Mhm, sorry, reblog o… końskiej dupie

Reblog z wpisu opublikowanego 21.09.2020 na Facebooku

Ten wpis to absolutna gratka dla antropolożek kultury, ale innych też zafascynuje

Patryk Matuła

Takich przykładów pewnie da się znaleźć więcej 😉

1. Amerykański standard szerokości torów kolejowych (odstępu szyn) wynosi 4 stopy, 8,5 cala. Prawda, że to dziwaczna liczba? A czy wiesz dlaczego taki właśnie standard się stosuje?

2. Ponieważ w ten sposób buduje się linie kolejowe w Anglii, a właśnie angielscy przybysze budowali amerykańskie linie kolejowe. Dlaczego jednak Anglicy budowali je właśnie tak?

3. Ponieważ pierwsze linie kolejowe, budowali ci sami ludzie, którzy budowali wcześniej linie tramwajowe, a tam właśnie stosowano ten standard. Dlaczego jednak stosowano tam ten standard?

4. Ponieważ ludzie, którzy budowali linie tramwajowe, używali tych samych szablonów i narzędzi, jakich używali przy budowie wagonów tramwajowych, które miały taki odstęp kół. W porządku! Ale dlaczego wagony miały taki właśnie dziwaczny odstęp kół?

5. No cóż, gdyby próbowali zastosować jakiś inny odstęp, łamaliby pewną starą zasadę budowy dalekobieżnych dróg angielskich, ponieważ mają one taki właśnie odstęp kolein na koła. Któż to budował te starodawne drogi z koleinami?

6. Pierwsze dalekobieżne drogi w Europie (i Anglii) zbudowało Imperium Rzymskie dla swoich legionów. Drogi te są w użyciu dotychczas. Ale skąd te koleiny?

7. Pierwotne koleiny uformowały rzymskie rydwany wojenne; każdy inny użytkownik tych dróg musiał się dostosować do nich, gdyż inaczej uszkodziłby koła swoich pojazdów. Ponieważ rydwany były wykonywane dla Imperium Rzymskiego, były one wszystkie do siebie podobne jeśli idzie o rozstęp kół.

Jak widać amerykański standard odstępu szyn kolejowych: 4 stopy i 8,5 cala, pochodzi od parametrów technicznych rzymskich rydwanów bojowych. A biurokracja jest wieczna. A więc następnym razem, kiedy dostaniesz do ręki jakąś dokumentację techniczną i zaczniesz podejrzewać, że może ona mieć coś wspólnego z końską dupą, będziesz mieć absolutną rację, ponieważ rzymskie rydwany wojenne były konstruowane tak, aby ich szerokość była dostosowana do sumarycznej szerokości zadów dwu koni bojowych😃.

A teraz małe rozwinięcie tematu…

Kiedy spoglądasz na kosmiczny wahadłowiec na stanowisku startowym, widzisz dwie duże rakiety startowe przymocowane po bokach głównego zbiornika paliwa. Są to rakiety na paliwo stałe, w skrócie: SRB, produkowane w firmie Thiokol, w Utah, w U.S.A. Inżynierowie, którzy projektowali SRB woleliby, aby były one nieco grubsze, ale… SRB transportuje się z wytwórni na stanowisko startowe koleją. Tak się złożyło, że linia kolejowa biegnie na pewnym odcinku przez tunel wydrążony w górze. Rakiety muszą się zmieścić w tym tunelu. Tunel jest tylko odrobinę szerszy niż linia kolejowa, a linia ta, jak już wiesz, ma szerokość dwu końskich tyłków. Tak więc jeden z głównych szczegółów konstrukcyjnych kosmicznego wahadłowca, być może najbardziej zaawansowanego systemu transportowego na świecie, został zdeterminowany ponad dwa tysiące lat temu przez szerokość końskiej dupy.

xD

Mucha Kierkegaarda 3

Zmienianie przeszłości. Za i przeciw.

Przeciw: Orwell 1984

Wszyscy wiemy, jak i po co zmieniano przeszłość u Orwella. Przeszłość nie istniała, istniały tylko aktualne wytyczne polityczne, które decydowały o tym, jak miała wyglądać przeszłość. Na tym polegała praca Winstona.

Winston Smith był bowiem pracownikiem Departamentu Archiwów w Ministerstwie Prawdy. Codziennie zmieniał dokumenty archiwalne w taki sposób, żeby nikt nigdy nie mógł zarzucić partii kłamstwa. Dzięki tym zabiegom rząd mógł manipulować przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

Motto przyświecające reżimowi Wielkiego Brata brzmiało: Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.

Wszystko rozmywało się we mgle. Przeszłość wymazywano, o fakcie wymazania zapominano, i kłamstwo stawało się prawdą.

A jest tak, bo tak naprawdę nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, jest tylko ta wąska szczelina pomiędzy dwoma potężnymi nieistniejącymi blokami – trzysekundowa teraźniejszość. Reszta dzieje się w głowach. Wszystko dzieje się w głowie, twierdzi Orwell. A co dzieje się w głowach wszystkich, dzieje się naprawdę.

Oczywiście, moglibyśmy powiedzieć, że istnieje pamięć indywidualna, nasze wspomnienia. Ludzie inteligentni wiedzą więc, że przeszłość została przekręcona, bo przestała zgadzać się z ich wspomnieniami. Tym niemniej system znakomicie nadal funkcjonuje, ludzie nieinteligentni są nieinteligentni i jest wszystko jedno, co myślą. Bez protestu akceptowali nawet najjaskrawsze wypaczenia rzeczywistości, bo nie rozumieli w pełni potworności tego, czego od nich żądano, a ponadto zbyt mało interesowali się aktualnymi wydarzeniami, aby zdawać sobie sprawę z grozy sytuacji. Niewiedza pozwalała im zachować zdrowe zmysły. Przełykali wszystkie kłamstwa, i to bez najmniejszego dla siebie uszczerbku, bo przelatywały przez nich – nie strawione – niczym kamyki przez układ pokarmowy ptaka.

Inteligenci natomiast odkryli dwójmyślenieumiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz. Partyjny inteligent wie, kiedy powinien zmienić swoje wspomnienia, a zatem w pełni się orientuje, że przekręca fakty; równocześnie jednak, dzięki dwójmyśleniu, święcie wierzy, iż prawda nie została pogwałcona.

Wiedzieć i nie wiedzieć; mieć poczucie absolutnej prawdomówności, a jednocześnie wygłaszać umiejętnie skonstruowane kłamstwa; wyznawać równocześnie dwa zupełnie sprzeczne poglądy na dany temat, i mimo świadomości, że się wzajemnie wykluczają, wierzyć w oba; używać logiki przeciwko logice;(…)zapominać wszystko, czego nie należy wiedzieć, po czym przypominać sobie, kiedy staje się potrzebne, a następnie znów szybko wymazywać z pamięci.

Niestety, Winstonowi przydarzyła się miłość, a to sprawiło, że utracił umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów naraz. I wtedy poczuł się zupełnie sam. Przeszłość była martwa, przyszłość niewyobrażalna.

Uświadomił sobie jednak, że to nieprawda. Przyszłość i przeszłość istniały, myśl była wolna, ludzie różnili się między sobą i nie żyli samotnie. Przyszłość i przeszłość to były czasy, kiedy istnieje prawda,
a tego, co się stało, nie można zmienić,
a dziedzictwo kulturowe istniało tylko dlatego, że on, Winston, nie dał się ogłupić i nie uwierzył w wyniki własnej pracy. Zmieniał przeszłość, tak, zmieniał ją z dnia na dzień, czasem wręcz z minuty na minutę, prawda stawała się kłamstwem, kłamstwo prawdą, a oba były bez znaczenia, dopóki on, choćby sam, choćby jedyny na świecie, myślał i wiedział, że BYŁO INACZEJ.

Za (a może jednak też przeciw): Jacek Dehnel (Facebook, luty 2022)

Z okazji dyskusji o przekładzie Jerzy Jarniewicz wkleił wczoraj bardzo ciekawy fragment ze swoich esejów, postulujący tłumaczenie klasyki literatury staropolskiej „z polskiego na nasze”. Myśl powabna, acz rodzi całe mnóstwo spekulacji.

Wziąłem sobie na warsztat wiersz Sępa Szarzyńskiego Epitafium Rzymowi, o tyle łatwiejszy, że to też przecież przekład, i tak sobie przerobiłem:

Nagrobek dla Rzymu

Ty, który przyjechałeś, turysto, pielgrzymie,
I, chcąc w Rzymie Rzym znaleźć, nie widzisz go w Rzymie,
Patrz na zburzone termy, rozwalone mury,
Koloseum, świątynie, złamane kolumny:

Oto Rzym. Po bogatym trupie, choć nieżywy,
widać, że był za życia ogromnie szczęśliwy.
To miasto, świat podbiwszy, siebie pokonało,
By nic niezwyciężonego w świecie nie zostało.

Dziś w pokonanym Rzymie Rzym niepokonany
leży jak trup we własnym cieniu pogrzebany.
Zmieniło się w nim wszystko z tym jednym wyjątkiem:

Tyber jak dawniej płynie do morza spokojnie.
Takie żarty los robi: znikło to, co stało,
tylko to, co się rusza, jeszcze ocalało.

A tu oryginał:

Epitafium Rzymowi

Ty, co Rzym wpośród Rzyma chcąc baczyć, pielgrzymie,
A wżdy baczyć nie możesz w samym Rzyma Rzymie,
Patrzaj na okrąg murów i w rum obrócone
Teatra i kościoły, i słupy stłuczone:

To są Rzym. Widzisz, jako miasta tak możnego
I trup szczęścia poważność wypuszcza pierwszego.
To miasto, świat zwalczywszy, i siebie zwalczyło,
By nic niezwalczonego od niego nie było.

Dziś w Rzymie zwyciężonym Rzym niezwyciężony
(To jest ciało w swym cieniu) leży pogrzebiony.
Wszytko się w nim zmieniło, sam trwa prócz odmiany

Tyber, z piaskiem do morza co bieży zmieszany.
Patrz, co Fortuna broi: to się popsowało,
Co było nieruchome; trwa, co się ruchało.

*

I oczywiście jest jakiś szkolny plus w tym, że nauczyciel nie będzie musiał słuchać salw śmiechu przy “trwa, co się ruchało.” Ale przecież nawet gdyby zrobić to lepiej (to jakaś wersja na kolanie zupełnie machnięta for the sake of argument), nie wiem, czy to coś daje? Bo uwspółcześnione niekoniecznie jest ciekawe, nawet jeśli zrozumiałe. Równocześnie przestawki marnują różne udane zabiegi oryginału (choćby brzmieniowe). Pewnie można wywalić rymy i zrobić z tego w ogóle biały wiersz – ale czy dźwignie go nieco przebrzmiały manierystyczny koncept? Czy wystarczy, żeby zachwycić?

Wiersze z dnia na dzień

Teresa Rudolf

Oczka w pamięci

Coś kiedyś ważnego,
przypomnieć sobie teraz
chciała, ale… no,… jak?

To, jakby mi nagle
oczka z tej pamięci
uciekały, myślała.

Tak, jakby w swetrze
lub cienkiej pończosze,
dość różnie, zależy…

I raz na kolorowo,
raz na szaro, ooo…
znów, oczko puściło.

Dziwiła się dość tym
odkryciem, dziwiła, 
i sobie przypomniała,

…a, już mam, 
już mam!
– kiedyś byłam 
szczęśliwa –

A gdzie twoja wdzięczność

Szukała pracowicie
w głowie, w sercu,
za co mogłaby Życiu
naprawdę dziękować.

Czuła to wiercenie, 
to okrutne borowanie
w mózgu, jak w zębie, 
głośno, tępo, nachalnie.

Nagła panika dopadła,
jak ostrozębny buldog,
“jestem niewdzięczna,
wdzięczności nie czuję!”

…na kolana wskoczył
piesek mały, czarny,
ułożony teraz wygodnie,
a panika też i na nim;

miękka, coraz cieplejsza
taka instant, rozpuszczalna
we wdzięczności, że ON tu,
jak i ta… cała codzienność.

W mózgu już cicho,
bez tego przesłuchania
o jakąś dziękczynność,  
… pogłaskała swe życie,

i głowę małego,
czarniutkiego psiaka,
z wdzięczności: 
wiedział kiedy wskoczyć 
na kolana. 

O Matko Boska, Królowo Polska

Ewa Maria Slaska

Dziś jedno z jej kilkudziesięciu świąt, jakie się obchodzi – wspomnienie Matki Boskiej, która objawiła się małej Bernadetcie w grocie w Lourdes na południu Francji, w pobliżu granicy z Hiszpanią. Uczyniła to kilkanaście razy pomiędzy 11 lutego a 16 lipca 1858 roku.

Bernadetta była pasterką. Miała wtedy 14 lat. To delikatny wiek. Różności się marzą. Piękna dama w białej sukni, przepasana niebieską szarfą.

Tak naprawdę Matka Boska jest ok, jest w końcu jedną z niewielu kobiet w boskim panteonie starych brodatych facetów. Jest znacznie ważniejsza niż “zwykła” święta. Urodziła Boga. Mogłaby być naszą, kobiecą orędowniczką i patronką. Nie jest. Szkoda. W przeciwieństwie do Ewy, która się sprzeciwiła i Bogu, i mężowi, Maria potulnie się na wszystko zgadzała. Otom ja, służebnica Pańska.

Berthold Furthmeyr (1478-1489), Psałterz z Salzburga

Szkoda też, że polityka tak nią sobie wyciera pyski i łapy. To nie jej wina, ale przez to stała się współcześnie, jak wszyscy i wszystko, materiałem na mema. I nie jest to nawet szarganie świętości, raczej tylko pobłażliwe jej prześmiewanie.

O memach była tu już mowa. Konrad o nich napisał (koniecznie przeczytajcie, są tam bardzo ważne informacje), a ja przez kilka odcinków pokazywałam tu różne ciekawskie memy, Monę Lisę, van Gogha, śniadanie na trawie. Teraz przyszła kolej na nią, Matkę Boską Królową Polski.

Ta była chyba najważniejsza. Matka Boska Tęczochowska, skomponowana przez Elżbietę Podleśną.

Podleśna (ur. 1968) – polska psycholożka, psychoterapeutka, działaczka społeczna oraz aktywistka na rzecz praw człowieka; autorka przeróbki obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję i oskarżona o obrazę uczuć religijnych. Matka Boska w Tęczowej Aureoli została umieszczona w kwietniu 2019 roku w Płocku – był to protest przeciwko kościelnej wystawie z okazji Wielkanocy, w której LGBT i gender przedstawione zostały jako grzechy.

Wikipedia pisze, że 13 stycznia 2021 odbyła się w Płocku rozprawa Elżbiety Podleśnej i dwóch innych aktywistek. 2 marca 2021 roku wszystkie trzy zostały uniewinnione. Sąd uznał, że kobiety nie miały zamiaru nikogo obrazić, a jedynie zwracały uwagę na dyskryminację osób LGBT. Ich protest mieści się, zdaniem sądu, w granicach wolności słowa. Sąd podkreślił, że osoby nieheteronormatywne mają swoje miejsce w Kościele. Sędzia przywołała też listy katolików, którzy pisali, że nie czują się obrażeni przez połączenie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej i tęczy.

Potem Marta Frey dodała jej do towarzystwa Matkę Boską od Czarnej Parasolki.

Jest Królową Polski i można powiedzieć, że ma pełne ręce roboty. Ciągle jej ktoś coś zawierza. Najdziwaczniejsze było zawierzenie jej w listopadzie 2021 roku zatruwającej środowisko kopalni Turów na granicy polsko-czeskiej. Z kolei 3 lutego 2022 roku marszałka Sejmu RP, Elżbieta Witek podczas pielgrzymki do Częstochowy zawierzyła opiece NMP sejm polski.

Na pociechę powiem, że nadal ostały się przyjemne wizerunki Maryi Królowej Polski. Przed Bożym Narodzeniem dość często przypomina się, że Matka Boska z Dzieciątkiem jest chrześcijańską wersją wizerunku Izydy piastującej Horusa.

Domena publiczna

2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej facebookowicze przypomnieli, że jest to Matka Boska z Wilkami, czyli starożytna bogini, Pani Zwierząt; też o tym TU pisałam kilka lat temu.

A ostatnio znalazłam na Facebooku Matkę Boską, słynną pisarkę 🙂

PS, wiemy oczywiście, że tu chodzi o Boska, a Polską rządzi jego matka.

Der süsse Donnerstag

Joasia Rubinroth

DER SÜSSE DONNERSTAG

SWEET THURSDAY

SŁODKI CZWARTEK

Bevor es in die Askese geht, schnell noch ein Lobgesang auf den Zucker!

ZUCKER IST etwas göttliches, Zucker ist etwas tröstliches, Zucker ist ein Sehnsuchtsort, Zucker bedeutet Wärme, Vertrauen, Geborgenheit, geradezu Glück. Der lang ersehnte Lolli, der rosa Kaugummi, die Schokolade die Tränen trocknet.

Marcel Proust, der sein ganzes Leben lang auf der Suche nach dem Geschmack der Madelaine war. Ein Geschmack aus der Kindheit, der wir unser Leben lang nachjagen.

Manche behaupten, jeder Mensch suche sein Leben lang seine eigene private Madelaine…

Angeblich kommen in der Bibel und im Koran kein Zucker vor. Der indische Gott Krishna hingegen ist vernarrt in die Süßigkeit Laddu, süss, buttrig, mit dem exotischen Geschmack von Kardamon:

(c) public domain

Wie unterschiedlich fällt der Vergleich des sinnlichen Happy Buddha der mit seinem dicken Bauch aussieht, als würde er von morgens bis abends kichernd süß, sweet und umami in sich reinstopfen, gegen den armen ausgemergelten Jesus aus…

Zucker bedeutet das Gegenteil von bitter, also von giftig, Zucker bedeutet Vertrauen. Das Gehirn hat die Erfahrung aus der Steinzeit noch gespeichert. Fruchtwasser und Muttermilch schmecken süß.

Mit Zucker verbinden wir Lob, Belohnung, Geselligkeit. Ein Geburtstag ohne Torte? Ein Namenstag? Eine Hochzeit? Weihnachten ohne Zimtstern und Ostern ohne Mazurki und Zuckerlamm?

In Zucker eingelegt wurden die ersten exotischen Obstsorten nach Europa gebracht und 1412 hat ein Kalif eine Moschee aus Zucker bauen lassen, die die Bettler verspeisen durften.

Und des Zuckers Formel, die chemische Formel von Saccharose, diese zwei sich an den Händchen lieblich haltenden Kügelchen!

Ach, Zucker, wenn er doch nicht diese verfluchte andere, finstere, Seite hätte… die Seite die zerstört, und manche von uns zu willenlosen Zombies verwandelt…

PS.

Vielleicht war Eva auch einfach nur von der Süße der Apfelfrucht angelockt, vielleicht ging es gar nicht um die Erkenntnis…

PPS.

Ein Lied, das mit Zucker lockt, in black & white.

White:

Black:

PPPS a propos black:

Das Gedicht von OGLALA LAKOTA:

“When I’m born I’m black, when I grow up I’m black, when I’m in the sun I’m black, when I’m sick I’m black, when I die I’m black, and you… when you’re born you’re pink, when you grow up you’re white, when you’re cold you’re blue, when you’re sick you’re blue, when you die you’re green and you dare call me colored”

Czarna owca

Ewelina Jaworska

Z Facebooka, 8.02.2022

Czarna owca i dlaczego nią bywam

Czarna owca, to ktoś w stadzie, kto często tak jakoś lubi, musi, a często nawet niezastanawiając się nad tym dlaczego, czy nawet robiąc to mimochodem eksploruje nowe ścieżki, nowe rozwiązania, robi jakieś dziwne skoki w bok, albo staje i patrzy w martwy punkt, gdy inni biegną gdzieś w owczym pędzie, bo tam dają jedzenie, pieniadze, ciepłą słomę, wodę, bo tam są piękni mężczyźni, kobiety, sława, polityka i blichtr. Czarna owca wykonuje niezrozumiały, rozumiany przez niewielu taniec, którego nawet ona sama nie rozumie, ale wie że tak jakoś jej pasuje i tak ma być… więc robi to… i myśli dlaczego nikt mnie nie lubi, nie rozumie, dlaczego mnie krytykuje, chcę tylko być sobą, jestem czarna więc czarne tak mają…. wtedy inni mówią jesteś głupia, nienormalna, lecz się psychitrycznie, daj nam dobrym białym owcom spokój, daj nam życ, nie zakłócaj spokoju a nawet odpierdol się, mówią, bywa bywa… wtedy odchodzę sobie jeszcze bardziej na bok… ale i to jest bardzo denerwujace dla innych i skłania innych do różnych średnio miłych epitetów, do tego dostaję mnóstwo wspaniałych rad, większość zachęcających mnie do wizyty u specjalisty i fryzjera, który moje czarne kudły chce przefarbować na blond. wtedy sobie myślę czy o to chodzi w życiu, czy jak się przefarbuję na blond, który mi nie pasi, będę lepsza czy inna czy tylko będę mniej widoczna i przez to mniej denerwująca. czy mogę żyć własnym życiem tak jak dyktuje mi mój rozum i serce czy urodziłam się po to aby spełniać wymagania wszystkich białych normalnych owiec. czy ja tak bardzo krzywdzę innych stając na uboczu i wykonując jakieś nawet dziwne ale moje wygibasy, nie uderzając racicami w innych owczych obywateli. dlaczego co poniektórych aż tak to irytuje że tyle energii wydają na to aby mnie krytykować pouczać i sprowadzać do jakichś tam norm, skoro nie jestem osobnikiem niebezpiecznym. wiele pytań i zero odpowiedzi… może ktoś z was wie…

I niektóre komentarze:

Andrzej Jacyszyn

Znowu ktoś mnie podgląda
Lekko skrobie do drzwi
Strasznym okiem cyklopa
Radzi, gromi i drwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Meble już połamałem
Nowy ład zrobić chcę
Tynk ze ścian już zdrapałem
Zamurować czas drzwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!

Ewelina Jaworska

zamurowali drzwi wejście do biblioteki Don Kichota, wmawiając mu, że zniknęły te drzwi przez czary, ponoć koleś przez książki wariował, tak uznała rodzina wiedząca lepiej, rady już nie dawał…, wyruszył więc w podróż i miał przygody, kobiety, dzbany, rude włosy nocą… hahaha

Ewa Maria

Normalni potrzebują czarnych owiec, każda rodzina potrzebuje, bo one ściągają na siebie pecha i na psa urok, tułają się po świecie, tracą pieniądze i dobre imię, gubią i dają się okradać, można im zabrać wszystko, majątek, dzieci, osiągnięcia, pieniądze i sławę, a porządna rodzina tymczasem może się spokojnie dorabiać. Ostrzegam więc, nigdy przenigdy nie próbujcie ściągnąć czarnej owcy na drogę, jaką idą porządne owce. Jeśli się to uda, pech, który był udziałem czarnej owcy, stanie się udziałem wszystkich. Tak upadają rodziny.

Besser nicht zusehen…

Schrecklich dieser Krieg, es wird keine Sieger geben

Tibor Jagielski, der sich diesen Beitrag ausgedacht hat

Jürgen Kaube (reblog)

Drei Wörter, sagt Filmemacher Raoul Peck in der FAZ, fassen die gesamte Historie der Menschheit zusammen: Zivilisation, Kolonisation und Vernichtung. Kurz danach sagt er, ein einziger Satz fasse die Geschichte der westlichen Welt und des europäische Kontinent zusammen. Er stammt aus Joseph Conrads Herz der Finsternis, wird dort von einem Kolonialverbrecher gesagt und lautet „Rottet die Bestien aus!“
Peck zufolge, gibt es stets die Gewissheit einer überlegenen Rasse, stets wird aus ihr das Recht abgeleitet, die Unterlegenen zu bekriegen, umzusiedeln, zu bestehlen, zu missionieren, zu töten oder sterben zu lassen. In den Spielszenen ist es immer derselbe Schauspieler, der die Grausamkeit repräsentiert, vom Mord an der Seminolen um 1815 über den Oberkongo 1895 bis in die Gegenwart. Einen geschichtlichen Fortschritt weg von diesem so selbstbewussten wie grausamen Rassismus kann der Film nicht finden. Den Abscheu gegenüber dem Schrecklichen behandelt er als Einstellung Weniger, zu denen auch er selbst gehört. Deswegen spricht er wiederholt seine Biographie und seine vorigen Filme an. Sätze wie Die bloße Existenz dieses Films ist ein Wunder, klingen selbstgefällig. Wichtiger aber ist, dass Peck den Eindruck erweckt, wir lebten nach wie vor oder demnächst wieder im neunzehnten Jahrhundert, in der Zeit der totalitärer Massenmorde und einer allgemeinen Überzeugung, es gebe sterbende Nationen, denen man Sterbehilfe leisten dürfe. Einmal stellt er die Frage, was jemals großartig an Amerika gewesen sei. Der Eintritt in den Zweiten Weltkrieg fällt ihm nicht ein.

Ein zum Tode Verurteilter auf dem elektrischen Stuhl des Gefängnisses „Sing Sing“ im Bundesstaat New York

Der Film Rottet die Bestien aus! von Raoul Peck erzählt die Verbrechensgeschichte des Westens. Dabei schert er sich nicht um die Unterschiede zwischen Kolonialismus und Judenvernichtung.

Rottet die Bestien aus! alle vier Teile sind momentan bei Arte zu sehen: https://www.arte.tv/de/videos/RC-022134/rottet-die-bestien-aus/
—————————————————————————————————–
Tibor Jagielski sagte dazu noch:
In einem Punkt hat Peck sicherlich recht: Wir funktionieren mental im 19. Jahrhundert, und wenn wir nicht aufpassen, werden wir nach der nuklearen Nacht auf das Niveau der Steinzeit zurückfallen.

Ich erinnerte mich dabei daran, dass ich einmal, 1997, in einem Theater ein Faultier gespielt hatte. Die Role war schrecklich, aber was sollte es, die Bezahlung stimmte und drum ging es… Die ganze Vorstellung über hing ich eigentlich nur an einem Ast, pfiff ab und zu oder kratzte mich unter den Achseln und erst am Ende des dritten, letzten Aktes warf ich mich auf eine Piratin. Ich zertrümmerte ihren Schädel und aß ihr Hirn (es war Vanillepudding mit Erdbeersoße), wobei ich versuchte, nicht zu schmatzen, weil während der Probe einer der Zuschauer in Ohnmacht fiel und die Regisseurin mir verbot, die hochtrabenden Ideen des Stücksschreibers zu expressionistisch zu interpretieren.

Narty w Japonii ćwierć wieku temu

Lech Milewski

Właśnie zaczęła się Zimowa Olimpiada.
Wspominając historię zimowych olimpiad, zwróciłem uwagę na olimpiadę w Sapporo – 1972 rok.
Czyli 50 lat temu.
A co było pośrodku? Rok 1997 – moja wyprawa do Sapporo na maratony narciarskie. 

Mieszkam w Australii. Po długich wędrówkach do Europy i Ameryki Północnej rozejrzałem się po bliższych okolicach. Japonia wydawała się idealna – prawie ta sama strefa czasowa, tylko 10 godzin lotu, śnieżne zimy. 

Cel wyprawy – Sapporo Maraton – wyścig należący do serii WorldLoppet – KLIK.

Wyprawa na jeden wyścig?
Trochę za mało. 
Google jeszcze nie było, ale udało mi się znaleźć Miyasama Maraton, tydzień po Sapporo. 
To już miało dwie nogi. 

Napisałem list do organizatorów Miyasama Maraton, prosząc o formularz zgłoszeniowy, pytając w jaki sposób zapłacić za uczestnictwo, jak dojechać, jak załatwić noclegi. 

Po kilku tygodniach otrzymałem bardzo ugrzecznione zaproszenie – organizatorzy zapłacą za mnie wpisowe, zafundują bilet powrotny z Sapporo i zapewnią trzydniowy pobyt w hotelu. 

W międzyczasie skontaktowałem się listownie z Kenichi, japońskim narciarzem, poznanym na maratonie we Francji. 
Przeprosił mnie bardzo, że nie może zaoferować mi zakwaterowania u siebie, ale właśnie przenosi się do nowego domu. Ale może zaproponować mi wspólny wyjazd na maraton narciarski w Ohtaki, tam ma domek letniskowy. 

Och taki, owaki – 3 maratony w 8 dni – harakiri. 

Postanowiłem przylecieć do Sapporo cztery dni przed wyścigiem, żeby nieco się oswoić z warunkami i przypomnieć sobie, co to jest zima – w Australii jest w tym czasie lato w pełni. 

Mieszkanie załatwiłem sobie w hostelu młodzieżowym na peryferiach miasta. 

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Japonii – duuuuużo ludzi. 
Na lotnisku, na ulicy, w pociągu – wszędzie miałem poczucie tłoku, braku przestrzeni. 

Drugie wrażenie – jadąc metrem w stronę hotelu, postanowiłem nawiązać z kimś kontakt. 
Dobrze się składało, bo w wagonie była grupka uczniów w mundurkach szkolnych – na pewno znają trochę angielskiego. 

Uśmiechnąłem się i zrobiłem kilka kroków w ich kierunku. Ku mojemu zaskoczeniu wszyscy rzucili się do ucieczki. Myślałem, że to jakiś żart, ale gdy sytuacja powtórzyła się, uznałem, że widocznie robię coś niewłaściwego i zrezygnowałem. 

Dojechałem metrem do celu, pozostawało jeszcze przesiąść się do autobusu. 
Kłopot w tym, że na przystanku autobusowym wszystkie napisy były po japońsku. 
Mój cel to Miyanomoru, hotel młodzieżowy znajdował się w pobliżu skoczni narciarskiej, na której w 1972 roku Wojciech Fortuna wywalczył 6 miejsce. 
To nie pomyłka, W. Fortuna zdobył złoty medal w Sapporo na dużej skoczni (Okurayama), ale kilka dni wcześniej zdobył 6 miejsce na skoczni normalnej – Miyanomori. 

Niestety cała ta wiedza a nawet kartka, na której dużymi literami napisałem nazwę przystanku docelowego, okazały się nieprzydatne. Liczni podróżni czekający na przystanku na autobus zachowali się dokładnie jak uczniowie w metro – ilekroć wykonałem krok w ich kierunku, wycofywali się trzy kroki do tyłu. 

W tym momencie nadjechał autobus. Podróżni ruszyli do drzwi wejściowych, w środku. Ja podbiegłem do przednich drzwi, żeby spytać kierowcę, czy dowiezie mnie do celu. 
Kierowca zamknął mi drzwi przed nosem i bardzo grzecznie pokazał, że wsiada się drzwiami środkowymi. 
Wsiadłem. 

Tu wyjaśnię, że na mój bagaż składały się – duży plecak, mały plecaczek i torba z nartami. Teraz, z całym tym ładunkiem, musiałem się przepchać do kierowcy i spytać: Miyanomori? 
Odpowiedź była przecząca. Kierowca otworzył mi drzwi. 
Historia powtórzyła się jeszcze dwa razy.
Za trzecim podejściem trafiłem, dojechałem do celu… 

Recepcjonista był przygotowany na mój przyjazd. 
Wybiegł do mnie i na migi wytłumaczył, że buty muszę zostawić na stojaku w sieni, a w hostelu mam używać plastikowych klapek. 

Dałem mu znak, żeby chwilkę poczekał i wyciągnąłem z plecaka porządne, skórzane, góralskie kapcie. Widziałem, że bardzo go to zaskoczyło, ale jak tu argumentować z góralami, z rezygnacją zaprowadził mnie do mojego pokoju. 
Czteroosobowy pokój. 

Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to nie było w nim drzwi, w wejściu wisiały plastikowe paski.
Przypomniały mi się rozmówki angielsko-japońskie, w które zaopatrzyłem się przed wyjazdem. 
Otóż wiele słów to były lekkie modyfikacje terminów angielskich: 
– drzwi – door-o,
– prysznic – shower-o,
– lustro – mirror-o.
Czyżby wszystkie te urządzenia były obce Japończykom aż do połowy XX wieku? 

 W środku dwa piętrowe łóżka, a raczej legowiska. Bardzo szerokie. 
Może dwuosobowe – pomyślałem, ale po chwili zorientowałem się, że legowisko pełni rolę łóżka i szafki. Tam rozłożyłem swoje przybory toaletowe, ubrania, itp. 
Zauważyłem, że na sąsiednim legowisku leżał portfel, aparat fotograficzny, zupełna beztroska. 

Nie miałem jednak czasu na rozglądanie się, recepcjonista znacząco zakaszlał i przez współlokatora poinformował mnie, że chce mi jeszcze pokazać toaletę i drogę do jadalni, gdyż za chwilę będzie kolacja. 
Pokazał mi drzwi do toalety. 
Skorzystałem. 
Zdziwiłem się nieco, że recepcjonista nadal czekał na mnie pod drzwiami. 
Za chwilę zrozumiałem… recepcjonista ze wstrętem wskazywał moje kapcie – wszak byłem w nich w toalecie, nie ma mowy żebym ich teraz używał w innych częściach hostelu. 
Dopiero wtedy zauważyłem, że przy drzwiach do toalety był stojak z klapkami.
Poddałem się, założyłem plastikowe, nieco ciasne klapki i od tego czasu żyliśmy w zgodzie. 

Podczas posiłku zawarłem bliższą znajomość z moim współlokatorem – Minoru.
Po pierwsze zapytał, czy mógłby spędzać ze mną więcej czasu w celu nabrania doświadczenia w angielskiej konwersacji.
Po drugie, okazało się, że też przyjechał tu, z Osaki na Sapporo Maraton, a więc okazji do konwersacji będzie sporo.
Po trzecie, bardzo delikatnie zapytał, czy chciałbym towarzyszyć mu podczas lunchu, który on ma zwyczaj spożywać w tanich restauracjach dla studentów.
3 razy TAK.
Wyjaśnił mi również rezerwę, jaką wykazywały osoby, z którymi próbowałem nawiązać konwersację.
Większość z nich zapewne rozumie po angielsku, ale nigdy nie korzystała z niego w praktycznej sytuacji.
Mieli więc obawę, że albo nie zrozumieją mojego pytania, a to byłby duży wstyd, albo, co gorsze, udzielą mi błędnej odpowiedzi, albo ja tę odpowiedź źle zrozumiem – tak czy inaczej oznaczałoby to dla nich bezsenną noc. 

Nastęne trzy dni minęły bajecznie.
Każdej nocy spadało około 10 cm zmrożonego śnieżnego puchu. 
Trasy narciarskie w parku były doskonale przygotowane. 
W centrum Sapporo trwał właśnie Festiwal Śniegu – KLIK
Lunche w studenckich restauracjach były bardzo pożywne – główna pozycja to ramen – KLIK
Posiłki w hostelu były smaczne, towarzystwo sympatyczne. 

W przeddzień maratonu organizatorzy urządzili spotkanie zagranicznych narciarzy… 

Spotkałem tam kilku Australijczyków, którzy zwrócili mi uwagę, że w porywie patriotyzmu przyczepiłem się do nowozelandzkiej flagi.

Wreszcie dzień próby.
Organizatorzy kurtuazyjnie umieścili zagranicznych zawodników na czele stawki – ja to ten w czerwonych spodniach…

Było to dobre, ale tylko do fotografii.
START!
Od początku czuliśmy na karkach dyszenie naładowanych energią zawodników japońskiej kadry. Na szczęście za chwilę trasa wiodła pod górkę i tam nas wyprzedzili.
Przed nami 50 km olimpijskiej trasy.
Wyjaśnię, że maratony, w których uczestniczyłem do tego czasu, rozgrywane były na lokalnych, amatorskich trasach. Po raz pierwszy biegłem na trasie zaprojektowanej dla zawodowców i przyznaję, że zasłużyli na swoje zarobki.

Ohtaki.
Kenichi zawiózł mnie samochodem do swojego domku letniskowego.
Domek był niewielki. Jeden duży pokój na parterze.
Dodatkową atrakcją była łazienka, a raczej głębokie spa. 
W Ohtaki są gorące źródła z leczniczą wodą, która jest dostarczana za darmo do wszystkich domów.
A więc długie moczenie się, a potem syta kolacja.

W Australii, USA i kilku innych krajach, które odwiedziłem, w przeddzień maratonu odbywało się pasta loading – czyli zjedz tyle klusek, ile tylko możesz. 
W nocy zamienią się one w bardzo potrzebną energię.
Podczas spotkania narciarzy w Sapporo, stwierdziłem, że Japończycy preferują tradycyjne, solidne posiłki z przewagą protein – owoce morza.
To samo zaoferował mi Kenichi.

Pora spać.
Kenichi przesunął stół w bok i wyciągnął z szafy maty do spania.
Jestem profesorem geologii wyjaśnił i urządzam w tych okolicach praktyki dla studentów. W tym pokoju czasem nocuje na matach 12 osób.

Rano Kenichi schował maty i nakrył stół do śniadania.
Tym razem zdecydowałem zjeść śniadanie jak narciarz z Australii – owsianka. Kenichi pozostał przy japońskiej diecie.

Ohtaki maraton nie był zbyt ciekawy ani wymagający.
Na pocieszenie każdy zawodnik otrzymał bilet wstępu do miejscowej łaźni.

Gdy zacząłem pakować do plecaczka ręcznik i przybory toaletowe, Kenichi zaprotestował – w łaźni dostaniesz wszystko, czego potrzebujesz.

Rzeczywiście dostałem – ręczniczek o wymiarach 15 cm x 15 cm.
Naśladując miejscowych rozebrałem się do naga, położyłem ręczniczek na głowie i wyszedłem do ośnieżonego ogrodu. Dookoła głęboki śnieg, na szczęście ścieżka dla gości była przykryta plastikowymi matami. Gwiazdy błyskały na czystym niebie, w dali ośnieżone góry.
Widoki zapierały dech…. a może to mroźne powietrze stawało kością w piersiach.

Szybki prysznic i plusk do gorącej wody.

Po długim moczeniu się przyszła pora na końcowe ablucje.
W sali było wiele pryszniców, umieszczonych na wysokości około półtora metra, pod każdym prysznicem był niski stołeczek do siedzenia. Na półce stały butelki z szamponem i płynem do kąpieli.

Po wymyciu się w ruch szedł ręczniczek.
Oczywiście był on za mały żeby się nim do sucha wytrzeć.
Należało się trochę wytrzeć, wyżąć ręczniczek, trochę wytrzeć… i tak w kółko.
W którymś momencie zgubiłem się, czy ja się jeszcze wycieram po kąpieli czy może po spoceniu od wyżymania ręczniczka?

Kolejny dzień – jazda pociągiem do Biei gdzie odbywa się Miyasama Marathon.
Na dworcu w Biei czekał na mnie przedstawiciel organizatorów z tłumaczką – Mitsuko.
Na mój widok nie mogli ukryć rozczarowania.
Starszy, siwy, człowiek z wyraźnymi oznakami przemęczenia (dwa maratony i wyżymanie ręczniczka).
Pojechaliśmy do hotelu – bardzo komfortowy, wyraźnie ukierunkowany na narciarzy zjazdowych.
Mitsuko przedstawiła mi rozkład dnia: śniadanie, samoobsługa, od 7 do 9, lunch, to samo, od 12 do 2, obiado-kolacja – 7 – obługa przyniesie ci do pokoju.
Czy masz jakieś specjalne wymagania lub pytania, tu nikt nie zna angielskiego, więc lepiej jak powiesz teraz.
– Trasy biegowe? Widziałem z samochodu przystanki autobusowe. Jak mogę tam dojechać?
O 10 rano będzie na ciebie czekał autobus i zawiezie cię na trasę. Jak dojedziecie, to napiszesz na śniegu o której kierowca ma cię podebrać.

– Smarowanie nart, pewnie jest tu sala do smarowania.
Mitsuko przetłumaczyła pytanie kierownikowi hotelu, wyraźnie go to zakłopotało.
– Nie, nie ma sali do smarowania. Narciarze zjazdowi tego nie potrzebują. Konkretnie – czego potrzebujesz?
– Stołu z dostępem do gniazdka elektrycznego. Podczas smarowania powstaje masa ostróżyn parafiny, a więc dobrze, żeby pod stołem była jakaś plastikowa płachta, z której można te okruchy strząsnąć do śmieci.
Mitsuko przetłumaczyła, kierownik zapewnił, że stanowisko przygotują przed wieczorem.

Szybko wrzuciłem bagaże do pokoju i pojechałem na trasę biegową. 
Śnieg, trasa i widoki dookoła były bajeczne.
Gdy wróciliśmy do hotelu, zauważyłem jakieś zamieszanie wokół maszyn do gier hazardowych.
Za kilka godzin wyjaśniło się – odłączyli i przesunęli je, aby postawić tam stanowisko smarowania nart.

W pokoju znalazłem bardzo eleganckie kimono i dokładną instrukcję jak rozpoznać i jak się zachować podczas trzęsienia ziemi, które są częste w tej okolicy.

W przeddzień wyścigu odbyła się kolacja dla zawodników zza granicy, którą zaszczycił swą obecnością książę Tomohito, główny sponsor maratonu – KLIK.
Wyznam, że książę wyglądał groźnie, zauważyłem że osoby, które do niego podchodziły, kłaniały się w pas. Książę głównie interesował się niewidomymi narciarzami, których było całkiem sporo.

Wyścig – nie był zbyt emocjonujący.
Ciekawsza była ceremonia zakończenia, na której każdy uczestnik otrzymał nagrodę – kilogram japońskiego ryżu. Najciekawsze było jednak to, że Australijka, Jenny Altermatt, wygrała wyścig w kategorii kobiet, pokonując znacznie od siebie młodsze Japonki.
Nagrodę wręczał książę Tomohito.

Na początku pewna konsternacja – nagrodą był puchar przechodni, czyli zdobywca pucharu musi za rok oddać go organizatorom.
Organizatorzy uznali, że nie mogą tego wymagać od Jenny, w związku z czym miejscowy jubiler już zaczął robić dla niej miniaturę pucharu.
Dodatkowa nagroda dla zwycięzcy to 10 kilogramów japońskiego ryżu.
Nie wspomniano, czy organizatorzy zapłacą za nadbagaż.

P.S.
Kilka miesięcy później otrzymałem list od organizatorów Sapporo Maraton.
Dziękowali za udział, zapraszali na następny rok i informowali, że pozwolili sobie wykorzystać mój wizerunek do promocji swojego wyścigu w roku 1998.

Ja – ten w czerwonych spodniach, tych samych co na starcie.

Frauenblick: Norblin-Fabrik

Monika Wrzosek-Müller

Neue Räume in Warschau

Eigentlich hatte ich vor, in Warschau lange Spaziergänge zu meinen alten, aber auch den neuen Orten zu unternehmen. Doch die Tage sind zu kurz, auch es ist zu dunkel, das Wetter spielt manchmal völlig verrückt; es gibt Schneegewitter oder Hagelstürme, dann scheint plötzlich die Sonne und mich überfällt eine Lethargie, die ich erst einmal überwinden muss, bevor ich mich überhaupt in Bewegung setzten kann. Sich aus dem geschützten und noch sehr altmodischen Viertel Saska Kępa in die Großstadt zu bewegen, erfordert Mut; hier ist alles klein, bekannt, überschaubar; drei größere, vertikal verlaufende Straßen und etwas mehr horizontale. Natürlich findet man auch hier schöne alte Bauhaus-Häuser, noch nicht herausgeputzt, noch im Urzustand, die mich anlächeln. Manchmal verfehlen die allzu pingeligen Renovierungen ihr Ziel, sie lassen die alte Patina verschwinden, zusammen mit der Schönheit und Einfachheit, zu schade. Doch die große neue Welt befindet sich eindeutig außerhalb von diesem Viertel.

Vor ein paar Tagen habe ich mich dann doch rausgewagt und bin in andere Räume, Stadtteile von Warschau aufgebrochen, eigentlich ganz im Zentrum, wohin ich früher nie vorgedrungen war. Der Raum hinter dem Zentralbahnhof, hinter der Shoppingmall „Złote Tarasy“, voll von richtigen Wolkenkratzern, Hochhäusern und mit ganz breiten geraden Straßen, hat mich erstaunt. Es ist da so viel entstanden, ganz neue Viertel, die für mich eher nach einer Metropole in Amerika aussehen und dem mir unbekannten New York als nach dem mir bekannten Warschau. Umso mehr freute ich mich, als ich die alten, gerade renovierten Gebäude der Norblin-Fabrik von weitem sah. Sie bilden einen schönen Kontrast zu der übrigen Bebauung in der Gegend. Eigentlich müssten wir in Europa doch aufpassen, nicht überall dasselbe zu produzieren und zu reproduzieren, dieselben Glasfassaden mit den schnell sich bewegenden Liften draußen, alles hochmodern und zugleich eher unmenschlich, so dass das individuelle Gesicht einer Stadt völlig verschwindet. Am „Rondo ONZ“ wehte der Wind so stark, dass viele Leute ihre ursprüngliche Route aufgaben und umkehrten; ein Mann im Rollstuhl wäre fast auf die Straße geweht worden, wären da nicht zwei kräftige junge Männer gewesen, die ihm halfen.

Endlich aber war ich doch bei der Norblin-Fabrik, Gebrüder Buch und T. Werner, angelangt und bewunderte erst einmal von außen das sehr schöne Objekt, das sich über mehrere alte Fabrikgebäude erstreckt mit den integrierten Bürotowern dazwischen. Von weiten sieht man schon ein nicht allzu buntes Murale von Pola Dwurnik, das die Fabrik darstellt und im Stil ihres berühmten Vaters, einen Maler, gehalten ist. Die Wahl der Materialien bei der Instandsetzung der Fabrik hat mich begeistert, neben edlen Holzarten gibt es Rosteisen [oxidierten Stahl], schöne Steinfußböden mit eingelassenen alten Schienenresten, die schöne Muster auf dem Boden bilden. Alles ist sehr elegant, präzise und in guter Harmonie zwischen der alten und modernen Struktur eingerichtet. Revitalisiert wurden insgesamt 9 alte Gebäude, die auch Baudenkmäler sind, sowie 50 Maschinen aus dem alten Maschinenpark, die im ganzen Gelände ausgestellt stehen, z.B. eine hydraulische Presse, die 50 Tonnen wiegt. Manche der Maschinenteile wurden ihrer ursprünglichen Funktion enthoben und fungieren z.B. als Untersätze für die Glastische, für die Bänke. Manche von den Gebäuden wurden komplett neu, aber in historischer Gestalt wiederaufgebaut.

Die Geschichte der Familie ist bemerkenswert: der Sohn eines Zeichners und Malers Warschauer Motive, des Franzosen Jean Pierre Norblin de la Gourdine, Aleksander Jan Konstanty Norblin, genannt John, geboren 1777, wurde nach langer Ausbildung in Paris zum Metallgießer (Bronze) nach Warschau angeworben und gründete dort 1820 die Norblin-Fabriken, damals „Warszawska Fabryka Bronzów“ (Warschauer Bronze-Fabriken) genannt. Sie produzierten hauptsächlich künstlerische Objekte in Bronze, z.B. große Leuchter für Kirchen, Epitaphien, auch Büsten. Er arbeitete viel für die Familie Czartoryski, fertigte eine Büste des Fürsten, auch Figuren und Ornamente für die Gräber der ganzen Familie. Erst später begann die Fabrik, auch Alltagsgegenstände wie Besteck etc. herzustellen. Die Fabrik wurde immer größer, fertigte auch die Samoware für russische Adelige; die Nachfrage nach den schönen, edlen Gegenständen stieg ständig, so wundert die Größe des Terrains, das die Fabrik einnahm, nicht. Auf dem Gelände befindet sich jetzt auch ein Museum, das die Firmengeschichte dokumentiert.

Noch sind nicht alle Räume in der Fabrik fertig und belegt, das Gelände wurde erst Ende September 2021 eröffnet; doch jetzt schon kann man sehen, dass es eine gelungene Mischung von Kunst bietet: zwei Galerien, Kultur, ein sehr luxuriöses Kino, „Kinogram“, mit einer noch moderneren Bar, mit mehreren Kinosälen, ein Bereich für eine Bio-Markthalle, „Biobazar“, wo man frische Bioprodukte kaufen und auch essen kann, und ein ganz großer Bereich für eine Food Town mit 23 gastronomischen Konzepten aus Europa, und anderen Teilen der Welt, wo man in geräumigen Fabrikhallen gut essen kann. Hier ist auch eine wunderschöne Piano-Bar untergebracht mit einer Bühne für die live-Musik und Tanzflächen.

Ich schlenderte langsam durch das ganze Gelände, das noch nicht überlaufen ist, und irgendwann gelangte ich in den ersten Stock mit einer wunderschönen Ausstellung in geräumigen, sehr gut designten Vitrinen, die aus den alten historischen Wagen der Fabrik gefertigt sind: die ganze Produktion der Fabrik von silbernen und versilberten Objekten; wir sehen Vasen, Platten, Besteck, Kelche, Kannen, Unterteller, Silberringe, Zuckerdosen, überhaupt Dosen etc… Großer Beliebtheit erfreuten sich kleine Tischbürsten mit ebenso kleinen, schön verzierten Schaufelchen. Ich erinnere mich an die alten, halb „aufgegessenen“ Löffel, die meine Oma in ihrer winzigen Wohnung in Mokotów noch benutzte und die sie über die Verbannung nach Kasachstan bewahrt und dann mit zurückgebracht hatte. Mit den Löffeln konnte man nichts mehr essen, die Versilberung war gesprungen, sie kratzten und man konnte sie nicht mehr richtig reinigen. Das meiste Silber war natürlich da, in der Verbannung, verkauft oder in Essbares eingetauscht worden; geblieben waren für uns Enkelkinder Erinnerungen wie: „das war doch echtes Norblin, oder eher Fraget“. Meine Oma schätzte die Erzeugnisse dieser polnischen Fabriken sehr und sie erzählte mir, dass in dem Flügel, den sie in ihrer Wohnung in Lemberg hatten zurücklassen müssen, drei Komplette von je 24 Besteckteilen für jede ihrer drei Töchter eingelagert waren; sie konnten nicht so viel in die Verbannung mitnehmen. Als ich vor ein paar Jahren in Lemberg war, auch in ihrer Wohnung, zwar verkleinert, denn da wohnten nun drei Familien, konnte ich keinen Flügel ausfindig machen, geschweige denn die Besteckkomplette für die Mädchen.

Die Norblin-Fabrik scheint mir eine Mischung aus Zukunft und fortgesetzter Vergangenheit in diesem während des Zweiten Weltkrieges wirklich total zerstörten Warschau zu sein. Im Sommer wird sich der Ort bestimmt mit Tausenden von Besuchern füllen.