Moja dusza w swych wizjach nie chyli się z żalem Nad radością minioną. Ni ważyć nie będzie Hańby tych dni, gdy smutek i niepokój wszędzie. Umie zapomnieć! Ponad Oceanu fale Wzbita lotem nadziei, chce chaty w dolinie Ujrzeć, gdzie Cnota żyje bezpiecznie i święcie; W krąg tańcząc przy księżycu, uplotą zaklęcie Uczucia czarodziejskie, piękności mistrzynie. Inne teraz popłyną łzy z oczu zbolałych; Łzy szczęścia, w których radość jest i zdziwienie, Jak z oczu ludzi, którzy z otchłani snu złego Dźwigają się, gdzie diabły złośliwe szalały. I widzą: słońce wschodzi. I drżące promienie, Niosąc nową rozkosz, ku ich sercu biegną.
1791
Tłumaczył Zygmunt Kubiak
Ewa Maria Slaska
O utopiach, cyzli pantisokracja
Tak, jest takie polskie słowo, po polsku, podobnie jak w innych językach, kompletnie niezrozumiałe. Oczywiście kracja to władza, panti też znamy, toć to panta rei, czyli wszystko (płynie), co więc – władza wszystkich? a to so pośrodku to co? okazuje się, że to słowo też znamy, choćby z izobarów – isos – równy. Każdy będzie równy innym i tak się będą rządzili. Pantiskoracja, demokracja w najczystszej postaci. Tak się miała nazywać osada założona w Nowym Świecie przez młodych poetów i ich… narzeczone.
Czy z tego sonetu to wynika? Oczywiście nie, ale ten sonet to dopiero nadzieja. Coledrige urodził się w roku 1772, miał więc 22 lata, gdy podczas wakacyjnej włóczęgi poznał innego poetę, jeszcze młodszego – Roberta Southeya. Gdy się poznali, Robert miał 20 lat. Obaj oddali się wielkim marzeniom o najbardziej sprawiedliwym społeczeństwie na świecie. Plan dojrzewał, chłopcy pojechali do Bristolu, gdzie mieszkała narzeczona Roberta, Edith Fricker. Samuel zaręczył się z siostą Edith, Sarą, a trzeci poeta, nieco od nich starszy Robert Lowell, zaręczył się z Mary. Mieli więc już narzeczone, z którymi chcieli zakładać Pantisokrację. Jednak ani oni ani ich narzeczone nie miały pieniędzy. Dziewczęta pochodziły z dobrej rodziny, ale gdy były kilkunastoletnimi dziewczynami, ich ojciec zbankrutował. Edith i Sarah pracowały jako szwaczki, Mary została aktorką. Obaj młodsi poeci również byli bez grosza, a Lovell, jedyny zamożny człowiek w ich gronie, został przez rodzinę wyzuty z majątku, gdy związał się z aktorką.
Współczesne feministki widzą w siostrach Fricker wzór siostrzeństwa. Siostry spędziły niemal całe swoje życie wspólnie, pod jednym dachem.
To z nimi młodzi rozpoetyzowani marzyciele postanowali założyć utopię w Ameryce. Pantisokrację. Chcieli wznieść się ku niebu a potem opaść w doliny, gdzie stałyby ich skromne chatki.
Wszyscy mieli się rządzić wspólnie. Miało ich być dwa razy po dwanaścioro – dwunastu mężczyzn i ich dwanaście narzeczonych. Planowali bezwzględną równość kobiety i mężczyzny oraz wykonywanie przez mężczyzn większości prac domowych. Nie miało być prywatnej własności ziemi. Człowiek miał żyć w harmonii z przyrodą. Nawet zwierzęta miały być siostrami i braćmi “w braterstwie powszechnej Natury”. Dzieci miały być odcięte od pokus i uprzedzeń nowoczesnego społeczeństwa i wychowywane jako “dzieci Natury”. Pantisokracja była nowym początkiem, jej mieszkańcy mieli się stać Nowym Człowiekiem. Coleridge pisał: “Ideą przewodnią jest uczynienie ludzi koniecznie cnotliwymi poprzez usunięcie wszelkich motywów zła – wszelkich możliwych pokus… Obowiązkiem każdego człowieka jest bycie sprawiedliwym, ponieważ leży to w jego interesie … Serce powinno karmić się prawdą, jak owady liściem – dopóki nie zabarwi się na kolor i nie pokaże swego pożywienia w każdym najdrobniejszym włóknie”.
Z tych marzeń nic nie wynikło, nie mieli 20 tysięcy funtów na zakup ziemi, ani czterech tysięcy na podróż przez ocean. Ale możliwe, że ich plany nigdy nie były realne, choć dość długo znali nawet nazwę rzeki, nad którą chcieli się osiedlić: Susquehannah w Pensylwanii. Łagodna rzeka płynąca bezpiecznie wśród łąk pełnych kwiatów.
Nie popłynęli jednak do świata, gdzie można było tworzyć utopie, zostali w Europie. W roku 1794 wszystkie trzy siostry poślubiły swoich poetów. Mary szybko owdowiała, Sara i Samuel żyli niemal 30 lat w separacji, jedynie Robert i Edith rzeczywiście prowadzili udane życie małżeńskie i to oni przygarnęli obie siostry pod swój dach.
Używam słowa “księżyni”, choć, podobno tak twierdzi profesor Miodek, z szacunku dla pełnionej funkcji w przypadku kobiet księży nie powinno się używać feminatywów.
Na pierwszym roku studiów zamieszkałam na przedmieściach Poznania w domku jednorodzinnym u starej pani H., o której wszyscy mówili Biskupica. Wynajmowałyśmy u niej we trzy jeden ogromny pokój z werandą, pełną niezwykłych roślin, wśród których były na pewno fikusy, filodendrony i sansewerie oraz dziwnie słodko pachnąca, obficie kwitnąca choja.
Pani H. była stara, gruba i bardzo pogodna. Była dobrą gospodynią. Nauczyła mnie wielu trików, które stosuję do dzisiaj. Na przykład, że jeśli wkładasz żakiet lub marynarkę, wystarczy jeśli wyprasujesz gors, kołnierzyk i mankiety bluzki, a jak pieczesz ciasto, to bez wahania możesz użyć margaryny, bylebyś wysmarowała blachę masłem, a jeżeli w przepisie jest sześć jajek, to spokojnie wystarczą cztery. Jeśli nie wystarczą, nie warto sobie zawracać głowy takim przepisem. Dziś myślę, że te porady były przejawem skąpstwa, czy to poznańskiego, czy może indywidualnego, ale wtedy bardzo mi się podobały. Mąż pani H. już nie żył, ale chyba też musiał być bardzo oszczędny, a może zaradny, bo on z kolei zbierał na ulicy wszystkie gwoździe i śrubki. Nigdy bym nie pomyślała, że tyle żelaziwa można znaleźć, ale pozostały po nim blaszane puszki pełne metalowego badziewia, bardzo przydatnego w czasach, gdy wielu rzeczy w ogóle nie było w sklepach. A u pana H. i owszem. Też potem latami zbierałam różne rzeczy na ulicy, ale wolałam monety i koraliki niż gwoździe.
Państwo H. byli świadkami Jehowy. Przez dłuższy czas myślałam, że pani H. jest biskupicą, czyli wdową po biskupie jechowickim, ale kiedyś okazało się, że wcale nie. To ona była biskupinią, a jej mąż był szeregowym członkiem.
Ale nigdy nie widziałam pani H. w akcji, czyli nie wiedziałam, na czym polegało to jej biskupienie. Wiele lat później spotkałam w Berlinie pastorkę braci czeskich. Mamy w Berlinie całą dzielnicę czeską – nazywa się też odpowiednio – Böhmisches Dorf. Böhmen to Czechy, a jednocześnie źródłosłów bohemy, czyli cyganerii artystycznej. Słowo wzięło się stąd, że kiedyś myślano, że Cyganie przybyli do Europy Zachodniej z Czech. Ale już od Zimowej opowieści Szekspira wiadomo, że Czechy to odległa, egzotyczna kraina, która leży nad… morzem. Cyganie-artyści podobnie jak prawdziwi Cyganie mieli, zdaniem mieszczuchów, gardzić pracą i przepędzać życie na zabawach. Jednak husyci czyli bracia czescy byli podobnie jak hugonoci, mennonici i inni przepędzani z kraju do kraju protestanci słynni z pracowitości. Wszystkie te mniejszości chętnie przyjmowano w Prusach, które były wzorem tolerancji religijnej, połączonej z pragmatycznym sztosunkiem do życia. Hugonoci upowszechnili w Prusach zamiłowanie do luksusowych drobiazgów, rękawiczek, apaszek, malowanych tabakierek, koronkowych kołnierzyków czy wachlarzy, menonici osuszali błota, husyci uprawiali sady. Tym razem dowiedziałam się już dokładnie, że kobieta i mężczyzna tak samo sprawują posługę kapłańską. Odprawiają msze, udzielają sakramentów, wygłaszają kazania, uczą dzieci w szkółce niedzielnej, zajmują się dobroczynnością, prowadzą chór, grają na fisharmonii i bardzo dużo pracują. Praktycznie niemal wszystko w małych kościołach protestanckich wykonuje pastor sam. Albo pastorka. Tego, co znamy z kościołów katolickich, że obsługą funkcjonowania kościoła i życia księży zajmują się kobiety z parafii, nigdy nie widziałam w żadnym kościele protestanckim. Pastorkę braci czeskich spotkałam po raz pierwszy nieopodal kościoła husytów na niewielkiej łące, gdzie zbierała kwiaty do udekorowania ołtarza, ale widywałam ją też przy zamiataniu kościoła czy prasowaniu obrusów na ołtarz.
Z kolejną kapłanką protestancką poznałam się już bardzo blisko, gdy przebywałam na stypendium literackim w Grecji. Była świeżo po studiach teologicznych i przyjechała pomagać jako wolontariuszka w małej parafii protestanckiej na wyspie Rodos. Parafię powołały do życia kobiety, niemieckie i holenderskie żony greckich mężów, i to one z własnej kieszeni opłacały przyjeżdżających tu gościnnie pastorów i pastorki. Pastorzy otrzymywali skromną pensję, wolontariusze natomiast nie dostawali pieniędzy za swoją pracę, a tylko wyżywienie i dach nad głową, ale “moja wolontariuszka” bardzo sobie chwaliła takie oryginalne miejsce działalności duszpasterskiej, twierdziła, że więcej się tu nauczyła przez kilka miesięcy niż przedtem przez lata studiów. Chodziłyśmy na długie spacery i cały czas rozmawiałyśmy. Myślę, że byłyśmy zaprzyjaźnione i nawet nie wiem, co się stało, że gdy wyjechałam z Grecji, już się więcej nie spotkałyśmy, a kontakt się urwał.
Czasem tak jest.
W międzyczasie poznałam już bardzo wiele kapłanek.
***
Ostatnio w Polsce pojawiła się informacja, że polscy ewangelicy wyświęcili dziewięć kapłanek. Bardzo się ucieszyłam, tym bardziej, że jedną z nich – księżynię Izabelę (druga z prawej), znam osobiście.
Fot. Piotr Molecki/East News, Warszawa, 07.05.2022. Kościół Świętej Trójcy w Warszawie. Uroczystość wyświęcenia na księży dziewięciu diakonek w Kościele Ewangelicko-Augsburskim. To pierwsza taka uroczystość w Polsce. N/z Marta Zachraj-Mikolajczyk, Izabela Sikora, Karina Chwastek, Malgorzata Gas, Halina Radacz, Katarzyna Rudkowska, Karina Chwastek, Katarzyna Kowalska, Wiktoria Matloch, bp Jerzy Samiec.
A potem się okazało, że jesteśmy, my Polacy, jak w wielu innych sprawach, beznadziejnie zacofani, bo taka była reakcja na święcenia kapłańskie kobiet (i słowo reakcja ma tu ewidentnie dwa znaczenia):
***
Na pociechę:
Bazyli przysłał mi linka do Wikipedii o tym, że Polka była zapewne pierwszą kobietą na świecie, która otrzymała sakrę biskupią:
oraz informacje o tym, jak przez kilkadziesiąt lat zmienił się w Anglii stosunek do kapłaństwa kobiet (uwaga – Bazyli posługuje się językiem zwanym polnglish, czyli niektóre jego uwagi są po polsku, a niektóre po angielsku; używa bardzo różnych feminatywów, przy czym najczęściej słowa bishopka – czyli: no tak – kobieta biskup, biskupka, biskupinia…):
Ostatnio wszyscy się tu zarzekali, wtórując Julicie Bielak, że nie lubią porad. Nie lubicie porad? No to je macie!Krystyna Koziewicz wciąż jeszcze o starości.
Krystyna Koziewicz
Gerard Dou, Czytająca
Co robić?
Niezwykle rzadko zdarza się w życiu spotkać kobietę, która w wieku 99 lat żyje nie mniej intensywnie niż niejedna sześćdziesięciolatka czy osiemdziesięciolatka. Jak dożyć tak zacnego wieku? – narzuca się pytanie? Czy zadziałały geny, a może styl życia?
Kiedy od znajomej dowiedziałam się o istnieniu wiekowej damy, naszła mnie ochota poznania tajników jej długowieczności. A nuż jest coś do podglądnięcia, naśladowania i naprawienia własnej kondycji, gdy się ma dopiero nieco ponad 70 lat.
Pierwsze spojrzenie na 99-latkę. Zaskoczył wygląd. Owszem, sporo zmarszczek ze względu na szczupłą posturę, ale że babcia czyta bez okularów, byłam naprawdę zaskoczona. Jak na swój wiek trzyma się nieźle fizycznie, choć wymaga pomocy, gdy przemieszcza się po mieszkaniu .
Credo życiowe babci w telegraficznym skrócie można scharakteryzować tak:
codzienny wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu, bez względu na pogodę: mróz, śnieżyca, deszcz, grad, pioruny nie stanowiły żadnej przeszkody, nie były powodem, by zrezygnować z długiego spaceru! Dla babci ważna była informacja, jaka jest temperatura na dworze, żeby się odpowiednio ubrać.
spożywanie posiłków w regularnych odstępach czasowych (ani minuty wcześniej, ani później).
codzienne czytanie książek, prasy, gry w karty, warcaby i inne planszówki.
Ponoć od lat jada potrawy składające się zawsze z tych samych produktów, toteż nic dziwnego, że nic nie mogło jej zaszkodzić: nie znała bólu głowy, brzucha, żołądka, jelit etc. Co ciekawe, rzadko poważnie chorowała. Produkty, które znajdowały się w lodówce to: masło w kilogramowych ilościach (wszystko musi pływać w maśle), dżemy własnej roboty, jajka, łosoś, piwo, warzywa, owoce sezonowe, lody, ciasto, soki jabłkowe, przecier jabłkowy i śladowe ilości mięsa.
Na śniadanie jadała bułeczkę z masłem, miodem lub z marmoladkami. Do tego kawa z mlekiem.
Na obiad ogromna porcja warzyw z ociupinką mięsa, podwieczorek: kawa bezkofeinowa, ciasteczko tortowe, a na kolacje dyżurny łosoś i szklanka piwa. W międzyczasie popijała ”kranówkę” i nic poza tym.
Znajoma Niemka opiekująca się babcią zdradziła, że wiekowa dama od lat prowadzi niezmienny tryb życia. Nigdy nie dawała się skusić na coś innego.
Dzień zaczyna od toalety – prysznic, krem, makijaż, perfumy, puder, elegancki ubiór, biżuteria. Śniadanie połączone z czytaniem codziennej prasy od deski do deski. Po śniadaniu załatwianie spraw domowych: wydatki, zakupy, planowanie wyjść: do teatru, cyrku, fryzjera, doktora, wyjazdy nad morze, itd. Przed obiadem dwugodzinny spacer, w godzinach popołudniowych – odwiedziny znajomych. Po kolacji: telewizja, kąpiel i sen już o godzinie 21.00.
Z relacji dalszych członków rodziny (najbliższa nie żyje) dowiedziałam się, iż prywatne życie pani zawsze było tematem tabu. Prawdopodobnie nigdy nie była w związku, pewnie dlatego robiła to, na co miała ochotę. Całkowicie obce jej były kompromisy, nie uznawała spraw nieuzgodnionych, żadnych ustępstw! Nie krzywdziła tym uporem nikogo, ale jakiekolwiek forsowanie innych racji pozbawione było sensu. Jeśli komuś coś nie pasowało, musiał odejść lub poddać się. Materialnie była osobą niezależną, wprawdzie raczej przesadnie oszczędną, jednak czasami okazywała się niespodziewanie hojna.
Niedawno skończyła 99 lat i właściwie planowano uroczyste obchody setnych urodzin. Niestety, zmarła po ciężkim przeziębieniu, z którego nie mogła się wyleczyć.
Osobiście z uniżeniem chylę czoła, z podziwem dla wieku babci (tak o niej mówiono). Naszła mnie jednak dziwna refleksja: czy narzucona wewnętrzna dyscyplina jest właściwą receptą na długoletnie życie?
Z jednej strony niektóre nawyki, przyzwyczajenia babci byłoby dobrze przeflancować na własny grunt, z drugiej zaś strony brakowało mi zwykłego wyluzowania, spontaniczności, emocji, jakie daje miłość, tolerancja, fantazja, przygoda.
Warto było spotkać osobę, która przeżyła prawie całe stulecie. To wydarzenie godne uwagi i tym chciałam się z Wami podzielić, drodzy Czytelnicy i drogie Czytelniczki tego bloga.
Ewa Maria Slaska
Ilustracja dołączona przez Krysię do jej opowieści to portret starej holenderskiej kobiety, czytającej Biblię. To jeden z moich ulubionych obrazów. Ale ja w ogóle lubię i malarstwo holenderskie, i obrazy przedstawiające kobiety czytające.
Obraz Gerarda Dou znajduje się Rijksmuseum w Amsterdamie. Flickr zaczerpnął ze strony internetowej muzeum następującą informację:
Gerard Dou, malarz niederlandzki, żył w latach 1613-1675. Na obrazie z roku 1631 Dou tak znakomicie przedstawił nie tylko kobietę, ale i czytaną przez nią Biblię, że można dokładnie rozpoznać, że czyta ona rozdział 19 z Ewangelii wg św. Łukasza. Jest to urywek mówiący o tym, że ci, którzą chcą być dobrzy i czynić dobro, muszą oddać biednym połowę swego stanu posiadania. Jednak wiekowa dama ubrana jest w bardzo kosztowne szaty, czyli wciąż jest przywiązana do tego, co posiada.
Potem wszedł Jezus do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę (…). Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło».
Ciekawe, że interpretator muzealny twierdzi, iż trzeba oddać połowę swego stanu posiadania, aby być dobrym, ale jest to jednak przesadzone objaśnienie, bo Ewangelia głosi wyraźnie, że Zacheusz rozdał swą majętność dobrowolnie. Możemy się domyślać jedynie, że zrobił to, bo, choć był bogaty i grzeszny, pod wpływem Jezusa się nawrócił. Zrobił to, a pamiętajmy, że idąc obejrzeć wjazd Jezusa do Jerozolimy, wcale nie miał zamiaru przystępować do gromady, która za nim szła. Przeciwnie – chciał się przecież tylko pogapić. Jednak, domyślamy się, że na kim spocznie oko Pańskie, ten już został wybrany na zawsze.
Również zarzuty Interpretatora, że starsza pani nie dzieli się bogactwem z biednymi, są po pierwsze wyssane z palca, po drugie z gruntu niesłuszne. Starsza pani jest Holenderką i jako taka ma od pokoleń wpojone zobowiązania życiowe – na pewno jest surowa, powściągliwa, pracowita, oszczędna, ale też hojna dla biednych, bo jako Holenderka po prostu inaczej nie może. Zainteresowanym zgłębieniem tego tematu polecam niezwykłą lekturę, czyli Pocztówkę z Mokum Piotra Oczki.
Przeczytajcie jednak również następny akapit w Biblii, który najwyraźniej kłóci się z tym pierwszym. W następnym, zwanym potocznie przypowieścią o minach (czyli sztukach złota), dobrze czyni bowiem ten, kto pomnaża majątek. Obywatel Kalwin się kłania. To stąd zaczerpnął swą wczesnokapitalistyczną pewność, że praca i bogacenie się są miłe Bogu.
Poczułam nieprzyjemny dreszcz. Zawsze wierzyłam w postawę obywatelską Jezusa, ale przypowieść o minach (Rozdział 19, akapit II:) nauczyła mnie, starą kobietę, że jest inaczej, że Jezus, podobnie jak Kalwin był zdania, że dobrze to i sprawiedliwie oddać złoto do banku, by zarabiało na siebie.
Oda do młodości Mickiewicza to jeden z najważniejszych utworów literackich w naszej kulturze. Pokazuje i przeciwstawia sobie dwa pokolenia – młodych i starych, ukazując, jak ważne są zmiany i nowa energia w narodzie. Prezydent Andrzej Duda na XXX Zjeździe Solidarności w Zakopanem zakpił sobie z pielęgniarek, odzierając je z godności zawodowej. Chciał dopiec Tuskowi, kierując do niego retorzcyne pytanie, czy mógłby sobie wyobrazić, że 67-letnia pielęgniarka – w tym wieku! – będzie zakładać mu cewnik? Nie będę komentować głupoty, po prostu nie chcę obrażać! Impulsem do napisania tego felietonu stała się powszechna dyskusja o wypaleniu zawodowym, a więc będzie mowa o młodości i starości. Osoby starsze są niekiedy dla młodych autorytetami, są podziwiane, słuchane i szanowane. Współczesny świat promuje ludzi młodych, a w czasach kultu młodych potrzebna jest wiedza. Czy można rezygnować z mądrości starszego pokolenia? Nie można, jesteśmy fragmentem naszej historii, pokoleniem, które przyczyniło się do powstania wolnej Polski! Przykre jest, że doświadczamy niezbyt pochlebnych wypowiedzi, że pod płaszczykiem (koniecznej oczywiście) zmiany pokoleniowej, tak naprawdę chodzi o to, kto obsadzi złotonośne stanowiska tu i ówdzie. Owszem, wiemy wszyscy, jak ciężko jest pozbyć się niektórych dyrektorów, prezesów czy kierowników, którzy nie wnoszą niczego nowego, stosują stare formaty. Czasy się zmieniają w galopującym tempie, a z nimi priorytety, oczekiwania, potrzeby społeczne. Tymczasem konserwatyści mają się dobrze, zapewnili sobie stoicki spokój, nie wychylają się, bazują na starym rozkładzie jazdy, więc nie popełniają błędów. Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić. Społeczeństwu jednak potrzebni są nowi kreatywni i pracowici ludzie, zatem pozwólmy im na inwestycje energetyczne, na innowacje programowe, stosowanie lepszych rozwiązań, na otwartość, także na spory i kompromisy. Dajmy szanse ludziom młodym! – słyszy się na różnych forach, zebraniach, konferencjach, czy podczas wyborów do władz miejskich, zarządów stowarzyszeń, Sejmu, Senatu. Wiadomo, że dla ludzi starych najwyższy punkt ich życia przeminął, oni też mieli czas swych największych wzlotów, ale to już przeszłość. Kiedyś byli w czymś lepsi, teraz już nie są. To normalne, bo nie każdy nadąża za tempem zmian i trudno się dziwić, ze, jak się dobiega sześćdziesiątki czy siedemdziesiątki, te jesteśmy coraz bardziej opóźnieni. Ale nie można też uogólniać i uważać, że człowiek stary nie ma nic do zaoferowania. Nic bardziej mylnego, i my wciąż chcemy być potrzebni, choćby służąc poradą. Mądrych, utalentowanych i inteligentnych ludzi powinni w swym gronie potrzebować również młodzi, choćby po to, żeby nie wyważać już dawno otwartych drzwi. Nikt sam, od razu nie pozna tajników zarządzania. Dlatego osobiście preferuję model młodzi/starzy z opcją oddania, co jednak oznacza, że ci drudzy po jakimś czasie będą gotowi oddać władzę, stanowisko i pieniądze. Trzeba młodym oddać ster kierowania, ale to nie znaczy przecież, że należy wyeliminować z życia społecznego ludzi w starszym wieku, kreatywnych, z bogatym doświadczeniem, mających sukcesy, cieszących się powszechnym autorytetem, otwartychna dialog, chętnych do współpracy. Jeśli ktoś jest dobrze oceniany, idzie z duchem czasu, cieszy się uznaniem i popularnością, to niech pozostanie na swoim miejscu. Czemu nie?
Warto pamiętać, by samemu poddać się weryfikacji. Choćby dla komfortu, dla pozyskania informacji, że jestem akceptowany/a.
Ale oczywiście, ach, młodości, jesteś taka piękna!
“Życie byłoby nieskończenie szczęśliwsze, gdybyśmy rodzili się w wieku lat 80 i stopniowo zbliżali do 18”, powiedział Mark Twain.
***
Przypis od adminki: słyszeliście Państwo o sukcesie japońskiego filmu Plan 75 na festiwalu w Cannes? Chie Hayakawa, reżyserka i scenarzystka filmu, zdobyła tam niedawno Złotą Kamerę (wyróżnienie specjalne).
To historia o tym, że ukończywszy 75 rok życia, będzie się można poddać w Japonii dobrowolnej eutanazji. Nie łudźmy się, na pewno tak kiedyś będzie. Niektórzy nawet nie mogą się doczekać.
Przepraszam, ale nie znalazłam trailera po polsku. Dziękuję Konradowi za przysłanie zwiastuna po angielsku, a przede wszystkim za poinformowanie mnie, że jest taki film i taki problem. Sama jakoś nigdy nie interesuję się tym, co się dzieje w Cannes. Zawsze mi się wydaje, że to tylko cyrk, blichtr i pogoda dla bogaczy. A tymczasem i w Cannes pojawia się poważna problematyka.
Paweł Wroński pisze w Wyborczej o tym, o czym ja też jestem przekonana, że tak to działa:
“Nikt tego głośno nie mówi, ale na przeszkodzie szybkiego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej mogą stać dotychczasowe doświadczenia z takimi krajami jak Polska czy Węgry. Po co narażać się na ryzyko, że kolejny kraj podważy zasady praworządności, demokracji i wolności słowa? – pytają po cichu europejscy przywódcy (…)
Polska, kłopot Europy
Jest jeszcze “polski problem”. Polska wchodziła do Wspólnoty na ostatnich powiewach wiatru zmian związanego z dziedzictwem “Solidarności” i wyborów 1989 roku. Po niespełna dwóch dekadach okazało się, że nasz kraj wraz z Węgrami stał się zagrożeniem dla spoistości Unii. Napływ “robotników z Polski” (choć byli to pracownicy z całej Europy Środkowej) był jednym z najistotniejszych źródeł największego instytucjonalnego kryzysu UE, jakim było wyjście z niej Wielkiej Brytanii. “Reformy” wprowadzone w zgodzie z narodową konstytucją, jak na Węgrzech, lub wbrew niej, jak w Polsce, doprowadziły do zagrożenia fundamentalnych unijnych wartości – praworządności, wolności słowa, swobody demonstrowania, praw mniejszości narodowych, religijnych i seksualnych. Polska i Węgry są dziś najbardziej dotkliwym przykładem tego, do czego może doprowadzić rozszerzenie Unii o kraje, w których tego rodzaju wartości nie są ugruntowane w elitach władzy, czyli budowy quasi-dyktatury za pieniądze unijnych podatników.
Obecnie Polska zajmuje się głównie wykreślaniem słowa “gender” ze wszystkich unijnych dokumentów i blokowaniem pomysłów, które wcześniej z entuzjazmem popierała – jak podatek korporacyjny, który chciała wprowadzić w tym roku Francja. Oraz pouczaniem europejskich przywódców i nieustannymi kłótniami – od Norwegii po Czechy. Cóż, chyba nawet politycy PiS muszą przyznać, że Polska jako adwokat członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej nie jest dobrym przykładem.”
(ale to Gazeta Wyborcza, a z Wyborczą jest, jak wiadomo, trudno. Więc dlatego jeszcze raz wielkie dzięki dla Ewy Wanat, że wybrała dla nas z tego tekstu to, co najważniejsze)
3.
Paweł Wroński
Polski problem Ukrainy
22.05.2022, Kijów, wspólna konferencja prasowa Andrzeja Dudy i Wołodymyra Zełenskiego. (Fot. Efrem Lukatsky / AP Photo)
Nikt tego głośno nie mówi, ale na przeszkodzie szybkiego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej mogą stać dotychczasowe doświadczenia z takimi krajami jak Polska czy Węgry. Po co narażać się na ryzyko, że kolejny kraj podważy zasady praworządności, demokracji i wolności słowa? – pytają po cichu europejscy przywódcy.
Podczas wizyty w Bratysławie prezydent Andrzej Duda zapowiedział, że wraz z prezydent Słowacji Zuzanną Caputovą będą podróżować po Unii Europejskiej i namawiać kraje członkowskie do jak najszybszego zaaprobowania statusu Ukrainy jako kraju kandydującego.
Złośliwi mogliby zapytać, dlaczego do tego grona nie został dołączony strategiczny sojusznik Polski przez ostatnie lata – Węgry Viktora Orbána?
(…)
I to by było na tyle, dalej już tylko paywall, czyli tekst dla tych, którzy płacą… Mhm, tak to jest w dzisiejszym świecie. Już od lat tak jest, ale mimo to wciąż niektórzy z nas nie mogą tego przełknąć. To była kiedyś nasza gazeta, najbardziej nasza na świecie. Wyrażała nasze opinie, opinie tych, którzy nie mieli pieniędzy i nie byli w świecie bogatych. Wtedy to była tamta władza, teraz…
Dziwne rzeczy się dzieją kiedy Szymon Milonas dzwoni pyta czy by się nie spotkać w południe. Bo wiecie, on ma najlepszą fuchę na świecie. Pije wino, opowiada jak pije i mu za to płacą.
Też bym tak chciał, tylko ja odróżniam trzy stopnie wina: wino złe, wino dobre i wino bardzo dobre. A Szymek jeszcze 462 stadia pośrednie, ale cicho, bo już mnie nie zaprosi. A teraz zaprosił na degustację win gruzińskich organizowaną przez Georgian Wine.
Z Gruzinami jest taki problem, że od razu trzeba się umówić z nimi na imprezę w domu koło Batumi i zdaje się jestem umówiony tylko nie mam adresu ale podobno to detal, miejscowi wskażą drogę.
Drugi problem jest taki, że wszyscy Gruzini wyglądają jak Szymek, który zresztą został ambasadorem win gruzińskich, ale już dawno powinien za sam wygląd.
Na początku kazał polać dwa kieliszki białego qvevri. Jedno było dobre a drugie bardzo dobre i to drugie było z glinianego qvevri. Otóż Gruzini robią wino w tych qvevri – takich wielkich glinianych jajach – Trochę chyba upraszam ale Robią je od 8 tysięcy lat więc generalnie im wychodzi i trzeba by to opisać w kilkunastu tomach. Wiecie że dla dziecka robią małe qvevri jak się rodzi i odkorkowuja kiedy dorośnie. To znaczy pewnie po 10 latach.
Potem było Wino Kisi przy którym nawiązała się interesująca dyskusja. Otóż niektórzy bardziej wyczuwali smak jagód a w qvervi – porzeczek. A może odwrotnie?
W każdym razie oba były bardzo dobre.
Między nami chodził jakiś Gruzin, który też wyglądał jak Szymek, z kubełkiem i wszyscy wylewali qvevri żeby nalał Kisi, a potem wylewali Kisi żeby nalał Saperavi. Był w tym jakiś zamysł ale mroczny bo qvervi było dobre. Na szczęście były wolne kieliszki więc miałem już trzy. Lub cztery. Szkoda wylewać dobre kisu przecież.
Wtedy zacząłem myślę, że może przyjazd samochodem nie był strzałem w 10.
Ktoś zaprosił mnie również do Tbilisi i zdaje się że się zgodziłem. Zjadłem czarczali, pchali i prasi i wyczułem nutę pora, buraka i szpinaku i komuś się pochwaliłem a ten ktoś się ucieszył I Wypilismy za te nuty.
Wiecie, że Putin rozwinął gruziński przemysł Winiarski?
Ogłosił embargo 15 lat temu na gruzińskie wina więc Gruzini je ulepszyli i zaczęli sprzedawać na Zachód. To znaczy do nas też. Strasznie dużo nam sprzedają, muszą więc ulepić więcej qvervi – zapisałem jak Dużo ale zgubiłem. No nic. Uwierzcie, że Strasznie, strasznie dużo. Zapamiętałem za to, że Stalin lubił słodkie gruzińskie wino i pijał z bukłaczka na kluczyk. Putin też ma bukłaczek na kluczyk ale Stalinowi jak wiadomo to nie pomogło.
Potem Paweł Loroch wyglaszal toasty. Wcześniej zresztą też ale wtedy już ktoś zapraszał mnie do domu koło Kutaisi. Zdaje się że też jesteśmy umówieni.
Toasty zaczynają się od picia do Boga, potem za okazję, a potem przechodzimy płynnie do picia za dzieci kobiety pokój i miłość. Na końcu wola się Gaumardzos i pijemy. Łatwo załapać.
Zastanawiałem się czy samochód byłby zły gdyby sobie postał na parkingu. No przecież na pewno nie.
Zwłaszcza że wszystkich ubawiła wiadomość że przed tym embargo Putina Gruzini robili specjalne wino dla Rosjan którzy i tak się nie znają. A Rosjanie i tak wypijali zlewki.
Wypiliśmy Aleksandreuli za kobiety. Są piękne. Było dobre.
Ktoś zaprosił mnie i się zgodziłem ale już nie pamiętam gdzie. Ale sądzę że w Gruzji. Będę miał strasznie napięty plan tego miesiąca w Gruzji.
Ten mój samochód. Musi gdzieś stać. Tylko gdzie? Może w tym wylewaniu wina do kubełków była jednak jakaś myśl?
Nie wiem, bo Szymek albo ktoś bardzo podobny do njego znowu mi nalał i było bardzo dobre ale nie zapamiętałem co. W każdym razie było gruzińskie. Gaumardzos.
Wróciłem taksówką.
Gdyby ktoś wiedział z kim się umowiłem koło Batumi to Na priv.
Z Kutaisi też na priv.
Z taką śmieszna miejscowością której nazwy nie mogę sobie przypomnieć – również.
Jakby ktoś widział samochód – również.
Aha. Wojna na Ukrainie już spowodowała rozwój winiarstwa ukraińskiego. Wszyscy chcą kupować ukraińskie Wina. Ten facet czego się dotknie to rozwija, ale może niech ktoś mu już coś wsypie do bukłaczka na kluczyk. Kluczyki można dorobić przecież. .
Tomasz Prange-Barczynski opowiadal o Znajomym Który założył w Gruzji winnice. Pierwszego Tira z winem wypili, drugiego rozdali, trzeciego zamierzają sprzedać.
Szymek znowu nalał czegoś bardzo dobrego. Sprzedaje to w Wine rePublic. To ten co dojechał. Możecie zapytać. Gruzińskie i bardzo dobre w ładnej butelce.
Strona internetowa projektu TU O Bobowskiej w Polkopedii TU
Grafika Anna Krenz
Ela Kargol
Z cyklu Chodzenie po mieście: W Berlinie i Poznaniu po śladach rodziny Bobowskich
Rodzice Ireny Bobowskiej urodzili się w Berlinie. Teodor Bobowski w roku 1889, Zofia Bobowska z domu Kraszewska w roku 1895. Podobno znali się od dziecka, a więc poznali się już w stolicy II Rzeszy, w mieście, gdzie kilkadziesiąt lat później stracono ich córkę, Irenę.
Kraszewscy wrócili do Poznania już w roku 1911, Teodor Bobowski w roku 1918, krótko przed wybuchem Powstania Wielkopolskiego. Przedtem zdążył w Berlinie zdobyć wykształcenie i założyć firmę, zajmującą się sprzedażą wyrobów tytoniowych. Żeby uniknąć służby wojskowej przeniósł się do Chicago. Przyjechał na kilka dni do Berlina w 1914 i wtedy powołanie do pruskiego wojska i tym samym na wojnę go nie ominęło. Szukając adresu Bobowskich w starych berlińskich księgach meldunkowych, natrafiłam na kilka adresów Stanisława Bobowskiego, dziadka Ireny Bobowskiej Z rodziną dziadków Kraszewskich, a więc ze strony matki mam już problem. Możliwe, że mieszkali u rodziców babci, czyli u Prałatów. Ale to tylko przypuszczenia. Obie rodziny pochodziły z Wielkopolski, z ziem, które po II rozbiorze Polski znalazły się na terytorium Prus.
Po 1870, a więc po zwycięstwie Prus nad Francją, zarówno na zachodzie Niemiec, jak i w dużych miastach niemieckich, w tym też w Berlinie, w szybkim tempie rozwijał się przemysł. W Charlottenburgu, Moabicie, Weddingu, Schönebergu, Lichtenbergu, Neukölln, które to miejscowości stanowiły wówczas odrębne jednostki administracyjne (do wielkiego Berlina zostały włączone w 1920) wyrastały nowe gałęzie przemysłu – maszynowy, elektrotechniczny, chemiczny, odzieżowy, tytoniowy. Rozwijała się komunikacja, elektryfikacja, gazownictwo, wodociągi i wiele innych urządzeń komunalnych. Rosło więc zapotrzebowanie na ludzi do pracy. Polacy z Wielkopolski, Pomorza, a również i dalszych terenów, jechali na zachód szukać lepszych warunków pracy.
Do Berlina i okolicznych miejscowości przyjeżdżali polscy robotnicy kwalifikowani i niekwalifikowani, przyjeżdżało również dużo kobiet, które chętnie zatrudniał przemysł odzieżowy, tytoniowy, hotelarski, gastronomiczny i gospodarstwa domowe. Przeważnie byli to ludzie młodzi, którzy zakładali tu rodziny. 14 sierpnia 1905 “Deutsche Zeitung” pisała: “Berlin hinter Warschau die erste Polenstadt”.
Rodzice i dziadkowie Ireny Bobowskiej wrócili do Poznania, ich dalsza rodzina została w Berlinie i być może, potomkowie Bobowskich i Kraszewskich nadal tu mieszkają. Gdy Irena przebywała od kwietnia 1941 roku do śmierci 26 września 1942 roku w więzieniach na Moabicie i przy Barnimstraße, żadna z ciotek mieszkających w Berlinie nie odważyła się jej odwiedzić.
W lipcu 1918 roku rodzice Ireny mieszkają w Poznaniu i biorą ślub w kościele św. Małgorzaty na Śródce.
Średniowieczny kościół, wielokrotnie przebudowywany, stoi do dziś na nieistniejącym już Rynku Śródeckim, obok Klasztoru filipinów, naprzeciwko muralu, który wszyscy poznaniacy znają i podziwiają. Mural o bardzo opisowym tytule “Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle” zdominował i kościół i klasztor i nawet trochę dalej położoną katedrę.
Młodzi Bobowscy zamieszkali przy Starym Rynku 71/72, a obok Zofia, jeszcze jako Kraszewska, prowadziła sklep i pracownię kapeluszy. Teodor Bobowski został właścicielem hurtowni i fabryki kapeluszy.
Adres niby jest, kamienice też, ale wyglądają zupełnie inaczej niż na zdjęciu zamieszczonym w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej o Irenie Bobowskiej, Nenia.
Na poznańskim Starym Mieście w lutym 1945 r. uległo zniszczeniu ok. 60% budynków, pisze Mateuesz Markowski.
Na jego zestawieniu zdjęć Starego Rynku sprzed i po wojnie poznaję miejsce, które niedawno odwiedziłam. Nie mam pojęcia, co jeszcze z substancji budowlano-architektonicznej zostało do dzisiejszych czasów. Kamienice odbudowywano w latach 60. ubiegłego wieku w stylu pseudo-barokowym, renesansowym, klasycystycznym. Swoim wyglądem miały przypominać te sprzed wieków. Mnie samej, spacerującej po Starym Rynku, wydaje się, że kamienice stały tu od wieków i zawsze tak wyglądały. A to nieprawda. Większość to rekonstrukcja udana lub mniej, niektórych budynków już nie ma, niektóre wyglądają zupełnie inaczej. Z jednej przedwojennej kamienicy, w której mieszkali Bobowscy i w której mieścił się dom towarowy z 1909 roku powstały dwie. Ciekawe jest to, że odbudowując zniszczone kamienice, powrócono do planu sprzed domu towarowego, planu kiedy istniały jeszcze dwa budynki. Stąd moje dość długie porównywania zdjęć i poszukiwania.
Wszystkie zdjęcia (oprócz zlinkowanego tekstu) – Ela Kargol. Ciąg dalszy za tydzień
This is Syrian archaeologist Dr. Khaled al-Asaad, chief of the excavations of Palmir (Palmyra). Khaled al-Asaad refused to reveal the location of the treasures and antiques of Tadmur (now Palmyra) that he hid before the arrival of the Islamic State.
Al-Asaad was beheaded in the square in front of the museum where he worked for over 50 years.
His mutilated body was then hung at a traffic light.
Khaled al-Asaad was the top guardian of Palmyra antiques and, in July 2015, he was captured by Islamic State fighters. Despite many tortures, he did not reveal the location of the museum’s treasures and was executed in the central square of Palmyre. When it became clear that fighters were going to capture Palmyre, scientists led by Al Asaad went to all lengths to hide Palmyre’s unique and invaluable antiques. He played a central role in saving hundreds of artifacts, transporting them from Palmyre to a safe location.
Khaled al-Asaad spoke five languages in addition to six ancient idiomatic languages, some of which are now extinct. Several European countries offered him residence and citizenship, but he refused to leave Syria.
He fought to his death to save the heritage of humanity.
Kaveh AkbarPalmyra
after Khaled al-Asaad
bonepole bonepole since you died
there’s been dying everywhere
do you see it slivered where you are
between a crown and a tongue
the question still
more god or less
I am all tangled
in the smoke you left
the swampy herbs
the paper crows
horror leans in and brings
its own light
this life so often inadequately
lit your skin peels away your bones soften
your rich unbecoming a kind of apology
when you were alive your cheekbones
dropped shadows across your jaw
I saw a picture
I want to dive into that darkness
smell
the rosewater
the sand irreplaceable
jewel how much of the map did you leave
unfinished
lthere were so many spiders
your mouth a moonless system
of caves filling with dust
the dust thickened to tar
your mouth opened and tar spilled out
I am an archeologist, I cann’t stop thinking about Khaled – al Asaad. Requiescat in Pace, Brother.
W roku 2013 pewna bardzo szacowna instytucja warszawska wykazała zainteresowanie książką o rodzinie Lublinerów, nad którą wówczas pracowałam. Ba, pojawił się pomysł, by ta książka stała się zalążkiem całej nowej serii wydawniczej. Umówiłyśmy się z panią redaktor, że potrzebuję jeszcze mniej więcej dziewięciu miesięcy na pracę. Wróciłam do domu zachwycona i natychmiast intensywnie zabrałam się do pisania i poprawiania. W umówionym terminie wysłałam pdfa książki do pani redaktor. I nic się nie wydarzyło. Rok był już w międzyczasie 2014. Napisałam, zadzwoniłam (bardzo nie lubię!), zapytałam. Pani redaktor była chora, nie mogła czytać na ekranie. Skopiowałam książkę na papierze, zawiozłam do Warszawy. Rok był już w międzyczasie 2015. Po 12 miesiącach czekania, spytałam nieśmiało, co dalej? Miałam poczekać jeszcze miesiąc na ostateczną decyzję. Po miesiącu odpowiedź była taka – książka jest wspaniała i świetnie się ją czyta, ale… No cóż, czasy się zmieniły, dyrektor naczelny nie chciał jednak ani nowej serii wydawniczej, ani mojej książki. Rok był już w międzyczasie 2016. Odłożyłam słuchawkę (wciąż mam jeszcze staroświecki telefon ze słuchawką, ale, hola! komórkę oczywiście też) i siedziałam patrząc bezmyślnie w ekran komputera. Od momentu pierwszej rozmowy z panią redaktor minęły ponad trzy lata, a ja przez cały ten czas pracowałam nad moją książką z myślą, że zostanie wydana w ważnej instytucji. Przyzwyczaiłam się i teraz nie wiedziałam, co dalej. W ogóle nie wiedziałam, co dalej, bo nigdy przedtem nie wydałam ksążki, wysyłając ofertę do wydawnictwa, zawsze to wydawnictwa zgłaszały się do mnie i nigdy przedtem ta staroświecka metoda mnie nie zawiodła.
I wtedy zadzwonił telefon. Na pewno mi nie uwierzycie, ale naprawdę tak było. Wciąż jeszcze siedziałam przy biurku zdruzgotana ostateczną odmową z ważnej instytucji, gdy w telefonie odezwał się pan Geisler z wydawnictwa Zielonka i powiedział, że on chętnie wyda moją książkę. Piszę przecież o rodzinie Lublinerów, a ta szacowna rodzina mieszkała też w Zielonce i ich to jako regionalistów interesuje.
Powiedziałam “tak” i w roku 2018 książka się ukazała (jest datowana na rok 2017, ale to już naprawdę nieważne).
Punkt kulminacyjny. Od tego czasu kocham małe wydawnictwa regionalne.
Rozwinięcie
Wiosną 2022 roku pojawiło się u mnie pięć książek. Nie wszystkie na raz, ale jednak w czasie blisko siebie. Najpierw leżały w kuchni, bo tam pijąc kawę, przeglądam pocztę, w tym książki nadesłane i otrzymane. Potem przenosiły się na stolik przy łóżku lub na fotel w salonie, bo głównie tam czytam ksążki, które naprawdę czytam, a nie tylko przeglądam. Już to znaczyło, że są dobre, bo nie każda książka, jaką dostaję, dociera aż do fotela i / lub stolika nocnego. Stąd zabieram niektóre z nich na biurko, a to znaczy, że będę chciała coś o nich napisać. Niedawno uderzyło mnie, że wszystkie książki dotarły na biurko (czyli będę o nich pisać) i że, choć są bardzo różne, mają jedną wspólną cechę: zostały wydane w skromnym wydawnictwie – małym, a niekiedy wręcz regionalnym!!!!
Bo jest proszę Państwa tak, że wielkie i znane wydawnictwa, które przedtem mogły trzymać nasze książki trzy lata, a potem nas olać, teraz (TERAZ) stały się twierdzami, do których zwykli ludzie (zwykli autorzy) nie mają już w ogóle dostępu. I wierzcie mi, że wiem, co piszę, bo właśnie próbuję ulokować w wydawnictwie swoją nową powieść. Napisałam do 20 wydawnictw i już mi się dalej nie chce. Och, jak mi się marzy powtórka z własnej historii wydawniczej, och, jakbym chciała, żeby zgłosił się do mnie jakiś regionalista i powiedział – z Gdańska przez Berlin do Nowego Jorku!? To doprawdy mój temat! Biorę!
A na razie opowieść o małych wydawnictwach.
Agnieszka Kostuch, O literaturze. Otwarcie, wydawnictwo MK, Kraków 2022 Jacek Krenz, Latem w Jastarni, wydawnictwo Region, Gdynia 2022 Tomasz Fetzki, Édouard Onésime Séguin, wydawnictwo Impuls, Kraków 2020 Marek Zagańczyk, Berlińskie widoki, wydawnictwo Austeria, Kraków 2019 Mieczysław Bonisławski, A my zostajemy w Zielonej Górze, wydawca Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, Zielona Góra 2022
W tym subiektywnym i przypadkowym wyborze Kraków zdecydowanie przoduje. Nie wiem, czy ma to znaczenie. Może.
***
Książka Agnieszki Kostuch to rozmowy z autorkami i autorami, pisarkami i pisarzami, poetkami i poetami. Niektóre z tych osób są znane lub bardzo znane, niektóre cieszą się zapewne sławą lokalną, o niektórych bez tej książki nigdy byśmy nie usłyszeli. Kostuch rozmawia z nimi o wszystkim. O pisaniu i niemocy pisarskiej, o życiu i śmierci, o problemach, tych zwykłych i tych filozoficznych. Czasem rozmowa kończy się pytaniem – co powiedziałbyś początkującej pisarce, początkującemu poecie? Dobre pytanie, sama pamiętam dwie takie wypowiedzi, skierowane do mnie wiele lat temu. Jedna była straszna. Miałam 25 lat, pewien pisarz powiedział mi, że jestem naprawdę dobrą pisarką, a teraz muszę popracować nad tym, żeby się stać dobrym pisarzem. Drugą usłyszałam dziesięć lat później – każdy pisarz, powiedział (inny) pisarz, musi uświadomić sobie, że pisząc pierwszą linijkę staje w szranki z Wielkimi i powinien zadać sobie pytanie, czy ma szansę, by zostać Szekspirem? Czy on został? Co ja odpowiadam pisarzom i poetom? Pisz, choćby już tysiąc razy przed Tobą powiedziano to samo, pisz, bo każde pokolenie potrzebuje swoich poetów i pisarzy (a też i tłumaczy literackich i krytyków), nie możemy szukać prawdy o nas u Homera, Szekspira i Goethego, bo i my, i wy, nowi ludzie, potrzebujecie kolejnej, swojej, Woolf i następnej, swojej, Tokarczuk.
I tak to, pisząc o Kostuch, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!
***
Książkę Jacka Krenza, gdańskiego architekta, malarza-akwarelisty i urban sketchera, znałam już, znają ją też czytelnicy tego bloga, bo większość tekstów, szkiców, zdjęć i akwarel ukazała się tu w kolejnych odcinkach latem 2019 roku (pierwszy TU). Ta bardzo w gruncie rzeczy prosta opowieść o prostych radościach młodych chłopaków w prostej rzeczywistości PRL-u ma tak wspaniałą atmosferę i tak dobrze spełnia swoją funkcję wehikułu czasu – bo czymże są wspomnienia jak nie wehikułem czasu? – że nabiera wręcz uniwersalnego znaczenia. Napisana poniekąd z myślą o pokoleniu dzieci i wnuków, jest jednak przede wszystkim lustrem, w którym my (starzy? starsi?) odnajdujemy samych siebie. Pełno jest tu zdań, które nas do głębi wzruszą i poruszą. Mnie poruszyło zdanie, że nie mieliśmy pieniędzy i nasze życie było bardzo skromne, ale mieliśmy swoją muzykę. Odnalazłam w nim i nostalgię, i poczucie dogłębnego szczęścia, że taką mieliśmy dobrą młodość. Wykorzystałam je (kilka innych też) w tej mojej napisanej właśnie powieści Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. Tej, którą próbuję wydać.
I tak to, pisząc o Krenzu, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!
***
Tomasz Fetzki, doktor nauk humanistycznych, pedagog specjalny, nauczyciel akademicki oraz nauczyciel i terapeuta osób z niepełnosprawnością intelektualną, napisał książkę o słynnym francuskim pedagogu, twórcy pedagogiki osób z niepełnosprawnością intelektualną. Temat niespecjalistom nie wydaje się zbyt porywający, a nasze wielopokoleniowe już doświadczenie z tym, jak piszą naukowcy, też nie zachęca do sięgnięcia po kolejną naukową pozycję, a tu tymczasem… Tymczasem temat okazuje się porywający, osobowość słynnego pedagoga nowocześnie zwichrowana i nader ciekawa, wymyślona przez niego metoda pracy z osobami niepełnosprawnymi – nowatorska, a styl absolutnie znakomity. Książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze, czyli, jak to dawnymi czasy pisał tygodnik Przekrój, “czyta się”, i była to prawdziwa zachęta do lektury.
Tomasz Fetzki pojawiał się tu na blogu jako świetny regionalista, opisywał nam Kresy Wschodnie (np. TU – odcinek I, a potem dalsze) i Zachodnie, czyli Łużyce, Berlin, Polskę centralną, Francję a też i Czechy czasem, a czasem muzykę i poezję, czasem koty, a czasem przejażdżki rowerowe (i niech sobie szanowne Czytelnictwo samo szuka w indeksie nazwisk, albo po tytułach, bo dużo tego; choć z drugiej strony – nigdy za dużo i szkoda, że od jakiegoś czasu nic). Przede wszystkim jednak stał się doktor Fetzki zaczynem katalizującym proces pisania owej wspomnianej we wstępie książki Lublinerowie. Bez niego tej książki by nie było. Nie był inspiracją, bo inspirację znalazłam sama w sobie i w historii mojej rodziny w odległych czasach, po prawdzie tak odległych, że autor jeszcze wówczas koszulę w zębach nosił, ale na pewno był właśnie katalizatorem – ni stąd ni zowąd obcy człowiek napisał do mnie (obcej osoby), zapytał, czy na pewno naukowczyni Karolina Lubliner-Mianowska była moją cioteczną babką, a jak odpowiedziałam, że tak, to powiedział, że pisze pracę naukową o matce owej doktor Mianowskiej i czy mogłabym udzielić mu paru informacji. I tak to się zaczęło. Zaczęliśmy korespondować, spotkaliśmy się kilkakrotnie, przeszliśmy z tematów badawczo-rodzinne na wiele innych, Tomek został autorem na moim blogu. Pracę o mojej prababce, Eugenii Lublinerowej, założycielce pierwszej w Polsce szkoły dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, Tomasz wciąż jeszcze pisze, ale w międzyczasie on wydał pracę o Séguinie, a ja napisałam swoją zbeletryzowaną biografię rodziny, a przy okazji się ze sobą zaprzyjaźniliśmy, być może na tak zwane wieki.
I tak to, pisząc o Fetzkim, napisałam o sobie i mojej rodzinie. Dziękuję za inspirację!
***
Książka Zagańczyka jest tak cieniutka, że gdyby nie była ładnie wydana na ładnym, szlachetnym papierze (kremowym, czerpanym), nazwałabym ją broszurką. Autor przebywał w Berlinie na stypendium i spisał swoje wrażenia, koncentrujące się zwłaszcza na polityce i to tej z najwyższej półki. Najwyraźniej był człowiekiem, który nieustannie chodził i opisuje właśnie ten zdeptany przez siebie Berlin. I pomyśleć, że od dwóch lat i ja, i dwie moje przyjaciółki – Ela Kargol i Krystyna Koziewicz – nieustannie wydeptujemy nowe ścieżki w Berlinie, a tu tymczasem przyjechał obcy facet z Polski i odnalazł w Berlinie różne ślady, których my nie tylko nie znalazłyśmy, ale i nie znałyśmy. Zerkając od czasu do czasu do berlińskich notatek Zagańczyka, znajdziemy zatem wiele nowych nieznanych tras w naszym mieście.
I tak to, pisząc o Zagańczyku, napisałam o mnie i moich przyjaciółkach. Dziękuję za inspirację!
***
Mieczysław Bonisławski też objawiał się już na tym blogu – pisał przede wszystkim świetne teksty prawie że realne, ale jednak odrobinę fantasy, a odrobinę w duchu Marqueza i jego realizmu magicznego, w tym opowieści historyczne. Opublikował też stosunkowo niedawno wieloodcinkową powieść o Zielonej Górze po transformacji politycznej (Zderzenie na przejeździe – tu odcinek I, potem trzeba szukać). Wiele fragmentów powieści podobnie jak niektóre opowiadania autora wiążą się z koleją szprotawską i szerzej – w ogóle z kolejnictwem. Nie powinno to dziwić, autor jest regionalistą i dyrektorem Muzeum Kolei Szprotawskiej. Jego najnowsza książka łączy w sobie tę lekką ekstrawagancką skłonność do wprowadzania elementów fantasy, rzetelną wiedzę o kolejnictwie lokalnym (w tym wypadku zielonogórskim) i zacięcie edukacyjne, pod hasłem – no niechżeż się wreszcie wszyscy dowiedzą, jaka wspaniała jest lokalna historia i lokalny aktywizm, a lokalna historia kolejnictwa już zwłaszcza.
No, a ja też bardzo lubię kolej. Nie jestem żadnym znawcą ani znawczynią, z koleją osobiście łączy mnie tylko wujek mojego ojca, ten za to był zaraz po wojnie dyrektorem Okręgu Północnego Polskich Kolei Państwowych i z tej racji zamieszkał w Gdańsku. Nie jest to dla mnie bez znaczenia (piszę o tym również w powieści Lublinerzy), bo to dzięki niemu ojciec przyjechał do Gdańska i u niego w domu poznał moją mamę i tam się jej też oświadczył. Ale ja właściwie wcale nie chciałam pisać znowu o rodzinie, tylko chciałam się przyznać, że uwielbiam jeździć koleją i zawsze, jeśli się tylko da, zamiast auta, autobusu i samolotu – wybiorę kolej. Lepsze jest tylko chodzenie na piechotę, ale kolej jest po prostu niezrównana. A teraz proszę państwa, właściwie zaraz, bo od 1 czerwca, wszyscy (i my, z Niemiec, i turyści) przez najbliższe trzy miesiące będziemy mogli jeździć pociągami regionalnymi po całych Niemczech za jedne 9 euro! To jest po prostu wspaniałe. Już się cieszę, a ze mną zapewne pół Europy.
Foto Ela Kargol
I tak to, pisząc o Bonisławskim, napisałam o sobie i o połowie Europy. Dziękuję za inspirację!