Wiosna, reblogi, cytaty, wiosna…

Zaczynam mini cykl wiosenny i zapraszam wszystkich do kontynuacji. Nic nie piszę (teraz) sama, wszystko sobie pożyczam (czasem od samej siebie). Przygotowałam trzy wpisy, na dziś, jutro i pojutrze, a resztę zostawiam inwencji Czytelników i Współautorów. Mamy dużo czasu, co najmniej do maja.

To cytat ale już cytowany czyli poniekąd reblog:

Przyszła!

…podbiegła do łóżka, przynosząc z sobą wiew świeżego powietrza, przesyconego wonią wiosennego poranka.
– Byłaś na dworze! Byłaś, prawda? Znów pachniesz listkami i świeżością! – wołał Colin.
Mary biegła szybko, włosy miała rozplecione i rozwiane, cała jaśniała i promieniała radością, twarz miała zaróżowioną.
– Na dworze jest cudownie! – mówiła zdyszana szybkim biegiem. – Nigdy w życiu nie widziałeś czegoś takiego! Przyszła! Już wtedy rano myślałam, że nadeszła, ale ona dopiero się zbliżała. Teraz już jest! Przyszła (…)!
– Otwórz okno! Może usłyszymy granie złotych trąb! – dodał, śmiejąc się trochę z radosnego podniecenia, trochę z własnego konceptu.
Mówił to tylko dla żartu, ale Mary podskoczyła natychmiast do okna i otworzyła je w okamgnieniu na oścież, a pokój w tejże chwili zapełniać się począł świeżością, łagodnym powiewem, wiosenną wonią i śpiewem ptasząt.
Mary podeszła do łóżka.
– Wszystko zaczyna wypuszczać kiełki – mówiła śpiesznie. – Kwiaty się rozwijają, gałązki okrywają się zielonymi pąkami, świeża zieleń przysłania już szarość…

Tajemniczy ogród, Frances Hodgson Burnett

Przyjechałam autobusem przez Alpy. Nocowaliśmy gdzieś pod drodze w wysokich górach, a rano ruszyliśmy na Południe! I w ciągu kilku godzin zobaczyłam, jak zima ustępuje wiośnie. Najpierw było szaro, potem zielonkawo, potem w tyrolskich sadach paliły się opony, chroniąc zawiązujące się już pączki jabłoni przed przymrozkami. Nagle pojawiło się kwitnące drzewo migdałowca. Jedno. Wisiało na skale jak lśniąca, płomienna flaga zwycięskiej wiosny. A potem nagle było już wszystko, świat cały tonął w słońcu, wszędzie kwitły kwiaty, żonkile, narcyzy, jabłonie, anemony, mimozy, trawa była zielona jak na kiczowatych pocztówkach amerykańskich…

Florencja wiosną, Ewa Maria Slaska

Teraz cytat o marcu-kwietniu-maju, ale w Norwegii, co jednak odpowiada nieśmiałym początkom wiosny w Berlinie

15 maja piszę znów z Oslo, gdzie wiosna wyłania się leniwie, niebo jeszcze białe, lecz przez dominujące kolory – brąz i szarość – zaczyna przebijać się i zieleń. Jako że spod przegniłej zeszłorocznej trawy świeża wydostaje się z trudem, praktyczni Norwegowie markują wiosnę i sztukują trawniki na kształt angielskiej murawy. Efekt natychmiastowy i pozwala wierzyć, że pełnia wiosny tuż tuż, choć w istocie trzeba na nią poczekać jeszcze miesiąc. Jest ona tesknotą i dumą Norwegów. Takiej, jak mówią, nie ma nigdzie indziej na świecie. Póki co, kwiecień był chłodniejszy od marca, co jest raczej wyjątkowe. Teraz osłodą chłodów i deszczów są tylko naprawdę już długie dni. Zaczynają się około 4.00 rano, a o 22.00 jest jeszcze jasno.

Sztukowanie trawy, Lidia Głuchowska

W Berlinie jest mnóstwo kwiatów – wciąż jeszcze kwitną ostatnie jesienne róże, po raz drugi zakwitły tu i ówdzie jakieś dziwne, kłapciate prymulki, pojawiły się typowe dla berlińskiej zimy stokrotki na trawnikach, zakwitły typowe zimowe kwiaty jaśminu chińskiego, a wczoraj w pracy odkryłam pod murkiem przebiśniegi. Czyli wiosna, lato i jesień to w Berlinie zima.

zima-kwiaty

Kwiaty w zimie zobaczyłam po raz pierwszy w Niemczech, gdy jechałam autobusem do Holandii. Pamiętam z jakim zdziwieniem przyglądałam się migającym po bokach autostrady kwitnącym drzewom. A jestem przecież osobą z rodziny, w której znajomość roślin zalicza się do kanonu wiedzy ogólnej. Nie wiem, jak to się stało, ale jednak nie wiedziałam, że zimą też kwitną kwiaty.

Ewa Maria Slaska, Kwiaty w zimie

Filozofując, jak to on, napisał o wiośnie Tomasz Fetzki w reportażu (a czy to reportaż?) z Jaszkowic czyli Jaschkendorfu (wpis nr 1 i wpis nr 2), wioski łużyckiej, która zniknęła i przepadła, zdałoby się, że z kretesem, tymczasem…

Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!


Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

Jutro i pojutrze ciąg dalszy wiosny z książek i cytatów – Rodziewiczówna i Konopnicka!

Grube książki

e.m.s.

Długie, grube książki

Jestem wprawioną w bojach czytelniczką długich książek. Lubię czytać długie, grube książki, bo gwarantują człowiekowi wierność, obiecują, że będą z nami przez dłuższy czas i w zależności od tempa czytania, dotrzymują obietnicy przez tydzień, miesiąc albo rok.

Jednak, jak wszystko w życiu, tak i problem grubych książek ma dwie strony medalu.

Bo co tu dużo gadać, upodobanie do grubych książek jest banalne i powszechnie znane. Każde tak zwane „czytadło” jest grube, poza Czytadłem Konwickiego.

Grube książki pojawiły się w XIX wieku, który był złotą epoką powieści. Pisarze tacy jak Sienkiewicz, Flaubert, Galsworthy i Fontane pisali grube książki, bo ich odbiorcami były przede wszystkim kobiety z zamożnej klasy średniej, które miały czas i ochotę na czytanie i pieniądze na kupno książek. To oznaczało również, że pisarz musiał pisać tak, żeby kobiety były zadowolone. Nie musiał to być koniecznie happy end, dramat i melodramat były jak najbardziej dopuszczalne, natomiast charaktery kobiet powinny były być prawdziwe, ich ambicje, cele, marzenia musiały odpowiadać, temu, co naprawdę chciały kobiety, a nie temu, co mężczyźni by chcieli, żeby kobiety chciały. Ale jeśli kobiety polubiły bohaterów i bohaterki powieści, to historie można było ciągnąć latami. Saga rodu Forsythe’ów, Rodzina Whiteoaków, Trylogia, grube opasłe historie. I pisarze jako prawdziwi znawcy kobiet.

Wydaje mi się, że w komunie gruba książka wyszła z mody. Może dlatego, że permanentnie brakowało papieru, może dlatego, że będąc pisarzem trzeba się było raz na rok meldować z nową książką, żeby się utrzymać na rynku pupilków władzy, który był chyba jeszcze surowszy i bardziej kapryśny niż rynek komercjalny. W pewnym momencie, gdy powstał drugi obieg, pisarze musieli pisać krótko, bo w podziemiu nie tylko zawsze brakowało papieru i farby drukarskiej, ale też zwyczajnie nie starczało mocy przerobowych.

Ważna była też opinia kolegów-pisarzy i etos środowiska – szanujący się pisarz nie używał wazeliny i nie stosował tak zwanej „waty”, czyli oportunistycznego pogrubiania książek dla wierszówki. Wodolejstwo uprawiała komuna. Polski intelektualista, chudy, przygarbiony, w okularach w grubych oprawkach, dużo myślał, a pisał powściągliwie i z namysłem. Klak… klak… klak…

Teraz znowu książki muszą być grube. Tak chcą czytelnicy, tak chcą wydawnictwa, a jeśli przypadkiem istnieje jeszcze coś takiego jak wierszówka, to tak chcą też autorzy. Sagi i seriale. Coraz więcej pokoleń, coraz więcej wątków. Trend przyszedł ze Stanów Zjednoczonych. Trzeba pisać długie, grube książki, rozciągać wątki, dodawać coś nowego, budować trzy zdania wokół informacji dających się ująć w dwóch wyrazach. Wata, wata, wata do żucia i do wyplucia.

Zawsze warto przeprowadzić sprawdzian waty. Skrócić zdanie do wyrazu, akapit do zdania, rozdział do akapitu. I co wtedy?

Nie umiem się w tej kwestii jednoznacznie opowiedzieć, bo czy mój ukochany Proust miałby sens, gdyby jego rozważania o zasypianiu w Combray zacieśnić i z połowy tomu zrobić jedno zdanie: Wieczorami z trudem zasypiałem, bo brakowało mi obecności Matki. To mogłaby być nadal niezwykła książka i zjawisko w literaturze europejskiej, ale mogłoby też przepaść bez reszty.

Nie w tym więc rzecz, ile tych słów, a w tym – jakie to słowa i jak zaciążą na naszym życiu. Różne rzeczy okażą się dopiero w drugim czytaniu. Bo ich za pierwszym razem nie zauważyliśmy i bo wymknęły się nam z pamięci. Trzeba więc wracać. To może najlepszy sprawdzian wartości książki – czy się do niej wraca? Czego nie warto przeczytać po raz drugi, nie było warte czytania po raz pierwszy. Pisze o tym Bayard w książce Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało, wiem to zresztą z własnego doświadczenia, zapominamy, zapominamy zdania, sytuacje, postaci, przesłanie. Pamiętamy, że książka była dobra albo zła, ale co było dobre, a co złe – tego już nie wiemy. To spowodowało, że Bayard twierdzi, iż nie ma różnicy pomiędzy rozmową o książkach przeczytanych i nie przeczytanych. O książkach nie przeczytanych coś wiemy z recenzji, z wypowiedzi znajomych, z rzutu oka na okładkę, o przeczytanych – bo coś zachowaliśmy w pamięci. Tak czy owak przedmiotem wymiany myśli o książce w świecie ludzi kulturalnych są strzępki… A skoro je wychwyciliśmy lub zapamiętaliśmy, to znaczy że były ciekawe.

Tymczasem wata nudzi. Grube wartościowe książki też zresztą nudzą i męczą, ale jest to inny rodzaj nudy, cierpliwy, wytrzymały, warty pokonania oporów… Taką książką jest chociażby powieść Rozległe pole Güntera Grassa. Nic z niej nie wynika, ale szkoda by mi było, gdybym jej nigdy nie przeczytała.

Na koniec tych nie wiodących do nikąd rozważań o pokaźnych książkach, chciałam przypomnieć uboczne ich zastosowania.

W naszym wspólnym blogu sprzed kilku lat, Jak udusić kurę czyli…, jedna z autorek zadała zagadkę, co ma wspólnego z literaturą deser, którego podstawowym składnikiem jest wafel? Zagadka była przewrotna. Bo mogło chodzić o dzieła zbiorowe Mickiewicza, czemu nie, ale nie chodziło o tę słynną rybę, co to

… nie krojona,
U głowy przysmażona, we środku pieczona,
A mająca potrawkę z sosem u ogona.

jeno o to, że duże książki są potrzebne do przyciskania piszingera czyli torciku z wafli przełożonych masą – przykrywało się je deską, a następnie jakimś kawałkiem literatury, najlepiej bardzo ciężkim tomem słownika lub encyklopedii. I taki to związek literatury z domowym przekładanym waflem 🙂. Ja osobiście podałam wtedy publicznie do wiadomości, że w tymżeż celu używałam listów Joyce’ a, po czym przerzuciłam się na encyklopedię literatury. Co “mnie dzisiejszą” nader zdziwiło, bo o encyklopedii na śmierć zapomniałam, i myślałam, że zaraz po listach Joyce’a zaczęłam stosować dzieła zebrane Szekspira, bo były w praktycznym pudełku. Przez wiele lat używałam ich też do przytrzymywania drzwi balkonowych, żeby nie trzaskały, ale potem przerzuciłam się na statuetkę polsko-niemieckiej nagrody dziennikarzy – była zgrabnie mała i ważyła wtedy, gdy ją dostałam, naprawdę solidnie, wykonano ją bowiem z brązu. Gdy dwa lata temu, po nominacji, nagrody tej nie dostałam po raz wtóry, zobaczyłam, że wersja obecna to marność nad marnościami z ceramiki i żadnych drzwi nie przytrzyma.

nagroda-karol-daniel Nagroda, której nie dostałam

Natomiast długie grube książki nie tylko nadal są ciężkie, ale jakby zrobiły się jeszcze cięższe. Naprawdę ciężka jest na przykład nowa książka z wierszami Stanisława Kubickiego, o której kilkakrotnie w zeszłym roku pisała Lidia Głuchowska. Nie wiem, dlaczego ta książka jest taka ciężka, bo nawet nie jest jakoś strasznie gruba. Tak jakby w niej było więcej papieru w papierze, jeżeli rozumiesz Prosiaczku, co mam na myśli…

POET il 1 Cover

Książka jako przycisk wydaje mi się jednak zjawiskiem dość powszechnym, a tu opowiem o innym, mniej znanym zastosowaniu grubych książek.

Przed laty, gdy mieszkałam w pobliżu wspaniałego berlińskiego parku z wodospadem, czyli Parku Viktorii, w piękne popołudnia letnie, po powrocie z pracy, zabierałam kocyk, książkę i butelkę z piciem, i szłam na łąkę, pod drzewo stuletnie. Berlin jest miastem singli, cała łąka pełna więc była pojedynczych mężczyzn i kobiet, zaopatrzonych w książkę, kocyk i butelkę wody. Z reguły udawało mi się przeczytać trzy strony,  po czym podkładałam książkę pod głowę i zasypiałam. Po pewnym czasie nauczyłam się, że zdecydowanie lepiej się śpi na grubej książce. Z zainteresowaniem zaczęłam się więc przyglądać tym, którzy drzemali, gdy ja już się obudziłam, lub jeszcze nie zasnęłam. Wszyscy mieliśmy grube książki!

I tym letnim wspomnieniem zakończyłabym ten kolejny wpis o głupstwach, gdyby nie fakt, że piszę to już od kilku dni, a wczoraj zaczęłam czytać średnio grubą książkę (ale po co mi gruba, skoro jest wprawdzie ciepło, ale jeszcze jest zima i nie da się spać na łące?) i jest to niezwykła książka o grubej niezwykłej książce, która “znika czytelników” i nic wam więcej nie będę wyjaśniać. Sami ją sobie przeczytajcie.

Niestety, wydaje mi się, że rzecz nie została (jeszcze?) przetłumaczona na polski i że, żeby ją przeczytać, będziecie musieli sięgnąć do oryginału – zdradzę, że autor jest Szwajcarem z Zurychu i naprawdę nazywa się Hans Widmer, używa jednak pisanych z małej litery inicjałów p.m. co należałoby wyłożyć mniej więcej jako każdy,  wszyscy, nikt konkretny, bo podobno p.m. to najczęściej spotykane inicjały w szwajcarskich książkach telefonicznych.

I to by było na tyle

Wasza

e.m.s.

O tych świętach

Ewa Maria Slaska

… po raz ostatni – znaczki i pocztówki

Okazuje się, że to jednak nie wpis Zbyszka sprzed dwóch dni był ostatni w blogowym cyklu postów przedświątecznych, świątecznych i poświątecznych. Zaczęliśmy wraz z początkiem adwentu wpisem Jany o świetle, kończymy wraz z odchodzącym Koziorożcem. Kończę ja i to późno, ale dopiero teraz, jako zwieńczenie zimowej serii prezentów, przyjechała torba darów z Gdańska, a wśród nich… 

ostrepocztowki1

Na zdjęciu WSZYSTKIE moje świąteczne życzenia, jakie otrzymałam w formie papierowej. Mailowo przyszła cała masa kartek, niekiedy bardzo kunsztownych i dowcipnych. Tylko że trochę mi smutno. Znam bliżej ze sto osób, na Facebooku “przyjaźnię się” z kilkuset ludźmi, niektórych na oczy nie widziałam, o niektórych nawet nie wiem, kim są i jak to się stało, że znaleźli się na liście znajomych, ale nic to, bo ja nie o tym…

Trochę mi smutno, bo mało tej poczty świątecznej. Ile się kiedyś tych kartek pisało, ile dostawało! Te biedne szaroniebieskoburoczerwonawe kartki z PRL-u. I w przeciwieństwie do nich ta orgia barw i pomysłowości nadchodząca stamtąd! Mama miała całe pudło pełne kolorowych pocztówek świątecznych ze świata. Jedna była taka piękna, cała srebrna… Anglosasi obwieszali świątecznymi kartkami pokoje, mieszkania i domy…

Nie skarżę się, czasy się zmieniły, ja sama zresztą nie wysłałam żadnej kartki, nie mogę więc narzekać, że mało mi się dostało.

Ale za to w tej mojej maleńkiej kolekcji każda kartka i namiastka kartki mają swoją specjalną historię.

Zdjęcie danieli w ośnieżonym krajobrazie przyszło od Zuzi czyli osoby, którą znam jedynie z FB. W realu Zuzia jest znajomą mojej siostry, ale wydaje mi się, że nigdy się nie spotkałyśmy. Zuzanna ma zawsze cudne pomysły. Kiedyś pisała na FB o pierwszej w Gdańsku pralni ekologicznej, kiedyś wzięły z przyjaciółkami udział w akcji Restaurant Day, co oznacza zrobienie restauracji albo kawiarni na jeden dzień, i zorganizowały w ogródku kawiarenkę z domowymi wypiekami. W grudniu ubiegłego roku Zuzia ogłosiła, że wystarczy podać adres, a ona przyśle człowiekowi prawdziwą kartkę świąteczną. No więc oczywiście podałam, a potem przyszły sarenki, pardon, to są daniele, a wewnątrz napisane piórem skierowane osobiście do mnie życzenia, a wszystko w kopercie ze znaczkiem. No naprawdę, Zuzanno, jesteś zachwycająca!

Obok daniela od Zuzi leżą maki, obraz namalowany przez “Annę Szcześniak, malarkę ziemi łowickiej.” Kartkę nadesłał nasz autor, Andrzej Rejman, odpowiadając na prośbę, żeby przysyłać mi listy ze znaczkami z Bartoszewskim… Przez długi czas wydawało mi się, że to jedyne znaczki z profesorem, jakie dostanę. Bo nawet Julita i Kasia, które – jak przystało na autorki wspólnej książki – przysłały mi wspólną kartkę (to ta ze złotymi świeczkami), napisały wprawdzie, że na kopercie będą wyczekiwane znaczki, ale na kopercie były śliczne znaczki świąteczne. Jednakże… ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiają autorzy groszowych powieści.

ostrepocztowki2

Bo najpierw jeszcze przyszła kartka od rodziny, która spędzała grudniowy urlop na Teneryfie. Widokówka przedstawia słynny plac z Bazyliką i Królewskim Sanktuarium Maryjnym Matki Bożej z Candelarii (Candelaria to stolica Teneryfy) oraz brązowe (to znaczy z brązu) rzeźby dziewięciu legendarnych przywódców plemion Guanczów, tubylczej ludności mieszkającej na Wyspach Kanaryjskich przed przybyciem Hiszpanów. Na odwrocie zaś Młody wymalował siebie, mamę, tatę, pana serce i drogę jaką będzie musiała pokonać kartka na trasie z Candelarii do Berlina.

ostrepocztowki1

Pocztówka dotarła przed samymi świętami, gdy rodzina dawno wróciła z wojaży. Już po świętach doszła błękitna kartka, którą przysłała Wandzia. Wzruszyłam się i pomyślałam, że jestem jednak straszną świnią, że sama nie napisałam ani jednej kartki. Zwłaszcza, że w liście był też opłatek.

Niebieski pasek z dwoma portrecikami to wprawdzie nie kartka świąteczna, lecz opakowanie prezentu gwiazdkowego – ci dwaj na portretach to Goethe i Schiller, niemiecka zbitka pojęciowa odpowiadająca polskiej parze – Mickiewicz i Słowacki. W rodzinie zawsze opowiadało się o jakichś dwóch rzeźbach z przedwojennego warszawskiego mieszkania na ulicy Zgoda w Warszawie. Było to “dwóch gipsowych Mickiewiczów, z których jeden okazał się Słowackim”. No a tu Schiller i Goethe jako… pieprzniczka i solniczka! Stoją zresztą obok. Dawno się tak nie ubawiłam!

Nieco nijaka w wyrazie, ale niezwykła, jasnobrązowa kartka pocztowa z czarną gałązką choinki przyszła z Bremy, od koleżanki pracującej w archiwum Instytutu Badań Europy Wschodniej (Forschungsstelle Osteuropa) – przygotowują właśnie wystawę o sowieckiej propagandzie z czasu wojny. Ta wydrukowana niemiecką szwabachą sowiecka kartka świąteczna z roku 1942 ma na dole napis po niemiecku i po rosyjsku: Gilt als Passierschein durch die Front / Служит пропycком через фронт / Służy jako przepustka na froncie.

No i ostatnia przesyłka świąteczna, która, jak już pisałam, dotarła prawie miesiąc później – pocztówka mojego szwagra, Jacka Krenza i owe znaczki z Bartoszewskim. Zastanawiam się, jak nazywa się taki arkusik znaczków (nazywa się arkusik), zaglądam do katalogu znaczków polskich od roku 1860 do dziś i czytam, że znaczek został wydany pod tytułem “Warto być przyzwoitym”, a w arkusiku znajduje się “9 znaczków 4658 w układzie 3×3, ozdobne marginesy”.  Znajduję jeszcze informację, że nakład wynosił 300 tysięcy sztuk.

I wreszcie na zakończenie kartka pocztowa wykonana przez Jacka Krenza. Choinka zbudowana z ptaszków, ptaszki mają zielone skrzydła – to gałązki iglaka. Natomiast ozdoby choinkowe to słynne zabytki architektury. Oglądamy kartkę podczas rodzinnego śniadania i z przykrością stwierdzamy, że z wiedzy o architekturze jesteśmy “cienkie bolki” – rozpoznajemy zaledwie kaplicę Le Corbusiera w Ronchamp. Ale reszta… Arkady na dole po prawej to być może Florencja, Loggia dei Lanzi, pień drzewa to być może wieża w Dubaju, ale jedno jest pewne, Mikołaj odchodzi poza krawędź kartki.
Święta się skończyły.

PS: Na moje dociekliwe pytania w stylu Wiecha Wiecheckiego, co my tu widzim na załączonym obrazku, Autor odpowiedział, że tak konkretnie to tylko kaplica Le Corbusiera, a reszta to licencja poetica.
Aha…

KOT czyli KOD

Ewa Maria Slaska

Jeśli gwiazdki z nieba chcesz…

Dawno nie pisałam o kotach, a tymczasem życzliwi nadesłali kolejną porcję pięknych kotów. A więc do dzieła, kobieto, którą kiedyś pomówiono o to, że pisze tylko o kotach!

Zacznijmy więc od tego, że TEN KOD się jednak pisze przez D. Wszyscy wiemy, ale gdyby przypadkiem jeszcze ktoś nie wiedział, to jest to Komitet Obrony Demokracji, powołany do życia w listopadzie 2015 roku przez Mateusza Kijowskiego. Pomysłodawcą był jednak Krzysztof Łoziński, pisarz i opozycjonista, który w wywiadzie dla portalu Studio Opinii powiedział, że w obliczu zmian prawa, forsowanych przez właśnie wybraną partię PiS, należałoby na podobieństwo KOR-u czyli Komitetu Obrony Robotników, powołać Komitet Obrony Demokracji.

I tak się stało. 21 listopada na Facebooku powstał KOD, a już 3 grudnia grupa wyszła z Facebooka na ulice, najpierw w Warszawie, a potem w wielu innych miastach, w Polsce i poza granicami, w tym w Berlinie 19.12.2015 (demo w obronie TK).  Grupy krajowe powstawały z początkiem grudnia tak jak grupa niemiecka.

Dalej będzie już o KOT-ach przez T na końcu. Na początek przez dwa TT. Jan Kott, pisarz, opozycjonista, historyk literatury i nadwyczajny wręcz znawca Szekspira (na dodatek obrazoburczy!), miał ponoć opowiedzieć komuś, że jak go w PRL-u za karę postanowiono usunąć z kolejnego wydania Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, na jego miejsce musiano wstawić aż dwa koty przez jedno t na końcu. Odpowiednio przykrojone hasła kot domowy i kot dachowy (może mylę drugi z przymiotników, ale na pewno pierwszy był kot domowy) wypełniły szczelnie encyklopedyczną lukę po niepokornym pisarzu. Bo jak się poprawia wielkie leksykony, nie można niczego ot tak sobie wyrzucić, jako że usunięcie jednej tylko maleńkiej notatki, że Aaa kotki dwa to onomatopeiczny wers z popularnej polskiej kołysanki, mogłoby spowodować konieczność zmiany układu (graficznego) i składu (zecerskiego) całego tomu…

Opowiedział mi to kiedyś przyjaciel, a ja tego nigdy nie sprawdziłam. Nie mam starej encyklopedii wielotomowej, sięgam więc do jedynej, jaką posiadam: Encyklopedia Popularna PWN, wydanie dwudzieste drugie zmienione i uzupełnione. Rok 1992, Jan Kott wrócił już do encyklopedii, ale, pewnie znowu przez tych strasznych layoucistów, ma wpisik znacznie mniejszy niż kot domowy. I nie ma zdjęcia, podczas gdy kot ma nawet dwa obrazki, u góry kot domowy, który wygląda jak puszysty pers, pod spodem kot bezrasowy, ani chybi tygrys.

Nota bene linijki Aaa kotki dwa w encyklopedii nie ma. A powinna, bo to piosenka z dużą tradycją, choć dziś śpiewana w wersji poważnie zmienionej i skróconej. Oryginalną wykonali Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo w przedwojennym filmie dla dzieci Paweł i Gaweł. Autorami słów byli Jerzy Nel i Ludwik Starski, muzykę skomponował Henryk Wars. Ach, cóż to jest za piosenka!

Po KODzie i KOTTcie pora na Kota. Już jak trzeba, z jednym t na końcu, ale jeszcze z dużej litery. Taż sama encyklopedia przywołuje jakiegoś KOTa, Stanisława, 1885-1975, historyka, polityka, działacza ruchu ludowego. Napisał książkę Rozmowy z Kremlem. Rok mamy może już 1992, ale nasz polityk ma wpis odrobinkę dłuższy niż kot domowy i dwa razy obszerniejszy niż KoTT z dwoma TT.

Na zakończenie kilka kotów, przez jedno t na końcu i z małej litery. Nie szukam i nie szperam, po prostu sięgam do zasobów mojego Facebooka. Co dobre dla KOD, tym się zadowoli również kot.

Paul Klee. “Cat and Bird.” 1928. The Museum of Modern Art, New York.

Kot śnieżny znaleziony na Facebooku, “kakałko” od Julity, pozostałe trzy koty nadesłane przez Danusię.

Ja z kotem na spacerze. Dzieło wnuka.

Nadesłane przez moją siostrę.

Mój własny kot w moim własnym mieszkaniu – zdjęcie zrobione przeze mnie samą.  Umieszczam, bo chciałam tu zamieścić wszystkie koty z mojego Facebooka, które pojawiły się tam od czasu, gdy napisałam ostatni wpis o kotach. Kot wrócił mianowicie z pracy, o czym TU.

I na zakończenie najbardziej niezwykły obraz z kotami, jaki ostatnio widziałam, nadesłany przez kuzynkę, tzw. Kanadyjkę.
Carl Kahler
AUSTRIAN
MY WIFE’S LOVERS
Sprzedany w Sotheby za 826,000 USD  (wyceniony na 200.000, zarobił cztery razy więcej)

Do cats have nine lives?  While more than 3,000 people perished in the San Francisco Earthquake of 1906, Carl Kahler’s monumental canvas depicting 42 larger than life sized cats survived the destruction and devastation.  The history of what has been referred to as “one of the finest cat pictures in the world” (Oakland Tribune, February 4, 1930, p. 50) dates back  to the early 1890s when it was commissioned by cat enthusiast,  Kate Birdsall Johnson of San Francisco.

Mrs. Johnson was a millionaire and she loved cats, especially fancy Persian and Angora breeds. She housed 350 cats in her 3000 acre summer residence, Buena Vista, located near Sonoma, California. There, her pets were cared for by a troop of servants hired specifically for this purpose, and entertained by parrots and cockatoos, which coexisted with the feline community in the Johnson mansion. Each cat had a name, and recognized that name when called (Durling, p. 6).

In 1891, Mrs. Johnson commissioned the artist Carl Kahler to paint her cats. Kahler was Austrian by birth, but had established his career primarily as a painter of horse racing scenes in Australia and New Zealand, where he had worked for seven years. Upon arriving in the United States, his plan was to travel to Yosemite to make nature studies, but while in San Francisco, he was invited to visit Mrs. Johnson’s cat ranch.  Although Kahler had never painted a cat before, Mrs. Johnson hired him and for the next three years he sketched her cats in a variety of poses, thus becoming acquainted with their individual personalities and traits. The culmination of his work was our painting, titled My Wife’s Lovers, a title supposedly assigned by Mrs. Johnson’s husband.

The seated cat in the center of the composition was named Sultan. Mrs. Johnson found him irresistible and paid $3,000 for him during a trip to Paris.  “He attracted her fancy, but she was told that he was not for sale.  She asked what his value was, and then offered twice the amount, and brought Sultan home with her. He is a big, handsome cat, with a tawny brown coat with splashes of yellow in it and a white breast, and large green eyes” (Davisp. 12). Directly to Sultan’s left may be a cat called His Highness, a superb white Angora with bright blue eyes. His Highness appears in another painting by Kahler, seated on a table covered with a blue embroidered Japanese silk curtain (Davis p. 12). Together with Sultan and His Highness, forty other felines complete this extraordinary group portrait; their poses and expressions first captured in the individual sketches created by Kahler over a span of three years.

Mrs. Johnson lent My Wife’s Lovers to the 1893 Chicago World’s Fair, where it became an immediate sensation (Final Report of the World’s Fair Commission, Chicago, p. 58.). Soon after Mrs. Johnson’s estate auction of 1894, the painting was acquired by fellow San Franciscan Ernest Haquette who displayed it in his “Palace of Art Salon,” which was destroyed in the Great Quake. My Wife’s Lovers was next hung in Frank C. Havens’ Piedmont Art Gallery, a public museum, where it attracted further admirers. Later owners, Mr. and Mrs. Julian of Chicago, sent My Wife’s Lovers on tour through the United States in the 1940s and to Madison Square Garden for, appropriately, a cat-show. With the Julian’s promotion, Kahler’s work became so popular that 9,000 prints were sold after the original painting, and in 1949, Cat Magazine called it “the world’s greatest painting of cats.” (Robert Reed, “Inside Antiques,” http://www.waybacktimes.com). But this is not the end of the story.  Even after her death Mrs. Johnson continued to cherish her cats; her will stipulated a gift of $500,000 to guarantee their perpetual care and comfort.

Powyżej zacytowałam notatkę o tym obrazie zamieszczoną w katalogu aukcji Sotheby w dniu 3 listopada 2015 roku. Oto paralelność rzeczywistości. Listopad 2015. Sotheby sprzedaje 42 koty za prawie 900 tysięcy dolarów, w Warszawie powstaje KOD.

Ucieczka do Krainy Minionków

Auf Deutsch: wirschaffenes

Ewa Maria Slaska w imieniu Antona

Zabawy dziecięce

Tytuł pożyczyłam, oczywiście, od Pietera Bruegla Starszego. Rok był 1560. Od czasów starożytnych nikt nie malował dzieci. A on tak. Tak:

Dziś jednak historia całkiem współczesna o zabawach dziecięcych. Z zeszłego tygodnia. Bawimy się z wnukiem, co się odbywa według pewnego, od kilku miesięcy nie zmienianego schematu. Dostaję do ręki jakąś zabawkę wraz z informacją, czy jest ona „dobra” czy „zła”, i z pewną instrukcją wyjściową. Mam na przykład dwie pandy (pandy są “dobre”) i zadanie, by zbudować dla nich dom (to zabawa z tygodnia, gdy prasa podała, że zoo w Berlinie zakupi w Chinach nowe pandy; dla tych, co nie wiedzą informacja, że Berlin miał przez wiele lat dwie pandy, Yan Yan i Bao Bao, które kiedyś niestety zdechły – Yan Yan w roku 2007, Bao Bao w pięć lat później). Proponuję różne wersje domu, gaj bambusowy, namiot z koca, pudełko po butach, a pan reżyser decyduje, czy moje propozycje mu się podobają czy nie. Zaakceptowany domek dla pand okazał się pudełeczkiem-łóżeczkiem ustawionym koło doniczki z bambusami, a pod lampą, żeby misiom było ciepło. Wokół zamieszkały różne inne zwierzęta, krokodyle, delfiny, rekin, słoń, które przypłynęły do zoo arką…

Tym razem miałam wybudować dom z klocków lego. Potem drugi, potem trzeci. Jak się okazało domy stały na wyspie, a wokół reżyser ułożył morze z niebieskich szalików i kocyków. Do brzegu wyspy dobijały po kolei coraz to nowe amfibie. Mieliśmy naprawdę dużą flotę.

ucieczka6

W domach na wyspie zamieszkały różne ludziki lego. Wszystkie były „dobre”. Potem na wyspę napadli „źli”. Byli olbrzymi i pochodzili z innej kategorii lego, takiej, która pozwala konstruować potwory i roboty (dla znawców informacja: lego technics). Był zły zielony Sven (imię jest wspomnieniem po historyjkach o Wickim, małym wikińskim chłopcu), jego kolega – duży zły zielony Sven i jeszcze większy czerwony Sven, też zły.

ucieczka4 Złe Sveny napadły na wyspę i zaczęły burzyć domy. Reżyser zarządził, że „moje” ludziki muszą uciekać, ale niestety wciąż się okazywało, że każda amfibia, którą wzięłam do ręki, nie jest już nasza, bo zajęli ją “źli”. Wreszcie cudem jakimś udało mi się zbudować małą łódkę płaskodenną, zapakować na nią wszystkie moje ludziki i uciec z nimi na morze. Łódka płynęła bardzo niepewnie, było na niej tak ciasno, że wszystkie ludziki musiały stać.

ucieczka1

Dopłynęliśmy do tapczanu przykrytego białą narzutą. Były to Białe Góry, gdzie niestety też czaił się „Zły”. Przebrał się drań, wyglądał jak zwykły ludzik, ale tak naprawdę był „zły” i znowu trzeba było brać nogi za pas i wiosła w dulki. Na szczęście nasza łódka umiała fruwać i dolecieliśmy na szczyt wielkiej góry. „Zły” nas nie dogonił, ale i tak stało się niebezpiecznie, bo to był wulkan i po raz kolejny musieliśmy uciekać przez Białe Góry.

ucieczka3

Chciałam wracać na naszą wyspę, ale okazało się, że jest zrujnowana i nie ma dokąd wracać.

ucieczka5

Wreszcie zobaczyliśmy z daleka spokojny wesoły kraj. Był cały żółto-niebieski. Mieszkały tam minionki i jadły banany. Dopłynęliśmy ostatkiem sił i minionki powiedziały, że możemy zostać. Daliśmy ludzikom banany i położyliśmy je do łóżka.

ucieczka7

Co teraz, zapytałam? Nie wiadomo, odparł reżyser. Zawsze mogą się pojawić jacyś „źli” i zacząć strzelać. A jak trafią, to każdy „dobry” też stanie się „zły” (tak się zdarzyło w jednej z historyjek o smerfach). A co zrobić, żeby nie trafili? To zależy od Królowej.

Okazało się, że musimy opowiedzieć Królowej bajki. Ja mam opowiedzieć „dobrą” bajkę, pan reżyser – „złą”. Jeśli królowej spodoba się moja bajka, to dobrze, ale jeśli wybierze „złą”…

Opowiedziałam w skrócie coś w rodzaju Królowej Śniegu, która mieszkała w Białych Górach, i porwała chłopczyka, dziewczynka go szukała i znalazła, a pomagały jej pszczoły i ptaki. Królowa  podziękowała dziewczynce, przeprosiła chłopczyka i… Chłopczyk natomiast opowiedział o wielkiej czarnej dziurze, gdzie mieszkały czarne wielkie dinozaury (widzieliśmy takiego przed tygodniem w Muzeum Historii Naturalnej, miał na imię Tristan – idźcie zobaczyć). Wielkie dinozaury zjadły wszystkie czarne wrony i wypluły piórka. Tak dużo, że świat stał się cały czarny (tak się zdarzyło w legendach królestwa Chima).

No i co, zapytałam. Którą bajkę wybrała Królowa? Twoją, odparł reżyser. Powiedziała, że ludziki mogą zostać i „damy radę”.

Tak powiedziała: “wir schaffen es”.

ucieczka2

Znalezione na Facebooku

Coś w tych wypowiedziach wydało mi się ważne i nowe, a przede wszystkim moje. Zaznaczyłam to w tekście pogrubioną czcionką

Stefan Rieger
na stronie D.ok czyli Democracy is OK po różnorakich zawirowaniach towarzyskich organizacyjnych i innych w KOD POLONIA

13 stycznia

Drodzy Przyjaciele

Jako pijany zajączek na puszczy facebookowej, co swój rozum ma, lecz nie zna kruczków, cynków, pułapek na zajączki, przejść na skróty i całej tej inżynierii społeczn(ościow)ej, zgłaszam garść nieśmiałych postulatów, by z tego forum wymiany między Polakami gorszego sortu uczynić ewentualnie agorę dyskusji między najmądrzejszymi z Polaków, tfu, zostawmy Polaków – między po prostu inteligentnymi ludźmi o otwartych umysłach, albowiem żyjemy w krajach, gdzie polskie stardardy nie mieszczą się nawet zwykle w ramach prawa…

Po pierwsze: wyczyśćcie raz na zawsze stajnie Augiasza i umówcie się, w której grupie mamy dyskutować, by nie rzucać słów na wiatr, między grupy zawieszane, zamykane, zbanowane, reaktywowane i wątpliwej legitymacji. Gdzie, do cholery, jesteśmy i po co ??!!

Po drugie: zdefiniujcie jasno profil grupy i jej cele. To może być najmniejszy wspólny mianownik (obrona podstawowych swobód, mediów, demokracji w Polsce), albo największy (burza mózgów w celu znalezienia lepszych rozwiązań dla Polski, Europy i świata, albowiem żyjemy w systemie naczyń połączonych i wszystko nas dotyczy: uchodźcy, terroryzm, religie, korporacje, neofeudalizm…)

Po trzecie: niechaj każdy się wypowie, co nas łączy i jak za daleko nie należy się posuwać. Czy wolno przejeżdżać się nie tylko po Kościele, lecz również po religii, w której ja, Stefan, osobiście, widzę największe zło, gdyż często zabija, a zawsze pozbawia wolności myślenia i własnego sądu moralnego, a tylko taki jest coś wart.

Po czwarte: jeśli należycie do fan-clubu PO, do międzynarodowej klasy współczesnych technokratów-nomadów surfujących na fali neoliberalnej doktryny i marzycie tylko o tym, by Polska wróciła do koryta w mainstreamie, to nie będzie mi z wami po drodze, gdyż żywność w korycie mi nie odpowiada, a mainstream jeszcze mniej…

Po piąte zatem: proponuję, byśmy się dobrali wedle kryteriów „jakości” – myśli, słowa, wartości, szczerości uczuć… To zakłada wzajemne zaufanie i zgodę co do filtrowania chłamu i hejtu. Zwykle instynktownie to czujemy, więc dajmy temu wyraz… Ceńmy sobie nawzajem to, co skłania nas do zrobienia free hugs, câlins gratuits, każdemu, kto chce… Bądźmy sobie czuli, a przynajmniej życzliwi…

Po szóste: jeśli nie przestaniecie ignorować najmniejszej aluzji do religijnego wymiaru polskiej psychodramy (co od początku ustawiło mnie do Was z lekka nieufnie, choć instynktownie Was szczerze lubię), to pewnie z żalem się rozstaniemy… Filtrujmy zatem nasze sympatie i empatie, by z tego co najlepsze wyssać miąższ… Lajkujmy selektywnie, wyrzucajmy trolle lub notorycznych idiotów za burtę… Nie bójmy się poddać krytyce naszych wierzeń religijnych… Spróbujmy raczej uwierzyć w łączącą nas nić sympatii… Od tego zależy przyszłość naszej grupy (choć ciągle nie wiem, jakiej).

Po siódme zatem (gdyż siedem jest cudów świata): możemy spróbować stworzyć Polskę wirtualną, której nie ma na mapie, lecz kiedyś może będzie… Choć tak naprawdę w to nie wierzymy, chcemy tylko sobie porozmawiać… Jak Prosiaczek z Puchatkiem…

Tak czy inaczej nie chodzi bowiem o to, by jakąś tam Polskę ocalić, lecz o to, byśmy nie musieli się wstydzić, po wsze czasy, naszej polskości (jakby nie była śladowa). A o to najtrudniej…

Polskie ulice / Polnische Strassennamen

Viele Wochen sammelten Tomasz Fetzki und ich die polnischen Strassennamen in Berlin; dann gesellte sich noch der Hans-Jürgen Moder zu uns. Ursprünglich nahmen wir an, dass derjenige, der behauptet hatte, in Berlin gebe es 93 polnische Strassennamen, recht hat. Hat er nicht. Wir sind schon bei mehr als 150 und es ist sicher nicht das Ende der Geschichte. Sucht weiter und schickt die neuen Namen uns zu… Oder korrigiert das, was wir geschrieben / gefunden haben!

Achtung: Rote Strassennamen wurden von den Leser schon nach der Veröffentlichung dieses Beitrags  zugeschickt

Przez wiele tygodni Tomasz Fetzki i ja zbieraliśmy polskie nazwy ulic w Berlinie. Potem dołączył do nas jeszcze Hans-Jürgen Moder. Gdzieś znalazłam informację, że w Berlinie są 93 ulice z polskimi nazwami. Jest ich jednak znacznie więcej. Obecnie nasz rejestr obejmuje ponad 150 polskich nazw, a to na pewno nie koniec. Szukajcie i przysyłajcie… Ale poprawiajcie też błędy, bo na pewno nie wszystko spisaliśmy jak należy…

Uwaga: Czerwone nazwy ulic dosłali Czytelnicy już po publikacji tego wpisu 

Aktualnie / Momentan 158 Namen / nazw ulic

***
Städte / Miasta

BACHWITZER (BACHOWITZER) STRASSE / ULICA WIELOŁĘCKA

BAUERWITZER STRASSE / ULICA BABOROWSKA

BENTSCHENER WEG / ULICA ZBĄSZYŃSKA

BERUNER STRASSE / ULICA BIERUŃSKA (Bieruń Stary/Bieruń Nowy k. Katowic)

BICHOFSTALER STRASSE / ULICA UJAZDOWSKA (Ujazd Śląski)

BIRNBAUMER STRASSE / ULICA MIĘDZYCHODZKA

BISMARCKFELDER STRASSE / ULICA ŚWINIARSKA

BLÜTENAUER STRASSE / ULICA KWIECISZEWSKA

BOSCHPOLER PLATZ, STRASSE / ULICA BOŻOPOLSKA (Bożepole Wielkie, Bożepole Małe)

BRACHFELDER STRASSE / ULICA PANIGRÓDZKA

BRACHLINER STRASSE / ULICA ZBRACHLIŃSKA

BRANDORFER WEG / ULICA PRZYPROSTYŃSKA

BREITENFELDER STRASSE / ULICA PRZYBOROWSKA

BRESLAUER PLATZ/ PLAC WROCŁAWSKI 2 x

BRIESENER WEG /  ULICA WĄBRZEŹNIEŃSKA

BRODAUER STRASSE / ULICA BRODOWSKA

BUCHENHAINER STRASSE / ULICA BOGUNIEWSKA

BUDSINER STRASSE / ULICA BUDZYŃSKA

BÜTOWER STRASSE / ULICA BYTOWSKA

BUSCHINER STRASSE / ULICA BUŚNIEŃSKA

CROSSENER STRASSE / ULICA KROŚNIEŃSKA

CZARNIKAUER STRASSE / ULICA CZARNKOWSKA

DANZIGER STRASSE / ULICA GDAŃSKA

DAMERAUER ALLEE /ALEJA DĄBROWSKA (Dąbrowa k. Malborka)

DEBENZER STRASSE / ULICA DĘBIENIECKA

DIRSCHAUER STRASSE / ULICA TCZEWSKA 2x

DEUTSCHHOFFER ALLEE – ALEJA NAMYŚLACKA (Namyślaki)

DOLGIZERSTRASSE / ULICA DŁUŻKOWSKA

DOMNAUER STRASSE / ULICA DOMNOWSKA

DRAMBURGER STRASSE / ULICA DRAWSKA

DRAUSNITZER STRASSE / ULICA DROŹDZIENICKA

DRENZIGER ZEILE / ZAUŁEK DRZEŃSKI

DRIESENER STRASSE / ULICA DREZDENKOWSKA (Drezdenko)

DROSSENER STRASSE / ULICA OŚNIEŃSKA (Ośno Lubuskie)

DRUSCHIENER STRASSE / ULICA DRUŻYNIAŃSKA (Drużyny)

ERNSTRODER STRASSE / ULICA PIGŻAŃSKA

FEUERSTEINER STRASSE / ULICA KRZEMIENIEWSKA

FINKELWALDER WEG / ULICA ZDROJOWA (Szczecin-Zdroje)

FORDONER STRASSE / ULICA FORDOŃSKA

GEMBITZER STRASSE / ULICA GĘBICKA

GERZLOWER STRASSE / ULICA JAROSŁAWSKA

GLADAUER STRASSE / ULICA GŁODOWSKA

GLATZER STRASSE / ULICA KŁODZKA

GLEIWITZERSTRASSE/ ULICA GLIWICKA

GLOGAUER STRASSE / ULICA GŁOGOWSKA

GOLDAPER STRASSE / ULICA GOŁDAPSKA

GRAUDENZER STRASSE / ULICA GRUDZIĄDZKA

GROTTKAUER STRASSE / ULICA GRODKOWSKA (Grodków)

GÜLZOWER STRASSE / ULICA GOŁCZEWSKA

GRÜNBERGER STRASSE / ULICA ZIELONOGÓRSKA 2x

HEDWIGSKIRCHGASSE – ZAUŁEK KOŁO KATEDRY ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA KSIĘŻNICZKI JADWIGI POLSKIEJ

HERTWIGSWALDER STEIG / DRÒŻKA DOBOSZOWICKA (Doboszowice, pow. Ząbkowice Śl.)

KADINER STRASSE / ULICA KADYŃSKA

KALISCHER STRASSE / ULICA KALISKA

KAMENZER DAMM / TRAKT KAMIENIECKI (Kamieniec Ząbkowicki)

KAMMINER STRASSE / ULICA KAMIEŃSKA (Kamień Pomorski)

KARWITZER PFAD /KARWICKA ŚCIEŻKA

KATTOWITZER STRASSE / ULICA KATOWICKA

KÖSLINER STRASSE / ULICA KOSZALIŃSKA

KOLBERGER STRASSE & PLATZ / ULICA KOŁOBRZESKA i PLAC 3x

KÖNIGSHÜTTER WEG / ULICA CHORZOWSKA

KONITZER STRASSE / ULICA CHOJNICKA

KUDOWASTRASSE & KOLONIE PAUSBORN-KUDOWA / ULICA KUDOWSKA & OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PAUSBORN-KUDOWA”

KÜLZER STRASSE / ULICA KULICKA

KULMER STRASSE / ULICA CHEŁMNIŃSKA

KULMSEESTRASSE / ULICA JEZIORA CHEŁMŻAŃSKIEGO

LANDSBERGER STRASSE/ ULICA GORZOWSKA

LAPPINER PLATZ/STRASSE / ULICA ŁAPIŃSKA

LIEGNITZER STRASSE/ ULICA LEGNICKA

LISSAER STRASSE / ULICA LESZNIEŃSKA

MARIENBURGER STRASSE / ULICA MALBORSKA

MIELTSCHINER WEG/ ULICA MIELŻYŃSKA

MÜHLTALER STRASSE / ULICA SMUKAŁOWSKA (Bydgoszcz-Smukała)

MÜNSTERBERGER WEG / DROGA ZIĘBICKA (Ziębice, pow. Ząbkowice Śl.)

MÜNSTERWALDER STRASSE / ULICA OPALENIEWSKA (Opalenie k. Kwidzyna)

MYSLOWITZER STRASSE / ULICA MYSŁOWICKA 2x

NEUDAMMER STRASSE / ULICA DĘBNIEŃSKA (Dębno koło Myśliborza)

NEUFAHRWASSERWEG / ULICZKA NOWY PORT

NITZWALDER STRASSE / ULICA NICWALDZKA

OHLAUERSTRASSE/ ULICA OŁAWSKA

OLIVAER PLATZ / PLAC OLIWSKI

OPPELNERSTRASSE/ ULICA OPOLSKA

PÖLITZER STRASSE / ULICA POLICKA (Police k. Szczecina)

POLLNOWER STRASSE / ULICA POLANOWSKA

PROSKAUERSTRASSE / ULICA PRÓSZKOWSKA

RATIBORSTRASSE/ ULICA RACIBORSKA

RIDBACHER STRASSE / ULICA RZECKA (Rzeck, gmina Mrągowo)

ROGAUER WEG / ULICA ROGOWSKA (Rogów Opolski)

RÜGENWALDER WEG /  DROGA DARŁOWSKA

SAGANERSTRASSE/ ULICA ŻAGAŃSKA

SANDOWITZER PLATZ / PLAC ZEDOWICKI

SCHLAWER STRASSE / ULICA SŁAWIEŃSKA

SCHLOCHAUER STRASSE / ULICA CZŁUCHOWSKA

SCHRODAER STRASSE / ULICA ŚREDZKA (Środa Wielkopolska)

SCHWIEBUSER STRASSE / ULICA ŚWIEBODZIŃSKA

SORAUERSTRASSE/ ULICA ŻARSKA

STADER STRASSE / ULICA WIELISTOWSKA

STEPNITZER WEG /  DROGA STEPNICKA (Stepnica, pow. Goleniów)

STETTINER BAHNHOF & STRASSE / DWORZEC SZCZECIŃSKI & ULICA

STREHLENER STRASSE / ULICA STRZELIŃSKA (Strzelin)

STRIEGAUER STRASSE / ULICA STRZEGOMSKA

THORNER STRASSE / ULICA TORUŃSKA

TYCHYER STRASSE / ULICA TYSKA

WALDENBURGER STRASSE / ULICA WAŁBRZYCHSKA

WAPLITZER STRASSE / ULICA WAPLEWSKA (Waplewo)

WARSCHAUERSTRASSE/ ULICA WARSZAWSKA

WEISSENHÖHER STRASSE / ULICA BIAŁOŚLIWIŃSKA

WILHELMSBRÜCKER STRASSE / ULICA PODZAMCZE (dzielnica Wieruszowa k. Kalisza)

WONGROWITZER WEG / ULICZKA WĄGROWIECKA

ZOPPOTTER STRASSE & ZOPPOTER WEG / ULICA SOPOCKA & DROGA SOPOCKA

ZÜLLICHAUER STRASSE / ULICA SULECHOWSKA

Doppelte Stadtnamen an der Grenze / Podwójne nazwy miast granicznych

GUBENER STRASSE / ULICA GUBIŃSKA /GUBEŃSKA

GÖRLITZER STRASSE / ULICA GÖRLICKA /ZGORZELECKA 3 x

KÜSTRINER STRASSE / ULICA KOSTRZYŃSKA / KUESTRIŃSKA 2 x

Landschaften, Berge, Flüsse / Krainy, góry, rzeki

BESKIDENSTRASSE / ULICA BESKIDZKA

BOBERSTRASSE / ULICA BOBRZAŃSKA

BORUSSIASTRASSE & KOLONIE BORUSSIA / ULICA PRUSKA i OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PRUSY”

NEISSE STRASSE / ULICA NYSKA

NETZESTRASSE / ULICA NOTECKA

NOGATSTRASSE / ULICA NOGATU

ODERSTRASSE / ULICA ODRZAŃSKA

POMMERSCHE STRASSE / ULICA POMORSKA

SCHLESISCHESTRASSE – BRÜCKE – BUSCH – TOR/ ULICA – MOST – ZAGAJNIK – BRAMA ŚLĄSKA

VOR DEM SCHLESISCHEN TOR / PRZED BRAMĄ ŚLĄSKĄ

WARTHESTRASSE (PLATZ) / ULICA (PLAC) WARCIAŃSKA

WEICHSELSTRASSE / ULICA WIŚLANA

Menschen / Ludzie

AM BALTENRING / OBWODNICA BAŁTYCKA (Bałtowie)

CHOPIN STRASSE

CHODOWIECKI STRASSE / ULICA CHODOWIECKIEGO

GOTZKOWSKY STRASSE / ULICA GOCKOWSKIEGO 2x

MARIE-CURIE-ALLEE / ALEJA MARIE CURIE (SKŁODOWSKIEJ)

JABLONSKI STRASSE / ULICA JABŁOŃSKIEGO

JANUSZ KORCZAK STRASSE

KOPERNIKUSSTRASSE / ULICA KOPERNIKA 2x

POMMERNALLEE / ALEJA POMORZAN

ROSA-LUXEMBURG-PLATZ & STRASSE / ULICA & PLAC RÓŻY LUKSEMBURG 2x

OSTROWSKI STRASSE / ULICA OSTROWSKIEGO

Sonstiges / Inne

ESPERANTOPLATZ / PLAC ESPERANTO

Flüchtlinge – uciekinierzy

Tekstów o uciekinierach coraz więcej. Zgodnie z zapowiedzią będę je więc publikowała w każdą środę, a nie tak jak dotychczas – w co drugą.  Dziś dwugłos Monika Wrzosek-Müller i ja. Mój tekst – po polsku – pod tekstem Moniki. Oba zatroskane.

MonikaWrzosek-Müller

Die Jugendherberge und die jungen männlichen Flüchtlinge

Sie war erstaunt, dass jemand sich über eine so schöne Herberge noch beklagen konnte. Ein Zufall wollte, dass sie da mit ihrem Sohn vor Jahren an einem Vorbereitungskurs für seine Reise nach Kanada teilgenommen und er in der Herberge auch übernachtet hatte. Auf jeden Fall war die Unterkunft sehr schön gelegen, am Seeufer, fast im Wald, mit großem Essraum und allen denkbaren hygienischen Einrichtungen.

Die Jungs, die jetzt dort wohnten, kamen hauptsächlich aus Afghanistan, Syrien, dem Libanon und dem Irak; es gab vereinzelt welche aus Afrika: Ghana und Eritrea. Sie gaben an, unter 18 zu sein, doch sie vermutete bei vielen, dass sie diese magische Grenze schon überschritten hatten. Auf die Frage: „Wie alt bist du?“ kam meistens eine Zahl, die mit dem Gesicht nicht korrespondierte: 15, 16 – und die Gesichter waren eher die von Männern über 20. So einigte man sich auf eine ärztliche Untersuchung, die jetzt das ungefähre Alter feststellen soll. Eigentlich wusste sie nicht, wie man das feststellen konnte; wenn jemand ganz schlimme Erlebnisse hatte, würde er auch älter aussehen. Sie würde, wäre sie Ärztin, diese Aufgabe nur sehr ungern übernehmen.

Die ersten Wochen waren die Sprachgruppen national fast homogen, erstaunlich wie die einzelnen Nationen zusammen hielten; später wurden sie nach Grad und Fähigkeit Deutsch zu lernen eingeteilt. Es kam eine bunt gemischte Gruppe heraus. Eigentlich waren sie lernwillig, manche lernten auch wirklich schnell und konzentriert, aber es gab auch solche, die die ganze Zeit redeten und sich vielleicht gar nicht konzentrieren konnten. Es gab auch großen Bedarf an Alphabetisierung; viele kannten das lateinische Alphabet nicht, bei einigen wenigen hatte sie den Eindruck, dass sie überhaupt lernungewohnt waren.

Es gab viele Lehrer; die Jungs wurden in vier Gruppen eingeteilt und es wurde an allen fünf Tagen der Woche unterrichtet. Nachmittags organisierten die Sozialarbeiter für sie Ausflüge oder Heimkino, sie hatten auch Monatskarten, um mit der BVG zu fahren. Es war schon ein gut durchdachtes und funktionierendes System bei allen, die sich für die Jungs einsetzten. Sie dachte auch, dass es gerade für so junge Leute leichter sein müsse, sich an das Land und die Sitten zu gewöhnen. Bei einigen musste man dann auch hart durchgreifen, damit sie das machten, was von ihnen verlangt wurde. Allgemein waren sie aber eher fröhlich und zuversichtlich – sie dachte: vielleicht doch irgendwie aus besseren Verhältnissen.

Das wichtigste Accessoire war natürlich das omnipräsente Handy mit blinkender Oberfläche, je größer desto besser. Und natürlich versuchten sie am Anfang auch während des Unterrichts am Handy zu fummeln. Dann machte sie die Ansage, dass sie im Flugzeug wären und für die Flugzeit würde das Handy auf Flugmodus gestellt; das kapierten sie erstaunlich schnell und die Handyslagen unberührt; doch kurz vor dem Schluss des Unterrichts rief immer ein digitaler Muezzin sie per Handy zum Gebet und dann war Ende mit der Ruhe und der Schule; wie in ihren Heimatländern die Disziplin in den Schulen gehandhabt wurde, konnte sie sich nicht vorstellen.

Die Weihnachtsparty, die die Deutschlehrer organisiert hatten, war ein voller Erfolg. Die Jungen sangen aus vollen Herzen, sprangen herum und tanzten, führten auch ihre Lieder vor: den Afghan-Rap, die Lieder aus ihren Ländern. Manchmal dachte sie, als sie ganz wild herumtanzten und johlten, das ist jetzt aber zu viel, wir werden es nicht schaffen sie zu beruhigen, und doch endete alles erstaunlich ruhig und gesittet, aufgeräumt und still. Das Bingo-Spiel wurde mit großer Freude mitgespielt, die Lehrer hatten wirklich ein schönes Programm angeboten, mit Weihnachtsgebäck und Früchten und Getränken… die Jungs fühlten sich wohl und mit Aufmerksamkeit bedacht.

Einige wenige gingen schon in die Willkommensklassen, die lernten natürlich am schnellsten, hatten auch in den Pausen Kontakt zu anderen deutschen Jugendlichen. Es war wirklich der beste Weg sie zu integrieren, zusammen mit den anderen lernen, spielen, zusammen sein; sonst waren sie ausgegrenzt und im Ausnahmezustand, das sah man ihnen an. Viele waren apathisch oder sehr nervös und gereizt. Sie stürmten plötzlich aus der Klasse wegen angeblichen oder doch existierenden Durchfall, Nasenbluten etc… Sie versuchte dahinterzukommen: waren das wirkliche Symptome, oder wollten sie gerade aus der Gemeinschaft, aus dem Unterricht raus. Es war sehr wichtig, ihnen Aufgaben zu stellen, bei denen sie auch nachdenken mussten; zusammenzählen, etwas erfinden, mit abstrakten Dialogen und Situationen taten sie sich schwer; aber vielleicht taten sich alle Jugendlichen damit schwer.

Sie wollte zu dem Café-Treffen der Ehrenamtlichen gehen und fragen, wohin die Jungendlichen denn ab Ende Februar verlegt werden würden, was mit ihnen geschehen würde, denn die Betreiber der Herberge wollten für den Frühling keine Flüchtlinge mehr haben. Das war das Mindeste, was sie für sie weiter tun konnte, auch wenn sich nicht nur Erfreuliches im Unterricht ereignete.

Eine von den Deutschlehrerinnen wollte mit den Jungs in ein Supermarkt gehen, um die Sachen konkret beim Namen zu nennen, schauen was sie interessiert, was sie einkaufen, ihnen helfen sich zu orientieren und ihnen erklären, was die Sachen in der Verpackung sind. Sie hat jedem 2,50 € geben wollen, damit sie sich eine Kleinigkeit kaufen könnten. Natürlich hat sie das von ihrem Geld gespendet, wollte nur eine Quittung haben, vielleicht wegen der Steuererklärung… sie hatte das Geld schon einigen ausgegeben, als zwei Jugendliche sie überfielen und ihr den Beutel mit dem übrigen Kleingeld wegrissen und wegrannten. Die anderen rannten ihnen hinterher, es entwickelte sich eine Schlägerei, in der einige verletzt wurden. Sie war völlig entsetzt und meinte, so was wird sie nicht noch Mal versuchen.

Sie dachte bei sich, man soll auf alle Möglichkeiten vorbereitet sein; sie kannte nicht einmal deutsche Jugendliche gut und wusste nicht, wie die in einer Gruppe funktionieren. Die Flüchtlinge, nach ihren Erlebnissen in der Heimat und auf dem Weg, und in völlig fremder Umgebung sind natürlich überfordert. Und dann dachte sie weiter: die Aufgaben, die auf uns warten, sind unendlich schwer – damit sie wirklich integriert werden und in Frieden mit sich und mit der Umgebung leben könnten.

Ewa Maria Slaska

Sylwester

Drugą część tego tekstu napisałam przed Sylwestrem. Rzeczywistość mnie jednak dopadła, zanim zdążyłam podzielić się z Wami myślą, że uchodźców wcale nie widać na ulicy. Bo niestety w Sylwestra było ich widać i to w sposób groźny.

Dla kobiety gwałt jest jedną z najbardziej przerażających wizji tego, co je może spotkać. Na szczęście kultura zachodnia od lat tępiła i potępiała gwałty, tak w sferze prywatnej jak i publicznej. Kobiety w Niemczech czy w Europie nie liczą się już z tym, że jest to realna codzienna groźba. Sylwester 2015 pokazał, że może stać się znowu realna i może stać się zjawiskiem społecznym.

Gdy wiadomości o tym dotarły do mediów, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nieprawda, że to prawicowa prowokacja wewnątrzniemiecka wymierzona w rząd Angeli Merkel. Im bardziej jednak doniesienia się mnożyły, tym bardziej, nie wiem zresztą dlaczego, prowokacja prawicowa wydawała mi się mniej realna.

Gdzieś zgwałcona została kobieta w średnim wieku – miała, jak podała prasa, 58 lat. Oczywiście, może jest to pani, która znakomicie wygląda, tak też może być, ale jeśli jest to jednak starsza pani, to znaczyłoby, że był to gwałt wojenny, który nie jest zaspokojeniem potrzeby seksualnej, tylko metodą poniżenia wroga przez poniżenie zadane jego kobietom. Tak gwałciła zwycięska Armia Czerwona tryumfalnie wkraczająca na tereny padających na kolana Niemiec, a jej ideologiem był Ilja Erenburg…

A wtedy mogłoby to oznaczać, że była to prowokacja, ale nie ze strony skrajnej prawicy niemieckiej czy europejskiej, lecz ze strony państwa islamskiego. I że znajdujemy się w stanie wojny. I że rzeczywiście są tu ONi i jesteśmy MY.

I tę myśl zapisałam kilka dnie temu, a następnego dnia również policja niemiecka, wychodząc zresztą nie z przesłanek lecz poszlak i dowodów, doszła do wniosku, że była to zorganizowana akcja ISIS.

Stale powtarzam, przede wszystkim trzeba myśleć.

Czy uchodźców widać na ulicy?

Ludzie z Polski wciąż pytają, czy uchodźców widać na ulicy? A moja odpowiedź, wprawdzie trochę niepewna, brzmi – nie, nie widać. Widać i słychać cudzoziemców, niewątpliwie, i to zarówno tych, którzy mieszkają tu na stałe, jak i turystów. Przede wszystkim zresztą Włochów i Hiszpanów. Ale uchodźców niemal nie widać. Mieszkam naprzeciwko nieczynnego lotniska Tempelhof, oddzielonego od ulic Tempelhofer Damm i Columbiadamm wielkim prawie stuletnim budynkiem, kiedyś najdłuższym budynkiem na świecie. Teraz podobno jest jakiś dłuższy.


Ja mieszkam po drugiej stronie ulicy, na samym prawym końcu tego gmaszydła. W tym budynku ulokowano w listopadzie kilka tysięcy uchodźców, głównie samotnych mężczyzn, czekających na przeniesienie do jakiegoś bardziej przychylnego ludziom miejsca. Pewnej soboty miały tu miejsce bójki, o których donosiła prasa na całym świecie. A ja co? A ja, choć mieszkam od nich o rzut beretem, początkowo nawet ich nie widziałam. Oni wchodzą do siebie głównym wejściem, wysiadają więc przystanek wcześniej niż ja – bo wejście główne i boczne oddziela odległość całej stacji metra. Moja jest dziś całkiem niepozorna, ale w latach 20 wysiadali tu robotnicy budujący lotnisko. Były ich tysiące. Szli do pracy 17 tunelami!

Oni i ja korzystamy z tej samej linii metra, a jednak początkowo w metrze też ich nie było. Raz, gdy szłam na dworzec o 4 w nocy, spotkałam jednego zbłąkanego, szukał drogi do najbliższego szpitala, którego adres ktoś mu nieporadnie zapisał na świstku.

Teraz w budynku ulokowano ponad dwa tysiące uchodźców, w przyszłości ma ich być nawet siedem tysięcy. Jest ich teraz, po kilku tygodniach, może troszeczkę więcej w metrze. Widocznie się oswoili i otarli, dostali bilety na komunikację miejską, odważają się więc, wychodzą ze schroniska, zbaczają z utartych tras prowadzących do urzędów. Ale nadal widzę ich niewielu. Nawet w pobliskim sklepie, który zasadniczo jest i ich, i mój, ich nie ma. Jak się czasem spotka jakichś cudzoziemców, to najdalej przy kasie okazuje się, że mówią dobrze po niemiecku i są na pewno berlińczykami od dawna.

Pracuję z uciekinierami, pracowałam z nimi wiele lat, między innymi  w ogromnym schronisku dla tysiąca ludzi, ale nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, jak może wyglądać taki moloch, gdzie zakwaterowano dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy osób. Oczywiście – w ogromnym pustym gmachu jest dość miejsca, aby pomieścić tysiące ludzi. Ale jak ich karmić, jak mają się kąpać, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne? Jak sprzątać? I co mają robić? To chyba główne pytanie – co mają robić, żeby nie zwariować w tym natłoku cudzej obecności i niedoborze sensownego zajęcia?

To niesamowite – tylu ich jest wśród nas, a my ich nie widzimy. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej pocieszające. Najwyraźniej taki organizm miejski jak wielokulturowy Berlin, z jego prawie czterema milionami mieszkańców, jest w stanie bez śladu wchłonąć sto tysięcy przybyszów.

Nowa polszczyzna

Ewa Maria Slaska

Bezokolicznik czyli infinitivus

W polszczyźnie pojawiło się coś nowego. Ma zaledwie kilka miesięcy i dopiero raczkuje, ale tendencja jest czysta i wyraźna. Tak będziemy mówić i pisać już zaniedługo. Najpierw mnie ta nowa polszczyzna wkurzała. Wydawała mi się niechlujna, byle jaka i pospieszna. Tak jakby komuś nie chciało się pisać wszystkich wyrazów potrzebnych do wyrażenia jakiejś myśli i dokonywał wielkiego skrótu. Jakby wsypywał mi kilka wyrazów i dawał do zrozumienia, że mam sobie z nich sama ułożyć zdanie.

Czy ktoś byłby chętny wynająć?
Proszę się skontaktować, by być dodanym do grupy.
Myślę nadal pozostać w tej samej pracy…
W dużej grupie była mała grupka, która preferuje działać na własną rękę…
A ja myślę panią ugościć często…

Na pewno cechą tej nowej polszczyzny jest bezokolicznik, czasem nawet dwa w jednym zdaniu. Nie jestem lingwistką, ale odnoszę wrażenie, że bezokolicznik to forma gramatyczna czasownika w języku polskim używana właściwie tylko w zdaniach z czasownikami modalnymi. Ewa chce spać, nie chce mi się pisać, mogę cię odebrać z dworca, nie powinnam wychodzić z domu. Niekiedy takie zdanie ustawiało się nieco karkołomnie, jak w słynnym ale im się nie chce chcieć. To wszak ironia poetycka. Bo naprawdę to im się nie chciało, a Ewie tak naprawdę chciało się spać. Czasownik zagoniony przez sąsiednie wyrazy do postaci bezokolicznika, występował w postaci dokonanej. Nie było niczego, co by się wciąż jeszcze działo i pojawiało w bezokoliczniku. Nie mogło było być. Nie znałam więc formy chce mi się iść, ani chce mi się pójść – co oznaczałoby wszak formę dokonaną tyle że w przyszłości. Gdy jednak zaczęłam analizować ten nieszczęsny bezokolicznik w polszczyźnie, uświadomiłam sobie, że nie mam racji, bo pojawia się on też w zestawieniach z wyrazem lubię – nie lubię gotować, lubię spać. Potem przypomniało mi się niemieckie „brauchen”, zapożyczone przez polskich Żydów i tak pięknie uwiecznione przez Tuwima: potrzebował mieć kuzyna… W ogóle niemczyzna. Jest tu takie mam, które łączy się z formą bezokolicznikową, które u poznaniaków przyjęło postać mam leżeć w szafie. W polskim polskim a nie poznańskim polskim brzmiało by to po prostu mam w szafie, mam, jak Telimena, w biórku. A w ogóle to po prostu mam. Podobnie jak po polsku powiedziałabym raczej będę pracowała niż będę pracować. Nie wiem jakie są sztywne reguły lingwistyczne, ale wiem, że dla mnie polszczyzna to język z zasady bez imiesłowów, bez strony biernej, bez rzeczowników odsłownych i bez bezokolicznika. Oczywiście są wyjątki i te się teraz zaczęły mnożyć…

Bezokolicznik czyli wyraz bez okoliczności, bez zaszłości, bez kontekstu. Czysta forma czynności, wydestylowana ze stron i czasów, nie związana z osobą i jej rodzajem. To polska definicja. Ale po łacinie to jednak jest infinitivus czyli, co tu dużo gadać (ach – bezokolicznik!), infinitus – czynność, która się nie kończy i nie jest definitywnie (finalnie zatem) określona, ale na dodatek ma zazwyczaj sześć bezokoliczników.

Biję się z myślami. Bo co ja tu chciałam udowodnić? Że po polsku nie używamy bezokolicznika. I sama sobie udowodniłam, że używamy. A jednak te zdania, które znalazłam na Facebooku w ostatnim czasie są inne niż te, jakie ja bym zbudowała.

Czy ktoś mógłby nam niedrogo wynająć aparaturę nagłaśniającą, samochód i mieszkanie, polecić niedrogą nianię i sprzątaczkę, podać adres niedrogiej restauracji?
W sprawie zapisów do grupy prosimy o skontaktowanie się z administratorem.
Przypuszczam, że nadal pozostanę w tej samej pracy…
W dużej społeczności polonijnej pojawiła się grupka rozrabiaczy…
Chciałabym, żeby jak najczęściej była Pani moim gościem…

No tak, tak bym napisała. Czyli jak? Grzeczniej, pełnym zdaniem, uwzględniając wszystkie warstwy zawartego w danym sformułowaniu przekazu…

Bez sensu, ile czasu zmarnowanego na głupstwa, ile atłasu..

Jestem ciotką na atłasowej kanapie. Mam na głowie kapelusik przetykany fioletowymi wstążkami. Albo nie – siwe włosy starannie ułożone w loczki. Trzymam w ręku porcelanową filiżankę do herbaty. Wyjęli mnie z Downton Abbey.

To ja, Violet Crawley w zielonym czepku i zielonej sukni. Mam za złe.

Cóż, okazuje się, że nie jesteśmy tacy, jak myślimy. Myślałam, że jestem anarchistyczną post-hippiską, a tymczasem jestem po prostu staroświecka. I to bardzo. Ostatnio rozwiązałam jakiś test facebookowy, który określał wiek na podstawie przeczytanych i czytanych lektur. Dowiedziałam się, że moje lektury wskazują, iż mam lat 88!

A jednak przy całym krytycznym nastawieniu do tych okaleczonych i rachitycznych sformułowań, czuję, że kryje się za nimi coś ładnego, ba, prawidłowego. Nie wiem co, męczą mnie więc okropnie. Któregoś dnia wywołują obraz Kanału Raduni w Gdańsku.

Oczywiście znam to miejsce bardzo dobrze, bardzo je lubię. Ulica Na Piaskach, tu mieszkała moja koleżanka Zosia…

Mam! Wiem! Wiem, dlaczego, wiem, co, wiem, kiedy!

Łacina, oczywiście. ACI Ablativus Cum Infinitivo! Mama, która uwielbiała tę formę gramatyczną i z lubością odkrywała ją w angielskim i niemieckim. Mama, która wbijała mi to do głowy, jakby nic na świecie nie było ważne, tylko łacina, a z łaciny ta właśnie konstrukcja zdania. (I Horacy, ale to tak na marginesie). Mama, która nigdy nie poświęcała czasu moim lekcjom i zadaniom domowym, a jedynym wyjątkiem była łacina.

Accusativus cum infinitivo występuje jako dopełnienie czasowników tzw. deklaratywnych i jest odpowiednikiem polskiego zdania dopełnieniowego wprowadzonego przez że lub żeby. Po łacinie byłoby więc

  • Video puellam ire, dosł. widzę dziewczynkę iść, oznacza widzę, że dziewczynka idzie (albo raczej widzę dziewczynkę, że idzie).
  • Volo puellam ire, dosł. chcę dziewczynkę iść, oznacza chcę, żeby dziewczynka szła.

Mama nauczyła się łaciny na tajnych kompletach w gimnazjum, a potem liceum imienia Emilii Plater. Jej nauczycielką była Lidia Winniczuk, jedna z najsłynniejszych polskich łacinniczek, autorka książek o kulturze Greków i Rzymian.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Lidia_Winniczuk

Była emancypowaną kobietą. Urodziła się w roku 1904, zmarła w bardzo podeszłym wieku w roku 1993. Wychowałam się na jej Małym Słowniku Kultury Antycznej (wciąż jeszcze mam go mieć), a potem z zachwytem czytałam jej wydaną w ponurym i szarym roku 1983 książkę Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu.

Łacina do dziś budzi we mnie niezdefiniowane i niedefiniowalne tęsknoty za beztroskim czasem, kiedy jeszcze nic nie musiałam i po prostu byłam dobra, ale nie dobra, bo dobra, tylko dobra, bo wszystko umiałam. A już zwłaszcza historię, historię sztuki, literaturę i łacinę. Byłam oczywiście dobra dzięki Mamie, która mi różne rzeczy opowiadała, dawała mi książki o sztuce i kazała się uczyć łaciny. Jak ja tę łacinę wtedy znałam! Byłam dobra nie tylko dla siebie, bo nauczyłam tej łaciny też Zosię, która mieszkała w kamieniczce nad Kanałem Raduni.

I tak się zamykają koła i kręgi na wodzie Kanału Raduni. Bardzo lubiłam chodzić do Zosi i uczyć się z nią łaciny. Co ciekawe, Zosia wcale nie była moją najlepszą przyjaciółką, bo najlepszymi moim przyjaciółkami były Magda, Marzena i Baśka, ale Zosia tak pięknie mieszkała, że do dziś zatyka mnie z żalu i tęsknoty za tym miejscem…

Patrzę zdumiona na to, co właśnie napisałam: z żalu… Z jakiego żalu? Czego mi żal? Szczenięcych lat? Nie. Zosi? Też nie. Nawet nie wiem, jak się potoczyło jej życie. Domku?

Myślałam mieć taki domek?

Bitwa o Szczecin

dzienpodniuDzień po dniu

Książka Michała Rembasa i Grzegorza Ciechanowskiego opowiada o walkach o Szczecin w 1945 roku.

Na 112 stronach znajduje się szczegółowy opis wydarzeń, dziesiątki relacji świadków walk, dzięsiątki planów i zdjęć a także opis pomników, cmentarzy i innych śladów walk.

Michał Rembas
Dziennikarz – podróżnik i historyk. Pasjonat starych cmentarzy, architektury i wojskowości, współpracował między innymi z „National Geographic”, „Gazetą Wyborczą”, „Wędrowcem Zachodniopomorskim” oraz „Aktualnościami Turystycznymi”. Autor książek: „Zachodniopomorskie tajemnice”, „Śladami Lubinusa. Przewodnik niezwykły”, „Cuda na fasadach” oraz współautor  książek: „Nekropolie. Zabytkowe cmentarze wielokulturowej Polski”, „Dąbie. Prawobrzeże Wielkiego Szczecina”. Jego książka „Cuda na fasadach” została w ub. r. nagrodzona na ogólnopolskim przeglądzie książki turystycznej.

Uwaga: W roku 2016 Autor będzie organizował wycieczki na pole bitwy. Chętni mogą się zgłaszać TU. Zainteresowani kupnem książki Czytelnicy polscy mogą szukać książek w księgarniach i na Allegro. Berlińczycy niech się zgłaszają w komentarzach, zorganizujemy dostawę. Książka kosztuje ok. 30 złotych, ale pewnie dojdą jakieś koszty organizacyjne.

bunkier

Grzegorz Ciechanowski
Absolwent Akademii Obrony Narodowej. Oficer WP, służył w jednostkach operacyjnych artylerii, oficer łącznikowy misji Armii USA. Po wejściu Polski do NATO Szef Wydziału Prasowego i Protokołu Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód; Szef Wydziału Współpracy Cywilno-Wojskowej 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Doktor historii, Uniwersytet Szczeciński (2006). Od 2008 r. autor książek i artykułów na temat historii wojskowości oraz operacji pokojowych publikowanych w kraju i za granicą, w tym „Kurs bojowy Stettin” (2011).bitwaszczecin1stronaWspółpraca – Piotr Brzeziński.
Prezes Stowarzyszenia Miłośników Archeologii Militarnej „Pomorze”. Znawca historii II wojny światowej na Pomorzu Zachodnim. Od wielu lat zajmuje współpracuje przy ekshumacjach żołnierzy poległych podczas II wojny światowej i ich identyfikacji. Współtwórca portalu Pomorze1945.com.

bitwaszczecin2strony
Z książki

20 kwietnia
Wieczorem, w przedzień ataku wiejący od morza wiatr (tzw. cofka) spiętrzył wodę na Międzodrzu. Rozlokowany tam sowiecki batalion znalazł się w opałach – część żołnierzy musiała nawet schronić się na drzewach.
Dopiero około północy poziom wody się nieco obniżył, ale nadal byl wysoki.
O drugiej w nocy, w absolutnej ciszy (tylko oficerowie mogli wydawać rozkazy, ale szeptem) oddziały sowieckie zaczęły przesuwać się przez Międzyodrze, po obu stronach autostrady. Cel: obsadzić pozycje wyjściowe do natarcia na lewym brzegi Odry Zachodniej.
Wojsko miało do pokonania jedynie 2.5 – 3 km, ale warunki były koszmarnie trudne.
Żołnierze brnęli zanurzeni pas, po szyję w lodowatej wodzie, uzbrojenie, skrzynki z amunicją, przepychali armaty. Nieśli też kołki owinięte szmatami do zatykania przestrzelin w łodziach. Gdy woda była za płytka, musieli przepychać łodzie lub nieść je na ramionach. Niektórzy w błocie gubili buty.
Do godziny 5 przemoczone wojsko było już na lewym brzegu. Jedynym ratunkiem przed zimnem był alkohol – każdy z żołnierzy otrzymal 200 gramów spirytusu.

***
O godzinie 6.30 salwy katiusz rozpoczęły nawałę ogniową, i w tej samej chwili pierwsza fala desantu ruszyła przez rzekę. Ogień strzelającej zza Regalicy sowiewckiej artylerii był bardo silny – na każdy kilometr frontu natarcia przypadało 238 luf.
Artyleria niemiecka dość szybko otworzyła ogień na Międzyodrze i groblę autostrady, bowiem dowódcy niemieccy sądzili, że Sowieci przystąpili do forsowania Regalicy.
Ogień okazał się nieskuteczny. Zaskoczeni Niemcy strzelali po ciemku, nie wiedząc, że swieckie oddziały ulokowane były już pod samym nosem, dowódcy sowieccy też na wszelki wycofali wojsko z grobli i stumetrowych pasów po jej obu stronach.

Po około 20-30 minutach pierwsza fala desantu była już na zachodnim brzegu i to bez większych strat, po czym wioślarze wrócili po resztę wojska.
Około godziny 8 w zdobytych pomieszczeniach filaru mostu na autostradzie ulokował się sztab 108 Dywizji Strzeleckiej. Do godziny 14 cała jednostka była już na przyczółku. Warunkiem powodzenia natarcia było zdobycie wznoszącego się obok mostu na autostradzie wzgórza 65.4 (między autostradą a Siadłem Dolnym).
Ze stanowisk na stokach Niemcy mieli doskonały wgląd na rzekę, Międzyodrze i groblę autostrady i mogli z niego prowadzić celny ogień.
Pierwsze natarcia na wzgórze zostały odparte. Dopiero po południu, gdy na wzgórze spadła nawała ogniowa siedmiu pułków arylerii (ok. 250 dział) piechota sowiecka zdołała je opanowować.
W ciagu dnia w rejonie autostrady kilka razy kontratakują Sowietów oddziały Pułku Policji SS. Bezskutecznie. Powodzenie odnosi za to
Grupa Bojowa “Derriks” (około 350 żołnierzy z 28 Dywizji Grenadierów SS “Wallonien”), która odbija zdobyte wcześniej przez Rosjan Rosówko i spycha ich o 2 km. Zacięte walki toczą się o cegielnię nieopodal Moczył.
W ciągu dnia 65 Armia usadowiła się na lewym brzegu, lecz opanowany przyczółek jest mały: długi na zaledwie 3 km, głęboki na 1.5 km. Zadanie postawione armii nie zostało zrealizowane – według planu jeszcze pierwszego dnia natarcia wojska Batowa miały zdobyć Przecław, Smolęcin i Barnisław. Lecz w porównaniu z sąsiednimi armiami forsującymi Odrę i tak Batow może mówić o sukcesie – zarówno 70 jak i 49 Armia w trakcie całego dnia walk praktycznie nie ruszyły się z miejsca.

Porucznik Oleg Albieński z oddziału pontonierów;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez ostatnie dni naharowaliśmy się jak woły – ciężkie, 500-kilogramowe pontony ciągnęliśmy burłackim zwyczajem – na linach – przez wąskie kanały Międzyodrza, a na niektórych odcinkach musieliśmy nawet brać je na plecy, brodząc po pas w wodzie. I waliła w nas ta cholerna niemiecka artyleria – zniszczyła pięć pontonów. Mamy je na szczęście tu, nad Odrą. Teraz po cichutku, by nie płoszyć przedwcześnie wroga, spuszczamy je na wodę. Niebawem posłużą szturmowym oddziałom piechoty do skoku przez rzekę.
O godzinie 6.30 gruchnęły działa. To była kanonada! Morze ognia! Pod koniec artyleryjskiej nawały ruszyła przez rzekę piechota. Tuż po ostatnich salwach wdarła się na tamten brzeg. Pierwsi ci z 46 Korpusu gen. Erastowa, którzy opanowali polną drogę wiodącą do Kurowa, a następnie przycupnięte tuż nad rzeką budynki Siadła Dolnego. Niemal równocześnie z nimi skoczyły przez Odrę jednostki 105 i 18 Korpusu Piechoty. Niemcy wkrótce otrząsnęli się z zaskoczenia. Cóż to było za piekło!

Sierżant F. Jendiejew, 65 Armia gen. Batowa;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez trzy doby żyliśmy na wysepce znajdującej się w środku błotnistego rozlewiska między dwoma “rękawami” rzeki, jako “niewidzialni”. (…) W nocy podciągamy włókiem łódki do brzegu, do każdej stawiamy jaszczyk nabojów. Każdy bierze ze sobą cztery granaty i piąty przeciwpancerny. (…) Przydzielone plutonowi działo załadowaliśmy na ponton. Przepłynęliśmy rzekę w absolutnej ciszy, bez jednego wystrzału z naszego i niemieckiego brzegu. Przyczajeni zajęliśmy pozycje, czekając na rozkaz do ataku. Niemcy byli w transzejach na stoku wzgórza. Ledwo ciemność ustąpiła szarości ranka, “zagrała” nasza katiusza i jednocześnie uderzyła nasza artyleria. Dziękuję artylerzystom – celnie bili! Zobaczyliśmy później ich robotę – rozwalone niemieckie schrony, zasypane od wybuchów transzeje, trupy żołnierzy wroga. Do ataku rzuciliśmy się z odgłosem ostatnich wybuchów naszych pocisków. Wtedy dopiero fryce zrozumieli, że rzekę sforsowaliśmy już pod samym ich nosem. Na brzegu rzeki rozniosło się głośne i radosne “urrraaa”. Ruszyliśmy w stronę niemieckich transzei.

Ppłk Siemienow
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

40-50 pijanych esesmanów ruszyło na nas z pancerfaustami. Zaczęli strzelać. Widowisko było straszne. Pierwszy raz w ciągu całej wojny widziałem, żeby piechota przystępowała do kontrataku z pancerfaustami. Ale na ich skrzydło wyszedł pluton pieszych zwiadowców na czele ze starszym lejtnantem Smiełym. Jego uderzenia faszyści nie wytrzymali.

Meldunek dzienny Grupy Armii “Weichsel” (sporządzony 21.04.45 o godz. 05.40).
Tłumaczenie Piotr Brzeziński

Korpus Armijny “Oder” melduje godzinny silny ogień artylerii i moździerzy wszelkich kalibrów z punktem ciężkości na odcinek po obu stronach autostrady, Gartz i Mescherin. Ciągłe silne naloty ogniowe dla wsparcia nieprzyjacielskiej przeprawy. Podczas gdy w rejonie Gartz i na zachód od Gryfina przeciwnik został odparty, w lesie pomiędzy Gartz i Mescherin oraz po obu stronach autostrady zdobył brzeg Odry przy pomocy amfibii i ciągle się umacnia. (…) Trwają własne przeciwuderzenia na przemian z natarciami nieprzyjaciela. Położenie w chwili pisania meldunku niewyjaśnione.

Paweł Batow, “W marszu i boju”
– Wiecie, towarzyszu dowódco – mówił Tieremow – (dowódca 108. Dywizji Strzeleckiej do dowódcy 65 Armii, gen. Batowa – przypisek autorów) – o mały włos dwa razy nie musiałem forsować Odry.
– Jakim cudem?
– Ledwo wyskoczyliśmy z łodzi – a ogień, meduję, był silny- rozwinęliśmy Punkt Obserwacyjny, kiedy zjawili się dwaj oficerowie. Meldują, że są z kroniki filmowej. Co za licho was tu przyniosło, myślę sobie… Ale pytam, czym mogę slużyć. Odpowiadają:
– “Towarzyszu generale, chcemy was sfotografować, jak forsujecie Odrę. Nie, nie, prosimy nie odmawiać. Zaraz zdobędziemy łódź… Co wam szkodzi jeszcze raz przeprawić się przez rzekę…”

15 kwietnia
W nocy 14 na 15 kwietnia oddziały rozpoznawcze 65 Armii przeprawiają się łodziami przez Regalicę. W rejonie autostrady kompanię zwiadu ze 108 Dywizji (46 Korpusu Strzeleckiego) ostrzelano z filarów mostu autostrady na Regalicy. Okazało się, że grobla autostrady i podejścia do niej są zaminowane, miny zabiły dwóch sowieckich saperów.

16 kwietnia
Nocą z 15 na 16 kwietnia sowieccy saperzy z 172 Samodzielnego Płońskiego Batalionu Saperów pod ogniem rozminowali podejścia do grobli. Kolejnej nocy batalion 444 Pułku Strzeleckiego (ze 108 Dywizji Strzeleckiej) opanował kilometrowy odcinek autostrady. Ponieważ autostrada była mocno ostrzeliwana, żołnierze sowieccy znależli pomysłowe wyjście – podkopywali się z boku pod betonowe płyty jezdni. Dwudziestocentymetrowa warstwa betonu dawała dobre schronienie.
Ale Niemcy bronili się z mostu autostrady – w betonowych filrach ukryte były (i są nadal) obszerne pomieszczenia, z których otworów strzelniczych Niemcy prowadzili silny ogień. Okazało się, że są one nie do “ugryzienia” przez artylerię – 14 pocisków ustawionej do strzelania na wprost haubicy kalibru 122 mm odbijały się od betonu, nie czyniąc załodze większej krzywdy.

17 kwietnia
W nocy 17 na 18 kwietnia sowieci znów atakują wzdłuż grobli – jedna kompania posuwa się na lewo od autostrady, druga na prawo, a trzecia atakuje wzdłuż samego nasypu.
Żołnierze sowieccy przedostali się samych filarów i zmusili ukrytych w nich Niemców do poddania się. Nad ranem 444 pułk doszedł autostradą do Odry Zachodniej, z Międzyodrza udało się wyprzeć niecały batalion Niemców. Od lewobrzeżnego Szczecina wojska Batowa dzieli tylko kilka kilometrów.

Piotr Tieremow (dowódca 108 Dywizji Strzeleckiej) “Płonące brzegi”,
“Swiridow i Romanienko (dowódcy kompanii – przypisek autorów) zaatakowali Niemców i w decydującym starciu wyszli na podporę brzegową mostu, ale wedrzeć się do jedynego i wąskiego wejścia do kazamaty nie zdołali. Z otworów strzelniczych siekły jak wprzódy niemieckie cekaemy. Lecz tu, przy kazamatach, zarówno nasi, jak i hitlerowcy nie mogli się nawzajem razić, ponieważ i jedni, i drudzy znaleźli się w martwych polach ognia. Saperzy podciągnęli materiał wybuchowy. Grupa szturmowa komunistów była w pogotowiu. I nagle ten napięty i dramatyczny moment rozładował się w zupełnie dramatyczny sposób. Na groblę, z pośpiechem wspinał się, coś krzycząc, podpułkownik Abiłow (dowódca 444 Pułku Strzeleckiego- dopisek autorów)
– Zdejmować watówki! – krzyczał – Podpalać! Wyrzucać z góry do wejścia i otworów strzelniczych! Wykurzać faszystów!

Gryzący dym tlącej się waty przenikał do wnętrza. Zapalone watówki przepchnięto wraz z granatami przez otwory strzelnicze i wrzucono do środka. Podpułkownik zawołał swoim wysokim tenorem:
– Hej, fryce! Jesteście okrążeni przez wojska generała Abiłowa. (Abiłow bleffuje, nie jest generałem, ale tylko pułkownikiem- przypisek autorów) Proponuję przerwać bezsensowny opór! Poddawajcie się, bo spalimy!
Widocznie Niemcy gonili ostatkiem sił w kamiennej pułapce, gdyż ich ogień osłabł, a następnie ucichł. W otworze ukazała się biała szmata. Oficer zastrzelił się, a żołnierze się poddali.