ripened in the sun. On that day of the year of our Lord
fourteen hundred fifty and five the young scribe copied
the first four pages of in quarto format perhaps for the
last time. By stealing the secret from his master,

Faustus of Haarlem turned the life of the young scribe
into a great unknown – an unwritten book.

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 6

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (17)6.

Bonifácio: Quincunx i kostka domino

Na przecięciu czterech pór roku
na skrzyżowaniu czterech stron świata
w punkcie ciężkości, lekkości, środka,
w sercu tarczy świata, gdzie ostrze
sztyletu, grot strzały – tam Bonifácio
sługa wieży zamiatał pył Czarnej Drogi.

W zamian za swoją pracę pobierał
skromną lecz godziwą płacę, za którą
mógł wyżywić siebie, żonę i gromadkę dzieci.
Mimo wojny, ukrytej za mgłą horyzontu
i pogłosek ulicznych, wypłaty
z kasy miasta były wciąż regularne.

Monety przedstawiały podobiznę Ateny
strażniczki mądrości, sztuki i wojny sprawiedliwej.
Bogini była wprawdzie piękna i uśmiechnięta
lecz jej hełm nie wróżył nic dobrego,
tylko krzyk i krew, i śmierć, choćby
działo się to w imię słusznego prawa.

Bonifácio wolał rewers: sowa wsparta
na jońskiej kolumnie i gwiazda wskazywały niebo.
Mówiły wiele o milczeniu nocy.

. . .

Rzymską monetę pług wyrzucił na powierzchnię
bruzdy, wraz z chwastem, na wiosnę. Jest cienka,
lecz wciąż odporna na upływ dni.

A wartość jej była pięć dwunastych asa.

Dla oznaczenia nominału wytłoczono
pięć kropek: w czterech rogach po jednej
i piąta – w środku, splot i koniunkcja dróg
tamtych czterech. Powiadają, że w taki oto sposób
system monetarny cesarstwa dał początek
geometrii gry w karty, kości do gry i kostki domino.

Również żołnierzy rzymskich legionów
w natarciu ustawiano tak, by tworzyli trzy
naprzemienne szeregi w układzie kwinkunksów.
Monety bito z brązu w mennicach Lucerii,
Teate i Larinum, i tylko w czas drugiej wojny
punickiej, w latach 218-201 przed naszą erą.

Czy to możliwe, że wciąż wiedziemy wojny aż tyle lat?

***
Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

6.
Bonifácio: Quincunx and the Domino Dice

At the intersection of the four seasons,
at the crossroads of the four cardinal directions,
at the centre of gravity, and lightness, at the heart
of the world’s shield, where the blade of a dagger, or
the point of an arrow stab – there Bonifácio,
the tower’s keeper, swept the dust of the Black Road.

In exchange for his work he took a humble
yet honourable wage, with which he could
feed himself, his wife and a brood of children.
Despite the war, lurking behind the misty horizon
and the rumours in the streets, his wages
from the city’s coffers were still regular.

The coins displayed a likeness of Athena
the Guard of arts, wisdom and just war.
The goddess was beautiful and smiling,
yet her helmet boded ill, only cries
and blood, and sudden death,
though it be in the name of a fair law.

Bonifácio preferred the reverse:
an owl perched on an Ionic column
and a star above, pointing to the sky,
both spoke much of the silence of night.

. . .

The plough tossed a Roman coin onto the furrow,
with the weed, in Spring. It is thin, yet still resistant
to the passing of days.

At the time its value was five twelfths of an ace.

To mark the value, five dots
were coined: one in each of four corners
and the fifth – in the middle, the crossing and
conjunction of the roads of the other four.
They say this is how the empire’s
monetary system gave rise to the geometry
of card games, dice and dominoes.

Roman legion soldiers were also
positioned in attack to form three
alternating rows of quincunxes.
The coins were struck from bronze
in mints at Luceria, Teate and Larinum,
and only during the second Punic war
in the years 218-201 before Christ.

Is it possible we still wage wars for so many years?

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 5

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (5)

5.

Anselmo: 4’ 33’’ czyli niestała płynność wody

Po długiej zimie kamienna posadzka jest chłodna
i sprzęty, napęczniałe wilgocią, jeszcze milczą.
Dopiero, gdy słońce je osuszy, wtedy zaczną skrzypieć
same z siebie, w dzień i w nocy, zwłaszcza w nocy.

Od rana z kranu skapnęły 433 krople; to więcej
o dwadzieścia siedem niż wczoraj. Na szczęście,
kapanie szybko zlewa się w jednolity szum –
przypomina rzekę, zanim wyschła. Rwący nurt.

W kuchni na dole słychać brzęk miedzianych
garnków. Brat Anselmo nie musi patrzeć na zegar,
i bez tego wie, że do obiadu pozostały już tylko
cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy.

Mówi o tym zapach mięsa albo ryby – woda
w glinianych dzbankach jest całkiem bezwonna,
podobnie jak kryształki morskiej soli nie pachną,
przynajmniej nie w tym domu. Woda i sól.

Gdy do obiadu pozostaną cztery minuty
bez trzydziestu trzech sekund, na piętro dotrze
zapach dyni i kapusty, nieco mdły, ale słodki i ciepły.
Bez masła i oliwy, które zwykle oddajemy biedakom.

Cztery minuty. Trzy. Dwie. Już czas. Wstając z klęcznika,
nasz brat strącił rękawem brewiarz, potem zachwiał się i
zakaszlał aż sześć razy, o trzy więcej niż wczoraj.
Ale to dlatego, że jest już o dzień starszy. Jak my wszyscy.

Reblog: Drobnostka

Magdalena Parys o Marianie Stefanowskim
na blogu tygodnika “Zwierciadło”; kiedyś

Historia I. Człowiek z historią

BILLY_WILDER_-13Poznałam go kilka lat temu temu. Umówiliśmy się na zdjęcia. Potrzebne było mi chociaż jedno, jakiekolwiek. Wsiadł do mojego samochodu i od razu pomyślałam, że go lubię.
Ja gadałam. On milczał. Potem powiedział parę zdań. Zamilkłam, aż do końca naszej wspólnej drogi. Po tych paru zdaniach nie widziałam w nim fotografa, zdjęcie też już nie było ważne. Ciekawy był ON. Człowiek z historią.
W Polsce pracował dla różnych wydawnictw prasowych. Był fotoreporterem na etacie starszego fotoreportera.
Przyjechał do Berlina Zachodniego wiele lat temu na jeden dzień, aby zakupić lampę błyskową do aparatu fotograficznego. Kilka dni później umówiony był na reportaż z Catherine_Deneuvemłodymi gwiazdami jazdy figurowej na lodzie i mistrzyniami kraju w gimnastyce artystycznej. Bez lampy ani rusz.
W Berlinie zatrzymał się u znajomych dosłownie na jedną noc. W sobotę zakupił lampę METZ 45CT i chciał wracać do domu. Ale znajomi mówią: co będziesz tak zaraz wracał, chodź z nami do znajomych! Poszedł do tych znajomych. Zima stulecia, zimno jak diabli. Przespał się u nich, z nimi razem w dużym małżeńskim łóżku, młodzi studenci, mieszkanie na Kreuzbergu, samo życie.
Następnego dnia czas wyjeżdżać. Poszedł jeszcze na pchli targ, kupił parę płyt i szykuje się z powrotem do Polski. A tu znajomi mówią, że w Polsce wojna.
DANNY_DE_VITO_-6– Jaka wojna, czyja? – pyta.
– Wojna!
Dzwoni do Polski. Telefon głuchy. Na polskich falach radiowych – Chopin. Ktoś coś wie? Nikt nic nie wie. Może żart? Chyba żart. Trzeba przeczekać.
– I tak czekałem, męcząc siebie i innych. Wyszedłem z domu 11 grudnia 1981 roku w zimę stulecia i do dziś nie wróciłem. Jak ten facet z tego żartu, co wyszedł po papierosy.
Nie zaśmiał się, ja też nie.
Poszliśmy robić zdjęcia.

Historia II. Człowiek ze zdjęciem

Daniel_OlbrychskiNie umiem pozować do zdjęć. Poza tym nie mogłam się skoncentrować, ponieważ myślałam przez cały czas o historii byłego fotoreportera na stanowisku starszego fotoreportera. Marian nie tracił cierpliwości. Szukał odpowiedniego światła. Tyle zdjęć już zrobił, ja tysiąc póz, ale widzę, nic mu się nie podoba. Mijają godziny, ja już nie mogę, za chwilę ma przyjechać po niego przyjaciel i zawieźć ze sprzętem do domu, bo wiadomo, zdjęcia, to nie tylko aparat, to statywy, lampy i jakieś sztuczne światła w postaci wielkiego czegoś srebrnego i metrem się tego nie przewiezie.
Przyjechał nasz wspólny przyjaciel i czeka. Marian dalej robi zdjęcia. Przyjaciel wzdycha, zjada ciasto, wypija kawę i macha ręką.
– On tak zawsze!
Gregory_Peck_I teraz znajmy opowiada mi ciąg dalszy historii. Mariana.
Marian znalazł się w Berlinie Zachodnim bez szczoteczki do zębów za to z lampą błyskową. Obce miasto, obcy język. Rok 1981 i nie ma dokąd iść, co ze sobą zrobić. Odpowiadam temu przyjacielowi, że pewnie gdzieś tam w końcu zamieszkał, coś ze sobą robił. Jestem spocona, głodna i chyba naprawdę niefotogeniczna. Marian dalej szuka światła. Jaki miły – światła szuka.
– No zamieszkał. Przychodzę do niego, wieszam przy ścianie na haku kożuch, a kożuch przymarzł do ściany, wyobrażasz sobie?
Nie za bardzo.
Isabelle_Rossellini.1748– Jest! Mam to zdjęcie! To jest TO zdjęcie – przywołuje nas do siebie Marian. Wygląda naprawdę na szczęśliwego.
Potwierdzają się moje obawy. Trzeba blisko tysiąc zdjęć, żeby machnąć mi jedno dobre. Pakują, jadą.
Marian wysyła mi następnego dnia zdjęcia. Nie jedno. Kilkadziesiąt. Wszystkie są… niesamowite. To ja? Nie wiem, które wybrać na okładkę książki.
Po jakimś czasie spotykam Mariana. Chcę, żeby mi opowiedział, jak dalej się jego sprawy w Berlinie potoczyły. Mówi, że różnie bywało i pyta, kiedy zrobimy zdjęcia u niego w studio, bo przydałyby się inne. Pewnie, że zrobimy i pytam znów o to samo, więc mówi, że w Jodie_Foster_31982 roku pracował dla różnych wydawnictw emigracyjnych, a pięć lat później otrzymał propozycją z FDK Arsenal. Chodziło o naprawienie i przygotowywanie do pokazu filmów archiwalnych. Po roku zapytano go, czy nie zechciałby poprowadzić całego archiwum. Dowiaduję się, że rozpoczął od 750 filmów, dzisiaj archiwum posiada ich ponad 14 tysięcy. Większość to unikaty, jedyne takie kopie na świecie, w latach 60 i 70 kręciło się na tak zwanej odwrotkach, czyli na filmie pozytywowym. Film bez negatywu.
Pyta czy rozumiem. Nie rozumiem.
Rozumiem tylko, kiedy mówi, że to po USA drugie co do wielkości archiwum filmu eksperymentalnego na świecie. I to jeszcze, że dla niego najważniejszą sprawą jest doprowadzenie kopii do stanu projekcji. Pytam o ręce. Chowa je za siebie. Ręce KRZYSZTOF_KIESLOWSKI_-6zniszczone, bo wciąż kontakt z chemią. Alergie się porobiły. Zmienia temat. Jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy może doprowadzić taki stary film do używalności. Pytam o zdjęcia. Odpowiada, że takie tam drobnostki jeszcze robi, wystawy na przykład.
Rozmawiam o tych „drobiazgach” ze znajomymi. Okazuje się, że Marian współpracuje na stałe z Niemieckim Muzeum Kinematografii Filmowej i Telewizyjnej w Berlinie. Wykonuje najróżniejsze prace do katalogów, wystaw, publikacji.
– W tym MUZEUM na Potsdamer Platz?
– W tym.
Liv_Ulmann_-Norwegen_1994Aha. To zapewne jedna z tych „drobnostek”, jak i ta, że pierwszą wystawę miał w Berlinie już w 1985 roku, a w roku 1988 zaczął wystawiać prace z tak zwanej „GUMY”. Dowiaduję się też zupełnie przypadkiem, że to jeden z najbardziej ulubionych fotografów Catherine Deneuve. No pewnie, cóż w tym dziwnego. Marian dalej mówi o tych swoich archiwach, o zdjęciach jakiegoś tam Billy Wildera czy Alana Delona ani słowa.
Marian ciekawi mnie coraz bardziej jako fotograf. Piszę do niego maila i pytam o te wystawy, odpowiada, że nic wielkiego, nic takiego i że Sophia_Loren_7kiedyś lubił kręcić, kiedyś dawno temu, reportaże kamerą 35 mm, ale to było tak dawno, że nie wie, czy to prawdziwe było, pamięta tylko kamerę. Prawdopodobnie powróci do tego, zbliża się bowiem nieuchronnie czas dojrzewania do niedosłyszenia, niedowidzenia, wypadania włosów i… to będą wspaniałe filmy, lekko nieostre, ale za to … O wystawach, zdjęciach i ciekawych ludziach, których spotyka ani słowa. Znów naciskam, ale widzę, że nie chce już o tym mówić, twierdzi że jest tylko dobrym fachowcem, tak jak inni w swoim zawodzie. W odpowiedzi pytam o zdjęcia z „gumy”. Specjalnie o tę technikę pytam, bo wiem, że to jego ulubiona. W ten sposób Daniel_Olbrychskiwywoływano zdjęcia 150 lat temu. Przesyła wreszcie… Zobaczcie sami….

***
Fotografie Marian Stefanowski. Z góry na dół: Billy Wilder, Catherine Denevue, Danny de Vito, Daniel Olbrychski, Gregory Peck, Isabelle Rossellini, Jodie Foster, Krzysztof Kieślowski, Liv Ullmann, Sophie Loren, Tom Hank. Zdjęcia wykonane techniką odbitek na gumie. Na swojej stronie internetowej Marian pisze:
Gum printing is an old photographic process which experienced its heyday at the turn of the century. The term ‘art photography’ is inseparable from the technique of gum printing. It was used because, unlike pure photographic printing, it opened up a number of creative possibilities. It allowed one to alter, deliberately emphasise or subdue shades of colour and creates pictures according to one’s own specifications.

Więcej o MarianieXXXXX Więcej o Magdzie

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 4

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcie Jacek Dominiczak, malarstwo Jacek Krenz

J_Krenz_acryl_Ausencias3x4.

Bruno: na zielonych pastwiskach

Położyłem się i zasnąłem, i obudziłem się,
albowiem Pan mnie wspomaga.

Psalm 3 (tłum. Roman Brandstaetter)

Dach w naszym domu przeciekał od czasu
wielkiej wody, która wiosną roku 1911 zeszła
z nieba, napełniając gliną i płynnym szkłem
ogrody i doliny. Moje oczy ujrzały jeszcze wodę,
lecz potem całkiem przestały widzieć, o infekcję
i uszczerbek na zdrowiu nie było wtedy trudno.

W roku ognia pierwsze spłonęły nasze księgi –
kruche, podatne na dar płomienia. Niewierne.
Wraz z nimi porzuciły nas dalekie horyzonty.
Patio pokryło się popiołem, a ziemia spalona
nie służyła wtenczas nawet dla podkowy konia –
po pożarze w stajni zapanowała martwa cisza.

W roku wielkiej suszy nie mówiliśmy wiele;
spragnione gardła nie łaknęły słów. Słońce
umierało samotnie. Był to czas, gdy jedynie psalm
sześćdziesiąty trzeci koił nasze dusze. Wołaliśmy:
„Boże, Tyś jest ten, którego szukamy jak garści ziarna
i łyżki strawy na tej ziemi wyschniętej i bezwodnej”.

Człowiek wiele może znieść, lecz w taką porę
niebezpiecznie jest popaść w tęsknotę za chlebem i winem.
Nadzieja tliła się jeno w pestce i korzeniu. Resztką sił
chwaliliśmy imię Pana, wznosząc ręce do nieba, póki
nasze dusze nie nasyciły się jak sadłem i oliwą. Dzięki
wstawiennictwu aniołów o śmierć we śnie nie było trudno.

Nasza modlitwa o deszcz została wysłuchana i niebo
otworzyło śluzy na dni czterdzieści i tyleż nocy. Pleśń
pokryła ściany mojej celi, i wilgoć weszła w palce, aż
całkiem straciły czucie i przestały czytać. O śmierć przed
świtem z głodu i wychłodzenia było wtedy łatwiej niż o chleb
nasz powszedni. Tamtego roku ziarno zgniło w spichlerzach.

Dach przeciekał do końca. Martwa cisza w naszym domu
byłaby kompletna, gdyby nie to kapanie i jego echo –
wilgotne i uparte. Żwawe jak źrebak.
Prosiłem o łaskę snu wiecznego, i wyprosiłem, i zasnąłem,
bo wielkim królem jest Pan.
Zaświadczam, iż prawdę powiadał psalm dwudziesty trzeci:
tutaj na zielonych pastwiskach nie brak mi niczego.

RaportJD (16)

Der Fisch und ich

Była wystawa / Es gab eine Ausstellung

| Galerie

Kulturhaus Spandau | Mauerstr 6 | 13597 Berlin

Der goldene Fisch & das Fahrrad
Das Stückchen der Seele

Fotografie

Ausstellung: Fr. 04.04. – So. 27.04.2014
Vernissage am Donnerstag 3. April um 19 Uhr
Öffnungszeiten: Mo. – Fr., 14 – 18 Uhr | Sa. – So., 14 – 20 Uhr

Eintritt frei

DabrowskiRichard Stanislaw Dabrowski, geboren 1950 in Stettin/ Polen, ist von Beruf Diplom Maschinenbauingenieur – jedoch von Berufung Fotograf.

Seine Lebensauffassungen und Herangehensweisen wurden durch seine bisherigen (Lebens-) Erfahrungen geprägt: ab dem elften Lebensjahr wurde er zum Nonkonformisten; in den 60. Jahren war er Hippie und seit 1977 Oppositioneller und Bürgerrechtler. Bald begann er für Underground Zeitschriften als Fotograf sowie Grafiker tätig zu sein und schrieb darüber hinaus politkritische Texte und war Mitglied des Komitee für die Verteidigung politischer Gefangener.

Es war eine Frage der Zeit, bis SB (Staatssicherheitsdienst) auf ihn IM (Informelle Mitarbeiter) angesetzt hat, um ihn auszuspionieren und zu überwachen, wenn auch nicht immer erfolgreich.

Der Kriegszustand wurde in Polen ausgerufen und das Gericht stempelte ihn scharf als Antikommunisten ab und entzog ihm die berufliche Existenz indem das Berufsverbot als Ingenieur ausgesprochen wurde. Aus dem Ingenieur wurde gezwungenermaßen ein Schlosser, wenn auch nur für 8 Monate.

Den einzig sinnvollen Ausweg stellte die Ausreise aus Polen dar. Im Dezember 1982 saß Richard Dabrowski schließlich mit Frau und zwei Kindern mit einem One-Way Pass im Zug nach West-Berlin, wo er bis heute mit seiner Frau weiterhin lebt. Dieser aufregende Werdegang mit vielseitigen als auch überraschenden Grenz-erfahrungen spiegelt sich in der Arbeit von Richard Dabrowski wieder.

Bis heute wurden seine Fotografien und Serien auf 34 Einzelausstellungen in Polen, Deutschland, England, Dänemark und Österreich präsentiert und durch zahlreiche Publikationen und Preise honoriert.
Heute, nach fast 64 Jahren, ist sein Blick durch die Linse weiterhin humorvoll kritisch, noch geschärfter, aber auch herzlich weicher.

Richards Tochter Anna
(Designerin und auch Fotografin)

***
Richard Dabrowski

Der goldene Fisch & das Fahrrad –
ein Stückchen der Seele

Mit dem Fotografieren beschäftige ich mich aktiv schon 36 Jahre. Diese Portraitreihe fällt jedoch aus dem Rahmen meiner bisherigen Arbeiten. Das hat sicherlich damit zu tun, dass die Idee zu dieser (vielleicht schon meiner letzten) Einzelausstellung, durch einen plötzlichen und ungewöhnlichen Schicksalsschlag ausgelöst wurde.

Im Juni 2006 war ich nach einem Fahrradunfall – mit dem Verdacht auf eine Wirbelsäulenverletzung – mehrere Stunden gelähmt und wünschte mir in diesem Moment nichts sehnlicher als den glimpflichen Ausgang des Geschehenen. Durch den Kopf gingen mir banale, stereotypische Gedanken wie flüchtig unsere Existenz sei. Glücklicherweise stellte sich heraus, dass eine gebrochene Rippe auf die Nerven drückte und so die beängstige Lähmung verursachte.

Nachdem ich wieder zu mir gekommen war, beschloss ich alle meine Freunde und Kollegen sowie Verwandten fotografisch zu verewigen – denn der plötzliche Verlust der Gesundheit oder des Lebens kann jedem widerfahren.

Zur Umsetzung dieser Idee hatte ich mehrere Anforderungen getroffen:
– die Person und ich duzen uns;
– auf allen Fotos werde ich schwarz gekleidet sein, wie die Animatoren im japanischen Puppentheater;
– beim “ersten” Foto – von zwei – soll sich die fotografierende Person selbst ausdenken, so wie sie sich fotografieren möchte, setzt dies erst mit mir als Modell um;
– dann werden die „Rollen“ für das „zweiten“ Foto getauscht, d.h. die Person nimmt nun selbst die Position vor der Kamera ein und ich hinter der Kamera;
– zusätzlich wird allen fotografierten Personen gleiche Frage gestellt:

„Du füllst Deinen Wasserkocher mit Wasser und plötzlich plumpst ein goldener Fisch hinein. Für die Freilassung verspricht er Dir einen Wunsch zu erfüllen. Was würdest Du Dir wünschen?“

Diese zwei inszenierten Fotos zusammen mit der Antwort auf die gestellte Frage bilden diese vielschichtige Fotoserie der Portraitierten. So entstanden im Zeitraum von 2006 bis 2009, die Momentaufnahmen von subjektiv ausgewählten 138 Personen verschie-denen Alters sowie Nationalität und stellen ein soziologisches Mosaik dar.

Verblüffend war festzustellen, dass die Meisten sich und ihren Liebsten „Glück und Gesundheit“ wünschten. Niemand wollte ewigen Frieden auf der Erde, Beseitigung von Krankheiten und Hungersnot, Stopp dem Klimawandel sowie Aussterben von Arten oder, dass, im Gegensatz zu dem zweiten Hauptsatz der Thermodynamik (Prinzip der Entropie), das Universum und Sonnensystem ewig existieren. Niemand wollte unendlich leben und nur fünf Personen einen Wunsch hatten, der die ganze Menschheit betrifft.

An dieser Stelle möchte ich allen „Autoren“ der Ausstellung großen Dank aussprechen. Sie haben einen intimen Teil ihrer Persönlichkeit und Ihre Seele dafür preisgegeben. Zum Glück waren sie keine Mitglieder von Naturvölkern, denn diese lassen sich nicht fotografieren. Sie sind überzeugt, dass sie um ein Teil ihrer Seele beraubt werden. Wenn ich nun hundert Jahre alte Fotos meiner Vorfahren betrachte, glaube ich auch daran.

Leider war es mir nicht gegeben fünfzehn Freunde und Verwandte zu fotografieren, die verstorben sind, bevor ich diese Idee hatte. Inzwischen sind von den Fotografierten vier meiner guten Freunde von uns gegangen.

Zu guter letzt:

Mein Wunsch wurde erfüllt – ich habe eine gesunde Wirbelsäule.

Wenn ich mir noch was wünschen dürfte, würde ich zu gerne meinen Vorfahren begegnen. Am liebsten bis zur Amöbe oder den Affen. Oder, wenn das nicht möglich ist, wenigstens bis zu sieben Generationen, wie das bei Menschen, die Schamanismus praktizieren, üblich ist.

Noch ein paar Sätze zum Selbstportrait, das ich mir ausgedacht habe. Seit 1991, besuche ich jedes Jahr das fünftausend zwei hundert Jahre alte Megalithengrab „Vasagaard“ auf Bornholm. In einem abgedecktenden Stein befindet sich eine Vertiefung für das rituelle Blut, in das ich aus Tradition opfernd Rotwein gieße und zusätzlich einige Schlücke trinke. Nach diesem slawischen Gebrauch versuche ich die Gunst der Götter, die diese heilige Stelle besiedeln, für ein nächstes Jahr zu erbetten. In dem Selbstporträt legte ich bewusst meine Kleidung ab und fotografierte mich nackt, so wie ich geboren wurde. Ebenso wünsche ich mir nackt zu sterben und verbrannt zu werden.

Das ist jedoch bereits mein dritter Wunsch. Der reale goldene Fisch erfüllt angeblich drei Wünsche auf einmal.

***
Ich bin eine von dieser 138 Personen, die von Richard fotografiert wurden. Ich wollte im weißen Kleid fotografiert werden. Mein Wunsch betraf Sterben. Mein Sterben. Aber mehr weiss ich nicht. Kommet und sehet.

Eure Ewa Maria

***

A tu po polsku i koniecznie kliknijcie na hasełko “Zobacz więcej”: http://zpaf.pl/aktualnosci/rd-zlota-rybka/

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 3

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (1)

3.

Abílio: Złamana łyżeczka

Tutaj wysoko w chmurach

żyją drzewa i ludzie, jak wszędzie.
Zegary jasnych dni i klepsydry nocy
kruszą się pod wahadłem czasu tak samo
jak u was na nizinach, a metalowe serca
dzwonów na wieży biją w rytmie
naszej i waszej wiary. Gdy nadchodzi

pora słońca,

gaje eukaliptusów, oliwek i pinii
zaczynają płonąć. Wtedy
nawet dno rzeki usycha z pragnienia
i domy rozpływają się, zemdlone,
w drżących smugach dymu.
Co rano słychać, jak bose stopy

biegną w popłochu, na oślep. Wody!

Lecz gdy wody zabraknie, pozostaje
już tylko słońce. I ogień. Poparzone ręce
przywierają do pustej konwi; odtąd
nawet cyna i kamień, i noc bez księżyca
będą się żarzyć, gotowe w każdej chwili
wzniecić płomień nienawiści.

W porze suszy

nasze noce są krótkie. Nikt w klasztorze
nie śpi. Czas odmierzamy oddechami,
które są szybkie i pełne niepokoju. Gorące
jak krew. Wczoraj, wychodząc z refektarza,
zauważyłem na podłodze złamaną łyżeczkę.
Jakby spała. Albo, mała i pokorna,

czekała na akt miłosierdzia.

W porze ognia nie ma u nas nic pewnego
ani trwałego – któż uwierzy,
że kiedyś kwitły tu róże? Bóg milczy,
a może to syk płomieni głuszy
jego głos. Bicie dzwonów na trwogę
niesie się tu wyżej i dalej niż tam u was

na nizinach, pośród łąk i mokrych łęgów.

RaportJD (11)