Przed 30 laty upadł Mur Berliński (3)

Joanna Trümner, tekst
Ela Kargol, zdjęcia

Lichtenrade –Lichterfelde

O tym odcinku szlaku muru berlińskiego mówi się, że jest pod względem widoków jednym z najpiękniejszych etapów. Spotkałyśmy się na peronie S-Bahn Lichtenrade i ruszamy rowerami w drogę. Zabudowania kończą się dosyć szybko, wjeżdżamy na teren Brandenburgii, do Mahlow.

Pola kukurydzy i zboża, małe grupy drzew, w cieniu których można na chwilę odpocząć, odgłosy ptaków i piękny, słoneczny dzień – wszystko to jest idyllą, niczym nie zakłóconą letnią sielanką. Aż nie chce mi się wierzyć, że w tym miejscu stał mur, a enerdowscy żołnierze strzelali do ludzi próbujących przedostać się do „wolnego świata”. A tymczasem tylko na pierwszym etapie naszej dwunastokilometrowej trasy zgnięły trzy osoby. Wśród nich znajduje się prawdopodobnie ostatnia ofiara muru – czternastoletni Christoph Manuel Bramböck.

W dniu, w którym w Berlinie Wschodnim podpisano umowę regulującą przystąpienie Niemieckiej Republiki Demokratycznej do Niemieckiej Republiki Federalnej, 31 sierpnia 1990 roku, Christoph spotkał się z kolegą w dzielnicy Marienfelde. Zaopatrzeni w niezbędnie do odłupywania fragmentów muru narzędzia chłopcy ruszyli w drogę. Należeli oni do tysięcy tzw. „dzięciołów muru”, którzy wbrew apelom zachodnioniemieckiej policji rozbijali resztki muru na drobniejsze części. „Dzięcioły” robiły to z protestu lub w celach komercyjnych. Nie wiemy, jaka była motywacja Christopha i jego kolegi, może po prostu nudzili się w to słoneczne letnie popołudnie? W miejscu, w którym chłopcy rozbijali mur, był on zbudowany z poziomo umocowanych betonowych plyt. Jedna z nich spadła na Christopha i zabiła go na miejscu. Spoglądam na zdjęcie zaczepnie patrzącego w kamerę czternastolatka na tablicy pamiątkowej i myślę o absurdzie jego śmierci.

Ojcem ruchu „dzięciołów” stał się w latach osiemdziesiątych Kanadyjczyk John Runnings, noszący przydomek „biegacza po murze”. Ten kanadyjski rencista przybył do Berlina Zachodniego wiedziony wewnętrzną potrzebą przemienienia muru w symbol pokoju, wolności i sprawiedliwości. Na początku swojego pobytu w mieście apelował do ludzi z całego świata, żeby przyjeżdżali do Berlina i… sikali na mur (International Pee-in). Akcja zakończyła się niepowodzeniem, mur stał dalej.

Runnings zdecydował się na zmianę metody walki, zaopatrzył się w wielki młot i drabinę. Balansował po wysokim na 3,60 m murze uderzając w niego młotem. Przypominam sobie scenę z telewizji – starszy, siwy mężczyzna w nienajlepszej kondycji fizycznej wali z całej siły wielkim młotem w „koronę” muru. W chwilę później enerdowscy wartownicy ściągają go za nogi na swój teren. Po sześciu tego typu akcjach mur stał dalej, a zniecierpliwione władze NRD wsadziły Runningsa na trzy miesiące do więzięnia. Następnie skazano go na 18 miesięcy w zawieszeniu i profilaktycznie przetransportowano do kanadyjskiej ojczyzny. Latem 1989 Runnings wrócił do Berlina i próbował dokończyć misję rozwalenia muru, tym razem za pomocą auta i skonstruowanego przez siebie czterometrowego pala (są one dzisiaj eksponatami w Muzeum Muru Checkpoint Charlie). Po upadku muru Runnings wrócił do Kanady, gdzie zmarł w 2004 r.

Nasza trasa biegnie dalej wzdłuż pól, mijamy Aleję Wiśni, prezent stacji telewizyjnej TV Asahi Group. Z okazji upadku muru stacja zorganizowała wśród widzów w Japonii zbiórkę pieniędzy na upiększenie pasa granicznego aleją wiśni. Za zebrany milion euro zasadzono w Berlinie i Brandenburgii około 10.000 ozdobnych wiśni, z których tysiąc stoi przy Alei Wiśni na terenie Teltow-Siegridshorst. Patrzę na równo posadzone drzewa i próbuję wyobrazić sobie, jak pięknie wyglądają pod koniec kwietnia, na początku maja. Wtedy zakwitają, a miasto Teltow organizuje w tym miejscu od kilku lat Festyn Kwitnących Wiśni – Hanami Fest.

Nasza trasa dobiega końca, zbliżamy się do Lichterfelde. W miejscu, w którym teraz pasą się konie, znajdował się plac ćwiczeń armii amerykańskej – Parks Range, nazywane przez mieszkańców okolic „miastem duchów”. Ten opustoszały dzisiaj teren o łącznej powierzchni 70 hektarów służył stacjonującej w Berlinie Zachodnim armii amerykańskiej do ćwiczeń polowych. Tzw. Berlińska Brygada armii amerykańskiej pod dowództwem generała Parksa (stąd bierze się nazwa Parks Range) zarekwirowała ten teren po krwawo stłumionym powstaniu w Berlinie Wschodnim (17 czerwca 1953 r.)

Na terenie Parks Range powstała atrapa miasta (Doughboy City), w której amerykańscy żołnierze ćwiczyli walki w mieście. Atrapa składała się z drewnianych baraków z kościołem, ratuszem, podróbką stacji kolejki z autentycznym starym wagonem i wrakami aut na ulicach. Amerykańscy „Rambos” przeprowadzali ćwiczenia bojowe pod baczną obserwacją enerdowskich strażników

Drukowany w Berlinie Zachodnim plan miasta pokazywał w miejscu „Parks Range” białą plamę, plan drukowany w Berlinie Wschodnim zawierał dokładne detale terenu. Amerykanie do końca istnienia „Parks Range” ignorowali skargi mieszkańców Lichterfelde i Lichtenrade i wypróbowywali na tym terenie wszelkie rodzaje broni i czołgów. W roku 1994 wycofali się, a władze Berlina długo nie wiedziały, w jaki sposób zagospodarować to miejsce – niebawem powstanie tu największe osiedle mieszkaniowe w Berlinie.

Cdn.

 

Lato 2019. Boże Ciało. Codziennie jeden wiersz (16). Kargol

Ela Kargol

Solemnitas Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi
W oktawę Bożego Ciała

Procesja na mojej ulicy

Boże Ciało w Berlinie nie jest dniem ustawowo „świętym”, ani wolnym od pracy. Dopiero w niedzielę po Bożym Ciele obchodzone są uroczystości z nim związane. Niejeden berlińczyk dziwi się i z ciekawością spogląda. mijając w mieście procesję.

W Berlinie, żeby zmniejszyć koszty utrzymania oraz ze względu na coraz mniejszą liczbę zainteresowanych, dwie lub trzy parafie połączono w jedną. Procesja w mojej parafii odbywała się właśnie w tej drugiej.

Trochę z lenistwa i wygodnictwa poszłam w niedzielę do mojego kościoła i uczestniczyłam w tzw. Ausweichmesse (mszy zastępczej, ausweichen znaczy tyle co ominąć, wyminąć, ustępować, unikać), czyli mszy, która daje mi możliwość uniknięcia długiej procesji. Msza rzeczywiście była krótka, bez kazania.

Wracając do domu, zaskoczona i zdziwiona, usłyszałam z oddali pieśni kościelne i pobrzękiwanie dzwonków. Zdziwienie moje było tym jeszcze większe, gdy zobaczyłam kroczącego dumnie policjanta, a później procesję i jej uczestników: wiernych ze sztandarami, ministrantów z dzwonkami, pana, który pieśni intonował i pana z przenośnym głośnikiem, księdza w otoczeniu asysty niosącego monstrancję pod baldachimem i chłopców sypiących kwiatki, tak chłopców.

Kilka lat temu niedaleko mojego domu pojawił się kościól. Pojawił, bo owszem widziałam głebokie wykopy, nie pamiętam jednak fazy budowy, po krótkim czasie stał już budynek, z wieżą i krzyżem na niej. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, że w czasach, w których w Berlinie kościołów nie przybywa, a wręcz odwrotnie, powstaje nowa świątynia. Kościół pod wezwaniem św. Piotra jest wprawdzie kościołem katolickim, ale takim, w którego obrządku nic się nie zmieniło od 1500 lat, który nie zawsze żył w zgodzie z papieżem i wielu jego kapłanów zostało ekskomunikowanych, łącznie z założycielem bractwa. W tej chwili, śmiem przypuszczać, stosunki z Watykanem są poprawne, skoro buduje się nowe świątynie.
Lefebryści (Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X, łac. Fraternitas Sacerdotalis Sancti Pii X, FSSPX), bo najczęściej ich się tak nazywa, od nazwiska założyciela bractwa, Marcela Lefebvre’a, zarzucają kościołowi katolickiemu laicyzację i neoprotestantyzm, lewactwo i liberalizm. Chętnie nawróciliby wszystkich katolików, tworząc jak najwięcej państw wyznaniowych, „w których rzymski katolicyzm będzie religią dominującą i jedyną akceptowalną i w których inne wyznania pozbawione będą swoich praw publicznych.” (Zob. TU).
Podeszłam do policjanta i mówię, że to jedyna demonstracja na mojej ulicy. Uśmiechnąl się tylko i zatrzymał nadjeżdżające samochody. Chłopcy sypali kwiatki, a dziewczęta, trochę już starsze, te płatki kwiatowe im podawały, gdy wiaderka plastikowe (nie koszyczki!) były puste. W wiadomościach parafialnych przeczytałam, że kilku chłopców przystąpiło w tym roku do I Komunii Świętej. Tylko chłopcy, a gdzie dziewczęta?
Ołtarz był tylko jeden, a nie jak zwyczajowo – cztery. Mieścił się w bramie wjazdowej przy w kościele, przystrojony z „polskim” przepychem. Kapłan podszedł do ołtarza, stanął plecami do wiernych i zaczął celebrę po łacinie.

„FSSPX krytykuje również wprowadzenie do liturgii języków narodowych i usunięcie z niej łaciny, stanowiącej wspólny język dla całego Kościoła, który świadczył o jego jedności i uniwersalności. Księża Bractwa odrzucają również celebrację mszy w stronę ludu, przypomiając, że kapłan, działający w liturgii in persona Christi (w osobie Chrystusa), staje się przewodnikiem zebranego ludu, prowadząc go do Boga i zarazem uobecniając Jego tajemnice. Symbolem tego ma być zwrócenie celebransa w stronę ołtarza. Bractwo, doszukując się wielu uchybień w zreformowanym rycie mszalnym, celebruje wyłącznie mszę w formie nadzwyczajnej (trydenckiej).“
(Zob. TU).

Wierni przyklęknęli, nie przeszkadzał im szum i łoskot autostrady. Ich śpiew był głośniejszy:
Christus vincit, Christus regnat,
Christus, Christus imperat.

Procesja na mojej ulicy

Szli moją ulicą,
z pieśnią na ustach,
sztandarem i baldachimem,
i z ciałem.
Dzwonki pobrzękiwały,
głośnik skowyczał.
Ubrani jak stróż w Boże Ciało,
był upał, słońce mocno grzało.
Wiatr rozwiał płatki kwiatów
rozsypane na ciepłym asfalcie.

Klęknęli przed ołtarzem
w bramie wjazdowej
obok autostrady na Hamburg.
Kapłan na nich nie spojrzał,
odwrócony do boga
łacinę szlifował.

Lato 2019. 30 lat temu upadł Mur Berliński (2), ale i tak codziennie jeden wiersz (14)

Joanna Trümner (Tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Kreuzberg

Dzisiejsze zwiedzanie zaczynamy od wypicia kawy w eleganckiej restauracji po drugiej stronie Szprewy, na Kreuzbergu. W miejscu, z którego widać East Side Gallery i ruiny mostu Brommybrücke przed wieloma laty znajdowała się zbudowana na potrzeby cesarza przystań. Cesarski statek zacumował tu jeden jedyny raz w drodze na jakąś wystawę w mieście. Vis à vis „cesarskiej” przystani, po stronie Friedrichshainu, znajduje się inna przystań, zbudowana na żądanie Mercedesa.

Zbudowanie jej było jednym z trzech warunków postawionych przez koncern miastu przed zainwestowaniem (wraz z grupą Anschutz Entertainment) wielkich pieniędzy w Mercedes Benz Platz. Na terenie placu powstały hotele, hale widowiskowe, kawiarnie, restauracje, bary i kręgielnia. Ponadto Mercedes zażądał od miasta zezwolenia na postawienie dużej świetlnej reklamy oraz przesunięcia części oryginalnego, a właściwie już „zrekonstruowanego” muru w sposób, dzięki któremu zarówno mieszkańcy zbudowanych na terenie byłego pasa śmierci luksusowych apartamentów, jak i goście koncertów w Mercedes Benz Arena mają niezakłócony widok na Szprewę. Jak na Kreuzberg przystało, przesunięcie fragmentów galerii i rozpoczęcie prac budowlanych w roku 2013 doprowadziło do licznych protestów, wśród nich demonstracji 17 marca 2013 z udziałem 6.000 osób, w tym znanego amerykańskiego aktora i piosenkarza Davida Hasselhoffa.

East Side Gallery stała się jedną z największych atrakcji miasta, odwiedziły ją miliony turystów. Stała się ona prawdziwym magnesem dla turystów, z wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi tego stronami. Do tych negatywnych należą bez wątpienia gracze w kubki i ich naganiacze (a ja naiwnie myślałam, że powymierali lub zestarzeli się i spędzają „jesień życia” w swoich domkach na południu Europy), nachalni muzycy, bezczelne ceny pamiątek i napoi oraz tłumy rozpychających się dosyć bezpardonowo turystów z całego świata.

Głośne stały się żądania złożenia wniosku o wpisanie galerii na listę UNESCO. Prasa nazywa to, co od lat dzieje się z galerią, „nowoczesną farsą”, mam wątpliwości, czy ta podróbka z podróbki zasługuje aż na tyle uwagi. Myślę o Amerykanach i Japończykach tłumnie zwiedzających zamek Neuschwanstein, może za kilka lat w statystyce najczęściej odwiedzanych przez turystów w Niemczech miejsc wyprze go berlińska galeria plagiatów na postawionym na nowo murze?
W przeciwieństwie do Friedrichshainu po drugiej stronie Szprewy turystów jest znacznie mniej, przez co jest autentycznie i swojsko. Dwa razy mieszkałam w tej części miasta, na Kreuzbergu, z sentymentem wspominam luzacką atmosferę, imprezy trwające do świtu i upalne noce, podczas których ulice zapełniały się młodymi ludźmi.
SO 36 pełne było wtedy „panów Lehmannów” z książki Svena Regenera, młodych ludzi, którzy znaleźli tutaj swoją wyspę wolności i nie dopuszczali do siebie ani przez chwilę myśli, że mogliby ją kiedykolwiek opuścić.

Ruszamy w kierunku centrum tej okolicy, Mariannenplatz. W drodze rzuca nam się w oczy duża ilość dziwnie poubieranych, a właściwie porozbieranych osób. Podejrzewam, że gdzieś niedaleko ktoś kręci film porno. Ela odważa się podejść do pary stojącej w gorącym słońcu w lateksowych strojach i prosi o pozwolenie na zrobienie zdjęcia. W tym czasie ja przyglądam się ludziom, którzy mijają tych przebierańców w skapych strojach. Nikt się nie dziwi, nie oburza, nie kręci głową z dezaprobatą. „To jest prawdziwy Kreuzberg”, myślę.

 

Obiekt, który mijamy na Köpenicker Straße jest dużym kompleksem fabrycznym. Kiedyś znajowała się tutaj tzw. Heeresbäckerei (piekarnia wojskowa), która była częścią Królewskiego Pruskiego Urzędu Prowiantowego. Ten kompleks jest obecnie zabytkiem chronionym, w którym odbywają się rozmaite targi i imprezy. Dzisiaj spotykają się tam na targach „nasi” fetyszyści.
Idziemy dalej wzdłuż Köpenicker Straße, a ja bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć, w którym z domów na tej ulicy mieszkał zaprzyjaźniony malarz i pisarz z Polski. Z internetu wyczytuję, że jest oprócz tego i poetą i fotografem, niestety nie dowiaduję się, czy ciągle jeszcze mieszka w tym wielkim, ogrzewanym piecem mieszkaniu na Köpenicker Straße, z którego okna widać było mur. W miejscu, w którym malował wielkie, piękne obrazy opowiadające o spotkaniach z wszechświatem. Miejscu, o którym opowiadał, że mieszka się tu tak spokojnie, „jak u Pana Boga za murem”.

PS od Adminki: Wiesław Sadurski jest tak znany i popularny, że chyba nie musimy go tu anonimizować. Ma się dobrze, nadal maluje i nadal (jak sądzę) mieszka z kotami na Köpenicker Strasse.

Dochodzimy do Mariannenplatz i do jednej z atrakcji muru, o której tak ciekawie opowiadała mi Ela. Tą atrakcją jest ogródek działkowy na byłym pasie śmierci. Turecki Gastarbeiter, Osman Kalin, tak bardzo tęsknił za ogródkiem w ojczystej Anatolii, że nie pytając nikogo o zgodę zaczął w r. 1983 uprawiać warzywa i owoce na terenie, który należał do terytorium NRD, ale znalazł się po zachodniej części muru. Kalin otrzymał zgodę władz NRD, sprawa jego ogródka działkowego rozważana była na szczeblu Centralnego Komitetu SED. Rzekomo strzegący tej części muru przed ucieczkami „obrońcy systemu” nieraz dostawali od niego w prezencie marchewki, pomidory lub jabłka. Kalin zmarł przed rokiem doczekawszy sędziwego wieku. Jego syn, jeden z szóstki dzieci, przejął schedę po ojcu i opiekuje się słynną w Berlinie, a może i na całym świecie, działką pod nietuzinkowym adresem Bethaniendamm 0.

Ela opowiada mi o swojej wizycie tutaj sprzed kilku tygodni. Spotkała syna Osmana, który zajęty był właśnie sadzeniem pomidorów. Było to 1 maja, przed płotem stało kilka osób, które właściciel działki ignorował. Ela odczekała swoje i zagadnęła go. Zapytała, czy nie powinien z tym sadzeniem przeczekać „Zimnych Ogrodników” i opowiedziała mu, że też ma działkę w trochę większej kolonii ogródków. Jej mąż, Tomek, dopiero sadzi i sieje po „Zimnej Zośce”. Wtedy syn Osmana odtajał, zaczął z nią rozmawiać, oprowadził ją po swoim królestwie i z dumą pokazał zdjęcie ojca, który w odważny i niekonwencjonalny sposób zagospodarował ten kawałek „ziemi niczyjej”. Oprowadził ją po domku na drzewie i narzekał na to, że prawie nie ma czasu na uprawianie ogródka, bo musi rozmawiać z turystami i takimi ciekawskimi jak ona. Pokazał jej też prywatne pomieszczenia domu i prosił, żeby ich nie fotografowała. Ela była zachwycona konstrukcją balustrady balkonu zrobioną ze stelaża i boków dziecięcego łóżeczka. W całym wystroju i urządzeniu ogrodu i wnętrza altanki zarówno on jak i jego ojciec wykazali się dużą kreatywnością.

Dzisiaj w ogródku nie zastałyśmy nikogo, mijamy to słynne miejsce i wchodzimy do kościoła św. Tomasza. W środku oglądamy ciekawą wystawę na temat przebiegu muru w tej części miasta. Przy wejściu do kościoła stoi fragment muru, nie mam wątpliwości co do jego autentyczności.


 

Kończymy spotkanie piwem w sympatycznej knajpce w pobliżu Kottbuser Tor. Piwo jest pyszne, jest to moje pierwsze w życiu piwo wypite w knajpce lesbijek.

Cdn.


Codziennie jeden wiersz (przywołany z myślą o aktualnej akcji ekologów)

Henryk Bereska

Pochwała mapy

Wyburzone wioski łużyckie –
czy kiedykolwiek istniały?
Węgiel brunatny co pod nimi leżał,
od dawna spalony.
Nad hałdami wyje wiatr
przez pustkę chwastów.
Wyrzuceni do wielkiej płyty mieszkańcy
podobni przesadzonym drzewom.
Pytani o pochodzenie
odsyłają do mapy.
Przez jakiś czas wioski pozostają jeszcze
w pamięci żyjących.
Ich śmierć
kończy i to.

tłumaczyli z niemieckiego Ewa Maria Slaska i Martin Ryzinski

30 lat temu upadł Mur Berliński (1)

Joanna Trümner
Tekst
Ela Kargol
Zdjęcia

W listopadzie minie trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Moja przyjaciółka Ela Kargol od dawna nosiła się z pomysłem przejścia lub przejechania rowerem kolejnych etapów liczącej 160 km „trasy muru”. Przekonała mnie, bym dołączyła do tego projektu, wspólnie zadecydowałyśmy, że wybierzemy kilka uważanych za nas za najciekawsze fragmentów trasy i opowiemy historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych historię, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nas miejsc są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych do niedawna nie wiedziałyśmy nic.

East Side Gallery

Przyglądam się tłumom turystów podążającym w kierunku największej na świecie galerii pod gołym niebem, East Side Gallery. Myślę o tym, że to dziwny zbieg okoliczności, że po raz drugi w ciągu miesiąca znalazłam się w tej części miasta. Dzielnicy, która jeszcze przez wiele lat po upadku muru była dla mnie „Wschodem”, jedną z „białych plam” na mapie miasta, częścią niewidzialnego muru, który przez lata spędzone w Komunie powstawał w wielu polskich głowach.

Na początku miesiąca mijałam East Side Gallery w drodze na koncert do pobliskiej hali widowiskowej, Mercedez Benz Arena. W przerwie koncertu wyszliśmy ze znajomymi na taras z widokiem na plac przed areną. W miejscu, w którym przed dwoma laty znajdował się wielki plac budowy, powstało pięknie podświetlone centrum handlowe z kinem, restauracjami, hotelami, sklepami, mieszkaniami. „Tutaj nawet mur jest elegancki”, myślałam patrząc na ten wielkomiejski pejzaż. Nie wiedziałam jeszcze, że po po gruntownym odnowieniu tej części muru w 2009 r. „galeria” jest nieustannie konserwowana, ulepszana i chroniona przed zniszczeniem.

Pomiędzy Oberbaumbrücke a Ostbahnhof do 1976 r. granicę wewnątrzberlińską chronił drut kolczasty i pas śmierci. „Obrońcy systemu” uważali widocznie Szprewę dzielącą wschodnią dzielnicę Friedrichshain od zachodniej dzielnicy Kreuzberg za wystarczające zabezpieczenie przed ucieczkami. Mimo to w tym miejscu aż 16 osób poniosło śmierć podczas próby przekroczenia granicy. Wśród nich znalazło się siedem ofiar z Berlina Zachodniego, w tym piątka dzieci, które wpadły do Szprewy na zachodnim brzegu, na Kreuzbergu, w miejscu, w którym rzeka była terenem Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Zastanawiam się dlaczego władze komunistyczne tak długo czekały z postawieniem „prawdziwego” betonowego muru. Przecież Mühlenstrasse była jedną z głównych tras przejazdu zagranicznych delegacji z lotniska na Schonefeld do centrum miasta. Może w sąsiednich budynkach mieszkali wyłącznie „sprawdzeni” ludzie, którym przez głowę nie przeszłoby ani przez chwilę protestowanie przeciwko państwu chłopów i robotników? Jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, że na terenie pasa śmierci znajdował się czynny przez wiele lat spichlerz zboża (Speichermühle). Obrońcy systemu dzielili budkę wartowniczą na terenie pasa śmierci z pracownikami spichlerza. Budka, w której dzisiaj znajduje się kiosk z pamiątkami, przedzielona była wewnątrz ścianą, pracownicy spichlerza nie mieli więc okazji zobaczyć twarzy żołnierzy pilnujących muru.

Ta największa galeria pod gołym niebem na świecie (1316 metrów) nie powstałaby bez wielkiego zaangażowania wielu osób. Pierwszą z nich był pomysłodawca i realizator galerii, artysta Dave Monty. Pod koniec września 1989 udało mu się po wielu spotkaniach z władzami odpowiedzialnymi za ten odcinek graniczny uzyskać zgodę na stworzenie East Side Gallery. W kilka miesięcy po zniesieniu muru, wiosną 1990 roku, 118 artystów z 21 państw przybyło na prośbę ambasad swoich krajów do Berlina, aby upiększyć obrazami wschodnią część muru. Zarówno Coca Cola jak i Mc Donalds gotowe były przejąć finansowanie projektu, po wielu gorących dyskusjach artyści wybrali niezależność sztuki i odrzucili oferty wielkich koncernów. Artyści pracowali nad obrazami od lutego do września 1990 r. Uroczyste otwarcie East Side Gallery odbyło się na statku na Szprewie 28 września 1990 roku.

Jeszcze przed otwarciem, latem 1990 roku ambasada Japonii zaproponowała przetransportowanie całej galerii po jej ukończeniu do Japonii na teren wystawy światowej EXPO 85. Do transakcji nie doszło ze względu na niewyjaśnione kwestie prawne.

Najbardziej znanym obrazem galerii jest braterski pocałunek Leonida Breżniewa i Ericha Honeckera, namalowany przez nieznanego studenta Akademii Sztuk Pięknych w Moskwie, Dimitrego Wrubla. Obraz noszący tytuł „Boże, pomóż mi przeżyć tą śmiertelną miłość” stał się symbolem East Side Gallery, a artysta zdobył światowy rozgłos.


Chociaż galeria w roku 1991 nabyła prawa obiektu stojącego pod ochroną zabytku na obrazach coraz bardziej widoczne stawały się wpływy warunków atmosferycznych i zniszczenia będące skutkiem masowego turyzmu. W sześć lat po powstaniu galerii mieszkający w Berlinie irański malarz Kani Alavi założył stowarzyszenie Verein Künstlerinitiative East Side Gallery, mające na celu zachowanie tego jedynego w swoim rodzaju dzieła sztuki pod gołym niebem dla przyszłych pokoleń. W październiku 2008 roku rozpoczęło się restaurowanie East Side Gallery. Akcja ta kosztowała 2,2 miliona Euro.

Mur został rozebrany, a stalowe wzmocnienia wewnątrz muru odsłonięte i poddane zabezpieczeniu antykorozyjnemu. Wymagało to częściowego lub całkowitego usunięcia obrazów. Nie wszyscy artyści zgadzali się na konserwację, z żyjących jeszcze 115 osób 87 przyjechało do miasta, żeby odtworzyć swoje dzieła. Każdy z nich otrzymał 3.000 € i zwrot kosztów pobytu. W ten sposób odtworzono 100 obrazów. Twórcy East Side Gallery do dzisiaj mają pretensje o pieniądze, które inni zarabiają na zdjęciach ich obrazów. Jim Avignion podpisał swój obraz na murze słowami „moneymachine”. Ośmiu malarzy nie zgodziło się na ponowne namalowanie swoich obrazów z roku 1990 na murze, uważając je za plagiaty. Krytykowali oni niewysokie wynagrodzenie i utratę praw autorskich do własnych dzieł.

Prace nad „nowym” murem trwały ponad rok. Część artystów zamieszkała na ten czas w przyczepach kampingowych na terenie byłego pasa śmierci, w kilka miesięcy po rozpoczęciu prac powstało na tym terenie prawdziwe osiedle, alternatywne miasto kochających wolność ludzi w miejscu, które do niedawna było symbolem niewoli i przemocy. Do dzisiaj na terenie połączonej dzielnicy Friedrichshain-Kreuzberg, więc blisko centrum miasta, znajduje się sześć tego typu osiedli.

Mieszkańcy „miasteczka” wybili drzwi w murze, żeby móc szybciej przedostawać się na jego drugą stronę. Zrobione przez Elę zdjęcie świetnie komentuje stan muru po wschodniej i po zachodniej stronie. Na zachodniej stronie mur jest pobazgrany graffiti i zapuszczony, po wschodniej stał się dziełem sztuki, na zdjęciu widać najdłuższy, liczący ponad czterdzieści metrów, obraz namalowany przez tatarskiego malarza mieszkającego od 1983 roku w Berlinie Schamila Gimajewa.

Lista twórców galerii umieszczona jest w internecie, nie znalazłam wśród nich polskich nazwisk. Wiele z obrazów opowiada o życiu dysydentów po wschodniej stronie muru. Jedną z ciekawszych historii jest historia pisarza i malarza Thomasa Klingensteina. W czasie Niemieckiej Republiki Demokratycznej był on aktywnym działaczem opozycji. Od najwcześniejszych lat fascynowała go Japonia, niestety krytyczne poglądy na system uniemożliwiły mu studiowanie japanologii. Po maturze Klingenstein podjął pracę jako strażnik w Dziale Wschodniej Azji muzeum Pergamon. W lutym 1981 r. został w wyniku protestów (m. innymi Heinricha Bölla i Güntera Grassa) wydalony do Zachodnich Niemiec. Od 1984 r. do połowy lat 90-tych żył w Japonii. Tam zastał go upadek muru. W 1990 Klingenstein przyjechał do Berlina i namalował w East Side Gallery obraz „Droga okrężna do japońskiego sektora” (Umleitung in den japanischen Sektor).


“Maski” Vyatcheslava Schlyakhova były pierwszym zrekonstuowanym obrazem, który odsłonięto w marcu 2009 roku. Ponowne otwarcie „nowego” muru odbyło się 6 listopada 2009 roku.

W międzyczasie nad powstającą na nowo galerią zaczęły się zbierać czarne chmury, 30. czerwca 2008 miasto udzieliło inwestorowi zgody na budowę osiedla mieszkalnego na terenie East Side Gallery oraz na przesunięcie części East Side Gallery w celu zrobienia miejsca na odbudowę zniszczonego pod koniec wojny mostu Brommybrücke, łączącego Kreuzberg z Friedrichshainen. Ale o tym w następnych odcinkach…

Więcej zdjęć TU

Frauenblick. Petersburger Hängung

Monika Wrzosek-Müller

Sammlung Hoffmann

Es war die „Petersburger Hängung“; der Begriff ist ihr im Ohr geblieben. Da nahm ihre Aufmerksamkeit zu. Eine Freundin hatte die hohe Wand in ihrer Wohnung mit den unbeholfen aufgehängten Bilder betrachtet und, da sie freundlich sein wollte, sagte sie: Ach, Petersburger Hängung. Es war aber eigentlich eine bunte Mischung aus allen möglichen Bildern, die sie an diese Wand gehängt hatten, in unregelmäßigen Abständen, von verschiedener Couleur, Größe und Techniken, nicht immer zueinander passend, doch insgesamt irgendwie die Wand bedeckend. Sie wollte diese weißen, hohen Wände füllen, ihre Wohnung heimischer und gemütlicher gestalten.

Das zweite Mal hörte sie den Begriff: Petersburger Hängung kurz darauf in der Sammlung Hoffmann, während einer Führung, fast gleich im ersten Raum der neuen Installation von Joelle Tuerlinckx. Man stand in einem Raum, der von ausgeschnittenen Kartons verklebt war, die wiederum deutliche Spuren der roten Farbreste trugen, so als ob sie Schablonen für rote Bilder wären. Sie bildeten eine Art von Tapete, die die Wände bedeckten. Es stellte sich heraus, dass es sich um eine umgestaltete Installation des Roten Zimmers handelte, die die Künstlerin für die Ausstellung in der Eremitage in Sankt Petersburg geschaffen hatte. Hier, für die Sammlung Hoffmann, hat sie die roten Kartons umgedreht; geblieben waren die weißen Flächen mit roten Rändern und Ausschnitten für die dort vorhandenen Gegenstände an den Wänden: Steckdosen, Lichtschaltern, Röhren, Heizung und offensichtlich auch irgendwelche Bilder. Sie hat es in Petersburger Hängung arrangiert. Die Fenster wurden mit roten Kartons von außen verklebt, so als ob das Rot das Licht am Eindringen in die Räume hindern würde. Der Raum übt eine starke Wirkung auf den Betrachter aus; eben politische Kunst, wie viel konnte man mit so einfachen Mitteln ausdrücken, wie viel hätte man in so einen Raum hinein interpretieren können.

Es ist eine Besonderheit der großen Städte, der Metropolen, dass man sich private Sammlungen anschauen darf. In Berlin sind gleich mehrere solche Plätze vorhanden: neben der genannten Sammlung Hoffmann, der Boros-Bunker, die Camaro-Stiftung, das Atelier der Malerin Jeanne Mammen und viele andere.

In die Sammlung Hoffmann gelangt man durch die Hackeschen Höfe, sie befindet sich in den Sophie-Gips-Höfen, in einer ehemaligen Fabriketage, sehr schön restauriert, nicht überrenoviert, sondern so, dass das Alte gerade noch herausgeholt und wohnlich gemacht wird. Die Sammlung nimmt die 3., 4. und Teile der 5. Etage ein. Man fährt mit dem Lift nach oben und landet in großen, lichtdurchfluteten oberen Räumen der Fabrik; die übergroßen Filzpantoffeln, die man über die eigenen Schuhe ziehen soll, erinnerten sie sofort an die Klassenausflüge in die Warschauer Museen, wo das früher immer der Fall war, man schützte die Böden und polierte sie zugleich, auch wurde wahrscheinlich so der Staub abgewischt. Damals versuchten wir mit den Filzpantoffeln über die Flächen, wie mit den Schlittschuhen zu gleiten, wer kam als erster an, wie weit konnte man mit Schwung rutschen.

Die Sammlung – das sind zugleich Ausstellungs-, Wohn- und Arbeitsräume der Familie. Für den Besuch muss man sich anmelden und eine Führung buchen, damit die Leitung der Sammlung auch den Überblick hat, wie viele Menschen darin unterwegs sind. Jedes Jahr wird die Ausstellung neu konzipiert und trägt jeweils einen interessanten Titel und wird unter einem Aspekt arrangiert. Die diesjährige läuft unter dem Titel „Zweifel“. Die Geschichte der Sammlung war für sie interessant; auch wenn man das meiste im Internet nachlesen kann, erzählte der junge Mann, der sie durch die Räume führte, Folgendes: Sie ist in den 60er Jahren entstanden. Da begannen Erika und Rolf Hoffmann Werke meist befreundeter Künstler zu kaufen. Nach dem Verkauf des Unternehmens, in den späten 80er Jahren, steigerten sie ihr Engagement für die Kunsteinkäufe deutlich. Mit der Wiedervereinigung wollten sie aktiv am Prozess der Einigung teilnehmen und es gab die Idee einer Kunsthalle in Dresden, sie sollte nach einem Entwurf von Frank Stella gebaut werden. Zum Glück für Berlin und zum Nachteil für Dresden wurde diese Idee nicht realisiert. 1994 fanden die Hoffmanns eine leer stehende Fabrik, die sich dem Ziel der Unterbringung der Sammlung und als Wohn- und Arbeitsräume eignete. Ab 1997 ließen sie an jedem Samstag auch die Öffentlichkeit an ihrer Sammlung teilhaben. Im März letzten Jahres hat Erika Hoffmann die Sammlung doch den Staatlichen Kunstsammlungen Dresden geschenkt. Bis 2022 bleiben Teile der Sammlung mit immer wechselnden Ausstellungen zu verschiedenen Themen doch in Berlin zugänglich.

Der Titel „Zweifel“ erlaubt alle möglichen Formate der Kunst vorzustellen, zwingt jedoch den Betrachter noch mehr zum Nachdenken. Die Führung beschränkt sich jeweils auf ausgewählte Objekte und dauert meistens nicht länger als anderthalb Stunden. Der Eingang mit der umgedrehten roten Tapete wurde bereits erwähnt. Vieles weitere lässt zweifeln, manchmal lächeln oder gar schmunzeln, das ist hier auch Programm. Besonders herausfordernd fand sie einen Künstler der die Werke, Bilder oder Fotografien anderer Künstler einfach übermalt hat. Arnulf Rainer fordert den Betrachter sehr heraus, indem er z.B. im Bild „Schwarze Zumalung“ Selbst begraben einfach fast das ganze Bild schwarz übermalt, überlässt nur ein helles Zipfelchen des alten Werk sichtbar. Was kann uns mehr zum Zweifeln bringen, oder ein Werk von Bruce Nauman Hanging Cat – die plastische Nachbildung eines abgeheueten Tieres, die von der Decke hängt.

Ein Wohnzimmer mit der Nr. 17 hat ihr sehr gut gefallen; ein Triptychon von Sean Landers hängt an einer Wand und erzählt über Meerwasser, das sich den Gesetzen der Physik entzieht, und auf der gegenüber liegenden Wand seine zwei riesigen Ölwände mit den Titeln: The Ether of Memory und Looking für Mr. God Bar. Der Künstler schreibt seine Gedanken mit dem Pinsel dicht und erstaunlich gleichmäßig auf Englisch auf die Leinwand über seinen Zustand, Gedanken und Gefühle auf (das zweite Gemälde angeblich sehr erotisch). Sowohl die Bilder vom Meer als auch die mit seinen Notizen haben etwas beruhigendes, monotones fast meditatives in sich und zugleich zweifelt man an ihrer äußeren Schale; beim näheren Hinsehen wird klar, dass das Meerwasser und die Wellen nie so schlagen und die Notizen sehr aufgewühlte Zustände beschreiben, alles ist anders, als auf den ersten Blick erscheint…

Auch die mehr privaten Räume, wie das Wohnzimmer mit dem Kamin eigerichtet mit echten Mies van der Rohe Möbeln, Barcelona Sesseln und Liege, einem Glastisch und Vitrine sind wunderschön. Die Wand hoch ist mit Acryl-Farben von Katharina Grosse gesprayt und harmoniert wenigstens von der Farbgebung mit zwei großen Acryl-Gemälden. An der seitlich liegenden Wand ist ein Gebilde von Frank Stella zu sehen: Of Whales in Paint, in Teeth, in Wood, in Sheet Iron, in Stone, in Mountains, In Stars (Moby Dick Series) aus bemalten Aluminium; es sieht wie ein bunter, ästhetischer Drache aus. Im Esszimmer bestaunt man wunderbare Lampen (4) von Bauhaus und Esstisch mit Stühlen von Eero Saarinen und ganz feines Teegeschirr in einer Glasvitrine.

Eine andere Art von Kunst bringt das Projekt von Katarzyna Kozyra, einer polnischen Installationskünstlerin, die einen langen Film Looking for Jesus/Szukając Jezusa in Jerusalem gedreht hat, der sich hauptsächlich mit dem Thema oder dem Phänomen des Jerusalem-Syndroms beschäftigt. Den Film hat sie in der Sammlung leider nicht gesehen, doch Kozyra ist für sie eine so gute Künstlerin, dass sie sich sofort im Internet alles Zugängliche angesehen hat. Kozyra hat sechs Jahre lang immer wieder mit Menschen in Jerusalem und Umgebung gesprochen, die sich für Jesus halten, sie hat dann das Material zusammengeschnitten und auf 73 Minuten gekürzt. Die Menschen berichten von ihrem Leben, Glauben und dem Platz des Glaubens, der Religion in ihrem Leben und in der heutigen Welt von den Werten, die ihnen wichtig sind. In einer der Szenen, die auf dem Trailer zu sehen ist, hören wir folgenden Dialog: „Are you Jesus or you think you are Jesus?“ – „Yes, I am Jesus“- „So we have to follow you“, und wir sehen wie der Mensch flüchtet und die Künstlerin ihn verfolgt. Bei einigen Treffen mit polnischen Zuschauern erzählt Kozyra, wie sie ihre Helden gefunden hat und warum sich für sie dieses Projekt zu einem Mammut-Projekt entwickelt hat. Sie sagt, natürlich ist das nicht objektiv, sie filtert alles durch ihr eigenes Interesse und ihren eigenen Willen, eine Antwort zu finden. Doch das, was wir sehen, ist ein gewaltiges Bild und ein Dialog über Religion und Glauben. Im heutigen Polen, gerade jetzt, nach mehreren Filmen über die Katholische Kirche und Missbrauchsfälle in der Kirche, müsste es mit sehr großem Interesse verfolgt und aufgenommen worden sein. Leider hat sie nicht am Treffen zwischen Erika Hoffmann und Kozyra teilgenommen, das am 24.01. 2018 stattfand, als der Film zum ersten Mal in der Sammlung gezeigt worden ist. Da wäre ihr wahrscheinlich klar geworden, warum diese Installation unter dem Titel der Ausstellung „Zweifel“ läuft.

Viele Räume hat sie nicht gesehen und sie nimmt sich vor, sie beim nächsten Besuch doch zu betreten (wenigstens), was sie Allen empfiehlt. Bis 2022 haben wir noch Zeit!

Eva

Krystyna Koziewicz

Piękne chwile

Tytuł nawiązuje do tekstu piosenki zespołu Dżem w wykonaniu Ryszarda Riedera „W życiu piękne są tylko chwile”. Nie ma człowieka, który by nigdy nie przeżył jakiejś szczęśliwej chwili. Zdarza się, że trafiają się fajne momenty, które zostają zapamiętane na długo w pamięci, jak w przypadku, który tu opiszę.

Otóż, jadąc berlińskim metrem, często można zaobserwować ciekawe widoki, ale dużo jest też ludzi w milczeniu siedzących obok siebie, jakby byli nieobecni, czytają prasę, książkę czy buszują w smarfonie, są niby obok, ale naprawdę gdzie indziej. Z reguły nikt na nikogo specjalnie nie zwraca uwagi, chyba że trafi się jakaś nadzwyczajna grupka, która ożywi jadących podróżnych kolebiących się wśród stukotu kół wagonu. Właśnie Ewie i mnie wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego, wręcz magicznego.

Była wiosenna niedziela, wieczór. Wracałyśmy metrem do domu, po prawdzie – dość zmęczone. Na jednej ze stacji wsiadła gwarna grupka młodych ludzi. Po wyglądzie sądzić można było, że nie byli to Europejczycy, co też wkrótce się potwierdziło. Zauważyłam u jednego z chłopców żołnierską czapkę z gwiazdą sowiecką i powiedziałam to Ewie, a Ewa odpowiedziała, aaa, jak Che Guevara. Rozmawiałyśmy półgłosem i po polsku, ale chłopak usłyszał słowo Che Guevara, ucieszył się i natychmiast do nas zagadał po angielsku.


Zgromadziło się koło nas trzech chłopaków – czarnoskóry, śniady (ten w berecie Che Guevary) i różowoskóry blondyn. Powiedzieli, że są z Brazylii. Ewa powiedziała, że są we trzech piękną trzykolorową Brazylią, a oni się roześmieli i odparli, że jest ich tu więcej. Rozejrzałyśmy się i rzeczywiście – zobaczyłyśmy dużą wesołą i rozhasaną gromadkę dziewczyn i chłopców. Powiedzieli nam, że są aktorami i muzykami. Przyjechali na wakacje do Europy. Entuzjastycznie opowiadali o kolejnych miastach – byli już w Madrycie, Lizbonie i Paryżu, a teraz przyjechali do Berlina, wszędzie im się podobało, wszystko zasługiwało na pełne zachwytu „ochy i achy”. Z Berlina będą już wracali do domu, bo nie mają więcej pieniędzy. Ewa zapytała, czy nie pojadą do Polski, a oni zgodnym chórem wykrzyknęli dwa słowa: Varsowia i Walesa. Ciekawe, co by młodym Brazylijczykom odpowiedzieli ci Polacy, którzy dzisiaj opluwają Wałęsę?


Przez chwilę Ewa i ja, dwie starsze panie, stałyśmy się częścią grupy. Radość, śmiech i wzajemne przekrzykiwanie trwało wprawdzie krótko, ale intensywnie. Chłopcy zapytali Ewę, jak ma na imię, a gdy odpowiedziała, z zachwytem zaśpiewali chóralnie jakąś brazylijską piosenkę o Ewie. Okazało się, że to jedna z najbardziej popularnych posenek w Brazylii. Ewa, zachwycona, zapytała, czy nie znają jakiejś piosenki o Krystynie, a grupa zaimprowizowała coś na moją cześć. „Che Guevara” zaczął pytać innych pasażerów, jak mają na imię, po czym Brazylijczycy zupełnie składnym chórem śpiewali im jakieś wariacje piosenki o Ewie.

Ależ to byli bystrzy, weseli i inteligentni młodzi ludzie! Dawno nie doznałam czegoś tak niebywałego.

Wszyscy świetnie się bawili, atmosfera w wagonie zrobiła się wyjątkowa. Wysiadających głośno żegnano. Przyznaję, że był to moment pełnego szczęścia – poczucia prawdziwej ludzkiej wspólnoty bez względu na wiek, płeć, narodowość czy kolor skóry. Było to szczęście, którym długo się delektowałam.
Tak sobie myślę, że trzeba czerpać z życia krótkie pozytywne przeżycia, wchodząc w ciekawe interakcje z ludźmi, okazując im przyjazne gesty sympatii, dające człowiekowi radość z najmniej oczekiwanej strony.

Hasta pronto Brasil!

Udało mi się ukradkiem zrobić dwa zdjęcia, ale nie nagrałam ich piosenek. Szkoda, ale Ewa znalazła Evę na youtubie w wykonaniu Ivete Sangalo, największej współczesnej piosenkarki brazylijskiej.

Maj, a w maju komunie…

Ela Kargol

Komunia

„No to będziesz komunistą?”, bardziej stwierdziła niż zapytała mojego wnuka fryzjerka, zabierając się do dzieła. Magnus pytającym wzrokiem popatrzył najpierw w lustro, a potem na mnie. Siedział pokornie w za dużym fotelu w małym zakładzie fryzjerskim na południu Polski w Lachowicach i nie rozumiał znaczenia słów skierowanych do niego. „To chyba będzie pierwszy w rodzinie”, odpowiedziałam za niego.

Z tą komunią zaczęło się już dwa lata temu w Berlinie, kiedy moja córka Marta pomyliła kurs dla „komunistów” ze spotkaniami zastępu harcerzy działającym też przy kościele. Magnus chętnie chodził na zbiórki. Z drużynowym grali w piłkę lub piłkarzyków, łazili po drzewach, jeździli na biwaki. Wtedy Marta się zorientowała, że to nie ten kurs. Na drugi rok była bardziej uważna i Magnus zaczął edukację przedkomunijną w odpowiedniej już grupie. Opiekunka grupy, osoba w wieku pochrystusowym bardzo przejęła się rolą. Odwiedziła wszystkie rodziny, rozdała biblie i przedstawiła plan działania. Ksiądz z kolei podziękował rodzicom za zaufanie w czasach kryzysu i upadku kościoła i nie dziwił się tym, którzy się od niego odwrócili.

No i się zaczęło. Wtorki były zajęte. Magnus chodził chętnie. Czegoś tam musieli się uczyć, ale bardziej przez zabawę, a w domu nikt go do niczego nie zmuszał.

Nie wierzyłam własnym oczom i słuchałam z otwartymi ustami, gdy po wizycie u fryzjera poszliśmy do pobliskiego starego drewnianego kościoła i tam Magnus objaśniał mi drogę krzyżową namalowaną na zewnątrz świątymi pod tzw. sobotami, stacja po stacji. Nie nauczył się prawie żadnych modlitw, w mszach niedzielnych uczestniczył rzadko, nudziły go, zresztą tak jak i mnie.

Różnice między kościołami i podejściem do wiary w Polsce i Niemczech są ogromne.
Z radością stwierdzam i popieram w berlińskim kościele katolickim duży wpływ protestantyzmu. Na pewno niejeden Martin Luther przydałby się kościołowi katolickiemu
i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Czym jest komunia? Dla mnie była wtedy białą sukienką, cienkimi rajstopami, białymi butami, które zniszczyłam biegając z kuzynkami po łąkach, dla Tomka, mojego męża była niebieskim rowerem i krótkimi spodenkami, w których zmarzł. Miałam to szczęście, że żaden ksiądz mnie nie skrzywdził.

 Kościół mnie nudził, nie należałam do żadnego ruchu oazowego, dopiero w latach 70 i 80 poznańscy Dominikanie zainteresowali mnie i przyciągnęli wyraźną opozycją w stosunku do panującego reżimu.

W wielu kulturach świętuje się w pewnym wieku dziecka granicę wyjścia z dzieciństwa i przejścia w wiek dojrzewania. W naszym przypadku były to postrzyżyny i komunia. Ojciec opowiadał, że w dniu wybuchu II wojny światowej matka jego, a moja babcia była o niego spokojna „Ty już sobie dasz radę, ty byłeś już u komunii.”

O czym myślał Magnus ubrany w białą szatę wchodząc z zapaloną świecą do kościoła? Nie wiem, dzień przedtem miał wysoką gorączkę, w dzień uroczystości, o czym nie wiedziałam, gorączkę miał jeszcze wyższą, rodzice obniżyli ją nurofenem. Okapnik do świecy, specjalnie na tę uroczystość zakupiony w Kalwarii Zebrzydowskiej, nie spełniał swojej funkcji i wosk parzył dłonie wnuka. Czy myślał o tej całej duchowości, o eucharystii, której ja do teraz nie rozumiem, o tej cudownej zamianie, w którą nie wierzę, a czasami chciałabym.

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29b).

Zaczęła się uroczystość. Wskazówki, zakazy i nakazy, treści modlitw i pieśni, objaśnienia dla niewiernych i niewiedzących pojawiały się na dużym ekranie.

Ksiądz powitał parafian i nieparafian, wiernych i niewiernych, wątpiących i poszukujących, wyznawców innych religii, agnostykow i ateistów. Wszystkich. A ponieważ 70% przystepujących do komunii dzieci miało polskie korzenie, powitał też po polsku, już trochę krócej. Wiadomo, w Polsce nie ma wątpiących ani wyznających inne religie, są tylko katolicy.

Niestety nagłośnienie w kościele nie działało wystarczająco dobrze, większości słowa mówionego nie rozumiałam więc. Z zamyślenia wybudziła mnie „Barka”, pieśń swego czasu chętnie śpiewana nie tylko podczas religijnych spotkań. Polacy zdziwieni nie podjęli pieśni, tak jak nie podjęli „Ojcze nasz” po polsku.

Później był fotograf, zdjęcia z księdzem, bez księdza, w grupie i samodzielnie, ze świecą i bez świecy, w albie i bez alby… W zanadrzu trzymaliśmy jeszcze polskim zwyczajem różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Próbowaliśmy pstryknąć Magnusowi taką fotkę, jakie znam sprzed 50 lat, ale się nie do końca udało.

Na specjalne życzenie bohatera dnia komunijną uroczystość kontynuowaliśmy przy pobliskiej budce z frytkami. Frytki z akcentem biało-czerwonym smakowały wyśmienicie. Madonna zza szyby w pobliskim sklepie ze starociami spoglądała na nas z nadzieją.

Rozczarowała mnie natomiast „pokomunijna komunia” w Polsce. Specjalnie dla prababci powtórzyliśmy całą ceremonię. Goście dopisali, pogoda też, obiad w zaprzyjaźnionej knajpce pyszny. Dzieciaki grały w piłkę, w klasy, w gonito, skakały przez gumę…
W niedzielę wybraliśmy się z prababcią do kościoła, żeby zrobić jej przyjemność i przeżyć to jeszcze raz. Moja mama nie była nigdy superkatoliczką i nie wychowała nas w wierze, raczej w poczuciu obowiązku. Uważała, że do kościoła się chodzi i już. Ojciec z kolei głęboko wierzący, nie wymagał niczego. Ja, osoba na co dzień niepraktykująca, towarzyszyłam mu zawsze, w ostatnich latach jego życia w niedzielnych mszach. Robię to nadal dla niego.

W „powtórce z komunii” nudziliśmy się jak prawie zawsze w kościele, choć Magnus był przejęty rolą. Do komunii nie przystąpił, bo nie ten kościół i nie ten ksiądz. Po mszy, gdy kapłan zaczął krytykować wolność sztuki i zaczął liczyć kolory tęczy, poczułam niesmak
i niechęć do tego zaściankowego katolicyzmu. Prababcia z kolei, niedowidząca, niedosłysząca, z lekką demencją stwierdziła, że było pięknie, tylko jakoś dzieci mało.

Barataria 118 Don Kichot w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Tego Don Kichota spotkałam w ratuszu berlińskiej dzielnicy Kreuzberg. Nawet nie sprawdzałam, kto to. Po prostu zrobiłam zdjęcie plakatu, bo te oczy, to spojrzenie, te zapadnięte policzki i siwy włos, siwy zarost, ten smutek… To Don Kichot tragiczny, Gustav Landauer, rówieśnik mojej prababki, szlachetny żydowski bojownik o wolność i sprawiedliwość społeczną, idealista, anarchista, pacyfista, polityk, działacz społeczny. Został brutalnie zamordowany w więzieniu w Stadelheim, dokładnie sto lat temu, 2 maja 1919 roku. Był też autorem, a jego teksty można uznać za teoretyczne uzasadnienie anarchizmu kulturowego. Po niemiecku znajdzie się w sieci sporo na jego temat, po polsku pisze o nim Wikipedia, podając też, że jest pradziadkiem amerykańskiego reżysera, Mike Nicholsa, tego który nakręcił Absolwenta z Dustinem Hoffmanem i zgarnął wszystkie możliwe nagrody przyznawane w branży filmowej.

Tragiczny Don Kichot. Kto by pomyślał, że najpierw był uważany za idiotę, a potem przez stulecia był figurą komiczną. Od mniej więcej stu lat jest tragiczny, postmodernizm zobaczył w nim figurę tragikomiczną, ale w operze (zapraszamy 30 maja na premierę do Deutsche Oper Berlin) w postaci smętnego rycerza objawi się to, co nas, mieszkańców nowego tysiąclecia najbardziej interesuje – nasz własny smutek.

Tu ten, który mi ten operowy fragment przysłał. Czyż on sam nie wygląda jak Don Kichot, gdy tak siedzi u mnie na balkonie i melancholijnie spogląda w dal, na kwitnące drzewa, gazometr, szpital na Westendzie Berlina, a może jeszcze dalej, na góry Harzu, Holandię, Kanał la Manche, Wyspy Brytyjskie (które wciąż jeszcze operowo spieszą, by wyjść, ale wszak są i są) i wreszcie poprzez mgliste wybrzeża Walii na Atlantyk…?

Ma stole placek z rabarbarem i doniczka kwitnących poziomek (dziękuję Eli Kargol, ale i Bergmann się kłania, a jakże), w kącie balkonu donica z rosnącą coraz wyżej malwą (wszystkie polskie mity wiejsko-sielsko-anielskie się kłaniają, a tymczasem na naszym osiedlu jeden z mieszkańców twierdzi, że to on przywiózł do nas malwy, których w Berlinie wcale nie ma, ale nad Morzem Północnym jest ich pełno, i to wszystko, co rośnie w naszych ogrodach i na naszych balkonach, to malwy, których przodkinie pamiętają Heinego…

Owinięte w obłok szary,
Drzemią w ciszy wielkie bogi,
Słyszę oddech ich ponury,
Wiatr po morzu dmie złowrogi.

Jakiż orkan! Jakie gromy!
Statki mkną na wpół strzaskane,
Któż uśmierzy te żywioły,
Fale morza zbuntowane!

Ja niemogę zakląć burzy,
Ni uśmierzyć morza trwogi,
Owinięty ciepłym płaszczem,
Zasnę — jak zasnęły bogi…

Ale też oczywiście, Heine potrafił i tak o tym morzu zimnym i burzliwym.

Nad morzem panienka stała,
tęsknie wzdychając bez końca,
tak ją głęboko wzruszała
kwestia zachodu słońca.

Dziewczyno, rzecz to nie nowa,
czemuż ta sztuczka cię razi?
Wszak ono z przodu się chowa,
a z tyłu znowu wyłazi.)

***

Następny DK też przyszedł do domu. Też miał na głowie czapeczkę zamiast hełmu, a na czapeczce koty. I też był smutny, choć próbował robić dobrą minę do zabawy z kotem domowym.

Wie ich Joachim Zinsky kennenlernte.

Michael Müller

Oder: Wem gehört der Kiez?

Auf dem Rückweg vom Schlosspark Charlottenburg nach Hause ist mein Dackel immer schnell. Er zieht mich zielstrebig die Sophie-Charlotten-Straße entlang, um, ohne weiteren Umweg zuzulassen, in unseren Torweg einzubiegen. Heute steht uns auf der Sophie-Charlotten-Straße aber ein Mann im Weg, der kopfschüttelnd das Werbeplakat eines Bauunternehmens betrachtet – Zinsky, wie ich später erfahre.

Fahrig gleitet sein Zeigefinger über eine Computersimulation des Gebäudekomplexes mit Luxus-Eigentumswohnungen, der hier gerade gebaut wird, und er fragt mich: „Wo ist denn da jetzt was?“ Als ich ihm zu erklären versuche, dass das nur eine Simulation ist und wie die inzwischen halbfertigen Rohbauten in das Bild passen werden, ist er empört. „Wie jetze“, sagt er, „die jibt et noch jar nich? So ne Schweinerei!“

Dabei ist er eigentlich kein Miesmacher. Er will nur verstehen, wer da was in seinem Kiez macht und was das für ihn bedeutet. Er wohnt in der Pulsstraße, in einem Hochhaus aus den 70ern, im 6. Stock, Blick auf den Schlosspark – schön, obwohl es angeblich unerträgliche Nachbarn gibt. Aber der Parkblick interessiert ihn eigentlich weniger als das Gelände auf der anderen Seite, das jetzt bebaut wird. Bis 2014 waren da die alten Gebäude der „Puls-Klinik“ und es gab Bäume. Jetzt ist das alles weg und stattdessen dröhnen die Baumaschinen. Seine Sorge: Da kann man jetzt nicht mehr wie früher die Autos parken – obwohl er selbst kein Auto hat.

Was ihn wirklich beunruhigt, sind die vielen gleichzeitigen Veränderungen. Die unerträglichen Nachbarn in seinem Wohnblock sind ehemalige Patienten der Psychiatrie aus der Schlossparkklinik. „Und jetzt bauen sie da einen neuen Psychiatrietrakt, bald fertig…“ Was entsteht da vor seinen Augen? Die fehlenden Parkplätze werden das geringste Problem sein. Aber was wird mit seiner vertrauten Nachbarschaft?

Er beginnt, mir zu erklären (ohne Anlass), dass er eine Tagespflege hat – einmal in der Woche, „nein, oder zweimal. Sie war gestern, am Montag, da, als ich gerade…“ Dann fällt ihm wieder mein Dackel ein. Ja, er hat auch mal einen Hund gehabt – einen Schäferhund, der besonders wachsam war und einmal ein Kind im Kinderwagen gerettet hat, oder umgekehrt. Irgendwie scheint der Schäferhund auf tragische Weise ums Leben gekommen zu sein, schon in Zinskys Kindheit oder später.

Wir verabschieden uns irgendwann. Ich erkläre ihm, dass ich auch gleich um die Ecke wohne, also auch Nachbar bin. Meine Adresse, Mollwitzstraße, sagt ihm aber offenbar gar nichts. Er winkt mir nur im Weggehen zu – „Joachim Zinsky, nich verjessen!“

DMAO oder Berlin erinnert sich

DenkMalAmOrt – Denkmal am Ort – DMAO

In der Wohnung, im Treppenhaus, im Hof, im Keller, im Schrebergarten, bei der alten Tante weit in Köpenick, im Hinterzimmer eines Nazi-Günstlings wie es bei der Lale Andersson der Fall war, bis zuerst ihr Garderobier und später auch sie selbst in einem KZ landeten.

Berlin erinnert sich.

DENK MAL AM ORT  ist eine persönliche Erinnerung an einen Menschen oder eine Familie in Berlin, die während der NS-Zeit verfolgt wurde.
DENK MAL AM ORT findet statt an den authentischen Wohn- und Lebensorten in Berlin, in der ehemaligen Wohnung, im Hof, im Keller, im Treppenhaus oder vor dem Wohnhaus. Wir leben in Wohnungen mit Vergangenheit.

Am jeweils ersten Wochenende, das auf das Kriegsende in Berlin am 2. Mai folgt, werden Haus- oder Wohnungstüren in Berlin geöffnet und die Namen unserer ehemaligen Nachbarn, Bruchstücke ihrer Biografien, Verfolgungs- und Fluchtgeschichten werden sichtbar in Gesprächen, Lesungen, Installationen, Zeichnungen, Texten, Musik, Audio, Film, Poesie, Gesang und mehr.

www.denkmalamort.de
facebook.com/denkmalamort

Hier ist es, das pdf mit allen DMAO_2019_Veranstaltungen und Orten.
Es kann bequem überallhin verschickt und ebenso problemlos gelesen, vergrössert und ausgedruckt werden.

DMAO_2019_Faltblatt_als_pdf_DE

DMAO ist ein Projekt von drei Personen:

Jani Pietsch, M.A. Politische Wissenschaft, Geschichte, Philosophie – Historikerin und freischaffende bildende Künstlerin in Berlin
www.janipietsch.de

 

Marie Rolshoven, M.A. Theater- und Filmwissenschaft, Kunstgeschichte – Mitarbeiterin der Gedenkstätte Stille Helden Berlin und Mitmacherin des Ausstellungsprojekts Wir waren Nachbarn – Biografien jüdischer Zeitzeugen im Rathaus Berlin-Schönebergwww.marie-rolshoven.com

Florian Voß, ein junger Biologe, geboren 1973, Projektentwickler für Umwelt- und Bildungsprojekte, ist 2016 gestorben.

2019 sind es 14 Orte am 4. Mai und 12 am 5. Mai. Ich habe für Euch eins ausgesucht. Ich suche weitgehend unbekannte Geschichte aus, obwohl man sich an diesem Wochenend auch an Max Liebermann oder Albert Einstein erinnern kann. Eigentlich suchte ich einen Ort in der Krefelder Strasse in Moabit, wo ein arabischer Doktor, Mod (Mohamed) Helmy, eine jüdische Familie versteckte – die Erinnerung an ihn wurde von meinem Orthopäden gepflegt und er war  der, der das Schreiben eines Buchs über ihn vorgeschlagen hat. Wie das Leben es will, der Autor, Igal Avidan, ein Israeli, der seit über 30 Jahre in Berlin lebt, ist auch mein Bekannte. Er präsentiert sein Buch immer wieder auch in Berlin und es ist bei ihm oder bei dem Verlag käuflich zu erwerben.

Dann denke ich mir, dass auch ich bei dem Projekt mit machen könnte, um unsere beide Protagonisten, mit denen ich mich seit Jahren beschäftige, zu erinnern: Hermann Stöhr (links unten), der erste Kriegsverweigerer des 2. WK, hingerichtet in Plötzensee und Stanisław Kubicki, polnischer Maler, Vorreiter des Pazifismus und der Deutsch-Polnischen Versöhnung, zum Tode gefoltert in Gestapo Gefängnis Pawiak in Warschau.

 

 

 

 

Zum lesen gibt es darüber viel – man kann HIER starten.

Soll ich es machen. Schaffe ich es? Jedes Projekt bedeutet so unheimlich viel zu tun, was die Freischaffenden vor allem aus eigener Tasche und aus dem eigenem Kraftreservoir schöpfen müssen. Halte, Ewa, es ist ein Zukunftslied über die Vergangenheit. Kehren wir lieber zurück in die Gegenwart.

Aus dem diesjährigen DMAO-Projekt wähle ich eine Geschichte aus:

Nummer 10 am 4. Mai

Mommsenstraße 6, Hochparterre, 10629 Berlin-Charlottenburg
14 17 Uhr Ausstellung, Gespräch und Lesung (Deutsch und Englisch)
Im Gedenken an die ehemaligen Hausbewohner, Familie Fiegel, Familie Isaacsohn und Familie Selten, öffnen Dr. Wolf-Rüdiger Baumann und Claudia Saam ihre Wohnung. Die Geschwister Naomi und Paul Fiegel kommen aus Sydney (Australien), um an ihren Vater Bernhard und an ihre Großeltern Erna und Paul Fiegel zu erinnern.

S3, S5, S7, S9, S75 / Station Savignyplatz