Z wolnej stopy 29

Zbigniew Milewicz

Dudek, czyli sposób na życie

Dzisiaj mija 56 lat od pierwszego, premierowego spektaklu kabaretu „Dudek“ w stołecznej kawiarni „Nowy Świat“, o którym mawiano, że był najlepszym przedwojennym kabaretem w powojennej Polsce. Miał on charakter literacko-aktorsko-satyryczny. W ciągu 10 lat działalności dał około 1000 przedstawień, na które złożyło się blisko 200 skeczy, monologów i piosenek kilkudziesięciu kompozytorów i autorów. W pamięci jego sympatyków, w tym także i mojej, żyje nadal, w słowach ze skeczy i piosenek, głosach wykonawców i obrazach, na szczęście uwiecznionych w zapisach fonograficznych oraz filmowych. Pewnie najsłynniejszy jest Sęk, ale wybór jest ogromny. Dudek kształtował gusta intelektualne całkiem sporej rzeszy rodaków w PRL-u i pochodził w prostej linii od Edwarda Dziewońskiego, który „był klasycznym przykładem artysty – przedwojennego warszawskiego inteligenta. I dlatego nie wyobrażał sobie życia bez towarzyskich spotkań, bez wymiany myśli, dowcipów, bon motów. Jego sposobem na życie towarzyskie stał się kabaret Dudek, gdzie umiał otoczyć się najwspanialszymi aktorkami i aktorami, (…) niekiedy bardzo zajętymi. Poza tym, że był doskonałym aktorem i reżyserem, (…) był niezrównanym animatorem kabaretowego życia. Przez te dziesięć lat, trzy razy w tygodniu, dobrze po godzinie 22, spotykali się ludzie w „Nowym Świecie”, żeby oklaskiwać swoich ulubieńców. Mimo że za szybami tej kawiarni panował socjalizm, było szaro, ponuro i nudno, Dziewoński przeciwstawiał się temu, kreując świat barwny i interesujący. Umiał doskonale ‘obchodzić’ cenzurę, wykłócał się z cenzorami, żeby przepuszczali co odważniejsze teksty. Pod koniec życia był już oczywiście panem leciwym i niedołężnym, ale zapamiętam go jako człowieka niesłychanie aktywnego, pełnego dynamiki – takiego, jakim był w Dudku.”

Tak wspominał go Wojciech Młynarski, który jako autor tekstów współpracował Dudkiem-Dziewońskim od początku istnienia kabaretu. Dudek to był pseudonim artysty, nad sceną kawiarni widniała łacińska nazwa tego pstro upierzonego ptaka: upupa epops. Poza Młynarskim stałym tekściarzem kabaretu był Stanisław Tym, pisywali dla Dudka Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki, Jerzy Jurandot, Jonasz Kofta, Sławomir Mrożek, Jaremi Przybora i wielu innych, znanych twórców. Na scenie Dudka występowali regularnie Irena Kwiatkowska, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski, Wiesław Michnikowski i oczywiście sam jego założyciel.

Życiorys artystyczny Edwarda Dziewońskiego jest barwny, jak upierzenie dudka. Urodził się 16 grudnia 1916 roku w Moskwie, w rodzinie ze scenicznymi tradycjami. Ojciec, Janusz Dziewoński był znanym i dobrym aktorem, dziadek Romuald Wasilewski – basem, a także dyrektorem Opery Moskiewskiej. Potomek poszedł ich śladem. Po maturze zdanej w Berlinie i rozpoczęciu studiów aktorskich, postanowił kontynuować je w Warszawie. Tuż przed II wojną światową ukończył Wydział Aktorski w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej, ale dyplom odebrał dopiero w 1945 roku. W tymże roku zadebiutował na deskach łódzkiego teatru Syrena, a dwa lata później na wielkim ekranie – w roli gestapowca w Zakazanych piosenkach, którą mu zapewniła biegła znajomość niemieckiego. Potem był Ostatni etap Wandy Jakubowskiej, po czym przyszły role w innych filmach, m.in. w Ulicy Granicznej i Przygodzie na Mariensztacie. Prawdziwym sukcesem aktorskim okazał się jednak jego Dzidziuś Górkiewicz w Eroice Andrzeja Munka z 1957 roku.


Jako Dzidziuś Górkiewicz w Eroice

W audycji radiowej Anny Napiórkowskiej * poświęconej historii Dudka i jego twórcy, Stanisław Tym tak mówi o tej roli: zagrał w tym filmie wymyślonego antybohatera Powstania Warszawskiego, który robił wszystko co możliwe, aby uniknąć narażania życia i uciec z ogarniętej rewoltą Warszawy, paradoksalnie przyczyniając się do zwiększenia szans walczących powstańców. Ten niezwykle przewrotny film był polemiką z bogoojczyźnianą wizją historii najnowszej, a postać Dzidziusia, między innymi dzięki znakomitej kreacji Dziewońskiego, stała się tej polemiki symbolem.

Po czterech latach spędzonych w Łodzi, Dziewoński przeniósł się do Warszawy, do Teatru Narodowego. Później było Ateneum, Kabaret Wagabunda, Teatr Współczesny, Ludowy i Komedia. Z jego aktorskim i reżyserskim udziałem powstało około 74 spektakli. Jak głosi plotka, zaangażowano go w teatrze, bo miał … tupet. Dziewoński stanął przed dyrektorem teatru i oznajmił, że słyszał, iż ten poszukuje zdolnego aktora.
– Ma go pan przed sobą – dodał.
Dyrektor nie miał innego wyjścia, jak zatrudnić pewnego siebie młodzieńca.

Anegdot o nim opowiadało się wiele. Przytoczę jeszcze jedną, którą wspominałem już we wpisie Moja Kalina, ale to było tak dawno temu, że ją odświeżę. Wtedy zdarzenie wspominał Andrzej Łapicki, dziś mówi Gustaw Holoubek, a więc trochę się będą różnić te wersje od siebie:

W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: “Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”. A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: “Odpie… się, strażaku”. I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: “Ja też potrafię przeklinać, ty ku… stara!”. Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: “A pan jest ch….!” Przy czym strażak był inny.

– Jesteśmy na Ziemi, żeby się pośmiać. Nie będziemy mogli ani w czyśćcu, ani w piekle. A w niebie nie będzie wypadało – wygłosił Dziewoński w pierwszym programie swojego kabaretu na Nowym Świecie i od tamtej pory nieustannie bawił Polaków, żartując sobie ze wszystkiego i wszystkich.

Tak go zapamiętałem, razem pewnie z większością fanów – jako wybornego komedianta, choć sam całe życie bronił się przed szufladkowaniem. Wielomilionowej widowni telewizyjnej znany był przede wszystkim z Kabaretu Starszych Panów, z postaci Dosmucacza, operatywnego Kuszelasa czy frywolnego sędziego Kocia. Erwin Axer, współtwórca Teatru Współczesnego w Warszawie, wybitny reżyser teatralny tak wspominał Edwarda Dziewońskiego: był aktorem sceny i kabaretu, reżyserem, konferansjerem, recytatorem; bywał szefem teatrów i pamiętnikarzem. Wyróżniał się i zabłysnął we wszystkich tych dziedzinach. To zdarza się nieczęsto, ale się zdarza. Stworzył jednak coś jeszcze, co zdarza się znacznie rzadziej. Wykreował sam siebie: niepowtarzalną postać znaną wszystkim, co się z nim w życiu prywatnym i publicznym zetknęli. Postaci tej zapomnieć niepodobna, opisać ją bardzo trudno.

“Dudek” kochał kobiety i trzykrotnie stawał na ślubnym kobiercu. Pierwsza z jego wybranek była o 14 lat starsza od niego a ostatnia – młodsza o 20. W rozmowach z przyjaciółmi żartował, że teściowa jest od niego starsza tylko o cztery lata. Z drugiego małżeństwa z tancerką baletową, Janiną Smoszewską miał syna Romana.

Na zdjęciu z Ireną Małcużyńską

– Rodzice rozstali się trzy lata po ślubie i ojca jako takiego w domu nie pamiętam – wspominał w rozmowie z Tele Tygodniem Roman Dziewoński. – Mama nigdy nie powiedziała o nim złego słowa. Powtarzała, że jest genialnym aktorem i powinien mieć swój teatr.

W późniejszych latach kontakty ojca z synem przybrały charakter głównie zawodowy. Ich wspólną fascynacją był teatr. – Odwiedzałem ojca w kabarecie Dudek – opowiadał Dziewoński. Ostatecznie wybrał reżyserię, kończąc wcześniej architekturę. – Potem tak się potoczyło moje życie, że zostałem sam z pięcioletnim synem Piotrem i to był najwspanialszy okres mojego życia – dodał.

Swoje zaległości rodzinne dziadek nadrabiał z wnukiem. – Uwielbiali się. To taka przewrotka życiowa, z której bardzo się cieszę – zdradził Roman Dziewoński. Piotrek odziedziczył po mieczu talenty i zainteresowania. Skończył teatrologię i zajmuje się m.in. reklamą, pisaniem książek, scenariuszy oraz muzyką. Swoje relacje z dziadkiem opisał w ostatnim rozdziale książki Dożylnie o Dudku.

Choć Dudek nie wyobrażał sobie życia bez spotkań i wymiany myśli – mawiał wszak z upodobaniem, że jedyne życie, które ma sens to życie towarzyskie – nigdy nie przeszkadzała mu samotność. W dzieciństwie nie miał zbyt wielu kolegów, a w dorosłym życiu otaczał się tzw. przyzwoitymi ludźmi. Zaledwie do kilku osób miał zaufanie absolutne. W jego najbliższym kręgu do końca pozostały aktorki: Gabriela Kownacka, Ewa Wiśniewska, Magdalena Zawadzka, Agnieszka Kotulanka i Grażyna Barszczewska. – Dudek miał też inną twarz, smutną – wspominała Magda Zawadzka.** – Często ludzie, którzy proponują nam komedię, radość, wcale nie są w życiu tak zabawni. On był znakomitym przyjacielem, ale bardzo często miał smutną twarz, podejrzewam, że będąc sam ze sobą, wieloma rzeczami się martwił i przejmował – mówiła.

Wycofanie się Dudka z życia zawodowego było związane z usunięciem go w 1982 roku z Teatru Kwadrat, który założył po zamknięciu kabaretu na Nowym Świecie. Był jego głównym animatorem i kierownikiem artystycznym, bardzo więc przeżył swoją dymisję, co się odbiło na zdrowiu. Pod koniec życia największą radość sprawiały mu wizyty wnuka. Z zapartym tchem słuchał jego opowieści o tym, jak zmienił się świat i ludzie. Ostatni film, w którym zagrał, to Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza, w reżyserii Kazimierza Kutza, z roku 1993. Przedstawiał on dalsze dzieje głównego bohatera noweli Scherzo alla polacca z filmu Eroica. Górkiewicza ponownie zagrał Edward Dziewoński. Oba filmy powstały na podstawie scenariuszy Jerzego Stefana Stawińskiego. Artysta zmarł 17 sierpnia 2002 roku, w wieku 86 lat, w Warszawie.


Autor wyszukał dla Państwa materiał radiowy, który pozwoliłam sobie nazwać po prostu:

Dudek

* Historia kabaretu w rozmowie Anny Napiórkowskiej z Edwardem Dziewońskim w audycji z cyklu Sekrety, konkrety

* Rozmowa z Romanem Dziewońskim

*Edward “Dudek” Dziewoński we wspomnieniach. Audycja Natalii Grzeszczyk z cyklu Powtórki z rozrywki

No, a tu najsłynniejszy skecz Dudka, czyli Sęk (kolejne znajdą się same, jak się wejdzie na youtube’a):

Z wolnej stopy 28

Zbigniew Milewicz

W matni

Rozkaz Eisenhowera, wstrzymujący 3 Armię generała Pattona przed wejściem do Pragi, aby mogli to zrobić czerwonoarmiści, miał jeden zasadniczy plus. Pozwolił całkowicie niechcący na uratowanie polskich żołnierzy z antykomunistycznej Brygady Świętokrzyskiej, wycofujących się z kraju, aby połączyć się z naszymi siłami zbrojnymi na Zachodzie. Było ich około tysiąca, w pełnym uzbrojeniu, gotowych stawić czoła wrogom, którymi byli zarówno Niemcy, jak i Rosjanie. Z tymi drugimi nie mieliby jednak szansy wygrać – z powodu liczebnej przewagi. Gdyby nie osłona 3 Armii Amerykańskiej, doszłoby do konfrontacji z siłami rosyjskimi i w najlepszym razie czekałaby ich wywózka do łagrów. Gdy dotarli do zachodniego frontu pod Pilznem, nawiązali kontakt z gen. Pattonem i ten pozwolił im dołączyć do swojego wojska. Sowieci domagali się wydania Polaków, ale Patton odmówił. Polacy oddali mu swój „dług“ niebawem w boju, we wspólnej walce z 11 dywizją niemiecką. To był 6 maja 1945 roku.

Dwa dni później, na konferencji prasowej, zwołanej z okazji zakończenia II wojny światowej, George Patton otwarcie powiedział, co myśli o sowieckich sojusznikach:

„Ta wojna zakończyła się dokładnie tam, gdzie się zaczęła. Na podwórku Hunów. (…) Ale na tym nie koniec. (…) To, co zrobili dzisiaj politycy w Waszyngtonie i Paryżu, podobni do ołowianych żołnierzyków, to historia, o której będziecie pisać przez jakiś czas. (…) Pozwolili nam wykopać w cholerę jednego gnoja, a jednocześnie zmusili, żebyśmy pomogli usadowić się następnemu, równie złemu albo jeszcze gorszemu niż tamten. (…) Wygraliśmy tylko szereg bitew, nie wojnę o pokój. (…) Będziemy potrzebowali nieustającej pomocy Wszechmogącego, jeśli mamy żyć na jednym świecie ze Stalinem i jego morderczymi zbirami. (…) Niestety, niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji. Cholera, mam wątpliwości, czy wiedzieli chociaż tyle, że Rosja jeszcze niecałe sto lat temu zajmowała Finlandię, wyssała krew z Polski i zrobiła z Syberii więzienie dla własnego narodu. Wyobrażam sobie, jak szydził Stalin, kiedy uzyskał od nich wszystko podczas tych niby-konferencji”.

Generał Patton (po prawej) z generałem Andersem

Patton nie miał w sobie niczego z dyplomaty, był żołnierzem i formułował swoje poglądy wprost, bez owijania ich w bawełnę, a że rozmijały się one całkowicie z oficjalną, prosowiecką polityką prezydenta Roosvelta i godziły osobiście w Stalina, naraził się obydwóm. Miał natomiast słabość do Polaków, z generałem Władysławem Andersem znał się osobiście, chętnie wizytował 2 Korpus Polski i stawiał naszych żołnierzy za wzór swoim. W jego ustach była to nobilitacja.

Wróćmy jednak do głównego wątku. Teza o zamachu na życie generała Pattona nie jest nowa, historycy amerykańscy zgłębiali ją wielokrotnie i choć nie znaleziono nigdy wystarczających argumentów dowodowych, warta jest poznania.

Robert K. Wilcox, autor książki „Cel Patton“, przetłumaczonej w 2010 roku na język polski, za punkt wyjścia wybrał relację m.in. byłego agenta amerykańskiego Biura Służb Strategicznych (OSS – Office of Strategic Services), Douglasa Bazaty. Kiedy Pattonowi odebrano stanowisko wojskowego gubernatora Bawarii i równocześnie dowództwo jego ukochanej 3 Armii, odebrano mu też osobistą ochronę, która informowała go o różnych niebezpiecznych sytuacjach. Nadal natomiast pozostawał pod obserwacją agentów OSS oraz służb sowieckich, które posiadały w tej instytucji liczne wtyczki. Jego telefon był na podsłuchu, korespondencję otwierano i cenzurowano, o czym wiedział. W liście do żony z 15 października zapowiadał swoją rezygnację ze służby w armii w końcu grudnia. Był człowiekiem zamożnym, nie zależało mu na wojskowej emeryturze, ale nie ukrywał goryczy, że administracja Białego Domu go skreśla. Starzy przyjaciele informowali Pattona o nastrojach w Waszyngtonie. Generał Charles Summerall ostrzegał go w liście, w listopadzie 1945 roku: „Twój sukces wzbudził zazdrość i spowodował, ze masz wrogów w tych, którzy czerpali korzyści z Twoich zwycięstw. Nie potrzebują już Ciebie, więc teraz chcą Cię zniszczyć.”

Wcześniej Patton przeżył dwa tajemnicze wypadki. Do pierwszego doszło 20 kwietnia, gdy jego mały samolot, którym leciał na inspekcję swych oddziałów, został zaatakowany przez myśliwiec, podobny do spitfire’a. Natomiast 3 maja, gdy jechał odkrytym jeepem, prawie ucięła mu głowę kosa wystająca z chłopskiego wozu.

Douglas Bazata (na fotografii po lewej) był jednym z najlepszych agentów OSS, ówczesnej tajnej służby Stanów Zjednoczonych. Służył jako człowiek od mokrej roboty. Kiedy po żmudnych poszukiwaniach Wilcoxowi udało się go odnaleźć i nakłonić do rozmowy, ujawnił, że „zlecenie” na Pattona otrzymał osobiście od szefa OSS, Williama Donovana. Kazano mu upozorować wypadek. To on zaaranżował zderzenie samochodów, wynajmując kierowcę ciężarówki, kaprala Roberta Thompsona. W feralną niedzielę 9 grudnia 1945 roku Patton wyruszył na zaplanowane polowanie, nazajutrz miał opuścić Niemcy. Towarzyszył mu gen. Hobart Gay, jechali cadillakiem generała serii 75 z 1938 roku, dużą limuzyną, którą kierował starszy szeregowy Horace Woodring. Obaj pasażerowie siedzieli z tyłu, Patton po prawej stronie. W pogodny, niedzielny poranek na dwupasmowej szosie prawie nie było samochodów; kierujący limuzyną miał doskonałą widoczność, gdyż droga biegła prosto. W pewnym momencie ujrzał on wielką wojskową ciężarówkę o ładowności 2,5 tony, wolno nadjeżdżającą z przeciwka po drugim pasie. Patton wyglądał przez okno samochodu, na poboczu widać było stosy zniszczonego sprzętu wojskowego. Rzekł do Gay’a: „Jaka straszna jest wojna. Spójrz na te zdezelowane pojazdy, Hap”. Mimo zewnętrznej szorstkości był człowiekiem wrażliwym.


Samochód Pattona po wypadku

W tej samej chwili bez ostrzeżenia i sygnalizacji kierowca dużej ciężarówki skręcił gwałtownie i wjechał na przeciwny pas ruchu. Wielki pojazd znalazł się tuż przed nadjeżdżającym samochodem Pattona. Woodring wcisnął pedał hamulca, próbując jednocześnie zjechać na lewo. Nie udało mu się jednak ominąć przeszkody i doszło do czołowego zderzenia. Bazata leżał ukryty za stertą głazów na poboczu, wyposażony w specjalny karabin, wyrzucający z lufy zamiast kul kawałki żelaza i twardej gumy. Kiedy limuzynę, zgodnie z jego przewidywaniami, zarzuciło prawą stroną z otwartym oknem naprzeciw zajętej pozycji, nacisnął spust. Był jednym z najlepszych strzelców w całej USA Army i bez problemów trafił tam, gdzie celował. Pocisk zmasakrował Pattonowi twarz i odrzucił do tyłu głowę, łamiąc mu kark. Gdy potem oglądano wrak, pocisk nie zwrócił niczyjej uwagi, uznano go za fragment rozbitego samochodu.

Ważnym momentem tej aranżacji było otwarcie szyby samochodu, przez którą ofiara przed tym niby wypadkiem wyglądała na zewnątrz. Zrobił to sprawca, wykorzystując fascynację generała historią. Jadąc na polowanie, mijali po drodze jakieś starożytne ruiny, wtedy Patton polecił kierowcy się zatrzymać, bo chciał obejrzeć je z bliska i Bazacie, który skrycie podążał za nimi, wystarczyła chwila, że przy samochodzie nikogo nie było. Otwarł szybę i tak unieruchomił, że nie dała się już zamknąć. Tym sposobem strzelając do generała nie uszkodził jej i później, kiedy na miejsce zdarzenia przyjechała amerykańska żandarmeria, wszystko rzeczywiście wskazywało na wypadek.

Tylko jedno można było Bazacie zarzucić, że nie wykonał swojego zadania do końca, bo generał nie zginął od tamtego strzału. Był sparaliżowany, ale żył i kiedy przewieziono go do szpitala w Heidelbergu, po jakimś czasie stan jego zdrowia zaczął się poprawiać. Akcja serca i ciśnienie krwi nie budziły zastrzeżeń, więc najbliżsi generała wspólnie z lekarzami zdecydowali o przetransportowaniu go, pod koniec grudnia, samolotem do szpitala w stanie Massachusetts, niedaleko od jego domu. Robert K. Wilcox przypuszcza, że wtedy na „pomoc” amerykańskim kolegom z OSS pospieszyli specjaliści z NKWD. Ktoś dostał się do pokoju, w którym leżał Patton i przez wenflon wstrzyknął mu substancję, która spowodowała ostrą niewydolność płucną o charakterze zakrzepowym. 21 grudnia 1945 roku generał zmarł.

Oczywiście trudno oczekiwać, aby ktokolwiek z mocodawców tego dwuetapowego zamachu przyznał się do winy. Niemieccy specjaliści medycyny kryminalnej byli przygotowani do przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłego, ale władze amerykańskie zakazały jej. Przekonano wdowę po generale, że sekcja tylko skomplikuje przekazanie bliskim jego szczątków i uzyskano cenny podpis pani Patton na dokumencie, zrzekającym się obdukcji. Zniknęły wszystkie znane raporty i protokoły sporządzone 9 grudnia na miejscu wypadku oraz zapisy późniejszych dochodzeń. Brakowało też wyjaśnień, skąd wzięła się głęboka rana na twarzy generała. W tajemniczych okolicznościach zniknął samochód Pattona, w jego muzeum znajduje się jedynie kopia generalskiego cadillaca. Thompsonowi, który kierował ciężarówką i spowodował zderzenie, nie przedstawiono jakichkolwiek zarzutów. Znaków zapytania w tej sprawie jest wiele.

W Historii Wojskowej, portalu historyczno-wojskowym, pod datą 21 sierpnia 2011 roku opublikowano materiał p.t. „Zagadkowa śmierć generała Pattona”, w którym czytam między innymi:

(…) Wielu Ukraińców – w tym Stefan Bandera oraz generał Pawło Szandruk, informowało na jesieni 1945 roku amerykańskiego oficera kontrwywiadu wojskowego (CIC) Stephena Skubika o sowieckich planach zamordowania Pattona. Gdy ten spotkał się z szefem OSS, Donovanem, ten nie tylko zlekceważył raport, ale oskarżył go o to, że jest ukraińskim agentem, a po śmierci Pattona zakazał prowadzenia dochodzenia w sprawie wypadku generała. Jego informatorzy twierdzili, że Robert Thompson, kierowca ciężarówki, z którą zderzył się samochód Pattona, był agentem NKWD.

Gdy Skubik przebywał w 1976 roku Europie, ktoś włamał się do jego domu w Waszyngtonie i ukradł dokumentację historyczną, w tym jego raporty dotyczące niebezpieczeństwa grożącego Pattonowi.

Odnalezione ostatnio dzienniki Douglasa Bazaty – zabójcy działającego na zlecenie OSS, wskazują, że szefowie wywiadu amerykańskiego postanowili zabić Pattona, ponieważ chciał wojny z Sowietami oraz groził wyjawieniem licznych wojennych tajemnic, które mogły zaszkodzić w karierach wielu wpływowym  politykom i dowódcom (…).


Generał Dwight Eisenhower i generał George Patton, lata 40

Mógł zaszkodzić między innymi przyszłemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych – Dwightowi Eisenhowerowi, swojemu przyjacielowi z czasów I wojny światowej, z którym w następnej wojnie miał często na pieńku. Czy dlatego musiał zginąć? „Zabójstwa w wypadku samochodowym albo w szpitalu były znanymi metodami stosowanymi przez morderców NKWD. W taki sposób zamordowano m.in. wieloletniego komisarza spraw zagranicznych, potem ambasadora ZSRS w USA – Maksyma Litwinowa, którego samochód uderzył w ciężarówkę stojącą w poprzek drogi. Wiele osób w Moskwie i Waszyngtonie zainteresowanych było w uciszeniu generała. Jego śmierć to jedna z niewyjaśnionych dotąd tajemnic czasów powojennych”. Tyle Historia Wojskowa, dodam tylko, że osobiście nie spodziewam się jej wyjaśnienia w bliższej, lub dalszej przyszłości. Zamachów politycznych dokonują dbali o precyzję profesjonaliści, a ich prominentni mocodawcy wiedzą, jak umiejętnie zamieść dowody pod dywan w salonie. Szybciej pałac pójdzie z dymem, niż się stamtąd wydostaną.

Pożegnanie z rokiem 2020

Teresa Rudolf
Co znaczy dla mnie ten trudny, ostatni rok?

Ważne było ciagle świadome  spostrzeganie każdego dnia, gdyż nikt nie wie, co jest mu dane, a co mu zabrane będzie… i kiedy.
Podam tutaj przemądry cytat:
 “Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Naucz się, jakbyś miał żyć wiecznie.”
Mahatma Gandhi
 
Ważne też było dla mnie potwiedzenie wartości przeróżnych form stosunków międzyludzkich, np. tak ważnej dla mnie przyjaźni.
I tu znów przepiękny tekst:
“Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem.”
Albert Camus

 
Janina Kowalska
Tak bym chciała przespać ten odchodzący rok.
 
 
 
 
 

Tabor Regresywny
W rok 2020 weszliśmy z widmem katastrofy klimatycznej i ekologicznej na horyzoncie i niemocą kolejnych szczytów klimatycznych. I wtedy pojawiła się pandemia. Gospodarka zaczęła się zatrzymywać, a przyroda odżywać. A wtedy pojawiło się widmo recesji. Rok się kończy mamy szczepionkę, Unia Europejska uchwaliła budżet odnowy gospodarczej. Ruszy budowa zbiorników retencyjnych, powstaną fermy wiatrowe, u mnie na wsi już pojawiło się ogłoszenie – wynajmę pole pod fotowoltaikę. Samochody wymienimy na elektryczne, zainstalujemy klimatyzację, powstaną nowe drogi, nowe lotniska i znów ruszymy na wakacje do egzotycznych krajów.
 
Tylko czy nie można by inaczej?
***
Ta pandemia może nie odpuścić, bo jak tylko trochę odpuszcza to premier od razu ogłasza, że wygraliśmy z pandemią i ona wtedy wraca. Owszem, premier może zmądrzeć, ale na to się nie zanosi. Jeśli pandemia nie odpuści, to czeka nas taka recesja gospodarcza, że nawet Fundusz Odbudowy nie pomoże. Co w tej sytuacji robić? Jeśli chodzi o mnie to idę do Ewy Marii zagrać w scrabble.
 

Tibor Jagielski

 

19/20
taka konstelacja
jowisz saturn
15
śmierć i śmiech
celtyckie pancerze
snute przez druidow
gazeta w rynsztoku
pozostaje
trans
form
akcja
fly!


Christine Ziegler

Hoffen wir drauf, dass uns dieses verflixte jahr 2020 genug an lehren um die ohren gehauen hat und wir gelassener ins neue jahr aufbrechen können.

Nehmen wir die ruhigen tage und schöpfen etwas kraft und füttern unsere geduld und unsere empathie, dann wird es uns schon gut ergehen, so hoffe ich.

Sham, my “very own news curator” hat mir was zu denken gegeben, was ich dir für den blog geben will: “today, I wanted us both to leave 2020 with the reminder that 2020 wasn’t special and that we need to think further ahead.” https://www.whathappenedlastweek.com/


Margaret (Małgorzata) Kowalska
25 grudnia 2020, Ottawa, Kanada

Ten dziwny rok dobiega już końca, czas na retrospekcje i podsumowanie. W sumie nie było tak źle, chociaż inaczej. Szybko przystosowaliśmy się do „social distancing”, maseczek i kolejek przed sklepami. Co prawda jak pierwszy raz włożyłam maseczkę, idąc do sklepu, pomyślałam, że wyglądam idiotycznie, ale w sklepie wszyscy mieli maseczki, więc przestałam się przejmować. Nauczyłam się również oceniać te przepisowe dwa metry odległości i czuję fizyczny niepokój, jak ktoś stoi za blisko.

Tuż przed wybuchem pandemii zdołaliśmy z rodziną mojej córki zaliczyć dziesięć dni na Florydzie. Wróciliśmy na tydzień przed zamknięciem granic. W mojej pracy zawodowej nic się nie zmieniło, ponieważ i tak pracowałam z domu i do biura jeździłam raz w tygodniu, żeby się pokazać. No to przestałam jeździć.

Z wnuczką najpierw widywałam się na odległość – ona na ganku, ja koło samochodu. Stopniowo, w miarę ocieplania się, zaczęłyśmy spotykać się u córki w ogródku. A pewnego dnia moja córka pozwoliła mi wejść do ich domu, ale tylko do jednego pokoju. No a potem stałam się częścią ich bąbla (buble) i już wszystko było w porządku. Zainicjowałam również czytanie książek na dobranoc przez video. Moja wnuczka to uwielbia.

W czerwcu miałam trochę nerwówki, bo dostałam gorączki i bolały mnie kości. Typowe objawy grypy, ale w tych czasach… Pognałam oczywiście zrobić wymaz (trzy godziny stania w kolejce na zewnątrz – miałam ze sobą składany stołeczek), potem dwa dni czekania na wynik i radość, że negatywny.

Zrobiłam się niestety nietolerancyjna – w stosunku do ludzi, którzy narzekają na niewygodę i obostrzenia, którzy twierdzą, że się nie zaszczepią. Wojuję z takimi wypowiedziami i na FB, i osobiście, tłumacząc, że w czasie wojny ludziom było znacznie gorzej i jakoś nikt nie protestował. Bo to jest przecież nasza mała wojna, która kiedyś się skończy i naprawdę nic się nikomu nie stanie, jak w tym roku nie pójdzie do knajpy czy na mecz. A te szczepionki nie zmienią nas w długłowe potwory czy roboty.

Patrzę z nadzieją na rok 2021, chociaż wiem, że daleka jeszcze droga przed nami.
A od córki dostałam pod choinkę taką oto zawieszkę, którą 1 stycznia powieszę na drzwiach mieszkania!


Maria Marucelli (Włoszczyzna)

Zdjęcie Ponte Vecchio we Florencji to najsmutniejsze, dla mnie, zdjęcie tego roku; wygląda jakby to była makieta, nie ma ludzi, a tak jak już pisałam – miasto musi żyć!

Zdjęcie Warszawy, to skrzyżowanie Alei Jerozolimskich z Marszałkowską podczas pierwszej manifestacji Strajku Kobiet! Zdjęcie które wypełnia serce nadzieją!

Krystyna Koziewicz
Goodbye Stary Roku

Rok 2020 sporo namieszał w naszym życiu codziennym, dopadła nas śmiercionośna pandemia, która wszystkim bez wyjątku zmieniła styl życia, także nasze nawyki, przyzwyczajenia. Pomimo problemów, jakie przysporzył wirus jestem wdzięczna losowi, że dane mi było przeżyć kolejny rok bez wielkich wstrząsów. Miałam cudowny czas z rodziną podczas świąt wielkanocnych, także urlopu w Małopolsce i Karkonoszach. Było wiele innych okazji do celebrowania życia doceniając każdą chwilę korzystając z dobrodziejstw kulturalnych Berlina. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia wprawdzie bez fizycznej obecności najbliższych, pomimo tego nie brakowało mi bliskości za pomocą spotkań na Messengerze. No cóż, takie mamy czasy!

Rok 2020 obfitował w smutne wydarzenia, odeszła do wieczności wspaniała duchowa koleżanka Joanna, która służyła życzliwą radą, potrafiła szczerze pocieszyć i doradzić w trudnych sytuacjach. Co było bezcenne u Joanny – to skromność, takt i dyskrecja. Brakuje mi Jej ciepła, spokojnego dystansu, rozmów telefonicznych, smsów, postów na WhatsAppie.

Żegnaj Joanno!

Trudno mi było uwierzyć, że zmarła w zupełnym zaciszu Wiktoria Korb, która ze swoim talentem i dorobkiem publicystyczno-literackim należała niewątpliwie do grona berlińskiej bohemy. Wszędzie, gdzie pojawiała się, przyciągała wzrok, robiło się barwniej i weselej, świetnie się spędzało wspólny czas podczas rozmaitych spotkań polonijnych.

Cześć Jej pamięci!

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, 22 grudnia 2020 odszedł w Warszawie Wojtek Borowik – prezes ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa, działacz opozycji antykomunistycznej, który wielokrotnie brał udział w polonijnych projektach w Berlinie. Wojtek łączył ludzi, nie dzielił, posiadał dobre umiejętności komunikacyjne.

Żegnaj Wojtku!

Koronowirus wywrócił do góry nogami nasze życie, całkowicie zdominował naszą codzienność. W internecie mamy zalew sprzecznych informacji, chaos zapanował wszędzie i w dużym natężeniu, nasza codzienność to plątanina spraw i emocji. To, co mnie wewnętrznie definiuje, to prawo życia w zgodzie z sobą i swoimi wartościami, a nie kogoś innego. Mam pełne zaufanie do profesjonalnych zaleceń medycznych, ufam wiedzy i ekspertyzom naukowców, tylko ich zalecenia mogą nas wszystkich uchronić przed nieszczęściem! Powszechnie dostępną szczepionkę przeciw Covid-19 traktuję jako dobro publiczne, z którego zamierzam naturalnie skorzystać.

Nie ubolewam specjalnie z powodu narzuconych ograniczeń w kontaktach społecznych, także braku bliskości z rodziną. Na szczęście media społecznościowe Facebook, WhatsApp czy Skype, czyli tzw. cyfrowa rzeczywistość umożliwia nam kontakt ze sobą. Sądzę, że ta sytuacja wzmocniła jeszcze bardziej nasze relacje interpersonalne, chociaż najważniejszą wartość stanowią jednak spotkania twarzą w twarz.

Prawdą jest, że na świecie nagromadziło się sporo zła, choć zawsze wydawało mi się, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów i dalej tak uważam. Świat potrzebuje od nas dobra, które tkwi w naszym sercu, musimy kierować się zasadami miłości, wiary i nadziei w stosunku do drugiego człowieka.

Nie skarżę się na los, wierzę mocno w to, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie. Cieszę się z faktu, że jestem zdrowa, że święta spędziłam w domowym ciepełku, a nie w szpitalu, pod respiratorem, w trumnie czy na cmentarzu. W sytuacji pandemicznej nic mi więcej nie potrzeba, żyję według własnego scenariusza w przyjaznym otoczeniu, uwielbiam to, co mnie otacza.

Często słucham refleksyjnej piosenki Johna Lennona „Wyobraź sobie”, którą Państwu dedykuję z okazji Nowego Roku 2021

WYOBRAŹ SOBIE (IMAGINE)

Pomyśl, że nie ma nieba
To przecież proste tak
Pod nami nie ma piekła
Nad głową – tysiące gwiazd.
Wyobraź sobie ludzi
Gdy pokój ogarnia świat
Pomyśl, że nie ma granic
To takie proste…wiesz
Nikt nie zabija za nic
Religii nie ma też.
Wyobraź sobie, że ludzie
Żyją dzisiejszym dniem
Powiesz że to marzenia
Lecz przecież nie jestem sam.
Któregoś dnia staniesz ze mną
Bo to jest nasz wspólny świat
Pomyśl, że nie ma głodu
To łatwe, przecież wiesz
Już nie ma żadnej biedy
Chciwości ani łez.
Wyobraź sobie ludzi
Dbających o cały świat
Powiesz, że to marzenia
Lecz przecież nie jesteś sam
Któregoś dnia staniesz ze mną
Jeden jest nasz wspólny świat.

tłum. Michał Worgacz


Ela Kargol
Ten rok był wyjątkowy, zaczął się dobrze, kończy mniej dobrze. W tym całym “mniej dobrze” jest dużo dobrego. Na wiele rzeczy pozwala inaczej spojrzeć, inne rzeczy docenić. W moim przypadku nie tylko pandemia namieszała.
Gdy zachodziło słońce na czerwono, moja babcia zawsze mówiła, że będzie wojna, albo coś gorszego. Nie zawsze spełniały się przepowiednie babci.
Ta czerwień powstaje z rozproszenia światła na zawieszonych pyłach. Nawet nie wiem, czy to o te smogowe pyły chodzi. Jakby tak było, to im gorzej tym piękniej?


Zbigniew Milewicz
Nie będzie to specjalnie odkrywcze, co napiszę, ale na przekór trendom starałem się nie myśleć za dużo o wirusie, tylko robiłem swoje, czyli żyłem. Jak corona człowiekowi spadnie z głowy, to żyje mu się lżej. Poza tym układałem nowe rymy, ale nawet totalnie niemuzyczne ucho do słowa Biontec dobrałoby “majątek”, a więc faktycznie nie był to dla mnie zbyt odkrywczy rok. Mam nadzieję, że pod tym względem Nowy będzie lepszy, czego i Państwu życzę.

 


Brigitte von Ungarn-Sternberg
Einen Gruß zur Jahreswende!
Das Video hat mich sehr fasziniert, wie man nämlich per Videokonferenz einen ‚Götterfunken‘ erzeugen kann, bzw. Freude.
Wie die das wohl gemacht haben!?!

Ein gesundes, frohes 2021 wünsche ich allen!
Brigitte

Da diese Melodie zur Europahymne geworden ist, kann mit ihrer Aufführung möglichst eine ‚Europabegeisterung‘ neu angefacht werden. Das hat unser Kontinent auch wirklich immer wieder nötig, nämlich dass wir unseren Zusammenhalt stärken.

Die Völker und Nationen in Europa werden immer sie selbst bleiben mit ihrer Sprache, Geschichte und Kultur. Man braucht keine Angst zu haben ein Schmelztiegel oder schlimmer noch ein Einheitsbrei zu werden. Außerdem gab es in allen Jahrhunderten der Geschichte ständig europaweite Entwicklungen zusammen oder auch gegeneinander. Wenn man mit offenen Augen durch europäische Städte geht, kann man das ablesen z.B. in Stadtplanung und Architektur.

Der Dirigent Christian Thielemann hat einmal gesagt, dass er an Beethoven besonders bewundert, dass er niemals aufgegeben hat trotz Taubheit und abnehmender Gesundheit.

Ich glaube, dass das als Energie zu uns über die Musik kommt:

Niemals aufgeben!


Ewa Maria Slaska
I na końcu życzenia i podziękowania ode mnie, Adminki i Redaktorki tego bloga. Dziękuję Wam wszystkim za Wasze teksty, ale jeszcze bardziej za przyjaźń, jaką od Was otrzymuję. Niech ten Nowy Rok 2021 pozwoli nam zachować to, co udało się nam ocalić w minionym roku, czyli właśnie Przyjaźń, Miłość i Solidarność.

Nie damy się!

Als Redakteurin und Administratorin dieses Blogs möchte ich mich bei Euch allen für Eure Texte bedanken, aber vielmehr sogar für die Freundschaft, die ich mit den Texten von Euch bekomme. Ich hoffe, dass das Neujahr 2021 uns erlaubt, dies zu bewahren, das wir vom vergangenen Jahr rübergerettet haben: Freundschaft, Liebe, Solidarität.

Niemals aufgeben!


Ciąg dalszy – Fortsetzung

Z wolnej stopy 27

Zbigniew Milewicz

Generał Patton

Był kontrowersyjną postacią. Żołnierze kochali go jak ojca, przełożeni głęboko cenili, albo nienawidzili. Wśród przeciwników na polu bitwy budził postrach, bo operacje, którymi dowodził, prawie zawsze kończyły się sukcesem.

Urodził się na ranczu Lake Vineyard, niedaleko miasta San Gabriel w Kalifornii, w rodzinie o silnych tradycjach wojskowych. Jego przodkowie walczyli m.in. w rewolucji amerykańskiej, z Anglikami o niepodległość kraju i w wojnie secesyjnej, po stronie konfederatów. W dzieciństwie marzył, by zostać bohaterem wojennym i generałem, czytał książki i opracowania z dziedziny historii oraz wojskowości, ale cierpiał na dyslekcję i najpierw z nią przyszło mu się zmierzyć. Zamiast czterech lat, minęło pięć zanim ukończył akademię wojskową w West Point, później ożenił się z wielką miłością swojego życia – Beą Aeyer, której wielu mu zazdrościło. Była córką bogatego przemysłowca z branży włókienniczej, urodziwa i utalentowana, ale to już nie należy do tej historii.

Na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie w 1912 roku George Patton reprezentował USA w pięcioboju nowoczesnym, zajął w nim piąte miejsce, choć klasyfikacja ta budziła spory, bo w tarczy, do której strzelał nie znaleziono śladu po jednej z kul, więc nie trafił, albo przeszła innym, wcześniej zrobionym otworem. Później jego nazwisko pojawiło się na łamach gazet w związku z kawaleryjską szablą, wzór 1913, którą zaprojektował dla armii amerykańskiej, a kiedy USA postanowiło zdławić rewolucję meksykańską, mającą na celu obalenie reżimów Porfiria Diaza i Victoriana Huerty, zajął miejsce w szeregu, jako adiutant generała Johna Pershinga. Celem wyprawy było pojmanie przywódcy chłopskiej partyzantki, Francisco „Pancho“ Villi. Patton wsławił się zabiciem dowódcy gwardii przybocznej komendanta. Po przystąpieniu USA do I wojny światowej, w jej końcowej fazie, pojechał na front francuski, nadal jako adiutant gen. Pershinga, już w stopniu kapitana. Dostał rozkaz utworzenia pierwszego, amerykańskiego korpusu czołgów i okazało się, że ma duże zdolności organizacyjne, co doceniono kolejnymi awansami. W połowie września 1918 r., w szturmie na St. Mihiel, który był równocześnie chrztem bojowym Amerykanów w tej wojnie, poszedł jako dowódca korpusu na pierwszą linię frontu, gdzie otrzymał z niemieckiego karabinu maszynowego ciężki postrzał w udo, co sprawiło, że zawieszenie broni powitał w szpitalu.

Za zasługi wojenne odznaczono go dwoma ważnymi medalami i po powrocie do kraju znowu pisały o nim gazety. Zaprzyjaźnił się z Dwightem Eisenhowerem, co miało później ogromny wpływ na kariery ich obu, a zawodowo zajął badaniami nad udoskonaleniem możliwości broni pancernej oraz nad taktyką jej używania. Temat był nowatorski, a więc i wyzwanie niemałe, wymagające zmiany starej doktryny wojennej , bazującej na kawalerii i piechocie, a także funduszy, których Kongres nie chciał dać. Kiedy zaczął pisać na ten temat krytyczne artykuły w Infantry Journal i okazało się, że ma również zacięcie dziennikarskie, zagrożono mu sądem wojskowym. Zniechęcony niepowodzeniami wrócił do kawalerii i skupił się na dalszej edukacji; ukończył wyższą szkołę swojej formacji, później z wyróżnieniem kursy dowodzenia oraz sztabowe i tak wyszkolonego oficera wysłano na Hawaje, gdzie poznał gen. Omara N. Bradleya. Tam ponownie zajął się koncepcją rozwoju broni pancernej, Waszyngton po staremu jej nie akceptował i to go coraz bardziej frustrowało. W trakcie swojej służby napisał do Departamentu Stanu o zagrożeniu, jakie może stanowić Japonia, ostrzegając, że Pearl Harbor jest narażone na nagły atak bez wypowiedzenia wojny, który może być przeprowadzony przez samoloty startujące z lotniskowców. Niestety ostrzeżenie to również zignorowano, co później zemściło się na Ameryce.

W 1934 roku, po dziewięciu latach służby na Hawajach, z inicjatywy nowego szefa sztabu amerykańskiej armii, George’a Marshalla, Pattona awansowano na podpułkownika i ponownie znalazł się w kawalerii. Latem 1938 roku awansował do stopnia pułkownika i został przeniesiony najpierw do Fortu Clark w Teksasie, a później do Fortu Myer, gdzie powierzono mu dowództwo pułku. Karta się odwróciła. Kiedy we wrześniu 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, Patton przekonał Kongres o potrzebie stworzenia nowoczesnych oddziałów pancernych. Otrzymał promocję na generała i został dowódcą brygady zmechanizowanej, która wkrótce powiększyła się do rozmiarów dywizji; na jej czele uczestniczył wraz z Brytyjczykami w operacji „Torch“, mającej na celu wykurzenie Niemców, Włochów i ich francuskich kolaborantów z Afryki Północnej (był jednym z głównych planistów tego przedsięwzięcia ). W Afryce powierzono mu dowództwo II Korpusu, rozpuszczonego jak dziadowski bicz; był dobrym przełożonym – surowym, wymagającym, ale sprawiedliwym i tak wytrenował tych żołnierzy, że po krótkim czasie zmienili się nie do poznania.

Po zakończeniu zmagań w Afryce Północnej przyszedł czas na rozpoczęcie kampanii w Europie. Pierwszym celem ataku aliantów była Sycylia, a następnie Półwysep Apeniński. 10 lipca 1943 roku rozpoczęła się operacja “Husky” – lądowanie wojsk amerykańskich i brytyjskich na plażach koło Palermo. Pattonowi powierzono dowodzenie 7 Armią Amerykańską. Z jednostką tą poprowadził natarcie w kierunku Messyny, gdzie miał zamiar znaleźć się wcześniej, niż konkurujący z nim dowódca 8 Armii Brytyjskiej, gen. Bernard Law Montgomery. Patton wygrał swoisty wyścig, docierając do Cieśniny Messyńskiej przed zarozumiałym Brytyjczykiem. To było w jego zwyczaju – pokazać konkurentowi, że jest się lepszym. Podobnie traktował wroga, nieodmiennie z zaskoczenia, zawsze w innym czasie, albo miejscu, niż tamten się tego spodziewał. Dlatego Niemcy najbardziej z przeciwników cenili i obawiali się właśnie jego. Wojaczka była dla Pattona nie tylko obowiązkiem i rzemiosłem, które starał się wykonywać najlepiej, jak umiał, ale była też jego pasją i życiowym celem, pewnie więc dlatego miał w niej tak dobre osiągnięcia. Jak każdy człowiekowi miał również wady, bywał między innymi apodyktyczny i porywczy, zarówno w czynach, jak i słowach, w których nie przebierał. W swoich emocjonalnych i obrazowych przemówieniach do żołnierzy obiecywał im np. regularnie, że w boju będą po szyję unurzani we krwi i flakach, swoich i wroga i tylko od nich będzie zależało, czego wypłynie więcej. Stąd miał wśród podkomendnych pseudonim old blood and guts.

Kiedy więc pewnego dnia w Acate na Sycylii grupa amerykańskich żołnierzy zabiła około 70 niemieckich i włoskich jeńców, jeden ze sprawców powiedział, że zrobił to pod wpływem prania mózgu ze strony dowódcy. Krótko później na lotnisku w Comiso doszło do podobnego zdarzenia i wtedy generał wydał zakaz zabijania jeńców. Z politycznego punktu widzenia gorszy był incydent ze spoliczkowaniem, który zdarzył się później. Generał wizytował jeden z sycylijskich szpitali, w którym leżeli ranni amerykańscy żołnierze; kiedy zauważył pacjenta bez jakichkolwiek zewnętrznych obrażeń i zapytał go, co tutaj robi, tamten odparł, że cierpi na nerwicę okopową. Wtedy Patton się wściekł, wyzwał żołnierza od symulantów i wymierzył mu soczysty policzek. Parę dni później podobna sytuacja powtórzyła się w innym szpitalu, oburzeni lekarze poinformowali o tym prasę i zaczęła się publiczna nagonka na generała. Pod jej wpływem naczelnemu dowódcy alianckich ekspedycyjnych sił zbrojnych, którym był Eisenhower, prywatnie zaprzyjaźniony z Pattonem, nie pozostawało nic innego, jak odebrać mu dowództwo 7 Armii. Był jednak zbyt cennym dowódcą, aby odstawić go na boczny tor, zwłaszcza w przededniu planowanej inwazji na Normandię.

Bezpośrednio przed samą inwazją Pattona mianowano dowódcą fikcyjnej Pierwszej Grupy Armii stacjonującej w południowej części Wysp Brytyjskich. Była to część operacji “Fortitude”, mającej zmylić Niemców, co do rzekomego celu alianckiego ataku na Francję – regionu Pas de Calais. W tamtym czasie o generale ponownie rozpisały się gazety. Miał nieoficjalne wystąpienie w Knutsford, niewielkim mieście w hrabstwie Cheshire, w którym zapytano go, jak wyobraża sobie mapę polityczną świata po zakończeniu wojny. Odparł, że zapewne będzie on rządzony przez Amerykę, Anglię i Rosję. Z niezrozumiałych powodów relacje prasowe z tego wystąpienia pominęły Rosję, Stalin się ciężko obraził i wybuchła afera na skalę międzynarodową. Gdy alianci zaczęli lądowanie w Normandii, Pattona mianowano dowódcą 3 Armii Amerykańskiej, z którą ruszył w szybkim marszu, wyzwalając znaczną część północnej Francji. Z powodzeniem użył zmodyfikowanej przez siebie taktyki blitzkriegu, pokonując ponad 900 km w ciągu zaledwie dwóch tygodni, jednak tuż przed wejściem do Paryża został zatrzymany przez Eisenhowera, aby pozwolić na zajęcie miasta przez francuską 2 Dywizję Pancerną pod dowództwem generała Philippe’a Marie Leclerca. We wrześniu 1944 roku jego 3 Armia dotarła do Metzu w Lotaryngii i tu uwikłała się w ciężkie walki pozycyjne z Niemcami, straty po obydwu stronach były duże.

Pod koniec 1944 roku niemiecka armia przeprowadziła ostatnią wielką ofensywę na froncie zachodnim – operację Wacht am Rhein (Straż nad Renem), w której wzięło udział 29 niemieckich dywizji (łącznie ok. 250 tys. żołnierzy); jej celem było rozdzielenie wojsk aliantów oraz dotarcie do portów Holandii, aby odciąć zaopatrzenie dla przeciwnika w żywność, amunicję i paliwo. Patton jako jedyny z wyższych dowódców alianckich przewidział możliwość takiej ofensywy i dzięki temu jego armia była na to dobrze przygotowana. Niemcy wcześniej dwukrotnie przeprowadzali podobne operacje w tym rejonie: w czasie wojny prusko-francuskiej i I wojny światowej, zawsze udane. Tym razem ponieśli fiasko. W przeciągu zaledwie dwóch dni Patton zmienił oś ataku dwóch korpusów 3 Armii o 90 stopni i uderzył w lewe skrzydło armii niemieckiej, docierając do okrążonych w Bastogne oddziałów 101 Dywizji Powietrznodesantowej.

Pod koniec lutego 1945 roku wojska niemieckie przeszły do obrony i Patton przełamując „Linię Zygfryda”, wkroczył do Zagłębia Saary. W szybkim marszu opanował południowe Niemcy i oswobodził dużą część Czechosłowacji. Planował wyzwolenie Pragi i dotarł prawie na jej przedmieścia, jednak otrzymał od Eisenhowera kategoryczny zakaz dalszego pościgu za wojskami niemieckimi i polecenie cofnięcia się na wysokość Pilzna, gdyż do Pragi wchodziła już Armia Czerwona.

Tak w dużym skrócie wyglądała kariera wojskowa człowieka, który kilka miesięcy później, 21 grudnia 1945 roku zmarł w dziwnych okolicznościach. Minęło 75 lat od tamtego czasu, więc jest okazja, żeby wrócić do sprawy. Po kapitulacji Niemiec Patton miał nadzieję, że otrzyma znowu skierowanie na Hawaje, pozostawiono go jednak w Europie, gdzie został gubernatorem wojskowym Bawarii. Jego zadaniem było odbudowanie tego regionu, jednak szybko popadł w konflikt politycznym z przełożonymi. Zdaniem Pattona oficjalna polityka denazyfikacji była błędem, uważał, że nie powinno się automatycznie wykluczać z życia publicznego wszystkich osób, które należały do partii nazistowskiej. Skoro gość był jakimś zwykłym pionkiem w NSDAP i znał się przede wszystkim dobrze na wodociągach, to powinien dalej w nich pracować, a nie iść w odstawkę – mawiał, dodając, że w Stanach Zjednoczonych obywatele czasami zostają członkami partii demokratycznej czy republikańskiej tylko po to, aby ułatwić sobie dalszą karierę zawodową, a nie ze względów ideologicznych. Media podchwyciły jego słowa i doniosły, że Patton porównuje demokratów i republikanów do nazistów. Kiedy oburzona opinia publiczna zażądała ukarania oszczercy, Eisenhower przeniósł Pattona do grupy wojskowych, zajmujących się pisaniem oficjalnej historii II wojny światowej, ale ten już do niej nie dotarł.

9 grudnia 1945 roku jego cadillac, którym jechał w Niemczech na pożegnalne polowanie, zderzył się z amerykańską ciężarówką wojskową i w wypadku ucierpiał mocno tylko on. Zmarł w szpitalu w Heidelbergu. O bliższych okolicznościach śmierci generała, jego innych poglądach politycznych i rozmaitych spekulacjach, łączących jedno z drugim, napiszę za tydzień, jeżeli oczywiście dożyję.

Z wolnej stopy 26

Zbigniew Milewicz

Gwiazdka króla Jana

Nie pamiętam już, jaką książkę w życiu przeczytałem samodzielnie jako pierwszą, ale cieszyłem się z każdej, którą dostałem w prezencie. Książkowe upominki należały kiedyś do standardów dobrego smaku, otrzymywało się je z okazji urodzin, imienin i pod choinkę, zwykle papier był kiepski, poligrafia nie dorównywała dzisiejszej, ale to była jedyna przepustka do kolorowego świata fantazji. Telewizji jeszcze w Polsce nie mieliśmy, do kina dzieci chodziły od święta, więc w wolnym czasie kopało się piłkę, albo czytało, wolałem to drugie. Przygody Kubusia Puchatka A.A. Milne´a stały na etażerce z książkami w mieszkaniu mamy, przy Wolności w Chorzowie, obok Słówek Boya-Żeleńskiego, wierszy Tuwima, Gałczyńskiego, a rozczytywał się w nich głównie mój ojczym, Stefan. Chętnie je czytał na głos lub recytował, na przykład po niedzielnym obiedzie, na którym bywali czasem zaproszeni goście; czytał i śmiał się z innymi dorosłymi z dialogów Krzysia i jego przyjaciół ze stumilowego lasu, a ja zastanawiałem się w duchu, co ich tak bawi. Dopiero jak sam dorosłem, zrozumiałem, że Milne pisał książki dla dzieci, które najbardziej docenić potrafią ich mamy i ojcowie.

Kiedy moja córka Ania dostała ode mnie w prezencie, na któreś swoje naste urodziny, Alicję w krainie czarów Lewisa Carrolla i później zapytałem ją, czy książka jej przypadła do gustu, odparła, że średnio. Spodobała jej się dopiero, kiedy sama została mamą. Oczywiście, dając komuś prezent, nigdy do końca nie wiemy, czy nie będzie to totalne pudło, dlatego mam dla Was w świątecznym upominku, do wyboru, dwa wiersze Alana Alexandra Milne´a, z kilkakrotnie już w tym blogu cytowanej Księgi Nonsensu Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego. Obydwa pochodzą z rozdziału Wyższe sfery i wyobraźni Czytelników pozostawiam, czy mają one jakiś przypadkowy związek z naszą rodzimą szopką polityczną.

Gwiazdka króla Jana

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Spostrzegłszy go, przechodnie
szli nadal bardzo godnie,
Jak gdyby nigdy nic.
A Jan rumieńcem płonął
Pod ciężką swą koroną
I pot mu spływał z lic.

Omijał pałac każdy człek,
Nawet z kulawą nogą pies,
Choć kucharz pyszne pączki piekł
i mnóstwo smakowitych bez.
Więc kiedy przyszła gwiazdka,
Król zjadał wszystkie ciastka
A gdy się poczuł źle
Zwykł czytać uroczyście
Życzenia list po liście
(Sam przedtem nadał je).

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Nawet Mikołaj stary
Roznosząc swoje dary
I taszcząc pełny wór,
Choć wszędzie, wszędzie wstąpił,
Choć darów swych nie skąpił
Omijał Jana dwór.

Raz, kiedy pałac tonął w mgłach
I słychać było wichru gwizd,
Król potajemnie wszedł na dach
I do komina przybił list.
“Jeżeli M. się głowi,
Co przynieść ma królowi,
Niech wie, że może kłaść
Do worka marcepany
Orzechy, nóż składany.
A zwłaszcza piłkę. Jaś.”

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Więc czuwał całe doby
I myślał sobie: “Oby
Nareszcie przyszedł M.!”
A potem się rozpłakał
I rzekł: “Dla takich zakał,
Jak ja – nic nie ma, wiem!

Słodyczy żadnych nie chcę już,
Bananów też wyrzekam się
I zbędny mi składany nóż.
Jednego tylko – piłki chcę!
Jeżeli dziś przy święcie,
Dostanę ją w prezencie
(Tak mówił Jan przez łzy)
To składam ślubowanie,
Że król od dziś przestanie
Być taki bardzo zły.”

Przez okno wyjrzał Jan na świat
I spostrzegł chłopców chyba stu,
“Ach, jakże – myślał – byłbym rad,
Gdyby choć jeden przyszedł tu””
Pląsają sobie wkoło,
Beztrosko i wesoło,
Nie skarżąc się na los,
A Jan rozpacza i łka,
Gdy nagle wpada piłka
I trafia go w sam nos!

Jan myślał wpierw, że pewnie śnię,
Lecz nos bolący nie jest snem,
Więc krzyknął: “To na pewno mi
Przysyła w darze zacny M.!”

I odtąd tak się zmienił;
Że wszyscy są zdumieni,
– Spotkałem go w tych dniach
Zupełnie przypadkowo
I mogę dać Wam słowo:
Jaś grzeczny jest aż strach.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEMZWYCZAJNY chcę!”

A więc chciałoby się życzyć tym u władzy: myślcie o jutrze, zanim wam kto nosa utrze. Niestety na ogół o nim nie myślą zawczasu, dlatego pisze się takie wierszyki, albo robi rewolucje.

Z wolnej stopy 25

Zbigniew Milewicz

Marynarskie Tango

Jeszcze jeden kurs na Mariacką (dwa poprzednie były TU i TU), a to z powodu różnych oryginałów, którzy tam mieszkali, lub bywali i miejsc. Ludzie nadają miejscom charakter, na przykład bar, który mieścił się przy Mariackiej 3 i nazywał Pod Trójką, gromadził typy ze śródmiejskiego półświatka. Tam przychodzili złodzieje, paserzy, sutenerzy ze swoimi kobietami, ale także zwyczajni ludzie, którzy chcieli napić się taniej wódki, bo na droższy lokal nie było ich stać. W ramach PRL-owskiej kampanii o wzrost kultury spożycia alkoholu, w lokalach gastronomicznych trzeba było charę zakąszać, obowiązywały określone normy; na jedną pięćdziesiątkę przypadał o ile pamiętam co najmniej koreczek serowy, albo pół jajka na twardo, ale ser był trochę tańszy i jak się wchodziło do baru, to jechało gołdą w płynie i naturze, a w powietrzu można było zawiesić siekierę, bo wszyscy palili. Nie pamiętam, żeby stały tam stoliki z krzesłami, jak w restauracji Fahrenbruch, która była w tym miejscu w czasie okupacji. Chyba konsumowało się tylko na stojąco. Z powodu częstych, pijackich awantur i bijatyk Trójka miała wśród katowiczan ogólnie złą opinię.

Lepsze towarzystwo przychodziło do dawnego Savoyu, naprzeciw mordowni, który stał się restauracją Hungaria, wyspecjalizowaną w wybornych daniach węgierskich dla smakoszów. Dla niej w swoim czasie ułożyłem wierszowane jadłospisy, do rysunków malarki Heleny Goldy-Błachut, mojej dobrej koleżanki z Tychów. Jadłospisy stale trzeba było dodrukowywać, ponieważ klientela restauracji regularnie zabierała je sobie do domu na pamiątkę, z czego wniosek, że takie zupełnie nieskazitelne to towarzystwo nie było.

Swoją klientelę miała kawiarnia hotelu Śląskiego, pod numerem 15, działającego w miejscu dawnego Europejskiego. Zachodzili tam m.in. ludzie znani z katowickich scen, artyści plastycy, dziennikarze i ładne pielęgniarki z kliniki przy pobliskiej Francuskiej. Kiedy była żona reżysera Janusza Kidawy została moją narzeczoną i siedzieliśmy, jak ta para gołąbeczków, przy stoliku, znienacka zjawił się On z groźną miną i butelką szampana. Wycelował korek najpierw w Elżbietę, później we mnie, ale nikogo nie zastrzelił, bo trunek był mocno zmrożony. Opowiedział mi niedawno Bogdan Kułakowski, o którym pisałem w poście Fotopstryk nieuleczalny, że po wojnie w budynku pod Piętnastką działał Urząd Bezpieczeństwa z aresztem, gdzie przetrzymywano przez jakiś czas jego przyjaciela, Jacka Cieszewskiego. Tym sposobem dowiedziałem się, gdzie pewnego dnia wylądował również mój ojciec Edward.

Towarzysko najmocniej kojarzy mi się ta ulica z rodziną Hocków, przyjaciół mamy, u których bywaliśmy “w gościach” jeszcze w moich czasach studenckich, kiedy przyjeżdżałem z Krakowa do domu. Mieszkali na poddaszu kamienicy, gdzie był bar Pod Trójką – Maks, kierowca miejskich autobusów z żoną Agnieszką i dziećmi, Ewą i Heńkiem. Maks, pogodny gaduła, kiedy Agnieszka przygotowywała dla nas kolację, chwalił się, jak podrywają go pasażerki w pracy, albo opowiadał, co ostatnio wypatrzył przez lornetkę w pokojach Savoyu, który miał akurat naprzeciw swojego domu. Hotel oficjalnie już nie działał, ale jak parom rozgrzanym węgierskimi potrawami zbierało się na miłość, to za odpowiednią opłatą można było dostać klucz do któregoś z apartamentów na górze. Korzystały z nich również luksusowe kurtyzany* i forsiaści prywaciarze, których w ówczesnych Katowicach też nie brakowało. Żona Maksa znała jego opowieści na pamięć, ale nie chciała psuć nam przyjemności słuchania i dyplomatycznie udawała, że słyszy je po raz pierwszy.

Jak sobie wypił, nieodmiennie przypominała mu się wojna. O swojej służbie w Wehrmachcie mówił niechętnie, za to, jak w Normandii uciekł do pancerniaków generała Maczka, mógł godzinami. Robiło się muzycznie; brał do ręki dwie, trzy łyżeczki i wybijając nimi rytm, przy akompaniamencie mojej gitary, śpiewał Marynarskie tango, które wszyscy żołnierze w dywizji znali na pamięć.

Nigdy nie dowiedziałem się, co mieli wspólnego czołgiści z marynarzami, ale piosenka była taka rzewna, że często Maks się przy niej rozklejał i nie było człowieka przy stole, żeby mu nie wtórował przy refrenie. Był w dywizji, kiedy pod koniec wojny, pod Łukiem Tryumfalnym w Paryżu, generał Stanisław Maczek za swoje wojenne zasługi został odznaczony Komandorią Krzyża Legii Honorowej. Generał pozostał na Zachodzie, Maks wrócił do Polski, ale czy dobrze zrobił, tego nie był pewien.

Różni ludzie siadywali przy gościnnym stole Hocków. Agnieszka świetnie gotowała, na jej krupnioki, żurki i bogracze przychodził owdowiały profesor matematyki z sąsiedztwa, młoda niewidoma, którą zawsze przyprowadzał i odprowadzał Heniek, do tego Cygan ze złotymi zębami, zwany Jasiem-Urke, bo był zawodowym złodziejem i czasem pewien małomówny malarz, chyba w moim wieku. Nie wiem, jak się nazywał, ale dziś myślę, że to mógł być Jerzy Duda-Gracz, który w tamtym czasie studiował sztuki piękne w Katowicach. A więc przychodzili ludzie z różnych środowisk, nie tylko po to, aby zjeść i wypić, ale także żeby pobyć ze sobą, pośmiać się, ponarzekać, wymienić myśli. Wówczas nikt nie musiał się zapowiadać z wizytą, w gości szliśmy z marszu, spontanicznie. Nawiedzaliśmy się wzajemnie, żeby pożyczyć soli, albo cukru, podzielić swoimi problemami i radościami i tak było również u Hocków. Czasami Agnieszka miała w spiżarni tylko domowy smalec ze spyrką i ogórki, albo wodzionkę na blasze, ale zawsze czas i życzliwość dla ludzi, którzy przechodzili przez jej próg.

Profesor z niewidomą dziewczyną nieodmiennie dyskutowali o astronomii, zwłaszcza jak pamiętam o Drodze Mlecznej, Jasiu i Maks mieli swoje sekrety, wymieniane grypserą, moja mama plotkowała z Agnieszką w kuchni, ja brzdąkałem na gitarze, którą wtedy wszędzie ze sobą woziłem, a malarz wszystkiemu się tylko przyglądał. Najweselej było, kiedy wpadali dwaj lalkarze z dziecięcego teatru Ateneum przy Wieczorka, zwykle już pod dobrą datą i naśladowali różne głosy – zwierząt, dzieci, starzyków, albo wymarzonego do żartów Władysława Gomułki i sypali teatralnymi anegdotami, jak z rękawa.

Dla mnie był to rodzaj salonu artystycznego, który niestety nagle i nieoczekiwanie chyba dla wszystkich jego gości zakończył swój żywot. Agnieszka z Maksem rozwiedli się. Maks wyjechał do RFN, a jego żona i dzieci przeprowadziły się do innego mieszkania. Po latach, kiedy już pracowałem w Wieczorze, Maks ni stąd ni zowąd odwiedził mnie w redakcji. Postarzały, jakby niższy niż kiedyś, ale nadal jak zwykle pogodny. Powiedział, że mieszka w Hamburgu, prowadzi nocny lokal i materialnie wiedzie mu się dobrze, ale zamierza wszystko zlikwidować i wrócić do Polski, bo jednak tutaj jest jego miejsce. Znalazł parcelę gdzieś na granicy Katowic i Chorzowa, niedaleko Stadionu Śląskiego, tam się wybuduje i zamieszka. To było parę miesięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce; więcej już go nie zobaczyłem. Raz do mnie jeszcze zatelefonował, powiedział, że wszystko idzie zgodnie z planem, tylko musi dbać o swoje zdrowie, bo jest na insulinie. Później, kiedyś spotkałem w Katowicach Jasia-Urke, który powiedział mi, że Maks wybudował ten dom i niedługo po tym zmarł. Agnieszki też już nie było, odeszła wcześniej; ułożyła sobie życie z kimś innym, ale wykończył ją rak, a Ewa i Heniek wyjechali do Niemiec.

Tyle o Mariackiej i ludziach, których tam znałem. Na zakończenie powiem tylko, że ta ulica i jej okolice przyciągają artystów z bliska i daleka. Na wielu domach, od ich zaplecza, na tak zwanej Mariackiej Tylnej, od lat widnieją ciekawe instalacje i murale, a wciąż powstają nowe. Zresztą popatrzcie Państwo sami.

* Jedną z tych pań była słynna pięćsetka, warta odrębnego wpisu. Niestety brakuje mi szeregu informacji na jej temat, jeżeli więc żyje jeszcze ktoś, kto pięćsetkę znał, bodaj z opowieści, to bardzo proszę o kontakt.

Z wolnej stopy 24

Zbigniew Milewicz

Dalszy ciąg opowieści o i z ulicy Mariackiej w Katowicach. Odcinek 1 TU.

W cenzurze

Urodziłem się niedaleko tej chacharskiej ulicy, w kamienicy przy Starowiejskiej, o czym już pisałem kiedyś, w swoim cyklu rodzinnym W górę rzeki. W kościele Mariackim zostałem ochrzczony, ale na tym na razie skończyły się moje katowickie dzieje, bo niebawem dostałem nowy, chorzowski adres, w domu dziadków. Do Katowic wróciłem oficjalnie dopiero w 1969 roku, w związku z moją pierwszą pracą po studiach; to był Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który mieścił się przy ulicy Mariackiej 1. Przepracowałem w nim mniej więcej rok i w tym momencie trzeba byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze odpowiem, że nie wiem. Dobrze pamiętam natomiast, że po odsiedzeniu w Krakowie wyroku za Marzec 68 niełatwo mi było znaleźć pracodawcę, który chciałby mnie zatrudnić i dopiero Kazimierz Dworecki to zaryzykował. Naczelnika katowickiej cenzury znał prywatnie ktoś z kręgu znajomych mojej mamy, poręczył za mnie i tym sposobem wylądowałem w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury.

Zatrudniono mnie na stanowisku praktykanta i zgodnie ze zwyczajami panującymi pewnie w całym świecie, powierzono różne podrzędne roboty, takie jak odkurzanie i segregowanie akt, przesuwanie biurowych mebli, albo pilnowanie dalekopisu, który stale drukował jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy szefostwo nabrało do mnie pewnego zaufania, dostałem dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. Byłem najmłodszy w tym kilkunastoosobowym zespole i trudno było nie pójść po flaszkę, jak ktoś jej potrzebował. A pili w urzędzie w czasie służby prawie wszyscy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie, tylko Olek Ochenkowski nie mógł, bo prowadził służbowe auto.

Naczelnik Dworecki wódki nie lubił. Na emigracji we Francji, czy też w Belgii rozsmakował się w winach i niekiedy chodziłem po nie do delikatesów, gdzie zaprzyjaźniona z urzędem kierowniczka zawsze trzymała pod ladą odpowiedni zapasik. Przynosiłem mu dwie, trzy butelki i dziwiłem się w duchu, jak on może pić taką glicerynę, bo gustował w ciężkich, słodkich winach. Był to ludzki szef, zawsze pytał, czy nie mam ochoty na szklaneczkę i czasami dotrzymywałem mu towarzystwa. Przez chwilę, bo nie chciałem przeszkadzać mu w pracy, ani w rytuale samotnej degustacji trunku. Jak się przynosiło wódkę, to później biegły też musiał łyknąć, tylko mnie ciepła gorzała opornie przechodziła przez gardło, zwłaszcza bez zagrychy. Miła sekretarka Trudzia starała się więc zawsze coś wyczarować kulinarnie, a to śledzika, czy jajeczko, albo przynamniej kawałek ciasta i tym sposobem nauczyłem się pić, jak normalny człowiek. Tak to określał Dzidek Pietrzycki, który był najbardziej elokwentny w naszym zespole i poza urzędem miał niezliczone fuchy w postaci wykładów z marksizmu-leninizmu dla mas pracujących. Sączył czystą ze szklanki jak wodę, drobnymi łykami z miną olimpijskiego boga raczącego się nektarem, a Staszek Zaród potrafił łyknąć na raz setkę, ale w tym nawet nie próbowałem im dorównać. Tylko z pierwszą dawką alkoholu zawsze mieli kłopoty; grubawy Dzidek, który wił na swojej łysinie misternego ślimaka z resztek włosów, dławił się zawartością szklanki, jak gęś karmiona kluskami. Purpurowiał na twarzy i pocił się, płyn kilkakrotnie wracał, ale Dzidek zawsze w końcu go połknął. Staszek przechodził mniejsze męki, jako były partyzant wiedział, że z wrogiem nie należy się cackać.

Pierwszy pochodził z Ostrowca Świętokrzyskiego, drugi z Zagłębia Dąbrowskiego. Staszek Zaród, najniższy wzrostem, w urzędzie miał najwyższe notowania jeżeli chodzi o pracowitość w referacie prasy i był ogólnie lubiany za pogodny charakter, koleżeństwo i smakowite pieczonki, które urządzał dla nas na swojej działce w Gołonogu. Komunista z przekonania, jako młody chłopak walczył z Niemcami w szeregach Batalionów Chłopskich, albo Gwardii Ludowej. Był również zawołanym akordeonistą i chętnie nam przygrywał w czasie tych biesiad, najczęściej Samotną harmonię, Spoza gór i rzek, albo Na strażnicy.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono mnie dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie. Wtedy zagoniono mnie również do prawdziwej roboty, czyli do czytania szczotek drukarskich gazet i czasopism oraz książek, które czekały na wydanie. Działy prasy i publikacji miały najwięcej zadań i odpowiedzialności; największy luz był w widowiskach, którymi jednoosobowo zajmował się Dzidek i udało mi się go przekonać, że potrzebuje asystenta. W urzędzie spędzałem od tej pory mniej niż połowę roboczego dnia, resztę czasu zajmowały generalne próby sztuk w śląskich teatrach i wszelkich innych imprez kulturalnych, które cenzor musiał obejrzeć i zakwalifikować. Jako praktykant o niczym samodzielnie na ogół nie decydowałem, ale nie pamiętam poważniejszych ingerencji. U większości twórców działał mechanizm autocenzury, sami wiedzieli, na co mogą sobie w swojej twórczości pozwolić. Poza tym wcześniej czytaliśmy z Dzidkiem scenariusze przedstawień, ewentualne uwagi konsultowało się z autorami, lub reżyserami, którzy nanosili sugerowane zmiany w tekstach, albo korygowali interpretację i spektakle mogły się odbywać. Niemniej byliśmy dla nich klasycznym wrzodem na tyłku (proszę, jak działa autocenzura ) i to trzeba było przyjąć po męsku.

Najmilej wspominam przedpremierowe przeglądy filmów i próby variete, prowadzonego przez muzyczną gwiazdę – Marię Artykiewicz, z dopiero raczkującym na Śląsku stripteassem, gdzie raz osobiście rozpinałem czeskiej tancerce biustonosz. Kiedy zapytałem Dzidka, w co cenzor może ingerować w tańcu erotycznym, odparł, że w obrazę poczucia moralności widza. Biust tancerka mogła pokazać, ale majtki wolno jej było ściągnąć ewentualnie dopiero przy zgaszonych reflektorach na scenie. Opowiedział mi, że kiedyś stripteasserka miała na osobistej bieliźnie wydrukowaną flagę amerykańską i wtedy musiał zaingerować politycznie. Kazałem jej wszystko z siebie zdjąć, w Polsce nie ma miejsca dla wrogiej propagandy – uzasadnił. Nie wiedziałem, czy mówił prawdę, czy żartował, bo lubił.

Dziegciu do tego miodu dołożyłem sobie sam, na nocnym dyżurze w drukarni na Liebknechta, który dostałem w zastępstwie za chorego kolegę. Puściłem szpunta na sportowej stronie Trybuny Robotniczej o trzecioligowym meczu piłkarskim, którego powinienem był wywalić, bo jedna z drużyn reprezentowała barwy utajnionego w cenzorskich zapisach klubu wojskowego. Wrogi, zachodni szpieg mógł przeczytać tę informację i wydedukować, że w podanej miejscowości stacjonuje jednostka wojskowa, więc naraziłem system obronny Układu Warszawskiego na straty i musiałem ponieść za to konsekwencje. Naganę służbową na piśmie sporządził osobiście nowy naczelnik WUKPPiW, towarzysz Imielski, ponury aparatczyk z Sosnowca. Zastąpił mojego protektora, który naraził się czymś wojewódzkiej nomenklaturze i poszedł na boczny tor. Edward Gierek, z którym Dworecki znał się osobiście, nie użył swoich wpływów, żeby tę decyzję zmienić.

Na domiar złego prywatnie podłożyłem się nowej władzy, recytując w urzędzie fragmenty słonego Alfabetu Studenckiego. To było na moich urodzinach, które odprawiałem po pracy w pokoju konferencyjnym. Mój dobry kolega, Wicio Bieńkowski, z którym później spotkałem się znowu w Dzienniku Zachodnim, lubił po kieliszku recytować różne perełki z polskiej, klasycznej poezji. M.in. Maraton Kornela Ujejskiego, za którym przepadałem; robił to świetnie, a kiedy skończył i dostał od nas zasłużone brawa, dałem czadu na zupełnie inną nutę:

Armia nasza jest zwycięska
Alfons jest to k…. męska

Jakby tego było za mało, przy literze C, zaimprowizowałem:

Cygan w kartach lubi bujać
Cenzor to jest kawał h…

Naczelnika Imielskiego nie było przy tym, ze względu na wrzody żołądka unikał zakrapianych przyjęć i zabraniał picia na służbie, ale ktoś mu doniósł, że miały miejsce szkodliwe wypowiedzi. Nowy szef nosił imię Alfons i wziął tę moją recytację osobiście do siebie. Do tego przy literze C pokalałem własne gniazdo i nie pozostało mi nic innego, jak poszukać sobie nowego. Ciągnęło mnie do świata artystycznego, a wtedy akurat wakowało miejsce kierownika Organizacji Widowni w Teatrze Śląskim, ale to już temat na kiedy indziej. Jeszcze nie jestem gotów z Mariacką.

Z wolnej stopy 23

Zbigniew Milewicz

Mariacka 5

Kiedy we wrześniu 2020 roku znalazłem w sieci informację, że pod katowickim kościołem Mariackim w Katowicach jakaś młoda para w biały dzień odbyła stosunek płciowy (co ilustrowało odpowiednie zdjęcie), przyjąłem to krytycznie, ale bez wielkiego zdziwienia. Ulicy Mariackiej zawsze towarzyszyły jakieś obyczajowe skandale. Ich wyzwalaczem zwykle był alkohol, który lał się strumieniami w miejscowych knajpach i melinach, bardzo licznych na tym krótkim trakcie. Za czasów PRL-u, z których go pamiętam, była to dosyć chacharska ulica, choć miała ciekawe komisy odzieżowe, sklepy z antykami i miejsca, gdzie dobrze karmili. W opowieściach starych katowiczan wyglądała ona jednak kiedyś dużo korzystniej.

Została zabudowana w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XIX wieku, według planu Nepilly`ego, na długości 378 metrów, na wschód od pobliskiego Rynku – między dzisiejszą ulicą Dworcową i kościołem p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP, który wzniesiono w roku 1870. Ulicy nadano imię Richard Holtzestraße, na cześć przewodniczącego ówczesnej Rady Miejskiej Katowic, obchodzącego wtedy dwudziestopięciolecie pracy w zawodzie lekarskim.

27 stycznia 1901 w domu przy Holtzestraße 18 urodził się Willy Fritsch − jedna z najważniejszych gwiazd dawnego kina niemieckiego. Przed I wojną światową pod numerem 4−6 założono elegancki hotel Savoy. W restauracji hotelu, 20 czerwca 1922, na uroczystym śniadaniu spotkali się przywódcy III Powstania Śląskiego Wojciech Korfanty i Józef Rymer z generałem Stanisławem Szeptyckim, przyszłym ministrem spraw wojskowych II RP. Wtedy był to już adres przy ulicy Mariackiej. W dwudziestoleciu międzywojennym przy ulicy swoją siedzibę miały m.in. Bank Śląski – Banque de Silésie SA, hotel Europejski, winiarnia Kessel Juliusza Grundmanna, z dancingiem i pięknym, letnim ogródkiem od strony ulicy Francuskiej, restauracja Józefa Adamaszka, wytworna cukiernia Astoria Walentego Rybki, konsulat Brazylii, redakcje różnych czasopism oraz biura znanych instytucji przemysłowo-handlowych i powierniczych. Na rogu ulic Mariackiej i Dworcowej, obok Astorii, zlokalizowany był początkowy przystanek linii atobusowej Katowice − Sosnowiec, uruchomionej we wrześniu 1925 roku. W dwudziestoleciu międzywojennym na ulicy Mariackiej pojawiły się również damy uprawiające najstarszy zawód świata; głównie były one zainteresowane bogatą klientelą hotelu Europejskiego, usytuowanego na rogu z ul. Stanisława, ale można je było spotkać również koło Savoyu, a nawet pod cukiernią Walentego Rybki, która za niemieckich czasów nazywała się Kaiser Cafe. Były to podobno panie bardzo atrakcyjne, takie bardziej salonowe kurtyzany, niż pospolite prostytutki, do tego drogie w pozysku, na które zwykły zjadacz chleba nie mógł sobie pozwolić, ale po drugiej wojnie światowej to się zmieniło na gorsze. Jeżeli chodzi o te panie, bo ceny zrobiły się bardziej ludzkie.

Na stronie internetowej ulicy (mariacka.eu) czytamy:

„Przed wojną była to piękna i reprezentacyjna ulica miasta, gdzie mieściły się eleganckie lokale i siedziby wielu ważnych instytucji. Po drugiej wojnie została zasiedlona przez lokatorów z tzw. półświatka i zyskała bardzo złą opinię. Powstał nawet swoisty azyl dla kobiet lekkich obyczajów, gdyż jedynie na tej ulicy nie były one karane za prostytucję. Kobiety porządne wiedziały, że nie wolno spacerować prawą stroną Mariackiej zbyt opieszale. Zaraz nawijał się klient, najczęściej w aucie, odchylał szybę i pytał: „Ile bierzesz?” Na Mariackiej zawsze był najtańszy sort w Katowicach. Miały po 40 i 50 lat albo na tyle wyglądały. Zniszczone, niezadbane. Przyjmowały pod piątką w pokoju od frontu i w oficynie.”

Przy Mariackiej 5 faktycznie funkcjonował kiedyś tani burdel. Stąd na Śląsku znane było powiedzenie: Mosz chynć, to idź na Mariacko piynć. Dziś na parterze tej zabytkowej kamienicy, w miejscu dawnego antykwariatu Desy, mieści się pub Lorneta z Meduzą, bo Mariacka się w ostatnich latach znowu zmieniła. Nie ma już ruchu kołowego i powstał ładny deptak z mnóstwem różnych barów, piwniczek, kawiarń i ogródków letnich, ogrzewanych zimą, gdzie można się kulturalnie zrelaksować po pracy, albo nużących wykładach na uczelni. Tylko po piątej lornecie, albo siódmym kuflu ta kultura odpryskuje, jak źle położony lakier z samochodowego błotnika i wtedy ludzie robią różne niemądre rzeczy. Lokatorzy domu przy ul. Mariackiej 5 skarżą się, że często nad ranem, kiedy zamykają pub, jego goście dzwonią domofonem do ich mieszkań i bełkoczą, że mają chęć.

Niemożliwe, żeby to byli dawni klienci burdelu, tak długo libido nie żyje, może więc są to ich synowie, wnukowie, albo nawet prawnukowie, którzy w schedzie po swoich ojcach odziedziczyli ten adres. Dawni klienci byli zadowoleni z cen oraz jakości usług i czasami taka laurka żyje dłużej niż laureat. A więc, mili panowie, radzę uważać na Mariackiej, zatrute strzały Amora latają tam gęsto, a porządnym kobietom mogę tylko doradzić, żeby na wszelki wypadek chodziły lewą stroną, tak szybko, na ile potrafią. Może również dobrze byłoby, gdyby proboszcz miejscowego kościoła odprawił na Mariackiej stosowne egzorcyzmy, nie wiadomo, czy pomogą, ale na pewno nie zaszkodzą. O tej ulicy jeszcze będzie, w przyszłym wpisie.

Z wolnej stopy (22)

Zbigniew Milewicz

Urzędowy savoir vivre – rocznik 1922

Pozostaję w latach międzywojennych. Urzędnicy, o których wspominałem we wpisie dwa tygodnie temu, mieli w II RP wysoki status społeczny. Od ich różnych decyzji zależały często losy i byt zwykłych obywateli, dlatego zapobiegliwi wydawcy różnych poradników książkowych starali się oswajać ten skomplikowany świat paragrafów i kto umiał czytać oraz pisać, ten mógł z nich skorzystać.

W drugiej połowie lat 70, myszkując po archiwum jednego z urzędów miejskich na Śląsku, natrafiłem przypadkiem na Podręcznik do nauki pisania pism urzędowych, pióra P. Zychowskiego, wydany nakładem autora w Poznaniu, w roku 1922. Książka leżała na stosie papierów, przeznaczonych na makulaturę, najwyraźniej zaglądano do niej bardzo często, ale była kompletna i kierownik działu nie miał nic przeciwko temu, żebym ją sobie przywłaszczył. W domu okazało się, że natrafiłem na ciekawy dokument epoki sprzed ponad pół wieku, odzwierciedlający obowiązujące wówczas normy językowe, prawne i obyczajowe, o czym później napisałem:

…Do pisania używa się czarnego atramentu, pisać należy czysto, starannie i czytelnie. Żadne pismo nie wygląda gorzej, niż pismo niedbałe, zwłaszcza na pobrudzonym i pomiętym skrawku papieru. Trzeba się postawić w położeniu odbierającego i pomyśleć, czy byłoby nam miło ślęczeć nad otrzymanem pismem, odcyfrowywać mozolnie litery i odgadywać właściwe znaczenie wyrazów, które się dwojako odczytać dadzą. Papier nie powinien być poplamiony. Dlatego dobrze jest umyć przed pisaniem ręce, gdyż nieraz i pot u rąk wystarcza, aby papier potłuścić. Zasypywania piaskiem trzeba ile możności unikać; jeżeli się go zaś używa, trzeba piasek dobrze strzepać. (…)

W każdem piśmie okazywać trzeba grzeczność, która jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Oczywiście, jak każda przesada, tak też i grzeczność przesadzona ma w sobie mniej szczerości, a więcej śmieszności. W zażaleniach wystrzegać się trzeba wszelkich wyrazów obelżywych, ordynarnych wyzwisk, wymyślań, gdyż łatwo można popaść w konflikt z prawem, które w takich razach przewiduje nawet surową karę. Chybi jednak ten, ktoby dla pozyskania względów władzy pragnął użyć do pisania powabnego papieru kolorowego i może go nawet chciał naperfumować. Ta forma jest w pisaniu urzędowem obcą i treści pismu nie doda. (…)

Na początek wzór podania do prezydenta państwa o ułaskawienie od kary więziennej:

Wierząc w wielką dobrotliwość Pana Prezydenta, okazywaną skruszonym winowajcom, ośmielam się udać do niego z prośbą o uwzględnienie następującej sprawy: Wyrokiem tutejszej izby karnej z dnia 5 maja t.r. skazany zostałem za popełnienie napadu na… miesięcy więzienia. Wyrok ten głęboko mnie dotyka, aczkolwiek przyznaję się zupełnie do winy, za którą od czasu popełnienia jej ciężko żałuję. Nie tylko splamiłem moje sumienie i honor uczciwego człowieka, ale niemniej widzę przed sobą okrutną przyszłość, jeśli się do więzienia dostanę. Nigdy dotąd nie byłem karany i gdyby nie rozpaczliwa nędza, która mnie już od długich tygodni męczyła, nigdy nie byłbym się odważył na cudze mienie i osobę. Jak ja teraz będę mógł stanąć w obliczu mojej żony i pięciorga drobnych dzieci, które we mnie widzą swego kochanego ojca i opiekuna?

Najpokorniej przeto proszę, ażeby Pan Prezydent Państwa darować mi raczył wymierzoną karę w drodze nieocenionego ułaskawienia, albo ażeby Pan Prezydent Państwa raczył złagodzić karę na mniejszą. Podpis: Ignacy Biesik, robotnik mieszkający w Poznaniu, Górna Wilda 8. (…)

Gdyby taki Ignacy Biesik nie był dajmy na to włamywaczem, ale nożownikiem, który ze swymi koleżkami o mały figiel nie wysłał na tamten świat pewnego posterunkowego, to poszkodowany, w trosce o własne zdrowie, tak winien prosić swych zwierzchników o przeniesienie go za biurko:

Przed dwoma laty stoczyłem z szajką bandytów, którzy włamali się do obory gospodarza Józefa Chamca w…. i skradli dwa barany, ciężką walkę, podczas której otrzymałem kilka pchnięć nożem w ramię i w bok. Pan Starosta złożył o tem szczegółowe sprawozdanie. Chociaż rany krótko potem się zagoiły, czuję jednak stale, mianowicie podczas uciążliwej służby, że ręka moja jest nieuleczalnie uszkodzona i boleśnie mi słabnie. W ostatnim czasie, a przede wszystkim w czasie słoty, nie mogę sumiennie spełniać ciężkiej służby złączonej z moją stacją w obwodzie liczącym 8 wsi. Ponieważ jednak nie czuję się tak dalece niezdatnym, ażebym żadnej pracy spełniać nie mógł, o czem także orzeka lekarz powiatowy w załączonym poświadczeniu, a również pan przodownik, śmiem niniejszym prosić, by Powiatowa Komenda raczyła mię z mego obecnego stanowiska zwolnić i przydzielić mnie do służby biurowej. Podpis: Posterunkowy Grzegorz Chwacki.

Skoro już jesteśmy przy złym stanie zdrowia, to warto sobie uzmysłowić, że w tamtych czasach zaświadczenie lekarskie nie miało tej mocy urzędowej, co dzisiejszy druk L-4. Ówcześni podwładni, kiedy zmogła ich jakaś dolegliwość, musieli gęsto tłumaczyć się przed swoimi szefami. Pisało się np. tak: Łaskawy Panie! Na Zasadzie załączonego atestu, otrzymanego wczoraj od fizyka powiatowego, widzę się zniewolony prosić jeszcze o dalsze przedłużenie urlopu, ponieważ wyzdrowienie moje niewiele naprzód postąpiło. Nerwy moje mocno ucierpiały i wciąż mi jeszcze dokuczają, chociaż od rana do wieczora przebywam na świeżem powietrzu. Z prawdziwym szacunkiem uniżony Roman Mieliński. (…)

A oto fragmenty budującego pisma ojca do kierownika szkoły, w sprawie nagannego prowadzenia się jego syna:

Szanowny Panie Rektorze! Wiadomość, że Szanowny Pan Rektor nie jest z prowadzenia się mojego syna zadowolony i też być nie może, wielce mnie zasmuciła. Przedłożyłem jemu dzisiaj całą zgrozę jego zgubnego prowadzenia się i wyjaśniłem mu wszelkie smutne konsekwencje, jakie z takiego postępowania niechybnie powstać muszą. Mam nadzieję, że moje ojcowskie upomnienie nie będzie bez skutku i proszę na ten raz Szan. P. Profesora mojemu synowi raczyć przebaczyć i nadal go otaczać swoją cenną opieką (…) jestem przekonany, że syn mój Władysław postąpił źle nie ze złej woli, lecz zbłądził wskutek swej młodzieńczej lekkomyślności. Nagana Szanownego Pana Profesora jest mimo wszystko sprawiedliwa i na miejscu. Proszę z powodu zakomunikowania mi jej, przyjąć moje szczere podziękowanie. Przypuszczam, że i syn mój, gdy dorośnie, będzie umiał ocenić i uszanować wszelkie nauki udzielone mu przez jego profesorów i prawdziwych dobrodziejów. (…)

Bywało, że ktoś pilnie pragnął uzyskać swoje świadectwo urodzenia. Pisał wtedy do plebana:

Wielmożny Księże Proboszczu i Dobrodzieju! W pewnej sądowej sprawie zażądano odemnie nadesłania świadectwa urodzenia. Upraszam zatem, ażebyś mi W. Ksiądz Dobrodziej raczył je nadesłać, a ja po jego odebraniu odwrotną pocztą odeślę żądaną należytość. Dla ułatwienia w wyszukiwaniu w księgach kościelnych mej metryki nadmieniam, że urodziłem się r. 1872 dnia 24 sierpnia. Ojciec mój był we wsi, w której obecnie W. Ksiądz Dobrodziej pełnisz duszpasterstwo, rządcą u hrabiego M., który wraz ze swoją krewną bratanką Pelagią Czarnecką trzymał mnie do chrztu.

Wyczekując rychłego spełnienia mej prośby zostaję Wielmożnego Księdza Proboszcza Dobrodzieja najniższym sługą – Ludwik Kowalski.

Popatrzmy jeszcze, jak to usprawiedliwiali się niegdyś przed swoimi zwierzchnikami urzędnicy policyjni:

Do Magistratu, Dekretem z dnia 12 marca br. zostałem ustanowiony w mieście Brodach, jako niższy policyjny urzędnik. Składam za ten dowód zaufania uniżone podziękowanie i przyrzekam, że będę zawsze się pilnie stosować do poleceń mej przełożonej Władzy, nie zboczę na krok z drogi obowiązku. Oczerniono mnie jednak, jakobym się upijał. To fałsz. Prawda, że po skończonej służbie lubię się zabawić z porządnymi ludźmi w jakiej przyzwoitej oberży, ale nigdy mi się nie zdarzyło, abym był pijany, choć przyznaję, że czasem jestem wesoły. Nigdy przecież nie tknę się ani kieliszka wódki podczas godzin służbowych. I największy mój nieprzyjaciel nie uczyni mi tego zarzutu, bo nie mógłby stawić na to dowodów. (…)

Na zakończenie, pozostając przy policyjnym temacie, wzór raportu posterunkowego o dokonanym włamaniu:

Dzisiaj w południe dokonano kradzieży, przez włamanie się do mieszkania urzędnika magistrackiego A.B. Złodziej wydusił szybę w oknie w kuchni i otworzywszy je wszedł do mieszkania. Wskutek szelestu zauważono w pokoju mieszkalnym, że ktoś po kuchni chodzi i gdy B. do kuchni zajrzał, ażeby się przekonać, co się dzieje, złodziej prędko umknął znowu oknem, zabrawszy 2 surowe szynki. Chociaż natychmiast zaczęto go ścigać przy pomocy skotarza W. pasącego w pobliżu owce, nie było można go dogonić. Miał mniej więcej 35 lat, blond włosy i blond mały wąsik. Miał też okulary, na głowie krymkową czapkę, czarny paletot i zielonkawą, płócienną torebkę w ręku. Po drodze, w pobliżu szopy sikawkowej, zgubił chustkę z monogramem, która jedynie służyć może jako ślad w dochodzeniach osobistości sprawcy. G.A., posterunkowy.”

Od publikacji tego tekstu minęło już ponad czterdzieści lat, podręcznikowi P. Zychowskiego, który nadal stoi na mojej bibliotecznej półce niedługo stuknie setka. Może skorzystają z niego kiedyś jeszcze moje wnuki, nie pod kątem językowym oczywiście, bo język, którym mówimy i w którym piszemy zmienia się ustawicznie, ale względem różnych, uniwersalnych prawd, które książka ta zawiera. Takich na przykład, żeby nie włamywać się do mieszkania w czasie obecności gospodarzy, bo dwie szynki to marny łup, chyba, że złodziej długo niczego nie jadł. Surowa szynka po ugotowaniu jest bardzo smaczna, ale można nie zdążyć jej zjeść, jeżeli posterunkowy rzeczywiście nie popija na służbie, tylko pilnie stosuje się do poleceń swojej przełożonej Władzy. Swoją drogą, jak pięknie o niej kiedyś mówiono, aż łza się w oku kręci.

Z wolnej stopy 21

Zbigniew Milewicz

Pamięci obrońców Daugavpils

Nasi korespondenci zagraniczni nie próżnują. Aina Jakovele z Łotwy przysłała mi jeszcze ciepłą informację o odsłonięciu pomnika dowódców kampanii łatgalskiej, o której pisałem w materiale Polacy nad Dźwiną z 26 sierpnia b.r. Pomnik, przedstawiający marszałka Józefa Piłsudskiego oraz generałów Edwarda Rydza-Śmigłego, Janisa Balodisa i Peterisa Radzina powstał w Parku Wolności w Daugavpils, wpisując się pięknie we wspólne, łotewsko-polskie obchody odzyskania niepodległości. Uroczystość miała miejsce 15 listopada i była celebrowana przez przedstawicieli władz wojskowych i państwowych obydwu krajów.

Czytelników zainteresowanych szczegółami operacji wojennej sprzed stu lat, przeprowadzonej w ramach wojny polsko–bolszewickiej, odsyłam do tego wpisu. Dzisiaj natomiast chętnie przytoczyłbym słowa marszałka Piłsudskiego, który powiedział: „Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała dwa grosze i dwie krople krwi. A niepodległość jest dobrem nie tylko cennym, ale bardzo kosztownym”. Przypomniano je przy odsłonięciu pomnika, bo pod Łatgale armia łotewska i polska straciły kilkuset żołnierzy, kilkuset kolejnych zostało ciężko rannych a kilkudziesięciu zaginęło. Igor Prelatov, przewodniczący Rady Miasta Daugavpils, czyli Dyneburga, wyrażając wdzięczność ludziom, którzy złożyli tę ofiarę, podkreślił , że minęło ponad 100 lat, a przedstawiciele Łotwy i Polski po raz kolejny stoją tu razem, co oznacza, że czas ich zjednoczył i współpracują ze sobą coraz bliżej. Nic nie cementuje przyjaźni narodów tak mocno, jak wspólne bitwy, wspólne straty i wspólne zwycięstwa – mówili kolejni oratorzy. Oczywiście, akcentowano również obecne, wielkie znaczenie Sojuszu NATO dla obronności Łotwy i Polski oraz fakt, że nasi żołnierze ze sobą współpracują w ramach różnych, konkretnych zadań. Polscy żołnierze są również obecni w łotewskiej grupie bojowej, aby zademonstrować nie tylko pozycję i jedność sojuszu wojskowego, ale także zjednoczenie obu narodów poprzez przyjaźń” – stwierdzono.

Pomnik dowódców kampanii Łatgale wykonano ze specjalnego metalu – cortine; autorem jest Romuald Gibovsky. Cortin nie potrzebuje malowania. Z czasem nabiera charakterystycznego, rdzawego odcienia, który pasuje do tego środowiska, pobliskiej kolei, budynków i wydarzeń z przeszłości. Koszt produkcji i montażu pomnika wyniósł ok. 20 tysięcy euro; pokrył go polski fundusz wspierający Polaków na Wschodzie.

Zdjęcia z gazety Latgales laiks.

A tu tekst po łotewsku:

Atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem

Polijas un Latvijas neatkarības gadadienas svinību ietvaros svētdien, 15. novembrī pl. 12.00, Daugavpilī, Brīvības parkā netālu no krusta kritušajiem poļu karavīriem, tika atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem – maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerālim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam, kuri vadīja kaujas, kurās Daugavpils tika atbrīvota no lieliniekiem.

Pirms vairāk nekā simts gadiem Latgalē sākās Polijas un Latvijas armijas kopīgā uzbrukuma operācija “Ziema” ar mērķi padzīt Padomju Krievijas lieliniekus. Polijas un Latvijas valstu vadītāji secināja, ka, tikai darbojoties kopīgi, valstīm izdosies aizsargāt savu suverenitāti.

1919. gada 30. decembrī Polijas militārais atašejs Rīgā pulkvedis Aleksandrs Miškovskis, Latvijas Bruņoto spēku virspavēlnieks ģenerālis Jānis Balodis un Latvijas armijas virspavēlnieka štāba priekšnieks ģenerālis Pēteris Radziņš parakstīja vienošanos par sadarbību. Lēmumu par Polijas iesaisti karadarbībā pašos Latvijas austrumos pieņēma Polijas valsts vadītājs maršals Juzefs Pilsudskis.

3. janvārī Polijas un Latvijas spēki ģenerāļa E. Ridza-Smiglija un Latvijas armijas Galvenā štāba vadībā stājās cīņai ar iebrucēju. Kopumā kaujās iesaistījās ap 20 000 Latvijas armijas un 35 000 Polijas armijas karavīri. Gaisa temperatūra janvārī bija noslīdējusi līdz -30 °C atzīmei. Daugavpils tika atbrīvota jau pirmajā uzbrukuma dienā. (…)

“Poļi vēlas neatkarību un vēlas, lai tā maksātu tikai divus grašus un divus asins pilienus. Taču neatkarība ir ne tikai vērtīga, bet arī dārga,” kādreiz teicis Polijas armijas virspavēlnieks Juzefs Pilsudskis. Latgales atbrīvošanas kaujās Latvijas un Polijas armija zaudēja vairākus simtus karavīru, vēl vairāki simti tika smagi ievainoti, bet vairāki desmiti karavīru pazuda bez vēsts.

Daugavpils domes priekšsēdētājs Igors Prelatovs, uzrunājot klātesošos, pauda pateicību tiem, kas savulaik palīdzēja Latvijai aizstāvēt savu suverenitāti. “Ir pagājuši vairāk nekā 100 gadi un Latvijas un Polijas pārstāvji atkal stāv šeit kopā, kas nozīmē, ka laiks mūs ir apvienojis un mūs sadarbība kļūst aizvien ciešāka,” uzsvēra Igors Prelatovs.

Turpinājumā klātesošos uzrunāja arī Polijas pagaidu pilnvarotā lietvede Latvijā, konsule Malgožata Heiduka-Gromeka.

Latvijas Nacionālo Bruņoto spēku komandieris ģenerālis Raimonds Graube klātesošajiem atgādināja senu patiesību, ka nekas neuztur tautu draudzību tik stipri kā kopējas kaujas, kopēji zaudējumi un kopējas uzvaras. Turpinājumā viņš nolasīja Latvijas aizsardzības ministra Arta Pabrika vēstuli.

Zemessardzes 3. Latgales brigādes komandieris pulkvežleitnants Oskars Purmalis nolasīja NBS komandiera ģenerāļa Leonīda Kalniņa vēstuli, kurā viņš pauž pārliecību, ka Latvijas un Polijas militārā savienība nav formāls dokuments, bet gan radīta uz izcila vēsturiskas draudzības apliecinājuma. “Arī patlaban Polijas karavīri atrodas Latvijas kaujas grupas sastāvā, lai demonstrētu ne tikai militārās alianses nostāju un vienotību, bet arī abu nāciju savienību caur draudzību,” vēstulē norādījis Leonīds Kalniņš.

Pasākumā tika nolasīta arī Polijas kultūras ministra Pjotra Gļinska un Polijas armijas ģenerālštāba komandiera ģenerāļa Raimonda Andžeičaka vēstule. Pēc apsveikuma uzrunām un vēstuļu nolasīšanas Igors Prelatovs un Malgožata Heiduka-Gromeka atklāja pieminekli, kam sekoja ziedu nolikšana.

Piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem — maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerāim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam ir izgatavots no speciāla metāla — kortēna. Tā autors ir Romualds Gibovskis.

Kortēnam nav nepieciešama krāsošana. Ar laiku tas iegūs rūsai līdzīgu nokrāsu, kas piestāvēs šai videi, tuvumā esošajam dzelzceļam, ēkām un to tālo dienu notikumiem. Pieminekļa izgatavošanas un uzstādīšanas izmaksas ir teju 20 000 eiro, tās sedz Polijas fonds, kas atbalsta Austrumu zemēs dzīvojošos poļus.