Cierpienie zwierząt. Psy łańcuchowe


DIOZ Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt

KONIEC ŁAŃCUCHÓW W POLSCE! ⛓️‍💥🐾🆘

Od dziecka walczyłem z łańcuchami. Gdy miałem trzynaście lat, po raz pierwszy stanąłem do tej walki – i od tamtej pory ściągnąłem z szyi zwierząt tysiące tych przeklętych ogniw. Każdy łańcuch, który odpadał, był symbolem wolności, nadziei i zwycięstwa nad okrucieństwem.

Dziś Sejm za sprawą 260 posłów uchwalił nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, zakazującą trzymania psów na łańcuchach. Tak – wreszcie! To, co przez lata było symbolem cierpienia, upokorzenia i niewyobrażalnej samotności, przechodzi do historii.

Continue reading “Cierpienie zwierząt. Psy łańcuchowe”

Ségolène (fragment powieści)

Narratorem jest Holger, Niemiec z NRD, przyjęło się mówić byłej, ale to bez sensu, NRD sama z siebie jest była, już jej nie ma.

Krzysztof Maria Załuski

(…) próbowałem opowiadać jej o mojej pracy, o dziesiątej rocznicy upadku Muru Berlińskiego, o tym jak od miesięcy tym tematem maltretuje nas wydawca. I jak redagowanie tych wszystkich pamiętników, albumów i całej reszty okolicznościowych broszur doprowadza mnie do mdłości… No bo ile można pisać o zasiekach, polach minowych, reflektorach, wieżyczkach strażniczych, sowieckich czołgach, tajnych współpracownikach Stasi, żołnierzach Narodowej Armii Ludowej i partyjnych aparatczykach?

A potem powiedziałem Ségolène, że mieszkałem kilkadziesiąt metrów od granicy, na Strelitzer Straße1. I że z czwartego piętra ten mur wyglądał jak brudny cień. Czasem nawet o nim zapominaliśmy. Bo on po prostu był. Taki codzienny, oczywisty, zwykły, jak ściana pomiędzy kuchnią a łazienką… Ale dziewiątego listopada tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku przestaliśmy się go bać. Berlin śnił już tylko o wolności.

Pamiętam tamto morze szarych ludzików, którzy napierali na betonową zaporę z siłą tsunami. Kruszyli ją kawałek po kawałku, przęsło po przęśle. Uderzenia młotków i szczęk dłut przerywały okrzyki radości. Oklaski i wystrzały korków szampana zagłuszały komunikaty z megafonów. Wszyscy widzieli, ale nikt chyba jeszcze nie wierzył. Zbyt wiele razy nas oszukiwano. Więc może i tym razem ta wolność miała być jedynie iluzją, jakąś komunistyczną prowokacją? Tak wtedy myśleliśmy… Niepewność podsycali jeszcze zdezorientowani strażnicy, którzy nagle znaleźli się po niewłaściwej stronie historii – zdumieni, niepewni, jak roboty pozbawione instrukcji… A jednak nie otworzyli ognia. Pochowali się, jakby samo przyjęcie do wiadomości faktu, że to koniec tamtego świata, przerastało ich intelektualne możliwości. Patrzyli z niedowierzaniem na tłumy, które już za moment miały złamać tabu i przejść granicę mitycznego Zachodu, ten widnokrąg rzeczywistości, która istniała do tej pory jedynie w naszej wyobraźni.

Mówiłem jej o tym, że Berlin jeszcze długo pachniał tamtym wilgotnym listopadem, rozłupanym betonem i nadzieją – niestety gasnącą z każdą rocznicą Zjednoczenia Niemiec. Kawałki muru najpierw stały się relikwiami, swoistymi trofeami – namacalnym dowodem udziału w obaleniu reżimu Honeckera, później pojawiły się na straganach pod Bramą Brandenburską. Przy stołach do tapetowania zasiedli okutani w syberyjskie papachy handlarze historią, którzy za kilka dolarów sprzedawali jej okruchy: sowieckie mundury, płaszcze, hełmy, pasy, bagnety, czerwone sztandary i ordery z Leninem, Stalinem i Mao… Tak oto historia stawała się własnym, żałosnym wspomnieniem i budzącą jedynie śmiech martyrologią. Z wolności i jedności pozostała tylko czapka z czerwoną gwiazdką, coraz mniejszą, coraz bardziej wyblakłą. Dawni funkcjonariusze systemu pozrzucali mundury, niektórzy wyjechali na Zachód i zostali kierowcami taksówek, ochroniarzami w supermarketach, pracownikami magazynów, inni, bardziej elastyczni, dostosowali się do nowej rzeczywistości. Ci sami ludzie, którzy bez zbędnej refleksji strzelali do uciekinierów, stali się szanowanymi policjantami.

Wspomniałem jej także, że największe rozczarowanie przyszło jednak później. Gdy okazało się, że wielu działaczy opozycji, ludzi, których podziwialiśmy za ich niezłomność i odwagę, przez lata współpracowało ze Stasi2. Byli rozgrywani jak pionki, pisali raporty, donosili na przyjaciół, sąsiadów, kolegów z pracy a nawet na własne rodziny. Mimo to spora część zrobiła kariery w zjednoczonej Republice Federalnej. Niektórzy w polityce, inni w służbach, a jeszcze inni w mediach… I nikt już ich nigdy nie pytał, na kogo pisali donosy… Kiedy parę tygodni po otwarciu granicy wyjeżdżałem z Berlina, nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedykolwiek będę musiał pisać o wątpliwym bohaterstwie moich rodaków. Czytając archiwalia, coraz częściej zastanawiałem się, w jakim stopniu historia jest mistyfikacją. Bo przecież na moich oczach rodziły się mity. Dawni oprawcy stawali się rzecznikami demokracji, a martwe ofiary systemu milczały, jak zawsze… Ale dla mojego wydawcy to było nieistotne. Dla niego liczyło się tylko to, żeby sprzedać licencję na ten chłam, żeby było o nas głośno w telewizji, w radio i w gazetach. Jego interesowały wyłącznie wyniki finansowe.

Nie wiem jak długo wtedy opowiadałem Ségolène o Berlinie Wschodnim i o moim, wymyślonym przez Stalina i Ulbrichta kraju, o tej nieszczęsnej Niemieckiej Republice Demokratycznej, która trzeciego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku tak cudownie zjednoczyła się z Republiką Federalną Niemiec. Mówiąc jej to wszystko chyba nie zdawałem sobie sprawy, że dla kogoś takiego jak ona, moje wspomnienia są kompletnie niezrozumiałe… No, bo co takich Szwajcarów, Brytyjczyków, Francuzów czy Amerykanów może obchodzić nasza historia – kapitulacja po wojnie, podział Niemiec, okupacja i deportacje w głąb Rosji… gwałty, rabunki i zbrodnie komunistów, powstanie w czerwcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku i jego brutalne stłumienie przez Sowietów, kolektywizacja rolnictwa i nacjonalizacja przemysłu, albo masowe donosicielstwo i ucieczki przez pola minowe? A już najmniej to, że na koniec, nasi bogaci krewni z Zachodu, tak nas oszukali

______________________________

1 Strelitzer Straße – ulica w berlińskiej dzielnicy Mitte, w rejonie dawnej granicy między Berlinem Wschodnim a Zachodnim. Po wzniesieniu Muru Berlińskiego w 1961 r. znalazła się po stronie wschodniej, tuż przy pasie granicznym. W jej pobliżu dochodziło do dramatycznych prób ucieczki do Berlina Zachodniego; w 1962 r. na skrzyżowaniu Strelitzer Straße i Bernauer Straße zginął Peter Fechter, jedna z najbardziej znanych ofiar muru.

2 Stasi – potoczna nazwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD (Ministerium für Staatssicherheit), funkcjonującego w latach 1950–1990. Uchodziła za jedną z najskuteczniejszych i najbardziej represyjnych służb wywiadowczych w bloku wschodnim; zajmowała się inwigilacją obywateli, dezinformacją i tłumieniem opozycji.

Uwaga od Adminki: Czytałam tę wspaniałą powieść, wcale nie o NRD (to tylko nie nie znaczący fragment), tylko o życiu i historii, a zwłaszcza o miłości i kobiecie, jest rękopisem, czyli maszynopisem, a właściwie nawet komputeropisem i szukam dla niej wydawcy.

Małą Mi do Berlina i z powrotem (7). Berlin

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Pauza

Rozważałem dwa sposoby powrotu do Wrocławia. Albo wrócę tak jak tu dotarłem, czyli  płynąc lub idąc, albo spróbuję wrócić pociągiem, rozcinając MAŁĄ MI na cztery części. Miałem pewne wątpliwości co do jednego jak i drugiego sposobu. W końcu rozciąłem MAŁĄ MI na dwie części i schowałem do piwnicy Ewy Marii. Do Wrocławia wróciłem  Flixbusem. Okazało się to bardzo słusznym posunięciem. Gdybym płynął MAŁĄ MI z powrotem,  to  nie kupiłbym książki Życie seksualne kajakarzy. A jak bym pojechał pociągiem, nie dostałbym od Ewy Marii książki Amerykański sen.


Teraz te książki stoją u mnie na półce i prowokują prawie identyczni kolorami obwoluty, bym spróbował powiązać w jedną całość ich lajtmotiwy. A nie jest to proste, bo jedna mówi o seksie, czyli zjawisku biologicznym, a druga o wolności obywatelskiej, czyli zjawisku należącym do sfery polityki. Na razie,  kilka dni po przyjeździe do Wrocławia, zadzwonił do mnie kolega i poprosił o pomoc  w szkoleniu żeglarskim. I tak znalazłem się w Tychach, na jeziorze Paprocany z czterema szelmami na pokładzie. Doszukiwałem się w tym magii, ale się nie doszukałem. Za to miałem okazję skonfrontować moje poglądy z pokoleniem Z. Okazały się zadziwiająco zbieżne, nawet wtedy, gdy stwierdziłem, że młodzi ludzie są największą zarazą zagrażającą ziemi, bo chcą się uczyć, zdobywać dobry zawód i móc się dorabiać nowych samochodów,  mieszkań, mebli do tych mieszkań i wielu innych dóbr, a to przecież zagraża światu. Zetki przyznały  mi rację, ale nic z tego nie wynikło.  Kurs zakończyliśmy na DeZecie, łodzi dziesięciowiosłowej z dwoma masztami o tradycyjnym ożaglowaniu gaflowym.


Za honorarium za szkolenie kupiłem Życie seksualne kajakarzy Wojciecha  Koronkiewicza. Inaczej nie kupiłbym  tej książki, a szkoda, bo jako organizator i komandor wielu spływów kajakowych, zarówno harcerskich jak studenckich, mam swoje obserwacje w tej materii i szkoda by mi było pieniędzy. Tym bardziej, że jak się spodziewałem, o życiu seksualnym  kajakarzy było w niej bardzo mało, zaledwie pół zdania, za to zgodne z moimi obserwacjami. Ci kajakarze to przez cały dzień wiosłują, a wieczorem rozbijają namioty, lecz zamiast zająć się życiem seksualnym, rozpalają ogniska,  siadają przy nich i do późnej nocy śpiewają. Rozumiem jeśli tak robią harcerze, ale  że również studenci, tego to nie rozumiem, to do nich niepodobne. Coś tu nie gra. To trzeba wyjaśnić. 

Po kursie żeglowania wróciłem do Wrocławia i zacząłem przygotowania do sprowadzenia MAŁEJ MI z Berlina do Wrocławia. Zadzwoniłem do Alka i upewniłem się, że jak utknę gdzieś w Polsce, to przyjedzie po mnie z przyczepką i wyciągnie mnie z opresji. Do Berlina udałem się Flixbusem i od razu zabrałem się za składanie MAŁEJ  MI. Okazało się to prostsze niż myślałem. Spieszyłem się, bo przede mną były dwa dni pomyślnych wiatrów na kanale Odra-Sprewa. Na odjezdne Ewa Maria dała mi swoją książkę Amerykański sen i świeżo upieczony placek drożdżowy.

Staszek Pyjas, zwei Stimmen / dwa głosy

Tibor Jagielski

pamięci pokolenia staszka pyjasa
twoje pokolenie
spadło ze schodów
w wieku lat 24

wczoraj
– po wielokrotnych denuncjacjach i inwigilacjach,
wiwisekcjach i ekshumacjach –
ogloszono na fesjsbuku:

było pijane
i samo sobie winne.

z cyklu: “wizje tylko lokalne”

***

Michael Meinicke

Staszek Pyjas – 7. Mai 1977 – Kraków

Mit den Leuten, die alle schwarze Regenschirme halten, stehe ich vor einem alten Haus im Zentrum der Stadt und versuche, die Rede eines polnischen Studenten zu verstehen. Er steht im Hauseingang, von schwarzen Todesfahnen umgeben. Links und rechts kleine Plakate an den Wänden, vor denen Sterbelichter flackern. Als ich das Haus betrete weiß ich, dass hier Staszek das letzte Mal an unsere Welt dachte, an seine Freunde, seine Liebe, an Arbeit, an den Kampf, den er im unerwünschten Komitee zur Unterstützung der Arbeiter führte, an Hass und Freude. Vielleicht auch an sein Philologiestudium, seine Artikel im Studentenmagazin und seine Pläne für die Zukunft, die Hoffnungen auf die Schönheit unseres menschlichen Lebens – bis er über das Treppengeländer stürzte und Schädel und Herz auf den alten Fliesen zerbrachen. Ich sehe auf die Blumen dieser Stelle und auf das kleine Passfoto, auf die Totenwache einer Studentin und eines bleichen Kumpels, den ich für eine Wachsfigur halte, als sich mein Körper verkrampft. Ich denke an meine Freunde und mein Leben und das alles in unserer Welt gleich ist, auch wenn wir durch Grenze und Sprache getrennt sind. Und ich fühle den Händedruck und das mutbringende Lächeln der Polen in der soeben besuchten Totenmesse in der Dominikanerkirche. Welches Entsetzen, welche Macht, welche tödlichen Erlebnisse lassen uns unsere Liebe und Sehnsucht vergessen? Ich schäme mich, weil ich nicht schreie, weil ich lebe und liebe in dieser Finsternis, weil ich nicht mehr helfen kann. Weil ich das hier begreifen, geschehen lassen muss. Nichts ist mehr möglich, nur durchhalten, um die winzige Flamme, diesen kleinen, fast vergessenen Traum des Glücks weitertragen zu können. Es wird die Zeit kommen, wo wir nicht mehr Straßen, Plätze mit den Namen der Opfer benennen müssen. Wo es keine Denkmäler und Tafeln mit Trauerblumen an den Wänden geben wird. Alles wird dann in uns selbst existieren. Wir werden daraus bestehen. Eins sein mit unserer Hoffnung und glücklich in jeder Sekunde. Glücklich, wenn Worte wie Terror, Kampf und Sieg vergessen sind. Endlich wird uns bewusst sein, dass wir leben ohne Angst, die Zukunft verlieren zu müssen. Wir werden uns mit dem unbekannten Staszek treffen und mit allen, die Schmerz und Entsetzen in die Musik einer kommenden Gemeinschaft verwandelt haben. Einmal werden wir uns ohne inneres Grauen lieben.

***

Erst nach Veröffentlichung dieses Beitrags, schickte mir Autor dieses Foto:

Beschreinung vom Autor: Foto – 1977 Kraków. Unser Treff. Links Sue, mit der ich immer befreundet bin. Rechts meine 1. Ehefrau. Unten heimlich von mir aufgenommen – sie stehen an, um Abschied zu nehmen. Hier wurde er ermordet.

Deutsche Oscar-Nominierung (gegen meine)

Anne-Sophie Scholl

In die Sonne schauen, Reblog

 Im Corona­winter von 2020 zog Mascha Schilinski gemeinsam mit ihrer Freundin und Co-Drehbuch­autorin Louise Peter auf einen alten Bauernhof in der deutschen Alt­mark. Dort sind sie auf einen Schnapp­schuss aus den 1920er-Jahren gestossen – und eine Idee ist geboren. Der Film In die Sonne schauen spielt auf diesem Hof und reiht kurze Szenen, manchmal auch nur Blitz­lichter aus vier Epochen des letzten Jahrhunderts aneinander. Der Film ist ein Ereignis, ja eine Offenbarung, schreibt Feuilleton-Autorin Anne-Sophie Scholl. 

Continue reading “Deutsche Oscar-Nominierung (gegen meine)”

Światowy Dzień Mórz

28 września 2024 roku obchodziliśmy światowy dzień mórz, ale nie było możliwości umieszczenia na blogu tego wpisu, który, jako “ponadczasowy”, przesuwał kilka razy publikację, wciąż ustępując miejsca wpisom znacznie bardziej aktualnym. Tym, którzy nie mogą tego pamiętać, powiem, że termin “ponadczasowy” oznaczał w dziennikarstwie PRL-u teksty służące do wypełniania dziur, które w każdej gazecie, zawsze mogą się znienacka pojawić i redaktor musiał mieć w szufladzie jakieś rezerwy. Inną nazwą tego typu tekstów była “Zielona ściana lasu”. Tu zatem “Niebieska fala morska”.

Reblog z Eko-Kalendarza.

Ruch fal morskich ożywia lub daje ukojenie. Nadmorskie krajobrazy próbujemy uwiecznić na zdjęciach i obrazach, czy na długo przechować w pamięci. Żeby uchowały się jednak w jak najlepszym stanie w rzeczywistości, powinniśmy pilnie zwrócić uwagę na pogarszający się stan światowych mórz, które są zasobnymi, kluczowymi i a jednocześnie wrażliwymi ekosystemami planety.

Pozwólcie kochan* Czytelnic*, że zaprezentuję tu znalezioną przez Konrada stronę (dalszy ciąg tekstu z Eko-Kalendarza poniżej):

The Deep Sea (neal.fun)

Continue reading “Światowy Dzień Mórz”

Cierpienie zwierząt 10, czyli o filmach i aktorkach

  1. The Unsuspecting Wife (1963) Cary Grant & Audrey Hepburn | Mystery, Romance, Thriller


Komisarz pokazuje to głównej bohaterce i w trakcie wyjaśniania, o co właściwie chodzi przestępcom, którzy ją prześladują, wskazuje brodą tę półtuszę i mówi, że to wystarczy, żeby zostać wegetarianinem. Ciekawe, to są dopiero lata 60. Nikt jeszcze nie jest wegetarianinem. W Polsce nie używa się nawet tego słowa. Jeśli ktoś nie je mięsa, jest jaroszem, ale nigdy kogoś takiego nie widzieliśmy. Mięso jedzą wszyscy, a przecież w tym filmie to zdanie pada, pada mimochodem, i nikt w całym filmie do niego nie nawiąże. Nikt nie jest jaroszem. Wszyscy wszystkich mordują. W Rockym Silvester Stallone trenuje walcząc z zamrożonym tuszami krów. Nikt jednak nie sugeruje, że może się od tego odechcieć jedzenia mięsa. Tym niemniej to właśnie film być może wpływa na to, że od lat 70 zaczynamy w ogóle myśleć o ochronie zwierząt przed cierpieniem. Wcześniej chyba nam to nie przychodziło do głowy.

2. Najbardziej znaną aktorką, która opowiedziała się po stronie zwierząt była Brigitte Bardot.

Ofiarowałam kiedyś swoją młodość i urodę mężczyznom. Dziś ofiarowuję swoją mądrość i to co we mnie najlepsze zwierzętom, powiedziała aktorka 17 czerwca 1987 roku, po zakończeniu aukcji, w której wyprzedała cały swój cenny majątek: rodzinne meble, pierwszy odlew Marianny, pierwszą gitarę, kostiumy z filmów, klejnoty rodowe, mieszkanie w Paryżu. Zrobiła to, aby zdobyć wymagane trzy miliony franków na fundusz założycielski, który pozwoliłby na założenie fundacji dla ochrony zwierząt.

Brigitte Bardot nigdy nie planowała kariery filmowej – swoje życie chciała związać z baletem. Na jej drodze pojawił się jednak modeling, a następnie kino. Jako aktorka zrobiła furorę i szybko osiągnęła status gwiazdy. Była najpiękniejsza, najsławniejsza, najbardziej pożądana. Miliony kobiet chciało wyglądać jak B.B., śmiać się jak B.B., mieć tyle seksu co B.B., kochać jak B.B. Ona sama uwielbiała się bawić, śpiewać i tańczyć, kochać mężczyzn i życie. Czerpała z niego pełnymi garściami, prowokowała, rozbudzała pożądanie wśród mężczyzn swoim wrodzonym seksapilem. Była uosobieniem rewolucji seksualnej, kolekcjonowała kochanków, ulegała porywom serca i własnym kaprysom. Nieokiełznana w czynach i słowach. W latach aktorskiej świetności miała świat u stóp. Była popularna, aż nadto popularna. Zawsze też instynktownie rozumiała zwierzęta, bo sama była zaszczuwana niczym zwierzę. Podpatrywano, ścigano, maltretowano ją. Jej życie przypominało więzienie. Utożsamiała się ze zwierzętami, bo sama czuła się przez wiele lat jak zwierzę w klatce wystawione na widok publiczny.

Rozstała się z kinem w czerwcu 1973 roku. Pozostawiła po sobie imponujący bilans: 51 filmów, z czego kilka wybitnych, bogaty repertuar muzyczny oraz ikonografię, która przez wiele lat będzie przyciągać wzrok. Wśród widzów, szczególnie wśród mężczyzn, przeważało niedowierzanie. Wielbiciele gwiazdy uważali koniec jej kariery za zdradę. Niewielu jednak wiedziało, że niechęć do filmu czuła od dawna. Kino było zawsze raczej środkiem niż celem. Nie marzyła o sławie i pieniądzach. Jej ambicje zapowiadały prawdziwy cel – chciała grać, aby kupić sobie gospodarstwo, na którym nie zabija się zwierząt, bo to właśnie u zwierząt znalazła autentyczność, której poszukiwała. To w nich widziała swoich sojuszników i przyjaciół. W wieku trzydziestu dziewięciu lat porzuciła status gwiazdy na rzecz swojej religii – obrony zwierząt:

Byłam gotowa, całkowicie gotowa rozpocząć nowe życie. Dla nich odsunęłam w cień własną osobowość, sławę. Służyłam im. Walczyłam o ich przetrwanie. Zapomniałam o sobie, myśląc tylko o nich.

Affari tuoi oder Deal or no deal

Monika Wrzosek-Müller

Wie jedes Jahr gehört der September meiner geliebten südlichen Toskana, der Maremma. Seit vielen Jahren pilgern wir hierher; ich schreibe bewusst „pilgern“, weil es sich für mich auch etwas wie eine spirituelle Reinigung anfühlt. Von weitem grüßen die riesigen Schirme der Pinien, das Meer glitzert, die Menschen lachen, die langen Fahrradpisten sorgen auch für sportliche Herausforderungen, der Kaffee kostet immer noch 1,60, ein budino di riso (eine Spezialität in der Toskana, ein Reisküchlein) 1,50, das Eis gibt es in unmöglichsten Geschmacksrichtungen, auch Dubai-Schokolade ist dabei, das Essen schmeckt überhaupt hervorragend; das hört sich wie eine Ansammlung von Klischees an, doch es ist die reine Wahrheit, die wir hier Jahr für Jahr erleben. Dieses kleine Paradies befindet sich unter dem Monte Argentario, und auch wenn rundherum in der Welt vieles den Bach runter läuft und wir als passive Beobachter untätig bleiben, bilde ich mir ein, hier darf ich das Paradies genießen.

Continue reading “Affari tuoi oder Deal or no deal”

Małą Mi do Berlina i z powrotem 6

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Dzień siódmy i ósmy

Gdyby nie było polityki nie byłoby wojen
Gdyby nie było biznesu nie byłoby polityki.
Czyli wojen by nie było  gdyby nie było biznesu. Ale gdyby nie było biznesu nie byłoby pracy, a jak by nie było pracy nie byłoby pieniędzy. Bez pieniędzy da się żyć w małej wiosce otoczonej polami, ale co to za życie. Jest jeszcze jeden sposób na życie bez pieniędzy, nomadyzm,  życie w drodze z tego co los przyniesie i nie chodzi tu o życie na czyjś koszt, chodzi o przywracanie fundamentanych relacji między ludźmi i między człowiekiem a przyrodą, bez utraty kontaktu z  największymi osiągnięciami  ludzkości, za to z krytycznym spojrzeniem, danym tylko wędrowcom.

Z tym przesłaniem,  wykąpany, wyspany i nakarmiony u Ewy Marii przystąpiłem do walki z workiem plastikowym zaplątanym w gałęziach drzewa na Tempelhofer Damm .
Na podwórku stał trójkołowy rower Ewy Marii. Możesz sobie go wziąć, na tym nie da się jeździć. Przerobiłem maszt MAŁEJ MI na dyszel i podłączyłem do roweru trójkołowego. Da się jeździć, ale skręcając w prawo trzeba się wychylić w lewo. Gdybym nie był zaprzęgnięty do mojego wózka to wywrotka murowana. To był rower  do… Trochę ciężko się jedzie ale na allegro można kupić silnik od kosiarek przystosowany do napędzania roweru. Tfu, tfu, tfu precz szatanie  ledwo wjechałem do miasta a już pojawia się pokusa by zejść z drogi regresu i wejść na drogę postępu cywilizacyjnego. Ale nie bądźmy fanatykami, ten zestaw z rowerem był odpowiednim pojazdem  na wędrówki po pustym wielkim lotnisku w upalny dzień. A tym czasem ruszamy z Ewą Marią na spotkanie literackie do SprachCafé Polnisch. Po drodze kupuję w Decatlonie butlę gazową. Na drugi dzień ruszam moim zestawem na lotnisko Tempelhof,  gdzie w latach siedemdziesiątych  samoloty lecące z Warszawy do Wrocławia, lądowały w innym świecie.

Ustawiam się na pasie startowym, by podjąć próbę odlotu w kosmos, w kierunku Mgławicy Andromedy.  Młody człowiek, którego proszę o rejestrowanie mojego odlotu, początkowo jest zdezorientowany, a po chwili robi do mnie oko i uśmiecha się ze zrozumieniem. I już prawie bym odleciał, gdybym nie zauważył pikniku po drugiej stronie lotniska. Polski piknik organizowany przez Polskie Towarzystwo Szkolne Oświata oraz sztab WOŚP Berlin. I tak zamiast w kosmosie znalazłem się na pikniku. Wkupiłem się listem polecającym od Ewy Marii i  kawą zaparzoną na świeżo kupionej butli gazowej.


A potem były tańce. Był stół pełen różnych przekąsek i był pomysł by zorganizować naukę żeglowania, i drugi pomysł, by pójść z MAŁĄ MI do Czaplinka na Pol’and’Rock. Chętnie bym poszedł, przy okazji  odwiedził  zatokę Antka Cwaniaka,  ale taborem, przynajmniej w trzy wózki. Można by  spróbować za rok połączyć naukę żeglowania z przygotowaniami do wyprawy na Pol’and’Rock 2026. Wozy i łodzie mam, brakuje mi tylko załogi.