Jutro Dzień Kobiet / Tomorrow is a Women’s Day / Morgen ist der Frauentag
Korean Artist Transforms Her Small Studio Into Dreamlike Worlds Without Photoshop
Jutro Dzień Kobiet / Tomorrow is a Women’s Day / Morgen ist der Frauentag
Korean Artist Transforms Her Small Studio Into Dreamlike Worlds Without Photoshop
Tak się nazywa ten film. W Sarmacji. Pokazano go w ubiegłym roku na festiwalu filmów dokumentalnych w Dreźnie. Od dziś wchodzi do kin niemieckich.
So hieß der Film: In Sarmatien. Wurde auf dem Dokumentar Film Festival in Dresden im letzten Jahr gezeigt. Ab heute kommt er in Kinos.
***
Der Titel des Filmes vebindet ihn mit dem Gedichtband von Johannes Bobrowski – Sarmatische Zeit aus dem Jahre 1961.
Das Motto des Filmes ist ein Zitat aus Novalis: Alle Erinnerung ist Gegenwart.
Motto filmu zostało zaczerpnięte z Novalisa: Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością.
***
Originaltitel / Tytuł oryginalny: In Sarmatien 
Land / Kraj: Deutschland
Jahr / Rok: 2013
Sprache / Język: deutsch, rumänisch, russisch, ukrainisch (niemiecki, rumuński, rosyjski, ukraiński)
Untertitel / Podpisy: deutsche, englische (niemieckie, angielskie)
Laufzeit / Czas: 120 Minuten
Regisseur / Reżyser: Volker Koepp
Musik / Muzyka: Rainer Böhm
Kamera / Operator: Thomas Plenert
***
Dla Polaków Sarmaci to przedstawiciele kultury sarmackiej czyli szlacheckiej kultury polskiej w okresie między Renesansem a upadkiem Rzeczpospolitej. Dlatego pozwoliłam sobie przypomnieć tu zaczerpnięty z Wikipedii opis geograficznej Sarmacji, bo o nią w tym filmie chodzi.
Sarmacja to pojęcie geograficzne pierwszy raz użyte w starożytności przez geografa aleksandryjskiego Klaudiusza Ptolemeusza. Kraj na krawędzi Europy, od Morza Czarnego i Kaspijskiego ku północy do Zatoki Wenedzkiej (Wenedyjskiej) nad Oceanem Sarmackim, dokąd wpadała rzeka Vistula, Chron, Rudon, Turunt i Chesin. Zachodnią granicą Sarmcji była Wisła, wschodnią – Don.
Informacje te powtórzył i poprawił Maciej Miechowita w swym Traktacie o dwóch Sarmacjach z 1517 r.
Film Koeppa to spotkania z ludźmi zamieszkującymi Sarmację, które zostały nakręcone, gdy Sarmacja, pozornie, była jeszcze szczęśliwą krainą zamieszkaną przez szczęśliwych ludzi. Gdy jeszcze nikt nie musiał wiedzieć, kto to jest Janukowicz, ani co to znaczy majdan. Dziś, niespełna rok później, po odrzuceniu przez Janukowicza opcji europejskiej, po trzech miesiącach pokojowych protestów na Majdanie w Kijowie, po krwawych walkach, rozejmie i wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę, nikt nie wie, jak się rozwinie sytuacja i jak tu będzie w przyszłości wyglądalo. Możliwe, że Koepp nakręcił ostatni “przedwojenny” film o Ukrainie.
***
Auf der Festiwalseite schreibt Ralph Eue über den Film:
Es gibt zwei gegensätzliche Arten, Sarmatien zu beschreiben: als eine Gegend am Rande der bekannten Welt – so sahen es die alten Griechen –, oder als jenen Teil Europas, wo sich das einst sorgfältig vermessene geografische Zentrum des Kontinents befindet. Im Register des aktuellen „Diercke Weltatlas“ wird man Sarmatien indes vergeblich suchen, als Verwaltungseinheit ist es inexistent, und auch Google Maps vermag kein Stück weiterzuhelfen. Dennoch ist Sarmatien kein Hirngespinst.
Für seinen neuen Film ist Volker Koepp dorthin aufgebrochen und lässt uns mit großzügiger Geste teilhaben an seinen Eindrücken und Begegnungen in einer ebenso unbekannten wie eigentlich nahegelegenen Region zwischen Litauen und Weißrussland, zwischen der Ukraine und Polen, welche im Norden an die Ostsee grenzt und im Süden ans Schwarze Meer. Seit langem, mindestens seit 1972, als er „Grüße aus Sarmatien für den Dichter Johannes Bobrowski“ drehte, ist die historische Landschaft in seinem Werk immer wieder präsent. Ähnlich wie Bobrowski sieht auch Volker Koepp hier „jenes Traumland, in dem sämtliche Völker und Religionen ihren Platz fänden, wenn nicht die Geschichte alles eins ums andere Mal umgepflügt hätte“. Die Verwerfungen, die das hinterlassen hat, auch und gerade in den Menschen, die dort leben, und wie diese Menschen trotz allem von innen heraus strahlen, das ist hier aufs Schönste zu erfahren.
***
Z filmu zapisałam kilka zdań i sytuacji, które zwróciły moją uwagę. Aus dem Film habe ich ein paar Sätze und Situationen notiert, die meine Aufmerksamkeit weckten.
Ukraina
Ukraina wird sich (an die EU) angliedern, da lernen alle Deutsch.
Ukraina włączy się (do EU), wszyscy uczą się więc niemieckiego.
Wir haben immer die Hoffnung, dass wir näher an Europa kommen.
Wszyscy mamy nadzieję, że zbliżymy się do Europy.
65 % der Jugend möchte Ukraina verlassen.
65% młodzieży chce wyjechać z Ukrainy.
Wir sollen nach Europa, aber es wird nichts daraus werden.
Mamy wejść do Europy, ale z tego nic nie będzie.
Der Druck seitens Russland ist zu groß, man kann nicht atmen.
Presja Rosji jest zbyt mocna, nie można oddychać.
Moldavien / Mołdawia
Moderne Zeit vernichtet schlimmer als Türken und Russen.
Współczesne czasy niszczą gorzej niż Turcy i Rosjanie.
Eigentlich hat sich Europa von uns getrennt.
Europa się od nas właściwie odwróciła.
Königsberg / Królewiec
Schwere Zeiten bringen Menschen dazu, über das Leben nachzudenken.
Ciężkie czasy sprawiają, że ludzie zaczynają się zastanawiać nad życiem.
Es muss besser werden, sonst muss man das Land verlassen, und das möchte ich nicht.
Musi być lepiej, inaczej musielibyśmy wyjechać, a tego nie chcę.
Und am Ende des Filmes, schon nach dem Abspann, sagt Herr Zwilling – der Pessimist aus dem Film “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” desselben Regisseurs Volker Koepp: Es wird alles gut werden.
Na zakończenie, już po końcowych napisach, pan Zwilling, pesymista z filmu tegoż reżysera “Herr Zwilling und Frau Zuckermann” mówi: Wszystko będzie dobrze.
Dass es so sein wird.
Oby.
Posypaliście głowy popiołem?
Ewa Maria Slaska
Napomknęłam o tym wyjeździe we wprowadzeniu do wpisu Krysi Koziewicz, co wywołało komentarze Lecha Milewskiego, które zaowocowały najpierw jego wpisem, a teraz moim. Kto by pomyślał, że tyle można napisać o Goslar, maleńkim miasteczku w Niemczech. Zastanawiam się, że może jest ono, na podobieństwo Wrzeszcza, dzielnicy Gdańska, jak u Grassa, symbolicznym światem całym, a może nawet Wszechświatem. Było sobie kiedyś miasto, które obok przedmieść Orunia, Siedlce, Oliwa, Emaus, Pruszcz, Święty Wojciech, Młyńska i Nowy Port miało przedmieście o nazwie Wrzeszcz. Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło się lub mogło byłoby się wydarzyć we Wrzeszczu.
Wydarzyło się więc w Goslar, że:
Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.
Był rok 1986.
Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała Krysia Koziewicz.
Pojechaliśmy, bo na ulotce reklamowej była mowa o obiedzie za darmo i prezentach, ale było też piękne zdjęcie domków zbudowanych, jak to w Polsce mawiamy – z pruskiego muru. Mur nie jest pruski, a oficjalnie budownictwo takie nazywa się w Polsce “ryglówka”, ale bogdajże!, każdy wie, że to pruski mur. W Gdańsku za komuny mieliśmy jeden taki domek.
Winiarnia Vinifera w Gdańsku, na drugim planie kościół św. Katarzyny.
W Goslar są ich całe masy. Myślałam wtedy, że to coś nadzwyczaj specjalnego, jakieś takie niemieckie Carcassone, tyle że z ryglówką i dopiero wiele lat potem dowiedziałam się, że takich miasteczek w Niemczech są setki… Ale o tym potem, na razie po raz pierwszy wyjeżdżamy z Berlina i jedziemy do Goslar.
Przyjechaliśmy do Berlina przed rokiem, ale przez ten rok widzieliśmy tylko Berlin. Czekaliśmy na azyl i nie mieliśmy prawa opuścić miejsca zamieszkania. Ci którzy mieszkali w Niemczech też podlegali takim restrykcjom, ale w końcu nikt nie musiał się dowiedzieć, że wyjechali na dwa dni z Bamberga do Bayreuth. Natomiast azylant z Berlina nie mógł pojechać do Bamberga (podobnie zresztą jak do Bromberga), bo po drodze było NRD i kontrola dokumentów przeprowadzana przez oba państwa niemieckie. A to, co posiadał azylant, nie przeszłoby ani przez kontrolę zachodnią, ani wschodnią.
Gdy więc ruszyliśmy o świcie na miejsce zbiórki, byłam dosłownie w euforii. Zdziwiło mnie wprawdzie, że czekają na nas aż dwa wielkie, piętrowe autobusy i że wszyscy pasażerowie są starzy. Mąż i syn strasznie wydziwiali, ale mnie to nie ruszało. Była ładna pogoda, późna wiosna, wszędzie kwitły maki i rzepaki, na końcu drogi czekało czarodziejskie miasto Goslar, jechaliśmy!
Dojechaliśmy i wepchnięto nas natychmiast do jakiejś wielkiej mrocznej jadłodajni. Nie dałabym głowy, czy długie stoły ustawione w trzy wielkie litery U, nie były przykryte papierem pakowym, ale może był to i biały obrus. Zaserwowano nam obiad, a kelnerka zebrała zamówienie na picie. Wokół nas wszyscy pili piwo, też szok kulturowy, bo dla Polaka z dobrego domu, Polki zresztą też, piwo to napój plebejski, a już na pewno nie pije się go w południe. Zamówiliśmy soczek, herbatę i kawę i to okazało się naszą klęską. Piwo też byłoby klęską, bo naprawdę nie wolno było zamówić nic i to pod karą obowiązkowego uczestnictwa w imprezie, która trwała w sumie pięć godzin. Zjedliśmy, a tymczasem na scenie dorodna seksowna blondyna koło pięćdziesiątki, taka pani bywająca w solariach i siłowniach, ubrana w obcisłe spodnie “w lamparta” oraz dwaj młodzi panowie krzątali się zaaferowani po scenie. Przynosili, odnosili, ustawiali, przesuwali. Było jasne, że będzie jakiś program. Nie mieliśmy ochoty na żaden program, wstaliśmy więc od stołu, żeby pójść pozwiedzać Goslar.
I… O nie! Nie wolno było wyjść bez zapłacenia za napoje, bo tylko obiad był za darmo. Tak zresztą było napisane na ulotce, ale skąd mogliśmy wiedzieć, że darmowy obiad oznacza jadło bez napoju. Za napoje nie wolno było zapłacić przed końcem imprezy! Nie wolno było wyjść! Zwiedzania Goslar w programie nie było.
Wróciliśmy jak niepyszni do stolika i zaczęło się panopticum sprzedaży elektrycznych kocy i poduszek oraz brodzików z elektrycznie napędzanym masowaniem stóp. Pani i dwaj panowie, jak się okazało, synowie, uwijali się po scenie, opowiadali, kręcili się jak frygi, dorzucali tu jasiek, a tu ręcznik, budowali jakieś piramidy z pudełek, dodawali coś, ujmowali… Gdy zakończyła się część ogólna, sceniczna, kobieta i synowie jak psy gończe ruszyli na indywidualny połów. Dosiadali się do ludzi i namawiali, grzecznie, ale, rzekłabym, nadzwyczaj agresywnie.
O nie, powiedział mąż, wychodzimy! Zły Slaski jest jak głodny niedźwiedź polarny, nie należy mu wchodzić w drogę. Duży zły Slaski zabrał małego złego Slaskiego i wyszli nie bacząc na protesty obsługi i cerberów, zostawiając mnie jako zakładniczkę, która pod koniec imprezy zapłaci za soczek, herbatę i kawę. Po dwóch godzinach duży zmiłował się nade mną, i wymienił siebie jako żywą tarczę za mnie. Wyszłam do syna, który czekał przed wejściem i powiedział radośnie, że jest tu bardzo miło, jest rynsztok, a w każdym razie strumień wody płynący wzdłuż ulicy, zrobili z tatą łódki z kory i urządzili regaty. Dwadzieścia siedem razy. Z tego tata wygrał dwadzieścia razy. Ale ze mną będzie znacznie łatwiej, jestem w końcu Bogucka a nie Slaska, i rzeczywiście też urządziliśmy regaty dwadzieścia siedem razy, ale tym razem syn wygrał dwadzieścia razy.
Było już ciemno, jak nas wreszcie wszystkich skasowali i wypuścili do autobusów. Pani, panowie i kelnerki pchali naładowane po brzegi wózki, pełne kocy, brodzików i nocników, które przez godzinę upychali w czeluściach bagażników, a w międzyczasie każdy z nas dostał prezent – po sześć kieliszków do białego wina z lanego pseudokryształu, wartość, jak sądzę, 2 marki za komplet.
Poza rynsztokiem i jadłodajnią w pięknym mieście Goslar nie obejrzeliśmy nic. Ale i tak, dzięki duchowi bojowemu Slaskich, byliśmy lepsi niż reszta uczestników wycieczki, bo oni, biedacy, nawet rynsztoku nie obejrzeli.
W kilka lat później, gdy pisaliśmy z Martinem Ryzinskim książkę Jak podróżować po Niemczech, ponownie dotarłam do Goslar. To rzeczywiście piękne stare miasto, o pięknej i chlubnej historii, owianej mitem cesarstwa i srebra. Bardzo mi się podobało, ale nie aż tak, jak wtedy spodobało mi się czarodziejskie zdjęcie czarodziejskiego miasta Goslar na zaczarowanej ulotce. Martin był miłośnikiem małych niemieckich miasteczek i w międzyczasie widziałam ich już kilkaset. Wszystkie są takie same, odmalowane, kolorowe, ozdobione jak bombonierki, niektóre rzymskie, inne cesarskie, książęce i królewskie, inne biskupie, jeszcze inne uniwersyteckie, miasteczka dobrych niemieckich produktów, wspaniałych niemieckich piw i znakomitych średniowiecznych rzeźbiarzy. W Niemczech są 2062 miasta, z tego kilkanaście jest dużych i wielkich, a reszta to małe miasteczka. Proszę, lista jest TU.
TU natomiast przeczytać można obszerny wpis z polskojęzycznej Wikipedii na temat Goslar. Tak obszerny, że nie warto nic dodawać. Wikipedia wymienia wszystkie warte obejrzenia obiekty w miasteczku, nawet jeden z miejskich rynsztoków – tzw. Lohmühle – choć akurat nie ten, nad którym mój syn spędził swój pierwszy dzień w Niemczech Zachodnich.
Kolejne odkrycia historyków sztuki. Reblgowałam już tu tekst o Madonnie pod sosnami Cranacha. Dziś portret namalowany przez znanego śląskiego malarza Tischbeina i interesująca detektywistyczna historia. Mariusz Pilus pisze w ISSUU – platformie umożliwiającej swobodną publikację i przepływ tekstów naukowych i publicystycznych (super rzecz – zresztą sami zobaczcie: http://issuu.com):
Alles worüber ich hier schreibe, findet man in Wikipedia. Ausser… Weißt jemand, weshalb Polen nichts zum Immaterielles Kulturerbe zugefügt hat?
Everything I write here about, you find in Net, but… Could somebody explain me, why there is nothing from Poland in that list?
To, o czym tu piszę, każdy może znaleźć w Wikipedii. Ale nigdzie nie ma wyjaśnienia, dlaczego Polska nie dodała nic do tej listy?
Puppentheater, Poetry Slam, Prozessionen, Heilwissen und Geigenbaukunst – all das spiegelt die Bandbreite des gelebten Kulturerbes wider. Die Formen immateriellen Kulturerbes sind entscheidend von menschlichem Wissen und Können getragen. Sie
sind Ausdruck von Kreativität und Erfindergeist, vermitteln Identität und Kontinuität. Sie werden von Generation zu Generation weitergegeben und fortwährend neu gestaltet. Zu den Ausdrucksformen gehören etwa Tanz, Theater, Musik und mündliche Überlieferungen wie auch Bräuche, Feste und Handwerkskünste.
Damit das weltweit vorhandene traditionelle Wissen und Können erhalten bleibt, hat die UNESCO 2003 das Übereinkommen zur Erhaltung des immateriellen Kulturerbes verabschiedet. Mehr als 150 Staaten
sind inzwischen der völkerrechtlich verbindlichen Konvention, die 2006 in Kraft trat, beigetreten. Die drei Listen des immateriellen Kulturerbes veranschaulichen die Vielfalt lebendiger kultureller Ausdrucksformen aus allen Weltregionen.
In Deutschland ist das UNESCO-Übereinkommen 2013 in Kraft getreten. Schrittweise wird ein Verzeichnis des hierzulande gepflegten immateriellen Kulturerbes erstellt. Das bundesweite Verzeichnis soll von Jahr zu Jahr wachsen und langfristig die Vielfalt kultureller Ausdrucksformen in und aus Deutschland sichtbar machen.
Czym jest niematerialne dziedzictwo kulturowe?Bardzo ważną częścią dziedzictwa oprócz zabytków, dzieł sztuki i kolekcji cennych eksponatów jest także tradycja, żywe niematerialne przejawy kultury odziedziczone po przodkach i przekazywane kolejnym pokoleniom.
are established by UNESCO aiming to ensure the better protection of important intangible cultural heritages worldwide and the awareness of their significance. Through a compendium of the different oral and intangible treasures of humankind worldwide, the program aims to draw attention to the importance of safeguarding intangible heritage, which has been identified by UNESCO as an essential component and a repository of cultural diversity and creative expression.
The programme currently compiles two lists. The longer Representative List of the Intangible Cultural Heritage of Humanity comprises cultural “practices and expressions [that] help demonstrate the diversity of this heritage and raise awareness about its importance.” The shorter List of Intangible Cultural Heritage in Need of Urgent Safeguarding is composed of those cultural elements that concerned communities and countries consider require urgent measures to keep them alive.
The programme was established in 2008, when the Convention for the Safeguarding of Intangible Cultural Heritage took effect. Prior to this, a project known as the Masterpieces of the Oral and Intangible Heritage of Humanity has already been active in recognizing the value of intangibles such as tradition, custom and cultural spaces and the local actors who sustain these forms of cultural expressions through a Proclamation. Identification of the Masterpieces also entails the commitment of states to promote and safeguard these treasures, while UNESCO finances plans for their conservation. Started in 2001 and held biennially until 2005, a total of three Proclamations occurred, encompassing 90 forms of intangible heritage around the world.
The 90 previously proclaimed Masterpieces have been incorporated into the Representative List of the Intangible Cultural Heritage of Humanity as its first entries, to be known as elements.Subsequent elements will be added following the assessment of nominations submitted by national governments acceding to the UNESCO Convention, termed as member states, who are each allowed to submit a single candidature file, in addition to multi-national candidatures. A panel of experts in intangible heritage and an appointed body, known as the Intergovernmental Committee for the Safeguarding of Intangible Cultural Heritage, then examine each of the nominations before officially inscribing the candidates as elements on the List.
76 more elements were added on 30 September 2009, during the fourth session of the Committee, and a further 47 in 2010.
Ewa Maria Slaska, kolejny wpis o kotach
Zanim zajmę się tematem właściwym, chciałabym podkreślić, że nagość przestała być tabu nawet na ulicy. Oto plakat wystawy radosnej amerykańskiej malarki hippisowskiej, Dorothy Iannone, zwolenniczki wolnej miłości i emancypacji kobiet, umieszczony na tablicach i słupach ogłoszeniowych w Berlinie. Na wystawie aż się roi od cipek i kutasków, pod tym względem plakat, który sfotografowałam na stacji metra, jest zasadniczo niemal purytański. Tym niemniej dziecię, które stoi niżej (metrycznie) niż dorosły, ma okazję obejrzenia bardzo dokładnie wszystkich kolorowych szczegółów. “A co to?” “Pani.” “A to?” “Pan.” “Aha.”
W związku z tym mogę się przestać martwić tym, że Maryna Over nadesłała mi mnóstwo pięknych aktów z kotami i spokojnie je tu umieścić. W końcu jest marzec, miesiąc kociej erotyki, a ludziom miesiąc obojętny, erotyka zawsze może być kolorowa. Oczywiście może też mieć 50 szarych twarzy, ale to już inna opowieść.
Już raz zresztą pokazałam TU bardzo piękny akt kobiecy w nader niezwykłej perspektywie. Był to obraz Mary Beth Mackenzie, też zresztą Amerykanki, podobnie jak Iannone.
Muszę przyznać, że współpraca z Maryną owocuje coraz to nowymi odkryciami – nie znałam Mary Beth Mackenzie, nie znałam też Alexa Colville. Ale też Maryna zna historię sztuki i sztukę jak mało kto.
Kanadyjczyk. Urodził się w sierpniu 1920, umarł w zeszłym roku, 23 lipca 2013. Miał 93 lata, niby dużo, ale ponoć my wszyscy dożyć możemy takiego wieku, a Wy żyć będziecie nawet 150 lat.
W roku 1942 zaciągnął się dobrowolnie do armii kanadyjskiej, brał udział w walkach w Europie, gdzie nadano mu funkcję i tytuł malarza wojennego. Po zakończeniu działań wojennych przebywał w Niemczech, gdzie stworzył cykl obrazów o okrucieństwach obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen.
Najsłynniejszy jego obraz to Podróż na Wyspę Księcia Edwarda (1963), ale kto by się spodziewał Ani z Zielonego Wzgórza, to się bardzo zdziwi, bo zobaczy kanadyjską wersję socrealistycznego obrazu Wojciecha Fangora (Postaci, 1950). Kobiety ze szkłami zamiast oczu. (Fangor po lewej)
Carmen Aldunate, Dom publiczny z kotem
Aldunate, chilijska malarka i feministka, urodziła się w roku 1940 – że jest feministką, widać gołym okiem. Kobieta na obrazie ma nie tylko nogę w gipsie (wybitnie nieerotyczny szczegół), ale też surowe spojrzenie istoty całkowicie niezależnej, a kot jeszcze to wrażenie potęguje. Ani kot ani prostytutka nie są przymilne i nie robią nic, by się przypodobać mężczyźnie.
Carmen Aldunate maluje zazwyczaj stylizowane i uwspółcześnione kobiety renesansowe – ślady jej stylu widać w nakryciu głowy prostytutki i tapecie.
Felix Vallotton, Kobieta z kotem 1919
Urodził się w Szwajcarii, żył w latach 1865-1925, działał w Paryżu.
Takie były czasy, wszyscy artyści albo mieszkali w Paryżu albo chcieli tam zamieszkać. Nazwa polskiej grupy artystycznej – kapiści – pochodzi od liter KP, skrótu “Komitetu Paryskiego”, czyli Komitetu Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów na studia malarskie do Francji, zawiązanego w 1923 roku przez Józefa Pankiewicza na krakowskiej ASP.
X
I na zakończenie Pablo Picasso, kobieta z kotami na śniegu.
Pablo Picasso był miłośnikiem kotów, tym bardziej więc zastanawia motyw tego obrazu. Osobiście nie chciałabym jako modelka kucać nago na śniegu, a nawet Picasso nie zdołałby skłonić Schyzi do tarzania się w białym, zimnym, brrr…
Obraz Picassa Dora Maar z kotem z roku 1941 został właśnie sprzedany w Sotheby’s w Nowym Jorku za 95,2 milionów dolarów. Nie pokazuję go tu, bo Dora Maar, młoda argentyńska przyjaciółka Picassa, w okresie, gdy artysta miał 55 lat, jest na tym obrazie ubrana. Tytuł obrazu jest nieco zagadkowy, bo podobno nie każdy potrafi odkryć na nim kota. Proszę bardzo, gdzie jest kot?
Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej
Noc smutna zapada już
śpij synku mój, oczy zmruż
knut wznosząc, bat i kij
śpij długo, synku mój, śpij
Kiedy śmiertelny wrzał bój
śpij cicho, śpij, synku mój.
Leć wzwyż i rychło wróć
Wtedy się synku zbudź
Znalazłam ten karteluszek w książce o odszkodowaniach wypłacanych robotnikom przymusowym za niewolniczą pracę w czasie II wojny światowej. Wypożyczyłam tę książkę z biblioteki i miałam w domu raptem dwa tygodnie, nie tak długo zatem, by nie pamiętać, co robiłam. Nie przypominam sobie, bym wkładała do niej jakiekolwiek notatki, świstki czy karteluszki. A już na pewno nie te z notatkami Mamy. To książka potrzebna do napisania referatu naukowego, a nie do rozmyślań o Mamie. A jednak ten karteluszek tam był. Nigdy go przedtem nie widziałam. Nie wiem, co to za tekst, nie wiem, skąd się wziął, od dawna już wprawdzie szukałam takiego dość podobnego karteluszka z pewnym fragmentem z Burzy Szekspira, tym o ojcu spoczywającym na dnie morza, ale nawet nie wiedziałam, że jest jeszcze jakiś inny. Gdzie był, jak się wyłonił z zaświatów, dlaczego znalazł się w tej książce? Ten z piosenką Ariela był w skrzynce z biżuterią, a może w skrzynce z szyciem – byłam pewna, że będzie tam na zawsze, ale zniknął.
Burza była ukochaną książką Mamy. Posiadała dokładnie taki, stary piękny, nader nadgryziony zębem czasu egzemplarz po angielsku z ilustracjami Edmunda Dulaca, wydany przez wydawnictwo Hodder & Stoughton w Londynie. Książka nie ma daty wydania, ale w Internecie znajduję wiadomość, że jest to wydanie z 1908 roku. W jego skład wchodziło też 500 egzemplarzy numerowanych i sygnowanych przez artystę. Jeżeli nie są zniszczone, osiągają cenę od 1700 do ponad 2500 dolarów. Mam tę książkę na półce. Nie sygnowaną, oczywiście. Kosztowałaby około 170 funtów angielskich. Ale nie sprzedałabym jej nawet za dziesięciokrotną sumę. Jest to ostatnia rzecz, którą dostałam od Mamy tzw. ciepłą ręką czyli za życia. Był maj 1995 roku. Przyjechałam do Gdańska i było to moje ostatnie prawdziwe spotkanie z Mamą, gdy przyjechałam następnym razem, w sierpniu tego roku, leżała w komie i już nigdy się z niej nie wybudziła. Wtedy, w maju zdarzyły się dwie znamienne rzeczy, które powinny nam były powiedzieć, że Mama wie, że wkrótce odejdzie. Umarła wskutek urazów odniesionych w wypadku samochodowym, było to więc przeczucie, a nie świadomość chorego człowieka. Mama zawołała Kasię i mnie do swojej pracowni i powiedziała, że chciałaby nam coś dać i że mamy sobie wybrać. To ja jestem ta pyskata w rodzinie, otworzyłam więc pysk, żeby napyskować, że nie chcemy i sobie nie życzymy, po czym się zamknęłam… Uświadomiłam sobie bowiem, że jeżeli Mama tak chce, to jest to jej prawo i nie mnie decydować, że powinno być inaczej. Nie pamiętam, co wybrała Kasia, może obraz z Madonną, ja bez zastanowienia poprosiłam o Burzę.
Burza jest oczywiście też księgą o morzu, wodzie
i duchach, tak jak Odyseja i Mała Syrenka. Pisałam już o morskich grafikach Mamy, o jej umiłowaniu rusałek, ondyn, morskich bogiń, syren i trytonów,
a także wszystkich dziewcząt, przechadzających się brzegiem morza. To zauroczenie Burzą przeszło zresztą na nas obie, bo niby dlaczego debiutancka powieść mojej siostry nazywa się W ogrodzie Mirandy (Wydawnictwo Literackie 2008)? Bohaterka, prozaiczna Mirka, wybiera sobie taki pseudonim. Taki właśnie pseudonim. Przecież nie przez przypadek.
Podczas tego pobytu zdarzyła się też druga dziwna sprawa. Byliśmy wszyscy na kolacji u Kasi. Po jedzeniu Mama usiadła na kanapie, poklepała ręką miejsce obok siebie i dała mi do zrozumienia, że mam koło niej usiąć. Usiadłam, a Mama wzięła mnie za rękę i powiedziała – “przecież mnie kochasz”. To “przecież” jest tu bardzo ważne, bo oczywiście ją kochałam, ale też, oczywiście, miałam z nią dużo na pieńku. Wielokrotnie próbowałam z nią o tym rozmawiać, nie po to, żeby coś zmienić lub poprawić, wiedziałam, że to niemożliwie, nawet nie po to, by przyznała mi rację, tylko po to, żeby zrozumiała, z czym się borykam i dlaczego mi tak ciężko. Ale Mama uporczywie odmawiała jakiegokolwiek udziału w moich zmaganiach. Gdy więc teraz, gdy siedziałyśmy obie na kanapie, stwierdziła, że ją kocham, zderzyły się ze sobą jej uparta wola i moja, wydawałoby się, równie uparta. To ja ustąpiłam. Już już miałam powiedzieć – “tak, ale…” – i zrezygnowałam z tego “ale”. Pozostało tylko “tak”.
Następnego dnia wyjechałam do Berlina. Po kilku miesiącach Mama nie żyła.
***
PS. Ogólnie jest więc tak, że w sumie powinny być dwa karteluszki. Jeden, który tu pokazałam, ale nie wiem, co na nim zostało zapisane, i drugi, ten którego nadal szukam, piosenka Ariela w tłumaczeniu Mamy.
Ojca morskie tulą fale;
Z kości jego są korale,
Perła lśni, gdzie oko było;
Każda cząstka jego ciała
W drogi klejnot się przebrała
Oceanu dziwną siłą.
Nimf pogrzebny słyszysz dzwon?
Tłumaczenie Leon Ulrich
***
Bardzo proszę o pomoc. Jeśli ktoś rozpozna tekst na karteluszku, a jest to na pewno tłumaczenie, i przyśle rozwiązanie dręczącej mnie zagadki, dostanie nagrodę.
RD autor wczorajszego wpisu czyli Ryszard Dąbrowski
przysłał mi mój własny tekst o jego wystawie napisany przeze mnie dokładnie 10 lat temu, w lutym 2004 roku! W tekście pojawi się nawet wczorajsze Naunders.
Ewa Maria Slaska
Tekst do wystawy fotograficznej Ryszarda Dąbrowskiego „Przypadkowa przeszłość” eksponowanej w marcu i kwietniu 2004 roku w „Małej Galerii” w Gorzowie Wielkopolskim.
Przypadkowa przeszłość
Gdy fotografik prosi pisarkę o napisanie tekstu do katalogu wystawy, musi się liczyć z tym, że zamówiony produkt okaże się raczej zestawem myśli literackich niż fachową analizą prezentowanego materiału. Gdy Ryszard Dąbrowski, którego znam już prawie dwadzieścia lat, poprosił mnie o refleksje na temat wystawy PRZYPADKOWA PRZESZŁOŚĆ sprawa okazała się – przypadkowo? – o tyle ciekawsza, że jestem nie tylko pisarką, ale również z wykształcenia archeolożką, a zatem człowiekiem profesjonalnie zajmującym się przeszłością. Przypadkową? Zazwyczaj tak. Z czym bowiem ma do czynienia archeolog, jeżeli nie z przypadkowymi, materialnymi fragmentami minionego czasu, z których to przecież umysł badacza a nie uczestników historii tworzy pewien, tylko pozornie spójny, a naprawdę dowolny i przypadkowy obraz przeszłości. Prace Dąbrowskiego okazały się dla archeologa i pisarza (archeolożki i pisarki) inspirującym materiałem do przemyśleń.
Dąbrowski twierdzi, że od ponad dwudziestu lat zbiera pierwsze, niedoświetlone, na poły doświetlone lub „strzelone na rozgrzewkę” klatki filmów. Można by powiedzieć, że powstała z tego kolekcja, zbiór czy archiwum, a jednak nie użyłabym tu żadnego z tych słów. To nie pasja zbieracza przyświecała wrzucaniu do szuflady tego narastającego latami stosu ścinków, odpadków normalnej, codziennej pracy człowieka parającego się fotografią. Nie było to archiwum badacza, bo Dąbrowski nie opatrzył poszczególnych fragmentów datą czy opisem. Ale nie był to w żadnym razie śmietnik. Najbliższą analogią tego dziwnego zbioru wydaje się żydowska geniza, miejsce, gdzie wrzucano wszystko, co zostało napisane, a aktualnie nie było potrzebne. Słowa pisanego się nie wyrzucało, bo “było u Boga”, wszystko wędrowało do genizy, czy była to wielka gliniana amfora, jaskinia skalna czy komórka, schowek, skrytka. Z sześciuset zgromadzonych negatywów czarno-białych fotografii, dwieście klatek zostało przez artystę dopuszczonych do następnego etapu, do selekcji tego, co można i chce się pokazać odbiorcy. Dopiero ten etap, twierdzi Dąbrowski, był prawdziwym działaniem twórczym. Do finału doszło czterdzieści zdjęć.
Zwoje z genizy w Qumran odsłoniły genezę wielu tekstów biblijnych, były cennym materiałem do badań nad początkami chrześcijaństwa. Wybrane negatywy z „genizy” Dąbrowskiego odsłaniają genezę procesu twórczego. Bo w procesie kreacji nie temat jest ważny, a samo tworzenie. Punktem wyjścia wystawy czterdziestu zdjęć Dąbrowskiego jest NIC. Nieważny, przeznaczony do wyrzucenia, przypadkowo przechowany negatyw. Mniej niż śmiecie będące tworzywem trash-art. Biała płaszczyzna niczego z czarnym śladem klamerki, którą przyczepia się negatyw do wysuszenia. Czerń i biel. Te zdjęcia, mówi Dąbrowski, są miłosną deklaracją. Miłość do niczego? Nie, to miłość do fotografii czarno-białej. Z bieli niczego wyłaniają się przypadkowe momenty. Ale ten przypadek, twierdzi Dąbrowski, to nie tylko pewien moment rzeczywistości, bo również moment, gdy widz zaczyna podlegać czarno-białej magii fotografii.
Zdjęcia działają początkowo jak abstrakcja. Stopniowo jednak dochodzi do głosu rzeczywistość, podłoga, trotuar, kamienny bruk. Pokój, ściana, jakaś pseudonaftowa lampa, jakiś obraz na ścianie i znowu aparat obsuwa się w dół, łóżko, zmięta pościel, pierwszy cień człowieka, pierwszy w serii zdjęć, a może pierwszy w ogóle, zatem adam albo ewa, początek, gen wyjściowy i geneza obecności człowieka w świecie. Świat zastany, woda, drzewo, świat przetworzony, ulica, przystań, schody, to Wiedeń, nagrobek, nagle bardzo wyraźny, z dokładnie dającym się odczytać napisem po niemiecku, Karl Waldegger z Naunders w Austrii umarł, pozostawiając pogrążoną w żalu rodzinę, wieniec i latarnię, pokój dziecka z wielkim misiem, to Berlin. U góry i u dołu czarno-białych zdjęć rytmiczna powtarzalność kodów technicznych, nazwy filmów, numery klatek, strzałki, pokazujące kierunek przewijania filmu.
Coraz mniej bieli, szarość ciemnieje, nie wiadomo, czy noc to moment, gdy zaszło słońce, czy przeciwnie, zaszło, bo nadeszła ciemność ostatniej niemal całkiem czarnej klatki, która przecież jednak nadal była klatką pierwszą, niepotrzebną, odrzuconą, na przemiał, na rozkurz, dla szczurów, do genizy. Na zagładę. Na ocalenie. Na przypomnienie, że był kiedyś czas, gdy to fotograf musiał być mistrzem, by zdjęcie okazało się dziełem sztuki. Gdy to fotograf a nie komputer był autorem efektów, chwytów, tricków, bo to on decydował o naświetleniu, o czerni, bieli, smudze cienia na tle wody. Cyfrowy aparat fotograficzny to mały komputer, który być może wie lepiej niż człowiek, jakie parametry techniczne trzeba spełnić, by zdjęcie było w pełni, w stu procentach udane. W cyfrowym aparacie fotograficznym nie ma pierwszych klatek, które zawsze były nie do użytku. Pierwsze zdjęcie wykonane cyfrowym aparatem fotograficznym jest zawsze tak samo dobre (albo tak samo marne) jak ostatnie. Ta wystawa, mówi Dąbrowski, to moje pożegnanie z fotografią analogową, choć być może jeszcze długo nie kupię sobie aparatu cyfrowego.
„Być może” należy do repertuaru słów o przypadku i jego nieograniczonych możliwościach. „Być może” oznacza, że przyszłość jest niepewna, nieokreślona, zaledwie możliwa. Być może kupię aparat cyfrowy. Być może długo go jeszcze nie kupię. Przyszłość jest niepewna, przeszłość przypadkowa, a teraźniejszość, jak twierdzą naukowcy, trwa co najwyżej trzy sekundy. Tyle potrzebuje mózg, by przetworzyć teraźniejszość w przeszłość. A przecież wszystko, czego ludzkość dokonała na przestrzeni dziejów a człowiek na przestrzeni życia, dokonuje się tylko w teraźniejszości. Być może wcale i nigdy nie udało się nam stworzyć niczego spójnego, żadnej trwałej i sensownej całości, żadnego prawdziwego zdjęcia, może to tylko nasz mózg przez trzy sekundy porządkuje nasz świat i może to, co robimy to naprawdę zawsze i tylko pierwsze zdjęcie. Czasem prześwietlone, czasem niedoświetlone.
Ewa Maria Slaska, …to ma klawe życie
23 lutego wieczorem Róża Stolarczyk napisała w mojej ulubionej grupie Fani Bułata Okudżawy:
Pomyślałam, że trzeba o nim powiedzieć – dziś w nocy zmarł Tadeusz Chyła – cysorz polskiego kabaretu, starego, dobrego i klasycznego stylu.
Wiadomość roznosi się w przeciągu kilku chwil. Na Facebooku wszyscy reagują tak samo, ja zresztą też. Wszyscy ze wszystkim dzielą się youtubową wersją Cysorza, opatrzoną następującym komentarzem:
Opole 1979 rok. Jedna z kultowych piosenek satyrycznych z drugiej połowy lat 70. Słowa: Andrzej Waligórski Muzyka: Tadeusz Chyła
Tadeusz Chyła (ur. 1933) – polski piosenkarz, kompozytor i gitarzysta, znany z wykonywania ballad okraszonych humorem i satyrą. W roku 1968 założył z kolegami śpiewający kabaret Silna Grupa pod Wezwaniem. Należeli tu Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 r.
– Andrzej Waligórski (1926 – 1992) – polski aktor, poeta, satyryk, dziennikarz, długoletni współpracownik Polskiego Radia we Wrocławiu. Genialny tekściarz.
Nie umiem śpiewać niemal nie znam żadnych piosenek na pamięć. Ale znam Cysorza (… to ma klawe życie), i Kniazia Dreptaka (zdumiał się kniaź, koszulę spuścił, co ją miał ściągnąć przez głowę), i Balladę o Mumiach (to nie żadna pokraka w staroegipskim stylu)… Był taki rok, że bez opamiętania słuchaliśmy z moim pierwszym chłopakiem ballad Chyły. Było to zresztą jeszcze w czasach przed Cysorzem. Pewnego dnia, gdy rodzice gdzieś wyszli, a my mieliśmy koniecznie zostać w domu, żeby Kasia nie była sama, odkryliśmy w taśmotece Mamy nagranie jego ballad. Kasia poszła spać, a my migdaliliśmy się w pracowni Mamy na kanapie (w porównaniu z tym, co dzisiaj Bravo zaleca bardzo młodym nastolatkom, byliśmy jednak nadzwyczaj przyzwoici). Była to pierwsza okazja w naszym szkolnym romansie, że byliśmy sami ze sobą, ale oczywiście był też Chyła. I tak już pozostanie. Szkolna miłość, szkolna erotyka lat 60, i wcale nie szkolna, bo wyszukana i dorosła muzyka. Może to była nagrana płyta z 1966 roku, co by oznaczało, że była nadzwyczajnie wręcz świeża – Tadeusz Chyła: Tadeusz Chyła śpiewa własne ballady – ale może były to po prostu nagrania z radia. I Mama i jej przyjaciele godzinami słuchali radia, po to, by “upolować” coś ciekawego. Wydaje mi się znamienne, że bardzo dobrą muzykę puszczano wówczas w Muzyce i aktualnościach, audycji propagandowej, choć była to, tak mi się dziś wydaje, inteligentnie zrobiona propaganda.
Tego chłopaka przestałam kochać, albo on mnie, nie pamiętam. Zresztą wyjechałam do innego miasta na studia, a gdy wróciłam, to przychodził czasem, a ja nie mogłam się nadziwić, bo był taki nieciekawy, taki materialistycznie nastawiony do życia, taki cwany i wyrachowany. Po latach objawił się raz jeszcze w życiu naszej rodziny, co zakończyło się po prostu złowrogo, ale ja już dawno byłam daleko, w Berlinie, za górami, za morzami i nie miałam z tym nic wspólnego, oprócz zdumienia, że człowiek, który był moją pierwszą miłością, mógł się okazać aż taki podły.
Jego więc przestałam kochać, ale napisałabym, że Chyłę kocham nadal, choć, oczywiście, nie napiszę, bo w dzisiejszych czasach nie używa się takich sformułowań…
Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam ich odsłuchać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety, wszystkie zostały już przetworzone. Nigdy ich przedtem nie słyszałam. Prawie miesiąc temu opublikowałam pierwszą część wywiadów, dwa tygodnie temu – drugą, przed tygodniem – trzecią, a dziś – zakończenie.
Anna Sobecka (i Ewa Maria Slaska) o Irenie Kuran-Boguckiej
Za wydanie wierszy zebranych Rafaela Albertiego – “Chłodna mięta mórz”, Wydawnictwo Morskie 1986 – Mama otrzymała stypendium rządu Hiszpanii za najlepsze światowe tłumaczenie literatury hiszpańskiej. Pojechała wtedy do Hiszpanii, gdzie odwiedziła miejsca związane z życiem Lorki.
Anna Sobecka: Czy ta możliwość pozwoliła jeszcze lepiej poznać samego Lorkę? Czy w tych miejscach czuła Pani obecność jego ducha i działanie tej magii?
Irena Kuran-Bogucka: To było trochę inaczej. Więcej uzyskałam w tamtym czasie, jeśli chodzi o działanie ducha, przez to, że to już był ten czas, kiedy się świetnie rozwinęła wiedza o jego poezji. Bo jak wiadomo, jak dyktator doprowadzi czy dopuści do zamordowania poety, to bardzo nie lubi, żeby później o tym mówiono. I ci, co w pierwszych latach po śmierci Lorki próbowali studiować jego życie i twórczość, nie mieli łatwego zadania. Natomiast po powrocie z emigracji, tej Wielkiej Emigracji Hiszpańskiej, poetów emigrantów, a zwłaszcza rodziny Lorki, odkryto mnóstwo nieznanych przedtem materiałów, też studia, już swobodnie prowadzone, poszły dalej. To mi dużo dało. Natomiast, co mi dało na przykład pojechanie do Fuente Vaqueros, miejsca, gdzie Lorka się urodził. Lorka ma taki wiersz, bardzo wczesny, z pierwszego tomu, Książka wierszy – Topole ze srebra. Ja sobie wyobraziłam, nie widząc przedtem tych drzew, że są to topole o takich srebrno szarawych listkach, bo wiadomo, że liście topoli, też wierzby, nie jest bardzo jaskrawozielony. A tymczasem pojechałam tam na przedwiośniu i nagle zrozumiałam, co to są topole ze srebra. Jak jest przedwiośnie, to u nas drzewa na tle już wiosennego nieba są czarne, we Włoszech są seledynowe, złotawe, różowe, a w Hiszpanii są srebrne. W tym wypadku wykształcenie malarskie mi dopomogło do zauważania takich właśnie pozornie błahych, a istotnych dla całego obrazu rzeczy.
Mówiła Pani o poezji Lorki, o jej pięknie i o jej magii. Porozmawiajmy może teraz o samym poecie. Jakim on był nie tylko poetą, ale człowiekiem?
Trudno to powiedzieć. Ja będę próbowała o tym pisać, już mam jakieś maszynopisy, ale żeby znaleźć klucz do rozumienia tej twórczości, warto wiedzieć oczywiście, jakim był człowiekiem? Spróbuję dać odpowiedź i z góry wiem, że ta odpowiedź nie będzie pełna ani kompletna. Wiem, że nie zdołam. Ale też biografowie – najbliżsi przyjaciele – piszą o nim rzeczy tak różne, rozbieżne, wręcz przeciwstawne. A wszystko, co piszą, jest prawdę. Jorge Guillén, jego przyjaciel, rówieśnik i biograf, też poeta, opisuje przyjaciela pełnego pogody, życzliwego, lubianego, w każdej chwili życie jego owiane było natchnieniem, Pablo Neruda mówi – „Nigdy nie widziałem osoby tak pełnej magii, tak radosnej, tak pogodnej, tak serdecznej.” Lorka zresztą wspomina żarty i figle, z czasów swoich studiów zwłaszcza, natomiast w przedmowie do drugiego wydania dzieł wszystkich Vincente Alexander, noblista późniejszy, też rówieśnik i przyjaciel Lorki, pisał: „miał serce zdolne do namiętności, jak rzadko kto, a zdolność do miłości i cierpienia uszlachetniała jego czoło”. Wiele kochał, w co nie chcieli wierzyć ludzie powierzchowni i cierpiał przez tę miłość bardziej niż ktokolwiek przypuszczał. Jego bardzo dobry znawca, którego poznałam w Hiszpanii, Miguel Garcia Posada – Garcia nie znaczy, że był krewnym, to bardzo pospolite nazwisko – w odniesieniu do Lorki używa słowa „wieloosobowość”. On miał mnóstwo wcieleń i żadne z nich nie było imitacją, każde było jakimś autentycznym fragmentem jego osobowości i odczuć.
Jak wyglądał?
Zdjęcie pokazuje Andaluzyjczyka o gładkich czarnych włosach, ciemnych oczach, dość takich grubo ciosanych, właściwie chłopskich rysach. Zdjęcie nam nie mówi NIC. Jego przyjaciel, który z nim się na przestrzeni lat spotykał, Carlos Morla Lynch, który napisał zresztą książkę „W Hiszpanii z Frederikiem”, notuje takie słowa: „nie można utrzymywać, że Lorka jest piękny, ale nie można też twierdzić, że tak nie jest, gdyś bije z niego coś, co budzi powszechną sympatię.” Musiał być nie urodą, lecz osobowością fantastyczny. Bo tak to nie odróżniał się od średniego wyglądu Andaluzyjczyka tamtego czasu, był też średniego wzrostu, i, jak Pani wie, do starości nigdy nie doszedł – nie wiadomo, jak starość wyżłobiłaby tę twarz. Ale jeszcze trzeba dodać, że niezależnie od ładunku, jaki niesie jego poezja, ktokolwiek się z nim zetknął, choćby pobieżnie, przez wiele lat go nie zapomniał. Jego przyjaciel, admirator wielki, chwilami też i rywal, Rafael Alberti, jeszcze 40 lat po jego śmierci, w latach 70, pisał – „spróbuję opisać ten pejzaż, ale czy ja dam radę, lepiej by to zrobił Federico”.
A nad czym Pani teraz pracuje?
Między innymi jest to absolutnie nikomu nie znany, nie istniejący w całości fragment tomu „Sonety ciemnej miłości”, które dopiero w ostatniej dekadzie zostały odkryte w licznych jak wspominałam, brulionach, przywiezionych przez rodzinę, która uszła do Ameryki przed prześladowaniami. I tych sonetów nie zna niemal nikt, mało kto widział, niemal nikt nie tłumaczył. Ja mam wszystkie, jakie istnieją, nikt nie wie, czy wszystkie ocalały. Istniejących jest jedenaście. Bardzo piękne, wstrząsające erotyki, o tyle osobliwe, że sonet nie był ulubioną formą Lorki.
***
Cierpienia miłosne
Ten ogień, który pochłania i nęka,
Ten pejzaż szary od końca do końca.
Ten ból przez jedną myśl spośród tysiąca.
Ta niebios, świata i chwili udręka.
Ten płacz krwi, która zdobić się nie lęka
liry bez tętna; ta żagiew paląca.
Ten ciężar morza, co w odmęt mnie strąca.
Ten skorpion w piersi mojej – co za męka!
Wieńcem miłości są, rannego łożem,
gdzie ja, bezsenny, śnię, że jesteś ze mną
w mej piersi, pośród ruin i zniszczenia.
I choć roztropność ocalić mnie może,
twe serce stwarza mi dolinę ciemną
cykuty, gorzkiej wiedzy i cierpienia.
z tomiku “Sonety ciemnej miłości” Instytut Wydawniczy Świadectwo, Bydgoszcz 1994
Czasy były takie, że Mama bardzo ostrożnie podchodziła do tematu miłości homoseksualnej w życiu Lorki. Dziś, po 20 latach europejskiej dyskusji o homoseksualizmie i po filmie Paula Morissona “Little ashes” (“Popiołki”) z roku 2008, homoseksualizm poety dla nikogo nie jest już mroczną tajemnicą. Piszę o tym, bo pamiętam, ile wysiłku kosztowało Mamę tłumaczenie tych sonetów tak, by nie było wiadomo, czy obiektem miłości jest kobieta czy mężczyzna.
Wróćmy jednak raz jeszcze do spisanego tu i prezentowanego przez ostatnie tygodnie wywiadu Anny Sobeckiej z Mamą. Wywiad kończy się tą właśnie muzyką: