Angela Merkel beschäftigt mich immer noch. Ich nahm mir ein Interview vor, das Günter Gaus mit ihr 1991 geführt hat. Da war sie noch Helmut Kohls ‚Mädchen‘. Dieses ‚Mädchen’ hat ihm später die Stirn geboten und aus dem Amt gejagt. Nach den Regierungsjahren mit Kanzler Schröder, ist Angela Merkel an ihren männlichen Konkurrenten vorbei ins Kanzleramt gezogen und hat dort 16 Jahre lang residiert. Sie wurde immer wieder im Amt bestätigt. Schon bemerkenswert! Ihr Mienenspiel ist interessant und manchmal interessanter als das, was sie sagt. Anbei eine kleine Auswahl.
Angela und die starken Männern / Merkel – Trump; Kanada G7 Gipfel / Von oben nach unten / Wenn Blicke töten könnten
Angela Merkel war eine Ossifrau im höchsten Regierungsamt. Man könnte meinen, die Ex-DDRler hätte das mit Stolz erfüllen können. Mitnichten! Die wählen lieber die AFD, wenn sie ‚konservativ‘ wählen wollen. Da steht die SPD inzwischen besser da. Nun ist ihre Zeit vorbei, mal sehen wie unsere nächste Regierung sein wird!?!
Wspomniany w poprzednim wpisie, w związku z incydentem obuwniczym, Nikita Chruszczow wiódł życie pełne stressów. Między innymi z powodu Polaków, którzy wymyślili sobie, że po śmierci Stalina musi zapanować nad Wisłą polityczna odwilż. Kiedy 5 marca 1953 roku zmarł dyktator, na Kremlu rozgorzała walka o schedę po nim; początkowo przejął ją szef NKWD Ławrientij Beria (odpowiedzialny m.in. za zbrodnię katyńską), który miał w projekcie liberalizację polityki gospodarczej oraz działania na rzecz międzynarodowego odprężenia. Pretendowali do niej również Chruszczow, Malenkow i Mołotow. Zawiązali więc spisek, Beria stracił władzę i stanął przed plutonem egzekucyjnym, za szpiegostwo na rzecz Zachodu.
Nowe kierownictwo podjęło temat krytyki kultu jednostki i Stalina. W miejsce jednowładztwa wprowadziło zasadę kolektywnego kierownictwa i takich także zmian zaczęto wymagać w państwach satelickich ZSRR. Przełomem był wygłoszony przez Nikitę Chruszczowa w dniach 24-25 lutego 1956 r. tajny referat O kulcie jednostki i jego następstwach. Gensek odczytał go na forum XX Zjazdu KPZR, przedstawiając Stalina jako zbrodniarza i winowajcę odpowiedzialnego za politykę terroru.
Nikita Chruszczow
Kilkanaście dni później, 12 marca, zmarł w Moskwie I sekretarz KC PZPR, Bolesław Bierut, co oznaczało, że w Polsce wkrótce także rozpocznie się walka o przejęcie steru rządów, ale o tym za chwilę.
Tajność, rzecz umowna. Jeszcze w marcu z treścią referatu zapoznali się polscy aparatczycy, później dotarł on do społeczeństwa, osłabiając jego strach przed władzą. Skoro bowiem partia sama przyznawała się do swoich „błędów i wypaczeń“, to można było z nią walczyć – o polityczne i gospodarcze reformy systemu, bo na zmianę ustroju było jeszcze za wcześnie. 28 czerwca miał miejsce pierwszy generalny strajk w PRL. Na ulice Poznania wyszli pracownicy największej miejscowej fabryki – Zakładów Przemysłu Metalowego imienia H. Cegielskiego, niezadowoleni z niskich płac, zawyżonych norm i nadmiernego opodatkowania. Na transparentach widniały wymowne hasła, takie jak „Chcemy chleba“. Do protestujących zaczęli dołączać pracownicy innych zakładów oraz ludzie z ulicy. Według niektórych danych manifestacja zgromadziła około 100 tysięcy demonstrantów, którzy poszli do centrum miasta.
Krew się polała, kiedy z gmachu Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego padły pierwsze strzały, a później, gdy przeciw demonstrującym skierowano wojsko z czołgami i pojazdami opancerzonymi. Oficjalne dane na temat ofiar tej tragedii nie są spójne, oficjalnie przyjmuje się, że życie straciło od 67 do 75 strajkujących, a około 450-800 osób odniosło rany. Nieoficjalnie ocenia się, że te liczby są znacznie wyższe. Sytuacja w mieście uspokoiła się dopiero 30 czerwca, ale wówczas zaczęły się masowe aresztowania demonstrantów. Wielu z nich w politycznych procesach zostało skazanych na kary wieloletniego więzienia. Ówczesny premier Józef Cyrankiewicz winą za poznańskie powstanie obarczył „agentów imperializmu” i w radiu cynicznie powiedział:
każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie.
Brzmiało groźnie i ponuro, ale elitom władzy nie zależało na powtórce poznańskiego scenariusza w innych ośrodkach kraju. Zdając sobie sprawę ze społecznych napięć, do jakich doprowadził stalinizm, gospodarka planowa i kolektywizacja, władze gorączkowo szukały wyjścia z pogarszającej się sytuacji, a konkretnie człowieka, który umiałby nad nią zapanować. W PZPR rywalizowały ze sobą dwie frakcje – konserwatywna natolińczyków i proreformatorska puławian. W pałacyku rządowym w Natolinie bywali ludzie związani z ambasadą sowiecką, w jednym z gmachów przy ulicy Puławskiej w Warszawie obradowali natomiast ich przeciwnicy, stąd te nazwy. Jedynym kandydatem na stanowisko I sekretarza, możliwym do zaakceptowania przez obydwie zwalczające się frakcje, był Władysław Gomułka, były pierwszy odsunięty od władzy i więziony za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.
We wspomnieniach Nikity Chruszczowa, który osobiście lubił Gomułkę, znajduje się fragment jego rozmowy z Bierutem, przeprowadzonej pod koniec września 1954 r. Sowiecki przywódca zapytał, dlaczego Gomułka jest pod kluczem. „Jeżeli się głębiej zastanowić – z rozbrajającą szczerością odpowiedział Bierut – to i sam nie wiem, za co siedzi”. Wniosek genseka był prosty: „Jeżeli uważacie, że sami tego nie wiecie, to uwolnijcie go”. W tej sytuacji podjęcie formalnej decyzji uwolnienia byłego sekretarza generalnego PPR było już tylko kwestią czasu.
Władysław Gomułka
Kiedy jednak 15 października 1956 r. Biuro Polityczne KC PZPR, obradujące z Gomułką, zdecydowało, że za cztery dni odbędzie się Plenum, mające wybrać nowe władze partyjne, bez Konstantego Rokossowskiego – marszałka Polski i ZSRR, sympatia Chruszczowa dla Gomułki została poddana prawdziwie ogniowej próbie. Do tej pory ważne decyzje polityczne nad Wisłą konsultowano z Moskwą, o tej najnowszej Chruszczow dowiedział się z radiowego Głosu Ameryki, a więc miał prawo czuć się urażony. W tej sytuacji najpierw wydał stosowne polecenia marszałkowi Rokossowskiemu, a później na czele kilkuosobowej delegacji udał się do Warszawy.
Generałowie Rokossowski, Żukow i Koniew
Dziś mija 65 lat od tamtych wydarzeń. W nocy z 18 na 19 października 1956 r. oddziały Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, które opuściły swoje garnizony na Dolnym Śląsku i Pomorzu, rozpoczęły marsz w kierunku Warszawy. Kolumny piechoty zmotoryzowanej i czołgów Ludowego Wojska Polskiego z jednostek w Legionowie, Kazuniu i Modlinie, pod dowództwem oficerów radzieckich, miały je wesprzeć, ale po kilkunastu kilometrach przerwały marsz. Rozkaz Rokossowskiego wykonał natomiast gen. Zygmunt Huszcza. W tej sytuacji niedawny więzień polityczny, a teraz dowódca wojsk obrony wewnętrznej, generał Wacław Komar oraz generał Włodzimierz Muś, dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, postawili jednostki KBW w stan pogotowia, zarządzili obsadzenie strategicznych obiektów w mieście i patrolowanie ulic. W zakładach pracy zaczęły powstawać grupy samoobrony, a KBW wydała im broń, aby bronili stolicy przed puczystami.
Kiedy na sali plenarnej pojawiła się niezaproszona delegacja radziecka, wybrzmiały pretensje gości, co do składu przyszłej polskiej władzy i nieufności Gomułki wobec niektórych zaufanych i sprawdzonych w przyjaźni polsko-radzieckiej towarzyszy, m.in. Rokossowskiego. Uznano, iż to karygodne, że podejmuje ważne decyzje polityczne bez uzgodnienia z Kremlem i że wywrotowa rozgłośnia radiowa jest lepiej poinformowana. „Ten numer wam się nie uda, jesteśmy gotowi do aktywnej interwencji” – pieklił się Chruszczow, ale po wielogodzinnych, trudnych rozmowach, dał za wygraną. Podobno przekonała go informacja, iż nowa władza ma masowe poparcie wśród warszawskich robotników oraz że są oni gotowi to zademonstrować.
O korzyściach tej wygranej, czyli o tym co ważnego dała nam październikowa odwilż, będzie za tydzień.
Widzę w lustrze spirytualną niebieską barwę swego odbicia. Stoję w zewnętrznym kręgu słonecznej żółci. Kręgi rzucają cień na niebieski diadem w kształcie motyla, który otacza mi głowę. Jakaś plama wzbija się ponad. Czuję się rozżarzonym jądrem. Kolory ocierają się o siebie. Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice myślenia, tam gdzie kończą i załamują fale. Staję się wolną od myślenia przestrzenią i z ssącym wirowaniem czuję, że jestem tylko świetlną mgiełką. Mam wrażenie zamknięcia w wieczności, a jakieś wiry wsysają tę mgłę. Miriady mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku. Ból. Aby go uśmierzyć pomyślałam o Bogu i skupiłam się na diademie motyla. Wtedy ognista materia zamieniła się w jezioro błyszczącej magmy i rozlała po całym lustrze. Nie chciałam oślepnąć od światła. Oddychałam. Wprowadziłam do umysłu kalkulacje. Mój ciężko dyszący mózg zaczął lodowacieć, a ja zrozumiałam bez zdziwienia i wątpliwości, że jestem z kimś połączona, że nie jestem materią w postaci zmęczonego człowieka. Jestem przestrzenią w przestrzeni. Myślenie jest przestrzenią, a przestrzeń jest myślą. W moim myśleniu zaczęło coś żarzyć, a pod wpływem ciepła tego żaru ponownie poczułam ból i wydawało się, że zaczynam ślepnąć, bo nie widziałam już lustra z taką wyrazistością jak poprzednio. Strach. Nagle ujrzałam w sposób materialny zamiast diademu motyla mój własny mózg i wtedy nad ramą lustra spojrzało na mnie duże czerwone oko.
I znów jestem na jawie, z powrotem we własnej cielesnej powłoce. Nie mam diademu motyla na głowie, a światło lampki się żarzy. Czy żyję naprawdę? – oto moje pierwsze pytanie, które mi nie wystarcza. Może sen to powołanie do życia w materii, do życia przez kilkanaście godzin, by potem znów przenieść się w sen, co też jawą w innym wymiarze. A może co dzień rano wpadam do materii jak kamyk do rzeki? A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś dawno zmarłego, który wrzawą dnia puka do mojego mózgu: żyjesz?
Poszukiwanie
Od dawna, choć nie pamiętam od kiedy, stanęłam na drodze poszukiwania czegoś, czego nie mogłam zdefiniować. Ta tęsknota nie była niczym określona ani z niczym zidentyfikowana. Szukałam czegoś nieuchwytnego, nienazwanego. Wiem, że szukałam NOWEGO, jakiegoś EDENU. Dziś wiem, że to było pragnienie PRZEBUDZENIA. Trwał ten stan lat „dzieści” lat, właściwie od momentu śmierci mojej mamy. Od tego czasu miewam dziwne sny, które skierowały mnie na duchowa ścieżkę. Zaczęłam odkrywać samą siebie i ten wewnętrzny świat, który istnieje, ten Spirytus Mundi. Zaczęłam być bardziej świadoma treści przekazywanych z tej innej rzeczywistości, czyli własnego ducha. Ten świat jest tak samo realny jak nasz materialny. Podążanie tą ścieżką teraz kojarzę z intuicyjnym podążaniem za wolnością, za miłością, za boską miłością. Nie jestem bez wad, bo początek zawsze jest trudny, ale nie zbaczając z raz obranej ścieżki, wiem, że osiągnę sukces i nie będzie to sukces z tego świata. To co robię i jak obecnie żyję, to staranie się o pozytywne myślenie, to nie tylko moja zasługa, ale całego ludzkiego kolektywu. Potrzebne było tylko zrozumienie tego procesu, który ogarnia całą Ziemię za pomocą boskiej energii. Bez emocjonalnych składników tego procesu nie da się przeprowadzić oczyszczania. Odbieram coś na wzór ewolucji ludzkości, która powoli następuje i ważne są tu nasze myśli i pragnienia. Obecnie ludzie są zdominowani przez EGO, karmią się nienawiścią i zazdrością, ale jak w piosence Czesława Niemena wiem, że „ludzi dobrej woli jest więcej” i to oni będą przewodnikami na drodze ODNOWY rasy ludzkiej. My sami musimy zrozumieć, że MY, to nie MY i że nie pochodzimy z tego świata. Tak powiedział Jezus – „Mój dom nie jest z tego świata”. Więc KIM JESTEŚMY? Te pytania powinnyśmy zadawać sobie na tyle często, by uzmysłowić sobie, że życie nie jest wieczne, że kiedyś każdy z nas wróci do DOMU, z którego przybył tu na wakacje, może do szkoły, a może za karę, by ją odbyć na tej karnej kolonii?
Es ist ein von meinen Lieblings-Jahrestagen: 101. Jahrestag des Entstehens / Konzipierens / Zusammenklebens von Großberlin. Das Ungetüm ist am 1. Oktober 1920 ins Leben gerufen werden. So ein Frankenstein, zusammengeklebt aus 8 Städte, 59 Dorfgemeinden und 27 Guts. Immer benutzte ich das Entstehens des Grossstadt Berlin als Erklärung, weshalb es in Berlin 270Friedhöfe gibt, ich glaube, es sind mehr als in jeder anderen Großstadt der Welt. Jetzt sehe ich, dass auch marode Schulen und chaotische Wahlumstände auf dieses Ereignis zurück zu führen sind. Sehr interessant.
Zur Wahl gehen in Berlin, das war für viele Berliner*innen kürzlich ein Erlebnis ganz besonderer Art. Ich ging zu einem Wahllokal, in dem ich zuvor noch nie gewählt hatte. Nach über einer halben Stunde Warten in der Schlange kam ich in ein Winzzimmer mit zwei Kabinen. So etwas hatte ich zuvor noch nie erlebt. Wie ich hinterher erfuhr, kam ich damit noch ziemlich glimpflich davon. Eine Freundin wartete in einem Wahllokal in der Nähe 1,5 Stunden darauf, ihre diversen Stimmen abzugeben. Insgesamt herrschte das wahre Chaos in ganz Berlin.
In der SÜDDEUTSCHEN ZEITUNG gibt es dazu einen ausführlichen Kommentar, siehe beigefügter PDF. Vorab ein kleiner Auszug, der mir gefallen hat, weil in ihm Berliner Schulen als „einstürzende Schulbauten“ beschrieben werden. Nur allzu wahr, wie ich aus eigener Anschauung bestätigen kann.
…Vor mehr als 100 Jahren entstand Groß-Berlin als Zusammenschluss von vielen selbstbewussten Orten, die einander eher skeptisch beäugten. Das hatte die Folge, dass man in Berlin bis heute meh- rere Städte zum Preis von einer bekommt, je nachdem, ob man in Köpenick, Wedding, Spandau, Pankow oder Kreuzberg unterwegs ist. Aber es hat zusammen mit vielen historischen Brüchen auch dazu geführt, dass sich viele Bezirke, der Senat und die Berliner Landesregierung die Verantwortung teilen. Eine Schule zum Beispiel: Für das, was drinnen passiert, die Lerninhalte, ist der Berliner Senat zuständig, für das, was drumherum passiert, der jeweilige Bezirk. Wenn dann die Gebäude, die in Berlin gerne “einstürzende Schulbauten” genannt werden, saniert werden sollen, sind zwölf Bezirke, drei Senatsverwaltungen und vier kommunale Schulsanierungs-GmbHs am Werk, die sich ungern dreinreden lassen. Man muss nicht Franz Kafka heißen, um sich vorzustellen, wie gut ein solcher Apparat vorankommt…
Die malerischen Landschaften mit abwechselnd gepflanzten Schirmpinien und Zypressen avancierten zu kitschigen Vorstellungen von der Toskana; man findet sie auf Postkarten, Gemälden, Tischdecken, Fresken auch auf T-Shirts. Sie sind auch wunderschön und eigen, nirgendwo sonst findet man diese Anordnung. Das Schwere, Monumentale einer Schirmpinie wird von der Schlankheit und Eleganz der Zypresse ausgewogen, ausbalanciert, es entsteht ein harmonisches Zusammenspiel; dieser Ausgleich, der in der toskanischen Landschaft immer anzutreffen ist, verleiht ihr die Harmonie und Weichheit, die ich so liebe.
Diese wunderschönen, riesigen Schirme, die mir immer als schattenspendende Gewächse in den Sinn kommen, verlangen so wenig von der Natur, halten so viel aus: extreme Dürre, extreme Hitze, extrem schlechte, aber auch gute, nährreiche Böden. Jedes Jahr bewundere ich diese Giganten in der Pineta der Feniglia, der unter Naturschutz stehenden Landzunge zwischen Ansedonia und dem Monte Argentario. Wie überleben sie die Hitze der vier Monate ohne einen Regentropfen, wie die Horden von Radfahrern und auch der Badegäste? Doch nach erstem Regen wacht die Pineta wieder auf, ist grüner als je zuvor und atmet, riecht nach Pinien, nach Harz oder nach Rosmarin, der hier auch in Fülle wächst. Manchmal, wenn ich länger durch die Pineta laufe und mir die Kronengewölbe anschaue, kommen sie mir vor, als ob sie das Vorbild für die gotischen Kathedralen mit ihren gefächerten Gewölben und schlanken Stützen und Säulen wären. Sie sind aber auch nicht aus der Ansicht von Rom und der antiken Ruinen, umgeben von abertausend Touristen, wegzudenken. Angeblich ist bis heute nicht nachgewiesen, ob sie gezüchtet wurden oder immer schon so in der Natur vorkamen. Auf jeden Fall können die Bäume selbst bis zu 250 oder 300 Jahren alt werden.
Fast jeden Morgen laufe ich oder gehe schnell mit meinem Dackel durch die Pineta, entlang der Lagune, oder auf dem Weg näher am Meer, in der Feniglia, dem acht Kilometer langen Pinienwald, auf einer Landzunge. Das ist die Art von Bewegung, die man sich in der Hitze erlauben kann. Die Pinien schließen sich über meinem Kopf zu einem Gewölbe, unten ist es zwar trocken, aber schattig. In diesem Jahr wurde der Weg an der Lagune mit Wasser besprengt, damit nicht so viel Staub durch die Fahrräder der Ausflügler aufgewirbelt wird. Der Boden ist dann angenehm kühl und an den Rändern wachsen ganz schnell, fast im Nu, grüne Pflanzen, Gräser, Blüten an den Sträuchern. Die Schnelligkeit, mit der die Natur sich von der Trockenheit erholt, ist faszinierend; im Haus, im Garten, habe ich tagelang eine Topfpflanze beobachtet, die wirklich von Minute zu Minute wuchs. Als wir ankamen, waren die Blätter ausgetrocknet; nach regelmäßigem Gießen keimten sie dann aus der Erde und wuchsen zu riesigen Blättern, nahmen immer mehr Platz im Topf ein, bis ich fast dachte, dass sie ihn sprengen würden. Dasselbe geschieht in der Pineta, wenn es mal einen Regenguss gibt; da wachen Sträucher und Pflanzen auf, deren Existenz man gar nicht wahrgenommen hat. Oft überlege ich: Wurde die Pineta angelegt oder wuchs sie da schon seit Jahrhunderten von selbst? Die Funde von Ruinen römischer Villen an zwei Stellen in Pineta würden dem widersprechen.
Die Pinien sind wie Skulpturen, ihre Stämme sind kräftig und die Äste irgendwann wie Sprossen eines Schirmes angelegt; sie brauchen ungefähr 50 Jahre, bis sich ein richtiger Schirm gebildet hat. Manchmal ähneln sie einem Riesenpilz, vielleicht ist die Eiche ein Pendant in unseren Breitengraden zu dieser Wucht und Kraft, die sich aus diesen Bäumen entwickelt. Die vertrockneten Äste fallen von selbst ab, es bleibt der immer flachere Schirm oben, er ist wahrscheinlich auch überlebenswichtig für so einen Baum unter diesen klimatischen Bedingungen. Dieses Jahr war ich erschrocken, als ich die alten Pinien an der Straße nach Grosseto total beschnitten fand, sie sahen aus wie nackte, hilflose Wesen, die verletzt worden sind und ums Überleben kämpfen. Je weniger beschattete Stellen sich unten am Boden befinden, desto geringer die Überlebenschancen des Baumes. Irgendwo habe ich gelesen, dass sie in einer Pineta sogar bis zu sechs Monaten die Hitze und Dürre aushalten können. Dann flachen die Schirme noch mehr ab und bilden eine grüne Schicht oben; unten bleibt es trocken aber schattig. Die Schirmpinien wurden Modelle für unzählige Künstler und stehen immer noch stramm und schattenspendend, man möchte sogar sagen „wie gemalt“ da. Schon seit Antike werden sie abgebildet; natürlich finden wir sie bei den impressionistischen Gemälden, aber auch in vielen Zeichnungen, Lithografien, Fotografien, später und früher.
Interessant ist die Affinität der Faschisten zu den Pinien und zur Pineta; Mussolini soll angeordnet haben, überall Pinien zu pflanzen. Es gab regelrechte Programme zur Aufforstung entlang der Küste; die Wäldchen sollten die hinter dem Strand gelegenen Getreidefelder vor der salzigen Meerbrise schützen. Die bekannten faschistischen Musterdörfer wie Sabaudia in Latium, Villagio Resta und Le Cestine in Apulien oder auch Gualdo Tadino in Umbrien wurden mit Pinienwäldern abgegrenzt. Ich erinnere mich an Fotografien in einer Trattoria in Salento, die zeigten, wie Soldaten in den 1920er Jahren die frischen Anpflanzungen von Pinien bewachten. Gerade im Süden des Landes, in Apulien, in Latium, aber auch auf den Inseln, auf Sizilien und auf Sardinien, war dies Teil der der faschistischen Agrarpolitik nach den Kampagnen zur Enteignung des Großgrundbesitzes und zur Steigerung der Getreideproduktion auf bisher ungenutzten Flächen. Es gibt sehr lange Abschnitte an der italienischen Küste, besonders am Ionischen und Tyrrhenischen Meer, die mit Pinienwäldern bewachsen sind. Die Pinie als Symbol muss auch durch ihre Stärke, Anmut und Ausdauer angezogen haben und wurde in der Zeit oft auch in den Ornamenten eingesetzt; man findet sie schon früher im Art Déco-Stil.
Wenn ich an Pinien denke, kommen mir natürlich noch die schmackhaften Pinienkerne (pinoli) in den Sinn. Sie werden viel in der italienischen Küche verarbeitet, vor allem beim Backen; ich denke an die Torta della Nonna. Sie werden aber auch im berühmten pesto genovese, anstelle von Pistazien, verarbeitet; sie garnieren Salate und manche Vorspeisen. Pinienkerne haben einen relativ hohen Fettgehalt und sind sehr nahrhaft. Sie werden manuell geerntet, die Zapfen werden heruntergeschlagen oder man wartet, bis sie von selbst herabfallen. In Italien werden sie in der Winterzeit, zwischen Oktober und März gesammelt, dann fallen aus den Zapfen die harten Samen, deren harte Schale muss man entfernen, um an den cremeweißen Kern zu kommen. Manchmal werden die Samen eingeweicht oder direkt zerstoßen; diese Arbeit ist sehr mühsam und deswegen sind die Pinienkerne sehr teuer. Inzwischen gelangen sie auf unseren Lebensmittelmarkt auch aus Asien.
Cisza zapada w przyrodzie jesienią. Odleciały ptaki, ucichły owady. Na to miejsce pojawiają się dwa rodzaje dźwięku, które słyszymy do wiosny: szum wiatru i szmer jesiennego deszczu. To pora, kiedy myślimy częściej o naszych zmarłych bliskich. Pamięć przechowuje pojedyncze obrazy, urywki wspomnień, jakieś kadry zatrzymane w czasie, fragmenty rozmów.
Patrząc w okna pokoju Maryli, przypominam sobie, że nie znosiła krat w oknach. Został jej uraz z czasu internowania. Wiem, że potem, gdy odzyskała wolność, prowadziła bardzo intensywne życie towarzyskie. Wtedy też zaczęła jeździć z Uniwersyteckim Klubem Turystycznym UNIKAT. Na imprezach klubowych panowała atmosfera zabawy i beztroski, na przekór otaczającej nas szarej, ponurej rzeczywistości. To była nasza rzeczywistość alternatywna, częściowo odkryta, częściowo wykreowana. Szukaliśmy niezwykłości, egzotyki. To UNIKAT eksplorował i właściwie odkrył północno-wschodnią Polskę z jej wielokulturowym bogactwem: polskich Tatarów, prawosławnych , Litwinów. Oczywiście, klub miał już wtedy wieloletnią tradycję, był jednym z najstarszych klubów studenckich. Marylę zapamiętano w klubie przede wszystkim jako osobę radosną, lubiącą dobrą zabawę. Trzymała się blisko tych osób, które miały poczucie humoru i chęć do wygłupów. Ale nawet w tym czasie nie zrezygnowała z działalności opozycyjnej. Gdy pierwszy raz przyszłam do domu Ciechomskich, zobaczyłam na biurku Maryli dużą, elektryczną maszynę do pisania. Taka maszyna wskazywała jednoznacznie na rodzaj prowadzonej działalności, mogła być jedynie wypożyczona z podziemnej Solidarności. Zobaczyłam ją przez uchylone drzwi, oczywiście solennie przyrzekłam, że zachowam absolutną dyskrecję.
Początki mojej znajomości z Marylą to właśnie kilka takich obrazów: sylwestrowa impreza UNIKAT-u , wieczorne ognisko na rajdzie Orient w okolicy Kruszynian, spotkanie w Riwierze na projekcji Blaszanego bębenka, seminarium profesor Marii Janion, no i ta maszyna do pisania. Jakby znak firmowy Maryli. Bo potem już zawsze widziałam ją piszącą. Zawsze aktywną, zaangażowaną. I taka była do końca. Do czasu, gdy w berlińskim szpitalu, leząc w łóżku kończyła tłumaczenie na niemiecki filmu Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego pt. Siłaczki.
Praktycznie wiadomo bardzo niewiele na temat obecności Ormian w dawnym Gdańsku przed 1945 rokiem. Pierwsza zachowana wzmianka z roku 1427 ma związek ze sporem o wynagrodzenie, w którym jedną ze stron był Ormianin o imieniu Janusz. Kolejna znana wzmianka również miała związek z działalnością handlową Ormian w Gdańsku – w 1584 roku bracia Awidokoniuszowie złożyli skargę na rotmistrza Bazylego Żurawickiego o nie wywiązanie się z umowy o dostarczanie zboża. W 1595 roku rada miejska otrzymała prośbę Ormianina Stefana o zwolnienie go od płacenia cła. Oprócz tego odnotowano również interwencje władców polskich związane z innymi spornymi sprawami Ormian. Natomiast w pierwszej połowie XX wieku Ormianie czynnie działali na rzecz budowy portu w Gdyni, wielu z nich przybyło na ziemie gdańskie z innych części Polski w poszukiwaniu pracy i poprawienia warunków bytowych. W zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN zachowała się tylko jedna pozycja w języku ormiańskim, co w sposób symboliczny może świadczyć o naszej niewiedzy na temat obecności dawnych Ormian w naszym mieście.
Zdecydowanie więcej można powiedzieć o Ormianach już w powojennym Gdańsku. I tu mała dygresja: należy pamiętać, iż współcześnie rozróżnia się dwa określenia odnoszące się do osób narodowości ormiańskiej. Poprzez termin Polscy Ormianie (pisane z wielkiej litery jako nazwa własna) rozumie się osoby przybyłe do Polski już w średniowieczu lub w czasach dawnej Rzeczpospolitej, silnie zakorzenione i zintegrowane z ludnością polską. Potomkowie tych Ormian z czasem przesiąknęli tak kulturą polską, że ich tożsamość narodową identyfikowały jedynie charakterystycznie brzmiące nazwiska biorące swój źródłosłów od imion i z końcówką -icz, np. Abgarowicz, Teodorowicz, Mojzesowicz, Kajetanowicz etc. Ważnym czynnikiem decydującym o ich tożsamości była też przynależność do tzw. obrządku ormiańskiego, czyli przynależność do struktur kościoła katolickiego po przystąpieniu w roku 1630 do unii wyznaniowej. Polscy Ormianie żyjąc głównie na Kresach południowo-wschodnich dawnej Rzeczpospolitej tworzyli zwarte społeczności np. w Kutach, Stanisławowie, Śniatyniu czy Lwowie. Sytuacja ta diametralnie zmieniła się po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to dawne tereny ich zamieszkiwania nie weszły w skład państwa polskiego. Główne kierunki repatriacji poszły w stronę Małopolski i Śląska oraz Warszawy. Tylko nieliczni dotarli do Poznania, Szczecina, czy właśnie do Gdańska. I gdyby nie dosyć przypadkowy przyjazd w roku 1958 ks. Kazimierza Filipiaka, wraz z cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej, to dziś Gdańsk zapewne nie byłby tak kojarzony z Ormianami, (…) a środowisko ormiańskie w Gdańsku siłą rzeczy nigdy nie było zbyt mocne. Natomiast warto jednocześnie zaznaczyć, że ks. Filipiak czynił duże starania w celu integracji tego środowiska na terenie całej Polski. Czasy jego działalności nie były jednak, jak zapewne wszyscy wiedzą, zbyt łatwe i zakres tej działalności był dosyć ograniczony. Ks. Filipiak utrzymywał bardzo liczny kontaktkorespondencyjny z wieloma rodzinami ormiańskimi, jak również dość często wyjeżdżał z posługą duszpasterską (chrzty, śluby, pogrzeby) do różnych, nieraz bardzo odległych, miast w Polsce. W Gdańsku natomiast działalność integracyjna koncentrowała się na podtrzymywaniu więzi religijnych i towarzyskich. Za życia ks. Filipiaka taką okazją było Triduum odpustowe związane z corocznymi obchodami kolejnych rocznic koronacji Cudownego Obrazu. Ważne były również spotkania “przy stole”, po uroczystej wieczornej mszy świętej 6 stycznia, czyli obchodach Epifanii, której znaczenie było zawsze szczególnie podkreślane przez ks. Filipiaka.
Pewną zmianę w środowisku ormiańskim stanowiło powołanie w roku 1981 przy Polskim Towarzystwie Ludoznawczym, Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską (w Gdańsku od 1983 roku). Była to namiastka sformalizowanej świeckiej działalności organizacyjnej. Podobne koła powstały wcześniej w Warszawie i Krakowie dając podstawę do prób mających na celu większą integrację Ormian. Ta działalność integracyjna przeplatała się również w ramach innych stowarzyszeń skupiających wszystkich kresowiaków. (np. wiceszefem Koła Ormiańskiego w Gdańsku jest pani Irma Antkowiak-Dąbrowska, Prezes gdańskiego Koła Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego). Wśród osób związanych z tamtym okresem działalności ks. Filipiaka, jak również Koła Ormiańskiego, należy wymienić: urodzonego w Wadowicach, Adama Oroszeny Bohdanowicza, długoletniego prezesa Koła Ormiańskiego. Był on przyjacielem szkolnym Karola Wojtyły. Zmarł w grudniu 2001 roku. W tym samym roku zmarł również Władysław Zachariasiewicz. Wśród osób wymienionych nie może zabraknąć nieżyjących już: panów Mariana Abgarowicza (pierwszy prezes koła Ormiańskiego), Tadeusza Agopsowicza, Zdzisława Zielińskiego.
Żyją i nadal zachowują dużą aktywność w środowisku: Ewa Bąkowska (z rodziny Wartanowiczów), Władysław Dobrowolski (z rodziny Axentowiczów i Łukasiewiczów), Zofia Torosiewicz-Zielińska, Wojciech Zachariasiewicz (syn Władysława, obecny prezes Koła Ormiańskiego). Również pochodzenia ormiańskiego (z rodziny Isakiewiczów) była pisarka Stanisława Fleszarowa-Muskat zmarła w roku 1989. Do swoich ormiańskich korzeni przyznaje się znany gdański dziennikarz telewizyjny Marek Ponikowski a także obecny marszałek senatu Bogdan Borusewicz.
Niezwykle cenną pozycją na temat osób pochodzenia ormiańskiego i ich biogramów jest 25 numer biuletynu warszawskiego Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską opracowany przez Mariusza Gizowskiego (Ormianie na wybrzeżu Gdańskim). Autor na podstawie informacji uzyskanych jeszcze za życia ks. Filipiaka i badań własnych zebrał dane 64 osób.
W roku 1999 dekretem księdza prymasa (zwierzchnika katolików obrządku ormiańskiego) przy naszej parafii utworzono parafię personalną dla katolików obrządku ormiańskiego, a duszpasterzem mianowano ks. Prałata Cezarego Annusewicza. Nominalnie opiekę duszpasterską sprawuje również ks. ormiański Artur Avdalyan, Ormianin urodzony w Gruzji a obecnie mieszkający w Warszawie, który okazjonalnie sprawuję liturgię mszy świętej w obrządku ormiańskim w naszym kościele (ostatnio: 4 stycznia 2009 roku).
Powróćmy raz jeszcze do dygresji ze wstępu tego tekstu, a mianowicie do rozróżnienia osób narodowości ormiańskiej. Wspomniano tam, że Polscy Ormianie to potomkowie dawnych mieszkańców Armenii, którzy uciekając przed prześladowaniami i szukając możliwości poprawy swojego losu osiedlili się na ziemiach polskich. Była to pierwsza tzw. fala emigracji, kolejna miała miejsce po pierwszej wojnie światowej i wiązała się z tzw. Genocydem (ludobójstwem) Ormian w Turcji w roku 1915 i utratą niepodległości Armenii w roku 1920 na rzecz sowieckiej Rosji. Potomkowie tych Ormian, jak już wspomniano, ulegli bardzo silnej asymilacji i dziś nierzadko mają bardzo małą świadomość swoich korzeni. Natomiast trzecia fala emigracji nastąpiła stosunkowo niedawno, czyli po roku 1991, kiedy to rozpadł się Związek Radziecki a Republika Armenii oficjalnie proklamowała niepodległość i pełną suwerenność.
Lata dziewięćdziesiąte to czas, gdy praktycznie każdy Polak prawie codziennie spotykał głównie na targowiskach, charakterystyczne osoby o ciemnej karnacji, trudniące się drobnym handlem. Przyjmuje się, że w tym czasie jednorazowo na terenie Polski mogło przebywać do stu tysięcy Ormian. Przebywali oni często w naszym kraju nielegalnie i tak jak kiedyś Polacy w okresie stanu wojennego na Zachodzie, imali się różnorakich dorywczych zajęć. Większość z nich traktowała nasz kraj jako “tranzyt” w dalszej wędrówce na Zachód lub jako miejsce tymczasowego pobytu w celach zarobkowych. Często bazarowym handlem zajmowały się osoby legitymizujące się dyplomami wyższych uczelni i stopniami naukowymi, wiążąc się z handlem wyłącznie z konieczności. Pobytowi sprzyjała w miarę duża znajomość języka rosyjskiego, tak Polaków jak i Ormian, którzy mogli się w tym języku porozumiewać. Istniały wówczas również dosyć liberalne przepisy umożliwiające legalizację czasowego pobytu. Bywali jednak i tacy Ormianie, którzy od początku planowali osiedlić się na stałe w Polsce i szukali zajęć zgodnych z ich wykształceniem i profesją. Niestety czas ten trwał stosunkowo krótko, wraz ze zbliżaniem się terminu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, zaostrzono przepisy emigracyjne. Początek XXI wieku to czas licznych deportacji i wyjazdów albo dalej na Zachód albo częściej na Wschód do Rosji, spora grupa wróciła z powrotem do Armenii. Odnosiło się wrażenie, że władze ormiańskie czyniły zabiegi aby uniemożliwiać legalny pobyt w Polsce jak największej liczbie Ormian. Ambasada ormiańska stawiała sobie za cel skłonienie jak najliczniejszego grona Ormian do powrotu. Natomiast w Polsce, obok rygorystycznych przepisów prawnych, utrwalano w mediach niekorzystny obraz Ormian przesadnie nagłaśniając informacje o działających grupach mafijnych. Niechęć do Ormian wiązała się także z ogólnym pejoratywnym traktowaniem wszystkich tzw. “Ruskich”, co w stosunku do Ormian było dodatkowo bardzo krzywdzące. Warto również wspomnieć, że Ormianie z Armenii to najczęściej członkowie tzw. Kościoła Apostolskiego z własnym zwierzchnikiem czyli patriarchą w Eczmiadzynie, czyli w religijnej stolicy kościoła ormiańskiego. Religijni Ormianie stosunkowo łatwo przełamywali opór i z braku swoich kościołów zaczęli uczestniczyć w nabożeństwach katolickich. Należy pamiętać, że Armenia to pierwsze państwo, które przyjęło oficjalnie chrześcijaństwo w roku 301 a tradycja kościoła ormiańskiego związana jest z działalnością apostoła Bartłomieja i Judy Tadeusza.
Obecnie w Gdańsku i okolicach mieszka całkowicie zgodnie z prawem kilkadziesiąt rodzin ormiańskich. Najczęściej posiadają tzw. kartę czasowego lub stałego pobytu, co w praktyce oznacza jedynie brak prawa wyborczego i faktycznie zrównuje ich ze statusem rodowitych Polaków. Wielu stara się o uzyskanie pełni praw, czyli obywatelstwa polskiego. I ci polscy Ormianie (pisani z małej litery) to rdzenni mieszkańcy Armenii czasowo lub na stałe mieszkający w Polsce czyli Ormianie w Polsce. Ich nazwiska kończą się najczęściej na -nian, -jan, lub -yan, np. Grigorjan, Hovakimian, Vardikyan. A gdy przed nazwiskiem jest przedrostek Ter-, to ślad po tym, że w tej rodzinie jakiś przodek był duchownym.
Wśród tej grupy polskich Ormian mieszkających od wielu lat na Wybrzeżu warto wspomnieć o malarzach: Argisztim Agadzanianie i Gagiku Parsamianie. Obrazy Argisztiego każdy może zobaczyć w restauracji Spiritus Snctus i obok niej przy ul. Ducha Świętego w Gdańsku. Obrazy i ceramikę Gagika Parsamiana można nabyć w galerii Nairi przy ul. Mariackiej, którą prowadzi jego żona Arpenik Grigoryan. Kowalstwem artystycznym zajmują się Edo i Narine Ganjalyan. Nauczaniem gry na fortepianie od wielu lat podobnie jak w Armenii zajmuje się Wiktoria Ter-Grigorjan, żona pracownika naukowego Uniwersytetu Gdańskiego Norajra Ter-Grigorjana. Norajr jest filologiem klasycznym, autorem podręcznika do nauki łaciny jak również współautorem słownika polsko-ormiańskiego a w Armenii słownika rosyjsko-ormiańskiego. Jedną z najdłużej mieszkających osób w Gdańsku jest pani Marietta Radom (po mężu) utrzymująca się z fryzjerstwa. Spore grono Ormian trudniących się handlem mieszka w Gdyni i Rumi. Niezwykle barwną postacią jest Karen Yemendzjan reżyser z wykształcenia, zajmujący się z powodzeniem tajnikami medycyny niekonwencjonalnej. W sumie można szacować, że obecnie w okolicach Gdańska mieszka około 30 rodzin ormiańskich.
Z biegiem lat dorosło już nowe pokolenie Ormian w Polsce, to dzieci emigrantów dorastające lub urodzone już w Polsce, świetnie mówiące po polsku i często utożsamiające się już całkowicie z kulturą polską. Część młodzieży zna już jedynie biernie język ormiański. Przy naszym kościele w latach 2001-2 działała nawet niedzielna szkółka ormiańska prowadzona przez Norajra Ter-Grigorjana, której celem była nauka języka ormiańskiego dzieci ormiańskich. Tak więc proces asymilacji trwa i dziś można śmiało powiedzieć, że w Gdańsku i jego okolicach najliczniejszą grupę Ormian Polskich stanowią Ormianie “trzeciej fali”.
mein name ist in wasser geschrieben umfasst von wellen unvergänglich wie schaum deren kronen
mein name wird von wind gepfiffen spaziert mit den wolken und fällt mit dem regen herunter
in wasser geschrieben ist mein name
——————————————————————
wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b., po drodze podrzucam redakcji moje teksty (wywiady z węgierskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny; po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty – wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu. no, trochę mnie zdziwiło to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer; po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduje jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie (stoisko naszej redakcji na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle); lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (następny numer magazynu był już w druku) dopadam zezuje strapiony – dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów? – pytam patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie – nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści… – bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag? – tak. – ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej… patrzy w bok, patrzy w górę i milczy; milczymy obaj;
——————————————————————————
Pergamonaltar
Ich fühle mich wie Pergamonaltar manchmal ohne Kopf ein anderes mal kann ich nicht uff die Beine
Nicht selten sind nur die Hände da wie Freund und Feind ineinander im kampf verflochten
Ausgang – ungewiß
(2014)
heute über windräder
die reise nach jerichow ist immer eine reise des hiobs oder oedipus
gauck hat sich selbst geblendet in seiner christenheit und angela huldigt der kirche der komsomolzen bis ans gelbe meer und verwandelt deutschland in ein kibbuz voller windräder
führwahr an den don kichots mangelt es nicht aber was fehlt vollkommen sind die sancho pansas
was wurde loriot zur garnisonskirche sagen? ich denke ruhe in frieden
Do tego wpisu zainspirowała mnie Teresa Rudolf swoją poezją. Jej nastrojowe Tęsknoty jesienne wyzwoliły mi z szuflady pamięci październikowe wypady w Tatry, kiedy jeszcze rok akademicki i nasi profesorowie wspaniałomyślnie udawali, że nie widzą tych paru pustych miejsc w auli. Mieniącą się wszystkimi kolorami złota Dolinę Roztoki, kochane schronisko w Pięciu Stawach, w którym sypialiśmy pokotem na podłodze, jak był komplet gości, najlepszą herbatę na świecie z kotła, którą częstowali Dominikanie u Matki Boskiej Jaworzyńskiej i zachód słońca na Głodówce, kiedy wracałem z gór do Bukowiny. Czasami na tle płomiennego kręgu, jak w kiczowatym oleodruku, pojawiało się stadko jeleni, które przez chwilę pozwalały się podziwiać w bezruchu, zanim zniknęły w lesie. W takich chwilach Darwin zdecydowanie przegrywał z Panem Bogiem.
Moja babcia po kądzieli, Jadzia, z domu Hampel, około 1913 r.
Kiedy mieszkałem w Chorzowie, w domu dziadków na Wesołej, zawsze w październiku się świętowało. Babcia Jadzia, rocznik 1895, miała 11 października urodziny, a cztery dni później imieniny. Imienin na Śląsku się generalnie nie obchodziło, ale święta Jadwiga, śląska patronka rządziła się innymi prawami i jak u Jadwiżki, czyli w naszej starej parafii był odpust, to każdy świętował. Na łobiod musiała być wtedy rolada z modrom kapustom i kluskami, a wcześniej rosół, do kawy był kołocz.
Odpustowe maszkety, fot. AnnaLerch-Wójcik.
Po mszy odpustowej szło się całymi rodzinami na stragany jeszcze przedwojennego kramarza Widery, ustawione przy kościele, wszyscy ładnie ubrani, kto miał w domu paradny, śląski strój, to go zakładał; dorośli kupowali sobie i dzieciom roztomaite geschenki, ja musiałem mieć swoje korki do pistoletu i kapiszony, czyli placpatrony, mama – ulubione makrony, a ciocia Irka – kanoldy, których osobiście nie cierpiałem, bo kleiły się do zębów. Kramy sięgały od ulicy Wolności, czyli Wolki, aż po wejście na cmentarz przy Drzymały, z przydrożnych kasztanowców opadały już liście, więc szeleściły pod stopami, kiedy szliśmy zapalić świeczkę na grobach cioci Milki i ujka Willika. Nad cmentarną bramą widniał napis: Sit janua coeli, co dopiero po latach sobie przetłumaczyłem na polski. Niech to będzie bramą nieba, życzy łacińska sentencja żywym, z czego wniosek, że wejście w zaświaty jest wspólne, dopiero później drogi się rozchodzą. Tak to przynajmniej rozumiem.
“Łodpust na Górnioku”, aut. Brygida Simka, akwarela, 2011 r.
Ciekawą alegorię października stworzył w 1877 roku francuski malarz neoklasycystyczny, James Tissot (obraz w winiecie). Przedstawia ona urodziwą, dojrzałą kobietę na tle złocistego listowia, ale nie dajmy się jej zwieść. Historia dowodzi, że w miesiącu tym dochodzi często do dramatycznych wydarzeń, czego przykładem chociażby wybuch Rewolucji Październikowej. Według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Rosji w czasach carskich, miał on miejsce 25. X. 1917 r. (7 listopada w późniejszej konwencji gregoriańskiej).
Dzisiaj 12 października. W tym dniu w 1435 roku żona dziedzica księstwa Bawarii – Monachium, Albrechta, piękna i mądra Agnes Bernauer, została utopiona w Dunaju na rozkaz swego teścia, księcia Ernesta. Straszne. Ciąg dalszy kalendarium z 12 października jest mniej kryminalny, przynajmniej chwilowo, ale nadal głównymi bohaterkami wydarzeń są kobiety. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb – niekwestionowany samiec alfa – dopłynął do archipelagu Bahamów i jest to oficjalna data odkrycia Ameryki, która ma… płeć żeńską. Dzisiaj panie pretendują do najwyższych stanowisk politycznych w świecie, a 12 października 1681 roku jedna z mieszkanek Londynu została publicznie wychłostana za zaangażowanie się w politykę. Jak ten świat się jednak zmienia. 118 lat później Francuzka Jeanne-Geneviève Garnerin, jako pierwsza kobieta w historii, wykonała udany skok ze spadochronem z balonu lecącego na wysokości 900 metrów i jeżeli doliczy się do tej daty jeszcze lat jedenaście, to będzie wiadomo, kiedy książę Ludwik I Wittelsbach poślubił księżniczkę Teresę von Sachsen-Hildburghausen. Wtedy bowiem bawarska para królewska zaprosiła mieszkańców Monachium do wspólnego świętowania godów weselnych i to był pierwszy w historii Oktoberfest.
Niestety, również dzisiaj mija 106 lat od dnia śmierci brytyjskiej pielęgniarki Edyty Luizy Cavell, rozstrzelanej przez niemiecki pluton egzekucyjny za pomoc udzieloną żołnierzom alianckim w ich ucieczce z Belgii. Jej bohaterska postawa i tragiczna śmierć dały ofierze miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dokładnie 80 lat temu natomiast, w ukraińskim Dniepropietrowsku, Niemcy rozpoczęli masowe mordy miejscowych Żydów. Spośród około 11 tysięcy ofiar okupację przeżyło jedynie 15 z nich. To są niedobre, niemieckie akcenty, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Stonuję je wobec tego butem Nikity Chruszczowa, który 12 października 1960 roku był głównym bohaterem pewnych obrad w auli ONZ. Przywódca ZSRR, zdegustowany krytyką Kremla za politykę wobec krajów Europy Wschodniej, oponował, tłukąc swoim obcasem w pulpit mównicy. Dzisiaj taki but na giełdzie byłby pewnie sporo wart.
Wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym jest intuicja. Ale już próbuje się ją badać. Joel Pearson, australijski profesor psychologii, prowadził doświadczenia, które udowodniły, że intuicja pomaga podejmować szybsze, pewniejsze i bardziej trafne decyzje. Intuicją zajmują się też nauki ścisłe, m.in. fizyka, która bada przestrzeń wielowymiarową. Naukowcy mówią, że intuicja, to rodzaj wewnętrznego przewodnictwa, nasza zdolność do uzyskiwania wiedzy na jakiś temat bez logicznego rozumowania. Moim zdaniem, to pewna subtelna więź, która łączy naszą świadomość z większą całością, z jakąś głębszą, uniwersalną mądrością.
Są ludzie, którzy potrafią przeczuć wiele rzeczy i nie znaczy to, że oni intuicję mają, a inni są jej pozbawieni.
Myślę, że intuicja dostępna jest wszystkim, nie tylko ludziom, ale także zwierzętom, że mają ją wszystkie istoty czujące. Pisze o tym przekonująco Peter Wohlleben w książce Duchowe życie zwierząt. Kto ma do czynienia ze zwierzętami, ten wie, jak szybko wyczuwają zamierzenia ludzi. Psy np. intuicyjnie odczytują nasz nastrój, choć nikt ich tego nie uczył. Także dzieci mają z intuicją wyjątkowy kontakt – zanim zaczną używać rozumu, działają intuicyjnie. W dorosłym życiu ważne jest, czy i jak intuicji słuchamy i jaki z niej użytek zrobimy.
Pewnie to zaskakujące, ale w szczególny sposób intuicję potrafią wykorzystywać przestępcy. Złodziej ma intuicję, kogo okraść. To często wynika z życiowej traumy. Ten człowiek zapewne znalazł się kiedyś w traumatycznej sytuacji i nauczył się słuchać przeczuć, żeby przeżyć. Dalej jest przekonany, że musi walczyć o życie, robi to, zagarniając dla siebie, niszcząc innych. Intuicja, której warto słuchać, nie niszczy, ale integruje z naszym światem, i tym zewnętrznym, i wewnętrznym.
Intuicja kobieca
Mężczyźni nam jej zazdroszczą…
– Moim zdaniem, intuicja nie ma płci, ale kobietom łatwiej ją usłyszeć. To wynika z kultury i z ról, które społeczeństwo nam przypisało. Od mężczyzn oczekuje się analitycznego myślenia i twardego stąpania po ziemi. Kobiety są bardziej nastawione na odczytywanie emocji, m.in. dlatego, że częściej zajmują się dziećmi. Mają też przyzwolenie na to, by słuchać przeczuć i czasem zachowywać się nieprzewidywalnie. A osoby, które słuchają intuicji, bywają nieprzewidywalne, nie trzymają się schematów.
Mam zatem jako kobieta łatwiejszy dostęp do tej wewnętrznej mądrości.
Od kobiet dużo częściej słyszę, że mają przeczucia, choć nie wiedzą skąd. Ale wiele z nich to ukrywa. Boją się zderzenia z tzw. zdrowym rozsądkiem i zarzutu: “coś sobie wymyślasz, coś ci się przywidziało”. Szkoda, bo intuicja to nasza siła, wykorzystujmy ją i wzmacniajmy, zamiast ją zagłuszać.
W intuicji nie ma drogi na skróty ani gotowych rozwiązań, które moglibyśmy dostać na kursie. Trzeba zacząć od uporządkowania swojego realnego życia. Jeśli tego nie zrobimy, intuicję zagłuszą problemy, kłopoty w pracy, konflikt z partnerem, jakieś doświadczenia z przeszłości, które nie chcą puścić. Zacząć warto od porządków na najbardziej podstawowym, materialnym poziomie, np. wyrzucić dziurawe skarpetki z szuflady.
– To pierwszy etap: zadbać o to, co na zewnątrz. Kolejny, to poznać siebie, bo intuicja wiąże się ściśle z samoświadomością. Oczywiście, nie da się tego zrobić ot tak, często to praca na całe życie. Ale warto ją zacząć. Zatrzymać się i pobyć ze sobą. Uświadomić sobie emocje w ciele. Czujemy je podobnie, ale nie jednakowo. Złość może być odczuwana jako fala gorąca, strach jako drżenie lub napięcie mięśni, np. na karku. Kiedy mamy świadomość siebie i typowych reakcji naszego organizmu i schematów myślowych, w które wpadamy, łatwiej nam zrozumieć to, co płynie z intuicji.