Przedruk: My, Żydzi polscy

Nie ma najmniejszego powodu, dla którego właśnie dziś umieściłam ten tekst na blogu. Nie ma rocznicy, nie ma okazji. Jest tylko uporczywa, od jakiegoś czasu nurtująca myśl, że ta nienawiść do Innych jest ta sama, że ją znamy, że już była… Wtedy byli Żydzi, dziś muzułmanie…

Julian Tuwim

Matce w Polsce lub najukochańszemu jej cieniowi

1.

… Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba. To moja ściśle prywatna
sprawa, z której nikomu nie mam zamiaru zdawać relacji, ani
wyjaśniać jej, tłumaczyć, uzasadniać. Nie dzielę Polaków na
“rodowitych” i “nierodowitych”, pozostawiając to rodowitym
i nierodowitym rasistom, rodzimym i nierodzimym hitlerowcom.
Dzielę Polaków, jak Żydów i jak inne narody, na mądrych i
głupich, uczciwych i złodziei, inteligentnych i tępych, interesujących i nudnych, krzywdzonych i krzywdzących, gentelmenów
i nie-gentelmenów etc. Dzielę też Polaków na faszystów i kontr-
faszystów. Te dwa obozy nie są oczywiście jednolite, każdy z
nich mieni się odcieniami barw o rozmaitym zgęszczeniu. Ale
linia podziału na pewno istnieje, a wkrótce da się całkiem
wyraźnie przeprowadzić. Odcienie zostaną odcieniami, lecz
barwa samej linii zjaskrawieje i pogłębi się w zdecydowany sposób.

Mógłbym powiedzieć, że w płaszczyźnie politycznej dzielę
Polaków na antysemitów i antyfaszystów. Bo faszyzm to zawsze
antysemityzm. Antysemityzm jest międzynarodowym językiem faszystów.

2.

Gdyby jednak przyszło do uzasadniania swej narodowości, a raczej
narodowego poczucia, to jestem Polakiem dla najprostszych, niemal
prymitywnych powodów, przeważnie racjonalnych, częściowo irracjonalnych, ale bez “mistycznej” przyprawy. Być Polakiem – to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. To samo jest z oddychaniem.
Nie spotkałem jeszcze człowieka, który jest dumny z tego, że oddycha.
Polak – bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, wychowałem,
nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z
wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej
rajskie rozkosze zapewniano.
Polak – bo dla czułego przesądu, którego żadną racją ani logiką
nie potrafię wytłumaczyć, pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła
i wessała ziemia polska, nie żadna inna.
Polak – bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano;
bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono; bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek; bo gdy przyszedł pierwszy
wstrząs poezji, to wyładował się polskimi słowami; bo to co w
życiu stało się najważniejsze – twórczość poetycka – jest nie do
pomyślenia w żadnym innym języku, choćbym nim jak najbieglej mówił.
Polak – bo po polsku spowiadałem się z niepokojów pierwszej
miłości i po polsku bełkotałem o jej szczęściu i burzach.
Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż
palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i
Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie
potrafię uzasadnić.
Polak – bo przejąłem od Polaków pewną ilość ich wad narodowych.
Polak – bo moja nienawiść do faszystów polskich jest większa,
niż do faszystów innych narodowości. I uważam to wszystko za
bardzo poważną cechę.

3.

Na to słyszę głosy: “Dobrze. Ale jeżeli Polak, to w takim razie
dlaczego “My, ŻYDZI”? Służę odpowiedzią: Z POWODU KRWI. –
“Więc rasizm?” – Nie. Wcale nie rasizm. Wprost przeciwnie.
Dwojaka jest ta krew: ta w żyłach i ta z żył. Pierwsza jest
sokiem cielesnym, więc badanie jej należy do fizjologów. Kto
tej krwi przypisuje jakieś inne, poza organicznymi, specjalne
właściwości i tajemnicze moce, ten, jak to widzimy, w konsekwencji
obraca miasta w zgliszcza, wyrzyna miliony ludzi i wreszcie,
jak to zobaczymy, sprowadza rzeź na własny swój szczep.
Druga krew – to ta właśnie, którą ów herszt międzynarodowego
faszyzmu wytacza z ludzkości, aby zadokumentować tryumf swojej
juchy nad moją juchą – krew niewinnie pomordowanych milionów
ludzi, krew nie ukryta w arteriach, lecz krew ujawniona. Takiej
powodzi męczeńskiej krwi nie było jeszcze jak świat światem, a
krew Żydów (nie “krew żydowska”) najszerszymi i najgłębszymi
płynie strumieniami. Zczerniałe jej potoki zlewają się już w
burzliwą pienistą rzekę –

I W TYM OTO NOWYM JORDANIE PRZYJMUJĘ
CHRZEST NAD CHRZTY: KRWAWE, GORĄCE, MĘCZENNICZE
BRATERSTWO Z ŻYDAMI.
Przyjmijcie mnie, Bracia, do tej zaszczytnej wspólnoty
Niewinnie Przelanej Krwi. Do tej gminy, do tego kościoła chcę
od dziś należeć.
Ta RANGA – ranga Żyda Doloris Causa – niechaj bedzie
udzielona polskiemu poecie przez naród, który go wydał. Nie za
żadne zasługi, bo ich przed wami nie mam. Będę to uważał za
awans i najwyższą nagrodę za tych parę wierszy polskich, które
mnie może przeżyją i pamięć o których związana będzie z moim
imieniem – imieniem Żyda polskiego. Mojej polskości.
Ale przede wszystkim – Polak dlatego, że tak mi się podoba.

4.

Na opaskach, jakie nosiliście w ghetcie, wymalowana była gwiazda
Dawida. Wierzę w taką Polskę, w której ta gwiazda, ta z opasek,
stanie się jednym z najwyższych odznaczeń, udzielanym najwalecz-
niejszym żołnierzom i oficerom polskim. Będą ją oni z dumą
nosili na piersi obok dawnego Virtuti Militari…


Kościołowi narodowych pamiątek przybędzie jeszcze jedna. Będziemy tam prowadzić dzieci i opowiadać o najpotworniejszym w dziejach świata męczeństwie ludzi. W centrum tego pomnika, którego tragizm uwydatnią otaczające go nowoczesne, da Bóg, Szklane Domy odbudowanego miasta, płonąć będzie nigdy nie gasnący ogień.
Przechodnie zdejmować będą przed nim kapelusze.
A kto chrześcijanin – przeżegna się znakiem krzyża…
Więc z dumą, z żałobną dumą będziemy nosić tę rangę, wszystkie
inne zaćmiewającą – rangę Żyda Polskiego – my cudem i przypadkiem pozostali przy życiu. Z dumą? Powiedzmy raczej ze skruchą i żrącym wstydem. Bo przypadła nam ona za waszą chwałę, Odkupiciele!…

5.

My, Żydzi Polscy… My, wiecznie żywi – to znaczy ci, którzy
zginęli w ghettach i obozach, i my widma – to znaczy ci, którzy z
za mórz i oceanów wrócimy do kraju i będziemy straszyć śród ruin
swymi w całości zachowanymi cielskami i upiornością niby-to
zachowanych dusz.
My, prawda grobów, i my złuda istnienia; my miliony trupów i
kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy niby-nietrupów; my,
nieskończenie wielka bratnia mogiła; my kirkut, jakiego dzieje
nie widziały i nie zobaczą.
My, poduszeni w komorach gazowych i przetopieni na mydło, którym nie zmyje się ani śladów naszej krwi ani piętna grzechów świata wobec nas.
My, których mózgi tryskały na ściany naszych nędzarskich
mieszkanek i na mury, pod którymi nas masowo rozstrzeliwano – tylko za to, że jesteśmy Żydami.
My, Golgota, na której mógłby stanąć nieprzebyty las krzyżów.
My, którzyśmy dwa tysiące lat temu dali ludzkości jednego niewinnie
przez Imperium Romanum zamordowanego Syna Człowieczego – i wystarczyło tej jednej śmierci, aby stał się Bogiem. Jaka religia
urośnie z milionów śmierci, tortur, poniżeń i rozkrzyżowanych w
ostatniej rozpaczy ramion?

My, Szlojmy, Srule, Mośki, parchy, bejlisy, gudłaje – my których
imiona i przezwiska prześcigną w dostojności brzmienia wszelkich
Achillesów, Chrobrych i Ryszardów o Lwich Sercach.
My, znowu w katakumbach – w “bunkrach” pod brukiem Warszawy,
człapiący w smrodzie ścieków, ku zdziwieniu naszych kompanów – szczurów.
My, z karabinami na barykadach, śród ruin naszych bombardowanych z powietrza domostw; my żołnierze wolności i honoru…
“Jojne, idź na wojnę!” Poszedł, szanowni panowie i zginął za Polskę.
My, którym “twierdzą był każdy próg” każdego walącego się na nas domu.
My, Żydzi polscy, dziczejący w lasach, karmiący przerażone nasze
dzieci korzonkami i trawą, my pełzający, czołgający się, nastroszeni,
z jakąś cudem zdobytą lub za grube pieniądze wybłaganą staroświecką dwururką…
“A zna szanowny pan dowcip o Żydzie-gajowym? Pyszny! Żyd jucha,
uważa pan, wypalił i ze strachu w portki zrobił! Ha, ha!”
My, Hiobowie, my Nioby, my na pokucie po setkach tysięcy naszych
żydowskich Urszulek…
My, głębokie doły potrzaskanych, pomiażdżonych kości i poskręcanych, pręgami pokrytych zwłok.
My – krzyk bólu! Krzyk tak przeciągły, że go najdalsze wieki
usłyszą. My Lament, my Wycie, my Chór, zawodzący mogilne El mole rachamim, którego echo stulecie będzie stuleciu przekazywać.
My, najwspanialsza w dziejach kupa krwawego nawozu, którym
użyźniliśmy Polskę, aby tym, co nas przeżyją, lepiej smakował chleb wolności.
My, makabryczny rezerwat, my, ostatni Mohikanie, niedobitki rzezi,
które jakiś nowy Barnum może obwozić po świecie, obwieszczając
na pstrych plakatach! “Niesłychane widowisko! The biggest sensation in the world! Żydzi polscy – żywi i prawdziwi!” My, Gabinet Okropności, Schreckenskammer, Chambre des Tortures! “Osoby nerwowe uprasza się o opuszczenie sali!”

My, nad rzekami zamorskich krain siedzący i płaczący, jak ongi
nad rzekami Babilonu. Po całym okręgu świata płacze Rachel dzieci
swoje, aleć ich nie masz! Nad rzeką Hudson, nad Tamizą, nad Eufratem, Nilem, Gangesem i Jordanem błąkamy się w rozproszeniu naszym wołając “Wisło! Wisło! Wisło! Matko rodzona! Szara Wisło, nie od brzasku różowa, ale od krwi!”
My, którzy nawet grobów dzieci naszych i matek nie odnajdziemy –
tak się warstwami poukładają, tak się na całą ojczyznę wszerz
rozpostrą w jedno pogrzebanie! I nie będzie upatrzonego miejsca,
żebyś mógł na nim kwiaty położyć, ale, jak siewca ziarno, będziesz
je szerokim rozmachem rąk rozrzucał. Może przypadkiem trafisz.
My, Żydzi polscy… My, legenda, krwią i łzami ociekająca. Kto
wie, czy jej nie trzeba będzie pisać bibilijnymi wersetami:
“Oby rylcem żelaznym i ołowiem na wieczną pamiątkę wydrążona
była” (Hiob XIX, 24)… My, apokaliptyczne studium dziejów. My
Jeremiaszowe Treny”!

…”Leży na ziemi po ulicach dziecię i starzec, panny moje i
młodzieńcy moi polegli od miecza; pobiłeś ich w dzień
zapalczywości twojej, pomordowałeś ich a nie sfolgowałeś”…

…”Wrzucili do dołu żywot mój, a przywalili mnie kamieniem.
Wezbrały wody nad głową moją i rzekłem: Jużci po mnie!…
Wzywam imienia Twego, o Panie, z dołu bardzo głębokiego…
Widzisz, o Panie, bezprawie, które mi się dzieje, osądź-że
sprawę moją… Oddajże im nagrodę, Panie, według sprawy rąk ich!
Dajże im zatwardziałe serce i przekleństwo swe na nich! Goń ich
w zapalczywości, a zgładź ich, aby nie byli pod niebem Twoim,
O Panie!” (Treny Jeremiaszowe, III).

Reblog: Uszyte w Polsce

banerKOWczorajszy raport Fundacji Clean Clothes Polska

25 sierpnia 2015 r.

Informacja prasowa

Uszyte w Polsce, ale w jakich warunkach?

Głodowe płace, ciężkie warunki pracy czy praca przymusowa w nadgodzinach – tak wygląda praca w fabrykach odzieżowych w Azji oraz… w Polsce. Sytuacja szwaczek jest bardzo trudna. Jak bardzo – pokazuje raport „Uszyte w Polsce”, przygotowany przez Fundację Kupuj Odpowiedzialnie (FKO).

W polskim przemyśle odzieżowym zatrudnionych jest prawie 100 tysięcy osób. Większość z nich to kobiety. Zarabiają przeciętnie około 1546,52 zł netto. Czy wystarcza to na godne życie?
Wyniki analizy, rozmowy z pracownicami i zdrowy rozsądek mówią, że nie.

„W 8 godzin trzeba wyrobić plan. Ciągle straszą, że się nie wyrabiamy, i że nie wiadomo, jak długo będą zamówienia. A jak nam się nie podoba to on nas nie zmusza, możemy się zwolnić’”.

uszytewpolsce.1Wyniki badań pokazują, że Polska znajduje się w grupie krajów Unii Europejskiej o najwyższej stopie ubóstwa wśród osób pracujących. Problem ten jest zwłaszcza widoczny z przemyśle odzieżowym zdominowanym przez zatrudnianie kobiet – często jedynych żywicielek w gospodarstwie domowym. Jak wygląda ich życie? Mimo ciężkiej pracy zdarza się, że dochód oscyluje wokół minimum egzystencjalnego.

Istnieją fabryki, gdzie pracownice czują się wykorzystywane i zastraszone. Uderzająca jest wyrażana przez nie bezsilność wobec kierownictwa nastawionego na „szukanie oszczędności”. W wielu zakładach powstał system podnoszenia wydajności pracownic bez bezpośredniej motywacji płacowej – oparty na strachu przed utratą pracy, w wyniku niewyrabiania wyśrubowanych norm, bądź z powodu zamknięcia zakładu.

uszytewpolsce„Problemem nie był brak zamówień! Nie! Pracy było po pachy, byle robić bez urlopu, za najmniejsze pieniądze i zostać po godzinach i cicho siedzieć. Z tej ciężkiej pracy komuś się dobrze żyło. Wiadomo, że z każdej sztuki więcej, zysk jest większy, ciśnie się do końca.”

Chociaż znane są też nieliczne zakłady, w których utrzymana jest względnie wysoka płaca i przyzwoite warunki pracy, samo umiejscowienie produkcji w Polsce – jak przekonuje autorka raportu – nie jest żadną gwarancją zabezpieczenia nawet najbardziej podstawowych potrzeb pracownic. FKO wskazuje, że zapewnienie godnej płacy i uczciwych warunków zatrudnienia w fabrykach odzieżowych w Polsce to bardzo konkretny krok, który może zdecydowanie poprawić poziom życia wielu kobiet i ich rodzin.

Raport „Uszyte w Polsce” dostępny jest pod linkiem: http://goo.gl/lwBYqQ

Osoby do kontaktu:

Anna Paluszek
tel. : +48 508 349 598
e-mail: anna@ekonsument.pl 
Katarzyna Salus
Tel.: +48 604 478 418
e-mail: katarzyna@ekonsument.pl 

 

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – cz 5.

Andrzej Rejman

Jeszcze jeden dokument z tamtych czasów –

Przyjaciółki – łączniczki przysypane gruzem podczas bombardowania na początku września 1944 ulicy Miodowej 23 (szpital powstańczy) – rozdzielone i ewakuowane – jedna do szpitala w willi “Gloria” w Milanówku (“Elżbieta”), druga (“Rysia”) do szpitalika w willi “Zalesie”.

Oryginalny_list_Rysi_Lutostanskiej_do_Julii_Hrebnickiej_List “Rysi” (Marii Lutostańskiej) do “Elżbiety” (Julci Doktorowicz-Hrebnickiej) –
4 października 1944

Kochana Elżbieto!

Jestem w Milanówku, w willi Zalesie. Warunki ogromnie prymitywne. Ze szpitala wolskiego nic mi nie dali poza kocem, leżę więc na sienniku bez poduszki, na ziemi. Lekarstw tu żadnych nie ma. Wzdycham więc do wygód szpitala wolskiego. Siostry tylko są tu uprzejmiejsze. Zdrowie moje bez widocznych zmian. Temp. do 38 st. a czasem nawet jak wczoraj – 39. Bardzo jestem ciekawa jak Ty się czujesz, chciałabym do Ciebie się dostać. Czy to jest możliwe? Czy możesz zrobić coś w tym względzie? Mila została jeszcze w Warszawie. Cały dzień kręci się między chorymi.

Całuję Cię serdecznie.

Rysia.

4.X.44

***
Obie przeżyły wojnę.

Julia Hrebnicka (“Elżbieta”) – wróciła przez Opoczno i Kraków do Warszawy i podjęła po wojnie pracę w Państwowym Instytucie Geologicznym, gdzie zajmowała się badaniami pyłków roślin w pokładach węgla brunatnego.

Jakie były powojenne losy “Rysi” nie wiem. Może ktoś wie?

http://www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy/Maria_Penno

Warszawa_ok_1946_stoi_Julia_HrebnickaJulia Doktorowicz-Hrebnicka już z protezą stopy – w zrujnowanej Warszawie – około 1946 roku, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

Ta Slaska ciągle o kotach…

Ewa Maria Slaska

No tak…

…ale teraz mam na swoje usprawiedliwienie, że kotów już dawno nie było, że lato i upał, że sezon ogórkowy, no i wreszcie, i jest to być może argument najważniejszy, że Schyzia skończyła właśnie 20 lat i muszę jej sprawić jakiś prezent urodzinyowy.

Dla tych, którzy nie pamiętają, Schyzia to moja kotka i ma na imię tak, jak onegdaj kotka Witkacego, o której ponoć Witkacy miał napisać w dzienniku, że “prawdą jest, że kotka moja, Schyzia, powiła kocięta, natomiast nie jest prawdą, co głoszą złe języki, że kocięta te podobne są do mnie”. Nie odpowiadam ani za prawdziwość tego cytatu, ani za nadanie kotu imienia (w)skazującgo, bo za imię i cytat odpowiada mój ówczesny narzeczony. Byłam przez dwa tygodnie w pracy poza Berlinem, zostało więc ustalone, że narzeczony, osobisty zresztą, odbierze kotkę od młodej panny, która ją przywiezie ze wsi, i będzie się nią, kotką nie panną, zajmował do mojego powrotu. Gdy wróciłam, kot miał już imię i przyczepioną do imienia opowieść.

umywalka-kotMała byłam.

A ponieważ jest lato, upał i urodziny kota, wpis będzie o kotach na sezon ogórkowy czyli kotach wmalowanych w malarstwo światowe.

Nic tu nie warto dodawać, bo kot (w)malowany jaki jest, każdy widzi. Może tylko maleńka uwaga – gruby rudy kot (ma na imię Zaratrustra) pojawia się w wielu innych przeróbkach malarstwa światowego na kocie, ja wybrałam tylko renesans i nawet nie wszystko. Reszta w sieci. Albo kiedyś, dawno, u nas na blogu.

dama-lisakotekmichalaaniola2
kotekmichalaaniola
primaverazkotemI na zakończenie prawdziwy kot renesansowy, namalowany przez Pietera Brueghla Starszego – fragment obrazu Przysłowia niederlandzkie (1559).

A to rzeczony kot. Uzbrojony po zęby wojak (tot de tanden gewapend) przywiązuje kotu dzwonek – de kat de bel aanbindt.

O co tu chodzi? Co oznacza to przysłowie? Będzie nagroda. Na pewno coś o sztuce, ale raczej nie o kotach.

Jak być dobrym?

Ewa Maria Slaska

Rozważania o wszystkim i o niczym

Jak być dobrym? How to be good? Powieść Nicka Hornby. Znalazłam ją, w tym właśnie wydaniu, na ulicy i bardzo mi się nie podobała. Absurdalna historia o tym, że, choćbyśmy oddawali nie wiadomo ile własnego majątku, czasu i przestrzeni życiowej, i tak nigdy nie będziemy dobrzy, nigdy nie zdołamy być sprawiedliwi, nigdy nie podzielimy się naprawdę, a w końcu ciężar bycia dobrym zmusi nas do powrotu do dawnego życia.

Bezradność.

Doprowadzona do absurdu i nudna historia, niegodna autora świetnych recenzji i zabawnej powieści O chłopcu, jednak trafnie oddająca dylemat, przed którym stajemy każdego dnia. Bo zasadniczo jesteśmy dobrzy i chcielibyśmy, żeby świat też był dobry. A nie jest. Robimy więc, co możemy. Staramy się i zawsze na jakimś szwie pruje się nasza sukienka dobrej istoty. Bo nie możemy, nie mamy siły ani czasu, żeby być dobrym w ogóle.  Bo tego za dużo, bo trzeba by ogarnąć Dobrem przez duże D i stosunki międzyludzkie, i ekologię, i sprawiedliwość dziejową… Jak jesteśmy dobrzy w jednej dziedzinie, to w innej nam szwankuje. Dlatego, gdy kupuję pomidory, gruszki, czosnek, fasolkę i ćwikłę na targu ekologicznym, i okazuje się, że brakuje mi 3 centów, muszę oddać jednego pomidora… Po prostu prujemy się na szwach.

Łatwiej zobaczyć te sprute szwy u innych, najpierw więc inni, a dopiero potem ja.

Mam koleżankę angażującą się w protesty przeciw manipulacjom genetycznym żywności. Protestuje też przeciwko doświadczeniom na zwierzętach. Gdy jednak zachorowała, a choroba zaczęła jej sprawiać nieznośny ból, sprowadziła za duże pieniądze z Ekwadoru szamańskie leki produkowane ze świnek morskich… Inna, zaangażowana w likwidację lotniska w środku miasta, bo służy tylko bogatym, gdy powiedziałam jej, że Donbas padł, odparła, że przecież tylko zostały opanowane główne budynki… Jeszcze inna bardzo się interesuje leczeniem za pomocą zdrowego jedzenia, ale nie chce się spotykać z chorymi, bo mają złą karmę… (Nota bene – przedni i niezamierzony żart językowy). Pewien ważny działacz, bogaty jak trzech nababów, ma usta pełne frazesów o patriotyzmie i pomocy, ale gdy zimą w okresie konfrontacji na majdanie zbieramy pieniądze dla Ukrainy – nie daje ani grosza…

No, ale przecież jesteśmy dobrzy. Ja na przykład sortuję śmieci i mam czas dla ludzi, jeśli potrzebują pomocy. Jestem wegetarianką, nie dorabiam się i nie jestem zawistna. Tak mi się wydaje. Ale… Gdzie sprzeniewierzam się samej sobie? Zapewne nie tylko wtedy, gdy bezmyślnie wrzucam baterie do kosza na śmieci ogólne, albo nie dość dokładnie myję owoce. W setkach spraw jestem nie taka, jak trzeba, i mówię nie to, co trzeba. Na pewno tak jest, skoro świat na około wciąż mnie krytykuje.

To wszystko działania pozorne i nic nie kosztują, co najwyżej płacimy w sklepach ze zdrową żywnością trzy razy drożej za ryż i to przez nas, wegetarian, marchewka będzie niedługo droższa niż kiełbasa.

Bohaterowie Hornby’ego idą znacznie dalej, bo to, okazuje się, profetyczna książka. Przyjmują pod własny dach uciekinierów i namawiają do tego sąsiadów. I wszystko się źle kończy. Oczywiście, źle się kończy. Łatwiej nie jeść flaczków niż podzielić życie z Obcym.

To wciąż jeszcze, na razie wyimaginowana sytuacja, a nasze potknięcia na drodze do Dobrego są błahe, ale gdy na wyspach greckich jest 120 tysięcy uciekinierów, a drugie tyle atakuje kanał La Manche, a gdzieś przecież muszą mieszkać, coś jeść i coś pić, to sytuacja przestaje być wyimaginowana, a błahe powody do myślenia, że jest się dobrym przestają mieć znaczenie. Bo zabawa się skończyła, bo już nie o zdrową pietruszkę chodzi i nie o ochronę gniazdowisk czyżyka polnego, tylko o nagą egzystencję. Bardzo mnie to wszystko martwi, bo jeśli ja sama nie potrafię się sprawdzić, jeżeli nie potrafimy się sprawdzić,  jako weganie sortujący śmieci, to jacy się okażemy za chwilę?

Reblog: Flüchtlinge auf der Insel Kos

spiegel-banner

Sonnenaufgang auf Kos, Flüchtlinge schleppen sich an den Strand. Daniel Etter hat eine Familie bei der Ankunft auf der griechischen Insel fotografiert. Das Bild geht um die Welt. Im Interview erzählt er, wie es entstanden ist.

Laith Majid ist ein Mann wie ein Bär. Mächtige Unterarme, Dreitagebart, ein Gesicht, als habe er schon so manche Rauferei durchgestanden. Jetzt steht Majid da, seine Tochter, seinen Sohn, seine Frau eng umschlungen. Majid weint: Sie leben.

Hunderte Flüchtlinge kommen jeden Tag am Strand der griechischen Insel Kos an. Flüchtlinge, die in winzigen, wackligen Booten von der Türkei aus versuchen, in die EU zu gelangen. Flüchtlinge wie der Syrer Majid und seine kleine Familie. Daniel Etter hat sie getroffen, hat den Moment ihrer Ankunft im Morgengrauen festgehalten. Es ist ein besonderes Foto, mit dem die renommierte “New York Times” ihre Flüchtlingsberichterstattung illustriert. Ein Foto, das tausendfach in den sozialen Netzwerken geteilt wird. Es geht um die Welt.

“Damit habe ich nicht gerechnet”, sagt Etter. Der 34-Jährige lebt in Barcelona. Als freier Fotograf reist er zu den Orten, an denen die Flüchtlingskrise ein Gesicht hat. “Vielleicht bin ich nicht der emotionalste Mensch”, schreibt Etter auf Facebook, aber Majids Reaktion “bringt mich immer noch zum Weinen”. Auf SPIEGEL ONLINE erzählt er die Geschichte des Bildes.

SPIEGEL ONLINE: Herr Etter, Ihr Foto zeigt eine sehr emotionale Szene auf Kos. Fällt es Ihnen in solchen Momenten schwer, Ihre Arbeit zu machen?

Daniel Etter: Nein, da bin ich völlig auf meine Arbeit konzentriert. Es geht alles wahnsinnig schnell, die Boote kommen an, alle wollen sofort vom Strand weg. Aber natürlich war das ein sehr emotionaler Moment, auch für mich. Laith Majid wirkt ja nicht gerade gefühlsduselig. Dann mitzuerleben, wie all die Angst und die Sorgen um die Familie von ihm abfallen, war sehr bewegend. Bei mir kam das alles später hoch, als ich das Foto immer wieder angesehen habe. Mir sind immer wieder die Tränen gekommen. Das ist mir noch nie vorher passiert.

SPIEGEL ONLINE: Wie ist das Bild entstanden?

Etter: Ich bin gegen 4.30 Uhr an den Strand von Kos gegangen. Die meisten Flüchtlinge kommen während des Sonnenaufgangs an. Ich habe in der Ferne das kleine Schlauchboot entdeckt. Zwölf Personen saßen darin, ausgelegt war es vielleicht für drei oder vier. Nach über zwei Stunden Fahrt hatte das Boot Luft verloren, Wasser war hineingelaufen, die Flüchtlinge waren durchnässt, als sie am Ufer ankamen. Sie waren dann völlig erleichtert, heil angekommen zu sein.

SPIEGEL ONLINE: Was wissen Sie über die Familie, die Sie fotografiert haben?

Etter: Sie kommen aus Deir ez-Zor, einer syrischen Stadt, die seit Jahren im Kampf zwischen Islamisten und der Regierung in Grund und Boden bombardiert wird. So lange es irgendwie ging, haben sie es dort ausgehalten. Sie wollten nicht weg. Die Mutter arbeitete als Englischlehrerin. Jetzt sucht die Familie nach einem Ort, an dem ihre Kinder sicher leben können. Sie wollen nach Deutschland.

SPIEGEL ONLINE: Wie hat die Familie auf Sie reagiert?

Etter: Die haben mich zunächst überhaupt nicht wahrgenommen. In diesem Moment kam bei ihnen alles zusammen: Die Freude, es geschafft zu haben; die Liebe für die Familie; die Trauer über das, was früher war. Ich war aber dann länger mit ihnen unterwegs, habe ihnen erklärt, wo sie sich melden müssen. Als sie mich ein bisschen kennengelernt haben, waren sie wahnsinnig liebenswert.

SPIEGEL ONLINE: Was ist aus ihnen geworden?

Etter: Ich habe sie noch einmal in Kos getroffen. Da haben sie in einem einfachen Zelt an der Strandpromenade übernachtet. Die Tochter hatte nach der anstrengenden Reise hohes Fieber, auch der Sohn hat die ganze Zeit geschlafen. Am Abend wollten sie auf die Fähre gehen, die als eine Art Auffanglager dienen soll. Ob sie das geschafft haben, weiß ich nicht.

SPIEGEL ONLINE: Haben Sie die vielen positiven Reaktionen auf das Bild überrascht?

Etter: Ich wusste schon, dass das ein gutes Bild ist. Ich arbeite seit ein paar Jahren als Fotograf und habe viele emotionale Szenen erlebt. Aber es hat mich noch nie eine Situation so berührt wie diese. So etwas in einem Bild einfangen zu können, ist der Grund, warum ich Fotojournalist bin. Ich hatte aber nicht damit gerechnet, dass das Foto auch so viele andere Menschen bewegt. Das ist ein tolles Gefühl.

***

Der Autor:

Daniel Etter ist freier Fotograf und Autor. Der 34-Jährige lebt in Barcelona. Ausgebildet wurde er an der Deutschen Journalistenschule in München. Heute fotografiert er unter anderem für die “New York Times”. Texte von ihm wurden auch auf SPIEGEL ONLINE veröffentlicht. Für seine Arbeiten erhielt er mehrere Auszeichnungen.

Do dzieci i młodzieży/ An die Kinder und Jugendlichen!

filmdzieciZgłaszajcie się!

Czy imigracyjne pochodzenie może być naszą zaletą?
Co wnosimy do kraju, do którego emigrujemy i co otrzymujemy?

Z tymi pytaniami już pod koniec sierpnia zmierzy się grupa młodzieży w wieku
14-18 lat i udzieli na nie odpowiedzi w sposób filmowy.

W ciągu pięciu dni młodzi filmowcy będą mieli okazję stać się aktorami, reżyserami, operatorami, kierownikami planu filmowego, montażystami – jednym słowem, będą mogli wypróbować się w różnych zawodach filmowych.

Film, który powstanie w ramach warsztatów, będzie prezentowany w TV ALEX oraz weźmie udział w konkursach filmowych, przeznaczonych dla młodych twórców.

Warsztaty są darmowe i wciąż są jeszcze miejsca… a więc,

Kamera… akcja!

Zgłoś się pod adres email: aktywnie.prs@gmail.com
lub zadzwoń: 01758595921

Kolejna edycja rusza już pod koniec sierpnia 2015 roku

Ostatnim razem było fantastycznie! Zobaczcie sami!

https://vimeo.com/123721581

***

Meldet Euch an!

Kann ein Migrationshintergrund auch ein Vorteil sein?
Was bringen wir in ein Land ein, in das wir emigrieren und was erhalten wir im Gegenzug?

Mit diesen Fragen wird sich eine Gruppe von Jugendlichen im Alter von 14 bis 18 Jahren bereits Ende August auseinandersetzen und uns ihre filmischen Antworten präsentieren.

Im Laufe von fünf Tagen werden junge Filmemacher/innen die Möglichkeit haben Schauspieler/in, Regisseur/in, Kameramann/-frau, Aufnahmeleiter/in, Cutter/in zu sein – mit anderen Worten werden sie die Möglichkeit haben sich in unterschiedlichen Filmberufen auszuprobieren.

Der Film, welcher im Rahmen dieses Workshops entsteht, wird bei Alex TV ausgestrahlt und bei Filmfestivals für junge Filmemacher eingereicht.

Der Workshop ist kostenlos und es gibt noch freie Plätze, also …
Kamera ab!
Melde Dich einfach an unter
E-Mail: aktywnie.prs@gmail.com
oder telefonisch: 01758595921

Die nächste Runde startet Ende August 2015
Beim letzten Mal hat es sehr viel Spaß gemacht! Schaut rein!
https://vimeo.com/123721581

Reblog: Nowa polska proza z Podhala

Mariusz Koperski

Śmierć samobójcy

ROZDZIAŁ I

Wyłączył latarkę i spojrzał na zegarek. „Jeszcze minuta” – obliczył szybko. Odczekał chwilę, a potem zmrużył oczy, tak że światło, które rozbłysło w tym momencie, nie oślepiło go. „Banalna sztuczka, kto się na to nabierze? Wystarczy, że ktoś obserwuje mieszkanie przez kilka dni. Od razu wpadnie na to, że w domu nie ma żywego ducha, kiedy włącza i wyłącza się światło” – ze spokojem podszedł do nieudolnej próby zabezpieczenia domu przed włamaniem. Ale dla niego tym lepiej. Nie musiał marnować czasu na rozbrajanie alarmu, na którym zaoszczędził właściciel, no i mógł dowoli poruszać się po mieszkaniu przy zapalonym świetle nie wzbudzając podejrzeń. Musiał tylko uważać, by nie zbliżać się do okien od strony ulicy.

Rozejrzał się wokół. Uwielbiał drewniane domy. Wciągnął powietrze nosem. Ten był całkiem nowy i wyraźnie wyczuwało się jeszcze zapach drewna. Wywoływał miłe skojarzenie z sosnowym lasem. Z trudem powstrzymał się, by nie przeciągnąć palcami po grubych belkach tworzących ściany domu.

Stał w wejściu do dużego pokoju pełniącego najwyraźniej rolę salonu. Duża, czarna, skórzana kanapa na środku, przed nią mały stolik ze szklanym blatem, a dalej 32-calowy telewizor starego typu. Poza tym mnóstwo drobnych mebli i drobiazgów, które razem nie tworzyły jakiejś spójnej estetycznie całości, ale w połączeniu z ciepłem bijącym od drewnianych ścian, skutecznie budowały atmosferę przytulności.

Spojrzał w górę. Pod sufitem, przez całą szerokość salonu, przeciągnięto grubą, drewnianą belkę zdobioną rzeźbieniami z motywami ludowymi i jakimś napisem. Zmrużył oczy, ale mimo wysiłku nie udało mu się go odczytać. „To będzie dobre miejsce. W sam raz” – pomyślał uśmiechając się. Ponownie spojrzał na zegarek. Miał dokładnie dwie godziny i piętnaście minut do momentu, kiedy wyłącznik czasowy przywróci w mieszkaniu całkowitą ciemność.

Właściwie to miał być teraz na urlopie – siedzieć w jakiejś kafejce w jednym z urokliwych miasteczek Toskanii, popijać espresso lub prosecco i patrzeć na różne wcielenia Moniki Belucci. Już był spakowany i gotowy do wyjazdu, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił ten, któremu się nie odmawia. Przyjął zlecenie, nawet słowem nie wspominając o planowanym urlopie. Taka praca. Przez chwilę myślał nawet, żeby zrezygnować z honorarium, ale doszedł do wniosku, że byłoby to chyba przesadnym lizusostwem i przystał na swoją zwykłą stawkę. Pewnym pocieszeniem było miejsce, gdzie miało dojść do realizacji zlecenia – Zakopane. Dawno tu nie był. Lata całe. To nie to samo, co Toskania, ale też jakaś namiastka urlopu.

Włożył lateksowe rękawiczki. „No dobrze, dowiedzmy się, kim naprawdę jest pan Rylski” – zastanowił się, przekraczając próg salonu. Bardzo lubił tę fazę swojej pracy. Przygotowanie. Rozpoznanie. Poznanie. Poznanie drugiego człowieka. Ofiary. Sama egzekucja to finał i w pewnym sensie formalność. Ale trzeba do niej doprowadzić. Poznawanie drugiego człowieka, odkrywanie jego tajemnic i słabości, to było w tym wszystkim najbardziej fascynujące. Zawsze bardzo dokładnie przygotowywał się. Wszystko miało być zaplanowane ze szczegółami. Jak najmniej improwizacji, jak najwięcej perfekcjonizmu. Czasami chyba przesadzał, ale z drugiej strony wiedział, że w tej profesji błąd może wiele kosztować. Życie lub wolność.

Takie nastawienie do pracy przyniosło w końcu efekty. Od kilku lat dostawał tylko specjalne zlecenia. Szczególne przypadki, wymagające wyrafinowania i wyobraźni. Nie był zwykłym „cynglem” na usługach jakiejś mafii, rzeźnikiem, któremu zabijanie i zadawanie bólu ofiarom sprawia przyjemność. Wzywano go tylko wtedy, kiedy chodziło o coś więcej niż likwidację osoby, sprawiającej kłopoty. Dla niego było to jak osobliwa sztuka teatralna, która miał wyreżyserować. Jego zadaniem było pokierowanie aktorami spektaklu w ten sposób, by doszło do oczekiwanego finału. „Jestem artystą” – myślał o sobie, ale nigdy tego na głos nie mówił, bojąc się, że ktoś poczyta to za arogancję. Wolał uchodzić za chłodnego i powściągliwego. I tak się rzeczywiście działo.

Na lewo od wejścia znajdował się piękny kominek z ciemnozielonych kafli. Na kominku stało kilka fotografii w ramkach. Największa przedstawiała trzyosobową rodzinę, najwyraźniej małżeństwo z kilkuletnim chłopcem. Rozpoznał Rylskiego. Pociągła twarz z kilkudniowym zarostem, krótkie blond włosy z wyraźnie widocznymi już zakolami. Uśmiechał się do obiektywu obejmując żonę i syna. Chłopiec podnosił głowę spoglądając na ojca. Kobieta wtulała się z czułością w ramię mężczyzny. Wzruszające. Rodzinna idylla, która jeśli wciąż trwa, skończy się za jego sprawą.

Na ścianie obok kominka wisiały oprawione zdjęcia Rylskiego z dawnymi osobistościami świata politycznego. Byli prezydenci, byli premierzy i byli wielcy opozycjoniści. Tylko niektórzy z nich utrzymywali się ciągle jeszcze na powierzchni, sławę wielu rozwiał bezlitosny wiatr historii. Zagwizdał z podziwu. „No, no, pan redaktor był kiedyś prawdziwą gwiazdą. A kim jesteś teraz, panie Rylski? Kim jesteś naprawdę?”.

Po salonie przyszedł czas na inne pomieszczenia. Na parterze znajdował się jeszcze gabinet Rylskiego. Stało tu duże biurko z ciemnego drewna, a dwie ze ścian były zastawione regałami pełnymi książek. Zatrzymał się na chwilę przy kilku półkach z beletrystyką. Książki dużo mówią o człowieku, nawet jeśli ich nie ma. Mimowolnie uśmiechnął się widząc tam swoje ulubione Życie. Instrukcja obsługi Perec’a. Obok stało siedem tomów W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Z piątego wystawała kolorowa zakładka. „Brawo” – pomyślał. – „Ja doszedłem tylko do czwartego. Ciekawe, czy ktoś przeczytał wszystkie siedem?”. Poczuł nagłą sympatię do dziennikarza. Wcale mu to nie przeszkadzało. Zdarzało mu się już wcześniej polubić swoją ofiarę. Ale i tak w końcu robił swoje. Taka praca.

Na biurku panował twórczy bałagan. Mnóstwo wycinków prasowych, wydruków z komputera, kserówek. Na tych ścianach, które nie były zastawione książkami, wisiały oprawione w antyramy artykuły podpisane nazwiskiem Rylskiego i zdjęcia. Przyjrzał się temu dość dokładnie, ale nie znalazł nic ciekawego. Również wnętrze biurka nie zawierało niczego, co mogłoby mu pomóc w wykonaniu zlecenia.

Wszedł na piętro. Znajdowały się tu dwie sypialnie, jedna małżeńska z dużym podwójnym łóżkiem na drewnianej ramie, druga była właściwie pokojem dziecinnym. Automatyczne włączniki światła były podłączone tylko do dwóch lamp znajdujących się na parterze w salonie, wyjął więc z kieszeni małą latarkę.

W sypialni małżeńskiej już na pierwszy rzut oka coś się nie zgadzało. Podszedł do dużej szafy z klejonego, sosnowego drewna i otworzył ją. Od razu zauważył, czego brakowało. Były koszule, krawaty, garnitury, męska bielizna. Ale ani śladu damskiej garderoby. Zamknął starannie szafę i wyszedł z sypialni. Także w pokoju dziecinnym było coś zastanawiającego. Sam nie miał dzieci, ale wiedział dobrze, że nienaganny porządek, jaki tu zastał, nie jest czymś normalnym. Mnóstwo zabawek ustawionych porządnie na dwóch małych regałach, łóżeczko wzorowo pościelone jak na obozie harcerskim, nie, tak nie wyglądają pokoje chłopców w tym wieku. Wszystko wskazywało więc na to, że Rylski mieszkał tu sam. Żona z dzieckiem wyprowadziła się z jakiegoś powodu i on musiał ten powód poznać.

Stanął na chwilę na środku dziecięcego pokoju i zamknął oczy. Dotarły do niego stłumione odgłosy miasta żyjącego swoim wakacyjnym rytmem. Strzępy dyskotekowej melodii z jakiejś imprezy „open air”, pojedyncze pohukiwanie samochodowych klaksonów, śmiechy ludzi, którzy korzystali z atmosfery letniej, urlopowej niefrasobliwości i cieszyli się, że choć przez parę dni mogą zapomnieć o szarej codzienności. „Zakopane! Jestem w Zakopanem. Jestem w pępku świata!” – nie pamiętał już, skąd znał to określenie miasta pod Giewontem.

Nagle pośród tych dźwięków pojawił się całkiem blisko odgłos trzaśnięcia zamykanej furtki i chwilę potem usłyszał kroki na schodach prowadzących na ganek. Otworzył oczy, wyłączył latarkę i zamarł w oczekiwaniu. Ktoś otworzył drzwi wejściowe i wszedł do holu. Spojrzał na zegarek. „Tylko bez paniki! Jeszcze chwila. Chwila powinna wystarczyć” – uspokajał sam siebie. Kilka sekund później w całym domu zgasło światło, na dole ktoś potknął się o coś lub w coś uderzył, a męski głos zaklął:  – Cholera jasna z tym światłem!

Dwie dziewczyny z cmentarza w Gatow (2)

Ewa Maria Slaska

Tam gdzie rosną miłorzęby…

Pisałam już o dziewczynach z cmentarza w Gatow, ale zrobiłam to jak zwykły dziennikarz – sprawdziłam, co znajdę w internecie i z tego, co znalazłam, ułożyłam wpis. Jednak nie dawała mi spokoju myśl, że normalnie tak nie pracuję i że jeżeli piszę o otaczającej mnie rzeczywistości, to zawsze przecież sprawdzam, jak ona wygląda. W każdym razie staram się sprawdzić. Gatow nie dawało mi więc spokoju. To bardzo odległa część miasta i na dojazd tam trzeba poświęcić kilka godzin. Raz już dotarłam nawet do Spandau, leżącego na odległych zachodnich rubieżach miasta i poczciwie poczekałam pół godziny na autobus jadący do Poczdamu przez Gatow, a gdy wreszcie podjechał, lunął tak potworny deszcz, że choćbym nawet znalazła cmentarz i groby, to i tak raczej utopiłabym aparat niż zrobiła jakąkolwiek fotę. Wróciłam więc do domu. Jak niepyszna.

Po raz drugi dotarłam do Spandau 23 lipca, bo miałam na 19 bilety na koncert Van Morrisona w Szpandawskiej Cytadeli. Tym razem pogoda dopisała. I szczęście też. Cmentarz jest wielki i pusty, i nie ma tam żadnych informacji, ponad to, co być musi. Są ogłoszenia, plan i pożółkła kartka o Yun I-sang (1917–1995), koreańskim muzyku, najbardziej prominentnej osobistości, którą tu pochowano. Nigdy o nim nie słyszałam, co oznacza zapewne, że nie słyszałam też niczego, co skomponował, tymczasem lista jego kompozycji jest długa, poczynając od kompozycji solowych a na czterech operach kończąc.

***
Kręcę się niepewnie przy wejściu na cmentarz, nie bardzo wiem, dokąd mam iść. W internecie znalazłam numer kwatery, gdzie pochowano Hatun Sürücü, ale nigdzie nie ma informacji, gdzie leży anonimowa syryjska uciekinierka z dzieckiem. Pytam dwoje czy troje ludzi wychodzących z cmentarza. Nikt nic nie wie. Wreszcie rezygnuję z prób dowiedzenia się czegokolwiek, idę w prawo i na sam koniec cmentarza, bo tam leży Hatun.

gatow-hatunJuż po wizycie na cmentarzu, ale jeszcze zanim opublikuję ten wpis, w berlińskim brukowcu pojawi się 29 lipca imię Hatun i informacja, że jej brat-morderca, który mieszka teraz w Istambule i prowadzi tam budkę z jedzeniem oraz pracuje dorywczo jako bodyguard, został niedawno – podobno przez pomyłkę – zatrudniony jako ochroniarz podczas jakiejś uroczystości urządzanej przez Ambasadę RFN w Turcji. Chyba dość poważne zaniedbanie, na ale cóż, każdy robi błędy, nawet Bóg…

Chodzę po cmentarzu mając nadzieję, że przez przypadek znajdę też  grób owej Syryjki. Zakładam, że jest nowy i że będzie go łatwo odróżnić. Założenie słuszne, ale nie do końca, bo ani po drodze, ani tam gdzie leży Hatun, nie ma nowych grobów. Nie ma też nikogo, kogo można zapytać.

Wracam, przy wyjściu spotykam Araba w bojówkach i zielonej koszuli. Nie wiem dlaczego, ale dochodzę do wniosku, że to pracownik cmentarza. Pomyliłam się. Nie jest pracownikiem cmentarza i nic nie wie o grobie. Idę dalej, niezadowolona z siebie, marny ze mnie dziennikarz, skoro nie umiem znaleźć miejsca, o którym niespełna miesiąc temu trąbiła cała prasa niemiecka. Pytam w kwiaciarni. Sprzedawczyni marszczy czoło, zamyśla się wyraziście, wreszcie mówi, na samym końcu, po lewej stronie, tam są nowe groby. Być może jest to kwatera 11 A. Wracam, nie ma, nie ma nowych grobów, nie ma tabliczek, trzej grabarze, którzy kopią nowy grób też nic nie wiedzą. I wtedy z daleka widzę “mojego” Araba w zielonej koszulce. Obok stoi jakiś drugi, w koszuli w kratę. Obaj machają bardzo podekscytowani. Już wiem, że znaleźli dla mnie ten grób. Wcale mnie to nie dziwi. Zapytałam, rzuciłam pytanie w przestrzeń, i grób się znalazł. Jak masz do zrobienia coś ważnego, to świat się tak właśnie spolegliwie układa.

Dróżki nie utwardzone, pełne kałuż po porannym deszczu. Błoto. Idę. Arab w koszuli w kratę prowadzi mnie kawałek dalej. Tu, mówi. Tu ona leży. A obok jej dziecko.

gatow-syryjka-2grobyWyższy grób to Mama, niższy – dziecko.
Niech odpoczywają w pokoju.

Nie ma żadnej informacji ani napisu. Nadal nie wiem, jak się dziewczyna nazywała. Nie wiem nawet, czy to na pewno jej grób. Ale wtedy widzę, że przy obu mogiłach posadzono drzewka miłorzębu japońskiego. Symboliczne drzewo, nie tylko zresztą w Berlinie, symbol zmartwychwstania i sił natury zdolnych pokonać zło, sprawione przez ludzi. W Berlinie powszechnie używany przez osoby zaangażowane politycznie. Kiwam głową, dziękując mojemu przewodnikowi. Tak, to na pewno tu.

gatow-gingko-grob gatow-gingko

Kwatera 12-A-20 i 21

Strümpfe stopfen

Do moich polskich Czytelników – we wpisie jest mowa o cytacie z powieści Henninga Mankella Piąta Kobieta. Cytat dotyczy cerowania skarpetek. To bardzo ważny cytat. Kiedyś znalazłam link do tego cytatu po polsku, ale niestety w międzyczasie zniknął.

Ewa Maria Slaska

Wallander, Die Fünfte Frau und das Stopfen der Strümpfe

Ich lese gerade den 5. Roman von Henning Mankell. Gestern fand ich dort einen wichtiger Absatz, der eigentlich mit der Handlug der Krimistory nichts zu tun hat, viel aber mit dem Stand der unseren Gesellschaft. Wallanders Worte über Strümpfestopfen. Ich fand es interesant, dass ein sensibler Mensch schon in den 90gern, schon in reichen Schweden dies gesehen hat, was wir erst 10, 15, 20 Jahre später bemerkt haben. Er wusste, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Und so war es. Und so ist es. Und es läßt sich nicht ändern. Nicht umkehren. Ich dachte, ich möchte darüber hier, in diesem Blog erzählen, weil es so wichtig ist. Und dann fand ich, dass ich nicht die Einzige bin, die die Wörte von Mankell bemerkenswert findet. Es sind im Internet mehrere, die es tun. Ich möchte hier einem von Ihnen zitieren: Pastor Max Toepffer. 2012 schrieb er in einem Pfarrbrief:

Ich bin ein großer Krimi-Fan und besonders angetan haben es mir Kriminalgeschichten aus Skandinavien. Vor einigen Jahren las ich in einem Buch des schwedischen Schriftstellers Henning Mankell eine Passage, die mich sehr nachdenklich gestimmt hat. Da fragt Linda ihren Vater, den Kommissar Wallander, warum es so schwer sei, heute in Schweden zu leben:

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an.„Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“

Soweit Kurt Wallander im Roman „Die fünfte Frau“. Das, was Henning Mankell da für Schweden feststellt (Schweden 1996 – noch so eine schöne Zeit! – Anm. EMS), gilt genauso für Deutschland wie für alle Staaten der westlichen Welt. Das Wegwerfprinzip hat tatsächlich unser Leben, unsere Wertvorstellungen, unsere Moral nachhaltig verändert. Es hat unsere Auffassungen von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Und es mündet (überspitzt formuliert) in die bittere Feststellung: Wo man alte Socken wegwirft, da wirft man am Ende auch Menschen weg?! (Heine? wo man Bücher verbrennt, verbrennt man auch am Ende Menschen – Anm. EMS) Oder was zählt denn heute ein Arbeitnehmer auf dem Arbeitsmarkt, wenn er die 50 überschritten hat? Was zählt ein Hartz IV-Empfänger? Was ist ein Mensch in unserer Gesellschaft wert, wenn er körperlich, wenn er psychisch beeinträchtigt ist? Zu was ist ein alter Mensch noch nütze? Was erfahren Menschen mit Migrationshintergrund an Ausgrenzung, an handfester Gewalt in Deutschland? Und warum gibt es so viele Menschen, die am Rand unserer Gesellschaft stehen? So viele Einsame und Einzelgänger? So viele Erwachsene und Kinder, die im Grenzbereich einer menschenunwürdigen Existenz leben müssen? Warum ist alles so viel härter geworden? Und warum gibt es so viele Menschen, die sich überflüssig oder sogar unwillkommen fühlen?

Wenn ich in die Bibel schaue, wird mir wieder bewusst, wie so ganz anders Jesus mit Menschen umgeht – mit Menschen in Grenzsituationen, mit Menschen am Rand der Gesellschaft. Da erlebe ich Hinwendung und Beachtung, da geschieht Heilung. Für Jesus gibt es kein „Das geht mich nichts an!“ oder gar „Was habe ich davon!“ Wenn ich in die Bibel schaue, erlebe ich immer wieder staunend, wie behutsam und liebevoll, wie verbindlich Jesus mit den Menschen umgeht. Er hat keine Berührungsängste vor Menschen mit Behinderungen, körperlichen oder seelischen Gebrechen, Krankheiten, auch nicht vor Menschen, die anders sind. Damit setzt Jesus Maßstäbe!

Als Christen nehmen wir uns diese Maßstäbe zu Herzen! Wir versuchen, sie umzusetzen, zu leben. Das verlangt auch von uns ganz bewusst mehr Achtsamkeit und Behutsamkeit im Umgang mit anderen Menschen. Die Wegwerfgesellschaft darf uns nicht dazu verleiten, mit Menschen auch nach dem Prinzip: Verbrauchen und Entsorgen! zu verfahren. Jesus setzt Maßstäbe – und so ist für mich als Christ jeder Mensch, der an meinem Lebensweg steht, eine Aufgabe.

Ihr Max Toepffer

mankellskarpety