Jestem niewierzący, ale jak wielu niewierzących dość dobrze znam i ewangelie, i katolickie tradycje. Czytam je tak, jak całą wielką księgę kultur świata: jako mity, opowieści, baśnie. Literaturę. I coś chciałbym Wam powiedzieć o głównym bohaterze dzieła literackiego pt. „Nowy Testament”. Mówił wiele o miłości, ani razu nie powiedział ani słowa o gejach, lesbijkach, biseksualnych i transpłciowych. Mówił, że królestwa niebieskiego nie wejdą bogacze (no, w każdym razie że są na to mniejsze szanse, niż na przejście ucha igielnego przez wielbłąda, co było ówczesnym określeniem „tu mi kaktus na ręku wyrośnie, jeśli), ale o elgiebetach ani słowa (w przeciwieństwie do tego nienawistnika Szawła).
Jeśli pójdziecie do wielu kościołów, zwłaszcza gotyckich, w łuku łączącym prezbiterium z nawą zobaczycie belkę, a na niej krzyż z trzema figurami: umierającym człowieko-bogiem, Jezusem, i dwiema najbliższymi mu osobami. Kona przez kilka godzin, odzywa się zaledwie siedem razy, im dalej w agonię, tym krótszymi zdaniami (dopiero przed samą śmiercią wyda z siebie dłuższe). To jest trzecie z ostatnich słów: „Niewiasto, oto twój syn; oto twoja matka.”
W tym micie Artur nie ma swojej Ginewry, Herakles nie ma swojej Dejaniry, Jezus nie ma żony. Głupio jest oczywiście pisać o jakimś bohaterze literackim, że ma taką czy inną orientację seksualną – może być po prostu aseksualny. Gdzieś musiałoby być napisane, że ma żonę czy ukochaną, albo ukochanego… chyba, że jest napisane? Chodzi z tymi dwunastoma mężczyznami, których sobie wybrał w całych wędrówkach, a ma między nimi jednego umiłowanego. Najmłodszego zresztą. Pozostali ewangeliści o tym nie wspominają, ale Jan i owszem, dumnie pisze o sobie: „uczeń, którego miłował”, „uczeń, którego kochał”. Jest z nim w czasie przemienienia na górze Tabor, w czasie ostatniej wieczerzy leżał na jego piersi (bo przecież jedli na leżąco), w Ogrójcu, potem pod krzyżem, był pierwszy przy pustym grobie i kiedy po zmartwychwstaniu Jezus objawił się uczniom nad brzegiem jeziora.
Ale teraz jest ten moment, kiedy Jezus umiera i musi załatwić swoje ziemskie sprawy, trudno wygłaszać długie testamenty konając na krzyżu; na krzyżu człowiek się dusi, każdy oddech wymaga podniesienia się na wbitych w ręce i nogi gwoździach, a słowa to gorzej niż oddech. Mówi do tych dwojga pod samym krzyżem krótko: to twój syn, to twoja matka. I tyle. Żeby ktoś się tą starą kobietą zajął, kiedy on umrze. I wybiera młodego mężczyznę, którego kocha i który jego kocha. Wszystko to jest verbatim opisane w ewangelii. Nie mówię, jak było w rzeczywistości – nie wiem nawet, czy Jezus istniał. Mówię o tym, co jest w książce.
Wiecie, dlaczego takie popularne są te wszystkie opowieści, od apokryfów po Dana Browna, o miłości Jezusa z Marią Magdaleną, o dzieciach Jezusa z Marią Magdaleną, o tym, że byli małżeństwem? Bo Jan po prostu nie odpuścił i napisał, jak było. I trzeba jedną literaturę przykryć drugą literaturą.
Wiecie, jak się nazywa ten łuk i ta belka? To łuk tęczowy i belka tęczowa.
Jacek Pałasiński
Niedziela, 13 lutego 2022. Trzy dni do wojny.*
Piękne słońce i choć chłodno, od razu inaczej się żyje. Bug i Narew jak Missisipi i Missouri, w podmokłych łąkach odbija się słońce, ozimina kłuje zielenią w oczy. Na wylotówkach od samego rana dziesiątkami migają niebiesko policyjne suki. Stoją stadami, ale nie łapią, jak to zwykły czynić. Szepce się, że mają ułatwiać przejazd kolumnom wojskowym. Ale kolumn nie widać. Po południu dalej stoją i migają, złowrogo, jak to one, odkąd policja polska stała się wrogiem Polek i Polaków.
Minął kolejny dzień pokoju. Czy ostatni? Czy będzie jeszcze jeden, może dwa? Każda chwila pokoju, choćby pełnego nieznośnego napięcia, jest cenniejsza od brylantów.
Ile razy takie chwile pojawiały się już w historii? Czy myślałeś o tym, Czytelniku, pochłaniając z obowiązku lub dla przyjemności książki o historii? To się musiało zdarzać już setki, tysiące, setki tysięcy razy w historii homo sapiens. A przedtem w historii innych gatunków ludzkich, Cro-Magnon, Neandertalczyków.
Mamy wszak rok 5782 od stworzenia świata. Wierzysz, Czytelniku, w żydowskiego Boga, więc uwierz i w żydowski kalendarz. Jahwe stworzył świat 5782 lata temu. Czyli 3761 lat p.n.e. Och, pardon! Szajka chce karać za pisanie „przed naszą erą”. Mamy obowiązkowo pisać „przed Chrystusem”. Czyli Mesjaszem. Czyli Namaszczonym. Z tym, że za życia nikt Jeszuy za mesjasza nie uważał. No i z tym, że „Jeszua” – zbawiciel – prawie na pewno nie miał na imię Jeszua, tylko Jan. Dokładniej Jan z Gamali, syn królewskiego rodu Hasmodeuszów, potomek ukrzyżowanego przywódcy antyrzymskiej rebelii przeciw Herodowi, nie-Żydowi na czele żydowskiej prowincji. Jan Nazirejczyk, czyli członek mesjanistycznej sekty fanatyków Prawa, dążący do wygnania Rzymian i stworzenia teokratycznego państwa żydowskiego. Nie „Nazareńczyk”, bo z całą pewnością za jego czasów Nazaret w ogóle nie istniał.
Niedługo po stworzeniu świata, Jahwe ulepił z gliny Adama, a potem z jego żebra stworzył Ewę. Adam zmajstrował Ewie dwóch synów i od razu zaczęły się wojny. Brat zabił brata.
Nie jest jasne, co prawda, skąd się wzięli kolejni ludzie, bo ze związku Kaina z Ablem dzieci by nie wyszły. Zwłaszcza po śmierci Abla. Ale co? Naprawdę uważacie tę właśnie kwestię za najbardziej absurdalny szczegół w Biblii?
Nieważne: jedno jest pewne, nieudany twór Jahwe nie może żyć bez jedzenia, picia, powietrza i wojny.
_________
* Na wypadek, gdyby jakimś cudownym zrządzeniem losu do wojny nie doszło, przypomnę, że 12 lutego amerykańska telewizja CNN podała, że wojna Putina z Ukrainą rozpocznie się w środę, 16 lutego 2022 roku.
Skąd wziął się herb Ukrainy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Herb nie jest aż tak stary, choć historia jego powstania sięga bardzo zamierzchłych czasów. Czy zawdzięczamy go dynastii Rurykowiczów, czy ma coś wspólnego z herbem księstwa Ruskiego i świętym Michałem na niebieskim polu, ubranym w złote szaty, dlaczego najpierw był dwuząb, czy może herb ma związek z pismem runicznym?
Слава Україні!
Tu kilka linków o „małym herbie Ukrainy“, bo taka jest prawidłowa jego nazwa:
Skąd wziął się na secesyjnej kamienicy przy Heidelberger Platz 1 w Berlinie? Nie wiem. Cały czas myślałam, że jest to jakiś secesyjny element zdobnictwa. Zresztą dawno już o nim zapomniałam. A tak naprawdę nigdy przedtem nie znałam i nie interesowałam się herbem Ukrainy. Prawdopodobnie jakby mnie ktoś zapytał o kolory flagi, też bym nie wiedziała. Gdy wybuchła wojna, niektórzy z nas, Polacy może mniej, spojrzeli na mapę, gdzie właściwie leży ta Ukraina i z kim graniczy, i jak daleko od Berlina?
Gdy Ksenia odbierała od nas gar zupy dla swoich rodaków przyjeżdżających z Ukrainy, mój mąż poradził jej pójść zamiast na stację metra od razu do kolejki podmiejskiej, S Bahny przy Heidelberger Platz, bo tam jest ten dom, dom z niemiecką restauracją na dole Heidelbeere, z ukraińskim herbem u góry.
W Heidelbeere byłam tylko raz. Niemiecka kuchnia jakoś nigdy mnie nie pociągała. Byłyśmy z przyjaciółką, zamówiłyśmy niemieckie piwo i Bockwurst z Kartoffelsalat. Dzisiaj weszłam tam drugi raz, jeszcze przed otwarciem. Miałam szczęście, spotkałam właściciela. Tyle co mi powiedział, potwierdziło nasze przypuszczenia, dom był budowany dla ukraińskiego przedsiębiorcy w roku 1910 i w latach dwudziestych lub później mieściło się tutaj coś w rodzaju przedstawicielstwa konsularnego Ukrainy. Kamienica dostojna, niedawno odrestaurowana. Teraz trwają prace remontowe od strony podwórza, Zajrzałam przez dwa identyczne wejścia do klatki schodowej. W spisie mieszkańców nie ma ukraińskobrzmiących nazwisk, ale to nic nie znaczy.
P.S.
Tekst pisałam kilka dni temu nie mając wiedzy, takiej, którą mam dzisiaj. Najpierw przyszedł mail od znajomego z dołączoną widokówką domu i z wiadomością, że kamienicę zbudowano w roku 1907, a w miejscu herbu był zupełnie inny znak, a dzisiaj wiem już dużo więcej i przyznaję się do niewiedzy na temat historii i herbu Ukrainy.
Niestety historia ma też swoje ciemne strony, o których w czasie agresji Rosji na Ukrainę prawie nie wypada pisać. Ale może jednak warto wiedzieć. Dociekliwszy okazał się w tym przypadku mój mąż, który też do teraz uważał ten herb za ukraiński. Pod tym linkiem wiele rzeczy jest wyjaśnionych.
Krótki fragment dotyczący kamienicy cytuję tutaj w tłumaczeniu:
Przy Heidelberger Platz w Wilmersdorfie znajduje się “Dom z Trójzębem”, który przyciąga uwagę emblematem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) na szczycie. W okresie międzywojennym był ważnym ukraińskim ośrodkiem emigracyjnym w Berlinie, a od 1923 r. mieściły się w nim różne organizacje, m.in. społeczność ukraińska, ukraińska służba prasowa i Związek Ukraińskich Oficerów. OUN, która rezydowała tu po 1931 r., miała przymocowany trójząb z mieczem, co laicy łatwo mogą pomylić z herbem Ukrainy (trójząb bez miecza). Historia OUN obejmuje również współpracę z narodowymi socjalistami, czego oczywiscie nie można przemilczeć.
Jako dziecko musiałam w niej od czasu do czasu uczestniczyć, mam na myśli wielkopostne obrządki kościoła katolickiego, zwane drogą krzyżową, bo w tych obrządkach zostałam wychowana, bardziej w obrządkach niż w wierze. A dzisiaj o sobie mówię niewierząca, ale katoliczka. Zwiedzając kościoły, przede wszystkim ich wnętrza, zawsze zwracam uwagę na umieszczoną w nich, a czasami na zewnątrz lub jeszcze dalej niż na zewnątrz drogę krzyżową. Każdy kościół ma inną: bardziej wyeksponowaną lub mniej, artystycznie doskonałą lub taką, której do doskonałości daleko, na bogato lub na skromnie, malowaną lub rzeźbioną… Ta, o której tu piszę jest drogą krzyżową na cmentarzu w Berlinie przy Röblingstraße 87–117 (Friedhof der St.-Matthias-Gemeinde).
Cmentarze to często cel moich spacerów, poszukiwań minionego czasu, dla tych już świętej pamięci czasu straconego raz na zawsze. Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce dopiero dwa lata temu, nawet moje wnuki były tu przede mną, gdy chodziły jeszcze do katolickiego przedszkola i w ramach obchodów świąt katolickich wybierały się rokrocznie na początku listopada na ten właśnie cmentarz. A teraz jestem tu często. Odwiedzam grób bliskiej mi bardzo osoby. Nie było jeszcze grobu, gdy przyszłam tu pierwszy raz, żeby się rozejrzeć. Uwagę moją od razu zwróciły dość równe nagrobki z płaskorzeźbami scen poszczególnych stacji drogi krzyżowej. Pierwszej stacji nie mogłam długo znaleźć. Już wiedziałam, że może być inna, tak jak czternasta, druga, dziewiąta… Dopiero niedawno, słońce zaświeciło w ten sposób, że zobaczyłam w końcu pionową kreskę, która jest rzymską jedynką, na pomniku, nie na grobie upamiętniającym Ericha Klausenera, niemieckiego polityka katolickiego, przeciwnika Hitlera, zamordowanego podczas tzw. Nocy długich noży (stacja I: Pan Jezus skazany na śmierć). W estetyce lat 60. ubiegłego wieku utrzymana jest stacja II drogi krzyżowej (Pan Jezus bierze krzyż na ramiona).
Następne, ale nie wszystkie są już dziełem rzeźbiarza Friedricha Klesse, podobne w swoim formacie, przypominają kapliczki przydrożne. Trzecią stację drogi krzyżowej w formie mozaiki możemy podziwiać na ścianie kaplicy przycmentarnej i jako kapliczkę – grób na cmentarzu (Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy). Te kapliczki – stacje nie są już grobami pierwszych zmarłych tam pochowanych, chociaż właściwie nadal są, bo nigdzie nie przeniesiono pierwszych „lokatorów”. Gdy minie termin uiszczenia opłaty prolongacyjnej, grób przestaje istnieć, może być zrównany z ziemią lub wynajęty na nowo. Starsze nagrobki, ważne i artystycznie ciekawe rzeźby, grobowce, mauzolea najczęściej nie są niszczone, tylko wynajmowane dalej. Na grobie Josepha Breitkopfa-Cosela figuruje zupełnie inne nazwisko. A może to nie jest wcale jego grób, tylko rzeźba, która kiedyś była umieszczona na miejscu pochówku rzeźbiarza. Joseph Breitkopf-Cosel zmarł kilka lat po założeniu cmentarza. Jego przejmująca rzeźba Letzte Zuflucht (Ostatnie schronienie) przetrwała do dzisiaj. Tak jak do dzisiaj przetrwał grób, albo upamiętniający nagrobek pierwszej osoby pochowanej na tym cmentarzu, pani Gertrudy Mootz.
Grób Friedricha Klesse autora większości przystanków drogi krzyżowej jest przy stacji IV: Pan Jezus spotyka swoją matkę. Następne stacje, stacja V: Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi, stacja VI: Weronika ociera twarz Jezusowi, stacja VII: Drugi upadek pod krzyżem, stacja VIII: Jezus spotyka płaczące niewiasty, stacja X: Pan Jezus z szat obnażony, stacja XIII: Pan Jezus zdjęty z krzyża opowiadają, historię Męki Pańskiej cały czas w tej samej formie artystycznej przydrożnej kaplicy. Stacje IX: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci i XI: Pan Jezus przybity do krzyża są dziełem innych artystów. Nie wiem czy dobrze lokalizuję stację XII: Pan Jezus umiera na krzyżu. Myślę, jestem prawie pewna, że jest nią wysoki krucyfiks przy grobach duchownych. Stacja XIV: Pan Jezus złożony do grobu to relief z mosiądzu wybitnego rzeźbiarza berlińskiego Wilhelma Haverkampa.
Stacje męki pańskiej zaczęto budować około 600 lat temu. Najstarsza w Europie kalwaria powstała w latach 1405‒1420 w Hiszpanii niedaleko Kordoby. Później zaczęły powstawać następne, na terenie dzisiejszych Niemiec i Włoch.
Znam dość dobrze Kalwarię Zebrzydowską. Co roku w Wielkim Tygodniu odwiedzałam to miejsce. Co roku wybierałam się też na uroczystości wielkopiątkowe, zaczynające się wczesnym świtem, ale nigdy jeszcze w ten dzień o tej godzinie tam nie dotarłam. Kilka dni temu odwiedzając berliński cmentarz, spojrzałam na tablicę informacyjną i przeczytałam, że w Wielki Piątek o 6 rano odbędzie się tu nabożeństwo drogi krzyżowej, tu na cmentarzu.
Jeśli się wybiorę, dam znać w komentarzach.
Dlaczego piszę o kalwarii? Cmentarz przy Röblingstraße powstał na wzniesieniach tzw. Szorstkich Gór (Rauhe Berge), a kalwarie zakładane były na wzgórzach, tak żeby przypominały swoim położeniem Jerozolimę. Cmentarz w początkowym swoim istnieniu był pagórkowaty. Góry i doliny stopniowo zasypywano. Zostało tylko jedno wzniesienie z wysoką kolumną, na której Maria z dzieciątkiem ma widok i ogląd na cały cmentarz.
Podczas wojny cmentarz był miejscem walk, są groby wojenne i jest otwór po kuli w maryjnym posągu. Piękna i dostojna anielica autorstwa Martina Schaußa zastygła, miejmy nadzieję na następne sto lat a może dłużej, w majestatycznej pozie, a obok kruki kolejnego artysty rzeźbiarza Ludwiga Vordermayera. Jest jeszcze kamień z wężem (Schlangenstein) https://de.wikipedia.org/wiki/Schlangenstein_in_Weimar, nie oryginał ale jego kopia. Kopia słynnej rzeźby z Weimaru jest ozdobą jednej z mogił. Gdyby nie cmentarz, może nigdy bym się o rzeźbie nie dowiedziała. Inskrypcja Genio huius loci – Duchowi tego miejsca – odnosi się do harmonijnego połączenia ducha, przyrody, literatury i sztuki.
To wszystko można tu znaleźć i ciągle szukać, a drogą krzyżową można przejść niekoniecznie jak Chrystus, tylko z ciekawości.
Wszyscy marzyliśmy o wolności, nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.
Eli Kargol
Rozdział I, / cz. 2. Rodzice Stefana (1985)
Rodzice Stefana nie doczekali czasu, kiedy Stefan w Ameryce będzie miał dość pieniędzy, żeby ich zaprosić – zginęli w wypadku samochodowym 20 maja 1985 roku, gdy Stefan i Basia byli już oboje w Nowym Jorku, ale jeszcze marnie im się działo i nie mogli pojechać do Gdańska na pogrzeb. Zresztą były to wciąż jeszcze czasy PRL-u, najprawdopodobniej i tak by nie mogli pojechać.
Rodzice Stefana mieli malucha. Wieczorem oddali samochód do przeglądu, odebrali go rano, podjechali pod dom, zabrali walizki i pojechali do Warszawy. Za Tczewem śruby mocujące koło, czyli tak zwane szpilki, tu akurat te mocujące przednie koło po lewej stronie, których w warsztacie nie dokręcono, odkręcały się powolutku w czasie drogi, aż wypadły jedna po drugiej, koło odpadło, potoczyło się na przeciwny pas, prosto przed maskę wielkiej ciężarówki, którą zarzuciło tak, że wepchnęła malucha Szarzyńskich dachem w dół prosto do rowu. W rowie niestety nie było wody ani trawy, tylko jakieś gruzy i śmieci, które nie zamortyzowały uderzenia, lecz przeciwnie, jeszcze je wzmogły. Dodały też całej tragicznej sprawie, którą samemu naprawdę trudno unieść, okropnego, polskiego symbolicznego posmaku. Zginęli na śmietniku, w każdym razie mama. Zanim bowiem przyjechało pogotowie, mama Stefana już zmarła, tam w tym dole ze śmieciami. Tatę odwieziono do szpitala w Świeciu, gdzie po dziesięciu dniach zaczął wychodzić ze śpiączki i akurat wtedy zakrzep, który się zrobił w prawej nodze, dotarł do serca. To, co rozpoczęły cztery wolniutko odkręcające się śruby, zakończył wolniutko pełzający strzępek krwi.
Ale Stefan i tak wiedział, że w jego rodzinie wszyscy szybko siwieli. Mama już w dniu ślubu była lekko szpakowata, w wieku 50 lat była siwiuteńka, ale chodziła co tydzień czesać się u pana Zygmunta, który raz na miesiąc kładł jej czarną farbę. Stefan nigdy więc nie widział mamy siwej, ona zaś nigdy nie zobaczyła, że i on szybko zaczął siwieć.
Stefana przez wiele lat nurtowało pytanie, czy te niedokręcone w warsztacie śruby były konsekwencją zwykłego polskiego niechlujstwa, tak jak gruz i śmieci w rowie, czy też ktoś z góry nakazał, aby ich nie dokręcać. Sęp-Szarzyńscy byli bowiem nie tylko rodzicami znanego opozycjonisty, ale sami cieszyli się przyjaźnią i zaufaniem środowisk inteligenckich, tych mniej kościelnych, a bardziej lewicujących (dziś można by ich było określić jako opozycyjnych „agentów wpływów” i „lewaków”), władze mogły więc… Stefan nigdy nie domyślił tej myśli do końca. Zresztą po co? Rozmawiali o tym z Markiem, gdy ten kilka lat później, już w czasach Wolnej Polski, przyjechał do nich do Ameryki. – Moglibyśmy się upomnieć o rehabilitację, powiedział Stefan. – Rodzicom by to już i tak nie pomogło, odpowiedział mu brat. – Nie, ale może by im teraz oddano honor. – Teraz, powiedział Marek, honory robią się coraz bardziej kościelne, nie wiem, czy mama i tata życzyliby sobie takich honorów. Co mieli dostać, to dostali. W podziemnej prasie pisano o ich śmierci i o stracie dla środowiska gdańskiego. Na pogrzeb przyszły tłumy.
Marek powiedział, że to było zresztą bardzo zabawne, bo ubecja nie mogła przepuścić takiej okazji i przysłała kilku tajniaków, żeby stwierdzili, czy na pogrzebie nie pojawią się jacyś ukrywający się wciąż jeszcze koledzy Stefana. Bo było tak, że wielu z tych, którzy zakamuflowali się w czasie stanu wojennego, nie kwapiło się do wychodzenia z ukrycia, gdy stan wojenny najpierw poluzowano, a potem zawieszono. Zdarzało się bowiem dość często, że taki ujawniający się działacz po jakimś czasie bywał wezwany na przesłuchanie i jednak szedł siedzieć. Jak to w Komunie – powód zawsze się znalazł. Ewa, z którą Stefan się znał od dzieciństwa, bo mieszkali w przylegających do siebie willach, napisała nawet powieść na ten temat, Dochodzenie, którą ktoś z podziemnego Komitetu Kultury Polskiej przeszmuglował za granicę i która w roku 1985 ukazała się w paryskiej Kulturze. Stefan kupił ją sobie niedawno w polskiej księgarni w Ottawie. Była to księgarnia prowadzona przez jego kolegę z Warszawy, Andrzeja Lifschesa. Andrzej przysyłał mu katalogi, a Stefan czasem zamawiał u niego książki. Dochodzenie było właśnie o tym, że władza na każdego mogła znaleźć tak zwanego haka, bo każdy gdzieś kiedyś robił lub chociażby raz zrobił coś niepoprawnego politycznie lub zakazanego. Nie działo się tak, bo ludzie byli źli i grzeszni, tylko dlatego że system tak funkcjonował. W PRL-u nie dało się żyć z czystą kartą. Każdy kiedyś wszedł w konflikt z kodeksem i katechizmem.
Tak czy owak, opozycjoniści nie palili się do wychodzenia z ukrycia, ale można było przypuszczać, że pojawią się na pogrzebie ważnych osób. Było więc oczywiste, że ubecja przysłała swoich pracowników. Z kwiatami, żeby nic nie podpadło. Ale coś i tak podpadło, bo agenci ubrali się nieodpowiednio. „Strój służbowy” ubeka pracującego w latach 80. wśród inteligencji i studentów był od kilku lat ustalony. Dżinsy, podniszczone, ale prawdziwe, nie jakieś szariki czy teksasy, koszula w kratę, też niezbyt nowa, mocne buty skórzane typu trapery, w zimne dni kurtka z kapturem lub wciągany przez głowę brezentowy skafander typu kangur z kieszenią z przodu. Strój agentki obejmował długą spódnicę, farbowaną domowym sposobem w białe koła, drewniaki i jakąś, też farbowaną, ale na jednolity kolor, bluzkę. Kilku tak ubranych osobników przyszło na pogrzeb i zapewne według instrukcji, takich właśnie posthippisów mieli również wypatrywać wśród gości. Nikogo nie znaleźli, za to sami zostali natychmiast rozpoznani jako ubecy, bo mężczyźni, z opozycji czy nie, przyszli na uroczystość ubrani w garnitury i pod krawatem, a kobiety miały na sobie czarne suknie za kolana, rajstopy i czółenka na niewysokim, szerokim obcasie.
– Gwiazda, Łopiński i Krementowski też byli, powiedział Marek, i nie zostali rozpoznani. Nie ma to jak kamuflaż dzikusa przebranego za elegancika. Krementowski był bez brody i nawet włosy miał obcięte na jeża, zupełnie jak jego brat. Sam go ledwo poznałem, stwierdził Marek.
Krementowski był podziemnym działaczem Unimoru, Łopiński podziemnym dziennikarzem, Gwiazda jednym z najsłynniejszych „naziemnych” założycieli Solidarności, który właśnie niedawno po raz kolejny wyszedł z więzienia. Po raz kolejny, bo po wprowadzeniu stanu wojennego został zatrzymany od razu 13 grudnia i internowany w Strzebielinku. Wkrótce przeniesiono go do aresztu śledczego na Białołęce, a we wrześniu 1982 roku do jednego z ośrodków dla internowanych. W grudniu internowanie zostało zamienione na areszt, bo Gwiazda otrzymał wreszcie oskarżenie – próbował mianowicie obalić ustrój. Przebywał w areszcie śledczym na Mokotowie. Zwolnienie uzyskał 22 lipca 1984 na mocy amnestii, ale już 16 grudnia tego roku został ponownie aresztowany podczas uroczystości rocznicowych. Został wówczas skazany w dwóch procesach politycznych na kary 3 miesięcy i 2 miesięcy pozbawienia wolności. Zwolniono go 15 maja 1985. Wypadek, w którym zginęli rodzice Stefana, miał miejsce pięć dni później.
Napisałam powieść o pokoleniu Solidarności. Chciałabym ją wydać, ale chyba nie mam siły pisać do wydawnictw i “się prosić”, zwłaszcza, że wydawcy z założenia olewają autorów, nawet tych, których znają osobiście i, wydawałoby się, lubią i cenią. To bardzo żenujące, “prosić się” jako autor(ka). Dlatego pisarze mają agentów, którzy to za nich robią. Ja nie mam i nie chcę mieć. Wszystkie książki, jakie wydałam w życiu, wydałam, bo wydawca się do mnie zwrócił z propozycją. Gdy kilka razy w życiu przełamałam niechęć i wysłałam do jakiegoś wydawnictwa propozycję wydawniczą, nigdy niczego uzyskałam. Postanowiłam więc, że opublikuję tę powieść tu w odcinkach, licząc na to, że Czytelnikom się spodoba, a może zdarzy się cud i jakiś wydawca (pani / pan / inne opcje) też się zainteresuje, czym zwolni mnie z obowiązku (wobec kogo właściwie?) ponownego podejmowania nieudanych prób żebrania o uwagę. Odcinki będą się pojawiać nieregularnie (z góry przepraszam), ale kiedyś dobrniemy do końca.
Ach, i chętnie przyjmuję uwagi i komentarze. Ale to pewnie oczywiste.
Fragment tej powieści już tu kiedyś opublikowałam – Jaworze.
Książkę dedykuję Eli Kargol
Wszyscy marzyliśmy o wolności, nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.
Projekt okładki: Konrad Kozaczek
Rozdział I Gdańsk (1947, 1949)
Stefan (Stefek, Steve) Karol Sęp-Szarzyński, urodził się 17 września 1947 roku. Barbara (Basia, Bianka) Gruba (Grubba) – 23 maja 1949 roku.
Oboje dorastali w Gdańsku. Stefan we Wrzeszczu, Basia na Oruni. Chodzili do tej samej szkoły, do Jedynki w Gdańsku obok wejścia do Stoczni Gdańskiej, wówczas i długo jeszcze potem – imienia Lenina. Te informacje osobom z Trójmiasta od razu dużo mówią. Stefan był z “lepszej” rodziny, ale to Basia miała ambicje.
Szarzyńscy mieszkali w poniemieckiej willi we Wrzeszczu, nieopodal Politechniki, a choć nie należała do nich, to jednak zajmowali całe pierwsze piętro, a z tyłu za domem mieli ogród, gdzie kwitły lilie smolinosy i tygodniami dojrzewał na krzakach twardy zielony agrest, który potem nagle w słoneczne letnie dni czerwieniał i pękał z nadmiaru słodkiego soku. Między dwoma drzewami czerwonego głogu wisiała huśtawka. Rodzice Stefana mieli telefon, a Stefan i Marek, jego starszy brat, mieli swoje pokoje, co w owym czasie było wielką rzadkością, bo dzieci z reguły „trzymało się” w jednym pokoju. Mama twierdziła jednak, że własny pokój jest podstawą prawidłowego rozwoju indywidualności młodego człowieka i gdy chłopcy byli w połowie podstawówki, mieszkanie przerobiono tak, by każdy z nich miał swoją, małą i ciasną, ale własną dziuplę.
Basia mieszkała z mamą i starszą siostrą Asią w jednym pokoju, lekcje odrabiała w kuchni przy stole nakrytym ceratą, pod blaszaną lampą.
W mieszkaniu Stefana była łazienka, Basia myła się w miednicy.
Gdyby nie Komuna, nigdy by się pewnie nie spotkali. I klasowo, i geograficznie byli z innych światów. Ojciec Stefana przyjechał z Warszawy, mama z Krakowa, gdzie ukrywała się przez całą wojnę w Muzeum Uniwersyteckim. Ale dlaczego się ukrywała, tego Stefan nie wiedział i chyba go to w ogóle nie interesowało. Była wojna i Niemcy byli okrutni, to właściwie starczało za wyjaśnienie wszystkiego, również ruin, nędzy i braków. Mama ukrywała się w Muzeum Fizjograficznym Polskiej Akademii Umiejętności, które po wojnie przemianowano na uniwersyteckie. Mama i Karusia, jej ciotka kiedyś tam pojechały. Muzeum mieściło się wówczas przy ulicy Sławkowskiej 17.
Mama opowiedziała mu, że przez wiele miesięcy spała z nosorożcem. Stefan myślał, że to żart, ale nie. Po latach dowiedział się, że chodziło o nosorożca włochatego ze Staruni. Nosorożec miał 30 tysięcy lat i został sprowadzony do muzeum w roku 1929. Zasadniczo mama mieszkała w pokoiku w piwnicy, ale pewnej zimy szczury zaczęły nadgryzać nosorożca i wtedy mama oraz muzealna kotka, Królowa Karolina, nazwana tak przez mamę na cześć ciotki Karusi, przez jakiś czas nocowały w sali z nosorożcem. A właściwie z nosorożczycą, bo to była młoda, trzyletnia samica.
Basia zapytała kiedyś Stefana, czy może i oni pojadą do tego muzeum, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. To zresztą wcale nie jest już to samo muzeum, a też inaczej się nazywa i ma inny adres, powiedział Stefan. Ale nosorożec wciąż jeszcze jest.
Z tym nosorożcem to była ciekawa sprawa, bo był to, i nadal jest, jedyny na świecie kompletny egzemplarz wymarłego gatunku nosorożca (Coelodonta antiquitatis) z epoki plejstocenu. Kompletny to znaczy z zachowanym szkieletem i tak zwanymi „częściami miękkimi”: wnętrznościami, mięśniami, skórą. Starożytny zwierzak został odkryty na Ukrainie (dziś by się zapewne powiedziało „w Ukrainie”), w kopalni głębinowej ozokerytu czyli wosku ziemnego na terenie wsi Starunia koło Stanisławowa. Unikalna fosylizacja tego okazu była możliwa dzięki konserwującym właściwościom wosku ziemnego i soli kamiennej. Nosorożca przywieziono do Krakowa w grudniu 1929 roku, tuż przed Gwiazdką.
Ale teraz naprawdę to już nie jest prawdziwy nosorożec, powiedział Stefan, który kiedyś podczas praktyki studenckiej mieszkał przez miesiąc w Krakowie i poszedł obwąchać sprawę nosorożca. Znaleziono wprawdzie rzeczywiście całe ciało, ale w muzeum zostało podzielone i pokazuje się je na kilka różnych sposobów. Konserwacji nosorożczycy dokonał rzeźbiarz-preparator, Franciszek Kalkus. Skórę zdjęto, a następnie założono na przygotowany model zwierzaka, a szkielet oddzielono od mięśni i części miękkich, które zakonserwowano oddzielnie. Sporządzono także formę do wykonywania gipsowych odlewów zwierzęcia. Wypchany okaz z oryginalną skórą, słoje z częściami miękkimi, model gipsowy w pozycji znalezienia oraz skamieniałości towarzyszące zostały udostępnione do zwiedzania w Muzeum Fizjograficznym PAU w czerwcu 1930 roku. Natomiast szkielet został zaprezentowany dopiero w roku 1948. Znalezienie tych informacji nie było nawet specjalnie trudne, bo cała procedura została szeroko opisana w prasie. W czasie okupacji władze niemieckie zarządziły sporządzenie odlewów imaginacyjnych, przedstawiających nosorożca w pozycji stojącej.
Mama Basi pochodziła z Matemblewa i była Kaszubką. Tata przyjechał ze Wschodu, z wioski o niemożliwej do wymówienia nazwie Miszczkrika.
Miszczkrika. Stefan myślał, że Miszczkrika to taki sam żart jak nosorożec, ale i to nie był żart. Miszczkrika to niewielka wioska na Wileńszczyźnie, w powiecie Święciany, położona nad rzeką Żejmianą. Od późnej wiosny do wczesnej jesieni na Żejmianie odbywały się spływy kajakowe. Na rzece kwitły lilie wodne, co Basi się potem już nieodmiennie kojarzyło z Marcelem Proustem i spacerami w Combray nad rzeką Vivionne, czyli „w stronę Swanna”. Marcel Proust był ulubionym autorem Basi, co sprawiało, że w szkole uważano ją za dziwaczkę. Ale czytała też Hessego, Manna, Joyce’a i Dostojewskiego. Czytała bez przerwy i potem twierdziła, że niczego nie nauczyła się w szkole ani na studiach (studiowała psychologię) i wszystko co wie, zawdzięcza książkom, a przede wszystkim Proustowi. Przez wiele lat fakt, że Basia była tak oczytana, zachwycał Stefana, ponieważ on sam raczej wolał chodzić niż czytać. Czasem, gdy siedzieli u Basi w kuchni przy stole przykrytym ceratą, w mieszkaniu, gdzie nie było książek, Stefan zastanawiał się nad tym, dlaczego to się tak dziwnie ułożyło, że on, chłopak z dobrego domu, gdzie było wszystko, książki, koncerty, teatr, muzea i podróże, chętnie się dowiadywał, uczył, studiował, ale właściwie nie czytał, natomiast Basia, wychowana pod wielkim świętym obrazem, przedstawiającym dobrą Matkę Boską, osłaniającą płaszczem uciekające się pod jej opiekę dzieci, wyrastając w jednopokojowym mieszkaniu i jedząc kanapki z salcesonem, czytała bez przerwy.
Kiedyś, już w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że może to właśnie salceson stał się siłą napędową wszystkiego, co Basia w życiu osiągnęła i że Basia zrobiła wszystko, co było możliwe, żeby wydostać się z życia, które każe człowiekowi jeść salceson.
W Berlinie Stefan usłyszał od Ewy, że ulubioną potrawą ówczesnego kanclerza Niemiec, Helmutha Kohla, był Saumagen, czyli świński żołądek napakowany mięsem, zalany galaretą z nóżek i sprasowany, co chyba było opisem tego, jak powstaje salceson, i że jest to pyszne jedzenie, do którego używa się najdelikatniejszego mięsiwa. Może i tak, pomyślał Stefan, ale polski salceson z lat 60 był pełen świńskiej skóry, uszu i chrząstek. Ewa jednak tego nie wiedziała, bo Ewa już w liceum była jaroszką i nie mogła się wypowiadać na temat smaku mięsa.
– No i co z tego, powiedziała mu wtedy, ale mimo to mogę się wypowiadać na temat przyrządzania mięsa.
W Matemblewie była kaplica Matki Boskiej Brzemiennej. Kiedy Stefan i Basia kupili pierwszy samochód – niebieskiego malucha – Basia była w ciąży, Stefan zaproponował więc, żeby na pierwszą przejażdżkę pojechali do Matemblewa. Najpierw odwiedzili mamę i tatę Grubów na Oruni, potem pojechali babci i dziadka do wioski Matemblewo, a potem do kaplicy. Był maj 1971 roku. Nad strumieniem w lesie matemblewskim kwitły żółte kosaćce.
– To czary, gusła i zabobony – powiedział Stefan, gdy stanęli przy kapliczce i Basia położyła przed Matką Boską bukiet łąkowych kwiatów, zebranych za strumieniem. Ale ponieważ mówiąc to, Stefan uśmiechnął się szeroko, całe przedsięwzięcie zostało wzięte w cudzysłów i przestało być nabożnym kiczem, a stało się poststudencką celebracją faktu, że mają samochód i prawo jazdy, i mogą sobie pojechać, dokąd chcą. I mogą sobie pozwolić na ironię, jak w tym wierszu Bohdana Zadury:
jezus maryja wszystko przemija związek radziecki swetry i kiecki ogień i woda kwiaty w ogrodach lata w więzieniach piękne złudzenia burze i deszcze miłosne dreszcze mało ci jeszcze?
Weszli na górę i podeszli do samej figury, ustawionej w wysokiej kapliczce. Matka Boska miała czerwoną suknię i granatowy płaszcz, a właściwie coś w rodzaju płachty materiału, fantazyjnie przerzuconej przez plecy i przesłaniającej ciężarny brzuch. – Wysoka była, powiedziała Basia. Stefan, który zawsze wszystko wiedział, bo choć nie lubił czytać, lubił wiedzieć, wiedział skądś, że Matka Boska z Matemblewa ma wysokość 185 centymetrów. Jest taka jak ja, dodał. Tylko, że z drewna modrzewiowego. – Lat ma też tyle co my? zapytała Basia. – Sama wiesz, dokładnie nie wiadomo, ale jest z XVIII wieku, więc może mieć nawet dwieście lat. A ta prawdziwa miała pewnie 12 lat, najwyżej 14. Basia upozowała się naprzeciw figury, przyłożyła prawą rękę do piersi, a w lewej, na wysokości bioder zamiast lilii trzymała niezapalonego papierosa. Była jednak w znacznie bardziej zaawansowanej ciąży niż Najświętsza Panienka. No i nie była panienką.
– Miałaś nie palić, powiedział Stefan. – Nie palę, powiedziała Basia. Zapaliła, gdy wracali do samochodu. – Miałaś nie palić, powtórzył Stefan. Ale takie były czasy, wszyscy palili. – Ostatni, powiedziała Basia. I Stefan, i Basia wiedzieli, że to nieprawda.
Oboje mieli niebieskie oczy, byli wysocy i szczupli. Byli też przystojni, tak jak przystojni byli ludzie w latach 70. Basia miała małe czerwone usta, ciemną oprawę oczu i grzywę ciemnych loków. Już nie obcinała i nie tapirowała włosów, by uzyskać gładki hełm, tak charakterystyczny dla lat 60. Stefan był ciemnym blondynem. Gdy w Ameryce świat się obrócił i odwróciły się ich role społeczne, zmieniła się też kolorystyka obojga. Basia zaczęła farbować włosy i stała się delikatną, jasną blondynką, a Stefanowi włosy ściemniały i pokryły się pyłem. Stefan początkowo myślał, że to azbest, ale nie – w wieku czterdziestu kilku lat Stefan zaczął siwieć.
________
Wszystkie przypisy pojawiają się tylko przy tytułach rozdziałów i odnoszą się tylko do autorów książek (tekstów) lub ludzi, z którymi rozmawiałam, a którzy znacząco wpłynęli na kształt danego rozdziału. Tu: Bronisława Raszkiewicz
Czy Państwo też zwrócili uwagę na szerzące się wokół poradnictwo? Wszyscy są ekspertami od wszystkiego, od cudzego życia też.
– Bo ty powinnaś uwierzyć w siebie, pojechać do sanatorium. Zosia była w Świnoujściu, chwali sobie. I po co się tak przejmujesz, gdybyś się nie przejmowała, to byś lepiej na tym wyszła – usłyszałam niedawno.
Przejmuję się, bo Najwyższy uczynił mnie istotą myślącą: doświadczam, obserwuję, czuję, analizuję. Nie pojadę do sanatorium. Jak Woody Allen na wieś, tam nie ma gdzie – upiera się – chodzić na spacer.
Idę drogą, która mnie wybrała. Może nie upojną – w końcu nie jesteśmy w cyrku – ale ukojną. Moją.
Nie zatrzymuj mnie.
„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi.
– z wiersza sir Thomasa Wyatta „Chce kto polować wiem, gdzie znaleźć łanię”, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.
Od Adminki: Julita przed wejściem na sopockie molo. Ta wieża, to sopockie Łazienki. Sanatorium w mieście. Za budynkiem morze (zdrowe morskie powietrze), w prawo ulica do “grzybka”, gdzie, jeśli się higienicznie i ekologicznie przyszło z własnym kubkiem, można się, jak w sanatorium, napić wody leczniczej. Chyba nikt z nas nigdy tej wody nie pił. My w tym mieście nie jesteśmy w sanatorium, my tu mieszkamy (mieszkaliśmy; ja się tu urodziłam) i, co najwyżej, chodzimy na spacer.
A tu cały wiersz. U Julity był na Facebooku w komentarzu, ale oczywiście należy do tego tekstu:
Chce kto polować — wiem, gdzie znaleźć łanię:
Dla mnie, niestetyż, za późno na łowy;
Tak-ci mię znużył ów pościg jałowy,
Że ledwie słyszę w dali rogów granie.
A przecie, mimo całe me znękanie,
Tropem zwierzyny dążę przez dąbrowy,
Niczym nie trzeźwiąc rozpalonej głowy,
Gdy w sieci jeno wiatr mi się dostanie.
Chce kto ją łowić — niech łowi, lecz szczerej
Zazna udręki: to jedno mu powiem.
Na smukłej szyi obróżkę albowiem
Ujrzy, a na niej z diamentów litery:
„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi
Kilka lat temu ogromne wrażenie zrobił na mnie debiut Stanisława Łubieńskiego Dwanaście srok za ogon, książka pełna pasji związanej z ornitologią. Tym razem autor pisze o nas, a właściwie o tym co po sobie pozostawiamy, czyli o śmieciach. Od całkiem niedawna produkujemy niezliczoną ilość śmieci, z którymi nie mamy co zrobić, śmieci które zatruwają nas oraz środowisko i to nie tylko te najbliższe. Przy okazji marnujemy sporą ilość surowców naturalnych, których mamy przecież coraz mniej. Rzeczy niby oczywiste, ale jakoś na co dzień większość z nas kompletnie się nad tym nie zastanawia I właśnie dla tej krótkiej refleksji Książka o śmieciach warta jest poświęconego jej czasu. To rzecz nie tylko ważna, ale przede wszystkim mądra, a do tego ciekawie napisana. Cóż warto się czasem zastanowić po co nam kolejny przedmiot, czy faktycznie jest nam niezbędny, a jego posiadanie przyniesie nam aż tyle radości? Myślę, że świadomość tego, co stanie się po zużyciu przez nas tych rzeczy może skłoni nas do bardziej świadomej konsumpcji, bo nie chodzi o to aby całkowicie zrezygnować z dóbr wszelakich, bo jak to mówią, wszystko jest dla ludzi, natomiast warto żyć tak, żeby po naszym odejściu mogli tu żyć inni.
Skąd pochodzimy i kim jesteśmy? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Frank Westerman w swojej książce My człowiekowate. Muszę przyznać, że jest to niezwykle ciekawa rzecz. Kiedy można mówić o tym, że jakiś gatunek jest człowiekiem? Co sprawiło, że mówimy? My człowiekowate to nie tylko historia odkryć najstarszych pozostałości po hominidach. To także historie ludzi, którzy poświęcili życie na ich poszukiwanie. Zresztą one same już są niezwykle interesujące. To nie jest zwykła książka popularnonaukowa. My człowiekowate jest reportażem, książką, w której Westerman wraz z grupą swoich studentów, prowadzi swoiste śledztwo. Przy okazji możemy poznać warsztat reportera. To rzecz, która ma w sobie coś głęboko humanistycznego, no ale w końcu jest to książka zarówno o człowieku współczesnym jak i o jego przodkach.
Magdalena Szpunar
Pojechał po bułki
rowerem
bo mimo wojny jeść trzeba
leży teraz w kałuży
co spija z niego ostatnie tchnienie życia
a żona mówiła
że bułek nie trzeba
że można chleb
można tylko patrzeć
patrzeć bezsilnie
aż wyschnie kałuża
Pojechał po bułki rowerem, 5 kwietnia 2022
Tamara Łempicka, Uchodźcy (1937) [Fot. Estate LLC/Museum of art and history, Saint-Denis].
Anna Czekanowicz
modlitwa
gdzie się podziała cała ta czułość
gdzie światło witraży w katedrze
szelest liści i pieszczota wiatru
gdzie zniknął smak świata
toczą mnie robaki czarnych myśli
czerwie złych słów plugawych zaklęć
mrocznych przekleństw
głuchych złorzeczeń
jestem kobietą rozpłataną ostrzem bagnetu
jestem kruszyną nienarodzoną tuż obok
we krwi zakrzepłej i skamieniałej
jestem psem co pełznie beznogi wśród gruzu
tajemniczym kocim okiem nieruchomo
wpatrzonym w nieznane
niechaj przeklęta będzie matczyzna
co synów swych na żniwo wysłała
7 kwietnia 2022
Pavlo Kyryk
Moja przyjaciółka napisała (też na Facebooku): Dostałam od przyjaciela i sąsiada Kuby Zaleskiego: Hej Kochani, taką piosenkę dla Ukrainy napisałem i dograłem do melodii Piosenki dla córki, we własnym aranżu: https://drive.google.com/file/d/1AZ6tDtJJmnAHNNJKLfj5IJDEROniU6Ey/view?usp=sharing Miłego, choć pewnie niewesołego słuchania K.
Autor pracuje też nad wersją ukraińską i też ją nam udostępni.
– Istnieją tacy – powiedziała wielka mistrzyni do swoich uczennic i uczniów, zgromadzonych pewnego słonecznego, wiosennego, ale mroźnego poranka na polanie nieopodal strumienia – którzy chcą podbić świat i uczynić z niego, to co im sie marzy albo widzi. Ale ten zamiar nigdy się nie spełni – kontynuowała Lucy – bo naczynie świata nie jest własnością człowieka tylko jego boskiej matki i próby zmiany tego stanu rzeczy są skazane na nieuchronną porażkę, której owocem jest tylko śmierć i zniszczenie.
Lucy i Nicnierobienie
Pewnego, pełnego życia wiosennego dnia, siedziała wielka mistrzyni na progu swojej chatki i obserwowała świat. Dzieci bawiły się dookola, a ich rodzice dyskutowali wydarzenia dnia, które poruszyly wioskę i jej okolice. Pewien nauczyciel, który lubil się z nią przekomarzać, podszedł do niej i zapytał – Dlaczego nic nie robisz, stara kobieto? Z powodu takiego pięknego dnia nie powinnaś się obijać i siedzieć bezczynnie na słońcu. Dlaczego nie wejdzisz do chatki, aby spisać twoje arcymądre spostrzeżenia? – W moim stawie – odpowiedziała uśmiechając się Lucy – mieszka bardzo stary karp, który szuka pożywienia na dnie bajora, a robi to powoli i nieustannie, ale kiedy stadko moich kaczek przepływa nad nim i mąci piasek oraz wodę, to zatrzymuje się i czeka, aż staw znowu się oczyści. – To raczej deszczowe dni – dorzuciła wielka mistrzyni – przynoszą mi ważne spostrzeżenia, a moim kaczkom tłuste robaki.