Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…

Odcinek 5

Mieczysław Bonisławski

Czwartek, dłuższa chwila po przerwie na obiad

– …Posłuchaj mnie teraz, proszę, uważnie. Przeczytałam to podczas obiadu i potem jeszcze raz, i nic mi się tu nie zgadza.
– Czy nie podoba się…?
Nie, to nie to… – kobieta z zastanowieniem w głosie urywa wypowiadane zdanie. By niemal w tej samej chwili niespodziewanie zacząć, jakiś zupełnie inny, nowy wątek – A, wiesz ty jednak co? Ale to już tak zupełnie na marginesieOd jakiegoś czasu rozmawiasz ze mną wreszcie normalnie. Bez tego napięcia. Też to widzisz?
– Czy co widzę? – mężczyzna po raz drugi w krótkim czasie daje się jej zaskoczyć.
To, że nie jesteś już spięty podczas naszej rozmowy. Staranniej niż jeszcze przed miesiącem budujesz zdania, ograniczasz te swoje natręctwa.
– Pani też teraz mówi do mnie inaczej. – zdezorientowany szuka sposobu sparowania tego, domniemanego przez niego, ciosu od kobiety.
Jak to inaczej?
– Inaczej niż na początku. Może to stąd? Czy nie sądzi pani? – z nieukrywaną satysfakcją znajduje ripostę.
Ja… zatem… Wiesz co myślę? Tak nie planuje dnia dziesięciolatek. To jednak musi być ktoś dorosły. Kto tak naprawdę budzi się rano w tej opowieści?
– Januszek.
Nie, proszę….
– Tak!
Ja jednak znam profesora Pasternaka. To jest stateczny, wręcz majestatyczny mężczyzna.
– Jaki?
Majestatyczny…?
– Ha, ha, ha…
Zatem, dobrze, nie musi być majestatyczny. Ale znam go osobiście, faktycznie mieszka w takim punktowcu, ale on nie naprawiałby samochodu przed blokiem i nie popijałby wódki w piwnicy… I nie prowadziłby takiej filozoficznej dyskusji na ławce, z przypadkowymi ludźmi.
– Akurat wtedy, w tej piwnicy, to było wino, a nie wódka.
Nie, po prostu wymyślasz to wszystko sobie i oszukujesz mnie.
– Nie. Jednak nie.
Tak. Pomyśl czemu to robisz, czemu musisz to robić i zrób z tym coś tak, abym ci uwierzyła. Musisz być wiarygodny dla mnie i dla siebie samego. Musisz zrozumieć do czego potrzebne ci są te kłamstwa? Masz czas do jutra. Inaczej… – kobieta zawiesza głos. Nie chce powiedzieć czegoś oczywistego w tej sytuacji. Czegoś, co pragnie, aby zostało niewypowiedziane. To coś, jeżeli nie przejdzie jej przez usta, może właśnie dzięki temu się nie stanie? Nie ziści?
– Czy co inaczej…?
Musisz być wiarygodny – powtarza się, jakby w tym jednym właśnie tkwiło coś ważnego, coś najważniejszego. – I nie chodzi już nawet o mnie. Mów prawdę, wtedy one tu nie przyjdą i nie dokończą sprawy po swojemu…
Składa w zamyśleniu papiery, chowa je do torby, wstaje i podchodzi do drzwi. Wskazuje je mężczyźnie jednoznacznym skinieniem głowy.
– Kończymy? Nie wiem, czy tego chcę…? – on próbuje oponować. Ale tak zupełnie bez przekonania. Jakby nie wierzył jeszcze w to, co się dzieje. W to, co ona mu robi.
Tym razem ja tego chcę! – rzuca mu sucho, beznamiętnie. Nie wiedzieć czy dla samej siebie, tak aby utwierdzić się w już podjętej decyzji, czy bardziej jeszcze dla niego, aby go otrzeźwić. – Potrzebuję prawdy. Jeżeli zechcesz, możesz przyjść, ale dopiero jutro rano… Z prawdą.
– To wszystko prawda…! – mężczyzna w końcu zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdeterminowany próbuje jakiejś ostatniej deski ratunku.
Do jutra. Oddziel kłamstwa.
– Kiedy to jest prawda… Co mam zrobić? – z jego głosu bije bezsilność, poczucie klęski, a co najgorsze, poczucie braku wpływu na bieg zdarzeń. Jakby rzeczywiście wszystko całkowicie wymykało mu się spod kontroli.

Piątek, godz. 8:30 rano

Przemyślałeś?
– Tak, drogi człowieku.
Nie jestem wcale drogim człowiekiem. Ani dobrym. Chcesz opowiedzieć dalej?
– Tak, bo wszystko to prawda. I jak pani da sobie z nią radę? Bo pani nie wierzy?
Nie wierzę. A ty znowu zaczynasz te swoje natręctwa.
– Czy co ja zaczynam? I jak uda się pani uwierzyć? Bo zacznie pani w końcu wierzyć!
Mów normalnie! Potrafisz rozwijać piękne zdania, gdy wyłazi z ciebie czaruś. Bo spotkamy się w pełnym gronie. Wiesz co to znaczy… – w powietrzu czuć ukrytą, niewypowiedzianą do końca groźbę. Groźbę czegoś, czego tak naprawdę żadne z nich nie chce, aby się ziściło.

Wtorek w następnym tygodniu
Godz. 9:00 rano

On jest jak zwykle w swoim beżowym, więziennym drelichu. Nadal, konsekwentnie nie chce korzystać z prawa osadzonego do prywatnego ubrania. Nawet sam Naczelnik tego nie rozumie. Dlaczego odmawia tego, o co dla niego, tak zapalczywie, walczyli ci profesorowie, zajmujący się etyką i wolnością? O co sami więźniowie jeszcze niedawno wznosili bunty?

Ona ma dzisiaj o wiele bardziej niż ostatnio stonowaną kreację: prostą ciemnobrązową rozkloszowaną sukienkę maxi, z rękawami niemal na całe ręce. Na nogach – ciemne kozaczki.
Prokurator zjawia się na tym pierwszym spotkaniu w popielatej garsonce. Żakiet prosty, lekko rozszerzający się u dołu, tylko poły fantazyjne, półokrągłe. Spódnica do połowy łydki. Nylonowe, popielate rajstopy.
Śledcza jakby nie pamięta o tym, że ma to być spotkanie kobiet, zaangażowanych do sprawy: ma na sobie po prostu swój mundur porucznika MO.

Mamy być pewni, że tak właśnie jest dobrze! Popatrzmy tutaj…!
– Czy jestem…? O, doskonale pewny. Do – sko – na – le, drogi człowieku. – mężczyzna nie widzi kobiet schowanych w cieniu surowej, XX-wiecznej „arkady” z betonu, epoki „wielkiej płyty”. Ale kieruje swoje wypowiedzi w kierunku, gdzie je zapamiętał. Zakłada, niemal z niepodważalną pewnością, że jego słowa docierają tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.
Tylko bez eufemizmów. Stajecie, tam gdzie wtedy. – Prokurator wychodzi z cienia. Botki, mimo, że na niskim obcasie, nieco grzęzną, gdy podchodzi do łachy żółtego piachu i próbuje stanąć tak by mieć ją całą w zasięgu… ręki.
– Tu. Stałem tu, za tym filarem. – teraz on przechodzi dokładnie w odwrotnym kierunku i niknie nieco w cieniu – On bawił się w piasku. Na ułożonych torach, tak jak mówiłem poprzednio… A czy tak pani będzie to sobie wyobrażać?
Były ułożone tak jak teraz? – Śledcza próbuje przyśpieszyć akcję, nie bardzo zresztą wiedząc, o co dokładnie chodzi Prokurator. Czuje tylko, że musi coś zrobić, zaznaczyć swoją obecność.
– To był naprawdę bardzo pomysłowy chłopiec… – mężczyznę chyba bawi cała sytuacja. Odwraca wzrok od mundurowej, jakby jej tu w ogóle nie było i o nic go nie pytała.
Czy tak to wyglądało, człowieku!?! – porucznik daje się wyprowadzić z równowagi.
– Bo wiecie… – a on przerywa w końcu ten swój słowotok i udając troskę, pośpiesznie kończy – A tak, wiem, drogi człowieku… I będziesz chcieć usłyszeć, że dobrze wam to ułożyli.
Może jednak wszyscy podejdźmy. I proszę, wszystko odtwarzamy bardzo dokładnie. Po kolei, zdanie po zdaniu, już dobrze? A wy skończcie z tymi swoimi natręctwami!

Mężczyzna spogląda z tłumionym politowaniem na Psycholog. Ale powstrzymuje się przed kolejnym zagraniem przeciwko nim. Bierze w ręce porozrzucane po piasku patyczki. Zaczyna nimi manewrować ponad żółtą łachą, jednocześnie opowiadając:

– No więc bawił się takim małym modelem autobusu… – rozgląda się i nie znajdując na razie wokół siebie tej zabawki, próbuje ją opisywać – Niebieski „jelcz”, taki jaki można kupić w kiosku „Ruchu”…
Zanim go wyjął z tornistra i postawił na drodze nieopodal wiaduktu… – kopie lekko butem w niewielki pagórek z piasku, wznoszący się nad „torami” – Była rozmowa. Nie wiem gdzie, może w mieszkaniu, przed wyjściem z domu? A może już na przystanku autobusowym?
Ta większa postać mówiła głośno… – potrząsa patykiem – Ale takim wysokim, dźwięcznym głosem. To musiała być kobieta. A ten mniejszy patyczek mniejsza osoba… – druga ręka – To było jakieś dziecko, drodzy ludzie.
I patyczki zaczynają mówić do siebie. Jego głosem:
– „Pokaż jak wyglądasz? No i jak się ubrałeś! Przecież idziemy do pani psycholog…” – gderliwie pokrzykiwała kobieta.
Dziecko: „Nie chcę tam chodzić, nie chcę!”
Kobieta: „Nie mamy o czym rozmawiać. W nowej szkole miało być inaczej, i co? Sam tego chciałeś…”
Dziecko: „Nie chciałem!”
Kobieta: „Pamiętasz, jak pani psycholog się nazywa? Pani doktor Ber, powtórz… Gdzie ta przychodnia jest? Pamiętasz przy jakiej szkole?”
Dziecko: „Nic nie pamiętam!”
Kobieta: „To jest szkoła sportowa, numer dziesięć. Wysiądziemy na przystanku przy szpitalu, tam zaraz za parkiem. Pamiętasz co jest przed szkołą? Taki betonowy ptak w fontannie…”
Teraz do patyczków dobiera jeszcze małe, plastikowe zabawki a opowiadanie nabiera przez to nie tylko większej ekspresyjności, ale staje się też niezwykle dynamiczne. Mężczyzna dodaje też różne dźwięki, odgłosy, zwielokrotnione dialogi.
Autobus – zabawka, którą właśnie znalazł, postawiony jest już na ulicy, czyli na rozgarniętym bokiem buta śladzie na piasku. Popchnięty dłonią „podjeżdża” na przystanek. Długo „prycha” jego silnikiem, że niby, na wolnych obrotach, bo ludzi chcących jechać jest bardzo dużo i tłoczą się przy wsiadaniu.
– Pyr, pyr, pyr. Psik. Wry, wry, wrrrrrrrrryyy!
Imituje trzask zamykanych drzwi automatycznych. Wziuuu… Trach! I znowu, te głosy niby z autobusu:
– „Aua! Jezu, aaa…! /Boże, coś się stało! /Ludzie, spokojnie… /Panie kierowco! Zabiło człowieka. /Nie, przytrzasnęło w drzwiach. Ma złamaną rękę. /Panie kierowco, drzwi! Otworzyć drzwi. /Kierowco! Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.”
– Pyr, pyr, i – iiiich!
Autobus – zabawka stoi teraz już na wiadukcie, nad torami dawnej kolejki szprotawskiej.
Kierowca a potem inne głosy z wnętrza:
– „Co tam? /Drzwi przytrzasły rękę. /Otwieram! /I co? /Żyje, ale cała łapa we krwi. Mdleje, trza mu na pogotowie. /Mam kurs. Przed dworcem skręcę na pogotowie. Wytrzymasz pan?”
Plastikowy, niebieski jelcz znowu jest w ruchu.
– Pry, pyr, wryyyyyy. I – iiiich…. Wry, wry, wrrrrrryyy!
Hamuje na zakręcie, skręca w inną ulicę, potem na skrzyżowaniu znowu. Staje na przystanku, rusza. Hamuje, skręca w jeszcze innym kierunku. Raz, drugi, przyspiesza. Z wewnątrz dochodzą rozmowy:
– „Była już pani w nowym domu towarowym? Jeszcze nie… Ja byłam. /A, dzień dobry. Warto tam zajrzeć? Sklepów dużo, towary takie lepsze, ale drogo. /Może w Poznaniu to „Centrum” ma ludzi, ale nie u nas… /Poukładane tak, że wszystko widać. Przestronnie jest, oświetlone. Wybór, luksusy. Gdzie nam do nich… /I co, pójdzie pani? Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent kupię. /Ja pójdę, popatrzę. Wezmę coś małego, na pamiątkę. /Słyszałam, że telewizory kolorowe mają. Bez zapisów. Córka dostała mieszkanie. Kupiłabym jej…”
Autobusik znowu skręca, przystaje. Głos w środku:
– „No, idź pan na to pogotowie. Co on taki miękki, nie zemdlej mi tu pan! Może ktoś z nim pójdzie? Weźmie go pan? Ja nie mogę czekać, mam kurs. Dobrze, ale pięć minut i jadę.”
Zabawka kierowana pewną ręką jedzie dalej. Niedaleko, ledwie do parku, za którym, za zakrętem – według informacji matki chłopca – jest ten, jakiś tam, szpital. I nagle, w jakimś nieokiełznanym zrywie, autobus skręca w dokładnie przeciwnym kierunku, wjeżdża na wiadukt wznoszący się naprzeciwko parku, przerywa barierki, a prowadząca go dotąd tak pewnie po ulicach ręka, rzuca nim w dół. Tak że spada ze środka wiaduktu na jadący pod nim pociąg. Wybuchy, wrzaski ludzi, zgrzyt deformowanych blach, zawodzenie rannych. Samochodzik podrzucany trzy, cztery razy przez mężczyznę wylatuje w górę i opada bokiem na piasek.

Cisza.

Nadal wtorek
Kilka minut po godz. 10:00, bez przerwy

– Niezła bomba. O, przepraszam… Naprawdę, ja tak niechcący. – miarkuje się poniewczasie Śledcza, ale Prokurator nie zwraca na nią uwagi.
– No widzicie… I taka szokująca historia… – próbuje wzbudzić w nich przychylne politowanie Psycholog. Z równie miernym skutkiem.
– Rozumiem, że to wszystko nagrywamy! To teraz to, co było dalej! Opowiadamy po kolei.

Mężczyzna przełyka ślinę, aż mu chodzi grdyka. Prokurator sprawia jednak na nim silne wrażenie. Traci nawet chęć na te swoje gierki, których tak chętnie próbuje na Śledczej i Psycholog. Posłusznie wykonuje polecenie:

– Odszedł. I zostawił zabawkę na tym pobojowisku i odszedł tam w kąt, o tam. – przechodzi, pokazuje – I stanął tutaj przy filarze, a z czasem uklęknął w piasku. Bo przez ten czas rozmawiali ze sobą trzej mężczyźni. A przy tym pod koniec, doszedł tutaj jeszcze i czwarty.
Jacy znowu oni? Co znaczy to tutaj! Czyli gdzie konkretnie? – piekli się mundurowa, podejrzewając kolejny podstęp z jego strony – Co to za mężczyźni, skąd się wzięli? Jakieś nazwiska. Po co i do kogo przyszli?
Spokojnie, spokojnie… Jednak może posłuchajmy tego… – uspakaja ją Psycholog, dając do zrozumienia, iż wie znacznie więcej od nich, że ma już tę historię przepracowaną z pacjentem podczas ich spotkań. I że na pewno wniesie ona dużo do postępowania, które razem prowadzą.

Uzyskuje przynajmniej tyle, że Prokurator w milczeniu kiwa potakująco głową. I znaczącym spojrzeniem ponagla mężczyznę.

I on znowu łapie za porozrzucane na piasku patyki. A te, tak jak kobiety widziały to już poprzednio, przed godziną dziesiątą, ponownie nabierają życia. I gadają jego głosem:
Patyk numer 1: „Jak tam idą treningi, panie magister?”
Patyk numer 2: „Nie gorzej niż panu zbieranie nowin, redaktorze.”
P1: „Ale tak robiwszy w piłce ręcznej…? To ja by rozumiał, gdyby w footballu, w żużelu, no, w podrzucaniu gały do kosza, ostatecznie…”
P2: „Zobaczy pan po Olimpiadzie. Niechby tylko nasi zdobyli jakiś medal, to całkowicie zmieni się postrzeganie dyscypliny…”
P1: „No bo i co to za wyczynowce? Gałą rzuciwszy przed siebie… Bez pożytku. Ta, gdybyż to jeszcze była granata…”
P2: „O piłce ręcznej pisze się, że rozwija człowieka. Na świecie…”
Patyk numer 3: „A, tak swoją drogą, to sukcesy magistra wydają się zrozumiałe. Chodzi po tych wszystkich szkołach. Namawia na te pierwsze treningi całe klasy. To i ma pod sobą wszystkich chłopców. Niczym jakiś Sztamm czy Łasak. No, i widać co osiągnął. Matki chłopców szyją i farbują mu potem te koszulki, numerki naszywają… No, no, masz, Sosiński, potem z czego wybierać. A ty, redaktorek, jak wyglądasz na tle trenera? Tobie został chyba tylko układ z samym diabłem? I co wykorzystujesz siły pozamaterialne, Demianiuk? Bo z tego co melduje nam komendant miejski, to tylko tak można cię tłumaczyć, redaktorku.
P1: „Dlaczego, tam gdzie nie potrzeba, doszukujecie się sił nieczystych, mój drogi panie Pułkownik?”
P3: „Zawsze jak ktoś kogoś ma pobić albo się gdzieś włamać, ty, Demianiuk, jesteś z magnetofonem i fotoaparatem przed milicją. Komendant miejski raportuje nam do Wydziału, że odnosi czasem wrażenie, że nawet przed sprawcami. Jak ma być jakiś wypadek na drodze, czy w zakładzie, to ty Demianiuk, jesteś ustawiony już jakby wcześniej – jak, nie przymierzając, takie Wajdy, czy inne Petelskie do nagrania. I jak to wytłumaczysz? Ty, redaktorek, albo z diabłem, albo z przestępcami trzymasz. Co i tak na jedno wychodzi…”

Mężczyzna wydaje się być w swej szczytowej formie. Odchodzi, podchodzi, pochyla się cały ku powierzchni piasku, prostuje. Operuje to jedną ręką, to drugą, to oboma naraz. Gestykuluje szeroko, to znowu dyskretnie, ale znacząco. Jakby każde drgnienie mięśnia, pojedynczego palca, delikatna zmiana ułożenia dłoni przekazywały inną, nową treść. Pełną ukrytych znaczeń, symboli i istoty jakiejś konkretnej sprawy, czy zdarzenia, które widz ma właśnie odczytać.
Moduluje głos. Animuje kukiełki – patyczki, niczym mistrz lalkarstwa. I chociaż lalkarz w więziennym drelichu wygląda trochę nierealnie, wręcz sarkastycznie, Psycholog przychodzi do głowy, aby porównać go do jakiegoś aktora ze Sceny Lalkowej, jaka prężnie działa w Zielonej Górze przy Teatrze Lubuskim lub do pełnego elegancji ruchu mima. Ale Prokurator samym swoim spojrzeniem, w reakcji na tę, niewypowiedzianą nawet przecież na głos, uwagę wybija jej to z głowy.

Śledcza zastanawia się nad tym, kim mogą być, ten tajemniczy Trener, ten dziwny Redaktor? Gdy pada nazwisko tego ostatniego, kręci tylko z niedowierzaniem głową. To miałby być akurat TEN dziennikarz? Tworząca się właśnie legenda miejscowej gazety wojewódzkiej i może nawet przyszła gwiazda krajowego reportażu? A Trener? Mamy takiego w Zielonej Górze, którego można porównywać ze Stammem, Łasakiem?
A Pułkownik? Czy to może jakiś wojskowy? Kto to może być? Znacząca postać w miejscowym środowisku, to rzecz oczywista. Ale kto? Z WuKaeR-u? Ze sztabu wojewódzkiego? Z prokuratury wojskowej? I dlaczego w momencie pojawienia się tej postaci Prokurator zareagowała tak, jakby ją rozbolał ząb…?
Czy ona wie? Przeraża ją jego pojawienie się w tej scenerii, wśród TYCH ludzi, w takiej sytuacji…?

Psycholog gestem, półsłówkiem nie wypowiedzianym głośno, a tylko takim, które można zaledwie spijać z jej warg, uspakaja ją. Bez słów, w jakimś telepatycznym kontakcie. Niech okaże jeszcze trochę cierpliwości. Jeszcze chwila i wszystko się wyjaśni. Również i ta wątpliwość.

W taki oto właśnie sposób:
P2: „Ja tak myślę, panie Pułkowniku, że jak już bezpieka takich rzeczy nie wie, to ten kraj musi upaść.”
P3: „A ty co Sosiński, redaktorka bronisz? Za mało wam jeszcze dosrał?”
P1: „A skąd takie słowo wziął pan Pułkownik? Skąd to de…? Jaki diabeł? Co za przestępcy? Mam szczęście, że jestem zawsze na czas…”
P3: „A co, Demianiuk nie dosrał wam wtedy w Broniszowie? Nie ciekawe, skąd wiedział, ty magisterek?”
P2: „Na dobre mi to wyszło. Ta afera była jak trampolina, dzięki redaktorowi wyrwałem się z tej zapadłej wsi i wróciłem do Zielonej Góry. Przecież pan Pułkownik wie…”
P3: „A wiemy, wiemy… My wszystko wiemy. I to jakimi to było nićmi szyte, też. Komu ty mydlisz oczy, Sosiński? Chcesz powiedzieć, że samym talentem, pracą doszedłeś do czegoś? Zaraz tu z ambicją wyjedziesz, tak? Ech, ty, magisterek, gdybyś nie był przydatny dla nas, to byś dalej macał kury, albo bujał jajca bykom, gdzieś w jakimś PeGeeRze. To nie przypadek, taki awans z wiejskiego gryzipiórka na pana profesorka od wuefu w liceum!”
P2: „Ja nikogo, tam w Broniszowie, nie miałem wystawiać ani redaktorowi, ani milicji… To nie było tak ułożone…”
P1: „A oto i mistrz Ryndak, panie Pułkownik. Witam, Zbyszek. Jego proszę pytać o drobnomiasteczkowe źródła. O to jak pozyskiwać sygnały po wsi?”

Kobiety powoli zaczynają okazywać pierwsze oznaki znużenia. Śledcza z zazdrością spogląda na mały, zgrabny magnetofonik Psycholog. Sama musiała zostawić swojego MAK-a na komendzie. Raz, że nie sposób jest tachać się tutaj z takim gratem, dwa – jak go podłączyć na tej budowie do prądu…? Niby na tranzystorach, a jednak…
Prokurator skubie nerwowo poły żakietu. Gdy Śledcza zaciekawiona chętnie podpytała by dokładniej o istotę relacji Trenera z Pułkownikiem, ona odciąga Psycholog gdzieś na bok. Coś jej szepcze, peroruje, pochylona ku niej. Denerwuje się. Dwa, trzy gesty, które o tym świadczą, zmiana pozycji i ustawienia się obu kobiet względem siebie, pełne napięcia i aż buchające jakimś narastającym konfliktem, nagle nikną, tracą na znaczeniu.
Prokurator ze zdziwieniem konstatuje nazwisko znanego pisarza, które jak grom z jasnego nieba pada nagle w potoku wypowiadanych niesfornie i niedbale zdań. ON w tym gronie? Z niedowierzaniem kręci głową. Tak, teraz już nic nie pasuje do siebie, staje się niewiarygodne. Jak długo jeszcze to wytrzyma, kiedy przerwie to przedstawienie?
Mężczyzna nie obserwuje ich, do końca zaabsorbowany swoim występem. Nie śledzi zmian, jakie zachodzą w kobietach. Ich rozterki, emocje, nastawienia żyją bowiem swoim własnym życiem, wyłącznie w ich myślach, gestach, grymasach. To tylko gra ciała i do tego trudna do zauważenia, bo hamowana i skrywana, słabo dostrzegalna pod tym starannym kamuflażem.
Ani jednym słowem żadna z nich nie wychodzi ze swojej roli, poza służbową obojętność wobec treści przekazywanych w tak ekspresyjny sposób przez mężczyznę. Tak naprawdę przecież cały czas milczą, słuchają z raz mniej, raz bardziej udawanym skupieniem i zainteresowaniem, notują coś w swoich kajetach, nie mogą okazywać i nie okazują żadnego własnego nastawienia. To jest rekonstrukcja w miejscu zdarzenia, a nie spotkanie w kawiarni „Niger”, przy kremie sułtańskim kolorowo wypełniającym pucharki, ustawione na blacie wysokiego baru. A one nie siedzą na strzelistych taboretach i nie machają gołymi nogami, wyłaniającymi się miękkością ud z kusych spódnic, ze stopami nie sięgającymi podłogi. I nikt ich nie podgląda zza wielkiej szyby, z perspektywy szachownicy czarnych i białych płyt zielonogórskiego deptaka. Stoją w półmroku parteru rozpoczętej budowy, pomiędzy filarami dużej hali, pod sklepieniem, niosącym na sobie masywne piętro. Stoją na kupie żółtego, budowlanego piachu. I dlatego żaden gest, grymas nie może wyjść poza pewne granice nieczytelności…

Tylko mężczyzna może sobie folgować i wznosić się na coraz to wyższe poziomy ekspresji. I robi to.
P3: „To już mistrzami przychodzi ci strzelać, redaktorku… No, no… Dzień dobry, panie Ryndak.”
Patyk numer 4: „A w jakiż to spór wchodzę?”
P3: „A tak zastanawiamy się kto informuje naszego redaktora od nowinek, o tym, kto za chwilę włamie się, po pijaku da drugiemu obywatelowi po twarzy albo zajedzie drogę i zrobi czołówkę? Komendant MO żali się, że gdzie by nie zajechali na interwencję, to pierwsze kogo widzą, to naszego speca, który właśnie… odjeżdża z miejsca z gotowym nagraniem i aparatem pełnym zdjęć.”
P4: „Może to nie dziennikarz jest za szybki, ale milicjanci zbyt powolni?”
P3: „Doprawdy pan tak sądzi, panie Ryndak?”
P4: „Nie znam prawdy. Może mój kolega ma po prostu szczęście. Wszakże nie tylko ma nos do sensacji, ale i aspiruje w konkursach na najlepsze reportaże. Może jeszcze bez sukcesu, ale już blisko, blisko… Ja zbierałem materiały u siebie, tam gdzie mieszkałem, w Sulęcinie. Też sensacyjki, ale takie bardziej obyczajowe. A jedyne co osiągnąłem, to to, że potem, jak ludzie przeczytali moją książkę, nie mogłem się pokazać w miasteczku. Chociaż ostatecznie do postaci literackich wykorzystałem tylko obserwacje z życia różnych ludzi, każdy z bohaterów miał przemieszane cechy wielu pierwowzorów, to konkretni mieszkańcy Sulęcina zaczęli brać to zbyt osobiście… A to aptekarzowa obraziła się, że opisałem jej wielki biust. A to sędzia Jarosz i dyrektor szpitala Łukoszek – za sugestie o sutych, zakrapianych kolacyjkach i lewych sprawkach, na przykład skrobankach. A to Paprzycki… I tak dalej, nie miałem już tam życia.”
P3: „Ale nagródka wpadła, panie Ryndak.”
P1: „Jakie wpadła? Nie wpadła, ale należała się. W Zielonej Górze jesteśmy dobrzy w swoim fachu. Stąd sukcesy. Żadnych diabelskich sztuczek, panie Pułkownik.”

Psycholog zwiesza ze smutkiem głowę. Widzi jak Prokurator już się cała gotuje. Poły żakietu ma porządnie pomięte. Dłonie co rusz bądź to zaciskają się na ich brzegu, bądź suną,
jakby bezwiednie, wzdłuż ich krawędzi.
Nie ma potrzeby, aby wywoływany przez kukiełkę Pułkownika diabeł musiał się tu pojawić osobiście. Słoneczny blask piasku z wyspy demiurga pobladł. Mrok wokół jest jeszcze bardziej mroczny. A piekielna awantura wisi w gęstniejącym powietrzu, wypełniającym tę i tak duszną niszę.
Psycholog wie, że nic na to nie poradzi. Na pytanie o to, jak długo jeszcze wytrzyma Prokurator, ma w końcu jasną odpowiedź – niedługo! Zaraz, zaraz przerwie przedstawienie… Kobieta odsuwa się od reszty. Podchodzi do najbliższego filaru. Chowa się za nim. Stoi tu chwilę, ale to nie wystarcza. Wycofuje się jeszcze dalej, sunąc niczym zjawa w powłóczystej szacie ku wyjściu na zewnątrz, szukając bladego słonecznego światła. I rześkiego, listopadowego powietrza, które by ją orzeźwiło. Pozwoliło znowu myśleć w zdecydowany sposób. Jej długa i wąska, ciemnobrązowa suknia, oglądana teraz ze środka hali, pod to blade, późnojesienne słońce, zasłania niemal połowę jasnego tła – widoku na zewnątrz i zaczyna błyszczeć. Staje się jasna, nie jest już brązowa, ale złocista, przechodzi w żółcienie…
Prokurator odruchowo odwraca głowę i spogląda za odchodzącą kobietą. Patrzy przez chwilę, poddaje się temu optycznemu złudzeniu. I nagle nerwowo, bardzo nerwowo przeciera sobie dłonią oczy. Jej twarz wykrzywia coś, co ktoś nie znający jej, mógłby fałszywie wziąć za zapowiedź grymasu irytacji. Mieniąca się nierzeczywistą feerią barw postać Psycholog doprowadza ją do furii. Prokurator nie cierpi złudzeń, wszelkiej fatamorgany, szczególnie gdy sama staje się ich ofiarą. Rzeczowość i konkret! To jest jej domena. Z nimi czuje się najlepiej. Wyłącznie z nimi nie czuje się źle, nie odczuwa żadnego dyskomfortu.
Zachowując pełną kontrolę nad sobą, jednym susem doskakuje do mężczyzny. Nie musi się hamować, zawsze największą satysfakcję sprawia jej zachowanie powściągliwości. To przestępcy mają ulegać emocjom i robić głupie błędy. I w takim stanie odkrywać przed nią swoje słabości.
Nie wyrywa patyków z rąk rozgadanego mężczyzny, choć z jego reakcji można wnioskować iż przez moment przeraża go taka perspektywa. Cofa się przed nią odruchowo, jakby chcąc uniknąć fizycznej agresji z jej strony. Również Psycholog i Śledcza jakby na chwilę zamierają. Ale chyba bardziej ze zdziwienia, niż ze strachu, bo przecież znają Prokurator zbyt dobrze, aby podejrzewać ją o to, przed czym uchyla się mężczyzna.
Prokurator nie wyrywa patyków mężczyźnie, ale z marsową miną podnosi te, porozrzucane na piasku. Schyla się, bierze je w palce, prostuje plecy i wyciąga dłonie z patykami w jego stronę.

Skończmy już z tym teatrem, który tu odgrywacie! – rzuca oskarżycielskim tonem. – Dosyć tych jakichś wydumanych historii...

Na ten Nowy Rok

Ewa Karbowska

Czego życzę nam wszystkim

gdzieś od Zakopca do Gdańska
fantazja?
głupota ułańska
*
więc takiej żeby nie było
przekupność
zamienić na miłość
*
z Lublina aż po Zgorzelec
pazerność odrzucić
zbyt wiele?
*
obłudę odepchnąć na milę
gdy modły
to nie z pedofilem
*
bo Kraj nasz to nie jest arena
dla zdrajców
kpów z GANGU OLSENA
*
doprawdy
to nie kwestia gustu
się poddać tej zgrai oszustów
*
już pora
dać łomot lub łupnia
sługusom mściwego kurdupla
*
kolejny raz zgłupieć nie wolno
by kiedyś
mieć Polskę wolną
*
Wam – nam podziękuje za to
Ojczyzna
i CZUŁY NARRATOR
*
na draństwo co nie pozwoli
zbyt dobrze pojmuje
gdy boli
*
nie nazwie – pod troski pozorem – kobiety inkubatorem
(EK – 8.12.2020)

Z wolnej stopy 27

Zbigniew Milewicz

Generał Patton

Był kontrowersyjną postacią. Żołnierze kochali go jak ojca, przełożeni głęboko cenili, albo nienawidzili. Wśród przeciwników na polu bitwy budził postrach, bo operacje, którymi dowodził, prawie zawsze kończyły się sukcesem.

Urodził się na ranczu Lake Vineyard, niedaleko miasta San Gabriel w Kalifornii, w rodzinie o silnych tradycjach wojskowych. Jego przodkowie walczyli m.in. w rewolucji amerykańskiej, z Anglikami o niepodległość kraju i w wojnie secesyjnej, po stronie konfederatów. W dzieciństwie marzył, by zostać bohaterem wojennym i generałem, czytał książki i opracowania z dziedziny historii oraz wojskowości, ale cierpiał na dyslekcję i najpierw z nią przyszło mu się zmierzyć. Zamiast czterech lat, minęło pięć zanim ukończył akademię wojskową w West Point, później ożenił się z wielką miłością swojego życia – Beą Aeyer, której wielu mu zazdrościło. Była córką bogatego przemysłowca z branży włókienniczej, urodziwa i utalentowana, ale to już nie należy do tej historii.

Na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie w 1912 roku George Patton reprezentował USA w pięcioboju nowoczesnym, zajął w nim piąte miejsce, choć klasyfikacja ta budziła spory, bo w tarczy, do której strzelał nie znaleziono śladu po jednej z kul, więc nie trafił, albo przeszła innym, wcześniej zrobionym otworem. Później jego nazwisko pojawiło się na łamach gazet w związku z kawaleryjską szablą, wzór 1913, którą zaprojektował dla armii amerykańskiej, a kiedy USA postanowiło zdławić rewolucję meksykańską, mającą na celu obalenie reżimów Porfiria Diaza i Victoriana Huerty, zajął miejsce w szeregu, jako adiutant generała Johna Pershinga. Celem wyprawy było pojmanie przywódcy chłopskiej partyzantki, Francisco „Pancho“ Villi. Patton wsławił się zabiciem dowódcy gwardii przybocznej komendanta. Po przystąpieniu USA do I wojny światowej, w jej końcowej fazie, pojechał na front francuski, nadal jako adiutant gen. Pershinga, już w stopniu kapitana. Dostał rozkaz utworzenia pierwszego, amerykańskiego korpusu czołgów i okazało się, że ma duże zdolności organizacyjne, co doceniono kolejnymi awansami. W połowie września 1918 r., w szturmie na St. Mihiel, który był równocześnie chrztem bojowym Amerykanów w tej wojnie, poszedł jako dowódca korpusu na pierwszą linię frontu, gdzie otrzymał z niemieckiego karabinu maszynowego ciężki postrzał w udo, co sprawiło, że zawieszenie broni powitał w szpitalu.

Za zasługi wojenne odznaczono go dwoma ważnymi medalami i po powrocie do kraju znowu pisały o nim gazety. Zaprzyjaźnił się z Dwightem Eisenhowerem, co miało później ogromny wpływ na kariery ich obu, a zawodowo zajął badaniami nad udoskonaleniem możliwości broni pancernej oraz nad taktyką jej używania. Temat był nowatorski, a więc i wyzwanie niemałe, wymagające zmiany starej doktryny wojennej , bazującej na kawalerii i piechocie, a także funduszy, których Kongres nie chciał dać. Kiedy zaczął pisać na ten temat krytyczne artykuły w Infantry Journal i okazało się, że ma również zacięcie dziennikarskie, zagrożono mu sądem wojskowym. Zniechęcony niepowodzeniami wrócił do kawalerii i skupił się na dalszej edukacji; ukończył wyższą szkołę swojej formacji, później z wyróżnieniem kursy dowodzenia oraz sztabowe i tak wyszkolonego oficera wysłano na Hawaje, gdzie poznał gen. Omara N. Bradleya. Tam ponownie zajął się koncepcją rozwoju broni pancernej, Waszyngton po staremu jej nie akceptował i to go coraz bardziej frustrowało. W trakcie swojej służby napisał do Departamentu Stanu o zagrożeniu, jakie może stanowić Japonia, ostrzegając, że Pearl Harbor jest narażone na nagły atak bez wypowiedzenia wojny, który może być przeprowadzony przez samoloty startujące z lotniskowców. Niestety ostrzeżenie to również zignorowano, co później zemściło się na Ameryce.

W 1934 roku, po dziewięciu latach służby na Hawajach, z inicjatywy nowego szefa sztabu amerykańskiej armii, George’a Marshalla, Pattona awansowano na podpułkownika i ponownie znalazł się w kawalerii. Latem 1938 roku awansował do stopnia pułkownika i został przeniesiony najpierw do Fortu Clark w Teksasie, a później do Fortu Myer, gdzie powierzono mu dowództwo pułku. Karta się odwróciła. Kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, Patton przekonał Kongres o potrzebie stworzenia nowoczesnych oddziałów pancernych. Otrzymał promocję na generała i został dowódcą brygady zmechanizowanej, która wkrótce powiększyła się do rozmiarów dywizji; na jej czele uczestniczył wraz z Brytyjczykami w operacji „Torch“, mającej na celu wykurzenie Niemców, Włochów i ich francuskich kolaborantów z Afryki Północnej (był jednym z głównych planistów tego przedsięwzięcia ). W Afryce powierzono mu dowództwo II Korpusu, rozpuszczonego jak dziadowski bicz; był dobrym przełożonym – surowym, wymagającym, ale sprawiedliwym i tak wytrenował tych żołnierzy, że po krótkim czasie zmienili się nie do poznania.

Po zakończeniu zmagań w Afryce Północnej przyszedł czas na rozpoczęcie kampanii w Europie. Pierwszym celem ataku aliantów była Sycylia, a następnie Półwysep Apeniński. 10 lipca 1943 roku rozpoczęła się operacja “Husky” – lądowanie wojsk amerykańskich i brytyjskich na plażach koło Palermo. Pattonowi powierzono dowodzenie 7 Armią Amerykańską. Z jednostką tą poprowadził natarcie w kierunku Messyny, gdzie miał zamiar znaleźć się wcześniej, niż konkurujący z nim dowódca 8 Armii Brytyjskiej, gen. Bernard Law Montgomery. Patton wygrał swoisty wyścig, docierając do Cieśniny Messyńskiej przed zarozumiałym Brytyjczykiem. To było w jego zwyczaju – pokazać konkurentowi, że jest się lepszym. Podobnie traktował wroga, nieodmiennie z zaskoczenia, zawsze w innym czasie, albo miejscu, niż tamten się tego spodziewał. Dlatego Niemcy najbardziej z przeciwników cenili i obawiali się właśnie jego. Wojaczka była dla Pattona nie tylko obowiązkiem i rzemiosłem, które starał się wykonywać najlepiej, jak umiał, ale była też jego pasją i życiowym celem, pewnie więc dlatego miał w niej tak dobre osiągnięcia. Jak każdy człowiekowi miał również wady, bywał między innymi apodyktyczny i porywczy, zarówno w czynach, jak i słowach, w których nie przebierał. W swoich emocjonalnych i obrazowych przemówieniach do żołnierzy obiecywał im np. regularnie, że w boju będą po szyję unurzani we krwi i flakach, swoich i wroga i tylko od nich będzie zależało, czego wypłynie więcej. Stąd miał wśród podkomendnych pseudonim old blood and guts.

Kiedy więc pewnego dnia w Acate na Sycylii grupa amerykańskich żołnierzy zabiła około 70 niemieckich i włoskich jeńców, jeden ze sprawców powiedział, że zrobił to pod wpływem prania mózgu ze strony dowódcy. Krótko później na lotnisku w Comiso doszło do podobnego zdarzenia i wtedy generał wydał zakaz zabijania jeńców. Z politycznego punktu widzenia gorszy był incydent ze spoliczkowaniem, który zdarzył się później. Generał wizytował jeden z sycylijskich szpitali, w którym leżeli ranni amerykańscy żołnierze; kiedy zauważył pacjenta bez jakichkolwiek zewnętrznych obrażeń i zapytał go, co tutaj robi, tamten odparł, że cierpi na nerwicę okopową. Wtedy Patton się wściekł, wyzwał żołnierza od symulantów i wymierzył mu soczysty policzek. Parę dni później podobna sytuacja powtórzyła się w innym szpitalu, oburzeni lekarze poinformowali o tym prasę i zaczęła się publiczna nagonka na generała. Pod jej wpływem naczelnemu dowódcy alianckich ekspedycyjnych sił zbrojnych, którym był Eisenhower, prywatnie zaprzyjaźniony z Pattonem, nie pozostawało nic innego, jak odebrać mu dowództwo 7 Armii. Był jednak zbyt cennym dowódcą, aby odstawić go na boczny tor, zwłaszcza w przededniu planowanej inwazji na Normandię.

Bezpośrednio przed samą inwazją Pattona mianowano dowódcą fikcyjnej Pierwszej Grupy Armii stacjonującej w południowej części Wysp Brytyjskich. Była to część operacji “Fortitude”, mającej zmylić Niemców, co do rzekomego celu alianckiego ataku na Francję – regionu Pas de Calais. W tamtym czasie o generale ponownie rozpisały się gazety. Miał nieoficjalne wystąpienie w Knutsford, niewielkim mieście w hrabstwie Cheshire, w którym zapytano go, jak wyobraża sobie mapę polityczną świata po zakończeniu wojny. Odparł, że zapewne będzie on rządzony przez Amerykę, Anglię i Rosję. Z niezrozumiałych powodów relacje prasowe z tego wystąpienia pominęły Rosję, Stalin się ciężko obraził i wybuchła afera na skalę międzynarodową. Gdy alianci zaczęli lądowanie w Normandii, Pattona mianowano dowódcą 3 Armii Amerykańskiej, z którą ruszył w szybkim marszu, wyzwalając znaczną część północnej Francji. Z powodzeniem użył zmodyfikowanej przez siebie taktyki blitzkriegu, pokonując ponad 900 km w ciągu zaledwie dwóch tygodni, jednak tuż przed wejściem do Paryża został zatrzymany przez Eisenhowera, aby pozwolić na zajęcie miasta przez francuską 2 Dywizję Pancerną pod dowództwem generała Philippe’a Marie Leclerca. We wrześniu 1944 roku jego 3 Armia dotarła do Metzu w Lotaryngii i tu uwikłała się w ciężkie walki pozycyjne z Niemcami, straty po obydwu stronach były duże.

Pod koniec 1944 roku niemiecka armia przeprowadziła ostatnią wielką ofensywę na froncie zachodnim – operację Wacht am Rhein (Straż nad Renem), w której wzięło udział 29 niemieckich dywizji (łącznie ok. 250 tys. żołnierzy); jej celem było rozdzielenie wojsk aliantów oraz dotarcie do portów Holandii, aby odciąć zaopatrzenie dla przeciwnika w żywność, amunicję i paliwo. Patton jako jedyny z wyższych dowódców alianckich przewidział możliwość takiej ofensywy i dzięki temu jego armia była na to dobrze przygotowana. Niemcy wcześniej dwukrotnie przeprowadzali podobne operacje w tym rejonie: w czasie wojny prusko-francuskiej i I wojny światowej, zawsze udane. Tym razem ponieśli fiasko. W przeciągu zaledwie dwóch dni Patton zmienił oś ataku dwóch korpusów 3 Armii o 90 stopni i uderzył w lewe skrzydło armii niemieckiej, docierając do okrążonych w Bastogne oddziałów 101 Dywizji Powietrznodesantowej.

Pod koniec lutego 1945 roku wojska niemieckie przeszły do obrony i Patton przełamując „Linię Zygfryda”, wkroczył do Zagłębia Saary. W szybkim marszu opanował południowe Niemcy i oswobodził dużą część Czechosłowacji. Planował wyzwolenie Pragi i dotarł prawie na jej przedmieścia, jednak otrzymał od Eisenhowera kategoryczny zakaz dalszego pościgu za wojskami niemieckimi i polecenie cofnięcia się na wysokość Pilzna, gdyż do Pragi wchodziła już Armia Czerwona.

Tak w dużym skrócie wyglądała kariera wojskowa człowieka, który kilka miesięcy później, 21 grudnia 1945 roku zmarł w dziwnych okolicznościach. Minęło 75 lat od tamtego czasu, więc jest okazja, żeby wrócić do sprawy. Po kapitulacji Niemiec Patton miał nadzieję, że otrzyma znowu skierowanie na Hawaje, pozostawiono go jednak w Europie, gdzie został gubernatorem wojskowym Bawarii. Jego zadaniem było odbudowanie tego regionu, jednak szybko popadł w konflikt politycznym z przełożonymi. Zdaniem Pattona oficjalna polityka denazyfikacji była błędem, uważał, że nie powinno się automatycznie wykluczać z życia publicznego wszystkich osób, które należały do partii nazistowskiej. Skoro gość był jakimś zwykłym pionkiem w NSDAP i znał się przede wszystkim dobrze na wodociągach, to powinien dalej w nich pracować, a nie iść w odstawkę – mawiał, dodając, że w Stanach Zjednoczonych obywatele czasami zostają członkami partii demokratycznej czy republikańskiej tylko po to, aby ułatwić sobie dalszą karierę zawodową, a nie ze względów ideologicznych. Media podchwyciły jego słowa i doniosły, że Patton porównuje demokratów i republikanów do nazistów. Kiedy oburzona opinia publiczna zażądała ukarania oszczercy, Eisenhower przeniósł Pattona do grupy wojskowych, zajmujących się pisaniem oficjalnej historii II wojny światowej, ale ten już do niej nie dotarł.

9 grudnia 1945 roku jego cadillac, którym jechał w Niemczech na pożegnalne polowanie, zderzył się z amerykańską ciężarówką wojskową i w wypadku ucierpiał mocno tylko on. Zmarł w szpitalu w Heidelbergu. O bliższych okolicznościach śmierci generała, jego innych poglądach politycznych i rozmaitych spekulacjach, łączących jedno z drugim, napiszę za tydzień, jeżeli oczywiście dożyję.

Pomagamy

Ewa Maria Slaska: Pomoc była w tym roku jednym z częściej używanych słów. Nie tak często oczywiście jak ***** *** i derywaty, nie tak często jak wypierdalać, Trump, maseczka, szczepienie i social distancing, ale jednak bardzo często. A im było go więcej, tym bardziej mnie niepokoiło. Czy naprawdę pomagamy, gdy wychodzimy na balkon i śpiewamy albo wołamy dziękuję. To miłe zjawiska społeczne, na pewno, ale czy niosą pomoc? Służba zdrowia wiosną dostawała od nas wieczorne brawa, Lufthansie państwo niemieckie zapłaciło 7 milionów euro. Oba działania podciągnięte zostały pod ogólne pojęcie “pomoc”. Poprosiłam kilka osób o opinię. Odpowiedział psycholog.

Przemysław Masalski

Pomaganie

Czasami ludzie nie udzielają pomocy, gdyż mają poczucie, że nie posiadają zasobów potrzebnych do skutecznego poradzenia sobie w danej sytuacji. A to rodzi lęki natury społecznej: np. przed znalezieniem się w centrum uwagi, przed wstydem, wynikającym z potencjalnego, niewłaściwego oszacowania sytuacji.

W bardziej konkretnych sytuacjach, gdy chodzi o pomoc osobie będącej w sytuacji zagrożenia fizycznego, np. gdy czarnoskóry człowiek został zaatakowany przez grupę młodych rosłych nazistów, dochodzi oczywiście bardzo konkretna i całkiem uzasadniona obawa o własne życie i zdrowie.

W sytuacjach gdy pomoc nie dotyczy ratowania czyjegoś zdrowia czy życia, zaczynają się prawdziwe komplikacje i na scenę mogą wejść mechanizmy kompensacyjne, które napędzają zachowania altruistyczne, czy też lęki które odwodzą ludzi od pomagania. Może to być jeden z lęków zależnościowych, np. lęk przed nadmiernym zaangażowaniem emocjonalnym. Pomocodawca obawia się, że udzielona przez niego pomoc nie będzie miała charakteru jednorazowego, tylko wymusi na nim  zaangażowanie o bardziej długotrwałym charakterze.

Jak w Małym Księciu – pomagający może stać się “odpowiedzialny za to co oswoił”, tak samo udzielenie pomocy wytworzy sytuację emocjonalnej zależności odbiorcy pomocy od pomagającego. Pomagający może nie czuć się gotowy na przyjęcie takiej roli, może też nie chcieć angażować się emocjonalnie z obawy przed trudnymi emocjami, jakie ta sytuacja może wyzwolić, a które mogą okazać się zbyt przytłaczające i obciążające. Przytoczyć mogę tu przykład z życia mojej dawnej przyjaciółki, Eli, która uczestniczyła w liceum w projekcie charytatywnym. Licealiści spotykali się z niepełnosprawnymi rówieśnikami, którzy ze względu na stopień niepełnosprawności nie mogli uczęszczać do szkół i uczyli się zdalnie, przez co byli dość odizolowani społecznie. Ela chodziła do Ali, niepełnosprawnej dziewczyny w jej wieku, poczagała jej w lekcjach, dotrzymywała jej towarzystwa itp. itd. Bardzo szybko jednak Ela zaczęła się z tym czuć niekomfortowo, gdyż jej Ala, która dotąd doznała w życiu sporo samotności, zainwestowała w znajomość bardzo wiele emocji i zaczęła się domagać pogłębienia relacji, na co Ela zareagowała lękowym odrzuceniem. Miała poczucie że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom Ali i nie była gotowa na taką odpowiedzialność za drugiego człowieka. Ela zerwała tę znajomość, ale czuła się w następstwie jak bardzo zły człowiek, gdyż rozbudziła a następnie zawiodła nadzieje rozpaczliwie samotnej niepełnosprawnej nastolatki. Tamta natomiast z pewnością poczuła się wykorzystana i porzucona. Pomaganie w pewnych sytuacjach oznacza więc wzięcie na siebie odpowiedzialności za kondycję emocjonalną, życiową i psychiczną drugiego człowieka.
Miarą gotowości do pomagania, może być więc stopień, w jakim dany człowiek jest gotowy wziąć na siebie odpowiedzialność za drugiego człowieka i czy jest w stanie skutecznie pomieścić w sobie trudne emocje, wzbudzone przez tę nową, cechującą się nierównowagą sytuację.

Wielu ludzi napędza do pomagania specyficzna struktura osobowości, ktora wiąże się ze zjawiskiem, jakże charakterystycznym dla naszej współczesnej narcystycznej rzeczywistości społecznej, a mianowicie z tzw. narcyzmem komunalnym. Jest on obecnie bardzo modny i stosuje go przez wielu samozwańczych dobroczyńców, np. Grażyna Kulczyk. Pomaganie jest modne i dobrze widziane społecznie, co może przynieść pomocodawcom tak potrzebny dla stabilizacji ich poczucia własnej wartości, podziw i popularność. Pomaganie jest elementem budowania wizerunku, fasady, za którą nie kryje się autentyczna empatia i troska o ludzi, lecz chęć osiągnięcia pewnych egotystycznych, a czasem również finansowych celów, gdyż pomaganie przekute w adekwatny biznes może przynieść pomagającemu wiele konkretnych korzyści (dobry przykład to Matka Teresa).

Ważne jest również rozróżnienie między pomaganiem a nadopiekuńczym kontrolowaniem, często będącym wyręczaniam, które z kolei może prowadzić do upośledzenia i uzależniania od siebie osób znajdujących się pod naszą opieką. Widoczne jest to zwłaszcza w kontekście wychowania dzieci i opieki nad osobami starszymi. Rodzice pomagający swojemu dziecku w ten sposób, iż nie pozwalają mu na podejmowanie niezależnych, autonomicznych i służących budowaniu odrębności i separowaniu się od nich działań, często są przekonani, iż pomagają swemu dziecku. Tymczczasem nie pozwalają mu na ukształtowanie poczucia skuteczności i sprawczości, które jest niezwykle ważne dla budowania pozytywnego obrazu samego siebie i pozytywnej samooceny. Tym samym zmniejszają jego szansę na sprostanie wyzwaniom psychospołecznym, które stopniowo pojawią się w adolescencji.

Wyręczanie starszych ludzi w wykonywaniu czynności autopielęgnacyjnych czy samozaopatrzeniowych w imię źle pojętej pomocy, tak naprawdę sprawia, iż stają się niesamodzielni, zależni od pomocy innych, co prowadzi do utraty poczucia autonomii i sprawności, przyspieszając procesy prowadzące do zniedołężnienia. Nawet gdy wydaje się, że osoby starsze niechętnie podejmują samodzielne działania, wyręczanie ich zamiast empatycznego wspierania, prowadzi w dalszej perspektywie do pogorszenia ich kondycji psychofizycznej, a tym samym jakości życia. Krótko mówiąc, nie zawsze należy pomagać, nawet wtedy, gdy ktoś aktywnie domaga się tej pomocy. Należy oszacować, czy odmówienie pomocy i wspieranie w podejmowaniu wysiłku w wykonywaniu samodzielnych czynności, nie prowadzi w perspektywie długoterminowej do lepszych rezultatów i tym samym nie stanowi prawdziwej pomocy. Pytanie więc, czy dać wędkę i zachęcać do jej używania, co może kosztować wiecej energii i czasu, czy też lepiej dać rybę, co często jest prostsze dla osoby udzielającej pomocy, ale niekoniecznie korzystne dla odbiorcy pomocy.

Wreszcie istnieje coś takiego jak teoria wymiany społecznej, która w odniesieniu do zachowań pomocowych głosi, iż ewolucja promowała te jednostki, które były bardziej skłonne do udzielania pomocy innym. Jednostki pomagające nieświadomie kierują się w swoim postępowaniu tzw. regułą wzajemności. Niepisane prawo wymiany społecznej głosi, iż ci, którzy pomogli pewnej ilości osób, mogą w przyszłości w większym stopniu liczyć na odwzajemnienie pomocy, gdy sami będą jej potrzebować, gdyż choć część tych, którym pomogli, postąpi w zgodzie z regułą wzajemności. Faktycznie jest tak, że człowiek, któremu udziela się pomocy, czuje dyskomfort psychiczny, jeżeli nie jest w stanie jej odwzajemnić, chociażby w postaci okazania wdzięczności.


Ewa Maria Slaska: Jestem wdzięczna Przemysławowi Masalskiemu za napisanie dla nas tego pasjonującego tekstu 🙂

Hallo Welt!

Po polsku & in English

Michał Talma-Sutt

Hallo Welt, in welche Richtung soll es gehen?

Wir leben in einer sehr interessanten Zeit, nicht wahr? Auf der einen Seite haben wir eine größte Periode in der Weltgeschichte, ohne einen richtig großen Kriegskonflikt zu haben, auf der anderen Seite war die Welt noch nie so unberechenbar, wie sie heute ist. Nicht nur, weil wir die Pandemiezeit haben, das ist nur ein zusätzlicher Faktor, schwerwiegend sogar, aber es ist nur ein “Plus” in der ganzen Situation. Es scheint, dass unsere Welt echt komplex geworden ist, zu komplex für viele. Sollte uns dann überraschen, dass der Populismus so stark geworden ist, oder dass wir so viele Verschwörungstheorien haben? Der Grund dafür ist aber einfach, weil eben die Welt für viele zu komplex zu sein scheint, suchen sie nach einfachen Antworten. Ich sage bewusst “scheint”, denn der größte Teil dieser gefühlten Komplexität besteht in Wirklichkeit aus einer massenhaften Informationsflut, die auch noch jeden Tag für jeden so massiv zugänglich ist. Informationen oder Desinformationen, die häufig als Teil einer bestimmten Politik und Propaganda eingesetzt werden, etwa von Russland und China, was das Gefühl, dass wir in sehr chaotischen Zeiten leben, zusätzlich verstärkt.

Vielleicht ist es auch die menschliche Natur, ein Teil in uns will immer Ordnung und Ruhe. Der legendäre Satz “früher war es besser”, obwohl meist unwahr, tut auch etwas. Der größte Erfolg des Populismus beruht darauf, wir machen es so, wie es früher war, wir machen Amerika (… – schreiben Sie hier anderes Land oder was immer Sie wollen) wieder großartig, zurück in die Zukunft, aber in dem Wunsch in die Vergangenheit.

Hier die schlechte Nachricht: Die Vergangenheit ist vorbei, wie sie immer war. Es mag sein, dass Marx sagte: “Geschichte wiederholt sich”, fügte aber gleich hinzu “als Farce”. So weit so gut, Putin ist nicht Stalin, Erdogan ist nicht Sultan, Trump ist Vergangenheit. Auch die Vergangenheit ist Vergangenheit, wird nicht wiederkommen, auf keinen Fall, egal welche Zaubersprüche wir verwenden wollen. Was bleibt, ist das Hier und Jetzt; übrigens war es immer das Hier und Jetzt, aber es beeinflusst natürlich das, was kommen wird.

Und was das sein wird, weiß niemand… Einschließlich der besten Analysten für die mögliche Weltentwicklung.

Also, welchen Weg soll man gehen, Planet Erde? Aus der Sicht des Planeten selbst ist die Antwort auch einfach: Geh weg, Mensch, ich werde ohne dich besser zurechtkommen. Bei unserem Tempo, die Natur zu zerstören, Ressourcen zu verbrauchen, müssen wir uns über unsere eigene Zukunft nicht allzu viele Gedanken machen, wir haben einfach keine. Laut dem Portal nature.com: “Wir stellen fest, dass sich die Erde genau am Übergangspunkt befindet; im Jahr 2020 (± 6) wird die anthropogene (vom Menschen gemachte) Masse, die sich in letzter Zeit etwa alle 20 Jahre verdoppelt hat, die gesamte globale lebende Biomasse übertreffen”. Dies geschieht nicht nur, weil wir so viele Dinge produzieren, sondern auch, weil wir der Erde ständig etwas wegnehmen, die Wälder, Grünflächen, Wasser usw.

Das ist der wichtigste Punkt, unsere Umgangsweise mit der Natur, den wir ändern müssen, wenn wir weiter von der Zukunft der menschlichen Zivilisation träumen wollen. Daran führt kein Weg vorbei. Nachdem das erledigt ist, könnten wir darüber nachdenken, wie es weitergeht…

Tolle Nachrichten wiederum für alle, die eine gewisse Bi-Polarität vermissen, wie es sie in der guten alten Zeit gab. West – Ost, also die Guten gegen die Bösen, Demokratie (oh, wie stolz wir darauf sind) gegen Kommunismus, Yin und Yang. Die Welt arbeitet an der Wiederherstellung. Dazu sind nur zwei Faktoren notwendig (es lebe der Dualismus!!!) Erstens muss China noch seine Position stärken und behaupten (sehr gut möglich), zweitens müssen sich die USA als Weltmacht behaupten (ungewiss). Dadurch könnte das Weltbild wieder so einfach werden.

Aber es gibt immer ein “aber”. Heute können wir leider überhaupt nicht sicher sein, dass die Demokratie (oh ja, wir sind so stolz auf sie!!) weiter bestehen wird. “Die Demokratie ist die schlechteste Regierungsform, abgesehen von allen anderen”, sagte Churchill einmal. Ich stimme zu, vielleicht ist es nicht die beste Form, die wir haben, aber ich sehe keine bessere. Das Hauptproblem ist jedoch, dass die Demokratie, wie alles andere auf der Welt, ein Prozess ist. Die Prozesse haben das an sich, dass sie eine gewisse Reife hervorbringen, mit der Zeit, die sie verbrauchen. Nennen wir das einen Erfahrungsfaktor. Daraus lässt sich zum Beispiel leicht ableiten, dass manche Länder und deren Bürger absolut keine Erfahrung in Sachen Demokratie haben, wie zum Beispiel China. In der Tat, Russland auch, das was sie haben, ist eine Demokratie-Täuschung. Über die meisten Länder in der islamischen Kultur brauche ich gar nicht zu sprechen.

Insofern wäre es vielleicht besser, nicht so arrogant zu sein (Yeah!! Die Demokratie ist die beste, wir sind so stolz darauf!!) und ständig zu versuchen unseren Lebensstil anderen aufzudrängen, sondern sich auf das zu konzentrieren, was wir bereits erreicht haben, und nach den neuesten Erfahrungen aus Europa (in Ungarn und Polen), oder, was besonders schockierend ist, in den USA, müssen wir die Demokratie erstmal auf eigenem Terrain verteidigen können.

Übrigens, die letzte Wahl in den USA hat uns gezeigt, wie ernst die Lage ist. 74 Millionen haben für Trump gestimmt, und er hat Recht, wenn er sagt, dass kein ansässiger Präsident jemals so viele Stimmen erhalten hat. Aber Biden hat 81 Millionen Stimmen bekommen, und das gibt etwas Hoffnung, trotze ich nicht ganz überzeugend. Also ist das vielleicht gar nicht so schlecht, wenn es um die Demokratie geht. In den USA.

Hier muss ich jedoch eine Bemerkung machen, die viel mit dem ernannten Erfahrungsfaktor (der Demokratie) zu tun hat. Mit dem polnischen Verfassungsgericht (ein Äquivalent zum Supreme Court in den USA), und sehr wahrscheinlich mit einigen Gerichten in Polen, wäre Trump mit seinen Klagen erfolgreich gewesen, und längst für die zweite Amtszeit bestätigt. Wären die USA doch nur Polen, was für ein Pech für den Mann. Oder Ungarn, oder Russland, oder China (hm, dann hätte er gar keine Wahlen gebraucht, was für ein Traum…), oder, oder, oder….

Es mag sein, dass es nicht wirklich der Triumph der Demokratie selbst war, sondern des Rechtssystems, wie einer meiner Freunde bemerkte. Aber es zeigte die Reife Amerikas, OK, 232 Jahre für den Reifeprozess, das ist eine ganze Menge. Es war sehr sichtbar, wie wichtig diese Dreiteilung der Macht ist, als Grundpfeiler des demokratischen Systems. Die Unabhängigkeit der Legislative, der Exekutive und der Judikative, das ist zwar nicht die Demokratie selbst, aber ohne das kennen wir sie vergessen. Deshalb war der letzte ausgearbeitete Kompromiss der EU mit Polen und Ungarn (Haushalt der EU), über den Herr Soros so wütend war, sehr umstritten, weil Herr Kaczyński und Herr Orbán sehr stark gerade an einem Abbau dieser Unabhängigkeit arbeiten.

In welche Richtung sollte es also gehen? Welche Richtung könnte es in ein paar Jahren werden? Es ist in der Tat sehr schwierig geworden, letzteres zu beantworten, aber lassen Sie es uns versuchen…

Lassen wir mal das Offensichtliche weg, wie den Klimawandel und unseren Umgang mit der Natur. Diesen Punkt, wie gesagt, müssen wir ohnehin überwinden, wenn wir eine Zukunft haben wollen.

Reden wir über die wichtigsten Dinge, die unsere Welt beeinflussen, Politik und Finanzen, sorry, falsche Reihenfolge, Finanzen und Politik, sorry, sind Politiker noch wichtig? Könnten wir nicht schon von einer post-politischen Welt sprechen? Ist es schon so weit? Finanzwelt also…

Im Grunde sind sich alle Ökonomen in einem Punkt einig, es gibt keine unsichtbare Hand des Marktes, aber die Politiker scheinen anderer Meinung zu sein. Sie geben alle Instrumente aus der Hand, im vollen Vertrauen darauf, dass der Markt das schon regeln wird. Der Staat zieht sich aus allen Posten zurück, eine Tendenz, die in unserer kapitalistischen Welt schon sehr lange vorherrscht. Gesundheitssysteme, Kommunikationssysteme, die Post, die Eisenbahn, die Autobahn, die Banken, alles wird privatisiert. Das Bildungssystem bleibt teilweise noch in staatlicher Hand, aber wer wählen kann, weil er genug Geld hat, schickt seine Kinder lieber auf Privatschulen. Kein Wunder, denn die Qualität der öffentlichen Schulen lässt leider sehr zu wünschen übrig.

Wenn alle Ihre Instrumente weg sind, welche Rolle spielt dann noch die Politik? Deshalb frage ich, ob wir nicht schon in einer post-politischen Welt leben? Ist es nicht so, dass in Wirklichkeit ein sehr großer Teil der “politischen” Entscheidungen von der Finanz- und Wirtschaftswelt getroffen wird, dank des Lobby-Systems? Sind die Politiker nicht längst zu Marionetten der Konzernwelt mutiert, die nur noch ständig ein Mantra “wir müssen wachsen” von sich geben können? Übrigens gibt es in der Natur nichts, was unendlich wächst… Oder doch? Ich weiß, mit der Natur hat das nichts zu tun, aber zum Beispiel wie wäre es mit Geld?

Ich habe irgendwo gehört, dass ein Ökonom ironisch sagte, er verstehe das Gejammer der Politiker über die Staatsverschuldung nicht, druckt einfach mehr Geld, riet er, wem schadet schon…

Das trifft die Sache auf den Punkt. Das Geld ist längst abgekoppelt vom Gold, von jeglichen natürlichen Ressourcen, schlimmer noch, heutzutage auch von den Produkten der Unternehmen. Das Geld selbst ist zu einem Produkt geworden, und gleichzeitig zu einem Mittel, um noch mehr Geld zu machen. Wir müssen doch wachsen, dass wir im Grunde nur eine riesige Blase produzieren, und die Staatsverschuldung der Welt nach und nach einem gigantischen schwarzen Loch ähnelt, fällt uns irgendwie nicht auf. Ein gefährliches Spiel, die Blasen können recht laut platzen, und aus dem schwarzen Loch kann nichts entkommen, nicht einmal Licht. Ohne Licht keine Hoffnung, sagt man…

Dieses Spiel ist möglich geworden, weil die Politiker nichts dagegen unternommen haben.

Also in welche Richtung? Es wird Zeit, dass die Komödie ein Ende hat. Wenn wir eigentlich keine Politiker mehr brauchen, weil in Wirklichkeit die meisten Entscheidungen von der Finanzwelt abhängen, sollten vielleicht die Konzerne und Korporationen offiziell die Weltführung übernehmen. Das ist eine Möglichkeit (die im Grunde bereits stattgefunden hat), und wir können uns in die Richtung bewegen, die Isaac Asimov schon vor langer Zeit in einigen seiner Bücher beschrieben hat.

Ob das eine gute Idee wäre, daran habe ich meine Zweifel. So müssten die Konzerne auch Verantwortung für die Bürger übernehmen. Wären die dazu bereit? Meine Zweifel sind berechtigt; außerdem ist es ja so bequem, in einer Art “Muppet-Show” zu sein, dank der Politiker als Marionetten, bei denen man alle Fäden ziehen kann. Wenn etwas schief geht, ist es nur die Puppe, die kaputt geht, wir können sie immer einfach austauschen.

Die Zukunft, ungewiss wie nie zuvor…. Ja, die gute alte Zeiten, Yin und Yang, Kapitalismus vs. Kommunismus. Einen Moment, stopp, war es nicht Demokratie und Kommunismus? Nochmal stopp, ist China nicht ein kommunistisches Land? Was geht hier vor? Ist China nicht eine Diktatur, mit Konzentrationslagern, was für jede Diktatur ganz normal ist, man muss die störenden Elemente irgendwie beseitigen. Es ist auch von wirtschaftlichem Interesse, die Gefangenen können die Waren produzieren, die man gut verkaufen kann, ohne dass die Arbeiter bezahlt werden müssen. Was für ein Geschäftsmodell, sollten wir nicht etwas von China lernen? Ja, China hat eine Zukunft, zumal die Worte Demokratie und Kapitalismus, die einst als untrennbar galten, nicht mehr zusammengehören.

Wahrscheinlich braucht die Demokratie immer noch den Kapitalismus, aber der heutige Kapitalismus braucht nicht unbedingt die Demokratie. Der Kapitalismus ist sogar viel besser dran ohne sie, er hat sich befreit, das Geld kann ja wachsen. Wir bauen eine neue Autofabrik (Volkswagen) in China, mitten in all diesen Konzentrationslagern, wo die Chinesen die Uiguren “überarbeiten”, kein Problem.

Derselbe Autokonzern, dem die Politik auch so gerne hilft (wir sind so stolz auf unseren Volkswagen!!). Dieselben Politiker, die so gerne von Menschenrechten und Menschenwürde reden. Vielleicht sollte sich die Politik einmal überlegen, ob es nicht genau diese Dysfunktion zwischen dem Gesagten und den Taten war, die den Populisten aller Couleur (leider auch den Dunkelbraunen) in der Welt der Politik gerade weit die Türen geöffnet hat? Einer der Gründe dafür war es sicherlich.

Dass die Populisten die Probleme dieser Welt nicht lösen werden oder gar nicht lösen wollen, sondern sehr wohl die Demokratie untergraben können, ist ganz offensichtlich. Es reicht, wenn man sich Trumps Amerika ansieht. Aber wir sollten nicht Ursache mit Wirkung verwechseln. Nicht Trump ist die Ursache. Die Ursache liegt gerade im befreiten Kapitalismus, in Verbindung mit der Doppelmoral der Politiker, die auch ganz gerne die Rolle einer Marionette der Wirtschaft spielen. Eine der Ursachen mindestens.

Ich weiß nicht, ob sich Herr Schröder, der Ex-Kanzler der Bundesrepublik Deutschland, des Schadens bewusst ist, den er dem Image der Politik in der Bevölkerung zugefügt hat, als er Mitglied des Aufsichtsrates von Gazprom wurde, einer seltsamen russischen Mischform aus einem Staats- und Privatunternehmen. Auch dem Image seiner eigenen sozialdemokratischen Partei (SPD) hat es sicher nicht geholfen. Er könnte genauso gut zu sagen, dass er froh ist, eine neue AfD (populistische Partei Alternative für Deutschland) am Firmament der deutschen Politik zu begrüßen. Vielleicht noch hinzufügen, dass er sie als eine Bereicherung der Politik ansieht, mit den besten Wünschen und so weiter, sein Freund Putin wird sich um den Rest kümmern (was auch Putin seinerseits, vielleicht nur etwas versteckt, getan hat). Ist Russland nicht doch so “lumpenreine” Demokratie (in der Tat hat Schröder so etwas über Putin selber gesagt)? Der lumpenreine Demokrat Putin, unterstützt andere lumpenreine Demokraten, wie z.B. die nationalistische und leicht faschistische Marie Le Pen in Frankreich.

Ex-Kanzler Schröder als Liftboy in dem Aufzug des Populismus in die Politik. Ein guter Witz.

Aber vielleicht sollten wir uns nicht so sehr um den möglichen Untergang der Demokratie sorgen, es gibt immer Alternativen, zum Beispiel das chinesische Modell. Dort herrscht Frieden und Ruhe (nachdem alle störenden Elemente entfernt wurden). Gewisse wirtschaftliche Vorteile sind offensichtlich, die störenden Elemente werden auch effektiv für die allgemeine Gesellschaft genutzt, zum Nutzen aller. Wir könnten auch das großartige Sozialpunktesystem einführen, zum Nutzen aller. Wenn Sie sich um Ihre Großeltern kümmern, 100+ Punkte, Blut spenden 100+ Punkte, den Armen helfen 100+ Punkte, die Regierung kritisieren 1000- Punkte, die Tatsache erwähnen, dass es Konzentrationslager gibt 100000- Punkte extra, gefolgt von einem Jobangebot im Lager selbst (auf 0 EURO Basis, dafür aber unbefristet).

Das ist auch ein möglicher Weg, der Kapitalismus hätte nichts dagegen, wir haben die freie Wahl (noch, wie lange?) Niemand muss George Orwell lesen, außerdem wäre es nicht mehr möglich, das Buch kommt sowieso auf die schwarze Liste. Sollen wir?

POST SCRIPTUM

Für alle, die von meinem Problem wussten, mit dem kaputten Computer, ist das Hauptproblem gelöst. Dank der Spenden konnte ich einen gebrauchten Mac Pro in gutem Zustand kaufen. Nochmals vielen Dank für alle, die mir geholfen haben, meine Musik zu retten.

Ich werde immer noch etwa 2000 Euro brauchen, um meinen Computer weiter zu verbessern, damit ich schneller an der Musik selbst arbeiten kann. Aber mein Hauptwerkzeug habe ich wieder.

Ich habe eine Menge neuer künstlerischer Ideen, ich werde aber auch gerne von Zeit zu Zeit einen neuen Artikel schreiben. Was Sie heute gelesen haben, das waren zwei Tage intensiver Arbeit, ich könnte sagen, es waren sehr arbeitsreiche Weihnachten.

Sie können hier gerne meine Musik hören, außerdem möchte ich Sie einladen, mein Konzept des Kontextualismus in der Kunst zu lesen, ein Weg, den ich als Künstler gerade eingeschlagen habe und gerne weiter entwickeln möchte.

Wenn Ihnen mein Artikel gefallen hat, oder wenn Sie denken, dass meine Musik es wert ist, sie zu unterstützen (oder beides), können Sie dies jederzeit über meinen PayPalMe-Link tun. Das Teilen dieses Artikels hilft mir auch sehr, so kann ich immer neue Zuhörer für meine Musik, aber auch neue Leser finden.

Mit besten Wünschen für das neue Jahr 2021, das hoffentlich besser wird als das letzte.

LinkedIn (nur für die, die linkedIn-Konto haben)

Grudniowe wiersze

Mieczysław Węglewicz

Prośba

Jak się z lasem spotkałem blisko
oko w oko
to ukłoniłem się nisko
i poprosiłem: Wasza Wysokość
Drogi przyjacielu Lesie,
i Ty Modrzewiu
co się mienisz
złotem
Jest już wrzesień
i na jesień
wszyscy mamy ochotę
Taką złotą
Dlatego Lesie spraw jesień
Niech brzozom
ozłoci ręce
Niech dęby zaczerwieni więcej
Niech zrzuci miedziane kasztany
bo w kasztanach jest co drugi
zakochany
tak się błyszczą
jak klejnoty
w słońcu
potem Lesie możesz jesień
zakończyć…

choć ona
jeszcze sama
nim zakończy ten melodramat
liście ma zrzucić brzozom
i słotą nas długo nudzić
aż chłodną dłoń poda
mrozom
i odejść i kiedyś wrócić

24.11.2020

Życie

Życie
tańcem na linie
ufasz jej,
sercem
płacisz
póki liny
nie zginiesz
nie ufasz
serce tracisz

Grudniowy poranek, cichy jak noc betlejemska… Warszawa.
Sobotni poranek 5 grudnia. Wracałem autem po nocnym dyżurze. Na moście było zupełnie pusto, mogłem bardzo zwolnić i robić zdjęcia…

jeszcze śpisz Warszawo
świt, sobota rano
dumnie napiętym
mostem świętokrzyskim
jadę do domu
wracam już po wszystkim
w dali Dobra, Solec
garść świateł miasta
pstryk
wszystkie zielone
i słońce na moście
czy można witać serdeczniej i prościej

I ciąg dalszy, nadesłany kilka dni później:

Grudniowa piosenka

śpij Warszawo
rano, w sobotę
noc minęła i jest
po wszystkim
czas już mostem
do domu
z powrotem
a most jest Świętokrzyski

wracam…
w dali
garść świateł
ulic Dobrej
i Solec
a zielono
jak latem
bo
wszystkie
światła
zielone

na moście
słońce
tańczy
jak dziewczyna
w różowej sukience
benzyna
ma zapach
choinek
słońce
smak pomarańczy

życzenia wigilijne 2020

Nie zabieraj…
do domu słów
z ulicy Żelaznej
Są ładniejsze
takimi mów
piękne i ważne
błyskawicy nie!
i oczom zimnym
Życiu tak!
Nie zabieraj
niewinnym
Nie zabieraj…
z ulicy słów
są ładniejsze
takimi mów
weź do domu wiersze
i warzywa
słońce
w kwiatach
z ogródka
A ludzi ludźmi
nazywaj
przecież zasługują

24.12.2020

Obudziłem się ze świadomością albo nawet wiadomością, że dziś 16 grudnia 2020 roku, 50 rocznica masakry robotników Wybrzeża. Byłem 16-latkiem w ogólniaku. Słuchałem o Wybrzeżu w ,,Wolnej Europie”. Płakałem, chciałem tam jechać. Ale była blokada komunikacyjna. Minęło 50 lat… Pamięć trwa.

Polski sen grudniowy

Kiedy przychodzi
bury grudzień
Drzewa są czarne
jakby wyschły
Chmury stalowe
i mrok dżdżysty
i mgły w portowej śpią
dzielnicy
Po bruku idą robotnicy
na ustach krzyk
butami w bruk
i
huk wystrzałów
I wszystko w ciszy
Bruk ulic staje się czerwony
i wszystko w ciszy
i obraz znika powoli
i tylko bruk jeszcze czerwony
od świateł reklam Coca Coli
i wszystko w ciszy

29.12.2018

Ulica Sienkiewicza

Pędził skądś wiatr szalony
przez szyny przez perony
za stacją
za kinem Promień
pod kotłem
dmuchnął
w płomień
parowóz
nabrał pary
do wagonów buraki
w kasztanowe konary
gwizdnął głośno na szpaki
buchnął, gwizdnął i dmuchnął
i chęć poczuł do jazdy
posypały się iskry
jak rubiny, jak gwiazdy
Sunął
po wąskich szynach
a tu nagle dziewczyna
za dziewczyną
tuż tuż
anioł stróż
z halabardą
skrzyżowały się drogi
tu dziewczyna tam nogi
Szła po szynach jak anioł
a Anioł? czy
szedł za nią?
potem była jak z wosku
blada i zjawiskowa
płakała za nią w kiosku
dobra pani Myszkowa
patrzyły na nią drzewa
przez nitki
babiego lata
Anioł Stróż przestał śpiewać
i także się rozpłakał

Kobiety, książki, koty, kalendarze, kubki, kwiaty i…

test na koronę, czyli o tegorocznych prezentach

Ale zacznijmy od muzyki, bo kiedy wracałam po Wigilii do domu usłyszałam w samochodzie wspaniałą muzykę świąteczną, którą Konrad (oczywiście) od razu znalazł w sieci…

Gangstas Paradise (a Christmas Carol)

A słuchając tej fantastycznej muzyki w wykonaniu zespołu Furnace and the Fundamentals, obejrzyjcie proszę moje prezenty, bo wszystko, co lubię i co jest dla mnie ważne, się w nich splata i przeplata.

Zaczęło jeszcze przed Wigilią. Poszliśmy z Tiborem Jagielskim na jeden z cmentarzy przy Bergmannstraße, “odwiedzić” Janka Abstawskiego. Janek był grafikiem, malarzem i poetą. Urodził się w roku 1945 w Łodzi, od roku 1981 mieszkał w Berlinie, umarł 16 lat temu. Został pochowany chyba anonimowo, bo znaleźliśmy kiedyś informacje, gdzie jest jego miejsce pochówku, ale nigdzie nie ma tabliczki z nazwiskiem. Tym niemniej odwiedzamy go z Tiborem raz na jakiś czas, bo przecież nie chodzi o to, gdzie dokładnie jest grób. Siadamy sobie na ławce w pobliżu i pijemy herbatę, którą Tibor przynosi w termosie. Ten cmentarny świerk to moja jedyna tegoroczna choinka.

Tibor był pierwszą osobą, która podarowała mi prezent na tegoroczne święta. Papuzie tulipany i książkę o Loli Montez, kobiecie, dla której król Ludwik Bawarski najpierw stracił głowę, potem koronę, a wreszcie – życie.

Potem przyszła paczka od Magdy Parys, a w niej cała Trylogia Berlińska.

W międzyczasie mnóstwo ludzi przysłało mi pocztówki, niekiedy własnoręcznie malowane, we własnoręcznie ozdobionych kopertach, niekiedy z własnoręcznie zrobionymi prezentami w środku (a ja podła – nikomu nic).

Moja siostra przysłała mi książkę o kotach, kolejną już, tym razem z opowiadaniami Stefana Chwina, Olgi Drendy, Piotra Siemiona, Małgorzaty Rejmer, Piotra Pazińskiego i Pawła Sołtysa. Z niesamowitymi ilustracjami Gosi Herby. Czy mi się wydaje, czy koty stały się w ostatnim czasie znacznie ważniejsze niż psy?

W paczce od siostry była też pocztówka świąteczna wg projektu naszej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, z 1971 roku. Sprzed 50 lat.

Następny był Konrad. Podarował mi książkę a jakże – o kotach (bohaterskich) i dwie doniczki orchidei. Książka jest wyzwaniem, bo jest po francusku.

I to wciąż jeszcze nie była Wigilia.

W Wigilię rano przyszła paczka od nie wiadomo kogo. W paczce była gra.

Joasia dostarczyła mi od swojej Mamy testy na Covida. Czyli mogliśmy się przetestować i pójść na Wigilię. Potem okazało się, że było nas pięć osób dorosłych i jedno dziecko, wszyscy dorośli się przetestowali. I wszyscy mieliśmy wynik negatywny. Takie to są te nasze negatywne pozytywy w czasach korony.

A potem doszły jeszcze kolejne książki, dwa niebieskie kubki (jeden z kotami), trzy kalendarze (dwa z kotami) i dwie książki. Obie napisane przez kobiety, jedna na pewno o kobietach, druga niemal na pewno również. Na jednym kubku i na jednej książce lecą żurawie. Większość przedmiotów jest niebieska.

Książki będę czytała po kolei, aż po mniej więcej pół roku będę mogła donieść wszem i wobec, że przeczytałam wszystko, co dostałam na święta. Co roku tak jest. I co roku wszystko czytam.

Dziękuję wszystkim za kartki i prezenty, za życzenia, dziękuję tym co piszą książki, za to, że je piszą, i dziękuję świętom za to, że są.

Wesołych świąt Wam wszystkim, czy Wam napisałam, odpisałam, zapisałam, czy nie. Przepraszam, że w sprawie życzeń świątecznych byliście znacznie lepsi ode mnie. Dziękuję!

Odcinek 4

Ale zanim przejdziemy do historii chłopaczka w podziemiach zielonogórskich, to jednak przypomnijmy – dziś święta, a więc kochani WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! FROHE WEIHNACHTEN! MERRY CHRISTMAS! BUON NATALE! GOD JUL! FELIZ NAVIDAD! JOYEUX NOËL! I piękna ilustracja z księgi godzinek z 1450 roku, i piękne nawiązanie do mojego wpisu o tym, kto i kiedy malował kobiety czytające książkę lub, jak tu, Księgę. Maria czyta Torę, Józef lula dzieciątko. Mocny obraz, który można (będzie) obejrzeć (po lockdownie) w Muzeum w Cambridge.

MARIA CHE STUDIA. GIUSEPPE CHE CULLA.
Una incredibile icona della natività.
È una miniatura in tempera e oro da un Libro d’Ore composto a Besançon, in Francia, nel 1450.
Ora si trova nel Fitzwilliam Museum di Cambridge.
Maria studia la Torah, mentre Giuseppe tiene tra le braccia il bambino.
Una radicale uscita dagli schemi che genera tutt’ altro che tensione! Qui c’è il respiro lieto della serenità che proviene anche dal bue e dall’asinello curiosi…

A teraz już ad rem:

Mieczysław Bonisławski

– No, sąsiedzi, jak smakuje, to komu smakuje – ja proponuję – na drugą nóżkę…!
Posmakowali znowu. Tym razem było słychać tylko cmoknięcia i odgłos głośnego przełykania. Przepędzone kilka razy domowej roboty wino, czyli de facto własny winiak, dodatkowo wzmocniony spirytusem, naprawdę wszystkim dogodził.

Tak się kończył poprzedni odcinek, opisujący małą popijawę w piwnicy.

– A czy ktoś z państwa, miał może okazję przejechać się przez Westerplatte? Chodzi mi o taki niedawny przejazd, tak w ostatnim czasie – profesor zwrócił się do pozostałych.
Przez chwilę przytakiwali po kolei.
– Tam już otwarto ten dom towarowy. Wiem, bo syn pytał nas o stoisko z modelami kolejek.
– Czy chodzi wam, drodzy ludzie, o „Centrum”?
– Tak, o tym rozmawialiśmy z synem.
– E, to już kochany dobre trzy miesiące będzie, jak w marcu otwierali.
– I jak to byście państwo ocenili?
– Panowie sąsiedzi i sąsiadka, wyższa klasa. Kupiłam wagony jak w Warszawie albo w NRD.
Identiko, światowa rzecz…
– Dużym miastem zapachniało, oj dużym i ja to widzę i czuję.
– Chcieliśmy czegoś takiego w Zielonej Górze, spróbowaliśmy i mamy, sąsiady.
– Proszę państwa, nie narzekajmy tak. Wszakże nie tak dawno towarzysz Mamak zbudował ten wiadukt nad torami. To dla takiego miasta jak Zielona Góra doniosła inwestycja!
– Potwierdzam, Sulechowską teraz jadę, niczym w jakiejś światowej metropolii.
– Zechciej jeszcze sąsiad, próbować dużego świata, idąc na striptiz do „Topazu”. Też mamy.
– Drodzy państwo, zapominajmy o tym, że wśród nas są damy! – zaoponował profesor.
– A niech że! Tu tylko identiko przeprosić teraz panie… – szarmancko skłonił się elektryk.
– Ha, ha, ha! – zaśmiała się pielęgniarka – A słyszało się, słyszało, to i owo. Ach, wy, mężczyźni… Ale i ja coś dodam, od mojego męża. Czy wiecie, że mamy w Zielonej Górze również pisarza. Zbigniew Ryndak, słyszeliście państwo o jego nowej powieści?
– Co prawda, to prawda, ale wygodniej mi się teraz będzie jeździć, wygodniej. Mówię wam!
– Co to nasze wozy się tam przed szlabanem przy „Lumelu” naczekały!
– A jak dodamy jeszcze dwupasmową Wojska Polskiego, proszę państwa? Też z wiaduktem kolejowym. Zauważcie państwo, to już drugi nowy wiadukt w tak krótkim czasie!
– Chcemy tego czy nie, całe miasto się zmienia. Łatwiej i szybciej teraz się będzie jeździło, a to niezwykle ważne. Bo popróbujcie, sąsiady przejechać z jednego końca miasta na drugi. Zobaczycie wtedy jak ta Zielona Góra się nam rozrosła. Przed wojną… Jeszcze niedawno…
– A propos Ryndaka, to ta powieść ma już kilka lat. Nie jest więc już taka nowa – profesor zwrócił się, ponad męskim tematem motoryzacyjno-komunikacyjnym, ku kobietom – Bodaj sześć lat temu ją wydano? A sam Ryndak dostał za nią nawet nagrodę Piętaka.
– Mąż mi mówił, że w tym roku przygotowują dla niego Lubuską Nagrodę Kulturalną – zadowolona z zainteresowania, jakie wywołała, tym że może jednak na coś się przydać, pielęgniarka na powrót odstawiła kobiałkę. – To jest dobry przykład dla naszych dzieci!
– Ciekawość, ile taka nagroda, od tego tam Piętka, ile to ona wynosi w pieniądzu…? – nagle zainteresował się literaturą elektryk.
– Szacuje się ją na dwadzieścia tysięcy. Jak widać, do Nobla sporo brakuje, to nie jest jeszcze taki światowy poziom – uśmiechnął się profesor, ale zaraz dodał – Jednak to nie pieniądze są ważne. O poziomie nagrody świadczy to, kogo do tej pory nią nagradzano. I tu Zielona Góra, rzeczywiście, osiągnęła poziom krajowy. Przed Ryndakiem w gronie laureatów, wprawdzie w kategorii poezji, byli i Nowak, i Harasymowicz, Stachura. Jednak i w kategorii powieści nagradzano doniosłe nazwiska – Newerly, Redliński…
– Nijakiego z takich kawałków nie znam, identiko… – pokręcił głową zdegustowany elektryk – Co to za ludzie?
– Nagrodę przyznaje Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i Związek Młodzieży Wiejskiej, głównie początkującym pisarzom… – zaczął profesor, ale wszedł mu w słowo milicjant:
– To co, polewamy, polewamy jeszcze po jednemu! A ty, sąsiad, ja pytam, co czytałeś ostatnio, książkę telefoniczną? – roześmiał się, biorąc szklanki od buchaltera i strażnika.
Ten ostatni skorzystał szybko z okazji, że na moment znalazł się pośrodku grupy, na widoku wszystkich.
– Oprócz pisarzy, mamy i mnóstwo łobuzów, drodzy panowie. I tu też dorównujemy wielkim miastom, bo łobuzeria u nas niemal jak w Warszawie czy Katowicach.
– I można się rozpędzić, rozpędzić, prosta, szeroka ulica – zachwalał milicjant nową Wojska Polskiego, jakby ignorując kwestię wielkomiejskiego chuligaństwa. – A jak widzę pod nowym wiaduktem ten panoramiczny prześwit! No i bezpiecznie, bezpiecznie jest niczym na pasie startowym na lotnisku. Co ja się namęczyłem przy tym starym mosteczku na Krakusa…
– Tam całe niebezpieczeństwo przeniosło się teraz obok. Na ten stary przejazd przez Krośnieńską. Obok Świętej Trójcy – niespodziewanie wtrąciła konduktorka. – Co też nasi kierowcy musieli się tam z nagła nahamować…
– Ruch na Krośnieńskiej, mimo oddania tej Wojska Polskiego, jest, rzeczywiście jest jeszcze nadal spory. Z kolei tymi torami, tak jeżdżą, bo jeżdżą, niby tylko towarowe do browaru, czy „wełny”, a nie ma tygodnia byśmy my w tym miejscu nie wlepili mandatu – podjął milicjant. – Kierowcy wymuszają pierwszeństwo, wymuszają, pod sam parowóz by wjechali…!
– Właśnie o tym mówię, drogi człowieku – nie poddawał się strażnik. – Są łobuzy na tych torach i łobuzy kierowcy, i łobuzy w autobusach. Co na gapę by jeździli. A wszystko to pewnie ci sami gówniarze… Bo mandaty to mało. Do więzienia ich! I zamykasz takich na Łużyckiej i już zamiast chuligaństwa, budują grzecznie, od szóstej do czternastej, nowe bloki.

– To nie jest właściwe podejście do zagadnienia, szanowny panie! – obruszył się profesor.
Strażnik spojrzał pogardliwie na adwersarza. Pospiesznie szykował w myślach jakąś szorstką ripostę. Ale nie zdążył…
– Dobrze sąsiady, ja chcę powolutku wracać do roboty – energicznie podniósł się z krzesełka buchalter. – Jak profesor chce jutro gdzieś pojechać, to ja muszę spróbować wziąć ten gaźnik.
Wprawdzie musztardówki pokazały dno dopiero po raz trzeci, co tylko nieznacznie wpłynęło na wnętrze gąsiora, gospodarz zaczął zwijać wężyk. Było to jaskrawe pogwałcenie obowiązującej w bloku zasady, według której, ostatnia musztardówka to była ta, po której w baniaku pokazywało się dno, niezależnie od tego ilu sąsiadów i w jakim stanie, dotrwało do tego momentu. Szok i niedowierzanie! Mimo poczucia bezgłębnej krzywdy i rozczarowania, chcąc nie chcąc wszyscy wstali na ten zew ze swoich miejsc.

Strażnik manewrował tak, aby cały czas być blisko przy profesorze. Gdy znaleźli się już na zewnątrz, zanim jeszcze doszli do samochodu, zaatakował go przy ławce:
– Zdecydowanie już czas zlikwidować tę łobuzerię, panie profesorze. Bo oni najpierw sobie pomyślą, że można jeździć dla zabawy tymi pociągami towarowymi po zielonogórskich bocznicach. A potem będzie im tego za mało – i zaczną jeździć na gapę autobusami!
– Do czego pan zmierza? – spokojnie, ściszając głos, ukłuł go Profesor, siadając na ławce.
Strażnik nie poszedł za tym przykładem, za to jeszcze bardziej podniósł głos:
– Do czego oni zmierzają, panie profesorze! I czym, to co oni zrobią, się skończy!?

Dopiero teraz profesor zauważył syna, Piotra. Siedział razem z koleżanką z klasy na ławce tuż obok. To była Beata Dunaj. I Beata, i Piotrek byli wyraźnie zaintrygowani rozmową, prowadzoną w tak niecodzienny, jak na profesora, sposób. Ten nie zareagował na obecność syna.
– Zechce pan usiąść – spokojnie poprosił byłego strażnika, który spojrzał wprawdzie zdziwiony, ale odruchowo przysiadł obok Profesora.

Piotrek z Beatą pozostali na swojej ławce, przysuwając się tylko najbliżej jak było można, tak aby nie uronić ani słowa.

– Znakiem tego, szanowny pan uważa, że należy zaczynać od najsurowszych restrykcji? Od tych najbardziej represyjnych?
– Czy pan profesor chciałby inaczej? To jest niemożliwe. Czy może mamy ich jeszcze zachęcać? I pochwalać za pomysł?
– Rutynowo w takich sytuacjach stosuje się jedną, podstawową zasadę – nie uruchomiamy mechanizmu obronnego, zanim nie zdiagnozujemy dogłębnie przyczyny zagrożenia.
– Czy to my powinniśmy się bronić? My przed łobuzami, panie profesorze? To tak, jakby przyjąć, że ustępujemy pola. Nie, panie profesorze, bo ich trzeba wyplenić! A przy okazji można im i dokopać.
– Tutaj mowa jest o mechanizmie obronnym, jako o zjawisku reakcji społecznej. Społeczeństwo, organizm złożony, ale odrębny jako całość, musi wdrożyć proces obrony swoich składowych jednostek przed skutkami łobuzerii. W tym celu, aby ją wyplenić jako zjawisko w skali makro, a nie działanie pojedynczego chuligana.
Strażnik zrozumiał z tego tylko tyle, że wygenerował myśl dość ograniczoną a specyficzną – „właśnie w tej chwili profesor zapętlił się, wszedł w zastawioną przez siebie samego pułapkę.” Wycedził zatem z nie ukrywając satysfakcji:
– Czyli obaj chcemy to wypleniać, pan profesor się ze mną zgadza. Ale ja chcę to wypalać gorącym żelazem. Bo inaczej spodoba się to innym. Tym, co jeszcze nie są łobuzami!
– Nie zohydzimy potencjalnym naśladowcom owocu, jeżeli go zakażemy. Zakazany owoc zawsze kusi najbardziej i zawsze znajdzie tych, którzy w końcu zaczną po niego sięgać.
– To bardzo ciekawe. I jaki, pan profesor, znajdzie na to sposób?
– Człowiekowi łatwiej jest uwierzyć w to, że jest zły, jeżeli mu to wszyscy bez przerwy powtarzają. Trudniej natomiast uwierzyć w siebie. Gdy tymczasem nikt nie jest zły sam z siebie, natomiast w każdym z nas tkwi pozytywny potencjał.
– Panie profesorze, to jest prosta historia. A to, co pan profesor mówi jest bardzo zawiłe. Kto łobuzuje, ten jest po prostu łobuzem. I trzeba go karać.
– W ten sposób łatwo zrobić z takiego ukaranego łobuza męczennika. A męczeństwo prosi się o wyznawców. Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, czym to się kończy, szanowny panie?
– Ja tego nie rozumiem. A czym się skończy?
– Jeszcze większym gronem sfanatyzowanych naśladowców. I to będzie znacznie gorsze.
– Ja tego nie rozumiem. A czemu to będzie gorsze? – strażnik powoli rozwlekał słowa.
– Ponieważ ten nasz, pierwotny łobuz, czerpał przyjemność tylko z samego czynu. A wyznawcy męczeństwa, zrobią z tego czynu ideologię, religię, rytuał. Jak długo łobuz będzie czepiał się wagonów, zanim mu się to nie znudzi? Jak pan myśli?
– Ja tego nie wiem. Czy on będzie czepiać się rok, pół roku?
– Niestety, ja też nie mogę tego wiedzieć, ale raczej krótko. Łobuz realizuje się poprzez bezwartościowe, puste czyny, a te szybko przestają być atrakcyjne. Tymczasem heroizm męczeństwa, rytuały są bardzo trwałe, o ile tylko padną na podatny grunt…
Od dłuższej chwili tej rozmowie przysłuchiwali się nie tylko Piotrek i Beata z czwartej „c”, ale i milicjant. Obok niego stanął też buchalter, dzierżący w dłoni gaźnik.
– Zatem chodziło by, chodziło o to, aby rozgraniczyć osobę przestępstwa od samego czynu przestępczego? I ja wtedy zohydzę społeczeństwu treść tego czynu, bo ograniczę do minimum ocenę samego przestępcy?
– Dostrzegam w tej wypowiedzi efekt niedawno wprowadzonych w milicji zajęć z psychologii i socjologii. Tak, to prawda, zemsta na sprawcy nic państwu nie przynosi, grozi natomiast pobudzeniem naśladowców. Nie przestępstwa. Przestępcy – męczennika i idola. A wtedy trudno o skuteczną reakcję. Jak metodycznie, odpowiednio szybko wykreować, pozostającą pod kontrolą, kulturową niechęć tłumu do kogoś, komu jest nie po drodze z władzą? A przecież my, jako państwo, mamy metody o wymaganej skuteczności i przewidywalnej skali w stosowaniu wobec czynów, które uważamy za społecznie szkodliwe i niepożądane.
– Co sąsiad konkretnie chciałby zaproponować? – nie wytrzymał zawsze praktyczny w działaniu buchalter. – Spróbowałby sąsiad, nie karać tych gapowiczów w ogóle?
– Drogi człowieku, a to będzie już zupełnie nie do przyjęcia! – warknął strażnik.
– Ja bym pokazał, tak, pokazałbym publicznie skutki wieszania się na tych wagonach, pokazałbym kaleki z obciętymi rękami i nogami – podpowiedział milicjant.
Profesor uśmiechnął się tylko.
– Nie, proszę państwa, nie. Nie tędy droga.
– Trzeba im wytłumaczyć, tym chłopcom. Ale co? – dał się słyszeć dziewczęcy głosik.
Wszyscy spojrzeli zaskoczeni na Beatę Dunaj. Ale jakoś nikt nie zaoponował przeciwko obecności dzieciaka w tej, bądź co bądź, wychowawczej dyskusji. Gromadka zamarła, w oczekiwaniu, że profesor objawi im teraz niezwykłą prawdę.
– Należy pójść w takich oto dwóch kierunkach. Po pierwsze, potencjalnym naśladowcom i reszcie społeczeństwa trzeba pokazać nie negatywne skutki szkodliwego czynu, ale pozytywne aspekty życia każdego zainteresowanego człowieka, będące następstwem braku takich czynów.
Badania pokazują, że lepsze efekty uzyskuje się nie epatując złem, chorobą, kalectwem, biedą, ale podsuwając wyobraźni dobro, zdrowie, bogactwo, które są w zasięgu ręki. Bodźce pozytywne, zamiast negatywnych. Popychajmy ludzi ku temu co mogą zyskać, zamiast powstrzymywać ich przed tym, co może im przynieść stratę.
– Profesorze, tu chodzi, mi chodzi, nam, o konkrety.
– I druga droga, to praca z samym sprawcą. Nie karać, bo to albo go złamie, albo wywoła bunt, poczucie niesprawiedliwości, która go spotkała. Jednostka złamana moralnie lub oblężona w poczuciu doznanej krzywdy, przestaje być kreatywna, staje się balastem dla społeczeństwa. Sprawca musi ewentualną karę zrozumieć, pogodzić się tak z jej nieuchronnością, jak i sensem. Nie mówiąc już o tym, że czasem najlepszy skutek odnosi zaniechanie kary…
– Tu profesorze, tego do końca nawet ja nie rozumiem, nie rozumiem! – żachnął się milicjant.
– Należy zacząć od tego, co pcha sprawcę do niepożądanych czynów? To są najczęściej jakieś jego osobiste, indywidualne deficyty. Czegoś mu brakuje, jakichś dóbr, albo relacji społecznych, zwykle akceptacji otoczenia, właściwych ról, które ma potrzebę pełnić…
– Sąsiad chciałby spróbować poznać, dlaczego on to robi, a potem starać się likwidować te przyczyny? – zaryzykował zniecierpliwiony buchalter.
– To by było za mało. Trzeba poznać te przyczyny, a nimi są po prostu jakieś braki, a następnie odnaleźć, dopasować im ich odpowiedniki po stronie posiadania. Jeżeli ktoś się czuje opuszczony, samotny, to przeciwieństwem tego stanu jest ktoś, kto stanowi duszę towarzystwa, jest ciągle w centrum uwagi, ma wokół siebie oddanych przyjaciół.
– I wtedy należy mu to dać? – spytała trzeźwo, dorośle, Beata Dunaj.
– Najlepiej byłoby tak właśnie zrobić. Często jednak jest to niemożliwe. Z różnych zresztą względów, nawet z powodu buntu pokrzywdzonych ludzi. Wtedy taką wartością posiadania może okazać się odstąpienie od wymierzenia zasądzonej kary.
– Ale ten chłopak musi to najpierw zrozumieć – parła dalej dziewczynka.
– Tak, oczywiście. Ten imperatyw stanowi warunek podstawowy zagadnienia.
– A kto ma mu to powiedzieć…?

czwartek, godz. 11:10

Kobieta spogląda natarczywie na mężczyznę. Z jej twarzy epatuje nie wypowiadane, acz oczywiste dla nich obojga pytanie. Mężczyzna nie każe jej długo czekać. Zaspokaja jej ciekawość.

– I odpowiedź na to pytanie przyszła wtedy, na tamtej przerwie.
Tak? W jakiż to sposób?

– Beata, idziemy namoczyć gąbkę.
– Chłopaki, kto pierwszy przy…
– Ćwiczysz dzisiaj? Nie? To pożycz mi…

Zatem wiesz, że masz na to niemal połowę przerwy. Chłopaki wybiegli na dwór, bo „kto pierwszy…”, a te dyżurne wrócą z ubikacji dopiero jak się nagadają. Rozumiesz? Całą lekcję siedziały z daleka od siebie, jedna w ławce w pierwszym rzędzie, druga – w trzecim…
Zwieszasz głowę. Udajesz, że czegoś jeszcze szukasz w tornistrze. Niepotrzebnie, prawie nikt nie zwraca na ciebie uwagi, nie zamierza wyganiać cię z klasy na korytarz. Prawie nikt.
Niepotrzebnie, gdybyś podniósł głowę, zobaczyłbyś, że Beata Dunaj, nie pobiegła, jak to miała w zwyczaju, z gąbką do umywalki. Zatrzymała się przy ławce Piotrka Pasternaka i coś tam się namawiają. Skoro ty nie patrzysz na nich, oni spoglądają ukradkiem na ciebie.
Zaczynasz się denerwować. Przecież nie możesz całą przerwę grzebać za czymś w swoim tornistrze. Niech oni już wyjdą! Wreszcie. Wychodzą, gdy ty tymczasem chowasz głowę jeszcze bardziej. Niepotrzebnie, bo nie widzisz, gdzie oni patrzą i jak patrzą. Jak się skradają rozemocjonowani, zamiast wyjść normalnie z klasy. Nie potrafią ukryć czegoś, co ich przed tą przerwą połączyło, ale ich też nikt nie obserwuje. Choć tego nie wiedzą, nie muszą się kryć ze swoimi zamiarami, ale się kryją. Nie wiedząc, że absolutnie im to nie wychodzi.

W końcu wydaje ci się, że jesteś w klasie już sam. Zostawiasz tornister szeroko otwarty, tak aby można było do niego szybko i łatwo ładować. Podbiegasz do ostatnich ławek, ale mimo tego, że Kapała i Szczepański pozostawili JE zupełnie na widoku, ogarnia cię jakiś paraliż. Po prostu boisz się wyciągnąć rękę, położyć dłoń na ich ławce.
„Nie, ich nie. Takie brzydkie.”
Czujesz, jak wielką przyjemność ci sprawia to tak łatwo znalezione usprawiedliwienie, składane przed samym sobą, przed ucieleśnioną ideą, przygodą, sacrum któremu się oddajesz.
Do tej ławki przed ławką Kapały i Szczepańskiego też nie sięgasz.
„Eee, takie już mam, kilka takich, z zeszłego tygodnia. Nie może być tak, że się powtarzają, że będzie mnóstwo takich samych… Od dzisiaj tylko nowe, nie powtarzające się rodzaje.”
I w ten sposób masz z głowy tych czterech największych klasowych rozbójników, łobuzów, którzy jak cię złapią, jak odkryją to co robisz i że właśnie IM zabrałeś, nie będą zastanawiać się ani chwili, tylko od razu ci wleją, pobiją cię.

Mariusz Sieja, o ten ma coś innego. Łaps do ręki. Z wielką satysfakcją. To on wymyśla ci coraz to nowe przezwiska i puszcza, tak skutecznie je puszcza w obieg. Pojedyncze słowa, a nawet krótkie powiedzonka, „przywołania”, coraz bardziej przykre, coraz większy sprawiające ból. Czemu tak mu się one udają, co w nich takiego śmiesznego, że wszyscy je z takim entuzjazmem podłapują i tak ich chętnie i bez przerwy używają?

Kolejne ławki. Nawet nie kojarzysz, kto w nich siedzi. Widzisz tylko te małe przedmioty, których szukasz, które są celem twojej kolejnej wyprawy po skarb. Widzisz kolory i kształty. Porównujesz z obrazami, które zakodowały ci się głęboko w głowie. Nie musisz specjalnie myśleć, długo zastanawiać się, niemal odruchowo oceniasz i robisz to co trzeba – jesteś tego pewien – dobrze, niedobrze. Dokładnie, bez pomyłki. Czerwony z zielonym, cały pomarańczowy, skala od błękitu do granatowego: już mam – jeszcze nie mam. Obrazki, napisy, konkretne, wymyślne kształty albo zwyczajna bezkształtna bryła, niczego nie imitująca – brać, czy zostawić? Działasz bez zbędnej straty czasu, bez namysłu, ale z pewnością dobrego, nieomylnego wyboru.

Stop! Tu siedzi ta szuja Kotlarski. Poprzednio najdłużej, najgłośniej ze wszystkich przeżywał stratę. Niczego go życie nie nauczyło, znowu przyniósł coś wyjątkowego. Cóż to za oryginalny pomysł: wewnątrz przezroczystego korpusu w kształcie rurki pływa mały okręcik. Podnosisz obsadką do góry – spływa w dół. Obracasz do góry nogami – stateczek wraca ku obsadce. Łaps. Niechby Kotlarski znowu rozpaczał tak jak ostatnio. Albo jeszcze bardziej.
Piórnik na ławce Beaty Dunaj. Łaps.
Rzeczy Arlety Gratyniuk. Łaps.
Krzesło Kamy Graczyk. Nagłe ukłucie. Czujesz jak cieknie ci pot. Zrobiło się gorąco? Usiadłbyś tu koło niej i tak siedział na wszystkich lekcjach, w każdej szkole świata, po kres tego świata. Gdyby to tylko było możliwe, żeby pozwoliła choćby do siebie podejść, zbliżyć się do ławek z dziewczynami, odsunąć krzesło obok niej, zanurzyć się w dziewczyńskie klimaty, panoszące się w jej włosach, w jej swetrze. Otwierasz JEJ piórnik, ale wszystko, co w nim widzisz, wydaje się zbyt małe, nie oddające całej Kamy, choćby cząstki dziewczynki.
Otwierałeś dzisiaj, podczas tej przerwy, tydzień temu, trzy tygodnie już tyle tornistrów, teczek, toreb. Rozpinałeś tyle piórników, zaglądałeś pod tyle zeszytów lub w ich głąb. To istota tych wypraw po trofea, podstawowa technika poszukiwania i zaboru – idziesz wzdłuż rzędu ławek i otwierasz, zaglądasz, przesuwasz, szperasz. I łaps.

Siateczka z przyborami i rzeczami Kamy Graczyk. Siadasz na jej krześle, choć nigdy tak nie działasz, nie siadasz w ławce, bo to niebezpieczne. Możesz nie zdążyć wstać, uskoczyć, jak ktoś niespodziewanie wejdzie do klasy. Ale na krześle Kamy Graczyk siadasz. Jej siateczkę układasz sobie na kolanach. Zanurzasz w niej dłonie. Lecz co to? Co się dzieje? Wyczuwasz jakby jakiś zapach. Czyżby jedenastoletnia dziewczynka z czwartej klasy mogła… pachnieć?
Matka się perfumuje, ciotki też. Kuzynka Elka z Kołobrzegu, jak raz szła z chłopakiem wieczorem na plażę, siedziała w łazience półtorej godziny. Gdy przeszła przez drzwi wychodzące na kuchnię, akurat wszyscy siedzieli przy stole, dorośli popijali bimber wujka Edka i dopingowali ciotkę, która smażyła świeże ryby, prosto od rybaka. Jak Elka otworzyła drzwi od łazienki, od razu sypnęły się żarciki i docinki na temat pindrzenia się i „pachniołkowania”, i tych chłopaków, którzy na nią czekają przy plaży. Ale kuzynka Elka była dorosła, miała osiemnaście lat i kończyła zawodówkę…
Czy dziewczynka w czwartej klasie też może pachnieć? Wszystko wskazuje na to, że Kama ma swój zapach. Niezwykle przyjemny. Nic wokół nie pachnie, a przecież z każdej strony są miejsca jej koleżanek z klasy. Ale one nie pachną, wyczuwasz tylko ją, Kamę Graczyk.
Na blacie ławki leży JEJ zeszyt. Coś cię pcha do tego, aby go otworzyć. A w środku jest… JEJ pismo…
Z siateczki Kamili wyciągasz jakąś książkę. Otwierasz na chybił trafił i… widzisz na marginesach, obok wydrukowanego tekstu bazgrołki uczynione JEJ ręką… Dotykasz tego miejsca. Czyżby było jakieś cieplejsze, czyżbyś wyczuwał miły dotyk ciepłych wilgotnych palców małej dziewczynki…?

Wtem otwierają się drzwi od klasy.
Podrywasz głowę. Zanim zrozumiesz co się dzieje, do klasy wchodzą Beata Dunaj a za nią Piotrek Pasternak. Zamykają drzwi na klucz. Od środka.
Zanim podejdą do ciebie, zdążysz jeszcze wyskoczyć z ławki Kamili, ale spadają ci ukradzione długopisy i głośno toczą się po podłodze.
– Nie chowaj ich, wiemy o wszystkim – łagodnie odzywa się do ciebie Beata.
– Nie uciekaj, nie uciekniesz od prawdy – wyraża jakąś głębszą myśl młody Pasternak.
Zapada głupia cisza. Głupia, bo tobie jest głupio, a tamci stoją z głupimi minami. Ty spuszczasz głowę i nie wiesz jak się bronić, jak zaprzeczać, a tamtym brakuje pomysłu na to, co dalej?
Zaczyna Piotrek:
– Nikt inny nie wie, tylko my dwoje. Obserwujemy cię już od dawna. Ze dwa miesiące.
– Czemu to robisz? – w pytaniu dziewczynki kryje się jakiś żal, ale taki wynikający ze współczucia, a nie kierowania się doznaną (przecież) krzywdą.
– Ja nic nie robię! Czego chcecie! – obierasz postawę obrony przez atak. Odruchowo najłatwiej ci jest wszystkiemu zaprzeczyć. Tylko odruchowo, bo fakty są przecież tak widoczne i oczywiste.
– I po co kłamiesz…? – Beata próbuje swoją łagodnością naprowadzić cię na drogę porozumienia z nimi.
Piotr pokazuje, że myśli jak chłopak:
– Nie kłam. Odkryliśmy to, że podkradasz nam wszystkim długopisy. Nie chcemy o tym nikomu mówić. Musisz tylko powiedzieć, dlaczego to robisz, a potem oddasz je wszystkie nam.
– My je rozdamy chłopcom i dziewczętom. Powiemy, że je znaleźliśmy w skrytce pod schodami przy pakamerze woźnego – snuje plan ratunkowy Beatka. – Od strony podwórka, tak że mógł je tam ukryć każdy. A zatem nikt.
– A potem razem, w trójkę zastanowimy się co zrobić, abyś już nie kradł?
– Nie zostawimy cię tak, samego, z tym co zrobiłeś przeciwko całej klasie, przeciwko nam wszystkim.
– Pomożemy i tobie, i reszcie klasy, i będzie spokój.
– I zgoda między nami.
– Nie powiecie?
– Nie powiemy.
– Ale ja nic nie zrobiłem! Nic nie rozumiecie, nic nie wiecie, jesteście po prostu wstrętni. Wymyślacie na mnie, tak jak Mariusz…!
Sam nie wiesz skąd masz w sobie tyle energii, aby doskoczyć do Piotra, odepchnąć go, porwać po drodze swój tornister, dopaść drzwi, otworzyć je z klucza i wybiec przed siebie.

Potem nie będziesz nawet pamiętać nic z tego, jak i którędy wybiegasz ze szkoły. Jak przez mgłę będziesz kojarzyć tylko to, że klęczysz w gorącym słońcu przy schodach prowadzących do pakamery woźnego, o których mówiła Beata. Chyba zastanawiasz się, czy nie wysypać tam z tornistra ukradzionych przed chwilą długopisów? Tamci na pewno cię zaraz, na lekcji oskarżą. Nauczycielka polskiego zrobi ci rewizję, ale w tornistrze nic nie będzie. Piotrek albo Beata, powiedzą o skrytce pod schodami, wszyscy do niej pójdą i znajdą długopisy. Ale ty przecież masz inną skrytkę, zupełnie gdzie indziej. Powiesz prawdę, że nigdy nic pod schodami nie chowałeś… I nauczycielka polskiego uwierzy ci i zakończy sprawę, a tamci wyjdą na kłamców, którzy się ciebie tylko czepiają…

I nagle uświadamiasz sobie, że po lekcji polskiego jest przecież w-f. Pasternak ma poważanie u klasowych łobuzów, chociaż sam nie należy do ich paczki, wręcz stroni od nich. A jednak poważają go, to co robi i jak coś powie. Namówi ich, aby zmusili cię w szatni do przyznania się. A szatnia przy sali gimnastycznej to już jest inny świat, ich świat. Tu nie ma już szkoły. Tu wyśmieją głupotę polonistki, a uniewinnienie z jej strony nic nie znaczy. Pobiją cię, zrobią ci krzywdę, abyś tylko powiedział to, co chcą usłyszeć. Bo Pasternakowi uwierzą całkowicie. Bo oni po prostu potrzebują kogoś, aby go zbić za te ich długopisy, które im poznikały.
Oblatuje cię strach. Fizyczny strach przed tym pobiciem.
Hej ty! Do ciebie mówię. Rozejrzyj się, gdzie jesteś? Tak, z powrotem tutaj, w mroku budowy. Czyż to nie twój azyl na kupie żółtego, leżącego pod sklepieniem z betonu piasku? Grota demiurga, na środku tajemniczego podziemnego jeziora, gdzie czeka na ciebie druga część odpowiedzi, o której opowiadał, tam na ławce, profesor Pasternak, tata Piotrka?

Piosenki i wiersze na grudzień

Piosenkę Ralpha Kaminskiego wybrali na dziś Konrad i Ewa Maria, wiersze nadesłały Ewa Karbowska – jej tegoroczny wiersz napisany w rocznicę wydarzeń grudniowych 1970 roku i Anna Dobrzyńska – wiersz anonimowy pt. Wigilia w stepie

Ralph Kaminski


Ewa Karbowska

KOLĘDA? – CO I BEZ ŚWIĄT?

– wszystkim dzielnym – a i Grażynce – Grażyna Orlińska
– zwłaszcza
/Jej w rewanżu za KOLĘDĘ BEZDOMNĄ/

kolęda – bez wiary?
dla młodszych, dla starych
co dłużej wytrzymać nie chcieli
*
chwycili transparent
by dzielić się darem
z rąk do rąk, bez kłamstw, po kolei
*
kolęda niedoli
na więcej pozwolić
nie mogła i umieć nie chciała
*
i solo i w tłumie
próbując zrozumieć
szła naprzód, choć trochę się bała
*
kolęda serdeczna
choć pozaświąteczna
znaczona protestu piorunem
*
szarpiąca za serca
na z gniewu kobiercach
na tego co przeciągnął strunę
*
kolęda ulicy
z nią znak błyskawicy
z modlitwą o godność w miłości
*
kolęda nadziei
że coś da się skleić
ulepszyć, dogadać, uprościć…
*
na płatach opłatka
gdzie córka i matka
szukają dla siebie ratunku
*
Bóg oczy odwraca?
ma wybór, czy kaca?
zostaje na posterunku?
*
wie, jeśli się nie da, to wojna i bieda
kryjąca ból
w lochach podziemi
*
w stajence? – jak Chrystus?
intencji, łez czystość
Królowie? – Ci Trzej? – jakby niemi…

17.12.2020

***


Jan Malczewski, Wigilia zesłańców

Wigilia w stepie

na melodię pieśni „Moja matko, ja wiem…”
śpiewanej przez Bernarda Ładysza
https://www.youtube.com/watch?v=e2yvjatUjpY

Dziki wiatr, dziki step, mroźna noc, w sercu trwoga.
Mróz w ziemiance, a śmierć kosi swój żniwny łan.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.

Tam daleko ten dom, gdzie opłatkiem się dzielą,
Gdzie wieczerza na stole i świerk pachnie w krąg.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.

Panno Święta, ja wiem, żeś Ty była uboga,
Że Król Herod Dzieciątko zatracić Twe chciał,
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!