Kura czyli jak to się zaczęło

Pisałam tu już, że blox zamknął nasze poprzednie i równoległe blogi, a ja będę tu ratować, co się da. Tu dwa pierwsze wpisy na naszym wspólnym, legendarnym już blogu, czyli Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 wiedzieć powinna, a (dziwnym trafem) nie wie… W tych wpisach najlepiej pewnie widać, czym potem przez rok, poczynając od tego 18 czerwca 2011 roku była Kura…, rodzajem naszych rozmów o świecie, historii, rodzinie, książkach i jedzeniu, zawsze mocno przyprawionych troską o kondycję życia ludzkiego, ale mimo to pisanych lekko i, jeśli się dało, dowcipnie (potem nie zawsze się dało).
Autorkami byłyśmy na początku we dwie, moja siostra i ja, rychło jednak zaprosiłyśmy do współpracy Danusię, czyli przyjaciółkę z Warszawy, oraz dwie kuzynki – Małgorzatę z Kanady i Marię z Włoch. O żadnej z nas nie można było powiedzieć, jakobyśmy były (młodymi) pannami, ale taka, wypływająca z tytułu, poetyka naszych rozmów ustaliła się w miarę wcześnie, a jej zalążki są widoczne już w pierwszym “kurzym” wpisie. Blog był od początku intensywnie międzynarodowy, bo ja w końcu mieszkam w Niemczech,
a moja siostra przebywała wówczas z mężem w Portugalii. Potem dokooptowały do nas liczne inne rozsiane po świecie
Panny (Polska, Indie, Anglia, Francja, Irlandia, Włochy, Niemcy, Norwegia) oraz jeden Panicz – Lech z Australii. W pewnym momencie autorką została też moja ciotka, nazywana na blogu Ciotuchną.

Ciotuchna obchodzi dziś 90 urodziny. I cóż, że to nie dziś, wolno Królowej Angielskiej, wolno i Ciotuchnie obchodzić urodziny, kiedy zechce. Zechciała dziś. Z tej okazji moja siostra, moje dwie kuzynki i ja przygotowałyśmy dla Ciotuchny WKK czyli Wielką Księgę Kury. Zaczyna się od tego wpisu sprzed ośmiu lat…

Ewa Maria Slaska

sobota, 18 czerwca 2011

Jak udusić kurę?

Jeszcze przed 30 laty usłyszelibyśmy: złapać i ukręcić łeb. Dziś taka wypowiedź jest barbarzyństwem, a prawidłowa odpowiedź brzmi – jeśli wciąż jeszcze jesteś osobą, która je mięso lub przygotowujesz obiad dla gości, którzy wciąż jeszcze jedzą mięso, to kup ładne piersi kurczaka w sklepie ze zdrową żywnością, namocz je przez trzy godziny w mieszaninie soku ze świeżej pomarańczy, trzech łyżek oliwy, trzech łyżeczek miodu i łyżeczki cynamonu, dodaj drobno posiekany i zmiażdżony widelcem (nie wyciśnięty, bo wtedy uwalniają się gorzkie olejki!) ząbek świeżego czosnku, a po trzech godzinach uduś mięso w tym samym płynie, gotując je na małym ogniu przez 30 minut. Nie sól! Ani przedtem ani potem. Podawaj z ryżem.

O ryżu napiszę kiedy indziej. Bo na razie trzeba jednak wyjaśnić parę spraw podstawowych. Moje panny córki, to nie będzie blog o gotowaniu, ale nie będzie to też blog, w którym nie będzie o gotowaniu. Zdanie to dotyczy w równym stopniu zabijania pająków, prowadzenia konwersacji, pisania opowiadań i doktoratów, wychowywania dzieci, załatwiania sprawunków i telefonowania do kobiety, która być może zostanie waszą teściową. Ponadto nie będzie to blog o literaturze, nie można jednak wnioskować z tego, że nie będzie to blog o literaturze.

Zaczynam go pisać, ponieważ znam dziesiątki młodych panien (a i mężatek) w różnym wieku, które wciąż jeszcze nie wiedzą, jak poradzić sobie z imponderabiliami życia codziennego. I jeżeli nawet umieją prowadzić samochód i zrobiły doktorat, to nie umieją upiec kaczki, wkładają czerwone wino, chleb i ser do lodówki, myślą, że co drogie to lepsze, albo wręcz przeciwnie, że można kupić byle co i zrobić z tego posiłek, który powali na kolana gości i rodzinę.

A tak naprawdę piszę tego bloga, bo jedna z tych młodych panien, co to ich znam całe masy, zażyczyła sobie, bym go napisała, a mnie się pomysł spodobał, zwłaszcza, że przypomniał mi nie tylko moją własną książkę, która kończy się przepisami kulinarnymi, ale przede wszystkim taką bezdyskusyjnie latynoamerykańską powieść Laury Esquivel Przepiórki w płatkach róży, o której pisze także Matylda na blogu literackim (czytaj ).
Przepiórki… to powieść o czasach rewolucji meksykańskiej i dlatego odpowiedź na pytanie, jak udusić przepiórkę w płatkach róży zaczyna się następująco:

…Wzięła głeboki oddech, chwyciła pierwszą przepiórkę i skręciła jej szyjkę… zrobiła to tak niezdecydowanie, że biedny ptak nie zdechł, tylko biegał po kuchni ze zwisającą na bok głową skarżąc się żałośnie.

No i groza. Dlatego (też) zostaje się weganką!

Aby nie kończyć jednak tego pierwszego wpisu literacko-kulinarnego okrutnym opisem duszenia przepiórki, przypomnę jeszcze opowieść Miry Michałowskiej (pseudonim Maria Zientarowa, autorka Wojny domowej i Drobnoustrojów) z książki Przez kuchnię i od frontu o … duszeniu kury po arabsku. Jest to najkrótszy przepis, jaki w życiu czytałam. Autorka udręczona wojną w Europie i doprawdy makabryczną ucieczką do Afryki, ląduje wreszcie w Maroku, gdzie ją i innych uciekinierów zabiera do siebie jakiś dyplomata. W domu owego pana, przypominającym z opisu pałace z baśni z 1001 nocy, nieszczęśnikom przygotowuje się kąpiel i kolację. Służba podaje kurę, a kura owa smakuje wręcz niemożliwie przewspaniale. Zaintrygowana owym niezwykłym smakiem autorka, wielka smakoszka, udaje się do pałacowej kuchni, aby przepytać kucharkę. Ta kroi właśnie cebulę, a na głowie ma ogonek cebuli, żeby nie płakać (co ciekawe – mnie uczono, że trzeba trzymać w ustach dwie zapałki, widać, co kontynet to obyczaj). Nagabywana przez Michałowską podaje jej wreszcie przepis, a brzmi on następująco: “bierze się kurę, kraje na kawałki i wpieprza do garnka” (to cytat! i to zdwojony: Michałowska cytuje kucharkę, a ja Michałowską)

Nic dodać, nic ująć, moje kochane. Pokroić i udusić. No i rzecz jasna: przez lasy i góry dziękuję za kury, i nie dla mnie takie rozkosze, bo jajek po prostu nie znoszę.

I ciąg dalszy (bo bez niego ani rusz):

Jeszcze o kurze, a raczej o przepiórce, marchewka i róże

Na stole od trzech dni leży marchewka i wygląda paskudnie. Słaba, zwiędła, sczerniała. Już dawno nie jest krzepka jak u wieszcza. To do niej, a nie do koperku należałoby powiedzieć: “Może pan się o mnie oprze, Pan tak więdnie, panie koprze”. Zanim jednym zdecydowanym ruchem wyrzucimy marchewkę do śmieci biologicznych (bo przecież sortujemy śmieci, jasne, że sortujemy!), włóżmy ją na kilka godzin do zimnej wody. Im zimniejsza, tym lepsza, można więc nawet dodać parę kostek lodu.

Po kilku godzinach możemy naszą marchewkę przyrządzić. Przepis jest wybitnie prosty – marchewkę i cukinię umyć, jeśli marchewka jest młoda, to nie trzeba jej skrobać ani obierać, cukinii i tak nigdy nie obieramy, pokroić w paseczki i… udusić na oliwie, dodając soli. Autorka zdjęcia zdecydowanie przesoliła, ale jak się przyjrzymy, to zobaczymy, że to przynajmniej ładna, gruba sól. Biała więc zapewne morska. I tu od razu informacja – drobna biała sól kupowana w zwykłych sklepach spożywczych nadaje się tylko do robienia słonego ciasta, czym się zajmiemy przed Bożym Narodzeniem. Podstawowa informacja o soli brzmi: powinna być gruba. Kopalna będzie szara, zielonkawa lub różowa, morska z salin, biała. Dla tych, którzy mają nadczynność tarczycy, sól kopalna jest lepsza, bo nie zawiera jodu. W Berlinie można ostatnio kupić sól różową z Himalajów i w ogóle stało się modne gotowanie z różową solą (ale co w Berlinie nie jest modne?), w Polsce udało mi się kiedyś kupić grubą szarą sól z Wieliczki na… stacji benzynowej.

No tak, ale jeszcze trzeba raz wrócić do paskudnego słowa “udusić”. Bo marchewkę i cukinię trzeba pokroić, udusić w oliwie i posolić. Duszenie to cudowny, szybki proces przyrządzania potraw, który polega na tym, że najpierw lekko obsmażamy jarzyny, mięso lub owoce w oliwie lub maśle, a potem dolewamy niewielką ilość zimnej wody. Garnek lub patelnię przykryć pokrywką i zmniejszyć gaz lub prąd do najmniejszego minimum. Uważać, żeby potrawa się nie przypaliła. W razie czego dodać jeszcze trochę wody. Duszone owoce będą gotowe po minucie, jarzyny po trzech-czterech, kurczak po piętnastu. Te same produkty “poddane obróbce cieplnej w formie gotowania” potrzebowałyby dwa, trzy razy więcej czasu.

A teraz jeszcze raz o duszonych kurach i innych przepiórkach. Danusia, jedna z naszych autorek, twierdzi, że gotowanie według literatury nie wychodzi, bo to jednak literatura, a nie książka kucharska. Otóż nie zgadzam się, przepiórki w płatkach róży wyszły mi ponoć wspaniale (piszę “ponoć”, bo jestem wegetarianką, a w porywach, coraz częstszych, weganką, muszę więc wierzyć zjadaczom mięsa, że znowu udało mi się je dobrze przyrządzić), choć gdy je przyrządzałam na obiad rodzinny z udziałem dzieci małoletnich, nie zastanawiałam się nad tym, że w Meksyku są afrodyzjakiem. Ale, ach, afrodyzjaki kulinarne to chyba bardziej rozmarzone wewnętrzne chcenia przemieszane z urodą samego przepisu niż naprawdę groźne środki, które spowodują, że dwoje ludzi zacznie uprawiać seks w windzie lub na stołku od fortepianu. W każdym razie nam się w rodzinie nic takiego nie przydarzyło (chyba).

I na zakończenie link do fascynującej strony o przyrządzaniu przepiórek. Są tam i te w płatkach róży, ale pozwolę sobie dodać tu mądralińską poradę – nie bierzmy, mimo iż tak głosi literatura piękna i cytowana wyżej strona kulinarna, płatków róży z bukietu, tylko poszukajmy róży pomarszczonej (Rosa sugosa) czyli cukrowej. Rośnie często wzdłuż plaż i pachnie oszałamiająco. To z tej róży robimy konfiturę i ona też będzie się cudownie wprost nadawała do przepiórek. W ostateczności możemy użyć róż, które sami wyhodowaliśmy i których nigdy przenigdy nie spryskaliśmy żadną chemią. W przypadku róż z kwiaciarni nie możemy być pewni, czy nie zostały one czymś potraktowane albo, co gorsza, czy nie pochodzą z fabryk kwiatów z trzeciego świata, a kobiety, które przy nich pracowały mdlały od wyziewów chemicznych.


Zagadek w obu powyższych wpisach było kilka.

1. Należało zidentyfikować zacytowane w nich zdania jako posmodernistyczne cytaty czyli takie bez cudzysłowu, podawane na zasadzie “wszyscy wiemy, a my tu nie jesteśmy naukowcami i nie chodzi o doktorat w polityce, nie musimy więc podawać źródła”: piosenka biesiadna Droga do Rio i dwa wiersze Jana Brzechwy – Kokoszki smakoszki i Na straganie.

2. Należało odpowiedzieć na pytanie, kto, oprócz mickiewiczowskiego Podkomorzego, używał zwrotu “Moje panny córki”: ojciec pisarki Marii Pruszkowskiej i jej siostry, Aliny, co wiemy z książek Przyślę panu list i klucz oraz Piękne dni Aranjuezu. Oczywiście ten zwrot sam w sobie był cytatem z Pana Tadeusza.

3. Taką postmodernistyczną zabawą literacką był też tytuł książki Marii Michałowskiej (Zientarowej) Przez kuchnię i od frontu, bo odnosił się zarówno do dawnego wyznacznika ostrych podziałów klasowych w miastach XIX- i XX-wiecznych (a pewnie i starszych): od frontu do domu wchodziło “państwo”, podczas gdy służące, kucharki, handlarze i dostawcy wchodzili przez kuchnię czyli tylnym wejściem (sama jeszcze tak mieszkałam w Berlinie, ale oczywiście nie miałam służby, a tylnym wejściem wychodziłam na podwórko, żeby wyrzucić śmieci; w eleganckich hotelach i w dzielnicach dla bogaczy we wszystkich miastach na świecie jest tak w dalszym ciągu). Tytuł Zientarowej odnosił się jednak również do tego, że “przez kuchnię” poznawała miejsca, do których los ją rzucił “od frontu” czyli w czasie wojny.

Reblog z siebie samej: Grób psa

Jak zwykle podczas wakacji. Autorzy się “opuszczają” (Czytelnicy zresztą też), człowiek wyjeżdża tam, gdzie nie ma dostępu do sieci, a tu ambitne zadanie narzucone sobie samej lata temu, że co noc, w minutę po północy MA być nowy wpis – wszystko to powoduje, że latem niekiedy rebloguję własne wpisy. Tym razem przypominam przy okazji zamierzchłe czasy zobowiązań z okazji 22 lipca (wiem, to było wczoraj, ale wczoraj był inny temat). Ta data nieodmiennie kojarzy mi się ze wspaniałym rysuneczkiem Mrożka – idzie pochód z transparentami ku czci, a obok biegnie człowieczek z małym napisem: “d. E. Wedel”. Jakby ktoś potrzebował odświeżenia wiadomości na ten temat, niech zajrzy TU.

Ewa Maria Slaska

… i inne groby

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale dziecię wyposażono na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
Jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowierowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Ale wiem, że jest też inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Mondlandung czyli lądowanie na księżycu

Ewa Maria Slaska

To ta noc. Pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Mondlandung. Jednak szkoda gadać, Niemcy mają lepsze słowo na opisanie tego wydarzenia niż Polacy. Mondlandung. Mocne, konkretne słowo. Nastąpiło 20 lipca 1969 roku na terenie Morza Spokoju, w miejscu o współrzędnych 0°40′26.69″N i 23°28′22.6E.

Pierwszy krok człowieka na Księżycu nastąpił… Informacje się mieszają, nie wiadomo co, kto nam tu podaje, pojawiają się czasy UCT, GTE, EDT…

Jedna z opcji podaje, że było to prawie o godzinie 23 czasu europejskiego. 22:56:1. GET czyli czas Greenich. A zatem u nas na kontynencie było to 2 godziny później. Koło pierwszej w nocy. Ale wtedy znajduję jakiś dokument, który głosi, że była to godzina druga GMT, czyli u nas – 4 w nocy. Ale jak mówi łacińskie przysłowie Mors certa, hora uncerta. No więc godzina niepewna. Wysiadł w 4 godziny po lądowaniu.

Armstrong wysiada z pojazdu i…

Neil A. Armstrong, dowódca misji lądowania na Księżycu na statku kosmicznym Apollo 11

A zatem, wysiada z pojazdu i wcale nie ma zdjęcia tego faktu (no bo jak), ale w ogóle nie jest łatwo o zdjęcie Armstronga na Księżycu, znacznie częstsze jest to, które zrobił on.

To Buzz Aldrin.

Ale ja nie o tym.

Armstrong miał wygłosić historyczne zdanie, ale zapomniał o jednym małym rodzajniku – “a”. Miał powiedzeć “It’s one small step for a man, but one giant leap for mankind” / „To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” a ponieważ jednak zapomniał o owym biednym “a”, powiedział, że to mały krok dla człowieka i wielki dla człowieka.  Czyli jakąś bzdurę. Ale po prawdzie, to ja w tym, co on mówi, NIC nie rozumiem.

Mniejsza o dokładną godzinę, mniejsza o dokładne zdanie. Ciekawe, czy my byśmy nie popełnili błędu, gdybyśmy tak mieli jako pierwsi wysiąść na Księżycu. Zresztą ten błąd, miejmy nadzieję, że słychać go tam naprawdę, świadczyłby przeciw spiskowej teorii świata. No bo jeśli by lądowania nie było i ów pierwszy krok i owo słynne zdanie były fikcją nakręconą w studiu, to pewnie można by powtórzyć nagranie i sprawić, by Armstrong powiedział je jednak prawidłowo.

I to by było na tyle. Dodam jednak, że próbując znaleźć konkretną godzinę i tekst o lepszym brzmieniu, znajduję listę 12 ludzi, którzy byli na Księżycu. Dwunastu białoskórych mężczyzn z Ameryki. Biali anglosasi. Urodzeni między 1930 i 1935 rokiem, tylko jeden z nich był starszy – urodził się w roku 1923.

Missions-
name
Mondlandung Astronaut(en)
Ausstieg am Verweildauer auf dem Mond im Mondorbit
Apollo 11 21. Juli 1969
UTC
0d 21h 36m Neil Armstrong †
Buzz Aldrin
Michael Collins
Apollo 12 19. Nov. 1969  1d 07h 31m Charles Conrad †
Alan Bean †
Richard Gordon †
Apollo 14 05. Feb. 1971  1d 09h 30m Alan Shepard †
Edgar Mitchell †
Stuart Roosa †
Apollo 15 30. Juli 1971  2d 17h 54m David Scott
James Irwin †
Alfred Worden
Apollo 16 20. Apr. 1972  2d 23h 02m John Young †
Charles Duke
Ken Mattingly
Apollo 17 11. Dez. 1972  3d 02h 59m Eugene Cernan †
Harrison Schmitt
Ron Evans †

Tylko czterej jeszcze żyją. A może raczej aż czterech z nich jeszcze żyje.
Nie wiem, co z tego wynika?
Pewnie nic.

Myślę o tej nocy, kiedy Armstrong lądował na księżycu. Wszyscy się tym pasjonowaliśmy to wiem. Cały czas jednak zadaję sobie pytanie, czy widziałam to w telewizji czy słuchałam radia. Widziałam potem tyle razy ten film z chodzenia po księżycu, że być może zastąpił mi prawdziwe wspomnienie. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy rodzice kupili telewizor. Może moja siostra pamięta… Zanim nie mieliśmy w domu telewizora chodziliśmy do sąsiadów lub do rodziny. Tę noc jednak na pewno spędziłam w domu. Siedzieliśmy wszyscy razem w pokoju i słuchaliśmy, oglądaliśmy.

Wielka sprawa, na pewno, ale miałam 19 lat i byłam chyba za młoda, żeby już wówczas docenić jej prawdziwą wielkość.

Bardzo dobrze pamiętam natomiast gazetę codzienną z następnego dnia. Dziennikarz zadawał retoryczne pytanie, czy nie lepiej było wydać te pieniądze na szpital dla dzieci zamiast na lot na Księżyc.

Próbuję sobie w ogóle przypomnieć sobie, jaka byłam w tamtym czasie. Już studiowałam archeologię. Tego lata dużo chodziliśmy tańczyć do Non Stopu w Sopocie albo do Klubu Żak w Gdańsku. Miałam jedną jedyną sukienkę, w której można było pójść do klubu potańczyć – była w połowie biała i w połowie granatowa, a przysłała mi ją ciocia z Australii.

Miałam też czarną sukienkę w  drobne plamki, w której chodziłam do teatru. Pewnie też jakiś ciuch na plażę, ale nie pamiętam.

A piszę to wszystko, bo sukienki chyba bardziej mnie zaprzątały niż lądowanie człowieka na Księżycu.

Wspólny mianownik. Wiersze latem 2019 (32)

Co łączy ten wiersz, tych ludzi i te rośliny, te zjawiska i przedmioty? Zagadka na lato. Będzie nagroda dla pierwszej osoby, która wpisze do komentarzy prawidłową odpowiedź, wyjaśniając co najmniej trzy elementy łamigłówki.

Poznać i w dziatkach, z których będą męże,
Wynika na wierzch czerstwość przyrodzona;
Czaczkiem go nie tul, ale daj oręże,
Zaraz Achilla uwodzi Bellona.
Jeszcze w kolebce Annibal gniótł węże,
Choć młodo, poznać z humoru Katona,
Aleksandrowi należyta chwała,
Że przed inszymi dosiadł Bucefała.

Odpowiedzi:

Oczywiście wspólnym mianownikiem było nazwisko “Sobieski”, ale akurat samego króla tu nie ma.

Pierwsza fotografia to zdjęcie malarki amerykańskiej Anieli Sobieskiej. Jej obraz z niebieską łowczynią znajduje się poniżej w ostatnim rzędzie.

Obok malarstwo Jeana Sobieskiego aktora i malarza, jednego z pięknych amantów kina francuskiego lat 60, który zasłynął m.in. romansem z Dalidą.

Jego córka Leelee Sobieski, znana aktorka, zagrała w wielu znanych filmach, mnie najbardziej utkwiła w pamięci jej rola w filmie Stanleya Kubricka Oczy szeroko zamknięte. Leelee grała też rolę Joanny d’Arc w dwuczęściowym serialu francuskim sprzed 20 lat. Stephen Warde Anderson namalował ją w tej roli (zdjęcie pomiędzy lilią Sobieskiego a portretem jego córki).

Obraz Jeana Sobieskiego znajduje się w najwyższym rzędzie pośrodku, on z Dalidą, w rzędzie poniżej. Kobieta w kapeluszu to Elisabeth Salomon Sobieski, żona Jeana, matka Leelee i jej brata Roby’ego (też Sobieski i też aktor, grał obok siostry w serialu Joanna d’Arc). Pisarka i producentka filmowa.

Poniżej (nad lilią) portret Jakuba Ludwika Sobieskiego. To nie ten Jakób, który pielgrzymował do Santiago de Compostela. Pielgrzym był ojcem króla, i wyglądał jak prawdziwy Sarmata. Wypielęgnowany panicz w peruce to jego wnuk, syn króla i Marysieńki, człowiek słabego charakteru i wątłego zdrowia, który knował za plecami ojca, wyrzekł się matki i zaprzedał braci za obietnicę tronu, na którym mu, mimo wszelkich zdrad, i tak nie dane było zasiąść.

Lilia “Król Jan III Sobieski” (jest też nenufar Sobieski i królewski rododendron). A w tej samej linii, obok Joanny d’Arc portret Marii Klementyny Sobieskiej – wnuczki Jana III, żony Jamesa Francisa Stuarta, pretendenta do tronu brytyjskiego (niektórzy uważają, że był on królem).

W następnym rzędzie królowa we własnej osobie czyli Maria Kazimiera, obok Scutum Sobiescianum, Tarcza Sobieskiego – konstelacja odkryta i nazwana w XVII wieku przez gdańskiego astronoma – Jana Heweliusza i jej wizerunek w atlasie gwiazd tegoż.

W rzędzie poniżej są wódka i gruszka Sobieski, a dalej obraz niebieskoodzianej Diany z jeleniem – dzieło współczesnej malarki francuskiej, Anieli Sobieskiej, malującej dziewczynki uwodzicielki w stylu Balthusa. Jej portret zaczyna tę galerię zagadek.

I wreszcie na końcu – jak słusznie odgadł odbiorca nagrody, Australijczyk skrywający się za pseudonimem Pharlap (to na cześć konia wyścigowego) – Psalmodia Wespazjana Kochowskiego napisana w 10 rocznicę wiktorii wiedeńskiej, opiewająca chwałę króla.

Lotte Laserstein und die Katzen

Ewa Maria Slaska

In der Berlinischen Galerie gibt es bis 12. August 2019 eine Ausstellung von Lotte Laserstein, eine von vielen vergessenen Künstlerinnen, die sich vor dem Kriege eine interessante Karriere aufgebaut haben, der die Hitlers Herrschaft, Krieg, Vernichtung und die dem Krieg folgende Teilung der Welt in Ost und West ein jähes Ende setzten.

Lotte Laserstein ist eine von denen, glücklicher als die anderen, als Julia Wolfthorn zum Beispiel, weil sie überlebt hat, aber, zugleich eine, die, wie viele Andere, wie Dodo, wie Jeanne Mammen oder Margarete Kubicki, oder gar Hannah Höch, in Unwichtigkeit oder gar Vergessenheit geraten waren. Welche Mühe, sie alle jetzt dem kunstinteressierten Publikum wieder zu präsentieren.

Lotte Laserstein (*1898 in Preußisch Holland im ostpreußischen Oberland; †1993 in Kalmar, Schweden) war eine deutsch-schwedische Malerin. Sie gilt als bedeutende Vertreterin der gegenständlichen Malerei der Weimarer Republik. 1937 emigrierte sie  nach Schweden. In Schweden war sie bis zu ihrem Tod als Porträtistin und Landschaftsmalerin tätig. Die in den 1920er und 1930er Jahren in Deutschland entstandenen Bilder stehen der Neuen Sachlichkeit nahe und gelten als der Höhepunkt ihres umfangreichen Schaffens. In Schweden war Lotte zwar immer noch als Malerin tätig, ihren Ruhm, den sie eine kurze Zeit in Berlin genossen hat, erlangte sie nie wieder.

Sie wird zwar der Neuen Sachlichkeit zugerechnet und tatsächlich war sie, was die Themen betrifft, eine moderne, emanzipierte Frau, aber in ihrem Schaffen war sie eine Traditionalistin. Sie war unglaublich stolz auf ihre künstlerische Bildung. Darauf, dass sie schon als junges Mädchen eine Kunstschülerin war. Sie und ihre Familie lebten in Danzig, wo Lottes Tante, Else Birenbaum eine Kunstschule leitete und selber dort lehrte. Lotte war als sehr junges Mädchen in der Ausbildung bei ihrer Tante und deshalb, wie uns unsere Kunstführerin erzähle, seit eh wusste, dass in der Kunst eine Frau einem Mann gleichberechtigt ist und sie die Kunst sowohl lehren als auch lernen kann. Als sie nach Berlin kam, war sie eine der ersten Studentinnen, die in der Königlichen Hochschule der Künste lernen dürfte. Mehr noch – sie dürfte gar die Aktmalerei studieren, darunter auch die Männerakte malen!

Lotte widmete sich der Staffelmalerei, dem Porträt und der Landschaft, und hielt nicht von der Moderne. In bester rembrandtschen Maniere malte sie verschiedene Stoffe so, dass man in einem Leinenkittel jede Falte sieht und in einem Katzenfell jedes Haar. So wie hier, in ihr Selbstbildnis mit einer Katze.

Das Bild ist exemplarisch für das Œuvre von Lotte Laserstein. Sie malte gern Porträts und darunter auch mehrere Selbstporträts. Sie schilderte sich oft als Künstlerin, als eine Malerin, die ihr Können gern zur Schau stellt, mit Attributen ihrer Zunft, was vor Kurzem nur den Männern erlaubt war. Sie liebte die Porträts mit dem Fensterblick im Hintergrund, wo man die Stadthäuser sehr genau wahrnahm. Und sogar die Katze war ein Beweis, dass sie alles kann, was sie sich vornimmt, weil die Katze musste doch sehr lange unbeweglich sitzen, wie jedes Modell auch (man munkelt, dass die Katze jeweils vor der Sitzung von einem guten Schluck Brandy betäubt wurde, aber ob es stimmt?)

Lotte wusste sehr geschickt, wie sie sich positionieren soll, wie sie ihre Kunst selber fördern kann. Sie engagierte sich im Frauenbund, sie schickte ihre Bilder zu Wettbewerben und Ausstellungen. Sie gründete auch eine Malschule für Studenten der Akademie der Künste, die an ihrem Abschluss-Portofolio gearbeitet haben. Mit ihrer StudentInnen fuhr sie unter anderen nach Worpswede, wo eine der berühmten deutschen Künstlerkolonie entstanden ist. Dort ist ihre Bilderreihe Dorfkinder entstanden. Ob diese Katze wohl auch betäubt werden müsste, darüber schweigt man.


Berlinische Galerie

Landesmuseum für Moderne
Kunst, Fotografie und Architektur
Stiftung Öffentlichen Rechts

Alte Jakobstraße 124–128
10969 Berlin

bg@berlinischegalerie.de

Barataria 121. Różne Don Kichoty / Codziennie jeden wiersz (06). Jakubauskas

Dla A

A przysłał w międzyczasie kilka różnych Don Kichotów i naśladownictw, a ja odpowiadałam, mam, było, zobacz na blogu… Zeźlił się więc i przysłał to.

A ja na to – nic, bo nie (rozpo)znałam. Ale wiedziałam, że A ma rację, Don Kichot jak żywy, choć gruby, Sancho Pansa też jak żywy, choć z lancą, obaj przyodziani w czapy z futrzanym obramieniem. Jak przestałam już (choć nie nadaremno – patrz niżej) szukać w różnych językach pod hasłem Don Kichot i Sancho Pansa, rysunek, czarno-biały, tatarski, mongolski i Dżyngiz Chan, to zaproponowałam A grę w 20 pytań. Zużyłam pięć pytań – pierwsze brzmiało, czy to Mongołowie? – i wiem. Jeśli nie wiecie, to zobaczcie TU.

A ja tymczasem podzielę się z Wami nietypowymi informacjami i obrazkami, które znalazłam podczas poszukiwań. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, jaki ciąg skojarzeń doprowadził mnie od Dżingis Chana tu (a potem i tam – patrz punkt 2):

1. Putin

Mały to Miedwiediew, duży to oczywiście Putin. Przyznacie, że podobni? Autorem rysunku jest taki rosyjski Mleczko. Autor bloga przegląddziennikarski pisze we wpisie Car rosyjskich snów:

Karykaturzysta Siergiej Jołkin (rocznik 1962) znany jest na Zachodzie (Sergey Elkin) oraz w Rosji, ale nie w Polsce, choć jego prześmiewcze rysunki są wobec rzeczywistości rosyjskiej nie mniej krytyczne. Urodził się w Workucie, mieście łagrów.
W 1984 r. ukończył architekturę i do upadku ZSRR pracował w wyuczonym zawodzie. W latach 90 zajął się dziennikarstwem, był redaktorem naczelnym prowincjonalnej gazety. Kryzys 1998 roku sprawił, że utracił pracę. Zaczął więc rozsyłać swoje rysunki i szybko stał się cenionym karykaturzystą w pismach „Izwiestija”, „Rossijskaja gazieta, „The Moscow Times”, „Wiedomosti”, „The Guardian”, „Economist” itp. Od kilku lat publikuje swoje prace przede wszystkim w internecie na łamach pism opozycyjnych wobec władz kremlowskich. Putin jest najważniejszym bohaterem jego twórczości.

2. Don Kichot i Sancho Pansa po polsku

To oczywiście na odwrót niż u przyjaciół Moskali – mały jest duży, a duży mały. Ale też podobni. To nie ja wymyśliłam. Tak niejaka LadyBergamoth podpisała to zdjęcie Sławomira Kamińskiego z roku 2005, umieszczając je na stronie sadistic.pl (uwaga treści polityczne, erotyczne i inne obscena – zaglądamy na własną odpowiedzialność).

3. Jeden wiersz (jak to tego lata u mnie nagminnie)

Adas Jakubauskas

Muzie

Kim byłbym bez ciebie?
Ziarnkiem piasku
W nieskończonym świecie,
Marzącym o bliskiej,
Kochanej duszy.
Pojawiłaś się ty w kaszmirowej sukience
I zostałem niewolnikiem u twych stóp.
Co zobaczyłaś we mnie?
Towarzyszko mojej
Tęsknoty,
W rozpaczliwej i zagubionej
Ciemności,
W Don Kichocie bez zbroi?
Potulnym, czujnym, zwyczajnym.
Dziękuję ci za czas
Spędzony ze mną,
Za delikatność twoich rąk,
Moja poezja to twoja
Zasługa.
Dzięki, ukochana i przyjacielu,
Ze mną – a jakże –
Nie będzie ci słodko…
Jestem cały w wierszach
I w nich płonę,
Zapłaczesz nieraz
Ukradkiem.

1987–2014

Tłumaczenie: Selim Mirza Chazbijewicz

Adas Jakubauskas, litewski przedsiębiorca, polski naukowiec i poeta tatarski, pisał ten wiersz 27 lat. Ciekawe dlaczego skończył?

Koty

Koty otaczają mnie ze wszystkich stron. Znajduję je, ludzie mi przysyłają… Jest ich tyle, że nie nadążam z przygotowywaniem jakichś sensownych wpisów na temat. Dziś więc wstawiam je tu hurtem, podzieliwszy uprzednio na kilka (nielogicznych) kategorii.

Koty w sztuce. Picasso 1954.

Japonia (nadesłane przez syna)

To zresztą też jest sztuka. Koty na stadionie.

Granica między sztuką a badziewiem bywa płynna. W międzyczasie wszyscy to już zapewne wiemy – koty z podniesioną do góry łapką przynoszą szczęście. Czasem nawet tą łapką machają – te jednak nie.

Kawiarnie dla kotów. Są na całym świecie coraz popularniejsze. W Japonii są też kawiarnie, gdzie można pogłaskać sowy i jeże. W Berlinie znam knajpkę z papugami. Nie dają się głaskać i strasznie wrzeszczą.

Nie podskakuj.

I najdziwniejsza rzecz, o jakiej w życiu słyszałam. Automaty z czapkami dla kotów. Nie mogę się nadziwić. Jakie może być w normalnych warunkach, w codziennym japońskim życiu zapotrzebowanie na czapki dla kotów, że opłaca się wyprodukować lub przystosować automaty, mające tę potrzebę zaspokoić???!!! (Po zastanowieniu myślę, że to jest całkiem na odwrót – nie ma żadnego zapotrzebowania na czapki dla kotów, a automaty mają je wygenerować).

Szczecin

W hoteliku Elka-Sen (uwaga reklama! mały, skromniutki, tani, świetny hotelik w samym centrum miasta!!!) w recepcji wiszą zdjęcia aktorów. Marylin Monroe wciąż jeszcze przyciska do kolan swą najsłynniejszą białą sukienkę, a Marlon Brando trzyma na ręku kota. To plakat filmu Ojciec chrzestny – nie pamiętam, czy stary Corleone naprawdę miał w filmie kota, ale chętnie się zgodzę.

W sieci

Prawda życiowa dla pracujących.

Koszulki i skarpetki z serii Happy socks (to chyba też reklama – nie wiem, ale na pewno product placement)

 

Jeszcze jedna mądrość życiowa. Jest ich w internecie zatrzęsienie.

Berlin (z polskimi aluzjami?)

Jaruzelski?

To na spacerze. A po spacerze w sklepie też koty. To wino dla polskich miłośników kotów i wina. Bo ci Francuzi już wiedzą, że ich wybrzeże czyli cote to jednak po polsku kote(k) lub (z) kote(m) 🙂

Barataria 119. O bzach i poezji

Ewa Maria Slaska

Takie zdjęcie przysłane na messengera. A w nim warstwy znaczeń, aluzji, przypomnień.  Ale nie wszystkie widać od razu. Pierwsza, najprostsza – zasuszone wielopłatkowe kwiatki bzu, a w tekście – powracający motyw bzu

Dla A

When Lilacs Last in the Dooryard Bloom’d
By Walt Whitman

1
When lilacs last in the dooryard bloom’d,
And the great star early droop’d in the western sky in the night,
I mourn’d, and yet shall mourn with ever-returning spring.

Ever-returning spring, trinity sure to me you bring,
Lilac blooming perennial and drooping star in the west,
And thought of him I love.

2
O powerful western fallen star!
O shades of night—O moody, tearful night!
O great star disappear’d—O the black murk that hides the star!
O cruel hands that hold me powerless—O helpless soul of me!
O harsh surrounding cloud that will not free my soul.

3
In the dooryard fronting an old farm-house near the white-wash’d palings,
Stands the lilac-bush tall-growing with heart-shaped leaves of rich green,
With many a pointed blossom rising delicate, with the perfume strong I love,
With every leaf a miracle—and from this bush in the dooryard,
With delicate-color’d blossoms and heart-shaped leaves of rich green,
A sprig with its flower I break.

4
In the swamp in secluded recesses,
A shy and hidden bird is warbling a song.

Solitary the thrush,
The hermit withdrawn to himself, avoiding the settlements,
Sings by himself a song.

Song of the bleeding throat,
Death’s outlet song of life, (for well dear brother I know,
If thou wast not granted to sing thou would’st surely die.)

5
Over the breast of the spring, the land, amid cities,
Amid lanes and through old woods, where lately the violets peep’d from the ground, spotting the gray debris,
Amid the grass in the fields each side of the lanes, passing the endless grass,
Passing the yellow-spear’d wheat, every grain from its shroud in the dark-brown fields uprisen,
Passing the apple-tree blows of white and pink in the orchards,
Carrying a corpse to where it shall rest in the grave,
Night and day journeys a coffin.

6
Coffin that passes through lanes and streets,
Through day and night with the great cloud darkening the land,
With the pomp of the inloop’d flags with the cities draped in black,
With the show of the States themselves as of crape-veil’d women standing,
With processions long and winding and the flambeaus of the night,
With the countless torches lit, with the silent sea of faces and the unbared heads,
With the waiting depot, the arriving coffin, and the sombre faces,
With dirges through the night, with the thousand voices rising strong and solemn,
With all the mournful voices of the dirges pour’d around the coffin,
The dim-lit churches and the shuddering organs—where amid these you journey,
With the tolling tolling bells’ perpetual clang,
Here, coffin that slowly passes,
I give you my sprig of lilac.

7
(Nor for you, for one alone,
Blossoms and branches green to coffins all I bring,
For fresh as the morning, thus would I chant a song for you O sane and sacred death.

All over bouquets of roses,
O death, I cover you over with roses and early lilies,
But mostly and now the lilac that blooms the first,
Copious I break, I break the sprigs from the bushes,
With loaded arms I come, pouring for you,
For you and the coffins all of you O death.)

8
O western orb sailing the heaven,
Now I know what you must have meant as a month since I walk’d,
As I walk’d in silence the transparent shadowy night,
As I saw you had something to tell as you bent to me night after night,
As you droop’d from the sky low down as if to my side, (while the other stars all look’d on,)
As we wander’d together the solemn night, (for something I know not what kept me from sleep,)
As the night advanced, and I saw on the rim of the west how full you were of woe,
As I stood on the rising ground in the breeze in the cool transparent night,
As I watch’d where you pass’d and was lost in the netherward black of the night,
As my soul in its trouble dissatisfied sank, as where you sad orb,
Concluded, dropt in the night, and was gone.

9
Sing on there in the swamp,
O singer bashful and tender, I hear your notes, I hear your call,
I hear, I come presently, I understand you,
But a moment I linger, for the lustrous star has detain’d me,
The star my departing comrade holds and detains me.

10
O how shall I warble myself for the dead one there I loved?
And how shall I deck my song for the large sweet soul that has gone?
And what shall my perfume be for the grave of him I love?

Sea-winds blown from east and west,
Blown from the Eastern sea and blown from the Western sea, till there on the prairies meeting,
These and with these and the breath of my chant,
I’ll perfume the grave of him I love.

11
O what shall I hang on the chamber walls?
And what shall the pictures be that I hang on the walls,
To adorn the burial-house of him I love?

Pictures of growing spring and farms and homes,
With the Fourth-month eve at sundown, and the gray smoke lucid and bright,
With floods of the yellow gold of the gorgeous, indolent, sinking sun, burning, expanding the air,
With the fresh sweet herbage under foot, and the pale green leaves of the trees prolific,
In the distance the flowing glaze, the breast of the river, with a wind-dapple here and there,
With ranging hills on the banks, with many a line against the sky, and shadows,
And the city at hand with dwellings so dense, and stacks of chimneys,
And all the scenes of life and the workshops, and the workmen homeward returning.

12
Lo, body and soul—this land,
My own Manhattan with spires, and the sparkling and hurrying tides, and the ships,
The varied and ample land, the South and the North in the light, Ohio’s shores and flashing Missouri,
And ever the far-spreading prairies cover’d with grass and corn.

Lo, the most excellent sun so calm and haughty,
The violet and purple morn with just-felt breezes,
The gentle soft-born measureless light,
The miracle spreading bathing all, the fulfill’d noon,
The coming eve delicious, the welcome night and the stars,
Over my cities shining all, enveloping man and land.

13
Sing on, sing on you gray-brown bird,
Sing from the swamps, the recesses, pour your chant from the bushes,
Limitless out of the dusk, out of the cedars and pines.

Sing on dearest brother, warble your reedy song,
Loud human song, with voice of uttermost woe.

O liquid and free and tender!
O wild and loose to my soul—O wondrous singer!
You only I hear—yet the star holds me, (but will soon depart,)
Yet the lilac with mastering odor holds me.

14
Now while I sat in the day and look’d forth,
In the close of the day with its light and the fields of spring, and the farmers preparing their crops,
In the large unconscious scenery of my land with its lakes and forests,
In the heavenly aerial beauty, (after the perturb’d winds and the storms,)
Under the arching heavens of the afternoon swift passing, and the voices of children and women,
The many-moving sea-tides, and I saw the ships how they sail’d,
And the summer approaching with richness, and the fields all busy with labor,
And the infinite separate houses, how they all went on, each with its meals and minutia of daily usages,
And the streets how their throbbings throbb’d, and the cities pent—lo, then and there,
Falling upon them all and among them all, enveloping me with the rest,
Appear’d the cloud, appear’d the long black trail,
And I knew death, its thought, and the sacred knowledge of death.

Then with the knowledge of death as walking one side of me,
And the thought of death close-walking the other side of me,
And I in the middle as with companions, and as holding the hands of companions,
I fled forth to the hiding receiving night that talks not,
Down to the shores of the water, the path by the swamp in the dimness,
To the solemn shadowy cedars and ghostly pines so still.

And the singer so shy to the rest receiv’d me,
The gray-brown bird I know receiv’d us comrades three,
And he sang the carol of death, and a verse for him I love.

From deep secluded recesses,
From the fragrant cedars and the ghostly pines so still,
Came the carol of the bird.

And the charm of the carol rapt me,
As I held as if by their hands my comrades in the night,
And the voice of my spirit tallied the song of the bird.

Come lovely and soothing death,
Undulate round the world, serenely arriving, arriving,
In the day, in the night, to all, to each,
Sooner or later delicate death.

Prais’d be the fathomless universe,
For life and joy, and for objects and knowledge curious,
And for love, sweet love—but praise! praise! praise!
For the sure-enwinding arms of cool-enfolding death.

Dark mother always gliding near with soft feet,
Have none chanted for thee a chant of fullest welcome?
Then I chant it for thee, I glorify thee above all,
I bring thee a song that when thou must indeed come, come unfalteringly.

Approach strong deliveress,
When it is so, when thou hast taken them I joyously sing the dead,
Lost in the loving floating ocean of thee,
Laved in the flood of thy bliss O death.

From me to thee glad serenades,
Dances for thee I propose saluting thee, adornments and feastings for thee,
And the sights of the open landscape and the high-spread sky are fitting,
And life and the fields, and the huge and thoughtful night.

The night in silence under many a star,
The ocean shore and the husky whispering wave whose voice I know,
And the soul turning to thee O vast and well-veil’d death,
And the body gratefully nestling close to thee.

Over the tree-tops I float thee a song,
Over the rising and sinking waves, over the myriad fields and the prairies wide,
Over the dense-pack’d cities all and the teeming wharves and ways,
I float this carol with joy, with joy to thee O death.

15
To the tally of my soul,
Loud and strong kept up the gray-brown bird,
With pure deliberate notes spreading filling the night.

Loud in the pines and cedars dim,
Clear in the freshness moist and the swamp-perfume,
And I with my comrades there in the night.

While my sight that was bound in my eyes unclosed,
As to long panoramas of visions.

And I saw askant the armies,
I saw as in noiseless dreams hundreds of battle-flags,
Borne through the smoke of the battles and pierc’d with missiles I saw them,
And carried hither and yon through the smoke, and torn and bloody,
And at last but a few shreds left on the staffs, (and all in silence,)
And the staffs all splinter’d and broken.

I saw battle-corpses, myriads of them,
And the white skeletons of young men, I saw them,
I saw the debris and debris of all the slain soldiers of the war,
But I saw they were not as was thought,
They themselves were fully at rest, they suffer’d not,
The living remain’d and suffer’d, the mother suffer’d,
And the wife and the child and the musing comrade suffer’d,
And the armies that remain’d suffer’d.

16
Passing the visions, passing the night,
Passing, unloosing the hold of my comrades’ hands,
Passing the song of the hermit bird and the tallying song of my soul,
Victorious song, death’s outlet song, yet varying ever-altering song,
As low and wailing, yet clear the notes, rising and falling, flooding the night,
Sadly sinking and fainting, as warning and warning, and yet again bursting with joy,
Covering the earth and filling the spread of the heaven,
As that powerful psalm in the night I heard from recesses,
Passing, I leave thee lilac with heart-shaped leaves,
I leave thee there in the door-yard, blooming, returning with spring.

I cease from my song for thee,
From my gaze on thee in the west, fronting the west, communing with thee,
O comrade lustrous with silver face in the night.

Yet each to keep and all, retrievements out of the night,
The song, the wondrous chant of the gray-brown bird,
And the tallying chant, the echo arous’d in my soul,
With the lustrous and drooping star with the countenance full of woe,
With the holders holding my hand nearing the call of the bird,
Comrades mine and I in the midst, and their memory ever to keep, for the dead I loved so well,
For the sweetest, wisest soul of all my days and lands—and this for his dear sake,
Lilac and star and bird twined with the chant of my soul,
There in the fragrant pines and the cedars dusk and dim.


Autora wiersza rozpoznaję jednak wcale nie po bzie, lecz po… słowie “kapitan”, które pojawi się w tytule następnego wiersza na tej samej stronie.

O Captain! My Captain

O Captain! my Captain! our fearful trip is done;
The ship has weather’d every rack, the prize we sought is won;
The port is near, the bells I hear, the people all exulting,
While follow eyes the steady keel, the vessel grim and daring:
But O heart! heart! heart!
O the bleeding drops of red,
Where on the deck my Captain lies,
Fallen cold and dead.

O Captain! my Captain! rise up and hear the bells;
Rise up—for you the flag is flung—for you the bugle trills;
For you bouquets and ribbon’d wreaths—for you the shores a-crowding;
For you they call, the swaying mass, their eager faces turning;
Here Captain! dear father!
This arm beneath your head;
It is some dream that on the deck,
You’ve fallen cold and dead.

My Captain does not answer, his lips are pale and still;
My father does not feel my arm, he has no pulse nor will;
The ship is anchor’d safe and sound, its voyage closed and done;
From fearful trip, the victor ship, comes in with object won;
Exult, O shores, and ring, O bells!
But I, with mournful tread,
Walk the deck my Captain lies,
Fallen cold and dead.

Oba wiersze są lamentem na cześć Abrahama Lincolna, zamordowanego 14 kwietnia 1865 roku, w porze kiedy kwitną bzy. Piszę do A, że podoba mi się słowo “kapitan”, ale nie piszę, że jest dla mnie ważne. Nawet nie wiem, czy on wie, dlaczego jest ważne – że to mój Ojciec, i że tak jak o Mamie wszyscy mówili Artist lub Artysta, tak o Ojcu – Kapitan lub Captain. O Captain! My Captain! A właśnie o nim pisałam…

W odpowiedzi dowiaduję się, że owszem, jestem uważną czytelniczką, a jakbym zauważyła coś jeszcze, to żebym dała znać. Nie zawracam sobie tym głowy. Takie sobie komplementy. Wszyscy, my, którzy zajmujemy się książkami, jesteśmy uważnymi ich czytelnikami. Zresztą, o czym tu pisać? Oczywiście zauważyłam zasuszone kwiatki bzu, oczywiście je pamiętam, bo miesiąc temu A pokazał mi je świeżo zerwane, być może w jednym z ogrodów na mojej wiecznie kwitnącej ulicy. Mamy tu kwiaty, które kwitną jeszcze w grudniu i takie, które już w grudniu zakwitają.

Dopiero po kilku godzinach pojawią się następne skojarzenia. Walt Whitman! Wiersze po angielsku! Oczywiście!

15 kwietnia. Wczoraj A, który zebrał i zasuszył fioletowe kwiatki i włożył je do zielonej książki, tam, gdzie Whitman pisze o bzie, miał urodziny. Nie było mnie jednak.
15 kwietnia zostanę więc zaproszona na ciasto urodzinowe, upieczone przez solenizanta. Prezent dałam mu już przed wyjazdem – wiersze Lorki w tłumaczeniu Mamy, zakupione przez moją siostrę i sprowadzone w skomplikowany sposób z Gdańska do Berlina. Ale jednak jak się idzie na urodziny, to nie można iść z pustymi rękoma. Rozglądam się po mieszkaniu
i widzę zieloną książkę. Nie powinno jej tu być, ale jest. Nie została odłożona na półkę przez kolegę, który wczoraj dokonał dorocznego i dogłębnego odkurzania książek. Whitman nie wrócił tam, skąd się pojawił – na półkę, gdzie stoją książki po angielsku ze zbiorów Mamy. I już nie wróci, bo zabieram go zamiast prezentu. Lorca Mamy, Whitman Mamy, kwiatki bzu. Nawet śmierć obecna w obu wierszach Whitmana towarzyszyła nam, żywym, tego dnia, bo po herbacie i cieście z lodami poszliśmy na cmentarz, na grób zmarłego przed miesiącem kolegi dziennikarza.


A gdy już to wszystko napiszę, to nagle dojrzę misterną, baratarystyczną sieć pułapek, jaką na mnie zarzucił A. Bo tego dnia rano (jest 21 maja), przy dzbanku herbaty na balkonie, rozmawiamy o Don Kichocie. Już jakiś czas temu A zapytał mnie, dlaczego właściwie tak mnie interesuje Don Kichot? Odpowiedziałam wtedy, że nie wiem, że tak się zdarzyło i że jest to zapewne zasłużona kara za to, iż przez wiele lat nie lubiłam tej książki i nie chciało mi się jej czytać. Teraz wracam do tego pytania i mówię, że lubię rozmyślać o wędrówkach motywów w kulturze – w końcu jestem archeolożką i etnolożką, a to zawody, które tym się zajmują. A poza tym lubię, jak rzeczywistość przeplata się z kulturą – lubię usłyszeć w autobusie, od przypadkowo siedzącego obok mnie pasażera, odpowiedź na pytanie, które zadał sobie i mnie bohater czytanej wczoraj powieści.

Tym razem, rzecz się jeszcze komplikuje, bo tę powieść, po raz kolejny oczywiście, czytał A. I wieczorem przysłał mi nie tylko wiersz Whitmana, ale i tę karteczkę. Właśnie skończył lekturę.
– Po cóż iść za tropem tego, co się już skończyło?
– Bo tak, odpowiedział mi dziś żebrak w metrze.

Berlin, 22 maja 2019

PS 1. znaleziony tego dnia na FB u Danusi:

Ponieważ “To był maj / pachniała Saska Kępa / szalonym, zielonym bzem”… ponieważ 175 lat temu, 22 maja, urodziła się Mary Cassatt, amerykańska malarka i graficzka tworząca we Francji, impresjonistka, autorka wielu obrazów inspirowanych prozą Henry’ego Jamesa… “Lilacs in a Window” (Bez w oknie), 1879 r., Metropolitan Museum of Art (The Met), Nowy Jork:

PS 2. Pisałam ten wpis przez kilka tygodni. W międzyczasie, 31 maja, minęła dwusetna rocznica urodzin poety. Z tej okazji różne instytucje przypominają jego wiersze. Np berliński festiwal poezji, który 19 czerwca zaprasza do Kulturbrauerei na rozmowy o whitmanowskich źdźbłach trawy. Wszystko się łączy ze wszystkim.

Und es ist gut so!

Kicia kocia dawniej i dziś

Dawniej…

Franz Marc (*1880; † Verdun, 4 marca 1916), Koty na czerwonej tkaninie, 1910

Miron Białoszewski (1922 – 1983)

Kabaret Kici Koci (KKK)

KKK to piosenki, monologi i skecze rozpisane na głosy pięciu osób, zapisujące polską codzienność początku lat 80, są to więc też zapiski stanu wojennego

Poeta w czasie reanimacji pisze tango dla Kici
Koci zamówione przez nią pilnie o 3 dni wstecz
w nastroju balowym

W mym półgrobie
Piszę Tobie
Zamówione tango

Póki żyłem
Nie zdążyłem
Teraz za to mam go

Canto:
Nie bój się nic
Bo życie nic nie znaczy
Bo śmierć jak rydz
Zdrowa dla umieraczy
Już Hamlet-fryc
Myślał, że przeinaczy
(tańczyć z przegięciem)
Nie wyszło mu
Nic a nic
Z tym jego
Byc albo nie byc

Kicia Kocia
odpisuje poecie na reanimację                  Arnaud d’Hauterives  (1933 – 2018)
dedykację

(oberek-mazurek)

Od zawały
Do zawału
Raz na prędko
Raz pomału.
Najważniejsze:
W te odstępy
Poupychać
Kręty-węty
I tak człowiek
Będzie święty,
Kiedy zejdzie
stąd

Dorota Nowakowska jako Kicia Kocia; Kabaret Kici Koci, 16 kwietnia 1988, Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza (Warszawa). Fot. Zygmunt Rytka / Wiersz: Miron Białoszewski, Obmapywanie Europy. AAAmeryka. Ostatnie wiersze, 1988

Miron Białoszewski
Wybuch stanu
cykl: Kabaret Kici Koci; tomik: Oho

BŁOGOSŁAWIONA SIWULA Z WISZNU WOLI oraz STRESA (wpadają
do mieszkania KICI KOCI i SYBILLI GROCHOWA, krzyczą)
Stan wojenny!
KICIA KOCIA z SYBILLĄ GROCHOWA
Wojna?
z kim?
STRESA
nie z kim
BŁ. SIWULA
stan wojenny!
KICIA KOCIA
co za stan?
STRESA
w Polsce zawsze były trzy stany: przedwojenny, wojenny
i powojenny
SYBILLA GR.
teraz jest ten środkowy
KICIA KOCIA
rozumiem
BŁ. SIWULA
módlmy się do wszystkich bóstw o małe nic złego
(padają rzędem we cztery, głowy do podłogi, antygłowy wypięte)
BŁ. SIWULA
nic złego
i w tył:
ogełz cin
i w przód:
nic złego
WSZYSTKIE
i w tył:
ogełz cin
BŁ. SIWULA (antygłowa w dół, głowa w górę)
chyba że zaprotestujemy
WSZYSTKIE (odstają od podłogi)
BŁ. SIWULA
stanem pokoju
STRESA
wewnętrznego
KICIA KOCIA
zewnętrznego
SYBILLA GR.
powróżmy, którego
(sunie do okna)
wiecie, co weszło na drogi?
KICIA KOCIA, STRESA
czołgi?
BŁ. SIWULA
kryj się!
(padają głowami do podłogi, antygłowy wypięte)
CHÓREM
kryj się! nie daj się!
kryj się! nie daj się!

***
Dawniej ciachali głowy.
Teraz przyszła kolej na słowa.
Biorą — wronę — okonia — prom
i obciachowują końcówkowatości
WRON OKON PRON
Omyłki o literę…
Srom w niebezpieczeństwie!
Znormalizują erotykę.
Ostatnią przyjemnostkę narodową.
Prują suki w sukach syny
suwysuk na nasze wyłaniania
przepytujemy się z pałek użycia do bicia
O, Jezu! użyli gazu… — im o to żeby załzawić?
— e, o to żeby śmierdziało

Wiersze bez tytułu drukowane w „Kulturze Niezależnej” nr 63/1990

Dziś:

1/ Klubokawiarnia Kicia Kocia

A gdzie są koty? Czy koty jeszcze śpią? Mruczki poszły na spacer? Czy można przynieść jedzenie dla kotów? Czy dodzwoniłam (-em) się do kociej kawiarni?
To najczęstsze pytania, na które ostatnio odpowiadamy.
Nam one w ogóle nie przeszkadzają, ale widząc rozczarowane miny i słysząc zawiedzione głosy, czujemy się w obowiązku uprzejmie przypomnieć, że nie jesteśmy kocią kawiarnią, choć czasami bywają u nas te zwierzaki i zawsze są mile widziane.
Nasz lokal jest dedykowany wybitnemu poecie, Mironowi Białoszewskiemu, który bywał na Grochowie i unieśmiertelnił okolicę w swojej twórczości.
W kamienicy przy ul. Grochowskiej koło placu Szembeka rozgrywa się wiele scen napisanego przezeń „Kabaretu Kici Koci”. Pierwowzorem tytułowej bohaterki jest pani Halina Oberlaender, muza i przyjaciółka autora. To właśnie w jej rodzinnym mieszkaniu rozgrywa się akcja wspomnianego utworu. Próbujemy upowszechniać wiedzę o tym, że Grochów zapisał się w dziejach literatury polskiej i dlatego zatytułowaliśmy naszą klubokawiarnię Kicia Kocia. Jesteśmy dumni z tego dziedzictwa.
Pani Kicia Kocia bywała u nas. Odwiedzała pierwszą, nieistniejącą już siedzibę klubokawiarni przy ul. Garibaldiego. Po raz pierwszy wstąpiła z niezapowiedzianą wizytą latem 2013 roku. Pokrzepiła się oranżadą grochowską i opowiadała o przyjaźni z Mironem. Niezwykłe spotkanie utrwaliła na fotografii Maja Hałabuda.

***
Kicię Kocię założył Cezary Polak, dziennikarz, varsavianista, animator kultury i aktywista miejski.

2/ Kicia Kocia. Książeczki dla dzieci. Autorka: Anita Głowińska. Seria polecana rodzicom: Kicia Kocia wraz z przyjaciółmi Packiem, Adelką i Juliankiem uczy się, jak funkcjonować w świecie, poznaje jego zasady i reguły. Książeczki o Kici Koci są wyraziste i kolorowe. Przygody Kici uczą dzieci gotować, radzą, jak zachować się u lekarza, pozwalają poznać różne zawody, np. policjantów czy strażaków. Kicia ma braciszka, Kicia jeździ na rowerku, Kicia…

Czy autorka serii świadomie odwołuje się do Białoszewskiego? Nie wiem, wydaje mi się jednak, że nie jest to też bezczelny plagiat, tylko raczej nieświadome sięgnięcie po kocie imię do zasobów publicznej domeny współczesnej kultury codzienności. Białoszewska Kicia Kocia znaleziona pod postmodernistyczną mickiewiczowską strzechą. Gdyby było inaczej – autorka powiedziałaby to (chyba), odpowiadając na pytanie koleżanki-blogerki:

Bohaterką serii uczyniła Pani kotkę, co zdecydowało o wyborze kota na bohatera książeczek? Czy Kicia Kocia ma jakiś realny pierwowzór?

– Czasami mam wrażenie, że to nie ja, tylko Kicia Kocia zadecydowała, że stała się bohaterką książeczek. Koty są przecież wszechobecne! – na podwórku, w ogródku u babci, przy śmietnikach i… na kanapie. Ja miałam dwa koty. Pierwszy pojawił się, kiedy jeszcze studiowałam. Wspólnie z obecnym mężem uratowaliśmy czarnego dachowca z rąk energicznego trzylatka; drugiego wyciągnęliśmy kilka lat później spod kół naszego samochodu. Przyjaźń i codzienne obcowanie z kotami było dla mnie niezwykłym doświadczeniem (w dzieciństwie miałam psa). Obecność miauczącego indywidualisty nie tylko zreformowała moje wyobrażenia na temat kociego charakteru, ale – przede wszystkim – nauczyła mnie cierpliwości w poszukiwaniu wspólnego języka z ludźmi!

Kicia Kocia powstała, kiedy nasze zwierzaki były już w kocim niebie, ja zaś byłam absolutnie szczęśliwą mamą. I patrząc na moje dzieci – córkę i synka – trudno mi się oprzeć wrażeniu, że ich zabawy, spryt, indywidualizm i potrzeba czułości – są już mi znane… Dlatego nie potrafię określić, kto tak naprawdę jest pierwowzorem Kici Koci – prawdziwe koty, czy te kociaki, z którymi oboje z mężem uwielbiamy chichotać po pracy.

Wycieczka do Tübkego / Zum Tübke

Zdjęcia: Ania, Netz i komórka Adminki
Wstęp: Adminka
Teksty: Sieć
Uczestniczki: Dorotek, Ania, Ewa (Adminka), Ela
Tübke (duchem)
Golf Touran (piękny)
Maj (piękny)
Kwiaty, trawa, drzewa (piękne)
Język: słubfurcki / Beitrag verfasst in der Slubfurter Sprache (Erklärung siehe TU)

Wstęp
Przed wielu wielu laty Dorotek obiecała, że na urodziny zabierze Adminkę (dalej: Ewę) na wycieczkę dokądś (Ewa nie zapamiętała dokąd, ale wiedziała, że gdzieś na południe od Berlina), aby jej pokazać panoramę namalowaną przez Tübkego. Dorotek zakładała, że Ewa wie, dokąd i co tam będzie, bo istnieje pewne (nie do końca uzasadnione, ale też nie całkiem nieuzasadnione) przekonanie, że Ewa wie (wszystko). Kilka razy w ciągu minionych lat Dorotek i Ewa uzgadniały nawet pewne terminy (w środę za tydzień od tego słupka), ale z przyczyn najróżniejszych, znanych ogólnie jako Vis Maior, wycieczka nie dochodziła do skutku, zmieniając się powoli w mityczną opowieść o krainie, w której jest piękna pogoda, piękna sztuka i piękna panorama Tübkego i do której “się” kiedyś dotrze.

Sprawa była mityczna już kilka lat temu, w październiku 2015 roku, gdy Dorotek i Ewa były wspólnie w Lipsku. Dorotek prowadziła tam lekcje niemieckiego, a ponieważ Ewa zna już niemiecki, mogła robić, co chciała. Poszła więc zwiedzić Bibliotekę Narodową, a potem odwiedziła Pomnik Bitwy Narodów, o czym napisała TU. Ponieważ, mimo tak ambitnych planów i ich realizacji, Ewa wciąż miała dużo czasu do końca lekcji, to z przyzwyczajenia poszła na cmentarz, który był tuż obok (Südfriedhof), gdzie przeczytała na tablicy (zawsze czyta), że jedną z osób, które są tam pochowane jest Tübke. Znalazła grób, sfotografowała i po lekcjach oznajmiła, że już wszystko w porządku, temat Tübke został odhaczony i już nie trzeba w ogóle jechać do Bad Frankenhausen.

Aż tu nagle, w maju 2019 roku temat powrócił. Dorotek kupiła nowe auto (piękne) i obiecała Ani, że zabierze ją tym autem na przejażdżkę. Na wyprawę została jeszcze zaproszona Ela, której Dorotek obiecała nie wiadomo co, ale na pewno coś.

I tak to w pewną majową sobotę pojechałyśmy we cztery “do Tübkego”.


Werner Tübke gehört zu den bedeutenden und gleichzeitig umstrittensten Maler des 20.Jahrhunderts und zur sogenannten Leipziger Schule.

Tübke wurde vor allem durch das Bauernkriegspanorama in Bad Frankenhausen populär. Das gigantische Rundgemälde von 14 Metern Höhe und 120 Metern Umfang mit mehr als 3000 Figuren war ein Auftragswerke des DDR-Kulturministeriums. 1976 begonnen, dauerte die Vollendung 11 Jahre.
1997 schuf er einen Flügelaltar für die St. Salvatoris-Kirche in Clausthal-Zellerfeld.
Zwischen 1970 und 1973 gestaltete er das Wandbild „Arbeiterklasse und Intelligenz“, es befand sich im Hauptgebäude der Karl-Marx-Universität Leipzig und lagert derzeit im Depot des Museums der Bildenden Künste Leipzig.
1972 wurde er zum Professor ernannt, von 1973 bis 1976 war er Rektor der Hochschule für Grafik und Buchkunst in Leipzig. Er hinterließ neben tausenden von Zeichnungen mehr als 500 Aquarelle und 353 Gemälde.
Sein Lebenswerk stiftete Tübke testamentarisch dem Germanischen Nationalmuseum, ausgestellt wird es in einer Dauerausstellung in seinem ehemaligen Haus mit Atelier, der Villa Tübke in der Leipziger Springerstraße 5.


Pewnego (pięknego) majowego dnia wyjechałyśmy więc z Berlina, przejechałyśmy 300 kilometrów, dojechałyśmy na parking, wysiadłyśmy z auta (pięknego) i poszłyśmy (piękną) drogą wśród (pięknych) tzw. okoliczności natury…

I tak sobie szłyśmy, aż doszłyśmy.

W muzeum (bilety po 8 euro, ulgowe po 7!). Kolejne zdziwienie, bo nie wszystkim z nas udało się w kawiarni dostać zamówioną kawę (no ale cóż, nie wszyscy uczciwym życiem zasłużyli sobie na kawę z widokiem, a widok był niezwykły; na szczęście oglądało się go również bez kawy i zasług).

W muzeum nie wolno fotografować słynnej panoramy. Also wenn ihr sehen wollt, wie es dort drinne ist, schaut HIER. Oder – fährt HIN.

PS. Potem jeszcze pojechałyśmy do Erfurtu. I też było przyjemnie, a kelnerki przyniosły kawę i/lub herbatę 🙂