O chorobie jeszcze raz

Dorota Cygan

O chorobie jeszcze raz

Nie ma żartów. Trzeba się spieszyć. Zanim przewrotna wiosna wybudzi nas z półsnu i przerwie  czteromiesięczną autorefleksję, doda bodźca ekstrawertycznym ciągotom – i  wylegniemy na skwery lub ulice promieniejąc miłością do ludzi i gotowością do nieustannej komunikacji bez cienia sensu i żenady. Bez zaglądania w głąb siebie.

Nie wylegajmy jeszcze. Przynajmniej na długość tego tekstu. Zerknijmy za siebie – na rozkopane  łóżko, ciepłe jeszcze od grypy, nasycone planami niedalekiej autorealizacji po utęsknionym ustaniu nawałnicy kataru, grzmocie kaszlu i bezradnym deszczu łez z powodu zarzuconych planów arcyważnych zajęć i przemyślanego w każdym szczególe postanowienia natychmiastowej biologiczno-techniczno-mentalnej odnowy.

Zerknijmy do tyłu: Co do nas napisał w 1937 roku Ernst Penzoldt, autor u nas w zasadzie nieznany, choć przypomniany 3 lata temu na polsko-niemieckiej konferencji  historyków medycyny, i to nie z powodów literackich, tylko dla biograficznego epizodu z okresu wojny, kiedy został pomocnikiem w szpitalu wojskowym dla polskich jeńców w Lodzi w 1939 roku a potem przerobił tę biograficzną surówkę na opowiadanie z lazaretu (Zugänge, tekst z 1941 r, wydany w wyd. Suhrkamp w 1947r). Nie o ten tekst tu jednak chodzi. Zerkamy w przeszłość jeszcze trochę dalej.

W roku 1937 w zasłużonym wydawnictwie Samuela Fischera w Berlinie wychodzi „Wdzięczny pacjent” – mała książeczka, którą trudno zaklasyfikować: ni to opowiastka, ni esej, ale przekonujące słowa ludzkiego wymiaru, układane w zachwycające prostotą zdania bez jakiegokolwiek zaostrzenia  propagandowego. Powiedzenie, że rok 1937 to w Niemczech  moment stabilizacji dyktatury, za mało oddaje ducha tego czasu. Jest to moment, w którym różne sprawy już przestały szokować, dziwić i budzić sprzeciw. Dyskomfort, jaki ludzie czują, polega właśnie na tym, że zmieniły się już paradygmaty. Wymiar indywidualny każdej sprawy przeszedł w kolektywny,  niedomagania chorowitych jednostek kojarzone są automatycznie z upadkiem ducha społeczeństwa i upadkiem kultury, to, co chore, deklarowane jest jako leniwe,  a sam pacjent jako dywersant. Człowiek powoli sam postrzega siebie przede wszystkim jako integralną część społeczeństwa i ma obowiązek przeciwdziałać „zarazie bezwoli” tudzież  wszechogarniającej społecznej „degeneracji ducha i ciała”.

Takie właśnie tło społeczne otacza tę jedną małą książeczkę – świadectwo próżnej subiektywności autora i policzek dla apostołów państwowej służby zdrowia, przywracającej nawet ledwo żywych do służby w imię etosu zdrowia dla celów wspólnoty narodowosocjalistycznej. Dlaczego tylko jedna taka książeczka powstała? O tym za chwilę.

Bohater sytuuje się na uboczu społecznej wspólnoty: „Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że dla biegu wydarzeń jestem zupełnie zbędny. Zawieruszyłem się światu.” Zachowanie się wbrew normie zdrowotnej będzie celebrował konsekwentnie przez cale 100 stron. Pokpiwając z ducha czasu: „Kiedy tak człowiek leży wyciągnięty na łóżku, czuje nagle, jak odlegle mu są nogi, a jak bliska twarz. Człowiek ma w miarę wyraziste poczucie, co mu jest najbliższe – to znaczy, gdzie jest ulokowane jego ja, a przynajmniej – gdzie nie jest”. Bliższa jest bohaterowi perspektywa łóżka, bo to ona bardziej sprzyja  refleksji niż kult zdrowych nóg. Postanawia wiec uczcić tę chorobę i przywrócić jej co nieco z utraconego stylu. Z przymrużeniem oka odwraca wartościowanie społeczne, według którego „chory” i „”zdrowy” to epitety klasyfikujące racjonalną przydatność jednostki wobec zbiorowości. Formułuje przewrotny apel do opamiętania się w dążeniu do zdrowia: „Myślę, że dla niektórych ludzi byłoby całkiem zdrowe, gdyby nagle stali się chorzy. Od decyzji bycia chorym powstrzymuje ich jedynie myśl, ze byliby dłuższy czas zdani na swoje własne towarzystwo. Szybko by się oczywiście okazało, czy człowiek ma sobie coś do powiedzenia i jak długo wytrzyma w swojej obecności. Przypuszczalnie niektóre choroby spadają na nas tylko po to, byśmy mieli czas odrobine pomyśleć o sobie, swojej ważności i o świecie w ogóle.”

I choć perspektywa ucieczki od dyscyplinujących zapędów świata zewnętrznego powoli przechodzi w perspektywę uwiezienia, wbrew wszelkim samozwańczym apostołom zdrowia bohater nadal postrzega  w chorobie wyróżnienie, a nawet honor, zewnętrzne instancje kontrolne traktując z łagodną ironią: Rentgen to dlań instrument kontroli sumienia, badanie krwi służy urzędnikom-lekarzom do określenia politycznej orientacji na podstawie stosunku ilości czerwonych krwinek do białych, zaś otwarcie pokrywy czaszki ma wykryć niesubordynowane myśli pacjenta.

Co zatem, jeśli nie kuratela państwa, jest dla bohatera dopuszczalnym  instrumentem kontroli? On sam.  I trzyma się tego, jakkolwiek niełatwa jest refleksja, że zachorował, bo „nie przyznawał się do siebie samego”, bo nie stanął murem tak za sobą, jak i za swoją chorobą. Zdrowiejąc zostawia czytelnikowi jedną refleksję: „Rozumiem, że wiecznie zdrowych otacza chwała. Ale myślę sobie po cichu, że coś ważnego ich omija.”

Takich tekstów powstało w czasach trzydziestych, czasach jedynie słusznego kultu zdrowia … aż  jeden. Czemu nie więcej? Z obawy przed cenzurą? To jedno możliwe wytłumaczenie. Ale może inne, prostsze, jest też prawdziwsze? Takie, że normę zachowania, według której należy być zdrowym, by nie szkodzić wspólnocie, każdy człowiek z osobna przyjął już wtedy za swoją? Pełna internalizacja rygorystycznej normy przez jednostkę  jako forma adaptacji do stresora. Normy racjonalnie oczywiście słusznej, ale przez to generalnie niepodlegającej dyskusji. Czyli nienadającej się tym samym na tworzywo literackie. Normy, którą egzekwowano bez jakiegokolwiek poszanowania praw jednostki przez 12 lat. Przez wyjątkowość tego tekstu na tle innych z tamtego czasu widać ponadczasową prawidłowość, której podlegamy i my, nie zastanawiając się nad tym ani chwili.

Przypomniał mi się ten tekst, kiedy 3 dni temu leżałam na korytarzu izby przyjęć wśród dwóch tuzinów podobnych nieszczęśników z kroplówką nad głową w oczekiwaniu na wyniki badań. I miałam czas na prześledzenie swoich myśli tego dnia, a także zachowań urzędników zdrowia oraz nas samych, ich klientów. Jeszcze mnie zszokowało, gdy lekarz z pogotowia telefonicznego odłożył ze złością słuchawkę, gdy mu zwróciłam uwagę, że bardziej go interesuje system zdrowotny niż objawy mojej choroby. Ale w chwilę później moja niemiecka socjalizacja nakazała mi schować uszy po sobie i uznać, że przyjeżdżanie do mnie pogotowia mogłoby za dużo kosztować ten gościnny kraj. Jeszcze się uśmiechnęłam na uwagę znajomego, że na tej izbie przyjęć  wszystko wygląda jak w Kabulu – tam też pacjenci są przykryci własnymi płaszczami i mają tobołki pod głowami. Jeszcze mnie razi, że oczekujemy od dyżurnych lekarzy, by działali jak automaty nieczujące zmęczenia, choć widać, ze im się ręce i oczy rozchodzą z przeciążenia. „Mają funkcjonować, to w końcu ich praca, za to im płacą” – to tylko jeden  z wielu nieprzyjaznych komentarzy, jakie padały pod ich adresem w tym stłoczeniu. Ale już mnie nie dziwi, że sama siebie zaprogramowałam na funkcjonowanie. A chorobę zredukowałam do czynnika niesprzyjającego funkcjonowaniu. Czyli: należy usunąć błąd w systemie własnego organizmu i działać dalej. W miarę możności próbując nie liczyć, ile to godzin strat: sześć dni razy 10 godzin nieproduktywności równa się 60 godzin dalej od celu …

–  tylko jakiego właściwie … ? Pomyślę o tym, nim ta bezrefleksyjna wiosna porwie nogi w ruch i każe im sprawnie przebierać na większą chwałę pracodawcy.

Teksty o pożytkach płynących z chorowania mają szansę być przeczytane tylko zimą. Był to więc ostatni moment na przeczytanie tego, blogowcu,  – przeczytania jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca w tym mieście.

A może byśmy następnej zimy przełożyli Penzoldta na polski?

I jak tu wejść w te wiosnę? Patrzę sobie na ornamenty kurzu na szafkach obok lóżka, na złogi tłuszczu zawinione przez zimę, na sterty spraw do załatwienia, bezczelne pająki wygrzewające się w pierwszych ostrych promieniach słońca tego roku … i postanawiam, że może jeszcze trochę pochoruję. Może się dowiem, kim jestem. I nauczę stawać za sobą murem.

I kto tu jest bardziej wredny – ta długa zima czy ta nagła  wiosna?

Brueghel

Dorota Cygan przysłała zdjęcie z okna. Aktualne, bo w Berlinie pada cichy drobny śnieg. Oczywiście skojarzyło się jej z Brueghelem.

BRUEGHEL
Dorota widzi ten park z okna, ja tam czasem chodzę na spacer z Antosiem. To takie miejsce, gdzie czarne chłopaki z Azji i z Afryki, jak pisze Dorota, “uprawiają cichą spokojną dealerkę pod okiem policji, która przejeżdża tamtędy raz dziennie”, a ja dodam, że wtedy, gdy jesteśmy tam my. Antoś zamiata kijem zamarznięty staw i pyta, dlaczego policja jeździ po parku? Antoś ma trzy lata i wie już bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko.

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/e/ed/Pieter_Bruegel_d._%C3%84._106b.jpg

Pieter Brueghel Starszy, z cyklu Miesiące, Styczeń, Myśliwi na śniegu,1565, Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Wikipedia Commons, fotograf nieznany.

Przedmioty użytkowe nie do użytku

Dorota Cygan pisze ze Złotego Stoku:

Kiedy wczoraj pojechałam do mieszkania babci w Złotym Stoku, zamienionego przeze mnie w bezładny skład przedmiotów wszelakich, coś i kiedyś mających wspólnego ze mną, spośród ubitych papierów wychylił się Dusiołek Leśmiana – pełen tekst wystukany na maszynie i odbity przez kalkę przez polonistę, materiał dydaktyczny do rozdania licealistom bodajże w roku 1985. Niby nic takiego, dolna warstwa mojego własnego ‘dyluwium peryferyjnego’ w opuszczonym mieszkaniu pod czeską granicą. Już dawno przykryta innymi warstwami, ani życiowo ani politycznie aktualna, nieprzydatna nawet na rozpałkę z powodu wilgoci. I w ogóle obojętna, u Leśmiana przecież piękniejsze rzeczy stoją. Ale skojarzyłam dwa fakty: W tamtych latach w naszym liceum BYŁO KSERO, jak usłyszałam ileś lat później. Dyrektor wydał nauczycielom polecenie, że mogą, gdyby chcieli, złożyć podanie o kserowanie materiałów na lekcje – pod warunkiem zostawienia wcześniej jednej kopii na jego biurku do kontroli. „A takiego …!” – pomyśleli przypuszczalnie pedagodzy, skoro nie przypominam sobie ani jednego materiału skserowanego przez tę nowoczesną maszynę z innego świata. I  tak to wystukany niepokornie na zwyklej Olimpii Dusiołek wydał mi się niemal „bibułą”. Ciekawe, o ile lat przeżył owe ksero pod kluczem, które latami pokrywały kurz i rdza. Wepchnęłam Dusiołka z powrotem między tamte warstwy, niech przetrwa jeszcze kilka przełomów politycznych i technicznych.

A może to jest temat dla nas, blogowcy? Ksero pod kluczem, czyli Przedmioty użytkowe pozbawione swej banalnej funkcji – czyli  podniesione do rangi sztuki, czyli Specjalność socjalistyczna.

UWAGA:

Może znasz coś podobnego i dorzucisz nam do archiwum?

Zaczynam ja, EMS:

Wspomnienia pustych półek w sklepach, gdzie był tylko ocet, makaron i liście laurowe, przyćmiły nam pamięć o tym, że były też czasy komuny, kiedy w sklepach było jeszcze wszystko, może w niewielkim wyborze, ale było – dobra tłusta śmietana, pyszne masło, chrupiący chleb, oliwa z oliwek w małych buteleczkach, walcowaty ser salami i herbata Yunan. Oczywiście wszystko wyglądało szaro, buro i przaśnie, jajka pakowano w szare torebki, resztę zabierało się luzem do siatki lub w ostateczności zapakowaną w szary papier. Papieru było mało, a był bardzo potrzebny, bo sprzedawczynie ołówkiem lub kapiącym długopisem podliczały na nim, ile co kosztuje i ile mamy zapłacić. Aż pewnego razu w spożywczym na rogu Morskiej POJAWIŁA SIĘ KASA FISKALNA. Był to duży szary metalowy grat, sprzedawczynie podliczywszy uprzednio, ile kosztuje 27 deko twarogu i 15 deko pasztetowej, wbijały odpowiednie sumy w klawiaturę, a kasa wypluwała wynik zapisany sinofioletowym tuszem na porubryczkowanym prostokąciku papieru (A6 chyba), po czym przybijała pod sumą datę i numer rachunku. Albo jakoś tak.
Sklep na rogu Morskiej był dalej niż ten najbliższy, ale lubiłam tam chodzić, bo lubiłam patrzyć, jak pracuje kasa, bang bung bung bang, karteczka, suma, data, stempel, bang. Karteczka wcale nie była dla klienta, tylko wędrowała do szuflady w masywnej podstawie kasy.
Szybko jednak kasa się zepsuła. Stała na blacie, zabierając miejsce, ekspedientki znowu podliczały kwoty na szarym papierze, po czym przepisywały sumę końcową na porubryczkowany prostokącik i bang wsuwały karteczkę w szczelinę wagi, a ta, bang bang, przybijała datę i numerek, bang…

Grenze / Granica

2010 hat Dorota Cygan diesen Text in beiden Sprachversionen zugleich geschrieben. Er wurde auf Deutsch und Polnisch in der Bibliothekenzeitschrift “Pro libris” in Zielona Góra veröffentlicht. Den Text gibt es in beiden Sprachen im Internet, daher hier nur zwei Fragmente, damit man auf den Geschmack kommt.
Achtung: Die Fragmente ergänzen sich.

Dorota Cygan napisała ten tekst w roku 2010. Został on po polsku i po niemiecku opublikowany w czasopiśmie biblioteki w Zielonej Górze “Pro libris”. Ponieważ można go przeczytać w obu językach w internecie, przedrukuję tu tylko dwa fragmenty, zachęcając gości tego blogu do przeczytania całego artykułu w sieci.
Uwaga – fragmenty się uzupełniają.

Dorota Cygan

(…)

Eine Region – zwei Heimat(-)

Der Weg zurück nach Berlin vom Dolmetscheinsatz führt durch ein Dorf im Kreis Lubań/Lauban. Für diesen Beitrag müssen dramatis personae der längst vergessenen Kriegszeit nicht anonymisiert werden – die noch leben, würden vielleicht gern selbst Zeugnis ablegen und ihre Befindlichkeit über all die Jahre schildern. Der Zeitgeist will es aber, dass alle Akte der dramatischen Handlung hinter sich gelassen werden, denn der vollständige szenische Dialog wäre eh nicht mehr zu rekonstruieren – durch den Exitus der ältesten Figur.

Mit 14 Jahren kommt sie als Landarbeiterin aus Südpolen hierher. Zwangsarbeit wäre ausgerechnet in diesem Fall nicht das richtige Wort, denn sie meldet sich – der nationalsozialistischen Werbepropaganda folgend – freiwillig, um dem Hunger zu entkommen, und gibt dazu ein falsches Geburtsdatum an, um als älter eingestuft zu werden. Kurz vor Kriegsende bringt sie ein Kind zur Welt und wird niemandem je verraten, wer der Vater ist. Mit gutem Grund. Denn nach Kriegsende geht sie zu ihren Verwandten zurück, wird zur Heirat gezwungen, lässt für ihre Tochter eine neue Geburtsurkunde ausstellen und muss zu allen Umständen ihres 18-jährigen Lebens einen gehörigen Abstand gewinnen. Es geht niemanden etwas an, das private Drama. Im Mai 1945 muss sie keine Grenze mehr passieren, da ist jetzt Polen.

Es gibt aber auch noch die andere Geschichte. Auf der deutschen Seite hat der Ausgang des Zweiten Weltkrieges und der Epilog der beschriebenen Geschichte eine andere Dramatik und einen anderen Kommentar – die Verdrängung der Vertreibung. Im Falle der in tiefen Westen ziehenden Flüchtlinge wird er gar manchmal politisch instrumentalisiert. Aber hier ist die DDR, und die duldet keine Ressentiments. Notfalls werden sie einem aberzogen. Man thematisiert den Verlust und den erzwungenen Grenzgang allenfalls in Familienkreisen. All das geht die politischen Instanzen nicht viel an. Immerhin können die Umsiedler das Zielort ihres Umzugs wählen – und so erfolgt die Umsiedlung dieser Bauernfamilie um nur 30 km weiter westlich. Ihr neuer Wohnort liegt auf derselben Autobahnstrecke, die jetzt die Dolmetscherin auf dem Weg nach Berlin ansteuert. Der Blick von oben würde den neuen Wohnort derselben Region zuordnen, und das ist geografisch zweifellos korrekt.

Der Epilog des privaten Dramas von deutschen Bauersleuten und der polnischen Landarbeiterin enthält keine spektakulären Momente: Man arrangiert sich mit der Vergangenheit, hält Kontakt zueinander, schickt Weihnachtsgrüße und Päckchen, kann sich beim Besuch selbst nach vielen Jahren noch einigermaßen verständigen, wohnt relativ nahe voneinander, im schlesischen Raum. Bei der Befragung ist von keinem der Akteure zu hören, dass sie bei diesen Treffen ein besonderes Unbehagen empfanden. Sie haben das Wissen um diese Zeiten – eines, das keiner historischen Korrektur und auch keiner Ergänzung bedarf.

Jeden region – dwie małe ojczyzny

Stan duchowy mieszkańców obszaru, na którym po 1945 roku osiedliło się przypuszczalnie wiele niemieckich rodzin – tak blisko, że z nowego domostwa prawie można by dotknąć swojej starej stodoły – jest jako model tożsamościowy trudny do uchwycenia. Zbiorowa tożsamość Wschodnich Niemców nałożyła się na tę indywidualną lub ją wyparła. Kiedy po zjednoczeniu chcieli nawiązać do dyskursu wypędzenia, toczącego się przed laty w społeczeństwie zachodnioniemieckim, reagowano na to uśmiechem zmęczenia – jak na „wiecznie wczorajszych”. Z problemem tym zostali sami. Przystąpienie Polski do Unii po raz pierwszy dało realną szansę zaangażowania się na rzecz regionu i regionalizacji – ze świadomością, że poza dyskursem historycznym chodzi tu o realne współdziałanie, z którego obie strony mogą czerpać korzyści, nie tylko tzw. interkulturowe, ale i realne.

Krajobrazowa jednorodność regionu ma swój odpowiednik w słabości strukturalnej. Nierówności jednak bardziej rzucają się w oczy niż elementy wspólne, i to one określają strategię przy realizacji unijnych programów kooperacji. Już same różnice w rozwoju infrastruktury drogowej sprawiają, że Polacy są bardziej zainteresowani projektami budowlanymi niż wymianą idei i doświadczeń. Nieubłagana statystyka usprawiedliwia rozmijanie się w dyskusji. Polacy zgodni są co do tego, że najpierw trzeba pokonać nierówność w rozwoju gospodarczo-technicznym. Dopiero potem równie chętnie przyjmą projekty na rzecz innowacji technicznych, budujące społeczeństwo informacyjne, jak i studia wykonalności czy regionalne prognozy rozwoju. Te atrakcyjne są dla Niemiec, których zapotrzebowanie na obiekty i projekty infrastrukturalne zostały już, można uznać, zaspokojone, gdyż główna fala modernizacji po zjednoczeniu przyniosła wyrównanie różnic strukturalnych do poziomu standardów zachodnich. O sukcesie będzie więc można mówić wówczas, gdy niemiecka gotowość do dialogu i wspólnej realizacji projektów napotka u Polaków na pełną gotowość do kooperacji, bez automatycznych roszczeń, by trwałość oznaczała to, iż po projekcie pozostaną konkretne obiekty budowlane lub sprzęt techniczny. To deficytami natury materialnej tłumaczyć trzeba fakt, że gotowość do współpracy jest częściowo asymetryczna. Z jednej strony niepokój, że projekty unijne służą sąsiadowi wyłącznie do usunięcia zacofania cywilizacyjnego, a niemiecki partner jest jedynie pretekstem. Po drugiej stronie zaś zachodzą obawy, że występuje się w roli biednego krewnego, który musi się wstydzić za deficyty materialne i dać się zawsze pouczać. Zachodniego sąsiada zdaje się nie obchodzić ta cywilizacyjna nierównoczesność. Jest ona powszechnie znana. Pragmatycznie myślący Niemiec dziwi się raczej temu, jak różne są w obu krajach kultury dyskusji, jak nikły poziom zaufania między konkurującymi regionami Polski – podczas gdy w powiatach i gminach niemieckich regionalizm, struktury federalne i dążenie do konsensusu wręcz tworzą tożsamość zbiorową. Budowanie transgranicznych struktur regionalnych okazuje się więc większym wyzwaniem niż zakładano. Po żmudnych rozmowach nawet polscy uczestnicy pertraktacji sami zastanawiają się, czy my Polacy potrafimy ze sobą kooperować. Praca nad integracją regionu jest pracą u podstaw i nie bez powodu rodzi pytanie, jak to jest ze zdolnością regionów Polski do współtworzenia Europy. Odpowiedź brzmi tak: Tam, gdzie po stronie niemieckiej nie ma konkurenta, a jest – z definicji – partner, polskie regiony konkurują ze sobą niekiedy do tego stopnia, że nawzajem niweczą swoje szanse rozwojowe. Nawet w obrębie Śląska podział interesów jest niekiedy taki, że Wrocław jako stolica Dolnego Śląska mniej zainteresowany jest wspieraniem okolicznych miejscowości – choćby przez wspieranie turystyki wiejskiej – niż administracja komunalna graniczących tu z Polską obszarów Saksonii. Decyzja o tym, czy popierać turystykę w ogóle czy turystykę wiejską w szczególności, zapada w tym wypadku nie w kontekście narodowym, lecz zależy od cech strukturalnych kooperujących regionów. Siła przebicia większej jednostki, np. większego miasta, może w pewnych okolicznościach prowadzić do nowych aliansów, niezależnie od przynależności narodowej. I dobrze, że tak jest. Konkurencja wewnątrz Unii ma właśnie rozluźniać istniejące zależności, by tworzyć efekt synergii. Nowe osie kooperacji mogą równie dobrze nazywać się Wroclaw-Drezno-Berlin-Praga jak i Lubań-Löbau-Jablonec. Obojętnie, czy są to warsztaty, wspólne akcje policyjne czy działania na rzecz poprawy wizerunku regionu – tzw. „miękkie“ kontakty w sferze gospodarczej i społecznej umacniają się dzięki temu, że ludzie zwiększają zasięg swej działalności, bez konieczności szczególnych uzasadnień. Proces orientowania się w tych oczywistych realiach jest niekiedy najtrudniejszym etapem przedsięwzięcia, którego przebieg mamy przywilej obserwować. Największym przywilejem jest przy tym szansa redefinicji pewnych struktur. Fakt, że aktywność obywateli jest pożądana, stanowi zasadę unijną, a jednak tam, gdzie ich mobilność wymyka się spod kontroli państw narodowych, brak nagle ponadgranicznego związku z Europą. Czy zatem trzeba z powodu zwiększonej mobilności redefiniować zbiorową tożsamość? Nazwać ją ogólnoeuropejską osobowością transgraniczną“, która funkcjonuje w zintegrowanym europejskim życiu publicznym?


O komunikacji międzyludzkiej.
Wiele lat temu pracowałam w schronisku dla uciekinierów politycznych jako opiekunka. Schronisko było wielkie, na stanowiskach opiekunów pracowało kilkanaście osób. Mieliśmy na co dzień do czynienia z tysiącami ludzi i wieloma narodowościami. Naszym zadaniem było pomaganie tym ludziom w kontaktach z instytucjami, co oczywiście oznaczało, że najpierw trzeba było zrozumieć, czego potrzebują. Aby temu sprostać, uczyliśmy się podstawowych słów i zdań w każdym języku, ale trzeba przyznać, że i nasi podopieczni starali się przedstawić swój problem jak najbardziej zrozumiale.
Ale nie zawsze naprawdę rozumieliśmy, o co chodzi. Przez dłuższy czas lekkim niepokojem napawał nas fakt, że Arabowie i Arabki po wejściu do biura kilkakrotnie uderzali kantem lewej dłoni w nadgarstek prawej. W opisie brzmi to może niegroźnie, ale naprawdę miało się poczucie, że jakby co, to odrąbią ci dłoń, a może nawet obie. Kiedyś zrozumieliśmy wreszcie, że mamy im coś napisać. Ulżyło nam, ale nie do końca, bo napisać, OK, ale to odrąbywanie rąk?
Dopiero po wielu latach zobaczyłam na filmie, jak uliczny pisarz w Marrakeszu strzepuje z pióra, takiego staroświeckiego, obsadka ze stalówką, a więc – jak strzepuje z pióra nadmiar atramentu, postukując lekko obsadką w nadgarstek.

Zettelwirtschaft…

Dorota Cygan

Zettelwirtschaft, Arno Schmidt i moja prababka. Czyli Ty także.

Trzeba przyznać, że tak daleko jak Arno Schmidt nie zaszła. Dokładnie rzecz biorąc, nawet jej do tego trochę brakowało – oprócz skłonności do autokreacji i pomysłu na Selbstvermarktung pewnie paru innych rzeczy, np. talentu.  Zajść mogla zaledwie do kiosku z gazetami w małej mieścinie i do biblioteki miejskiej, gdzie czytała po kolei wszystko z braku lepszego zajęcia (bo klientów przychodziło pewnie kilku na tydzień). Pozostało więc po mojej prababce – oprócz zapisu głosu na przypadkowej taśmie magnetofonowej – trochę zettelków i wycinków z gazet.

Za to miała szczęście. Bo Arno Schmidt na trwale podniósł tę manię zapisywania, wycinania i segregowania, tę nieszkodliwą nerwicę wprawiającą potomnych w niemałe zakłopotanie, do rangi surówki literackiej, z której może powstać tekst dający pole do popisu germanistom, oczywiście pod warunkiem, że surówkę tę weźmie  w ręce pisarz. Kto kiedyś widział malunki na sklepieniu w kościele w Bargfeld oraz tropił inne ślady życiorysu Arno Schmidta w jego dziele, musiał poczuć, jak wielka jest potęga wyobraźni, oraz że nie tak wielki w gruncie rzeczy jest dystans między  otoczeniem życiowym Arno Schmidta i  naszych prababek. Nie rozstrzygając arbitralnie kwestii, czy w małej polskiej mieścinie mógłby teoretycznie powstać jakiś równoległy Zettels Traum II, i ile by ważył, zauważmy bezsporną paralelę, że moja prababka i Arno Schmidt byli niemal równolatkami urodzonymi około 1910 r. Zostawiając również nierozstrzygniętą kwestię różnic interkulturowych, czy dzieło o takim charakterze i takiej objętości mogło powstać tylko w kraju takim jak Niemcy, zdecydowanie mniej doceniającym biesiadę, żywy kontakt między ludźmi  i – powiedzmy łagodnie – poetykę pogłoski i plotki (cenione u nas), a za to dowartościowującym pracę archiwisty, pastora i uczonego, popatrzmy na to, co zostaje po nas. I w jakiej formie. Czyli na kwestię spuścizny.

Niemiecki rozróżnia tutaj terminy Nachlass i Vorlass – czyli to, co po nas zostaje po oraz jeszcze przed zejściem śmiertelnym. I ta akurat kwestia jakoś tam powoli może nam być bliska. Wzruszenie, jakie nas ogarnia na widok fragmentu wiersza zanotowanego na rachunku z restauracji (którego to pisarza?), jest może bardziej podniosłe niż pozdrowienia wysmarowane starą ręką babki na pocztówce miesiąc przed śmiercią. To jednak, że takie rzeczy zostały po ludziach starego rocznika, a nie po nas, świadczy o ostatecznym końcu epoki mieszczańskich i inteligenckich starań o uratowanie od zapomnienia. Czy jakieś nasze wnuki będą miały po nas w szufladzie stare maile z okazji swoich 10 urodzin?

Gdy pomysleć, że w Archiwum Literatury w Marbach jest 11 tysięcy spuścizn po pisarzach, ileś tam kompletnych bibliotek, w których zachowano nawet rozkład książek na półkach, ustawiając je w archiwum w identycznej konstelacji jak w domu, tak aby nie wpuszczać badaczy w ślepą uliczkę i nie zmieniać niechcący rozwoju myśli naukowej, to nie można nie zadać sobie jednego banalnego pytania: A co może zostać po nas dzisiaj, w epoce komputerowej? Dodajmy też: w epoce tanich przedmiotów, które nie tylko nie przeżyją nas, ale nawet  i następnej mody lansowanej przez IKEA.

Już Nachlässe, które napływają po pisarzach nam współczesnych, sprowadzają się do mniej lub bardziej czystych rękopisów, najwyżej w kilku wersjach, częstokroć w formie wydruku. Wzruszajace skądinąd ślady potknięć, skreśleń, kompromitujących notatek z Wikipedii, bazgrołów na brzegu kartki powstałych w fazie koncentrowania się,  ba nawet błędów ortograficznych już nie uświadczysz ani na lekarstwo, nie mówiąc o wspaniałych rymach częstochowskich składanych naprędce z okazji imienin cioci.  Cała przyjemność kontaktu z materiałem, haptyczna radość, a nawet krytyczne rejestrowanie pomyłek, wygnieceń, plam, wymazań gumką ustępuje sterylnej doskonałości produktu finalnego. A pytanie standardowo zadawane na wieczorach autorskich, „czy pisze pan/pani swoje teksty odręcznie czy na komputerze?” już w zasadzie nie pada nigdy, bo wiadomo, że pisarz nie czerpie wody ze studni i nie jeździ na osiołku, więc i ma komputer, nawet jeśli pisze na nim dwoma palcami.

Nie będę może oczekiwać od nikogo, żeby z pietyzmem traktował moją karteczkę na zakupy w Aldim. Raczej nikt za nią nie zapłaci tyle, ile kosztowały kilkulinijkowe paski zawierające rozprawy historyczne Schillera, sprzedawane pojedynczo przez sprytną wdowę. Chyba że stanę się sławna jako najbardziej niepisząca osoba na świecie. Ale żeby tak nic nie zostało? Tak zupełnie nic? Zero – przecinek – zero? Może by zaproponować światu wynalazców rozwiązanie poroblemu, co zrobić, żeby Nachlass naszej generacji (a i Vorlass także)  otrzymał jakąś godną formę, która będzie odpowiadać duchowi naszych czasów i nie będzie iść na siłę pod prąd wygodnej digitalizacji? A jednak miałby jakąś formę materialną? Bo inaczej dojdzie do pięknego paradoksu, że młodzi ludzie będą mieli pamiątki po prababkach (np. szafki, stoliki itp.), ale kompletnie nic im nie zostanie po rodzicach. (He, he, w sumie to by było najradykalniejsze rozwiązanie konfliktu pokoleń – bezkrwawe wymazanie pośredniego pokolenia;)

Wiec co, godzimy się, że nic po nas  nie zostanie? To może chociaż jakieś karteczki?

Wygląda na to, że nie będzie lekko. Że pozostaje nam tylko spuścizna twórcza, czy tego chcemy czy nie. Tylko myśl upięta w słowo nas uratuje, wszystko inne zniknie. A o to, co się stanie z tą myślą, niech już głowa boli Ewę, w końcu to ona wymyśliła ten blog. I bierze tę surówkę paraliteracką w swoje ręce. Czy zarchiwizuje to potem u siebie w szufladzie, czy każe wyryć nasze teksty na płytce miedzianej, wyprodukuje wklęsłodruki i je następnie ozłoci, to już jej biznes. Ale nasza sprawa to dostarczenie jej tekstów. Inaczej – powiedzmy brutalnie za Herbertem – „to co po nas zostanie / będzie jak płacz kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”.  Do roboty koledzy i koleżanki blogowcy. Bo inaczej po cichu osobiście zarchiwizuje Wasze zettelki z Aldi i podaruje kiedyś Waszym wnukom.

Interessierte lesen bitte: Robert Gernhardt: Wörtersee, 1981
http://de.wikipedia.org/wiki/Robert_Gernhardt

Was nicht im Lebenslauf steht

Dorota Cygan stellte uns wieder einen ihrer Texte zur Verfügung, der zwar auch, wie die anderen, schon im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB), diesmal 2002, veröffentlicht wurde, den man aber auch im Netz nirgendwo findet.

Dorota Cygan

Was nicht im Lebenslauf steht
Eine Glosse zum Fragebogen-Unwesen im Dritten Reich

In vielem war das Dritte Reich kaum zu überbieten, doch die Maßnahmen zur Disziplinierung und Gewissensprüfung des Subjekts bildeten hinsichtlich ihrer Zahl  sicherlich den absoluten Gipfel. Von den „harten“ Maßnahmen ganz abgesehen, waren die „weichen” Mittel, Einzelne für das Regime zu gewinnen, recht vielfältig und raffiniert. Unter vielen sei hier eine genannt, die die gesamte Nation umfasste: der Fragebogen. In Tausenden von Varianten entworfen, umspannte er wie ein engmaschiges Netz auf vielfache Weise die ganze Nation, weil die erwünschten Informationen von unterschiedlichen (miteinander aber eng verflochtenen) Stellen erhoben wurden. Doch was für widerspenstige Geister zur Qual oder sogar Falle werden konnte, hat bei manchen linientreuen Schriftstellern einen gewissen Selbstbestätigungseffekt erzeugt: Der eigene literarische Erfolg, vielfach in den Fragebogen (etwa der Reichsschrifttumskammer)* zu Protokoll gegeben, hat manchen bestätigt, wenn nicht sogar beflügelt. Und er hat manch einen dazu angeregt, den eigenen Werdegang und Schaffensweg nicht in langweiligen Lebensdaten und Auflagenzahlen auszudrücken, sondern zumindest in Form einer literarisierten Autobiografie dem Volke zu schenken. So haben in vielen Fällen die nach dem damaligen Verständnis „politisch korrekten” Schriftsteller ihren Leistungen einen vergoldeten Rahmen gegeben und ganze Ketten hochtrabender Sinnsprüche mit den schillernden Diamanten ihrer schriftstellerischen Erfolge besetzt. In diesen unzähligen Lebensgeschichten und Lebensbildern fanden sich Angaben über Auszeichnungen, Ehrungen, Abzeichen, Preise, Filmprojekte und Rundfunksendungen, vor allem aber Lebensweisheiten, die zu einer Devise für die Leser werden konnten. Diese erfüllten vorzüglich ihre Vorbildfunktion und dienten unterschwellig der Selbstbeweihräucherung – freilich mit der fatalen Folge für das Bewusstsein, dass der auf den Sockel gestellte Schriftsteller tatsächlich begann, sich selbst für ein Monument zu halten. Es ist aus heutiger sicht nicht sehr schade darum, dass etwa in den biografischen Zeugnissen des führenden Schriftstellers und Dramaturgen des Dritten Reiches Gerhard Schumann beispielsweise irgendeine gewöhnliche Lohnabrechnung nicht erwähnt oder eine 1941 erlittene Verwundung nicht präzisiert wird als Granatsplitter im Gesäß. Schade nur für den Betroffenen, dass in all den selbst verfassten und selbstbezogenen Lobhudeleien sein Sinn für das Normale verloren ging. So zeigt es sich manchmal, dass ihm sein Ruhm schwer zu schaffen machte: “Dichtertöchter” habe er laut seinen eigenen Worten gezeugt und nicht gewöhnliche Töchter.
schumann-dokumenty

Auf das Überzeitliche und Ewige bedacht, versetzte Schumann in seinem Schaffen das politische Drama mit sittlichem Pathos und war bemüht, dem Ganzen eine gleichnishafte Deutung und klare Botschaft zu verleihen. Dieser Kunstgriff wäre ihm wohl so wie vielen seinen regimetreuen Zeitgenossen auch in Bezug auf die eigene Biografie beinahe geglückt, und wir hätten heute nichts als makellose, glatte Konstrukte aus beschönigten Fakten und Wunschbildern, wenn nicht (Ironie der Geschichte?) ausgerechnet die um den Ruhm ihrer Dichter bemühten nationalsozialistischen Kulturbeamten selbst alle Dokumente und ihren ganzen Schriftverkehr aufs penibelste archiviert hätten. Und wenn dieses Material, von allen Kriegswirren verschont, nicht in den Beständen des Bundesarchivs gelandet wäre, sehr zum Leidwesen der einstigen Größen. Über den hoch gefeierten Schriftsteiler Gerhard Schumann, Gauleiter der NSDAP Württemberg, Chefdramaturg des Württembergischen Staatstheaters und schließlich SS-Untersturmführer, haben sich dank der Pedanterie der Beamten u.a. Fragmente eines interessanten Schriftwechsels erhalten, der an dieser Stelle herangezogen sei. Im Februar 1939 wandte sich nämlich Schumann, nachdem er, wohl ein wenig verdutzt, seinen Namen unter einem unbekannten Gedicht abgedruckt vorfand, an den Hauptschriftleiter der Zeitschrift ,,Der Sturm” mit der Bitte um Aufklärung, wer der Autor des Gedichts sein möge, denn es handle sich sichtbar um ein Plagiat: Diese Verse stammten mit Sicherheit nicht von ihm, Schumann. Den Ernst der Lage   eingeschätzt, wandte sich daraufhin die Schriftleitung dieser Zeitschrift ihrerseits gleichzeitig an den Autor und an die Reichsschrifttumskammer. Diese, da sie Chaos und Willkür nicht duldete, forderte umgehend den ominösen Autor des Gedichts mit größtem Nachdruck auf, unverzüglich der Reichsschrifttumskammer beizutreten und überdies zu dem Vorfall Stellung zu nehmen. Dessen Antwort kam prompt und versetzte alle Beteiligten in Staunen. Der Aufgeforderte schrieb nämlich folgendes:

„An die Reichsschrifttumskammer!

Ich erhielt lhr Schreiben vom 25. Februar 1939 und möchte Ihnen mitteilen, dass ich erst 16 Jahre alt bin. Als eifriger Leser des ,,Sturms” kam ich auf den Gedanken, das Gedicht „Regeln für Theaterbesucher” an die Redaktion desselben zu senden. Ich fand das Gedicht in einem alten Notizbuch meines Vaters, wo er auch selbst seine selbstverfassten Gedichte hinein schrieb, und war fest überzeugt, dass er das selber verfasste. Hatte ja auch keine Ahnung, dass es mir vom ,,Sturm” honoriert würde und habe das Honorar umgehend zurückgesandt. – Da ich wirklich nicht wusste, dass das Einsenden von Schriftsachen zum Eintritt in die Schrifttumskammer verpflichtet, bitte ich Sie herzlich, es mir nicht anrechnen zu wollen. Ich bin noch Schüler und so vollständig meinen Eltern abhängig. Es wäre mir daher schrecklich, wenn sie durch mich in Unannehmlichkeiten gerieten. – lch werde bestimmt nie wieder nicht von mir verfasste Artikel einsenden und bitte nochmals um gütiges Nachsehen. Heil Hitler! Gerhard Schumann”.

Im Post Scriptum desselben Briefes deutete aber der junge Schumann vorsichtig die nächste Publikationsabsicht an:

lch habe einen Artikel über die moderne Magie verfasst, den ich gern drucken lassen möchte. Da ich mich schon jahrelang damit befasse, ist er bestimmt fachmännisch. Bitte teilen Sie mir mit, ob dies zum Eintritt in die Reichsschrifttumskammer verpflichtet oder wie hoch die Befreiungsgebühr sein müsste. Muss man in der Reichsschrifttumskammer Beitrag zahlen und wie hoch ist dieser?

schumannDie Plagiatangelegenheit hätte sich leicht aufklären lassen, aber die „moderne Magie” wurde für die Reichsschrifttumskammer schon ein wenig zu heikel, schließlich stand der gute Ruf des führenden NS-Schriftstellers Gerhard Schumann auf dem Spiel. Kein geringerer als der Landesleiter der Reichsschrifttumskammer höchstpersönlich sollte folglich für die Belehrung des Jungen zuständig sein, und in der Begründung hieß es: „Es wäre ein unerträglicher Gedanke, etwa den Staatspreisträger Gerhard Schumann mit einem Artikel über die moderne Magie belastet zu sehen. Gez. Dr. Buhl“. Andere Stellen fanden den Vorfall ebenfalls bedauerlich, es hätte ja zur Verwechslung kommen können, und sie griffen zu dem weitaus bewährtesten Mittel: Sie ließen den etwas problematischen jungen Autor – was denn sonst – den Fragebogen der Reichsschrifttumskammer ausfüllen. Von nun an solle er nicht nur datentechnisch erfasst werden, sondern zur leichteren Unterscheidung auch den Zusatznamen ,,Riesa” tragen.

Die Angelegenheit hat also dank dem Einsatz mehrerer Ermittler und Abteilungen der gefürchteten Institution innerhalb eines Monats geklärt werden können, ohne dass einer der Sachbearbeiter  darüber einfach lieber beiläufig die Achseln gezuckt hätte oder die Akten in der Ablage hätte verschwinden lassen.

Was also in keiner der zahlreichen autobiografischen Aufzeichnungen Schumanns je gestanden hatte, ist nun heute zum allgemein zugänglichen Bestand des Bundesarchivs geworden und stellt den umworbenen und gefeierten Autor mit seinen kleinlichen Ängsten um Imageschädigung bloß: Der Nationaldichter Schumann bangt um seinen Ruf und mobilisiert einen ganzen Stab von Beamten, um nicht der Autorschaft eines Aufsatzes über die Magie bezichtigt zu werden. Dabei erscheint er so authentisch, wie ihn die Hochstilisierung zur Dichtergröße durch die Nationalsozialisten niemals zu zeigen vermochte.

Diese unscheinbare Anekdote vermag aber mehr auszusagen als nur den akkuraten Lebenslauf eines vorbildlichen Nationalsozialisten zu korrigieren. Sie sagt nämlich etwas über die Tätigkeit einer Institution aus, die als wichtiges Instrument der nationalsozialistischen Lenkung im Kulturbereich von den Akteuren des Kulturlebens gemeinhin gefürchtet wurde. Sie zeigt vielleicht, dass unter vielen weltanschaulich motivierten und für die einzelnen Betroffenen oft folgenschweren Entscheidungen der Reichsschrifttumskammer – etwa bei Publikationsgenehmigungen oder Berufsverboten – nicht nur unendlich viel verwaltungsnotwendiger Kleinkram stecke, sondern auch – im Kontrast zu dem institutionellen Ernst – manch ein Jux sich verbarg, wie etwa die Geschichte über einen 16-jährigen Plagiator. Bei der Durchsicht derartiger Dokumente fokussieren wir heute, nach über 60 Jahren, unseren Blick auf eher unscheinbare Momente und Angelegenheiten und können über manch einen Fund rätseln oder uns mit schmunzeln an ihm erfreuen. Die nicht hoch genug einzuschätzenden Fragebögen des Dritten Reiches sind ein gutes Gegengift gegen den hochdosierten Ernst der gelackten Schriftstellerbiografien aus dem Dritten Reich. Solche und ähnliche Schriftzeugnisse der Verwaltungspoesie sind eine Quelle für Erforscher der Alltagsgeschichte, die der üblichen groß angelegten Ideengeschichte misstrauen und verschmitzt hinter die offizielle Fassade bzw. in den Keller gucken wollen. Was ist denn authentischer als Menschen mit ihren Rivalitäten, Eifersüchteleien, Scharmützelkriegen um Anerkennung, Einflussbereiche und finanzielle Vorteile?  Umso mehr, als sie in der am stärksten dämonisierten und ideologisierten Epoche der deutschen Geschichte, im Dritten Reich, gelebt hatten. Wir gewinnen – freilich in einem ganz schmalen Spektrum – Einblicke in die Welt der mitwissenden Zeitgenossen und rekonstruieren aus den Fragmenten das Ganze. Auf diese Weise geben wir unserer indiskreten Schnüffelarbeit eine plausible Rechtfertigung… und profilieren uns als Forscher.

Ist das nicht schön?


* Reichsschrifttumskammer (kurz RSK) war ein obligatorischer Berufsverband fur diejenigen Schreibenden, die vom schreiben lebten bzw. viel publizierten. Alle anderen waren vor jeder beabsichtigten Publikation gezwungen, eine Befreiung von der Mitgliedschaft zu beantragen – diese wrde in der Regel auch erteilt. Die RSK verpflitete alle ihre Mitglieder, jedes Jahr einen Fragebogen über schrifistellerische Tätigkeit, Einnahmen. Zugehörigkeit zu den Berufsorganisationen und Parteizugehörigkeit auszufüllen.


Die Autorin ist sich natürlich sicher, dass jeder Sterbliche weiß, wer Gerhard Schumann war. Für diejenige, die es jedoch vielleicht nicht so ganz genau wissen, hier ein Link.

Zu sehen ist “…nur noch Niedertracht und Undank rings”, schrieb Gerhard Schumann über die Zeit seit dem Ende des Dritten Reiches.
Mehr

Buty

Kolejny tekst – tym razem wyróżniony – nadesłany w roku 2011 na ogłoszony przez Polską Radę w Berlinie konkurs literacki: “W 30 lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Dziękujemy Berlinowi za pomoc.”

Zanim jednak przejdziemy do stanu wojennego 1981, przypomnę, że dziś rocznica wybuchu Powstania Styczniowego. Nie mam zamiaru włączać się w obelżywe dyskusje z użyciem argumentów takich jak trotyl i wrak lub ich negowanie, bo chodzi mi tylko o Powstanie, o pamięć pierwszej lektury “Nocy i dni” i “Nad Niemnem”, o Grottgera oglądanego w starej książce dziadka, o wspomnienia mojej mamy, która jako mała dziewczynka – a urodziła się w latach 20 XX wieku! – widywała jeszcze na ulicach Warszawy powstańców w czamarach…

Przygotowując ten wpis przypomniałam sobie, że zanim doszło do Powstania w całym zaborze rosyjskim wrzało, a już jesienią 1861 roku car Aleksander II napisał do namiestnika Warszawy, Lamberta: jeżeli wybory w Warszawie ukończone, nie zwlekając ogłosić stan wojenny. W 120 lat później rozkaz też przyszedł z Moskwy.

Dorota Cygan
‘Ich to po butach poznać’

‘Ich to po butach poznać’, rzuciła ciotka przy stole, która Niemców ani znała ani nie znała, ani lubiła ani nie lubiła, ani nie widywała jakoś często. Jakie  dziwne, po czym się niby poznaje  to, co nam obce. I jeszcze w to wierzy. Ale hasło ‘buty plus Niemcy’, raz wrzucone do intranetu pamięci, od razu posłusznie wyrzuciło skojarzenia i obrazy, bez porządku, według jakiegoś pokrętnego algorytmu, przeczącemu logice: ‘pod niemieckim butem’, ‘znów buty, buty, buty’, takie tam śmieci i odpryski pamięci. Ale jedno wrażenie, jakieś wyraźniejsze, odbite w majowym albo kwietniowym słońcu pewnego przedpołudnia w osiemdziesiątym drugim, przypadkiem wywołane, zostało na chwilę dłużej.

Taki oto widok z trzeciego piętra bloku na ścieżkę między domami: Sznureczek ludzi w drodze do kościoła, a co któraś pani w takich samych niebieskich butach. Czy były ładne, trudno powiedzieć, a dlaczego akurat niebieskie, jeszcze trudniej. Nie granatowe ani białe. Bo że buty mają być białe na lato, a brązowe lub czarne na resztę roku, to było oczywiste. Jak i to, że się nie znam na modzie, rzecz jasna. Ale niebieskie? Co to za kraj, te Niemcy, gdzie się nosi taki pośredni kolor? I to jako dorosły człowiek. I jeszcze wysyła ciężarówkami do Polski. Tirami tak ogromnymi, że ledwo się przecisnęły pod plebanię, każda na oko jak nasz Star razy sześć. Rozładowywane potem bez zbędnych słów przez bardziej zaangażowanych parafian.

Ile par nóg potem nosiło te buty, nikt chyba nie policzył. Ani nie zbadał, czy ci ludzie utworzyli jakąś  przejściową wspólnotę, taki sezonowy świecki zakon, ani czy uśmiechali się do siebie na ścieżce do kościoła, lub czy dzisiaj jeszcze siebie pamiętają. Z góry w każdym razie te  nogi w drodze na mszę wyglądały jak niebieskie wahadełka. Iwonka, napotkana innym razem na tej samej dróżce z czteroletnią siostrzenicą, pokazała palcem na buciki małej. Czarne lakierki, też z darów, niby nic zaskakującego. Ale, uwaga, zdjęte z nóg lalce. Coś podobnego. No, żeby produkować buty w niepotrzebnych kolorach, dla zbytku, w kolorze zarezerwowanym dla dziesiątej pary butów w szafie, to jedno. Ale robić lalki wielkości małych dziewczynek i ubierać je w prawdziwe lakierki? Jakiś inny ten kraj. Może nie ma się w sumie co dziwić, skoro można dostać w paczce stamtąd flamastry w trzydziestu sześciu kolorach. Od własnej matki co prawda, którą stan wojenny zastał na Zachodzie, ale taki niepojęty nadmiar barw jakby nabierał znaczenia interkulturowego przekazu. Dzieciom w szkole opowiedzieć nie miało sensu, to trzeba byłoby pokazać. Niemcy to taki kraj, gdzie jest sto kolorów do mazania w zeszytach, pełen indywidualizm, rzeczywistość, w której się takie rzeczy kupuje jako oczywistość, podobnie jak gdzieś indziej, przecież całkiem niedaleko od nich, istnieje sto odcieni szarości lub – to akurat znacznie dalej – rozróżnia się dziesięć odmian białego śniegu. To taki kraj, gdzie ktoś  sam z siebie wpadł na to, że gdzieś indziej potrzebne są buty. Może nie wszystkim, tym rozpieszczonym, mającym krewnych w Berlinie Zachodnim, niekoniecznie. Ale takim jak Jarek z VIa, który całą zimę chodził po śniegu w tenisówkach, bo czegoś innego matka w sklepie nie dostała, to owszem. Bo też szkolne akcje pod nośnym tytułem Buty dla każdego ucznia, dzięki nagłośnieniu na tyle wiarygodne, że na listę zapisywał się bez wyjątku każdy, kończyły się zwykle tym samym, mimowolną lekcją wychowania obywatelskiego – gdy butów przychodziło po jednej parze na klasę, komuna znów musiała lansować hasło kontaktu bosych stóp z Matką Ziemią. A dzieci solidarnie przyznawały tę jedyną parę jakiemuś Jarkowi ze swojej klasy.

Więc jednak przenikliwość darczyńców wielka, a i sprawność logistyczna też. Skądś musieli jednak wiedzieć, że akurat buty, bo kiedy przyjechał Heiner z Berlina w odwiedziny, też pytał, czy by się nie przydały jakieś adidasy. Długo faktycznie służyły, wygodne i wysokie nad  kostkę, można je było nosić do przykrótkich spodni, o których kolega złośliwie mawiał, że jak ktoś nosi za krótkie spodnie, to po to, by się wydawało, że ma bardzo długie nogi. No, albo żeby wyeksponować buty. Długo więc służyły, jeszcze po śmierci Heinera, po którym został także taki niespotykanie długi szalik do kostek oraz – jako dźwiękowy zapis w pamięci – jedyna fraza, którą znał po polsku i wciąż powtarzał, gdy się napił: ‘jeszcze Polska nie zginęła’.

W tirach były pewnie i inne różności, uprzywilejowanym dzieciakom znane skądinąd, ale otaczała je cisza i tajemnica, jak przystało na miejsce – rozdzielane w sąsiedztwie ołtarza wędrowały w ciszy do nowych właścicieli, stając się centrum niemal liturgicznego obrządku. Rytuał to sposób na chaos lub roszczeniowość potrzebujących, a wspólnota rozdzielających zalążkiem hierarchii. Będący poza kręgiem szemrali więc po cichu przeciw uprzywilejowanym, że należy im się więcej, a dary w wyobraźni robiły się coraz bardziej nieprzebrane. Wkrótce miały zaspokoić potrzeby wszystkich i to najlepiej na dłużej, na zawsze. Róg obfitości w kącie kościoła.

‘Pani, a czy to na pewno te zachodnie Niemcy dają? Czy może te tutaj bliżej, demokratyczne? Ach tak? No to jednak przyjaźnie nastawieni do nas, nie tak, jak mówią w telewizji.’ Ktoś inny na to odpowiadał, że Heinz z NRD też się bardzo stara, zawsze jak przyjeżdża, przywozi ze sobą cukier. Czyli wykazuje się o wiele większą przytomnością umysłu niż znajoma Polka z Berlina, przysyłająca swojej rodzinie w paczkach torby makaronu. Szkoda, że nie octu i musztardy. Akurat tego jeszcze nigdy nie brakło. Więc byli ci Niemcy jednak w większości jakoś tam zorientowani nie gorzej niż nasi, dorzucali się spontanicznie do paczek, które sunęły potem Odrą barkami do Kostrzyna,  dalej rozwożone prywatnym samochodem po rodzinach, zaliczywszy po drodze ileś postojów kontrolnych. Te akurat uciążliwe specjalnie nie były, wojskowi szukali raczej towaru z nielegalnego uboju, bo samochód niemal szorował  podwoziem, tak niemiłosiernie obciążony, zaś z paczek z Zachodu patrole interesowały najwyżej jakieś drobiazgi, które dałoby się zjeść od razu. Ciekawą w sumie wspólnotę razem tworzyły, gdy tak  zgodnie razem  podróżowały barką węgiel i czekolada. Czekolada w objęciach węgla, pokaźne paki w potrójnych kartonach, konstruowane – podobnie jak paczki zaszywane w prześcieradła i nadawane na dworcu ZOO do Polski w (nieco ograniczonym) zaufaniu do PKP – przez polskich prekursorów Verpackungskünstler Christo und Jean Claude, minidzieła, które nie znajdą się nigdy w żadnym w muzeum europejskiej współpracy transgranicznej. Zbiory paczek, jak pozasezonowe zbiory plonów międzyludzkiej solidarności, jako regularny transfer dobra symbolicznego w postaci namacalnego, jadalnego konkretu. No, zawartość jak zawartość, wiadomo, ale i te napisy. Łamańce językowe dla dwunastoletniego dzieciaka, jakieś dziwne kreacje spółgłoskowe ‘sch’ i ‘tsch’, nie do wymówienia, ale oglądane na opakowaniach raz po raz, utrwalane wraz z designem jako obraz oderwany od znaczenia. ‘Quelle, da weiß man, was man hat’, białe litery na granatowym tle, ‘kuelle’ brzmiało nawet fajnie. Ja, aber man weiß nicht, was man liest. Dopiero po latach, w miarę nauki języka, stawało się jasne, że ‘Götterspeise’ to nie po prostu nazwa gatunkowa galaretki, ale obietnica boskiej przyjemności, przekaz reklamowy ze zbioru symboli kultury konsumpcyjnej, który mógł faktycznie obsłużyć pewne potrzeby i tęsknoty po tej stronie granicy. I naprawdę stopniowo je wydobywał, by potem otwarcie wyjść im naprzeciw, jak się miało okazać wiele lat później.

A tak poza kwestią butów i ich prozaicznej użyteczności, przetrwały i inne obrazy pamięci, też po tej drugiej stronie. Kupowanie gazetek pod kościołem w pobliżu Osloer Straße, naładowane znaczeniowo do granic wytrzymałości, niewerbalne sygnały poparcia od znajomych Niemców, uśmiech życzliwości w zastępstwie brakujących słów, konwersacja zawężona do haseł ‘Solidarność ist eine tolle Sache’, bo język obcy zawodny, nie-giętki, ale komunikacja o ileż bardziej dynamiczna bez tej protezy języka. Kolacje wigilijne dla Polaków poza ojczyzną, włączanie obcych w kontekst własnych  Weihnachtsfeier, gesty interkulturowe nieświadomie przejęte ze zwyczajów katolickich, uważanych po drugiej stronie granicy za jedyne, własne i niepowtarzalne. Talerz dla każdego, co prawda bez siana pod obrusem, ale kto w tym miejskim krajobrazie widział kiedyś prawdziwe siano. A w kościele jedność i śpiew, potem zbiórka pieniędzy dla kraju. I trzymanie się razem. Ech, serce rosło. Jakiaś wyzwolona energia i u tych, co pakowali swoje VW Transporter do pełna proszkami, konserwami, pastą do zębów i ubraniami, żeby zafundować sobie kilka godzin trzepania na autostradzie i osobliwą przygodę z polską służbą celną, drobiazgowo studiującą konstrukcję niemieckich samochodów aż do zmęczenia materiału, także ludzkiego. Zahartowani znajdowali w tych rytuałach autopotwierdzenie, ‘was uns nicht umbringt, macht uns stärker’. Kto wie, ilu popadło w uzależnienie. Może pożenili się w końcu z Polkami? I przez następne lata praktykowali integrację europejską siedząc za wigilijnym stołem u teściowej, stopniowo włączając barszcz i gołąbki do swojego berlińskiego menu. Ile kilometrów wstęgi autostrady zapisało im się w pamięci, nie odtworzą już dziś, to wielkość niepoliczalna jak te pary niebieskich butów na ścieżce do kościoła w osiemdziesiątym drugim. Po butach ich poznacie.

Znów buty, buty, buty, tupot nóg
i ptaków oszalałych czarny wiatr.
Bułat Okudżawa, tłum. Witold Dąbrowski, Andrzej Mandalian

Gleis 17

Ewa Maria Slaska

Książka, która ostatnio zrobiła na mnie największe wrażenie to “Bebelplatz” izraelskiego pisarza Chaima Be’era. Książka dzieje się w Berlinie, a Bebelplatz, dawniej plac Opery, to plac przy najsłynniejszej ulicy Berlina – Unter den Linden, obok gmachu Opery i naprzeciwko Uniwersytetu im. Humboldtów. To tu 10 maja 1933 roku, 80 lat temu hitlerowcy urządzili pierwsze palenie książek.

Książka zaczyna się od opisu kilku miejsc, które autor-narrator odwiedza w towarzystwie starszego o pokolenie bukinisty żydowskiego, Rappoporta. W domu Rappoporta Chaim zamiast biblioteki ogląda pusty pokój, w którym na pulpicie leży jedna jedyna książka, egzemplarz sprawozdania Szymona An-skiego z jego podróży po żydowskiej Galicji. To jedyna książka jaka zachowała się z biblioteki ojca Rappoporta. Relikwia, a w niej nadpalona kartka z Przemiany Kafki, podniesiona przez ojca na Bebelplatz, w dzień po paleniu książek.

Chaim i jego cicerone idą też na Bebelplatz, nawet dwa razy, raz nocą, a raz w dzień, i oglądają pomnik spalonych książek Michy Ullmana. I wreszcie na stacji kolejki Grunewald idą na peron 17.

Gleis 17

Wspomnienia bukinisty o ojcu, które zaczynają się sceną, jak starszy pan na Bebelplatz podnosi kartkę z książki Kafki, kończą się w miejscu, skąd odjeżdżały pociągi na Wschód, do Auschwitz, do Łodzi, do Teresina. Nie wiadomo, kiedy i dokąd odjechał. Chłopiec z matką byli już w Ameryce. Ale wiadomo, że odjechał. Z tego peronu. Najprawdopodobniej. A na obrzeżach peronu napisy, kiedy, ile osób, dokąd.
Gleis 17

Byłam tam wczoraj, 6 stycznia 2013 roku. Dlatego zrobiłam akurat to zdjęcie. Maj 1933, 80 lat temu, styczeń 1943, 70 lat temu. Tyle czasu mógł mieć jeszcze ten stary człowiek z powieści Chaima Be’era.

Gleis 17

Dwa tory, które dziś wiodą do nikąd.

Gleis 17

Jak to dobrze, że do nikąd.

Nocą dopisane przez Dorotę Cygan:

Mowa tu o tekstach zarzuconych i porzuconych. Ten, który tu poszatkowalam poniżej, licząc na to, że znajdą się chętni do przeczytania całosci (wersja polska 2006, niemiecka 2009 pt. Nachrichten aus Berlin 1933-1936) przypomniał mi się m.in. dlatego, że miałam ‘poważny zamiar’ przetłumaczenia go na niemiecki dla przyjaciół i znajomych – zamysł  porzucony, jak widać (tłumaczenie: Barbara Kulinska-Krautmann). Ale też pomysł wydania w całości tych felietonow z Wiadomości Literackich (z lat 1934 i 1936) musial być porzucany wielokrotnie przez większych ode mnie, skoro reedycja nastąpiła tyle lat po wojnie. Przepisałam tu zaledwie kilka skrawków, bo wpis na blogu odnosi się akurat do akcji palenia książek na Bebelplatz. A czemu całość jest ważna? Bo pisana przez polskiego obserwatora, na gorąco, bez wiedzy, którą mamy dzisiaj, także bez przekłamań powojennych, zacietrzewienia ideologicznego i besserwisserstwa, z dystansem dużego formatu. Dla mnie lektura podobnie zajmujaca jak pamiętniki Viktora Klemperera z okresu III Rzeszy, wydane dopiero w 1996 roku (ile razy zarzucana wobec wielkości przedsiewziecia?) Bo w tym zbliżeniu, w tych szczegółach i migawkach z życia jest potęga realizmu. Nigdy nie wierzyłam w potęgę syntezy, a zwłaszcza w  prawdę takich syntez. Wiem skąd inąd, jak śmieszny jest los wielkich zamierzeń, nie obiecuję więc, że przepiszę Państwu na potrzeby blogu całej tej książki. Tę pokusę odrzucam.  Natomiast nie potrafię porzucić nadziei, jaką mam od dawna: że uda mi się (z Waszą pomocą?) przeczytać kiedyś równie prawdziwe teksty o tamtych mrocznych czasach. Nie odrzucajcie  tej malutkiej prośby. Powertujmy trochę w katalogach pamięci, dobrze?

Antoni Sobański: Cywil w Berlinie. Warszawa 2006.

Rozdzial: Cywile, Reichstag i książki. Cytaty ze stron 56-62.

„Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.”

„Wskazówek [jak palić książki] udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład palil u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dziela Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.”

„Żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granica tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem.”

„Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. (…) Ja osobiście zdobyłem dwa trofea.”

„Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła.”

Znalezione w Internecie, dla moich niemieckich czytelników:

http://www.berlin-judentum.de/denkmal/rampe-gleis-17.htm

Am Bahnhof Grunewald wurde der ermordeten Juden gedacht, die von hier zwischen 1941 und 1945 deportiert wurden. Die Schriftstellerin Inge Deutschkron rief dazu auf, nie die Frage zu vergessen, warum der Holocaust möglich war.
Tagesspiegel,19. Oktober 2012, Thomas Lackmann

Von der Polyphonie des inneren Monologs oder Wenn das Radio fehlt

Auch dieser Text wurde im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB) 2007/2008 veröffentlicht und auch er ist im Internet nicht vorhanden.

Dorota Cygan

Von der Polyphonie des inneren Monologs oder Wenn das Radio fehlt

Na, dann iss was, es hat doch keinen Sinn zu hungern, die zwei Würste vorher waren wohl ein Witz und die kleine Suppe auch eher dünn, das bisschen Schokolade und Eis tagsüber brauchst du gar nicht zu zählen, wo kämen wir denn hin, wenn alle ab jetzt nix mehr essen, ach was, Orangenhaut ist erblich und von Rettungsringen sollen die da nicht reden, wenn sie selber Augenringe haben, diese Arbeitsfetischisten und Zeitungsfreaks, selbsternannte Ernährungsberater im hysterischen Krampf auf der Suche nach Themen und  druckreifen Ratschlägen, die sich möglichst in Versform zu geflügelten Worten reimen und dauerhaft einprägen sollten, vergiss sie, iss was, der Abend ist noch lang, es geht nichts über ein Stück Schokolade, geistige Nahrung braucht mal auch eine konkrete Grundlage, allein ist sie bloß Ersatz, nee, stimmt gar nicht, ist nicht die zweite Tafel, der kleine Riegel zählt ja nicht, na dann nimmst du dir gleich alles Wichtige vor, was gestern liegen geblieben ist, ja, den alten Artikel auch, der vorige Woche hätte abgegeben werden können, wenn er nicht so offensichtlich unvollkommen gewesen wäre, machst halt ein paar Striche, hier und da ein Komma, eine treffende Metapher, subtile Pointe, streust ein paar Gedankenblitze und fertig, Magenkrämpfe haben noch keinem beim Schreiben geholfen, kein Wunder, dass du nichts zustande bringst, wenn der Bauch schnalzt und der Darm pfeift, für einen genialen Wurf brauchst du Energie, und wenn sie erst mal da ist, kannst ja gleich die Notizen vom vorigen Jahr suchen, liegen wohl unterm Bett, sicherlich runtergerutscht beim Nickerchen, ja, alles verstaubt sofort, diese Umweltverschmutzung, da waren doch, weißt du noch, ein paar geniale Ideen für drei neue Artikel, könnte man gleich einen ersten Entwurf machen und am Wochenende den Rest, ja vielleicht am besten gleich zwei, wenn man schon in Fahrt ist, dem Prof würden sie sicher gefallen, wenn er sie schwarz auf weiß vor sich hat, so bloß erzählt mag er sie nicht mehr, er sei schon zu alt, meinte er letztens, ja, Geschriebenes hat schon was, beruhigende Buchstabenreihen in klarer Abgrenzung vom Hintergrund, guter Kontrast, Schärfe der Argumentation und disziplinierte Gedankenführung, Ordnung des Gemachten,  fertiggestellte und abgeschlossene Größe, die – in Worte gebannt – nie mehr wachsen, geschweige denn über den Kopf hinauswachsen kann, tote Materie, die sich nicht verselbständigen kann, um in der Nacht herumzuspuken, ja, es hat schon was … wie auch diese Milka mit Joghurt-Füllung, gar nicht schlecht, viel Milch und Fruchtgeschmack, wie damals, als noch keine Diss im Raum stand, als Fahrradfahren und Fußballspielen zur normalen Fitness und die ersten peinlichen Gedichte zur gewöhnlichen Selbstprofilierung  gehörten, ach, eigentlich ist es wie gestern, kein großer Zeitsprung, immer noch derselbe Geschmack und dieselben Pickel, wenn du dich zusammenreißt, sieht man weder den Bauch noch die seichten Stellen im Textgefüge, noch ist alles möglich, jetzt um den Jahreswechsel hast du doch alles Vergangene weit hinter dir zurück gelassen, es holt dich nicht so schnell ein, nimm jetzt den richtigen Anlauf und dann fließen die Gedanken nur so hin, geordnet, gefügig und soooo schön, dass man sich nicht satt sehen kann – die längst überfälligen Sätze, endlich zu Papier gebracht, markieren die Grenze zum Neuen, und hinter dieser Grenze erstreckt sich eine weite Fläche ungeahnter Möglichkeiten, – die Freiheit, alles essen, denken, verbrechen, lieben und hassen zu können, was das Herz begehrt, vor lauter Übermut eine, zwei, drei oder vier weitere Dissertationen zu schreiben, ohne dass das Gefühl eigener Omnipotenz angesichts solch totaler Lebensentwürfe schwächelt, mehr noch –  ich sage dir, du wirst es noch heute schaffen, du wirst noch in dieser Nacht zu schreiben anfangen, du wirst Schriftstellerin, es ist die Geburtsstunde deines Genies. Du wirst es.

P.S. Hiermit schreiben wir einen Wettbewerb aus: Gesucht wird ein würdiges Pseudonym für die werdende Schriftstellerin ohne Werk. Gestiftet wird ein Preis in Höhe von 5 Euro für seriöse Vorschläge. Die Autorin tauscht die Urheberrechte für den vorliegenden Text gegen ein Radio oder eine psychedelische CD, die sie davor bewahrt, in der Stille ihres Arbeitszimmers Texte von solch peinlicher Offenheit zu produzieren, nur um die klirrende Stille der schalldichten Wohnzelle zu übertönen.

„Einsame Wörter“

Ich lade Autoren ein,  ihre Texte an diesem Blog zu veröffentlichen. Als erste hat Dorota Cygan, Linguistin, auf diese Einladung reagiert. Sie stellte mir ihren Text „Einsame Wörter“ zur Verfügung, der zwar im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB) 2005/2006 veröffentlicht wurde, den man aber im Netz nirgendwo findet.

Dorota Cygan
„Einsame Wörter“ oder Von der Poesie des Deutschunterrichts

Dichter sind sie eigentlich, ja, Dichter, ohne es zu wissen. Ausländer, die sich mühsam in das steife Korsett der deutschen Syntax zwingen, dafür aber in der Wortbildung in vollen Zügen die Freiheit genießen und sich manchmal bis in die sprachliche Anarchie vorwagen. Solange, bis die Lehrer, trostlose Besserwisser, ihnen den anarchischen Spaß vertreiben und das Richtige beibringen. Bis dahin ist es aber, Gott sei Dank, ein langer Weg, auf dem ein aufmerksamer Pädagoge (kein Sprachmoralist) manch eine Perle aufzulesen vermag. „Einsame Wörter“ – ich fand diese Verbindung in einem zu korrigierenden Beitrag und konnte mich nicht entscheiden, ob mich die frappierende Schönheit dieser Wortkombination mehr entzückt oder die tiefe Wahrheit über die existentielle Lage der besagten Wörter. Wenn man statt „einzelne Wörter“ – „einsame Wörter“ schreibt, ist man doch einen gewaltigen Schritt weiter als die nüchternen Linguisten, die ein Sprachphänomen, eben ein einzelnes Wort, isoliert betrachten wollen. Man ist mit dieser Kombination in einem einzigen (nicht einsamen!) Schritt direkt auf der existentiellen Ebene. Denn: Ist nicht alles Einzelne nicht auch ein wenig einsam? Liegt nicht ausgerechnet darin, in dieser misslichen Ausgangssituation das Bestreben der Wörter begründet, sich zu Paaren, Dreieckkombinationen und Ketten zu schließen? Weil man nämlich als Wortkette eine ernst zu nehmende kommunikative Einheit zu bilden vermag und einen gewissen Anspruch auf größere Ausdruckskraft gewinnt? Sicher ja, deshalb sei hier etwas zur Verteidigung der armen „einsamen Wörter“ gesagt, die sich, wenn sie einzeln auftreten müssen und keinen Schutz des ganzen Kollektivs von weiteren Wörtern genießen können, gar nicht trauen, als Einzelne zu bestehen und ihre Wahrheit laut zu verkünden. Diese „einsamen Wörter“ seien hier mal in Schutz genommen. Sie sind aussagekräftiger als Wortkaskaden. Und vor allem: Sie sind die BASIS. Ohne sie wäre ja nichts mit Deutschlernen. Als ich (bitte verzeihen Sie mir diese persönliche Einlage) vor einigen Jahren meine ersten Wörter der deutschen Sprache aufschnappte, besetzten sie, langsam aber sicher, alle Winkel meines Gehirns und ließen wenig Speicherplatz für Matheformeln und Geschichtsdaten. Nachts krochen sie hervor und meldeten sich ununterbrochen – alle einzeln, ohne jeden Zusammenhang. Ich träumte Wörter, immer nur Wörter. Sie waren nicht wegzukriegen aus dem Gedächtnis. Sicherlich ging es Größeren dieser Welt ähnlich, wenn ich in dem Zusammenhang Arno Schmidt zitieren darf, der mal schrieb: „Vielleicht bin ich von Mutter Natur ausdrücklich als 1 Gefäß für Worte angelegt.“ Doch diesen Satz kannte ich damals nicht. Und irgendwann aber traten die Wörter glücklicherweise aus der Isoliertheit (oder Vereinzelung) heraus und begannen Zusammenhänge zu bilden. Dass es jetzt, nach vielen Jahren, hauptsächlich auf die Zusammenhänge ankommt, soll uns jedoch nicht darüber hinwegtäuschen, dass einzelne, zunächst einsame Wörter die eigentlichen Bausteine des gesamten Sprachgebäudes sind. Bei aller Liebe für komplexe Redewendungen serviere ich im Deutschunterricht deshalb Wörter gerne auch einzeln, und zwar sowohl den Anfängern in meinem Deutschkurs, als auch den fortgeschrittenen Studenten, die sich ihre poetischen Kombinationen selbst erfinden dürfen und sie mir dann auch bitte schenken sollen. Aus all den Geschenken wird vielleicht eines Tages ein kleines poetisches Brevier entstehen – aus Wörtern nämlich, die entgegen der herrschenden Konvention etwas willkürlich nebeneinander aufgestellt werden und einen Hauch des Neuen, Kreativen haben. Zum Beweis dafür, dass in ausländischen Lernenden manchmal Dichter stecken.

Für die „einsamen Wörter“ sei der Autorin jenes Beitrags, den ich korrigieren sollte, an dieser Stelle herzlich gedankt. Diese Wörter ruhen jetzt in der privaten Schatzkammer und glänzen dort – sogar in guter Gesellschaft.

Übrigens hat auch die StaBi Anflüge sprachlicher Kreativität: Dort stand vor ein paar Jahren auf einem Verbotsschild: „Die Tische und Stühle dürfen nicht verrückt werden.“ Der Satz gehört ja auch in die Schatzkammer, oder? Ob er wohl von einem Dichter stammt?