FilmPOLSKA: Bukolika

Ela Kargol

Bukolika, piękny film o szczęściu, miłości, przywiązaniu, trwaniu, symbiozie o świecie innym, do którego dostęp nie każdemu jest dany. Reżyser bardzo długo zabiegał o względy matki i córki, żeby móc uczestniczyć w ich życiu, gdzieś w centralnej Polsce, na skraju wsi, na skraju biedy i na skraju modelu życia, modelu przez innych uznanym za obowiązujący.
Sielanka (bukolika, idylla, ekloga, skotopaska, pasterka) – gatunek literacki, utwór poetycki, przedstawiający w sposób wyidealizowany uroki życia wiejskiego. To cytat z wikipedii. Dalej jest o genezie, Teokrycie i Wergiliuszu, Kochanowskim i Miłoszu i o stylu Cottagecore, o którym nie miałam pojęcia, że tak się nazywa. Wystarczy upleść wianek z polnych kwiatów i założyć go na głowę.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Sielanka

Karol Pałka, reżyser – foto Ela Kargol

Bukolika jest filmem młodego reżysera Karola Pałki, filmem nagrodzonym słusznymi nagrodami w kraju i na świecie, filmem pokazanym berlińskim widzom w ramach 17. festiwalu filmPOLSKA.

Z kilkunastu filmów prezentowanych na festiwalu lub kilkudziesięciu, wliczając filmy ze Zbyszkiem Cybulskim, zobaczyłam cztery, w tym Bukolikę. O innych nie chcę pisać, że słabe, bo wszystkie cztery były dobre, ale najlepsza była Bukolika, sielanka nie z tego świata, choć mogłoby się wydawać, że sielanką nie jest.
Dom z czerwonej cegły, rozpadajacy się ze starości, w domu dwie izby ogrzewane zimą kozami i dwie kobiety, matka i córka, Danusia i Basia. Jan Paweł na obrazkach i z kalendarza nad wszystkim czuwa, choć na Watykanie już inne rządy. Brak łazienki, bieżącej wody, ale w mocno zużytym pojemniku po lodach dzwoni komórka, taka zwykła, żaden smartfon. Basia, córka Danusi kilka razy podczas filmu odbiera rozmowy od tajemniczego Franka. Kim jest Franek, pyta ktoś z publiczności reżysera, już po seansie. Franek jest tajemnicą, pomostem między światem tych dwóch kobiet, a światem modelowym, w którym my żyjemy. Dla mnie Franek nie jest tajemnicą, Franek jest bratem, kuzynem, przyjacielem, prawdopodobnie jedyną osobą, z którą się Basia kontaktuje, osobą, która zaakceptowała Basię, taką jaką jest. Franek, tak jak Jan Paweł opiekuje się Basią na odległość. Karol Pałka, reżyser nie dowiedział się kim jest Franek. Basia nie chciała wyjawić tajemnicy.
Widzowie dopatrują się w filmie horroru, reżyser nazywa swój film, choć dokumentalny, baśnią. Jest dużo pytań dotyczących biedy, rozmów z duchami i dalszych losów dwóch kobiet.
Dla mnie jest wszystko zrozumiałe, od początku do końca.
Bukolika to film o mojej siostrze i mojej mamie i o ich świecie, do którego rzadko jestem zapraszana.
Znam ten świat, w nim i obok niego wyrosłam i chciałam z niego czym prędzej uciec. Może dlatego wyszłam szybko za mąż, może dlatego wyemigrowłam z Polski.
Ale cały czas wracam i wracałam do świata matki i siostry, do ich symbiozy i sielankowego życia. Ojciec trwał obok, jak ja, ale uciec nie mógł. Mama urodzona na wsi wśród kóz, psów i kotów, nauczyła nas kochać wieś, pasać krowy i kozy, palić ogniska, a z kukurydzy wyczarowywać lalki z długimi włosami. Jej siostra, rowerzystka (rower tylko prowadziła) wielbiąca proboszcza i usługująca w kościele, wieczorami opowiadała nam, tak jak Danusia (matka Basi) w filmie, o wisielcach i diabłach.
Basia i Danusia żyją w symbiozie z naturą. Nie jest to ich świadomy wybór, życie za nie wybrało. Obie są osobami sprawnymi inaczej, ale sprawnymi, sprawnymi intelektualnie i fizycznie. Reżyser nie wchodzi butami w ich życie, jest raczej czułym obserwatorem. Z daleka filmuje tańce Basi i prawie ze wstydem przygląda się czynnościom higienicznym. Zwierzęta są wszędobylskie, przede wszystkim psy, które mącą spokój oglądania filmu. Wręcz przeszkadzają. Zapach, ja go czuję. Pamiętam zapach obory, chlewu, zapach niemytych ciał i brudnych izb. Pamiętam zapach siana, mleka, dymu z komina, chrustu, śniegu i kwitnącego rzepaku. Ktoś z publiczności powiedział, że Danusia (matka) jest osoba silniejszą i władczą, a Basia nie zawsze zgadza się z matką. Basia nie ma wyboru, a lepszej matki niż Danusia nigdzie by nie znalazła. To jest film o wielkiej miłości.
Filmowi towarzyszy wspaniała muzyka, zwłaszcza na początku i końcu filmu.

Bukolikę otwiera i zamyka melancholijny utwór ukraińskiej grupy DakhaBrakha, w którym wybijają się słowa: “Wszyscy są dla ciebie, wszystko specjalnie dla ciebie” (https://www.filmweb.pl/reviews/recenzja-filmu-Bukolika-24001)

Moja siostra Marylka ma podobną dwudziestoletnią starą komórkę, posklejaną taśmą, innej nie umialaby obsłużyć. Trzyma ją, jak Basia, w dość zużytym pudełku po lodach. Gdy rozmawia ze mną, tak jak Basia po dwóch, trzech zdaniach kończy rozmowę. Marylka ma świnkę morską, która bardzo śmierdzi, a Marylka ją tuli, jak Danusia koźlątko.
Sielanka? Nie zawsze.

Kino Bundesplatz już od kilku lat udziela miejsca i gościny festiwalowi filmPOLSKA. Tytuły filmów są codziennie zmieniane ręcznie. Wspaniały widok w czasach sztucznej ineligencji i komputerowego sterowania.

foto Ela Kargol

Gdy wakacje są ważniejsze niż wojna

Tekst znaleziony na Facebooku 22 czerwca 2022 roku. Tytuł ogólny tego wpisu pochodzi ode mnie. Wydaje mi się, że wakacje, słońce, plaża, jezioro sprawiają, że zapominamy, co się dzieje na wschód od Polski. Tekst opublikowała na Facebooku Justyna Sobolewska, która podała go za Tomaszem Sikorą. Autorką tekstu jest Halyna Kruk, ukraińska pisarka i poetka, która wygłosiła go w Berlinie podczas otwarcia Festiwalu Poezji.

Zdjęcie tytułowe na stronie facebookowej Halyny

Halyna Kruk

Wojna nie jest metaforą

W czerwcu 2014 roku, kiedy rosyjskie kolumny czołgów wjeżdżały na ukraińskie regiony Doniecka i Ługańska, powiedziałam podczas odczytu w starej, dobrej Europie, że w takiej sytuacji nam, Ukraińcom, trudno będzie rozmawiać o poezji. Po czym moderatorka – 30-letnia Rosjanka z Berlina – wzięła się za pouczanie, że poezja jest ponad wojną, że wielka kultura rosyjska jest ponad wojną, że Cwietajewa, Achmatowa czy Pasternak nigdy nie zniżali się do tak przyziemnych, zwykłych tematów jak wojna, patrzyli na wieczność, byli ponad tym wszystkim. A w ogóle co to miałoby mieć wspólnego z Rosją? Przez osiem lat staraliśmy się, aby nasze głosy były słyszalne: hej, jesteśmy na wojnie, część naszego kraju jest okupowana, tu codziennie giną ludzie. Upominano nas i pouczano jak uparte dzieci: nie mów o tym, przestań, bądź mądrzejszym, bądź ponad tym.

Rosja od ośmiu lat budowała swoją armię i przygotowywała się do inwazji na pełną skalę, a apetyt rósł. Rosyjscy poeci nadal uparcie spoglądali w wieczność, nie zdając sobie sprawy, jak ich kraj stał się autorytarnym państwem imitującym demokrację, kultywując jednocześnie narrację o własnej wielkości. Ci, którzy nie mogli już sobie poradzić, wyemigrowali i nadal prezentowali rosyjską kulturę jako wysublimowaną rosyjską fasadę. Przypuszczam, że moje słowa nie spodobają się wam, zaznajomionym z najlepszymi świadectwami kultury rosyjskiej. Nie musicie w to wierzyć, tak jak mieszkańcy Borodjanki , Hostomla i Buczy pod Kijowem nie chcieli uwierzyć, że Rosjanie przyszli ich zabić, nieuzbrojonych cywilów, bez powodu, bez przyczyny, bez różnicy. Mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. Zabijaj, gwałć, niszcz. Nie przychodzi mi do głowy żadna metafora, która uczyniłaby te słowa bardziej atrakcyjnymi lub przynajmniej mniej szokującymi.

Metafory nie działają przeciwko ludziom z karabinami maszynowymi. Kiedy twój samochód, którym ty i twoje dzieci próbujecie uciec przed wojną, zostanie przejechany przez czołg, żaden wiersz nie pomoże. Kiedy siedzisz całymi dniami przed zawaloną piwnicą wieżowca i słyszysz w środku krzyki swoich dzieci i wnuków, ale nie możesz ich wydostać, poezja jest nie na miejscu. Wydarzenia te są mocnym materiałem, europejski autor mógłby napisać o nich książkę na wieczność, a którą będzie czytać się w kółko. Ale ktoś, kto sam tego doświadczył, nie napisze tej książki. Ponieważ nikt nie ma siły, by przez to wszystko przejść, a potem tłumaczyć ten ból innym.

Wojna tworzy przepaść między tymi, którzy jej doświadczyli, a tymi, którzy znajdują się w bezpiecznej oddali. Widzę, że z każdym dniem coraz trudniej jest wytłumaczyć osobom z zewnątrz, jak się czujemy my, którzy jesteśmy w środku. A moja potrzeba wyjaśniania czegoś znika. Mówimy językiem, który staje się coraz bardziej niezrozumiały, nie mamy nastroju na poezję. Kiedy twój mąż jest na froncie, część krewnych jest poddawana straszliwej okupacji w obwodzie chersońskim, a inni w obwodzie charkowskim są pod ciągłym ostrzałem; kiedy ciągle trzeba być przygotowanym na kolejny alarm przeciwlotniczy, bo czasem naprawdę przylatuje coś, co zabija – wtedy trudno być wzniosłym. Poezja przybiera wtedy swoje własne formy, jako spontaniczna modlitwa, lament, a nawet przekleństwo przeciwko wrogowi. Te formy poezji są obce współczesnej poezji europejskiej, są funkcjonalne i rytualne, niezwykle istotne w swoich emocjach, niezwykle subiektywne, bardzo żałosne i nietolerancyjne. Trudno być tolerancyjnym wobec wroga, który zabija ciebie lub twoje dzieci. Kiedy zabije jednego, bierze się za następnego. Nie sądzę, że możesz być ponad to.

Obecnie jedna piąta mojego kraju jest czasowo zajęta. I niestety to nie jest metafora. Ludzie z okupowanych terytoriów są zabijani, terroryzowani, deportowani do obozów filtracyjnych w Rosji, rodzice i dzieci rozdzielani, wynaradawiani. Żadna poezja nie ma na to słów. Moja tablica na Facebooku aż roi się od zdjęć niesamowicie pięknych ludzi – mężczyzn i kobiet, rodziców, dzieci, zamordowanych przez Rosję. To nie jest metafora. Facebook blokuje lub usuwa te zdjęcia jako informacje zawierające intymne treści, które mogą zdenerwować użytkowników mediów społecznościowych. Ci ludzie nie urodzili się, by zginąć na wojnie, nie dostali dyplomu ukończenia studiów lub jakiegoś niższego stopnia, by zginąć na wojnie, nie rozwinęli swoich talentów, by umrzeć na wojnie. Utrata tych ludzi rozdziera ziejącą ranę, która pozostaje – w naszych duszach, w naszej kulturze, nauce, gospodarce, przemyśle, społeczeństwie. To nie jest metafora.

Nie znam żadnej poezji, która mogłaby uleczyć tę ranę. Ta wojna zabija nas wszystkich, każdego na swój sposób, chociaż na zewnątrz możemy wyglądać bezpiecznie i zdrowo, ale teraz poruszamy się małymi skokami, nawet na otwartej przestrzeni, głośne dźwięki sprawiają, że drżymy, a nasze małe dzieci, które miały doświadczenie siedzenia w piwnicy pod ogniem, nie płaczą już, kiedy się boją. Nawet najmłodsi wiedzą, że płacz może kosztować ich życie. I to też nie jest metafora.

Wojna wszystko wyjaśnia do tego stopnia, że ​​praktycznie nie ma już miejsca na poezję. Tylko na świadectwa.

Tymczasem nasi rosyjscy koledzy tworzą wzruszającą i głęboką poezję o wieczności, w bezpiecznym miejscu, na emigracji, gdzie nie ma strzelania, mając na uwadze artystyczne podejście i nie rozpraszając się brudem i przeciwnościami rzeczywistości. I ani syrena, ani kule, ani okupant z karabinem maszynowym lub czołgiem nie powstrzymują ich od skoncentrowanej pracy.

Bardzo żałuję, że poezja nie zabija.

9-Euro-Ticket (2): wycieczka do Szczecina

9-Euro-Ticket – bilet miesięczny na całą komunikację regionalną w Niemczech. Termin znany już w tym języku, ba, w tej konstrukcji językowej chyba w całej Europie. Ela Kargol jest niestrudzoną użytkowniczką tego biletu. A ja zapraszam Was wszystkich, byście opisywali swoje przygody podczas tych podróży. W czwartki czekają na autorów zawsze gościnnie zapraszające szpalty ewamaria.blog

Ela Kargol

Szmugiel brylantów i inne ciekawe historie 

Już raz szmuglowałam brylanty, z Berlina do Szczecina, dzisiaj znowu się udało. Jechałyśmy we trzy, Zosia, Irena i ja Basia (imiona celowo zmienione) Torebka się podarła, całe szczęście miałyśmy drugą torebkę, równie niedoskonałą. Brylanty nie były moje, należały do Zosi.  
W pociągu przechodziły z rąk do rąk. Konduktor nie był nimi zainteresowany, ani naszym szmuglem. W pewnym momencie nie byłyśmy nawet pewne, czy je wszystkie oddamy w wyznaczone miejsce. Irena wzięła do ręki te czerwone i z tęsknotą na nie spojrzała, ale szybko wrzuciła z powrotem do niedoskonałej torebki. Jak nie dostarczymy wszystkich, mogą być kłopoty.

Osoba kontaktowa odebrała nas pod dworcem i woziła po Szczecinie, narzekając na ruch, korki, spaliny, zachwalając kuchnię swojej żony i ciesząc się na rychły obiad. W pewnym momencie nie byłyśmy pewne, czy to jest właściwa osoba. 
W końcu dopiero, gdy Irena podała hasło, „we wtorki są korki“, a on długo sprawdzał w kalendarzu, czy dzisiaj na pewno wtorek, stwierdziłyśmy, że chyba wszystko jest w porządku, a każdy człowiek jest inny. 
Pod Książnicą nie mógł zaparkować, nie mógł nawrócić, był wyraźnie niezadowolony i bardzo głośny. A to był nasz pierwszy punkt kontaktowy do którego musiałyśmy dostarczyć bibułę. Udało się. 
Brylanty dowiozłyśmy wszystkie pod Globusa. Miejmy nadzieję, że na czas. A potem czekało nas śledztwo w sprawie zaginięcia „Wiążącej snopek”. Choć jeszcze czas żniw się nie zaczął, dziewczyna zniknęła, w niewyjaśnionych okolicznościach. 
Próbowałyśmy rozwikłać zagadkę. Osoba, która pierwszy raz była w ten dzień w pracy, tłumaczyła się, że ona nic nie wie, biegała z góry na dół, szukała na próżno eksponatu, druga pracownica pokazała nam ślad po rzeźbie, a trzecia próbowała połączyć się z naczelnym, nadaremnie. Nawet kierowniczka naszej małej grupy Irena nic nie wskórała. Zastępca naczelnego był na urlopie.  

Niepocieszone wyszłyśmy przed gmach budynku, jeszcze tylko szybkie zdjęcie na tle Herkulesa walczącego z centaurem, dokumentujące nasz pobyt w miejscu, w którym nie udało nam się rozwiązać zagadki i ruszyłyśmy dalej. Żeby zmylić ślady pojechałyśmy okrężną drogą do Bramy Berlińskiej, która tak naprawdę jest Portową. Pewnych spraw nie udało się załatwić.  

Brama Portowa zwana przed wojną Berlińską

Ze Stefanem i Tadeuszem umówione byłyśmy przy Sedinie.  
W sprawie Sediny, dawno już toczy się śledztwo. Sedina zaginęła parędziesiąt lat temu w niewyjaśnionych okolicznościach. Została po niej tylko kotwica. I fontanna bez wody. Ale sprawą Sediny zajmują się inni. 

Sedina

Usiadłyśmy w spelunie. Zasłużyłyśmy na obiad, na piwo też. Zamówiłyśmy i znowu czekałyśmy na kontakt. Stefan i Tadeusz się spóźniali. Byłyśmy niespokojne, tak niespokojne, że Zosia nie wytrzymała. Nawiązała kontakt z Żabką i zdobyła proszek. W końcu zza rogu wyłonili się dwaj panowie, jeden z nich miał na sobie różowe spodnie. To byli nasi ludzie.
Zdałyśmy relację z naszych działań i omówiłyśmy następne. Odebrałyśmy książki, przekazałyśmy co trzeba i ruszyłyśmy do Książnicy. 

Tak mogło być i tak tę historię opowiadamy, z przymrużeniem oka. 

A teraz żarty na bok i na poważnie, prawie: 
 
Książnica Pomorska, budynek stary i nowy wznosi się na skarpie dawnej twierdzy. Ilość przejść, schodów, łączników, wind, sal, klatek schodowych tworzy istny labirynt, w którym łatwo się zgubić. 
Książnica jest dla książąt, księży, księżniczek, księgowych i wszystkich innych zainteresowanych książkami, księgami, książeczkami, rozmowami o nich. Książnica to królestwo książek. 
14 czerwca 2022 opowiadałyśmy tu w sali Stefana Flukowskiego o Murze Berlińskim i naszej książce: „Śladami Muru Berlińskiego”.  
Dziękujemy bardzo Sylwii Wesołowskiej, która zorganizowała spotkanie, Bogdanowi Twardochlebowi, który spotkanie poprowadził, przyjaciółkom i przyjaciołom i wszystkim gościom przybyłym. 
Ja szczególnie dziękuję panu, który zwrócił mi uwagę, gdy opowiadałam o kolei szczecińskiej, że nie mówi się grobla kolejowa, tylko nasyp kolejowy. Naprawdę bardzo dziękuję.  

9EuroTicket to świetny pomysł niemieckiego rządu:
https://punkt.media/pl/poradniki/niemcy/transport-i-mieszkania-d/13575-wszystko-co-musisz-wiedziec-o-9-euro-ticket-w-niemczech
https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/faq-9-euro-ticket-2028756


Agata Zbylut jest szczecińską artystką, twórczynią bezoarów 
To jej dowozimy naszą starą, często plastikową biżuterię, a ona zamienia je w „brylanty sztuki“ 

 
Osoba kontaktowa, to kierowca taksówki, który woził nas z punktu do punktu i bardzo nie lubił niemieckich napisów w mieście. 

Następne osoby kontaktowe, to Przemek i jego przyjaciel. 
Pomogli nam w transporcie książek, podtrzymywali na duchu, a kierowniczkę naszej grupy, o czym dowiedziałam się później poczęstowali niebieską herbatą. Spodnie przyjaciela Przemka były koloru łososiowego. 

Autobus linii 90 jedzie przez całe miasto, zwłaszcza, gdy wsiądzie się do niego w złym kierunku. 

Muzeum Narodowe, zaprojektowane przez “stettińskiego” architekta Wilhelma Meyera-Schwartau mieści się przy Wałach Chrobrego (dawnej Hakentarasse). W tej chwili oprócz wystaw stałych muzeum proponuje wystawy czasowe, w tym wystawę dwóch rzeźb urodzonego w Stettinie artysty Bernharda Heiligera – „Panta Rei III” oraz „Wiążąca snopek”. „Wiążąca snopek” to jedna z pierwszych rzeźb artysty powstałych jeszcze w Stettinie. Bardzo ważne dzieło, ponieważ tych dzieł stettińskich jest mało, a późniejsze jego prace utrzymane są już w zupełnie innym stylu. Niestety rzeźby nie było na wystawie i pracownice muzeum nie umiały nam powiedzieć, gdzie się znajduje, „bo przecież była i nawet został po niej ślad”. Druga rzeźba, „Panta rhei III” jakże inna od tej pierwszej, i to po niej można byłoby się spodziewać, że gdzieś sobie popłynie, jest i jakiś czas można ją jeszcze podziwiać. 
Na placu przed Ratuszem Staromiejskim oglądać można od roku 2007 rzeźbę „Wielki łuk”, przekazaną muzeum w depozyt przez fundację Bernhard Heiliger Stiftung w Berlinie. Przechodnie ją często mijają, a dzieciom służy jak plac zabaw. 
https://muzeum.szczecin.pl/wystawy/czasowe/1380-panta-rei-iii-oraz-wiazaca-snopek-bernharda-heiligera.html

Speluna, to Pub Piwnica przy ulicy Dworcowej, blisko Książnicy. Ja to miejsce poznałam tylko z dobrej strony i tylko w dzień. Domowe obiady, dobre i w przystępnej cenie. Nie polecamy potraw wegetariańskich. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam, za spelunę. 

Żabka to żabka, a proszek to kisiel.

Sedina i Herkules walczący z centaurem, to dzieła wybitnego rzeźbiarza Ludwiga Manzla. Herkules walczy nadal przed Gmachem Głównym Muzeum Narodowego w Szczecinie, a Sedina „pożeglowała” podczas II wojny światowej w niewiadomym kierunku. 

Mogolska* imambara** w Lucknau***

Tanja & Joasia (& Wikipedia & Adminka)

czyli labirynt****

Przypis Adminki: Joasia przysłała zdjęcia z takim podpisem: “mogolskie imambary w Lucknau, czyli labirynt”. Wstawiłam zdjęcia do wpisu i wydało mi się, że być może nie wszystko jest jasne. Więc opatrzyłam je przypisami i własnymi komentarzami.

*

Mogolska, czyli zaliczana do kultury mogolskiej. W polskiej Wikipedii czytamy:

Państwo Wielkich Mogołów (pers. ‏امپراتوری گورکانی‎) – muzułmańskie państwo w północnych Indiach rządzone przez dynastię pochodzenia turecko-mongolskiego zwaną Mogołami lub Wielkimi Mogołami. Istniało od XVI do XIX wieku, a jego założycielem był Babur, władca wywodzący się ze środkowoazjatyckiej dynastii Timurydów. U szczytu potęgi (od końca XVI do początku XVIII wieku) było jednym z najpotężniejszych imperiów epoki nowożytnej.

**

Imabara – w niemieckiej Wikipedii czytamy:

Imambara (Urdu چھوٹا امامباڑا, Hindi छोटा इमामबाड़ा) znaczy dosłownie „domek imama“ (chodzi o imamów szyickich), ale w rzeczywistości jest to mauzoleum a czasem po prostu miejsce kultu.

W angielskiej Wikipedii czytamy:

Bara Imambara, albo Asfi Imambara – zespół imambar w Indiach, w miejscowości Lucknow*** wzniesiony przez Asaf-ud-Daula, nabab***** prowincji Awadh****** w roku 1784. Bara oznacza wielki. Budynek jest jednym z największych pomieszczeń przykrytych sklepieniem na świecie – jest wysoki na 15 m, ma długość 50 metrów i szerokość – 16 m. Poddasze Wielkiej Imambary jest ogromnym trójwymiarowym labiryntem.

Chhota Imambara została zbudowana w roku 1837, była początkowo hussainią******, w której pochowany został kolejny nabab Awadh, Muhammad Ali Shah wraz z matką. Chhota Imambara z uwagi na swe wspaniałe oświetlenia nazywana jest też pałacem światła. Imambarę otacza Char Bagh********, czyli typowy ogród perski.

***

Lucknow

We francuskiej Wikipedii czytamy:

Lucknow lub Luknau (hindi: लखनऊ – urdu : لکھنو) jest stolicą indyjskiego stanu Uttar Pradesh. Przez miasto przepływa rzeka Gomtî, dzieląc je na dwie części (Trans-Gomti i Cis-Gomti). Miasto Lucknow jest położone w strefie sejsmicznej 3 stopnia.

W angielskiej Wikipedii czytamy:

W Luknau urodził się w roku 1940 Cliff Richard (prawdziwe imię i nazwisko: Harry Rodger Webb), brytyjski piosenkarz rockowy; był pierwszą gwiazdą rocka, którą w roku 1995 królowa Elżbieta uhonorowała tytułem arystokratycznym i w ogóle pierwszą gwiazdą brytyjskiego rocka. Był założycielem i frontmenem zespołu The Shadows; dziś jest trzecim po Beatlesach i Presleyu najlepiej sprzedawanym muzykiem angielskim. Jego piosenkę Move it z roku 1958 uważa się za pierwszy prawdziwy hit muzyki rockowej.

****

Labirynt

Zob. przypis **

Plucie w labiryncie i w ogóle

To jest labirynt przodków i dziedzictwo kultury, nie profanuj jego znaczenia plując.

Nie pluj

Przypis adminki: Napis może wydawać się dziwny, ale w Indiach wszyscy mężczyźni plują i charczą. Również sikają. Gdy byłam w Indiach w 1994 roku, spotykałam się z tym na każdym kroku. Pluli nawet w basenie w eleganckim i drogim hotelu. Na pytanie dlaczego plują, odpowiadali, że powietrze jest suche i pełne pyłu. Na pytanie, dlaczego zatem kobiety nie plują, nie odpowiadali. Jeśli chodzi o męskie sikanie w miejscach publicznych – zjawisko wydaje mi się znacznie bardziej powszechne i nie ograniczałabym jego występowania do Indii.

*****

Nabab

W arabskiej Wikipedii czytamy, że jest to arabski tytuł نائب oznaczający gubernatora, czyli wielkorządcę. Przypis adminki: Czyli Sancho Pansę w Baratarii.
W polskiej Wikipedii czytamy, że jest to tytuł muzułmańskiego księcia w Indiach, zwłaszcza w Bengalu, potocznie bogacz. Tytuł nadawany przez władców mogolskich namiestnikom prowincji.

******

Awadh

W polskiej Wikipedii czytamy:

Region w stanie Uttar Pradesh graniczący od północy z Nepalem. Mieszkańcy używają języka Awadhi. Nazwa regionu pochodzi od miasta Ayodhya, stolicy starożytnego królestwa Kosala.

*******

Hussainia (z Wikipedii po niederlandzku)

Hoseiniye (arabski حسينية Husainīya, perski: حسینیه Hosseinieh) inaczej Ashurkhana lub Imambargah – sala szyickich spotkań rytualnych, która jednak nie jest meczetem, gdzie odprawia się nabożeństwa.

********

W angielskiej Wikipedii czytamy:

Charbagh or Chahar Bagh (perski: چھار باغ chahār bāgh, hindi: चारबाग़ chārbāgh, urdu: چار باغ chār bāgh, oznacza dosłownie “four gardens”) to perski i indyjsko-perski czworokątny ogród, mający przypominać Raj, tak jak został opisany w Biblii i w Koranie. Niekiedy czworokątne ogrody otaczają okrągłe sadzawki. Dróżki, trotuary lub strumienie dzielą ogród na cztery części. Czworokątne ogrody perskie znaleźć można w całej Azji zachodniej, w tym oczywiście również w Iranie i w Indiach. Wiele dywanów perskich, które z założenia miały na pustyni zastępować prawdziwy ogród, jest podzielonych na cztery części jak ogród rajski.

Baburnama | Collection of the National Museum New Delhi

I wszystko jasne, prawda?

Paula Rego

for Kate & Clint

Me

She died two weeks ago and everybody wrote some words about her. So I decided to do it also, but on different way.
On March 2022 I saw her exhibition in Bristol in a big gallery Arnolfini.
Now, knowing she died, I took rather that exhibition text to remember her as everything, that should be written about her now as a hommage. In that text she is still alive.

She

Paula Rego, (26 January 1935 – 8 June 2022) was a Portuguese-British visual artist known particularly for her paintings and prints based on storybooks. Rego’s style evolved from abstract towards representational, and she favoured pastels for much of her career. Her work often reflects feminism, coloured by folk-themes from her native Portugal.

Rego studied at the Slade School of Fine Art, University College London, and was an exhibiting member of the London Group, along with David Hockney and Frank Auerbach. She lived and worked in London.

In 1957 she returned to live in Portugal with her husband, the painter Victor Willing, and their three children, before finally settling in London in 1963.

In 2009 The Casa das Histórias, a museum dedicated to Rego, opened as a permanent home to the artist’s entire collection of over 200 prints alongside drawings, preparatory works and paintings loaned by the artist.

Major solo exhibitions and retrospectives have been key to Rego’s extensive career, with her work housed in major public and museum collections all over the world.

Rego explores themes of power, rebellion, sexuality and gender, grief and poverty, often through female protagonists. One of the most important figurative artists of her generation, her work ranges from painting, pastel, and prints to sculptural installations.

The Exhibition

Rego makes a welcome return to Bristol (almost 40 years after her first exhibition here in 1982-83), creating an opportunity for a new generation of visitors to explore the artist’s rich and imaginative world. Featuring over 80 prints from across Rego’s extensive career, the exhibition explores her interweaving wit and dark humour, delving into the art of storytelling through Rego’s reinterpretations of well-known narratives and classic tales, repositioning the role of women at their centre.

Subversive Stories also looks deeper at Rego’s mastery of the printed medium, exploring the process of printmaking as it informs Rego’s multi-layered interpretations, bringing shadowy readings to childish mischief, whilst casting a light on present-day politics, most notably those affecting women.

Bringing together early examples of experiments in etching and lithography, her much-loved series Nursery Rhymes, Peter Pan, Jane Eyre and the Pendle Witches, and less familiar stories, such as The Prince Pig and The Curved Planks, Rego pulls us into a world of not so ‘wicked’ women, childhood adventure, and folklore and fairy tales, in which the underdog reigns supreme, as Rego reinforces her reputation, taking ‘the side of the beauty not the beast.’

Warning

Please note, this exhibition includes images that explore sexuality, abortion, and the practice of female genital mutilation.


Subversive Stories

Arnolfini welcome us to venture into the extraordinary imagination of Paula Rego, one of the leading figurative artists of our generation. Known for her powerful paintings and dynamic storytelling, she has also harnessed the alchemical power of printmaking, drawing audiences into her disquieting world.

Embracing etching and lithography at art school, Rego later recalled it was a relief from painting: ‘It’s like swimming after you have been on a dry land for so long.’ The spontaneity and fluidity found in printmaking can also be likened to the act of oral storytelling. Having learnt English at a young age, Rego’s own stories intertwine the fairy tales, folklore and fables of both, Portugal and England (her adopted home).

As a child Rego would play with a miniature Spanish theatre acting aut the everyday and filling the pages of diaries and sketchbooks with ilustrated word and images. Her subsequent work explores a multitude of themes including power, rebellion, sexuality, gender, religion, and the inherent brutality of life. Like her subject matter, the inspiration for her stories is vast, encompassing childhood, fairy tales, opera, politics, and her own interior world.

Mist I (from Pendle Witches series)
Paula Rego 1996
etching and aquatint
plate size 35.8 x 29.5 cm / paper size 67.5 x 52.1 cm
Edition of 30
Courtesy Paula Rego and Cristea Roberts Gallery, London
©️ Paula Rego
 

It is within these hybrid, interwoven stories, that Rego reinterprets and subverts narratives. Placing women and girls at their centre, her storytelling challenges established gender roles, fuels sexual ambiguity, undermines the innocence of children, and interchanges traditional notions of good and evil.

Rego utilises the implicit nature of storytelling as a subversive act, employing its shapeshifting qualities to explore an idea from multiple angles, often in series. In similar manner she draws on the metaphorical possibilities of printmaking, a medium reliant upon the contrast between light and shade. Childish mischief is embodied with darker meaning, whereas the harrowing practice of illegal abortion is brought out of shadows.

Within these ‘subversive stories’ Rego draws together the multilayered language of print with an age-old love of literature, reminding us taht: ‘it is through stories that we interpret the world around us’. A master of reinterpreting, reimagining, and reinspiring it is with glee that she shares (in recent documentary) that she is, still, ‘always looking out for a story’.

Podcast


Berlin, 10th of June 2022

Stulecie przeszkód / Jahrhundert der Hindernisse

Trzeci piątek miesiąca. Od początku roku to już tradycyjny termin, kiedy my trzy, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja, zapraszamy do Polskiej Kafejki Językowej na spotkanie z literaturą.

Piątek, 17 czerwca 2022 o godzinie 19
Daniel Lis, Stulecie przeszkód
SprachCafé Polnisch
Schulzestr. 1
13187 Berlin-Pankow, direkt am S-Bhf Wollankstr


https://sprachcafe-polnisch.org/

__________________________________

To nie jest tylko opowieść o sporcie i wielkich ideach.

To wciągająca historia ludzkich nadziei i ambicji, lęków, słabości i dramatycznych wyborów oraz najtrudniejszych walk, które toczą się poza stadionami.

Książka Daniela Lisa daje niespotykanie szeroki i świeży wgląd w historie polskich olimpijczyków i paraolimpijczyków. Autor konfrontuje z sobą źródła, wyszukuje nieznane dokumenty i rzuca nowe światło na historie – wydawałoby się – już opowiedziane. Jako pierwszy opisuje polski wątek najkrwawszego wydarzenia w historii igrzysk – zamachu w Monachium. Zastanawia się z polskimi narciarkami, czy wesprzeć radziecki protest i dostać medal, czy powiedzieć prawdę i zająć czwarte miejsce. Tropi wojenne losy mistrza boksu, które ten w czasach stalinizmu wolałby przemilczeć: siedział w więzieniu, obozie, pracował na kolei, a może służył w Wehrmachcie? Ze sztangistą Ryszardem Tomaszewskim, multimedalistą paraolimpijskim, wraca do stanu wojennego i uścisku dłoni z księciem Karolem.

“Na pierwszym planie walka Polaków o złoto, srebro lub brąz, a w tle – wielka historia i wielki teatr kolejnych olimpiad. Legionista Adam otrzepał się z pyłu wojennego i bierze przeszkody na paryskim hipodromie, oszczepniczka Marysia przemawia się z Hitlerem w loży honorowej, sędzia sportowy Jakub z Kalisza – Jakow z Izraela ginie w zamachu terrorystycznym w Monachium. Detektywistyczne rekonstrukcje, nowe, żywe wiadomości o wydarzeniach i charakterach. Czytam i zamieniam się w świadka. Gorąco polecam.”


Małgorzata Szejnert

“Daniel Lis od lat jest redaktorem moich książek, najlepszym z trenerów. Tym razem to on startował w zawodach, pisząc książkę, a ja dopingowałam, ile wlezie. Dobiegł do mety ze znakomitym wynikiem. „Stulecie przeszkód” jest świetnie napisane, a dbałość autora o szczegół, wyciąganie na światło dzienne faktów zapomnianych, choć fascynujących, i prostowanie przekłamań zasługują na złoty medal. Proszę też przygotować chusteczki, bo jest tu masa wzruszeń. A poza tym trudno nie płakać, kiedy na olimpijskim podium staje polski sportowiec.”


Magdalena Grzebałkowska

***

Daniel Lis – redaktor książek non-fiction, reportaży i biografii, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach” to jego reporterski debiut.

***

Fragment tekstu:

Przygotowania do igrzysk olimpijskich w Berlinie:

Jerzy Rogowicz, korespondent „Kuriera Warszawskiego”(…) pisze: „I oto, przybywszy do Berlina odnoszę wrażenie, iż zmieniło się tak wiele, że niemal podróż moja okazuje się niecelowa. Jakże bowiem inaczej myśleć ma ktoś, kto pragnie obserwować dalszy rozwój rewolucji hitlerowskiej, skoro tej rewolucji – w ogóle nie zastaje. Tak jest: w Berlinie dzisiaj hitleryzmu w dotychczasowym znaczeniu tego słowa właściwie nie ma. (…) Nie sądźcie, że Berlin wygląda dziś tak, jak gdyby nie istniał narodowy socjalizm. Nie. Widać, że istnieje i widać, że rządzi. Ba, dawno nie było tylu swastyk, spływających na czerwonych wstęgach z okien, drzewiec i masztów, co teraz. Ale płyną one w jednej, wielkiej fali olimpijskiej z innymi sztandarami. Dziś w Berlinie to nie oznaka hitlerowska, lecz niemiecka. Wszak zdobi ona już dziś chorągiew państwową”.

Rogowicz odnotowuje, że gazety przestały pisać o polityce wewnętrznej Rzeszy, a z ulic zniknęli polityczni agitatorzy oraz wielkie samochody głoszące propagandę przez megafony. Sklepy i restauracje przybrane są niezliczonymi chorągiewkami, gości witają napisy w różnych językach – najczęściej po angielsku i francusku, potem po polsku i włosku. Rogowicz dostrzega tabliczki: „Tu się mówi po polsku”, a nawet „Serdecznie witamy polskich gości”.

____

Unser Gast ist Daniel Lis, Trainer und Redakteur. Das Buch “Ein Jahrhundert der Hindernisse. Polen bei den Olympischen Spielen” ist das Buchdebüt des Autors.

Auf der Website des Verlags ist zu lesen:
Dies ist eine fesselnde Geschichte über menschliche Hoffnungen und Ambitionen, Ängste, Schwächen, dramatische Entscheidungen und die härtesten Kämpfe, die außerhalb der Stadien stattfinden.
Das Buch von Daniel Lis gibt einen breiten und sehr frischen Einblick in die Geschichte der polnischen Olympioniken und Paralympioniken. Der Autor recherchiert akribisch, findet massenweise unbekannte Quellen und Dokument, wirft ein neues Licht auf Geschichten, die man bereits erzählte, nur eben anders und überhaupt nicht so spannend. Er ist der erste, der den polnischen Faden des blutigsten Ereignisses in der Geschichte der Spiele – des Münchner Bombenanschlags – beschreibt. Er fragt sich mit den polnischen Skifahrerinnen, ob sie den sowjetischen Protest unterstützen und eine Medaille bekommen oder die Wahrheit sagen und nur Vierte werden sollen. Er zeichnet das Kriegsschicksal eines Boxchampions nach, über das der in der stalinistischen Zeit lieber geschwiegen hätte: War er im Gefängnis, in einem Lager, bei der Eisenbahn oder vielleicht bei der Wehrmacht? Mit Ryszard Tomaszewski, einem Paralympics-Athleten und Medaillengewinner, kehrt er zum Kriegsrecht und zum Händedruck mit Prinz Charles zurück.


Das Treffen findet auf Deutsch statt.

Events – 1 x w Szczecinie & 2 x in Berlin

Berliner Vorschläge auf Deutsch – unten

Prezentacja książki „Śladami Muru Berlińskiego”

Data: 14 czerwca 2022, godz. 17:00
Miejsce: Sala Stefana Flukowskiego

Zapraszamy na prezentację książki „Śladami Muru Berlińskiego” autorstwa  Joanny Trümner, Krystyny Koziewicz i Elżbiety Kargol, której inicjatorką, redaktorką i wydawczynią jest Ewa Maria Slaska.

O Murze Berlińskim napisano setki książek. Autorki – trzy kobiety, Polki z Berlina, które dotykały muru od zachodniej strony, po trzydziestu latach od jego upadku jeszcze raz spróbowały przypomnieć sobie tamte czasy. Każda inaczej, osobiście i każda jednak z polskiej perspektywy. Podczas spotkania dowiemy się także co ma wspólnego Mur Berliński ze Szczecinem…

Spotkanie poprowadzi dziennikarz i eseista Bogdan Twardochleb.

Henryk Bereska (1926-2005), którego wiersz autorki przytaczają w swojej publikacji, był poetą, aforystą i tłumaczem literatury niemieckiej na polski i polskiej na niemiecki. Mieszkał przez 28 lat “za Murem” czyli w Berlinie Wschodnim i ten temat odcisnął głębokie piętno na jego życiu i twórczości i wracał wielokrotnie w jego poezji.


Diskussion, Musik, Performance

STEPHAN KRAWCZYK – EIN WIDERSPENSTIGER POET

Mittwoch, 15.6.2022, 19:00

Krawczyk - Er denkt anders als die meisten, er schreibt, er singt, spielt Gitarre und Bandoneon, er zeigt Haltung. Er war ein unbequemer DDR-Bürger, auf ihn wurde ein Attentat verübt in der DDR, die Stasi brachte ihn ins Gefängnis und er wurde aus der DDR ausgewiesen. Stephan Krawczyk ist ein Liedermacher, ein widerspenstiger Poet!

Mehr HIER

Erleben Sie am 15. Juni Lieder, Texte und Gespräch mit Stephan Krawczyk in der Gedenkstätte Berliner Mauer

Moderation: Prof. Jürgen Haase

Näheres finden Sie hier: https://www.stiftung-berliner-mauer.de/de/gedenkstaette-berliner-mauer/besuch/programm/stephan-krawczyk-ein-widerspenstiger-poet

Wir freuen uns auf Ihr/Euer Kommen!

Herzliche Grüße
Angela Henkel & Prof. Jürgen Haase


Und noch eine Ansage auf Deutsch!
STAATSOPER FÜR ALLE

Samstag, 18. Juni 2022, 18:00 Uhr

Staatsoper Unter den Linden
Bebelplatz
Unter den Linden
10117  Berlin

Live-Übertragung
Eintritt frei, keine Kartenpflicht

Prinzessin Turandot will niemandem gehören. Dafür ist sie bereit, alles zu geben. Bisher ging die Strategie auf, um sich lästige Verehrer vom Hals zu schaffen: Jeder, der sie heiraten will, muss drei Rätsel lösen. Wer das nicht schafft, bezahlt mit dem Leben. Hunderte versuchen ihr Glück und fallen der grausamen Gewaltherrschaft Turandots zum Opfer. Doch dann taucht ein Mann auf, der die Rätsel lösen kann…

»Turandot«
Dramma lirico in drei Akten (1926)

Musik von Giacomo Puccini

Text von Giuseppe Adami und Renato Simoni nach Carlo Gozzi

Giacomo Puccinis letzte Oper »Turandot« blieb unvollendet. Der Komponist fand bis zu seinem Tod keine Wendung für die finale Liebesszene, die ihn überzeugte. Erst nachdem sein Freund, der italienische Komponist Franco Alfano, das Finale, das heute weltweit zu hören ist, nach den Skizzen Puccinis zu Ende komponiert hatte, wurde die Oper im April 1926 an der Mailänder Scala uraufgeführt und zu einem bahnbrechenden Erfolg.

In »Turandot« verwendet Puccini ein bis dahin unbekanntes Farbspektrum fernöstlicher Melodien im Orchester und spürt den Klängen des alten chinesischen Kaiserreichs nach. Dem begegnet der Regisseur Philipp Stölzl, der neben Musik- und Sprechtheater vor allem Spielfilme, Werbespots und Musikvideos inszeniert, mit einer von Schwarzer Romantik gezeichneten surrealen Bildsprache.

  • Sprache: In italienischer Sprache mit deutschen und englischen Übertiteln

Heinrich Vogeler (Don Quijote?)

und ein Regenspätsommer mit meiner Schwester

Für Pia

Ewa Maria Slaska

Meine Nachbarin hatte Corona. Ich habe ihr jeden Tag etwas von meinem Tisch zukommen lassen. Sie meint jetzt, die polnische Küche sei fantastisch. Als Dankeschön bekam ich eine Kinokarte mit einer Filmempfehlung.

HEINRICH VOGELER – AUS DEM LEBEN EINES TRÄUMERS

Deutschland 2022
Regie: Marie Noëlle – Buch: Marie Noëlle
Mit Florian Lukas, Anna Maria Mühe, Alice Dwyer, Johann von Bülow, Samuel Finzi

In diesem Jahr jährt sich Heinrich Vogelers Geburtstag zum 150. Mal. Grund genug für eine umfassende Ausstellung im Künstlerort Worpswede, aber auch der ideale Zeitpunkt für einen Film, der nach den Mustern einer Dokumentation erzählt, aber mit reichlich Spielszenen ausgestattet ist. „Heinrich Vogeler – Aus dem Leben eines Träumers“ ist so weder das eine, noch das andere, aber der vielleicht perfekte Ansatz, um den Künstler und den Zeiten im Umbruch, in denen er lebte, gerecht zu werden.


Heinrich Vogeler… Ich schließe meine Augen und plötzlich sind letzte 15 Jahre verschwunden und wir sind mit meiner Schwester Katharina in der Umgebung von Worpswede. Wir wohnen in einem Haus nicht weit von der Stadt, wo sich der Fußboden bewegt, wenn man geht, weil das Haus auf einem Moor gebaut ist. Damit der Fußboden und damit das ganze Haus nicht zerfällt, ist er auf zwei Platten gebaut, die nur durch Wände zusammengehalten werden.

Wir haben einen festen Tagesablauf. Aufstehen, frühstücken, arbeiten, dh. schreiben und übersetzen, Mittag kochen, essen, spazierengehen, Regenpilze sammeln und sie gleich nach dem nach Hausekommen braten und sofort essen, dann mit unseren Gastgebern ein Bisschen quatschen oder mit deren Kindern Brettspiele spielen, auf der kleinen vorgebauten Terasse sitzen, schweigen, dem quakenden Fröschen zuhören, Sterne gucken, schlafengehen…

Es regnet fast jeden Tag. Aber auch fast jeder Nacht kann man Sterne sehen.

Manchmal fahren wir zum Teufelsmoor, an Samstagen gibt es in den Dörfern rumherum Kirmes und Flohmärkte, ab und zu gehen wir in die Stadt, nach Worpswede, eine Stadt durch ihre Künstler-Verein Worpswede berühmt. Wir besuchen all diese Künstlerhäuser dort und gehen zum Grab von Paula Modersohn-Becker auf dem kleinem Friedhof. Auf dem Grab befindet sich eine liegende Frauenfigur mit einem kleinem Kind. Das ist Paula mit ihrer Tochter Mathilde, die sie bei der Geburt in den Tod schickte. Mathilde selber lebte aber schon sehr lange – 1907–1998. Paula starb 31-jährig. Ihre letzten Worten waren der Überlieferung nach: Wie Schade!

Für die letzten drei Nächte unseren Urlaubs verlassen wir unserem Einhaus-Dorf und ziehen in das Haus-im-Schluh, Museumshaus von Martha Vogeler, erste Ehefrau von Heinrich Vogeler. Überall hängen Vogelers Bilder, kleine Aquarellen sogar in unseren Zimmern. Im Speiseimmer Der Frühling.

1923 hat sich Martha, die Ehefrau, Geliebte, Muse und Mutter ihrer drei Töchter, und vor allem Modell für so viele seine Bilder, in einen anderen verliebt. Somit hat sie das gemeinsame Haus, den berühmten Barkenhof verlassen. Sie zog ins Haus im Schluh, am Rande des Dorfes, da also, wo jetzt auch wir wohnten.

Er blieb im Familienhaus, das, wegen kleines Birkenhain rumherum – Barkenhof genannt. Ein Haus, wo auch mehrmals Rainer Maria Rilke wohnte. Auf diesem berühmten Bild unten scheint noch alles in Ordnung zu sein, Martha ist noch da und alle Freunde, Vogeler selbst sitzt in der Ecke und spielt Cello. Aber wenn man richtig reinschaut in das Bild, sieht man, dass sich die Idylle auseinandergelebt hatte. Niemand lächelt, niemand schaut einen anderen an. Jeder ist für sich alleine und traurig. Sogar der Hund.


Nicht umsonst hat man den Film Träumer betitelt, nicht umsonst hat er sich selber, inmitten seines glücklichen Künstlerlebens, doch als Don Quijote verstanden, eine tragikomische Figur. Als er für Barkenhof ein Pferd kaufte, nannte er es partout Rosinante.

Er ist ein Verwandlungskünstler. Zuerst Liebling des Bürgertums und reicher Pater Familiae, dann zum Anfang des I Weltkrieges ein Freiwilliger, ein Soldat, aber mit einem Sonderauftrag, als Fotograf, Zeichner und Maler den gerechten Krieg Deutschlands gegen den Rest der Welt, zu verewigen. Er glaubt an Gerechtigkeit dieses Krieges, an seine Rechtmässigkeit. Schließlich muß sich Deutschland wehren. Und als er entdeckt, dass das Alles ein Märchen war, eine Kaiserslüge, verwandelt er sich noch einmal, diesmal in einem Kriegs- und Kaisersgegener.
Er bekennt sich zur Kommunismus, zur gemeinsamer Güte zum Wohle der gerechten Gesellschaft. Er lernt Marchlewski können, und seine Tochter Zofia, Sonja, die er später heiratet.

1924 verwandelt er nicht nur sich, sondern auch sein Haus. Aus dem Boheme-Treffpunkt wird Kinderheim für die Kinder, deren Eltern für Politik in Knast saßen.

1927 verlassen Sonja und Heinrich das Haus endgültig und ziehen nach Berlin, wo sie in der Hufeisen Siedlung ein Häuschen beziehen, in derselben Straße, nur ein paar Häuser weiter, wo Stanisław Kubicki wohnte, also der Künstler, der in diesem Blog schon zig Mal auftauchte. Sie waren beide linksorientierte Künstler und befreundet.

Vogeler ist 1872 in Bremen geboren, 1942 in Kasachstan, in Sowjetunion zum Tode verhungert. Ja, in der Sowjetunjon, also dort, wo er und Sonja 1931 freiwillig hingezogen sind, weil sie an Sowjetunion glaubten. Sie haben in Moskau geheiratet, in Sowjet Union einen Sohn bekommen, und haben sich dort 1941 scheiden lassen. Sonja hat überlebt. Sie ist nach dem Krieg nach Warschau gekehrt und noch viele Jahre gelebt (1898-1983). Er starb den Hungertod in Karaganda.

Sein Grab ist unbekannt.

***

Obwohl der Journalist behauptet, Vogeler verstand sich als Don Quijote, und die Tatsache, dass er sein erstes Pferd Rosinante nannte, es zu unterstreichen scheint, habe ich nirgendwo sein Selbstbildnis als Ritter der Traurigen Gestalt gefunden. Dafür aber ein Bild von 1900, gemalt von Paula Modersohn-Becker. Im Film wird vermutet, dass Paula und Heinrich zeitlang enger befreundet waren und vielleicht gar ein Paar. Wer weißt also, ob der Don Quijote von Paula doch nicht Heinrich ist? Die Künstlerin selber nannte den Mann auf dem Pferd – Cervantes.

Reblog

piotrstankiewicz.pl

LIST MĘŻCZYZNY DO MĘŻCZYZN


2 listopada 2019 roku Trybunał Konstytucyjny ogłosił (nie)sławny wyrok poważnie ograniczający dostępność aborcji w Polsce. Potem było oczywiście jeszcze gorzej, wiemy, bo TK praktycznie zakazał aborsji w Polsce. Ale ja nie o tym. Odpowiedzią były protesty w całym kraju, protesty o bezprecedensowej dynamice i największej być może skali w całej historii III Rzeczypospolitej. W czasie trwania tychże protestów Piotr Stankiewicz opublikował „List mężczyzny do mężczyzn”. Rozszedł się on wówczas bardzo szeroko, myślę, że po kilku latach nadal warto go przypominać. Nawet jeśli nie ma dziś żadnej specjalnej okazji. My też możemy bez żadnego trybu.

*

Panowie!

Wielu z nas chce wspierać kobiety w tym, co się dzieje. Ale warto się zastanowić, jakie wsparcie jest potrzebne, a jakie jest powielaniem seksistowskich stereotypów i karmieniem męskiego ego. Dlatego pozwólcie, kilka słów od faceta do facetów.

1. Nie przemawiajmy do kobiet. Mówmy do innych mężczyzn.

2. W szczególności, mówmy do tych mężczyzn, którzy nie ogarniają tematu. Mówmy, żeby ogarnęli, i temat i siebie. Jeżeli uważamy się za sojuszników kobiet, to nie jest naszym zadaniem do czegokolwiek kobiety przekonywać. Naszym zadaniem jest przemówić do rozumu tym mężczyznom, którzy nie ogarniają.

3. Bądźmy dorośli — gimnazjum już się skończyło. Nie sprowadzajmy sprawy do absurdu, gdy tylko nam wygodnie. „Nie przemawiajmy do kobiet” to nie znaczy, że mamy się do nich nie odzywać. A co znaczy? Znaczy, że mamy nie mówić w ich imieniu, nie zabierać im głosu, nie sugerować, że lepiej od nich wiemy, o co chodzi w ich walce o ich prawa. Diabeł mieszka w szczegółach. Darujmy sobie nawet pozornie niewinne sugestie czy dobre rady.

4. I nie, nie chodzi o to, że mamy się w ogóle nie odzywać. Gdybym tak uważał, to bym nie pisał. Mężczyzna nie ma milczeć, ma sporą pracę do wykonania. Nad sobą i nad innymi mężczyznami.

5. Nasza rola polega na tym, żeby posłać na śmietnik herstorii tę przeklętą „męską szatnię” (dosłowną i tę w przenośni). Na seksizm trzeba reagować tam i wtedy, kiedy on się dzieje. Słyszysz głupie żarciki w męskim gronie — reaguj. Widzisz kretyńskie zachowania — reaguj. Musimy temu powiedzieć STOP, w zwykłym codziennym życiu. Hannah Arendt się kłania: nieszczęścia nie biorą się stąd, że źli ludzie robią złe rzeczy, tylko stąd, że zwykli ludzie tolerują zło. Rzeczywistością nie staje się to, co lajkujemy na fejsie. Rzeczywistością staje się to, co tolerujemy na co dzień.

6. It’s not about us, men. Tutaj nie chodzi o nas. Próby wyjaśniania czy komentowania sprawy kobiecej przez kategorie męskich oczekiwań czy wyobrażeń — to jest podważanie tej sprawy.

7. Świat nie ma już wracać do żadnej „normy”, w której by było tak, jak było wcześniej. Chodzi właśnie o to, że nasze myślenie o naszym miejscu w życiu i świecie właśnie się wywraca do góry nogami. I to nie jest przypadek. To jest sens tego, co się dzieje. I to właśnie mamy wziąć na klatę.

8. Nie wysuwajmy wobec kobiet żądań czy oczekiwań. To nie jest czas, żeby stawiać warunki. Albo wspierasz, albo dzielisz włos na czworo, a siebie rozmieniasz na drobne.

9. Nie oczekujmy profitów, punktów procentowych, pogłaskania po główce, jacy to jesteśmy fajni. Wielu z nas podskórnie by tego chciało, ale zaprawdę powiadam Wam, niech nam wystarczy, że staniemy po właściwej stronie herstorii. To jest naprawdę dużo.

10. Tutaj nie chodzi o nas, ale jest jedna męska rzecz, którą warto podnieść, a o której rzadko się mówi. Otóż owszem, nie jest łatwo być postępowym mężczyzną we współczesnym świecie. I dlatego o tym piszę. To jest droga, na którą nie ma skryptu, na której nie ma wielu książek, za to jest wiele raf, i w ogóle, w szkole tego nie uczą. Zgadzam się. Ale ten ciężar musimy wziąć na siebie. Nie jest rozwiązaniem — tutaj i wszędzie indziej — przerzucać go na kobiety, że one mają wyjaśnić, przytulić, otoczyć miłością. Tak to nie działa.

11. Uczmy się, dowiadujmy! Nie dajmy się zwieść temu, że w KON-STY-TUC–JI jest napisane, że mężczyźni i kobiety są równi. Nasze doświadczenia w tym społeczeństwie dzieli przepaść. Był kiedyś taki wątek, „co byście dziewczyny zrobiły, gdyby wszyscy mężczyźni zniknęli na 24 godziny?”. I tu zagadka dla nas, facetów. Jak myślicie, jakie były odpowiedzi? „Przestałabym się malować”? Owszem, padło. Ale najwięcej serduszek dostała taka odpowiedź. „Poszłabym biegać w środku nocy i słuchałabym muzyki przez obie słuchawki, bez tej przemożnego uczucia, że jedną z nich muszę wyjąć”. Sto tysięcy dziewczyn to zalajkowało. I teraz połączymy kropki, o co w tym chodzi. I nie bójmy się przyznać, ja też dostałem gęsiej skórki, gdy pierwszy raz to zrozumiałem.

12. Zasoby internetu są nieskończone — wystarczy kliknąć. I są powiązane. Internet sam nas poprowadzi, trzeba tylko chcieć się dowiedzieć, doczytać. Chcemy być sojusznikami kobiet? Nie zmuszajmy ich do tracenia czasu, energii i nerwów na tłumaczenie nam tego, co dla nich jest oczywiste, a czego powinniśmy się dowiedzieć sami. Wierzcie mi, jeżeli kobiety czytają ten list, to ziewają z nudów, bo wszystko o czym tu piszę, jest dla nich absolutną oczywistością, codziennym doświadczeniem.

13. I w tym tkwi sedno sprawy.

14. Jak widzicie, wszystkie te grzechy mam dobrze przemyślane, bo wszystkie je popełniałem. I ani nie uważam ich za powód do dumy, ani one mnie nie dyskwalifikują. Bądźmy tą zmianą, którą chcemy zobaczyć w świecie, tak. Ale żadnej zmiany nie robią ludzie bezgrzeszni, bo takich nie ma.

15. Szerujcie.

*

(List był opublikowany na moim Facebooku i równolegle na ASZ Dzienniku, 2 listopada 2020 r.)

rysunek pióra, towarzyszący zapisowi na stoicki newsletter

Projekt Irena Bobowska (2)

Strona internetowa projektu TU
O Bobowskiej w Polkopedii TU

Grafika Anna Krenz


Ela Kargol

Z cyklu Chodzenie po mieście: W Poznaniu po śladach Ireny Bobowskiej i rodziny Bobowskich

Irena, zwana przez rodzinę i przyjaciół Nenią, urodziła się w roku 1920, rok po najstarszej Urszuli, przed Stanisławem, Teodorą i najmłodszą Heleną.

Wszystkie córki uczyły się w „Dąbrówce”, zwanej wtedy „Uczelnią Dąbrówka”. Szkoła została założona w roku 1919, ale istniała już dużo wcześniej, bo od roku 1830 w zaborze pruskim, wtedy jako Luisenschule. W początkach istnienia szkoły uczęszczały tu też Polki, dopiero poźniej Luisenschule stała się całkowicie niemiecka.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości szkoła zmieniła nazwę, kadrę nauczycielską i stała się szkołą polską, Państwową Uczelnią Żeńską Dąbrówki. Luizę Pruską jako patronkę od razu odrzucono, choć była żoną Antoniego Radziwiłła, wybrano Dąbrówkę, żonę Mieszka I, której grób prawie sto lat później odkryto w Poznaniu, niedaleko katedry.

Uczelnia Dąbrówki początkowo zerwała z tradycją pruskiej szkoły im Luizy Pruskiej, by po latach do niej jednak wrócić, szczycąc się dawnym prestiżem i pragnąc go zachować. W roku 1930, a więc gdy Irena była w piątej klasie, hucznie obchodzono stulecie szkoły, tym samym akceptując jej wcześniejszą pruską historię. Liceum „Dąbrówka” istnieje do dzisiaj i też uważa się za kontynautorkę tamtej szkoły sprzed prawie 200 lat.

Podczas II wojny światowej, w budynkach szkoły stacjonował Wehrmacht, a potem służyły niemieckiej militarnej organizacji Frauendienst. Jak podaje wikipedia:

Wojna przyniosła Dąbrówce ogromne straty; 11 jej uczennic zginęło z rąk Niemców, w tym Irena Bobowska. W czasie walk o Poznań budynki uległy prawie całkowitemu zniszczeniu. Szkołę musiano przenieść w inne miejsce.


Szkoła jeszcze kilkakrotnie zmieniała swój adres. W roku 2012 w pobliżu obecnego budynku „Dąbrówki”, na osiedlu Ogrody, z inicjatywy Stowarzyszenia Przyjaciół Szkoły im. Dąbrówki w Poznaniu mały obszar zieleni nazwano Skwerem Ireny Bobowskiej. W uroczystościach nadania imienia wzięła udział autorka książki „Nenia” Stefania Tokarska-Kaszubowa, władze miasta, harcerki i harcerze, uczennice i uczniowie „Dąbrówki”.


Gdy Irena w roku 1928 została przyjęta do trzeciej klasy do „Uczelni Dąbrówka”, szkoła mieściła się w budynku przy ulicy Młyńskiej. Nie miała więc daleko do szkoły, może trochę pod górkę, ale któż z nas nie miał do szkoły pod górkę. Irena była osobą z niepełnosprawnością. W wieku dwóch lat zachorowała na nieuleczalną wtedy chorobę Heinego-Medina. Do szkoły jeździła wózkiem inwalidzkim. Do klas wnosiły ją koleżanki. Niepełnosprawność nie przeszkadzała jej w aktywności szkolnej i pozaszkolnej.

W roku 1936 Bobowskim nie wiodło się już tak dobrze, jak na początku lat 20. ubiegłego wieku. Przyczyną była inflacja, kryzys gospodarczy i wysokie koszty leczenia Ireny. Bobowscy przenieśli się z eleganckiego i drogiego mieszkania na Starym Rynku do małego domku na Osiedlu Warszawskim.

Jestem poznanianką, ale Osiedle Warszawskie poznałam dopiero niedawno, szukając śladów rodziny Bobowskich. Osiedle zostało zaprojektowane przez Sylwestra Pajzderskiego w końcu lat 20. ubiegłego wieku. Gdy ktoś zna Poznań, to warto wspomnieć, że ten sam architekt projektował nieistniejące już, wyburzone kino Bałtyk. W zabudowie dominowały tradycyjne, klasycyzujące wille miejskie, realizowane przede wszystkim dla klasy średniej, o spokojnej ornamentyce i funkcjonalnych rozwiązaniach, otoczone dość dużych rozmiarów ogrodami. Budowano je według wzorów typowych Banku Gospodarstwa Krajowego. Po wojnie, niezabudowane parcele, masowo wypełniono willami o skromnych cechach modernistycznych.


Wille, niektóre odnowione, inne mniej, przetrwały do dzisiaj. Przy ulicy Kolskiej 9 pod koniec wojny w piwnicy utworzono prowizoryczny szpital, w którym pomagała siostra Ireny, Urszula. Dom przetrwał do dzisiejszych czasów, tak samo jak dom polsko-niemieckiej rodziny Trepperów, którzy za opór stawiany Niemcom zostali wysiedleni. Niestety domku Bobowskich już nie ma. Podzielił los innych domów przy ulicy Warszawskiej, które wyburzono w latach 70. ubiegłego wieku, gdy poszerzano ulicę i budowano nowe torowisko tramwajowe.


W roku 1933 na Osiedlu Warszawskim wybudowano kościół rzymsko-katolicki pod wezwaniem Chrystusa Odkupiciela. Kościół istnieje do dzisiaj, zmienił tylko zarządcę. Jest nią teraz parafia grecko-katolicka pod wezwaniem Opieki Matki Bożej w Poznaniu. A kościół katolicki przeniosł się do większego budynku, wzniesionego w latach 80. ubiegłego wieku. Na starym kościele umieszczona jest tablica upamiętniająca mieszkańców osiedla, zamordowanych w hitlerowskich więzieniach i obozach podczas II wojny światowej. Nad tablicą umieszczony jest krzyż harcerski. Wśród wymienionych mieszkańców, czy, jak głosi napis parafian, są trzy parafianki: Helena Antoszewska i Maria Babut, zamordowane w KZ Auschwitz i Irena Bobowska, ścięta w Berlinie w Plötzensee. Przed nowym kościołem jest głaz i rośnie dąb upamiętniający ojca Ireny, porucznika Teodora Bobowskiego, powstańca wielkopolskiego, zamordowanego wiosną 1940 roku w Katyniu. O śmierci ojca Irena nigdy się nie dowiedziała.


Krótko przed wybuchem wojny otwarto nową szkołę podstawową na Osiedlu Warszawskim, na tamte czasy jedną z najnowocześniejszych i najlepiej wyposażonych szkół w Poznaniu. Jej pierwszym kierownikiem był Tadeusz Maciejewski, który zginął w obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen.

W 1935 z inicjatywy mieszkańców, wybudowano na osiedlu (…) modernistyczną szkołę podstawową (architekt Jerzy Tuszowski, 1936, rozbudowana w 1937 i nazwana im. Marszałka Józefa Piłsudskiego). W okresie międzywojennym, po ukończeniu gimnazjum, w miejscowej świetlicy Towarzystwa Czytelni Ludowych, z dziećmi pracowała Irena Bobowska. Z jej inicjatywy założono tam bibliotekę.

Przy szkole do dnia dzisiejszego prężnie działa harcerstwo, tak bliskie sercu i zaangażowaniu Ireny Bobowskiej.

Irena należała do VI Drużyny Harcerskiej im. Anieli Tułodzieckiej, drużyny działającej przy „Dąbrówce“. Na Osiedlu Warszawskim opiekowała się harcerkami z tamtejszych drużyn. Była bardzo zaangażowana w działalność osiedlową Towarzystwa Czytelni Ludowych. Z jej inicjatywy powstała Biblioteka Młodzieżowa przy już działającej na osiedlu Bibliotece dla Dorosłych.

A potem wybuchła wojna. Zofii Bobowskiej odebrano sklep z kapeluszami; została wysłana do pracy w Prochowni. Prochownia istnieje nadal, ale jako centrum kultury i restauracja w Poznaniu przy ulicy Jackowskiego. Teodor Bobowski walczył w kampanii wrześniowej, z której już nie powrócił. Dzieci zamiast do szkoły musiały pójść do przymusowej pracy. Tylko Irena z powodu swojej niepełnosprawności została w domu. Jeszcze przed wybuchem wojny w tajemnicy przed rodziną Nenia wstąpiła do Żywych torped. Były to specjalne oddziały wojskowe formowane z ochotników w roku 1939 na wypadek agresji Niemiec na Polskę.

Według zachowanych źródeł oraz badań prowadzonych w latach 90. XX wieku przez społeczny Ośrodek Informacyjny Żywe Torpedy wynika, że deklaracje do udziału w walce w charakterze żywych torped zgłosiło do 31 sierpnia 1939 roku około 4700 osób, w tym około 150 kobiet. Przeważali młodzi ludzie w wieku 18-28 lat, mieszkający przeważnie w miastach i pracujący zwykle w charakterze urzędników lub w usługach.

Na szczęście w Poznaniu zrezygnowano z walki z najeźdźcą za pomocą żywych torped lub nie zdążono chętnych odpowiednio przeszkolić.

Irena na początku wojny wstąpiła do podziemnej Poznańskiej Organizacji Zbrojnej (POZ), przekształconej później w Wojskową Organizację Ziem Zachodnich (WOZZ). Jak podaje strona IPNu:

W listopadzie 1939 r. organem prasowym POZ była podziemna gazetka „Pobudka”. Jej inicjatorką została wówczas 19-letnia Irena. Po zaprzysiężeniu w 1940 r. do WOZZ, otrzymała pseudonim „Wydra”. Zajmowała się redagowaniem artykułów oraz powielaniem stworzonej przez siebie gazetki. Przewoziła ją, chowając w wózku inwalidzkim, którym się poruszała, ponieważ w dzieciństwie przeszła chorobę Heinego-Medina powodującą całkowity paraliż dolnych kończyn. W proces redakcyjny „Pobudki” zaangażowane były również siostry Ireny: Urszula i Teodora.


Wszystkie zdjęcia Ela Kargol. Ciąg dalszy za tydzień