Reblog z komentarzem

Zbigniew Milewicz

Od historii nie uciekniesz…

Przy całej swojej sympatii dla sąsiedzkiej, ukraińskiej społeczności, oczekiwałem od polskich władz zajęcia jednoznacznego stanowiska w sprawie Rzezi Wołyńskiej, o której w zależności od opcji politycznej raz się publicznie mówiło, a kiedy indziej znowu nie, a nazwać po imieniu nikt jej jakoś nie chciał. Z zadowoleniem przyjąłem więc niedawną, lipcową uchwałę Sejmu i Senatu RP, uchwaloną nota bene jednogłośnie,  o uznaniu zamordowania ponad stu tysięcy Polaków przez ukraińskich nacjonalistów w czasie II wojny światowej za ludobójstwo. Wyrażono w niej jednocześnie szacunek dla Ukraińców, którzy ratowali Polaków. W odpowiedzi ukraiński Parlament ostro potępił tę uchwałę, a w tamtejszych mediach rozpętała się histeria. Przytaczam fragmenty interesującego wywiadu na ten temat, który ukazał się 27.08.2016 r., na łamach Gazety Wyborczej.

Igor T. Miecik rozmawia z Jurijem Szuchewyczem.

Jurij Szuchewycz: Wołyń ludobójstwem? Ile wam Kreml zapłacił?

Fot. zbiory Osrodka KARTA, udostepnił Mariusz Hermanowicz

Kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często mi opowiadali, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała, żeby zadać im cios od tyłu.

W lipcu Polska wypowiedziała Ukrainie wojnę. Wojnę hybrydową. Czego się spodziewaliście? Macie teraz naszą odpowiedź na swój zdradziecki atak. Wojna to wojna. Ale to nie my ją rozpoczęliśmy – usłyszałem w słuchawce telefonu, zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej niż “dzień dobry” i zapytać o projekt uchwały ukraińskiego parlamentu o “historii ludobójstwa narodu ukraińskiego dokonywanej systematycznie i konsekwentnie przez państwo polskie”.

To nie była nasza pierwsza rozmowa. Jurija Szuchewycza, syna komendanta Ukraińskiej Powstańczej Armii, poznałem dwa lata temu. Spotkaliśmy się kilka razy we Lwowie i przegadaliśmy długie godziny. Ich owocem były wywiady w “Gazecie Wyborczej” i w mojej książce o Ukrainie. Tyle że mówiliśmy wtedy o obaleniu Janukowycza, ukraińskiej rewolucji oraz o samym Szuchewyczu i jego niezwykłym życiu.

Pojechałem też do Lwowa kilka dni po przyjęciu przez polski Sejm uchwały o tym, że “ofiary zbrodni popełnionych w latach 40 przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w należyty sposób upamiętnione, a masowe mordy nie zostały określone – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa”.

Wiedziałem, że nie będzie łatwo – do tej pory omijaliśmy temat Wołynia – ale nie spodziewałem się, że aż tak…

Atmosfera od początku była zła. Szuchewycz wyznaczył spotkanie w centrum miasta w modnej, drogiej wiedeńskiej kawiarni. Przyszedł w towarzystwie żony Lesi i poselskiego asystenta.

Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

– Ile wam zapłaciła Moskwa? – zaczął, nie czekając na moje pytanie.

Zatkało mnie: – Jaka Moskwa? Komu? Za co?

– Moskwa Putina, Kreml. Ile zapłacili waszym posłom, za nazwanie wydarzeń na Wołyniu ludobójstwem? Ile?

Jurij Szuchewycz jest na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, pomnikiem. Niekwestionowanym tam autorytetem moralnym, kimś w rodzaju świeckiego przywódcy duchowego.
Ma 83 lata i życiorys męczennika. Jako syn zamordowanego w 1950 r. przez NKWD legendarnego komendanta UPA Romana Szuchewycza, sam nie mając nic na sumieniu, został aresztowany przez Sowietów jako 15-letni chłopiec i z krótkimi przerwami przesiedział w łagrach ponad 30 lat. W celi stracił wzrok. Wyszedł w 1989 r., w przededniu odzyskania przez Ukrainę niepodległości.

Po zwycięstwie Majdanu w 2014 r. zdobył mandat deputowanego Wierchownej Rady, gdzie w sprawach dotyczących historii jego głos jest wpływowy, zawsze słuchany z uwagą i szacunkiem.

W lipcu jako jedyny deputowany towarzyszył przewodniczącemu Wierchownej Rady Andriejowi Parubijowi w zakończonych fiaskiem negocjacjach z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim dotyczących wspólnego stanowiska w sprawie rzezi wołyńskiej. A po przyjęciu polskiej uchwały służył radą deputowanemu Ołehowi Musijowi, autorowi projektu “odwetowej” uchwały ukraińskiego parlamentu o polskim ludobójstwie.

Panie Juriju, pan mówi poważnie o pieniądzach z Moskwy?

– To nie moja opinia, tylko pogląd powszechny na Ukrainie. Putin wykorzystuje w wojnie hybrydowej różne siły polityczne, a także je finansuje, by wykonywały jego wolę. Tak jest z mniejszością rosyjską i partią komunistyczną w Estonii, skrajną prawicą Marine Le Pen we Francji, węgierskim Jobbikiem, nie widzę przyczyn, dla których nie miałby finansować posłów polskiego Sejmu.

Po co Putinowi taka uchwała polskiego Sejmu?

– Kreml zrobi wszystko, żeby skompromitować postać Stepana Bandery, ukraiński nacjonalizm, myśl polityczną OUN i działalność UPA. Zrobi wszystko, żeby opluć naszych bohaterów i podzielić naród.

Nie potrzeba Putina, by Bandera i jego koncepcje dzieliły Ukraińców. Nie tylko w Polsce nie jest on darzony sympatią. Spotkałem wielu Ukraińców bardzo sceptycznych wobec ideologii banderowskiej.

– To efekt pół wieku sowieckiej propagandy. Ale to się zmienia. Po raz pierwszy od lat możemy sami decydować, kto jest naszym bohaterem, i sami wychowywać naszą młodzież. Bandera jest niezaprzeczalnym symbolem ukraińskiego patriotyzmu. Czy się to komuś podoba, czy nie.

Nie uważa pan, że to nie jest uczciwe postawienie sprawy, zwłaszcza wobec ukraińskiej młodzieży: albo Bandera, albo Putin. Szantaż moralny: jeśli nie jesteś wyznawcą Bandery, znaczy, żeś nie jest patriotą, gorzej – jesteś separatystą, zdrajcą. Jakby nie można było być liberałem czy socjalistą i jednocześnie patriotą.

– Nie można być prawdziwym ukraińskim patriotą, odrzucając Banderę. OUN była jedynym prawdziwie niepodległościowym niezależnym nurtem politycznym, dla którego wolność Ukrainy była wartością najwyższą, i jest to rzecz nie podlegająca dyskusji. W rzeczywistości wojny hybrydowej, z którą mamy do czynienia, postawiliśmy niedawno w ukraińskim parlamencie kropkę nad i.

To pan był autorem ustawy, która podważanie zasług OUN i UPA dla ukraińskiej niepodległości uważa za przestępstwo. Szacunek można wymóc ustawą i groźbą kary?

– Można i trzeba. Trwa wojna.

Co jest takiego w uchwale polskiego Sejmu dotyczącej Wołynia, że wywołała na Ukrainie tak skrajne emocje, a u pana, jak widzę, wywołuje wręcz gniew?

– To z gruntu, od pierwszego do ostatniego zdania, zakłamany, prowokacyjny i szowinistyczny tekst.

Czy ktoś tam wspomniał, jakie były przyczyny konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu? Czy mówi się tam o brutalnej okupacji ukraińskich ziem etnicznych przez II Rzeczpospolitą, o paleniu naszych cerkwi albo odbieraniu ich nam przez katolików, o policyjnych pacyfikacjach wiosek, wysiedleniach, wypędzeniach, o tym, że samo słowo “Ukrainiec” było zakazane, a Polacy wprowadzili do obiegu upokarzające nas określenie “Rusin”?

Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla “chama” Ukraińca czy określenie “bydło”, którym nazywano ukraiński lud, tkwią w pamięci każdej wołyńskiej czy galicyjskiej rodziny. Wie pan, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? To widzenie w Berezie Kartuskiej – polskim obozie koncentracyjnym dla Ukraińców. Miałem cztery lata, ale pamiętam.

Nie wspomina się też w waszej uchwale o planowym mordowaniu Ukraińców na Chełmszczyźnie, Podlasiu i Zasaniu, które Armia Krajowa rozpoczęła jeszcze w 1941 r. Przez niemal całą okupację w stosunku do ukraińskiej ludności polskie podziemie szło ręka w rękę z sowiecką partyzantką, wszystko, byle tylko przywrócić okupacyjne granice sprzed 1939 r. i oczyścić z Ukraińców ziemie aż po Zbrucz.

A wasza akcja “Burza”? O niej też cisza, a była to ostatnia desperacka próba współpracy z Sowietami, znów w imię utrzymania polskich imperialnych zdobyczy na etnicznych ziemiach Ukraińców.

Rzezi wołyńskiej zaprzeczyć jednak nie można. Nie można zaprzeczyć planowemu mordowaniu cywilnej ludności polskiej, starców, kobiet i dzieci. Jak rozumiem, sprzeciw na Ukrainie budzi określenie “ludobójstwo”.

– Określenie “ludobójstwo” to oczywiste zakłamanie historii. Wam zależy jednak jeszcze na powiązaniu, choćby na siłę, ofiar partyzanckiej wojny domowej z Banderą, OUN, ruchem ukraińskich nacjonalistów i obciążeniu ich całą odpowiedzialnością.

A nie ponoszą tej odpowiedzialności? Co się w takim razie według pana stało w 1943 r. na Wołyniu?

– Doszło do partyzanckiej wojny i masowego antypolskiego wystąpienia ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej – podejmującego samorzutne akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum.

I podczas tej samoobrony wybito 80 tysięcy ludzi?

– To kolejne kłamstwo. Przypominam, że polska uchwała sejmowa mówi o 100 tysiącach! Ćwierć wieku temu naliczono 20 tysięcy ofiar, potem 40, jeszcze później 60, 80, a teraz 100 tysięcy. Polacy na siłę wrzucają wszystkich, którzy zginęli podczas wojny i okupacji na Wołyniu i Galicji, do jednego worka z podpisem “rzeź wołyńska”. Wszystko jedno, czy zginęli z ręki Niemców, Sowietów, zwykłych band albo nawet wyjechali na roboty do Niemiec. Niedługo naliczycie tych ofiar więcej, niż było przed wojną wszystkich Polaków na zachodniej Ukrainie.

Zastanawiam się, czy gdybym był Ukraińcem, to wolałbym, by historia zapamiętała rzeź wołyńską jako spontaniczne powstanie ludowe, gdzie znający się od lat ludzie mordują swoich sąsiadów, czy też raczej jako akcję wywołaną z inspiracji i na rozkaz nacjonalistów. I chyba wołałbym wierzyć, że moi dziadowie zostali zaczadzeni zbrodniczą ideologią i działali na rozkaz, niż że pewnego dnia sami z siebie wzięli siekierę, piłę i poszli do chaty sąsiada wymordować całą jego rodzinę.

– To perfidna, przemyślana i prowadzona konsekwentnie od wielu lat polska operacja propagandowa. Obciążając odpowiedzialnością ukraiński ruch niepodległościowy, chcecie zohydzić i uczynić zbrodniarzami naszych bohaterów, ludzi, którzy położyli fundament pod ukraińską tożsamość i państwowość, odzyskali dla Ukraińców godność.

To postkolonialna manipulacja. Pomysł zmierzający do ponownej dekapitacji narodu ukraińskiego. Pozbawienia go przywództwa i wartości, tak by znów stał się bezwolną niewolniczą masą, której można będzie narzucić obce wartości i przywództwo. W tym sensie postępujecie wobec Ukrainy dokładnie tak jak Moskwa. Prezentujecie podobne moskiewskiemu postkolonialne i postimperialne myślenie, co pokazał otwarcie wasz Sejm 22 lipca. Sądzi pan, że nie wiem, co Polacy kryją w głębi serca? Sentymenty o Polsce od morza do morza! Ot co! Wilno nasze, Lwów nasz.

Nigdy nie słyszałem w Polsce ani jednego poważnego głosu, czy to polityka, czy to działacza społecznego, który by kwestionował granice ustalone w Europie po 1945 r. W przeciwieństwie do pana, który nieraz mówił, że jeszcze nie wszystkie ukraińskie etniczne ziemie wróciły do macierzy, i wymieniał jako takie rosyjski Kubań i ziemie nad Donem, na zachodzie zaś Podlasie, Chełmszczyznę, Zasanie i Łemkowszczyznę. Już sam termin “ziemie etniczne” jest dziś niedopuszczalny.

– Bo co? Niewygodny dla krajów postkolonialnych, które odbierały ziemie innym narodom? A Polacy w jakich kategoriach myślą? Proszę się rozejrzeć po Lwowie latem, wszędzie wycieczki waszych kresowiaków. Bardzo proszę, niech przyjeżdżają, ale jak się ich posłucha, otwierają się oczy: to polski uniwersytet, to cmentarz polskich bohaterów, tu polskie to, tam polskie tamto.

Przez lata nie mogliście o tym głośno mówić, czekaliście na moment słabości Ukrainy. Teraz, kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często opowiadali mi, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała na okazję, żeby zadać im cios od tyłu.

Pan wybaczy, ale skala ukraińskiej kolaboracji z hitlerowcami nie miała precedensu na terenach byłej II RP. Ukraińska policja pomocnicza…

– Policja była wszędzie. Na okupowanej brytyjskiej wyspie Jersey służyli lojalni wobec Niemców angielscy boje, nawet czapek nie zmienili.

Oni nie pilnowali gett żydowskich ani obozów jenieckich…

– A polska policja granatowa, a policja żydowska to gett nie pilnowała? Dla mnie kolaboracja z Niemcami znaczy tyle samo co kolaboracja z Sowietami, a tu Polacy byli liderami. Zaczęliście już w 1939 r., kiedy nie zdecydowaliście się walczyć ze Stalinem tak jak z Hitlerem, i mimo że zapłaciliście za to krwawą cenę w Katyniu,kontynuowaliście  tę współpracę przez całą wojnę. Kiedy zaś była skierowana przeciw Ukraińcom, była nadzwyczaj harmonijna i skuteczna, a jej ukoronowaniem była akcja “Wisła”.

Widać to nawet dziś, bo o Katyniu grzecznie milczycie, a za Wołyń domagacie się od Ukraińców nieustających aktów pokajania. Gdy do Lwowa albo do Równego przyjeżdżają na przepustki chłopcy z frontu z Donbasu, to co oni czują, kiedy dowiadują się, że ktoś, kto wydawał się sojusznikiem, mówi o ich bohaterach i ideałach tym samym głosem co rebelianci? Otóż czują, że znów dostali cios w plecy. Wie pan, że w Ługańsku rebelianci urządzili oficjalną uroczystość upamiętniającą “ofiary rzezi wołyńskiej”?

Pana teza o antyukraińskiej współpracy polsko-moskiewskiej jest krzywdząca i nieprawdziwa. Między Polską a Rosją nie było w ostatnich latach gorszych stosunków niż dziś. I jest to spowodowane między innymi, jeśli nie przede wszystkim, polskim wsparciem dla ukraińskich dążeń niepodległościowych.

– To proszę przestać mówić po rosyjsku i przejść na ukraiński. W tej chwili! – wtrąciła się nagle pani Lesia, żona Szuchewycza.

Zatkało mnie. Mówię po ukraińsku płynnie, ale zdecydowanie lepiej po rosyjsku. W tym dwujęzycznym kraju używam raz jednego, raz drugiego języka. Czasem automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad tym, zaczynam po rosyjsku i po kilku zdaniach się przestawiam. Ale nigdy nikt na Ukrainie nie robił najmniejszego problemu z powodu języka, którym się mówi. Także sam Szuchewycz.

Wcześniej spotykałem się z panem Jurijem w cztery oczy. Siadaliśmy w skromnej kawiarence obok jego domu, gdzie Szuchewycz miał swój stolik, albo spacerowaliśmy po Lwowie. Niewidomy starzec, wspierając się na moim ramieniu, wyraźnie zrelaksowany, przerywał “służbowe” wątki naszej rozmowy dygresjami na temat miasta i starymi galicyjskimi anegdotami, wydawało mi się, że zadzierzgnęła się między nami nić szczerej sympatii. Mówiliśmy raz po ukraińsku, raz po rosyjsku. Zdarzały się Szuchewyczowi wstawki po polsku. Cytował z pamięci Słowackiego i Norwida.

Co się nagle popsuło między nami? Przed spotkaniem z Lesią Szuchewycz, urodzoną w Niemczech córką ukraińskiego emigranta, żołnierza UPA, ostrzegali mnie dawni towarzysze pana Jurija. Twierdzili: “To fanatyczka”.

A mówili to członkowie założonej przez Szuchewycza w latach 90 partii UNA i jej bojówki UNSO. Ludzie, którzy na ochotnika walczyli w Naddniestrzu, obu wojnach czeczeńskich, Gruzji i wszędzie tam, gdzie można było “bić Moskala”. Jeszcze niedawno wydawało się, że na prawo od nich jest już tylko brunatna mgła.

W ciągu dwóch lat wojny w Donbasie Ukraina i Jurij Szuchewycz osobiście dokonali jednak ostrego zwrotu. Na scenie politycznej pojawiły się nowe agresywne ugrupowania i zradykalizowały się istniejące. Dawni koledzy mówią, że to Lesia namówiła Szuchewycza, by porzucił UNA-UNSO i dołączył do Ołeha Laszki, szefa Partii Radykalnej, który narodowo-socjalnym populizmem przelicytował wszystkich.

– Jest pan na Ukrainie, więc ma pan mówić po ukraińsku – powtórzyła tonem nieznoszącym sprzeciwu Lesia Szuchewycz. – Wiem, że pan umie. Przy mnie po rosyjsku mówić pan nie będzie! Ani słowa więcej po kacapsku!

Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Rozmowa przestawała przypominać wywiad, nasz dialog zaczął się zamieniać w konfrontację. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała, żeby w jednej chwili zniknęła cała polityczna poprawność i zwyczajne przejawy sympatii czy przynajmniej szacunku i zrozumienia, które towarzyszyły naszym wcześniejszym spotkaniom.

– Dobrze by było, żeby Polacy przestali pisać Ukraińcom historię i pozwolili nam samym ją napisać – podjął po chwili pan Jurij.

Problem w tym, że to wspólna historia. Czy ma ona wyglądać tak jak w projekcie ukraińskiej uchwały? Znam pana poglądy, jest pan nacjonalistą, ale pochodzi pan z inteligenckiej lwowskiej rodziny. Pradziadek etnograf, badacz huculszczyzny, dziadek sędzia, ojciec i stryj inżynierowie. Pan to widzi wyłącznie w czerni i bieli? Czy historia Ukraińców w II RP to rzeczywiście opowieść o ludobójstwie? A co z ukraińskimi legalnymi partiami politycznymi? Posłami mniejszości z wicemarszałkiem Sejmu II RP Wasylem Mudrym na czele?

– To nie Ukraińcy zaczęli tę wojnę na uchwały. Projekt naszej może być dla Polaków bolesny, ale czas najwyższy, by spojrzeli historycznej prawdzie w oczy.

Nie wszyscy Ukraińcy widzą stosunki polsko-ukraińskie tak, jak je opisuje uchwała. Podobnie jest z rzezią wołyńską. Temat jest wykorzystywany jako oręż do walki politycznej przez propagandę promoskiewską, ale interesują się nim też zwykli ludzie, którzy chcą poznać niezideologizowaną prawdę historyczną. W Odessie na przykład miejscowa młodzież, koło fascynatów historii, przy wsparciu diaspory żydowskiej zorganizowała wystawę o Wołyniu ’43. Urządzili ją w murach rosyjskiego teatru, ale ani z rebeliantami, ani z Putinem nie mają nic wspólnego, wcześniej robili seminarium o obronie Sewastopola, bezwzględnie krytyczne wobec dowództwa Armii Czerwonej.

– Skąd pan wie o tej wystawie na temat Wołynia? – wtrącił się asystent Szuchewycza.

Od znajomej dziennikarki z Odessy.

– Nazwiska tych ludzi pan zna? Nazwę ich organizacji? Co to za teatr? – asystent wyciągnął pióro i otworzył notes.

A co to ma do rzeczy?

– Trzeba powiadomić o tej wystawie odpowiednie służby.

Jakie służby?

– Organy ścigania, prokuraturę, Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.

PS Tekst jest relacją z trzech rozmów z Jurijem Szuchewyczem z lipca i sierpnia 2016 r. Bezpośredniej we Lwowie i dwóch późniejszych telefonicznych.

*Jurij Szuchewycz – ur. w 1933 r., deputowany do ukraińskiego parlamentu. Sowieci aresztowali go w 1948 r., tuż po 15 urodzinach. W więzieniach i łagrach spędził 31 lat i stracił tam wzrok. Jego ojciec Roman był komendantem UPA współodpowiedzialnym za czystkę etniczną Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W parku księcia Pücklera / Beim Fürst Pückler in Bad Muskau

Mehr darüber / Jeszcze o tym samym

Pamiętajcie o Ogrodach

1 września 2016 roku w Nowym Zamku, w uwodzącym wszechobecną i kojącą zielenią Parku Mużakowskim na granicy polsko-niemieckiej otwarto wystawę Ogrody. Zwiedzenie jej to świetny pomysł na ciepły wrześniowy weekend.

1-ogrody
Powyżej: Park Mużakowski; poniżej: Jazzband Suan Tun Hoan (Wietnam) – gitara (lider zespołu), Marcin Włodarczyk – fortepian, Paweł Narajowski – kontrabas, Kuba Lechki – perkusja

3-ogrody

Wystawa zorganizowana została we współpracy Uniwersytetu Zielonogórskiego i Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze z Fundacją „Park Księcia Pücklera Bad Muskau”. Jest trzecią ekspozycją z cyklu Topografia polskiej sztuki współczesnej, a zarazem wydarzeniem inaugurującym obchody 25-lecia istnienia Instytutu Sztuk Wizualnych Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego.
Podczas wernisażu dr Cornelia Wenzel, zastępca dyrektora zarządzającego Fundacji, stwierdziła z humorem: „Pokaz prac Ogrody jest prezentem urodzinowym, który przedstawiciele Instytutu [Sztuk Wizualnych] sami sobie sprawili na jego 25 urodziny, w czym i my mogliśmy mieć swój udział. Dziękujemy Państwu za to serdecznie i gratulujemy z okazji jubileuszu.”

ogrody2-11
Z kolei Hansjörg König, Przewodniczący Rady Fundacji, w swej przemowie przypomniał, że Park Mużakowski, który 1 maja 2015, w 200-lecie swego istnienia wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO, stał się wzorcowym przykładem ośrodka bilateralnej współpracy polsko-niemieckiej, służącej rozwojowi transgranicznego regionu kulturalnego. Podziękował serdecznie wszystkim pracownikom Instytutu Sztuk Wizualnych UZ – uczestnikom wystawy – za oryginalny wkład w te działania. Zwracając się do inicjatora cyklu wystaw Topografia polskiej sztuki współczesnej, dyrektora Muzeum Ziemi Lubuskiej, Leszka Kani, stwierdził natomiast: „właśnie tego typu współpracy polsko-niemieckiej życzyliśmy sobie w roku 2005, by aktywnie ożywiła obiekt światowego dziedzictwa kultury – Park Mużakowski. Jestem bardzo zadowolony, że właśnie dzięki Pańskiemu zaangażowaniu jest ona dziś niemal oczywistością. Oczywiście wiem, że w codziennej rzeczywistości jeszcze długo nie będzie ona wolna od ustawicznego wysiłku. Stąd też także w przyszłości chętnie wesprę ten piękny i ważny projekt. (…) jestem pewien, że prezentowane tu dzieła sztuki dostarczą nam przyjemności intelektualnej, która towarzyszyć nam będzie w drodze do domu.”
***
ogrody2-4W ramach wystawy Ogrody dwudziestu artystów z Zielonej Góry wypełnia przestrzeń czasu, wspomnień, poznania i sztuki. Tytuł ekspozycji rozumieć można dosłownie i metaforycznie. Wpisuje się ona w kontekst jedynego transgranicznego założenia ogrodowo-parkowego w Europie, jest formą międzynarodowego dialogu na temat kultury, ekologii oraz historii i współczesności stosunków polsko-niemieckich.
W recenzji katalogu wystawy prof. Beata Frydryczak zauważyła: „[Ta] polsko-niemiecka publikacja wykracza poza standardową monografię. (…) Już sam fakt jej zatytułowania Ogrody/Gärten i zaprezentowania w czasie wystawy przygotowanej przez artystów pracujących w Instytucie Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego w Nowym Zamku w Parku Mużakowskim dodaje jej dodatkowych wartości.

ogrody2-1
To sprawia, że dwugłos: teoretyczno-artystyczny w sposób konieczny uzupełniony jest o kontekst zewnętrzny: otoczenie parku i jego estetykę, związaną z nim historię i wspólne polsko-niemieckie działania o wymiarze ponadgranicznym i kulturowym, czego książka i zapowiadająca ją wystawa jest doskonałym dowodem. Ogrody/Gärten to publikacja (i wystawa), która buduje nową wartość w tym, co już artystyczne (Parku Mużakowskim), a podejmując dyskurs na temat ogrodów, wprowadza go na metapoziom, w którym ogród nabiera wymiaru ideowego i metaforycznego zarazem. O ogrodach w ogrodzie, o krajobrazach w krajobrazach – mówić można tylko obrazami i metaforami. Ta publikacja otwiera taką możliwość, rozbrzmiewając na trzech poziomach: teoretycznym, artystycznym i ideowym, jeżeli za ideę uznać naturalne medium Parku Mużakowskiego. (…) Projekt graficzny książki (…) doskonale współgra z jej zawartością (…) Meandry Parku Mużakowskiego mogą być refleksem meandrów myśli artystycznej oplatającej to, co ujęto wspólnym mianem ogrodów. Wprowadza do nich tekst Artura Pastuszka Il faut cultivert notre Jardin, który w eseistycznej formule próbuje znaleźć podstawy idei ogrodu jako takiego. Tekst Lidii Głuchowskiej posiada bardziej krytyczny wymiar, będąc ambitną próbą zaprezentowania obecnych na wystawie artystów i ich prac.”

ogrody2-8Wystawa Ogrody potrwa do końca października. Serdecznie zapraszamy
Nowy Zamek, Park Mużakowski/Bad Muskau
Kuratorzy: Leszek Kania (Muzeum Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra)
prof. Paulina Komorowska-Birger (Instytut Sztuk Wizualnych UZ, Zielona Góra)
Kierownictwo naukowe: dr Lidia Głuchowska (Instytut Sztuk Wizualnych UZ, Zielona Góra)
Koordynacja: Regina Barufke, Bad Muskau
Uczestnicy: mgr Paweł Andrzejewski, mgr Basia Bańda, prof. Andrzej Bobrowski, prof. UZ dr hab. Radosław Czarkowski, prof. Jarosław Dzięcielewski, dr Katarzyna Dziuba, prof. UZ Magdalena Gryska, mgr Mirosław Gugała, dr Jarosław Jeschke, dr Helena Kardasz, prof. Paulina Komorowska-Birger, prof. Stanisław Kortyka, mgr Marek Lalko, prof. UZ dr hab. Alicja Lewicka-Szczegóła, prof. UZ dr hab. Jarosław Łukasik, mgr Maryna Mazur, dr Anna Owsian-Matyja, prof. Piotr Szurek, dr Patrycja Wilczek-Sterna, prof. UZ dr hab. Ryszard Woźniak

ogrody2-10

Plakat: dr Piotr Czech (Instytut Sztuk Wizualnych UZ, Zielona Góra)
W projekcie plakatu i okładki katalogu wykorzystano fragmenty ekolinowego obrazu Basi Bańdy Sadzonki (2013).
Katalog/Publikacja towarzysząca Ogrody:
Red. naukowa: dr Lidia Głuchowska
Projekt graficzny: dr Piotr Czech
Tłumaczenie: Mirosława Kowęzowska, Reiner Mende, Andre Rudolph
Konsultacja naukowa: Cord Panning, Artur Pastuszek, Andre Rudolph
Redakcja językowa: Regina Barufke, Lidia Głuchowska, Cornelia Wenzel
ISBN: 978-83-88426-96-4
Prace z wystawy, fot. Lidia Głuchowska, skatalogowane w publikacji Ogrody

ogrody2-7

Vergisst nicht die Gärten…

Am 1. September 2016 wurde im Neuen Schloss, im Fürst-Pückler-Park Bad Muskau an der deutsch-polnischen Grenze, welcher mit dem ewigen Grün besticht, die Ausstellung Gärten eröffnet. Diese Schau zu besichtigen ist eine gute Idee für ein sonniges September-Wochenende.

2-ogrody

Die Ausstellung entstand als Ergebnis der Kooperation der Universität Zielona Góra und des Lebuser Landesmuseums in Zielona Góra mit der Stiftung „Fürst-Pückler-Park Bad Muskau“ als die dritte Ausstellung der Reihe Topografie der polnischen Gegenwartskunst.
Gleichzeitig bildet sie den Auftakt zu den Jubiläumsfeierlichkeiten anlässlich des 25-jährigen Bestehens, welches das Institut für Visuelle Künste an der Kunstfakultät der Universität Zielona Góra in diesem Jahr begeht.

ogrody2-9

Hansjörg König, Vorsitzender des Stiftungsrates in seiner Eröffnungsrede erinnerte daran, dass der Muskauer Park, welcher am 1. Mai 2015 in einem feierlichen Akt auf die UNESCO-Welterbe-Liste aufgenommen wurde, zum Vorbild der deutsch-polnischen Zusammenarbeit im Dienste der Entwicklung der grenzüberschreitender Region wurde. Herr König bedankte sich bei allen Ausstellenden aus dem Institut für Visuelle Künste für ihren originellen Beitrag dazu. In seiner Ansprache an den Initiator der Ausstellungsreihe Topografie der polnischen Gegenwartskunst, den Direktor des Lebuser Landesmuseum in Zielona Góra, Leszek Kania merkte er ebenfalls an: „Genau diese Art der deutsch-polnischen Zusammenarbeit haben wir uns 2005 für die aktive deutsch-polnische Bespielung der Welterbestätte Muskauer Park gewünscht. Ich bin glücklich, dass sie gerade dank Ihres Einsatzes heute fast schon selbstverständlich ist. Natürlich weiß ich, dass das in der Realität des Alltags und bei den Mühen der Ebene noch längst nicht immer der Fall ist. Dieses schöne und wichtige Projekt unterstütze ich daher sehr gern auch für die Zukunft. (…) Ich bin mir sicher, dass die Kunstwerke intellektuellen Genuss bereiten werden, der uns erfüllt nach Hause begleitet.“

ogrody2-6Im Rahmen der Ausstellung Gärten kreierten zwanzig Künstler aus Zielona Góra einen exterritorialen, mentalen Raum der Zeit, der Erinnerung, der Erkenntnis und der Kunst.Der Titel der Schau ist wörtlich und metaphorisch zu verstehen. Die Ausstellung Gärten fügt sich in den Kontext des einzigen grenzüberschreitenden Landschaftsparks Europas ein und ist Ausgangspunkt für einen internationalen Dialog über Kultur und Ökologie ebenso wie über die Geschichte und Gegenwart der deutsch-polnischen Beziehungen.

ogrody2Im Gutachten zu deren Katalog (hg. von Dr. Lidia Głuchowska) stellte Prof. Beata Frydryczak fest: „[diese] deutsch-polnische Publikation sprengt den Rahmen einer typischen Monografie (…). Einen besonderen Wert verleiht dem Buch neben dem zweisprachigen Titel Ogrody/Gärten die Tatsache, dass es während der Ausstellung im Neuen Schloss im Fürst Pückler Park in Bad Muskau präsentiert wird, wo die Werke der Künstler des Institutes für Visuelle Künste der Universität Zielona Gora ausgestellt werden. Folglich wird die theoretisch-künstlerische Zweigleisigkeit auch durch den äußeren Kontext komplementär ergänzt, nämlich durch die Parkumgebung, dessen Ästhetik und Geschichte sowie durch gemeinsame deutsch-polnische Vorhaben von grenzübergreifender kultureller Dimension. Die Ausstellung im Vorfeld und auch das nun vorliegende Buch sind der beste Beweis für eine gelungene Komplementarität der beiden Artefakte. Ogrody/Gärten sind eine Publikation (und Ausstellung), die in künstlerischer Hinsicht einen Neuwert schafft (Muskauer Park); und indem sie an den Diskurs über Gärten anknüpft, hebt sie den Garten auf eine Metaebene, auf der er eine ideelle und zugleich metaphorische Dimension gewinnt. Über Gärten im Garten und Landschaften in der Landschaft kann nur in Metaphern und Bildern gesprochen werden. Die vorliegende Publikation eröffnet solch eine Möglichkeit, indem sie auf drei Ebenen verweist: die theoretische, künstlerische und ideelle Ebene, sofern man das natürliche Medium Muskauer Park als Idee betrachten kann. (…) Die Mäander des Muskauer Parks können als Reflex der Mäander künstlerischer Reflexion um all das betrachtet werden, was unter dem Namen Muskauer Park vereinigt wurde. Eine Einführung in diese Reflexionen bietet der Text von Artur Pastuszek Il faut cultivert notre Jardin, der in essayistischer Form auf den Ursprung der Idee des Gartens an sich einzugehen versucht. Der Text von Lidia Głuchowska dagegen enthält eher eine kritische Dimension und stellt einen ambitionierten Versuch dar, die in der Ausstellung präsentierten Werke und die Künstler darzustellen.“
Die Ausstellung dauert noch bis Ende Oktober. Herzlich willkommen!

ogrody2-2

Ausstellung Gärten
Ausstellungsdauer: 1. Sept. – 31. Okt. 2016, Neuer Schloss, Nowy Zamek, Bad Muskau
Kuratoren: Leszek Kania (Lebuser Landesmuseum, Zielona Góra)
Prof. Paulina Komorowska-Birger (Institut für Visuelle Künste, Universität Zielona Góra)
Wissenschftliche Leitung: Dr. Lidia Głuchowska (Institut für Visuelle Künste, Universität Zielona Góra)
Koordination: Regina Barufke, Bad Muskau
Ausstellende Künstler: Mag. Paweł Andrzejewski, Mag. Basia Bańda, Prof. Andrzej Bobrowski, Prof. UZ Dr. habil. Radosław Czarkowski, Prof. Jarosław Dzięcielewski, Dr. Katarzyna Dziuba, Prof. UZ Magdalena Gryska, Mag. Mirosław Gugała, Dr. Jarosław Jeschke, Dr. Helena Kardasz, Prof. Paulina Komorowska-Birger, Prof. Stanisław Kortyka, Mag. Marek Lalko, Prof. UZ Dr. habil. Alicja Lewicka-Szczegóła, Prof. UZ Dr. habil Jarosław Łukasik, Mag. Maryna Mazur, Dr. Anna Owsian-Matyja, Prof. Piotr Szurek, Dr. Patrycja Wilczek-Sterna, Prof. UZ Dr. habil. Ryszard Woźniak
Plakat: Dr. Piotr Czech (Institut für Visuelle Künste, Universität Zielona Góra)
Für das Plakat und den Cover wurden Fragmente des Ekolinegemäldes von W projekcie plakatu i okładki Basia Bańda Sätzlinge (2013) verwendet.
Katalog/Begleitpublikation Gärten:
Herausgeberin: Dr. Lidia Głuchowska
Grafische Gestaltung: Dr. Piotr Czech
Übersetzung: Dr. Mirosława Kowęzowska, Reiner Mende, Dr. Andre Rudolph
Wissenschaftliche Beratung: Cord Panning, Dr. Artur Pastuszek, Dr. Andre Rudolph
Lektorat: Regina Barufke, Lidia Głuchowska, Cornelia Wenzel
ISBN: 978-83-88426-96-4
www.muskauer-park.de   www.mzl.zgora.pl   www.wa.uz.zgora.pl   www.isw.uz.zgora.pl
FOTOS Werke aus der Ausstellung, Fot. Lidia Głuchowska, verzeichnet im Katalog Gärten

Złoto Lassetera (1)

Lech Milewski

22 października 1929 roku James Scullin – Partia Pracy – został mianowany premierem Australii. Dwa dni później rozpoczął się wielki krach finansowy na Wall Street, premier dowiedział się, że Australia zbankrutowała.

Albert Green, poseł do parlamentu federalnego reprezentujący okręg wyborczy Kalgoorlie (w Australii mamy jednoosobowe okręgi wyborcze) przypomniał sobie otrzymany kilka dni wcześniej list:
… pozwalam sobie przekazać sugestię dotyczącą rozwoju górnictwa a przy okazji rolnictwa w pańskim elektoracie. Wiadomo mi od lat o bogatych złożach złota w Centralnej Australii, które są absolutnie bezużyteczne bez zaopatrzenia w wodę. Nie mam wątpliwości, że bez trudu znajdzie się w Anglii 5 milionów funtów kapitału potrzebnego na rozwój górnictwa w tym terenie, jeśli tylko sprawa zaopatrzenia w wodę zostanie załatwiona.
Jako kompetentny geodeta i poszukiwacz złota podejmuję się za wynagrodzeniem 2,000 funtów wyznaczyć trasę rurociągu…
Z uszanowaniem
L.H.B. Lasseter“.

Mała ciekawostka – okręg wyborczy Kalgoorlie ma powierzchnię 868,576 km2, dla porównania – Polska – 312,679 km2. Ilość osób uprawnionych do głosowania w 2016 roku – około 88,000.

Wielka inwestycja, która zapewni pracę tysiącom ludzi – to było dokładnie to, czego potrzebowała australijska ekonomia i reprezentujący klasę pracującą rząd.
Złoto i setki kilometrów wodnego rurociągu. Brzmiało to może fantastycznie, ale precedens już był – trzydzieści sześć lat wcześniej odkryto złoto w Kalgoorie, zbudowano rurociąg, powstało całe nowe miasto – KLIK.

Sprawę przekazano specjalistom. Spotkali się z autorem listu, Haroldem Lasseterem, który powiedział, że 18 lat temu, około 250 mil na zachód od Alice Springs odkrył kwarcową odkrywkę, z ktorej pobrał próbki materiału. W drodze powrotnej jego koń padł w okolicach Lake Amadeus – KLIK – w związku z czym musiał porzucić większość pobranych próbek i doniósł do cywilizacji tylko około 2 kg materiału, którego analiza wykazała zawartość złota 3 uncje (85 gramów) na tonę.

Sprawę uznano za ważną. Nie na tyle, żeby odrazu brać się za wyznaczanie trasy rurociągu, ale uzasadniającą podjęcie poszukiwań złota we wskazanym rejonie. Informacja na ten temat dotarła do ministra gospodarki Artura Blakeley i premiera Scullina.

W marcu 1930 roku w siedziba Australijskiego Związku Robotników (AWU – Australian Workers Union) w Sydney przypominała sztab walczącej armii. Strajki, protesty, starcia z policją.
W gabinecie unijnego bossa – Johna Bailey – odbyło się tajne spotkanie. Harold Lasseter zaprezentował swoją historię Johnowi, jego synowi Ernestowi, związkowemu delegatowi do spraw górnictwa i wszędobylskiemu dziennikarzowi Errolowi Coote.

Opowieść brzmiała nastepująco – dawno temu, ponad 30 lat, jako młody chłopak opuścił statek przybrzeżny w Cairns (wschodni brzeg Australii) i postanowił szukać szczęścia na złotodajnych polach Kalgoorlie. Kupił dwa konie, zaopatrzenie i ruszył w poprzek Australii – dystans – bagatela około 3,500 km. Gdzieś w okolicy McDonnell Ranges zgubił się, padł mu jeden koń, kończyły mu się zapasy żywności. I właśnie wtedy zauważył w oddali wysypisko kamieni, których dziwny kolor zwrócił jego uwagę – to wyglądało jak płatki złota. Złota rafa na pustynnym oceanie. Szeroka na jakieś 12 stóp (4 metry), długa na kilkanaście mil.
Skrupulatnie zarejestrował w pamięci wszystkie istotne szczegóły terenu, wypełnił dużą torbę próbkami i ruszył na zachód w nadziei znalezienia jakiejś osady. Kilka dni błądził wsród piaszczystych wydm i wyschniętych słonych jezior. W końcu padł bez zmysłów ściskając w dłoni torbę z próbkami. W takim stanie znalazł go afgański poganiacz wielbłądów.
Szczęśliwie dowiózł go do znajdującego się niedaleko obozu rządowego geodety Hardinga. Ten przywrócił go do życia i razem ruszyli do Carnavon – portu na zachodnim wybrzeżu Australii, nad Oceanem Indyjskim.
Lasseter pokazał Hardingowi swoje próbki, a ten stwierdził, że tak bogatych próbek zlota jeszcze nie widział. Proponował Lasseterowi wspólny powrót do złotej rafy, ale ten odmówił, koszmar ostatnich przeżyć był zbyt wielki.

Minęły trzy lata, podczas których obaj panowie byli w kontakcie, i wreszcie Lasseter zgodził się. W Carnavon zakupili wielbłądy i ruszyli na wschód. Pamięć nie zawiodła. Lasseter odnalazł znaki rozpoznawcze i dotali do złotej rafy. Spędzili tam kilka dni, przewędrowali wszerz i wzdłuż, pobrali liczne próbki. Dokonali sekstantem pomiarów pozycji geograficznej.
Po powrocie Harding próbował znaleźć zamożnych wspólników do zorganizowania firmy wydobywczej, ale nie było chętnych. Po co szukać złota tak daleko, skoro tutaj, w Kalgoorlie, jest go pod dostatkiem?
Harding próbował nawet znaleźć inwestorów w Anglii, też bez powodzenia, drogi Lassetera i Hardinga rozeszły się, Harding zmarł.

A więc ma pan współrzędne geograficzne złotej rafy?
Oczywiście, ale jest pewien problem… otóż po powrocie z wyprawy okazało się, że zegarki Lassetera i Hardinga późniły się o ponad godzinę. Nie wiadomo, jak duże było opóźnienie w momencie robienia pomiarów.
Znający się na nawigacji Errol Coote szybko policzył w pamięci – godzina i kilkanaście minut, powiedzmy 1/20 obwodu kuli ziemskiej – na naszej szerokości geograficznej to oznacza dystans około 1,500 km czyli rafa może być gdzieś na Oceanie Indyjskim.
– Ale przecież nadal pamiętam istotne punkty w terenie, wystarczyły mnie i Hardingowi, wystarczą i teraz.

Wszystkie oczy zwróciły się na speca do spraw górnictwa… długa na 10 mil, szeroka na 12 stóp, głęboka na powiedzmy 100 stóp. 3 uncje z tony, to daje… skromnie licząc 66 milionów funtów.
John Bailey nie miał wątpliwości – rozwalimy depresję w jeden dzień. I nie będziemy się oglądać na rząd federalny. My, związkowcy, zrobimy to sami.

Errol Coote i Ern, syn Johna Baileya, nie mogli ochłonąć z wrażenia, poszli razem do kawiarni. Errol Coote był fanatykiem lotnictwa i początkujacym pilotem. Właściwie to nie miał jeszcze licencji pilota, ale to drobiazg techniczny.
– Ten projekt prosi się o samolot. Zrobimy lot, który przyćmi sławę lotów nad Atlantykiem i Pacyfikiem. Wyobrażasz sobie, jakie przyjęcie zgotuje nam tłum?
– A co myślisz o tym, żeby wziąć torbę drobnych złotych nugatów i rozrzucić je z okna samolotu? – wtórował mu Ern Bailey.

John Bailey miał już kandydata na kierownika ekspedycji poszukiwawczej – Fred Blakeley, brat Artura, ministra gospodarki.
W wieku lat 14 opuścił dom i zaczął szukać opali, a potem złota. W 1908 roku przejechał na rowerze w poprzek Australii, ponad 2200 mil po bezdrożach i pustyniach. Istotnym faktem było pokrewieństwo z ministrem. To może sugerować, że projekt ma poparcie rządu.

Errol Coote został mianowany szefem transportu. Oczywiście pierwsze kroki skierował na lotnisko. Jego uwagę zwrócił Gipsy Moth, dwupłatowiec zaprojektowany z myślą o krótkich wyścigach. Kosztował 600 funtów, Coote nadał mu nazwę Golden Quest.

Nie minęło kilka dni, a John Bailey zarejestrował firmę C.A.G.E. – Central Australian Gold Exploration Company – KLIK. Sam siebie mianował prezesem i powiadomił, że będzie pełnił swoją funkcję honorowo. Wtajemniczeni twierdzą, że swój wkład finansował z unijnych funduszów. Strukturę firmy opracował w ten sposób, że robiła wrażenie instytucji charytatywnej. Sekretarzem kompanii mianowal swojego syna. Obecny na zebraniu manager brytyjskiej fimy Thornycroft zadeklarował bezpłatne pożyczenie na sześć miesięcy sprawdzonego na pustyniach syryjskich pojazdu terenowego – dla chwały Imperium a Australii w szczególności.
W ciągu kilku godzin zebrano potrzebny kapitał ponad 5,000 funtów.

John Bailey dokooptował do składu ekspedycji bardzo istotną osobę, był to kapitan Charles Blakiston-Houston, asystent gubernatora Australii Lorda Stonehaven. Gubernator miał objąć stanowisko za kilka mięsiecy, było  więc trochę wolnego czasu. To była bardzo cenna osoba – Charles Blakiston-Smith był doświadczonym podróżnikiem, miał za sobą udział w wyprawie na Mt Everest. A do tego asystent gubernatora – a więc i król (Jerzy V) jest z nami.
Ekspedycję uzupełniali Phillip Taylor – mechanik i George Sutherland – doświadczony górnik i poszukiwacz złota.

Podstawowy plan – ekspedycja wyruszy z Alice Springs na południowy wschód, około 250 mil (400 km), w stronę jeziora Amadeus, a tam zda się na pamięć Lassetera.
50 mil za Alice Springs Lasseter zaznajomi wszystkich członków grupy z informacjami pozwalającymi znaleźć złotą rafę. Na wszelki wypadek Lasseter zdeponował w banku list z tymi informacjami. List może być otwarty tylko po powrocie Lassetera do Sydney lub w przypadku jego śmierci.

Członkowie ekspedycji i samochód Thornycraft dotarli do Alice Springs pociągiem na początku lipca. Errol Coote i Phillip Taylor dolecieli tam samolotem. Czasu było mało gdyż w sierpniu temperatura rośnie, a we wrześniu przychodzą upały i susza. Jednak powinni zdążyć.

Ekspedycja C.A.G.E. nie zrobiła w Alice Springs wielkiego wrażenia. Miasteczko, właściwie osada, żyło bieżącymi sprawami – ktoś znalazł dokumenty na temat złóż złota bardzo przypominających rafę Lassetera i ruszył tam z wielbłądami. Zainteresowanie wzbudził tylko samochód – potężny Thornycroft sprawdzony na Bliskim Wschodzie podczas I Wojny Światowej.
– Za ciężki na nasze tereny, za niskie zawieszenie – komentowali miejscowi.

Główną osobą w Alice Springs był Ernest Allchurch, który sprawował tam funkcję sędziego i naczelnika poczty. Był to dobry znajomy Blakeleya jeszcze z lat wędrówek rowerowych po Australii. Ernest Allchurch przez kilka lat pracował jako operator stacji telegrafu na linii Adelajda-Darwin, a potem brał udział w kilku próbach przejechania w poprzek Australii samochodem. Podczas tych podróży bardzo użyteczna była jego znajomość telegrafu – potrafił podłączyć się do linii telegraficznej w dowolnym miejscu i nadać depeszę.
W spotkaniu z Ernestem Allchurch brał również udział Lasseter, który okazał się bardzo rozmowny i opowiadał o pobycie w Alice Springs. Wspomnienia zadziwiły gospodarza, zadał kilka pytań kontrolnych i bez ceremonii stwierdził, że Lasseter nigdy dotąd nie był w Alice Springs i fantazjuje.

Uważny czytelnik tego wpisu może już zauważył nieścisłości w relacji Lassetera. Podczas spotkania z przedstawicielami rządu twierdził, że na złoto natrafił 18 lat temu, podczas rozmowy w siedzibie związków zawodowych było to już 30 lat.

Lasseter

Kim był Lasseter?
Lewis Hubert urodził się w 1880 roku w małej miejscowości około 120 km od Melbourne. Matka zmarła, gdy był małym dzieckiem, ojciec utrzymywał się ze strzyżenia owiec i polowania na króliki, kaczki, indyki. Prócz tego ostro pił i traktował syna bardzo źle.
14-letni Lasseter uciekł z domu i wkrótce został złapany podczas napadu z bronią. Sąd skierował go do domu poprawczego dla chłopców (Boys’ Reformatory Home), z którego po niecałym roku uciekł.
Według Lassetera następne cztery lata spędził jako artylerzysta na okręcie floty brytyjskiej, odwiedził Anglię, kontynentalną Europę i USA.
Dokumenty potwierdzają tylko to ostatnie.
W 1901 roku Lasseter ożenił się w stanie Nowy York, miał dwoje dzieci, stał się praktykującym mormonem i ukończył sporo korespondencyjnych kursów zawodowych, między innymi geodezji.
W 1908 roku przeprowadził się wraz z żoną do Australii (ich dzieci zmarły jeszcze w USA) i wydzierżawił farmę, na której hodował konie dla austraijskiej armii. Okazał się człowiekiem o licznych talentach – wybudował innowacyjny dom, publikował artykuły w lokalnej gazecie, pilotował prom przewożący bydło.

Gdy wybuchła I Wojna Światowa próbował zaciągnąć się do armii. Powoływał się na swoją służbę w brytyjskiej marynarce, ale nie posiadał na to żadnego dowodu. Nie przyjęto go z powodów medycznych, za drugą próbą przyjęto go, ale zwolniono tego samego dnia, gdy usłyszano, że chciałby dostać się do lotnictwa, gdyż jego przyjaciel obiecał zapewnić mu samolot.

W 1918 roku ożenił się, mimo że nie miał rozwodu. Po dwóch latach ożenił się ponownie, również bez rozwodu. W tym małżeństwie miał troje dzieci.

Rodzina mieszkała w Sydney. Lasseter przez pewien czas pracował przy budowie mostu Sydney Harbour Bridge…

Sydney Harbour Bridge
Jest w tym nieco ironii gdyż w 1913 roku przedłożył on projekt budowy jednoprzęsłowego mostu nad zatoką Sydney…

Lasseter - most

Projekt odrzucono jako nierealny. Autor zrealizowanej wersji mostu – John Bradfield – przedłożył swoje plany dwa lata później, zostały one wstępnie zatwierdzone w 1916 roku. Nic dziwnego, że gdy w roku 1923 rozpoczęto budowę mostu, Lasseter zgłosił pretensje i domagał się finansowej rekompensaty, uznania pierwszeństwa jego projektu. Bezskutecznie. Z pracy przy budowie mostu został również szybko zwolniony, gdyż wciąż sprzeczał się z przełożonymi.

Wcześniej, jeszcze w roku 1915, gdy wojska australijskie walczyły z Turkami na półwyspie Gallipoli nad cieśniną Dardanelską, Lasseter złożył projekt przekopania kanału, który pozwoli brytyjskim okrętom ominąć cieśninę i zaatakować z morza Konstantynopol.
Inny pomysł z tego okresu to stworzyć grupy bojowe do walki w okopach wyposażone w strzelby śrutowe.
Jeszcze inny – w oczekiwaniu na japońskie działania wojenne na Pacyfiku zbudować w Townsville bazę lotniczą. Ta koncepcja została zrealizowana podczas II Wojny Światowej.
I jeszcze – propozycja skontruowania działa o zasięgu ostrzału ponad 150 km.

Przeszłość Errola Coote również była dość zagmatwana. W 1917 roku zgłosił się do wojska, został wysłany do Wielkiej Brytanii a tam spędził większość czasu w aresztach i obozie pracy za ucieczki ze służby i drobne kradzieże.

Fred Blakeley miał inne sprawy na głowie. Okazało się, że Thornycroft jest wyjątkowo paliwożerny – galon na 3 mile – około 80 l/100 km.
Ekwipunek ekspedycji – zakładano, że potrwa do sześć tygodni – ważył ponad dwie tony. Do tego paliwo i zapasy wody. Na dwie ostatnie pozycje trzeba było wynająć ciężąrówkę. Fred nie wiedział jak się zabrać za ładowanie bagażu. Szef transportu – Errol Coote – głównie zajmował się samolotem. Bardzo przydatny okazał się Charles Blakiston-Houston, doświadczenie z wypraw himalajskich procentowało – opracował szczegółowy plan pakowania i ładowania. Za dwa dni byli spakowani.

Dodatkowym kłopotem były ciągłe depesze od kierownictwa kompanii w Sydney. Blakeley zorientował się, że ktoś donosi na niego i krytykuje każde jego posunięcie. Łatwo było się domyślić kto – Errol Coote.
Być może z tego powodu i aby mieć w zespole kogoś lojalnego, Blakeley zdecydował się na wynajęcie jeszcze jednego samochodu – osobowego chevroleta – wraz z kierowcą – doświadczonym wędrownikiem Fredem Colsonem. To nie był zły pomysł – lekki samochód osobowy stanowił jedyny sposób odwrotu, gdyby ciężki Thornycroft zawiódł.
Oczywiście nie konsultował tej decyzji z szefem transportu. Od tego czasu jego konflikt z Errolem Coote był oczywisty. Coote powiadomił centralę o niezrozumiałych posunięciach szefa wyprawy, a jednocześnie starał się pozyskać zaufanie Lassetera, między inymi sugerując mu, że Blakeley i Colson mają plan wyprowadzenia ekspedycji w pole i zagarnięcia dla siebie całego skarbu.

W takiej miłej atmosferze, 24 lipca 1930 roku, ekspedycja ruszyła w drogę – prowadził chevrolet Colsona, w nim Blakeley i Coote, następnie Thornycroft – Taylor, Blakiston-Houston i Lasseter, ciężarówka z zapasami paliwa – Colson i Sutherland.
Sporym zaskoczeniem był bagaż osobisty Lassetera – pokaźna walizka. Tego jeszcze na australijskiej pustyni nie widziano.
Po przejechaniu kilkuset metrów utwardzonej drogi trzeba było przejechać przez wyschnięte koryto rzeki Todd River. Tego mostu jeszcze wtedy nie było…

Todd River

Thornycroft ugrzązł w miękkim piasku. Cała osada zbiegła się żeby podać pomocną dłoń a przy okazji pożartować sobie z poszukiwaczy złota.
Tego dnia przejechali 30 mil.

P.S. Jeśli czytelnik tego wpisu odniósł wrażenie, że u organizatorów wyprawy entuzjazm górował nad rozsądkiem, to polecam tę wiadomość sprzed kilku dni – KLIK – bryła złota o wadze ponad 4 kg znaleziona niecałe 150 km od naszego domu. Kto szuka nie błądzi.

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:
Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – Lasseter’s Gold.
Fred Blakeley – Dream Millions.
Errol Coote – Hells’s Airport.
Harold Lasseter – Diary.
Luke Walker – film – Lasseter’s Bones.

Es war ein Freitag

C. C.

Es war der 11. Geburtstag meines kleinen Bruders D.

Mein großer Bruder P. war mit mir mit dem Motorrad – es war wohl ein milder Dezembertag – zur Feier von Kreuzberg zu meinen Eltern nach Wilmersdorf gefahren.

Am frühen Abend klingelte das Telefon meiner Eltern für meinem großen Bruder P. Es war ein sehr kurzes Gespräch, P. kam aufgeregt an den Tisch, an dem ich mit Vater, Großvater und Onkel Skat spielte, und sagte: „Wir müssen los, in Kreuzberg wird ein Haus geräumt.“ Eine Telefonkette war ausgelöst worden, was damals aber nicht so einfach war, weil Handy und Internet gab’s ja noch nicht – aber zum Glück wusste die Freundin meines Bruders wo wir waren.

Ohne uns groß zu verabschieden und nur erklärend „In Kreuzberg wird ein Haus geräumt“, zogen wir unsere Klamotten an verließen die kleine 2 ½ -Neubau-Zimmerwohnung in der ich 12 Jahre mit Eltern und drei Brüdern gewohnt hatten. Zurück ließen wir neben unseren Eltern und Großeltern, Onkel, Tanten, Cousinen und Cousins – den Großteil unserer Verwandtschaft.

Wir sprangen auf Motorrad und fuhren nach SO36, parkten am Wassertorplatz und gingen zu Fuß zur Kohlfurterstraße/Ecke Admiralstraße, die Helme setzten wir nicht ab. Genaueres hatte P. mir bis dahin noch nicht gesagt, aber er wusste ja wo wir hin mussten.

Die Schule, die dort heute steht, befand sich gerade im Bau, konkret wurden gerade die Kellergeschosse gebaut, also war hauptsächlich Beton und Eisen zu sehen, jetzt aber kaum zu erkennen, da es schon dunkel war. Ein schmaler Holzweg führte als südliche Verlängerung der Admiralstraße mitten durch die Baustelle. Auf der anderen Seite der Baustelle, wo sich besetzte Häuser befanden, hörten wir Lärm:

  • Bullenwannensirenen
  • Geschrei und Gegröle
  • die typischen Geräusche von geworfenen Pflastersteinen, die auf die Straße oder gegen Bullenschildern krachten,
  • und von abgeschossenen Tränengasgranaten

– alles uns wohl bekannte Geräusche, bis dahin aber noch nicht im Zusammenhang mit Hausbesetzungen, sondern u.a. von Anti-Nazidemos, Knast-Demos, Räumung des besetzten Daches des Amerika-Hauses und 1. Mai-Demos – die damals übrigens noch nicht in Kreuzberg stattfanden.

Bevor wir den schmaler Holzweg Richtung „Kampfgetümmel“ nahmen „bewaffneten“ wir uns mehreren Pflastersteinen, mit deren Umgang wir geübt waren.

Meinem Bruder P. hinterherlaufend, der immer viel „forscher“ war als ich, betrat ich den Holzweg. Aber nach wenigen Metern verließ mich der Mut bzw. wurde ängstlich, fing an zu denken:

Was passierte auf der anderen Seite des schmalen Weges?

Liefen wir den Bullen direkt in die Arme bzw. in deren Knüppel?

Wir sind in der Falle, wenn die Bullen jetzt selbst auch noch von der Kohlfurterstraße Richtung Kanal vordrangen!

Während P. mit einigen anderen, die sich mittlerweile auch an der Ecke eingefunden hatten, weiter Richtung „Kampfgetümmel“ stürmte, kehrte ich um. Und dann sah ich sie von links kommen: Ein ganzer Zug Bullenwannen rasten mit hoher Geschwindigkeit in unsere Richtung. Ich hatte in diesem Augenblick eine wahnsinnige Angst.

Als ich wieder den Anfang des Holzweges erreichte, bremsten die Wannen genau von mir. Ich sah nur eine Chance zu entkommen: Zwischen den Wannen durch, Richtung Kotti. Kurz bevor ich durch kam, öffnete sich die hintere Tür der Wanne, die ich passieren wollte, und ein Bulle in Kampfmontur mit Helm und Schild erschien in der Tür.

Ich schleuderte kurz hintereinander zwei Pflastersteine, die ich in den Händen hielt, in die Wanne. Ich sah den ersten Stein auf das Visier des Helmes krachen, den zweiten Stein hörte ich nur „einschlagen“, da ich diese während des Laufen oder genauer gesagt während des Sprints „abfeuerte“, und mich ganz schnell auf der anderen Seite der Wannenreihe befand. Ich rannte immer weiter, erst kurz vor dem Kotti drehte ich mich um und sah: keinen Bullen oder anderen Menschen hinter mir.

Ich war alleine. Mein Bruder wurde jetzt sicher von den Bullen, denen ich gerade noch entkommen war, gejagt. Ich hatte Angst um ihn.

An der Ecke Kotti/Admiralstraße befindet sich heute eine Bank, damals war dort ein Supermarkt. Voll Wut und Hilflosigkeit schleuderte ich die zwei Pflastersteine, die sich noch rechts und links in den Taschen meiner Lederjacke befanden, in die Schaufensterscheibe des Supermarktes – die Geschäfte schlossen damals schon um 18:00 Uhr.

In diesem Augenblick hörte ich von der anderen Seite des Kottis das Klirren von Fensterscheiben – da waren also auch andere am werken.

Ich sprintete rüber, da ich nicht alleine sein wollte und irgendwie war ich auch noch tatendurstig.

Zwischen Adalbertstraße und Reichenberger Straße direkt an den Geschäftseingang eines Ladens – heute Rossmann – sah ich einen Mann zwischen 40 und 50 Jahren auf einem Vermummten sitzen und auf diesen mit Fäusten einschlagen. Ich stürmte auf die beiden zu und rammte den einschlagenden Mann, damals ein sogenannter „Aktivbürger“, so dass er zur Seite weg kippte und der Vermummte fliehen konnte. Zu zweit rannten wir in Richtung Reichenberger Straße.

Um dann aber wieder umzukehren und jetzt direkt an der Straße entlang wieder Richtung Adalbertstraße zu laufen, da wir von dort Geschrei und weiterhin Scheiben der Berliner Bank und von Kaisers klirren hörten und zu Recht Mitstreiter vermuteten.

Ich sah wieder den „Aktivbürger“, diesmal aber zusammen mit einem Bullen, der seine Knarre in der Hand hielt. Der „Aktivbürger“ zeigte in unsere Richtung, wobei ich nicht wusste, ob er mich oder den von mir Befreiten meinte.

  • Von dieser Szene gibt es ein Foto, welches ich schon oft in Veröffentlichungen gesehen habe und mich immer wieder erinnern läßt.-f-12-12-1980-3

Angesichts der gezogenen Waffe hatte ich zum zweiten Mal innerhalb weniger Minuten sehr große Angst – alles spielte sich sehr schnell und mit hoher Geschwindigkeit ab.

Im Sprint ging es weiter in die Adalbertstraße rein. Hinter der Treppe, die zum Kreuzberg-Café hoch führt, sah ich aus den Augenwinkeln wie ein Zivilpolizist einem Mann mit Lederjacke und schwarzem Tuch eine Pistole an den Kopf hielt. Da war bei mir alles vorbei. Ich rannte den Durchgang von der Adalbertstraße zur Dresdener Straße und so schnell ich konnte in eine Wohnung in der Dresdener, in der ich gerade bei Freunden unterkommen war.


Foto:Michael Kipp/Umbruch Bildarchiv https://www.umbruch-bildarchiv.de/bildarchiv/ereignis/30jahre_hausbesetzungen_in_berlin.html

Ich zitterte am ganzen Leibe und nach dem ich mich Helm und Lederjacke entledigt hatte hielt ich meinen Kopf unter die Dusche. Ich wollte einen klaren Kopf bekommen, aber hatte immer noch Angst und vor allem Angst um meinen Bruder.

In der Wohnung, in der ich alleine war, rauchte ich dann zur Beruhigung erst mal eine Tüte und blieb mindestens eine Stunde dort.

Erst dann wagte ich mich wieder raus und traf erst am Kotti eine Freundin, die sich gerade bei einer Spontandemo ein paar Prellungen am Arm durch Polizeiknüppeln eingefangen hatte und kurz darauf auch meinen Bruder. Er erzählte mir dann, dass sie über die Baustelle vor den Bullen flüchten konnten und er dabei seinen Helm verloren hat. Das er danach dabei war als der Bullen-VW-Bulli am Kotti umgeworfen wurde, hat er mir nie erzählt, aber angesichts von Fotos, die ich später sah und auf denen ich ihn erkannte, wusste ich es.

Vermutlich war es der VW-Bulli des Polizisten in dessen Knarre ich geschaut hatte.

Wo ich danach war und ob und wie ich gekämpft habe weiß ich nicht mehr – irgendwie fehlen mir da ein paar Stunden.

Erinnern kann ich mich nur noch, das wir, P. und ich, gegen 23:30 Uhr zur Ecke Dresdener Straße/Oranienplatz gegangen sind und den dort versammelten Leuten gesagt haben, sie sollten jetzt verschwinden, da der Kampf jetzt schon seit Stunden toben würde und die Bullen jetzt bald alles platt machen würden. Wir haben uns dann in die Wohnung zurückgezogen.

Die Leute sind unserer Aufforderung aber nicht gefolgt. Kurze Zeit später ist eine Bullenwanne in diese kleine Menge gefahren und hat einem Mann zwischen Wanne und einem großen Beton-Blumenkübel beide Beine abgequetscht. Der Mann musste seit dem – salopp ausgedrückt –  im Rollstuhl Platz nehmen.

Ach ja, es war der 12. Dezember 1980.

Nachwort:

Seit September 1979 waren bis dahin 19 Häuser besetzt worden, 1 Haus davon wurde im Sommer 1980 sofort nach der Besetzung geräumt -auch da wurde eine Telefonkette ausgelöst, wir waren aber gerade mal 10 Leute, die sich den Bullen dann lieber doch nicht in den Weg stellten.

Nach dem 12.12. haben wir in den nächsten drei Tagen noch zweimal große Demos organisiert, die durch brutales Vorgehen der Bullen jedes mal zu heftiger Randale auch auf dem Kudamm führten.

Wir sagten damals: „Unsere Argumente sind endlich im Rathaus Schöneberg – dem damaligen Regierungssitz West-Berlins – angekommen.“ Denn dann wurde erst mal kein Haus mehr geräumt, der Senat trat zurück, die Wohnungsbaupolitik änderte sich, Kreuzberg wurde nicht weiter zerstört und aus ein paar Hausbesetzungen wurde eine Bewegung, in der u.a. 3 Monate später als ca. 114. Haus am 14. März 1981 die Regenbogenfabrik besetzt wurde.

Nachtrag:

Ein Teil meiner Verwandtschaft, die unseren Abgang vom Geburtstag mitbekommen und dann im Fernsehen die Nachrichten aus Kreuzberg gesehen hatte, hat danach kaum noch mit mir geredet. Politische Diskussionen gab’s in der Familie eigentlich sowieso nie.

XXXII Festiwal Szantowy w Tychach

Zbigniew Milewicz

Port Pieśni Pracy 2016

Taaaaaak, zaraz mnie adminka oskarży o uprawianie prywaty i patriotyzm lokalny. Nie mogę jednak nie odnotować przynamniej w wielkim skrócie wydarzenia, które na trzy dni zamieniło ciche Jezioro Paprocańskie w burzliwy ocean, a jego żeglarzy i kajakarzy w nieustraszone wilki morskie.

szanty (3)
Impreza odbywa się w dwóch miejscach jednocześnie, na centralnym Baczu, czyli Placu Baczyńskiego w Tychach i Dzikiej Plaży w Paprocanach. Dostaję identyfikator z napisem Media i ochrona pozwala wejść za kulisy sceny, ustawionej nad samym brzegiem jeziora. Zanim rozpocznie się trzeci dzień festiwalu, chwilę sobie porozmawiamy z Wojciechem Hermansą, artystyczna ksywa Muzyk, z zespołu Perły i Łotry. Jest to tyska grupa, istniejąca na muzycznej scenie od 1998 roku, śpiewają a capella pieśni kubryku, o żeglarskich trudach i radościach; jednocześnie są współorganizatorami festiwalu, jego pomysłodawcami i opiekunami artystycznymi, od pierwszej edycji.

szanty

Muzyczny wehikuł rockowo-folkowej grupy “Gilflof”

Aktualnie zjechało do Tychów 16 zespołów szantowych i szantowo-folkowych, niestety tym razem brakuje wśród nich debiutantów, których organizatorzy chętnie promują i przyuczają, jak się po wantach bez wyblinek wspinać na artystyczne reje. Trudno, taki rok. Za to są stare wilki morskie, m.in. Trzecia Miłość, Formacja, Samanta, Ryczące Dwudziestki, Brasy, Andrzej Korycki & Dominika Żukowska, Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, są z Wybrzeża, Wrocławia, Górnego Śląska…

szanty (2)
Storm Weather Shanty Choir przyżeglował aż z Norwegii. Pełni mocy Wikingowie zasłużenie podbili serca publiczności, ale mnie najbardziej spodobała się Trzecia Miłość z Katowic. Nie ukrywam, że głównie za sprawą jej dwóch uzdolnionych, pełnych wdzięku skrzypaczek i wokalistek, Jolanty Gacki i Justyny Rodasik, których prościutka, piękna opowieść o syrence, warszawskiej panience do dziś dźwięczy mi w uszach. Byłem pod wrażeniem Formacji z Gdańska, z jej leaderami Krzysztofem Jurkiewiczem Jurkielem i Jackiem Jakubowskim. Kiedy zaśpiewali swoje sztandarowe Przeznaczenie, autorstwa Jurkiela, które znam i cenię, zwłaszcza za mądry, przejmujący tekst, bardzo się wzruszyłem. A jak genialnie Jacek Jakubowski zaśpiewał Starego dziadka, przebój diamentowego super szanty-mana Jurka Porębskiego, ale to miało miejsce wieczór wcześniej, w paprocańskim pubie Tawerna, gdzie po sobotnim koncercie, do białego świtu trwała afterwork party. Tam brać żeglarska udowodniła, że potrafi nie tylko dzielnie stawiać czoła Neptunowi, ale i Bachusowi.

szanty (1)“Formacja” z Gdańska

Trzydniowy festiwal zwieńczyło ogłoszenie werdyktu jury, kto wyjedzie z Portu z Wielkim Dzwonem. Grand Prix XXXII Festiwalu Szantowego w Tychach otrzymali Andrzej Korycki i Dominika Żukowska, występujący od dziesięciu lat w duecie, obydwoje rodem z Żyrardowa. Poza nurtem szantowym pięknie śpiewają rosyjskie ballady, z repertuaru Bułata Okudżawy, Włodzimierza Wysockiego i Żanny Biczewskiej. Nagrodę wręczyli im zastępca Prezydenta Miasta Miłosz Stec oraz Paweł Drzewiecki, dyrektor Miejskiego Centrum Kultury, które było głównym organizatorem imprezy. Współfinansowali ją poważni sponsorzy, m.in. Grupa FCA Poland i tyskie browary. Gdybym był dystrybutorem nagród w tyskim Porcie Pieśni Pracy, przyznałbym jeszcze jedną, Michałowi Gramatyce i Muzykowi z Pereł i Łotrów, za lekkie, dowcipne prowadzenie festiwalu, który zgromadził sporo publiczności, miejscowej, tyskiej, ale i spoza miasta. Pogoda dopisała, piwo było zimne, więc nikogo nie trzeba było specjalnie namawiać, żeby śpiewał wspólnie z artystami refreny piosenek. Słowem – piszę się na następne, paprocańskie szanty w przyszłym roku. Ahoj!

szanty (4)

Trzy pokolenia marynistyczne rodziny Porębów

Przeczucie
Autor: Krzysztof Jurkiewicz

Kiedy wojna zakończyła się na dobre,
Dziadek zebrał wszystkich i wyruszył w drogę,
Pojechali szukać szczęścia na północy,
Pełni marzeń, pełni chęci do roboty.
Na tym zdjęciu, na nabrzeżu, czwarty z lewej,
Podpis: „w Gdańsku, 1947”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń,
Nikt nie zgadnie, jaką drogę nam pokaże,
Jakim kursem przeznaczenie się potoczy,
Jakim wiatrom powierzymy nasze losy…
Kiedy w chłodnej morskiej wodzie moczę dłonie,
Mam przeczucie, że to jeszcze nie jest koniec…

Ojciec całe swoje życie związał z morzem,
Kilka nawet niezłych statków ma na koncie,
W kilku stoczniach nad kreślarską siedział deską,
Tak mu wreszcie do emerytury zeszło.
Na tym zdjęciu z podniecenia oczy im się świecą,
Podpis: „Stocznia Gdynia, sierpień ‘80”…

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Teściu całe życie pływał na „rybakach”,
Czasem jeszcze coś dorabia na kontraktach,
Kiedy wreszcie z wielkim workiem wraca z morza,
Zawsze coś dla jedynego wnuka chowa.
Na tym zdjęciu dziadek z wnuczkiem w marynarskiej czapce,
Podpis: „Operacja Żagiel, Westerplatte”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Dookoła wszystko pachnie morską wodą,
Ciężką pracą, marzeniami i przygodą…
Szare fale ciągle niosą mi piosenki,
Już gitary prawie nie wypuszczam z ręki.
Na tych zdjęciach obok innych widzę siebie,
Podpis: „ciągle w drodze, kiedy koniec – nie wiem”…

Lejana y sola (3)

Kinga Szpuler

3.1.3. La casada infiel, del poemario Romancero gitano (1923-1927)

La casada infiel

A Lydia Cabrera
y a su negrita

Y que yo me la llevé al río
creyendo que era mozuela,
pero tenía marido.
Fue la noche de Santiago
y casi por compromiso.
Se apagaron los faroles
y se encendieron los grillos.
En las últimas esquinas
toqué sus pechos dormidos,
y se me abrieron de pronto
como ramos de jacintos.
El almidón de su enagua
me sonaba en el oído,
como una pieza de seda
rasgada por diez cuchillos.
Sin luz de plata en sus copas
los árboles han crecido
y un horizonte de perros
ladra muy lejos del río.

Pasadas las zarzamoras,
los juncos y los espinos,
bajo su mata de pelo
hice un hoyo sobre el limo.
Yo me quité la corbata.
Ella se quitó el vestido.
Yo el cinturón con revólver.
Ella sus cuatro corpiños.
Ni nardos ni caracolas
tienen el cutis tan fino,
ni los cristales con luna
relumbran con ese brillo.
Sus muslos se me escapaban
como peces sorprendidos,
la mitad llenos de lumbre,
la mitad llenos de frío.
Aquella noche corrí
el mejor de los caminos,
montado en potra de nácar
sin bridas y sin estribos.
No quiero decir, por hombre,
las cosas que ella me dijo.
La luz del entendimiento
me hace ser muy comedido.
Sucia de besos y arena
yo me la llevé del río.
Con el aire se batían
las espadas de los lirios.

Me porté como quién soy.
Como un gitano legítimo.
La regalé un costurero
grande, de raso pajizo,
y no quise enamorarme
porque teniendo marido
me dijo que era mozuela
cuando la llevaba al río.

(Lorca 1977: 406)

Mężatka niewierna

Dla Lydii Cabrera
i dla jej małej Murzynki

Że też ją nad rzekę wartką
zabrałem, jak to dziewczynę;
lecz ona była mężatką.
Przypadła akurat noc
Świętego Jakuba. Właśnie
pogasły latarnie,
a świerszcze zaczęły jaśnieć.
Na skraju miasta dotknąłem
jej piersi, co jeszcze spały,
i zaraz dla mnie rozkwitły
jak pęki hiacyntów białych.
Krochmal jej halki w mych uszach
szumiał i sztywno szeleścił
jak zwój jedwabiu przez dziesięć
sztyletów darty na części.
Bez srebrnej poświaty wzrosły
wzwyż drzew korony. Z daleka,
zza rzeki, skryty w ciemnościach,
horyzont psów głośno szczekał.

Za ostrężyną, za cierniem,
i za trzcinami gęstymi,
pod włosów jej bujne sploty
zrobiłem wgłębienie w ziemi.
Ja chustę z szyi zerwałem,
zaś ona zdjęła swą suknię.
Ja pas z rewolwerem, ona
cztery gorsety cieniuchne.
Ni muszla, ni tuberoza,
nie jest tak gładka i biała,
ni takim nie świeci blaskiem
światło księżyca w kryształach.
Jej uda mi uciekały
jak ryby płochliwe, zwinne,
na poły płonące żarem,
na poły niby lód zimne.
W tę noc pędziłem na oklep,
gdzie droga najlepsza wiodła,
na klaczy z masy perłowej,
bez cugli, strzemion, ni siodła.
Nie chcę, bo jestem mężczyzną,
słów jej nikomu powtarzać.
Roztropność uczy, że lepsza
bywa dyskrecja rozważna.
Aż ją zabrałem od pisaku
i pieszczot brudną znad rzeki.
Szpady irysów walczyły
z porannym powiewem rześkim.

Cóż, zachowałem się tak,
jak na Cygana przystało:
dałem jej skrzynkę do nici,
złocistą, z atłasu całą,
Lecz się zakochać nie chciałem,
bo mając męża, nieszczera,
mówiła, że jest dziewczyną,
gdym ją nad rzekę zabierał.

(Lorca 1982: 184)

La casada infiel es el romance: género literario, parecido a la balada, muy típico de la literatura española e hispanoamericana desde el siglo XV. El romance tradicional se escribía con los versos octosílabos y con las rimas asonantes en los versos pares. Sin embargo, el poema de Lorca es una obra más moderna, por eso el autor se permitió algunas modificaciones.

El yo poético es un gitano, una de las figuras más frecuentes en las obras de Lorca. El gitano está contándonos su aventura amorosa que vivió con una mujer joven, pero casada, lo que ya vemos mencionado en el título del poema. Ella lo había engañado al no decirle que tenía marido, pero el gitano no parece muy desilusionado después de la noche. Todo lo contrario, se vanagloria de lo sucedido como si les estuviese refiriendo la historia a sus compañeros. Nos relata con detalles los acontecimientos de la noche, sin embargo, no nos revela la identidad de la mujer. El poema consta de tres partes: la introducción en la que vemos la pareja dirigiéndose al río y dándose las primeras caricias, la parte principal cuando realizan el acto sexual y el final en el que el gitano termina la relación con la chica.

En cuanto a las rimas, también tenemos que ver con rimas asonantes, aunque se encuentran en los versos impares. El número de las sílabas no es fijo, predominan los octosílabos, pero de vez en cuando encontramos los versos heptasílabos, eneasílabos y decasílabos.

Una figura retórica muy visible es el encabalgamiento, o sea, la división de las frases entre los versos, p.ej.: “Y que yo me la llevé al río/ creyendo que era mozuela,/ pero tenía marido.” Por lo mismo, aumenta la dinámica del texto y se estimula la imaginación del lector, que se siente animado a seguir con la lectura. El autor se sirve de la figura varias veces a lo largo del poema.

Se hacen notar otros recursos estilísticos que le inducen al lector a estimar la maestría del gran taller poético de Lorca:
● las metáforas ilustrativas: “potra de nácar; las espadas de los lirios; la luz del entendimiento; un horizonte de perros”;
● las comparaciones y epítetos extraordinariamente atrayentes: “como ramos de jacintos; como peces sorprendidos; sus pechos dormidos; el cutis tan fino”;
● paralelismo: “Se apagaron los faroles/ y se encendieron los grillos; Yo me quité la corbata./ Ella se quitó el vestido; la mitad llenos de lumbre,/ la mitad llenos de frío.”
Lorca está pintándonos con palabras una historia llena de emociones y sensualidad, asimismo está mezclando los elementos visuales “Se apagaron los faroles/ y se encendieron los grillos; ni los cristales con luna/ relumbran con ese brillo” con los elementos auditivos “El almidón de su enagua/ me sonaba en el oído,/ como una pieza de seda/ rasgada por diez cuchillos”. En el fondo observamos el paisaje andaluz, una ciudad cerca del río y la naturaleza.

La traducción de Irena Kuran-Bogucka imita muy bien la forma del romance. Evidentemente, el texto se compone de tres partes y como en el original, encontramos las rimas asonantes en los versos impares. Generalmente, el encanto de este tipo de rimas procede de lo sutil e inesperado que suenan, es decir, no son las palabras de las que podríamos presumir. La versión polaca nos sorprende con rimas muy originales y elegantes: “suknię – cieniuchne, biała – kryształach, znad rzeki – rześkim, nieszczera – zabierał”. Además, la traductora consigue formar en su mayoría los versos octosílabos, aunque no en todos casos, al igual que Lorca.

Muy bien logrados son varios encabalgamientos que nos acompañan en casi cada verso del poema y son un ejemplo del virtuosismo en servirse de la lengua polaca. Esta figura estilística nos invita a leer el texto en su totalidad, o sea, despierta nuestra curiosidad, sobre todo en los momentos cuando aumenta la tensión: “Że też ją nad rzekę wartką/ zabrałem, jak to dziewczynę; Na skraju miasta dotknąłem/ jej piersi, co jeszcze spały; Ja pas z rewolwerem, ona/ cztery gorsety cieniuchne; na klaczy z masy perłowej,/ bez cugli, strzemion, ni siodła”, etc.

Asimismo, una muy buena impresión dan otras figuras retóricas vertidas al polaco. Las metáforas: „pędziłem na oślep/ na klaczy z masy perłowej; jej piersi, co jeszcze spały; szpady irysów walczyły, horyzont psów głośno szczekał”; las comparaciones y epítetos: „jak pęki hiacyntów białych; jak ryby płochliwe, zwinne; gorsety cieniuchne; od piasku i pieszczot brudną”; el paralelismo: „Właśnie/ pogasły latarnie,/ a świerszcze zaczęły jaśnieć.; Ja chustę z szyi zerwałem,/ zaś ona zdjęła swą suknię.; na poły płonące żarem,/ na poły niby lód zimne”. En particular, hay que distinguir dos fragmentos del texto extraordinariamente traducidos, uno por los efectos auditivos: “Krochmal jej halki w mych uszach/ szumiał i sztywno szeleścił/ jak zwój jedwabiu przez dziesięć/ sztyletów darty na części”; y el otro por los efectos visuales: „W tę noc pędziłem na oklep,/ gdzie droga najlepsza wiodła,/ na klaczy z masy perłowej,/ bez cugli, strzemion, ni siodła”.

La traductora no intenta repetir por inercia las expresiones del texto original, sino escoger las mejores palabras para reproducir las mismas emociones y sensaciones que tiene el poema en español, para darle al lector la posibilidad de fascinarse con el momento tan efímero del encuentro de los amantes.

przerywnik-kobieta-patrzy

Koncert poranny

Tomasz Fetzki

Normalni ludzie o tej porze śpią. Nienormalni muszą, nieco jeszcze otumanieni, dreptać wśród przedporannych mgieł. Ale to ich wina, dobrze im tak! Normalny człowiek nie wkłada sobie na plecy dodatkowego obowiązku w postaci dwóch piesków – suczek konkretnie – z których jedna jest, od szczenięcia począwszy, anarchistką, a druga małą prowokatorką i zakapiorkiem. O spaniu nie ma mowy. Nawet gdyby człowiek chciał cisnąć kapciem w awanturnice i jeszcze, na moment choćby, przytulić zbolały łeb do poduszki, to nic z tego: spotyka wzrokiem spojrzenie dwóch par pięknych, kochanych, czarnych ocząt i… drepta, nieco jeszcze otumaniony, wśród przedporannych mgieł.

1poranek

Spacer z psem może być oczywiście przyjemnością i relaksem. Ale nie kwadrans po piątej rano (czasem nawet wcześniej). Wtedy to wyłącznie obowiązek. Chociaż… jeśli nieszczęsny człowiek zmusi się od otwarcia zaspanych, spuchniętych ślepi, otrzyma rekompensatę za swą rzetelność. Banał nad banały, ale działa. Wschód słońca.

2poranek
3poranek
4poranek

Normalny człowiek popatrzy, zachwyci się, et voilà. Nienormalnemu uruchamia się i zaczyna wirować cały balast nadbudowy, edukacji, doświadczeń, dziedzictwa kulturowego, superego i czegóż tam jeszcze! Pół biedy, jeśli zaczyna jedynie nucić Radość o poranku. To akurat dość powszechne i niegroźne. Gorzej, gdy łapie się na tym, iż pogwizduje pod nosem motyw Poranek z suity Peer Gynt. Ale i Griega da się jeszcze zaakceptować.

Zupełnie źle jest wtedy, gdy przez nieszczęsny łeb galopuje rydwan Heliosa, Ra zakrywa swe zagniewane oblicze, a Jozue zatrzymuje bieg ognistej tarczy po nieboskłonie. Chwilami znękanemu człekowi wydaje mu się wręcz, iż stoi przed Krzewem Gorejącym.

5poranek

O ileż szczęśliwsze są te dwa pieski, które brykają sobie beztrosko, ciesząc się świeżością świtania! Bez znaczeń dodatkowych.

A tu jeszcze pod czaszką zaczynają brzmieć frazy: kiedyś, gdzieś nieopatrznie wchłonięte. Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło czy też Jego ludowi dasz poznać zbawienie (…) dzięki litości serdecznej Boga naszego. Przez nią z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju. I takie tam różne. Ale, żeby unaocznić grozę tego niemal klinicznego stanu, trzeba dorzucić, iż z owemi dostojnemi biblijnemi frazy mieszają się w głowie nienormalnego człowieka słowa lekko ironiczne, ale mocno goryczą doprawione: Na pewno znasz te poranki gdy wszystko co widzisz obietnicą cudu jest (…) Poranki gdy czujesz że na obraz Boga stworzono cię, jeśli wiesz co chcę powiedzieć…

By gorycz nieco przytłumić, nuci biedak, udręczony nadmiarem skojarzeń, wersety pięknej a tęsknej polskiej parafrazy starego i czcigodnego hymnu protestantów Amazing Grace:

Nim świt obudzi noc dotykiem ciepłych mgieł,
Nim dzień ożywi świat, Panie, przyjdź,
Wołam: przyjdź. Uciesz mój wzrok spokojem jasnych barw.
Nim mnie zachwyci kwiat, Ty przyjdź.

I gorzka tęsknota zmysły miesza. I nieszczęsny człowiek już widzi słoneczny szlak, prowadzący, a jakże, ku świetlanej przyszłości.

6poranek

Spokojnie. Wiadomo, że cud nie nastąpi, przyszłość będzie… jaka będzie, a Pana się nie doczekamy; nawet na Godota nie ma co liczyć.

Wystarczy uspokoić wyobraźnię, poskromić nadzieję, biorąc ją na krótką smycz (a pieski przeciwnie – niech brykają do woli) i już można się cieszyć koncertem światłocienia. Bez znaczeń dodatkowych.

7poranek

 

Piątek w sobotę

Niemal od początku istnienia tego blogu, a jest to już, jakby nie było, dobrze ponad trzy i pół roku, niemal regularnie, Roman Brodowski publikuje wpis w pierwszy piątek miesiąca, a tu tymczasem pierwszy piątek miesiąca był wczoraj i został oddany Zbychowi Milewiczowi, który z kolei zawiaduje na tym blogu nie tylko świetnym reportażem, ale i dziwnymi rocznicami (np. jubileusz misia pluszowego), dziwnymi dniami (dzień prostytutki) i strasznymi katastrofami. Wczoraj minęła 350 rocznica ogromnego pożaru Londynu, o którym każdy z nas uczył się na lekcjach angielskiego (London’s burning), po prawdzie nie wiedząc, że to piosnka o autentycznym pożarze. I to jakim.

Tak czy owak pierwszy piątek miesiąca Romanowi przepadł, dostał więc za to pierwszą sobotę miesiąca… Ot, taka nowa, świecka tradycja.

Roman Brodowski

Festiwal kultury trzech narodów

Tam gdzie wielka polityka, zwłaszcza ta na najwyższych szczeblach zawodzi, gdzie interes państwa dotyczący stosunków międzynarodowych ważniejszy jest od ogólnospołecznego, tam często dla przeciwwagi lokalne społeczności biorą w swoje ręce inicjatywy i rozwijają dobre stosunki z sąsiadującymi narodami. Przykładów przytoczyć można wiele.

Jednym z nich jest, zorganizowany już po raz szesnasty Międzynarodowy Festiwal „Kanał Augustowski w Kulturze Trzech Narodów – Białorusinów, Polaków i Litwinów”. Organizatorami tej imprezy od strony białoruskiej są Wydział Kultury i Religii Urzędu Wojewódzkiego oraz grodzieński oddział Związku Polaków na Białorusi.

kanalaugu (2)

Początkowo impreza ta odbywała się tylko na Grodzieńszczyźnie, przy Kanale Augustowskim, w okolicy śluzy „Dąbrówka”. Jednak przy wsparciu Urzędu Miejskiego w Augustowie, augustowskich placówek kultury oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego, festiwal ten już po raz trzeci przekroczył granicę białorusko-polską i odbywa się także po polskiej stronie, w zielonej scenerii augustowskich jezior.

Jak zawsze imprezie tej patronuje po obu stronach granicy wiele instytucji, organizacji pozarządowych oraz media.

Dzięki białoruskim i polskim przyjaciołom, (zwłaszcza tym ze Stowarzyszenia Pomocy „Rubież” , z siedzibą w Białymstoku) w tym roku i my, Polacy z Berlina mieliśmy okazję poczuć atmosferę tej festiwalowo-festynowej zabawy. Pojechaliśmy we trzech, Andrzej, Jurek i ja.

kanalaugu (1)

Naszą podróż rozpoczęliśmy dwudziestego sierpnia w Białymstoku. To z tego miasta wczesnym porankiem, wraz z grupą działaczy i wolontariuszy Stowarzyszenia, autokarem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy Polski, gdzie, po obu stronach, odprawieni zostaliśmy szybko i bez jakichkolwiek niemiłych zdarzeń. Wielką niespodzianką natomiast był wjazd do Grodna. Zostaliśmy powitani przez przewodniczącego tutejszego oddziału Związku Polaków na Białorusi, Kazimierza Znajdzińskiego, jak nakazuje polska tradycja – chlebem i solą. Po ceremonii powitania udaliśmy się w dalszą drogę, bezpośrednio do położonej pośród pięknych lasów, nad kanałem, wspomnianej już wcześniej śluzy „Dąbrówka”.

kanalaug (3)

Czym jest Kanał Augustowski? Kiedyś był to gospodarczy szlak wodny łączący Polskę i Białoruś. Dzisiaj jest to prawdziwa perła Europy wśród turystycznych szlaków wodnych.Powstał w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku i łączy dopływy Wisły z Bałtykiem poprzez dopływy Niemna. Ma sto dwa kilometry długości. Posiada osiemnaście murowanych śluz, które umożliwiają pokonywanie różnicy poziomów wynoszącej pięćdziesiąt cztery metry. Ten jakże cenny zabytek co roku przyciąga tysiące kajakarzy. Kanał łączy nie tylko wody i krainy, ale też, przede wszystkim – ludzi. Sprawia, że mieszkający nad jego brzegami obywatele różnych narodowości spotykają się, by, jak co roku, wspólnie śpiewać, tańczyć, odnowić stare przyjaźnie.

Festiwal rozpoczął się przemarszem barwnego korowodu białoruskich, litewskich i polskich zespołów folklorystycznych, ku zadowoleniu licznie zgromadzonej, przybyłej na występy publiczności.

kanalaugu

Oficjalnego otwarcia dokonał wicegubernator Obwodu Grodzieńskiego. Pozdrawiając wszystkich, wyraził nadzieję, że w przyszłości festiwal być może będzie nie tylko okazjonalnie łączył przygraniczną ludność, ale stanie się imprezą dostępną dla każdego kto, kocha folklor i dobrą zabawę. Wiele ciepłych słów padło i z innych ust, głos zabrali bowiem: prezydent Augustowa, Konsul Generalny RP w PGrodnie , a także przedstawiciel konsulatu litewskiego. Wszyscy oni wyrażali nadzieję, nadzieję na wolną od granic i przyjazną tę część Europy.

Warto wspomnieć o wystąpieniu prezesa Stowarzyszenia Pomocy „Rubież”, Józefa Kulikowskiego, który przypomniał o genezie powstania festiwalu, o ciężkiej pracy wielu osób zarówno ze strony polskiej jaki i białoruskiej, dla urzeczywistnienia tej pięknej inicjatywy kulturalno- społecznej, jaką jest Festiwal Trzech Kultur, nad Kanałem Augustowskim.

kanalaug (2)

Na zakończenie oficjalnych wystąpień, w imieniu naszej skromnej, berlińskiej delegacji, i ja zabrałem głos, wspominając nieco o naszej wspólnej, polsko-białorusko-litewskiej przeszłości. Używając przenośni, porównałem, uczestników jak i gości imprezy do postaci Adama Mickiewicza, poety trzech kultur, piszącego po polsku o Litwie, wysławiającego piękno białoruskiej krainy, marzącego o szczęśliwym życiu w wolne j, „jak bracia pospołu” Ojczyźnie.

A potem rozpoczęła się prawdziwie sielankowa zabawa. Na scenie ze śpiewem, tańcem, muzyką prezentowały swój kunszt zespoły folklorystyczne. Wokół sceny, nad brzegami kanału, na porozstawianych straganach podziwiać można było okoliczne rękodzielnictwo, a i kupić co nieco. Place zabaw dla dzieci i dorosłych, stoiska na których regionalna strawa i napitek kusiły do skosztowania, ale przede wszystkim atmosfera jaka tam panowała, na niejednym z nas wywarła niesamowite wrażenie.

„Dąbrówka” tą atmosferą żyła do późnych godzin popołudniowych.

Następnego poranka, przez przygotowane tylko na ten dzień przejście graniczne w Lipszczanach, przejechaliśmy do Augustowa, gdzie w amfiteatrze, nad brzegami jeziora Necko po raz kolejny artyści ze Wschodu mieli okazję zaprezentować się publiczności. Powitani ciepłymi słowami przez prezydenta miasta oraz przedstawiciela Rejonu Grodzieńskiego, zarówno uczestnicy festiwalu, augustowianie, jak też przebywający nad jeziorem goście bawili się wspólnie przy muzyce i śpiewie, do godzin popołudniowych.

Akcentem końcowym był wspólny rejs statkiem po jeziorach , zorganizowany przez władze Augustowa.

Aby takie imprezy służyły łączeniu narodów, z pewnością życzy sobie znakomita większość rodaków. Ale… czy uczymy się, czy uczymy nasze dzieci, tej zwykłej, ludzkiej i nie tylko ojczyźnianej, ale tej ponadnarodowej jedności…?

Berlin, 24.08.2016

Katastrofy

Zbigniew Milewicz

Wielki pożar Londynu

Data nosiła w sobie trzy diabelskie szóstki, w roku 1666 prawie doszczętnie spłonęła stolica Albionu. Do czasów II wojny światowej była to największa katastrofa w historii tego miasta. Gdyby nie niekompetencja władz jej skutki mogły być wielokrotnie mniejsze.

Jak na owe czasy miasto było ogromne – z przedmieściami Londyn liczył najprawdopodobniej 500-600 tysięcy mieszkańców i zapewne był najludniejszym miastem świata, a z pewnością Europy. Dla porównania – Gdańsk, największe miasto ówczesnej Rzeczypospolitej, liczył mniej niż 100 tysięcy osób, a Kraków, Warszawa i Wilno nie przekraczały 30 tysięcy.

Był też bardzo bogaty – dochód na głowę mieszkańca ówczesnej Anglii należał do najwyższych na świecie i tylko Holandia była bogatsza. W XVII w. Anglia rywalizowała z wchodzącymi w okres schyłku swej potęgi Niderlandami o panowanie na morzach (kiedy pożar wybuchł, toczyła się akurat wojna z Holendrami). Interesy londyńskich kupców i bankierów coraz częściej wykraczały poza Wyspy.

We wrześniu 1666 roku na londyńskiej giełdzie dyskutowano m.in. o pierwszym transporcie tytoniu, który przypłynął z Wirginii, nowej zamorskiej kolonii, i który uważano za zapowiedź wielkich zysków. Miasto dochodziło do siebie po wielkiej zarazie, która panowała przez wiele miesięcy 1665 i 1666 roku, i z optymizmem patrzyło w przyszłość.

Miasto rozrastało się we wszystkich kierunkach, choć odbywało się to w sposób nieco chaotyczny. Kronikarz John Evelyn opisywał city jako „naturalne, ogromne skupisko drewnianych domów”. Widać z tego, że ryzyko wystąpienia pożarów było bardzo prawdopodobne. Otoczona starymi rzymskimi murami metropolia była wypełniona po brzegi, pełna wąskich uliczek i domów z dachami ze strzechy. Przypomniała trochę stos na ognisko, który aż się prosi, by dostarczyć mu zbawienną iskrę.

Wg wiadomości ze strony internetowej Tunguska.pl w centrum plątaniny uliczek pracował Thomas Farynor, piekarz. Jego zakład, usytuowany nad Tami­zą przy Pudding Lane, o rzut beretem od słynnej Tower, zaopatrywał samego króla Karola II Stuarta. W nie­dzielny poranek, 2 września 1666 roku, jak zwykle rozpalono piec do czerwoności. Przez nieuwagę ogień wydostał się poza piekarnię i rozprzestrzenił się dookoła. Farynor i jego rodzina zostali uwięzieni w mieszkaniu nad piekarnią, ale cudem udało im się uciec przed płomieniami. Jedynie ich sparaliżowana strachem służąca nie odważyła się stawić czoła płomieniom i stała się pierwszą ofiarą pożaru.

Feralnego dnia poranek w Londynie był wietrzny. Ogień szybko więc rozprzestrzeniał się na sąsiednie domy. Należało je zburzyć, aby nie ryzykować wystąpienia efektu domina. Ale właściciele budynków przeciwstawili się decyzji. Jedyną osobą, która posiadała wła­dzę, by przeprowadzić taką akcję, był burmistrz Thomas Bloodworth. Gdy dotarł na miejsce, ogień już przeniósł się na kolejne budynki, zbliżając się do magazynów papieru i składów materiałów łatwopalnych. Strażacy przekonywali do natychmiastowe­go zburzenia domów, ale burmistrz uchylał się od podjęcia decyzji. Argumentował, że budynki są wynajmo­wane i najpierw trzeba by się skontak­tować z właścicielami.

The Great Fire Of London
Wikipedia commons: The painting is in the [style] of the Dutch School and is not dated or signed, it is thought to be from the 17th century, and so in the public domain.

W przeciwieństwie do biernego burmistrza król działał szybko. Gdy tylko dostał informację o pożarze, wysłał urzędnika z de­cyzją o zburzeniu domów. Ale pożar był już nie do opanowania. Po południu prze­kształcił się w gwałtowną burzę ogniową. To zjawisko ma miejsce, kiedy bardzo duża powierzchnia jest objęta pożarem, a powietrze nad nią staje się skrajnie gorące i zaczyna się unosić. Wtedy krążące bliżej powierzchni ziemi zimniejsze powietrze także się unosi, wypełnia­jąc wolną przestrzeń, co powoduje silne wiatry. Ruchy powietrza podsycają płomienie, do­starczając im więcej tlenu. Tak rozkręca się burza ogniowa, w której sercu temperatura może przekroczyć nawet 2000 stopnie Celsjusza.

W końcu wiatr trochę zelżał, a garnizon Tower użył prochu do stworzenia pasów przeciwpoża­rowych, które w końcu uniemożliwiły rozprzestrzenianie się płomieni. W tamtych czasach Londyn nie miał zorganizowanej straży pożarnej. Gaszeniem pożarów zajmowały się firmy ubezpieczeniowe. Robiły to przy użyciu podstawowego sprzętu, głównie ręcznych pomp wodnych, które nie wy­starczały przy tak potężnym pożarze. Dopiero równe dwieście lat póź­niej zaczęła działać pierwsza londyńska zor­ganizowana straż pożarna.

Po kilku dniach pożaru miasto było spustoszone. Spłonęło ponad 13 000 budynków, czyli około dwóch trzecich całego miasta. Z historycznych zabytków przepadła Katedra Świętego Pawła, którą trzeba było wznosić na nowo. Odbudowa miasta, rozpoczęta już 1667 roku, finansowana była głównie z podatku węglowego, uchwalonego w celu stworzenia funduszu naprawczego. Miasto odbudowywano z uwzględnieniem średniowiecznej siatki ulic, tyle że domy wykonywano z trwalszych materiałów takich jak cegła i kamień.

Były też pozytywne skutki tej katastrofy. Po pierwsze, bilans ofiar okazał się niewielki – zginęło tylko sześć osób. Ponadto pożar wybił praktycznie całą populację londyńskich szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od roku w mieście epidemię dżumy. Zmusił on także rządzących do stworzenia planów nowocześniejszej rozbudowy miasta.

O pożarze pisał m.in. Samuel Pepys, wysokiej rangi urzędnik królewski, który osobiście doniósł Karolowi II o katastrofie, ale zbytnio się z tym anonsem nie spieszył. Poprzedniego dnia ucztował i bawił się do upadłego w gospodzie i kiedy w nocy służąca wyrwała go z głębokiego snu okrzykiem, że się pali w mieście, posłał ją do wszystkich diabłów i niefrasobliwie wrócił do łóżka. Dopiero, kiedy rano doszły mnie wieści, że spłonęło już 300 domów zebrałem się natychmiast – napisał później w swoich pamiętnikach – poszedłem do Tower, tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zeszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił już kościół św. Magnusa i większość Fish Street.

“It made me weep to see it.” Samuel Pepys (1633–1703) painted by John Hayls in 1666, the year of the Great Fire. Wikipedia commons.

Zeszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno, popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas, kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się, biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy, krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały, opaliwszy sobie skrzydła.

Dopiero wtedy pospieszył na dwór królewski, gdzie został przyjęty z wielkim niepokojem. Dostał zadanie odszukania lorda majora Londynu, czyli burmistrza i przekazania mu królewskiego polecenia, żeby bezwzględnie burzyć domy. Pepys wyruszył natychmiast, przebijając się przez tłumy uciekinierów niosących m.in. chorych leżących w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach – nie omieszkał zanotować pamiętnikarz wrażliwy jak zawsze na dobra materialne. Spotkał w końcu lorda majora, zmęczonego i zrezygnowanego, który opuścił posterunek i poszedł odpocząć do domu, narzekając, że nikt go nie słucha.

Pepys wrócił do siebie, gdzie czekali już jego goście, których zaprosił poprzedniego dnia. Byli zaniepokojeni, ale zjedli z apetytem przygotowany obiad i – jak napisał Pepys – było nam tak wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Potem wybrał się z gośćmi na oglądanie pożaru. Pływali wynajętym czółnem po Tamizie, oglądając ludzi ładujących w panice dobytek na łodzie. Podpłynęli tak blisko pożaru, że małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim.

 

Ludgate in flames, with St Paul’s Cathedral in the distance (square tower without the spire) now catching flames. Oil painting by anonymous artist, ca. 1670. Wikipedia commons.

Później z małej piwiarni na nadbrzeżu Tamizy zafascynowany oglądał pożar i pozostawił jego opis, który przeszedł do historii literatury:

Tam siedzieliśmy prawie do zmroku i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów!

Znakomity pisarz i publicysta Daniel Defoe zapewne widział pożar jako sześcioletnie dziecko. W wydanej anonimowo w 1703 roku historii tego wydarzenia pisał:

Strach i przerażenie napadły z zaskoczenia obywateli Londynu; mężczyźni byli w żałosnym pośpiechu, rozproszeni i skonfundowani; nie władali swoimi myślami na tyle, żeby zastanowić się, co było trzeba zrobić. (…) Ulice były zatłoczone ludźmi i wozami. Londyńczycy chcieli wywieźć z miasta te dobra, które się dało; ci, którzy byli najbardziej aktywni i mieli najwięcej pieniędzy, żeby zapłacić niesłychanie wysoką cenę za transport, uratowali wiele, reszta straciła prawie wszystko.

Porträt Daniel Defoes im National Maritime Museum, London, Wikipedia commons.

Wozy, bryczki, powozy i konie, tak wiele, jak tylko mogło wejść do miasta, zostały załadowane; za pomoc dawano każdą cenę; pięć, dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści funtów za wóz, żeby wywieźć na pola wybrane najdroższe przedmioty, które miał pochłonąć ogień; i niektórzy krajanie mieli sumienie przyjmować ceny, które obywatele oferowali im w swojej skrajnej potrzebie. Akcji przeciwpożarowej nie udało się szybko zorganizować – służby miejskie nie działały, żołnierzy było za mało (część opuściła miasto z powodu zarazy), a zawodowej straży pożarnej, jako się rzekło, jeszcze wtedy nie było. Londyńczycy nie mieli maszyn gaśniczych i wodociągów. Jedyna nadzieja na powstrzymanie pożaru leżała w wyburzaniu kolejnych ulic – ale ogień przenosił się szybciej, niż zdołano to czynić – często przy protestach zrozpaczonych właścicieli tracących mieszkania, warsztaty i środki do życia.
Pożar szalał przez pięć dni. John Evelyn, pisarz, uczony i ogrodnik, znajomy Samuela Pepysa, z którym często korespondował, pod datą 3 września zanotował:

Pożar trwa. Po kolacji wziąłem powóz i z moją żoną i synem pojechaliśmy do Bankside w Southwark, skąd oglądaliśmy to straszne widowisko, całe miasto w straszliwych płomieniach aż do nabrzeża (…). Płomienie były wszędzie i ludzie tak osłupiali, że od początku nie wiedziałem, czy przez upadek ducha, czy zrządzeniem losu niemal nie próbowali go ugasić; nie było słychać nic oprócz płaczu i lamentu. Biegali wokół jak spłoszone zwierzęta, nie próbując nawet ratować swoich dóbr. Łuna nad miastem przypominała “wierzch rozpalonego pieca” i według Evelyna widać ją było w promieniu 40 mil od miasta przez wiele nocy. Gigantyczna chmura popiołu i dymu ciągnęła się na 50 mil od Londynu.

John Evelyn (1620–1706) in 1651. Wikipedia commons.

Pisarz porównał płonący Londyn do upadku biblijnej Sodomy i mitologicznej Troi. Nie był jedyny: także obrazy pożaru Londynu namalowane wkrótce po wydarzeniu nawiązują aluzyjnie do pożaru i upadku Troi. Straty jednak prawdopodobnie były większe niż w starożytnym mieście odkopanym w XIX w. przez Schliemanna: po prostu Troja była dużo mniejsza niż XVII wieczna stolica Anglii. Kiedy zaś w czasie II wojny światowej Luftwaffe zaatakowała Anglię, James Pope-Hennessy, autor książki o wojennych zniszczeniach Londynu, napisał później, że wielki pożar wywołany niemieckimi bombami 29 grudnia 1940 roku w pewnym momencie wyglądał jak katastrofa zrelacjonowana przez Pepysa w 1666 roku – w Londynie płonęło równocześnie 1,5 tysięcy miejsc.

Urzędnik królewski Pepys był szczęściarzem. Uratował swój dobytek – w szczególności skrzynię z dużą częścią majątku, ogromną jak na ówczesne czasy sumą 2350 funtów w złocie (robotnik zarabiał wtedy kilka funtów rocznie), a za taką kwotę można było kupić solidny ziemski majątek. Jego dom nie spłonął, chociaż pożar dotarł na tę ulicę. Do połowy września 1666 roku zapisy w dzienniku Pepysa skupiają się głównie wokół przewożenia z miejsca na miejsce mebli, obrazów, tkanin, naczyń i drogocennej skrzyni ze złotem – o którą bał się okropnie i którą starał się ukryć przed wzrokiem robotników porządkujących dom i wieszających na ścianach pozdejmowane z nich w pośpiechu tkaniny.

Dopiero 14 września Pepys zanotował z ulgą, że mógł położyć się z powrotem spać z żoną we własnym łóżku i we własnej sypialni. Ale – jak pisał – długo jeszcze śniły mu się w nocy pożary.

Pani Irenka 5

Karolina Kuszyk

1 września

A bo to dzisiaj pierwszego września, pani. Jak będę u Kazika na cmentarzu, to pójdę potem na ten grób taki duży, wedle tej kaplicy zaraz, dla poległych, też im lampkę zapalę, dla pamięci. Pamiętam, pani, do szkoły brat miał iść, ja to jeszcze nie, za mała byłam, a tu krzyczą, że wojna, wojna. Jak tak na tych chłopaczków teraz patrzę, co w tych koszulkach takich latają, ten że Polska walcząca, tamten że Pamiętamy, to ja się pytam, pani, a co też wy pamiętacie, przecież was na świecie jeszcze nie było. Dawidek mówi, babciu, to taka moda teraz, niektóry to nawet ledwo co na tróję z historii wyciągnie, nic nie wie, ale w koszulce lata. A raz się nawet takiego jednego spytałam. Łysy taki ogolony, na czarno ubrany, ulicą szli, z takimi innymi podobnymi i coś tam krzyczeli, że Polska to, Polska tamto, to przystanęłam i się pytam, że o co panom chodzi. Bo że w Polsce jesteśmy, to chyba każdemu wiadomo, po co te jakieś wykrzykiwania, jakieś transparenty, protesty. Człowiek starszy to się tego przestraszyć może. A oni, że nie, gdzie tam przestraszyć, proszę pani, nam chodzi, że właśnie dopiero teraz dumnym można być z bycia Polakiem. To ja się wtedy strasznie zdenerowałam i mówię, to ja panom bardzo współczuję, że panowie dopiero teraz, bo ja to dumna jestem z bycia Polką przez całe życie, od dziecka. No tak aż coś jakby przeze mnie przemówiło, nie wiem. A ten jeden to się zaraz tak zaczerwienił i widzę, że coś mi odpyskować chce, to do widzenia panom tylko powiedziałam, zabrałam się i poszłam. Co ja, stara, z takimi młodymi nie będę się pyskować na ulicy, kto to widział, pani.

No, ale żeby teraz znowu wojny jakiej nie było. Wojna ze wszystkiego najgorsza. Już nawet bieda lepsza od wojny. Ale co ten człowiek ma teraz myśleć, pani, jak nawet Niemcy teraz swoim nakazują, żeby zapasy robili. A te Niemcy to przecież, jak to mówią, za miedzą zaraz, prawda? Jak raz syn synową byli. Tyle a tyle wody, mąki czy makaronu na człowieka, tyle a tyle tych konserw, oleju i wszystkiego. W proszku mleko. Nawet u nas w gazetach pisali. Żeby mieli na przetrzymanie jakby co. A Mietek to powiedział, mamusiu, bo w Niemczech to rząd myśli o swoich obywatelach, a nie tak jak u nas, aby każdy do tego koryta, nachapać się, jak teraz nowe nastało. Tego wymienili, tamtego wymienili, niedługo wszystkich wymienią do ostatniego, nikt się nie zostanie. A żeby zamiast za to wymienianie to się raczej wzięli za te różne niebezpieczeństwa światowe, żeby nam co powiedzieli, co nam grozi, albo chociaż, jak już mówić nie chcą, to żeby chociaż nakazali, żeby zapasy porobić na wszelki wypadek. Tak syn mówi. Ale Mietek, w razie co te zapasy, ja się pytam. Ale tego to już syn też nie wiedział i mówi, a to, mamusiu, w tajemnicy przed nami trzymają. Nie wiadomo, czy kryzys będzie światowy bankowy, czy te islamiści bombę mają jakąś naszykowaną czy coś, czy ta znowu Ameryka kuku nam zrobić chce, czy może z drugiej strony Ruskie czy Chiny, no nic zupełnie nie wiadomo. I jak tu żyć, pani. Ja tym młodym to teraz najbardziej współczuję. Bo tacy jak ja to już, pani, bliżej niż dalej. No, ale będę iść, bo słoneczko takie ładne, a wkłady jeszcze muszę kupić do tych lampek. Synowa stroik zrobiła, zobaczę, czy nie ukradli, bo taki elegancki, pani, że elegancki. W ogóle ten nasz grób, to znaczy Kazika, na całym cmentarzu najładnieszy.

Link do bloga Pani Irenki