Imieniny Don Kichota

Ewa Maria Slaska

To on, prawda? Don Kichot. Czasem się go spotyka w normalnym życiu. Już pokazywałam na tym blogu moich przyjaciół – Don Kichotów, kompozytor Michał Talma Sutt i Arek Łuba, dziennikarz, Marek Maj, poeta, teraz pojawił się kolejny, gdański malarz Czesław Tumielewicz.

Zastanawiałam się jak tego znalezionego przypadkiem na Facebooku zaprzyjaźnionego Don Kichota umiejscowić na blogu. Oczywiście jako założycielka szlachetnej gałęzi nauki zwanej baratarystyką nie muszę w ogóle uzasadniać, dlaczego piszę o Don Kichocie, utopiach, Sancho Pansie, czy wiatrakach. Piszę, bo taką mam ochotę. Ale nawet w tej beztroskiej dowolności, gdy muszę, chcę, powinnam wybrać jakiś dzień, zastanawiam się nad tym, który. Tym razem zastanowiłam się nad imieniem Don Kichota. Bo czy my w ogóle wiemy, jak on miał na imię? Znawca po chwili zastanowienia wykrzyknie zadowolony: wiem, Alonzo! I tak też właśnie jest. Alonso Quixano ( Alonso Quijano). Ale, hola, to wcale nie jest takie znowu proste. Bo nasz bohater ma nazwisko w miarę od początku powieści, ale właściwie od razu jest ono przerobione na jego przybrane imię Pan Kichot, natomiast imię – Alonso Quijano – pojawi się dopiero w ostatnim rozdziale II części i wcale nie po to, żebyśmy my jako czytelnicy wiedzieli wreszcie po 15 latach i stu rozdziałach, z kim mieliśmy do czynienia? Nie, imię pojawia się z przyczyny znacznie bardziej skomplikowanej. Oto pomiędzy wydaniem części I (1601 rok) a drugiej (1615) pewien plagiator-uzurpator, Alonso Fernández de Avellaneda, wydał w roku 1614 swoją wersję przygód Don Kichota i podał tam również jego imię: Martín Quijada. Tego Cervantesowi było doprawdy za wiele i ze świętego oburzenia na oszusta napisał był część drugą swej opowieści o chudym rycerzu na chudym koniu. Pod koniec części II Don Kichot dowiaduje się o tym, że istniej fake jego dziejów, który głosi między innymi, że ma na imię Marcin i że przestał kochać Dulcyneę z Toboso. Cervantes poświęca sporo miejsca dyskusji z plagiatorem i prostuje wszystkie jego supozycje. Stąd właśnie również “prawdziwe” imię: Alonzo, zauważmy przy tym, że jest to imię jego adwersarza.

W dwóch tłumaczeniach Don Kichota na polski, u Zakrzewskiego i u Charchalisa, imię bohatera w ogóle się nie pojawia, ale zawsze można liczyć na wierność i dokładność tłumaczenia Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny (Warszawa PIW 1955):
“Naprawdę umiera i naprawdę jest zdrów na umyśle Alonzo Quijano Dobry. (…) Panowie – rzekł Don Kichote – powoli, powoli, bowiem w gniazdach zeszłorocznych nie ma w tym roku ptaków. Byłem szaleńcem, teraz jestem zdrów na umyśle; byłem Don Kichotem z Manczy, dziś jestem Alonzo Quijano Dobry. Oby mój żal i prawda przywróciły mi szacunek, jaki ichmościowie żywiliście dla mnie (…;) proboszcz poprosił notariusza, aby poświadczył, że Alonzo Quijano Dobry, zwany powszechnie Don Kichote z Manczy, rozstał się z życiem doczesnym i zmarł naturalną śmiercią; prosił o to zaświadczenie, chcąc zapobiec, aby jakiś inny autor, prócz Sidi Hameta Ben Engelego*, nie wskrzesił go oszukańczo i nie pisał niemożliwych historii jego przewag.”

Dodajmy jednak, że Alonso / Alonzo jest samodzielnym imieniem, ale wcale nie tak samodzielnym jak np. Gustaw czy Konrad, bo okazuje się, że jest to forma oboczna, głównie włoska lub rzadziej hiszpańska, męskiego imienia Alfons, co w starogermańskim oznaczało “szlachetny”.

Nie wiem, czy interesuje nas pochodzenie imienia Alonzo od Alfonsa, zwłaszcza że z Alfonsem jest nam trochę nie po drodze, głównie dlatego że to imię zostało ośmieszone w komedii Monsieur Alphonse Aleksandra Dumasa (syna), wydanej w 1873 r. Pan Alfons był sutenerem, co sprawia, że obecnie imię Alfons jest w Polsce rzadko nadawane. Nadal jednak należy do imion często występujących m.in. w Hiszpanii.

A zatem Alonzo czy Alfons? Czyli kiedy miał(by) imieniny Don Kichot?

Dla osób noszących dane imię najważniejsze jest pytanie, czy był święty jego imienia, bo wtedy obchodzi się imieniny w dniu śmierci patrona. W języku kościelnym mówi się, że danego świętego “się wspomina” tego właśnie dnia. A święty był i to po pierwsze był Hiszpanem z czasów Cervantesa, a po drugie akurat dziś przypada (w miarę) okrągła rocznica jego śmierci – 430.

Alfons de Orozco, właśc. Alonso de Orozco (ur. 17 października 1500, zm. 19 września 1591 w Madrycie) – hiszpański ksiądz i augustianin, święty Kościoła katolickiego.

Urodził się w szlacheckiej rodzinie. Studiował na Uniwersytecie w Salamance. Złożył śluby zakonne w 1523 roku, a w 1527 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1549 roku wyruszył jako misjonarz do Meksyku, jednak ciężko zachorował i musiał wrócić do kraju. W 1554 roku król Karol V Habsburg mianował go królewskim kaznodzieją, a ten przeniósł się do Madrytu.

Zmarł 19 września 1591 roku – mając 90 lat – w opinii świętości.

Został beatyfikowany przez papieża Leona XIII w dniu 15 stycznia 1882 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II w dniu 19 maja 2002 roku.

Lubię takich świętych, którzy po prostu byli dobrymi ludźmi. Takich, których nikt nie umęczył i nie udręczył, ale też nie byli bogaczami, co to fundując klasztory i kościoły “zarobili sobie” na świętość. Do moich ulubieńców należeli dotąd św. Franciszek, św. Antoni i św. Martin de Porres, teraz dochodzi jeszcze do tej listy św. Alonzo.

My, czytelniczki książek Lucy Maud Montgomery, znamy to imię przede wszystkim z trzeciego tomu książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Ania wyjeżdża do Redmondu na uniwersytet i poznaje tam piękną Izabelę Gordon, która przyjechała na studia, ponieważ nie mogła się zdecydować, za którego z dwóch wielbicieli ma wyjść za mąż. Jej kandydaci na męża są bogaci i występują w książce zawsze w liczbie podwójnej, jako Alek i Alonzo.

Wracamy jednak do Don Kichota.

Wydaje się dość zabawne, że cała II księga napisana przez Cervantesa powstała, jak się wydaje, jako dyskusja z fałszywą i wulgarną wersją opowieści Avellanedy o bohaterze Cervantesa. W ostatnich rozdziałach Cervantes opisuje, jak Don Kichot natyka się w drukarni w Barcelonie na ową sfałszowaną książkę o sobie, a w chwilę później spotyka Don Alvaro Tarfa, jednego z bohaterów tej fałszywej opowieści.

Spotkanie przebiega bardzo zabawnie i myślę, że każdy autor, który dla zabawy wprowadza do swojej powieści bohaterów innych książek, mógłby się w tej kwestii dużo nauczyć od Cervantesa.

— Jestem Alvaro Tarfe — odrzekł kawaler.
— Czy to nie o panu przypadkiem mowa w drugiej części historii Don Kichota z Manchy? — zagadnął Don Kichot.
— Właśnie o mnie — odparł kawaler — a z owym Don Kichotem w ścisłej nawet byłem zażyłości, ja go to namówiłem, że pojechał do Saragossy i rzeczywiście powinien mi być nieco wdzięcznym, bo po wypuszczeniu go z więzienia nie pozwoliłem go zelżyć na ulicy. Pan wiesz zapewne, że siedział w więzieniu za różne burdy?
— Powiedz mi waszmość z łaski swojej, Don Alvaro — zapytał Don Kichot — czy ja też choć trochę podobny jestem do owego Don Kichota?
— Ani źdźbła — odparł Don Alvaro.
— A ten Don Kichot miał też giermka Sancho Pansa?
— Tak, miał — odparł Alvaro — jakiegoś giermka tego nazwiska. Mówiono, że bardzo dowcipny, ale ja nigdy od niego nic dowcipnego nie usłyszałem.
— O, wierzę bardzo — zawołał Sancho — bo nie każdemu na tym świecie dany dowcip i nie tak łatwo, jak się na pozór zdaje. Ten Sancho, o którym pan powiadasz, musi to być łajdak jakiś i wisielec, bo to ja jestem Sancho Pansa i umiem palić dowcipy na zawołanie. Jeśli pan nie wierzysz, spróbuj, zostań pan tylko przez rok ze mną, a przekonasz się, że mi co chwila z ust płyną i w takiej ilości, że wszyscy, co je słyszą, umierają ze śmiechu, choć często sam nie wiem, co gadam. Co zaś do prawdziwego Don Kichota z Manchy, tego mądrego, walecznego obrońcy i mściciela krzywd, ojca sierot, podporę wdów i panien i zakochanego na śmierć w niezrównanej Dulcynei z Toboso, jest nim właśnie mój pan, którego przed sobą widzicie. Wszelki inny Don Kichot i Sancho Pansa to kłamstwo.
— Rzeczywiście, mój przyjacielu — odparł kawaler — wierzę temu, bo więcej mi w tej chwili dałeś dowodu dowcipu, niż tamten Sancho Pansa przez cały czas, com go widział; widać w nim było żarłoka i głupca, a nie dowcipnisia, i przekonywam się, że czarownicy, prześladujący prawdziwego Don Kichota, i na mnie się usadzić musieli, każąc mi dręczyć się tak długo z fałszywym Don Kichotem i tym cymbałem giermkiem jego. Ale po Bogu a prawdzie nie wiem, co powiedzieć, bo istotnie na własne oczy moje widziałem tamtego Don Kichota w szpitalu wariatów, a tu spostrzegam zupełnie innego, który tamtego nie zna wcale.
— Co do mnie — rzekł Don Kichot — nie powiem waszmość panu, ażebym był dobry, ale nie jestem też najgorszy Don Kichot, i na dowód tego, Don Alvaro, powiem panu, że nigdy noga moja w Saragossie nie postała, właśnie dlatego, ażeby wręcz zadać kłamstwo autorowi, bo słyszałem o tym fałszywym Don Kichocie. (…) Nareszcie, Don Alvaro, jestem ten sam Don Kichot, o którym sława tyle rzeczy głosi, a nie ten nikczemnik, co sobie śmie przywłaszczać imię moje i chwałę. Mam pana teraz prosić o łaskę jedną, której dla poparcia prawdy przez uszanowanie dla błędnego rycerstwa nie odmówisz mi waszmość zapewne. Zeznasz osobiście na piśmie z własnoręcznym podpisem, przed miejscowym sędzią, żeś mnie pan dzisiaj pierwszy raz w życiu zobaczył i że nie jestem tym Don Kichotem, o którym mowa w drugiej części owej historii, jako też, że Sancho Pansa, mój giermek, nie jest tym, którego znałeś.
— Słusznie, mości Don Kichocie — odparł Don Alvaro — dam ci to zadośćuczynienie jak najchętniej. Dziwna to wszelako rzecz widzieć jednocześnie dwóch Don Kichotów i dwóch Sanchów tego samego nazwiska i z tego samego niby kraju, a tak różniących się twarzą, uczynkami i obejściem. Wątpię prawie o tym, com widział, i zdaje mi się, że to sen być musiał.
(…)
Gdy Don Kichot i Don Alvaro razem wieczerzali, wszedł przypadkiem do gospody sędzia miejscowy z notariuszem, któremu Don Kichot kazał zrobić protokół z zeznania Don Alvara, jako nie znał Don Kichota z Manchy tu obecnego i jako rzeczony obecny nie był tym, którego opisuje książka pod napisem: Druga część Don Kichota z Manchy, przez jakiegoś Avellaneda z Tordesilas. Sędzia sporządził to wszystko z wielkim zadowoleniem Don Kichota, który podziękował najserdeczniej urzędnikowi usłużnemu. Wiele sobie nawzajem komplementów powiedzieli Don Alvaro z Don Kichotem, który dał tyle dowodów rozumu i wykształcenia, że Don Alvaro myślał, iż naprawdę był zaczarowany, kiedy tamtego widział Don Kichota.

A my tymczasem otwórzmy wino Don Kichot, wspomnijmy dobrego biskupa Alonzo i równie dobrego szaleńca, który wierzył w utopie, a także pisarza, który to opisał.

¡Salud!

* Dla przypomnienia, oficjalnie, w książce, to nie Cervantes jest autorem opowieści o Don Kichocie, ale arabski pisarz Sidi Hamet Ben Engele – autor zastosował tu znany chwyt: znalezienia rękopisu, kupienia go na targu, bądź opracowania go. Pierwsze z brzegu przykłady takiego zabiegu literackiego to Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Lolita i Pale fire Nabokova, powieść Sutera i film Gsponera Lila Lila.


Donald Trump a Don Kichot

Ewa Maria Slaska

W ślad za butami, wszyscy w ślad
w daleki świat, zielony świat,
gdzie nie ma wojen, gdzie nie ma nędzy,
gdzie wszyscy mają dość pieniędzy,
matki dla dzieci bułki i bajki,
dobrzy mężowie tytoń do fajki…

Konstanty Ildefons Gałczyński, Buty szewca Szymona

Od kilka lat umieszczam tu wpisy o Don Kichocie, Baratarii i utopiach. Kilkakrotnie omawiałam w nich definicję donkichotyzmu i donkichoterii. W przeciągu ponad 400 lat, które minęły od czasu opublikowania Don Kichota, definicja ta, rzecz jasna, się zmieniała, z reguły zawierała jednak pewną podstawową i niezbywalną cechę – działanie w dobrej wierze. Don Kichot i jego naśladowcy mogli być głupkami lub marzycielami, mogli być śmieszni, tragikomiczni i komiczni, ale zawsze stali po stronie szlachetnych ideałów. Don Kichot zawsze szedł w ten daleki świat, zielony świat, gdzie nie ma wojen, nie ma nędzy…

Tymczasem mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach ta definicja się radykalnie zmieniła. Bo owszem, Don Kichot nadal jest śmiesznym głupkiem, ale został wyrzucony z obozu “naszych” wartości (dla przypomnienia prawa człowieka, demokracja, tolerancja, uczciwość, brak nienawiści, otwartość itd) i wylądował w obozie przeciwników. Jest tam i jest śmieszny, ośmieszając tym samym naszych adwersarzy i pomagając nam budować nasze własne butne i słuszne ja porządnego człowieka i obywatela.

I wtedy nagle Donald Trump staje się Don Kichotem, a na naszym poletku – Beata Szydło, śmieszny człowieczek w podkolanówkach, jak ją określił człowiek nie tylko szlachetny, ale sam w końcu stuprocentowy Don Kichot, ksiądz Lemański.

Oczywiście “ludzie mówią i mówią uczenie”, że symbole nieustannie podlegają zmianie i że rzeczywiście zdarza się nawet, że wędrują z jednego obozu do drugiego. Czasem obóz przeciwny dopomina się o swoje prawa do symbolu, ale to najczęściej dotyczy “wielkich” symboli, flagi, godła, hymnu, ikonicznego wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej, Krzyża, Kotwicy. Dokonuje się przymusowego przeniesienia symbolu z jednego obozu do drugiego. Obóz rządzący oznajmia, że posiada jedyne prawo do jakiegoś symbolu, a opozycja mówi nie.

Czasem przemiana znaczeń odbywa się w ramach tej samej opcji politycznej. Po prostu stary symbol, który zawsze był jak najbardziej “nasz”, unowocześnia się, bezwzględnie jednak nadal pozostaje “nasz”.

Zdarzają się też akcje indywidualne w sprawie zawłaszczania wizerunków. Fizyk i filozof, wędrowiec i jeden z autorów na tym blogu, Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny, od kilku lat toczy upartą kampanię w obronie wizerunku Kubusia Puchatka, który wskutek przepychanek finansowych najpierw został całkowicie zmieniony, a potem na dodatek ten nowy wizerunek został objęty korporacyjnym prawem własności.

Ale w sprawie Don Kichota nic takiego się przecież nie zdarzyło. Jeszcze wczoraj Don Kichot był jak najbardziej “nasz”, i np. walczył w Niemczech z wiatrakami produkującymi prąd, a dziś już nie, dziś jest zdetronizowanym Trumpem i walczy z prawem mediów społecznościowych do wyrażania jedynie słusznych opinii. Aby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, te uciśnione przez Trumpa media to tak naprawdę bezwzględne korporacje. Kto więc i gdzie jest jeszcze Don Kichotem?

Dziwne. I jak już bardzo chcę się zmartwić, że ukradli nam naszego prawdziwego Don Kichota i nie zrobili tego “źli oni” z chęci zysku, lecz “nasi dobrzy” z braku pomyślunku, odkrywam na Netflixie Don Kichota nadal prawdziwego i naszego. Ale przecież Netflix to też korporacja!

Navillera

I co teraz?

Łucja, żaden autorytet (1)

Łucja Fice

Ryba

Myślę. Myśli przekształcam w słowa, słowa przelewam i zapisuję klawiaturą komputera. Myśli są różne, ale próbuję mieć nad nimi kontrolę. Nie zawsze się to udaje, ponieważ jestem bombardowana różnymi informacjami z zewnątrz, również z mediów. Nie zawsze mogę się dzielić swoimi myślami w sposób werbalny, bo mogę wywołać burzę krytyki i narazić na ostracyzm, a przecież tego nie chcę. Dlatego piszę.

Moja percepcja świata jest nieco inna aniżeli moich znajomych. Jest taka indyjska przypowieść „…I był ranek, kiedy Bóg stanął przed dwanaściorgiem swoich dziećmi i każdemu z nich przekazał zalążek ludzkiego życia. Każde dziecko stawało przed nim, aby przyjąć jego dar i wysłuchać słów misji, z jaką miało udać się na do świata ludzi, na Ziemię. „Tobie, RYBO, daję najtrudniejsze zadanie ze wszystkich. Masz zebrać zmartwienia wszystkich ludzi i oddać mi je. Twoje łzy, będą moimi łzami. Cierpienie jakie weźmiesz na siebie, jest następstwem ludzkiego niezrozumienia mojej idei, ale powinnaś wybaczyć ludziom, aby mogli zacząć jeszcze raz. Za spełnienie tego zadania otrzymasz ode mnie największy prezent ze wszystkich. Będziesz jedynym moim dzieckiem, które mnie rozumie. Dar ten jednak będzie należeć wyłącznie do Ciebie. Jeśli spróbujesz się nim podzielić, nikt nie będzie Cię słuchał, nie będziesz nigdy żadnym autorytetem. Bóg powiedział: posiadasz cząstkę mojej idei i nie możesz jej pomylić z całością czy wymienić na inną. Jesteś, Rybo, pełnią, ale nie dowiesz się o tym póki wszystkie znaki nie staną się jednością. Dopiero wówczas ujrzysz całość mojej idei”.

Piękna przypowieść prawda? Dziwne tylko, że już od dziecka domyślałam się, że świat wcale nie jest taki, jak go postrzegamy. Skąd? Dzisiaj moje ciało traktuję jak ciało jakiejś osoby w komputerowej grze, w wirtualnej rzeczywistości. Osoba z gry komputerowej jest tylko wyliczonym wirtualnym bytem. Moja fizyczność jest wirtualnym awatarem, a ja jestem graczem, świadomością. Jestem w tej rzeczywistości, by dokonywać wyborów pomiędzy dobrem a złem. Każdy człowiek, który przychodzi na świat, ma zaprogramowany system wartości. Już małe dziecko wie co dobre, a co złe, co mu wolno, a co nie. To jakby odwieczny zakład, może gra w kości pomiędzy dwoma siłami. Wszyscy żyjemy na tej samej Ziemi, jesteśmy jej solą i możemy (mamy prawo) głosić swoje idee i mieć na ten świat wpływ. Każdy ma w tym świecie swoje miejsce, przecież innej Ziemi nie znamy (jeszcze).

Teoria reinkarnacji mówi, że z każdym wcieleniem przepracowujemy kolejne lekcje i wspinamy się na wyższy poziom. Dziś już mamy w fizyce ogrom na to dowodów. Życie pokazuje nam, że każda ludzka kreacja może przejawiać się w dwojaki sposób – w pozytywie i negatywie. Zawsze jednak pytamy, jak to jest, że jesteśmy TUTAJ i dokonujemy wyborów. Można to tak wytłumaczyć: świadomość najlepiej może być przedstawiona jako system informacyjny. Ten system rozwija się poprzez tworzenie informacji. Informacja tworzy treść, tworzy strukturę, więc jestem TU, by dokonywać wyborów, by uczyć się (również na błędach,) ewoluować i po prostu stawać się lepszą. Świadomość ma zawsze wybór i jest połączona z wolną wolą. Może świadomość, która istnieje poza naszym cielesnym bytem, jest wdrażana do systemu informacyjnego (podobnie jak jakiejś komputerowej grze?). Może ten system stworzył pamięć? Może przetwarza dane poprzez nasze ludzkie wybory?

Mam wrażenie, że to wszystko musi być połączone z utratą lub przypływem energii (entropia.) Dobre wybory w obrębie świadomości w sensie moralnym popychają nas w stronę stanów niższej entropii i odwrotnie. Tak to rozumiem. Zdobywając wiedzę, wzrastam intelektualnie, tworzę szerszą świadomość, nowy obraz siebie. Mam też wiedzę intuicyjną i jestem nią „napędzana.” Wcale nie muszę być racjonalna w pojmowaniu życia, świata, kosmosu. Tak samo jak wszyscy odczuwam radość, smutek, strach, ból i tak samo dokonuję w życiu wyborów, ale postrzegam świat jako całość z jej fauną i florą.

Patrząc w tej chwili na gablotę z minerałami z całego świata i na ich kolorystyczne bogactwo (przebywam w domu fanatyka, którego pasją są kamienie, meteoryty i minerały, widzę, że różnią się od siebie, a jednak stanowią budulec całego kosmosu.

Doczytałam się, że uniwersytety (profesorowie) zaczynają łączyć świadomość i wypełniać lukę pomiędzy metafizyką, teologią i fizyką. To trzy części jednego, większego pojmowania kosmosu i sposobu, w jaki działa świat. Wydaje mi się, że takiego połączenia dokonali już Jezus, Budda, Mahomet i wielu innych. Jak to wszystko połączyć z nauką i wiedzą, jaka jest mi dostępna dzisiaj? Umysł ludzki jest jednocześnie potęgą i upiorem pełnym lęków, łaknącym odpowiedzi na dręczące pytania. Może to przerażony umysł każe mi szukać odpowiedzi? Jeszcze kilkanaście lat temu moja rzeczywistość i świadomość były oddzielona wielkim murem, ale to się zmieniło. Czy ta indyjska przypowieść o znakach zodiaku może być prawdziwa? Czym była siła, która skierowała mnie na drogę służby innym ludziom i tym samym poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania? Myślę, że moja podświadomość wyrażała chęć opieki, chciała być pomocna i użyteczna, a tym samym ja sama, świadomie dokonałam takiego a nie innego wyboru.

Czym jest więc życie i związana z nią świadomość? Jaki jest jego cel? Ja już sobie odpowiedziałam. Ten cel to dojrzeć drugiego człowieka i pomóc mu w potrzebie, nauczyć się miłości do niego.

Życie to szkoła, to lekcje. Szkoda tylko, że wagary zabrały mi tyle czasu, sprawiły, że nie posiadłam wiedzy, której już dzisiaj nie nadgonię. Będę musiała TU kiedyś wrócić i te lekcje uzupełnić. Życie trwa, pisze swoją pracę i na razie mam tylko takie motto „Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał”.

Łucja, żaden autorytet

Koty (dawno nie było)

Ewa Maria Slaska

Ukazał się właśnie audiobook Hape Kerkerlinga pt. Łapy ze stołu!

Moje koty, inne koty i ja.

Autor, znany niemiecki kabarecista, ale też autor świetnych książek autobiograficznych i bohater świetnych filmów, nakręconych na ich podstawie, jest znanym miłośnikiem kotów. Od czasu do czasu słucham więc sobie fragmentów jego ogromnego eseju o kotach. Tak – ogromnego, liczy sobie bowiem 450 minut – ponad 7 godzin! Ponad 7 godzin gadania o kotach!

I co ja tu nagle słyszę. Kerkeling twierdzi, że Petrarka, tak, ten opiewający miłość subtelny poeta i humanista, Petrarka zatem, podobno miał powiedzieć, że ludzie (ludzkość) dzielą się na tych, którzy lubią koty i innych, tych, których życie upośledziło.

No więc, jeśli nawet Petrarka…

Cóż się robi w dzisiejszych czasach po odsłuchaniu takiej rewelacji? Wpisuje się do google’a dwa słowo – Petrarka oraz kot i pojawia się ta strona, nawet nie strona – mała stronka, na kilka akapitów:

KOTY I SZTUKA

Miłośnikami kotów byli i są nie tylko zwykli śmiertelnicy, ale także ludzie sławni: artyści, politycy, uczeni etc… Ich listę rozpoczyna prorok Mahomet, a za nim postępują papież Grzegorz Wielki, kardynał Armand Jean Richelieu, Piotr Wielki, George Washington, Abraham Lincoln, Włodzimierz Iljicz Lenin, Theodore Roosevelt, królowa Wiktoria, kompozytorzy Maurice Ravel, Jules Massenet i Wolfgang Amadeus Mozart, uczeni tacy jak Isaak Newton i Maria Skłodowska-Curie. Z kotami nie rozstawali się Honore Balzak, Wiktor Hugo, Aleksander Dumas (syn), Mark Twain, Ernest Hemingway, T.S.Elliot, Karol Capek, Colette, Melchior Wańkowicz. I tak można by wymieniać bez końca.

Legenda głosi, że prorok Mahomet nakazał obciąć kawałek swej szaty, aby nie obudzić smacznie na niej śpiącej kotki Muezzi. Dlatego też nazwano Mahometa ojcem kotów. Legenda zresztą przypisała prorokowi pewną zasługę wobec całego kociego rodu. Położywszy trzykrotnie rękę na głowie swej ulubienicy, obdarzył rzekomo ją i wszystkie koty zdolnością spadania na cztery łapy z każdej wysokości. Islam do dziś nakazuje karmić swym wiernym przynajmniej jednego bezdomnego kota.

Dla pisarzy i malarzy koty często były natchnieniem w pracy twórczej. Często opisywali je w swoich książkach, poematach i wierszach, uwieczniali na płótnie i w rzeźbie. Włoski poeta Dante Alighieri miał parę kotów perskich, które na rozkaz potrafiły przewracać karty księgi i przynosiły swemu panu do rąk drobne przedmioty. Francesco Petrarka swego ulubionego kota, o którym mówił jako o jedynym przyjacielu, zabalsamował po śmierci.

Na temat kota w literaturze można by napisać wiele tomów. Zwierzę to jest mocno związane z człowiekiem i jego twórczością. Już w dzieciństwie poznajemy pierwszego niezwykłego kota w bajce “Kot w butach”, inny sławny kot pojawia się w “Alicji w krainie czarów”. Kota spotykamy także w “Zemście” Aleksandra Fredry i “Myszeidzie” Ignacego Krasickiego. Powiedzenie z bajki Rudyarda Kiplinga “kot, który chodził własnymi drogami” stało się popularne we wszystkich krajach. Colette napisała piękną powieść “Kotka” i opowiadanie “Kicia”, które są dowodem jej wielkiej sympatii do tych zwierząt.

Kot jest częstym motywem w sztukach plastycznych, zwłaszcza w malarstwie. Kota uwiecznili tacy malarze jak Auguste Renoir – “Chłopiec z kotem”, Juliusz Kerner – “Kocia idylla”, Alexander Hamilton – “Koty kradnące dziczyznę”, Gustaw Dore – “Kot w butach”, Francisco Goya – “Trzy koty czyhające na ptaka” i wielu, wielu innych.

Niestety, obok wielkich miłośników kotów istnieli i istnieją zagorzali ich wrogowie. Wśród nich znaleźli się m.in. Napoleon Bonaparte, Juliusz Cezar, Benito Mussolini i Adolf Hitler.

No cóż, nie wiem, dlaczego autor stronki użył w ostatnim akapicie słowa “niestety”. Jestem nader rada (nader rada – doceniacie tę przepiękną polszczyznę?), że takie dziadersy jak Cezar, Napoleon, Mussolini, a już zwłaszcza Hitler nie lubili kotów. Dobrze, że nie lubili, a Hitler to już szczególnie. I tak mam dość problemów z tym, że był wegetarianinem. Wydaje mi się, że o tym gdzieś pisałam – wegetarianie myślą sobie, że są lepsi od innych. Nawet jeśli tego nie mówią na głos. I co? I pstro. Hitler też był wegetarianinem. To wielki zawód w życiu…

Wpisów o kotach jest na tym blogu tyle, że nie będę ich wszystkich linkować – proszę wpisać w “search” (pod spodem pod każdym wpisem po lewej stronie) słowo “kot” i zobaczyć, ile tego jest. Masa książek i mądrości życiowych, ale przede wszystkim niezliczone dzieła sztuki. Dziś trzy kolejne:

Chodzenie po mieście. Łąka.

Ewa Maria Slaska

Dieser Beitrag begann ich auf Polnisch zu schreiben und er hat sich “selber” (so zu sagen) in einen deutschen Text umgewandelt, er ist also entweder für die, die Slubfurter Sprache mächtig sind, oder die, die sich dem Google Translator anvertrauen können. Oder die, denen es egal ist. Die Bilder sind doch schön und das reicht.

Wpis zaczyna się po polsku, a potem “samoistnie” niejako przechodzi na niemiecki. W razie potrzeby proszę sięgnąć do tłumacza w Google.

  1. Nie kosić
  2. Nie przycinać drzew i krzaków w frymuśne figury
  3. Siać gęsto, żeby nie trzeba było plewić
  4. Mieszać gatunki
  5. Dodawać trawę (albo przeciwnie: Boże broń nie dodawać trawy!)
  6. Nie wyrywać chwastów (nic nie jest chwastem!)
  7. Siać wszędzie i wciąż dosiewać coś nowego, wszędzie coś może wyrosnąć (albo przeciwnie – nigdy nic nie dosiewać! Ale rzeczywiście nigdy nie wiadomo, gdzie co wyrośnie.)
  8. Wykorzystywać balkony i dachy, a także miejsca pod płotami, wokół drzew i w ogóle wszędzie. Nawet jeśli straż miejska przyjedzie i wszystko usunie – zaczynać od nowa, kiedyś wyjdzie na nasze. W Holandii już tak jest – władze Amsterdamu wydały broszurki z instrukcją, jak rozbijać bruk, żeby sadzić kwiaty. Jeszcze będzie przyjemnie.
  9. Zbierać nasiona i robić własne mieszanki na następny rok
  10. Podlewać
  11. Pluć pestkami owoców po okolicy
  12. Siać i sadzić rodzime gatunki, pamiętając jednak, że klimat się zmienia, czyli to co 50 lat temu nie było rodzime, teraz może bujnie rosnąć i owocować, np. kiwi, aby z egzotycznego przybysza stać się rośliną rodzimą.
  13. Zbierać zioła, jeść kwiaty

Na przełomie tysiącleci ideałem w krajobrazie miejskim Berlina były pojedyncze drzewa i gęste, równo przycinane żywopłoty. Dziś właśnie się porządnie ukorzeniły i mogłyby rosnąć same, gdyby nie to, że przecież trzeba je bez przerwy przycinać. Te żywopłoty odpowiadają hipsterskiej wizji Berlina sprzed 20 – 30 lat. Przeniesiono tu stolicę z Bonn. Upadł komunizm i zaczęła się globalizacja. Do władzy doszło nowe pokolenie, ci, którzy wyrastali z komputerami od młodości, byli pewni siebie, trzymali ręce w kieszeniach (albo co najmniej jedną rękę), nawet podczas spotkań na najwyższym szczeblu, pouczali nas, jak zorganizować świat, a mówiąc do nas, żuli gumę. Pojedyncze okiełznane drzewa i przymuszone do rygoru żywopłoty bardzo dobrze odpowiadały temu, co myśleli o urządzaniu świata mężczyźni w garniturach od Armaniego. Kobiety dopiero nadciągały i jeszcze nie wiadomo było, jak będą wyglądały te, które przebiją się przez szklany sufit. Na początku miały jeszcze fryzury prosto od fryzjera i szare lub czarne garnitury. Gdy ich marynarki zrobiły się kolorowe jak katalog farb, a włosy urosły i rozwiewały się na wietrze, zmieniła się też zieleń w Berlinie. Charakteryzują ją przede wszystkim chwasty i łąki.

Jeśli myślimy, że to my wymyśliliśmy kolorowe łąki w mieście, to teraz Was pouczę. Łąki w mieście wymyślił ogrodnik miejski pewnego niemieckiego miasteczka i teraz te łąki się tak nazywają. “Lato w Mössinger”.

Der Begriff Mössinger Sommer dürfte den Blumenliebhabern bekannt sein. Der Name setzt sich zum einen aus der Stadt Mössingen um zum anderen aus der Geschichte dieses Ortes zusammen. Mössingen selbst wird mit seinen etwas mehr als 20.000 Einwohnern als große Kreisstadt gelistet und liegt in der mittleren schwäbischen Alb ca. 15 km südlich der Kreisstadt Tübingen. Der ehemalige Stadtgärtner Dieter Felger hat in der Stadt Mössingen damit begonnen, Abstandsgrün bzw. Verkehrsgrünflächen mit diesen Blumenmischungen zu bestreuen. Innerhalb kurzer Zeit wurden diese künstlich erschaffenen Blumenwiesen schnell von den Anwohnen, aber vor allem überregional bekannt, sodass in den Folgejahren sich die Stadt Mössingen zu einer wahren Blumenstadt entwickelt hat. Jedes Jahr hat die Stadt eine Vielzahl an Besuchern zu verzeichnen, die ausschließlich wegen der Blütenvielfalt sich auf den Weg zur Stadt Mössingen aufgemacht haben. Neben den ursprünglichen Grünflächen besitzen diese Blumenwiesen einige Vorteile. Zum einen werten diese Mössinger Sommer Blumenwiesen die örtlichen Gegebenheiten optisch deutlich auf und zum anderen hinterlässt die große Vielfalt von mehr als 30 verschiedenen Blumenarten auch in der Natur sichtbare Veränderungen. Diverse Imker haben sich unter anderem in der Region niedergelassen, um sicherzustellen, dass ihre Bienen hochwertigen Honig produzieren. Die teilweise stark tragenden Blütenpollen sind für viele Bienen und Hummeln ein ideales Reservoir an Blütennektar. Neben diesen Insekten sind zur Blütezeit über mehrere Monate hinweg massiv Schmetterlinge zu entdecken und das selbst in dicht besiedelten Wohngegenden. Insgesamt konnte die Stadt Mössingen mit dem Produkt Mössinger Sommer einen Verkaufserfolg erzielen der seines gleichen sucht.

Na, schön, oder? Wollen Sie sich dies bestellen? Bitte sehr, HIER geht es zu eigener Mössinger Wiese.

In der letzten 20 Jahren “verwieste” sich Berlin massiv und zwar in zwei Richtungen – eine Naturwiese und die Mössinger Wiese. Naturwiese (es kann auch eine “Wasserwiese” sein) sieht ungefähr so aus:

Naturwiesen sehen nicht besonders anziehend aus, sind aber “Natur”, die Farbwiesen sind dagegen meistens eine künstliche Mischung, die oft sogar exotische Pflanzen beinhaltet, ist aber als Farbtupfen viel “schöner” und sieht so aus:

Ciekawe jak to jest, że natura jest “brzydsza” niż kolorowa kwietna łąka.

I odpowiedź: bo jest naturalna. Tym samym wracamy do języka polskiego i do jeszcze prostszej porady, jak stworzyć łąkę w mieście:

Robert Maślak

Miasta wydają pieniądze na ciągle koszenie trawników i zakładanie tzw. łąk kwietnych. Kasa krąży, firmy zarabiają, a płacą mieszkańcy. Wysiewane gatunki często nie są dostosowane do siedliska i o taką łąkę trzeba stale dbać lub szybko kończy ona żywot. Zanim wydasz pieniądze na łąkę kwietną, sprawdź, czy nie utworzy się ona sama, za darmo.

Często łąki kwietne i to dostosowane do warunków, rosną całkowicie za darmo i są praktycznie bezobsługowe. Wystarczy zaprzestać obsesyjnego koszenia – robić to raz w roku w drugiej połowie lata lub jesienią. Trzeba podkreślić, że często koszony trawnik jest biologicznie niemal martwy, mało przydatny dla owadów i innych zwierząt, których liczebność bardzo spada. Czasem zakładane łąki się sprawdzają, tu pozytywny przykład z Wrocławia. Łąka kwietna na pl. Społecznym przed Urzędem Wojewódzkim co prawda zostala założona specjalnie, ale żyje już wlasnym życiem i stopniowo zmienia swój skład gatunkowy na bardziej dostosowany do siedliska. Wszystko bez kosztów na koszenie i bez zatrucia powietrza. Mnóstwo gatunków, od żółtej dziewanny przez czerwone maki i białe krwawniki, do niebieskiego żmijowca i jasieńca. Moja rada dla miast, spółdzielni i wszystkich, którzy chcą mieć łąki kwietne – nie wykaszajcie trawników przez 1-3 lata, zobaczcie czy łąka kwietna nie utworzyła się tam sama i dopiero wtedy decydujcie o dosianiu tam łąkowych roślin kwitnących.

Jastarnia (2)

Jacek Krenz

Letnicy

Pierwszy raz przyjechaliśmy z Poznania latem 1948 roku nocnym pociągiem Zakopane-Hel. Mama, dwóch moich starszych braci: Jurek i Wojtek, i ja, kilkutygodniowy noworodek w wiklinowym koszyku na półce bagażowej, oraz tobołki ze wszystkim, co potrzebne na dwa miesiące wakacji w dość spartańskich warunkach. W tobołkach była pościel, na wierzchu nocnik i cebrzyk do kąpieli. Tata zostawał zwykle w mieście, by, podobnie jak inni ojcowie, zarobić na wakacje żony i dzieci. Pociągi latem były zwykle przepełnione. Bywało, że jednej osobie udało się wejść i zająć przedział, a bagaże ładowało się przez okno. Pierwszy widok morza zwykle budził nas koło Orłowa. Od Pucka już cały czas cieszył nasze oczy, zwłaszcza wtedy, gdy na półwyspie morze widać było po obu stronach. Na dworcu w Jastarni „tutejsi” pakowali nas na wózki i dowozili do rybackiej chaty w Borze przy Placu Gdańskim. Bór to była ta część Jastarni leżąca w drodze do Juraty.

Mieszkaliśmy w skromnym domu państwa Lenców w jednym pokoju z czterema łóżkami, dla mamy i naszej trójki. Była tam szafa i umywalnia – stolik z miednicą. Mama z panią gospodynią przygotowywała jedzenie w maleńkiej kuchni ze stoliczkiem, na którym jedliśmy obiady. Głównie były to flądry i śledzie smażone i gotowane na różne sposoby na opalanej drewnem blacie.

W plażowe dni mama przygotowywała prowiant na cały dzień.

Było zgrzebnie, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo było lato i było morze.

Rybak sprawia sieci

Letnicy zaczynali przyjeżdżać zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Mieszkańców Jastarni letnicy nazywali „tutejszymi”. “Tutejsi” sami siebie dzielili na Kaszubów i „tych z Polski”, napływowych, którymi ci ostatni pozostawali nawet po wielu latach mieszkania na Półwyspie. Mieszkańcy Jastarni przystosowywali dla letników swoje chaty, przenosząc się na strych. Czekali na dworcu z wózkami, by zawieźć bagaże na kwatery. W każdym gospodarstwie były takie drewniane czterokołowe wózki służące do transportu ryb i sieci.

Chaty rybackie były bardzo skromne, bez bieżącej wody, z wychodkiem na podwórku. Za łazienkę służyły miednica, dzbanek i ocynkowany kubeł z lodowatą wodą. Po wodę chodziliśmy do pompy ręcznej z dzbankiem lub wiadrem. Lekko słona woda odbierała smak herbacie. Potem było łatwiej, jak doprowadzono wodę do kilku miejsc, domów i pensjonatów.

Brak łazienek częściowo rekompensowały kąpiele w morskiej słonej wodzie. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że miało to dobre strony, bo dzięki temu nie pozbawialiśmy się zdrowej powłoki lipidowej. Eleganckie panie jednak zapisywały się na listę do korzystania z łazienki w domu właściciela stacji benzynowej, pana Bizewskiego.

Na plaży

Na plażę szliśmy ścieżką z żółtego klinkieru wzdłuż ulicy Rybackiej i dalej Szkolnej. Nigdzie nie widziałem tak pięknie ułożonej w jodełkę ceglanej nawierzchni. W jedną stronę prowadziła do portu, w drugą do ulicy Żymierskiego. Za kawiarnią „Okrąglak” i barem „Jutrzenka” przechodziliśmy przy betonowym fundamencie, na którym lubiliśmy też przesiadywać. Dalej wzdłuż poletka bobu, próbując czy już dojrzał, przez tory kolei i leśną ścieżką do wejścia na plażę na tyłach Domu Zdrojowego.

Zaraz na początku lata trzeba było upilnować odpowiednie miejsce na wykopanie grajdołu, by utrzymać stałą od lat konfigurację regularnych bywalców. Łopatę pożyczało się z budki ratownika. Grajdoły to tutaj długa tradycja, „prywatne” miejsca na plaży, zaklepane na cały czas wakacyjnego pobytu. Parawany rozpostarte na półkolistych wzniesieniach grajdołów zapewniały osłonę przed wiatrem i przytulną prywatność. Bywały czasem spory o zajmowanie grajdołów przez osoby nieświadome tutejszych układów. Wtedy solidarnie okoliczni sąsiedzi wywierali mniej lub bardziej odpowiednią presję na nieproszonych gości. Bywało, że opornych wynoszono na kocach do wody. Nieszczęsna para z NRD, nieświadoma własnościowych układów, otoczona przez plażowiczów próbujących wytłumaczyć, że komuś zajęli miejsce, doczekała się reprymendy małej dziewczynki:

Hitler kaput, ja, ja!

Nasze miejsce znajdowało się zawsze przy wyjściu na plażę na tyłach Domu Zdrojowego, ok. 30 m na prawo. Trochę bliżej były grajdoły rodzin Borysowiczów i Kołaczy z Radomia. Bliżej brzegu Krystyna i Adam Zajączkowscy z Kasią Forbert, do której czasem dołączał tata, słynny operator filmowy, wykorzystując czas przerw na planie. Starczewscy byli okopani bliżej następnego wyjścia na plażę, przy ulicy Zdrojowej. Była tam łódź rybacka i do niej wciągarka. Wracająca z połowów łódź często wypełniona po brzegi flądrami, szprotkami, śledziami i dorszami, ściągała amatorów świeżych ryb prosto z morza.

Nad bezpieczeństwem kąpieli czuwał ratownik. Miał swoja budkę, wieżę i łódź wiosłową. Na maszt wciągał flagę białą, czerwoną lub czarną, zależnie od stanu morza. Kąpielisko strzeżone wytyczały białe i czerwone boje. Wylegujący się w grajdołach letnicy z upływem słonecznych dni zmieniali kolor z bieli, poprzez róż, do upragnionej czekoladki. Przyspieszenie tego procesu wywoływało konieczność okładów z kwaśnego mleka. Skutkowało też obłażeniem płatów naskórka, które następnie należało do-opalić. Amatorki szybkiego czekoladowego odcienia eksperymentowały ze smarowidłem z ropy samochodowej. Odpowiednio opalonych, szczęśliwych plażowiczów uwieczniał sympatyczny fotograf, Hipolit Śmierzchalski, z wykorzystaniem egzotycznych atrybutów: małpki, kucyka i parasolki. Lubiłem z nim biegać brzegiem morza do Juraty i z powrotem; potem okazało się, że dla niego to nie było takie sobie bieganie, lecz trening, bo był wybitnym sportowcem-lekkoatletą. Był też podobno wszechstronnie utalentowanym twórcą – muzykiem, grafikiem i malarzem, ale tego wtedy nie wiedziałem.

Każdego dnia wypatrywaliśmy sprzedawcy lodów, który z drewnianym pudłem przewieszonym przez ramię, oblegany przez dzieciaki, nawoływał: „Looody Mewa, Meeewa lody dla każdego do ochłody”.

Kąpaliśmy się kilka razy dziennie, chodziliśmy brzegiem morza na spacery, czytaliśmy, graliśmy w karty w makao i w kierki, ustawieni w krąg odbijaliśmy piłkę. Nie nudziliśmy się.

Barataria. Don Kichot i niańki

Ewa Maria Slaska

Zawsze, od niepamiętnych czasów znałam ten tytuł, więc gdy kilka lat temu zaczęłam się zajmować Don Kichotem, Sancho Pansą i Baratarią, to w ogóle o nim nie pamiętałam. A potem nagle skądś, nie wiadomo skąd, objawiły się owe przedwojenne niańki, które na ławkach w parku flirtowały z żołnierzami i nie lubiły, żeby dzieci zawracały głowę, ale przecież nie lubiły też, żeby coś dzieciom zawracało w głowie, a taki Don Kichote, a tfu, cóż to za lektura dla młodej panienki. Kupiłam więc tę książkę za kilka złotych w antykwariacie wieszcz.pl, a teraz ją sobie odebrałam i przeczytałam w podróży, zachwyciwszy się przypadkowym zbiegiem okoliczności, że to nie tylko książka o don Kichocie, który jest w niej niemal na każdej stronie, ale też o podróży po Hiszpanii. I nie jest to, uchowaj Boże, podróż śladami don Kichota, lecz własna podróż pani i pana Kuncewiczów, w której Rycerz Smętnego Oblicza i jego dobroduszny giermek, adwersarz i przyjaciel wychodzą im naprzeciw z każdej uliczki w Granadzie i Sewilli, Barcelonie, Madrycie i Toledo.

Książka została wydana w roku 1965, ja czytam wydanie drugie, o rok zaledwie późniejsze. Kuncewiczowie podróżowali po Hiszpanii przed pół wiekiem. Człowiek nie wylądował jeszcze na Księżycu, wciąż żył Caudillo, a jego rządy, podobnie zresztą jak władza Komuny i podział świata na dwa obozy, wydawały się wieczne. Ale też wieczna wydawała się sztuka i wiara w ludzką dobroć, uczciwość, sprawiedliwość.

Wszystko minęło. Dobre minęło, i złe minęło.

Nie będę tu przytaczać wszystkiego, co Maria Kuncewiczowa napisała w tej książce o don Kichocie i Sancho Pansie, zainteresowanych po prostu odsyłam do lektury. Jak nie macie gdzieś w domu na półce, to zamówcie tak jak ja w antykwariacie u wieszcza.

A ja tu przepiszę dla Was tekst o Baratarii.

Maria Kuncewiczowa, Don Kichote i niańki, s. 238-241

Jak wiadomo, dialog Don Kichota z Sanczem, raz polubowny, niemal czuły, raz swarliwy i gorzki, trwa nieprzerwanie i urywa się tylko na czas, kiedy rycerz uwikłany w kolosalną commedia dell’arte, reżyserowaną przez parę książęcych cyników, zezwala, aby giermek objął gubernatorstwo rzekomej “wyspy” Barataria. Z giermka na służbie u fantasty Sanczo staje się wielkorządcą, a jego “wyspa” jak gdyby stacją doświadczalną rządzenia. I cóż stąd za nauki? Po siedmiu dniach i nocach rzekomy marszałek Sanczowego “dworu”, totumfacki księcia, mający za zadanie donosić księstwu o zabawnych poczynaniach wieśniaka, musi stwierdzić: “Codziennie coś nowego oglądamy na świecie: krotochwile zmieniają się w prawdę, a kpiarze zostają wykpieni”. Rzeczywiście, chłopek-roztropek rozstrzyga genialnie scholastyczne spory, wymierza sprawiedliwość, dba o uczciwy handel i wydaje “tyle słusznych rozporządzeń… że do dziś” – powiedzą potomni – “są w Baratarii dochowywane i nazywają się >>dekretami znamienitego Wielkorządcy Sancza Pansy<<“.
Tymczasem pogromca olbrzymów, obolały, postarzały Don Kichote działa równie skutecznie na polu rycerstwa jak jego towarzysz na polu administracji; osamotniony na książęcym zamku, odpiera w imię Dulcynei afekty kabotynki Altisidory i z kopią w ręku broni praw pokrzywdzonej córki ochmistrzyni Rodriguez. Z podszeptu poetów praktykując cnoty wzniosłe, nie przestaje jednak słyszeć głosu gospodarskiego rozsądku. W liście do wielkorządcy Sancza pisze: “Aby zaś pozyskać przywiązanie ludu, którym rządzisz, masz… być grzecznym dla wszystkich…, a po drugie – starać się o obfitość środków żywności; nic bowiem tak nie dręczy serc ludzi ubogich jak głód i drożyzna”. O wojnie rycerz milczy.

Aliści, kiedy okazuje się, że do obowiązków wielkorządcy należy walka zbrojna z najeźdźcą, chłop-pacyfista nie chce “dzielić łupów nieprzyjacielskich”, jeno prosi i błaga “o łyk wina” i odwiązanie pawęży. Nie daje się skusić obietnicą lejbmedyka, że odtąd będzie mógł najadać się do syta, udaje się do stajni, obejmuje swego kłapoucha i rzecze: “Odkąd porzuciłem ciebie i wstąpiłem w wieżyce ambicji i pychy, w duszę mi wkroczyły tysięczne niedole”. Kulbaczy osła, a do dworzan tak się odzywa: “Powiedzcie księciu… że bez srebrnika na to wielkorządztwo wstąpiłem i bez niego odchodzę… Niech w tej stajni pozostaną skrzydła mrówcze, które mnie w powietrze uniosły… Zawróćmy, aby chodzić po ziemi własnymi nogami”.

“Syn własnych czynów”, szlachcic z Manczy, doznaje podobnych uczuć na książęcym zamku. “Wyobrażał sobie, że popełnia wielki grzech oddając się w zamknięciu wywczasom, pośród biesiad i przyjemności, jakich mu owi państwo, jako rycerzowi błędnemu, nie szczędzili… Przeto pewnego dnia poprosił księstwo o pozwolenie odjazdu.”

Nieprzekupiony, nieokiełznany lud opuszcza na własne żądanie ośrodki władzy swego czasu: miasto i zamek. A przecież i szlachcic-inteligent, i chłop-robotnik przeżyli realizację swoich marzeń: Don Kichote był goszczony na dworze książęcym ze wszystkimi honorami należnymi chlubie błędnego rycerstwa, Sanczo stał się panem na gospodarstwie tysiąckroć przewyższającym jego własną zagrodę. Odchodzą i spotykają się w “czeluści”, w jaką giermek zapadł wraz z osłem, uchodząc z Baratarii, a na której skraj zabrnął rycerz, wprawiając się w grę orężną.

Na pożegnanie księcia Sanczo oświadcza: “…zeskakuję z urzędu i przechodzę na służbę mego pana, Don Kichota…”. Romantyk zawraca Rosynanta i wyjeżdża z zamku, a za nim realista Sanczo na kłapouchu. Ledwie się ujrzeli w czystym polu, Don Kichote “uczuł się, jak gdyby odrodzony”. “Obowiązki wdzięczności za doznane dobrodziejstwa są więzami, które nie dozwalają swobodnie radować się wolnej duszy. Szczęśliwy, komu niebo użyczy kawałka chleba, za który nikomu prócz Boga dziękować nie jest obowiązany.” Podstawmy pod wyraz “niebo” słowo “los”, a pod wyraz “Bóg” słowo “natura” i usłyszymy credo anarchisty.

Przyszłość Europy (2)

Tabor Regresywny

Magia rejsu s/y Barlovento II

To był magiczny rejs. Wszyscy się z tym zgodzili. Nie rozstrzygnięto tylko sporu między mną a Leszkiem – kapitanem rejsu – o to czy za magię odpowiada mój drucik czy jego amulety (patrz „Przyszłość Europy (1)”).

Zgadzam się z Leszkiem – kapitanem Barlovento, że „jestem w zupełnym błędzie, opisując cudowne moce wyciągniętej ze śmieci żyłki.” Ale to samo dotyczy jego amuletów. To są tylko martwe przedmioty, one niczego nie mogą.

Bardziej zasadne jest pytanie, kto czuwał nad pogodą i właściwym przebiegiem rejsu, szczególnie nad wiatrem skręcającym w kierunku Helu, gdy spieszyliśmy na koncert do kpt. Morgana, a wszystko wskazywało na to, że miniemy Hel i trzeba będzie nadrabiać drogi kolejnymi halsami.

Rok wcześniej miał miejsce inny rejs opisany już na blogu Ewa Maria and Friends pt. „Nauki przyrodnicze a nauki humanistyczne”:
„Zbliżał się wieczór. Wiatr powoli przygasał. Pakowaliśmy nasz dobytek na jedyną łódź, jaka została w porcie. Była to szalupa okrętowa, znaleziona przez jakiś statek na pełnym morzu, prawdopodobnie zgubiona przez inny statek. Trafiła do Gdańska, a stamtąd zbiegiem okoliczności – do mariny „Wdzydzki Kąt”. Jako masztu użyliśmy żerdki sosnowej, leżącej za śmietnikiem, żagiel lugrowy zrobiłem z resztek podartego foka. Wiedząc, że w tych warunkach pogodowych nie mamy szans dopłynąć do naszego ulubionego miejsca na wyspie, poprosiłem Ewę Marię by czuwała nad wiatrami i w razie czego czyniła, co do niej należy. Z portu wypłynęliśmy „na śrubkę”, a jak w końcu chwyciliśmy wiatr, zaczęła się ruletka – dopłyniemy czy nie. I prawie się udało, gdyby nie to, że na drodze do naszej zatoczki legło przewrócone drzewo wystające z brzegu. Widać było, że tego drzewa nie ominiemy, zabrakło wiatru, choć brakowało niewiele. I wtedy przyszedł niespodziewany lekki powiew wiatru, takie muśnięcie, które delikatnie przeniosło nas do naszej cichej zatoczki.
Czy Ewa Maria miała z tym coś wspólnego, czy też był to szczęśliwy zbieg okoliczności?”

Jeszcze rok wcześniej na tym samym jeziorze Wdzydze miało miejsce wydarzenie, o skomentowanie którego poprosiłem Jacka – bosmana w marinie “Wdzydzki Kąt”:
„Przypadkowa uczestniczka kursu sztuki żeglowania. Miała około 12 lat i była oczywiście z rodzicami. A było to tak. Rysiek poprosił mnie i Jacka, byśmy poprowadzili dwoma jachtami krótki rejs dookoła wyspy Glonek. Mi się trafiła rodzina z córką i synem. Jacek wypłynął pierwszy i dość znacznie się oddalił. Na wypadek braku wiatru zabrał silnik i miał mnie pociągnąć. Wiatr był słaby i nie miałem szans go dogonić. I wtedy poprosiłem tę małą dziewczynkę, by pomogła mi zaklinać wiatr. To co się potem działo, to była magia, wielokrotne zaklinanie wiatru przy współudziale małej czarodziejki. Jacek mógłbyś opisać jak to wyglądało z twojej strony?” A bosman jak to bosman odpisał bardzo zwięźle: „Miała taka moc, że zostaliśmy daleko z tyłu.”

Będąc gościem ojców Benedyktynów w Tyńcu dowiedziałem się, że Biblia to taka cudowna księga, że nawet jej błędne tłumaczenia są dobre. W Biblii Tysiąclecia czytamy ,,Szczególne błogosławieństwo Boże odnosi się do rozrodczości a przy tym również do ujarzmiania, deptania ziemi (kabasz), tzn. podporządkowania jej człowiekowi. W słowach tych zawiera się więc wyraźny rozkaz, a zarazem i zachęta, pochwała rozwoju kultury i cywilizacji na świecie.” Problem w tym, że w innych tłumaczeniach mówi się o tym, byśmy czynili ziemię sobie poddaną. Czy to są dwa różne tłumaczenia tej samej myśli, czy to jest błąd tłumaczenia, a może to coś poważniejszego, może „ujarzmianie ziemi” jest błędem i to fundamentalnym, który jest zaprzeczeniem czynienia ziemi sobie poddaną.

Nie widzę przyszłości Europy w dalszym ujarzmianiu. To się może źle skończyć. Czy jest inna droga? Magia rejsu s/y Barlowento sugeruje, że tak. Ale to wymaga sprawdzenia i uzasadnienia. ORP Szefowa II jest już gotowa do drogi.

PS. Co do starożytnej wiedzy Kahunów to wygląda na to, że wszelka magia oparta na amuletach totemach, zaklęciach czy czarodziejskich różdżkach to był to okres, gdy ludzie przechodzili od czynienia ziemi sobie poddaną do jej ujarzmiania, a magia tak się ma do czynienia ziemi sobie poddaną, jak kicz do awangardy.

Bal u Salomona, czyli

Ewa Maria Slaska

90 lat temu w Berlinie

1 czerwca 1930 roku Konstanty Ildefons Gałczyński poślubił Natalię Awałow, w rok później, też w czerwcu, oboje wyjechali do Berlina, gdzie Konstanty podjął pracę jako referent do spraw kultury w Konsulacie Generalnym RP. Pobyt potrwał do połowy kwietnia 1933 roku. Poeta i jego żona zwiedzali Berlin i Niemcy, wyjeżdżali do Danii, Szwajcarii i Kopenhagi, chodzili na koncerty i do muzeów, do kabaretów i bibliotek. Konstanty Ildefons uczył się niemieckiego i łaciny, czytał Fausta i Wyznania świętego Augustyna, ale męczyło go urzędowanie, czy raczej urzędniczenie, i czuł, że traci wenę poetycką. Wtedy Natalia pewnego pięknego dnia w 1931 roku, przypomniała mu jego dawny sen, który jej kiedyś opowiedział.

Śniło mu się, że zaproszony został na bal do króla Salomona. Jednak gospodarz nigdy się na tym balu nie pojawił. Goście nie doczekali okazji, by zadać mu ważne, filozoficzne pytania. Poeta śnił, że goście tańczą śniąc i śnią, że tańczą.

Była, tak chce legenda, sobota wieczorem, gdy “srebrna Natalia” opowiedziała mężowi jego sen. Poeta wstał, wyszedł do swojego gabinetu i opuścił go dopiero w poniedziałek rano z gotowym poematem. Będzie potem twierdził, a krytycy się z tym zgadzają, że pisał w „strumieniu natchnienia”, co przypomina inne terminy obowiązujące w teorii literatury XX wieku, a przede wszystkim Joyce’owski „strumień świadomości”. To najbardziej niezwykły utwór KIG i bardzo niezwykłe dzieło w historii polskiej literatury. Oniryczne, nielogiczne, tajemnicze. Piękne.

Okazuje się, że w sieci nie ma ani tekstu ani recytacji tego niezwykłego poematu. Tu znaleziony fragment, a resztę musicie sobie kochane Czytelniczki i kochani Czytelnicy przeczytać sami w starej, dobrej, poczciwej formie, czyli książce:

Bal u Salomona (fragment)

Entrissen

Sie wurde uns nach kurzer schwerer Krankheit entrissen.   

Judy Kadar
24. Januar 1950 – 27. Juni 2021

Judy war Harfenistin aber auch Multi-Instrumentalistin, Co-Leiterin des Ensembles COLLAGE-forum für frühe musik berlin, Lehrerin und Mitgründerin der Historical Harp Society in USA.
Sie hat mit uns gemeinsam durch ihre Musik, ihrer Kreativität und ihrem Ausdruck fördernden Vorbild die Gestaltung unserer Musik geprägt.
Es fehlt uns ihre Intensität und tiefe Sensibilität für gemeinsames Musizieren und ihr Tod  ist ein schrecklicher, entsetzlicher Verlust – es gibt keine Worte dafür.

COLLAGE- forum für frühe musik berlin.
Larissa Ghadiali, Klaus Sonnemann

***

Krystyna Koziewicz und ich gingen im letzten Jahr zu einem Konzert von ihrer Gruppe Trecento auf dem Chamisso-Platz in Kreuzberg. Unsere Freundin, Brigitte von Ungern-Sternberg, spielte damals Flöte und Tamburin, Judy – die Harfe. Es ist der letzte Konzert von Trecento gewesen. Daher rebbloge ich hier mein eigenen Beitrag vom letzten Jahr.

Musizieren in der Zeiten der Corona

Posted on by Ewa Maria

Brigitte von Ungern-Sternberg schickte uns eine Einladung:

***

Brigitte von Ungern-Sternberg

Über den Tod von Judy Kadar sind meine Mitspieler*innen sehr sehr traurig – wir sind ohne sie musikalische Waisen.

Judy war das Herz und die Seele des Ensembles TRECENTO, die professionelle Leitung.

Ich war jährelang  Mitglied des Ensembles und es war nie langweilig. Wir haben an den unterschiedlichsten Programmen gearbeitet auf dem großen Feld der sogenannten ‚Alten Musik‘. Dies umfasst Musik von mehreren Jahrhunderten, angefangen von den Liedern der Troubadoure und der frühen Mehrstimmigkeit im Hochmittelalter bis in die Musik der Renaissance.

Die ‚Alte Musik‘ unterscheidet sich von beispielsweise einem Beethoven Quartett, dass sie zwar aufgeschrieben, aber nicht besonderen Instrumenten zugeordnet wurde. Das bedeutet, dass jedes Arrangement nach den jeweils vorhandenen Instrumenten und Sänger*innen entwickelt wird.

Man probiert aus und das Endergebnis entsteht durch die Mitwirkung aller Beteiligten – ein kollektiver Prozess! Gespielt wurde bei TRECENTO die Musik auf Harfen, Fideln, Lauten, Pommern, Schalmeien, Flöten und natürlich wurde gesungen. War ein Programm ausgereift, wurde es in dieser oder jener Berliner Kirche präsentiert und dann ein neues angefangen.

Ob es ohne Judy weitergeht?   

Vermutlich leider nicht.