Nasz rok leśmianowski

Plakat wystawy o Bolesławie Leśmianie w Zamościu

„Poeta i Notariusz Bolesław Leśmian w Zamościu”.
Muzeum Zamojskie we współpracy z Archiwum Państwowym w Zamościu
Wernisaż – piątek, 4 sierpnia o godz. 17.00
w Galerii Rzeźby prof. Mariana Koniecznego w Zamościu, przy ul. Łukasińskiego 2b

Bolesław Leśmian

Sen wiejski

Z tomu Dziejba leśna

Śni mi się czasem wieś, którą, wbrew losom,
Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,
Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania
Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom
Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni
Miejsce spotkania snu mego z błękitem.
Drzewa mię nęcą naocznym rozkwitem –
Czasem się tylko jakiś liść opóźni
Lub gałąź, nic tak zjawiona, przez szpary
Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary…
A zresztą – wieczór żmudny, nieustanny,
Z pola znużone wracają dziewczęta,
Wadząc spódnicą o złote dziewanny,
O których sen mój, że śnią się, pamięta.
A kroki dziewcząt – uparte, bezgłośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,
Że idą, dbałe o pył, co się zrywa
Spod stóp ku zorzy. I jak we śnie bywa,
Gdy życie wkracza we własną opowieść,
Wiem o nich wszystko… A one mą wiedzę
Zgadują na wskroś, że nic ta i pusta,
I dalej idą, wypełniając miedzę
I umiejętnie rozchylając usta
jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,
Wiem, że śpiewają – i wsłuchany w ciszę
Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,
Te słowa chwytam na pozór kolejno:
“Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?
I czy to prawda, że wracamy z pola?
I czy to prawda, że my w sobie – żywe?
Śnijmy się nadal – zgodne i cierpliwe!”
Choć słów tych nic ma, lecz słyszę je w chwili,
Kiedy pomyślę, że tak być powinno.
Zorza ku głębiom strumieni się chyli,
Ściekając złotem i purpurą płynną,
Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie –
Wszystko to we śnie.

Włodzimierz Przerwa Tetmajer, “Żniwa”, 1902

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,
Dziewczęta chylą tak samo swe skronie…
Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,
Której nic było, a która ustronie
Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta
I na spotkanie idącym rozkwita,
Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,
Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,
Wśród której życic, przemieszane z zorzą,
Przeświecające wraz z niebem przez liście,
Purpurowieje mętnie i cieniście.
Na widnokręgu obłoki się mnożą.
Od dziewcząt cienie padają ukośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jak gdyby po to wysnuły się drogą,
Aby mi dowieść, że mają od kogo
I na co upaść… I błędne motyle
Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwałą.
Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą
Płynie po kwiatach – jest tyle a tyle,
To wszystko – liczby określić nie umiem,
Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,
Jak gdyby była nic liczbą, lecz spadem
Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.
Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,
A w chacie mojej – noc lipcowa, głucha,
A w polu wieczór dogasa sierpniowy.
jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?
Mijają Lipce i Sierpnie, i Wrześnie…
Wszystko to we śnie.

Kazimierz Sichulski, Pasterz (Hucuł z owcami), 1906

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,
Nie przemijając. I trwa wieś niczyja
I wieczór, złotą znakowany smugą.
O, jakże znikąd i jakże już długo
Idą te z pola znużone dziewczęta!
I ja wraz z nimi! Bo i mnie też peta
Żądza przebycia nad strumieni wodą
Nagłego lasu, co złudnie sie spiętrza,
Ale nie mogę wejść cały do wnętrza
Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.
Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema
Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.
Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność
Wskazują sobie moją tam niebytność
I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek
Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,
I popod płotem tego właśnie sadu
Siadają rzędem na wspólny przyśniwek
O tym, co serce niewoli do bicia –
Czy pozyskanie, czyli strata życia?
I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała –
Sen, który gaśnic, czy jawa, co pała?
I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?
I czy to prawda, że wracają z pola?
I czy to prawda, że zjawiona w ciszy,
Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?
I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,
Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,
A która dośni do końca – ta gaśnie.
Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie
W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,
Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,
A i ta z wolna do śmierci nawyka
l w mgle samochcąc bez śladu zanika,
W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie…
Wszystko to we śnie.

Alfred Wierusz-Kowalski, Dożynki, 1880-1890

Macron i inni

Ewa Maria Slaska

Isabelle Huppert i Kevin Azaïs

Jakiś  czas temu Krystyna Koziewicz, poruszona zalewem nienawistnych komentarzy na temat młodego prezydenta Francji i jego o ponad 20 lat starszej żony, opublikowała TU wpis o tym, jak zakochał się w niej młody chłopak, kolega jej syna. Ukuliśmy wtedy, wspólnie z Czytelnikami i komentatorami na Facebooku, termin makronizmy. Makronizmy czyli historie o miłości chłopców czy młodych mężczyzn do starszej od siebie kobiety.

Sugerowałam wówczas, że być może wszyscy (albo przynajmniej wielu z nas) znamy podobne sytuacje z własnego życia, tylko najzwyczajniej w świecie nie chcemy się do tego przyznać.

No i proszę, w kilka tygodni później na ekrany kin w Niemczech wchodzi kolejna historia z cyklu “makronizmy wiecznie żywe” z Isabelle Huppert w roli głównej.

Film składa się z dwóch wątków, miłości i powrotu gwiazdy piosenki na scenę po 30 latach. Mam nadzieję, że nie popsuję Wam przyjemności obejrzenia tego filmu w kinach, jeśli zdradzę, że o ile wątek “powrotu gwiazdy” jest nader nieprzekonujący, to wątek miłosny jest jak najbardziej przekonujący. Każdy, młody i stary, mężczyzna, kobieta i dziecko, jest w stanie zakochać się kobiecie po sześćdziesiątce jeżeli wygląda ona tak jak Isabelle Huppert w tym filmie…

Ach!

Film, jak to francuskie filmy “na wakacje”, jest bajką i nie można go brać zbyt poważnie, ale latem, nawet jeśli pada, bardzo jest dobrze przez dwie godziny zapomnieć o sobie, o świecie, o Polsce…

Reżyseria Bavo Defurne
Producent Yves Verbraeken
Scenariusz Bavo Defurne
Yves Verbraeken
Jacques Boon
Występują Isabelle Huppert
Kévin Azaïs
Johan Leysen
Muzyka Pink Martini
Premiera
  • 24 sierpnia 2016 (Angoulême)
  • 21 grudnia 2016 (France)
Produkcja Francja, Belgia, Luksemburg
Język Francuski

Ze świata podręcznych 2

Przeczytajcie proszę najpierw wpis sprzed tygodnia

Ewa Maria Slaska

“Skarga na czynności policji”

Do mnie wszedł w nocy włamywacz.

Danusię okradziono w autobusie.

Zosię zaatakował bratanek w mieszkaniu, w którym sprawca mieszka wraz ze swoją babcią, a matką Zosi. Mieszkanie jest własnością Zosi.

Oczywiście każda z nas trzech zgłosiła swój problem na policji. Danusia poszła na posterunek, gdzie przyjęto ją miło i grzecznie, ale nie podjęto żadnej czynności, bo nikt nie ściga kieszonkowców.

Tak właśnie jest. W Niemczech też nikt nie ściga kieszonkowców, którzy mogą grasować bezkarnie. Sklepy dla ochrony swojego towaru, a nie nas – klientów, zatrudniają straż lub detektywów, na ulicy, w środkach komunikacji miejskiej i w ogóle w miejscach publicznych nie chroni nas nikt oprócz, być może, czujnego oka innych użytkowników wspólnej przestrzeni. Gdzie niegdzie wiszą ostrzeżenia, żebyśmy uważali, bo tu czy tam grasują kieszonkowcy. I to by było na tyle…

Nikt więc w sprawie Danusi niczego nie zrobił, na razie zatem pominę jej sprawę, ale jeszcze do niej wrócę, zapewne jednak dopiero w następnym odcinku. Dziś zajmę się Zosią i mną.

Z góry uprzedzam, nie myślcie sobie, że skoro u mnie był włamywacz, a Zosia została zaatakowana przez pijanego członka rodziny, co oznacza, że były to przestępstwa poważniejsze niż kradzież kieszonkowa, to, powtarzam, nie myślcie sobie, że ktokolwiek nam w czymkolwiek pomógł. Przeciwnie, zachowanie policji udowodniło nam obu, że ściganie przestępstwa nikogo nie obchodzi, a nasze bezpieczeństwo to nasza własna sprawa. Nie wiem jak Zosia, ale ja to usłyszałam w takiej właśnie formie.

Ale, jak (podobno) mawiali autorzy groszowych powieści, nie uprzedzajmy wypadków…

Patrząc przez okno na stojącego na ulicy włamywacza (stał i palił papierosa, mojego zresztą, bo ukradł mi pieniądze, klucze i komórkę, ale wychodząc zabrał mi też papierosy), wezwałam policję. Powiedziałam, że facet stoi pod oknem, więc niech może podejdzie dwóch cywili… Dowiedziałam się, że nie moją sprawą jest pouczanie policji, co ma robić.  Patrol na sygnale pojawił się w miarę szybko, włamywacz zdeptał papierosa i odszedł sobie spokojnym krokiem.

Przyszło pięciu rosłych facetów i jedna całkiem rosła kobieta.

Próbowałam ich przekonać, żeby udali się spiesznie za włamywaczem, to może go jeszcze złapią, na co usłyszałam, że oni nie są od tego, żeby ścigać przestępcę, a poza tym przecież jeszcze nie wiadomo, czy jakieś przestępstwo miało miejsce i najpierw to oni muszą przesłuchać mnie.

Przesłuchali i widać było, że nie wierzą ani jednemu mojemu słowu. Byłam zdrowa, cała i… podejrzana. Przestępcy nie było. Zachodziło podejrzenie, że albo w ogóle zmyślam, albo kogoś w złej wierze oskarżam. Pokazałam kubek, z którego pił włamywacz (ślina, badania DNA, odciski palców), ale policjanci wzruszyli tylko ramionami… To też nie jest ich sprawa, tym się zajmą koledzy. Ci spisali, co chcieli spisać i poszli, zapowiadając, że nie mam wychodzić z domu, bo najpierw przyjdą fachowcy z ekipy zabezpieczania śladów, a potem pan komisarz.

Jak to, zapytałam, zostawicie mnie samą w mieszkaniu, do którego w nocy bez trudu wszedł włamywacz, a więc teraz też może wejść?

Odpowiedź brzmiała: Tak…

Ciąg dalszy mojej sprawy nastąpi. Teraz Zosia.

Zosia napisała skargę:

Do Prokuratury Rejonowej w M.
Do wiadomości Komendy Powiatowej Policji w M.

Skarga na czynności służbowe patrolu Komendy Powiatowej Policji w M. w dniu 11 lipca 2017 r wezwanego do przemocy domowej pod adres… w M.

W dniu 11 lipca 2017 r. ja niżej podpisana będąc ofiarą przemocy dokonanej przez ML (szarpanie za ręce, wielokrotne uderzanie drzwiami, przemoc słowna, grożenie niebezpiecznym narzędziem) wezwałam patrol policji.  Patrol odmówił wylegitymowania się legitymacjami służbowymi i nie podjął żadnych czynności służbowych. Mimo stwierdzenia, że ML znajduje się pod wpływem alkoholu, policjanci nie użyli alkomatu i odjechali, zostawiając napastnika wraz ze mną i moją matką w miejscu dokonania przemocy. Policja nie podjęła żadnych czynności przewidzianych przez przepisy Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Z tego względu … zgłaszam skargę… i załączam dowody (nagranie, opinia sądowolekarska i zaświadczenie lekarskie).

Na zdjęciu Zosia uśmiecha się mimo wszystko. Pochwaliłam ją za to, bo jest dzielna, bo się uśmiecha, bo szuka pociechy w kwiatach i w tym, co piękne. Uśmiecha się, bo tak nas nauczono – mamy za wszelką cenę się nie dać i trzymać fason. Jesteśmy dzielne, mamy być dzielne. Nie dać się, stawić czoła… Ale tak naprawdę mamy być dzielne, bo nikogo nie obchodzą uczucia podręcznych…

***
Gdyby, któryś z czytelników nic nie wiedział o podręcznych, to proszę bardzo tu jest wszystko wyjaśnione

Barataria 28 San Escobar

Oczywiście! No oczywiście! San Escobar to też Barataria! Baratarianie na San Escobar nie mają wolnych sądów ani trójpodziału władzy, bo nie potrzebują, ustrój jak klimat, jest tam po prostu idealny, w ogrodach San Escobar nie kwitną białe róże (a może, jak w ogrodzie Królowej Śniegu, w ogóle nie ma róż), ale życie tam nie jest ograniczone żadnymi barierami, są, co najwyżej, barierki…  

Ostatnio podczas jednej z demonstracji ktoś zaproponował, żeby wysłać naszą władzę na jakąś wyspę. Okazało się, że, jako specjalistka do spraw wyspiarskich, to ja mam ją wybrać. No ale co tu wybierać, skoro oni już sobie stworzyli swoje magiczne wyspiarskie państwo tropikalne. Niech sobie tam wszyscy jadą, niech tam będą bogaci i szczęśliwi, ale – bardzo prosimy – niech już nigdy nie wracają…

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące, wyspy na lądzie

Gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej, Witold Waszczykowski stworzył nieistniejący kraj, cała Polska zmieniła się w platońską republikę gorliwych baratarystów, wymyślaczy światów nieistniejących. San Escobar otrzymał profile w mediach społecznościowych, ma stolicę, flagę, herb, hymn, walutę, historię, literaturę, festiwale muzyczne. Do San Escobar można polecieć na wakacje, wypić mojito i zjeść ośmiorniczki.

Stolicą San Escobar jest Santo Subito. To największe miasto w kraju. Położone jest malowniczo nad ciepłymi wodami Morza Karaibskiego. Przy jednym z głównych placów miejskich powstaje właśnie pomnik ministra Waszczykowskiego. Polska jest JEDYNYM krajem na świecie, które uznaje San Escobar za niezależne i suwerenne państwo.

W styczniu 2017 Polityka doniosła, że powstała szczegółowa mapa tego nie istniejącego kraju.

Kartograf: Jarek Kubicki

Mapa San Escobar jest jedną z tych, twierdzi pewien bloger, które można oglądać z prawdziwą przyjemnością, swoimi szczegółami i precyzją po prostu zachwyca. Specjalne słowa uznania należą się również za pomoc w realizacji tej mapy zawodowej kartografce, pani Majce, oraz panu Pawłowi Afeltowi, który przeanalizował tysiące komentarzy internautów i zbudował na ich podstawie model topograficzny i geodezyjny San Escobar oraz obliczył, że powierzchnia kraju wynosi 92000 km kwadratowych.

A ponieważ San Escobar naprawdę nie istnieje, jest, również na tej mapie, sklepieniem platońskiej jaskini, ekranem, na którym odbija się wszystko, i to, co się nam podoba, i to, z czego się śmiejemy. Jest poważną krytyką i dziecięcą zabawą w podróże na niby. Udaje pracę naukową i jest szelmowską grą skojarzeń. Autor zebrał w niej wszystko, co pół roku temu już było wiadomo o tym kraju, a jego mapa jest miksem wszystkich możliwości rozprawiania o światach, których nie ma. San Escobar już dawno przestał być tylko satyrą polityczną, wyśmiewaniem się z niedouczonego ministra, a stał się wspólną własnością społeczeństwa, które się bawi. A im jest ciężej, tym ważniejsze jest, by nie zatracić umiejętności zabawy.

Do San Escobar leci się liniami lotniczymi El Nino, jest miasto Al Pacino i miasto Ciudad Polaca, miasta Gargamel i San Corleone, jest uzdrowisko i rezerwat przyrody Vina Tusca, ale  jest też miasto Las Dudas i Zatoka Esperal.

Jest to oczywiście, skoro to Barataria, kraj hiszpańskojęzyczny (ale podobno Sanescobarczycy używają też języka esperanto, który, jak wiadomo, podobnie jak sam kraj, jest dziełem Polaka) i leży, oczywiście, skoro to Barataria, gdzieś w rejonach tropikalnych… Zacznijmy od sąsiedztwa. Barataria, pardon – San Escobar, graniczy z Meksykiem i jest to jedyny prawdziwy sąsiad, reszta to już świat ubi leones – tam gdzie lwy. Inni sąsiedzi to Westeros (dla tych, którzy nie oglądają Gry o Tron, a wiem, że są tacy, drobne wyjaśnienie – to o tron tego właśnie kraju toczy się gra), Sans Serriffe czyli czcionka bez szeryfa (w przeciwieństwie do czcionki z szeryfem), San Pequeño  czyli święty Mały (czy nie tak nazywano świętego Franciszka?), Legoland (wiadomo) i San Theodoros. I choć z mapy wynika, że San Escobar leży na lądzie, naprawdę jest to oczywiście kraj wyspiarski, zresztą minister W. tworząc to państwo miał na myśli państewko-wyspę San Cristobal y Nieves.

Dzięki uczynnemu blogerowi mogę dokładnie przestudiować mapę. Szukam Baratarii, ale po drodze wyłapuję zachwycające klimaty. Na przykład góra La Broche der Premiera. 1463 metry nad poziom morza (góra Waszczykowski jest jednak o dobre pół kilometra wyższa) czy mała miejscowość nazwana Pais en Ruinas. Zresztą każda nazwa to maleńki klejnocik, Sombrero de AlmodovarCosta de Cebolla, La Tryna. Jest też Aquapark Arianagrande, nazwany tak zanim ktokolwiek z dorosłych w ogóle wiedział, że taka młoda kobieta w ogóle istnieje, co robi i że jest słynna. W miejscowości Mateitos znajduje się Museo de Juan de Mateitos.

Jest wymyślona wyspa (oczywiście na lądzie) – Bergamutas. Pewnie też się nią kiedyś zajmiemy, pamiętacie? Na wyspach Bergamutach podobno jest Kot w Butach, widziano także dorsza… i tak dalej. Bergamutas leży w krainie La Mancha Blanca. Prawdziwą wyspą należącą do San Escobar jest La Isla Segundo Sortos, a jej głównym portem jest Marina Huana. Wyspa leży u wybrzeża Terra Cota, gdzie jedno z głównych miast nosi imię naszego bohatera, gubernatora Baratarii – Sancho Pansa. Jednak Baratarii nie ma.

No cóż, było do przewidzenia… Mapa została przecież opracowana na podstawie wpisów na stronie www.facebook.com/sanescobarcountry oraz tysięcy komentarzy napisanych przez jej użytkowników w dniach 10 – 16 stycznia 2017 roku. Czyli można było podsunąć swoją własną propozycję. Ale wtedy to ja dopiero zaczynałam myśleć o Baratarii.
9 stycznia ukazał się pierwszy wpis o tej wyspie.

Dzień przedtem…

Summer day in Berlin

Ewa Maria Slaska

Poetry on flea market Boxhagener Platz

We have about half a hundred flea markets in Berlin and every week it is some more of them. After a party in one of more or less thousand clubs and nearby to breakfast (till 5 pm!) and making photos together in photo booth, maybe even better  than going to the beach cafe in a big noisy city, is shopping tour in a flea market a new must have been done while visiting German Metropole. For us people living here it is a reason for not doing it at all. It is so touristic… But sometimes while not having better idea for spending some hours alone but among many we go there anyway…

I am coming to the flea market Boxhagener Platz. It is a big square surrounded by maybe hundred of booths. In the middle of it there are two playgrounds for children and a big lawn for laying or picnicking.

Flea market is not only looking, buying, selling. It is a lot of life around. Street food of course, coffee in paper cups, meeting friends, finding things lost or left, street art of any kind.

I see him seating on the street with his small yellow typewriter already by coming to the square.

He offers to write a poem for you after giving him some key words. My words are Anton, grandson, cat, Berlin, love, summer. And it is what comes:

Berlin is a purring cat
free to roam,
but whenever she comes by
watching me with ever-changing faces,

I caress it behind the
ears with curious questions
Berlin is a purring cat
capricious, but always there
when you need a nudge

Always new, Berlin
follows me through the years
its fur as colorful as
decades ago;
Berlin is a purring cat,
and my grandson will learn
to take care of her too

Vinski Valos
– the sidewalk scribe
Berlin July 16. – 17

 

 

He is from Finland, 24 years, living in Friedrichshain als let say it like that: poetry worker. His fanpage on Facebook is full of surprises from the very begin: bespoke poetry and wordy workshops. OK, OK, bespoke poetry, typewriter poet,  sidewalk scribe (all him). He organises workshops and teach you to learn one unknown or forgotten English word per day called Vinski’s WotD. The WotD 13 is WHIRLIGIG. And when you are sure, he just invented it, he informs you:

whirligig, noun

  1. Anything (often a toy) that spins or whirls around, as a top, pinwheel or windmill
  2. One of the winged seed pods of certain trees, such as the maple, which hover down in a whirly manner. (Also called samaras)
  3. A process or an event characterized by restlessness and constant change…And so on and so on…

He also has his own Homepage, with blog, prose and poems.

The first example of his writing, without looking for anything special:

“Kalervo’s fingers traced unswervingly the contours of the body, stroking the skin, not straying before the wounds.”

Scroll down or die

You see, what I mean.

***
I buy some yummy cookies by children flea market. It is a very nice summer Berlin custom, the children selling their old toys and books at the beginning of vacation. The things are chip and you know, even if they are already growed off, they had times of being loved. You simply see it. The cookies were backed by a Mom.

***
Strolling soon I find another piece of poetry, in a both of old photos. The woman on the pic looks pleased, she smiles a bit and her gaze comes directly to us. But somebody gave her picture a poem cutted off from a daily. Maybe she herself, who knows…

Alone

I go alone
through the streets
in the sea of houses
without hearts
Alone and lost
I hunt down
memories.
I seemed happy
I seemed pleased
on a play of my time.
A circle which closed
itself,
only vacuum ist bigger.
A tear which is here
still
runs into infinity.
I feel like being a tree
around which everything
breaks.
It is like a nightmare
which promises itself
something good.
So I am living
just living further
like a beaten child.
I ask who am I?
With no future
and with no sense,
I keep to my dreams
and look for something
what I never find
never find…

***

Of course at home I try to find an author of that poem in internet, but no, no way… I find the verses, o yeah, once or twice, somebody knew them and used them to express their own feelings, but no, he or she didn’t notice who had wrote them…

I know, there is the name just beneath a poem, directly under the frame. Making photos I did not see it, but now I know, it is there. Tomorrow is sunday again, I go to the flea market to see, if I still find the photo…

Have a nice weekend if you are from happy new world of UE :-), have a lot of power if you are in Poland or Turkey, we send it to you…

W świecie podręcznych

Ewa Maria Slaska

Dałam temu wpisowi nadtytuł z numeracją, bo na jednym wpisie się nie skończy.

Przemoc i utrata zaufania

W dzisiejszym wpisie opieram się na doświadczeniach Zosi, Danusi i moich własnych. Jesteśmy w różnym wieku, mieszkamy w różnych miastach i krajach, spotkały nas różne przejawy agresji, to co nas połączyło, oprócz ewidentnego wspólnego mianownika, jakim jest bycie kobietą, to niezgoda na obowiązujący w naszym europejskim społeczeństwie przymus milczenia ofiar. Każda z nas opublikowała swoje doświadczenia na mediach społecznościowych, na Facebooku i na blogu, każda też spróbowała zainteresować swoją sprawą instancje i instytucje społeczne i polityczne. I to jest być może najważniejszy punkt na liście tego, co nas łączy. Bo dopiero to, co zachodzi na granicy prywatności i instytucji uświadomiło mi, jak bardzo świat, w którym żyjemy, jest wciąż jeszcze (a może znowu) strukturą stworzoną przez mężczyzn i dla mężczyzn. A my jesteśmy podręcznymi.

Opowiem o nas w kolejności chronologicznej. Pierwsza byłam ja, a to co się zdarzyło, zdarzyło sie dawno, bo w roku 2009. W Berlinie. W nocy wszedł przez okno do mojego mieszkania facet koło czterdziestki, Niemiec, żeby moi czytelnicy nie pomyśleli przypadkiem, że islamista i terrorysta. Wszedł do mnie do sypialni, zapalił światło i powiedział, że przyszedł mnie zabić, bo właściciel kamienicy, w której mieszkam chce się nas wszystkich pozbyć. Brzmiało to bardzo prawdopodobnie, bo rzeczywiście właściciel kamienicy, w której mieszkałam, zamierzał nas zgentryfikować i chciał się nas wszystkich pozbyć. A my się nie chcieliśmy wyprowadzić. Dodam, uprzedzając wypadki, że dzięki temu włamaniu udało mu się szybko i bez problemów uzyskać to, czego chciał. Wszyscy wzięliśmy odstępne i wynieśliśmy się z naszej wspaniałej posthippisowskiej kamienicy, którą zamieniono na pałac (nie żartuję, dom nazywa się teraz Palast am Riemershofgarten) i sprzedano bogatym, a w każdym razie bogatszym od nas.

Był Berlin, rok 2009.

Teraz Polska. Bo jest rok 2017.

Danusia mieszka w Warszawie. Miesiąc temu napisała na Facebooku:

Wczoraj zostałam okradziona. Wracałam wieczorem autobusem z pracy. Jak zwykle zajęłam miejsce stojące przy ostatnich drzwiach, bo jak zwykle nie było wolnych miejsc siedzących. Tuż za mną w ostatniej chwili wsiadł mężczyzna w wieku około 40-60 lat, postawny, ubrany na ciemno. Stanął za mną, tym samym uniemożliwiając mi stanie w autobusie plecami do szklanej ścianki z torbą za plecami. Autobus ruszył. Mężczyzna zatoczył się na mnie, ale przecież takie rzeczy w komunikacji miejskiej nie są niczym szczególnym, zwłaszcza w piątek wieczorem. Gdy autobus się zatrzymał, wysiadł. Ja wysiadłam na następnym przystanku. Chciałam zadzwonić do córki, by zapytać się kiedy wraca do domu. Nie mogłam. Z torby zniknął telefon. Był w wewnętrznej kieszonce zapinanej na rzep. Sam nie mógł wypaść. Gdy teraz o tym myślę, jestem przekonana, że rzeczony mężczyzna, czyli złodziej musiał widzieć jak go wkładam do torby, bo tuż przed przyjazdem autobusu dostałam zupełnie nieznaczącego sms-a.

Dlaczego o tym piszę. Bo mam poczucie straty, choć pewnie niektórzy powiedzą, że to tylko telefon, to tylko przedmiot. Tak, zgadzam się z nimi. Poczucie straty dotyczy raczej świadomości bezpowrotnej straty niektórych numerów telefonów zapisanych tylko na karcie i zdjęć, których nie zdążyłam zrzucić na komputer.

Bardziej bolesne jest uczucie utraty poczucia bezpieczeństwa w miejscach publicznych, a przecież będę musiała nadal wychodzić z domu, poruszać się komunikacją miejską oraz strata zaufania do innych ludzi, bo przecież każdy może być potencjalnym złodziejem, choć pewnie takie osoby – zawsze byłam o tym przekonana i nadal chcę w to wierzyć – stanowią mniejszość wśród uczciwego ogółu.

Najbardziej bolesna jest utrata poczucia prywatności, naruszenie sfery intymnej. Może zabrzmi to drastycznie, ale czuję się zbrukana jakby ktoś w autobusie wsadził mi rękę do majtek. Przecież ten ktoś, nim zablokowaliśmy kartę i wyczyściliśmy zdalnie pamięć, mógł obejrzeć moje zdjęcia, zobaczyć czyje numery mam w telefonie, sprawdzić z kim ostatnio rozmawiałam, przeczytać sms-y od mojej córki, przyjaciółki, siostry, sms-y informujące o umówionej wizycie u lekarza, o kupionej przez internet książce czekającej odbiór, nie wspominając o sms-ach służbowych. Złodziej mógł też wejść na moje konto na FB, a nawet umieścić tam jakiś wpis bez mojej zgody.

Zosia, Mazury, 11 lipca.

Przemoc jest groźna, ale to czego się szczególnie obawiam, i co jest niebezpieczne, to postawa władz.

Stałam się ofiarą przemocy fizycznej i instytucjonalnej.

Jak myślicie Państwo, jak w moim mieście reaguje się na przemoc? Wiem z doświadczenia, że bierność organów ścigania dotyczy wielu ludzi.

Nie bójmy się o tym mówić, bo w ten sposób takie zachowania policji prowadzą do tego, że ofiara staje się ofiarą jeszcze raz. A ja doświadczyłam tego na sobie i dlatego postanawiam przerwać milczenie.

Od urazów fizycznych bardziej bolą właśnie te wynikające z biernej, wręcz aprobującej zachowania przemocowe postawy organów ścigania.

Kocham moje miasto i nie rozumiem dlaczego nie można w nim normalnie żyć.

Bo jestem przekonana i wiem, że ta nienormalność dotyczy bardzo wielu osób.

Policja nie robi nic, aby pomóc ofiarom przemocy, a tym samym chroni agresorów. A przecież obowiązuje ustawa, dająca wszelkie możliwości ochrony i przeciwdziałania.

Tak się dzieje!

W związku z tym uruchamiam akcję „Moje miasto przeciw przemocy”. Jeżeli nie przyjmiemy zdecydowanej postawy i nie zaczniemy konsekwentnie stosować obowiązujące przepisy utoniemy w agresji, chamstwie i znieczulicy. Drodzy Państwo czekam na informacje od was od waszych problemach.

Strasznie się obawiam, mam siniaki na górnej części ramienia i od wewnętrznej strony. I nie chodzi tu tylko o przemoc fizyczną, gdy napastnik tak mnie złapał za ręce i przedramię, że widać ślady po jego palcach na moim ramieniu i wczepił się paznokciami, a ja mam również krwiaki, które są od uderzenia drzwiami.

Odbiłam się od muru instytucjonalnej znieczulicy, mam nadzieje, że Niebieska Linia mi pomoże! Policja widziała i nie reaguje… Niech to wystarczy za komentarz.

SPRAWCA PRZEMOCY GROZIŁ MI NOŻYCZKAMI. ZOSTAŁAM POBITA I MI GROŻONO, A PATROL POLICJI NIE PODJĄŁ DZIAŁANIA. NIE MA ZGODY NA PRZEMOC, NIE MA ZGODY NA PRZEMOC INSTYTUCJONALNĄ. ZAWIADOMIŁAM WKP I PROKURATURĘ, ZOBACZYMY CO BĘDZIE DALEJ – MOJA SPRAWA JEST PROSTA, JEST OBDUKCJA, A JA WYSTĘPUJĘ W SWOIM IMIENIU – BO TO MNIE NIE UDZIELONO POMOCY

Wszystkie trzy historie zostaną skomentowane, będą miały dalszy ciąg, i wyjaśnię też, dlaczego kojarzą mi się z historią podręcznych, pojedynczo, ale i wszystkie razem, bo każda z nich oświetla pozostałe i nadaje im innych wymiarów.

Mężczyzna z cmentarza w Łobzie

Ewa Maria Slaska

W Łobzie

W Łobzie byłam już prawie miesiąc temu i od tego czasu wiem, że muszę koniecznie napisać o tym grobie, którego już nie ma i o tym kamieniu, który stoi od kilku lat, ale wcale nie tam, gdzie był grób, o człowieku, którego tam pochowano i o człowieku, który pokazał mi ten nie istniejący grób i istniejący kamień, a który, co więcej, postanowił ten kamień ustawić i dopiął swego…

Ale może zacznijmy od samego Łobza, miasteczka, z którego pochodzi jedna z autorek tego bloga, poetka, pisarka i pedagożka, Agnieszka Wesołowska.

Łobez leży na trasie kolejowej między Szczecinem a Koszalinem. Mijam to miasto, gdy jadę do Gdańska, i przypominam sobie, że w okolicy mieszkała Sidonia von Borcke (Sydonia von Borck), pomorska czarownica, którą 28 września 1620 roku, jak to wówczas robiono z czarownicami, spalono w Szczecinie na stosie, uprzednio jednak, w drodze łaski (?), ścięto mieczem. W każdym razie zdołała przeżyć 72 lata,  w chwili śmierci była już starą kobietą, ale w młodości miała być nadzwyczajnie piękna…

Oczywiście ci, którzy uważnie czytali Terry Pratchetta, wiedzą, że jeżeli Sidonię stracono jako czarownicę, to znaczy, że czarownicą nie była. Bo czarownicy nikt nie podda torturom i nie zabije, a śmierć, jeśli przyjdzie, to za jej zgodą. Kobiety pomówione  o czarownictwo ginęły za inne sprawy, za urodę lub jej brak, za mądrość lub głupotę, za kłótliwość lub posłuszeństwo, albo wreszcie za posiadanie majątku, na który ktoś inny miał chrapkę…

Ale ten wpis wcale nie miał być o czarownicy, lecz o żyjącym dwa stulecia później archeologu. Otto Puchstein (1856–1911), był niemieckim archeologiem klasycznym i bodaj czy nie najważniejszym “synem miasta” jak to określa niemiecka Wikipedia. Polska jest niestety bardziej prozaiczna i zamiast opkreślenia “synowie i córki” pisze po prostu o “urodzonych w danym mieście”. Umarł bardzo młodo, zwłaszcza jak na archeologa, bo podobno jesteśmy profesją (w końcu ja też jestem archeolożką), która jest nader długowieczna. Miał 55 lat. Przyczyną śmierci był wylew.

Puchstein był niewątpliwie synem Łobza. Zmarł w Berlinie, ale na jego życzenie pochowano go rodzinnym mieście. Na jego pogrzeb przyjechali uczeni z całych Niemiec, mowę pożegnalną wygłosił rektor Uniwersytetu Fryburskiego profesor Fabrycius.

Był to naprawdę pogrzeb wysokiej rangi, ale też Puchstein był rzeczywiście naukowcem najwyższego kalibru. Prowadził badania w południowych Włoszech a potem w Azji Mniejszej, w  Baalbek, Palmyrze, w Nemrut Dagi i – przede wszystkiej – w tajemniczej, owianej legendami stolicy Hetytów – Hattusa. A jeszcze na dodatek był współzałożycielem Muzeum Pergamońskiego w Berlinie.

Głowy ogromnych posągów Antiocha i bogów na Górze Nemroda (Nemrut Dag, Anatolia, Turcja, kultura hellenistyczna, I w.p.n.e.)

Hattusa, Brama Lwów, 2000 p.n.e.

***
Cmentarz w Łobzie, jak wiele cmentarzy niemieckich, został zniszczony po wojnie. Dopiero po roku 1989 było możliwe podjęcie w miastach poniemieckich inicjatyw zmierzających do odtworzenia dawnej substancji historycznej. Obywało się to zazwyczaj z inicjatywy lokalnych miłośników historii. Tak było też w Łobzie, gdzie od roku 1990 zaczęto zbierać poniewierające się po cmentarzu i mieście nagrobki niemieckie, które ustawiono w lapidarium, urządzonym na miejscu dawnego muru cmentarnego. Niemieckim zwyczajem w mur otaczający nekropolię wbudowano pradne grobowce zamożnych rodzin łobeskich, między innymi  wielki grobowiec rodziny Puchsteinów, z napisem informującym, że ta zacna familia mieszczańska (ojciec Puchsteina był radcą miejskim i mistrzem piekarskim) żyła i pracowała w Labes czyli Łobzie od XII wieku.

Po grobowcu nie został nawet ślad. Kamień pamiątkowy ustawiony został w alei wiodącej do cmentarza.

Inicjatorem utworzenia lapidarium i uczczenia pamięci Puchsteina jest Czesław Szawiel, nauczyciel gimnazjalny, historyk, animator łobeskiego życia kulturalnego. Pan Czesław malowniczo opowiada o tym, jak ściągał z pól, pastwisk i ogrodów porzucone nagrobki, jak wybierał i sprowadzał kamień pamiątkowy Puchsteina i jak organizował uroczystość odsłonięcia tego kamienia w obecności miejscowych notabli, którzy właściwie wcale się nie kwapili do czczenia jakiegoś urodzonego tu Niemca… Ale on się uparł, a jak pan Czesław się uprze…

Barataria 26 Varga

Ewa Maria Slaska

…to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę…

Pisałam już kilkakrotnie o tym, jak przed wyjściem z domu sięgam na półkę i wybieram na chybił trafił jakąś książkę, którą będzie można bez zbytniego dźwigania zabrać do miasta, by mieć co czytać w poczekalniach i środkach komunikacji miejskiej.  Półka znajduje się na poziomie oczu. Tuż obok są drzwi, korytarz i drzwi na klatkę schodową, a potem już dom, miasto, świat i wszechświat. Półka z czarnymi książkami.

Tym razem był to Varga wydany przez Czarne w roku 1998, czyli prawie 20 lat temu. Młodzieńczy a zatem bardzo stary, ale już, podobnie jak w ostatniej produkcji – Masakrze – pijący. 20 lat temu młoda inteligentna twarz młodego inteligentnego człowieka spokojnie mogła się znaleźć jako jedyny motyw na okładce książki. W Masakrze już to nie było (by) możliwe…

Zwraca uwagę strzelista i mocna struktura szyi i piękne, równe, białe zęby. Usta wyrażają czarną rozpacz, ale rozpaczający pijak jest solidną, wysmukłą, estetyczną konstrukcją. Wygląda jak śpiewający soul czarny muzyk jazzowy.

45 pomysłów na powieść to dobre surrealistyczne teksty, w których prosta przaśna teraźniejszość niezauważalnie przenika w znane fikcje filmowe. Niestety, powoli, przez fakt, że powtarzają same siebie, opowiadania stają się nużące. Cały czas, czytając tę książkę, myślałam ze smutkiem, że niestety surrealizm musi istnieć jednostkowo, bo gdy się powiela, przestaje zeskakiwać, a jak nie zaskakuje, to jednak nie jest już surrealistczny. Dlatego Dali, Chartowski czy Yerka nie powinni mieć wystaw i szkodzi im współczesna powszechność obrazów. Zawsze widać wtedy, że naśladują sami siebie.

Jacek Yerka, obrazy pojawiające się w google po wpisaniu hasła “yerka truskawki”

Gdy kiedyś Hans Holbein umieścił na obrazie Ambasadorowie dziwny dysk, który tylko widziany pod kątem 27·z lewa na prawo był czaszką ludzką, czyli przypomnieniem memento mori, umrzesz, nie uciekniesz, nawet jak jesteś ambasadorem i nosisz kosztowne futra… wtedy oczywiście tajemnica mogła ci zapaść w serce na zawsze i mogłeś strawić życie, żeby znowu dostać się do pałacu, w którym ów obraz wisiał i popatrzeć na ten dziwny dysk, z trudem szukając miejsca, w którym niezrozumiałe zmieni się w okrutne wprawdzie, ale zrozumiałe…

Hans Holbein the Younger: The Ambassadors, 1533. The life-sized panel portrays Jean de Dinteville and Georges de Selve, the ambassadors of Francis I of France; 1533, National Gallery in London (public domain)

A dziś… No cóż, czaszka wygląda tak, nie musicie już jechać do Londynu…

Ale poleciało po dygresjach, a my przecież chcieliśmy o 45 pomysłach… Vargi. Jako całość zatem książka nuży, tym niemniej pojedynczo potraktowane opowieści są zachwycające… I choć nie pada tu nigdzie słowo Barataria (sądzę, że w latach 90 mało kto czytał Don Kichota, a jeśli nawet, to zapewne niezbyt wnikliwie), autor jest zadeklarowanym baratarystą, poszukiwaczem wysp magicznych, zaprawionym w surrealistycznych bojach ze światem, który dla utopionego w oparach alkoholu nocnego wędrowca nagle staje się utopią…

Trzy wyspy Krzysztofa Vargi

NIECHCIANA PODRÓŻ

Czwarta rano, fioletowość poranka, choroba jak kornik z filmu rysunkowego pożera wszystko, co napotka na swej drodze. Wąskie, nierówne uliczki, legendarne kawiarnie i kolorowe graffiti w przejściu podziemnym. Zniewalający zapach średniowiecznych piwnic. Niezliczone kościoły z relikwiami świętych, krużgankami świątyni przechodzą zakapturzeni wyznawcy śmierci z powodującym dreszcz śpiewem. Ich tajemnicze obrzędy i klątwa, która sprawdza się od pięciuset lat, nie dając nikomu nawet najmniejszej szansy. Kilka przecznic dalej nastoletni anarchiści niosą czerwono-czarne flagi. Nadchodzi czas rozstrzygnięć, mówią konserwatyści. Liberałowie prorokują koniunkturę. Wydaje się jednak, że nadrzędną ideą staje się obsesyjna asceza mająca przygotować wszystkich na nadejście nowych czasów. A kiedyś, to mogły być na przykład lata trzydzieste, bawili się jak na metropolię przystało, bez ograniczeń. Wystawiali na widok swój pokazowy hedonizm, choć dręczyło ich podskórne przeczucie, że to już Schyłek, nie pierwszy i nie ostateczny, ale jednak przecież koniec tego świata. Wszystko się skończy, tak jak kończyło się dwadzieścia lat wcześniej, jak skończy się jeszcze niejeden raz. Ale zapewne byli przekonani, że są ostatnimi. Neony świeciły histerycznie, jakby domyślając się, że wkrótce nadejdzie czas zaciemnienia.

Więc upijali się, póki była sposobność, na przyjęciach, rautach, przy dźwiękach big-bandów i modnych kwartetów jazzowych, później rozbijali się automobilami na drzewach, samolotami nad pustynią, mówili: ktoś musi iść po pomoc; albo zjadali się, przedzierając się przez dżungle i tundry, zamarzali, idąc przez nieskończenie śnieżne przestrzenie, lub szli na dno zimnego oceanu.

Ponure górnicze miasto, piąta rano. Koszmarna noc w hotelu, palą się wszystkie wnętrzności, za ścianą cienką jak deszcz ktoś wymiotuje, torsje wykręcają go na drugą stronę i rozsadzają głowę na tysiące kawałków. Powietrze śmierdzi zardzewiałym metalem, pleśnią gnijących kamienic, poprzednim wieczorem i przegranym meczem eliminacyjnym. Łatwo uwierzyć, że stąd nie można wyjechać, to tak jakby dać się zesłać samotnie na bezludną wyspę, zabierając ze sobą tylko zawalający się dom z pourywanymi balkonami, zdezelowany tramwaj, maleńką budkę z biletami i tytoniem.(…)

Zabytkowy most, zabytkowy zamek, zabytkowy tramwaj, zabytkowy pistolet, który przykłada sobie do skroni neurasteniczny student, wysłuchując piosenki ,,Ta ostatnia niedziela”. Stary antykwariusz przechowa kulę w irchowym woreczku. Patefon jest najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości, czasami bardziej skutecznym niż powieści i wiersze, nie wspominając już o malarskich aktach, nawet tych najbardziej wyuzdanych. Nawet lepszym od opium, choć przecież zna się to raczej z opowieści kolegów niż z autopsji, tak jak słony smak waginy, którego poznaniem niektórzy szczycą się przy ledwo skrywanej zazdrości pozostałych. I jeżeli nawet ktoś przytomnie teraz zauważy, że przecież czas tak wyraźnie rozdziela dni przed upadkiem Monarchii i symbolicznym końcem wieku z popularnością „Ostatniej niedzieli”, to przecież wnet powinien pojąć, że kamera ślizga się tylko po przedmiotach, na dłużej nie zatrzymując na nich swej uwagi, swobodnie przeskakuje też po kalendarzu i zanim się obejrzymy, ten smukły oficer o wąskich biodrach będzie stetryczałym, zgorzkniałym starcem żyjącym wspomnieniami, o ile nie pożre ich demencja, a ta zarumieniona służąca z długimi puszystymi włosami zamieni się w starą, bezzębną kobietę obierającą w kuchni kartofle i złorzeczącą przy tym na cały świat.

(…)

A co się stało z owym archiwistą cudzych śmierci, antykwariuszem sprzedającym swoim klientom tanie wzruszenia i nie do końca wiarygodne materiały na moralizujące anegdoty? Czy sczeźnie w zaciszu swego zakurzonego kantorku, czy pleśń pokryje jego zmumifikowaną sucha twarz, czy odejdzie bezimiennie w zapomnieniu i żadna rodzina nie upomni się o godny pochówek jego truchła? Ależ to właśnie jego sekretny pamiętnik staje się kanwą tej dziwnej na pozór opowieści i przez żądnego sukcesu, a przede wszystkim mamony młodego artystę po latach zostaje przerobiony na scenariusz. Tak oto się kręci globus na bożym biurku.

FILM Z CYKLU ,,SŁYNNE KOCHANKI”

I teraz, kiedy siedzimy w śmierdzącej żółto-czarnej łodzi rybackiej, na dodatek wyciągniętej na brzeg i zabezpieczonej linami, hakami i klockami drewna, i siląc się na coś oryginalnego, tępo gapimy się na wschód słońca, jakby to była kiczowata widokówka, pozdrowienia z… i tak dalej, w głowie łupie nie przespana noc, a kac zaczyna narastać, nagle pojawia się, pośród absurdalno-sztampowych dyskusji, którymi usiłujemy zatkać dziurę w burcie, by nie wlewała się mózgowa woda, taki oto problem: czy legenda Marilyn Monroe przetrwa przynajmniej tyle, ile wciąż żywy zachwyt nad urodą Nefretete albo Kleopatry. I pojawia się senność jak po trzecim piwie albo obfitym posiłku, a wraz z nią świadomość, że to wszystko zaczyna być żenujące. To, że na przemian kłamię i gadam od rzeczy, że wszystko skończy się złośliwymi komentarzami przyjaciół, którzy pomiędzy „jeszcze raz to samo pani Beatko” a ,,daj papierosa” po raz kolejny będą się znęcać nad coraz mniej oficjalną wersją wypadków, jest mniej straszne niż spowodowane zmęczeniem i alkoholem wynurzenia dwudziestotrzyletniego poety, który głośno zastanawia się, co to z nami będzie, tą młodą inteligencją, czy we współczesnym świecie warto być intelektualistą, choć ja w tym momencie myślę o zbliżającym się sezonie ligowym w piłce nożnej. Albo gdy przysypiam w pociągu i słyszę, jak mój przyjaciel uwodzi osiemnastolatkę opowiadając jej o tym, że miałem być księdzem, a teraz piszę książki i występuję w telewizji. Drzwi od przedziału zamykają się i oddziela mnie od nich nagle szyba i brudna firanka. Przez chwilę zastanawiam się, o czym mówią, a właściwie co on jej mówi. Oddalam godziny jak niepotrzebną już tego dnia służbę izmów próbuję przez trzy dni skutecznie odcinać się od świata, chronić przed telefonami automatyczną sekretarką, a później nagle rzucać się do klawiatury i wybijać na niej wszystkie znane numery, oczywiście nie mogąc się nigdzie dodzwonić. Wychodzę z domu, szczytowego osiągnięcia budownictwa wielkopłytowego, idę na przystanek i rozpoczynam kolejną wyprawę autobusem. Na biegun północny, do jeziora Wiktorii, źródeł Amazonki, do tych wszystkich światów zaginionych, do miejsc znanych z albumów, atlasów, filmów przyrodniczych i geograficznych, ostoi dawnych cywilizacji, które jak nagle się pojawiły, tak nagle i tajemniczo zaginęły, zostawiając za sobą wielkie kamienne budowle, ołtarze ofiarne, mroczne świątynie, wraki wspaniałych galeonów na dnie ciepłych mórz, a nie wyciągnięte na brzeg dziurawe, śmierdzące łodzie rybackie.

DŁUGO SIĘ WAHAM, AŻ WRESZCIE SIĘGAM PO „SUBSTANCE” JOY DIVISION

Jesień i niedziela. Ciemno i zimno. Cóż można powiedzieć więcej? I któż może tego dokonać? No chyba, że tylko On-Telewizor. Mówi do mnie wykrzywionymi ustami Miłosza Biedrzyckiego: poezja to społeczne zwierzę języka. Jakie społeczeństwo, jakie zwierzę, jaki język, pytam się. Społeczeństwo jest zamknięte, zwierzę oszalałe ze strachu, a język rozdwojony. Czyje mają być te języki zwierząt, bełkotliwe języki społeczeństw? Moje prywatne zwierzę wywala wielki mięsisty jęzor. Moje zwierzę z zaciekawieniem czyta w kolorowych magazynach pochlebne recenzje z najnowszych narkotyków. Tutaj już nie cierpi się na piękną melancholię, ale ciężką nerwicę, a młodzi bożkowie rock’n’rolla mówią uwielbiam seks i narkotyki. Za oknami strzelają petardy, jak w każde święto. Moje zwierzę wpada w panikę, więc głaszczę je po głowie, a ono mruży oczy i ociera się o mnie przymilnie swoim wielkim łbem. Na stole zamiast tradycyjnych świątecznych potraw leży nadgryziony, wystygły Borges. „Historia de la noche. Los conjurados” ma napisane na panierce. Nie, nie znam hiszpańskiego. Tylko kilka pojedynczych słów nie łączących się w żadną logiczną wypowiedź: cerveza, salvation, Gaudi. W tym kraju, w którym, będąc przejazdem, nierozsądnie zasiedziałem się ponad miarę, wciąż trwa jarmarczne święto – uliczni sprzedawcy bezgłośnie oferują balonki, watę cukrową i znicze. Wspaniałe miejsce, mówię wam, tu zawsze jest ciemno i zimno, samo miasto wygląda jak z filmów science fiction, nie w tych cudownie tekturowo-utopijnych w technikolorze, gdzie wszyscy poruszają się dziwnymi pojazdami idealnie pod kątem prostym skręcającymi w powietrznych korytarzach, albo w wysoko zawieszonych kolejkach na poduszkach magnetycznych i uprawiają seks na odległość, ale raczej z tych antyutopii, gdzie po pustych ulicach wiatr goni śmiecie, z nieba leje się kwaśny deszcz, coś gwiżdże, świszcze, w bramie błyśnie śmierć, na środku rzeki wynurzy się nagle atomowa łódź podwodna, która miała być zupełnie gdzie indziej, słychać wrzask kota i z mgły wyskakuje samochód-widmo. l być może teraz właśnie jesteśmy ostatnimi na tej planecie, może zżera nas popromienna choroba, a w ruinach miasta kryje się Zabójca. Waśnie w tym miejscu, w tej chwili, tak nieprawdopodobna jest okładka pisma „Q”, które przedstawia listę stu płyt, filmów i książek, które zmieniły nasze życie. Nie, nie, skończyło się, nic już nie zmienia życia prócz miażdżycy naczyń wieńcowych, zakrzepów w tętnicach, złośliwych narośli rakowych komórek. Żadne płyty, książki, filmy.

(…)

Tymczasem, jak donoszą agencje, w Chinach pojawił się mityczny potwór Sibuxiang, którego nazwę tłumaczy się jako ni ryba, ni ptak. Sieje zamieszanie w południowych prowincjach kraju. Niektórzy uważają to za zapowiedź Apokalipsy, jako że jego imię składa się z dziewięciu liter, a dziewiątka to odwrócona szóstka, w dodatku dzieli się przez trzy, a trzy szóstki to imię Bestii. Tak więc Sibuxiang jest Lewiatanem, który przybywa pod nową postacią, już nie tylko jako stwór morski (ni ryba), ale też latający (choć ni ptak). Inni utrzymują, że Chrystus był tylko wizją narkotyczną, efektem przedawkowania przez wizjonerów grzybów-psylocybów. To pocieszające, że można wszystko zwalić na Mechagodzille, Krakeny, Lewiatany, na sfermentowane drożdże, psylocybinę, amfetaminę. Od razu robi się lżej.

Wyłączam telewizor. Znikają szkielety, zwierzęta i języki, znika Sibuxiang. Robię sobie następną herbatę, choć po jej wypiciu nie jest mi ani bardziej ciepło, ani mniej sennie, za to niepokój zaczyna nabierać cech metafizycznych. Więc może to wszystko tutaj to tylko wynik przedawkowania teiny? Niewykluczone, że tego miasta nie ma, a więc nie ma ulicy, domu, niedzieli, ciemności i zimna. A jeśli jest coś, to wykonano to z pewnością zgodnie z zaleceniami – cisza, spokój, zrównoważenie. Na złość kosmitom życie tutaj wciąż trwa.

Chwalmy Pana

Ewa Maria Slaska

Hashem Meleh

Y Studs a capella

Prosta żydowska piosenka religijna, jest od kilku lat przebojem, również na youtube. W mojej ulubionej wersji wykonuje ją zespół Y czyli studenci z Uniwersytetu Jeshiwa (Yeshiva University), ale śpiewali ją już Gad i Beni Elbaz (pięć i pół miliona odtworzeń na you tubie), którzy z kolei przerobili oryginalny utwór Khaleda, C’est la vie.

Śpiewa się ją wszędzie. Tu flash mob w Chicago – Elliot Dvorak i Key Tov Orchester

Hashem Melech to religijne wezwanie, Chwalmy Pana. Chwalmy Pana. Zawsze mnie zaskakuje, jak wesoło chwalą Pana wyznawcy religii mojżeszowej. Jak można się bawić jak dzieci, podskakując jak król Dawid, jak można było być starymi brodatymi Żydami i wstawać od stołu i ksiąg, by w szubach i lisich czapach tańczyć ad maiorem Dei Gloria (pamiętacie taką wspaniałą scenę z Austerii Kawalerowicza?)

I wtedy przypomina mi się, że w początkach chrześcijaństwa też się tańczyło w kościele chwaląc Pana, aż przyszło surowe Średniowiecze, pańskie psy – Dominikanie, fanatyczna Inkwizycja, i wygnano z kościołów tańczące korowody wiernych.  

ה’ מלך

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה
אהלל ה’ אלוקים ואגדלנו בתודה

י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד
י — ה — ו –ה ה’ אלוקינו ה’ אחד

ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד
ה’ מֶלֶךְ, ה’ מָלַךְ, ה’ יִמְלוֹךְ לְעוֹלָם וָעֵד

Gad i Beni Elbaz

The lord is king

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one.

The Lord is King, the Lord was King,
the Lord will be King forever and ever.
The Lord will be King

Praise and thank G-d
Praise and thank G-d

Jehova, our Lord and G-d is one
Jehova our Lord and G-d is one

Khaled

Gad Elbez i Nissim

W angielskiej wersji językowej brak zachęty do tańca, a z komentarzy w internecie wynika, że w oryginale jest wezwanie, by tańczyć na chwałę Pana. Zresztą wystarczy obejrzeć filmiki na youtubie. Ach jak oni tańczą, chwaląc Pana. Zaprawdę, gdy Boży duch ogarnie mnie, jak Dawid tańczyć chcę, jak Dawid, jak Dawid, jak Dawid tańczyć chcę… To piosenka, jak stworzona dla raperów i do break dance.

Hashem meleh jest w sieci w różnych językach, nawet po wietnamsku. Szukałam po polsku, nie znalazłam, ale może ktoś coś wie, zna, słyszał…

No i chwalmy Pana. Wszak niedziela, Dzień Pański, a teraz to i tak już tylko On może nam pomóc, bo nawet gdyby Pan PAD NIE podpisał ustawy (a przecież wiemy, że podpisze), to i tak… ech, przegwizdaliśmy…

Barataria 25 Piękna Helena i jej mąż rogacz

Po tygodniowej przerwie ciąg dalszy Traktatu o wyspach Leona Gomolickiego

Historia pięknej Heleny

Po zdobyciu i spaleniu Troi wodzowie greccy złożyli dziękczynne ofiary bogom i odpłynęli do domów na swoich okrętach. Tak skończyła się dziesięcioletnia wojna, o której ludzkość zachowa pamięć dłużej niż o innych batalistycznych rzeziach, nawet stuletnich i ogólnoświatowych. Okrutny był los zwyciężonych, ale i zwycięzcy w ukoronowaniu swych trudów nie zaznali pomyślności. Droga ich dłużyła się, najeżona niebezpieczeństwami, a i u mety czekała zdrada żon i gwałtowna śmierć z ręki bratobójczej. O przewrotności losu herosów spod Troi powstały nieśmiertelne tragedie i eposy. Tylko jeden Menelaos zasłużył na nie mniej nieśmiertelną farsę, tymczasem historię jego cechuje zastanawiająca zagadkowość, nie zbadana do końca.

Traf chciał, by przydzielono mu rolę męża rogacza. A rola ta ma swoje tradycyjne miejsce w komedii masek. Nie dochował też ślubu i nie zabił niewiernej żony, wdarłszy się zbrojnie do domu czwartego jej (po Tezeuszu, po nim i po Parysie) małżonka, Deifobosa. Lekkomyślnie wybaczył jej krzywdę i hańbę, którą go okryła, i w obliczu zgorszonej opinii wieków połączył się z nią na resztę swoich dni. I to wtedy, gdy zdrada jej dawno przerosła znaczenie utarczek rodzinnych i stała się przyczyną wydarzeń dziejowych – wciągnęła narody w krwawe tryby wojny. Gdzież były okrutnie poszkodowane miasta? gdzie napastujące skrzydła erynii?

Jest jednak inna wersja, utrzymująca, że Menelaos nie pozbawił Heleny życia, by postawić ją przed trybunałem Achajów. Kiedy flotylla grecka odbiła od spustoszonego brzegu, spowitego w warstwy mgły i dymu, Skamander wciąż jeszcze wyrzucał na fale morskie martwe ciała Trojan. Długo w noc odprowadzały okręty, a stada podnieconych mew krążyły nad zwłokami. Menelaos stał pod napiętym żaglem i patrzył na bałwany połyskujące światłem księżyca. Aż noc uległa przesileniu i zaczęły blednąć gwiazdy cieszące oczy sternika. Wtedy kazał się zaprowadzić do komórki, w której przechowywane zwoje lin i inny sprzęt okrętowy, a w której teraz została zamknięta Helena. Przy świetle kaganka łojowego, a jeśli wtedy nie było jeszcze kaganków łojowych, przy świetle małej smolnej pochodni zobaczył ją, jak spała na zestawionych skrzyniach, okryta starym żaglowym płótnem. Menelaos kazał, aby towarzyszący mu wyszli, i w mylącym świetle przyglądał się znajomym rysom. Zresztą, znajomym! Dziesięć lat temu łaska młodości łagodziła boską ich prawidłowość, jak ranna poświata łagodzi zarys gór. Teraz twarz zaostrzyła się, upodobniona do marmuru posągów. Menelaos ostrożnie odwinął, jak całun, brzeg osłaniającej tkaniny. Helena była w tym samym chitonie, poszarpanym, obryzganym krwią, przepalonym iskrami pożogi. To ona wbiła sztylet w plecy broniącego jej Deifobosa, zdradzając po raz trzeci, tym razem dla zdradzonego prawowitego męża. Menelaos nie mógł zetrzeć z pamięci tej sceny, kiedy stała tak ze sztyletem w ręce, podobna do bogini odwetu, w kłębach dymu unoszącego się z kadzideł boju. Była groźna i piękna, wzbudzała pożądanie i strach. Czy należała do śmiertelników? Czy podlegała sądom ludzkim? Czy nie była narzędziem bogów?

Nagle kamień przejrzał. Obudzona światłem pochodni (zbliżonego do twarzy kaganka) Helena otworzyła oczy westchnęła i ujrzawszy pochylonego nad nią Menelaosa, zarzuciła mu na szyję ręce. A wtedy Menelaos stracił panowanie nad sobą. Sam nie wiedząc, jak to się stało, lata samotności i trudy wojny powetował w objęciach wiarołomnej żony. Dopiero gdy uniesienie opadło, uświadomił sobie nikczemność swego postępku. Szybko wstał, porwał pochodnię i opuścił pływającą celę Heleny. Musiał uporządkować myśli. Mimo późnej pory zastukał do kabiny Nestora, który dzielił z nim powrotną wędrówkę spod Troi. Uwieńczony mądrością siwizny starzec nie spał, utrwalając na piśmie wspomnienia ostatnich wydarzeń. Wejdź, powiedział, szlachetny Atrydo, czemu zawdzięczam tak późne odwiedziny? Nigdy bym nie ośmielił cię niepokoić u schyłku nocy, odrzekł Menelaos, gdyby nie wielka rozterka w mym sercu. Nestor odłożył pracę i zwrócił spojrzenie na wzburzonego gościa, a Menelaos, pokonując skrępowanie i wstyd, w słowach nieskładnych i nie wyważonych opowiedział to, co się stało. Czy oznajmiłeś jej przynajmniej, o co oskarża ją ludzkość, zapytał Nestor, czy coś powiedziała na swoje usprawiedliwienie? Nie, zaczął Menelaos, i dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że wszystko odbyło się między nimi w niewytłumaczalnym milczeniu. Zaczekaj tu, powiedział Nestor, ja pójdę do niej, aby wyrwać z jej ust skruchę. Wziął pochodnię z rąk Menelaosa i oddalił się, a nieobecność jego trwała, jak się wydało czekającemu, niewymiernie długo. Wreszcie starzec wrócił zmieniony, usiadł ciężko i złagodzonym głosem przemówił w ten sposób: Synu, widziałem ją, spała porzucona przez ciebie w swej niewinnej nagości i żadna mara nie mąciła jej snu. A gdy tak siedziałem przy niej zapatrzony, jakiś głos nieziemski natchnął mnie myślami, czy nie jesteśmy w błędzie, rzucając na nią surowe oskarżenie. Jest tylko kobietą posłuszną instynktowi płodności, któremu podporządkowane zostało wszystko, poczynając od potężnych bogów Olimpu, a kończąc na najnędzniejszej roślince.

Mówimy, że to ona wtrąciła narody w okrutną wojnę. Ale czy to nie ty, synu Atreusa, sam z trudem rozpętałeś nienawiść między Grekami a Troją? Zaślepiony zazdrością, sprawę, która powinna była pozostać w ukryciu małżeńskiej alkowy, wyniosłeś na zewnątrz domu. Wciągnąłeś w to mnie i razem szykowaliśmy wielką wyprawę. Ile sił i dni zajęło nam przemierzanie ziem greckich, werbowanie sprzymierzeńców. Wbrew woli bogów i ludzi, podstępem i namową zbieraliśmy siły wielu miast przeciwko jednemu miastu, tylko dlatego że ukrywało w swych murach słabą kobietę. I w czasie niebezpiecznej drogi, i dłużących się walk trwałeś w swoim zacięciu. Powiedz teraz, gdy liczymy zmarnowane ludzkie istnienia, któż naprawdę powinien ponieść karę za te zbrodnie? To pytanie postawię przed trybunałem, a teraz zostaw mnie, jestem bardzo zmęczony.

Gdy Menelaos z jeszcze większym zamętem w sercu opuścił kabinę Nestora, dopadł go kapitan okrętu, który czekał na niego pod drzwiami. Wielki panie, powiedział, kobieta, którą trzymasz w zamknięciu, jest czarownicą, rzuciła urok na całą załogę. Każ zaszyć ją w worek i rzucić do morza, inaczej sprowadzi nieszczęście na nas wszystkich. Sam tracisz rozum, odrzekł Menelaos, ta białogłowa nie jest niczyją branką, jej życie podlega trybunałowi Achajów. Kapitan odstąpił nie przekonany, a trzeciego dnia drogi przeczucia jego spełniły się: powiał tęgi wiatr, rozkołysany żywioł wodny zlał się z powietrznym żywiołem. Bałwany sięgające nieba rzucały okrętem jak trzcinką, odmęty morskie rozwierały paszczę wieloryba, gotowego pożreć zwycięską flotyllę jak stado drobnych płotek. Zwinięto żagle i ścięto maszty, woda zalewała pianą pokład i dostawała się do wnętrz statku jak do przechylonego kubka. Ludzie, bezsilni, by stanąć do nierównej walki, odmawiali modlitwy, aż po trzech dobach wiatr zelżał, rozkołysana powierzchnia uspokoiła się, chmury przebił słoneczny promień i pokazały się stada krążących w powietrzu mew, zwiastujących bliskość nieznanego brzegu. Ujrzano go wkrótce – mglisty zarys niebieskiego wzniesienia, na którego szczycie coś lśniło, jakby był obsypany diamentami. Wszyscy wyszli na pokład, obserwując to zjawisko, i nie od razu spostrzegli, że są sami. Gdzie podziała się reszta flotylli? Została zatopiona? Zniesiona przez wiatr w innym kierunku? Osamotniony okręt Menelaosa, ogołocony, obezwładniony przez burzę, pozostawiony własnemu losowi, kołysał się na martwej powierzchni zatoki nie znanej wyspy.

Brzeg był pusty i załoga spartańska zaczęła szykować się do opuszczenia statku. Wydobyli spod pokładu ocalałe łodzie ratownicze i pierwszy Menelaos dotknął nogą kamienistej ziemi. Nikt nie wyszedł im na powitanie. Na głazach odpoczywały ptaki i wylegiwały się w drzemce jaszczurki. Z trudem, ślizgając się, potykając się na kamieniach, ruszyli onieśmieloną gromadą w kierunku lasu, który okrywał strome zbocza wzniesienia. Oczy wszystkich były zwrócone ku górze, gdzie teraz z bliska wyraźnie rysowały się dziwne połyskujące kształty.

To świątynia, powiedział Nestor, widzę dobrze wysoki portyk i dach iskrzący się srebrem.

Skądże, zaprzeczył Menelaos, to pałac pełen wieżyczek i przerzuconych w powietrzu łuków. To one, wyłożone czymś, iskrzą się w słońcu.

Wielkie nieba, zawołał kapitan statku, nie idźmy tam, to nie żadna świątynia i nie żadna budowa. Na głazach czai się smok i to łuski jego cielska tak błyszczą.

To woda, woda, krzyczeli majtkowie, słodka woda spada ze skały! Byli wielce spragnieni i nie zważając na ostrzeżenia i rozkazy pobiegli naprzód i zniknęli w lesie. Na brzegu w rozterce zostali Menelaos, Nestor i kapitan, który prowadził na lince Helenę z rękami skrępowanymi z tyłu.

W końcu, nie mając odwrotu, musieli i oni ruszyć przed siebie, zostawiając za sobą pusty brzeg morza. Gdy znaleźli się w lesie, ogarnął ich półmrok gęstwiny. W gałęziach karłowatych drzew roiło się od ptactwa i drobnych małp. Pod nogami zdradziecko wiły się korzenie podobne do węży i węże podobne do korzeni. Mylące wołania, zwielokrotnione odgłosami, dobiegały z różnych kierunków. Z początku myśleli, że słyszą głosy majtków, lecz wkrótce zaczęli napotykać ich ciała, rozdęte działaniem trucizny jadowitych gadów, uduszone przez lepkie pnącza, z wydziobanymi oczami, wchłaniane powoli przez bagnisty muł, na którym pleniła się złowroga roślinność wyspy.

Nie pójdę dalej, powiedział kapitan, zginę tu, razem z tą czarownicą. Niech i ona też zginie, przyczyna naszej śmierci. Nie! niech zginie już, złożymy ją w ofierze bogom piekieł, które nas niedługo pochłoną.

Menelaos i Nestor patrzyli na jego szaleńcze poczynania sparaliżowani. On zaś popchnął skrępowaną niewiastę, zmuszając, aby uklękła, zamierzył się ostrzem sztyletu i – chybił. Zamierzył się znowu i po drugim chybionym ciosie spojrzał na swoją dłoń, w której zaciskał zamiast broni gałąź wawrzynu. Wtedy w przerażeniu pobiegł, czując się jak we śnie, potykając się o wężopodobne korzenie.

Tu las niespodziewanie rozstąpił się, odsłaniając marmurowe stopnie prowadzące stromo w górę, przerywane w różnych odstępach tarasami. Na tarasach stały posągi i rzeźbione urny i można było odpocząć na szerokich kamiennych ławkach. Im wspinali się wyżej, tym wspanialszy widok na morze i wyspę otwierał się ich oczom. Tonęła w kwitnących ogrodach, w których ukryte były białe kolumnady i miniaturowe portyki świątyń. Szczyt wzniesienia wieńczył koroną pałac cyklopicznych rozmiarów o dziwnej budowie. Był pokryty kolorowymi kaflami i to one tak mieniły się z odległości. Przy wejściu powitał ich człowiek o ciemnym kolorze skóry, którego języka nie rozumieli. Pokazując im drogę na migi, zaprowadził do sali podobnej do placu wielkiego miasta, otoczonej rzędami kolumn naśladujących rozrośnięte łodygi papirusu. Pośrodku, oświetlony tajemniczym górnym światłem, na skromnym krześle siedział szczupły karzeł z ogoloną głową.

Jestem władcą tej wyspy, powiedział, nazywam się Proteusz. Nie wiem, czy to imię wam coś mówi, ale ja czekałem na Wasze przybycie od dawna. Od czasu gdy burza rzuciła na mieliznę przy moim brzegu okręt Parysa, który płynął ze Sparty do Troi. Wiózł on piękną Helenę, żonę króla Sparty, Menelaosa, którą uwiódł i porwał podstępnie mężowi. Wiem wszystko o tobie, boski Menelaosie, i znam dobrze twoje rozterki. I dobrze się złożyło, że krąg wydarzeń wreszcie zamknął się i wszystko zostanie wyjaśnione. Ale wpierw musicie odpocząć po ciężkiej drodze i srogich przejściach, zaspokoić głód i pragnienie. Zaraz ludzie moi odprowadza niewiastę do kobiecej części domostwa, a dla was przygotują kąpiel aromatyczną, namaszczą oliwą, przebiorą w czyste szaty, abyśmy mogli znów spotkać się przy wspólnej uczcie. Tak też się stało, jak mówił. Zaklaskał w dłonie i weszli czarnoskórzy słudzy, którzy zaprowadzili Helenę do części kobiecej, a mężczyzn do marmurowej łaźni, gdzie ciepła woda przelewała się w czystych basenach. Tam goście wzięli krzepiącą kąpiel, zostali namaszczeni wonnościami i ubrani w śnieżnobiałe chitony i purpurowe peplosy, spinane złotymi szpilkami. Na głowy włożono im wieńce z kwiatów i zaprowadzono do wewnętrznego ogrodu, gdzie wśród bujnej roślinności i posągów przygotowano ucztę.

Kucharze wnieśli i postawili na stole ciężką tace, na której spoczywała skrzydlata ryba, umieszczona na pięciu żółwiach. Wysmukli chłopcy rozlewali z kamiennych kraterów wino. Ruchy ich śledził gospodarz, a gdy skończyli i usunęli się w cień filarów, wzniósł swój puchar ze słowami: Wychylmy puchary tłoczonego w moich winnicach nektaru, by uczcić nasze spotkanie. Zamyka ono łańcuch ludzkich błędów i cierpień, których ukrytymi inspiratorami byli bogowie. Do tej chwili wiązała mnie tajemnica, dziś wolno mi dozwoloną część prawdy wam odsłonić. Po potopie ludzki gatunek wkrótce znów się rozplenił, a na ziemi zapanowały głód i niezgoda. Naradę na szczycie (Olimpu) zamknęła uchwała: przerzedzić ród śmiertelników. Zainspirowano porwanie Heleny jako powód do wojny, ale między bogami nie było całkowitej zgody. Boginie rywalizowały ze sobą i gdy Afrodyta sprzyjała połączeniu występnych kochanków, Hera postanowiła pokrzyżować jej plany. Nasłała burzę, która zniosła okręt Parysa na południe i rzuciła na mieliznę przy brzegu mojej Wyspy. Byłem wciągnięty w te sprawki nieśmiertelnych i w czasie gdy gościłem rozbitków w tym pałacu, w którym i was teraz goszczę, Hera ukryła Helenę, a na jej miejsce podstawiła ulepioną z mary Helenę fałszywą.

Z nią też oszukany Parys odpłynął do Troi. Zjawa ta, powolna każdemu mężczyźnie, zdradziła Parysa z jego bratem, a obu im zgotowała zagładę. Spełniła wolę bogów, siejąc waśń i czyniąc spustoszenie, a dziś wróciła z wami na miejsce swego powstania z nicości, sama nicość rządząca losami świata. A więc stało się tak, jak stać się miało, wyrocznia sprawdziła się i mogę wreszcie zwrócić mężowi jego prawdziwą żonę, która spędziła wszystkie te lata w bezpiecznym zaciszu mego pałacu. Jest niewinna wobec ludzi i nieba, a ponieważ na wyspie tej czas nie ma władzy, pozostała tak samo młoda i piękna jak w chwili, gdy stanęła na moim brzegu. Jutro zobaczysz ją, boski Menelaosie, a teraz wychylmy kielichy, aby uczcić złączenie wiernych małżonków. Tu biesiadnicy strącili z kielichów pierwsze krople wina na cześć sprzyjających im bogów i pili, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci.

Helena Trojańska, obraz pędzla Evelyn De Morgan, 1898

Nazajutrz Menelaos obudził się na szerokim łożu. We śnie leżał pośrodku leśnej polany i słyszał nasilające się glosy ptaków i szum morskiego przypływu. W rzeczywistości były to dźwięki powietrznej harfy, a łoże jego stało pośrodku pustej sali otoczonej podwójnym rzędem kolumn. Menelaos wstał i zszedł do ogrodu. Po wczorajszym pozostało uczucie lekkiego zawrotu głowy i mdłości. Nie mógł myśleć o jedzeniu i piciu i pragnął jedynie rzeźwiącego powietrza. Pogoda sprzyjała – dzień był słoneczny i wietrzny. Drzewa zginały swoje korony, spłoszone ptaki chowały się w wysokiej trawie, w twarz uderzały zerwane z gałęzi liście i kłuł unoszony do góry piasek. Lecz Menelaosowi nie sprawiało to przykrości, oddychał z ulgą. Wciąż jeszcze nie mógł uprzytomnić sobie do końca wczorajszych słów Proteusza. Czekało go dziś wyjaśnienie niezwykłych okoliczności, w które wplątały go nieziemskie moce.

(…) Tu drogę Menelaosowi zaszedł w grzecznych ukłonach piękny młodzieniec, mówiąc, że Proteusz czeka na niego w atrium. Menelaos podejrzliwie oglądał posłańca, lecz nie mając nic do wyboru, posłusznie skierował się za nim. Pałac był tak wielki i miał tyle zawiłych krużganków, przejść í wewnętrznych ogrodów, że gość gubił się w nim jak w gąszczu leśnym.

Proteusz istotnie czekał na niego. (…) A teraz, boski Menelaosie, pokażę ci, na razie z odległości, Helenę, patrz uważnie. Doszedł do zarośli pleniących się zaraz za kolumnami i ostrożnie rozsunął gałęzie, odsłaniając oczom gościa zieloną łąkę przeciętą strumieniem, w którym kąpała się Helena. Nie była sama: z wody na brzeg wyszła razem z nią kobieta, podobna do niej, jak może być tylko podobne odbicie w zwierciadle. Proteusz z satysfakcją śledził zdumienie Menelaosa. Jakże oceniasz naszą robotę, zapytał. Ręczę, że nie znajdziesz żadnej fałdki na ciele, żadnego włoska, żadnego znamienia na skórze, które by nie odpowiadało oryginałowi. Wszystko tu jest identyczne, jak spod pędzla artysty naśladującego naturę. Hera wtedy w pośpiechu dorobiła pępek, zapomniawszy, że Helena nie jest zwykłym noworodkiem, że wykluła się z jajka Ledy. Musiałem natychmiast sprostować ten szczegół. (…)

Menelaos podziwiał podobieństwo, choć bynajmniej nie z zachwytem: takiego spoufalenia jego małżonki, przywróconej mu w swej niepokalanej czystości, ze złowrogą marą wcale nie uważał za wskazane. Jest to godne podziwu, powiedział, wolałbym jednak, aby ta kopia nie zbliżała się do nieskazitelnego oryginału. Masz rację, boski Menelaosie, zgodził się Proteusz, podział ten zostanie dokonany, rzecz jednak w tym, że w tej chwili i ty sam nie potrafiłbyś tu zaradzić. Są tak do siebie podobne, że jedynie ich własne świadectwo mogłoby coś wyjaśnić. Cóż, skoro jedna jest nieświadoma istoty sprawy, druga natomiast podstępna i świadomie kłamie. Musimy uzbroić się w cierpliwość i znaleźć sposób, aby dotrzeć do sedna. Według mnie istnieje tylko jedna możliwość: jeśli zawodzą cechy zewnętrzne, trzeba poddać próbie charaktery. Błąd polega na tym, że pozwolono im się zmieszać, jak dwom ziarenkom grochu. Musimy teraz poczekać na pędy, które ziarenka wypuszczą. Bądźmy dobrej myśli, przyjacielu, a wszystko da się wyjaśnić.

Praktyczne znaczenie tych słów nie było jasne dla Menelaosa. Rozumiał tyle, że musi czekać, ale czekanie dłużyło się w nieskończoność. (…) Menelaos postanowił rozmówić się stanowczo z Proteuszem. Sam teraz szukał z nim spotkania, lecz nigdzie go nie było. Bojąc się zagubić w labiryntach pałacu, stanął wreszcie przed głównym wejściem i głośno wołał, aż usłyszał głos:

Czego żądasz, boski Menelaosie?

Chcę rozmówić się z tobą, przewrotny przemieńcze, rzucasz urok na ludzi, łudzisz obietnicami, ale teraz domyślam się, że to tyś porwał mi żonę, oszukawszy również Parysa. Zwróć mi ją natychmiast albo ujawnij się, abym mógł nauczyć cię uczciwości.

Źle sobie poczynasz, odpowiedział głos Proteusza, tak odwdzięczasz się za moją gościnę – nieufnością i obelgami. Nie wiesz, że robię wszystko, abyś mógł wrócić do twej ojczystej Sparty wraz z prawowitą małżonką. Wysłałem do Pytii posłów i czekam na odpowiedź, jak rozwikłać zagadkę, która z dwóch Helen jest Heleną prawdziwą. Miejże cierpliwość, przyjacielu, i uwierz w moją życzliwą szczerość.

Wszystko to wykręty, nędzny karzełku, wiedziałbym, jak z tobą postąpić, gdybyś przezornie nie zgładził załogi mego statku, ale i sam dam radę, pokaż mi się tylko, pokrętny tchórzu.

Ale Proteusz był wciąż niewidoczny. Głos jego posmutniał, gdy tak mówił dalej: Wszyscy jesteście jednacy, wiarołomni niewdzięcznicy. Czym różnisz się od swego rywala Parysa, który wykorzystując gościnę uprowadzał żony i rabując mordował gospodarzy, jak to uczynił z królem Sydonu. Zamiast żywić do mnie uczucie wdzięczności, że uratowawszy przechowywałem w moim pałacu twoją boską małżonkę, wyrzucasz mi przewrotność i kłamstwo i grozisz gwałtem. Cóż możesz mi zrobić? Proszę, stoję przed tobą.

Tu Proteusz ujawnił się oczom Menelaosa. Zobaczywszy go i myśląc, że z łatwością da sobie radę z mizernym karłem, Atryda rzucił się na niego, lecz karzełek w tejże chwili zamienił się w węża, który owinął się dokoła ciała napastnika, tamując mu oddech. Ze srogim wysiłkiem Menelaosowi udało się rozluźnić potężne pierścienie gada i postawić nogę na jego głowie, aby zmiażdżyć ją. A wtedy wąż zamienił się w żółwia opancerzonego mocną skorupą. Gdy Menelaos poderwał go z ziemi i cisnął co siły o głaz, żółw zamienił się w ptaka, pofrunął, usiadł na skale, gdzie powrócił do kształtu ludzkiego. I tak spoglądając z góry na zadyszanego wysiłkiem Menelaosa, Proteusz mówił: Dziwię się tobie, czy nie słyszałeś nigdy, że mało komu udało się mnie obezwładnić? Jestem nieuchwytny, wielokształtny i nieśmiertelny. To ja z Eurynome stworzyłem ten świat, ja zapłodniłem Matkę Geę i jestem ojcem wszystkiego, co ma kształt i treść, sam natomiast nie mam stałego kształtu, będąc treścią wszelkich możliwych treści. Co możesz wiedzieć o tym, marny wojaku i mężu zdradzany przez żony, nasiąknięty jak gąbka nienawiścią i zżerany zazdrością? Sam sobie tylko potrafisz zgotować zasłużone niesławę. Chętnie pozbędę się ciebie, i to już. Masz, niewdzięczniku, swoją Helenę.

Wypowiedziawszy te słowa zniknął, a razem z nim zniknęło wszystko, co go otaczało, i Menelaos znalazł się w gąszczu dziewiczego lasu. Zamiast wspaniałego pałacu – zwisające nad poplątanymi gałęziami drzew surowe skały, błyszczące warstwami miki. Zdjęty przerażeniem, Menelaos zaczął wołać na cały głos, jak woła człowiek dławiony przez senną marę. A wołając usłyszał znajome wołania, zwielokrotnione w tysiącach odgłosów. Wkrótce zeszli się wszyscy troje z Heleną, wyłaniali się z wysokich zarośli zawstydzeni swoją nagością, bo byli pozbawieni odzieży, zmarznięci, głodni, w krwawiących zadraśnięciach od kolczastych chwastów, z trudem, po długich błąkaniach wydostali się na kamienisty brzeg morza, okrywając nagość swoją ułamanymi gałązkami krzewów. Tu zaspokoili głód mięsem małżów wyrzuconych na brzeg przypływem. A szczęśliwy (podejrzanie) przypadek zrządził, ze jakiś handlowy statek, przepływający obok zaczarowanej wyspy, zauważył ich i wziął na swój pokład. Po nowych długich przygodach, a droga ich trwała jeszcze lat kilka, znaleźli się wreszcie w upragnionej ojczyźnie. Tak skończyła się niezwykła historia Menelaosa, z tym, że już nigdy nie zaznał spokoju, nie mając pewności, czy dzieląca z nim radości i troski małżeńskie kobieta jest Heleną prawdziwą, czy jej złowrogim sobowtórem.

Apokryf o Helenie Nieskalanej, który posłużył jako jedno z głównych źródeł tej historyjki, zmyślił, jak wiadomo, starożytny poeta grecki, Sycylijczyk Stesichoros z Himery. Napisał on, wśród innych epickich utworów, poemat o zburzeniu Troi i poemat o Helenie, potępiający jej czyny, po czym wzrok stracił. Przyczyną utraty wzroku przez nieostrożnego poetę był gniew Heleny, a dowiedział się o tym dziwnym zbiegiem okoliczności Krotończyk Leonimos, który pierwszy ze śmiertelników trafił na wyspę szczęścia Leuke, gdzie wtedy Helena przebywała. (…) Leonimos widział na Leuke sławnych mężów, bohaterów eposu Homera, i rozmawiał z Heleną, która wcale nie wyglądała na tak szczęśliwą. Była podrażniona oszczerstwem Stesichorosa i nakazała Leonimosowi, aby popłynął do Himery í oznajmił poecie, że stracił wzrok z powodu jej gniewu. Wszystko to jest niewątpliwą prawdą, ponieważ opowiadanie uleczonego Krotończyka zapisał Pauzaniasz, umieściwszy je przy samym końcu dziewiętnastego rozdziału trzeciej księgi Wędrówki po Helladzie. Temu szantażowi z pogranicza zaśwíatów zawdzięczamy odwołanie, które napisał Stesichoros. Palinodia jego zaczynała się od słów: „Ta powieść jest jedynie prawdziwa, nigdy nie wstąpiłaś, o boska Heleno, na wielki okręt i nie przypłynęłaś pod mury Troi.” Podobno po ogłoszeniu tego sprostowania, a właściwie nowej wersji historii Heleny, poeta wzrok odzyskał.

Apokryf był atrakcyjny i kuszący. Wielu kronikarzy i poetów podchwyciło go, nawet Platon streścił w Fajdrosie. A i w późniejszych czasach nie brak było naśladownictw i reminiscencji. Tym bardziej że sama postać głównej bohaterki jest niezwykła – fascynowała i wciąż fascynuje ludzkość, mimo że od czasu wojny trojańskiej upłynęły już przeszło trzy tysiąclecia. Stoi za nią opiekuńczy cień Afrodyty. Tak widzimy ją oczami Homera. Ale jeśli spojrzeć w głąb czasów przedhomerowych, postacie te oddalając się zlewają w postać jedną, boską, z księżycem w koronie. Jest bóstwem księżyca, a Helena, Selena, Afrodyta – to jej imiona uświęcone przez kulty lokalne. Roztacza tajemnicze wpływy na przyrodę i ludzi, sprzyja spełnieniu miłości pod osłoną nocy, nasyła marzenia senne. I staje się jasny symbol porwania, kiedy księżyc znika z nieba, a ziemię otacza mrok, sprzyjający gwałtom wojny i upiorom zagłady. Ale księżyc niezmiennie wraca w pełni swej niepokalanej świetności – Helena wraca do swego prawowitego męża. Z jej boskiej przeszłości pozostaje pochodzenie od Olimpijczyka, wyklucie się z jaja ptaka, jak niegdyś wykluł się świat. Jest nieśmiertelna, a jej zmysłowe piękno nieprzemijające. Czy to nie kojarzy się z czymś, co stoi u początków istnienia? Z mitem o tańczącej Eurynome, Substancji Wszechrzeczy. Taniec Eurynome, który tworzy wiry materii, z których powstaje wąż Ofion, który zapładnia Eurynome, która znosi wężowe jajo, z którego wykluwa się Świat, który jest Światłem. Kosmogonia pelasgijska, stworzona przez lud, który osiedlił się w Grecji, a musiał przyjść z kraju leżącego na styku kultur Egiptu i Babilonu.

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do tańca Eurynome, przed którym była próżnia kosmiczna, ujemna materia, nicość. Do pierwszej litery alfabetu, rozpoczynającej Księgę Rodzaju. Przed tą granicą istnienia myśl cofa się i przeskakuje na tory dostępne dla niej, realne, misteryjny taniec Eurynome, powtarzany przez jej kapłanki…

***

A ja jako autorka tych wędrówek po kulturze dodam jeszcze ostatni akapit:

Tak daleko zaprowadziła nas Helena Spartańska. Dotarliśmy do Baratarii.
Na pierwszą kolację u Proteusza podano skrzydlatą rybę, umieszczoną na pięciu żółwiach – oczywisty symbol świata starożytnych. Do picia podano wino z najprzedniejszych winnic Proteusza, a napój był słodki i gęsty jak miód i mocny jak sen po srogich trudach. I czy nie pod jego działaniem mgła przesłoniła wzrok Menelaosa, a gdy wyciągnął rękę po jadło, żółwie rozpełzły się po stole, zaś skrzydlata ryba pofrunęła nad jego głową i usiadłszy na gałęzi zaskwierczała głosem papugi: durreń, starry śmierrdziel, durreń. Nagie tancerki zamieniły się na jego oczach w fikające koziołki delfiny, a sam gospodarz z mizernego karzełka urósł w olbrzyma i rósł dalej, aż wszystko – niebo i ziemię – okrył mrok niepamięci. Toż jest to ten sam, znany nam, opis uczt jakie urządza się na Baratarii! Wszystko złuda i nieprawda, i nie ma nic do jedzenia.