111 lat z misiami

Zbigniew Milewicz
TEDDY BEAR

Czego to ludzie nie obchodzą… 25 listopada, po raz jedenasty, świętujemy Światowy Dzień Pluszowego Misia. Nie zdziwiłbym się, gdyby z tej okazji berliński ratusz wyszorował wszystkie miejskie godła, telewizja polska przypomniała po raz kolejny klasyczny obraz Stanisława Barei, a na Krupówkach zaroiło się od białych niedźwiedzi. Na pewno jednak jubileuszowo zarobią sklepy z pluszakami, od Nowego Jorku przez Krym i Rzym, aż do Wąchocka.

Mis_Steiff_Museum_GiengenKto naprawdę wymyślił tę miłą przytulankę, do końca nie wiadomo. Niemcy, choć pewnie nie wszyscy, daliby się pokrajać za to, że jej prototyp powstał w firmie Steiff z Giengen an der Brenz w Szwabii, założonej pod koniec XIX w. przez kaleką szwaczkę Margaretę Steiff, w celu chałupniczej produkcji konfekcji i artykułów domowego użytku z filcu. Kiedy okazało się, że filcowe słoniki, szyte z myślą o domowych krawcowych, jako ozdobne poduszki na szpilki i igły, mają duże wzięcie wśród dzieci, w postaci zabawek, asortyment się powiększył. W witrynie przyfabrycznego sklepu pojawiły się psy, koty, małpki, konie, wielbłądy i różowe świnki, wykonane z miękkiego materiału, ale miś dołączył do tego towarzystwa dopiero w 1902 roku. Za sprawą bratanka pani Steiff, Richarda, który w rodzinnej firmie zajmował się rozkręcaniem interesu i wynalazczością, a przy tym był uzdolnionym i wykształconym rysownikiem; często bywał w stuttgarckim zoo i rysował niedźwiedzie, z czego pewnego dnia powstał projekt pluszowego misia z ruchomymi łapkami i dającą się obracać głową. Ciotce ogromnie się ten projekt spodobał, ale na targach w Lipsku przyjęty został z rezerwą. Rzekomo dopiero ostatniego dnia pojawił się przedstawiciel anonimowej firmy amerykańskiej i zauroczony pluszakiem, zamówił od razu trzy tysiące sztuk.

Na zdjęciu replika oryginalnego misia pani Steiff z Muzeum w Giengen an der Brenz. Do dziś misie tej firmy są ręcznie szyte.

W ten sposób firma Steiff weszła na rynek pluszowych misiów, z całą pewnością jako jedna z pierwszych i dobrze prosperuje w zabawkarskiej branży do dziś.  Czy to jednak rzeczywiście Richard wynalazł tę zabawkę? Zaufanie klientów do firmy podważyła historia, którą rodzina Steiff próbowała uzasadnić stosowanie nazwy „Teddy“. Według niej misie Steiff stanowiły oprawę weselnego stołu, w czasie zaślubin córki dwudziestego szóstego prezydenta USA, Alice Roosvelt z Nicholasem Longworthem, w roku 1906. Kiedy prezydent Theodore Roosvelt – dla bliskich i ludu Teddy – zapytał, co to za gatunek, dowiedział się, że jest to „nowy gatunek, zwany Teddy Bear“. Rodzina prezydenta zaprzeczyła jednak kategorycznie, jakoby w czasie przyjęcia weselnego użyte zostały jakiekolwiek produkty firmy Steiff. W ten sposób prawdopodobniej brzmi druga wersja, podająca, że pluszowy miś urodził się w nowojorskim Brooklynie, dokładnie w tym samym 1902 roku.

Jesienią 1902 roku prezydent Roosvelt odwiedził stan Missisipi, interweniując w sporze granicznym z Luizjaną. Aby urozmaicić mu pobyt, zorganizowano polowanie na niedźwiedzie, w trakcie którego jeden z myśliwych schwytał małego misia. Oczywiście Roosvelt ułaskawił malucha i 18 listopada 1902 na łamach „Washington Evening Star“ ukazał się satyryczny rysunek Clifforda Berrymana, przedstawiający prezydenta, który odmawia oddania strzału do schwytanego niedźwiadka.

619px-TheodoreRooseveltTeddyBearMożna się domyślać, że rysunek przysporzył prezydentowi sympatii czytelników. Wśród osób wzruszonych przedstawioną sceną znalazł się rosyjski imigrant Morris Mitchom, właściciel małego sklepiku ze słodyczami na Brooklynie, w którym sprzedawano także zabawki, wykonywane własnoręcznie przez sklepikarza i jego żonę Rose. Jak na przedstawiciela mądrej, żydowskiej rasy przystało, pan Mitchom natychmiast wywąchał w misiu miodowy interes i odtworzył zwierzaka z rysunku w trzech wymiarach. Tak przynajmniej wspominał później jego syn Beniamin. Prototyp zabawki, wycięty z brązowego pluszu, umieszczony został w witrynie sklepu, obok gazetowego rysunku, z etykietą Teddy Bear. Przedsiębiorczy handlowiec zdobył się bowiem na odwagę i napisał do Białego Domu list z zapytaniem, czy pan prezydent nie będzie miał nic przeciw, jeżeli on użyje jego imienia w promocji swojej nowej zabawki. Pozwolenie, napisane własnoręcznie przez prezydenta brzmiało następująco: Nie sądzę, żeby moje imię było wiele warte w tym niedźwiedzim interesie, ale proszę bardzo, może go pan używać.

John_Kirby_Farnell00Gdyby ten dokument udało się ujawnić, Morris Mitchom byłby niewątpliwym autorem tej może najpopularniejszej zabawki na świecie. Posiadał go rzekomo jego najstarszy syn Joseph, który zmarł w 1951 roku, ale wśród pozostawionych rzeczy nie znaleziono prezydenckiego listu. Na pluszowym misiu rodzina Mitchom zbudowała jednak pokaźny majątek, od 1903 do 1938 roku interes rozwijał się pod nazwą Novelity and Toy Company. Obecnie, jako Toy Co, firma jest największym producentem lalek na świecie. Jednym słowem Theodore  Roosvelt nie docenił wagi swojego imienia, a może była to tylko dyplomatyczna kokieteria? Mawiano w jego czasie żartobliwie, że Teddy Bear w zamian za uratowanie życia, pomógł prezydentowi w reelekcji (w 1904 roku). Business is business. Popularność zabawki rosła w Ameryce w lawinowym tempie, w 1906 roku gazeta handlowa „Playthings“ donosiła o nowym szaleństwie – używaniu pluszowych misiów jako maskotek samochodowych. Stały się przedmiotem tak żarliwego kultu, że pewien duchowny z Michigan ogłosił misia Teddy zagrożeniem dla instynktu macierzyńskiego, które może doprowadzić do naturalnego samounicestwienia narodu.

Na zdjęciu angielski miś firmy Farnell z 1911 roku.

Na szczęście ta katastroficzna wizja nie sprawdziła się. Pluszak-przytulanka podbił serca dzieci i dorosłych na całym świecie, jak najbardziej pokojowo, wszedł na stałe do literatury, na sceny i ekrany. Najsłynniejszym jego przedstawicielem jest pewnie „miś o bardzo małym rozumku” czyli Kubuś Puchatek A.A. Milne, ale dalej paradują nie mniej sympatyczni Miś Colargol, miś Yogi z Parku Yellowstone, Miś Padddington czy chociażby nasz rodzimy Miś Uszatek. Wszystkim miłym solenizantom, gdziekolwiek by się na świecie nie znajdowali, zarówno tym wypielęgnowanym i zajmującym poczesne miejsca w ludzkich domach, jak i tym wyprzytulanym do granic możliwości, z naderwanymi uszami i kończynami, co leżą gdzieś zakurzone na pawlaczach, ale przecież nie na śmietniku, składam najserdeczniejsze życzenia, z okazji ich 111 urodzin!

misie

Rodzinne misie administratorki blogu (wybór)

* W tekście wykorzystałem dane z internetowego Leksykonu Co? i Kiedy? „Po raz pierwszy“ Z.M.

Bara@Bara

W języku suahili barabara znaczy droga, ale skąd mam, prostaczek, o tym wiedzieć.  Wygodniej mi przyjąć dosłowność  kuszącego, polskiego tytułu książki: Bara@Bara, którą podkreśla na okładce para spleciona w miłosnym uścisku. W samczym instynkcie rzucam się na lekturę i dawaj łowić momenty, ale gdzie one? Autorka, jak to kobieta, jedno obiecuje, drugie robi. Funduje mi opowieść o trzech przyjaciółkach, które poznają się na Uniwersytecie Warszawskim w czasach PRL-u, a później… Nie powiem, nie jestem, jak ta słynna bileterka z przedwojennego, francuskiego kina, która mściła się na skąpych klientach, sycząc im w trakcie projekcji do ucha: a zabił sędzia… Następnym razem wiedzieli, że za wskazanie miejsca na sali należy się napiwek.

Ewa i Monika jadą na Zachód, każda swoją drogą, Arleta zostaje w Polsce. Jednej udaje się wyjść korzystnie za mąż, druga ma twardy, emigracyjny start, ale dzięki przyjaciółce też w końcu dostaje się na salony. Berlin, Monachium, Marsylia, Saint Tropez, Majorka, Meksyk, Arizona… W książce, jak w kalejdoskopie, zmieniają się krajobrazy, wnętrza luksusowych willi, partnerzy seksualni, intryga goni intrygę, czasami bohaterki przeżywają jakiś osobisty dramat, ale biednie i nudno im w życiu nie jest. Czyta się więc Bara@Bara gładko, w sam raz jak na letnie wakacje, choć czasem robi się smutno w trakcie lektury. To za przyczyną ludzkiej podłości i pazerności, bo książka pokazuje również światowe kulisy handlu bronią i narkotykami, sexbiznessu, jest także motyw zbrodni.

Z Panią Hanną Märker, autorką książki, która na rynku wydawniczym ukazała się wiosną tego roku w języku polskim, niemieckim, angielskim i hiszpańskim, spotykam się w jednej z rosyjskich knajpek w jej ukochanym Berlinie. Urodziła się w Polsce, jednak od ponad 30 lat mieszka poza jej granicami. Po mamie ma korzenie niemieckie, po ojcu z białogwardyjskiego rodu, który po Rewolucji 1917 roku znalazł schronienie w Polsce – rosyjskie, stąd pewnie uwielbia słowiańskie klimaty, ale nad bezpieczną Szprewą. Książka spodobała się czytelnikom, podobnie, jak wcześniejsze utwory pisarki: Seksualne i nie tylko życie Anny, Zaloguj się!, Seksowna_45_pozna…, Niebezpieczny erotyk.

– Wszystkie książki na mniej więcej jeden temat…

– Widać, że ich Pan nie czytał. Ta pierwsza, to książka psychologiczna, poza tym to są tylko tytuły, kiedy są nośne, książkę łatwiej sprzedać (śmiech)

– Kto jest ich głównym odbiorcą?

– Piszę przeważnie dla kobiet nowoczesnych, inne nie rozumieją mojego przesłania.

– Mężczyźni na ogół słabo wypadają w Bara@Bara, po często dobrym początku zwykle zaczynają zdradzać, przestają dbać o kobiety, czy to nie pewne uproszczenie?

– Co znaczy „po często dobrym początku”? Jako mężczyzna nie zrozumiał Pan nic z mojej książki, jeżeli chodzi o męską płeć. Ogólnie mężczyzna sporadycznie coś stara się zrobić dla kobiety i to tylko wtedy, kiedy ma jakiś cel. Kobiety zbyt często moim zdaniem używają zwrotów: on dba o mnie, on dba o ciebie. Mężczyzna nawet tych słów nie zna. Na początku znajomości na ogół chce się przypodobać kobiecie, potem zatuszować wszelkie swoje małe kłamstwa i duże zdrady, a na końcu potrzebuje opiekunki i najlepiej jak będzie ona od niego o pokolenie młodsza. Jeżeli kobieta jest mądra to odpowiednio wykorzysta wszystkie te fazy dla siebie, ale niestety u większości kobiet największe znaczenie ma chemia lub stworzenie i utrzymanie rodziny, nawet gdy jest to rodzina „umierająca powoli”. Moje bohaterki są inne, są kobietami, które tak jak i mężczyźni potrafią brać z życia wszystko, co fajne. Dlatego w oczach mężczyzny czytającego moją książkę wygląda on słabo, nawet blado. I dodam jeszcze, że kocha się prawdziwie wtedy, kiedy się kocha za nic, ale czy to w ogóle istnieje?

– No to mi się nieźle dostało, jako przedstawicielowi gorszej połowy świata. Pani miała już czterech mężów, wyszłaby Pani piąty raz za mąż?

– Hmmm, czemu nie, to taka miła chwila…

– Zaczyna Pani swoją powieść słowami: nigdy nie uciekaj od miłości – nie warto… Ona i tak cię dogoni! Natomiast na stronie 67 pisze Pani: Fenyloetyloamina wraz z dopamin, wywoływały u niej miłosną ekstazę i euforię, typowe dla zakochanych osób, które jeszcze nie doznały seksualnego zbliżenia z ukochanym. Miłość w Pani pojęciu to zatem tylko chemia?

– Czysta chemia (śmiech)

– Akcja książki toczy się na przestrzeni 25 lat. W tym czasie Ewa i Monika, Pani główne bohaterki, przechodzą rozmaite koleje losu, zmieniają im się charaktery i poglądy na świat, która z nich jest Pani alter ego?

– Żadna, to są postacie całkowicie wymyślone przeze mnie, co nie znaczy, że z pewnymi ich kwestiami, które wypowiadają się nie zgadzam.

– W nocie od autora zaznaczyła Pani, że zbieżność nazwisk, miejsc, dat, sytuacji i innych elementów jest zupełnie przypadkowa. Chodzi między innymi o kryminalne wątki w książce?

– Może Pan sam się domyślić.

– Pani ma ciekawy życiorys. Z wykształcenia – interior design, czyli architekt wnętrz, ale i dziennikarka. Swoje projekty realizowała Pani m.in. w Hiszpanii, na południu Francji i w Kazachstanie. Korespondentka zagraniczna polskiego czasopisma Moda&Styl orazredaktor naczelny My Taste Magazine, niemieckiego periodyku poświęconego luksusowemu stylowi życia. Jakie ma Pani zawodowe plany na przyszłość?

– Z pomocą reżysera Wiktora Grodeckiego z Hollywood przygotowuję się do zrobienia tam filmu, opartego na historii życia Ewy z Bara@Bara. Marzę o reżyserowaniu już pewnie od 20 lat. Pod koniec tego roku projekt powinien być już gotowy.

Życzę więc, żeby to marzenie spełniło się jak najpiękniej i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Zbigniew Milewicz

Jegomość

Zbigniew Milewicz

Jegomość

We wpisie z 2 czerwca, poświęconym najstarszemu zawodowi świata, wspomniałem pierwszego zakopiańskiego proboszcza, który to chłopom cudzołożnikom kazał za pokutę przynosić kamień na budowę nowego kościoła. Przeglądając życiorys księdza Józefa Stolarczyka, zobaczyłem, że 6 lipca minie 130 rocznica jego śmierci, korzystając więc z tej okrągłej daty, pozwolę sobie przypomnieć barwną postać człowieka, który poza Tatrami może być mniej znany.

Pierwszy raz usłyszałem o nim może jakieś sześćdziesiąt lat temu, w mocno szczenięcym wieku, kiedy to z dziadkami zacząłem jeździć z Chorzowa do Bukowiny Tatrzańskiej, podówczas jeszcze autentycznej, pięknej wsi góralskiej. Zatrzymywaliśmy się na letnisko u rodziny Budzów, Chowańców albo u Kuchtów i to właśnie od gaździny Kuchtowej pochodził ten pierwszy przekaz. Genewka, tak ją tu wszyscy nazywali, była zażywną, ciemnowłosą kobietą, obdarzoną siedmioma synami (z najmłodszym Staszkiem przyjaźniłem się, chodziliśmy razem w góry) i bardzo pracowitym, choć milczkowatym mężem, który z twarzy i fryzury mocno przypominał Adolfa Hitlera, ale poza tym przyjemny był bardzo. Genewka, jak wielu jej ziomków, miała niewątpliwy talent aktorski i gawędziarski. W przeprosinach za skalną, nieurodzajną glebę, ledwo pod grulicki, Pan Bóg szczodrze obsiał Podhale artystycznymi darami. O szarej godzinie, albo w niedzielne popołudnia, siadywaliśmy u nich w starym domu, w izbie, a ona opowiadała piękną gwarą, między innymi o nienauconyk gazdach, co do kościoła wchodzili, fajki od świec przy ołtarzu zapalali i co kapeluszy przed Najświętszym Sakramentem zdejmować nie chcieli. Ile to ksiądz jegomość musiał się natrudzić, zanim ich wychował. Uparci byli, nie chcieli poddać się jego woli, ale proboszcz, jak słowo nie skutkowało, to i sękatego kija użyć potrafił. Nie pamiętam, czy mówiła o nim po nazwisku, ale tego jegomościa zapamiętałem.

Ksiadz_Stolarczyk_1889Co spowodowało, że akurat młodemu księdzu Stolarczykowi władza kościelna powierzyła do zaorania równie twarde jak ta ziemia dusze, nie wiem. Może fakt, że sam pochodził z chłopskiej rodziny, z beskidzkiej wsi Wysoka koło Jordanowa, także więc był góralem. Po ukończeniu gimnazjum pijarów w Podolińcu na Spiszu wstąpił do seminarium w Tarnowie, gdzie w 1842 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Jako duszpasterz rozpoczął działalność w Makowie, później posługiwał w Nowym Targu, znowu na krótko w Tarnowie i w listopadzie 1847 roku pojawił się w Zakopanem, rzeczywiście zakopanej pośród gór mieścinie, ledwo odkrytej przez panów ze świata. Miał za sobą dopiero kilkumiesięczny wikariat w tarnowskiej katedrze, ale za to duże doświadczenie zdobyte w innych, podhalańskich parafiach. Był księdzem z powołania. Do wiernych zwracał się prosto, dosadnie, jednocześnie budził respekt dwumetrowym wzrostem i fizyczną siłą, pewnie więc rokował dobre nadzieje, jako duszpasterz i zarządca nowej placówki.

Zakopane przywitało swojego pierwszego proboszcza chłodno. Przyroda – panującą już w pełni zimą, a ludzie – nieufnością i rezerwą. Bodaj jedynymi zadowolonymi byli ówcześni właściciele podtatrzańskich dóbr, rodzina Homolacsów. Konflikty między góralami a dziedzicami były na porządku dziennym.

Parafialny kościółek, pierwsza zakopiańska świątynia, malutka i drewniana, znalazła swoje miejsce na skrawku skarpy rwącego potoku, na Pęksowym Brzyzku. Proboszcz uporał się z budową, opodal założył słynny dziś cmentarz, na którym spoczywają zasłużeni dla Zakopanego i Podhala.

Nie tak gładko szło księdzu „nawracanie” górali. Za Sabałą gadali wciąż po swojemu, filozoficznie : „w Pana Boga wierz, ale MU nie wierz”, a gdy proboszcz wytykał niepokornym nieobecność na mszy świętej, odpowiadali: „nie trza sie telo Panu Bogu naprzykrzać” albo „racej byś do lasu seł paciorek se zmówić, niz teli cas w kościele siedzieć”(…) Kazania głoszone w gwarze trafiały do serc, choć nieraz były to słowa ciężkie dla honornych gazdów. Pozwalał sobie proboszcz wprost z ambony, po imieniu i nazwisku, wygrzmieć parafian za grzechy, których dopuścili się w mijającym tygodniu*.

Zwalczał zbójowanie, uczył katechizmu. W niedziele szedł do karczmy i wołał gazdów na sumę do kościoła, a jeśli nawet tym hrubym, czyli znamienitszym pozwalał zapalać fajki od świec na głównym ołtarzu i kurzyć je na chórze, to przecież z czasem przestali to robić i… kapelusze już ściągali z głów, jak wchodzili do kościoła. Półdziki lud pomału się cywilizował, analfabetyzm był jednak niemal powszechny. Lud litery nie znał i gęby w kościele otworzyć nie umiał – pisał Stolarczyk w kronice parafialnej. Aby to zmienić, założył pierwszą szkołę elementarną we wsi, w której uczyli parafialni organiści. Dzięki ks. Stolarczykowi powstały też na Podhalu pierwsze szkoły zawodowe – snycerska i koronkarska.

Jako jeden z pierwszych rozpoznał turystyczne walory Zakopanego, zaczął chodzić po Tatrach zaraz po objęciu nowej parafii. Czynił to z pasją i namiętnością, ale przezornie niemal zawsze w asekuracji góralskich przewodników, którymi byli m.in. Jędrzej Wala starszy, Szymon Tatar starszy i Wojciech Gąsienica-Kościelny. Wielka Encyklopedia Tatrzańska Zofii i Witolda Paryskich wyszczególnia, że w 1849 roku ksiądz stanął na niższym szczycie Świnicy (wyższy był jeszcze niezdobyty). Około 1850 roku był na Łomnicy, cztery lata później podjął nieudaną próbę wejścia na Lodowy Szczyt (od strony Lodowej Przełęczy), a w 1867 wspiął się, jako pierwszy taternik, na Baranie Rogi i ponownie zaatakował Lodowy Szczyt, tym razem skutecznie. Kiedy w roku 1874 stanął na Gerlachu (ósme wejście), tej najwyższej ambonie Tatr i Karpat (2655 m) , radośnie odśpiewał tubalnym głosem Te Deum. Annały tatrologiczne milczą na temat, ile lawin wtedy zeszło w doliny, ale zgodne są co do tego, że dzięki tym wyprawom ks. Stolarczyk przyczynił się do wykształcenia wśród Zakopian grupy dobrych przewodników.

Mieli coraz więcej zajęcia, Zakopane robiło się modne, dzięki letnikom niektóre rodziny przestawały głodować i to też było w dużej mierze jego zasługą. Dla przyjeżdżających gości był pierwszym informatorem, doradcą i autorytetem w sprawach góralszczyzny i Tatr. W roku 1867 nadano wsi prawa oddzielnej gminy, dwadzieścia lat później stała się uzdrowiskiem. Jan Karpiel Bułecka, znany zakopiański architekt i muzyk (starszy brat Sebastiana z formacji Zakopower) opowiada, jak to na księżowskiej plebanii gościli wielcy tego świata, Jan Matejko, Stanisław Witkiewicz, Helena Modrzejewska, Henryk Sienkiewicz. Bywali i górole, bo i góroli wołoł, gaździny ucył, jako majom w swoich chałupach gości przyjmować, bo wielko bieda była, co by se pore dutków mogli zarobić. Ale jak się pana przyjmuje, trza mu dać, zeby mioł cysto i pieknie. Toz to ich ksiądz jegomość ucył, jako to majom robić, co by tym panom było wygodnie. Bywoł tu i Sabała, ale sie strasznie radzi z księdzem nie widzieli, bo kiedy ci wielcy Sabałe chwolili, jaki to on fajny, jako to fajnie potrafi godać, to ksiądz jegomość kiwoł głowom z politowaniem i godoł: taaaak, Sabała to jest wielkie dzieło boże, tylko szkoda, że niedokończone…**

Peksowy_stoIarczykPrzez wiele lat ks. Stolarczyk spisywał Kronikę Parafii Zakopiańskiej, która doczekała się aż trzykrotnego wydania drukiem (1915, 1984, 1986). Zawiera ona cenne wiadomości z dziejów Zakopanego, a także sporo ciekawych danych oTatrach. W kurorcie ksiądz ma ulicę swojego imienia, a w okolicach Morskiego Oka – przełęcz. Zmarł w Zakopanem w 1893 roku, w wieku 77 lat, pochowano go na Pęksowym Brzyzku, obok jego przyjaciela, Tytusa Chałubińskiego. Rok później w sąsiedztwie znalazł się Jan Krzeptowski Sabała, z którym proboszcz za ziemskiego życia darł koty. Przed wejściem na cmentarz wisi tablica: Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie. Zakopane pamięta. W tym mocnym kontekście wydaje się, że dawni rywale się pogodzili.

* Agata Żak, Tarnowski Kurier Kulturalny, czerwiec 2013

** filmowy dokument z TV Polonia, przesłany do You Tube 17 lutego 2010 roku:


Zakopane, Jan Karpiel Bułecka, Jozef Pitoń, ks. Stanisław Szyszka od Św. Krzyza w Zakopanem.

Kupało, Kupało!

Zbigniew Milewicz

Noc Kupały

Nie znam bardziej pogańskiego święta, które zyskało ciche błogosławieństwo Matki Naszej Kościoła. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości było tak mocno zakorzenione w obyczajowości ludów słowiańskich, że rezygnując z rozwiązań siłowych w X – XI w. podjęto próbę zasymilowania go z obrzędowością chrześcijańską. Patronem święta został olbrzym znad Jordanu, św. Jan Chrzciciel, który stosował chrzest w formie rytualnej kąpieli w rzece, zatem wiernym, zwłaszcza obrządku wschodniego, którzy ów rytuał kultywują, pozostawało uwierzyć, że słowo Kupała od wspomnianej kąpieli pochodzi.

Iwan-Kupala-wrozby-z-wiankami-deska-olej-2008-wikipedia-commonsIlustracje: Iwan Kupała, Wróżby z wiankami, 2008; poniżej: Joshua Reynolds, Puk, 1789 i Wojciech Gerson, Kupała 1897 – wszystkie ilustracje z zasobów Wikipedia Common.

Informacje o męskim bóstwie płodności o  imieniu Kupała, sprawującym opiekę nad zalotami i miłosnymi igraszkami, pojawiają się w ludowych podaniach dużo później, bo w wieku XVII. Są  one przypuszczalnie  tylko sentymentalną próbą powrotu do miłych, hedonistycznych korzeni i próbą odebrania kościołowi tego, co sobie przywłaszczył, bo czy takie bóstwo rzeczywiście wcześniej „istniało”, nie wiadomo. Wojciech Gerson zobaczył je jako bóstwo żeńskie i bardzo ładnie mu to wyszło. Kup w języku praindoeuropejskim znaczy jednak pożądać, więc coś na rzeczy jest. Noc Kupały związana jest tradycyjnie z letnim przesileniem Słońca i obchodzona w najkrótszą noc w roku, czyli najczęściej z 21 na 22, albo z 23 na 24 czerwca. W zależności od regionu Polski, bywa też zwana palinocką, albo sobótką, bo w tę noc wszędzie płoną ognie i podobno czarownice zlatują się  na mały sabat. Inna, stara legenda mówi, że sobótka jest uroczystością ku czci pięknej dziewczyny o tym właśnie imieniu. Mieszkała w pewnej wiosce, a kiedy jej narzeczony Sieciech powrócił z wojny i miał swoją wybrankę pojąć za żonę, na mieścinę napadła horda wroga. Podczas odpierania ataku Sobótka zginęła, trafiona w samo serce. Miało się to zdarzyć właśnie w noc letniego przesilenia.

Świętowano ten czas w wielu kręgach etnicznych, nie tylko na Słowiańszczyźnie, podobnie. W obrzędowości nocy letniego przesilenia dwa symbole miały szczególne znaczenie – ognia i wody. Dwa oczyszczające żywioły. Obrządek rozpoczynało rytualne skrzesanie ognia z drewna jesionu i brzozy, a czasem tylko dębu, po uprzednim wygaszeniu wszelkich palenisk we wsi. W ziemię wbijano brzozowy kołek, na który zakładano jesionową piastę, koło ze szprychami, owiniętymi smolną słomą. Następnie wprawiano koło w ruch, tak szybko, że w wyniku tarcia zaczynało się palić. Wtedy koło zdejmowano i płonące toczono do wcześniej przygotowanych stosów. Te układano  zwykle na wzgórzach i owej nocy płonęły one niemal w całej Europie. Na ogniskach składano ofiary z drobnej zwierzyny, ptactwa i magicznych ziół, które miały zapewnić urodzaj oraz płodność ludzi i zwierząt. Skakanie przez ogniska i tańce wokół nich pozwalały ustrzec się od zła, chorób i nieszczęścia. Serbowie od ognisk, które nad ranem dogasały, zapalali pochodnie i obchodzili z nimi swoje zagrody, żeby odegnać złe duchy. W Skandynawii palono ogniska na rozstajnych drogach, albo nad brzegami jezior, a woda, w której trzeba było się zanurzyć miała ponoć właściwości lecznicze. W Finlandii święto letniego przesilenia jest do dziś jednym z najważniejszych w kalendarzu, na Łotwie Ligo i Jani to nawet  daty państwowe, a 23 i 24 czerwca są dniami wolnymi od pracy. Podobnie na Litwie, gdzie 24 czerwca oficjalnie świętuje się Przesilenie. Było to święto znane i w Anglii, skoro szekspirowski Sen Nocy Letniej to też nic innego jak opowieść o tym, co się wyrabia w noc Kupały.

Jako święto miłości, płodności, słońca i księżyca pokazuje nieskończoność ludzkiej fantazji  i zapobiegliwości. Na Litwie śpiewa się pieśń o tym, jak to pierwszej wiosny po stworzeniu świata Księżyc wziął ślub ze Słońcem. Kiedy jednak po nieprzespanej nocy poślubnej wstało ono i wzniosło nad horyzontem, Księżyc je opuścił i zdradził z Jutrzenką. Od tamtej pory obydwa ciała niebieskie są wrogami, którzy wiecznie ze sobą walczą i konkurują – najbardziej podczas letniego przesilenia, kiedy noc jest najkrótsza, a dzień najdłuższy. W Rosji pary skakały przez ogień z figurką Kupały, albo św. Jana na ramionach, kiedy spadała im w palenisko, była to zła wróżba dla ich miłości. W Grecji, przy okazji skoków przez ogień najpierw dziewczęta, a potem chłopcy ogłaszali, że zostawiają za sobą wszystkie swoje grzechy. W kojarzeniu par najlepiej pomagała jednak woda. Zasadniczo zajmowały się tym dawniej głowy rodów, albo zawodowi swatowie, ale w noc świętojańską wszystko było wyjątkowe. Młode dziewczyny plotły wianki z kwiatów i magicznych ziół, wpinały w nie łuczywo i w zbiorowej ceremonii, ze śpiewem i tańcem powierzały je falom rzeki, albo strumienia. Poniżej czekali chłopcy, próbowali je wyłowić i każdy, któremu się to udało wracał i odszukiwał właścicielkę. W ten sposób dobrani młodzi ludzie mogli kojarzyć się w pary bez obrazy obyczaju, wspólnie pójść do lasu na samotny spacer, albo na mokradła, w poszukiwaniu kwiatu paproci, który wróżył szczęście. O świcie wracali do dogasających ognisk, by trzymając się za dłonie, przeskoczyć przez płomienie. Skok ów kończył obrządek przechodzenia przez wodę i ogień i w tym jednym dniu w roku mógł być honorowany, jako rytuał zawarcia małżeństwa.

Jakże to wszystko było romantyczne… O zwyczajach i wróżbach Nocy Kupały, albo Świętojańskiej można pisać w nieskończoność. Kogo ów temat interesuje, odsyłam do bogatej literatury, z której trochę sam ściągałem informacje do dzisiejszego wpisu: m.in. Jerzy Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Rodzimy Kościół Polski,Noc Kupały.

szekspir-joshua-reynolds-puk-wikipedia-commonsNa finał dwie rymowanki, własnej produkcji:

Kto w wigilię Jana
dziewkę dobrze zmłóci
i se ciut wypije
tego najbliższe tsunami
ani nawet Belka
nie zabije

Monachium, 23 czerwca 2002

344px-Gerson-Kupala

Wiosna

Gdy nie mam nic do roboty
a wokół świat kwitnie
to mnie nachodzą różne głupoty
czasami nawet bezwstydne
Myślę sobie, wielki Boże
wiosna w pełni, lato idzie
chłop i baba
zając, żaba
ptaszek, mrówka
koń i krówka
wszystko gzi się w swym bezwstydzie
kto tym rządzi,
Ty o Panie?
czy Wisłocka?
pochutliwe grzyby kanie?
czy sex sekta spod Serocka?
mniejsza o to zresztą przecie
przyjdzie jesień
za nią zima
śniegiem cały kraj zamiecie
ptaszka wstrzyma,
skurczy, zmrozi
póki więc tak ślicznie w świecie
chędożmy się więc na zapas
ku uciesze Bozi

Monachium, 05 kwietnia 2009

Porady kulturalne
Dobrze Wam radzę, przeczytajcie książkę Zdzisława Skroka “Wymowność rzeczy”. Kiedyś Polska była pełna takich książek i takich autorów. Autorów już nie ma, a książek takich jak ta, już nikt nie pisze.
http://histmag.org/Zdzislaw-Skrok-Wymownosc-rzeczy-7564

Międzynarodowy Dzień Seksu

Dzień Seksu dopiero jutro, ale u nas już dziś, bo jutro pierwszy piątek miesiąca i nie będziemy go przecież odbierać Romanowi Brodowskiemu tylko z tak błahej przyczyny, że dziesięć lat temu… Ale o tym pisze już nasz autor:

Zbigniew Milewicz

Bykowe…

No i znowu mamy najprzyjemniejszy dzień roku. Dziś, po raz dziesiąty już z kolei, obchodzimy Międzynarodowy Dzień Seksu, ustanowiony przez samą Radę Tradycji Unii Europejskiej, w trosce o podniesienie spadającej na łeb, na szyję populacji w krajach członkowskich. Dzisiaj więc naszym patriotycznym wręcz obowiązkiem jest  zaparcie się seksualnej frustracji i oziębłości, żadnych rozmów o bólu głowy, stresie cywilizacyjnym, cukrzycy i impotencji. Panie i panowie do dzieła… przynajmniej ten jeden raz w roku. A propos, taka anegdota: uniwersytecki wykład z seksuologii, pan profesor wylicza, jak często ludzie kopulują ze sobą, w zależności od rasy, kultury, temperamentu. Potrafią zbliżyć się – mówi – kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, inni tylko raz, przy zmniejszonym libido, raz albo dwa w tygodniu, miesiącu, kwartale, a w skrajnych przypadkach zaledwie raz, albo dwa w roku. A pan z czego się tak cieszy – pyta jednego ze studentów. Ach, bo to dziś będzie ten drugi raz! – pada euforyczna odpowiedź.

barabaraHanna Märker, polska pisarka, mieszkająca w Berlinie poświęca seksualności praktycznie całą swoją twórczość. Autorkę poznałem pod koniec marca b.r., na święcie Marzanny, w Lübars. W pękającej pod naporem kobiecości „małej czarnej” a la Coco Chanel  prezentowała swoją najnowszą powieść, pod znamiennym tytułem „Bara@Bara”. Nigdy nie uciekaj od miłości – nie warto… Ona i tak cię dogoni! – głosiło motto. Pisarka i jej książka miały jakiś magnetyzm w sobie, wokół stoiska  kręciło się sporo osób obojga płci i nie tylko ja miałem problem z koncentracją. Były to czary, albo dobry marketing, a może jedno i drugie, wzrok wędrował od głębokiego dekoltu poprzez kuszący, krwisty make up, niewinne spojrzenie błękitnych oczu, na obwolutę powieści. Oczywiście kupiłem, dostałem autograf, czytało się dobrze, choć za literaturą obyczajową nie przepadam. Nie była to książka miłości, bardziej o życiu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, ale miłość cały czas była przecież w tle.

Seks w czystej, fizjologicznej postaci, bez jakiegokolwiek pierwiastka uczuciowego, oddałbym robotom. Miałem kiedyś okazję rozmawiać ze znaną aktorką dochodowej branży pornograficznej. Powiedziała mi, że mimo iż posiada dużą rutynę, w trakcie kręcenia castingowych scen, które wielokrotnie trzeba powtarzać, cały czas myśli sobie o pierwszym mężu, albo o zaprzyjaźnionych facetach, jeżeli filmowy partner jest jej obojętny. Jeśli jest między nimi choć odrobina chemii, to gra się znacznie lepiej, naturalniej, zdjęcia trwają krócej i można dostać lepsze honorarium.

krupowkiJeżeli już mowa o materialnych korzyściach i seksie, to są one ze sobą od zawsze związane. Potwierdza to najstarszy zawód świata, o którym niedawno pisałem, ale też tzw. prostytucja małżeńska (nie dam, jak nie dostanę nowych butów) czy… kościół na bykowym w Zakopanem. Historia sięga XIX wieku i związana jest z postacią pierwszego zakopiańskiego proboszcza, ks. Józefa Stolarczyka, słynącego z niekonwencjonalnych metod duszpasterskich. Kiedy w trakcie budowy nowego, kamiennego kościoła przy ul. Krupówki zaczęło brakować budulca, cudzołożnicy w charakterze pokuty zobowiązani byli  dostarczać go na miejsce. Ilość tórebek  kamieni Ksiądz Jegomość wyznaczał grzesznikowi, w zależności od rozmiarów jego winy i ten rodzaj ekspiacji obowiązywał tylko mężczyzn. Wolno im było odpokutowywać swoje winy pod dyskretną osłoną nocy, ale na drugi dzień i tak wszyscy w gminie wiedzieli, o ile i dzięki komu kościół będzie wyższy. Krupówki nazywano wtedy drogą grzeszników. „Grzeszą” słowem od zarania dziejów poeci. Oddaję na zakończenie głos naszej noblistce Wisławie Szymborskiej, w jej limerykach:

limerykiRaz pewna dama w Lubomierzu
tarzała swego gacha w pierzu.
“Czemu to czynisz?”- jęczał gach,
A ona na to dictum: “Ach,
Zbyt goły jesteś, Kazimierzu”.

Raz Mozarta bawiącego w Pradze
Obsypały z komina sadze.
Fakt, że potem w ciągu godziny,
Wymorusał aż cztery hrabiny,
Jakoś uszedł biografów uwadze.

Jawnogrzesznica z miasta Kłaj
W swoim zawodzie była „naj“
Ale to zależało,
Czy jej się chciało, czy nie chciało –
Taki już miała obyczaj.

Sekscytacje, Antologia Polskiej Literatury Frywolnej, Rubasznej i Obscenicznej. Wyd. Interwers, 2009

PS.
Dla uzupełnienia i równowagi: jutro Międzynarodowy Dzeń Seksu, a dziś czyli 6 czerwca – Światowy Dzień Pocałunku

Międzynarodowy Dzień Prostytucji

O tym, że 2 czerwca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Prostytucji poinformował mnie nasz blogowy autor Zbigniew Milewicz (pisał tu m.in. o wypadkach marcowych). Intencją tego dnia jest przypomnienie, że osoby wykonujące ten zawód są dyskryminowane, a większość z nich to terroryzowane niewolnice i niewolnicy. W tym kontekście opowieść o prostytutkach w PRL, którą na dziś przygotował Zbyszek, to historia o bajkowym świecie… Ale o tym za chwilę.  Na razie przypomnijmy, kto i dlaczego wybranł dzień 2 czerwca…

Eglise_Saint-Nizier_Lyon— tego dnia 1975 roku sto prostytutek zajęło kościόł Saint Nizier w Lyonie (Francja), aby zwrócić uwagę na swoją katastrofalną sytuację życiową i warunki pracy. Ilość strajkujących kobiet powiększyła się w czasie trwania protestu. Mieszkańcy miasta i władze kościoła przyjęły protest pozytywnie i okazały kobietom wsparcie. Strajk rozprzestrzenił się na inne miasta: Marsylię, Grenoble i Paryż. Żądania strajkujących zostały przekazane do najwyższych władz państwowych, ktόre niestety nie były gotowe zająć się poprawą sytuacji życiowej i zawodowej kobiet.
Międzynarodowa prasa dużo pisała na ten temat. Po raz pierwszy w historii prostytutki stały się widoczne dla innych, bez potwierdzania stereotypu na swόj temat. Wystąpiły jako kobiety pracujące, które walczą o godność i prawa człowieka.
W dniu 10 czerwca 1975 roku o godzinie 5 rano, policja brutalnie wtargnęła do kościoła. Strajkujące kobiety zostały brutalnie usunięte. Na pamiątkę tego wydarzenia nazwałyśmy ten dzień Międzynarodowym Dniem Prostytutek.
Tyle Joanna z niemieckiej organizacji Hydra dla portalu Seksualność kobieca.pl.

Zbigniew Milewicz

Nierządnicy żywot atłasowy

Życie dziennikarza w PRL-u nie było usłane różami. Na Śląsku chodziło się głównie po węglu, który wydobywała niestrudzona brać górnicza, po stali, płynącej szerokim strumieniem z hut, po rekordach produkcyjnych i czynach społecznych. Kiedy obywatele po trudzie pracy wypoczywali, to czynili to na ogół zgodnie z zasadami marksistowsk- leninowskiej moralności, żeby zdobyć siły do następnego tygodnia wytężonej pracy, ku chwale i rozwojowi socjalistycznej ojczyzny. Owszem, na poboczu tej jedynie słusznej drogi rosły różne chwasty, które władza wyrywała, żeby się nie rozprzestrzeniły i dziennikarze to opisywali. Nie były to jednak zbyt groźne przypadki, ot obywatel się upił zbyt mocno i pod tzw. wpływem zrobił żonie awanturę, czasami ją uderzył, a kiedy indziej zabił, bo np. przyprawiła mu rogi z sąsiadem. Za pieniądze kobiety w PRL-u się jednak nie oddawały. Tak przynajmniej twierdziła propaganda, potępiająca wyzysk człowieka przez człowieka, do którego kwalifikowano prostytucję. Ponieważ faktycznie kwitła ona w najlepsze, ktoś wymyślił słowo „cichodajki” na określenie dziewczyn, które lubią się puszczać, ale nie biorą za to pieniędzy, tylko najwyżej jakiś poczęstunek, albo prezent. Były też pamiętam, lawstorantki i „wirażki“ – pół k…., pół ptaszki, ale prostytutek, tych jasno zdefiniowanych oficjalnie było brak.

Sporą część dnia pracy spędzałem na wertowaniu akt sądowych, w poszukiwaniu tematów na reportaż lub felieton spod paragrafu i któregoś razu okazało się, że jednak SĄ. Zbieranie materiałów i pisanie zajęło mi kilka miesięcy, wreszcie tekst powstał, oddałem go Frankowi Dendorowi w macierzystym „Dzienniku Zachodnim” w Katowicach. Franek był sekretarzem redakcji. Przeczytał, posłał naczelnemu, Szmidtowi-Kowalskiemu, a ten pokręcił przecząco głową. Reportaż mu się podobał, ale wolał nie narażać się komitetowi wojewódzkiemu partii. Parę innych redakcji zareagowało podobnie. Wreszcie znalazł się jeden odważny, Wilhelm Szewczyk, znany literat i naczelny redaktor dwutygodnika społeczno-kulturalnego „Poglądy”, który 15.09. 1978 r. zamieścił u siebie mój pionierski tekst o prostytutkach w PRL. Był ilustrowany pikantnymi zdjęciami z jakichś zakazanych, zachodnich wydawnictw, więc nakład pisma, które miało wtedy pewne kłopoty ze sprzedażą rozszedł się w kioskach „Ruchu” błyskawicznie. Podobno można je było później jeszcze kupić na śląskich bazarach, ale za cenę dużo wyższą. Oczywiście dumny byłem z tego powodu niesłychanie. Oto ten materiał sprzed lat, z niewielkimi skrótami i uzupełnieniami:

Śliczna mówi, że jest jedną z dwudziestu paru dziewczyn wciągniętych w obyczajówce do kartoteki zatytułowanej „Silesia – nocny bar”. Ma tam zdjęcie en face, dwa z profilu i dane osobowe, takie jak: kiedy zaczęła chodzić na bizness, z jakiego powodu, ile ma lat, jaki zawód wyuczony, gdzie mieszka, itp. Śliczna mówi, że podobnie jak inne jej koleżanki często i regularnie odwiedza lekarza, licencję ma więc zawsze w porządku. Różne lawstorantki i cichodajki, które też schodzą do barku, oczywiście nie figurują w kartotece i Śliczna uważa, że to jest złe, bo jeżeli taka zaleje się, narozrabia, okradnie klienta, to afera zwykle idzie na konto środowiska notowanych i jest smród, a tamta dziewczyna dalej sobie hula.

Kiedy Śliczna siedzi na stołku przy barze, ma już leciutkiego rausza i akurat nic specjalnego do roboty to myśli. Lepsze to – uważa – niż rozglądanie się za klientami, co nigdy nie było w jej stylu. Myśli na przykład o tym, czy do twarzy byłoby jej z pięciorgiem dzieci, mężem górnikiem i wałkiem do ciasta w ręce. Albo zastanawia się, co by było, gdyby w Polsce zdecydowano się otworzyć domy publiczne i jak jej, Ślicznej, powodziłoby się w takim domu. Pewnie dużo gorzej, niż teraz. W ogóle o różnych sprawach sobie wtedy myśli, jeżeli oczywiście z kimś nie rozmawia. Z barmanką albo Anitą, z którą się przyjaźni.

Nad łóżkiem Anity, zwanej również Siódemką, ze względu na rozmiar biustu, wisi duża, kolorowa reprodukcja studolarowego banknotu. Aby nie było żadnych wątpliwości. Anita składa na własnościowe mieszkanie, które właściwie mogłaby mieć od dawna, gdyby nie szastała zarobkiem na prawo i lewo. Skończyła z tym jednak, zmądrzała i teraz nawet na kochanej Kuleczce oszczędza. Już nie karmi jej szynką z Pewexu, tylko zwykłą kiełbasą, której psina początkowo tknąć nawet nie chciała, ale kiedy pani zrobiła jej wykład na temat wyższego modelu konsumpcji, to przestała grymasić.

Mądra ta Kuleczka i pocieszna szalenie, jak to kundlica zresztą. Różne sztuki zna. Potrafi chodzić na przednich łapach i fikać w powietrzu koziołki, a jak który dżentelmen ma nieświeże gatki albo skarpetki, to cichcem wynosi je do składziku na węgiel, bo nie lubi brudasów. Tak jak jej pani. Dla Anity najlepszymi klientami są Japończycy. Czyści są aż do przesady, kulturalni, no i bardzo szybcy. A poza tym dobrze płacą. Anita nie pamięta takiego przypadku, żeby poszła z Japończykiem za najniższą stawkę, czyli za pięćdziesiąt dolarów. Dają po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt, sto, a jak mają ochotę na repetę, to i więcej.

Gejsza najlepiej orientuje się w tym temacie, bawienie gości z Kraju Kwitnącej Wiśni to jej specjalność. Ciemnowłosa, jasnej karnacji i delikatnej postury jest bardzo w ich typie. Przyjeżdżają do Katowic w różnych służbowych sprawach, niektórzy już z jej adresem w kieszeni, przekazanym „w spadku” przez kolegów. Z jednym utrzymuje kontakty już chyba ze dwa lata. Pan reprezentuje w Warszawie interesy poważnego, tokijskiego koncernu i gości w Katowicach przynajmniej raz w miesiącu. Czasami przyjeżdża z własną połowicą, ale nawet wtedy daje Gejszy zarobić. Zresztą zawarła znajomość z panią Japończykową na jednym z oficjalnych bankietów w hotelu „Silesia”, wydanym na cześć jej klienta, na którym Gejsza pełniła niby rolę sekretarki jednego z polskich dyrektorów. Dama okazała się przemiła, zaś bankiet jak to bankiet, żadna nowość. Dzięki stałemu klientowi często bywa na takich imprezach, w sumie opłacalnych ze względu na kontakty.
Jest, mówi o sobie, dziewczyną biznesu i mężczyźni jako tacy nie interesują jej w ogóle, istotna jest dla niej jedynie zawartość ich portfeli. Część zarobionych pieniędzy przeznacza na bieżące utrzymanie i reprezentację, kosmetyki, ciuchy, zaopatrzenie domowego barku, taksówki, fryzjera i tym podobne rzeczy. Resztę odkłada, aby w odpowiednim momencie zainwestować w jakiś dobry interes. Może zdecyduje się na warsztat złotniczy, stację obsługi samochodów albo na jakąś kafejkę… W każdym razie, kiedy uzbiera już tyle pieniędzy, ile chciałaby, to wycofa się z zawodu. Zostawi siostrze tę kanciapę na poddaszu starej, brzydkiej kamienicy na peryferiach miasta, w której mieszkają razem i wyjedzie gdzieś, gdzie jej nikt nie zna i tam urządzi się po pańsku.

Pulchna, mocno umalowana Żaneta też nie zamierza w nieskończoność pracować. Ma już trochę pieniędzy na koncie, własny samochód i ładny domek, w którym mieszka wygodnie razem z mamą i dziesięcioletnim synem. Gdyby trafiła się jej dobra karta ślubna, to mogłaby spalić za sobą wszystkie mosty. Musiałby to być jednak odpowiedni mężczyzna, z prezencją, kulturalny, wyrozumiały i najważniejsze – nieobojętny uczuciowo. Ona, Żaneta jest bowiem przede wszystkim kobietą, nawet wtedy, kiedy idzie z mężczyzną za pieniądze. Żaneta nie potrafi znaleźć odpowiedniego określenia na to, kim nie jest i mówi, że zawsze zachowuje w pracy klasę. Tak jak inne jej koleżanki, te bardziej szanujące się, sama dobiera sobie partnerów, bo kasa to nie wszystko. Mężczyzna musi najpierw spodobać się Żanecie, zanim pójdzie z nim do łóżka.

Z Japończykiem na przykład nigdy by nie poszła. Nie jest rasistką, ale nie odpowiadają jej Azjaci. Z Polakiem? Owszem, czasami zabawi się z rodakiem. Jeżeli chłopak przypada jej do gustu, a ona akurat ma humor i fantazję, to wówczas zaprasza go do siebie na drinka. I oczywiście wtedy nie ma mowy o zapłacie, robi to dla przyjemności. Polacy jako źródło zarobku raczej odpadają, no może z wyjątkiem prywatnej inicjatywy, którą stać na urzędowanie z dziewczynami. Jest na przykład taki jeden, starszy prywaciarz, który za samo towarzyszenie przy stoliku daje Żanecie dziesięć, piętnaście tysięcy złotych. Bywa i tak, nie wszyscy mają ochotę na seks. Niektórzy potrzebują wyłącznie dam do towarzystwa. Wystarczy, że spędzą z nimi wieczór w barze, porozmawiają, zatańczą i za to płacą.

W ten sposób poznała swojego Belga, który jest teraz jej bliskim przyjacielem. Ilekroć przyjeżdża służbowo do Polski, zawsze poświęca Żanecie sporo czasu i często gości u niej w domu. Mama i syn bardzo go lubią, ponieważ jest dla nich miły i przywozi prezenty. Od przyjaciela nie chce brać pieniędzy i jeżeli w dowód sympatii dostaje np. jakiś drobiazg ze złota, ładny kamień albo coś w tym guście, to również jest zadowolona. W kabale wyszło Żanecie, że oświadczy się jej starszy, zagraniczny blondyn. Pasowałoby jak ulał do jej Belga. Naturalnie ona traktuje karty jak najbardziej zabawowo, ale myśli, że gdyby przypadkiem ta wróżba się spełniła, to przyjęłaby oświadczyny i raz na zawsze skończyła z chodzeniem na biznes.

nierzadnica-atlasowaSonia sceptycznie odnosi się do takich gadek. Z własnego doświadczenia i paru innych życiorysów wie, że kiedy dziewczyna przywyknie do sypiania z facetami za pieniądze, to zupełnie tak, jakby przyzwyczaiła się do zażywania narkotyków. Diablo trudno skończyć z tym później, znacznie łatwiej zacząć. Przyznaje, że przekroczyła ten próg bez większych zahamowań psychicznych. Pochodzi z małej miejscowości w województwie bielskim, ma średnie wykształcenie i dwa lata studiów na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Na III roku poznała chłopaka, nie uważali, zaszła w ciążę. Chciała zataić ten fakt przed swoimi rodzicami, chłopak namówił ją na skrobankę, ale były kłopoty z pieniędzmi. Do szpitala pójść nie chciała, a stypendium i forsa z domu ledwo wystarczały jej na życie i opłacenie stancji. Wtedy przyszła jej z pomocą koleżanka z roku, dziewczyna zawsze super ubrana i z gotówką. Pewnego popołudnia zaprosiła Sonię do „Silesii”, raz dwa namotały jakichś Niemców, wypiły z nimi drinka, a później Sonia z jednym z nich poszła do numeru. Kiedy opuszczała hotel, była bogatsza o pięćdziesiąt marek. Dzisiaj za taką sumę nawet nie spojrzałaby na takiego ausländera, ale wtedy była to dla niej szokująco zawrotna suma. Zaraz następnego dnia poszła do ginekologa, zbadał ją, ustalił czwarty miesiąc, na zabieg było już za późno.

Chłopak się momentalnie zmył. Przerwała studia, wróciła do rodzinnego miasteczka, oczywiście nie obeszło się bez piekła w domu i złośliwych docinków ze strony miejscowej publiki. Tam urodziła córkę, podchowała ją trochę, po czym wróciła do Katowic, a mała została pod opieką rodziców. Powiedziała im, że jedzie za pracą i rzeczywiście tak było. Do dziś nie wiedzą, z czego faktycznie się utrzymuje, nie ich sprawa. Oczywiście dba o nich i o dziecko, regularnie co miesiąc zawozi im pieniądze i różne prezenty, małą ubiera jak laleczkę, wycałuje, wypieści, przy żniwach pomoże, nie mogą narzekać.

Ciepłe, słoneczne południe. Siedzę w garsonierze Soni, w centrum nowoczesnej dzielnicy Katowic, popijam dobrze przyrządzone martini i słucham tego, co mówi mi ta przeciętnie ładna, bezpretensjonalna dziewczyna w dżinsach, podobna do tysięcy innych dziewczyn w dżinsowych ciuchach. Mówi, że dziś, po sześciu latach pracy w zawodzie, rozporządza już wystarczająco sporym i dobrze ulokowanym kapitałem, aby móc zamknąć sklepik. Próbowała, ale nie wyszło. Góra po trzech, czterech tygodniach przerwy wracała do „Silesii”. Brakowało jej różnojęzycznego gwaru, miło nadskakujących bojków z wypchanymi portfelami, koleżanek, „służbowego” stołka barowego, świateł, dźwięków, parkietu, widoku zręcznie miksowanych koktajli, nastroju zabawy na pełnym luzie, całej tej specyficznej atmosfery.

Zresztą taka Księżniczka, wyszła za mąż za Austriaka, byt miała niby zapewniony, a dalej balowała w „Silesii”. Mówił, że nie chodzi już tam dla zarobku, tylko dla przyjemności, ale kto wie, jak było naprawdę. Mówić można różnie, Księżniczka opowiadała dziewczynom w barze, jak to będzie, kiedy już wyjedzie na stałe do Wiednia i wygodnie urządzi się u swojego mężusia, prezesa dużej firmy reklamowej, który nawet palcem nie pozwoli jej kiwnąć i da wszystko, czego tylko szanowna małżonka zapragnie. Trudno zaprzeczyć, urządziła się. Zaraz, jak przyjechała do Wiednia, to wysłał ją na biznes do jednej tancbudy, bo okazało się, że nie jest żadnym prezesem, tylko zwyczajnym alfonsem. Tu była panią dla siebie, tam musi tyrać dla niego. Śle teraz smutne listy do dziewczyn i pisze, że ma już zachodniego życia po dziurki w nosie i chyba wróci do kraju, co Sonia uznałaby za najrozsądniejsze. Na Zachodzie życie jest drogie, a tutaj nawet jeśli zarobi codziennie tylko te 50 dolarów, może sobie żyć jak pani, a za granicę wyjeżdżać turystycznie. Sonia podaje mi plik kolorowych zdjęć ze światowych wojaży: Neapol, Paryż, Lazurowe Wybrzeże, Pireus, Amsterdam, Sztokholm, zwiedziła prawie całą zachodnią Europę.

Dopijam drinka, Sonia idzie do łazienki, zrobić się na roboczo i po chwili wraca, gotowa do wyjścia. Gładko uczesana, bez żadnego makijażu i w prostej, sportowo skrojonej sukience, wypisz, wymaluj – skromna gimnazjalistka. Na odchodnym zerkam na półkę z książkami: tomik fraszek Sztaudyngera, seria Srebrnego Kluczyka, powieści Chmielewskiej, Kuchnia Polska, Nierządnicy żywot atłasowy, pióra Ziółkowskiego. Książki stanowią jej własność, tę ostatnią kupiła ze względu na tytuł, z ciekawości, jak żyło się jej koleżankom po fachu w dawnych wiekach. Lektura była niezła, ale sama napisałaby coś lepszego. Taką prawdziwą opowieść z życia współczesnych dziewczyn biznesu, gdyby oczywiście umiała pisać. Zresztą, kto wie, może spróbuje, miałaby już nawet tytuł: „Krowa”. Dlaczego akurat „Krowa”? W odpowiedzi uśmiecha się tajemniczo i mówi, że to dłuższa historia.

Przed blokiem łapiemy wolną taryfę. Sonia wysiada przed „Silesią”, gdzie umówiona jest na obiad z pewnym Holendrem, a mnie kierowca zawozi przed gmach Sądu Wojewódzkiego. Chcę jeszcze raz rzucić okiem na akta sprawy Henryka M. i innych, w których jest mowa między innymi, że: Śliczna, Anita, Gejsza, Żaneta, Księżniczka, Sonia i inne dziewczyny, trudniące się uprawianiem nierządu, płaciły haracz pracownikom hotelu „Orbis Silesia” w Katowicach za możliwość uczęszczania do tamtejszego baru nocnego, gdzie zawierały znajomości z szukającymi rozrywek obcokrajowcami. Haracz ten uiszczały gotówką lub drinkami – Marianowi W., noszącemu pseudonim Węgier i Henrykowi M., zwanemu Cukiernikiem, którzy na zmianę pełnili w barze funkcje kierowników sali. Pieniężna taryfa za jednorazowe wejście do lokalu wynosiła średnio 500 złotych. Z trunków, sprzedawanych w barze z około 400 procentową marżą, panowie pijali najchętniej gin i whisky. Proceder trwał od września 1973 r. do stycznia 1977 r., ale najwięcej zgarnęli od stycznia do marca 1975, kiedy to obowiązywał w „Silesii” zakaz wpuszczania prostytutek, całkowicie pozbawiony mocy prawnej. Wydał go – w oparciu o własne w tej kwestii widzimisię – dyrektor hotelu, Marian P., towarzystwu temu niechętny. Na sali sądowej, gdzie wystąpił w roli świadka, umotywował swoją decyzję często niewłaściwym zachowaniem panienek, kiedy były pod wpływem alkoholu i podejrzeniami o okradanie gości. Identycznie zdecydował w stosunku do cinkciarzy oraz taksówkarzy, którzy zajmowali się stręczycielstwem oraz pośredniczyli w nielegalnym handlu obcą walutą. Powodowała nim zaś tylko troska o dobrą markę hotelu. Absolutnie nie wiedział o tym, że jego personel na owej trosce nielegalnie się bogaci, dopiero w śledztwie poznał ich machlojki. Cóż, lepiej późno, niż wcale.

Ośmiu pracowników hotelu uchodzącego za najbardziej ekskluzywny w Katowicach zasiadło na ławie oskarżonych, pod zarzutem wymuszania korzyści materialnych od klientów. Wyroki przed sądem zapadły skazujące i stosowne do stopnia dowiedzionej winy, bardziej brzemienne w konsekwencje finansowe niż więzienne. Śliczna i jej koleżanki, które przedefilowały przed obliczem Temidy w charakterze świadków oskarżenia, powiedziały mi prywatnie, że od czasu całej tej afery nikt im już w „Silesii” nie utrudnia pracy. Jeżeli zaś nadal płacą portierowi za otwarcie drzwi albo czasem zapomną zabrać ze sobą do baru wykupioną kartę wstępu ( i cieć po staremu sprzedaje ją komuś innemu, po raz drugi, a czasami trzeci i czwarty) to robią tak tylko z przyzwyczajenia. W końcu kosmetyczce za zabieg, a taksówkarzowi za kurs do hotelu lub powrotny do domu też płacą podwójną stawkę.

***

Na zakończenie Autor pisze: Z okazji dzisiejszego święta życzę wszystkim pracownicom i pracownikom sektora, o transwestytach nie zapominając, wszystkiego najlepszego, przede wszystkim zdrowia, bo na tym i klientela skorzysta. W postaci laurki, wierszyk, już bardziej współczesny.

Od Redakcji: Wpis jest już i tak długi, wrzucam więc wierszyk do sieci: Pochwala nierzadu

Zagadka: Koronacja odbyła się 60 lat temu, 2 czerwca 1953 roku. Czy ktoś wie – czyja? Dodajmy, że ten ktoś w roku 1946 uzyskał stopień podporucznika i został przeszkolony na kierowcę i mechanika, uzyskując ostatecznie stopień kapitana.
Zagadkę rozwiązała Julita: królowa Elżbieta II.

Jeszcze trochę śniegu…

Oto tekst z klasycznej kategorii salon odrzuconych. Dawno nic takiego tu nie było, a przecież to był, że się tak wyrażę, prymarny powód powołania tego blogu do życia. Jak szybko się to zmieniło…

Zbigniew Milewicz

Reportaż ten napisałem trzydzieści parę lat temu, nie udało mi się go wówczas nigdzie opublikować, ale w nodze na zmianę pogody nadal strzyka. Z wiekiem, coraz bardziej i zawsze przypomina mi się wtedy tamten dzień w Karkonoszach. Śnieg jeszcze zalega na górskich stokach, narciarzy na nich nie brakuje, może sobie apres ski poczytają, jak się w 1977 roku szusowało. Bogu dzięki, nie wszyscy uprawiali ten sport tak lekkomyślnie, jak ja.

Raport z buta (gipsowego)

Szklarska Poręba, 2 marca. Tamtego dnia wszystkie szlaki na zboczach Szrenicy były przejezdne. Z treści komunikatów Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wynikało jednak, iż warunki zjazdowe są trudne, a miejscami nawet bardzo trudne. Informowano sumiennie m.in. o oblodzonym „Puchatku”, muldach na „Śnieżynce” i korzeniach, tudzież głazach, wystających tam spod śniegu oraz o tych wszystkich przypadłościach pospołu – gdy chodziło o zjazd trasą „Lolobrygidy”.

Za sumienność płaci się sumiennością. Tamtego dnia około godziny 16.30 załoga placówki GOPR na Hali Szrenickiej poinformowana została telefonicznie, że uległem wypadkowi na dwutysięcznym metrze „Loli” i nie potrafię o własnych siłach się stamtąd ruszyć. Wiadomość przekazała ratownikom pracownica dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Szrenicę, już 10 minut po kraksie. Dowiedziała się o tym od Pawła, który mi towarzyszył na trasie i widział wypadek, zjechał więc do stacji po pomoc. Przyjechała dopiero po godzinie z hakiem, po kolejnej, osobistej interwencji kierownika wyciągu, ale o tym opowiedziano mi później. Tkwiąc na trasie zjazdu nic nie wiedziałem o przebiegu akcji. Kiedy tak poleżałem godzinkę na śniegu, ogarnęła mnie otucha, mówiąc mi:

Nie bój się, nie jesteś sam. Jako narciarz amator poruszasz się wolno, zjazd z Hali Szrenickiej do tego miejsca zajął ci około 15 minut, średniej klasy wyczynowiec robi ten dystans dwa razy szybciej. Leżysz o rzut kamieniem od placówki GOPR, wcale więc nie jesteś w krytycznej sytuacji. Prawda, uziemia cię kontuzja prawej nogi, ale lewa i pozostałe części ciała są w porządku. Gdybyś miał wstrząs mózgu, albo połamany kręgosłup, to mógłbyś narzekać. Na upartego, bo niektórzy giną na miejscu wypadku i mimo to  czekają cierpliwie, aż GOPR się nimi zajmie. Różnie giną, niektórzy np. z zimna, ale tobie to nie grozi. Fakt, nie masz na sobie modnego kombinezonu, tylko przetarte levisy, ale w południe na szczycie Szrenicy było tylko minus 15 stopni. Wiadomo zaś, że w górach im niżej, tym cieplej i wieczorem bliżej ci do wiosny, niż miałeś w południe. Poza tym od czego męska wyobraźnia? Niech cię rozgrzeje, leżysz na łonie Lolobrygidy, niejeden by chciał.
lolka
Następnie odezwało się sumienie, czy aby nadaremnie nie wzywam imienia GOPR… Dzielni, górscy ratownicy, potrafiący z poświęceniem forsować groźne żleby, ściany i granie, aby przyjść z pomocą ofiarom lawin, karkołomnych wspinaczek i zjazdów, mogą poczuć się ambicjonalnie urażeni, że zaprzątam ich uwagę tak banalnym przypadkiem, jak mój. Tego oczywiście nie chciałem, więc dopaliwszy ostatniego „sporta”, zatrąbiłem wsiadanego.
Jurek, mój drugi kompan nartowy, który zgodził się trwać ze mną dopóki nie przyjadą, puknął się znacząco palcem w czoło.
– Jakim cudem chcesz zjechać? – zapytał życzliwie.
– Żurnaliści nie pękają – odparłem wymijająco.
– No dobrze – zgodził się. Załóżmy, że jakoś poradzimy sobie sami, ale co zrobisz, kiedy oni w międzyczasie przyjadą tutaj i nie zastaną cię? Ty wiesz, ile patoli kosztuje taka akcja? Zgłoszą w centrali, że wpuściłeś ich w maliny i będziesz miał kupę smrodu. Góry są niebezpieczne, skoro już strąciłeś kamień, to musisz poczekać na lawinę.

Jakby na potwierdzenie tych słów, coś w górze grzmotnęło, zaszumiało i nim zdałem sobie sprawę, że to pusty tobogan grzmotnął o muldę, że to krótkofalówki tak szumią, zjawili się przy nas, chrupiąc miętówki. Dwaj młodzi ludzie, z ratowniczymi  emblematami  na czerwonych skafandrach. Dochodziła 17.45.
– Urwanie głowy macie dziś zapewne – zagaiłem.
– Dzisiaj raczej spokojnie, w południe połamały się dwie Niemki, pan jest trzeci – odparli.
Po czym raźnie zabrali się do roboty. Jeden z przybyszów – rosły i gładkolicy – poprosił Jurka, aby pomógł mu kijkiem odbezpieczyć „Markery”. Drugi – skromniejszej postury, ale za to wąsaty – nadał  krótkofalówką do centrali, że właśnie przybyli na miejsce. Czerwony skafander wypięty z wiązań stracił równowagę i poleciał do przodu, wprost na moją prawą nogę, usztywnioną prowizorycznie przez Jurka przy pomocy bandaża i kijków narciarskich. Wydałem z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Wymamrotał przeprosiny, był pewien, że to lewą nogę mam złamaną. Uspokoiłem go, że jestem ubezpieczony w PZU. Za pomocą kilku wprawnych chwytów przeistoczony zostałem w brezentowy tobołek na płozach, przed drogą ratownicy obejrzeli mój sprzęt narciarski i miejsce wypadku. Sprawa była dla nich prosta: na tych deskach nie powinienem był w ogóle jeździć. Słabo trzymał spód prawej, odpadła końcówka i do płozy przymarzł śnieg. Nie wyrobiłem więc ostatniego zatrzymania skokiem, nartę na jej oblodzonym kawałku wykręciło na zewnątrz i wtedy oczywiście powinno było puścić wiązanie. Niestety zablokowało się, za to puściła noga w kostce.

Stare wiązania marki Kadry powinny były pójść już na szmelc, razem z tymi wysłużonymi Rysami…, jeździłem na nich cały tydzień. Były własnością Wypożyczalni Sprzętu Sportowego FWP w Szklarskiej Porębie, przy ul. 1 Maja, której kierownik zapewnił mnie, że otrzymałem jego najlepszą parę nart, „zarezerwowaną w zasadzie dla kogoś bardzo ważnego”. Chyba za bardzo za tym ważniakiem nie przepadał, skoro mi je pożyczył. GOPR-owcy przytroczyli sprzęt do toboganu i w towarzystwie Jurka, na krechę, zwieźli cały majdan pod stację wyciągu, gdzie od kwadransa czekała już karetka Pogotowia Ratunkowego, przybyła z odległej o 19 kilometrów Jeleniej Góry.

W stacji pogotowia stwierdzono, że mam złamane podudzie i kwalifikuję się prawdopodobnie do umieszczenia na szpitalnej urazówce. Zawieziono mnie więc do jeleniogórskiego Szpitala Miejskiego, który pełnił ostry dyżur. Miejscowy chirurg (ortopedy nie było) rzucił w przelocie okiem na przywiezione zdjęcie RTG, obmacał złamane podudzie i znalazłem się w gipsowni. W dwadzieścia minut złożył to, co uznał za złamane i ulepił ładny, gipsowy but do kolana. Po czym zrobiono mi kolejnego rentgena i zlecono leżenie na korytarzu, pod kaloryferem.
– Przyjedzie karetka, to pana odstawi do Szklarskiej – powiedział lekarz.
Poinformował mnie też, że mam tylko proste złamanie kości strzałkowo-piszczelowej, która w zasadzie nie jest taka ważna jak inne kości i za parę dni będę mógł chodzić, stąd ten obcasik w moim gipsowym bucie. Słowem nie ma potrzeby, abym pozostał w szpitalu. Zresztą nawet gdyby istniała taka konieczność, to on nie miałby mnie gdzie położyć, dysponuje tylko kilkoma wolnymi łóżkami, a jest dopiero ósma wieczorem. Przy ostrym dyżurze, do rana może mieć zatrzęsienie różnych, poważnych stanów.
– Ile jest kilometrów stąd do Tychów? – zainteresował się.
– Około trzystu – odpowiedziałem.
– Śmiało pociągiem można jechać – orzekł. Nie sądzę, żeby pogotowie dało panu karetkę na taką trasę, to jest inne województwo, a nasz szpital zrobił swoje. Pan jest w gruncie rzeczy zdrowy.

Podbudowany tą szczerą, męską rozmową późnym wieczorem wróciłem do Szklarskiej, do DW „Belweder”, w którym przebywałem na dwutygodniowych wczasach. Nudy w nich nie zaznałem do końca. Najpierw okazało się, że jestem winien trochę gotówki panu od nart, bo je podniszczyłem w czasie kraksy. Później zjawiła się pokojowa z „Belwederu”, aby wysprzątać moją kwaterę i podzieliła się wiadomością, że dopiero co chwalili w telewizji karkonoski GOPR i pokazali na żywo, jak chłopcy zgrabnie przeprowadzają akcję ratunkową. Pani pokojowa ciekawa była, czy o mój wypadek chodziło… Duże poczucie humoru wykazało również kierownictwo jeleniogórskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego, radząc mi wziąć taksówkę do Tychów. W tej sytuacji zrezygnowałem z przedterminowego zakończenia wczasów i oparłszy sprawę o bufet z pewnym zmotoryzowanym wczasowiczem z Katowic, pojechałem do domu 7 marca.

Największą niespodziankę sprawił mi jednak doktor M. z przychodni ortopedycznej przy Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Tychach, do którego zgłosiłem się po powrocie, aby pokazać mu dokumentację z jeleniogórskiego szpitala i załatwić sobie zwolnienie lekarskie, a przy okazji ustalić termin zdjęcia gipsu. Zbadał mnie, zrobił kolejnego rentgena i okazało się, że faktycznie mam „złamaną kostkę boczną, z podwichnięciem stawu skokowego i rozerwany więzozrost strzałkowo-piszczelowy”, nie wolno mi więc obciążać chorej nogi. Proste złamanie kości strzałkowej z buta z obcasikiem nagle zabrzmiało groźniej, bo w uszkodzonych kościach rozpoczęły się zmiany. Zabieg operacyjny wykonano następnego dnia, trwał ponad trzy godziny, uszkodzone tkanki trzeba było skręcić śrubą. Wzbogaciłem się, bo metal zawiera platynę. Pod koniec marca wypisano mnie do domu, do nowego gipsowego buta dostałem gratis dwie kule. Mówią, że w sierpniu, jak dobrze pójdzie wzbogacę się po raz kolejny, tym razem o cenny dar chodzenia na obydwu nogach. Wtedy też (może) wyjdę na swoje.

Praska Wiosna

Zbigniew Milewicz

Pechowy marzec

Niby nie jestem przesądny, ale… Kiedy wstaję rano z łóżka, na tzw. wszelki wypadek staram się najpierw prawą nogą dotykać  podłogi (co łatwe nie jest, bo akurat lewa strona wyrka jest u mnie manewrowa), przed wyjazdem w podróż przysiadam „na dorożku”, nigdy torby z kluczami nie stawiam na podłodze, nazbierałoby się trochę tych wyjątków. Za to lubię datę 13, zwłaszcza, kiedy przypada w piątek. Wtedy staram się załatwiać wszystkie zaległe, trudne sprawy i na ogół dopinam swego. Najbardziej ze wszystkiego nie znoszę natomiast marca. W marcu 1968 roku za politykę wsadzono mnie za kratki. Kilka lat później, w tym samym miesiącu zaczęło się sypać moje pierwsze małżeństwo, następnie również w marcu połamałem się paskudnie na nartach. Doszło do tego, że każdego roku pod koniec lutego oczekiwałem już tylko najgorszego i oczywiście dostawałem to z nawiązką. Książek na temat pozytywnego myślenia nie było wtedy jeszcze na półkach polskich księgarń, nikt nie twierdził, że życie człowieka jest takie, jak jego myśli.

W „Babalu”  vel „Prager Frühling” życie toczyło się według swoich prawideł, jak w każdej dyskotece. Były to proste zasady dżungli, gdzie rządził ten, kto miał kasę, silniejsze mięśnie, lepsze ciuchy i bajer. W każdym dniu tygodnia balowało inne towarzystwo, przy swojej muzyce, Polacy mieli niedziele. W pozostałe schodzili się miłośnicy rocka, clubbingu, hip hopu i czego tylko dusza zapragnie, bez względu na nację. Tylko Polacy mieli zaszczyt bawić się we własnym, narodowym sosie, do którego trafiały wszak i obce dodatki, rzadziej z kuchni niemieckiej, częściej tureckiej, kurdyjskiej, rosyjskiej, ormiańskiej i innych egzotycznych nacji.  Magnesem były polskie dziewczęta i kobiety, znane w świecie z urody tudzież temperamentu – głównie z sektora „ w tygodniu sprzątam, w niedzielę wymagam”, pielęgniarki, studentki i „turystki”, które jeszcze nie zakotwiczyły na dobre w Monachium i szukały pracy, mieszkania, kontaktów. Męską populację stanowili przeważnie słynni polscy rzemieślnicy, od młokosów po mężczyzn w sile wieku, choć czasem pojawiała się również tak zwana inteligencja.

Jednych i drugich  można było rozpoznać wstępnie po dłoniach, te były spracowane, tamte wydelikacone. Jedni wyrażali się bardziej, drudzy mniej wykwintnie, ubierali się różnie, ale jak sobie popili, to często prosty budowlaniec zachowywał się kulturalniej od naukowca z Max Planck Institut. Miękkie łapki mogły także należeć do złodzieja; po północy, w naszym piekiełku, za sprawą DJ-a Waldiego i wypitych trunków, robiło się gorąco, goście zajęci już byli przede wszystkim zabawą na parkiecie, albo oblegali bar i wtedy bywało, że ze stolików ginęły beztrosko pozostawione komórki i torebki damskie, wraz z zawartością. Sprawcy pozostawali niestety nieznani, co innego, kiedy goście brali się za łby. Wtedy zwykle wiadomo było, kto komu i za co nabił guza, choć też nie zawsze. W takich wypadkach szczególnie krewkich klientów ochraniarze wyprowadzali z lokalu, a recydywiści dostawali  tzw. Hausverbot czyli zakaz wstępu. O tym decydowała jednak przeważnie Hadassa, która dzierżawiła „Babalu”, okazała, elegancka kobieta w zaawansowanym już wieku, o rasowych, semickich rysach twarzy. Mądra  negocjatorka, krótko trzymająca swój personel i łaskawa fundatorka kolejek wódki dla bawiącego się towarzystwa. Lubiła siadywać przy barze nad szklanką ginu z tonikiem, gawędziła miło z ludźmi i kontrolowała, jak kręci się impreza. Nie należałem do jej teamu, organizowałem niedzielną publikę, kasowałem za wstęp, z tego opłacałem reklamę, DJ-a i ochroniarzy, za gastronomię i lokal odpowiadała Hadassa.

Niespiesznie ferowała swe wyroki i jeżeli delikwent okazywał skruchę oraz rokował poprawę, za parę tygodni znów pojawiał się w „Babalu”, ale wtedy już wszyscy mieliśmy na niego oko. Każdy klient był dla niej na wagę złota. Zanim ruszyły tutaj polskie imprezy, lokal był zamknięty w niedziele, a czynsze w branży rozrywkowej na kultowym Schwabingu należały do najwyższych w mieście. Poza tym Polak przy barze nie oszczędzał. Co drugi kombinował, jak wejść na krzywy ryj do lokalu, ale wlewał w siebie dużo więcej od przeciętnego Niemca. Tradycyjnie próbowano przemycać „na dyskotekę” tańsze trunki z Aldika, ochrona je wyłapywała, ale przecież nie wszystkie i czasami dochodziło po pijanemu do grubszych awantur.

Zapamiętałem dwie. Jedną, w Wielkanoc chyba 2001 roku, kiedy do „Babalu” przyszła rekordowa liczba ponad 300 gości, a lokal mieścił z biedą ledwo połowę. Wtedy Piotrek-Ukrainiec dostał amoku i kiedy rzucili się na niego ochroniarze, okazało się, że ma przy sobie nóż. Poskutkował dopiero kubeł z lodem do szampana, który mu Hadassa własnoręcznie wsadziła na głowę. Ktoś w międzyczasie zdążył jednak zadzwonić po policję, Piotrka schowano w kanciapie na śmieci na zapleczu, bo na trzeźwo był to dusza człowiek i powstał problem: gdzie jest nożownik? Poszkodowanych było kilku, na szczęście niegroźnie, jednak sprawca miał broń i trzeba było spisać protokół. Hadassa wylegitymowała się swoim izraelskim paszportem, funkcjonariusz bez zapału zerknął do środka, skrobnął coś w  notesie i powiedział, że gdyby znowu coś się działo, to mamy policji dać znać. Instytucja ta nie była tutaj mile widziana; dyskoteka jest miejscem, w którym ludzie nie tylko się bawią, ale i załatwiają różne interesy, nie zawsze  do końca przejrzyste. Nie interesowało mnie, jakie. Sylwia, moja ówczesna przyjaciółka, która stała w drzwiach wejściowych przy kasie, wiedziała dużo więcej, kobiety są ciekawskie.

Bywają także często skuteczniejsze w negocjacjach od mężczyzn. Tam gdzie ochraniarze ani ja nie mogliśmy sobie poradzić, Hadassa z Sylwią potrafiły załagodzić spór o wypite na sępa czyjeś piwo, obraźliwy epitet, klepniętą w pupę narzeczoną, albo niezapłacony przy barze rachunek. Wybuchowi wojny polsko-kurdyjskiej nikt jednak nie potrafił zapobiec. Tamtego wieczoru mieliśmy wśród gości kilku południowców, którzy czasami przychodzili na drinka i podryw. Zawsze grzeczni, markowo ubrani, wypachnieni, z obowiązkowymi złotymi łańcuszkami na szyi, bez ociągania płacili swoje 5 Euro za wstęp, wiedzieli jak się zakręcić wokół płci pięknej, więc rzadko sami wychodzili z imprezy. Pech chciał, że wtedy bawiła  się również w „Babalu” spora grupa górali z podrabczańskiej Sieniawki, ze swoimi dziewczynami. To znaczy chłopy głównie piły gorzałę na zmianę z piwem (wodka bez piwa, eto kak diengi na wietier – mawiają poetycznie nasi bracia Rosjanie), a dziewczyny same tańczyły na parkiecie. Doszlusował do nich najpierw jeden, potem drugi elegancik, postawili dziewczynom po drinku, na jedną i drugą nogę, no i zapomniały, z kim przyszły. A tu raptem chłopy się obudziły i armia dżinsowo-adidasowa runęła na dwóch pohańców. DJ Waldi, który w Polsce w swoim czasie pracował w milicji, wyłączył muzykę i rzucił się na pomoc naszym dwóm ochraniarzom, w jego ślady pospieszył barman Teddy i Piotrek-Ukrainiec, który spłacał dług za Wielkanoc, a prywatnie nie lubił sieniawczan. Z największą trudnością zakapiorów wypchnięto z lokalu, Kurdowie zostali, póki co żywi.

Po chwili jeden z górali wrócił pod drzwi i grzecznie poprosił, żeby wpuścić go na chwilę do środka, bo zapomniał w lokalu kurtki. Wiedziałem, czym to grozi, ale gdzieś tak po godzinie nieustannego marudzenia zmiękłem. Delikwent miał może metr sześćdziesiąt wzrostu, był mikrej postury, nieustannie przepraszał, że narozrabiał, dałem się przechytrzyć. Dostał obstawę Lucka-ochraniarza, zeszli po schodach do sali i w sekundę później znowu się zakotłowało, jeden z Kurdów miał rozkwaszony nos, drugi podbite oko. Dali się wyciągnąć na dwór, a tam cała grupa sprawiedliwych chrześcijan z Podhala już na nich czekała. To, że uszli z życiem, zawdzięczają młodej, chyba  siedemnastoletniej siostrzenicy Danii, naszej barmanki, która czasami do nas wpadała. Pół Greczynka, pół Niemka, uprawiała taek-wan-do i nie bała się stanąć w obronie ofiar. Pięknie chłopów rozkładała na ulicy, ale dali nogi za pas dopiero wtedy, gdy w pobliżu zawyła policyjna syrena.

Szowinizm często wyłaził z narodu. Raz ciemnoskóry, profesjonalny ochroniarz stanął na bramce, ileż ja się później nasłuchałem o asfalcie… Dziwne, że Etiopczyka Tadka tolerowano w barze, ale miał kiedyś przyjaciółkę z Łodzi i dobrze mówił po polsku. Rosjanie i Ukraińcy nie byli pod tym względem gorsi od nas, do tego czasem żarli się między sobą. Niełatwo było także dogodzić publiczności pod względem repertuaru muzycznego. Jak już wspomniałem, przychodził głównie – jak to się kiedyś ładnie mówiło – lud pracujący  miast i wsi, ale wiekowo zróżnicowany i z różnych stron Polski. Powszechnej zgody na disco polo w związku tym jednak nie było, goście domagali się kawałków z wyższych półek, polskich i międzynarodowych hitów i DJ Waldi dobrze sobie z tymi różnymi zamówieniami radził. Kiedy zaś przychodziła pełnia księżyca i nikomu nic się nie podobało, puszczał w odpowiednim momencie:  „Bania u cygana”, „Rudy się żeni” albo najulubieńsze „Sokoły”, Hadassa stawiała następną, darmową kolejkę i znowu wszyscy byli szczęśliwi.

praska-wiosna„Babalu” przy Ainmillerstrasse było w latach 50 nocnym lokalem ze strip teasem. Później – klubem muzycznym, w którym występowali światowej sławy jazzmani, a w latach 80. jednym z najpiękniejszych barów w Monachium. Tej urody już nie uświadczyłem. Na początku nowego wieku kolejny dzierżawca zmienił szyld lokalu na „Prager Frühling”, tak go przejęła Hadassa, ale nadal używało się starej nazwy. Zapytałem ją, czy wie, dlaczego wybrał Praską Wiosnę, może był Czechem i chciał upamiętnić rewolucję 68 roku? Nie miała pojęcia, albo nie chciała mi powiedzieć, a mnie pytanie korciło, bo z tamtym okresem byłem emocjonalnie związany i pewnego dnia, przez Praską Wiosnę znowu mnie pokarało.

Ulotki reklamowe o organizowanych imprezach rozdawałem osobiście co niedzielę pod polskim kościołem na Josephsplatz, który był i nadal jest największą giełdą informacyjną naszych rodaków w Monachium. Czasami pomagali mi znajomi albo młodzież z dyskoteki, a feralnego dnia były to dwie studentki, Magda i Ania. Nie zauważyłem, kiedy zniknęły z placu. W domu odezwał się telefon – dzwoniła policja, że obydwie zatrzymano w związku z podejrzeniem o pracę na czarno u mnie, więc powinienem się zgłosić na komisariat. Pojechałem. Obejrzeli dowód i zezwolenie na prowadzenie działalności, spisali dane, po czym padło pytanie:
– Ile pan płacił swoim pracownicom?
– Po pierwsze, nie były u mnie zatrudnione, po drugie nic im nie płaciłem, wchodziły za darmo, czasami dostawały po szklance coli.

Dla przesłuchującego funkcjonariusza było to ewidentne przyznanie się do winy. Otrzymywały ode mnie wynagrodzenie w ekwiwalencie. Polska nie była jeszcze w Unii, na Josephsplatzu roiło się od kripowców w cywilu, a w osławionym Stadelheim oraz kobiecym zakładzie karnym na Neudeck – od aresztantów i więźniów z Polski, którzy mieli na sumieniu pracę na czarno. Teraz  może jednych i drugich jest mniej, ale kto to wie… Magdę i Anię po złożeniu zeznań, bez konfrontacji ze mną, puszczono z komisariatu do domu. Mnie przewieziono natomiast do prezydium policji na Ettstrasse, sfotografowano, zmierzono, zważono, wzięto odciski palców i próbki pisma, a później też zwolniono. Wcześniej dowiedziałem się jednak, że jestem kropka w kropkę podobny do pewnego sutenera i za bardzo nie wiedziałem, czy powinienem się z tego powodu obrazić czy też cieszyć. O dalszym ciągu postępowania miałem zostać poinformowany pisemnie, ale wolałem nie czekać i nazajutrz rano poszedłem najpierw do adwokata, a dopiero później po bułeczki do piekarni. Uprzednio jednak odbyły się coniedzielne tańce w „Babalu” vel „Prager Frühling”, które rozpoczynały się zwykle około godziny 18, a kończyły nad ranem.

Opisana historia nie miała prawnie dalszego ciągu, natomiast wpisała się w zakończenie naszych tanecznych niedziel. Po trudnych początkach i frekwencyjnie  przyzwoitym półmetku, po okresie dużej popularności lokalu wśród monachijskiej Polonii, interes zaczął podupadać. Ainmillerstrasse przestała być jedynym adresem w Monachium, gdzie regularnie odbywały się polskie dyskoteki, a konkurencja w środkach nie przebierała. Jakoś tak po śmierci Jana Pawła II nasza frekwencja w lokalu spadła do zera, nie miałem ochoty dalej o nią walczyć  i wycofałem się z branży. Wziąłem się za czytanie książek o pozytywnym myśleniu i dziś wiem, że opłaca się dobrze myśleć o swoim życiu, ale… na wyjazd do Pragi w marcu nikt mnie nie namówi.

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…

Po publikacji u nas na blogu tekst “Papierowych rycerzy ciąg dalszy…” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii “Po prostu” (Wiosna 2013)

Zbigniew Milewicz

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…  

Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne… On też wśród nas krążył, w przeciwieństwie do NICH, jak zwykle elegancki, gładko wygolony, z tym swoim charakterystycznym, nonszalanckim  uśmieszkiem dobrego wujaszka. Pozował trochę na premiera Cyrankiewicza, w czym pomagała mu niewątpliwie tęga sylwetka, łysina i celebrowanie wystawnego trybu życia. Zastanawialiśmy się z Ryśkiem, skąd on bierze pieniądze na te drogie kolacje w Cracovii, ale nie wypadało pytać, tym bardziej, że nas czasami zapraszał do swojego samotnego stolika. Przyjmowaliśmy więc, że wzięci dziennikarze tyle w Krakowie zarabiają, że ich stać.

Oczywiście sam nie głodowałem. Miałem w “Żaku”, w studenckiej stołówce,  całodzienne wyżywienie i przynajmniej raz w miesiącu jeździłem do domu, do Tychów. Wracałem tak zaopatrzony w wałówę, że cały pokój w akademiku miał co jeść. W marcu przypadały moje imieniny, na Śląsku święto mniejszej rangi niż urodziny, ale  mama obiecała, że przyjedzie do Krakowa i poucztujemy razem, w miłym gronie moich przyjaciół. Nie pojechałem więc do domu, ale i czas temu nie sprzyjał.

Z początkiem stycznia 1968 roku w Pradze nowym I sekretarzem Komunistycznej Partii Czechosłowacji został Aleksander Dubczek, rozpoczęła się Praska Wiosna – próba reformy systemu i budowy “socjalizmu z ludzką twarzą”, można powiedzieć zaraźliwa. Wkrótce nad Wisłą pojawiło się hasło: “Cała Polska czeka na swego Dubczeka”. W kraju od dłuższego czasu narastało niezadowolenie z polityki tak popularnego jeszcze niedawno towarzysza “Wiesława” czyli Władysława Gomułki, wyniesionego na stanowisko I sekretarza KC PZPR burzliwą jesienią 1956 r., który wbrew oczekiwaniom bardzo szybko rozpoczął proces odchodzenia od zmian, wywalczonych przez społeczeństwo. Coraz bardziej kulała gospodarka,  coraz mniej można było znowu mówić i pisać, coraz gorliwiej pracowała Służba Bezpieczeństwa, wznowiono walkę z kościołem. Reformatorzy wywodzili się głównie ze środowisk intelektualnych, sfrustrowanych wszechobecną cenzurą, nasilającymi się represjami, ograniczeniami w  kulturze i nauce, wielu miało za sobą partyjny staż. Miara dopełniła się pod koniec stycznia 68 roku, kiedy z afisza Teatru Narodowego w Warszawie zdjęto “Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka, przygotowane dla uczczenia 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, ponieważ władza dopatrzyła się w  inscenizacji akcentów antyradzieckich. Na znak sprzeciwu kolejna grupa partyjnych intelektualistów oddała czerwone legitymacje, w Warszawie i Wrocławiu rozpoczęło się zbieranie podpisów w sprawie przywrócenia “Dziadów”, Kraków w swojej kontestacji na większą skalę dołączył później.

My z Ryśkiem Goszczyńskim weszliśmy do konspiracji chyba pod koniec lutego. Kolega z akademika dał nam ulotkę, z której wynikało, że Janusz Szpotański za napisanie utworów satyrycznych, a głównie opery “Cisi i gęgacze”, wyszydzających panujący w Polsce ustrój i rządzącą ekipę, został skazany na trzy lata więzienia. Na ulotce były urywki wierszy, nazwisko autora nic nam wtedy jeszcze nie mówiło,  ale satyra była trafna i parę lat więzienia za zasłużony śmiech wołały o pomstę do nieba, zgodziliśmy się więc robić za chiński powielacz. Przepisaliśmy z przyjacielem ręcznie po piećdziesiąt razy treść ulotki, na kartkach wyrwanych z brulionów, a później ukradkiem rozłożyliśmy je w pobliskim gmachu AGH i Wyższej Szkole Rolniczej oraz na Plantach, rezygnując z pokusy, żeby i w naszym Collegium Paderevianum co nieco posiać. Tam znali nasze charaktery pisma. Oczywiście trochę baliśmy się, że jakiś  tajniak nas zatrzyma, ale tak się przecież nie stało i następnym razem też poszło gładko. Kiedy relegowano z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera, którzy kierowali studencką opozycją, w stolicy rozpoczęły się wiece protestacyjne, władza użyła siły i zatrzymała kilkudziesięciu uczestników. Donieśli o tym do Krakowa stołeczni emisariusze i trzeba było rozpowszechnić w mieście wiadomości, tym razem z prawdziwego powielacza. Świadomość, że jesteśmy niezbędni w tej robocie, była silniejsza od obawy przed dekonspiracją. Poza tym mieliśmy szybkie nogi, po 23 lata i bezczelną pewność młodości, że komu, jak komu, ale takim dwom mądralom, jak my, nic się złego nie może stać.

Obydwaj z Ryśkiem byliśmy na V roku slawistyki UJ i ten, który krążył po sali znał nas dobrze, mówiliśmy sobie po imieniu. Kiedyś, ale to było wcześniej, przed marcem, nawet waletował w naszym pokoju w akademiku. Miał bezpośredni, gawędziarski styl rodem z “Przygód dobrego wojaka Szwejka”, które zresztą znał na pamięć, można się z niego było zdrowo pośmiać, lubił się napić i chętnie stawiał, w sumie nie pasował do stereotypu konfidenta. Tylko co wtedy robił w  klubie “Żaka”, kiedy wiara przygotowywała się do wiecu i był wyraźny zakaz wpuszczania obcych, w jakim celu przeglądał ulotki, które przygotowane były do rozdania na ulicy? Tego nie wiedziałem. Może – myślałem – zbiera materiały do artykułu, albo przyszedł z ciekawości…

Leszek Mazan, znany krakowski dziennikarz, bo o nim mowa, przyznał się do swoich “Papierowych Rycerzy”, opublikowanych w “Echu Krakowa” 19 marca 1968 r., dopiero 40 lat później. Przechowuję ten egzemplarz dawnej popołudniówki w domowym archiwum, dał mi go ktoś, już nie pamiętam kto, kiedy wyszedłem z Montelupich. Materiał jest anonimowy i zaczyna się właśnie tak: “Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne, pisane ręcznie, lub na maszynie. Ludzie, którym wciśnięto je do rąk, czytali, wzruszali ramionami gestem wyrażającym bądź dezaprobatę, bądź zupełne niezrozumienie, połączone z ironią i ciekawością zakazanego owocu. Ulotki. Było ich dużo. Zredagowane mniej lub bardziej demagogicznie, mniej lub bardziej stylistycznie i ortograficznie, apelujące do jakowegoś poczucia sprawiedliwości dziejowej, nawołujące do solidarności z czymś bliżej nieokreślonym, melodramatyczne i pompatyczne: Ratujcie wasze dzieci! Giniemy! Ulotki. Świstki papieru, który jak wiadomo, wszystko przyjmie. Ulotki, które kłamały, jątrzyły, psuły krew. Kto je pisał? Kto je kolportował? Dziś wiemy już kto.”

Autor wymienia nazwiska zatrzymanych i skazanych w trybie natychmiastowym, głównie studentów krakowskich uczelni, ale jest i dwóch pracowników Państwowego Archiwum: Aleksander Litewka, Maria Kasperska, Michał Wrześniewski, Łukasz Furmanek, Tadeusz Szwedzicki, Karol Herisz, Andrzej Piasecki, Tadeusz Wojciechowski, Stefan Glazer, Zbigniew Milewicz, Ryszard Goszczyński, Andrzej Jania, Bartłomiej Rałowicz, Zbigniew Połoniec, Ireneusz Lisiak, Andrzej Górkiewicz, Wojciech Skulski, Antoni Zawada, Piotr Biela, Danuta Wieczorek, Tadeusz Cesarz, Ireneusz Blicharski… Kary od miesiąca aresztu do dwóch, w kilku przypadkach tylko grzywny. Niektórym ze skazanych przypatruje się wnikliwiej, ubolewa nad ich, niestety, mieszczańskimi albo inteligenckimi korzeniami, nad tym, że rodzic jednego też już należał kiedyś do nielegalnej, wywrotowej organizacji, drugi był adwokatem, a  trzeci tapicerem.

Wpadliśmy z Ryśkiem bardzo głupio. Chodziliśmy po krakowskich akademikach z informacjami, kiedy i gdzie zbieramy się na wiecach, najpierw 11 a później 13 marca i włos nam z głowy nie spadł. Przeżyliśmy szturm milicji na Collegium Novum, w którym użyła pałek, armatek wodnych i gazu łzawiącego (w marcu nosiłem przy sobie, do obrony, na wszelki wypadek, kuchenną sól na oczy, której  nigdy nie sypnąłem, ale było raźniej) i zatrzymała sporo osób, a daliśmy się nabrać na prowokację. 15 marca, z okazji nadchodzących imienin, zaprosiłem Ryśka i paru innych kolegów na piwo do kawiarni w sąsiednim hotelu “Cracovia”. Stawiałem jedną kolejkę, ewentualne następne miały być składkowe. Grzecznie poprzestaliśmy na trzech “żywcach”, ale  napój był moczopędny, przed wyjściem więc skorzystaliśmy z  toalety. Pod lustrem, nad umywalką leżał plik ulotek; myjąc dłonie czytałem tekst o śmierci ciężarnej studentki z UW, Marii Woronieckiej, skatowanej po jednym z warszawskich wieców przez milicję. Na tym zastał mnie Rysiek, a później portier hotelowy, który też zszedł do toalety.
– Co piszą? – zainteresował się cieć.
– Nie przeczytałem jeszcze dokladnie – odparłem wymijająco, bo typ mi się nie podobał.

Zanim wyszliśmy wszyscy z hotelu, minęła chwila, a  smutni już na nas czekali. Ryśka wsadzili do jednej Wołgi, mnie do drugiej i zawieźli najpierw na komendę na Batorego. Stamtąd do prokuratury  na krótkie przesłuchanie, a następnie na Grodzką. Ostatni odcinek obsłużyła zatłoczona, milicyjna Nysa z zakratowanymi oknami; stojąc mogłem sobie popatrzeć przez okno na pogodny, wieczorny Kraków i nagle bardzo zapragnąłem znaleźć się na zewnątrz.  Wszyscy  mieliśmy na rękach kajdanki, nikogo nie znałem, ale zarzuty były podobne. Ryśka przywieźli następnym kursem. Na Grodzkiej urzędowało Kolegium d/s wykroczeń w osobie urzędnika w średnim wieku – zapamiętałem, że miał zmęczoną twarz, szelki i rozchełstaną, białą koszulę – oraz drugiego, który przysypiał. Ten pierwszy siedział nad kartką wyrwaną z kodeksu karnego i stosem różnych karteluszków z odręcznymi zapiskami, które donosili mu milicjanci z konwoju i monotonnym głosem wymieniał kolejne nazwisko zatrzymanego, o co jest obwiniony, po czym wymierzał karę. Wszyscy byli obwinieni z tego samego paragrafu 28 Prawa o wykroczeniach, my z Ryśkiem dostaliśmy po miesiącu aresztu. Za rozpowszechnianie ulotek o wrogiej treści państwowej w hotelu Cracovia.

Prof. Jerzy Eisler*, naukowiec zajmujący się badaniem wydarzeń marcowych, uważa, że informacja o śmierci ciężarnej studentki została najprawdopodobniej sfabrykowana przez MSW. Według oficjalnej propagandy autorami prowokacji byli oczywiście studenccy “komandosi” z grupy kontestatorów, skupionych wokół Adama Michnika. Władzy zależało na ich kompromitacji. >>Można było bowiem przypuszczać – pisze badacz – iż studenci uwierzą w takie bestialstwo milicji. Równocześnie można było liczyć, że prawda wyjdzie na jaw w ciągu 2-3 dni i wówczas okaże się, jak “wiarygodne” są  informacje rozpuszczane przez “komandosów”.<< Nazwisko ofiary brzmiało na ulotkach różnie,  najpierw Barańska, później Baraniecka, do Krakowa dotarła jako Woroniecka. Maria Baraniecka, studentka IV roku Pedagogiki UW, ukazała się cała i zdrowa na ekranach telewizyjnych w sobotę 16 marca, w cotygodniowym programie “Monitor”. PRL-owscy specjaliści w dziedzinie manipulacji osiągnęli swój cel.

Ożyła tego samego dnia, kiedy znalazłem się przez nią w kryminale, ale skąd mogłem o tym wiedzieć. Telewizorów jeszcze wtedy w celach nie było. a prasa kłamała, więc nawet wstyd było się o nią upomnieć. Telewizja zawitała do nas w następnym tygodniu, pod celę przyszedł klawisz i zakomunikował, że Rysiek i ja mamy widzenie, wtedy już siedzieliśmy razem.

– To jest redaktor Mazan – dodał.  – Zgadzacie się?

Przytaknęliśmy, liczyliśmy na to, że po starej znajomości, coś dla nas załatwi. Przywitał nas wyrazami współczucia i zaproponował prosty, męski układ: on przygotowuje materiał o wypadkach marcowych w Krakowie, możemy więc wystąpić przed kamerą, a przy okazji powiedzieć, o co walczymy, jaki jest nasz program, itd. Zapytałem go wtedy, czy nie zatelefonowałby do mnie do domu i tylko przekazał wiadomość, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, ale nie odpowiedział.

Była okazja, by powiedzieć publicznie, co myślimy o braku wolności słowa w Polsce i brutalności milicji, o potrzebie poprawienia systemu, bo o jego zmianie nikt wtedy nie myślał. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać. Nie pamiętam, czy zaraz przyjechał z całą ekipą, czy dopiero na drugi dzień. Wejść mieliśmy kilka, a to udawaliśmy, że rozmawiamy, a to zamykały się za nami jakieś kraty, to znowu szliśmy długim korytarzem z blaszanymi miskami – niektóre ujęcia trzeba było powtarzać, ale  w końcu Mazan uznał, że wystarczy. Czekałem na mikrofon, po zdjęciach miała być fonia.

– My już wiemy, co myślicie i sami dorobimy  komentarz – uśmiechnął się.
– Mógłbyś Leszku zadzwonić do mnie do domu? – ponowiłem dyskretnie prośbę, kiedy zbierał się już do wyjścia i przez chwilę byliśmy sami.
– Muszę zapytać funkcjonariusza, czy mi wolno – odparł oficjalnie i na tyle głośno, że klawisz sam się zainteresował, o co chodzi.

Grypsera, w jakiejkolwiek formie, była jednak zakazana. Mama dowiedziała się, gdzie jestem, kiedy materiał z Monte pokazano w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego. Można się domyślić, jakim komentarzem był opatrzony. Dwóch wichrzycieli, bez mała współodpowiedzialnych za próbę obalenia ustroju socjalistycznego w Krakowie, zasługiwało na najwyższe potępienie. Nigdy mi później nie odpowiedziała dokładnie na pytanie, jak w pierwszym momencie zareagowała na ten przekaz. Kiedy ochłonęła, zaczęła działać. Poprzez osobiste kontakty, jakże cenne wtedy w Polsce, dotarła do dobrej obrończyni w Krakowie, która zaraz kazała mi zaskarżyć orzeczenie kolegium przed sądem. Później Mama dotarła na uczelnię, która w międzyczasie już zdążyła  mnie skreślić z listy studentów, ale tam w ogóle nie chcieli z nią rozmawiać. Przez panią adwokat dostałem jedną paczkę z domu, później drugą, na widzeniach, w czasie których ustalaliśmy linię obrony, szmuglowała dla mnie papierosy; o telefonowaniu z aresztu nie było wtedy zupełnie mowy. Mogliśmy pisać listy do domu i swoich dziewczyn, ale wszystkie listy były oczywiście cenzurowane przez odnośne służby, podobnie jak i odpowiedzi. Można było doczekać się krótkiego widzenia z bliskimi. Mama dwukrotnie do mnie przyszła, za pierwszym razem rozmawialiśmy przez kraty, za drugim przy stoliku, też pod czujnym nadzorem służby więziennej i może dlatego rozmowa się niezbyt kleiła. Obydwoje udawaliśmy za to zadowolonych z życia, na zasadzie, że nic się nie stało.

Najtrudniejsze na Monte były początki. Rygor, ciasnota w celach, otwarte ubikacje, trzeba się było do tego przyzwyczaić. Przez pierwsze dni kwaterowano nas z kryminalnymi, ale żaden ze studentów na tym nie ucierpiał. Byliśmy z innej półki i oni to respektowali, a my z kolei staraliśmy się nie pytać: za co siedzisz? Jak nabrali  zaufania, to otwierali się sami. Uczyli nas grypsery, a my im opowiadaliśmy o naszych wiecach, starciach z milicją, profesorach i dziewczynach, tak się nawiązywała komitywa. Kiedy dostaliśmy “swoje” cele, czas zaczął jakby szybciej płynąć. W mojej, poza Ryśkiem, “garowali” Tadzio Szwedzicki, Andrzej Piasecki, Tadzio Wojciechowski i chyba Bartek Rałowicz, ale tego ostatniego nie jestem pewien. Andrzej był uzdolnionym artystą, studiował na PWSM i wspólnie układaliśmy różne śpiewane teksty, na temat naszego losu. Zapamiętałem dwa, dziś dźwięczą mi one trochę naiwnie i sentymentalnie, ale wtedy byliśmy wszyscy dumni  ze wspólnego dzieła.  Jeden napisany został w rytmie tanga “Szkoda twoich łez dziewczyno”, a słowa były następujące:

Siedzimy  tu na Monte Lupich, ja i ty
a z twoich oczu niespokojnych idą skry
i płyną słowa pełne gniewu, pełne skarg
z twych jeszcze wczoraj uśmiechniętych warg
lecz nie bądź taki smutny
nie bądź taki zły
posłuchaj, już nasz klawisz nam otwiera drzwi
więźniowie snują się po celach swych
czekając kiedy wyjdziem z nich

szkoda twoich łez studencie
miesiąc, dwa lub trzy tu będziem
za ulotek treść
proponujących wolność słowa
kopsnij szluga więc
bo tylko to ma tutaj sens

komunały z prasy w skręty zamieniły się
stań na lipku, miej na względzie
siedem kabaryny będzie
gdy piosenki treść
usłyszy czujne ucho śledzia

Drugi, balladowy bardziej, był melodycznie składanką, wziętą między innymi z romansu “Oczy cziornyje”:

Gdzieś na Monte w Grodzie Kraka
tam, gdzie żyli króle
stoi strasznie wielka paka i zaprasza czule
już pensjonat wysprzątany brać studencką czeka
chlebuś świeżo wypalany
margaryny deko

Ej raz, jeszczio raz
jeszczio mnogo, mno raz
ej raz , jeszczio raz
jeszczio mnogo, mnogo raz

Cela mała, ściany blisko
siedzi tutaj studencisko
jeden, drugi, trzeci, czwarty
za to, że był tak uparty

demokracja mu się śniła
konstytucja uwodziła
tą swobodą prasy, radia
za to siedzi dzisiaj tu

ta rara raj raj raj raj ra ra
ta rara rara
ta rara rara
tarara raj raj raj raj ra ra
tarara rara tarara raj

a dziewczyny takie hoże
innych ciałem cieszą swym

ta rara raj raj raj raj ra ra…

Raz próbowaliśmy zaśpiewać tę pierwszą piosenkę na spacerniaku, do którego mieliśmy prawo przez godzinę dziennie, bo nie ma artystów bez publiczności, niestety klawisze nie znali się na sztuce. Jedyną muzyką, którą nam codziennie, po wieczornym raporcie, puszczano przez megafon w celi była “Cisza” na trąbce. Do dziś nie cierpię tego utworu. Parę lat temu, na pogrzebie jednego z moich krewnych, muzyk z zamówionej orkiestry zagrał to nad grobem i musiałem opuścić uroczystość. Inaczej dostałby ode mnie po gębie.

Termin rozprawy rewizyjnej przed krakowskim sądem zbiegał się z zakończeniem aresztu. Mój przyjaciel też złożył odwołanie od orzeczenia kolegium i stanęliśmy razem. W tym samym konwoju jechali także inni studenci, którzy próbowali ratować swoją skórę, a cel był jeden: w razie uniewinnienia można było wrócić na uczelnię, wszyscy bowiem byliśmy relegowani. Dowieziono nas do sądu w cywilnych ubraniach, ale przepisowo skutych. Korytarz przed salą rozpraw był zatłoczony bliskimi i przyjaciółmi aresztantów.

– Trzymaj się, guerra! – usłyszałem znajomy głos.

To był “dziadek” czyli Jurek Kowalski, mój serdeczny druh i największy jajcarz w Krakowie. Od razu zrobiło mi się raźniej. Moja i Ryśka sprawa była któraś tam w kolejce, czas w pomieszczeniu dla aresztantów się dłużył, rozmowy z bliskimi były zakazane, ale wreszcie doczekaliśmy się. Prokurator mówił nawet lepiej od naszej pani adwokat, oskarżenie tonęło w gąszczu różnych czynników łagodzących, sąd nas uniewinnił. Z proceduralnych względów musieliśmy jednak pojechać z powrotem na Montelupich, jeszcze na kilka dni, które pozostawały do końca kary. Na sądowym korytarzu zdążyłem tylko wyściskać moją kochaną mamę Ninę i wtedy żeśmy sobie trochę obydwoje popłakali, już bez pozy.

Po wyjściu na wolność straciłem na jakiś czas Ryśka z oczu, zaszył się w krakowskich, domowych pieleszach u narzeczonej a może już żony Agnieszki, która była naszą koleżanką z roku. Moja Magda mieszkała i studiowała w Warszawie, tęskniłem za nią, ale wcześniej chciałem pojechać do domu, na Śląsk. Rozsądek podpowiadał, żeby mimo wszystko zacząć od uczelni. Najpierw odbył się jednak uroczysty, choć skromny obiad u Polera, z udziałem pani adwokat i kilku moich przyjaciół, który zafundowała mama Nina. Za zaległe imieniny i z okazji powrotu na wolność. W akademiku poczułem się jak trędowaty. Znajomi unikali wspólnych spotkań, rozmów, w oczach niektórych widziałem lęk. Tylko “dziadek”, Andrzej Rygorowicz i Wiesiek Fiszer, z którymi byłem mocniej zżyty, zachowywali się normalnie. Na uczelni wstępnie niczego nie załatwiłem, obiecali rozpatrzyć moją sprawę, jak uprawomocni się wyrok, mogłem jechać do Tychów.

– Ile cię to wszystko kosztowało? – zapytałem mamę.
– Sprzedałam całe złoto, jakie było w domu – odpowiedziała pogodnie.

Udało mi się skończyć studia, pracę dyplomową obroniłem z lekkim poślizgiem. Można powiedzieć, że wyszedłem z wydarzeń marcowych zaledwie lekko draśnięty. “Komandosom” (nazwa wzięła się z początkowych form ich działalności – pojawiali się nieoczekiwanie na zebraniach partyjnych i organizacji młodzieżowych i zadawali działaczom niewygodne pytania) wymierzano dużo wyższe kary, do 3 lat pozbawienia wolności. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, uznani za inspiratorów wydarzeń, zostali skazani na 3,5 roku więzienia. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w całym kraju do 25 marca 1968 r. zatrzymano 2549 osób; w październiku, według danych Prokuratury Generalnej, była mowa już o 2732 zatrzymanych. Poza środowiskiem inteligenckim represje, choćby pośrednio, odczuły wszystkie warstwy społeczeństwa. Najbliżsi ukaranych otrzymywali nagany w swoich zakładach pracy, byli degradowani lub wyrzucani na bruk – w ramach współodpowiedzialności rodzinnej za popełniony czyn. U mojej mamy, która pracowała w biurze dużego przedsiębiorstwa handlowego, skończyło się na pisemnych wyjaśnieniach, bo zostałem oczyszczony z zarzutów.

Do dziś nie ustalono oficjalnie, czy wśród marcowych manifestantów były ofiary śmiertelne. Nawet, jeżeli dla potrzeb propagandy telewizja znalazła również żywą Marię Woroniecką, studentkę medycyny (dziewczyna nie zgodziła się jednak na wystąpienie przed kamerami, więc przepadła okazja do kolejnego ataku na kontestatorów) , nie znaczy, że marzec nie zebrał swojego tragicznego żniwa. Wiele osób, w tym wybitnych intelektualistów, zmuszonych zostało do pozostawienia swoich domów, bliskich, zrezygnowali z karier i wyemigrowali na Zachód, w tym zwłaszcza wielu Polaków pochodzenia żydowskiego. Prowadzono wówczas tzw. kampanię “antysyjonistyczną”, skierowaną przeciw Izraelowi, ale w rzeczywistości była to często antysemicka czystka. Ile samobójstw wówczas popełniono w Polsce? Pewnie istnieją jakieś dane na ten temat, niezmanipulowane dane…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Autor dziś

Pięć lat temu redaktor Leszek Mazan zgodził się na udzielenie wywiadu swojemu koledze po fachu, redaktorowi Stanisławowi Mancewiczowi z “Gazety Wyborczej”. Okazją była okrągła, 40, rocznica marcowych wydarzeń i fakt, że “Wyborcza” kiedyś dostała w prezencie plik archiwalnych publikacji “Echa Krakowa” na ten temat, w tym “Papierowych Rycerzy”. Na ów materiał natrafiłem dopiero niedawno, ale ponieważ dostrzegłem w nim jedną nieścisłość, muszę się do niego, w trosce o tzw. prawdę historyczną, odnieść, bo zbliża się kolejna, okrągła rocznica marca . Wywiad nosi datę 10.03.2008 i tytuł: “Spowiedź marcowego grzesznika”. Red. Mancewicz cytuje obszerne fragmenty anonimowego paszkwilu, na którym ktoś odręcznie dopisał, że autorem jest Leszek Mazan. W pierwszej rozmowie zaprzeczył temu. W drugiej zmienił zdanie i zwalił winę na Ryszarda Sławeckiego z KW PZPR w Krakowie, który rządził wtedy mediami i dał mu już gotowca, z poleceniem, żeby go opracował do druku. Gdyby się nie zgodził, miałby poważne problemy. Zacytuję ostatnie fragmenty rozmowy:

– Poprawiłem, napisałem, co napisałem, daję słowo honoru, że tekst dostałem do ręki. Zrobiłem z nim tyle, że był drukowalny. Okropne.
– Znał pan ludzi, których pan opisał? To prawie pana rówieśnicy.
– Młodsi. Nie, nie znałem nikogo.
– Może banalne pytanie: co pan czuł, co pan czuje?
– Okrutne pytanie. Czułem się, jak szmata. 40 lat z tym żyję, 40 lat mam zgagę. I wystarczy.

No tak, a znał choćby mnie i Ryśka. Nawet o nas materiał do telewizji nakręcił, ale może o tym zapomniał powiedzieć w wywiadzie, jest w końcu starszy, ma prawo do niepamięci. Przy uporczywej zgadze to się podobno często zdarza. Co do szmaty, to rozumiem, że próbuje ją wyprać, żeby ładniej się prezentowała, ale ona zawsze pozostanie szmatą.


* J. Eisler. Marzec 1968. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 1991

Toż nadchodzi Święty Walenty

Zbigniew Milewicz

Na różnicach między płciami zbudowano i stracono w ciągu ludzkich dziejów fortuny, poświęcono im tony rozpraw naukowych, filozoficznych, najpiękniejsze strofy w literaturze i poezji, na nich kwitnie pornografia i najstarszy zawód świata… Każdego ciągnie w te rewiry, chyba, że jest chory, bo wiek jakby odgrywał tutaj mniej znaczącą rolę. Weźmy chociażby moją skromną osobę, jeszcze nie chodziłem, a już podobno puszczałem oczka do co ponętniejszych koleżanek mojej mamy i ten tick został mi do dzisiaj, choć pora byłaby już się ustatkować. Zanim to jednak zrobię, jeszcze trochę poswawolę, piórem przynajmniej, bo i jest ku temu okazja. Toż nadchodzi Święty Walenty, patron zakochanych i epileptyków (można byłoby w związku z tym zastanowić się nad ewentualną zbieżnością obydwu stanów). Fakt, że w tym roku wybrał on sobie porę nieszczególną, bo będzie to już drugi dzień Wielkiego Postu, czasu umartwienia, ale za życia też często był niekonwencjonalny. Pozostaję w tym samym duchu…

Gdy Bozi zdarza się zdrzemnąć
a robi to dosyć rzadko
to diabeł z aniołem tańcują
w miłosnym uścisku
aż hadko
W post lubieżnym być
to wstyd
daj narządy w depozyt

Na Walentynki

Dedykowane paniom na melodię kolędy: W dzień Bożego Narodzenia

W dzień Świętego Walentego
kochaj się do upadłego
bo gdy blady świt nastanie
jemu nawet włos nie stanie
oj nie stanie

a więc gzij się me nieboże
a Walenty dopomoże
by cię zechciał za rok długi
pochędożyć po raz drugi
po raz drugi

morał z pieśni tej jest taki
częściej chędożcie chłopaki
dzień w dzień żwawo przystępujcie
do kochania się nie bójcie
się nie bójcie

A tu on: http://sphotos-b.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-ash4/377668_610222625670561_1027231812_n.jpg