Zbiórka na Palimpsest

Wejdź TU, żeby wesprzeć projekt

Od Adminki:

Na portalu Polak potrafi mój przyjaciel, brzeski autor Radek Wiśniewski zbiera na wydanie książki. Tak sobie pomyślałam, że w zeszłym roku zbierałam na urodziny na czyszczenie oceanów. W tym roku też bym Was poprosiła, żebyście wpłacili pieniądze na oceany, ale właśnie jak zamierzałam uruchomić akcję, Radek przysłał informację o swojej nowej książce. Proszę Was więc, jeśli chcieliście jakoś “obejść” moje urodziny, to wpłaćcie proszę choćby to słynne jedno euro na wydanie książki “Palimpsest powstanie” Radosława Wiśniewskiego.

Moich urodzin i tak już nigdy więcej nie będę obchodziła, ale to przecież nie zmienia faktu, że mogę liczyć na to, że chcieliście mi kupić kwiaty albo wino, a wydacie mi na urodziny książkę Radka.

Radek pojawia się na blogu dosyć rzadko, choć kiedyś obiecywał, że będzie to robił raz na tydzień, ale bogać tam – obiecanki-cacanki, a adminka skoro nie płaci honorariów, to wymagać nie może. Tak czy owak, każdy tekst Radka na tym blogu to Ruchome Święto, jak kiedyś Paryż i Nowy Jork, a dziś pewnie raczej Berlin.

O projekcie
Celem projektu jest wydanie w wersji papierowej książki “Palimpsest powstanie” Radosława Wiśniewskiego.

Jedyne koszty jakie blokują projekt, to koszty druku i składu dtp.

W ramach dotychczasowej pracy nad projektem z Fundacją “Nowoczesna Polska”  przeprowadzono już niezbędną redakcję literacką, historyczną, korektę, książka została także już zilustrowana.

Koszty druku są szacowane na około 8000 złotych – książka będzie miałą około 300 stron z kolorowymi ilustracjami i nakład około 500  numerowanych sztuk.

O samej książce tak napisał Paweł Kozioł:

Palimpsest Powstanie Radosława Wiśniewskiego, opowiadający o Powstaniu Warszawskim, a jeszcze ściślej: będący swoistym przeglądem czy prześwietleniem pamięci jednostki, której ten temat leży na sercu, trudno zaklasyfikować pod względem formalnym. Jest to esej? Osobliwy rodzaj gawędy wojennej traktującej o wojnie, w której gawędziarz nie uczestniczył? Może, biorąc pod uwagę nagromadzenie szczegółów, reportaż bez uczestnictwa?

Zupełnie jednoznaczne jest natomiast oddziaływanie emocjonalne utworu, sytuujące się gdzieś pomiędzy apelem poległych a wywoływaniem duchów. Autor umiejętnie przechodzi od szerokiej perspektywy ginącego miasta do jednostkowych, przeważnie tragicznych losów. Szczególnie dba o przybliżenie czytelnikowi swoich bohaterów, nawet tych, o których wiadomo niewiele, stara się zrekonstruować ich charaktery z dostępnych strzępków informacji. Opowieść ma przy tym mocne podstawy źródłowe. Mimo jej meandrycznego toku czytelnik może mieć pewność, że fakty zostały sprawdzone. Relacja budzi zaufanie na poziomie biografistycznym, historycznym i zwłaszcza geograficznym, bo z tekstu przebija dojmująca świadomość kurczenia się przestrzeni opanowanej przez powstańców.

Pamięć pozostaje żywa, dopóki można się do niej odwołać w sposób nieoficjalny. A takie jest przecież pochodzenie Palimpsestu PowstanieRadosława Wiśniewskiego. Notki, które potem weszły w jego skład, w pierwszej chwili publikowane były na Facebooku. Tym większe wrażenie wywiera fakt, że ten materiał udało się zebrać w jednolitą całość.”

Książka powstawała kilka tygodni w ciągłej interakcji z czytelnikami w serwisie społecznościowym. Tworzyła się dosłownie na oczach publiczności. Teraz ma szansę na utrwalenie.

Dzięki znanemu rysownikowi Tomaszowi Bohajedynowi została zilustrowana.

Dzięki ludziom z Fundacji Nowoczesna Polska zyskała profesjonalną redakcję literacką i historyczną. Stała się też dzięki nim książką elektroniczną.

Książkę można przejrzeć w wersji elektronicznej za darmo w serwisie “Wolne Lektury”:

https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/wisniewski-palimpsest/

W razie wątpliwości pisz:

cuchulain@o2.pl

Dzięki Tobie, książka może się stać dotykalna, jako coś co można mieć ze sobą, odbywać podróże dosłownie i w przenośni.

Wejdź TU, żeby wesprzeć projekt

Twórca Projektu otrzyma wszystkie środki, które zostaną wpłacone, bez względu na osiągnięcie kwoty minimalnej (model “bierzesz ile zbierzesz”). Projekt kończy się 28.09.2019 22:10

Podróż do głębin inscenizacji

Ewa Maria Slaska

… czyli z Berlina do Warszawy

Po raz pierwszy usłyszałam o inscenizacji pewnie ze 25 lat temu. Oddawałam mieszkanie. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami, mieszkanie musiało być czyste i puste. Puste oznaczało również bez wykładzin na podłodze. Gdy je zdjęłam, okazało się, że w obu pokojach linoleum było pochlapane farbą. Zamówiłam dziewczynę do sprzątania i powiedziałam, że chodzi mi tylko o podłogi. Ma je wyczyścić tak, by komisja odebrała ode mnie mieszkanie. Było mi obojętne, ile to będzie kosztowało. Następnego dnia wieczorem dziewczyna oddała mi klucze i kazała zapłacić 100 marek. Wszystko zrobiłaś?, zapytałam. Tak, odpowiedziała. Zapłaciłam jej stówę i pojechałam obejrzeć, jak wyglądają podłogi. Gdy weszłam do mieszkania – zmartwiałam. Podłogi pełne były białych wielkich i małych kleksów olejnej farby. Zapłaciłam stówę za przetarcie ich po wierzchu mokrą szmatą. Spędziłam całą noc, usuwając kleksy farby szpachelką. Jeszcze dziś bolą mnie ręce, gdy przypomnę sobie tę robotę. Gdzieś koło północy pojawił się mój ówczesny „narzeczony”. Pracował jako nocny taksówkarz i nie mógł, biedactwo, pomóc mi w walce z farbą. Przywiózł nam jakieś tureckie jedzenie. Gdy mu się poskarżyłam, że to straszna harówa, powiedział, że jemu to wygląda na inscenizację. Zjadł, wypił herbatę, zabrał worek pełen zeskrobanej farby i pojechał. Skrobałam do 7 rano, rozmyślając o słowie inscenizacja. Najwyraźniej oznaczało coś więcej niż reżyserię sztuki teatralnej, ale nie wiedziałam co.
O 7 wykąpałam się, przebrałam w czyste ciuchy, o 8 przyszła komisja – odebrali mieszkanie, poszli. Pojechałam do siebie i padłam spać.
Wieczorem przy kolacji zapytałam „narzeczonego”, co ja jego zdaniem z
ainscenizowałam? Wojenne przeżycia twojej matki, odpalił bez chwili namysłu.

Dopiero teraz, w ćwierć wieku później, postanawiam sprawdzić, co to za słowo – inscenizacja? Inscenizacja, czytam w Wikipedii, to całokształt prac twórczych związanych z wystawieniem pewnego utworu na scenie. Innych opcji po polsku nie ma. „Narzeczony” był przez dziesięciolecia pacjentem niemieckich psychoanalityków. Nie jest wykluczone, że muszę sprawdzać nie inscenizację polską, lecz niemiecką. Inszenierung. I rzeczywiście. Selbstinszenierung, samoinscenizacja – gdy ktoś świadomie odgrywa jakąś rolę przed widzami lub kamerą i świadomie ją kontroluje. To oczywiście znane zjawisko, wystarczy pomyśleć o eleganckich politykach, którzy na potrzeby kampanii przedwyborczej prezentują się w robociarskich ciuchach. Albo na odwrót – nieudaczni przybierający futro i pozy zwierzęcia alfa. Często samoinscenizacja ma sobie coś dosłownie teatralnego, jaskrawe światło, kostium, makijaż, gesty i mimika. W indywidualnych inscenizacjach, objawiających się często w sytuacjach kryzysowych (no, skrobanie farby po nocy na pewno było sytuacją kryzysową!) chodzi o odsłonięcie pewnych ukrytych informacji, takich, które w życiu codziennym spychamy i których istnienie negujemy. Takie prywatnie inscenizacje mogą oznaczać „całość osobowości osoby inscenizującej w konkretnej sytuacji” – podobno robimy to, by sprawdzić, jak działamy w określonej sytuacji i jednocześnie wpłynąć na nasze otoczenie.

Tak, niewątpliwie „narzeczony” miał rację. Czy ja wtedy, te 25 lat temu, skrobiąc podłogi, rzeczywiście inscenizowałam sama dla siebie los mojej matki, ukrywającej się u ludzi podczas wojny, tego nie wiem. Ale może być. Mama nigdy nie mówiła o tym, czego od niej wymagało takie ukrywanie się. Podejrzewam, że uzupełniłam moją niewiedzę o tym, jak mogło wyglądać jej życie tym, co wiedziałam, a wiedziałam, że kilkunastoletnia sierota, jest wydana na pastwę złości i niegodziwości ludzkiej. Jak w Słoneczku Buyno-Arctowej, jak w Sierotce Marysi, jak w Tajemnicach Motyli. Wprawdzie znałam też pozytywne wersje tego losu – Anię z Zielonego Wzgórza, Rasmusa i Włóczęgę – ale najwyraźniej moja wewnętrzna potrzeba inscenizacyjna kazała mu przymierzać się do losu źle traktowanej sieroty, a nie sieroty kochanej.

Teraz myślę, że ta inscenizacja wcale nie dotyczyła losu mojej matki, tylko mojego własnego. Odegrałam scenkę rodzajową na swój własny temat pod tytułem „biedna uciemiężona kobieta i okrutni obojętni faceci”. Jeden z nich, który kiedyś mieszkał ze mną w tym mieszkaniu, pomalował ściany, zachlapał podłogi, zakrył je wykładzinami i zamilkł, a kiedyś i zniknął. Drugi czyli ówczesny „narzeczony”, nie poczuwał się do obowiązku pomocy, nie raczył się zniżyć do poziomu podłogi i ubrudzić sobie rączek, a jedynie przyjechał, popatrzył z góry na kobietę szorującą podłogę, dał jej jeść i elegancko zniknął. A ja to „łyknęłam”, bo, taka jest ta teza, którą zainscenizowałam, w życiu zawsze wszyscy mnie wykorzystują. Biedna sierotka, maskotka, idiotka.

Myślę też, że „narzeczony” wziął w tej grze świadomy udział i jego insynuacje w stosunku do samej inscenizacji a i jej interpretacji miały odwrócić moją uwagę od faktu, że to ON mi nie pomógł i nie popracował ze mną choćby przez chwilę. I że mogłabym mieć do niego pretensje, ale przyszpilona do podłogi strasznym słowem “inscenizacja”, nawet nie zająknęłam się na ten temat, że jego nocna praca jest wymówką i że tyle razy nie szedł do pracy, bo mu się nie chciało, mógł więc tym razem nie iść, żeby zamiast tego mi pomóc.

Na szczęście dawno już wstałam z tej diabelnej podłogi i zapomniałam o tym, czym jest lub może być inscenizacja, dopóki pewnego zimowego dnia nie pojechałam z Sarą do Warszawy i nie spędziłam tam z nią trzech dni.

Celem inscenizacji jest wg Hansa Dietera Mummendey zwiększenie znaczenia zainscenizowanego ja („ja życzeniowe“ jak je nazywa badacz), rozszerzenie go o specjalne funkcje społeczne, zwiększenie jego społecznego oddziaływania, a w rezultacie sterowanie opinią, jaką na jego temat wyrobią sobie inni. Świadome sterowanie tym odbiorem, oddziaływanie nań i kontrolowanie.

Świadome!

Wiemy czy nie wiemy, co robimy? Inni też to robią?

Czy jeśli sama inscenizowałam, albo może to mój „narzeczony” inscenizował, a teraz na pewno inscenizowała Sara, to przecież zapewne musiałam widzieć dziesiątki innych inscenizacji. Czy umiałam je rozpoznać? Owszem, córka mojej koleżanki wielokrotnie i udatnie inscenizowała fakt, że jako dziecko nie mieli pieniędzy i dzieci głodowały. Przy czym “dzieci” jej tak po prawdzie nie interesowały. Głodowała ona. Czy była świadoma tych inscenizacji? Czy robiła, żeby manipulować nami, dorosłymi, wywoływać w nas wyrzuty sumienia, kazać nam się kajać… Tak było, ale czy świadomie? Czy inscenizacja jest manipulacją czy ekspresją siebie?

Czy więc jest przedtem świadoma siebie? I czy jest potem świadoma siebie?

Próbuję w myślach oddzielić inscenizacje od świadomych masek, które pokazujemy światu. Nie jest łatwo. Maski są nam potrzebne. Bez nich bylibyśmy nadzy. Maski noszą wszyscy, czy wszyscy zatem również inscenizują?

W przypadku Sary pytanie się jeszcze bardziej komplikuje, bo Sara jest psycholożką. Wydaje się zatem, że musi wiedzieć, co robi? Ale może wcale nie musi. Może tak samo jak każdy inny człowiek podlega przymusowi ekspresji, objawiającym się w inscenizacji. No ale, jak już się zrealizuje, jak już się zinscenizuje, to czy Sara już teraz, potem, wie, co zrobiła?

Sara.

Poznałyśmy się wiele lat temu. Prowadziliśmy wtedy projekt Radar Mobile Stereotypen Box i prosiliśmy ludzi, żeby wypełnili ankiety: co myślą o Polsce? Wydaje mi się, że Sara była ostatnią osobą, która ostatniego dnia projektu wypełniła ostatnią ankietę. Ale możliwe, że konfabuluję…

Sara zawsze była oryginalna i dziwna, ale na pewno zawsze można było na nią liczyć, jeśli trzeba było zebrać pieniądze. Na coś lub na kogoś. Była hojna. Dała nam 100 euro na zakup stu czarnych parasolek, których używałyśmy podczas czarnych protestów i wydarzeń przeciwko antykobiecej polityce PiS-u. Dała 100 euro dla Viktorii Bojko, uciekinierki z Majdanu, która bez niczego wylądowała w środku zimy w Warszawie.

Ta podróż to moja wina. Przygotowałam podatny grunt i nie miałam nic na swoją obronę. To nie metafora – to naprawdę wszystko moja wina. To ja bowiem powiedziałam Sarze, że w Muzeum Żydowskim Polin jest wystawa na temat krwi. Krew Sarę nadzwyczajnie wręcz interesuje. To ja namówiłam Sarę do wspólnego wyjazdu, to ja zamówiłam bilety na samolot i hotel, zapłaciłam i poprosiłam Sarę, by mi zwróciła poniesione koszty.

I jak już się to wszystko stało, ale też dopiero wtedy – zorientowałam się, że wystawa była rok wcześniej. Udowodniłam więc po raz kolejny, że jestem nieuważna i pospieszalska. Powinnam była zwrócić Sarze pieniądze i pojechać do Warszawy sama, załatwić to, co ja miałam tam do załatwienia. Ale nie, ja zrobiłam kolejny krok na trzęsawisku – przez telefon opowiedziałam kuratorce wystawy, jaki mam problem i poprosiłam, by spotkała się z nami, pokazała nam katalog i opowiedziała o wystawie. Sarze wyjaśniłam mój błąd, ale dodałam, że wystawa może być płaska i plakatowa, bo to wystawa dla tłumu, a ona spotka się z kuratorką i będzie mogła z nią porozmawiać o tematach istotnych.

Dlatego pojechałyśmy. Ja w poczuciu winy, Sara w poczuciu przewagi, choć obie nie wiedziałyśmy, że takie są nasze uczucia.

Byłam wielokrotnie u Sary w jej domu na wsi, gdzie wszystko jest w najlepszej jakości i wysmakowane, i pies, i szparagi, i meble, i ciuchy Sary, poduszki na kanapie i koce. Porcelana i ręcznie malowana ceramika. Wiem, moja przyjaciółka też jest psychoanalityczką i wiem, że to oznacza wysokie zarobki i wyrafinowany gust. W przypadku Sary są to grube drewniane stoły i atłasowe poduszki z dyskretnym, eleganckim ręcznym haftem. I drogie wełny z butików w drogiej dzielnicy.

Ile razy jeździmy z Tiną, by odwiedzić Sarę w tym jej domu nad Hawelą, zawsze po obiedzie dochodzi do momentu, kiedy proszę Sarę, by nam przeczytała fragment tego, co ostatnio napisała. Sara analizuje terror, dyktaturę, rzezie, mordy i pogromy, najczęściej sięgając do głębokich warstw podświadomości narodów, a tam krew leje się strumieniami. Prawdziwa i symboliczna. Nigdy nic nie pamiętam z tych wywodów, ale napawa mnie zbożną grozą groźna wiedza Sary o tym, co potrafi zrobić w nowoczesnym życiu stara ale nigdy nie pozwalająca o sobie zapomnieć krew plemienna.

Podjechałam po nią taksówką. Była 4 rano, było ciemno. Dopiero na lotnisku zobaczyłam, że Sara ma nadal rękę w gipsie. Sara złamała rękę jesienią, od tego czasu minął kwartał, widać coś się zrastało nie tak jak trzeba. Nie było rady, Sara nie mogła nosić torby – musiałam ją przejąć. Umocowałam jej podartą torbę na walizce i ciągnęłam z trudem, bo w mojej walizce były trzy rzeczy na krzyż, ale torba Sary była ciężka. Taki był początek inscenizacji. Sara w brzydkich rzeczach z brzydką i podartą torbą, z ręką w gipsie, w wielkim czarnym płaszczu i w strasznej czarnej skórzanej czapce na głowie, z dachem i nausznikami. Sara jak ogromny stróż nocny.
Powinna dzierżyć w garści łopatę do odśnieżania albo miotłę. Sara dramatycznie pociąga nosem.
Daję
jej chusteczkę do nosa. Sara wciąż jakiejś szuka i jak trzeba – nie ma. Za każdym razem zdjemuję plecak, wyjmuję chusteczki, daję jej jedną.
Dziecko.

Odbieram od stróża podartą torbę, zahaczam o rączkę mojej walizki na kółkach i ciągnę.
Czekamy. Ciągnę. Wsiadamy do samolotu. Ciągnę, aż uwolni mnie stewardessa.

Nie mogę pojąć, skąd Sara w ogóle wytrzasnęła takie paskudne ciuchy, taką ohydną czapkę, taką wyświechtaną torbę. I dlaczego ma to wszystko na sobie i ze sobą. Dlaczego elegancka zamożna kobieta ubrała się na tę podróż w łachy nędzarki?

Sara śpi.

Wysiadamy. Pytam czy chcemy wziąć taksówkę. Wyjaśniam, że na miejscu mamy około 10 minut do przejścia. Sarze nie przeszkadza. Jedziemy autobusem, a potem ja ciągnę walizkę i torbę Sary.

Ciągnę.

Docieramy do hotelu. Lokuję ją w pokoju. Idę. Wrócę za godzinę. Jedziemy do Muzeum. Podchodzimy, Sara z daleka zachwyca się piękną bryłą muzeum i wejściem przez łuk w kształcie hebrajskiej litery alef.
Gdzie my jesteśmy?
pyta Sara. No jak to gdzie, odpowiadam. W Muzeum Żydowskim. O, mówi Sara, nie wiedziałam, że idziemy do Muzeum Żydowskiego. Przecież mówiłam i pisałam. Nie, nic nie wiedziałam.
Potem sprawdzę i wyślę jej
ponownie mojego maila, tego pierwszego, kiedy jeszcze myślałam, że obejrzymy wstawę o krwi. Pierwsze zdanie zaczyna się od słów Jüdisches Museum in Warschau. Sara skwituje to krótko – klasyczny żydowski problem, musiałaś mi udowodnić, że to nie twoja wina…
No, ale to oczywiście moja wina i obie to wiemy.
Rozmowę z kuratorką zaczynamy od informacji, że Sara nie wiedziała… I że się dziwiła, że Polaków interesuje problem krwi.
Z rozmowy niewiele wynika, ale nie może nic wynikać, bo Sara po prostu wie wszystko (tylko dokąd jedziemy, nie wiedziała). Dla Żydów, mówi kuratorka krew ma inne znaczenie niż dla chrześcijan – krew Jezusa to chrześcijański pokarm mistyczny. To jest bowiem krew moja, która za was będzie wylana. Krew wylana pomiędzy Żydami a chrześcijanami, to krew dzieci zabitych na macę, przyczyna większości pogromów… Krew leży między nami i nimi, krew na ich głowy
i nasze…

Zwiedzamy Muzeum, które się nam nie podoba. Budynek piękny, wystawa infantylna. Eksponaty
z pap
masze, tablice, ilustracje, infantylne historyjki. Jakiś gipsowy model gęsi jak żywej. Jakiś papierowy uczeń jesziwy.

Namalowana na stole średniowieczna wioska, świnie i kury taplają sią w błocie. Pamiętam, że jak pierwszy raz tu byłam, wpisałam gdzieś pytanie, co w średniowiecznej wsi żydowskiej robią świnie? Nikt nie odpowiedział, nikt nic nie zmienił. Sara opowiada mi o średniowiecznych cudach, zamieniających symboliczną krew podczas komunii w krew prawdziwą. Oczywiście, ja też znam takie historie. Byłam w takim kościele na trasie do Santiago di Compostela, gdzie zawziętym niedowiarkiem był ksiądz, a głęboko wierzącym – uparty chłopina. W pewne Boże Narodzenie obaj na własne oczy przekonali się, że krew to krew i hostia spływa prawdziwą posoką.

Wychodzimy. Po drodze widzimy z okien autobusu kościół z napisem res sacra miser. Co to znaczy resamira?, pyta Sara. Biedny jest świętością, mówię. To Seneka. A ten budynek to kościół karmelitanek. Dobrze, że zapamiętuję, jak Sara wymawia te trzy łacińskie wyrazy, bo w dwa dni potem powie mi przez telefon, że spotkamy się w kawiarni o nazwie, której nie da się wymówić naprzeciwko kościoła Resamira. Potem się okaże, że ta nie dająca się wymówić nazwa jest po włosku. Sara zna włoski, gdy pójdzie sama w miasto, w restauracji porozumie się po włosku. Ale nie umie przeczytać włoskiej nazwy na tablicy.

Dziecko.

Znajdujemy po drodze sklep. Sara, mówię, w hotelu nic nie masz, jakbyś zgłodniała – kupmy coś. Ale gdzie tam, nie będzie głodna, niczego nie potrzebuje. Wstałyśmy dziś o 3 rano, zaraz idzie spać. Kupujemy jednak dużo oryginalnych wędlin, do których Sarze aż się oczy świecą, gęś ze śliwkami, no po prostu… bułki, mandarynki. Odprowadzam Sarę do hotelu, pokazuję jej, gdzie jest kuchnia, gdzie może sobie ugotować kawę…

Idę do Ciotki. Przychodzę po Sarę następnego dnia rano. Okazuje się, że Sara w nocy wyszła z hotelu i poszukała restauracji. Tak mi się chciało sałaty i wina, mówi. No tak, miała tylko owoce, bułki, wędliny i herbatę, a musiała mieć sałatę i wino. Jak dziecko. Tylko tego różowego loda, a jak nie, to nic, to się zabiję, to ucieknę z domu. Gdy wracała, zgubiła się, na ulicy nie było nikogo, stała i dziesięć minut czekała, aż pojawi się taksówka. Wsiadła, pokazała adres, taksówkarz zakręcił i za rogiem wysadził ją przed bramą hotelu. Nie wziął pieniędzy, mówi Sara. Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Dziś mamy zadania każda dla siebie. Odwożę Sarę do Muzeum, pokazuję Palmę na skrzyżowaniu Jerozolimskich i Nowego Świata  jako punkt orientacyjny. Pokazuję ulicę Nowy Świat, opowiadam, że dalej jest Krakowskie Przedmieście, Zamek, zejście do Starego Miasta. Zadzwonię do ciebie, mówię…
O nie, mówi Sara przerażonym głosem, nie mam komórki.
Jak to?
No nie mam, nie pomyślałam. Pociąga nosem, daję jej chusteczkę. To już odruch.
Trudno. No to musisz sama wrócić do hotelu. Wsiądziesz do taksówki, pokażesz wizytówkę.
O nie! Nie mam wizytówki!
Sara wychodzi z domu na cały dzień, nie ma komórki, chusteczek, adresu hotelu. Będzie sama
i zrobiła wszystko, żebym nie miała się jak z nią spotkać. I żebym czuła się winna, jeśli Sara się zgubi.
Dziecko.

Wzruszam ramionami. Poradziła sobie wczoraj w nocy, poradzi sobie i dziś.
Piszę jej adres hotelu na karteczce, sprawdzam czy ma pieniądze, rozstajemy się. Ja dziś jadę za Warszawę…

Wracam po południu, zadowolona, ale i zaniepokojona. Od Sary nie ma znaku życia. Czyli wciąż chodzi po mieście, wielki czarny stróż ze złamaną ręką i bez chusteczek do nosa.

Wreszcie dzwoni. Tak, wszystko jak trzeba. Nie, Placu Zamkowego nie widziała. Mszy za prezydenta Adamowicza też nie. Świetnie sobie poradziła. Wszystko znalazła. Dojechała tramwajem. Nie wiedziała, dokąd dalej. Jakaś kobieta zawiozła ją pod hotel. Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.
My tego tak nie odczuwamy, mówię. Są raczej normalni.
Nie, nie, są nadzwyczajnie pomocni.
Wydaje mi się, mówię, że postanowiłaś sama sobie udowodnić, iż
Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Teraz Sara się prześpi, a potem mam po nią przyjść, pojedziemy na kolację.
Przy kolacji Sara mówi zdanie, które mnie wzrusza: Chciałabym się nauczyć polskiego, bo jak umrę i spotkam się z Mamą, to nie będziemy miały wspólnego języka, żeby porozmawiać.

Próbuję zrekapitulować, co ja właściwie wiem o Sarze. Pochodzi z polskiej rodziny żydowskiej, urodziła się w Niemczech. Wielu rzeczy nie wiem, nie rozumiem, może mi umknęły, ale tyle wiem, że to żydowskie dziecko zostało adoptowane przez przybranych rodziców, Niemców, jak się później okaże – z NRD. Kiedyś Sara przeniesie się na Zachód i będzie studiowała psychologię. Kiedyś zamieszka w Szwajcarii, kiedyś wyjdzie za mąż za archeologa.

Wracamy. Droga od tramwaju jest bardzo krótka, właściwie zaraz za rogiem widać duży napis – ibib, centrum kongresowe Polskiej Akademii Nauk.
Sara wciska mi do ręki torebkę. Trzymaj, ja muszę siku.
Stoję, patrząc na wejście do hotelu. Sara sika na ulicy.
Dziecko. Samotne dziecko zagubione
nocą wśród Polaków. Brzydko ubrane, niedołężne, ze złamaną ręką. Zsikało się na ulicy. Jest wojna. Dziecko nie zna języka, nie wie dokąd ma pójść. Nie ma Mamy ani Taty. Porzucone na zawsze, ale na szczęście Polacy są tacy mili, tacy wręcz nadzwyczajnie mili.

Barataria na lato: książki, koty i Don Kichoty

Ewa Maria Slaska

Nie ma nic równie starego jak wczorajsza gazeta. I rzeczywiście poniższy obrazek został opublikowany w najważniejszym dzienniku berlińskim, Der Tagesspiegel, 26 czerwca czyli 40 dni temu. To całe wieki! Wszystko nieaktualne.

Wtedy były to jednak najświeższe aktualności.

Don Kichot mówi: SPD potrzebuje podwójnej szpicy (czyli dwóch osób na stanowisku szefa partii), a jego giermek odpowiada z uśmieszkiem: Zrobimy to.

Czy rzeczywiście była o tym mowa w czerwcu? Nie pamiętam.

Tytuł pod spodem nie wiąże się nijak z obrazkiem, a znaczy mniej więcej tyle co Dobrobyt za godność. Artykuł dotyczy planowanej misji Jareda Kushnera, zięcia Trumpa, który chciał od Palestyńczyków kupić za spore pieniądze obietnicę, że nie będą się więcej domagać samostanowienia. Nie będą więc walczyć o swoje państwo, ani wzniecać powstań i uprawiać terroryzmu, tylko wezmą kasę i położą uszy po sobie. Nawet nie wiem, czy Kushner, który pojechał z tym dealem do Bahrainu, dobił targu z Palestyną. Wiem tylko, że zastanowiłam się wtedy, jakby to było, gdyby w roku 1944 taka np Francja, ta petainowska, przysłała do Polski delegata w identycznej misji. “Wiecie co, Polacy”, powiedziałby ów francuski pan, “bardzo cenimy wasze dążenia do wolności, też uważamy, że lepiej umierać na stojąco niż żyć na kolanach, ale wiecie, Niemcy pozwolą Wam wstać z kolan, dadzą Wam pieniądze na odbudowę stolicy… A zatem dogadajmy się co do kasy, bo doszły nas słuchy, że planujecie niebawem godzinę W, a musicie przyznać, że powstanie jednak bardzo utrudni proces porozumienia między Waszymi zwaśnionymi narodami…”

I tak dalej.

Miesiąc później w Sopocie na wystawie ulicznego karykaturzysty znalazłam kolejną ilustrację polityczną, posługującą się wizerunkiem dwóch Hiszpanów z XVII wieku.

I kota.

Ciekawe, że autor odmienił role obu mężczyzn. Ten mały jest giermkiem, ale jednocześnie Zbawicielem. Dlatego jedzie na przedzie.

Za kotem.

Ten duży podąża wprawdzie jako drugi, ale jest rycerzem i zamierza kruszyć kopie.

O kota czyli karakala stepowego (Caracal caracal).

Karykatura dziś nieco przedawniona. Helikopterów nazwanych na cześć kota już w Polsce nie będzie, ale kot piękny.

Kolejny kot objawił się tego lata mojej młodej koleżance, gdy pojechała na wakacje do Bari – żył sobie z uczonym kolegą jak kot z psem.

Bari to miasto kultu św. Mikołaja i świetnego pisarza Gianrico Carofiglio, który urodził się tu w roku 1961. Carofiglio bywał też politykiem, prokuratorem, działaczem antymafijnym i antykorupcyjnym. Występował w procesach przeciwko zorganizowanej przestępczości, handlowi bronią i ludźmi. Piastował urząd senatora z ramienia Partito Democratico. Popularność przyniósł mu cykl kryminałów o adwokacie Guido Guerrierim, nader sympatycznym gościu, który cierpi na bezsenność. Bardzo lubię Guerririego, może nawet bardziej niż Wallandera, a to już coś, bo może nie wszyscy wiedzą, ale Wallander, bohater powieści Mankella, jest moim ulubieńcem i pisałam o nim  już nieskończenie wiele razy. Są mądrymi, myślącymi, zatroskanymi o kondycję ludzką facetami.

I to by było na tyle, na ten sierpniowy poniedziałek, gdyby nie fakt, że w książce, którą czytam, a czytam ją, bo pewna szacowna, zdałoby się, instytucja pańastwowa, wysortowała ją na śmietnik i ktoś ją zabrał do domu, a od tego ktosia ja ją pożyczyłam, znalazłam siebie. Było to lekko niepokojące przeżycie, bo otworzyłam tę książkę na zdaniu… “W numerze drugim czasopisma WIR, poświęconym ‘poetkom z ciemności’ (…) Ewa Maria Slaska pisze…” (str. 135 rozdział Agaty Araszkiewicz o melancholii Ginczanki).

Nic na to nie poradzę, jestem tylko maleńką wzmianką w tej książce i nie o mnie tu chodzi, ale przecież poczułam się wyrzucona na śmietnik. Wraz z innymi oczywiście, z Zuzanną Ginczanką i Gertrud Kolmar, z Derridą i Castanedą, z Joycem, Proustem i Borgesem. I z Don Kichotem. No tak, również z Don Kichotem, bo skoro jest on (a tak twierdzę od jakiegoś czasu) “w każdej książce”, to musiał być i tu. Pojawia się nawet kilkakrotnie, raz w rozdziale o nudzie powtórzeń Marka Zaleskiego, który rozważa konieczne i niekonieczne związki oryginału i jego kopii, odwołując się do opowiadania Borgesa o Pierre Menardzie. Menard pisze od nowa powieść o Don Kichocie, która jest wprawdzie słowo w słowo identyczna z tekstem Cervantesa, a przecież ma zupełnie inną, nowatorską wartość. (Pisałam o nim stosunkowo niedawno, jakby więc ktoś chiał, to proszę, można TU zajrzeć).

Z kolei Radosław Okulicz-Kozaryn w rozdziale o prozie Romana Jaworskiego, Nuda w zwierciadle nudy, omawia szalone książki tego zapoznanego, młodopolskiego pisarza (1883-1944), przede wszystkim Historie maniaków, zbiór opowiadań poświęconych ludziom żyjącym w świecie urojeń. W opowiadaniu Medi niejaki Yetmeyer urządza wielokondygnacyjną siedzibę z licznymi komnatami w dawnej oberży Don Kichota.

Tak to jest z nudą w kulturze. Nikt jej nie umknie, ani Ginczanka, ani Borges, ani Cervantes. Bo…

Kura czyli jak to się zaczęło

Pisałam tu już, że blox zamknął nasze poprzednie i równoległe blogi, a ja będę tu ratować, co się da. Tu dwa pierwsze wpisy na naszym wspólnym, legendarnym już blogu, czyli Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 wiedzieć powinna, a (dziwnym trafem) nie wie… W tych wpisach najlepiej pewnie widać, czym potem przez rok, poczynając od tego 18 czerwca 2011 roku była Kura…, rodzajem naszych rozmów o świecie, historii, rodzinie, książkach i jedzeniu, zawsze mocno przyprawionych troską o kondycję życia ludzkiego, ale mimo to pisanych lekko i, jeśli się dało, dowcipnie (potem nie zawsze się dało).
Autorkami byłyśmy na początku we dwie, moja siostra i ja, rychło jednak zaprosiłyśmy do współpracy Danusię, czyli przyjaciółkę z Warszawy, oraz dwie kuzynki – Małgorzatę z Kanady i Marię z Włoch. O żadnej z nas nie można było powiedzieć, jakobyśmy były (młodymi) pannami, ale taka, wypływająca z tytułu, poetyka naszych rozmów ustaliła się w miarę wcześnie, a jej zalążki są widoczne już w pierwszym “kurzym” wpisie. Blog był od początku intensywnie międzynarodowy, bo ja w końcu mieszkam w Niemczech,
a moja siostra przebywała wówczas z mężem w Portugalii. Potem dokooptowały do nas liczne inne rozsiane po świecie
Panny (Polska, Indie, Anglia, Francja, Irlandia, Włochy, Niemcy, Norwegia) oraz jeden Panicz – Lech z Australii. W pewnym momencie autorką została też moja ciotka, nazywana na blogu Ciotuchną.

Ciotuchna obchodzi dziś 90 urodziny. I cóż, że to nie dziś, wolno Królowej Angielskiej, wolno i Ciotuchnie obchodzić urodziny, kiedy zechce. Zechciała dziś. Z tej okazji moja siostra, moje dwie kuzynki i ja przygotowałyśmy dla Ciotuchny WKK czyli Wielką Księgę Kury. Zaczyna się od tego wpisu sprzed ośmiu lat…

Ewa Maria Slaska

sobota, 18 czerwca 2011

Jak udusić kurę?

Jeszcze przed 30 laty usłyszelibyśmy: złapać i ukręcić łeb. Dziś taka wypowiedź jest barbarzyństwem, a prawidłowa odpowiedź brzmi – jeśli wciąż jeszcze jesteś osobą, która je mięso lub przygotowujesz obiad dla gości, którzy wciąż jeszcze jedzą mięso, to kup ładne piersi kurczaka w sklepie ze zdrową żywnością, namocz je przez trzy godziny w mieszaninie soku ze świeżej pomarańczy, trzech łyżek oliwy, trzech łyżeczek miodu i łyżeczki cynamonu, dodaj drobno posiekany i zmiażdżony widelcem (nie wyciśnięty, bo wtedy uwalniają się gorzkie olejki!) ząbek świeżego czosnku, a po trzech godzinach uduś mięso w tym samym płynie, gotując je na małym ogniu przez 30 minut. Nie sól! Ani przedtem ani potem. Podawaj z ryżem.

O ryżu napiszę kiedy indziej. Bo na razie trzeba jednak wyjaśnić parę spraw podstawowych. Moje panny córki, to nie będzie blog o gotowaniu, ale nie będzie to też blog, w którym nie będzie o gotowaniu. Zdanie to dotyczy w równym stopniu zabijania pająków, prowadzenia konwersacji, pisania opowiadań i doktoratów, wychowywania dzieci, załatwiania sprawunków i telefonowania do kobiety, która być może zostanie waszą teściową. Ponadto nie będzie to blog o literaturze, nie można jednak wnioskować z tego, że nie będzie to blog o literaturze.

Zaczynam go pisać, ponieważ znam dziesiątki młodych panien (a i mężatek) w różnym wieku, które wciąż jeszcze nie wiedzą, jak poradzić sobie z imponderabiliami życia codziennego. I jeżeli nawet umieją prowadzić samochód i zrobiły doktorat, to nie umieją upiec kaczki, wkładają czerwone wino, chleb i ser do lodówki, myślą, że co drogie to lepsze, albo wręcz przeciwnie, że można kupić byle co i zrobić z tego posiłek, który powali na kolana gości i rodzinę.

A tak naprawdę piszę tego bloga, bo jedna z tych młodych panien, co to ich znam całe masy, zażyczyła sobie, bym go napisała, a mnie się pomysł spodobał, zwłaszcza, że przypomniał mi nie tylko moją własną książkę, która kończy się przepisami kulinarnymi, ale przede wszystkim taką bezdyskusyjnie latynoamerykańską powieść Laury Esquivel Przepiórki w płatkach róży, o której pisze także Matylda na blogu literackim (czytaj ).
Przepiórki… to powieść o czasach rewolucji meksykańskiej i dlatego odpowiedź na pytanie, jak udusić przepiórkę w płatkach róży zaczyna się następująco:

…Wzięła głeboki oddech, chwyciła pierwszą przepiórkę i skręciła jej szyjkę… zrobiła to tak niezdecydowanie, że biedny ptak nie zdechł, tylko biegał po kuchni ze zwisającą na bok głową skarżąc się żałośnie.

No i groza. Dlatego (też) zostaje się weganką!

Aby nie kończyć jednak tego pierwszego wpisu literacko-kulinarnego okrutnym opisem duszenia przepiórki, przypomnę jeszcze opowieść Miry Michałowskiej (pseudonim Maria Zientarowa, autorka Wojny domowej i Drobnoustrojów) z książki Przez kuchnię i od frontu o … duszeniu kury po arabsku. Jest to najkrótszy przepis, jaki w życiu czytałam. Autorka udręczona wojną w Europie i doprawdy makabryczną ucieczką do Afryki, ląduje wreszcie w Maroku, gdzie ją i innych uciekinierów zabiera do siebie jakiś dyplomata. W domu owego pana, przypominającym z opisu pałace z baśni z 1001 nocy, nieszczęśnikom przygotowuje się kąpiel i kolację. Służba podaje kurę, a kura owa smakuje wręcz niemożliwie przewspaniale. Zaintrygowana owym niezwykłym smakiem autorka, wielka smakoszka, udaje się do pałacowej kuchni, aby przepytać kucharkę. Ta kroi właśnie cebulę, a na głowie ma ogonek cebuli, żeby nie płakać (co ciekawe – mnie uczono, że trzeba trzymać w ustach dwie zapałki, widać, co kontynet to obyczaj). Nagabywana przez Michałowską podaje jej wreszcie przepis, a brzmi on następująco: “bierze się kurę, kraje na kawałki i wpieprza do garnka” (to cytat! i to zdwojony: Michałowska cytuje kucharkę, a ja Michałowską)

Nic dodać, nic ująć, moje kochane. Pokroić i udusić. No i rzecz jasna: przez lasy i góry dziękuję za kury, i nie dla mnie takie rozkosze, bo jajek po prostu nie znoszę.

I ciąg dalszy (bo bez niego ani rusz):

Jeszcze o kurze, a raczej o przepiórce, marchewka i róże

Na stole od trzech dni leży marchewka i wygląda paskudnie. Słaba, zwiędła, sczerniała. Już dawno nie jest krzepka jak u wieszcza. To do niej, a nie do koperku należałoby powiedzieć: “Może pan się o mnie oprze, Pan tak więdnie, panie koprze”. Zanim jednym zdecydowanym ruchem wyrzucimy marchewkę do śmieci biologicznych (bo przecież sortujemy śmieci, jasne, że sortujemy!), włóżmy ją na kilka godzin do zimnej wody. Im zimniejsza, tym lepsza, można więc nawet dodać parę kostek lodu.

Po kilku godzinach możemy naszą marchewkę przyrządzić. Przepis jest wybitnie prosty – marchewkę i cukinię umyć, jeśli marchewka jest młoda, to nie trzeba jej skrobać ani obierać, cukinii i tak nigdy nie obieramy, pokroić w paseczki i… udusić na oliwie, dodając soli. Autorka zdjęcia zdecydowanie przesoliła, ale jak się przyjrzymy, to zobaczymy, że to przynajmniej ładna, gruba sól. Biała więc zapewne morska. I tu od razu informacja – drobna biała sól kupowana w zwykłych sklepach spożywczych nadaje się tylko do robienia słonego ciasta, czym się zajmiemy przed Bożym Narodzeniem. Podstawowa informacja o soli brzmi: powinna być gruba. Kopalna będzie szara, zielonkawa lub różowa, morska z salin, biała. Dla tych, którzy mają nadczynność tarczycy, sól kopalna jest lepsza, bo nie zawiera jodu. W Berlinie można ostatnio kupić sól różową z Himalajów i w ogóle stało się modne gotowanie z różową solą (ale co w Berlinie nie jest modne?), w Polsce udało mi się kiedyś kupić grubą szarą sól z Wieliczki na… stacji benzynowej.

No tak, ale jeszcze trzeba raz wrócić do paskudnego słowa “udusić”. Bo marchewkę i cukinię trzeba pokroić, udusić w oliwie i posolić. Duszenie to cudowny, szybki proces przyrządzania potraw, który polega na tym, że najpierw lekko obsmażamy jarzyny, mięso lub owoce w oliwie lub maśle, a potem dolewamy niewielką ilość zimnej wody. Garnek lub patelnię przykryć pokrywką i zmniejszyć gaz lub prąd do najmniejszego minimum. Uważać, żeby potrawa się nie przypaliła. W razie czego dodać jeszcze trochę wody. Duszone owoce będą gotowe po minucie, jarzyny po trzech-czterech, kurczak po piętnastu. Te same produkty “poddane obróbce cieplnej w formie gotowania” potrzebowałyby dwa, trzy razy więcej czasu.

A teraz jeszcze raz o duszonych kurach i innych przepiórkach. Danusia, jedna z naszych autorek, twierdzi, że gotowanie według literatury nie wychodzi, bo to jednak literatura, a nie książka kucharska. Otóż nie zgadzam się, przepiórki w płatkach róży wyszły mi ponoć wspaniale (piszę “ponoć”, bo jestem wegetarianką, a w porywach, coraz częstszych, weganką, muszę więc wierzyć zjadaczom mięsa, że znowu udało mi się je dobrze przyrządzić), choć gdy je przyrządzałam na obiad rodzinny z udziałem dzieci małoletnich, nie zastanawiałam się nad tym, że w Meksyku są afrodyzjakiem. Ale, ach, afrodyzjaki kulinarne to chyba bardziej rozmarzone wewnętrzne chcenia przemieszane z urodą samego przepisu niż naprawdę groźne środki, które spowodują, że dwoje ludzi zacznie uprawiać seks w windzie lub na stołku od fortepianu. W każdym razie nam się w rodzinie nic takiego nie przydarzyło (chyba).

I na zakończenie link do fascynującej strony o przyrządzaniu przepiórek. Są tam i te w płatkach róży, ale pozwolę sobie dodać tu mądralińską poradę – nie bierzmy, mimo iż tak głosi literatura piękna i cytowana wyżej strona kulinarna, płatków róży z bukietu, tylko poszukajmy róży pomarszczonej (Rosa sugosa) czyli cukrowej. Rośnie często wzdłuż plaż i pachnie oszałamiająco. To z tej róży robimy konfiturę i ona też będzie się cudownie wprost nadawała do przepiórek. W ostateczności możemy użyć róż, które sami wyhodowaliśmy i których nigdy przenigdy nie spryskaliśmy żadną chemią. W przypadku róż z kwiaciarni nie możemy być pewni, czy nie zostały one czymś potraktowane albo, co gorsza, czy nie pochodzą z fabryk kwiatów z trzeciego świata, a kobiety, które przy nich pracowały mdlały od wyziewów chemicznych.


Zagadek w obu powyższych wpisach było kilka.

1. Należało zidentyfikować zacytowane w nich zdania jako posmodernistyczne cytaty czyli takie bez cudzysłowu, podawane na zasadzie “wszyscy wiemy, a my tu nie jesteśmy naukowcami i nie chodzi o doktorat w polityce, nie musimy więc podawać źródła”: piosenka biesiadna Droga do Rio i dwa wiersze Jana Brzechwy – Kokoszki smakoszki i Na straganie.

2. Należało odpowiedzieć na pytanie, kto, oprócz mickiewiczowskiego Podkomorzego, używał zwrotu “Moje panny córki”: ojciec pisarki Marii Pruszkowskiej i jej siostry, Aliny, co wiemy z książek Przyślę panu list i klucz oraz Piękne dni Aranjuezu. Oczywiście ten zwrot sam w sobie był cytatem z Pana Tadeusza.

3. Taką postmodernistyczną zabawą literacką był też tytuł książki Marii Michałowskiej (Zientarowej) Przez kuchnię i od frontu, bo odnosił się zarówno do dawnego wyznacznika ostrych podziałów klasowych w miastach XIX- i XX-wiecznych (a pewnie i starszych): od frontu do domu wchodziło “państwo”, podczas gdy służące, kucharki, handlarze i dostawcy wchodzili przez kuchnię czyli tylnym wejściem (sama jeszcze tak mieszkałam w Berlinie, ale oczywiście nie miałam służby, a tylnym wejściem wychodziłam na podwórko, żeby wyrzucić śmieci; w eleganckich hotelach i w dzielnicach dla bogaczy we wszystkich miastach na świecie jest tak w dalszym ciągu). Tytuł Zientarowej odnosił się jednak również do tego, że “przez kuchnię” poznawała miejsca, do których los ją rzucił “od frontu” czyli w czasie wojny.

Reblog z siebie samej: Grób psa

Jak zwykle podczas wakacji. Autorzy się “opuszczają” (Czytelnicy zresztą też), człowiek wyjeżdża tam, gdzie nie ma dostępu do sieci, a tu ambitne zadanie narzucone sobie samej lata temu, że co noc, w minutę po północy MA być nowy wpis – wszystko to powoduje, że latem niekiedy rebloguję własne wpisy. Tym razem przypominam przy okazji zamierzchłe czasy zobowiązań z okazji 22 lipca (wiem, to było wczoraj, ale wczoraj był inny temat). Ta data nieodmiennie kojarzy mi się ze wspaniałym rysuneczkiem Mrożka – idzie pochód z transparentami ku czci, a obok biegnie człowieczek z małym napisem: “d. E. Wedel”. Jakby ktoś potrzebował odświeżenia wiadomości na ten temat, niech zajrzy TU.

Ewa Maria Slaska

… i inne groby

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale dziecię wyposażono na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
Jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowierowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Ale wiem, że jest też inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Mondlandung czyli lądowanie na księżycu

Ewa Maria Slaska

To ta noc. Pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Mondlandung. Jednak szkoda gadać, Niemcy mają lepsze słowo na opisanie tego wydarzenia niż Polacy. Mondlandung. Mocne, konkretne słowo. Nastąpiło 20 lipca 1969 roku na terenie Morza Spokoju, w miejscu o współrzędnych 0°40′26.69″N i 23°28′22.6E.

Pierwszy krok człowieka na Księżycu nastąpił… Informacje się mieszają, nie wiadomo co, kto nam tu podaje, pojawiają się czasy UCT, GTE, EDT…

Jedna z opcji podaje, że było to prawie o godzinie 23 czasu europejskiego. 22:56:1. GET czyli czas Greenich. A zatem u nas na kontynencie było to 2 godziny później. Koło pierwszej w nocy. Ale wtedy znajduję jakiś dokument, który głosi, że była to godzina druga GMT, czyli u nas – 4 w nocy. Ale jak mówi łacińskie przysłowie Mors certa, hora uncerta. No więc godzina niepewna. Wysiadł w 4 godziny po lądowaniu.

Armstrong wysiada z pojazdu i…

Neil A. Armstrong, dowódca misji lądowania na Księżycu na statku kosmicznym Apollo 11

A zatem, wysiada z pojazdu i wcale nie ma zdjęcia tego faktu (no bo jak), ale w ogóle nie jest łatwo o zdjęcie Armstronga na Księżycu, znacznie częstsze jest to, które zrobił on.

To Buzz Aldrin.

Ale ja nie o tym.

Armstrong miał wygłosić historyczne zdanie, ale zapomniał o jednym małym rodzajniku – “a”. Miał powiedzeć “It’s one small step for a man, but one giant leap for mankind” / „To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” a ponieważ jednak zapomniał o owym biednym “a”, powiedział, że to mały krok dla człowieka i wielki dla człowieka.  Czyli jakąś bzdurę. Ale po prawdzie, to ja w tym, co on mówi, NIC nie rozumiem.

Mniejsza o dokładną godzinę, mniejsza o dokładne zdanie. Ciekawe, czy my byśmy nie popełnili błędu, gdybyśmy tak mieli jako pierwsi wysiąść na Księżycu. Zresztą ten błąd, miejmy nadzieję, że słychać go tam naprawdę, świadczyłby przeciw spiskowej teorii świata. No bo jeśli by lądowania nie było i ów pierwszy krok i owo słynne zdanie były fikcją nakręconą w studiu, to pewnie można by powtórzyć nagranie i sprawić, by Armstrong powiedział je jednak prawidłowo.

I to by było na tyle. Dodam jednak, że próbując znaleźć konkretną godzinę i tekst o lepszym brzmieniu, znajduję listę 12 ludzi, którzy byli na Księżycu. Dwunastu białoskórych mężczyzn z Ameryki. Biali anglosasi. Urodzeni między 1930 i 1935 rokiem, tylko jeden z nich był starszy – urodził się w roku 1923.

Missions-
name
Mondlandung Astronaut(en)
Ausstieg am Verweildauer auf dem Mond im Mondorbit
Apollo 11 21. Juli 1969
UTC
0d 21h 36m Neil Armstrong †
Buzz Aldrin
Michael Collins
Apollo 12 19. Nov. 1969  1d 07h 31m Charles Conrad †
Alan Bean †
Richard Gordon †
Apollo 14 05. Feb. 1971  1d 09h 30m Alan Shepard †
Edgar Mitchell †
Stuart Roosa †
Apollo 15 30. Juli 1971  2d 17h 54m David Scott
James Irwin †
Alfred Worden
Apollo 16 20. Apr. 1972  2d 23h 02m John Young †
Charles Duke
Ken Mattingly
Apollo 17 11. Dez. 1972  3d 02h 59m Eugene Cernan †
Harrison Schmitt
Ron Evans †

Tylko czterej jeszcze żyją. A może raczej aż czterech z nich jeszcze żyje.
Nie wiem, co z tego wynika?
Pewnie nic.

Myślę o tej nocy, kiedy Armstrong lądował na księżycu. Wszyscy się tym pasjonowaliśmy to wiem. Cały czas jednak zadaję sobie pytanie, czy widziałam to w telewizji czy słuchałam radia. Widziałam potem tyle razy ten film z chodzenia po księżycu, że być może zastąpił mi prawdziwe wspomnienie. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy rodzice kupili telewizor. Może moja siostra pamięta… Zanim nie mieliśmy w domu telewizora chodziliśmy do sąsiadów lub do rodziny. Tę noc jednak na pewno spędziłam w domu. Siedzieliśmy wszyscy razem w pokoju i słuchaliśmy, oglądaliśmy.

Wielka sprawa, na pewno, ale miałam 19 lat i byłam chyba za młoda, żeby już wówczas docenić jej prawdziwą wielkość.

Bardzo dobrze pamiętam natomiast gazetę codzienną z następnego dnia. Dziennikarz zadawał retoryczne pytanie, czy nie lepiej było wydać te pieniądze na szpital dla dzieci zamiast na lot na Księżyc.

Próbuję sobie w ogóle przypomnieć sobie, jaka byłam w tamtym czasie. Już studiowałam archeologię. Tego lata dużo chodziliśmy tańczyć do Non Stopu w Sopocie albo do Klubu Żak w Gdańsku. Miałam jedną jedyną sukienkę, w której można było pójść do klubu potańczyć – była w połowie biała i w połowie granatowa, a przysłała mi ją ciocia z Australii.

Miałam też czarną sukienkę w  drobne plamki, w której chodziłam do teatru. Pewnie też jakiś ciuch na plażę, ale nie pamiętam.

A piszę to wszystko, bo sukienki chyba bardziej mnie zaprzątały niż lądowanie człowieka na Księżycu.

Wspólny mianownik. Wiersze latem 2019 (32)

Co łączy ten wiersz, tych ludzi i te rośliny, te zjawiska i przedmioty? Zagadka na lato. Będzie nagroda dla pierwszej osoby, która wpisze do komentarzy prawidłową odpowiedź, wyjaśniając co najmniej trzy elementy łamigłówki.

Poznać i w dziatkach, z których będą męże,
Wynika na wierzch czerstwość przyrodzona;
Czaczkiem go nie tul, ale daj oręże,
Zaraz Achilla uwodzi Bellona.
Jeszcze w kolebce Annibal gniótł węże,
Choć młodo, poznać z humoru Katona,
Aleksandrowi należyta chwała,
Że przed inszymi dosiadł Bucefała.

Odpowiedzi:

Oczywiście wspólnym mianownikiem było nazwisko “Sobieski”, ale akurat samego króla tu nie ma.

Pierwsza fotografia to zdjęcie malarki amerykańskiej Anieli Sobieskiej. Jej obraz z niebieską łowczynią znajduje się poniżej w ostatnim rzędzie.

Obok malarstwo Jeana Sobieskiego aktora i malarza, jednego z pięknych amantów kina francuskiego lat 60, który zasłynął m.in. romansem z Dalidą.

Jego córka Leelee Sobieski, znana aktorka, zagrała w wielu znanych filmach, mnie najbardziej utkwiła w pamięci jej rola w filmie Stanleya Kubricka Oczy szeroko zamknięte. Leelee grała też rolę Joanny d’Arc w dwuczęściowym serialu francuskim sprzed 20 lat. Stephen Warde Anderson namalował ją w tej roli (zdjęcie pomiędzy lilią Sobieskiego a portretem jego córki).

Obraz Jeana Sobieskiego znajduje się w najwyższym rzędzie pośrodku, on z Dalidą, w rzędzie poniżej. Kobieta w kapeluszu to Elisabeth Salomon Sobieski, żona Jeana, matka Leelee i jej brata Roby’ego (też Sobieski i też aktor, grał obok siostry w serialu Joanna d’Arc). Pisarka i producentka filmowa.

Poniżej (nad lilią) portret Jakuba Ludwika Sobieskiego. To nie ten Jakób, który pielgrzymował do Santiago de Compostela. Pielgrzym był ojcem króla, i wyglądał jak prawdziwy Sarmata. Wypielęgnowany panicz w peruce to jego wnuk, syn króla i Marysieńki, człowiek słabego charakteru i wątłego zdrowia, który knował za plecami ojca, wyrzekł się matki i zaprzedał braci za obietnicę tronu, na którym mu, mimo wszelkich zdrad, i tak nie dane było zasiąść.

Lilia “Król Jan III Sobieski” (jest też nenufar Sobieski i królewski rododendron). A w tej samej linii, obok Joanny d’Arc portret Marii Klementyny Sobieskiej – wnuczki Jana III, żony Jamesa Francisa Stuarta, pretendenta do tronu brytyjskiego (niektórzy uważają, że był on królem).

W następnym rzędzie królowa we własnej osobie czyli Maria Kazimiera, obok Scutum Sobiescianum, Tarcza Sobieskiego – konstelacja odkryta i nazwana w XVII wieku przez gdańskiego astronoma – Jana Heweliusza i jej wizerunek w atlasie gwiazd tegoż.

W rzędzie poniżej są wódka i gruszka Sobieski, a dalej obraz niebieskoodzianej Diany z jeleniem – dzieło współczesnej malarki francuskiej, Anieli Sobieskiej, malującej dziewczynki uwodzicielki w stylu Balthusa. Jej portret zaczyna tę galerię zagadek.

I wreszcie na końcu – jak słusznie odgadł odbiorca nagrody, Australijczyk skrywający się za pseudonimem Pharlap (to na cześć konia wyścigowego) – Psalmodia Wespazjana Kochowskiego napisana w 10 rocznicę wiktorii wiedeńskiej, opiewająca chwałę króla.

Lotte Laserstein und die Katzen

Ewa Maria Slaska

In der Berlinischen Galerie gibt es bis 12. August 2019 eine Ausstellung von Lotte Laserstein, eine von vielen vergessenen Künstlerinnen, die sich vor dem Kriege eine interessante Karriere aufgebaut haben, der die Hitlers Herrschaft, Krieg, Vernichtung und die dem Krieg folgende Teilung der Welt in Ost und West ein jähes Ende setzten.

Lotte Laserstein ist eine von denen, glücklicher als die anderen, als Julia Wolfthorn zum Beispiel, weil sie überlebt hat, aber, zugleich eine, die, wie viele Andere, wie Dodo, wie Jeanne Mammen oder Margarete Kubicki, oder gar Hannah Höch, in Unwichtigkeit oder gar Vergessenheit geraten waren. Welche Mühe, sie alle jetzt dem kunstinteressierten Publikum wieder zu präsentieren.

Lotte Laserstein (*1898 in Preußisch Holland im ostpreußischen Oberland; †1993 in Kalmar, Schweden) war eine deutsch-schwedische Malerin. Sie gilt als bedeutende Vertreterin der gegenständlichen Malerei der Weimarer Republik. 1937 emigrierte sie  nach Schweden. In Schweden war sie bis zu ihrem Tod als Porträtistin und Landschaftsmalerin tätig. Die in den 1920er und 1930er Jahren in Deutschland entstandenen Bilder stehen der Neuen Sachlichkeit nahe und gelten als der Höhepunkt ihres umfangreichen Schaffens. In Schweden war Lotte zwar immer noch als Malerin tätig, ihren Ruhm, den sie eine kurze Zeit in Berlin genossen hat, erlangte sie nie wieder.

Sie wird zwar der Neuen Sachlichkeit zugerechnet und tatsächlich war sie, was die Themen betrifft, eine moderne, emanzipierte Frau, aber in ihrem Schaffen war sie eine Traditionalistin. Sie war unglaublich stolz auf ihre künstlerische Bildung. Darauf, dass sie schon als junges Mädchen eine Kunstschülerin war. Sie und ihre Familie lebten in Danzig, wo Lottes Tante, Else Birenbaum eine Kunstschule leitete und selber dort lehrte. Lotte war als sehr junges Mädchen in der Ausbildung bei ihrer Tante und deshalb, wie uns unsere Kunstführerin erzähle, seit eh wusste, dass in der Kunst eine Frau einem Mann gleichberechtigt ist und sie die Kunst sowohl lehren als auch lernen kann. Als sie nach Berlin kam, war sie eine der ersten Studentinnen, die in der Königlichen Hochschule der Künste lernen dürfte. Mehr noch – sie dürfte gar die Aktmalerei studieren, darunter auch die Männerakte malen!

Lotte widmete sich der Staffelmalerei, dem Porträt und der Landschaft, und hielt nicht von der Moderne. In bester rembrandtschen Maniere malte sie verschiedene Stoffe so, dass man in einem Leinenkittel jede Falte sieht und in einem Katzenfell jedes Haar. So wie hier, in ihr Selbstbildnis mit einer Katze.

Das Bild ist exemplarisch für das Œuvre von Lotte Laserstein. Sie malte gern Porträts und darunter auch mehrere Selbstporträts. Sie schilderte sich oft als Künstlerin, als eine Malerin, die ihr Können gern zur Schau stellt, mit Attributen ihrer Zunft, was vor Kurzem nur den Männern erlaubt war. Sie liebte die Porträts mit dem Fensterblick im Hintergrund, wo man die Stadthäuser sehr genau wahrnahm. Und sogar die Katze war ein Beweis, dass sie alles kann, was sie sich vornimmt, weil die Katze musste doch sehr lange unbeweglich sitzen, wie jedes Modell auch (man munkelt, dass die Katze jeweils vor der Sitzung von einem guten Schluck Brandy betäubt wurde, aber ob es stimmt?)

Lotte wusste sehr geschickt, wie sie sich positionieren soll, wie sie ihre Kunst selber fördern kann. Sie engagierte sich im Frauenbund, sie schickte ihre Bilder zu Wettbewerben und Ausstellungen. Sie gründete auch eine Malschule für Studenten der Akademie der Künste, die an ihrem Abschluss-Portofolio gearbeitet haben. Mit ihrer StudentInnen fuhr sie unter anderen nach Worpswede, wo eine der berühmten deutschen Künstlerkolonie entstanden ist. Dort ist ihre Bilderreihe Dorfkinder entstanden. Ob diese Katze wohl auch betäubt werden müsste, darüber schweigt man.


Berlinische Galerie

Landesmuseum für Moderne
Kunst, Fotografie und Architektur
Stiftung Öffentlichen Rechts

Alte Jakobstraße 124–128
10969 Berlin

bg@berlinischegalerie.de

Barataria 121. Różne Don Kichoty / Codziennie jeden wiersz (06). Jakubauskas

Dla A

A przysłał w międzyczasie kilka różnych Don Kichotów i naśladownictw, a ja odpowiadałam, mam, było, zobacz na blogu… Zeźlił się więc i przysłał to.

A ja na to – nic, bo nie (rozpo)znałam. Ale wiedziałam, że A ma rację, Don Kichot jak żywy, choć gruby, Sancho Pansa też jak żywy, choć z lancą, obaj przyodziani w czapy z futrzanym obramieniem. Jak przestałam już (choć nie nadaremno – patrz niżej) szukać w różnych językach pod hasłem Don Kichot i Sancho Pansa, rysunek, czarno-biały, tatarski, mongolski i Dżyngiz Chan, to zaproponowałam A grę w 20 pytań. Zużyłam pięć pytań – pierwsze brzmiało, czy to Mongołowie? – i wiem. Jeśli nie wiecie, to zobaczcie TU.

A ja tymczasem podzielę się z Wami nietypowymi informacjami i obrazkami, które znalazłam podczas poszukiwań. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, jaki ciąg skojarzeń doprowadził mnie od Dżingis Chana tu (a potem i tam – patrz punkt 2):

1. Putin

Mały to Miedwiediew, duży to oczywiście Putin. Przyznacie, że podobni? Autorem rysunku jest taki rosyjski Mleczko. Autor bloga przegląddziennikarski pisze we wpisie Car rosyjskich snów:

Karykaturzysta Siergiej Jołkin (rocznik 1962) znany jest na Zachodzie (Sergey Elkin) oraz w Rosji, ale nie w Polsce, choć jego prześmiewcze rysunki są wobec rzeczywistości rosyjskiej nie mniej krytyczne. Urodził się w Workucie, mieście łagrów.
W 1984 r. ukończył architekturę i do upadku ZSRR pracował w wyuczonym zawodzie. W latach 90 zajął się dziennikarstwem, był redaktorem naczelnym prowincjonalnej gazety. Kryzys 1998 roku sprawił, że utracił pracę. Zaczął więc rozsyłać swoje rysunki i szybko stał się cenionym karykaturzystą w pismach „Izwiestija”, „Rossijskaja gazieta, „The Moscow Times”, „Wiedomosti”, „The Guardian”, „Economist” itp. Od kilku lat publikuje swoje prace przede wszystkim w internecie na łamach pism opozycyjnych wobec władz kremlowskich. Putin jest najważniejszym bohaterem jego twórczości.

2. Don Kichot i Sancho Pansa po polsku

To oczywiście na odwrót niż u przyjaciół Moskali – mały jest duży, a duży mały. Ale też podobni. To nie ja wymyśliłam. Tak niejaka LadyBergamoth podpisała to zdjęcie Sławomira Kamińskiego z roku 2005, umieszczając je na stronie sadistic.pl (uwaga treści polityczne, erotyczne i inne obscena – zaglądamy na własną odpowiedzialność).

3. Jeden wiersz (jak to tego lata u mnie nagminnie)

Adas Jakubauskas

Muzie

Kim byłbym bez ciebie?
Ziarnkiem piasku
W nieskończonym świecie,
Marzącym o bliskiej,
Kochanej duszy.
Pojawiłaś się ty w kaszmirowej sukience
I zostałem niewolnikiem u twych stóp.
Co zobaczyłaś we mnie?
Towarzyszko mojej
Tęsknoty,
W rozpaczliwej i zagubionej
Ciemności,
W Don Kichocie bez zbroi?
Potulnym, czujnym, zwyczajnym.
Dziękuję ci za czas
Spędzony ze mną,
Za delikatność twoich rąk,
Moja poezja to twoja
Zasługa.
Dzięki, ukochana i przyjacielu,
Ze mną – a jakże –
Nie będzie ci słodko…
Jestem cały w wierszach
I w nich płonę,
Zapłaczesz nieraz
Ukradkiem.

1987–2014

Tłumaczenie: Selim Mirza Chazbijewicz

Adas Jakubauskas, litewski przedsiębiorca, polski naukowiec i poeta tatarski, pisał ten wiersz 27 lat. Ciekawe dlaczego skończył?

Koty

Koty otaczają mnie ze wszystkich stron. Znajduję je, ludzie mi przysyłają… Jest ich tyle, że nie nadążam z przygotowywaniem jakichś sensownych wpisów na temat. Dziś więc wstawiam je tu hurtem, podzieliwszy uprzednio na kilka (nielogicznych) kategorii.

Koty w sztuce. Picasso 1954.

Japonia (nadesłane przez syna)

To zresztą też jest sztuka. Koty na stadionie.

Granica między sztuką a badziewiem bywa płynna. W międzyczasie wszyscy to już zapewne wiemy – koty z podniesioną do góry łapką przynoszą szczęście. Czasem nawet tą łapką machają – te jednak nie.

Kawiarnie dla kotów. Są na całym świecie coraz popularniejsze. W Japonii są też kawiarnie, gdzie można pogłaskać sowy i jeże. W Berlinie znam knajpkę z papugami. Nie dają się głaskać i strasznie wrzeszczą.

Nie podskakuj.

I najdziwniejsza rzecz, o jakiej w życiu słyszałam. Automaty z czapkami dla kotów. Nie mogę się nadziwić. Jakie może być w normalnych warunkach, w codziennym japońskim życiu zapotrzebowanie na czapki dla kotów, że opłaca się wyprodukować lub przystosować automaty, mające tę potrzebę zaspokoić???!!! (Po zastanowieniu myślę, że to jest całkiem na odwrót – nie ma żadnego zapotrzebowania na czapki dla kotów, a automaty mają je wygenerować).

Szczecin

W hoteliku Elka-Sen (uwaga reklama! mały, skromniutki, tani, świetny hotelik w samym centrum miasta!!!) w recepcji wiszą zdjęcia aktorów. Marylin Monroe wciąż jeszcze przyciska do kolan swą najsłynniejszą białą sukienkę, a Marlon Brando trzyma na ręku kota. To plakat filmu Ojciec chrzestny – nie pamiętam, czy stary Corleone naprawdę miał w filmie kota, ale chętnie się zgodzę.

W sieci

Prawda życiowa dla pracujących.

Koszulki i skarpetki z serii Happy socks (to chyba też reklama – nie wiem, ale na pewno product placement)

 

Jeszcze jedna mądrość życiowa. Jest ich w internecie zatrzęsienie.

Berlin (z polskimi aluzjami?)

Jaruzelski?

To na spacerze. A po spacerze w sklepie też koty. To wino dla polskich miłośników kotów i wina. Bo ci Francuzi już wiedzą, że ich wybrzeże czyli cote to jednak po polsku kote(k) lub (z) kote(m) 🙂