Ein Maler, ein Grab, ein Rätsel

Das Rätsel wurde schon heute früh von Dariusz Kacprzak vom Stettiner Nationalmuseum gelöst.

Waldsee_im_Winter_(1892)Walter Leistikow, ein deutscher Maler und Graphiker, geboren 1865  in Bromberg, heute Bydgoszcz, gestorben1908 in Berlin, wo er sich erschossen hat. Dadurch hatte die Familie Schwierigkeiten, ihn begraben zu lassen, bis  endlich Friedhof Steglitz beschloß, seine Beerdigung zu gestatten. Bei diesem Anlass sprachen unter anderen Max Liebermann und Gerhard Hauptmann.

See_bei_Sonnenuntergang_(1895)

Er wurde von der Königlichen Kunstakademie unter Anton von Werner wegen „Talentlosigkeit“ entlassen.

haus-in-Daenemark 1898Wie hieß er?

leistikow-grabFotos: Wikipedia Commons & Slaska Commons

Und…
Auf dem Friedhof, wo Leistikow begraben liegt, befindet sich auch ein Tor mit zwei Sprüchen, die schon alte Römer kannten: “Vos qui transitis, nostri memores rogo sitis: quod sumus hoc eritis, fuimus quandoque quod estis.”
Ein römischer Epitaph B 799.
Auf Deutsch sieht es so aus:

wasihrward

1913. Święto wiosny. Frühlingsweihe.

Na całym świecie lato, u nas na blogu też, a tymczasem w Szczecinie wciąż jeszcze wiosna. Ale za to – jaka!

swietowiosny-pracawreWystawa jubileuszowa w stulecie otwarcia Gmachu Głównego Muzeum Narodowego / Ausstellung zum hundertjährigen Eröffnungsjubiläum des Hauptgebäudes des Nationalmuseums
Szczecin / Stettin    http://www.muzeum.szczecin.pl

Wernisaż / Vernissage:                  21.06.2013, 18.00

do / bis:                                                         08.09.2013

Podczas trwania ekspozycji wstęp do wszystkich oddziałów Muzeum Narodowego w Szczecinie jest wolny / Während der Ausstellung ist der Eintritt zu allen Abteilungen des Nationalmuseums Stettin frei.

Text auf Deutsch: 1913-Fruehlingsweihe

swietowiosny21czerwca-8wrzesnia Celem wystawy jest zarysowanie obrazu kultury sprzed stu lat w odniesieniu do problemu dziedzictwa. Rok 1913 okazał się wyjątkową datą. Nie tylko graniczną z punktu widzenia historii politycznej, jako ostatni moment pokoju przed wybuchem Wielkiej Wojny, ale także obfitującą w przełomowe dla XX wieku wydarzenia artystyczne. Na lata 1910–1913 przypadły prace nad merytorycznym i architektonicznym kształtem prezentacji zbiorów Muzeum Miejskiego w Szczecinie, przygotowywanej pod okiem doktora Waltera Riezlera. Temu cenionemu w Niemczech reformatorowi kulturalnemu, łączącemu pasje archeologa klasycznego, krytyka sztuki nowoczesnej i muzykologa, udało się zbudować galeryjną narrację w oparciu o zabytki starożytności, kultur pozaeuropejskich oraz malarskie, rzeźbiarskie i graficzne prace mistrzów zachodnioeuropejskiej awangardy. 1913. Święto wiosny to projekt wystawienniczy, który upamiętniając otwarcie gmachu przy ówczesnym Tarasie Hakena (dziś: Wały Chrobrego), przywołuje interdyscyplinarną metodę pierwszego dyrektora tamtej instytucji – zestawia arcydzieła sztuki pierwszych dekad XX wieku z ich archaicznymi, klasycznymi i prymitywnymi źródłami inspiracji.

Wyjątkowa, reprezentacyjna forma gmachu muzealnego, ukształtowana przez miejskiego architekta Wilhelma Meyera, nadała panoramie pomorskiej metropolii nowy akcent urbanistyczny, zmieniając zarazem sposób postrzegania polityki kulturalnej magistratu. Podtytuł szczecińskiej wystawy jubileuszowej nawiązuje do innego wydarzenia artystycznego tego samego czasu, czyli wiosny 1913 roku, tym razem o skali międzynarodowej – inauguracji paryskiego Théâtre des Champs-Élysées. Otworzył on swoje podwoje głośną premierą spektaklu Igora Strawińskiego Święto wiosny, wykonanego przez Balety Rosyjskie w choreografii Wacława Niżyńskiego i scenografii Nikołaja Roericha. Zarówno oskarżany o „germańskość” budynek teatru, projektowany przez Henry’ego van de Veldego i zrealizowany ostatecznie przez Auguste’a Perreta, jego dekoracje i wyposażenie (między innymi dłuta Antoine’a Bourdelle’a), jak i estetyka wystawianych na jego deskach dzieł scenicznych stanowiły przełom w dziejach sztuki, symbolicznie otwierając nowe stulecie. Do rangi podobnego symbolu urosła również wystawa Armory Show, zorganizowana dwa miesiące wcześniej w koszarach nowojorskiego regimentu – reprezentatywny przegląd współczesnej sztuki europejskiej większości kierunków awangardowych.

Ekspozycję 1913. Święto wiosny pomyślano jako przegląd kluczowych problemów „dzieła totalnego” około 1913 roku, który okazał się także dla szczecińskiego muzealnictwa swoistym „świętem wiosny”. Motywem przewodnim wystawy uczyniono taniec – metaforę witalności i wolności. Odwołanie do trzech wydarzeń – w Szczecinie, Paryżu i Nowym Jorku – pozwala na połączenie perspektywy globalnej, europejskiej i lokalnej. Prezentowane dzieła malarstwa, rzeźby, rysunku, grafiki i rzemiosła artystycznego pochodzą z kolekcji własnej oraz Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu, Georg-Kolbe-Museum w Berlinie, Akademie der Künste w Berlinie, Städtische Galerie w Dreźnie, Kunstsammlungen w Zwickau, Ernst Barlach Stiftung w Güstrow oraz zbiorów prywatnych. Obiekty te tworzą zazębiające się narracje, a opowieść o źródłach odnowy sztuki została podzielona na cztery części:
1. Baśń słowiańska. Rodzima egzotyka
2. Popołudnie fauna. Nowa Arkadia
3. Wiosna w Paryżu. Artystyczna stolica świata
4. Czarna muzyka. Awangarda i kultury prymitywne

Osią koncepcyjną wystawy jest zestawienie zabytków etnograficznych i archeologicznych z dziełami takich artystów  jak: Abram Jefimowicz Archipow, Ernst Barlach, Émile-Antoine Bourdelle, Béla Czóbel, Kees van Dongen, Xawery Dunikowski, Lyonel Feininger, Marcel Gromaire, Aristide Maillol, Tadeusz Makowski, Georg Kolbe, Max Pechstein, Toma Rosandić, Karl Schmidt-Rottluff, Paul Sérusier, Franz von Stuck, Maurice de Vlaminck, Wojciech Weiss, Eugeniusz Zak i wielu innych.

Kuratorzy / Kuratoren: Szymon Piotr Kubiak & Dariusz Kacprzak

swietowiosny-pracawre2

Die Trans und die Skins

Renata Borowczak-Nasseri

Die Trans und die Skins

Autobahn… Motorgeräusch eines alten Mercedes Cabrio, der über eine Autobahn rast. Der Trans-Mann, Claudio, lächelt, sein kurzes Haar flattert im Wind. Er schaut auf die platte branderburgische Landschaft.

CLAUDIO

Wie schön das ist.

TOBIAS (ebenfalls ein Trans-Mann)

Schön und öde gleichzeitig!

Tobias rutsch hin und her neben Claudio auf dem Hintersitz mit lächelnd strahlendem Gesicht, und singt mit zu “Sunny” von Boney M., der im Autoradio läuft. Tobias trägt ein Heavy Metall T-Shirt und weite im Schritt hängende Hip Hop Hose.

TOBIAS

(schreit glücklich) Wie ich diese Musik hasse!

Tobias schubst Claudio.

TOBIAS

Sing mit!

CLAUDIO

(mit krätzenden Stimme) Kann nicht!

Claudio beugt sich nach vorne zu Helga, einer Trans-Frau Mitte 50, die riesig, wie ein Holzfäller ist, und eine blonde Mähne trägt.

CLAUDIO

Hey Helga, alles Fit im Schritt!

HELGA

Was?!

Der Wind macht ein starkes Geräusch, man hört kaum was.

JASMIN, (eine Trans-Frau, Mitte 30-ig, stark geschminkt uns sehr schlank)

Bei dir vielleicht? Ich hab ja da nichts mehr!

Alle lachen in die Runde. Claudio klopft Helga auf die Schultern.

CLAUDIO

Lass mich die Karre fahren! Habe heut´ Geburtstag!

TOBIAS

Heute, echt?

Helga lacht auf.

HELGA

Du hast Geburtstag, so wie ich ne Jungfrau bin.

Helga hält an der Straßenseite. Steigt aus.

HELGA

(zu Claudio) Mach schon, du bist wieder geboren, zum neuen Leben.

Claudio springt aus dem Wagen, läuft zu dem Fahrersitz, setzt sich ans Steuer. Claudio startet abrupt los, fährt schnell, viel schneller als erlaubt. Jasmin veranstaltet vorne eine Art Bauchtanz.

TOBIAS

Das ist ja bescheuert!

Helga legt ihre Hand auf Tobias Oberschenkel, nimmt sie aber sofort weg.

HELGA

Die ist wieder 16! Mach die Pubertät Revue passieren! Weißte was ich da gemacht habe? Vor sechs Jahren? Als ich mit den Hormonen angefangen habe?

Claudio dreht sich im Fahren nach hinten, schreit:

CLAUDIO

Was denn?!

HELGA

Blaue Schrippen habe ich vom Bäcker geholt, so war das Leben bunt!

***

Wiese vor einem Schloss.

Wiesen_bei_Gramkow

Der Schloss wirkt geheimnisvoll in der Abenddämmerung: die Rissen auf den Wänden, das große Wappen, Rotlicht im unterstem Etage und Kellerfenster. Claudio schaut ins Feuer. Über dem Feuer werden Würstchen gebraten, der Speck fließt zischend in die Flammen.

Die Tür des Schlosses geht auf, eine DOMINA (30) in voller Montur geht raus, an dem Arm eines Mannes, KLAUS (55), gelehnt.

CHRISTIAN, ein magerer Mann (50) mit lockigem blondem Haar, der Besitzer des Schlosses, blickt in ihre Richtung.

CHRISTIAN

Nicht´s gegen Kunden, aber dieser ist echt eine versaute Sau.

DOMINA

(aus Entfernung) Feierabend! Klaus bringt mich nach Hause.

CHRISTIAN

(murmelt leise) War schon Zeit.

Christian steht auf und winkt zum Abschied. Er trägt eine weiße eng anliegende Bluse, ein Ballerina Kleidchen und weiße Strümpfe.

CHRISTIAN

Die Leute wissen nicht, was ihnen entgeht, wenn sie so rumficken. Jedem ist ein Mensch bestimmt, und man spürt das, wenn man auf ihn trifft.

Claudio starrt Christian an.

CLAUDIO

Das denke ich auch.

Christian streichelt den Rock glatt.

CHRISTIAN

Ich habe darüber das erste Mal auf einem Workshop über Prädestination in Indien gehört. Und ich glaube das. Niemand geht an den eigenen Schicksaal vorbei.

Helga, Jasmin, Tobias und Claudio sitzen still, lauschen dem Knistern des Feuers.

Plötzlich hört man Zweige knacken, Geräusche aus dem Wald, Rufe. An dem Waldrand erscheint in dem Licht des Feuers ein SKIN: glatzköpfig, mit Bombenjacke, Springerstiefel, in der Hand hält er einen dicken Zweig. Mit festen Schritten kommen hinter ihm her noch zwei andere Skins. Claudio unterdrückt einen Schrei, er versteckt sich hinter der riesigen Helga.

CLAUDIO

(flüstert)  Scheiße, Zähne sind teuer.

Er hört ein Lachen. Alle lachen um die Runde, die Skins auch. Der SKIN mit dem Zweig – JENS (23) schmeißt den Zweig ins Feuer. Er klopft Christian stark auf die Schulter.

JENS

Na, hat er euch schon mit seiner Prädistinationsgehirnwichserei zugelabbert?

Christian schaut seinen Sohn tadelnd an, er wendet sich an Claudio.

CHRISTIAN

Der mit der großen Klappe – das ist Jens, mein Sohn, und das sind seine Kumpels Günther und Vale.

Jens küsst Jasmin auf beide Wangen, dann geht er zu Helga, flüstert ihr etwas ins Ohr, Helga lächelt. Jens beugt sich  zu Claudio.

JENS

Oh Pardon, du bist andersrum. Männer küsse ich nicht.

Günter und Vale schmeißen die Zweige ins Feuer.

VALE

(zu Christian) Ist eine Wurst für uns übrig und ein Bierchen?

Christian holt zwei Flaschen aus einem Wassereimer, schmeißt eine nach der anderen zu Vale und Günther.

GÜNTHER

(zu Claudio) Hast du gedacht, wir hauen hier alles kurz und klein?

Jens nimmt einen ordentlichen Schluck aus seiner Bierflasche.

JENS

Das ist nicht unser Kampf.

Er beugt sich und kitzelt Jasmin, sie lacht laut auf.

GÜNTHER

Wir mögen die Mädchen hier!

Jens setzt sich zu Tobias. Schaut ihn von Kopf bis Fuß unverhohlen an.

JENS

Bist du auch andersrum?

TOBIAS

(zwinkert ihm zu) Rate mal…

Vale streckt seinen Finger, Claudio merkt auf der Handoberfläche einen tätowierten Hackenkreuz.

VALE

(herausfordernd zu Claudio) Alles was wir wollen ist Gerechtigkeit und Arbeit. Und hier gibt´s keine Arbeit, und keine Chancen, gegen keine Chancen kämpfen wir.

CLAUDIO

Schon gut, ich verstehe…

Jasmin sitzt am Feuer hält den Kopf von Günther auf ihrem Schoß, die Musik von Rammstein “ Mein Herz brennt” erklingt. Claudio schaut traurig ins Feuer, er hat gerötete Wangen, danebenliegen viele leere Bierflaschen. Claudio zieht an seiner Zigarette.

Jens und Tobias gehen leise an ihm vorbei. Er dreht nach ihnen den Kopf, sie verschwinden  im Schloss. Er nimmt hastig paar Züge, inhaliert den Rauch. Helga rutsch zu ihm. Claudio verschränkt die Arme von seiner Brust. Helga beugt sich zu ihm und flüstert.

HELGA

Du bist mein Beuteschema.

Claudio schaut erschrocken Helga ins Gesicht. Dann ins Feuer. Er richtet sich um aufzustehen. Helgas Hand zieht ihn runter. Claudio klappt auf den Po, verschränkt noch mal die Arme. Schaut zu Helga rüber. Helgas Kopf hängt traurig.

HELGA

(ohne Claudio anzuschauen) Schon gut, ich wollte dir keine Angst machen… Aber versuchen kann doch jeder, ok?

Claudio sitzt eine Weile starr da, dann nickt er. Sie sitzen beide still und schauen ins Feuer.

CLAUDIO

(seine Stimme zittert) Ich weiß nicht, wie ich das Ganze machen soll.

Helga nimmt einen Zweig, schmeißt ins Feuer. Der Zweig fängt schnell Flammen.

HELGA

Wir alle wissen es am Anfang nicht…. Wir helfen dir, du bist hier bei uns gut aufgehoben. Zuerst die Hormone, dann Antrag auf die Vornamensänderung, die Richterin kenne ich… dann die OP.

Claudio rutsch näher zu Helga.

CLAUDIO

Ich will nicht, dass mein…, meine Familie davon weiß.

HELGA

Wir werden es niemandem sagen. Es ist ein Tabu für uns. Jeder regelt das, wie er will.

CLAUDIO

Danke.

HELGA

Wofür?

Claudio steht auf.

CLAUDIO

(verlegen) Ich gehe mal, wegen Tobi, nachschauen.

Helga schaut zu Claudio hoch, sagt ernst:

HELGA

Danach gibt es keinen Weg zurück. Du wirst gehänselt, verprügelt, findest keinen Job, vielleicht keinen Partner, aber… es lohnt sich.

Claudio dreht sich von ihr weg, zuerst geht er langsam, dann rennt er die letzten Meter zum Schloss die Anhöhe hoch.

***
Aus Wikipedia – weißt jemand Besseres darüber, soll uns wissen lassen – Bitte!

Transmann (kurz „TM“) ist eine Bezeichnung für Transsexuelle und Transgender der Richtung Frau-zu-Mann
Transfrau (oder Kathoey) ist eine Bezeichnung für Transgender der Richtung Mann-zu-Frau.

Heute/Dziś
17 czerwca 1953 – pierwsze powstanie robotnicze w Bloku Wschodnim
Istniejąca niespełna cztery lata Niemiecka Republika Demokratyczna (NRD) przeżyła w czerwcu 1953 swój pierwszy wstrząs polityczny. Strajki, demonstracje i rozruchy w ponad 700 miejscowościach stłumiła Grupa Wojsk Radzieckich. Dzięki temu u władzy utrzymał się komunistyczny rząd Otto Grotewohla. Jednak Niemiecka Socjalistyczna Partia Jedności (SED) (…) poniosła ciężką porażkę polityczną. (Wikipedia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Czerwiec_1953_-_powstanie_robotnicze)

Poezja – Poesie – Poetry / Eliot

Kolejny wpis na niedzielę, przypominający wiersze, o których nie sposób zapomnieć, a których przecież nie pamiętamy. W poprzednią  niedzielę był tu utwór niemieckiego poety Hölderlina, dziś przypomnę niezwykły wiersz T.S. Eliota o spacerze J. Alfreda  Prufrocka. Pod tekstem wiersza jego recytacja – najlepiej słuchać i czytać jednocześnie. Główną część wpisu stanowi zawsze utwór w języku oryginału i jego recytacja. Tym razem jest to więc wpis po angielsku.
Tekst po polsku                                                                             Text auf Deutsch

T.S. Eliot

The Love Song of  J. Alfred Prufrock

S’io credesse che mia risposta fosse
A persona che mai tornasse al mondo,
Questa fiamma staria senza piu scosse.
Ma perciocche giammai di questo fondo
Non torno vivo alcun, s’i’odo il vero,
Senza tema d’infamia ti rispondo.

Dante Inferno (XXVII, 61-66)

LET us go then, you and I,
When the evening is spread out against the sky
Like a patient etherized upon a table;
Let us go, through certain half-deserted streets,
The muttering retreats
Of restless nights in one-night cheap hotels
And sawdust restaurants with oyster-shells:
Streets that follow like a tedious argument
Of insidious intent
To lead you to an overwhelming question….
Oh, do not ask, “What is it?”
Let us go and make our visit.

In the room the women come and go
Talking of Michelangelo.

The yellow fog that rubs its back upon the window-panes,
The yellow smoke that rubs its muzzle on the window-panes
Licked its tongue into the corners of the evening,
Lingered upon the pools that stand in drains,
Let fall upon its back the soot that falls from chimneys,
Slipped by the terrace, made a sudden leap,
And seeing that it was a soft October night,
Curled once about the house, and fell asleep.

And indeed there will be time
For the yellow smoke that slides along the street,
Rubbing its back upon the window panes;
There will be time, there will be time
To prepare a face to meet the faces that you meet;
There will be time to murder and create,
And time for all the works and days of hands
That lift and drop a question on your plate;
Time for you and time for me,
And time yet for a hundred indecisions,
And for a hundred visions and revisions,
Before the taking of a toast and tea.

In the room the women come and go
Talking of Michelangelo.

And indeed there will be time
To wonder, “Do I dare?” and, “Do I dare?”
Time to turn back and descend the stair,
With a bald spot in the middle of my hair—
(They will say: “How his hair is growing thin!”)
My morning coat, my collar mounting firmly to the chin,
My necktie rich and modest, but asserted by a simple pin—
(They will say: “But how his arms and legs are thin!”)
Do I dare
Disturb the universe?
In a minute there is time
For decisions and revisions which a minute will reverse.

For I have known them all already, known them all:
Have known the evenings, mornings, afternoons,
I have measured out my life with coffee spoons;
I know the voices dying with a dying fall
Beneath the music from a farther room.
So how should I presume?

And I have known the eyes already, known them all—
The eyes that fix you in a formulated phrase,
And when I am formulated, sprawling on a pin,
When I am pinned and wriggling on the wall,
Then how should I begin
To spit out all the butt-ends of my days and ways?
And how should I presume?

And I have known the arms already, known them all—
Arms that are braceleted and white and bare
(But in the lamplight, downed with light brown hair!)
Is it perfume from a dress
That makes me so digress?
Arms that lie along a table, or wrap about a shawl.
And should I then presume?
And how should I begin?

.      .      .      .      .      .      .      .

Shall I say, I have gone at dusk through narrow streets
And watched the smoke that rises from the pipes
Of lonely men in shirt-sleeves, leaning out of windows?…
I should have been a pair of ragged claws
Scuttling across the floors of silent seas.

.      .      .      .      .      .      .      .

And the afternoon, the evening, sleeps so peacefully!
Smoothed by long fingers,
Asleep … tired … or it malingers,
Stretched on the floor, here beside you and me.
Should I, after tea and cakes and ices,
Have the strength to force the moment to its crisis?
But though I have wept and fasted, wept and prayed,
Though I have seen my head (grown slightly bald) brought in upon a platter,
I am no prophet — and here’s no great matter;
I have seen the moment of my greatness flicker,
And I have seen the eternal Footman hold my coat, and snicker,
And in short, I was afraid.

And would it have been worth it, after all,
After the cups, the marmalade, the tea,
Among the porcelain, among some talk of you and me,
Would it have been worth while,
To have bitten off the matter with a smile,
To have squeezed the universe into a ball
To roll it toward some overwhelming question,
To say: “I am Lazarus, come from the dead,
Come back to tell you all, I shall tell you all”—
If one, settling a pillow by her head,
Should say: “That is not what I meant at all;
That is not it, at all.”

And would it have been worth it, after all,
Would it have been worth while,
After the sunsets and the dooryards and the sprinkled streets,
After the novels, after the teacups, after the skirts that trail along the floor—
And this, and so much more?—
It is impossible to say just what I mean!
But as if a magic lantern threw the nerves in patterns on a screen:
Would it have been worth while
If one, settling a pillow or throwing off a shawl,
And turning toward the window, should say:
“That is not it at all,
That is not what I meant, at all.”

.      .      .      .      .      .      .      .

No! I am not Prince Hamlet, nor was meant to be;
Am an attendant lord, one that will do
To swell a progress, start a scene or two,
Advise the prince; no doubt, an easy tool,
Deferential, glad to be of use,
Politic, cautious, and meticulous;
Full of high sentence, but a bit obtuse;
At times, indeed, almost ridiculous—
Almost, at times, the Fool.

I grow old … I grow old …
I shall wear the bottoms of my trousers rolled.

Shall I part my hair behind? Do I dare to eat a peach?
I shall wear white flannel trousers, and walk upon the beach.
I have heard the mermaids singing, each to each.
I do not think that they will sing to me.

I have seen them riding seaward on the waves
Combing the white hair of the waves blown back
When the wind blows the water white and black.

We have lingered in the chambers of the sea
By sea-girls wreathed with seaweed red and brown
Till human voices wake us, and we drown.

The Love Song of J. Alfred Prufrock (in: Prufrock and other Observations 1917)
T.S. Eliot (September 26, 1888–January 4, 1965), was a major Modernist Anglo-American poet, dramatist, and literary critic.  Here the record of poet speaking his poem himself.

Translation of Dante’s verses:

“If I but thought that my response were made
to one perhaps returning to the world,
this tongue of flame would cease to flicker.
But since, up from these depths, no one has yet
returned alive, if what I hear is true,
I answer without fear of being shamed.”

Berlin – Amsterdam. Ein Rätsel.

Ewa Maria Slaska

Gestern ging ich einkaufen. Neben dem Laden auf der Straße habe ich eine vergilbte Buchseite gefunden. Ein ziemlich kleines Buch musste es gewesen sein. Seite 15 /16. Nummer 15 nach oben. Ich hebe es auf und lese: “Ja, ja” entgegnet er. “Wißt ihr noch, ich habe doch vorhin gesagt, dass ich hier in Berlin nur zu Besuch bin. Ich lebe heute in Amsterdam. Aufgewachsen bin ich in Polen.”

Im Stehen lese ich weiter. Zuerst, was vorher war. Zwei junge Menschen kommen aus dem Praxiszimmer in den Warteraum. Sie sehen wie nach einer Schlägerei aus und so ist es auch. Man hat sie behandelt und bandagiert. Eine Ärztin sagt, sie sollen eine Anzeige machen. Zeugen habt ihr, behauptet sie und zeigt die drei, die im Raum sitzen. Einen alten Mann und zwei jüngere. Das sind die, die der Alte anspricht, wenn er es sagt, das über Amsterdam und Polen.

Auf Seite 16 sollen sie ihn besuchen. Inzwischen weißt man, dass alle vier, ausser vielleicht dem alten Mann, Homosexuelle sind. Irgendwie hat es der Autor schnell hinbekommen. Und somit ist es auch möglich, dass der Alte auch ein Homosexueller ist.  So ist die Logik des Schreibens. Da macht auch Amsterdam Sinn, obwohl wozu, wenn Berlin jetzt das neue Amsterdam ist. Aber vielleicht ist es eine Geschichte aus alten Zeiten.

kartkiStefanKZwei Monate später, aber immert noch auf Seite 16 sind die beiden schon in Amsterdam und der Alte holt sie vom Bahnhof ab.

Ich drehe mich um und sehe noch eine Seite liegen. 9. Das heißt auch 10. Ach iwo?! Es ist eine doppelte Seite! Jubilation. Einführung. “Berlin – Amsterdam” lautet der Titel. Ich lese: “Berlin Dezember 1989. Zur Vorweihnachtszeit am Haupteingang des KaDeWe, größtes Kaufhaus am Platze.” Also doch die alte Geschichte, und sofort zwei Gedanken dazu: Ich war schon da und es war schon nach dem Mauerfall, was dem Autor auch nicht entgangen ist. “Vor gut fünf Wochen entstand das erste Loch in der Mauer zwischen den beiden Deutschlands.” Der Ich-Erzähler steht vor dem Eingang und wartet auf ihn, der hier in der Sport-Abteilung arbeitet. Sie haben sich in einer Disco kennengelernt.

Ich lebte damals zusammen, obwohl doch nie richtig zusammen, mit einem Homosexuellen. Ich weiß sogar nicht ob er sich schon erzwungenermaßen sozusagen schon geoutet hat oder nicht. Dies passierte zu Ostern, aber ob es vor dem Fall der Muer war oder erst danach, weiß ich nicht mehr. Ich vermute, dass es erst kommen wird.

Aber es kann sein, dass wir beide, die Ich-Erzählerin und ihr Freund, beide aus Polen, wie der Alte, uns auch an diesem Abend vor dem KaDeWe treffen. Dies taten wir ziemlich of. Ich war damals eine Kreuzberger-Schlampe, wie er meinte, und kleidete mich in den Second-Hand-Läden in der Bergmannstraße, er war ein eleganter Dandy und wollte einen Anzug im KaDeWe kaufen. Eben. Er hätte auch die beiden aus derselben Disco kennen können, was ich noch nicht wissen konnte. Oder doch schon.

Sie sind also in der Disco. Es ist spät. “Ich muß morgen früh raus!”, hat er noch gerufen. Und: “Habe um halb sieben Feierabend. Wollen wir uns dann treffen?”

Nein, es war der Wintermantel. Der Winter war immer noch sehr warm. “Wie letztes Jahr ist es viel zu warm für die Jahreszeit”. Wir sollen uns die Wintermäntel für ihn anschauen. Ich stehe und warte, er verspätet sich. Bald ist es aus mit dem Einkauf heute.  “Jetzt ist es bereits halb sieben durch. Nur noch vereinzelte Kunden werden von blassen Verkäuferinnen wie Schafe aus dem Stall herausgetrieben. Dann dreht ein uniformierter Wachmann seinen Schlüssel in der verdeckten Alarmvorrichtung – schwere Glastüren schließen sich, ein eisernes Gitter schwebt herunter. Das war es dann wohl…”

Ende der Seite 10. Ich bin durchgefroren. Durch und durch. Mein Freund ist nicht angekommen. “Suchend schaue ich mich um.” Man hatte noch keine Handys, unglaublich, aber wahr. Seite 11: “In diesem Moment drückt mir jemand von hinten einen warmen Kuß auf den Hals – ich fliege herum und werfe dabei um ein Haar meine Brille zu Boden: Er ist es!”

Ja, der da, der seine, der ist schon gekommen. Meiner nicht. Zuhause lege ich mich ins Bett hin. Mich fröstelt es. Wenn er endlich kommt, zische ich nur durch die Zähne, dass wir ihm keinen Mantel gekauft haben, und ab morgen soll es sehr kalt werden, der Winter halt. Und wenn er sich erkältet, weil er nicht warm genug angezogen ist, werde ich ihm keinen Tee reichen. Er soll in seiner blöden Krankheit krepieren. Schluss.

Sie gehen essen und geraten in eine Schlägerei. Ende der Seite 11. Auf Seite 12 ganz oben schreit jemand: “<<Schwule hat bestimmt AIDS. Paß auf, daß du kein Blut von dem abbekommst!!>> Wir erschrecken gleichzeitig.”  Es ist dunkel. “Etwa sechs oder sieben junge Männer, keineswegs als Skins oder Nazis erkennbar, schlagen auf zwei Jungen ein…”

Die beiden wollen Polizei verständigen (kein Handy! Man muß eine Telephonzelle finden und passende Münzen parat haben!),  da erscheint doch doch der Alte… “… bestimmt eine Ecke über sechzig, drängelt sich energisch nach vorne und fährt die Schläger… ” Und so weiter. Das wissen wir schon. Wir waren schon auf der Seite 15. Mal. Alle gehen. Die Geschlagenen gehen zur Polizei, die beiden aus der Disco gehen essen, der Alte geht weg. Ich bin krank. Habe Fieber. Mein Freund bringt mir eine Tasse heissen Tees und Aspirin. Er lächelt ganz böshaft. Man darf nicht mit bösen Zauberworten gedankenlos um sich werfen. Es kann immer passieren, dass sie abbiegen, von der Wand abspringen, sich unerwartet drehen und plötzlich den treffen, der sie geworfen hatte.

Zum Beispiel mich.
stefanKIch habe im Internet gesucht und das Buch gefunden. Links: ein Foto daraus. Der Stefan K. ist der Alte, der später in Berlin den jungen Schwulen hilft und in Amsterdam wohnt. Als ich die gefundenen Seiten las, dachte ich, ach, noch so ein Roman für Jugendliche mit toleranter Botschaft. Notwendig, klar, aber nicht aufregend. Dagegen fand ich eine stark beletrisierte wahre Geschichte, wo das Deutsch-Polnische eine wichtige Rolle spielt.

Wenn mich die Logik des Schreibens nicht irreführt, ist es kein Buch über junge Homosexuelle aus Berlin oder Amsterdam, sondern über den Alten, der während des Krieges die Pubertät durchmacht. Es wird also die Geschichte einer homosexuellen Liebe in Polen während des Krieges sein. Eine Story über jemanden, der Alles und Alle gegen sich hatte, die eigene Familie, sich selbst, die Kirche, Tabus, Hormonen und die Deutschen obendrauf.

Ich habe mir das Buch bestellt, ich werde es lesen und nachprüfen, ob meine schriftstellerische Intuition etwas ist, worauf ich mich verlassen kann. Danach gebe ich den Roman als Preis für die Rätselösung weiter.

Rätsel: Was ist das für ein Buch? Antwort von Anne Schmidt: Lutz van Dijk, Verdammt starke Liebe.

PS.

Dorota Cygan w rozmowie telefonicznej po lekturze tego wpisu: Niektórzy idą do sklepu i nawet pietruszki nie uda im się kupić, a inni znajdą pod sklepem pomysł literacki.

Poezja – Poesie – Poetry / Hölderlin

Wpis po niemiecku. Beitrag auf Deutsch. Post in German.

Rozpoczynam nowy cykl na niedzielę. Chciałabym przypominać tu wiersze, o których nie sposób zapomnieć, a których przecież nie pamiętamy. Na razie poprzestanę na naszych trzech głównych językach – angielskim, niemieckim i polskim. Główną część każdego wpisu będzie stanowił utwór w języku oryginału i jego recytacja, jako linki dodam – w miarę możności – teksty wierszy w dwóch pozostałych językach.

Hoelderlin_1792Zaczynam od Hölderlina czytanego przez Stéphane Hessela (1917 – 2013), autora manifestu Indignez-vous!  współczesnego patrona ruchu Occupy, ruchów protestu w Hiszpanii, Grecji, Francji i Portugalii i wszystkich Oburzonych.

Wpis ten dedykuję mieszkańcom Istambułu i Turcji, którzy zaczęli od protestu w obronie drzew, potem wydawało się, że chodzi im o zmianę polityczną, a dziś już wiadomo, że
walczą o godne ludzkie życie.

Wersja polska:        Hyperion-pol
Wersja angielska:   Hyperion-Engl

Stéphane Hessel spricht Hyperions Schicksalslied von Friedrich Hölderlin im Herbst 2010

Friedrich Hölderlin (1770 – 1843)

Hyperions Schicksalslied

Ihr wandelt droben im Licht
Auf weichem Boden, selige Genien!
Glänzende Götterlüfte
Rühren euch leicht,
Wie die Finger der Künstlerin
Heilige Saiten.

Schicksallos, wie der schlafende
Säugling, atmen die Himmlischen;
Keusch bewahrt
In bescheidener Knospe,
Blühet ewig
Ihnen der Geist,
Und die seligen Augen
Blicken in stiller
Ewiger Klarheit.

Doch uns ist gegeben,
Auf keiner Stätte zu ruhn,
Es schwinden, es fallen
Die leidenden Menschen
Blindlings von einer
Stunde zur andern,
Wie Wasser von Klippe
Zu Klippe geworfen,
Jahr lang ins Ungewisse hinab.

Dies wurde 1871 von Johannes Brahms vertont: Schicksalslied Op.54
Instrumente: zwei Flöten, zwei Oboen, zwei Klarinetten, zwei Fagotte, zwei Hörner, zwei Trompeten, drei Posaunen, Pauken, Streicher und ein SATB Chor (sopran, alt, tenor, bas).

Ich bin nicht tot – Nie umarłem

Ewa Maria Slaska
Lalka / In fremden Schuhen

groby-pocztowkaJuż kilka dni temu, zapowiadając dzisiejsze otwarcie wystawy, umieściłam tu wpis z wierszem Michała Anioła po polsku, niemiecku i włosku. Ich bin nicht tot – Nie umarłem.

Ta wystawa to zwieńczenie moich zainteresowań cmentarzami, które datują się chyba od… zawsze. Już jako dziecko… już starożytni Rzymianie… Groby i cmentarze.

Coś było kiedyś po raz pierwszy, ale co? Kiedy? Były spacery w Gdańsku, gdzie las łączył się z cmentarzem na Srebrzysku. Szliśmy do altany Gutenberga…

lasByły cmentarze niemieckie we Wrzeszczu, te o których potem pisał Günter Grass we “Wróżbach kumaka”, ale najpierw byłam ja. Ja! Opowiadanie nazywało się w zależności od okoliczności albo “Lalka” albo “W cudzych butach” i są tam cmentarze przy Alei Zwycięstwa. Już pod koniec XVIII wieku gdańskie parafie zaczęły zakładać cmentarze wzdłuż obsadzonej lipami Wielkiej Alei. Były to cmentarze katolickie św. Mikołaja, Kaplicy Królewskiej, św. Józefa i św. Brygidy oraz cmentarze ewangelickie św. Katarzyny i Najświętszej Marii Panny. Ich usuwanie rozpoczęło się w 1966. W latach 1970-1972 na miejscu czterech z tych cmentarzy został utworzony miejski park Akademicki o powierzchni około 9 ha. Zachowane zostały, bądź zaadaptowane ciągi komunikacyjne będące alejami cmentarnymi oraz pozostał starodrzew cmentarny.

politechnika-cmentarzeTu fragmenty tego opowiadania, całe jest tu: LALKA

Jest też wersja niemiecka (fremdschuh). Wszystkie zostały kiedyś gdzieś opublikowane, a wersja niemiecka była wielokrotnie czytana w radio. Był czas, że honoraria za opowiadanie o niemieckiej lalce i o tym, jak polska dziewczynka odkrywa niemiecką przeszłość swojego miasta, było moim podstawowym źródłem zarobków.

Ewa Maria Slaska
Lalka
(fragmenty)

Idziemy na cmentarz – Eleonora, Joanna i ja, i zabieramy zawiniętą w szalik Adolfę. Eleonora przysiadła na śmiesznej drewnianej ławeczce z żeliwnymi nóżkami, nam wolno zaś biegać dowoli. Na cmentarzu jest cicho i cieniście, rosną tu niezwykłe drzewa i krzaki, jakich nigdzie indziej nie widziałam. (…) Adolfa jest tylko niemiecką lalką znalezioną w schowku pod schodami, nie zasłużyła sobie na żadne wspaniałe drzewo, ale być może zmieni się w pęd bluszczu, ciemny, ponury, straszny, gdy o nim myśleć przed zaśnięciem.

Pochowałyśmy Adolfę w murowanym grobowcu rodziny Meier. To ja tak zadecydowałam. Grobowiec wygląda jak mały domek bez okien. Żelazne odrzwia przeżarte rdzą pozwalają zajrzeć do środka. W środku wprawdzie nic nie widać poza gęstym, czarnym, nieprzeniknionym mrokiem, ale z grobowca wydobywa się lekko tylko uchwytna, a przecież realna woń, mieszanina stęchlizny, chłodu i nieodwołalnej tajemnicy śmierci. Z trudem otwieram metalowe wrota.

– A jeśli siedzi tam upiór – mówię do Joanny. Przyciskam lalkę do piersi i wyobrażam sobie upiora z grobowca rodziny Meier – jest blady, przezroczysty, ma długie lodowatozimne palce. Zaraz wyciągnie ręce i dotknie nas. Wrzucam Adolfę niezbyt godnie do wnętrza ciemności. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Zgrzyt zatrzaskiwanych drzwi. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, recytuję z namaszczeniem. Zamknąwszy upiora Meierów z powrotem w jego własnym mroku odzyskuję siłę modlitwy. Adolfa na zawsze spoczywa w grobie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, i wszystkim Niemcom też – dodaję pośpiesznie.

Nic jednak nie jest tak „na zawsze“ jak się to może wydawać sześcioletniej dziewczynce. Dziesięć lat później miasto zrównało z ziemią cmentarze niemieckie ciągnące się wzdłuż Alei zwanej kiedyś Hindenburga, potem Hitlera, potem Rokossowskiego, a wreszcie Zwycięstwa. Na miejscu cmentarzy założono park, niezwykłe drzewa niemieckie pozostawiono i teraz ocieniają piaskownice i zieleńce. Chciałabym zobaczyć w tym obrazku coś kojącego, ale mi się nie udaje. Wciąż widzę stary zacieniony cmentarz i lalkę, której wraz ze wszystkimi innymi Niemcami nie dane było zażywać spokoju wiekuistego. Ale nie warto o tym pisać, bo już Grass rozkumaczył się wróżebnie o losie niemieckich cmentarzy w Gdańsku, a grassowaska wizja ich restytucji jest jeszcze gorsza niż moja własna opowieść o pogrzebie Adolfy.

PS. Zdjęcia / Fotos  Anna Kuzio, Marianna Lorenz & Archiv (Archiwum)

Durch den Gang und am Ende links…

chmura1Achtung, auf Wunsch des Künstlers wurde der Text stark gekürzt. Ich finde es Schade, aber…

Ewa Maria Slaska

(…)

(…)

(…)

(…)

chmura3(…) Himmel voller Licht und Wolken (…)  Es ist Abend. Ich weiß es. Jemand hat mich letztens informiert, dass wenn die Strahlen nach unten gehen, ist es Sonnenuntergang, weil bei einem Aufgang gehen sie logischer grammatikalischer Weise eben auf.

chmura4 copyEs gab auch Porträts. Die waren nicht schlecht. Eigentlich waren sie sehr gut. Aber ich kann mich nicht zerstreuen und nicht zerstreuen lassen. Was zählt, sind die Wolken.

Ach ja, der Maler. Der heißt Bernd Beierlein. Ich habe seine Bilder während des Tages der offenen Ateliers am 2. Juni in Schöneberg gesehen. In einem alten Atelier und in einem neuen. Dort wird er Maltechniken unterrichten. Eigentlich erst seit September, aber man kann sich schon jetzt melden oder gar anmelden.

berndbeierlein [at] web.de

Man kommt in das Haus rein, geht in die 2. Etage rauf, dann durch den Gang und am Ende links…

chmura2Da sind die Wolken.

5 czerwca 1898 roku urodził się Federico García Lorca. Zginął rozstrzelany 19 sierpnia 1936 roku. Miał 38 lat.
NOKTURN SCHEMATYCZNY
tłum. Irena Kuran-Bogucka
Koper, żmija i półcień.
Ślad, aromat i trzcina.
Ziemia, wiatr i samotność.
O księżyc wsparta drabina.

Kenia V

Persische Gattin das letzte Mal aus Kenia: Vor der Abreise

Naturpark

Es sind schon fast zwei Wochen vergangen, seitdem wir nach Kenia gekommen sind und ich erwische mich dabei, dass ich davon träume, hier für immer zu bleiben. Für immer den herrlichen Blick auf das Ozean haben, die Lufttemperatur von etwa 28 Grad, und die Sonne die über 300 Tage im Jahr scheint.

Heute fahren wir zu dem Rene Haller Natur Park und ich werde wieder an den unfruchtbaren Boden der Tatsachen geholt. Aus dem Tuc Tuc sehe ich eine mit einer hohen Mauer umzäunte Siedlung. Auf der Mauer hat man Stacheldraht und Glassplitter angebracht, um die wohlhabenden Einwohner vor  Einbrechern zu schützen. Ein Kenianer in Uniform und mit einer Waffe ausgestattet, patrouilliert das Gelände. Für immer hinter einer Mauer mit Stacheldraht zu leben? Eine schauderhafte Vorstellung. Als eine Mzungu, eine Weiße in Kenia hätte ich gar keine andere Wahl. Und so muss ich mich von meinen Träumen, in Paradies zu leben, verabschieden.

Wir steigen aus dem Tuc Tuc vor dem Tor des Rene Haller Natur Parks, der 1999 nach einem Deutschen benannt wurde. Rene Haller war ein bekannter Wissenschaftler, seine Spezialgebiete: Renaturalisierung und Ökologie. Der Abenteurer hat in 50. Jahren in Tansania am Fuß des Kilimandscharo eine Kaffeeplantage aufgebaut, um danach in Kenia bei der Industriefirma “Bamburi Cement” den Posten des Leiters der Landwirtschaftsabteilung zu übernehmen.

Als Rene Haller 1970 das Experiment ” Natur Park” begonnen hat, stand er vor einer einige Quadratkilometer großen Steinwüste. Nach Hunderten von Rückschlägen hat er endlich erschaffen, was heute eine der größten Attraktionen Kenias ist. Eine  Dschungel, in der heute zahlreiche Nilwarane, Krokodile, Zebras, riesige Schildkröten, Antilopen, Affen leben. Vor allem aber die zwei hier lebenden Nilpferde ziehen viele Touristen an. Die Vielfalt an Pflanzen ist atemberaubend.

HipposxEs ist unglaublich, dass das Experiment – ein Paradies mit wilden Tieren und bunten Vögel – geglückt ist, denn das Areal ist nur etwa 500 Meter von der Zementfabrik und etwa 100 Meter von einem riesigen Einkaufszentrum entfernt.

Reifen und GiraffenxSchon vor dem Eingang begrüßen uns zwei frei laufende Giraffen, ein Stück weiter, die Riesenschildkröten, die sich in der Sonne wärmen und uns an starren. Bei dem Eingang zahlen wir die Eintrittsgelder – es sind 15 Euro pro Person, die Einheimischen zahlen aber nur ein Bruchteil davon, sonst wäre der Eintritt für die Mehrheit unerschwinglich.

Ein paar Schritte vor dem Eingangstor entfernt, auf einer schönen Wiese, fotografiert sich eine Hochzeitsgesellschaft. Die Frauen in den bauschigen, mit Glitzer besetzten Kleidern sehen in dieser Umgebung abstrakt aus. Es bringt sicherlich etwas Geld, wenn die reichen Kenianer, ein Teil ihrer Hochzeit hier feiern dürfen.

Krokodil 1xWir gehen weiter einen Pfad entlang zu den Krokodilen, eine Mücke sticht mich, ich töte sie, auf der Haut meines Oberarms merke ich verschmiertes Blut. Bis jetzt habe ich mir keine Gedanken wegen der trophischen Krankheiten gemacht, wir wurden in Deutschland gegen Gelbfieber geimpft und in unserem Koffer liegt eine Packung Malaron gegen Malaria. Jetzt wird mir aber etwas mulmig, was wenn die Mücke infiziert war? Erwache ich morgen mit hohem Fieber, schmerzenden Beinen, zitternd, mit Schweißausbrüchen?

Ich versuche die Gedanken zu verscheuchen und beobachte die Krokodile, die unbeweglich mit geöffneten Mäulern im Grass liegen. Ein Mitarbeiter des Parks kommt auf uns zu und informiert uns, dass gleich die Giraffen gefuttert werden. Wir eilen in die gezeigte Richtung und erblicken die majestätischen Tiere mit den enorm langen Wimpern, ihr Gehege hat keinen Zaun, eine Seite ist mit alten Autoreifen versperrt. Ein Wächter verkauft kleine Tütchen mit Futter, die Touristen futtern die Giraffen selbst.

Giraffe 1xIch erblicke die Tiere, wie sie auf uns zu rennen. Eine junge Giraffe steck ihre Zunge heraus um aus meiner Handfläche das Futter abzulecken. Es ist ein unglaubliches Gefühl die raue Zunge der Giraffe auf meiner Hand zu spüren. Ein kleines Äffchen bettelt um das Futter, ich beuge mich zu ihm, es nimmt das Futter, wie ein Mensch, direkt aus meiner Hand. Ich freue mich wie ein Kind.

Wir gehen hinter dem Wächter her, jetzt werden die Nilpferde  gefuttert. Man warnt uns das Gehege nicht zu betreten, Nilpferde sehen nur so niedlich aus, sie können aber sehr gefährlich werden. Fast eine Stunde schauen wir verzaubert zu, wie die Hippos das Futter mit den großen Mäulern mampfen, und wie die kleinen, flinken Schurken-Affen ihnen das Essen vor der Nase klauen.

Bombolulu

Am nächsten Tag wollen wir das Bombolulu Kultur Zentrum besichtigen, das 1969 von der Vereinigung der Körperbehinderten gegründet wurde. Auf einem umzäunten Gelände befinden sich Häuser, Werkstätte, ein Kindergarten und vieles mehr, was den vielen behinderten Menschen aus ganz Kenia ermöglicht, ein normales Leben zu führen. Vor allem werden hier blinde und taubstumme Menschen beruflich ausgebildet.

Schmuck-WerkstattxWir zahlen den Eintritt und werden von Mahmud, der fast blind ist und eine dicke Brille trägt, durch das Gelände geführt. Mahmud klagt, dass  die Weltwirtschaftskrise auch diese Einrichtung nicht geschont hat. Vorher haben hier sehr viele Menschen gearbeitet, sie sind nun entlassen worden. Es gibt nicht genug Anfragen nach der Ware, die hier produziert wird. Viele behinderte Kenianer mussten in ihre Dörfer zurück.

Wir besichtigen die Werkstätte und tatsächlich: es wird hier nur wenig gearbeitet. Nur eine Schneiderin näht in einem großen Raum, alle übrigen Nähmaschinen sind unbesetzt. Es gibt nur wenige Kunden die hier Kleidung bestellen. Auch in dem Rollstuhl- und Fahrradwerkstatt sitzen die Arbeiter in den bestellten, aber nicht abgeholten Rollstühlen, und lassen sich gerne, aus Langeweile, von mir ablichten.

Nur in der Schmuck- und Lederwerkstatt läuft die Arbeit wie früher. Schmuck und Lederware finden immer noch ihre Abnehmer. In der Schmuckwerkstatt begeistern mich Ohrringe und Armbänder, die aus Coca-Cola- oder Sprite-Dosen gemacht werden. In der Lederwerkstatt muss ich an das kommunistische Polen denken, als ich auf der Wand ein Bild von Stalin und die Aufschrift: “Quality starts with you!” erblicke.

Quality - LederwerkstattxAuf dem Gelände befindet sich ein Restaurant, Mahmud führt uns dahin und bei den Getränken wird uns eine Tanz-Show angeboten, obwohl wir die einzigen Touristen sind. Etwa 10 junge Kenianer singen und tanzen nur für uns. Es ist schön zu sehen mit welcher Freude, sie ihre traditionellen Tänze vorführen.

Tanzen 1xAli der Kameltreiber

Am Abend gehen wir zum Strand, um uns von dem Ozean und auch von Kenia zu verabschieden. Morgen kehren wir in das kalte, regnerische Deutschland zurück. Ein hochgewachsener Mann fragt mich, ob ich mit seinem Kamel eine Runde drehen möchte, damit das Tier sein Futter verdienen kann.

Ali und Kamel 2x

Ich blicke zu dem Kamel hoch, ich sehe das Brandmall des Besitzers auf der gutmütigen Schnauze und willige ein. Ich schaukele gemächlich auf dem Rücken des Kamels, der Jackie Brown heißt, und mein persischer Mann unterhält sich mit Ali. Ali erzählt, dass er aus Somalia stammt und ist wirklich froh, dass er dem Bürgerkrieg und dem Hunger mit seiner Frau und zwei Kinder entfliehen konnte. Er ist hier zwar nur ein einfacher Kameltreiber, aber muss nicht mehr um das Leben seiner Söhne zittern. Das Kamel gehört ihm nicht, noch nicht, aber er ist zuversichtlich, dass er Jackie Brown, wenn er genug Geld beisammen hat, dem Besitzer abkaufen kann. Ali zündet sich seine Feierabend-Zigarette, blickt zu mir hoch und lächelt breit. Ich schaue zum Wasser und sehe junge Kenianer, die fröhlich im Wasser oder am Strand spielen und möchte dieses Bild von Kenia behalten.

Am nächsten Tag in der Morgendämmerung werden wir mit einem Bus zum Flughafen nach Mombasa gebracht. Ich bin seltsam traurig, als ich aus dem Fenster blicke, und Sätze wie “Afrika wird dich verzaubern” oder “ein unvergessliches Paradies” schießen mir durch den Kopf. Ich ertappe mich dabei, dass ich in Sätzen wie aus einem Reisekatalog denke und schäme mich. Doch genau das empfinde ich – Afrika hat mich verzaubert, verhext, und ich weiß – ich werde wieder kommen.  “Jambo, jambo, Africa yeti, acuna matata”.

Kenia IV – Safari und die Massai

Persische Gattin

JeepKHeute fahren wir auf Safari, zu einem von unserem Hotel 150 Kilometer entferntem Safari Camp in dem Tsavo Park. Schon um 6 Uhr morgen treffen wir, zusammen mit etwa 10 weiteren Teilnehmer den Reiseführer. Wir fahren mit einem klimatisierten Bus, jedem wird zur Begrüßung eine Flasche Wasser ausgehändigt.

Der Reiseführer, ein etwa 40-jähriger Kenianer, spricht natürlich ein paar Fremdsprachen, drunter selbstverständlich auch Deutsch. Mit viel Humor und einer unglaublichen Leichtigkeit erzählt er Geschichten über die “Big Five”: den Elefanten, den Nashorn, den Leopard, den Büffel und den Löwen. Diese Klassifizierung hat mit der Größe der Tiere nicht zu tun, sondern wurde von den Jäger festgelegt – ausschlaggebend waren die Schwierigkeiten bei der Jagd. Der Reiseführer warnt von unbekümmerten Verhalten während des Safaris. Man darf den Jeep nicht verlassen, in der Savanne leben wilde Raubtiere, es sind keine Hauskatzen. Um diese Warnung zu unterstützen, erzählt er die Geschichte der Menschenfressers. Im Jahre 1898, als die Briten die Uganda-Bahn gebaut haben, die von Mombasa über Nairobi bis zu der kenianischen Grenze führt, wurden 28 indische Arbeiter von nur zwei Löwen gefressen. Die Briten haben Arbeiter aus Indien geholt, da sie schon Erfahrung bei dem Bau der indischen Bahn hatten. Die Geschichte der armen, von Löwen verspeisten Inder wurde sogar in Hollywood verfilmt, der Film heißt: “Der Geist und die Dunkelheit”.

Vor dem Tor des Tsavo-Parks verlassen wir den klimatisierten Bus und werden den Jeep´s zugeordnet, in jeden solchen Geländewagen mit offenem Dach passen 6 Leute, der Beifahrer und der Fahrer, der gleichzeitig auch die Rolle eines Safari-Guides übernimmt.

Bevor wir losfahren, platzt in den Wagen ein junger Kenianer und mit viel Witz preist er Safari Hute an. Die Hute sind schlecht genäht, und sehr kitschig – mit den Giraffen-, oder Nashorn-Prints, aber schon nach ein paar Sätzen verspüre ich das Bedürfnis den Hut zu besitzen. Ein Hut kostet 15 Euro, was sogar in Deutschland überteuert wäre. Ich muss aber zugeben, dass der Junge die Hute so geschickt vermarktet, dass er in jedem europäischen Land bestimmt Karriere in Marketing gemacht hätte. Ich kaufe den Hut, und rede mir ein, dass ich auf diese Weise den armen Kenianer helfe. Es ist nur eine Ausrede, um mein schlechtes Gewissen zu beruhigen, denn ich spüre, dass ich mich wieder wie das “weiße Fleisch”, welches man austricksen kann, behandeln lasse.

Mein persischer Mann geht mit dem Problem viel natürlicher um. Er kauft nur etwas ab, wenn es ihm wirklich gefällt, dafür spricht er aber mit den Menschen, erfährt etwas über ihre Probleme, sie fühlen sich dadurch wertvoller, und er erntet viel Respekt, an welchem ich auch teilnehme. Sogar die Beach-Boys am Strand lassen mich in Ruhe, wenn ich ihnen mitteile, dass ich “Mama Mohammad” bin. Es ist mir auch klar, dass nur eine kleine Gruppe Kenianer Profite macht, und zwar die, die Zugang zu den weißen Touristen hat. Das Land ist korrumpiert, und es herrscht Klan-Denken. Zuerst werden die Leute aus dem eigenen Klan versorgt. Mit den selben Gedanken schlagen sich bestimmt die Hilfsorganisationen rum: wie kann man Afrika am besten helfen? Welcher Art soll die Hilfe sein? Dieses Problem löse ich bestimmt nicht. Dafür beschließe ich weiter, Suaheli zu lernen, da ich sehe, dass es mir nicht nur Spaß macht, es bringt mich auch den Kenianer näher.

Im Camp habe ich gleich Gelegenheit dazu. Mitten in der Savanne werden für uns Tische aufgestellt, weiße Tischdecken flattern in der leichten Brise, und es wird ein 3-Gänge Menü serviert. Ich bestelle bei dem Koch auf Suaheli: “Kuku tafadhali” – “Den Huhn bitte“. Und schon leuchten seine Milchweißen Zähne in einem breiten Lächeln. Der Koch möchte wissen woher ich komme und wir unterhalten uns eine Weile.

Rote ErdeKNach dem Essen fahren wir weiter, und das erste Mal im Leben sehe ich rote Elefanten. Die Tiere wälzen sich in der Erde (die Erde des Tsavo-Parks ist rot), um die empfindliche Haut vor der glühenden Sonne zu schützen. Es macht mich glücklich die Elefantenherde zu beobachten. Ich rufe den Elefanten zu: “kommt her, kommt näher”, da ich ein Foto knipsen möchte – und bereue es sofort. Plötzlich setzt sich einer der Elefanten in Bewegung und rennt auf unseren Jeep zu, die Erde bebt unter dem Kolos. Mein Mann schreit: der Elefant, er rammt uns gleich! Der Fahrer startet den Wagen und wir fahren los. Glücklicherweise ist der Elefant zu faul, um uns zu verfolgen und nach paar Schritten bleibt er stehen. Wir kommen mit einem Schrecken davon, der Fahrer erklärt lachend, dass die Elefanten gerade sehr reizbar sind, da sie sich in Paarungszeit befinden. Als wir ein paar Minuten später eine Löwen-Familie unter einem Baum sehen, niemand möchte näher rankommen, obwohl die Löwen mit dem Nachwuchs sehr friedlich aussehen.

SlonKAbends, nach einem königlichen Abendessen gehen wir in unsere Zelte. Die Zelte, was mich wieder vom Hocker haut, sind luxuriös ausgestattet: es gibt zwei Betten, einen Schrank und einen Stuhl alles in Kolonialstill, es gibt auch Strom und in Bad flauschige Handtücher, duftende Seifen, eine Toilette und Dusche.

Da ich noch nicht schlafen will, gehe ich mit einer Taschenlampe raus aus dem Zelt und denke, falls die Löwen oder Elefanten oder noch schlimmer Büffel unseren Camp angreifen, werden mir die Wächter, die das Gelände Tag und Nacht patrouillieren, schon Bescheid sagen. Ich leuchte mit der Taschenlampe in die Dunkelheit und plötzlich sehe ich dutzende glänzenden Augen, die mich aus der Dunkelheit anstarren. Es sind die Gazellen, die an der Wasserstelle nahe dem Camp sich in Sicherheit vor den Raubtieren fühlen. In der Nacht raschelt es und knurrt neben dem Zelt, und mein Mann kann nicht schlafen, ich selber höre aber gar nichts und schlafe wie ein Stein.

Die Massai

Am nächsten Tag fragt uns der Fahrer und Guide in einer Person, ob wir einen Massai-Dorf besichtigen wollen. Ich will es unbedingt, da ich das Buch “Die weiße Massai” in Erinnerung habe, und will mit eigenen Augen sehen, was die Autorin an dem Volk so fasziniert hat, dass sie ihr geregeltes Leben in der Schweiz hinter sich gelassen hat, um mit einem Massai-Krieger in einer Hütte aus Kuhmist zu leben.

Massai FrauenKAls ich das Dorf erblicke, verstehe ich sofort, dass so eine Beziehung zum Scheitern verurteilt sein musste, und staune über die Naivität der “weißen Massai”.

Die Manyattas, die Hütten, die von Frauen aus Kuhmist gebaut werden, sind niedrig und dunkel. Es gibt eine Feuerstelle in der Mitte und einen Schlafplatz. In der Ecke hausen Hühner.

In der Mitte des Dorfes erblicke ich schmutzige Plastikeimer mit fermentierender Milch. Es gibt so viele Fliegen, dass man den Eindruck hat, die Milch ist schwarz.

Ein junger Massai in traditioneller Kleidung führt uns durch das Dorf und antwortet bereitwillig meine Fragen (die restlichen Teilnehmer der Gruppe sind schockiert wegen der hygienischen Umstände und schweigen entsetzt). Der junge Krieger erzählt von der Bedeutung der Tiere für sein Volk. Sie besitzen vor allem Ziegen, aber auch einige Kühe. Er sagt, dass die Massai  glauben, alle Tiere in der Welt ihnen gehören. Und wenn sie Tiere anderer Stämme zu sich holen, es ist kein Diebstahl, sie nehmen  nur zurück das, was schon ihnen gehört, Ich muss schmunzeln, als ich es höre, da ich an das Buch von Henryk Sienkiewicz “W pustyni i w puszczy” (Durch Wüste und Wildnis) denken muss. Eine der Figuren im Buch ist ein junger Afrikaner Namens Kali, der behauptet: wenn Kali ein Kuh klaut – es ist gut, wenn eine Kuh dem Kali gestohlen wird – sehr schlecht. In Polen heißt es seitdem “Das Kali Moral”.

Massai KriegerK

Die Massai führen uns vor, wie man Feuer macht – indem sie zwei Holzstücke gegeneinander reiben und Elefantenmist darunter legen. Schon nach ein paar Sekunden fängt es an zu brennen. Ich probiere es auch, und es gelingt. Die Massai tanzen für uns ihre traditionellen Tänze: die Frauen heben rhythmisch die Schulter und der riesige Halsschmuck zuckt mit: nach oben und nach unten, die schlanken, jungen Krieger springen so hoch, wie sie es schaffen, manchmal über ein Meter. Sie sind graziös und schön mit ihrer Krieger-Bemalung, dem bunten Schmuck und der glänzenden Haut. Und das erste Mal kann ich etwas die weiße Massai verstehen, da auch an mir ein junger Krieger in einem weißen Kanga-Tuch “klebt” und trotz der Anwesenheit meines Mannes schöne Augen macht. Zuerst  fühle ich mich geschmeichelt, dann aber gewinnt die Vernunft: Der junge Krieger versucht nur sein Glück – es ist gut mit einer Mzungu, einer Weißen, liiert zu sein, denn in deren Augen sind wir alle enorm reich.

Massai KinderKPlötzlich gesellen sich uns die Kinder – sie sind so hübsch und so fröhlich! Ich mache ihnen unzählige Fotos und sie haben viel Spaß dabei, sich selber auf dem Display der Kamera zu sehen. Ich merke, dass ihre kleinen, kurzgeschorenen Köpfchen von einem Pilz befallen sind, sie riechen auch etwas nach Schmutz und Urin. Erst jetzt wird mir klar, dass es in der Umgebung keine Wasserstelle gibt, und dass die Frauen das Wasser jeden Tag von weitem schleppen müssen. Das Wasser ist zu kostbar, um damit die Kinder zu waschen.

Ich erfahre, dass viele Massai-Kinder zur Schule gehen, so will es die Regierung. Wer das eigene Kind nicht zur Schule schickt, muss eine Strafe zahlen. Die Väter, die alle Entscheidungen in der Familie treffen, weigern sich jedoch oft die Kinder hin zu schicken. Die Kinder bekommen da sehr wenig zum Essen – erklärt mir der junge Massai-Krieger. Bei uns, im Dorf, hingegen haben sie Milch und Fleisch, mindestens zwei Mal am Tag – beteuert er.

Ich habe noch so viele Fragen, die ich gerne den Frauen stellen würde, ich weiß z.B., dass die jungen Mädchen vor der Heiratsnacht immer noch beschnitten werden, aber wenn ich sie anspreche, kichern die Mädchen nur, und die älteren Frauen machen kehrt und verschwinden in ihren Manyattas. Auch die Alten des Dorfes,  als sie uns, die Mzungus, erblicken, spucken mit der Kautabak auf den roten, staubigen Boden und entfernen sich stolz und schweigend.

Fortsetzung folgt nächste Woche…