Quer durch Berlin

Samstag, 16. Juli um 16:00 Uhr

oder/lub: 16.07 um 16.07

Wir laden zu einem Sommerspaziergang auf dem Alter St.-Matthäus-Kirchhof ein:
Zum Besuch bei Gebrüder Grimm, Rio Reiser und Ovo Maltine

Alter St.-Matthäus-Kirchhof
Großgörschenstraße 12-14
10829 Berlin

Po polsku do poczytania tu: https://ewamaria.blog/2019/02/26/mezczyzni-na-starym-cmentarzu-sw-mateusza/

Ela, Ewa, Krysia

Ewelina Wanke, Radziwiłł & UTP


www.UTP.berlin

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele,
zapraszamy naszych słuchaczy 15 lipca o godz. 18.00 na wykład Dr Eweliny Wanke

Radziwiłłowie w Berlinie — Ferdynand książę Radziwiłł (1834–1926) i jego wkład w budowanie stosunków polsko-niemieckich w XIX wieku

Wykład przybliży postać jednego z najistotniejszych członków berlińskiej linii rodu — wybitnego polityka konserwatywnego, posła do Reichstagu i szefa działającego tam Koła Polskiego, członka Izby Panów pruskiego Landtagu i wreszcie marszałka-seniora Sejmu Ustawodawczego niepodległej Polski.

Dr Ewelina Wanke, historyczka, nauczycielka akademicka, tłumaczka, muzealniczka i pedagożka. Mieszka i pracuje w Berlinie. Autorka wielu publikacji z zakresu historii stosunków polsko-niemieckich w XIX i XX wieku, w tym najnowszej biografii Ferdynanda księcia Radziwiłła.
Poza pracą naukową i pedagogiczną tworzy filmy dokumentalne oraz teatr i kino dwujęzyczne.

Moderator: dr Piotr Olszówka

Życzymy dużo przyjemności.
Rada Programowa UTP


Meine Damen und Herren, liebe Freunde,
Wir laden unsere Zuhörer zum Vortrag ein: 15. Juli 2022 um 18.00 Uhr.

Dr. Ewelina Wanke, Historikerin, Hochschullehrerin, Übersetzerin, Museologin und Pädagogin. Lebt und arbeitet in Berlin. Sie ist Autorin zahlreicher Veröffentlichungen zur Geschichte der polnisch-deutschen Beziehungen im 19. und 20. Jahrhundert, darunter eine kürzlich erschienene Biografie über Ferdinand Fürst Radziwill. Neben ihrer wissenschaftlichen und pädagogischen Arbeit macht sie Dokumentarfilme, Theater und zweisprachiges Kino.

Der Vortrag Die Familie Radziwill in Berlin – Ferdinand Fürst Radziwill (1834-1926) und sein Beitrag zu den deutsch-polnischen Beziehungen im 19. Jahrhundert stellt einen der bedeutendsten Vertreter der Berliner Linie der Familie vor – einen prominenten konservativen Politiker, Mitglied des Reichstags und Leiter des Polnischen Kreises, Mitglied des Oberhauses des Preußischen Landtags und schließlich Oberpräsident des Sejm des unabhängigen Polen.

Moderation: Dr. Piotr Olszowka

Mit herzlichen Grüßen,


Link do rejestracji w spotkaniu ZOOM / Link zur Registrierung im ZOOM-Meeting

https://us02web.zoom.us/webinar/register/WN_bZoJp-O1TnmcaEI9Ztc3ag

Mit Simultanübersetzung ins Deutsche


Współfinansowane przez / Gefördert durch:

9-Euro-Ticket (5)

Christine Ziegler

Liebe Ewa,

in Duisburg wird aus BVG die DVG und wieder reisen wir mit unserem heimischen Ticket. Heute hat uns die „D-Bahn“, die zwischen Düsseldorf und Duisburg verkehrt, in die Innenstadt gebracht. Wir besuchten das Museum Küppersmühle (https://museum-kueppersmuehle.de/).

Kunst aus Deutschland nach 1945 wird gezeigt. Ziemlich reiche Sammler haben es sich leisten können, eine alte Speicheranlage ganz und gar prächtig auszubauen zu erweitern.

Bernhard Heiliger (Foto Christine Ziegler)

Das Gebäude ist absolut faszinierend.

Die Anbauten von Herzog und de Meuron haben nicht nur die alten Gebäudeteile (Mühle und Speicher) wunderbar ergänzt. Vor allem die Treppenhäuser hatten es mir angetan.

In der Ausstellung waren auch Fotos von Bernd und Hilla Becher und da gab es ein Foto vom alten Elewator-Gebäude.

Der Weg zwischen Neu- und Altbau führt mitten durch den alten Speicher. Ich wünschte, sowas könnte ich fotografieren. Selber schauen kann ich nur empfehlen.

Liebe Grüße

Christine

Haiku gegen Krieg

Joasia Rubinroth

lügen-diktator

putin der kranke eunuch.
eines nachts: angriff.

alles ausverkauft: 

gaskocher. mehl. batterien. 
deutschland war bereit. 
 
ein grässlicher ton.

ein widerliches klirren. 
eiserner vorhang.

die sonne lacht so,

als wären alle nachrichten vom krieg
fake news

putin droht mit knopf.

und die ganze welt zittert. 
während charkiew stirbt. 

wie kann es schön sein

wie können blumen blühen
wenn nebenan krieg

gesprengte brücken. 

asche und schutt. übrig: 
patriotismus. 

der kopf rafft es nicht,

dass ein mann soviel macht hat. 
und die welt bedroht. 

man sagt dass putin 

mit goldener klo-bürste 
die kindheit wett-macht

STOP MAIL EGO DESTROY THE WORLD!
(to nie haiku) 

manchmal ein funke

ein kleiner funke hoffnung
dass es noch gut wird

Hiob / Auschwitz

Bogdan Twardochleb

Autor przysłał kilka dni temu takiego maila:

Kochani,

Gero Hellmuth, artysta z Singen, prawie znad jeziora Bodeńskiego, dziecko wojny (ur. w 1940 w Neustrelitz, Mecklenburg) przywiózł do Gdańska swoją wystawę, której otwarcie będzie w czwartek, czyli pojutrze, 14 lipca 2022 roku w Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Termin otwarcia wystawy był z powodu pandemii kilkakrotnie przekładany. Hellmuth bardzo chciał tę wystawę w Gdańsku zorganizować. Początkowo była mowa o innym miejscu, ostatecznie jest Muzeum Drugiej Wojny. Nieważne. Bardzo ważne jest to, że postanowił przekazać Gdańskowi (Polsce) swą symboliczną rzeźbę – Tryptyk z Auschwitz.

Na wernisażu miałem wygłosić mowę, o którą Gero Hellmuth mnie prosił. Jestem po operacji i niestety nie mogę pojechać do Gdańska. O ile wiem, moją mowę przeczyta pani konsul generalna Cornelia Pieper. Przesyłam Wam tekst tej mowy i katalog wystawy.

Wydaje mi się, że to, co Gero Hellmuth postanowił zrobić, jest bardzo, bardzo ważne. A dziś, ze względu na to, co się w Polsce opowiada o Niemczech, jeszcze ważniejsze. Dlatego chciałem się z Wami podzielić tą ważną wiadomością. Może Was zainteresuje.

Serdecznie pozdrawiam

Bogdan


Bogdan Twardochleb

Otwierajmy drzwi

Gero Hellmuth urodził się w 1940 roku w urokliwym miasteczku Neustrelitz w Meklemburgii. Od ponad pięćdziesięciu lat mieszka w Singen am Hohentwiel blisko granicy niemiecko-szwajcarskiej. Maturę zdał w Stuttgarcie. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Karlsruhe. Ukończył też historię sztuki i filozofię.

Cykl jego prac „Hiob” był w Niemczech prezentowany wielokrotnie. Przed czterema laty został po raz pierwszy pokazany w Polsce, w nowej filharmonii w Szczecinie. Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest drugim w Polsce miejscem, gdzie można go zobaczyć. Przygotowując wystawę w Gdańsku autor poszerzył go o cykl „Auschwitz”. Dołączył też obrazy z cyklu „Dzieci wojny” w innym wyborze niż w Szczecinie, podkreślającym przerażenie jego dzisiejszą aktualnością.

Wystawa w Gdańsku ma znacznie symboliczne, bo tu, od napaści Niemiec na Polskę, wojna się zaczęła. Jest to również miasto, gdzie powstał ruch, kierowany ideą solidarności, jakże inną od wszystkiego, co niesie ze sobą wojna. Solidarność nie szuka wrogów, nie przynosi cierpienia, lecz przezwyciężając je przynosi nadzieję.

Dla Gero Hellmutha wystawa w Gdańsku jest szczególnie ważna. Sugeruje to jej nowy tytuł: „Hiob – lament i przezwyciężenie”.

W twórczość artysty z Siengen, która wynika z przemyśleń nad współczesnością, wpisane jest przekonanie o zanurzeniu człowieka w odwiecznym losie świata, rozpiętym między życiem a śmiercią, cierpieniem a nadzieją. Dlatego tak ważna jest dla niego Księga Hioba – dramat o cierpieniu i nadziei. Przeżycia i wątpliwości Hioba są w naszej kulturze doświadczeniem każdego człowieka, bo jego cierpienie jest wpisane w los każdego.

Ale jest też cierpienie, nie wynikające z losu. Cierpienie, jakie jeden człowiek świadomie zadaje drugiemu człowiekowi, decydując o jego bólu i śmierci. Lata drugiej wojny światowej były nabrzmiałe od takiego cierpienia. Jesteśmy jego dziedzicami.

Gero Hellmuth sięga po najbardziej bolesny czas w historii człowieka. Obrazuje to cykl „Auschwitz”, inspirowany filmem dokumentalnym, pokazującym więźniów tego obozu śmierci w dniu jego wyzwolenia. Na ręce jednego z nich artysta dostrzegł wytatuowany numer 19… Uznał go za symbol XX wieku, w którym ludzie zostali obrabowani przez innych ludzi z nazwisk i godności, sprowadzeni do kilkucyfrowego numeru.

Na wystawie jest też obraz „Straße der Trauer II – Weg zum Vernichtungslager“, w który wpisane są strzępy słów z Księgi Hioba, jakby wyryte na świadectwo w obozowej celi śmierci.

Częścią cyklu „Auschwitz” jest tryptyk „Auschwitz – Uwolnienie 1945”, przypominający krzyż. Powstał na 50. rocznicę wyzwolenia więźniów Auschwitz i końca wojny. Gdy był pokazywany w Berlinie, w znanym kościele św. Mateusza, został ustawiony na ołtarzu. Było to symboliczne utożsamienie ofiar Auschwitz z ukrzyżowaniem Chrystusa. Ludzie, którzy w Auschwitz decydowali o cierpieniu i śmierci innych, przywłaszczyli sobie prawo Boskie, bo nie Bóg przecież, a – jak napisała w 1946 roku polska pisarka Zofia Nałkowska – to „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nad sprawcami takich cierpień nie wolno roztaczać parasola milczenia. Poprzez swoje prace Gero Hellmuth, przenosząc w przyszłość ból i cierpienie więźniów Auschwitz, staje się świadkiem ich losu, a jednocześnie świadkiem czynów tych ludzi, którzy taki los im zgotowali. Napisał: „Tryptyk Auschwitz (…) ma przypominać barbarzyństwo niemieckiego narodowego socjalizmu, pod panowaniem którego Polacy i wiele innych narodowości doznało niewysłowionych cierpień, a poprzez to ma ożywiać potrzebę wyciągania nauk z przeszłości”.

Tryptyk przypomina krzyż. Jest symbolicznym przedstawieniem przejścia od mroków wojny do światła przyszłości. Jego lewa część to obraz zagłady, centrum to drzewce krzyża, zwieńczone symbolicznymi drzwiami z numerem 19, a część prawa, jasna, to obraz nowego życia, w które wpisana jest pamięć o zagładzie.

Prologiem do wystawy jest niewielka rzeźba „Znalezisko” – metalowa kołatka, ocalona z drzwi domu, który utracił swych mieszkańców. Na co dzień kołatka służy do tego, aby ktoś, kto chce wejść do domu, mógł zapukać do drzwi. Po drugiej ich stronie musi jednak być ktoś, kto zechce te drzwi otworzyć.

W latach 1939-1945 drzwi między Polakami a Niemcami były szczelnie zamknięte. Nikt do nich nie pukał – nikt nie otwierał. Kołatki i klucze do wielu domów były i pozostały bezdomne, niczyje. W tym sensie również są metaforą cierpienia.

Od wielu lat między Polakami i Niemcami jest inaczej. Drzwi są otwarte. Nie znaczy to jednak, że tak musi być zawsze. Gero Hellmuth podpowiada więc, aby korzystając z tego, co dobre w polsko-niemieckim sąsiedztwie, umacniając je, nie zapominać o czasach dla niego najgorszych. By przypominać drogę, jaką przeszliśmy od nich do wzajemnego zaufania, otwierania drzwi i symbolicznie ją powtarzać. Nie wolno nam zapomnieć, jak była trudna, bo tylko pamiętając, będziemy odczuwać, jak bezcenne jest to, co mamy dziś.

Takie przesłanie jest w pracach Gero Hellmutha. Ma wymiar ogólnoludzki, bo też w ogólnoludzkim wymiarze trzeba widzieć historyczne doświadczenie polsko-niemieckie. Wtedy będzie niczym Księga Nadziei.

W 2015 roku artysta pisał: „Kołatka wskazuje na niezwykłą wartość zaufania, jakie pomimo (…) nieszczęsnej przeszłości zrodziło się między naszymi narodami w ciągu ostatniego siedemdziesięciolecia. Częstokroć zaczynało się od tego, że ktoś pukał do czyjegoś domu”.

Wystawa Gero Hellmutha jest właśnie pukaniem do drzwi naszego domu. Zostały otwarte w Szczecinie, a teraz w Gdańsku. Dlatego tak symbolicznie ważna jest zarówno otwierana dziś wystawa, jak i jej przyjęcie.

Do wystawy artysta włączył obrazy, symbolizujące cierpienia dzieci wojny. W katalogu wystawy szczecińskiej pisał: „Dziecięce oczy (…) stawiają nieme, przeszywające pytania: Co myśmy wam zrobiły? Co skłania was do tego, by zabierać nam pokój, poczucie bezpieczeństwa, miłość, otaczające nas ramiona rodziców…”.

W 1945 roku Gero Hellmuth miał pięć lat, gdy musiał uciekać z rodzinnego domu w idyllicznym Neustrelitz. Jak wszystkie dzieci wszystkich wojen poznał niewysłowiony dziecięcy strach. Dzieci wojny, które na pewno nie się niczemu winne, doświadczają losu Hioba.

Gdy pokolenie niemieckich dzieci wojny zaczęło rozliczać się z pokoleniem swoich rodziców, wzięło na siebie odpowiedzialność za jego winy i cierpienia, jakie wyrządziło innym. Świadectw tej odpowiedzialności, której symbolem stała się Akcji Pokuty, jest w niemieckiej sztuce współczesnej i życiu społecznym bardzo wiele. Za mało je w Polsce znamy. Należą do nich prace Gero Hellmutha.

Na wystawę w Gdańsku artysta przygotował nowy obraz „Krzyk dzieci wojny”, który powstał niedawno, pod wpływem wiadomości o wojnie w Ukrainie. Los Hioba znów jest losem dzieci. Cierpią, uciekają z matkami ze swych domów, chronią się także u nas, w Polsce i Niemczech. Ich cierpienie nas łączy.

Jest też na wystawie obraz „Oczy”. Gero Hellmuth umieścił w nim fragment wiersza Hilde Domin, poetki bardzo znanej w Niemczech, zatytułowanego „Napalm-Lazarett” (1970). Wstrząsający jest opisany słowami jakby pokrewnymi stylistyce Tadeusza Różewicza obraz dziecięcego cierpienia.

„Hiob” Gero Hellmutha jest zmetaforyzowaną opowieścią o upadku ludzi i dźwiganiu się z upadku. W obrazy z tego cyklu wpisana jest sylwetka człowieka, uwikłanego w biel i czerń, odcienie szarości, wieloznaczność budzącej się czerwieni.

Po drugiej wojnie światowej ludzkość z trudem dźwigała się z upadku. Europejczycy zaczęli budować nowy dom na fundamentach obrony godności człowieka, jego praw, zgody narodów, pojednania, dialogu, solidarności, wzajemnej odpowiedzialności za świat – nasze dobro wspólne. Mimo to po drugiej wojnie światowej nie było na świecie dnia bez wojny. Dziś boleśnie uświadamia to agresja Rosji na Ukrainę. W tym kontekście wystawa Gero Hellmutha zmusza do przemyśleń, czy te wartości, w oparciu o które budujemy nasz dom, mogą zatrzymać morze zła i cierpienia? Czy są na tyle silne, by odebrać im siłę? Jak to zrobić?

Na te pytania wciąż nie ma odpowiedzi, której szuka także Gero Hellmuth. Nie zakończył swej pracy. W szkicu „Przekraczanie granic” Hans Gercke pisał, że punktem wyjścia dla jego sztuki jest „empatyczne cierpienie wobec cierpienia innych” oraz „ufność, że w tym wszystkim musi być (…) perspektywa światła i nadziei”.

Taka perspektywa jest także we wspólnych przedsięwzięciach artystów polskich i niemieckich. Przykładem tego jest dzisiejszy wernisaż, podczas którego prace Gero Hellmutha dopełniają utwory młodego polskiego kompozytora, Michała Dobrzyńskiego oraz improwizacje jego żony Ewy Gruszki-Dobrzyńskiej do Tryptyku Auschwitz, który artysta z Siengen postanowił podarować Polsce tu, w Gdańsku.

Gdańsk to miasto, gdzie od napadu Niemiec na Polskę zaczęła się druga wojna światowa, która przyniosła ludziom bezbrzeżne morze cierpień. Wciąż słychać bolesny lament, jaki spowodowała. Mocno wybrzmiewa on m.in. w słynnej „Symfonii pieśni żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego.

Ideą Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest dokumentować owo morze zła i cierpienia, a poprzez to uczyć i ostrzegać, że wojna to najwyższy przejaw zła.

Jest to tym bardziej ważne, że wciąż są ludzie, którzy uznając wojnę za metodę rozwiązywania problemów, pomnażają morze cierpień.

Gdańsk to również miasto idei solidarności. Ona wyrosła w Polsce, zrodziła się tu, w Gdańsku, i stąd rozlała się po Europie morzem nadziei, co dokumentuje Europejskie Centrum Solidarności. Przezwyciężając lament Hioba, obalając mury i kurtyny, dotarła także do Niemiec.

Rozważając to wszystko, wyraźniej możemy dostrzec głęboki sens gdańskiej wystawy Gero Hellmutha, mającej tytuł „Hiob. Lament i przezwyciężenie”. W darze artysty z Siengen widzę symbol osobiście doświadczanego przezwyciężania zła.

Gero Hellmuth puka do drzwi. Otwórzmy mu je.

Księga Piasku. Don Kichot.

Jorge Luis Borges (ktoś jeszcze i ja)

Tamten

Stary Borges spotyka podczas spaceru siebie samego sprzed 50 lat. Starzec siedzi na ławce w Ameryce, młodzieniec w Szwajcarii.

– Jestem w Genewie, na ławce, o parę kroków od Rodanu. Dziwne wydaje mi się jedno, że jesteśmy do siebie podobni, choć pan, z tą siwą głową, wygląda na o wiele starszego.
Odpowiedziałem:
– Mogę ci dowieść, że nie kłamię. Opowiem ci o sprawach, o jakich nie może wiedzieć nieznajomy. W domu jest srebrne naczynie do mate na nóżce udającej węża, które nasz pradziad przywiózł z Peru. Jest też srebrna miska, którą przytraczał do siodła. W twojej szafie stoją dwa rzędy książek. Trzy tomy bajek “Księgi tysiąca i jednej nocy” Lane’a ze stalorytem i notkami zamieszczonymi petitem pomiędzy rozdziałami, słownik łaciński Quicherata, “Germania” Tacyta po łacinie w wersji Gordona, “Don Kichot” wydany przez Garniera, “Tablas de sangre” Rivery Indarte, z dedykacją autora, “Sartor Resartus” Carlyle’a, biografia Amiela i schowana za innymi w tekturowej oprawie książka o obyczajach seksualnych ludów bałkańskich. Nie zapomniałem również pewnego popołudnia na pierwszym piętrze domu przy placu Dubourg.
– Dufour – poprawił.
– Zgoda. Dufour. Czy ci to wystarcza?
– Nie – odpowiedział. – Te dowody niczemu nie służą. Jeżeli śni mi się pan, to nic dziwnego, że wie pan to, co ja wiem. Wszystkie pańskie staranne wyliczania są daremne. (…)

Kongres

Bogaty właściciel ziemski postanawia powołać do życia Kongres Świata, co w zamyśle oznacza Kongres Reprezentatntów Całego Świata, a okazuje się Całym Świata:

Twirl, powołując się na Pliniusza Młodszego, wedle którego nie było książek tak złych, by nie zawierały w sobie czegoś dobrego, zaproponował nabycie z kolekcji “La Prensa” trzech tysięcy czterystu egzemplarzy rozmaitych wydań “Don Kichota”, całej korespondencji Balmesa, rozpraw uniwersyteckich, rachunków, biuletynów i programów teatralnych.
“Wszystko jest świadectwem” – oznajmił. Nierenstein poparł go; don Alejandro “po trzech burzliwych sobotach” zaaprobował ten wniosek. Nora Erfjord zrezygnowała ze stanowiska sekretarki; miejsce jej zajął nowy członek, Karliński, człowiek Twirla. Olbrzymie paki gromadzono teraz, bez katalogów i fiszek, w pokojach położonych w głębi oraz w piwnicach wielkiego domiska don Alejandra. W początkach lipca Irala spędził tydzień w Kaledonii; murarze porzucili pracę. Zapytany, zarządca odpowiedział, że tak im rozkazał szef i że w końcu zawsze jest na wszystko dosyć czasu.
(…) W piątek poszedłem przywitać się z don Alejandrem. Towarzyszył mi Fernández Irala. Zmierzchało i do wnętrza domu napływał wiatr z pampy. Na wprost frontonu domu, od strony ulicy Alsina, stał wóz zaprzężony w trzy konie. Dotąd widzę ludzi zgiętych pod ciężarem pak, które składali na ostatnim patio.
Komenderował nimi władczo Twirl. Jakby coś przeczuwając, znaleźli się tam również Nora Erfjord, Nierenstein, Cruz i Donald Wren oraz jeden czy dwóch kongresmanów.
Nora uściskała mnie i ucałowała. Dobrotliwy i wesoły Murzyn pocałował mnie w rękę.
W jednym z pokoi otwarta była kwadratowa klapa w podłodze prowadząca do sutereny, ceglane stopnie ginęły w mroku.
Nagle usłyszeliśmy kroki. Zanim go ujrzałem, wiedziałem, że to don Alejandro. Nie wszedł, ale raczej wbiegł. Miał zmieniony głos. (…) Nie patrząc na nikogo, rozkazał:
– Proszę wynieść to wszystko, co zostało złożone na dole. W suterenie nie może zostać ani jedna książka.
Wykonanie zadania trwało niemal godzinę. Na klepisku ostatniego patia ułożyliśmy bardzo wysoki stos. Chodziliśmy tam i na powrót, jedynym, który się nie poruszył, był don Alejandro.
Po czym padł rozkaz:
– A teraz proszę to podpalić.
Twirl był bardzo blady. Nierenstein wybełkotał:
– Kongres Świata nie może się obejść bez tych drogocennych naukowych pomocy, które tak troskliwie wybierałem.
– Kongres Świata? – powiedział don Alejandro. Roześmiał się gorzko, a nigdy przedtem nie słyszałem, żeby się śmiał.

W niszczeniu tkwi jakaś tajemnicza rozkosz; płomienie rozbłysły hucząc, ludzie zaś przytulili się do murów lub schronili po pokojach. Noc, popiół i zapach spalenizny pozostały na patio. Przypominam sobie jakieś zabłąkane kartki; ocalone – teraz bieliły się na ziemi. Nora Erfjord, która kochała don Alejandra miłością, jaką młode kobiety darzą starych mężczyzn, powiedziała, nie wiedząc właściwie, co mówi:
– Don Alejandro wie, co robi.
Irala, wierny literaturze, wypowiedział zdanie:
– Co ileś wieków biblioteka aleksandryjska musi spłonąć.

Tłumaczenie Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Literackie, seria Proza Iberoamerykańska, Kraków 1980

Ja

Od kilku lat przepisuję, rebloguję, powielam wszystko, co znajdę w życiu i w sieci na temat Don Kichota (Don Kichota), Miguela Cervantesa, Sancho Pansy i Baratarii. Zajmują mnie też utopie i wyspy. Dostały one kiedyś zbiorczą nazwę baratarystyka. Myślałam, że robię coś w rodzaju blogowego bałaganu z Cambridge i że to wolno, no, bo kto mi zabroni cytować? O Borgesie w kontekście tych zabaw i poszukiwań już kilka razy pisałam, cytowałam też całe jego opowiadanie pt. Pierre Maynard, autor Don Kichota, tekst o człowieku, który napisał od nowa Don Kichota. Okazało się jednak, że życie prześcignęło fikcję literacką i…

Ktoś jeszcze

Za przerobienie opowiadania Borgesa grozi mu sześć lat więzienia

29 czerwca 2015

6-lat-wiezienia-za-borgesa

Pablo Katchadjian, argentyński pisarz, który przerobił opowiadanie Jorge Luisa Borgesa „Alef” na nowy utwór o tytule „Spasiony Alef”, może trafić do więzienia nawet na sześć lat, jeśli jego działanie zostanie uznane za plagiat, a nie borgesowski eksperyment.

W swym opowiadaniu „Pierre Menard, autor Don Kichota” Borges pisał o pisarzu, który zamierzał odtworzyć dzieło Cervantesa. Czynił to, przepisując słynną powieść słowo w słowo, litera w literę, a dzieło, dzięki nowemu kontekstowi, miało zyskać nowe znaczenie. „Pierre Menard nie chciał stworzyć innego Don Kichota, co z pewnością jest dość proste, on chciał stworzyć Don Kichota, pisał Borges.

Ideą zawartą w opowiadaniu „Pierre Menard, autor Don Kichota” inspiruje się od jakiegoś czasu amerykański artysta Tim Youd, który jak dotąd przepisał na maszynie m.in. „Listonosza” Bukowskiego, „Wściekłość i wrzask” Faulknera i „Jima Szczęściarza” Kinglesya Amisa. Jak się okazuje, nie on pierwszy inspirował się pomysłem Borgesa. W 2009 roku argentyński pisarz Pablo Katchadjian wziął na warsztat opowiadanie Borgesa „Alef” i przepisał je na nowo, dodając od siebie drugie tyle tekstu. Tak powstała książka „El Aleph engordado” („Spasiony Alef”). Wydało ją w nakładzie 300 egzemplarzy małe, podziemne wydawnictwo. Rezultatem tego eksperymentu był pozew złożony w sądzie przez Maríę Kodamę (na zdj. poniżej), wdowę po Borgesie i strażniczkę jego spuścizny.

maria-kodama-borges

W zeszłym tygodniu podano do informacji, że Katchadjian został oficjalnie oskarżony o kradzież własności intelektualnej, za co grozi mu sześć lat więzienia. Argentyńskie środowisko literackie trzyma stronę pisarza i raczej nikt nie wątpi, że jego gest miał być eksperymentem literackim. Zresztą Katchadjian poszedł dalej niż bohater opowiadania „Pierre Menard, autor Don Kichota”, bo nie tylko przepisał tekst, ale do 4000 słów Borgesa dodał 5600 swoich.

6-lat-wiezienia-za-borgesa-2

Katchdjian (na zdj.) znany jest ze swego performatywnego podejścia do literatury. A Borges? Borges był mistrzem wymyślonych cytatów, literackich odwołań, fikcyjnych recenzji oraz poczucia humoru. Można zastanawiać się, co zrobiłby ze „Spasionym Alefem”. Raczej mało prawdopodobne, by pozwał swego adepta do sądu. Można też potraktować całą sprawę jako głos w dyskusji na temat coraz większej różnicy pomiędzy prawem dotyczącym własności intelektualnej a rzeczywistością z jej Internetem, w którym remiksuje i przerabia się dosłownie wszystko.

[aw]
źródło: The Guardian

Ja

Sprawdzam, czy Katchdjian poszedł do więzienia. Jego książka się na pewno ukazała.

Nie, nie poszedł. Książka ukazała się w niskim nakładzie (jedne źródła podają liczbę 200 egzemplarzy, inne 300) i wdowa po Borgesie wystąpiła na drogę sądową.

W 2017 roku Sąd Apelacyjny uchylił akt oskarżenia i oddalił go. Ważną rolę w decyzji sądu odegrała interwencja uniwersytetów w USA, Niemczech, Chinach i Japonii, wskazujących, że El Aleph Engordado jest legalnym zabiegiem literackim.

1 lipca 2021 r. prawa wdowy do dzieła Borgesa zostały chwilowo zawieszone, po tym jak adwokat Katchadjiana złożył pozew, żądając zapłaty 888 500 pesos na koszty sądowe. Zawieszenie praw miało uchronić wdowę przed koniecznością zapłacenia takiej sumy. W przeciwnym razie jej prawa do dzieła Borgesa zostałyby zlicytowane.

Trochę to przypomina proces Johnny’ego Deppa przeciw Amber Heard i vice versa. Zastanawiam się: czy nie ma już czegoś takiego jak jasna wykładnia prawa? Don Kichot byłby bardzo niezadowolony. Borges zresztą też.

Empuzjon. Tuntschi.

Uwaga: Spoiler!

Ewa Maria Slaska

W ostatnim czasie chyba każdy “z nas” przeczytał nową powieść Olgi Tokarczuk, albo kupił i właśnie zamierza ją czytać. I zapewne dołączy do chóru tych, którym się książka podobała. Jeśli jest recenzent*ką, napisze o poniemieckości, o polskim realizmie magicznym, o nowoczesnym, a zatem rozproszonym narratorze, wspomni o grzybach, które od zawsze są ulubionym tematem Tokarczuk, przypomni Czarodziejską Górę, a może też Pensjonat Barataria Krzysztofa Lipki, zahaczy może o Marię Janion i jej opisanych w Odmieńcach odmieńców, oczywiście wyjaśni źródłosłów tytułu i… wyczerpie tym samym potencjał recenzyjny tej powieści.

Postanowiłam spojrzeć więc na Empuzjon odmiennie, tak, jak antropolog kultury patrzy na na nowy tekst, obiekt lub dokument, jako kolejne świadectwo różnorodności świata, w jakim żyjemy. Podróżnicy zawsze przywozili z podróży opisy obyczajów w dalekich krajach. Zresztą nadal przywożą. Teraz są to najczęściej pamiątki z targu (być może wyprodukowane w Chinach, Korei albo Bangladeshu) i przepisy kulinarne. Kiedyś wędrowca bardziej interesowali sami ludzie. Pisarz jest nieco staroświeckim wędrowcem, dlatego wciąż jeszcze interesują go nie tyle rzeczy – mapy, meble, kartki pocztowe – ile ludzie, a rzeczy tylko o tyle, o ile są świadectwem ludzkiej kreatywności.

A więc Tuntschi, ziemne kukły, w powieści produkowane i użytkowane emocjonalnie i seksualnie przez węglarzy, żyjących samotnie w sudeckich lasach. Ich wzór pisarka zaczerpnęła być może z legend alpejskich, ale ich proweniencja może być zarówno ściśle lokalna, jak przeciwnie – w szerokiej perspektywie – globalna, charakterystyczna dla wszystkich miejsc i czasów, gdzie mężczyźni przez długi czas przebywają samotnie. Gdy to piszę, przypomina mi się japoński film – Kobieta diabeł, gdzie kobieta żyjąca samotnie z synową, używa pnia drzewa jako kochanka. A więc zjawisko jest być może ponadpłciowe, aczkolwiek, zapewne, jak wszystko co się wiąże z seksem, w męskim wydaniu pojawia się wielokrotnie częściej.

Zdaniem Wikipedii Tuntschi to postaci z sag alpejskich. Historia ma różne wersje, ale jej sedno stanowią lalki wykonane z różnych materiałów przez samotnych pasterzy na położonych wysoko, niedostępnych alpejskich halach. Mężczyźni karmią taką lalkę, pieszczą, ubierają, rozmawiają z nią i uprawiają z nią seks. Ich wysiłki odnoszą skutek, lalka pod rękoma pasterza-Pigmaliona ożywa, a gdy jej twórca jesienią chce wrócić do domu, zatrzymuje go przy sobie magiczną siłą, a jeśli stawia opór – okrutnie zabija.

Zemsta lalek, sztucznych istot, awatarów, na razie to jeszcze zjawisko raczej fantasy niż science fiction. Ale idą nowe czasy. Jeśli się okaże, że awatary nie tylko czują na niby, ale również naprawdę, to co wtedy?

Przypominam sobie informację, którą kiedyś czytałam, że z programu do tworzenia awatarów korzystają przede wszystkim mężczyźni i to głównie po to, żeby stworzyć sobie partnerki (lub partnerów), nad którymi mogą się bezkarnie znęcać psychicznie. Pod tym względem program do robienia awatarów jest podobno jeszcze lepszy niż lalki do uprawiania seksu.

Zresztą nie zawsze musiały to być lalki. Wielką rolę odgrywają jaskinie, uważane w wielu kulturach za macice Ziemi lub inne zagłębienia, kotliny i szpary.

W powieści Michela Tourniera Friday or the other island / Piętaszek i otchłanie Pacyfiku Robinson Cruzoe wielokrotnie uprawia seks z pewnym zagłębieniem swojej wyspy. Z czasem, zgodnie z legendą, wyrasta w tym miejscu dziwna roślina – mandragora, czyli alrauna, czyli żeń-szeń, czyli pokrzyk. Alrauna wyrasta tam, gdzie na ziemię spadnie nasienie męskie, a w surowszej wersji – nasienie przestępcy. Ponieważ alraunom (do dziś zresztą) przypisuje się moc magiczną, czarownice i wiedźmini od zawsze poszukiwali ich pod szubienicami.

Alrauny dzielą się na męskie i żeńskie. Zainteresowanych informuję, że alrauny można kupić w chińskich sklepach, wcale niekoniecznie zielarskich. Czasem można je znaleźć w zwykłym sklepie z mydłem i powidłem. Ostatni raz widziałam je kilka miesięcy temu w chińskim sklepie na Friedrichstrasse, nieopodal Mehringplatz.

Mandragory przez wieki były traktowane jako rośliny bardzo specjalne. Pojawiają się np. w Biblii. Przypomnę, że Jakub (ten, który kupił pierworództwo za miskę soczewicy) ma dwie żony, Leę i Rachelę, choć naprawdę kocha tylko Rachelę. Lea rodzi Jakubowi dzieci, Rachela jest bezpłodna. I oto czytamy w Księdze Rodzaju:

Pewnego razu Ruben, wyszedłszy na pole, gdy żęto pszenicę, znalazł mandragory i przyniósł je swej matce, Lei. 
Wtedy Rachela rzekła: «Daj mi mandragory syna twego». 
A na to Lea: «Czyż nie dość, że mi zabrałaś mego męża, i jeszcze chcesz zabrać mandragory mego syna?» Rachela zawołała: «Niechaj więc śpi z tobą tej nocy za mandragory twego syna!» 
A gdy Jakub wracał wieczorem z pola, wyszła Lea naprzeciw niego i rzekła: «Do mnie przyjdź, bo nabyłam cię za mandragory mego syna». I spał z nią owej nocy. 
Bóg zaś spełnił pragnienie Lei: poczęła i urodziła Jakubowi piątego syna.
Sennentuntschi z Vauco w Calancatal

W muzeum w szwajcarskim Chur znajduje się jedyna naprawdę znana figurka pasterskiej tuntschi. Muzeum zakupiło ją w roku 1978 od jednego z ostatnich pasterzy, wypasających swoje owce na hali Masciadon w Cauco. Lalka została wykonana z drewna i płótna i ma prawdziwe włosy. Ma jednak tylko 40 centymetrów, czyli była chyba raczej damą do towarzystwa niż obiektem seksualnym.

Wikipedia niemiecka twierdzi, że są dzieła sztuki, poruszające temat lalek pasterskich. Ciekawe, że są one jednak wszystkie stosunkowo świeżej daty. U Hansjörga Schneidera (1972), lalka została wykonana z butelki po winie, wideł, słomy i… sera. Sztuka wywołała oburzenie i na jakiś czas została nawet zdjęta z repertuarów teatralnych, gdyż opowiadała o tym, że to stosunek seksualny nadał słomianej kukle ludzką duszę! Ten sam temat pojawia się u innych szwajcarskich pisarzy, Josta Meiera (1982) i Felixa Mitterera (1986). Powstał też szwajcarski film artystyczny o lalce pasterskiej (Adrian Hess) i dwa filmy pełnometrażowe: fabularny Georga Tresslera, w którym lalka staje się sukkubem, czyli wcieleniem diabła i, również fabularny, Michaela Steinera, który wyświetlono podczas otwarcia festiwalu filmowego w Zurychu w roku 2010. Powstały opery, performance i kompozycje muzyczne. Jednak dopiero w ostatnich latach legenda o alpejskich tuntschi wyszła poza lokalny koloryt szwajcarski, pojawiła się kontrowersyjnej serii opowieści niesamowitych dla dzieci Kanadyjczyka Alvina Schwartzs jako jedna ze Scary Stories to Tell in the Dark.

Ostatnia linijka niemieckiego wpisu w Wikipedii brzmi tak:

2022: Empuzjon von Olga Tokarczuk

Pokolenie Solidarności (9)

Ewa Maria Slaska

Eli

Marzec (1968)

5 stycznia 1968 roku nastąpił przewrót w Czechosłowacji – na czele partii stanął Alexander Dubček. Nikt nie był w stanie przewidzieć, że był to początek poważnej próby zreformowania systemu, który z założenia był przecież niereformowalny. Niebawem działanie takie nader trafnie określono jako próbę stworzenia komunizmu z ludzkim obliczem.

Zimą 1967 roku wszedł na ekrany wyczekiwany od ponad dwóch lat film Beatlesów Help, który w Polsce nosił tytuł Na pomoc!

17 grudnia 1967 roku w Teatrze Narodowym w Warszawie odbyła się legendarna dziś premiera Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka. W roli Gustawa-Konrada wystąpił Gustaw Holoubek. Zagrali też Kazimierz Wichniarz, Damian Damięcki, Lech Ordon, Jan Kobuszewski i Igor Śmiałowski. Wystawienie spotkało się z ostrą krytyką ze strony partii, która określiła je jako “antyradzieckie i religianckie”. Niemal natychmiast zaczęto wprowadzać restrykcje. Najpierw wolno było wystawiać Dziady tylko raz w tygodniu i ograniczono udział młodzieży szkolnej, potem spektakl zawieszono, aż wreszcie zdjęto z afisza. Ostatni raz zagrano Dziady 30 stycznia 1968 roku. Po przedstawieniu grupa około trzystu studentów zorganizowała demonstrację i z transparentem „Żądamy dalszych przedstawień” ruszyła pod pomnik Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu.

Milicja przepędziła demonstrantów pałkami i zatrzymała około 35 osób. Za poinformowanie o zajściach francuskich dziennikarzy Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego skreśliło z listy studentów Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera.

Ciekawe, że w roku, gdy to piszę, 19 listopada 2021 roku, ponad 50 lat po tamtym przedstawieniu, w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie znowu wystawiono Dziady. Reżyserka, Maria Kleczewska, zaprosiła na pogański obrządek na scenie wszelkiej maści nacjonalistów, którzy w Polsce coraz bardziej się panoszą i otrzymują wsparcie ze strony rządu i kleru. W nowym wystawieniu Konrad stał się Konradą i ewidentnie reprezentował(a) Strajk Kobiet, a szerzej – polski protest obywatelski. Na zasadzie uderz w stół, nożyce się odezwą, władze zareagowały i… odradziły publiczności, a zwłaszcza młodzieży szkolnej uczęszczanie na Dziady do teatru.

Ten Mickiewicz, no no…

Dziady anno domini 2021 będą przedstawieniem o Polsce, napisali twórcy spektaklu. Ten arcypolski dramat opowiada o naszej nieuświadomionej retrotopii, o nieumarłej przeszłości i jej nieumarłych upiorach. Społeczność krwawego obrzędu i konformistyczny salon to dwie twarze Polski. Dziś dwie Polski to nasza codzienność – dwa walczące przeciw sobie narody. Poeci stają pomiędzy walczącymi w bratobójczej walce stronami. Są samotni. Żadna ze stron nie potrzebuje Poetów. Jak w upiornym śnie, śnimy wciąż tę samą historię, przez co przegrywamy jako Ludzie. Polska konserwatywna chce zawłaszczyć Poetów. Zamknąć im usta. Chce związać im ciała, zabić ich Miłość. Chce zawłaszczyć narodową historię, napisać ją na nowo. Chce napisać historię sielską, bohaterską i niewinną. Można się udusić od tej niewinności. Polska salonu, konformistyczna, bez idei na przyszłość, chce jedynie dostatku i spokoju. Ten powtarzalny dramat zdaje się nie mieć końca. Dziś widać go wyraźnie. Jesteśmy nim oślepieni. Nie widząc rozwiązania. Głos Poety zabrzmi w tym świecie dobitnie i tragicznie. Z Bogiem lub choćby mimo Boga.

To było oczywiste wyzwanie. I oczywiste przywołanie duchów sprzed ponad pół wieku. Polska wstrzymała oddech, czekając na to, co się zdarzy, bo przecież wiemy, przecież wiemy bardzo dobrze, że wszystko zdarza się co najmniej dwa razy.

29 lutego 1968 roku, miesiąc po zdjęciu Dziadów, Związek Literatów Polskich uchwalił rezolucję, domagającą się przywrócenia swobód twórczych i zniesienia cenzury. W trakcie debaty Kisiel, czyli Stefan Kisielewski, prozaik, kompozytor, cięty publicysta użył sformułowania „dyktatura ciemniaków”, za co wkrótce, 11 marca, pobili go „nieznani sprawcy”. Kisiel zasłynął też innym trafnym stwierdzeniem – wiadomo, że jesteśmy w dupie, najgorsze jest jednak to, że zaczęliśmy się w niej urządzać.

8 marca 1968 roku studenci zapowiedzieli wiec w obronie usuniętych z uczelni Michnika i Szlajfera. Zanim do tego doszło władze aresztowały prewencyjnie Szlajfera, a także Seweryna Blumsztajna, Karola Modzelewskiego, Janka Lityńskiego i Jacka Kuronia.

Ileż to nazwisk opozycyjnych zgromadziło się w opisie wypadków zwanych marcowymi. Nie będę pisać o każdym z nich z osobna, bo to by rozsadziło ramy tej opowieści, poproszę więc czytelników, żeby mi uwierzyli lub sami sobie sprawdzili w sieci, jak dalece dzięki nim i ludziom takim jako oni, w tym również dzięki Stefanowi, Marzec stał się zalążkiem naszego rozumienia wolności. Po latach Stefan zabierze ze sobą do Stanów to wypracowane na dziedzińcach uniwersytetów, bite pałkami i zalewane strumieniami wody z armatek wodnych, poczucie, że wolność to prawo życia dla wolnych ludzi w wolnym kraju.

Studentów, którzy zgromadzili się na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, brutalnie rozpędziły oddziały milicji, ORMO i grupy tak zwanego aktywu robotniczego, które wdarły się na teren Uniwersytetu. Wywołało to na innych uczelniach falę protestów, które jednak po kilu dniach wygasły. „Zdrowy trzon społeczeństwa” dawał im odpór na masówkach organizowanych w zakładach pracy, potępiając tzw. „bananową młodzież”.

Wtedy właśnie w protest studentów warszawskich, protest, który wpisał się w światowy nurt buntów na wyższych uczelniach Europy i Stanów Zjednoczonych, wplotły się elementy antysemickie. Nagle elementem życia politycznego PRL-u stała nagonka antyżydowska. „Cały naród” wiecował, a na wiecach pojawiły się hasła „Studenci do nauki”, „Pisarze do pióra” i „Syjoniści do Syjonu”. Był to odgórnie sterowany przekaz, zgodny z intencjami Gomułki, który zapoczątkował najpierw usuwanie Żydów z ważnych stanowisk partyjnych, a w konsekwencji również z instytucji państwowych, a potem ich masowy exodus. Wielu Polaków dopiero podczas czystek pomarcowych dowiedziało się, że są Żydami, czyli pochodzą z rodzin żydowskich. Przez poprzednie ćwierć wieku polscy Żydzi wprawdzie niechętnie się ujawniali i najczęściej zachowali po wojnie fałszywe dokumenty, jakich używali podczas okupacji, ale żyli w miarę spokojnie i nie byli prześladowani. Dlatego ich urodzone po wojnie dzieci mogły w ogóle nie wiedzieć, że mają żydowskie pochodzenie. Zdarzenia takie jak pogrom kielecki (4 lipca 1946) były raczej odosobnione. Rok 1968 był natomiast świadomie zorganizowaną nagonką, która tak naprawdę miała przede wszystkim służyć czystkom partyjnym. W PZPR starły się ze sobą dwie grupy, jedna umiarkowanie reformatorska i druga, potocznie zwana betonem, nacjonalistyczna i antyliberalna. Beton wygrał, a przy okazji Polska zaprezentowała światu wykrzywioną grymasem nienawiści gębę antysemity. Owoce tego zbieramy po dziś dzień, tak w Polsce, jak i na świecie.
Do końca 1969 roku z Polski wyrzucono, wygnano, wypędzono, pozbawiono ojczyzny (słowa były różne, ale wszystkie sięgały głęboko w przeszłość) 13 tysięcy Żydów.

Wtedy też mama Stefana i Marka powiedziała im, że jest Żydówką, co według przepisów halachy, czyli prawa żydowskiego, oznacza, że i oni obaj są Żydami.

– Mówię wam to z dwóch powodów, powiedziała. Po pierwsze, nie wiadomo i nic się nie da przewidzieć, ale może się zdarzyć, że ktoś to „odkryje”, zadenuncjuje nas, stracę pracę, możliwe, że tata też, może się też okazać, że „nie jesteście godni” i zostaniecie wyrzuceni ze studiów. Możliwe, że będziemy musieli wyjechać. To wszystko wcale nie musi nastąpić, ale jednak powinniście być na to przygotowani. Bardzo mi przykro i przepraszam.
– Bzdura, powiedział Marek, dlaczego ma ci być przykro i dlaczego przepraszasz?
– A drugi powód?, zapytał Stefan.
– A drugi jest odwrotnością pierwszego, powiedziała mama. Bo może chcielibyście skorzystać z okazji i wyjechać. Nie mówię tego chętnie i wszystko nam się bardzo pokomplikuje, jeśli będziecie chcieli, ale nie mogę odbierać wam takiej możliwości. Jesteśmy Żydami, czy nam się to podoba, czy nie, i niestety w każdym kraju może przyjść dla Żydów taka chwila, że będą musieli za to zapłacić. Ale być może akurat w tym wypadku okaże się to nawet korzystne.
– Zastanowię się, powiedział Marek, a Stefan wiedział, że Marek musi się naradzić ze swoją dziewczyną.

Wyciągnął się na krześle, jego długie nogi w błękitnych dżinsach (tym razem nie była to jego własna produkcja, lecz porządna para spodni, przywieziona przez ojca z Genewy), sięgnęły niemal do połowy pokoju. Ziewnął.

– Mnie to nie interesuje, powiedział. Bardzo mi się dobrze studiuje. Studenci na studia, a syjamiści do Syjamu.
– Syjonu, synu, poprawiła mama. Nie Syjamu.
– Haha, powiedział Stefan, przecież wiem. Podobno były takie transparenty na jakichś masówkach robotniczych. Coś się komuś pomieszało.
– To z tym nosorożcem w muzeum, zapytał Marek po dłuższej chwili milczenia, ty się tam ukrywałaś?
– Tak, ale nie tak jak myślisz. Nie przesiedziałam pięciu lat skulona w piwnicy. Po prostu wyjechałam z Warszawy, w Krakowie nikt nie wiedział, że jestem Żydówką, zmieniłam nazwisko, zataiłam, że mam studia i zatrudniono mnie w muzeum jako strażniczkę, czyli kobietę pilnującą sal wystawowych. Dostałam pokój, rzeczywiście w piwnicy, uśmiechnęła się mama, ale to nie była piwnica na kartofle, ale normalny pokój służbowy z małą łazienką, w której stał stolik z kuchennym palnikiem spirytusowym. Dało się ugotować wodę. Całkiem miłe mieszkanko.
– Na jakie nazwisko?, zapytał Stefan.
– Co? Pokój?
– No, nie, jak się wtedy nazywałaś?
– No tak jak potem, aż do ślubu z tatą, Damięcka.
– Czyli to jest tak naprawdę twoje zmienione nazwisko?
– Tak. Myśmy się nazywali Folbrodt.

Marek podszedł do mamy, zaczesał jej włosy do tyłu i uważnie ją obejrzał. Studiował archeologię i miał za sobą zajęcia z antropologii.

– No, ale nie masz tego żydowskiego nosa ani żydowskich uszu.
– Och, synu, westchnęła mama. My jesteśmy aszkenazi, mamy jasną cerę, ciemnoblond włosy i niebieskie albo zielone oczy. I nie musimy mieć żydowskiego nosa, a co do uszu, to już w ogóle to jest jakaś paranoja – podobno żydowskie nosy sięgają niżej niż uszy, a to chyba jest dość rzadkie.
– Mhm, powiedział Marek. Aszkenazi. Pewnie głównie tacy jak wy mogli podczas wojny uciec śmierci spod łopaty. Przetrwaliście, bo nie wyglądaliście jak Żydzi.
– Wy też nie wyglądacie.
– Ha, powiedział Stefan, ale my i tak obaj jesteśmy podobni do taty.

I to była prawda, obaj byli wysocy, barczyści, bardzo w stylu polsko-szlacheckim, mogliby grać Kmicica, gdyby włożyli kontusze i zapuścili sumiaste wąsy, które by mogli podkręcać.

– Nie bałaś się, że ktoś po wojnie odkryje, że masz sfałszowane papiery?, spytał Marek.
– One tak naprawdę nie były sfałszowane. Alina Damięcka zginęła z rodzicami i siostrą podczas kampanii wrześniowej. Podziemie zbierało dokumenty zabitych, zwłaszcza tych, którzy zginęli podczas ucieczki, czyli nie wiadomo było kim są i skąd uciekają.
– I dlaczego akurat ty je dostałaś?
– Bo, powiedziała mama i zamilkła. Bo… Tak się złożyło. Bo mój tata był człowiekiem, który świetnie podrabiał dokumenty. Te cztery polskie dowody osobiste to było jego honorarium.
– To masz też inną datę urodzenia, powiedział Marek.
– To też, jestem naprawdę trochę starsza, ale niewiele, dwa lata i dwa miesiące.
– To kim byli dziadek i babcia Damięccy?
– Waszymi prawdziwymi dziadkami.
– I Karusia też jest twoją prawdziwą ciocią, tak?
– Tak.
– A wtedy już było podziemie? spytał Stefan.
– Tak, zawsze, w każdym kraju dręczonym przez historię, są ludzie, którzy od pierwszej minuty wojny wiedzą, co trzeba robić i jak budować konspirację. W czasie każdej wojny się to robi i zawsze są ci, co od razu wiedzą i robią to, co trzeba.

Po tygodniu Marek powiedział im, że przemyślał sprawę i zadecydował, że nie chce teraz jeszcze wyjeżdżać. Bo właściwie to nawet chętnie, ale chciałby skończyć studia i może też zrobić doktorat. I chyba nie musi niczego poganiać, bo przecież jest archeologiem, a każdy archeolog prędzej czy później wyjedzie na jakieś wykopaliska.

Ciekawe, że potem życie ułożyło się na odwrót. Marek, który rozmyślał o wyjeździe, został, a Stefan, który wyjeżdżać nie chciał – wyjechał.

Ponieważ zatem sami nie podjęli decyzji o wyjeździe, a nikt ich nie „odkrył”, to nie wyjechali, ale naokoło mnóstwo znajomych szykowało się do wyjazdu albo już pojechało.

Stefan studiował matematykę w Warszawie i bardziej zdziwiony niż wstrząśnięty odprowadzał kolejnych znajomych na dworzec. Odjeżdżali z Dworca Gdańskiego wieczornym pociągiem do Wiednia. W wolnej już Posce, w roku 1998, na ścianie dworca umieszczono tablicę ze zdaniem polsko-żydowskiego pisarza, Henryka Grynberga: „tu więcej zostawili po sobie niż mieli”. Dziwne zdanie, paradoksalne. Nigdy się nad nim specjalnie nie zastanawiałam, wiedziałam – to tablica o tych, co wyjechali. Wyjechali, zabierając mało rzeczy, wiadomo, emigracja. Dopiero teraz, pisząc to, co piszę, naprawdę widzę to zdanie, jego sens i rozpacz, jaka z niego przebija.

Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, poecie żydowskim, być może gdzieś cytowana, ale nie wiem, bo może to tylko jedna z legend założycielskich.

Józef Prutkowski, pisarz, pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody Dworca Gdańskiego. Jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś, “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

W Warszawie poeta nie był specjalnie lubiany czy szanowany. Słynny polski futurysta, Aleksander Wat (też Żyd i pisarz), miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Antoni Słonimski (jak wyżej) – „Słucki, Żyd stepowy”. Nazywał się Aron Kreiner, dopiero podczas wojny przyjął polskie imię i nazwisko. Nota bene Wat i Słonimski to też nie były żydowskie nazwiska rodowe, choć zostały zmienione w różnych czasach. Wat nazywał się po ojcu Chwat, natomiast Słonimscy już od trzech pokoleń nosili polskie nazwisko, a pradziadek nazywał się Stern.
Słucki, od wczesnej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu filozofa i pisarza, Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 kolejny list protestacyjny, tym razem w opisanej już tu sprawie zdjęcia Dziadów z repertuaru. Jak wszyscy świadomi Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca”, napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do przyjaciela, poety Jerzego Ficowskiego napisał: (…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy. Żył w skrajnej nędzy. Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

Zawsze mi się serce ściska, jak myślę o Słuckim. O tym młodym poecie na pograniczu polskości i żydostwa, o tym człowieku, który przeżył wojnę, a komunizm, który miał mu być wiarą, nadzieją i miłością, okazał się reżimem i wrogiem, o tym mężczyźnie wyjeżdżającym do Wiednia jak do Auschwitz, i wreszcie o chorym i cierpiącym biedę poecie polskim w Berlinie. I tyle zostaje – napis na berlińskim grobie: poeta polski.

Viktoria Korb była w roku 1968 studentką ekonomii. Też mieszkała w Berlinie. Napisała powieść Ni pies, ni wydra, zbeletryzowany pamiętnik o tamtych czasach, ale nie jest to książka śmiertelnie poważna, jak zazwyczaj pisze się o wielkich wypadkach historycznych. Korb pokazuje euforię, tak typową dla wspólnych działań „rewolucyjnych” i opisuje imprezowe życie studenckie, którym wstrząsnął terror bezpieki. Studenci zostali nagle skonfrontowani z „prawdziwym życiem”. Ponieważ donosiciele nie próżnowali, władze miały dość dobry wgląd w to, kto wspierał rozruchy marcowe i w to, kto jest pochodzenia żydowskiego. Wzywano ich na przesłuchania, niektórzy wychodzili z nich obronną ręką, innych relegowano z uczelni, najbardziej niepokornych chłopców wcielano do wojska. Studentkę Korb oskarżono o wichrzycielstwo i choć sprawę umorzono, szykany doprowadziły do wyjazdu całej rodziny do Wiednia.

Niewielka grupa polskich Żydów, którzy ocaleli z Holokaustu, boleśnie przeżyła dramat wygnania z kraju. Ale jak to w komunie bywa – równolegle do szykan, usuwania Żydów ze stanowisk i przymuszania ich do wyjazdu, zaczął się proces załatwiania na lewo sfałszowanych lub kupionych “papierów żydowskich”, które przez krótki okres umożliwiały legalny wyjazd za granicę. Tak jak zawsze, zapewne nie tylko w Polsce, ale wszędzie w krajach, z których ludzie chcą wyjechać na stałe, a władza im to uniemożliwia. W Polsce Ludowej taka sytuacja zdarzyła się kilkakrotnie. Po raz pierwszy po roku 1956, kiedy obrotni obywatele PRL załatwiali sobie na lewo papiery, że są Niemcami. Potem właśnie po Marcu 1968 roku i wreszcie po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Komuna próbowała się pozbyć opozycjonistów, ale jednocześnie wyjeżdżali ci, którzy albo zorganizowali sobie sfałszowane papiery opozycyjne, albo wręcz podejmowali jakąś działalność, celowo wystawiając się na demaskację, po to by wyjechać.

Do tego jeszcze w pewnym momencie Komuna, żeby zdeprecjonować wiarygodność opozycjonistów-emigrantów, wysłała na Zachód sporo drobnych złodziejaszków. Zwykle mieli oni do odsiadki jakieś nieduże wyroki – wyjeżdżali zaopatrywani przez ubecję w zaświadczenia o odsiadce w więzieniu, co ułatwiało uzyskanie azylu politycznego w Niemczech.

Nie był to jednak koniec historycznych wydarzeń w Polsce w roku 1968, bo w nocy 21 sierpnia wojska Układu Warszawskiego, w tym również wojsko polskie, weszły do Czechosłowacji, żeby stłumić tę z góry przegraną wschodnioeuropejską walkę o socjalizm z ludzkim obliczem. Czesi straszliwie przeżyli stłumienie Praskiej Wiosny przez bratnie wojska i też nam to do dziś pamiętają.

Było jeszcze jedno zdarzenie polityczne, którego jednak nikt właściwie nie pamięta. 8 września, podczas uroczystości dożynkowych na Stadionie Dziesięciolecia, Ryszard Siwiec dokonał samospalenia w proteście przeciwko inwazji na Czechosłowację. Ten heroiczny gest zawisł w próżni, a to dlatego, że wiadomość nie przedostała się do opinii publicznej. Było to dziwne, bo na stadionie było wtedy sto tysięcy ludzi. I te sto tysięcy ludzi milczało.

Ale sprawa Siwca nie zniknęła bez śladu. Dziesięć lat później niepokorny pisarz, Tadusz Konwicki, opublikował w podziemnym wydawnictwie Niezależna Oficyna Wydawnicza legendarną książkę, zatytułowaną Mała Apokalipsa. Była to najważniejsza książka opublikowana w PRL-u w drugim obiegu, czyli w podziemiu. Była zaciekle konfiskowana przez bezpiekę i stała się wielkim bestsellerem czytelniczym Wolnej Polski. Kiedy ukazało się pierwsze oficjalne wydanie Apokalipsy, na jednej ze stołecznych ulic sprzedawano ją wprost z ciężarówki. W ciągu jednego dnia warszawiacy kupili pięć tysięcy egzemplarzy, napisał Maciej Hen w książce Beatlesi w Polsce.

Bohater jest starszym już panem, pisarzem. Ongiś był przedstawicielem socrealizmu, ale te czasy minęły, usunął się, nie interesuje go polityka. Jednak w obliczu aktualnych zdarzeń historycznych – Polska Ludowa właśnie została włączona do Sowietów – jest sympatykiem opozycji, choć trzyma się dość daleko od aktywnych działań. Tym niemniej to właśnie on otrzymuje propozycję popełnienia samobójstwa przez samospalenie w proteście przeciwko aneksji. Tak to ten pozornie nadaremny czyn Siwca okazał się nie nadaremny, stając się materiałem pisarskim, tworzącym legendę. Apokalipsa stała się częścią ważnego mitu Wolnej Polski, mitu w którym wszyscy byliśmy opozycjonistami. Nie był to mit nowy, był naturalnym przedłużeniem peerelowskiej narracji, o tym że wszyscy walczyliśmy z okupantem i jeszcze starszej – o tym, że każdy Polak czynnie stawiał opór zaborcy. Nieomal na marginesie mit ten utwierdzał nas też w poczuciu, że wszyscy jesteśmy potomkami szlachty.

Dlatego taki dziwny i bolesny jest dla Polaków ich nowy wizerunek. Nagle ci światli rewolucjoniści szlacheccy dowiedzieli się, że pochodzą od niewykształconych chłopskich ksenofobów i antysemitów, że wiodą ród z ciemnej masy chłopstwa, potomków niewolników, pańszczyźnianych chłopów, ciemiężonych przez okrutnego pana.

Ponieważ historia się powtarza, powtórzyło się też nadaremne samospalenie. 19 października 2017 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury chemik Piotr Szczęsny dokonał aktu demonstracyjnego samopodpalenia się w proteście przeciwko polityce Prawa i Sprawiedliwości, przeciwko rasizmowi, seksizmowi i homofobii naszego współczesnego życia społecznego.


Wiele informacji zawartych w tym rozdziale zawdzięczam wspomnieniom Wiktorii Korb, książce Macieja Hena i wpisom Zbigniewa Milewicza. Wszystkim autorom bardzo dziękuję.

Kupmy Bayraktara Ukrainie!

Kupmy Ukraińcom Bayraktara!

🇺🇦 Українська версія – BELOW

🇬🇧 English version – LINK

Sławomir Sierakowski Zweryfikowany przelewem i dowodem osobistym

Wczoraj, gdy ja wpłacałam na konto i wstawiałam ten wpis wpłynęło już 6 892 316 zł 

z 22 500 000 zł, jakie inicjatorzuy chcą zebrać, czyli 30%.

Zostało 21 dni do końca (dziś już 20).

Było 62429 wspierających.

Zrzutka została udostępniona 74 640 razy.

Tu można wpłacić

https://zrzutka.pl/na-polskiego-bayraktara-dla-armii-ukrainy

Opis zrzutki

Kupmy Ukraińcom Bayraktara!

Litwini zebrali środki błyskawicznie i firma produkująca Bayraktary postanowiła przekazać drona za darmo Ukrainie, a zebrane pieniądze przeznaczyć na pomoc ludności. Później to samo stało się z kolejną zbiórką na trzy Bayraktary! Czas na nas. Pamiętacie Buczę, Irpień, Mariupol? Weźmy udział w tej walce. Kupmy polskiego Bayraktara. 

Suma jest wyjątkowo ambitna, ale zrzutka idzie doskonale! Jeśli zbierzemy mniej, przekażemy wszystko na fundusz Sił Zbrojnych Ukrainy w Narodowym Banku Ukrainy. To samo zrobimy z nadwyżką. Działamy!

Love, S 

Jeśli chcesz wesprzeć akcję, możesz równocześnie wziąć udział w konkursach i licytacjach organizowanych na grupie na Facebooku Zrzutka.Licytacje pod #goBayraktar lub na Allegro. Listę aktualnych konkursów i licytacji znajdziesz w aktualnościach zrzutki. Możesz także wystawić własne aukcje w tych kanałach, aby dochód z nich zasilił zrzutkę! Dołącz do nas!

_________________________________

Придбаймо українцям Байрактар!

Придбаймо для українців Байрактар!

Литовці зібрали кошти миттєво, і фірма, що виготовляє Байрактари, вирішила віддати безпілотник Україні безкоштовно, а зібрані гроші перерахувати на допомогу населенню. Пізніше так само відбулося і з наступним збором коштів на три Байрактари! Тепер наша черга.

Пам’ятаєте Бучу, Ірпінь, Маріуполь? Візьмімо участь у цій боротьбі. Придбаймо польський Байрактар.

Потрібна велика сума, але збір коштів проходить чудово! Якщо ми зберемо менше, то все перерахуємо для ЗСУ через Національний банк України. Так само зробимо з різницею коштів, якщо зберемо більше. Діймо!

З любов’ю, С

_________________________________

Let’s buy Bayraktar for Ukrainians!

The Lithuanians immediately raised money. The Bayraktar-making company decided to give the drone for free to Ukraine. What about money? All the gathered funds were donated to help people.

Later the same thing happened with the next fundraising for three Bayraktars! Now is our turn. Do you remember Bucha, Irpin, Mariupol? Let’s take part in the battle. Let’s buy the Polish Bayraktar!

The amount of funds is tremendous, but fundraising is going perfectly. If we collect less, we will transfer everything to the account of the Armed Forces of Ukraine to the National Bank of Ukraine. We’ll do the same if we’ll raise more money. Let’s do it together!

With love, S.


A może Bayraktar to Barataria?

9-Euro-Ticket (4)

Ewa Maria Slaska

Minął miesiąc od wprowadzenia biletu za 9 euro w niemieckiej komunikacji lokalnej i regionalnej. Jak dotąd, tak mi się przynajmniej wydaje, ocena tej innowacji jest raczej pozytywna. Nie spełniły się najczarniejsze wizje z mediów społecznościowych, zapowiadających tłumy w pociągach i autobusach. Podobno jeden z systemów badających natężenie ruchu kołowego na drogach w Niemczech odnotował spadek ilości samochodów o ok. jedną trzecią. Podobno wszyscy Polacy, którzy skomentowali tę wzmiankę, jednomyślnie wydali opinię, że to nieprawda. Podobno ktoś rozważał wprowadzenie jeszcze tańszych biletów, tzw. biletów za jedno euro. Podobno…

“Klimatyczna podróż”

W ostatni piątek, 1 lipca, pojechaliśmy z Konradem do Szczecina, ponieważ Konrad musiał przedłużyć ważność tzw. EKUZ, czyli międzynarodowej karty ubezpieczenia zdrowotnego. Trzeba to było robić w piątek, bo w poniedziałek trzeba ją było przedłożyć u lekarza.

Najpierw jednak chcieliśmy odebrać “leki z apteki”. Mieliśmy przyjść o 9.30, pociąg odjeżdżał o 11.30. Masa czasu. Byliśmy w aptece już o 9.15. Leków nie było. Nie szkodzi, powiedzieliśmy, poczekamy. Usiedliśmy i zaczęliśmy czekać. I czekać. I czekać. Wetknęliśmy nosy w komórki. O 9.45 dostaliśmy po kubeczku wody. O 10.00 aptekarz powiedział, że nie wie, co się dzieje. O 10.05 jego koleżanka powiedziała, że zadzwonią. O 10.15 dowiedzieliśmy się, że są korki i transport stoi. O 10.20 okazało się, że jest strajk klimatyczny i dlatego są korki, i transport stoi. O 10.25 dowiedzieliśmy się, że to potrwa, nie wiadomo jak długo. O 10.30 radosny pan transporter pogwizdując wszedł do apteki. O 10.40 dostaliśmy leki, pociąg nadal jednak odjeżdżał o 11.30. I czasu nie było już w ogóle. A musieliśmy jechać TYM pociągiem, bo urząd urzęduje w piątki tylko do 16.

Zdążyliśmy na pociąg, zdążyliśmy nawet kupić kawę w papierowych kubeczkach oraz kanapkę na tekturce i w torebce. Od rana zdążyliśmy więc nie tylko na pociąg, ale i popełnić sześć grzechów ekologicznych.

Do Szczecina dojechaliśmy dwoma pociągami z przesiadką w Angermünde. W obu pociągach było OK, może nie było luzu, ale każdy miał miejsce. Pociągi dojechały na czas, i na przesiadkę, i do Szczecina.

W Szczecinie byliśmy o 14, urząd urzęduje do 16. Masa czasu. Autobus sprzed dworca nie odjeżdża, bo jest remont. Mamy iść na Plac Tobrucki i na Niemcewicza przesiąść się na tramwaj. Plac jest wielki, na szczęście widzimy, jak nasz autobus podjeżdża i ucieka nam sprzed nosa. Stąd wiemy, gdzie jest przystanek. Siadamy i czekamy. Jest godzina 14.20. Przyjeżdża komunikacja zastępcza. Kierowca nie sprzedaje biletów. Na następnym przystanku wysiadamy (jest 14.30) i idziemy przed siebie, szukając kiosku. Znajdujemy, kupujemy, przyjeżdża komunikacja zastępcza. Wsiadamy, jedziemy, kasowniki biletowe nie działają, nie ma informacji o nazwach przystanków. Jakaś pani mówi innej pani, że trzeba wysiąść na placu Rodła i przesiąść się na tramwaj. Geniusz na nas spływa i pytamy, czy pani sądzi, że my też mamy wysiąść. Tak, mamy. Musimy iść na tramwaj, który jest… tam.

Jest godzina 14.40. Wysiadamy i dokładnie w tym momencie zaczyna się oberwanie chmury. Zrywa się wicher, walą pioruny. Mamy parasol, ale to przyjemna fikcja. W ciągu sekundy jesteśmy mokrzy do głębi wszystkich siedmiu warstw skóry. O koszulkach, butach, majtkach, sukience w ogóle nie warto wspominać. Chronimy się w salonie piękności. Woda leje się z nas strumieniami. Uber nie działa. Bolt nie działa. Telefon do zamawiania taksówek nie działa. Musimy iść na komunikację miejską. Dobiegamy do dworca autobusowego, ale żaden z autobusów nie jedzie tam, dokąd my chcemy jechać. Chłopak z czynną komórką mówi nam, że o 14:56 mamy tramwaj. Musimy biec na tramwaj, który jest… tam. Pędzimy, chowając się pod parasolem. Po co? Bo nie mamy czasu na myślenie. Znajdujemy przystanek. Jest 14.55. To przystanek w przeciwnym kierunku. Nasz jest… tam. Pędzimy tam i oto nagle jest puściutki przystanek. Jest godzina 15.00. Wciąż leje, ale przecież człowiek kompletnie przemoczony nie może już bardziej przemoknąć. Przychodzi starsza pani, mówimy jej, że wg rozkładu jazdy tramwaj przyjedzie za 6 minut, a ona macha ręką i mówi, ach, one i tak jeżdżą jak same chcą. Stoimy chwilę i oto nagle o 15.03 przyjeżdża tramwaj. Czy to ten poprzedni, który się spóźnił, czy następny o kilka minut za wcześnie? Jedziemy. Jest 15.20, gdy dojeżdżamy na nasz przystanek. Leje, chlusta wiadrami wody, wicher wieje, pioruny walą, po ulicy szerokiej jak rzeka płynie rzeka. Musimy przejść sto metrów. Uprzejma komórka informuje nas, że zajmie nam to minutę. Idziemy pod wiatr, pokonując metr mokrej przestrzeni na minutę.

https://szczecin.naszemiasto.pl/ulewa-w-szczecinie-i-regionie-powtorka-w-powodzi-40-lecia/ga/c1-8891963/zd/73176199

O 15.30 wpadamy do urzędu. Woda leje się z nas strumieniami i spływa po schodach do piwnicy. Przemiła szczuplutka starsza pani recepcjonistka, podaje nam ręczniki papierowe do wytarcia się. O 15.35 Konrad mokry jak pstrąg w strumieniu górskim wypełnia podanie, o 15.36 podchodzi do okienka z mokrym świstkiem, o 15.37 dostaje potrzebny dokument.

Teraz już tylko tramwaj w drugą stronę. Deszcz prawie ustał. Jedziemy na słynny szczeciński Manhattan. Sklep z bielizną, sklep z ciuchami, lumpex, restauracja, sikalnia, autobus, znowu nie mamy biletów, ale jest po 18, można kupić bilety u kierowcy. O 18.30 jesteśmy na dworcu, zamawiamy pasztecik szczeciński (bo jak by to było, być w Szczecinie po raz pierwszy i nie zjeść pasztecika!?). Pociąg o 19.01 do Pasewalku ma spóźnienie (no, bo oberwanie chmury i katastrofa jak ulewa stulecia przed 40 laty), czy więc zdążymy na przesiadkę, bo mamy tam tylko 4 minuty? Konduktor każe nam wsiadać i mówi, że jakoś sobie poradzimy i nie jesteśmy sami.

Zdążyliśmy.

Byliśmy 13 godzin w podróży, po to, by w ciągu 2 minut załatwić sprawę w urzędzie.

Fantastyczna klimatyczna podróż za 9 euro!

Zdjęcie: Konrad Kozaczek