Barataria na Saskiej Kępie

Ewa Maria Slaska z inspiracji i przy nieocenionej pomocy Eli Kargol

Ela zapytała na czacie: “Ewa, znasz Donkichoty Osieckiej? Ja nie znałam.”
Ja też nie. Ela nadesłała więc linka.

Donkichoty, liczba mnoga, rzeczownik odrzeczownikowo-dwurzeczownikowy, polski z francuskiego, ten zaś z hiszpańskiego.
Donkichoty są wprawdzie jak ich pierwowzór smętne, czy też smętnej postaci lub takiegoż oblicza, ale nic w nich z wojowniczości Don Kichota. Są zagubionymi ludzikami i wiodą swoje nieważnie najważniejsze ludzikowe życie w głębokim peerelu. Gdy byli młodzi, nosili okulary i jak to okularnicy, snuli się pojedynczo lub parami po życiu studenckim, licząc na to, bo wszyscy na to liczyliśmy, że coś z nich i z nas będzie, coś nam się w tym zwyczajnym życiu przydarzy, państwo da nam dworek-oblęgorek jak Sienkiewiczowi, za to że z tego snucia się wyniknie nagle coś nadzwyczajnego, że wszyscy zostaniemy cervantesami i napiszemy najbardziej poczytną książkę na świecie. A zamiast tego trafiło nam się zwykłe peerelowskie ludzikowe zwyczajne życie do przeżycia.

Agnieszka Osiecka
Ballada o Donkichotach

Z domków koślawych na Pradze
Z bloków, kamienic i ruder
Idą przez ranek i sadze
W tramwaje wsiadają rude

To Donkichoty, to Donkichoty
Jadą do pracy, do biur
Wiszą pęczkami, ciągną nosami
To Donkichotów chór

To Donkichoty, to Donkichoty
Każdy z miesięcznym się pcha
Od poniedziałku aż do soboty
Trzydziestką albo 102

Włażą na piętra po paru
Na coś czekają, gdzieś gonią
Coś tam mamroczą wśród gwaru
Machają rączkami, dzwonią

To Donkichoty, to Donkichoty
Chcą się docisnąć do drzwi
Piszą podania, gniotą ubrania
To Donkichotów dni

To Donkichoty, to Donkichoty
Drą się, szamocą i klną
Kręcą się w kółko aż do soboty
Papiery lecą im z rąk

Wieczór przychodzi na Pragę
Siedzą znużeni nad miską
Kto by tam tracił odwagę
Już jutro załatwią wszystko

To Donkichoty, to Donkichoty
Żony ich kładą do snu
W kątach kamienic chrapią zmęczeni
To Donkichotów bór

To Donkichoty, to Donkichoty
Każdy wiatraki swe śni
Od poniedziałku aż do soboty
Sześć nocy albo sześć dni

Krzyk żaden nocy nie rozdarł
Żaden Cervantes nie płacze
Milczy poezja i proza
Don Kichot wychodzi na spacer

Agnieszka Osiecka mieszkała na Saskiej Kępie, co od razu czyni z tego wpisu nie tylko kolejny dowód na to, że Don Kichot jest wszędzie, ale pozwala uznać go za przyczynek baratarystyczny, bo Saska Kępa była kiedyś wyspą (jasne, Kępa). A każda wyspa mogła być ongiś ową Baratarią, która, raz tylko wymieniona w Don Kichocie z nazwy, okazała się ideą niezwykle trwałą. To tu Sancho Pansa, i to bez pomocy Don Kichota, okazał się sędzią przenikliwym i sprawiedliwym, a politykiem rozsądnym, praktycznym, skromnym i umiejącym dobrze rozpoznać, co potrafi, a czego nie. Ba, wszak nie tylko iż nasz Brzuchacz potrafił samokrytycznie stwierdzić, że nie jest walecznym wojakiem, to jeszcze wyciągnął z tego wnioski, uznał, że nie pomógł swoim podwładnym w czasach zagrożenia wojennego i zrezygnował ze stanowiska.

Ludzie, pokażcie mi takiego polityka, takiego, który odejdzie, sam, z własnej woli, rozpoznawszy, że się nie nadaje.

No więc ta Saska Kępa. “Kiedys tam byli Holendrzy,” napisała Ela, “może i mieli wiatraki.” 

“Osiecka też ma pewne cechy błędnego rycerza. Dulcyneą to ona może też częściowo była, Don Kichotów było wielu. Prędzej jednak to ona była Donkichotką. Miała swoją wyspę i podobno kajak, którym przemieszczała się na drugi brzeg.”

Wiem, kochani Czytelnicy płci wszelakiej, nic nie rozumiecie. Ja też nie wszystko…




Powtórka z Turmstrasse

EMS: od jakiegoś czasu przypominam tu ulubione wpisy, które powstały na tym blogu w ciągu 11 lat jego istnienia. Nie zawsze umiem powiedzieć, dlaczego je lubię, albo dlaczego utkwiły mi w pamięci. Ale tak jest.

Ela Kargol

Nie wiem kim jest artystka, wiem tylko, że jest kobietą. Sztukę swoją wystawia na i przy Turmstraße w Berlinie, nie zważając na jej ulotność.
A ulotność bierze się stąd, że, jak każdy rodzaj street art, narażona jest na działanie warunków atmosferycznych, zamierzony lub niezamierzony czas jej trwania i ingerencję osób trzecich.
Artystka z Turmstraße jest konsekwentna w tym co robi, nie dbając o poklask i zachwyty.

Continue reading “Powtórka z Turmstrasse”

Per ardua ad astra

Ela Kargol

Na stokach Poznańskiej Cytadeli, dawnego fortu Winiary położonych jest sześć cmentarzy. Jeśli liczyć te, których już nie ma, to dużo więcej. Na mogiłach żołnierzy armii niemieckiej z czasów I wojny światowej, chowano następnych bohaterów. Na dawnych cokołach ustawiono nowe pomniki.

Oprócz czterech cmentarzy wojskowych, są dwa cywilne, a właściwie pozostałości po nich.

To było rok temu, krótko po święcie zmarłych, a tuż przed poppy day. Wybraliśmy się rodzinnie na stoki cytadeli w poszukiwaniu grobu, o którym krótko przedtem się dowiedziałam.

Jedyny grób w tym miejscu z gwiazdą Dawida. W końcu znalazła go wnuczka, ale po dokładnym wejrzeniu w księgę planu grobów się tam znajdujących. Cmentarz Wojenny Wspólnoty Brytyjskiej w Poznaniu został założony w 1925 roku. Jest to jedyna taka nekropolia, która powstała na ternie Polski przed II wojną światową. Oprócz tego cmentarza są w Polsce jeszcze cztery tego typu miejsca, w Krakowie, w Malborku, w Lidzbarku Warmińskim i w Popielowie. Opiekuje się nimi Komisja Grobów Wojennych Wspólnoty Narodów (Commonwealth War Graves Commission), do roku 1960 zwana Komisją Grobów Wojennych Imperium Brytyjskiego.

Continue reading “Per ardua ad astra”

Baby cmentarne 2

Ela Kargol

Ciekawe, że cmentarze, które odwiedziłyśmy pierwszego dnia, to dwa cmentarze św. Mateusza. Stary (ten, gdzie leżą Bracia Grimm) i nowy, tam gdzie leżą między innymi nasza przyjaciółka Joasia i niegdysiejszy założyciel i redaktor polonijnego czasopisma Pogląd – Edward Klimczak.

Potem przez dwa dni Ewa i Krysia chodziły samodwa, a jeszcze następnego dnia znowu ja ruszyłam na cmentarną wędrówkę.

To zdjęcie z kotem jest zrobione na cmentarzu św. Mateusza (Neuer St.-Matthäus-Kirchhof), cmentarzu w zaniku, oddanego naturze, tak jak cmentarz Brücknera.
https://de.wikipedia.org/wiki/Friedhof_Priesterweg

Wiersz o kocie Szymborskiej powstał w jakiejś messendżerowej rozmowie, a że jest przecież stulecie urodzin poetki (1923 – 2012) – to może pasuje.

Na śmierć poetki
Umrzeć tego nie robi się kotu.
W końcu i tak umarła.
Co zrobić ze śmiercią,
jak nie ma się kota.
Umiera się łatwiej?
Głupota


A zdjęcie w wianku na głowie pani, która jest stałą klientką kawiarni Finovo na Starym Cmentarzu św. Mateusza i nawet po zamknięciu jej nie opuszcza, kojarzy mi się najpierw z Barankiem, a potem z Dziadami.
https://www.youtube.com/watch?v=DqBuIaa2-_s

Na głowie kraśny ma wianek….
Deszcz jej niestraszny,
mróz ani wiatr.
Czasami zmienia wianek,
czasami ktoś
jej coś podrzuci.
Ostatnio kalosz,
może na jesienne słoty.

W sumie tu nie ma żadnego wiersza, tylko spostrzeżenie

A to jest Friedhof Grunewald, zwany ze względu na swoje połozenie wyspą śmierci
https://de.wikipedia.org/wiki/Friedhof_Grunewald

Ruhestätte
Das Leben flüchtet mit dem Zug.
Zügig.
Begegnet die Liebe,
die nimmer aufhört
und ruht im Frieden.

I wreszcie cmentarz artystów na Stubenrauchstrasse. Leży tam Marlena Dietrich a także nasza przyjaciółka Viki, ta, z którą zaprzyjaźniłam się już po jej śmierci. Idąc do Marleny kierowałam się zawsze aniołem. Bo wysoki i miał oko na wszystko. Anioł okazał się kobiecą postacią opłakującą. Zszedł ( w zasadzie zeszła) z piedestału. Oparła się o drzewo, a ponieważ ją do niego przywiązano, stoi, marznie i moknie. Obraz nędzy i rozpaczy….i przemocy wobec kobiet. Z cyklu: cmentarne baby.

Dziady, a raczej – baby cmentarne 1

A jesień była złota i purpurowa.
I nic jej nie brakowało.
Tylko ich już nie było.
Tych, którzy odeszli.
I wiecznie odpoczywają.
Na kamiennej płycie
zostawili po sobie
imiona i nazwiska.
I daty.
I pamięć


Jeszcze róża spóźniona
Nad mogiłą zakwitła.
Wiatr ją ukołysał
I pomodlił sie krótko.
Potem dmuchnął
Purpurą i złotem
I odleciał
Do wiekuistej światłości.

***

Parkfriedhof Tempelhof. Koniec pewnej historii. Tak wygląda w listopadzie 2023 roku miejsce po grobie profesora Aleksandra Brücknera. Ostatni raz zapaliłyśmy im świeczki, profesorowi i Emmie… Niech im tam będzie dobrze w tym nowym miejscu, na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, gdzie ich uroczyście pochowano 29 września 2023 roku. To już czwarty cmentarz, na którym pochowana została urna z prochami profesora i trzeci jego żony.

Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to niech sobie poczyta np. TU.


I w proch sie obrócił
na własne życzenie.
I w każdym z grobów
zostawił część siebie.
Który cmentarz
mu domem?
I która mogiła?
Nie wiem

___

Cmentarz, na którym leżał profesor, przestał już istnieć – zostały trawniki, aleje i wspaniałe drzewa. Ciekawe, co tu kiedyś będzie? Chciałoby się wierzyć, że park, ale naokoło są tereny przemysłowe i zapewne stary cmentarz też zostanie oddany firmom, które będą się tu budować.

Obok cmentarza, gdzie się już od lat nie grzebie ludzi, znajduje się cmentarz naszych “braci mniejszych”, kotków i piesków, i ten przynajmniej jest pełen życia.

___

Stary cmentarz św. Mateusza na Schönebergu, tam gdzie leżą bracia “więksi” – Wilhelm i Jakub Grimm. Niedaleko od nich grób May Aim, poetki ghańsko-niemieckiej, o której opowiadamy w naszej grze / wycieczce po Kreuzbergu, “Quest for Women”. Tak bywa, kobieta ma grób na Schönebergu, a ulicę i tablicę pamiątkową na Kreuzbergu.

___

Na tym samym cmentarzu grób Franza Theodora Kuglera, też poety, tym razem berlińsko-szczecińskiego. Był to bardzo popularny autor, pisał sztuki teatralne, piosenki, wiersze. Stworzył m.in. pewną piosenkę , która się potem bardzo źle zapisała w historii i pamięci Europy. Był to zabawny marsz o Adelajdzie z refrenem: Heidi Heido Heida, co potem przkształciło się w hejli hajlo, hajla. Piosenka o Heidi czyli Adelajdzie stała się ulubioną piosenką żołnierzy Wehrmachtu i do dziś kojarzy się z wojną.

W roku 2023 w Gdańsku w czasie Jarmarku Dominikańskiego ktoś zaśpiewał tę piosenkę i zrobił się z tego wielki skandal.

___


Tuż obok grobu Kuglera znajduje się tablica nagrobna zamachowców na Hitlera, cenotaf. Zaraz po egzekucji zostali tu pochowani, ale potem ich ciała usunięto. Na rozkaz Himmlera odtransportowano je do krematorium na Weddingu, gdzie zostały spopielone. Prochy wywieziono i rozrzucono na tzw. polach irygacyjnych (Rieselfelder), tam gdzie spływały ścieki komunalne. Te pola zakładał człowiek, który był twórcą wodociągów i kanalizacji w Berlinie i w Szczecinie – James Hobrecht.

_____

I kolejny szczecinianin w Berlinie, na tym samym cmentarzu – August Lentz, przemysłowiec (produkował cegłę szamotową). W Szczecinie można oglądać jego wspaniale odrestaurowaną siedzibę. tzw. willę Lentza:

___

W międzyczasie byłyśmy jeszcze wczoraj u hrabiego Raczyńskiego, u Feliksa Hilarego Podlewskiego, który był nauczycielem Xiążąt Radziwiłłów i u Julii z Zaplietałłów Bereźnickiej – wszyscy leżą na cmentarzu świętej Jadwigi na Lissenstrasse. Przypomnijmy pewną, jak to nazwała Krysia, ciekawostkę historyczną – siedziba parlamentu niemieckiego, Reichstag, stoi na fundamentach pałacu Atanazego Raczynskiego. A o dwójce pozostałych pisałam już kiedyś TU.

Raczyński miał pecha.
Atanazy na imię.
Oprócz pecha miał pałac
i paradną mogiłę
przy płocie
na granicy
podzielonej Europy.

Tak, oczywiście przy płocie. Tak było, jego mauzoleum zostało jak wiele innych grobów wysadzone w powietrze w czasie, gdy w roku 1961 NRD wznosiła Mur Berliński i potrzebowała miejsca pod zasieki i drogi dojazdowe. I teraz ostał się pod płotem mały grobek, obok słynna cegła, świadcząca, że osoba jest zasłużona dla Berlina, i tablica informacyjna. Czasem ktoś odwiedza pana hrabiego na cmentarzu. Tym razem byłyśmy tylko my.

_____

Na pięknych, starych, berlińskich cmentarzach byłyśmy 1, 2 i 3 listopada 2023 roku.


Zdjęcia: Krystyna Koziewicz, Ela Kargol, Ewa Maria Slaska (zdjęcie May Ayim: Dagmar Schulz)
Wiersze: Ela Kargol
Podpisy i opisy: Ewa Maria Slaska
Ogromna wiedza o Berlinie: Ela Kargol
Starania o zachowanie grobu profesora Brücknera: Ewa Maria Slaska i Anna Kuzio-Weber (od roku 2010)

Siedem kobiet. Siedem bab cmentarnych.

Wieża

Ela Kargol

Jest najwyższym budynkiem w Niemczech. Obok Bramy Brandenburskiej, Reichstagu symbolem nie tylko Berlina, ale z pewnością całych Niemiec.

Córka, która wśród swoich znajomych ma studentów z całego świata i którzy często gubią się w mieście, mówi, że oni wiedzą, iż wzrokiem należy szukać wieży, najwyższego punktu orientacyjnego, a potem już łatwo trafić do domu, na uczelnię, do klubu, gdziekolwiek…

Kosztowała 132 miliony marek wschodnich. W roku 1969 była drugą co do wielkości wieżą telewizyjną na świecie.

Nie mogła być pierwszą.

Wyższą była wieża Ostankino w Moskwie zbudowana dla uczczenia pięćdziesiątej rocznicy rewolucji październikowej.

3 października 1969 Walter Ulbricht i jemu podobni towarzysze dokonali oficjalnego otwarcia wieży, cztery dni później w dwudziestą rocznicę powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej otwarto wieżę dla zwiedzających.

Nikt wtedy z nich nie przypuszczał, że 21 lat później 3 październik nie będzie się nikomu kojarzył z rocznicą otwarcia wieży, ale z zupełnie innym świętem, a mianowicie Dniem Jedności Niemiec (Tag der Deutschen Einheit), świętem narodowym, dniem wolnym od pracy.

3 października 1990 r. wszedł w życie traktat zjednoczeniowy, na mocy którego była NRD połączyła się Republiką Federalną.

NRD przestała istnieć.


Niecały rok wcześniej (w nocy z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989) upadł po 28 latach istnienia Mur Berliński.

Gdyby nie mur i koszty związane z jego budową wieżę zbudowanoby dużo wcześniej i w innym miejscu. Byłyby to wzgórza Müggelberge lub Friedrichshain.

Ale plany uległy zmianie.

Po podziale miasta i po budowie muru zdecydowano się na miejsce bardziej reprezentacyjne, historycznie związane z początkami Berlina, leżące w strefie sowieckiej, w samym środku miasta. Miejsce bardzo zniszczone w czasie drugiej wojny światowej, a z powodów finansowych, a przede wszystkim politycznych nadal niszczone i wyburzane po wojnie.

Na terenie niepotrzebnie usuniętego pałacu (Berliner Schloss), w którym po wojnie odbywały się jeszcze wystawy, miał powstać „pałac stalinowski” (Das Zentrale Regierungshochhaus der DDR) podobny do warszawskiego pałacu kultury. Z pomysłu zrezygnowano. Potrzebowano innej architektonicznej dominanty.

Zdecydowano się na wieżę, przewyższającą o niebo swoją dużo starszą siostrę z Berlina Zachodniego.


A pałac inny niż w pierwotnym zamiarze wybudowano kilka lat później.

Ten pałac też wyburzono, po to, żeby znowu odbudować ten pierwszy, a w zasadzie zbudować jego replikę.

Po zjednoczeniu Niemiec podobny los miał spotkać wieżę.

Wieża jednak została. Od roku 1979 miała już status zabytku i zabytkiem została po zmianie właściciela i ustroju. W jej remonty zainwestowano miliony marek zachodnich, a potem euro. Jeśli kiedyś realizowane będą plany odbudowy Marienviertel, na którego obszarze wieża stoi, to wieża będzie pasować jak pięść do oka, a może właśnie wpasuje się jak ulał w nowe-stare kamienice nowego starego Berlina.

Kto wie, co i kiedy znowu będzie burzone, a kiedy odbudowywane.

Kula, która jest jakby zwieńczeniem wieży, końcówką teleszparaga, miała być czerwona jak komunizm, ale jest srebrna jak garnek. Czasem, jak słońce pozwoli, można dostrzec na niej znak krzyża. To podobno zemsta papieża lub Dibeliusa [Otto Dibelius (1880 – 1967), niemiecki teolog ewangelicki]. Choć architekt wieży (Hermann Henselmann) zapewniał, że to PLUS, plus dla socjalizmu.

A jednak się kręci, powiedział Galileusz, i prawie to samo powiedziały wnuki, gdy wjechaliśmy windą do nieba, a tak naprawdę do wnętrza kuli, która się naprawdę kręci, no może nie cała kula, tylko koło podestu ze Sferą (bo tak nazwano restaurację w wieży).

Cappuccino kosztuje majątek, Currywurst drugie tyle. 20 minut wokół własnej osi, potem można zamówić drugie Cappucino albo „Turm Burger”, albo choćco.

Potrawy przygotowywane są na dole. Podróż w górę musi się opłacać.

Wieża nie ma swojego adresu, często występuje pod cudzym.
Kojarzy sie z położonym w pobliżu placem Aleksandra, z placem, który swą nazwę zawdzięcza carowi Aleksandrowi I. Jedno z wejść do wieży przypisane jest do Panoramastraße, która w sumie nie jest ulicą, ale pozostałością po ulicy z panoramą bitwy pod Sedanem (oglądanej kiedyś w specjalnej rotundzie).
Mało kto używa nazwy Park am Fernsehturm, na którego obszarze stoi wieża. To jeden z parków, którego nigdy bym nie podejrzewała, że jest parkiem.


Młodsza córka urodzona w Berlinie z dumą donosi, że ona, prawdziwa berlinianka, na wieży nigdy nie była. Moja wiekowa sąsiadka, urodzona w Berlinie na Wilmersdorfie w 1943 roku, była tylko dwa razy w Berlinie Wschodnim, w odwiedzinach u krewnych z Zony, wtedy gdy jeszcze stał mur.

Na wieży nigdy.

Gdzie byliśmy w czasie wakacji? Ronda.

Tanja & Joasia

Nasz blogowe podróżniczki napisały właściwie tylko tyle: Ronda! Zrób o tym wpis! To miasto na bloga.

I przysłały zdjęcia. Najpierw takie:

Potem takie:

I w końcu te:

Zacznijmy od końca. Pomnik i zdjęcia prezentują słynną hiszpańską gitarzystkę, tancerkę flamenco i piosenkarkę Aniyę la Gitana, znaną również jako  Ana Amaya Molina lub Anilla la de Ronda (1855-1933). Tańczyła wszędzie, gdzie w Hiszpanii działo się coś ważnego. Spotykali się z nią wielcy tamtego świata. Odwiedzały ją królowe. Pisał o niej Federico Garcia Lorca. Zmarła w Barcelonie w wieku 78 lat. W rodzinnej Rondzie upamiętnia ją doroczny konkurs flamenco.

Miasto jest piękne i jak o nim poczytać, to aż dech zapiera. Jest bowiem położone po dwóch stronach przepaścistego wąwozu. Ma on głębokość 160 metrów, a jego szerokość sięga niekiedy 100 metrów. Po jednej stronie wąwozu leży miasto chrześcijańskie, po drugiej – muzułmańskie, a łączy je kilka niezwykłych mostów.


Więcej można poczytać TU i już zacząć planowanie następnych wakacji.

***

A ja przygotowując ten wpis, zastanowiłam się nad tym, że zapewne wszyscy podróżowaliśmy w czasie wakacji i niektórzy z nas coś o tym napisali. Czyli, jak zaczniemy planować następne wakacje, sięgnijmy i tu.

Konrad poodróżował po Azji przez trzy miesiące, ale przebywał tam ponad pół roku, bo przez semestr studiował w Singapurze. Obiecał, że napisze o tych studiach i podróżach, ale na dużo długich wpisów przyjdzie nam jeszcze poczekać. Jego podróże pojawiły się na blogu już dwukrotnie: Japonia i Korea, a przemieszczanie się pomiędzy wieloma krajami umożliwiały mu samoloty, statki, pociągi i autobusy.

Ja, czyli Ewa Maria, byłam w kilku miejscach, niemal wszędzie bardzo krótko, a docierałam tam najczęściej i najchętniej pociągiem:

Lublin

Amsterdam został zapowiedziany TU, informacją o wielkiej wystawie Vermeera vand Delft. 1 czerwca byłam tam i ją obejrzałam.

Irlandia

Fryzja – Bredstedt, Sylt 1 i Sylt 2

Ela pojechała pociągiem do Amsterdamu, autem na polską wieś i klawiaturą do krainy wspomnień

Amsterdam
Wspomnienia o kurach (uwaga: wspomnienie jest w komentarzu!)
Ogórki małosolne i inne sprawy polsko-niemieckie są TU

Monika opowiedziała nam o pewnej podróży autem do pewnej małej niemieckiej miejscowości
Warthe

a Tabor Regresywny o dwóch podróżach w łodzi (łodzią?)
początek i koniec.

***

I tak sobie myślę, jak to dobrze, że czasem piszecie o tym, gdzie byliście. Dziękuję.

Poniemieckie, pobabcine, podziadkowe, porodzinne

Ela Kargol

Przyznaję, też uległam modzie na poniemieckie. Choć poniemieckość interesowała mnie już dużo wcześniej. Poniemieckość była na wyciągnięcie ręki, mimo że Poznań i Wielkopolska, skąd mój ród ze strony matki, niepodległość uzyskała po Powstaniu Wielkopolskim, a poniemieckość według słownika PWN dotyczy „mienia, ziemi: pozostałych po Niemcach, którzy do II wojny światowej mieszkali na zachodnich terenach dzisiejszej Polski“ czyli ziem tzw. „odzyskanych”. Moje znaczenie poniemieckiego mocno rozszerzam, dla swoich potrzeb.

Urodziłam się w Poznaniu w szpitalu zaprojektowanym przez niemieckiego architekta Heinricha Grüdera. Szpital do dziś jest szpitalem, jak kilka innych szpitali poniemieckich w Poznaniu. W poznańskim Pałacu Kultury, dawnym Zamku Cesarskim – wybudowanym dla cesarza, przebudowanym dla Führera – chodziłam co roku na baliki noworoczne i na zajęcia taneczno-plastyczne. Na poznańskiej Cytadeli bawiliśmy się w poniemieckich fortyfikacjach, na poczcie przy Kościuszki, której budynek zaprojektował ten sam niemiecki architekt, który projektował Zamek Cesarski w Poznaniu, pracowała moja ciocia. A Dąbrówka, (VII Liceum Ogólnokształcące im. Dąbrówki w Poznaniu) za kilka lat będzie obchodzić jubileusz 200-lecia istnienia szkoły, szkoły założonej w roku 1830 jako Luisenschule, najpierw prywatnej, a potem przejętej przez pruski system oświaty. Szkołą polską stała się w roku 1919.

Nie pamiętam niemieckich cmentarzy w Poznaniu. Ten, na którym powstało w latach 60. ubiegłego wieku Osiedle Wielkiego Października, później Pod Lipami, poznałam dużo później, już nie jako cmentarz, ale park, a ten naprzeciwko poniemieckiego szpitala (Evangelische Diakonissen-Krankenanstalt) Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Poznaniu, jeszcze później.

Ale pamiętam inny cmentarz niemiecki, w Sośnicy koło Pleszewa, na który chętnie biegaliśmy i wśród znikających poniemieckich nagrobków uczyliśmy się zaciągać pierwszmi kradzionymi u wujka papierosami. A gdy zabrakło papierosów, skręcaliśmy je z cmentarnej trawy i zdziczałych roślin nagrobnych opakowanych w jakąś PRL-owską gazetę.

Michu, kundel przychodził z nami. Czasem musiał udawać Szarika, a my pancernych. Niemcy leżeli w grobach. Wyobraźnia podpowiadała różne rozwiązania wygranej walki, ba, wojny. Odznaczenia też mieliśmy poniemieckie, prawdziwe, z prawdziwej wojny, tej pierwszej, tej wielkiej, tej dziadkowej w pruskim mundurze. Brat dziadka był za młody, został w domu, w tym domu, niedaleko cmentarza, domu, którego już nie ma, zostało po nim kilka kamieni, które mam sobie odebrać, bo zbieram ślady. Brat dziadka zginął w Powstaniu Wielkopolskim, gdzieś pod Gnieznem, a dziadek wrócił do Polski z żelaznym krzyżem i z Błekitną Armią Hallera.

Ktoś z przytomnych rodziców pozbierał te odznaczenia, te krzyże żelazne, oddał dziadkowi. Dopiero kilka lat temu przepadły.

Moi dziadkowie urodzeni w zaborze pruskim posługiwali się równie dobrze językiem polskim jak i niemieckim. Nawet mama urodzona przed wojną, tą drugą, w Polsce, pracując u Niemca w czasie wojny, nauczyła się języka.

Poniemiecki język bardzo się przydał, gdy ja jeszcze go nie znałam. Posługiwano się nim jak szyfrem. Wszystkie ważne sprawy, które chciano w mojej obecności przemilczeć, omawiane były w języku właśnie poniemieckim, no bo jak go inaczej nazwać? A ja siedziałam jak na tureckim kazaniu. Gdy już zaczęłam uczyć się niemieckiego w szkole, zauważyłam w domu poniemieckie książki, encyklopedie Brockhausa, leksykony Meyersa, powieści, bajki. Nawet Mein Kampf między dziełami Lenina i starymi rocznikami Przekroju był odłożony na piwniczną półkę. Dzieła Lenina oddałam na makulaturę. Przekroje i dzieło Adolfa zostały, tak jak poniemiecki elementarz mojej mamy.

W pierwszej klasie mama uczyła się pisać rysikiem na tabliczce. To było jeszcze w polskiej szkole, w Nowym Tomyślu. W drugiej klasie, w roku 1939, dostała elementarz, który zachował się do dnia dzisiejszego: Die Fibel für den Reichsgau Wartheland Hirt’s Schreiblesefibel. Ferdinand Hirt był prężnym wydawcą. Wydawnictwo działało we Wrocławiu od 1847 roku. W czasie wojny musiało współpracować z reżimem, skoro ukazywały się takie właśnie elementarze z nazistowskimi treściami i ilustracjami.

Na okładce jest zdjęcie Zamku Cesarskiego w Poznaniu, zamku poniemieckiego, o którym już wspominałam. Obok ratusza to jeden z bardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Architektem był Franz Schwechten, ten od Poczty Polskiej w Poznaniu, od Kościoła Pamięci w Berlinie, od ruin Anhalter Bahnhof tamże i ruin Wieży Quistorpa w Szczecinie, ten od budynków poniemieckich i niemieckich, które są i których już nie ma, ten od ruin.

Kilka lat temu odwiedziliśmy z moją mamą jej starą szkołę w Ośnie Lubuskim (dawniejsze Drossen), szkołę, w której mama zdała w roku 1951 maturę, szkołę z czerwonej cegły, dawne Królewskie Ewangelickie Seminarium Nauczycielskie (Das Königliche Lehrer – Seminar). Mama opowiadała o poniemieckich cyrklach i mapach. Myślę, że pomocy naukowych mogło być dużo więcej. Ostatnio takie poniemieckie szkolne skarby, mapy, tablice, filmy, zwierzątka w formalinie oglądałam w szczecińskim liceum, dawnym Stadtgymnasium, obecnie I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Szczecinie.

Jest jeszcze worek na kartofle. Ja go tak pamiętam, długo po wojnie był u nas w domu używany właśnie do przechowywania ziemniaków. Kojarzyłam go z pocztą. Niedawno dowiedziałam się, co znaczy skrót widoczny na worku, że był to tzw. Heeresverpflegungssack (worek zaopatrzenia armii).

Mieliśmy też naczynia, sztućce, niektóre ze swastyką. Przepadły albo zmieniły właściciela. Oprócz jednej popielniczki wmurowanej w filar podpierający taras naszego poznańskiego domu. Była i jest dla niektórych solą w oku. Dla mojego ojca, twórcy tej niezwykłej mozaiki, żartem poniemieckim, wśród skorup chodzieskiej porcelany.

Tak jak żartem jest okładka nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek: Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind, skrywająca w sobie dość intymny pamiętnik mojego taty. Pamiętnik / książkę znalazłam dopiero po jego śmierci.

Tata był również budowniczym domu, tego z popielniczką ukrytą w mozaice. Fundamenty mojego rodzinnego domu stoją na poniemieckiej cegle. Po cegłę jeździłam z ojcem do któregoś z pruskich fortów poznańskich na Winiarach.

Najcenniejszą dla mnie pozostałością poniemieckich czasów jest karmel, karmel ze Zbąszynia, z roku 1940 lub 1941. Cukier dostała babcia od Wilhelmki, jednej z tych „dobrych Niemców”, w tym wypadku Niemki.

Gdy dom w Nowym Tomyślu zajęli Niemcy, a inni Niemcy wyrzucili dziadka z magistratu, to „dobry Niemiec” znalazł dziadkom pracę i mieszkanie w Zbąszyniu. Tam mieszkali jakiś czas w pięknym “pałacyku”. W pałacyku był bank, w którym dziadek pracował, a babcia sprzątała. W pałacyku mieszkała też Niemka Wilhelmka, której mąż był na froncie, syn inwalida, rozczarowany wojną i Hitlerem mieszkał z matką, a drugi syn, wielbiący Hitlera, podczas urlopu odwiedzał brata i matkę. Była jeszcze córka Inga, studiująca w Poznaniu, a gdy weszli Rosjanie chowała się razem z moją mamą pod materace. Babcia razem z Wilhelmką robiły czasem karmelki, z „niemieckiego” cukru. Wilhelmka dzieliła się z wszystkimi wszystkim, co miała.

Nakrętka jest mocno powojenna, ja pamiętam, że butelka miała korek.

Jest jeszcze walizka, która, prawdopodobnie tak jak wyżej wspomniana popielniczka, przyjechała do Poznania z Nowego Tomyśla. Mama opowiadała, że z tą walizką uciekali we wrześniu 1939 z Nowego Tomyśla do Poznania. Inne walizki zostały na dworcu. Była najlżejsza i przy Hände hoch ojciec mamy mógł ją udźwignąć do góry. Resztę musieli zostawić.

W Nowym Tomyślu miałam kuzynki. Każde lato spędzałam kilka tygodni u nich i nigdy nie przyszło mi do głowy, że gospodarstwo ich dziadków stało się ich własnością dopiero po wojnie. Pamiętam poniemiecki piec chlebowy i smak chleba już polskiego, i duże liście chrzanu, w które był zawijany. Dom i zabudowania gospodarcze stoją do dzisiaj. Niedawno pozbierałam stare kafle zburzonego już pieca, kafle produkowane w Fürstenwalde.

Te wszystkie sprzęty wracają pomału do Berlina.

A więc przestają być poniemieckie, stają się znowu niemieckie?

Heim ins Reich, chciałoby się rzec, ale chyba nie do końca.

Chichot historii? Prędzej.

Ja w końcu też wybrałam Berlin, wtedy jeszcze murem podzielony. Poniemieckie historie zostawiłam w Polsce, wybrałam niemieckie.

Powrotne książki zajmują miejsce w szafie Martina, naszego sąsiada, byłego żołnierza Wehrmachtu, którym opiekowaliśmy się w Berlinie aż do jego śmierci, a któremu Polacy zaraz po wojnie uratowali życie. Szafę z książkami i kilka innych mebli zapisał nam w testamencie.

W mojej berlińskiej piwnicy znalazłam właśnie niekompletny miśnieński serwis do kawy. Nie wiem, czy należał do Martina? Córki wstawiły już zdjęcie filiżanek do sprzedaży na ebayu.

Kilka lat temu odkryłam Szczecin i jego stettińską historię. Dzięki szczecińskim pasjonatom, takim jak Michał Rembas, Monika Szymanik, Siłaczka Wiesia, Artur Skiwski, Zuzanna Gonera, Dorota Pundyk i wielu innych szukam śladów, śladów poniemieckiej przeszłości.

Ten krótki mój tekst ukazał się kiedyś na stronie stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V.

Ponieważ stronę przebudowano i linka do tekstu znaleźć nie mogę, cytuję go tu:

W Muzeum Historii Szczecina stoi rower, piękna zielona damka wyprodukowana na licencji szczecińskiej fabryki Stoewer-Werke AG. Aż chciałoby się wsiąść i pojechać, tym bardziej, że wypożyczenie roweru miejskiego przekracza moje możliwości, a właściwie umiejętności i mój stan posiadania gadżetów typu dobry smartfon, aplikacje, online banking itp.

A więc z tęsknotą i zachwytem spoglądam na rower z zakładów Stoewera.

Fabryka ta bardzo dobrze prosperowała przed wojną, produkując nie tylko rowery, ale także maszyny do szycia i pisania, a przede wszystkim szeroko pojęte automobile. Podczas wojny fabryka uległa prawie całkowitemu zniszczeniu. Po odbudowie stała się Szczecińską Wytwórnią Sprzętów Metalowych, później Szczecińską Fabryką Motocykli, a przed upadkiem Fabryką Mechanizmów Samochodowych POLMO.

Rower jest częścią stałej wystawy Hans Stettiner i Jan Szczeciński. Życie codzienne w Szczecinie w XX wieku.

Życie Hansa i Jana ukształtowała wojna. Hans opuszczał w pośpiechu Szczecin, swoją fabrykę lub inne miejsce pracy. Jeśli miał „szczęście”, to został i pomagał Janowi uruchamiać miasto, by w końcu i tak wyjechać. A Jan uczył się miasta od podstaw, zajmując mieszkanie Hansa, które uniknęło cudem alianckiego bombardowania.

Był jeszcze Iwan, który wywoził z miasta co cenniejsze, a potem na długie lata został i pilnowal porządku przez siebie ustanowionego.

Jeżeli zaś, nazwijmy go, Jankiel, jakimś cudem przetrwał wojnę w Szczecinie lub po wojnie do niego przybył, długo tu nie zagościł. Emigrował dalej.

Mogło być tak, jak u naszego kuzyna, którego matka Jadwiga osiadła w Szczecinie, szukając szczęścia i męża na ziemiach odzyskanych. Nie wszystko jej się udało, ale poniemieckie mieszkanie, które przypadło im w udziale, było porządne, jak na tamte czasy. Jan mieszka w nim do dziś. Po śmierci brata stoczniowca, który zginął w grudniu 1970 roku, Hans zacząl wysyłać Janowi paczki z żywnością i lekarstwami. Niedawno wnuk Hansa, szukając śladów dziadka, stanął przed kamienicą przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego, dawnej Beringstraße. Zapukał do drzwi mieszkania Jana, drzwi z otworem na Listy/Briefe, które pamiętają z pewnością jeszcze Hansa.

Szczecin i jego przedwojenna i powojenna historia pochłonęły mnie bardzo.

Wiem, że może tego nie powinnam robić, ale spacerując po Arkońskim Lesie (dawniejszym Eckerberger Wald) w Szczecinie, podchodząc do ruin Wieży Quistorpa zabrałam do plecaka cegłę, których jeszcze tu dużo. Cegłę Schwechtena, której architekt prawdopodobnie nigdy nie miał w ręku. Kiedyś może zamiast kwiatka położę ją na jego berlińskim grobie.

Poniemieckie było z nami tak długo, jak żyli rodzice, uszczuplone przez wojenne tułaczki, przeprowadzki, przez zbieraczy i naciągaczy, przez nas samych, którzy obrastamy w rzeczy i często pozbywamy się tych, których może pozbyć się nie powinniśmy.

Dzisiaj, gdy stoję krótko przed sprzedażą rodzinnego domu i przed pozbyciem się sprzętów, tych, co przetrwały obie wojny, nie tylko tych poniemieckich, ale tych pobabcinych, podziadkowych, porodzinnych i innych, chciałabym je wszystkie zatrzymać, albo umieć zatrzymać te ważne, tak jak zrobili to dziadkowie i rodzice.

Prawdopodobnie niektóre z nich ocalę od zapomnienia, ale kto ocali je potem?

***

Ilustracje

1. Budynki Schwechtena w Poznaniu, Berlinie, Szczecinie


2. Poniemiecki cmentarz w Sośnicy

3. Poniemiecki elementarz, worek, karmel, mozaika…


4. Poniemieckie gospodarstwo w Nowym Tomyślu, tam gdzie bawiłam się z kuzynkami

5. Poniemiecka szkoła mojej mamy w Ośnie Lubuskim


6. Szczecin


7. Szafa Martina 

Czas ogórków małosolnych i węzy pszczelej

Ela Kargol


Czas ogórków małosolnych zaczyna się w Biedronce już na początku maja.
Na półkach obok humusu i guacamoli pojawiają się małe plastikowe wiaderka z małosolną ogórkową zawartością. Każde wiaderko jest na swój sposób nieszczelne i podczas transportu zaznacza wszędzie swoją obecność.
Pochłaniam te biedronkowe małosolniaki aż do sierpnia. W międzyczasie sama coś ukiszę, ale życie małosolnych jest ulotne, trwa za krótko, potem są tylko kiszone i to one zostają mi w kamiennym garnku z koprem, czosnkiem, chrzanem i wspomnieniem po małosolnych, z propozycją na zupę ogórkową.

Zaopatrzona w małosolne wyruszam na tylnym siedzeniu toyoty do krainy jeży i rukonków, pszczół i komarów, starych domów i jeszcze starszych dębów, nieistniejących już pałaców i dworów, rodów szlacheckich i tych bez przedrostka von, do krainy której już nie ma na mapie, ale ciągle gdzieś tam jeszcze jest, we wspomnieniach i wyobraźni, w pamięci drugich, trzecich pokoleń, w pamięci internetu i ludzi z tych stron, przybyłych po roku 1945 i tych, którzy po 1945 stąd wyjechali.

Continue reading “Czas ogórków małosolnych i węzy pszczelej”

Pozdrowienia dla Don Kichota (wiatraki)

Ela Kargol, Krysia Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Żary i okolice

Amsterdam

Berlin

Bredstedt (Fryzja Północna)


Fragment mojej powieści Sen amerykański. Pokolenie Solidarności. Fragment zupełnie niezwiązany z tematem i treścią tej powieści.

Continue reading “Pozdrowienia dla Don Kichota (wiatraki)”