Czterdzieści

Ostatnio cały czas nachodzą mnie myśli o Mongolii, która wzywa mnie z przemożną siłą. A raczej nie Mongolia tylko mongolska część mojego dziedzictwa krwi – Tatarzy, dzicy i nieludzcy, przeraźliwi… Oczywiście od stuleci w rodzinie nie było już takich Tatarów, od XVII wieku byli spolszczeni, spolonizowani, uszlachceni. A przecież jak mój Ojciec spojrzał spode łba, albo inne chłopaki w rodzinie…

Na razie nie wiem, co bym miała napisać. Tylko tak sobie czytam i zbieram myśli, które chodzą jak same chcą, od jednego skojarzenia do drugiego. Ale już teraz wiem, że nawet jeśli uda mi się zebrać razem myśli i materiały, tak by stworzyły książkę, niektóre z tych rozważań na nic się nie przydadzą. Tu jedno z nich… 

Ewa Maria Slaska

23 marca 2016

Jak zaczynasz się interesować, to wszędzie są ślady i smugi pozostawione przez innych, których już dawniej to samo interesowało, a którzy na pewno więcej wiedzieli niż ty.

Kazimierz Truchanowski, pisarz od Boga i ludzi zapomniany, autor niezwykłej książki Totenhorn. Kiedyś mi się wydawało, że to książka o dziwnym mieście, ale byłam widocznie za młoda (powieść ukazała się w roku 1979) i nie zrozumiałam, że to o śmierci i piekle. Po kartkach tego traktatu o znikomości wszelkich dobrych poczynań ludzkich, snują się diabły i szatany, kusicielki i upiory.
Pewnego dnia ulicami Totenhornu przechodzi pochód umarłych. Gdy Matka tuląca do piersi niemowlę (było martwe), zniknęła, ukazała się jeszcze większa rzesza ludzka niż było to na początku. Ludzie sunęli teraz całą gromadą, z zachowaniem hierarchii pokoleń i epok. Gdyby nie istniały te przedziały, byłaby to wielka Wieża Babel Ludów, poczynając od pokoleń najwcześniejszych po dzień dzisiejszy. Szli więc w porządku i kolejności – przedstawiciele Hetytów, Persów, Medów, Greków, Fenicjan, Etrusków, Rzymian, ludów łacińskich, ludów słowiańskich, a tuż obok ciągnęli Chazarowie, Tatarzy, Żydzi, przedstawiciele ludów śródziemnomorskich i zachodnioeuropejskich, szli Skandynawowie, szło mnóstwo innych. Była to wielka wędrówka ludów, wielkie pomieszanie ras i szczepów.

Szukam autora w Wikipedii. Urodził się w roku 1904, zmarł w wieku 90 lat. Prozaik, tłumacz literatury niemieckiej i rosyjskiej. Hmmm, prawie nikt nic o nim nie wie, nawet ja, choć ja przynajmniej już przed prawie 40 laty przeczytałam jego książką, a tu czytam, że był członkiem Rady Krajowej PRON w 1983 roku. To taka paskudna peerelowska fasadowa organizacja pseudowolnościowa i pseudodemokratyczna. Szkoda… Panasa zresztą też było szkoda, bo każdy z nich napisał taką jedną naprawdę dobrą książkę. Truchanowski Totenhorn, a Panas Ewangelię wg Judasza. Truchanowskiego ewidentnie zajmowały sprawy boskie i sprawy szatańskie. W tytułach jego książek, których nie czytałam, powtarza się piekło, niebo i noc…

25 marca 2016

Oczywiście bohater powieści Truchanowskiego już umarł, tylko, jak to często bywa, przynajmniej w wierzeniach ludowych na całym świecie, nie umie się jeszcze oderwać od ziemi, zresztą chyba po prostu jeszcze nie wie, że umarł. Jego pobyt w Totenhornie trwa, trwał, będzie trwał, około 40 dniu, bo na całym świecie się wierzy, że tyle czasu potrzebują zmarli, żeby się pogodzić ze swoją śmiercią i odejść całkowicie lub – tam gdzie się w to wierzy – wcielić się w nową istotę. Upiory zaś to ci, których coś przytrzymało na ziemi dłużej niż 40 dni.

Pośmiertni tułacze potrzebują światła, dlatego umierającemu wkłada się w ręce zapaloną gromnicę. Jeśli wyznawca religii prawosławnej umarł bez świecy, rodzina będzie przez 40 dni chodziła do cerkwi i zapalać mu świecę.

Te 40 dni to sześć tygodni.

Ciekawe co jest czym czego? Skąd się w magicznej rachubie czasu wzięło sześć tygodni? Oczywiście Chrześcijanie powiedzą, że „Kościół co roku przez czterdzieści dni Wielkiego Postu jednoczy się z tajemnicą Jezusa na pustyni”, bo to Pan Jezus pościł przez 40 dni, przygotowując się do Wielkiego Dzieła – śmierci i zmartwychwstania. Ale antropolog kultury zapyta, dlaczego jednak poszedł na pustynię akurat na 40 dni? W 1880 doktor Tanner, Niemiec, postanowił pod opieką lekarzy sprawdzić, czy da się głodować 40 dni i udowodnił, że się da i że przynosi to nawet korzyści.

Norbert Frejek SJ pisze w sieci, że 40 ma wielkie znaczenie w Biblii: 40 dni – popiół i kamienie w sercu:

Rozpoczynamy okres liturgiczny nazywany Wielkim Postem. Ten czas trwa 40 dni. Liczba „40” odgrywa bardzo ważna rolę w Biblii. 40 dni lało, aż stał się potop i 40 dni trzeba było czekać, aż wody opadną. 40 lat wędrował Naród Wybrany przez pustynię, 40 dni przebywał Mojżesz na Górze Synaj, 40 dni Goliat oblegał obozy izraelskie, 40 dni Eliasz wędrował o chlebie i wodzie do Bożej Góry Horeb, 40 dni pozostało mieszkańcom Niniwy na nawrócenie — jak zapowiedział im Jonasz. 40 lat cierpieli Hebrajczycy pod władzą Filistynów i 40 lat panowali najważniejsi królowie Starego Testamentu – Dawid i Salomon. Druga Księga Mojżeszowa ma 40 rozdziałów. 40 dni trwał w kulturze izraelitów połóg po urodzeniu chłopca i 80 – po urodzeniu dziewczynki. Dopiero wtedy kobieta powinna się udać do świątyni i złożyć ofiarę z gołębi lub baranka. W 40 dni po narodzinach Jezusa Maria poszła z dzieckiem do świątyni, gdzie Symeon i Hanna rozpoznali w Jezusie Zbawiciela. To święto matki Boskiej Gromnicznej. Koniec okresu Bożego Narodzenia. Rozbieramy choinki…

Podobnie zresztą chrześcijański połóg trwa sześć tygodni czyli 42 dni, tyle czasu potrzeba kobiecie, żeby oczyścić się lub, jak uważają feministki, po prostu odpocząć po połogu.

Do czasu wywodu położnica ograniczała kontakty ze światem zewnętrznym. Nie wolno jej było chodzić na mszę, przez 7 dni po porodzie doić krów, piec chleba, wychodzić w pole, czerpać wody ze studni, dotykać święconej wody, składać wizyt, przechodzić przez miedzę i wszelkiego typu granice. Za każdym razem kiedy wychodziła z domu, musiała wtykać w ubranie szpilki czy igły lub wkładać na szyję różaniec, bo złe mogłoby jej zaszkodzić.

Wywód był to rodzaj ceremonii kościelnej – „rytualnego oczyszczenia”, wprowadzający ponownie kobietę w zwykły tryb życia. Miał miejsce 40 dni po porodzie, kiedy to powracały podstawowe kobiece funkcje biologiczne, przede wszystkim menstruacja. Kobieta „nieczysta” wchodziła do kościoła bocznym wejściem, przez zakrystię, tak jak katechumeni przed przyjęciem do społeczności wiernych. W ręku trzymała zapaloną gromnicę, a ksiądz, po pokropieniu święconą wodą, dawał jej do pocałowania stułę. Potem przechodziła do głównej części kościoła i przed ołtarzem odmawiała z kapłanem oczyszczające ją modlitwy. Całowała podany krzyż i już sama obchodziła z tyłu ołtarz. Składała do skarbonki ofiarę i pojawiała się z drugiej strony ołtarza.

40 dni pościł Jezus na pustyni i 40 dni upłynęło pomiędzy Zmartwychwstaniem Jezusa a jego Wniebowstąpieniem

Ale też 40 dni oblężenia Jasnej Góry w 1655 roku. 40 dni – tyle maksymalnie powinien trwać tzw cykl miesiączkowy. Jeśli trwa dłużej, jest to już problem ginekologiczny. Ciąża z kolei trwa 40 tygodni.

Nie tego szukam. Ale wreszcie pojawia się w sieci jakiś inny motyw. Zimą w okolicy Murmańska i Workuty słońce znika na 40 dni i 40 nocy. Ale też, jak piszą Christopher Duncan i Susan Scott w Czarnej śmierci, po epidemii dżumy, jeśli przez 40 dni i nocy nikt nie umarł, to znaczy że minęła. I tyle powinna trwać kwarantanna i to właśnie oznacza: quarante, po francusku 40. Istnieje nawet związek pomiędzy oboma tymi faktami. W 1665-1670 roku dżuma spustoszyła Europę od południowych Włoch po Północny Krąg Polarny, gdzie się zatrzymała. Przez trzy lata przemierzyła 3500 kilometrów z południa na północ i zniknęła, podobno nie wiadomo dlaczego.

40 występuje w Biblii tak często, że wydaje się, że Bóg używał tej liczby nie tylko w znaczeniu dosłownym, ale też jako przenośni, tak jak dzieci mówią, że „mój tata czyta tysiąc gazet”. Czterdzieści to być może 4 pomnożone przez magiczny „tysiąc gazet” czyli 10. Dziesięć palców. Dziesięć to cyfrowa pełnia, to 1+2+3+4…

A zatem także 44!

Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca!
Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

A więc cztery. Cztery kwadry Księżyca. I wszystko co się z tej księżycowej czwórki da wywieść. W Zodiaku są cztery znaki kardynalne i cztery żywioły – woda, ogień, ziemia, powietrze. Czterech ewangelistów. Cztery strony świata. Cztery tygodnie w miesiącu.

Niemcy widzą to trochę inaczej i nareszcie dostarczają mi informacji, której szukałam.

Rytm 40-dniowy pojawił się w Babilonie – na 40 dni z firmamentu znikał gwiazdozbiór Plejad, a jednocześnie zaczynał się okres szarug i słot. Potem zauważono, że w tym okresie jest też więcej katastrof, co, jak sądzę, można chyba wytłumaczyć tym, że ciemno i zimno oznacza przeziębienia i depresje, co w obu wypadkach oznaczać może zmniejszoną koncentrację, a to jak wiadomo prostą drogą prowadzi do wypadków. Gdy Plejady powracały odbywał się obrzęd palenia pęczków sitowia złożonych z 40 źdźbeł. Hezjod w Pracach i dniach napisał, że należy zacząć żniwa, gdy Plejady stoją na szczycie nieba, a orkę, gdy odchodzą, by 40 dni spędzić tylko ze sobą. Również egipski kalendarz prac rolnych opierał się na cyklu 40 dni. Czas zniknięcia Plejad utożsamiano z (pozorną) śmiercią Ozyrysa i wędrówką zbolałej Izydy, szukającej syna i kochanka. Był to czas postu.

Stąd (?) liczne świątynie starożytne miały po 40 kolumn. W Persji, w Syrii, w Izraelu, ale też u Celtów. Zadaję sobie pytanie, czy również Stonehenge należy do tej kategorii – pierwsze kręgi kamienne tam wzniesione składały się z dwóch półokręgów zbudowanych z 80 kamieni, zwanych kamieniami niebieskimi (bluestones).

Mezopotamski potop trwał podobnie jak jego biblijny potomek 40 dni. No tak skoro Plejady odeszły i padał deszcz…

W Polsce widać je od października (Plejady to gwiazdozbiór już październikowy pisał Iwaszkiewicz) do grudnia. Najlepiej widoczne są w grudniu koło godziny 23, na przedłużeniu linii łączącej pas Oriona z Aldebaranem. Świecą w znaku Byka.

W islamie liczba 40 oznacza przemianę i śmierć. 40 dni trwa muzułmańska żałoba. Mahomet miał 40 lat, gdy dostąpił pierwszego Objawienia.

Prezydent Republiki Federalnej Niemiec musi mieć co najmniej 40 lat!

No i jeszcze Ali Baba i 40 dni Musy Dagha – to powieść Franza Werfela o genocydzie tureckim na Ormianach. A także (informacja zaczerpnięta z Utraconego serca Azji Colina Thurbon) okrutny i rozpustny, odrażający, jak pisze autor, Chudajar, chan Kokandu w XIX wieku, miał 40 błaznów, którym kiedyś kazał się rozśmieszyć. Gdyby im się nie udało, wszystkich 40 na rozkaz chana by ścięto. Jak to w takich opowieściach – udało się ostatniemu, który wrzasnął: ty matkojebco, czego żeś się do tej pory nie roześmiał? Coś z tobą nie tak? A chan zarechotał na całe gardło…

Ach no i przecież Czterdziestolatek! Jak mogłam zapomnieć. Łuk Karwowskiego i niezapomniania Kobieta Pracująca.

Przepraszam Czytelnika. Z tych rozważań nie wynikają żadne wnioski, nawet więc zgrabną puentę znaleźć trudno. Ale Czytelniku drogi, zwróć uwagę, bo a nuż wiesz coś jeszcze o liczbie 40 i możesz się tym z nami podzielić.

Reblog: Historia być może miłosna

Małgorzata Płoszaj

O miłościach rybnickiej Żydówki

Jak zwykle wiele w tej historii będzie moich własnych przypuszczeń i fantazji, ale nie mam możliwości sprawdzenia, czy to co napiszę było prawdą. Będzie też sporo niezgodności w dokumentach, do których dotarłam, ale rozwiązywanie zagadek sprzed kilkudziesięciu lat nie jest tak proste jak w moim ulubionym serialu kryminalnym.

Seidemann reprezentantZaczynam :-)

16 maja 1921 r., czyli kilkanaście dni po wybuchu III powstania na Górnym Śląsku, w niemieckiej rodzinie żydowskiej w Rybniku przyszła na świat Joanna Seidemann. Już kiedyś o niej wspominałam przy okazji omawiania historii cmentarza żydowskiego i sygnalizowałam, że do niej wrócę. Jej tatą był Fryc Seidemann, zamieszkały przy ul. Sobieskiego 34, mistrz siodlarski, przez długi czas reprezentant Gminy Żydowskiej. Fryc nie wyjechał z Rybnika po plebiscycie, jak większość niemieckich Żydów, a został w naszym mieście. Sama Joasia była po kądzieli spokrewniona z rodziną Kornblumów oraz Lewinów, czyli z ważnymi i cenionymi rodzinami.

Jak wyglądało życie Joasi i jej rodziców przed wojną mogę się domyślać. Po przejściu zawirowań powstańczych dziewczynka na pewno dorastała otaczana miłością rodziców.

Seidemann siodlarzglosowanie

Tak myślę, że tata był cenionym rzemieślnikiem i szanowanym członkiem społeczności żydowskiej, skoro wybierano go do jej władz. Nie należał jednak do krezusów w Rybniku. Wymiar podatku, który płacił na rzecz gminy należał do najniższych. Może więc wręcz przeciwnie, nie był zbyt dobry w swym fachu i dlatego bidował? A startowanie do władz wynikało z chęci bycia kimś, bo w sumie nie był nikim wyjątkowo znaczącym? Wyniki jednego z głosowań nie były dla niego zbyt łaskawe.

Sobieskiego 34

Na zdjęciu kamienica, w której mieszkała rodzina Seidemannów, po lewej dom Kaiserów

Jako siodlarz powinien był współpracować z Krakauerem, który handlował przed wojną końmi. Rodzina mieszkała w kamienicy, która należała do m.in. do Kornblumów. Nie znalazłam żadnych informacji, które wskazywałyby no to, że Joasia miała rodzeństwo.

kaisery

z lewej Kurt Kaiser, z prawej Janek Kaiser, źródło: Yad Vashem

W sąsiedztwie mieszkała rodzina, o wiele majętniejszych, Kaiserów i tam na pewno Joasia często bywała, gdyż Kaiserowie mieli sporą gromadkę dzieci. Może właśnie jako nastolatka kochała się w rok starszym Janku Kaiserze, a może o pół roku młodszym Kurcie?

A może bracia z kamienicy obok rywalizowali między sobą o względy Joasi? Jakieś pierwsze dotknięcie ręki. Całus? Pełno pytań. Ani jednej odpowiedzi.

Czas sobie płynął nieubłaganie i doszedł do godziny „0”. Joanna miała ciut ponad 18 lat, gdy żołnierze Wehrmachtu 1 września przejechali ulicą Sobieskiego. Od grudnia 1939 r. na swej lewej ręce nosiła opaskę z Gwiazdą Dawida jak pozostali i z pewnością nie chodziła już na randki do rybnickich parków. Czy był jeszcze czas na miłość? Młodość ma swoje prawa, więc i Joasia spotykała się z którymś z braci gdzieś na zapleczach kamienic, w których mieszkali.

Niestety, dość szybko Niemcy zadecydowali, iż Rybnik musi być wolny od Izraelitów. Po wojnie w ten sposób Joanna opisała wywiezienie rybnickich Żydów do Trzebini.

Relacja Zajdeman-Gabowicz Joanna (19)

Relacja Zajdeman-Gabowicz Joanna (21)

Do tego miasta trafili też jej koledzy, czyli Janek i Kurt Kaiserowie wraz z siostrami i rodzicami. I to w Trzebini drogi Joasi i braci Kaiserów się rozeszły. Niestety, oni zginęli w Shoah, a Joasia w jakiś niewiarygodny dla mnie sposób trafiła w 1940 r. na tereny zajęte przez wojska radzieckie. Pojęcia nie mam jak, ale przeżyła wojnę na Wschodzie. Wróciła na Śląsk już po wojnie – w 1946 r. – prawdopodobnie z wybrankiem swego serca. Jej przyszły mąż na mur-beton nie był Żydem niemieckim. Pochodził z miasteczka Skidel pod Grodnem, które przeszło do historii z akcji dywersyjnej przeciwko Polakom zainicjowanej przez Żydów i Białorusinów 18 września 1939 r. Jestem przekonana, że wybranek Joanny Seidemann był komunistą i to takim zażartym. Nasuwają się kolejne pytania. Czy była to tzw. miłość z rozsądku? Może Joanna nadal w sercu miała jednego z Kaiserów, ale wojna i chęć przeżycia spowodowały, że dla niemieckiej Żydówki i Ostjude, w dodatku komunista, był właściwą partią? W głębi duszy jestem jednak romantyczna i uważam, że to była miłość bez podtekstów. Ona pokochała komunistę a on Niemkę. Taka miłość w trudnych czasach jest chyba silniejsza i pomaga je przetrwać. I choć wojna dobiegła końca, to dla nich problemy się nie skończyły. Co prawda Joanna miała przed wojną obywatelstwo polskie i mogła wrócić do Polski, to na pewno jej niemieckie korzenie nie były dobrze widziane w tamtych czasach. Swoje panieńskie nazwisko spolszczyła i w papierach podawała się jako Joanna Zajdeman. Z dokumentów w ŻIH’u wynika, iż zamieszkała w Bytomiu i była z zawodu buchalterką, czyli księgową.

Seideman Joanna potem Zajdeman Gabowicz (1)

Dokumenty w ŻIH’u pokazują również, iż wojnę w ZSRR przeżyła też jakaś Erna Seidemann, którą ja osobiście identyfikuję (po rodzicach i dacie urodzenia) jaką mamę Joanny. Zaprzecza temu jednak tzw. „Page of testimony” na stronie Yad Vashem. O tym jednak za chwilę.

Joanna i jej mąż komunista o nazwisku Gabowicz zbyt długo nie pomieszkali w Polsce. Moja teoria o wielkiej miłości się potwierdza 😉 Mąż Joanny, prawdopodobnie dla niej, zgodził się wyjechać do Palestyny.

Fryderyk GabowiczTam, w Tel Awiwie urodził się im syn Fryderyk Gabowicz. Nie pasują mi pewne daty, gdyż jak informuje Internet syn Gabowiczów urodził się w lutym 1947 r., a Joanna jeszcze 9 lipca 1947 r. w Katowicach składała relację ocalonej, ale nie od dziś wiadomo, że Internet czasem błądzi :mrgreen: Syn Joanny, rybnickiej Żydówki i jej męża – żydowskiego komunisty (wg mojej teorii) z białoruskiego sztetla został uznanym fotografem wielkich gwiazd popu. Warto dodać, że niemiecka Wikipedia podaje, iż był synem Niemki i Rosjanina. Fryderyk Gabowicz fotografował m.in. The Police, Aerosmith, Tinę Turner, Modern Talking, Billy Idola, Robbie Williamsa i wielu innych. Przez lata był głównym fotografem czasopisma Bravo i nadwornym portrecistą Sandry. Chyba po mamie czuł się Niemcem, gdyż już w wieku 17 lat wyjechał do Niemiec i tam zmarł w 2007 r.

Joanna Seidemann, po mężu Gabowicz, utożsamiając się z zamordowanymi i czując się jedyną żyjącą cząstką wielu rybnickich rodzin żydowskich, złożyła na stronie Instytutu Yad Vashem dziesiątki „pages of testimony”, które są rodzajem świadectwa śmierci. Takie dokumenty złożyła również dla swej mamy i taty. Dlatego też nie wiem ostatecznie, czy jej mama przeżyła wojnę, czy nie. Zresztą podobne świadectwa składała dla członków rodziny męża, co na pewno świadczy o przywiązaniu i szacunku do rodziny Gabowiczów z bardzo komunistycznego miasteczka koło Grodna.

Mama Joanny Seidemann GabowiczNie wiem kiedy zmarła i czy miała z mężem więcej dzieci. Czuję, że kochała Gabowicza – wschodniego Żyda, którego poznała w czasie wojny gdzieś z dala od rodzinnego Rybnika, w którym urodziła się jako asymilowana niemiecka Żydówka. Żydówka, która na początku 1939 r. być może jeszcze marzyła, że zostanie panią Kaiserową i będzie prowadzić sklep.

P.S. Jak zwykle ciut zmyśliłam, więc proszę nie traktować tego wpisu w całości jako źródła historycznego
Zdjęcie Fryderyka Gabowicza pochodzi ze strony Ludzie Sandry.

Wpis za zgodą Autorki ze strony Szuflada Małgosi. Poprzedni tekst Małgosi tu na blogu: Rudolf Haase, wiąże się z Berlinem, bo ten młody rybnicki Żyd został pochowany w Berlinie.

Jeszcze raz wiosna

Roman nadesłał kilka wierszy wiosennych, ja dodaję  zdjęcia z wiosennego pobytu w Güstrow. Pewnie to już ostatni blogowy wpis o wiośnie w tym roku, bo ile można…

aniol3 klein

Wiszący anioł (Schwebender Engel) – dzieło Ernsta Barlacha w nawie bocznej katedry w Güstrow. Anioł ma rysy twarzy słynnej artystki niemieckiej, Käthe Kollwitz. Rzeźba została wykonana w roku 1927 na zamówienie ówczesnego kaznodziei katedralnego, Johannesa Schwartzkopffa, jako pomnik pamięci o poległych w I wojnie światowej. Zawieszono ją uroczyście podczas obchodów siedemsetlecia katedry i dokładnie w dziesięć lat później, za czasów reżimu nazistowskiego, rzeźba, zaklasyfikowana jako dzieło sztuki zdegenerowanej, została usunięta z katedry i oddana na szmelc. Zachowały się jednak trzy odlewy oryginału, które dziś można oglądać w katedrze w Güstrow, w kościele Antonitów w Kolonii i w muzeum w Schloss Gottorf w Szlezwiku. 

Roman Brodowski

Syberyjska wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima odpływa obłokiem
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać wiosnę w dłonie.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosny
By ujrzeć zmartwychwstanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
W marzeniach tulić nadzieję
Wystarczy wspomnieć o domu
By poczuć zapach polskiego bzu.

Lubię patrzeć przed siebie
Bo za mną jest tylko rozpacz
Wystarczy głowę odwrócić…,
No właśnie – A ja chcę żyć.

Berlin 21.04. 2012

katedra front klein wiosna przed katedra klein

Katedra w Güstrow, typowa przedstawicielka północnoniemieckiego gotyku ceglanego, zbudowana w I połowie XIII wieku.

Ewangeliczna wiosna

Kolejny już raz nadeszła
Pora stwórczego przebudzenia
Śnieżnobiałe szaty snu
Podobne matczynej trosce
Pokryły kolory życia

A ostatnie świadectwa zimy
Niby flisacze rzemiosło
Powoli spływają nurtem
Leniwej o tej porze rzeki
Ku morskiej przystani.

Oceanem bezkresnego nieba
Do opustoszałych gniazd
Coraz śmielej powracają
Zwiastuny nowego urodzaju
Wędrowne polskie bociany.

Nawet przydrożne wierzby
Odziawszy nagość gałązek
Srebrnoszarym puchem
Witają nadchodzące płody
Noworodnej ziemi.

Tylko mój czas spełnienia
Wciąż jeszcze na uwięzi
Czeka wiosennego roztopu.
W bijącej arytmii serca
Śpi nadzieja lepszego świata.

Zmartwychwstanie.

renesansowe figury-klein

strusiepisanki kleinwnetrzekatedry klein

W katedrze. Renesansowy nagrobek ścienny, ręcznie malowane pisanki ze strusich i gęsich jajek oraz słoneczny krzak forsycji rozświetlający mroczne wnętrze.
Kobiety tu pochowane to pierwsza żona księcia Ulryka III Meklemburskiego, księżna Elżbeta Duńska (zmarła w roku 1576) i jego druga żona, Anna von Pommern-Wolgast (1554–1626), siostra księcia szczecińskiego Bogusława XIII i ciotka nadzwyczaj kochanego w Szczecinie Bogusława XIV.

Reblog: Pani Irenka 1

Dawno TU była,  ponad dwa lata temu, ale teraz znowu wraca… Może nawet na dłużej. Pani Irenka…

Karolina Kuszyk

Ziemia

Niech pani wejdzie, na chwileczkę chociaż, bo ja jeszcze ze świąt sernika mam, to by pani sobie spróbowała. Butów nawet nie trzeba zdejmować, bo ja jeszcze przed sprzątaniem. No, po co pani zezuła, kiedy mówię, że nie trzeba. Zaraz jakie papucie pani dam. Oj, co tu było przez te święta, pani. Dawidek z tej Norwegii przyjechał i jak nie mój wnuczek, cały zarośnięty, ta broda taka kręcona, czarna, aż mówię, Dawidek, żeby ciebie czasem za jakiego terrorystę nie wzięli, co teraz z tymi brodami latają. Albo jakiego uciekiniera z tego Iraku czy skąd. A Dawidek mówi, że babciu, nie zna się babcia, taka moda teraz. Jak moda to moda, pani. Jak Mietek na studia poszedł, to też brodę miał zapuszczoną, że coś okropnego, aż nie wytrzymałam kiedyś i mówię, synu, ogól się wreszcie, bo jak do diabła podobny wyglądasz. Ale nie ogolił. Od dziecka uparty był. Ale to jeszcze wtedy tam u nas na wiosce było, to baby gadały, że o, na studia syna wykierowała, a jemu w głowie się poprzewracało i takie tam. A teraz syn na stanowisku i dobrze sobie żyją, pani. No, ale dzisiaj to już żadnej różnicy nie ma, miasto, wieś, każdy chodzi jak chce, i to może nawet dobrze, pani. Ale Mietek to teraz zmartwienie ma, bo ta ziemia, co jeszcze lat temu trochę kupił, żeby mieli, jakby się chcieli pobudować, czy dla Dawidka, albo nawet na sprzedanie, to teraz niby tak uchwalili w sejmie, że już tak łatwo nie sprzeda. Bo podobnież, że chodzi o to, żeby obce nie wykupywali polskiej ziemi. Znaczy tak jakby tylko tym rolnikom wolno sprzedawać, ale pod budowę komu to już raczej nie, albo Kościołowi. To ja się pytam, pani, co z księdza za rolnik. I nic już z tego nijak wyrozumieć nie mogę. A tym rolnikom też teraz więcej ziemi nie można mieć jak… o, widzi pani, zapomniałam, bo tak jakoś trudno mówili w tych Wiadomościach, ale zapisane mam, to może znajdę. Oj pani, to już raz tak podobnie było, za komuny. Pani młoda, to nie pamięta, ale ja jeszcze wiem, jak był taki chłop że bogatszy, to mu wszystko zaraz chaps i że na pegeer. A te pegeery, pani, to bida z nędzą przecież. Wiem, bo u nas na wiosce jeden był, to tylko kradli, pani, pili i na zmarnowanie wszystko szło. Albo do Ruskich. Patrz pani, a teraz Ruskie, że naszych jabłek kupować nie będą. Jabłka polskie im niedobre. To jabłka teraz takie u nas tanie, że na soczki dużo przerabiają, mam nawet, naleję pani, bo mi synowa przyniosła taki pięciolitrowy, z kranikiem, widzi pani, jak elegancko zrobione? Gdzie ja te pięć litrów sama wypiję? Tu mam po tej orenżadzie butelkę, to pani wleję do domu. A nie zimno pani? Ja teraz to tego ogrzewania nawet nie odkręcam, bo na dworze ciepło, wiosna, to po co grzać? Ale takiemu chudziutkiemu jak pani to zawsze zimno, mnie pani nic nie musi mówić, bo jak młoda byłam taka jak pani, to tego samego. Nie odkręcać? Pani, a może my byśmy sobie na balkoniku usiadły, to nawet cieplej teraz jak w domu. Zobaczy pani, jakie prymulki mam ładne. Z ryneczku. W Biedronce też mieli, ale synowa powiedziała, że to pewnie jakie z Chin, niech mamusia lepiej nie kupuje. Nie wiem, czego z Chin mają być gorsze, pani, ale niech jej będzie.

A tu blog o pani Irence i serniczek:-)

domowy-sernik

Reblog: Mężczyzna z cmentarza na Bródnie

Mężczyzna z cmentarza na Bródnie w Warszawie to mój wujek. Zmarł rok temu. Żona, siostra, córki i wnuczki z mężami opublikowały w warszawskich gazetach taki nekrolog:

Dnia 7 kwietnia 2015 roku zmarł w wieku 87 lat

ŚP

dr n. med.

Mieczysław Andrzej Kowalski

Uczestnik Powstania Warszawskiego ps. Kowal. Młodociany więzień KL Gross-Rosen i KL Dora.

Absolwent Akademii Medycznej w Warszawie, lekarz w Szpitalu Dziecięcym na ul. Kopernika. Wieloletni pracownik oddziału ortopedycznego w szpitalu na Solcu, a następnie ordynator oddziału dziecięcego na Piaskach w Stołecznym Centrum Rehabilitacji STOCER w Konstancinie i później wicedyrektor od spraw lecznictwa tegoż szpitala.

Autor artykułów i książek z dziedziny rehabilitacji.

wujaszek

W artykule opublikowanym w Pulsie (to, jak się okazuje również czasopismo medyczne, a nie, jak sądziłam, tylko wydawnictwo opozycyjne z czasów PRL) córki wzruszająco napisały, że Tata…

był po Powstaniu więziony w Gestapo we Wrocławiu, następnie w obozach koncentracyjnych w Gross Rosen i w Mittelbau-Dora, gdzie znalazł się w szpitalu obozowym po ciężkim odmrożeniu i amputowaniu części palców u nóg. Tam, obserwując pracę lekarzy i ich pomocników, patrząc jak w skrajnie trudnych warunkach potrafią nieść pomoc i ulgę w cierpieniu swoim wycieńczonym pacjentom, postanowił, że jeżeli przeżyje, będzie w przyszłości lekarzem. Miał wtedy 16 lat.


Wujaszek udzielił też wywiadu Archiwum Historii Mówionejj.

W życiu codziennym blogerka i administratorka bloga nie może dopuścić do tego, żeby interesujący człowiek nie objawił się również u niej na blogu. Wujek, zachęcony przez jednego z naszych autorów, napisał kiedyś do blogu Qra czyli nowa kuchnia i kultura o tym, czy Powstanie Warszawskie miało sens. A potem kiedyś pojawił się na spokrewnionym blogu, W altanie…, we wpisie Jak Ciotuchna poznała wujaszka.

Ciotuchna

Wpis opublikowany 12 lutego 2013 roku

Jak zobaczycie, że pisze Ciotuchna, złapiecie sie pewnie za głowę – znów będzie o wojnie, albo sama historia! Nie, nie, nie martwcie sie, będę pisać o tym jak poznałam swoją drugą połowę. A historia będzie, bo w niedzielę 3 lutego minęła właśnie sześćdziesiąta druga rocznica naszego cywilnego ślubu – a to historia!!!

W 1945 roku w zburzonej Warszawie ostał się jeden cały gmach szkolny. Cały, ale bez szyb, bez ścian działowych i wewnątrz zasypany ścinkami skór. Okupanci urządzili w nim jakąś fabrykę. Co z tych skór produkowali nie wiadomo, czy kabury do pistoletów, czy paski do karabinów, czy może paski do spodni, żeby im portki nie opadły jak będą uciekać – nie wiadomo? Grunt, że gmach stał, a był własnością Gimnazjum i Liceum nr.VI im Tadeusza Reytana. Budynek przez nauczycieli i uczniów został doprowadzony do jakiego, takiego ładu, tak że można było zaczynać naukę. Na mieście rozklejono na słupach, gruzach i latarniach kartki tej treści: „Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Reytana, Rakowiecka 23, wznawia zapisy uczniów do klas gimnazjalnych i licealnych”.Młodzież pędziła do tej jednej ocalałej szkoły i zapisywała się na listy do klas, że tak powiem, na gębę, bo nikt nie miał żadnych papierów z lat poprzednich. Każdy po prostu mówił do jakiej klasy chce chodzić. Szkoła ruszyła w kwietniu 1945 r., a więc przed końcem wojny.

Szkołę podzielono na dwie części: żeńskie gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej i męskie gimnazjum im. Tadeusza Reytana. Przed wojną nie było w średnich szkołach koedukacji. No i tu koedukacja była wykluczona, na I piętrze były dziewczęta t.z. Żmichoszczanki, a na II piętrze byli chłopcy Reytaniacy. Na schodach na podeście siedział groźny pan woźny i pilnował, szczególnie na przerwach, czy sie nie robi jakaś koedukacja.

Na parterze była duża sala gimnastyczna, ale oczywiście bez żadnych przyrządów do gimnastyki, w której stał w niej zupełnie dobry fortepian. Pan od śpiewu, prof. Wacław Lachman, wielce dla Warszawy zasłużony twórcą chórów, ze słynną Harf na czele, ogłosił w szkole nabór do chóru. Pobiegłam na przesłuchanie i zostałam przyjęta. Chór był czterogłosowy, po jednej stronie fortepianu stali chłopcy śpiewający glosami tenorowymi i basowymi, a po drugiej stronie stały dziewczęta (nie mówiło się wtedy dziewczyny) sopranistki i śpiewające altem. Uczylismy się zasad śpiewu, piosenek, pieśni i…gapiliśmy się na siebie. Po próbie pierwsi do swoich klas szli chłopcy, a po jakimś czasie dziewczęta.

W grupie chłopców był uczeń, którego profesor zapraszał do fortepianu, mówiąc “mistrzu ty będziesz akompaniował, a ja będę dyrygował chórem”. Ten chłopak, kiedy wracał znów do choru, ustawiał się na przeciwko mnie i nie spuszczał ze mnie oczu. Było to miłe, ale jednocześnie i krępujące. Gapił sie i gapił, ale nie mieliśmy okazji, żeby zamienić choćby słowo. Po lekcjach każdy wsiadał na swój rower i pedałował do domu. Byliśmy wtedy w IV klasach gimnazjum i mieliśmy po 16 – 17 lat.

Po jakimś czasie, gdy wychodziłam ze szkoły, a nie miałam wtedy roweru, od grupy chłopców stojących przed szkołą oderwał sie ten chłopak, podszedł do mnie, przedstawił sie” jestem Mietek” i spytał czy może mnie odprowadzić. Szliśmy w całkowitym milczeniu, bo żadne z nas nie umiało rozpocząć rozmowy.

Od tej pory odprowadzał mnie prawie codziennie, no i juz rozmawialiśmy o rożnych sprawach szkolnych i każde z nas opowiedziało trochę o sobie. Okazało sie, że łączy nas wiele przeżyć z czasów okupacji. Ja przeszłam wiezienie Gestapo, a Mietek był w Powstaniu i w dwóch obozach koncentracyjnych. Czyli oboje” uciekliśmy grabarzowi spod łopaty”.

Zbliżały sie wakacje, ja jechałam na obóz harcerski, a on do rodziny na wieś. Podał mi adres gdzie będzie w lipcu, a ja obiecałam, że napiszę i podam adres obozu harcerskiego. Napisałam do niego w pierwszych dniach obozu, ale nie dostałam żadnej kartki od niego. Jak sie później okazało moja kartka nie doszła.

We wrześniu spotkaliśmy sie w szkole, ale on mi sie ledwo ukłonił, był obrażony.Po kilku dniach szkoły zachorowałam na szkarlatynę i poszłam do szpitala zakaźnego na 6 tygodni. W tym szpitalu nie było żadnych odwiedzin. Wróciłam do szkoły po dwóch miesiącach. Moj dawny “amant” spotkał mnie na korytarzu szkolnym i przywitał takimi słowy ” Żyjesz? A myśmy się nauczyli śpiewać Marsza Żałobnego Chopina, na twój pogrzeb”. Teraz to ja sie poczułam dotknięta, obraziłam się i odeszłam bez słowa.

W szkole działało kółko dramatyczne i tam spotykaliśmy sie, ale nie rozmawialiśmy, bo oboje byliśmy obrażeni.To że w poprzednim okresie “mieliśmy się ku sobie” zauważyła duża cześć jego kolegów i moich koleżanek. Wszyscy byli teraz poruszeni naszym rozstaniem, bo twierdzili, że pasujemy do siebie.

Po paru miesiącach wspólnych prób teatralnych, przy wyjściu ze szkoły Mietek podszedł do mnie i spytał czy może mnie odprowadzić. Wszyscy to zauważyli i cicho się nam przyglądali. Od tego wieczoru staliśmy sie nierozłączna parą.

Byliśmy już w II klasie liceum, Mietek oprócz szkoły chodził jeszcze do konserwatorium muzycznego w klasie organów i grał na organach w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdzie również mieszkał. Często, gdy grał na wieczornych nabożeństwach, ja przychodziłam na chór kościelny i słuchałam jak gra. Takie były nasze randki.

Przed maturą dużo dyskutowaliśmy o przyszłości, o wyborze studiów. Ja chciałam iść na psychologie a Mietek marzył o medycynie. Wiedzieliśmy, że przed nami dużo pracy i czasu zanim będziemy mogli założyć rodzinę, o której marzyliśmy oboje. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy czekać na siebie niezależnie od tego co i gdzie będziemy studiować.

Takie przyrzeczenie okazało się konieczne, bo ja zdałam do Wyższej Szkoły Higieny Psychicznej w Warszawie, a Mietek po trudach i wielkich nerwach dostał się na medycynę ale…we Wrocławiu. Tak się rozpoczął korespondencyjny okres naszego narzeczeństwa. Mamy z tego czasu 500 listów moich do niego i jego do mnie.Kiedy Mietek mógł się przenieść na studia do Warszawy, ja wyjechałam na drugi fakultet do Łodzi.

Wspomniany na początku ślub cywilny był zabezpieczeniem dla mnie przed “przydziałem pracy”. Kończyłam w Łodzi Pedagogikę Społeczną i władze uznały, że absolwenci tego kierunku będą doskonałymi pracownikami kulturalno-oświatowymi w domach wczasowych.

Ślub z Mietkiem, który studiował i pracował w Warszawie zabezpieczał mnie przed takim przydziałem pracy. No i tak już zostało, na razie 62 lata.


EMS:

W tym roku byłoby tych lat 65. Żelazna rocznica…

 

Reblog z reblogu: Podróże

Żelazną drogą do Berlina

Ponowne otwarcie połączenia kolejowego Wrocław-Berlin przypomniało mi o jednym z pierwszych artykułów w mojej karierze historyka. Dotyczył wyjazdów Polaków do Berlina na przełomie XIX i XX wieku i został napisany do pracy zbiorowej poświęconej podróżowaniu. Dość skrupulatnie zbieram „owoce“ mej produkcji, ale niestety tego akurat artykułu nie zachowałem. Tekstu w wersji elektronicznej też nie mogłem już znaleźć. Trzeba było udać się więc do biblioteki. I to w dodatku aż w Poznaniu. Za pomoc w odszukaniu tej, jak się okazało, rzadkiej książki, dziękuję pani Agnieszce, bibliotekarce naszego Centrum. Pozwalam sobie udostępnić tekst sprzed 20 już lat w nadziei, że może sięgnie po niego ktoś, kto rozważa wizytę w stolicy Niemiec. Podąży tam po ścieżkach wydeptanych już przez wielu naszych rodaków z różnych generacji.

Rozwój komunikacji pod koniec XIX w., zwłaszcza kolejowej, umożliwił masowy ruch ludności i przewóz towarów. Podróż pociągiem była tańsza i dostępna dla różnych grup społecznych, była wygodniejsza i — co było rzeczą ważną — trwała krócej. Różne były powody, dla których Polacy udawali się do Berlina na przełomie wieków. Jedni szukali w mieście nad Szprewą pracy lub załatwiali „interesa”, inni szukali wiedzy, a jeszcze inni przybywali w celach turystycznych. (Ciekawe, że w wielotomowej encyklopedii Orgelbranda z 1898 r. na próżno szukać hasła „turystyka”).

Z podróży prof. Bronisława Gustawicza do Lubeki, Trawemünde, Kilonii i Hamburga zachował się ciekawy tekst wspomnień, w którym autor tak opisuje potrzebę wyjazdów za granicę:

Cudze chwalicie, swego nie znacie, Sami nie wiecie, co posiadacie. Tak mówi nasz poeta. Piękna w tym dwuwierszu zawarta myśl, ale w piękniejszą jeszcze ubrana szatę! Lecz aby swoje dokładnie znać, trzeba i cudze koniecznie poznać. Stąd wyłania się potrzeba zwiedzania obcych krajów, przebywania wśród obcych wykształconych narodów. Każdy, co wyjeżdża za granicę, nie bezmyślnie, nie dla zabicia czasu i trwonienia pieniędzy, lecz z pewnym wytkniętym celem, żądzą wzbogacenia swej wiedzy, musi odnieść dla siebie w niejednym kierunku wielkie korzyści i wraca do kraju swego, jeżeli już nie bogaty w doświadczenie, to przynajmniej pełen wrażeń, które pozostaną mu na długie lata bardzo miłym wspomnieniem.

Dzisiaj taki sposób podróżowania nazwalibyśmy podróżą studyjną.

Podobny cel podróżowania postawił sobie Emanuel Dworski, który w swych wspomnieniach z podróży, opublikowanych w 1904 r. we Lwowie, tak to scharakteryzował:

Jeżeli podróżowanie może się stać przyzwyczajeniem, które ma swoje źródło w żądzy nowych wrażeń, potęgującej się z czasem aż do nałogu, to ja mam na swe usprawiedliwienie nie tyle upodobanie w nowych wrażeniach, ile cel wytknięty moich podróży. Albo zwiedzam — kontynuował Dworski — muzea i szkoły, albo biorę udział w zjazdach towarzyszy zawodowych, a co widzę i słyszę obok tego, to materiał przygodny.

W podróż studyjną do Berlina udała się także komisja miasta Lwowa, której celem było zbadanie wybranych urządzeń sanitarnych pod względem ich przydatności dla stolicy Galicji. W skład komisji wchodzili: I wiceprezydent miasta, dr Tadeusz Rutkowski, fizyk miejski, dr Wiktor Legieżyński i radni, dr Szczepan Mikołajski, dr Wilhelm Pisek i dr Józef Starzeski. Podczas pobytu w Berlinie komisja zwiedziła miejski zakład higieny, obejrzała zakład badania środków spożywczych, zapoznała się z organizacją i funkcjonowaniem berlińskiego pogotowia ratunkowego, odwiedziła szpital miejski im. Virchowa oraz jeden z przytułków dla bezdomnych.

Jest to jedna z najpiękniejszych instytucji humanitarnych Berlina — pisał autor sprawozdania, dr Szczepan Mikołajski. Wszystko w niej wzorowo urządzone, sale noclegowe, sale jadalne, kąpiele, kuchnie, pralnia, wszędzie jak największa czystość i porządek.

Mając na uwadze problemy finansowe miasta Lwowa, które nie rozporządzało wystarczającymi środkami, aby na wzór Berlina zorganizować pomoc dla bezdomnych, Mikołajski stwierdzał, „że niektóre szczegóły organizacji berlińskiej można będzie i u nas z pożytkiem zastosować”.

Tak szczytne cele podróży, jak zbieranie wrażeń, konfrontowanie opinii o sąsiadach czy podziwianie ich zdobyczy cywilizacyjnych, stawiali przed sobą tylko zamożni podróżnicy. Ubodzy Polacy, przybywając do Berlina, mieli na uwadze raczej praktyczne względy:

„Cel był ten, żeby tam, jako w środowisku przemysłu, w swoim fachu gruntowniej się wydoskonalić i możliwie uciułać trochę grosza, gdyż słyszałem, że zarobki są znacznie wyższe niż gdzie indziej” — tak wyjaśniał powody swego wyjazdu do Berlina Władysław Berkan, w przyszłości znany mistrz nożyc, na razie ubogi aspirant krawiecki.

Niestety, ubodzy polscy podróżnicy — poszukiwacze lepszego życia — rzadko pozostawiali po sobie wspomnienia. Stąd też artykuł ten oparty jest głównie na spuściźnie po zamożniejszych naszych rodakach.

Najwięcej trudu zajmowały same przygotowania do podróży. W interesujących notatkach Bolesława Prusa z podróży do Berlina, którą odbył w dniach od 17 maja do 17 czerwca 1895 r., znajduje się opis w Almanachu Hachette’a, w którym w rubryce pt. „Co należy kłaść do walizki?” można dowiedzieć się o następujących szczegółach:

W walizce Madame’y — cytuję za Prusem — powinno znajdować się: 35 gatunków bielizny, obuwia i odzieży (np. kostium kąpielowy, penivar kąpielowy, gorsety, kapelusz itd.), 28 gatunków przedmiotów tualetowych (np. lustro potrójne, woda kolońska, waselina itd). 34 gatunki przedmiotów różnych (np. szpilki i lampka spirytusowa, książka do nabożeństwa, fotografie męża i dzieci itp.).

W sumie kobieta wybierając się w podróż, zabierała ze sobą ponad 100 przedmiotów. Nie mniejszą liczbę rzeczy zabierał ze sobą w podróż mężczyzna. Jeszcze raz przytoczę fragment Almanachu Ilachette’a:

(…) Do walizki Monsieur’a należy włożyć: 31 gatunków bielizny, obuwia i odzieży (kostiumy do jazdy konnej, welocypedu, tenisa, polowania, fechtunku, pływania, kąpieli i alpinistowskie (…). 31 gatunków przedmiotów tualetowych (np. pumeks, szczoteczka do paznokci, pilniczek do paznokci, kleszczyki do paznokci, puder ryżowy itp.). Wreszcie — 24 gatunki przedmiotów różnych, a między nimi: budzik, kawałek flaneli, nici czarne i białe (…).

Razem mężczyzna winien zabrać ze sobą ok. 100 przedmiotów. Dodatkowo winien uwzględnić w swoim bagażu, według tegoż Almanachu, ok. 15 środków aptekarskich, jak: „kitajkę, bizmut, ołówek antimigrenowy, »mamcze szpilki« itp.”.

Tak więc kobieta i mężczyzna, udając się w podróż, winni w sumie zabrać ponad 200 przedmiotów. Niektórzy podróżnicy niewiele przejmowali się takimi zaleceniami. Wspomniany tutaj Prus zbagatelizował zupełnie rady Almanachu i udał się w podróż za granicę bez pościeli i jedynie z małą walizką. Podobnie postąpił przyjaciel Prusa dr Gustaw Gebethner, współwłaściciel firmy „Gebethner i Wolf”, z którym pisarz wybrał się w podróż do Berlina.

Sędzia G. — pisał Prus — także nie posiadał owych 100 przedmiotów wymaganych przez prawidła dobrego tonu. Za to miał na głowie powiewną czapeczkę bez daszka, z której w razie potrzeby można było sporządzić kubek wody, rondelek do nelsońskich zrazów, duży pugilares itd.

Możliwe, że zawartość owego pugilaresu w razie potrzeby mogła zastąpić przedmioty zalecane przez wspomniany Almanach. Między godziną 4 i 5 po południu udał się Prus wraz z rodziną i przyjaciółmi na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Podróż do Berlina miała trwać ok. 12 godzin. (Dla porównania dzisiaj pociąg potrzebuje na pokonanie tej odległości ok. 8 godzin!). Autor Lalki szczególną uwagę w swoim dzienniku poświęcił opisowi wagonu.

Kilka razy w życiu jeździłem Koleją Warszawsko-Wiedeńską pisał Prus — ale jeszcze wagonami starego typu. Były to budy podzielone na cztery części. Każda część miała zewnątrz swoje własne drzwi, a wewnątrz dwie ławy, na których przez 12 godzin mordowały się cztery pary ludzkich istot nie mogących nawet nóg wyprostować bez wkroczenia w granicę indywidualności swoich sąsiadów.

W porównaniu do tych starych wagonów, nowe „mają również po 4 przedziały, a każdy przedział po dwie czteroosobowe kanapki. Ale przedziały te są otwarte na kurytarzyk, po którym można spacerować”.

Ponadto każdy wagon posiadał umywalnię z lustrem i wodą. Przechodzenie między wagonami nie było zbyt bezpieczne. Brak było bowiem ochrony harmonijkowej między nimi. Tę posiadała już kolej pruska.

Pierwsze godziny podróży minęły Prusowi na rozważaniach o charakterze państwa pruskiego, które w tym miejscu pominę. Polacy z terenów zaboru austriackiego podróżujący do Niemiec, przejeżdżali przez Śląsk. Wielu doznawało wtedy wzburzenia uczuć patriotycznych, obserwując „odwieczną dziedzinę Piastów, zagrabioną przez niemieckich zaborców” (E. Dworski). B. Prus i jego towarzysz przekraczali granicę w Toruniu. Tam przeszli skrupulatną kontrolę celną. Przyjaciel Prusa był zmuszony do zapłacenia cła za przewóz zbyt dużej ilości papierosów. Po krótkim postoju na granicy, który obaj podróżni spędzili w knajpie dworcowej, oddając się browarnianym uciechom, i po kupieniu biletów (bilet kosztował 24 marki) wsiedli do nowego pociągu i wyruszyli w dalszą podróż.

Dla Prusa dużym zaskoczeniem było to, że pociąg ruszył bez „dzwonień” i „gwizdań”. Następnie stwierdził:

Nieszczęśliwy podróżny musi pilnować się tabliczki opiewającej: dokąd? i minuty: o której odchodzi pociąg?.

Cytat ten dowodzi dużej punktualności pociągów pruskich. Także i tym razem Prus opisuje wygląd wagonu. Pozwolę sobie przytoczyć obszerne fragmenty tego opisu:

Nasz wagon jest »nowego typu«, czyli posiada kurytarz, po którym można spacerować tak wygodnie jak po warszawskich, a może i wygodniej. Szyby są wielkie, sklepowe, przez które w tej chwili widać tylko noc.

Prus jechał w przedziale II klasy. Wyposażenie przedziału składało się z lampy gazowej z trzema płomieniami, która paliła się przez cały okres przejazdu i fioletowej zasłony. Ponadto w przedziale znajdowały się wygodne kanapy obite pluszem w kolorze oliwkowym, przy oknie był mały stolik, na którym można było grać w szachy. W kącie stała natomiast spluwaczka, na ścianie wisiało lustro, a przy drzwiach widać było guziczek dzwonka elektrycznego na służbę. Uwagę Prusa zwróciły także napisy informujące podróżnych, aby nie otwierali okien, nie wyrzucali przez nie butelek oraz nie wychylali się. W końcu pytał zdziwiony:

Cóż to znowu za ograniczenie swobody osobistej?

W innym miejscu swego dziennika Prus tak opisał przedziały pozostałych klas:

Obok nas, z jednej strony jest przedział pierwszej klasy z amarantowymi pluszowymi kanapami, a ze strony przeciwnej — trzecia klasa z żółtymi drewnianymi ławkami.

Warto dodać, że istniała także cztwarta klasa w pociągu, którą podróżowała najbiedniejsza część ludności, a więc także polscy wychodźcy. Był to najczęściej zwykły wagon, pozbawiony miejsc siedzących (tzw. wagon bydlęcy). Wiele uwagi poświęcił Prus konduktorowi.

Jest to piękny chłop — pisał Prus — tęgo zbudowany, na gębie czerwony i pyzaty, na głowie szatyn, na reszcie ciała granatowy z metalowymi guzikami tam, gdzie były potrzebne. Może mieć 30-40 lat, a odznacza się zadziwiającym spokojem fizjognomii i całej postaci.

Także i w tym opisie Prus nie stronił od porównań.

Przeciętny konduktor naszych dróg żelaznych — dodawał Prus — wyglądałby przy nim na człowieka mizernego i nerwowego.

Po sprawdzeniu biletów, konduktor zapytał autora dziennika, czy chce siedzieć na tym miejscu, które zajmuje. Uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, konduktor zażądał 2 marki opłaty, wydał kwit oraz wysunął numer nad miejscem zajmowanym przez Prusa. Około godz. 6 rano pociąg zaczął zbliżać się do Berlina.

Okolica zmieniła się zupełnie: zamiast pól, drzew, zapachów — występują place, murowane budynki, hałasy i dymy. Plant kolei z obu stron gęsto zabudowany robi chwilami wrażenie, jakbyśmy dojeżdżali do Warszawy od rogatek Jerozolimskich.

Ciekawymi spostrzeżeniami dzielił się z czytelnikiem wspomniany wyżej prof. Gustawicz, który przybył do Berlina przez Galicję i Śląsk.

Wreszcie zbliżamy się do Berlina. Olbrzymia stolica państwa wywiera swój wpływ abstrakcyjny na wiele, wiele kilometrów wokoło, bo okolice Berlina, jako nieurodzajne i błotniste, wcale gęsto nie są zaludnione; ale natomiast jak raz wjedziemy w obręb tego miasta i gdy widzimy, jak pociąg nie zwalniając biegu, dalej pędzi ponad dachami domów, a jak tylko oko sięgnie, wszędzie ulice i ulice, poprzeplatane obszernymi placami, pełne rojów ludzi, wozów, tramwajów elektrycznych, omnibusów konnych, gdy mijamy stacyą za stacyą, a my ciągle w Berlinie, — to nie dziw, że nie przyzwyczajonemu zaczyna się w głowie mącić.

Podobnych zawrotów doznawał tak wielokrotnie przeze mnie już cytowany Prus.

Wtem — co u Pana Boga! (…) Mijamy dziwny most, pod którym (…) chodzą ludzie i jeżdżą dorożki (…) A teraz nasz pociąg toczy się tak blisko domów, że z okien wagonu mogę zaglądnąć w okna mieszkań, ale nie parterowych tylko… leżących na pierwszym piętrze! (…).

Nasi podróżni wysiedli na Dworcu Friedrichstrasse. Obaj przekazali interesujące opisy tego miejsca. Wspólne dla obu tych opisów było podkreślenie ożywionego ruchu na dworcu. Gustawicz pisał:

Oto nasz pociąg wpada w olbrzymie arkady dworca na Friedrichstrasse, a pod kołami dudnią rozległe sklepienia mostu, dookoła zaś hałas, krzyk, zgiełk nie do opisania. Ledwie człowiek zdoła wysiąść z wagonu, a pociąg już rusza i po niewielu sekundach znika na drugim końcu krytej hali, by ustąpić miejsca drugiemu, trzeciemu, dziesiątemu pociągowi.

Prus natomiast pisał:

(…) Sędzia G. (Gustaw Gebethner – K.R.) i ja wysiedliśmy z wagonu i, niby dwa kwiaty, znaleźliśmy się w budynku przypominającym olbrzymią oranżerię. Jest to dworzec kolei miejskiej Friedrichstrasse Bahnhof. (…) Wagony, lokomotywy, podróżni wyglądają tu jakby pod kloszem. Dworzec ma ze 200 kroków długości i ze 60 szerokości, jego zaś podłoga dzieli się na trzy pasy: prawy i lewy — po którym jeżdżą wagony i środkowy — gdzie czekają podróżni.

Warto może wspomnieć, że niektóre pociągi z Polski zatrzymywały się także na Lehrter Bahnhof. Wysiadali z nich liczni wychodźcy polscy udający się przez Hamburg do Ameryki.

W polskim przewodniku po Berlinie z 1913 r. można przeczytać takie rady dla wysiadających podróżnych:

Stanąwszy na dworcu woła się do pociągu tragarza (Gepäktreger), w zielonej bluzie z numerem u czarnej czapki, a zapamiętawszy sobie dobrze numer powierza mu się bagaż. Tragarz ma do żądania od każdej lekkiej sztuki 30 fen., za cięższą 5O fen. Za przeniesienie rzeczy do pobliskiego hotelu trzeba się z nim osobno ułożyć. Chcąc wziąć dorożkę, co przy wielkim natłoku przejezdnych czasami nie jest łatwą rzeczą, trzeba odżałować 25 fen. dodatku do taksy i wziąć od stójkowego (Schutzmanna) u wejścia z dworca blaszkę z numerem jednej z czekających dorożek, do której tragarz nosi bagaż. Kto ma więcej pakunków, może powierzyć ‚Bz Bg’, towarzystwu przewozowemu, które ma swe biura na każdym większym dworcu Berlina i które za małą opłatą podług starej taksy dostarczy rzeczy w krótkim czasie na miejsce przeznaczenia.

Na osobną uwagę zasługuje personel dworca Friedrichstrasse, a zwłaszcza woźni.

Jest tu zawiadowca w czerwonej czapce — pisał Prus — sztywny w karku, jakby połknął repetierowy karabin z bagnetem. Jest tu i jego biuro, drewniany budyneczek przypominający warszawskie »szalety«. Nie widzę jednak ani śladu policji, ani konduktorów, pomimo, że kręci się mnóstwo podróżnych. (…) Idziemy tedy; sędzia z torebeczką, a ja z laseczką (obaj podróżni powierzyli już swoje bagaże tragarzowi — K.R.) i — z biletem kupionym w Toruniu. Wciąż śmiać mi się chce z tutejszych porządków i rozmyślam: czy rzucić bilet na podłogę, czy też zachować go jako dowód, że i ja byłem kiedyś za granicą?

Prus nie wyrzucił biletu i jak się później okazało — postąpił rozważnie.

Na nieszczęście przed schodami — kontynuował opis — stoją niby dwa kojce, a w każdym woźny. Rad nierad, wsuwam się między owe kojce, a tymczasem woźny bardzo grzecznie prosi, ażebym mu oddał bilet… Ciż sami woźni oglądają bilety osób przychodzących tutaj z dołu.

Za nieposiadanie takiego biletu woźni mogli nie wpuścić podróżnego na peron. A korzystający z metra bez biletu byli zmuszani do zapłaty za jazdę, co było połączone z wywołaniem małego skandalu.

Nie zawsze woźni wykonywali swoją pracę sumiennie, często nadużywali swoich uprawnień.

Na tym Bahnhofie (na Lehrter Bahnhof — K.R.) — pisał Ludwik Krzywicki w swoich wspomnieniach — wysiedli także liczni wychodźcy polscy (…). I widzę — od każdego przy wyjściu na górną platformę, gdzie odpowiedni dozorca odbiera bilety, ten żąda od każdego 10 fenigów. Widzę i ja, ale przechodzę nie zaczepiony. Dozorca poznał, że przyjechałem inną klasą i że nie jestem bezbronny. Zapytuję się go, jakim prawem pobiera silbergrosze. W pierwszej chwili mina zakłopotana, a później bezczelna odpowiedź: »Dają mi przez grzeczność«. Przy czym odchodzi polecając odbieranie biletów drugiemu dozorcy. Naturalnie, nikt z dalszych wychodźców nie składał tej daniny (…).

Wielu Polaków przybyłych do Berlina zaskakiwał ogromny ruch na ulicach.

Przemykamy się pod szeroką arkadą wiaduktu — zanotował w dzienniku Prus — po którym w tej chwili przejeżdża pociąg i — znajdujemy się na Friedrichstrasse. Jest to jedna z pierwszorzędnych ulic w Berlinie, charakteryzuje się zaś wielkim ruchem i wielką ciasnotą. W tym miejscu nie jest ona szerszą od naszej Chmielnej ulicy, a ruch na niej no mniej więcej taki, jak u nas na Żabiej.

Nie była to jednak jedyna cecha tych ulic. Inną była ich czystość.

Berlin — pisał Paderewski — był już wtedy dużym miastem, z wielkim parkiem i kilkoma pięknymi budowlami. Najpiękniejszym ze wszystkich był naturalnie zamek królewski. (…) Nie mogę powiedzieć, by miasto było wówczas ładne, ale porządek, czystość na ulicach sprawiały, że odnosiło się jednak wrażenie pewnego piękna. Ulice były tak niezwykle czyste, że wzbudziły podziw.

Dokąd udawali się Polacy w poszukiwaniu noclegów? Jak spędzali pierwsze godziny po przyjeździe do Berlina? Jakimi środkami lokomocji jeździli po mieście? Jak spędzali pierwszy wieczór w Berlinie? Co zwiedzali w dniu następnym? Prus i Gebethner udali się do pobliskiego hotelu. Nie wszystkich jednak było na niego stać.

Pobyt w hotelu berlińskim jest wcale wygodny — informował wspomniany przewodnik po Berlinie — ale na dłuższy dystans za drogi. Naturalnie, kto na jeden lub dwa dni wpadł do Berlina, to mu wszystko jedno, ale kogo interesy, czy kuracja, czy jakie studia zatrzymują dłużej nad Szprewą, ten szuka w Charlottenburgu, lub w pobliżu uniwersytetu pokoju umeblowanego, do którego otrzymuje każdego rana kawusię cieniuchną taką, że Boże zmiłuj się!

Ubodzy podróżnicy skazani byli na znacznie gorsze warunki. Tak opisuje miejsce swych pierwszych po przyjeździe noclegów W. Berkan:

Przed pójściem spać trzeba było kierownikowi gospody oddać zegarek, kosztowności i pieniądze do przechowania, bo nuż mogłoby komu w tak licznem i »doborowem« towarzystwie co zginąć, za co kierownik nie brał odpowiedzialności. »Hotel« nasz znajdował się pod dachem i tworzył jeden wielki »salon«, w którym wszyscy się mieścili. Przespanie się w tym salonie kosztowało od trojaka (10 fen.) do trzech trojaków. (…) Wszyscy musieli jak na komendę o jednej godzinie iść spać. (…) Ci, którzy oszczędniej się urządzali, tj. za trojaka, byli »rewidowani« przez »domowych«. Musieli rozebrać się zupełnie do naga i w tym stroju adamowym do łóżka, raczej na pryczę się kłaść, aby zmniejszyć niebezpieczeństwo udzielenia legowisku »współtowarzyszów« noclegowych.

Po zakwaterowaniu się w hotelu albo na stancji, zmęczeni podróżą, udawali się Polacy na odpoczynek, by — późnym popołudniem — udać się do centrum miasta. Do wybranych miejsc mogli dotrzeć różnymi środkami lokomocji: dorożką, kolejką naziemną i podziemną, tramwajem, omnibusem lub parowcem. Ceny biletów były zróżnicowane. Według taryfy dorożkarskiej z 14 maja 1880 r. za przejazd dorożką pierwszej klasy w obrębie dzielnicy policyjnej (do 15 min) podróżny musiał uiścić opłatę 1 marki za jedną albo dwie osoby, 1,5 marki za trzy albo cztery osoby. (Za przejazd drugą klasą: za jedną albo dwie osoby 60 fen., za trzy albo cztery 1 markę).

Dorożki I klasy były elegantsze niż II klasy. Dorożkarz I klasy był ubrany w niebieski mundur z kołnierzem ze srebrną lamówką. Taryfa znajdowała się w dorożce. Dorożkarz musiał jechać z prędkością przynajmniej 160 m na minutę. Do kontroli jazdy służył plan miasta, który posiadał każdy dorożkarz. Na tym planie były zaznaczone długości ulic w metrach, które — dla większej przejrzystości — były podzielone na kolorowe pola. Gdy dorożkarz zażądał za przejazd wygórowaną opłatę — a zdarzało się to podobno często — podróżny mógł poprosić o wystawienie rachunku (czasami dorożkarze obniżali wtedy należność), z którym można było udać się do Prezydium Policji Królewskiej, Oddział Komunikacja, i zgłosić nadużycie. Po kilku dniach podróżny otrzymywał z powrotem nadpłacone pieniądze oraz zawiadomienie, że niesumienny dorożkarz został ukarany. O wiele tańsze były ceny biletów w pociągach śródmiejskich.

W pociągach śródmiejskich — pisał Prus — chodzą tylko wagony II klasy po 10 fenigów miejsce i I po 15 fen., jeżeli nie zawodzi mnie pamięć. W każdym razie jest to jazda bardzo tania, szybka i bezpieczna, o ile kiedy jakiemu pociągowi nie przyjdzie fantazja zeskoczyć z wiaduktu na bruk.

Pierwsze kroki kierowali turyści „pod Lipy” i na „Frydrychówkę”, używając określeń epoki. Tam też mogli spotkać tysiące cudzoziemców oglądających okna wystawowe.

„Brat-Polak — pisał autor przewodnika po Berlinie – dostrzega nagle coś, co omal nie wyciska mu łzy rozczulenia w oku… Oto dojrzał napis: »Tu si mówi po polsku!« Jak się tam po polsku mówi — dodawał — to już inna rzecz, ale w każdym razie mówi się i kwita! Najczęściej mówi tylko kupujący, podczas gdy sprzedający rozumie go zaledwie, a w końcu powiada mu »Do swidania!« Ale dobre chęci są!” Wieczorem, po kolacji, podróżni mogli wybrać się albo do teatru, jak to uczynił cytowany już Emanuel Dworski, albo na spacer „pod Lipami”.

Zresztą do teatru — informował przewodnik po Berlinie — nie zawsze chodzi się w Berlinie wieczorem. Inna jest publiczność nad Szprewą, a inna nad Wisłą, nie mówiąc o Pełtawie. Podczas gdy w Warszawie reżyser farsy lęka się wystawienia czteroaktowej sztuki ze względu na to, że w czasie ostatniego aktu część publiczności stale znika z widowni, w Berlinie nawet tragedia może mieć osiem aktów, a nikt temu nie zaoponuje.

W ten sposób mijał pierwszy dzień pobytu w Berlinie. Kolejne były przeznaczane na zwiedzanie zabytków, oglądanie wystaw, spacery po mieście i wizyty w bardzo licznych restauracjach i kawiarniach.

Wykorzystane źródła i opracowania:

W. Berkan, Życiorys własny, Poznań 1924; E. Dworski, Wrażenia i wspomnienia (kartki z podróży), Lwów 1904; B. Gustawicz, Z wycieczki do Lubeki, Trawemundy, Miel i Hamburga. Wspomnienia z 67. zjazdu niemieckich przyrodników i lekarzy, Kraków 1896; W. Kossak, Wspomnienia, wstępem i przypisami opatrzył K. Olszański, Warszawa 1971; J. 1. Kraszewski, Listy do rodziny 1863-1886, cz. 2: Na emigracji, opr. S. Burkot, Wrocław 1993; L. Krzywicki, Wspomnienia, t. 1, Warszawa 1957; S. Orgelbranda Encyklopedia Powszechna z ilustracjami i mapami, t. 2, Warszawa 1898; I. J. Paderewski, Pamiętniki, spisała M. Lawton, Kraków 1967; Plan-Anhang zu Berlin, Leipzig: Karl Baedeker, 1880; B. Prus, Kartki z podróży, t. 2, Warszawa 1950; Przewodnik po Berlinie i okolicy z planem miasta, Berlin 1913; S. Przybyszewski, Moi współcześni. Wśród swoich, Warszawa 1930; A. Rubinstein, Erinnerungen. Die frühen Jahre, Frank-furt/M. 1973; Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, pod red. F. Sulimirskiego, t. 1, Warszawa 1980; J. Weyssenhoff, Mój pamiętnik literacki, Poznań b.r.; S. Mikołajski, Z wycieczki naukowej komisyj, wysłanej przez Prezydium miasta Lwowa, w celu zbadania pewnych urządzeń sanitarnych. Spostrzeżenia i wrażenia z Gracu, Wiednia, Monachium, Norymbergi, Beyreuthu, Drezna, Berlina, skreślił…, Lwów 1909; T. Szarota, Berlin w oczach Polaków — przyczynek do stereotypu Niemca, w: Mity i stereotypy w dziejach Polski, Warszawa 1991; W. Schivelbusch, Geschichte der Eisenbahnreise. Zur Industrialisierung von Raum und Zeit im 19. Jahrhundert, Frankfurt/M. 1979.

Dwa świadectwa maturalne

Andrzej Rejman

Casta placent superis…

2 kwietnia 2016.

Dziś kolejna rocznica śmierci Papieża Jana Pawła II.

Pamiętam ten dzień, ten wieczór, gdy ze swoim synem, wówczas jeszcze gimnazjalistą pojechaliśmy do kościoła św. Anny w Warszawie pomodlić się za Papieża.
Był to rok, w którym zmarł mój ojciec, zaledwie sześć tygodni wcześniej.
I tu pojawia się właśnie ta refleksja łącząca wiele wspomnień, wiele faktów, emocjonalna i silna.

CASTA PLACENT SUPERIS: PURA CUM VESTE VENITE ET MANIBUS PURIS SUMITE FONTIS AQUAM

To napis w holu gimnazjum w Wadowicach, do którego chodził Karol Wojtyła.

Jest to fragment jednego z wierszy z II księgi Elegii Tibullusa (ur. ok. 54, zm. 19 p.n.e.) – poety rzymskiego, przyjaciela Horacego i Owidiusza.

19 VIII 1998 — Wieczorem w letniej rezydencji w Castel Gandolfo Jan Paweł II przyjął na audiencji swoich rówieśników, z którymi w 1938 r. zdawał egzamin dojrzałości w gimnazjum w Wadowicach. W spotkaniu uczestniczyli także przedstawiciele Grup Apostolskich oraz Studium Kultury Chrześcijańskiej Żywego Słowa z Krakowa, którzy zaprezentowali spektakl pt. «Akropolis». Zwracając się do rodaków Ojciec Święty powiedział:

“Coś wam powiem po łacinie: Casta placent superis (…). Państwo biją brawo, bo oni mi dzisiaj przywieźli ten zapis tekstu, który widniał w gimnazjum wadowickim przy wejściu. Tekst rzymskiego starożytnego poety, niechrześcijanina, ale mógłby być wzięty z Ewangelii. Casta placent superis, to znaczy, że Bogu podoba się to, co jest czyste. Czyste serce. «Błogosławieni czystego serca». Pura cum veste venite. Przychodźcie w czystym odzieniu. W białych szatach. Et manibus puris sumite fontis aquam. I czerpcie wodę życia. (…) Wprawdzie z łaciną jest krucho w tym pokoleniu, ale myśl, która się w tym łacińskim wersecie zawiera, jest wciąż aktualna. Życzę wam tego, żebyście umieli czerpać czystymi rękoma ze zdroju życia, tego życia, którym jest Chrystus. Sam zresztą powiedział o sobie: «Niech przyjdzie do mnie i pije»”.

Oczywiście w oryginale było “Czyste podoba się bogom, lub niebiosom…” jako że Tibullus nie był raczej monoteistą…. Ale nie o to chodzi.

Od razu poczułem wspólnotę ziem galicyjskich, tamte czasy, o których mówił mi ojciec, wspominając swoją naukę w gimnazjum klasycznym im Henryka Sienkiewicza w Łańcucie.

Był starszy od Karola Wojtyły o 6 lat, ale myślę, że naprawdę ich dzieciństwo niewiele się różniło.

Pochodzili obaj z tej samej “Galicji”, chodzili do podobnych szkół w tym samym nieomal czasie. Porównałem wspomnienia Papieża i zapiski ojca.

Sięgam też do źródeł o tych czasach:

Już samo porównanie Wadowic i Łańcuta nie jest wcale jakieś nieuprawnione, bo oba miasteczka mają wiele wspólnego.

Wadowice: Z gimnazjum związane było silne środowisko intelektualne, w mieście działały liczne organizacje i towarzystwa kulturalne, religijne oraz sportowe, m. in. T. G. “Sokół” dysponujące salą gimnastyczną i teatralną, Czytelnia Mieszczańska przy ul. Krakowskiej, Towarzystwo “Jagiellonka”, założone i kierowane przez urzędnika sądowego Stefana Kotlarczyka, Stowarzyszenie Rzemieślników “Zgoda”, Towarzystwo Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych, Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, Związek Legionistów, Związek Strzelecki, Związek Oficerów Rezerwy, Związek Rezerwistów, Liga Panów, Związek Robotników Chrześcijańskich, Związek Harcerstwa Polskiego, Związek Młodzieży Miejskiej i Terminatorów, Katolicki Związek Polek, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży (męskiej i żeńskiej), Sodalicja Pań, Sodalicja Panów, Sodalicja uczniów , gimnazjum oraz uczennic seminarium nauczycielskiego żeńskiego i inne.

Według ks. Leonarda Prochownika – w mieście “obcym wszelkim nowinkom sekciarskim” – w r. 1929 mieszkało 8 000 katolików, a w całej parafii obejmującej również Jaroszowice, Chobot, Gorzeń Dolny i Górny, Roków, Tomice i Zawadkę – 11 672 osób (“Wiadomości z Parafji Wadowickiej. R. P. 1930”, dodatek noworoczny do “Dzwonu Niedzielnego”, 1929). Mieszkało również w Wadowicach sporo Żydów i rodzin wojskowych, bowiem w koszarach przy ul. 3 Maja (dziś – Lwowskiej) stacjonował 12 pułk piechoty Wojska Polskiego, powstały z formacji dawnego austriackiego c. k. 56 p.p. Jego oficerem był ojciec Karola, podporucznik Karol Wojtyła. Pułk miał własną orkiestrę, która koncertowała w czasie defilad wojskowych w Rynku lub w ładnym parku TUMWiO przy al. Wolności.

Samo miasto leży w pięknej okolicy, w dolinie rzeki Skawy u stóp Beskidu. Blisko stąd na pobliskie szczyty górskie – na Goryczkowiec zwany popularnie “Dzwonkiem”, na Iłowiec, Łysą Górę, Gancarz i Leskowiec. Sprzyja to uprawianiu turystyki i kontaktom z przyrodą. Urokiem Wadowic i okolicy zachwycał się Adolf Nowaczyński, który w książce “Słowa, słowa, słowa…” (1938) tak pisał: “A jest jedno [miasto], które pachnie nawet z włoska, bo morwami; to WADOWICE ! – miasto – oczko, w którem chodziłem do normałki i do pierwszych gimnazjalnych. […] Okolice miasta bezwzględnie piękniejsze od okolic Neapolu czy Stockholmu, tylko mniej reklamowane i przez to mniej znane w Europie”. … (źródło: Stowarzyszenie Absolwentów LO w Wadowicach – http://www.wadowita.net/lataszkolne.php)

Łańcut – też leży w pięknej okolicy, na pograniczu dwóch krain geograficznych – Pogórza Karpackiego i Niziny Sandomierskiej, co jest powodem zróżnicowanego ukształtowania terenu – od równin w północnej jego części po górzyste tereny na południu.

Miasto podobne w swej architekturze, położeniu i wielkości do Wadowic.

W 1823 r. w wyniku podziału wielkiej fortuny Lubomirskich dobra łańcuckie przeszły w ręce Alfreda Potockiego, człowieka wszechstronnie wykształconego, doskonałego i przedsiębiorczego gospodarza. Zasłynął z nowatorskich metod gospodarowania, wybudował cukrownię (przekształconą w rafinerię spirytusu), fabrykę likierów, browar. W rolnictwie wprowadził, jako pierwszy w Galicji, płodozmian. Za czasów Potockich gruntownie przebudowano zamek, przekształcając go w jedną z najpiękniejszych rezydencji magnackich w Polsce. W 1830 r. Potoccy utworzyli ordynację. W tym czasie nastąpił szybki rozwój miasta, wybudowano wiele gmachów użyteczności publicznej, a w 1859 r. doprowadzono tu linię kolejową. Prężnie rozwijało się szkolnictwo, założono Ochotniczą Straż Pożarną, Kasę Zaliczkową i Bank Ziemski, powstało Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”.

Lista zasłużonych, społeczników którzy przyczynili się do rozwoju tego regionu – https://www.zamek-lancut.pl/pl/Historia/ZasluzeniDlaLancuta)

Ojciec mój wspominał, że pamiętał jeszcze pieśń, którą śpiewano w kościele – fragment jej to …
“…Przy Cesarzu mile włada
Cesarzowa pełna łask,
Cały lud Jej hołdy składa,
Podziwiając cnót Jej blask…”

Cóż to za pieśń?

to hymn Cesarstwa Austro-Węgier! z melodią Haydna, późniejszy hymn Niemiec!

Czy śpiewano ją w kościołach?

Może ojciec (rocznik 1914 – czyli miał cztery lata w roku odzyskania niepodległości) się mylił? – Jednak być może, jako mały chłopiec gdzieś usłyszał ją w czasie uroczystości państwowych, połączonych z kościelnymi, albo wiedzę na temat tej pieśni miał od swoich starszych braci lub od matki? To trzeba jeszcze uściślić.

No właśnie – czytam: “Jan Paweł II otrzymał na chrzcie św. imię Karol na cześć cesarza Austro-Węgier, w którego wojsku służył jego ojciec.”

W czasie spotkania z tej okazji z rodziną nowego błogosławionego (Karola I Habsburga cesarza Autro-Węgier) Jan Paweł II powitał wszystkich niezwykle serdecznie. Z entuzjazmem opowiadał o cesarzu Karolu. A zwracając się do księżnej Zyty mówił do niej «moja cesarzowa» i czynił ukłon w jej stronę. W pewnej chwili powiedział: «A czy wiecie, dlaczego na chrzcie otrzymałem imię Karol? Dlatego, że mój ojciec żywił ogromny podziw dla cesarza Karola I, którego był żołnierzem»”.

No właśnie taka była Galicja!

No i dalej:

“…Dziękuję Wadowicom za te szkoły, z których tutaj tak wiele zaczerpnąłem światła: naprzód podstawową, a potem to znakomite wadowickie gimnazjum im. Marcina Wadowity. Nie mogę przy tym zapomnieć, że wśród naszych kolegów w wadowickiej szkole i w wadowickim gimnazjum byli wyznawcy religii mojżeszowej, których tutaj już wśród nas nie ma. Nie ma także starej synagogi, która znajdowała się obok gimnazjum. Na ręce jednego z naszych kolegów, kiedy odsłaniano tablicę na miejscu synagogi, przesłałem specjalny list. W tym liście napisałem następujące słowa: „Kościół, a w tym Kościele wszystkie ludy i narody, czują się z wami zjednoczeni. Owszem, niejako na pierwszy plan wysuwają wasz naród, jego cierpienia, jego wyniszczenie — pamiętajmy, że jesteśmy niedaleko Oświęcimia — wtedy, gdy pragną przemawiać do ludzi, do narodów i do ludzkości głosem przestrogi. W imię wasze podnosi ten głos przestrogi również papież, a papież z Polski ma do tego szczególny stosunek, ponieważ razem z wami w jakiś sposób przeżył to wszystko tu, na tej ojczystej ziemi”… Jan Paweł II – homilia w czasie Mszy św. odprawionej w kościele św. Piotra w Wadowicach, sierpień 1991.

W tym samym mniej więcej czasie w Łańcucie: (wspomina Aleksander Rejman)

“…Po czwartej klasie szkoły powszechnej zostałem zapisany do piątej klasy, ale już w Łańcucie. Było to w roku 1925. Szkoła powszechna była bezpłatna, brat był już w pierwszej klasie gimnazjum w Łańcucie. Bracia postanowili dwóch najmłodszych z nas wykształcić, bo przecież w gospodarstwie 2-hektarowym wszyscy się nie zmieszczą. Matka popierała ten projekt sądząc, że na pewno jeden z nas “pójdzie na księdza”. Przez cały rok szkolny 1925/1926, czyli w szóstej klasie, nie stać nas było na opłatę stancji, i przez cały rok, a zwłaszcza w ciężką śnieżną zimę, musieliśmy chodzić pieszo z Czarnej do Łańcuta do szkoły. Rok szkolny 1926/1927 był już lepszy. Od października do kwietnia mieszkaliśmy już w mieście. Ja byłem już w siódmej klasie, a po jej ukończeniu miałem zdawać do czwartej klasy w gimnazjum. Jako trzynastoletni chłopak, uczyłem się dobrze. Byłem religijny, ale nasz ksiądz w tej klasie nie był lubiany. Jego kazania były słabe i nudne. Nie był humanistą, nawet lubił znęcać się nad uczniami. Jesienią, w pewien deszczowy dzień, obłocony spóźniłem się na pierwszą godzinę religii. Ksiądz nie pytając dlaczego, za parominutowe spóźnienie kazał mi klęczeć przy drzwiach całą godzinę. Od tego czasu zawsze przychodziłem do szkoły o kilkanaście minut wcześniej. W siódmej klasie szkoły powszechnej w Łańcucie było tylko pięciu Żydów. Uczyli się bardzo dobrze, a jeden z nich miał duże zdolności do języka polskiego. Pierwszy zgłaszał się do opowiadania przeczytanego fragmentu.

Po otrzymaniu dobrego świadectwa przystąpiłem do egzaminu do czwartej klasy gimnazjum. Pamiętam, że najpierw trzeba było napisać wypracowanie z języka polskiego. Wybrałem temat – “Moja pierwsza podróż pociągiem”. Wypracowanie ocenione zostało na “dobrze”. Gorzej było z matematyką. Rozwiązując zadanie przy tablicy całkowicie się załamałem i dostałem dwóję. Z matematyki byłem zawsze słaby, także na studiach. Mimo to przyjęto mnie do gimnazjum, ale zaledwie na trzeci rok. Jednak to i tak był pewien “sukces”, bo kolega z tej samej wsi dostał się na drugi rok. Nauka zaczęła się w gimnazjum we wrześniu. Większość kolegów pochodziło ze wsi, – z Soniny, Albigowej, Wysokiej i innych pobliskich wsi.

W pokoju mieszkaliśmy we czterech z bratem i dwoma innymi kolegami. W sąsiedztwie mieszkała uboga rodzina, ich córka uczyła się u zakonnic Boromeuszek. Często słuchałem jak pięknie grała na skrzypcach “Marzenie Schumanna”. Szkoła Boromeuszek urządzała przedstawienia związane z lekturami szkolnymi. Jedno z nich, oparte na “Antygonie” Sofoklesa, wykonane przez wychowanki szkoły zrobiło na mnie duże wrażenie. W naszym gimnazjum od czasu do czasu również wystawialiśmy epizodyczne sceny z “Wyzwolenia” Wyspiańskiego.

Budynek gimnazjum w Łańcucie mieścił się obok szkoły powszechnej oraz starostwa. Obok gimnazjum było boisko sportowe, a za nim budynek “Sokoła”, gdzie wyświetlano filmy. Pamiętam niektóre z nich, np. “Na Sybir” z Jadwigą Smosarską. Pewnego razu był na ekranie film “Pan Tadeusz”. Była to nie najlepsza wersja. Obecny film w reżyserii Andrzeja Wajdy jest znacznie lepszy. W Rzeszowie wyświetlano także “Quo Vadis”, ale na nim nie byłem. Brakowało mi pieniędzy na bilet kolejowy. Od czasu do czasu przyjeżdżali aktorzy i recytatorzy. Pamiętam występ Rychterówny, która deklamowała poezje. Takie były wtedy przyjemności.

Od piątej klasy gimnazjum aż do matury mieszkałem już bliżej centrum Łańcuta w domu rodziny Misiągów. Była to stancja przy ulicy Krótkiej, blisko Grunwaldzkiej. Pokój był mały, ciasny, ale rodzina bardzo sympatyczna. Właścicielka, pani Maria Misiąg, miała syna Janka, ucznia szkoły powszechnej. Miała też brata, który był nauczycielem w Pogwizdowie, wsi leżącej za Wisłokiem obok Medyni Łańcuckiej. Dokwaterowali do nas dwaj koledzy: Józef Burda i Ignacy Trojniar. Józef Burda po maturze został księdzem, a Ignacy Trojniar jeszcze po wojnie był urzędnikiem w Rzeszowie. Kiedy byłem w ósmej klasie, zamieszkali ze mną: Franciszek Buszta i Wicek Joniec. Buszta pochodził z Brzózy Stadnickiej, a Joniec z Grodziska Górnego. Byli to bardzo dobrzy i mili koledzy. Kolega Buszta przebywał w gimnazjum tylko rok. Potem pojechał do Lwowa, i wstąpił do zakonu Franciszkanów, potem do Pasjonatów a później mieszkał w Ostrowie Wlkp.

Nauka przebiegała normalnie, ale najwięcej emocji było na niektórych lekcjach. Mnie najbardziej podobały się lekcje z polskiego, łaciny i religii. Ksiądz Górecki był wspaniały, uczył i wychowywał. Założył Bratnią Pomoc i Sodalicję Mariańską, której przez krótki okres byłem sekretarzem, a w Bratniej Pomocy w siódmej klasie zostałem głównym skarbnikiem. Bratnia Pomoc dawała pożyczki do zapłacenia czesnego (ok. 150 zł).

W niższych klasach dużo uwagi na lekcjach polskiego poświęcano autorom: Rej, Kochanowski, Modrzewski. Ten okres był dla mnie najbardziej postępowy, i bardzo bliski moim zapatrywaniom.

Profesor Budkowski wykładał pięknie literaturę staropolską. Zaczynaliśmy od Mikołaja Reja, ojca literatury polskiej. Analizowaliśmy “Krótką rozprawę między panem, wójtem, a plebanem” a następnie zapoznaliśmy się z “Żywotem człowieka poczciwego”. Poezja Kochanowskiego była szczegółowo omawiana. Do poety z Czarnolasu odnosiliśmy się z uwielbieniem.

“Ogniem i mieczem” czytaliśmy rozdział po rozdziale na lekcji, podobnie “Pana Tadeusza”. Personel nauczający polskiego zmieniał się prawie każdego roku. Jedynie nauczyciel łaciny i matematyki był ten sam. Najbardziej pamiętam lekcje z łaciny, gdzie trzeba było uczyć się na pamięć poezji Horacego. Do dziś pamiętam niektóre fragmenty utworów, np. “O navis referent, in mare te novi fluctus” lub “Nunc est bibendum, nunc pede libero…” Z matematyki byłem słaby, ale w ósmej klasie nastąpiła wyraźna poprawa i nawet profesor (Żyd) zwolnił mnie z ustnego, bo egzamin pisemny napisałem dobrze. To był świetny nauczyciel polskiego. W szóstej i siódmej klasie uczyły mnie dwie panie: Fichman i Kolber. Obie były żydowskiego pochodzenia. Obie uczyły bardzo oryginalnie i robiły wszystko, aby nas nauczyć pięknego wyrażania się w języku ojczystym. Jedna z nich polecała do czytania książkę S. Wasilewskiego “Romantyczność”, gdzie styl autora obfitował w kwieciste powiedzenia, np. “pióropusz sławy” itp. Niektóre tematy wypracowań były wolne i miały tytuły: “Nic to”, “Szary Dom”, lub “Cofnąć się było już niepodobieństwem”. Pewnego razu wybrałem ten ostatni temat. Wymyśliłem historię, że młody chłopak wraca z dużego miasta do umierającej matki. Po drodze, wśród bogatej przyrody rozmyśla, czy wszystko w jego życiu było szlachetne. Nauczycielce musiało spodobać się moje wypracowanie, dostałem piątkę i umieściła na nim adnotację – “Piękne i wzruszajace” Byłem dumny. W ósmej klasie zjawił się młody polonista Herold. Na maturze zapytał mnie, jak kończy się “Lilla Weneda”. Pech chciał, że tego utworu nie zdążyłem przeczytać, czytałem jednak jego skrót i jakoś udało mi się odpowiedzieć na pytanie. Słowackiego bardzo lubiłem. Szczególnie utwory – “Beniowski”, “Ojciec zadżumionych” itd. Moimi ulubionymi autorami byli również: Żeromski, Prus, i oczywiście Sienkiewicz. Pozytywizm przemawiał do mego rozumu bardziej niż romantyzm. “Lalkę” Prusa czytałem w Czarnej, przy świetle lampy naftowej, co było męczarnią, ze względu na mój słaby wzrok.

Po “Ogniem i Mieczem” przerabialiśmy “Pana Tadeusza”. Dużo fragmentów trzeba się było nauczyć na pamięć. Do dziś pamiętam niektóre z nich…”Był sad, drzewa owocowe zasadzone w rzędy ocieniały szerokie pole…” lub “…Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński Zaścianek męstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek…” czy: “…Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy, odezwały sie chórem dwa podwójne stawy…”

Personel nauczycielski był różny, byli również nauczyciele pochodzenia ukraińskiego. Jeden z nich, Mikołaj Puszkar, uczył mnie niemieckiego. Był bardzo dobrym nauczycielem, ale szybko odszedł. Podobno w jego mieszkaniu znaleziono ulotki w języku ukraińskim. W ósmej klasie niemieckiego uczył mnie Polak – Miklas, ale nie dorównywał metodom Ukraińca. Dwaj inni nauczyciele – Ukraińcy – uczyli geografii i historii. Przypuszczam, że były to również dla nich trudne przedmioty. Na jednej z lekcji pytany byłem jak przebiega granica między ludnością polską a ukraińską w województwie lwowskim. Odpowiedziałem tak, jak było opisane w podręczniku. Nauczyciel niewiele mnie poprawił, ale dodał – “prawie tak”. Wydaje się, że chciał dodać, że inaczej jest na wsi, a inaczej w mieście.

Pod koniec mojej nauki zmarł ksiądz Jan Górecki, niezapomniany wychowawca, któremu wiele zawdzięczam. W ósmej klasie religii uczył ksiądz Boroń. Uczył on także przedmiotu obowiązującego w tej klasie – propedeutyki filozofii. Uczył słabo, i w sposób, który był dla mnie nie do przyjęcia. Dlatego niechętnie odpowiadałem na lekcji, tym bardziej, że żądał dokładnie tego samego co wykładał. Trzeba więc było uczyć się na pamięć, co żarliwie akceptowałem ale na lekcjach na przykład języka polskiego.

W ósmej klasie wybrano mnie na wójta klasy. Było to niewątpliwie wyróżnienie. Jednak również określone obowiązki.

Maturę zdawałem w maju 1934 r. Po maturze czułem się jak nowonarodzony. W domu pomagałem matce i braciom, ale były to pomoce nieduże. Wakacje były dość udane mimo, że w lipcu mieliśmy wodę z Wisłoka pod samym domem. Groziła wielka powódź. Na niektórych niżej położonych terenach woda weszła do mieszkań. Tereny południowej Polski często miewały i mają nadal takie powodzie. Ulewny deszcz padał bez przerwy przez dwa dni. Wodę pobieraną ze studni musieliśmy gotować.

Po maturze trzeba było podjąć decyzję, co studiować. Najłatwiej byłoby udać się do seminarium duchownego w Przemyślu. Było to marzeniem mojej matki. Ale brat Stanisław odradzał, i raczej namawiał na studia bardziej praktyczne, na przykład ogrodnictwo w SGGW. Brat Franciszek był podobnego zdania. Napisałem więc do sekretariatu tej uczelni po informacje. Nadesłano mi dokładne informacje, jakie przedmioty obowiązują na studiach i jakie obowiązują w trakcie studiów egzaminy. Złożyłem więc podanie i zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów w SGGW. Jadąc do Warszawy spotkałem w pociągu Lwów-Warszawa kandydata na te same studia. Tym kandydatem był Żyd o nazwisku Abraham Szyfter.

Do Warszawy dojechaliśmy szczęśliwie….” (Aleksander Rejman, 2000, Wspomnienia)

***

To były bardzo podobne miasta, podobna młodzież, podobne losy…

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku z wielkim entuzjazmem przystąpiono do budowy nowej Polski. Mimo różnorodności kulturowej i narodowościowej, wielu różnych problemów społecznych – panował duch pracy organicznej, w szkołach uczono łaciny i greki, wychowywano na lekturach Sienkiewicza i Prusa. Wszyscy z nadzieją patrzyli w przyszłość.

Na koniec dwa świadectwa maturalne – też mające wiele wspólnego.

No… Karol Wojtyła był PRYMUSEM!

swiadectwo-wojtylla swiadectwo-Rejman

Quasimodogeniti

Ewa Maria Slaska

Niedziela

Niedziela jak niedziela. Dla tych co pracują na etacie niedziela to rzeczywiście dzień, kiedy się nie dziela, nie działa, się więc odpoczywa jak Pan Bóg po zakończeniu Stwarzania Świata. Inaczej jest z osobami wolnego zawodu i to rzeczywiście wolnymi czyli takimi jak ja. Nie mamy kancelarii, gabinetów lekarskich, warsztatów, salonów fryzjerskich ani pralni ekologicznych, które, z uwagi na potrzeby klienta, muszą mieć ustalone godziny pracy. A my nie. My pracujemy, jak nam świśnie albo przyciśnie. W pojęciu osób postronnych luzacy nie pracują nigdy i zawsze mają niedzielę, we własnym odczuciu – pracujemy cały czas i niedzieli nie mamy nigdy. Myślałby kto, że wobec tego nie znamy też tęsknoty za piątkowym wieczorem, za weekendem, za wolną sobotą, nie zatruwa nam też życia poniedziałkowy poranek, kiedy naprawdę nie sposób ucieszyć się z faktu, że się wstało i hop, radośnie można ruszać do pracy. Bo nie można. Bo się naprawdę nie chce…

Otóż, uwierzcie mi, nam się też nie zawsze chce! My też znamy ponure poniedziałkowe poranki i radosne wieczory sobotnie, najlepszy czas w życiu człowieka, jeszcze lepsze niż niedziele, bo w niedzielę już człowiekowi życie zatruwa fakt, że jutro trzeba znowu do kieratu. U nas po prostu się zdarza, że sobota, niedziela czy poniedziałek przypadają w inne dni. Nazwa to dźwięk i dym…

Niedziele mają jednak swoje nazwy. Nie wiedziałabym tego, gdyby nie roczny kurs komputerowy, w którym wzięłam udział w roku 2000. Jednym z tzw. modułów tego kursu było nauczenie nas, jak się mamy prezentować. Każdy z nas miał przygotować wykład lub pokaz o tym, co umiemy najlepiej. Jeden z kolegów pokazał nam jak się walczy kijami, ja opowiedziałam o miłorzębie japońskim i poezji, chłopak, z którym się zaprzyjaźniłam, grafik i poeta, opowiedział nam o… niedzielach w kalendarzu chrześcijańskim. Patrzyliśmy na niego z otwartymi ze zdumienia buziami, a on recytował: Estomihi, Invocavit, Reminiscere, Okuli, Laetare, Judika, Quasimodogeniti, Misericordias Domini, Jubilate, Cantate, Rogate…

Na zakończenie powiedział, że sam nie jest religijny, ale babcia go nauczyła wszystkiego, co sama wiedziała o liturgii, i zawsze myślał, że mu się ta wyuczona w dzieciństwie wiedza do niczego nie przyda. Okazało się jednak, że i owszem, przydała się, wysłuchaliśmy świetnego wykładu, a Ronald dostał najwyższą ocenę.

Niektóre z tych nazw znałam, niektóre rozumiałam, jak na przykład Jubilate, Cantate, Rogate… raduj się, śpiewaj, módl się… Ale niektórych nie rozumiałam nic a nic… Na przykład laetare, cieszyć się…

Albo Okuli… zdałoby się oczy, ale dlaczego. A to dlatego że antyfona na ową niedzielę, trzecią Wielkiego Postu, brzmi:

Oculi mei semper ad Dominum,
quia ipse evellet de laqueo pedes meos:
respice in me, et miserere mei,
quoniam unicus et pauper sum ego.

Oczy moje są zwrócone ku Panu,
bo On uwalnia moje nogi z sidła.
Wejrzyj na mnie i zmiłuj się nade mną,
bo jestem samotny i nieszczęśliwy.

Najdziwniejsza była jednak nazwa dzisiejszej niedzieli: Quasimodogeniti. QuasimodoTym sposobem, mociumpanie, mociumpanie me pisanie… Garbaty dzwonnik z Notre Dame, klub jazzowy w Berlinie. Geniti, coś z rodem, narodzinami lub płcią… Tym sposobem narodzony. Tak bym to sobie tym sposobem czyli na zdrowy rozum przełożyła. Jakiś renatus. A tymczasem internetowy poradnik liturgii polskiej tłumaczy, że jest to Niedziela Miłosierdzia Bożego. Nie może być! Miłosierdzie to Misericordia. Bzdura! Ten internet! Tyle wie, co zje… Niemcy tłumaczą, że jest to Biała Niedziela, bo tego dnia chrzczono dzieci, które chrzest obmywa z grzechu, tak że stają się czyste, białe, lśniące… Zamyślam się nad tą informacją i nagle olśnienie, czyste, białe i lśniące: chrzest czyli ponowne narodziny, quasi modo geniti infantes, tym to sposobem, dziecino, narodziłaś się jako Chrześcijanin… Polska wykładnia jest trochę inna od niemieckiej, bo po polsku pełna nazwa dzisiejszej niedzieli brzmi: «niedziela po zdjęciu białych szat». Nowo ochrzczeni pierwszy raz przychodzili do kościoła w zwykłym odzieniu i zajmowali miejsca wśród innych wiernych. Ale tak czy owak chrzest i tym sposobem…

I rzeczywiście: Quasi modo géniti infántes, allelúia: rationabiles, sine dolo lac concupíscite, allelúia, allelúia allelúia czyli jak nowo narodzone niemowlęta, zapragnijcie nie sfałszowanego duchowego mleka, abyście przez nie wzrastali ku zbawieniu, jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan. To pierwszy list świętego Piotra do wybranych, przybyszów wśród rozproszenia w Poncie, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii.

Słodki jest Pan jak mleko, które piją noworodki. Podobno tak właśnie jest, mleko matki jest słodkie, jest to pierwszy smak, który poznajemy, dlatego tak lubimy to, co słodkie. Natura zresztą też nas do tego smaku przyzwyczaja i zachęca. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno nic, co w naturze jest słodkie, nie jest trujące, czyli od pięciu milionów lat nauczyliśmy się, że do słodkiego możemy mieć zaufanie, bo na pewno nas nie zabije. Pan jest słodki. Może nie każdy Bóg czyli Pan jest słodki, ale judaistyczny na pewno. Ten przymiotnik wciąż się w Biblii powtarza.

Ciekawe jednak, skąd święty Piotr, brodaty stary Żyd, wiedział, jak smakuje mleko, które piją noworodki? Pamiętał z dzieciństwa, czy też pokosztował go jako dorosły, gdy na przykład jego żona, Perpetua, urodziła mu córkę Petronelę?

Pozostaje jeszcze Quasimodo, dzwonnik z Notre Dame. Nie pamiętam tej książki w ogóle, nigdy jej nie lubiłam, czytałam tylko raz, dawno temu. Filmu nie widziałam, musicalu też. Ale oczywiście Wikipedia od razu na początku rozwiewa wątpliwości. Tak to to samo “quasimodo”. No i na szczęście istnieje jeszcze portal chomik, który jest podobno paskudnym kapitalistycznym oszustwem, ale ja nie wiem, na czym ono polega (można mnie, proszę bardzo, “objaśnić” jak świecę). Mnie on zawsze cudownie służy, gdy chcę tu coś szybko zacytować.

Jest rok 1468… w poranek niedzieli przewodniej (Quasimodo) jakieś niemowlę zostało złożone po mszy w kościele katedralnym we wgłębieniu lewej ściany katedry. Było we zwyczaju kłaść w tej wnęce dzieci opuszczone na łaskę osób miłosiernych. Brał je stąd kto chciał… Po chwili nadszedł poważny i uczony Robert Mistricolle, protonotariusz królewski, z ogromnym mszałem pod jedną ręką, a z żoną —pod drugą.
— Podrzutek! — rzekł obejrzawszy niemowlę.
— Mości protonotariuszu — spytała jakaś kobieta — jaki nam stawiasz prognostyk z tego podrzutka?
— Prognostyk największych nieszczęść — odpowiedział Mistricolle.

… słowom protonotariusza królewskiego przysłuchiwał się od pewnego czasu młody kapłan. Była to postać surowa, o szerokim czole i głębokim spojrzeniu. W milczeniu rozsunął ciżbę i przyjrzał się niemowlęciu.

— Biorę za swoje to dziecko — powiedział po chwili. Ukrył je pod sutanną i zabrał….
Litość niewypowiedziana ścisnęła mu serce i zabrał z sobą niemowlę. Znalazł je w istocie nad wyraz bezkształtnym. Niemowlę miało brodawkę na lewym oku, głowę wciśniętą w ramiona, grzbiet powyginany, mostek wystający, nogi powykręcane.

Współczucie Klaudiusza wzmagało się właśnie wskutek tej brzydoty . (…) Ochrzcił przybrane dziecko i nazwał je Quasimodo; chciał tym sposobem upamiętnić dzień, w którym je znalazł i zaznaczyć, do jakiego stopnia to biedne, małe stworzenie urodziło się ułomne. I rzeczywiście: jednooki, garbaty, koślawy podrzutek był chyba tylko niby-czymś (quasi-modo).

***
Powieść została napisana w roku 1831, a już w kilkanaście lat później, bo w roku 1844, powstał oparty na jej motywach balet Esmeralda. Muzykę napisał Cesare Pugni, a choreografię ułożył sam wielki Petipa. Dziś jest to staroć wręcz niemożliwa i na Zachodzie w ogóle już nie wystawiana. Angielska Wikipedia twierdzi, że Esmeraldę wystawia się jeszcze tylko w krajach byłego Związku Radzieckiego i Europy Wschodniej. I rzeczywiście, jak to często bywa, kiedy człowieka coś zainteresuje, już następnego dnia po spisaniu tego wszystkiego, w książce Utracone serce Azji natrafiam na notatkę o balecie Esmeralda. Autor, angielski pisarz i podróżnik, Colin Thubron, we wczesnych latach 90 przebywał przez kilka miesięcy w Azji Centralnej. W Taszkencie (uwaga! taka jest podobno prawidłowa wymowa tej nazwy!) poszedł do teatru miejskiego, który wystawiał Esmeraldę, “staroświecki balet z udziałem cygańskich porywaczy dzieci, nieszczęśliwie zakochanej heroiny i krwiożerczego zakonnika”. Balet okazał się “bezwstydnym wyciskaczem łez” – “pod koniec kulawy dzwonnik odniósł zwycięstwo nad despotyzmem religijnym, zrzucając lubieżnego zakonnika z wieży. Widzowie nagrodzili go gromkim aplauzem”. Gdy czytam te słowa, mam dziwne poczucie, że Thubron jest być może, jak zapewnia tekst na okładce książki, znamienitym angielskim erudytą, ale w ogóle nie ma pojęcia o tym, że ta baletowa historia ma jakikolwiek związek z “naszą” kulturą europejską i traktuje ją jako kolejną dziwaczną pozostałość po umarłym imperium sowieckim.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Junge Flüchtlinge mit den Augen einer älteren Lehrerin gesehen

Ewa berichtet jetzt seltener über Flüchtlinge. Da sich aber die Situation im Lande und besonders in Berlin sehr verkompliziert hatte, wollte sie doch über ein paar positive Eindrücke von der Arbeit mit den jungen Flüchtlingen schreiben.

Sie unterrichtete Deutsch, zuerst in einer Jugendherberge, wo ungefähr 80 männliche Jugendliche untergebracht waren, die ohne Begleitung nach Deutschland gekommen waren. Die ärztlichen Untersuchungen hatten alle absolviert; man hatte sie weiterhin als Jugendliche eingestuft, obwohl sie einige von ihnen eindeutig für älter hielt. Sie wurden geimpft und in Willkommensklassen untergebracht. Manche waren wirklich extrem begabt und fleißig; sie wurden in einem Talentcampus gesammelt und einen Monat lang besonders gefördert; zu ihrer Überraschung waren das eher Jugendliche aus Afghanistan als solche aus Syrien, von denen alle behaupteten, sie wären so gebildet und kultiviert.

Leider musste die Gruppe die Herberge räumen und weit weg in die Stadt ziehen, doch soweit sie sah, kümmerte man sich wirklich gut um sie; nur dass der Weg zur Schule, also der Willkommensklasse so lang werden würde, hatte man nicht bedacht.

Es gab ein Abschlussfest mit persischem, afghanischem und deutschem Essen (Letzteres: Hähnchenschenkel mit Pommes). Wir – die Lehrer, die Sozialarbeiter und die Betreuer – stürzten uns auf Humus, die vielfältigen Salate und die Auberginen-Zubereitungen, die köstlich und bunt auf einem Buffet aufgebaut waren; die Jungs beluden ihr Teller mit Pommes, Hähnchen, Ketschup und Mayonnaise; jedem das seine, dachte sie. Selbstgebackener Kuchen und Süßes, auch Obst waren von den Lehrern mitgebracht worden. Die Jugendlichen halfen bei den Vorbereitungen, und sie hatten einen Film über ihren ersten Aufenthalt in Berlin gedreht. Das schöne dabei war, dass sich wirklich alle gegenseitig kenngelernt hatten. Die afghanische Gruppe wusste inzwischen, welche Städte es in Syrien, dem Irak gab und umgekehrt; sie wohnten immer noch in getrennten Zimmern unter sich, doch es waren auch Freundschaften quer zu den Nationalitäten geschlossen worden; auch die wenigen Schwarzen fühlten sich wohl in der Gruppe.

Nachdem die Aufgabe in der Jugendherberge zu Ende gebracht war, tat sie sich um, wo sie weiterhin Jugendliche unterrichten konnte. Sie fand in einem anderen Unterbringungsort Gruppen von Teenagern, die mit ihren Familien gekommen waren. Sie warteten länger auf die Aufnahme in die Wilkommensklassen. Ihr fiel auf, wie viel unbeschwerter und einfach netter sich in einer koedukativen Klasse mit Mädchen und Jungen unterrichten ließ. Sie waren alle auch ruhiger und „normaler“, unaufgeregt – wie viel doch die Anwesenheit von Angehörigen bedeutete, sah man hier ganz deutlich. Die Jungs räumten sogar den Klassenraum auf, fegten den Gang ohne Murren, und die Mädchen brachten Lächeln und Lockerheit, auch Schönheit in die Klasse.

Sie dachte, bei gut organisierter Hilfe würde man diese Jugendlichen leicht in die heutige deutsche Gesellschaft integrieren können. Man musste sich nur weiterhin sehr intensiv um sie kümmern, sie begleiten und fördern, auch persönlich, jeden Tag. Viele von ihnen schienen sowieso von der westlichen Kultur fasziniert zu sein, kleideten sich in Jeans und Nike-Sportschuhe, dazu kamen bei den Jungen die in ihren Augen besonders hässlichen modernen Frisuren. Die Mädchen trugen ihre Kopftücher sehr locker, es lugten immer Haare hervor, und ihre engen Pullover und Jeans beinahe gleich aus wie hier üblichen. Wichtig war, dass sie dieses „beinahe“ nicht als Demütigung empfanden, sich ihrer Vergangenheit nicht schämten und einen Weg für sich zu finden schienen.

Besonders für die Mädchen würde das viele Chancen eröffnen; sie würden dann ihr eigenes Leben leben können, entscheiden, was sie lernen und ob sie Familien gründen, arbeiten oder beides zusammen versuchen wollten. Sie dachte, dass man ihnen das kommunizieren müsse, immer wieder vor Augen führen, damit sie sich nicht in ihrer Vergangenheit gefangen und daran gebunden fühlten. Dazu würde man viele Lehrer, Begleiter brauchen; sie würden sich nicht so schnell auf dem Arbeitsmarkt durchsetzen, aber mit genug Geduld und Offenheit würde man ihnen etwas Neues für sie entwickeln können. An jungen Psychologen, die nur darauf warteten, alle in jeder Lebenslage zu beraten, fehlte ihres Wissens nicht; man musste sich nur eben auf diese Situation wirklich einlassen und die Jugendlichen fördern, unterstützen und informieren.

Und dann das große, alles übergreifende Wort „Integration“. Dazu fiel ihr nur eine Anekdote ein, ein Witz: Ein Flüchtling begegnet eine gute Fee und klagt über sein schweres Schicksal und das Leben in der Fremde. Darauf sagt die gute Fee zu ihm: „Dann will ich dir helfen. Ich erfülle deine drei Wünsche sofort“. Der Flüchtling denkt nicht lange nach. Er sagt: „Ich will ein schönes Haus haben“. Und schwupp die wupp steht ein schönes Haus vor ihm. Dann sagt er: „Ich brauche natürlich auch ein schnelles, schickes Auto“. Auch dieser Wunsch wird sofort erfüllt. „Und was ist mit dem dritten Wunsch“, fragt ihn die gute Fee. Ja, sagt der Flüchtling, „ich will ein Deutscher werden, mich nicht mehr fremd fühlen“. Da verschwinden sowohl das Haus als auch das Auto; der Flüchtling schaut die gute Fee ganz erschrocken an: „wohin sind meine zwei Wünsche verschwunden?“. „Du willst ein Deutscher werden? Dann musst du dir das alles schwer erarbeiten, fang gleich an“, sagt die gute Fee ganz ruhig.

 

Nasza narodowa poezja

Anna Dobrzyńska

primaaprilis-tytul

 

 

paryz
Paryż, XIX wiek

To że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki nie darzyli się sympatią – powszechnie wiadomo. Mało jednak kto wie, że doszło do bardzo niespodziewanego i zarazem owocnego spotkania między nimi. Było to na emigracji, w Paryżu, w salonie literackim Madame Tuffeau. Mickiewicz podążał dyliżansem ulicą – Rue La Boetie, w kierunku Pól Elizejskich. Pech – a może zrządzenie losu – sprawiły, że pękł dyszel od powozu. Mickiewiczowi ani woźnicy na szczęście nic się nie stało, ale dalsza jazda była niemożliwa. A miało to miejsce właśnie pod oknami salonu Madame Tuffeau, gdzie Słowacki, jako częsty bywalec, wygłaszał swoje poematy. Woźnica zapewnił poetę, że zaradzi problemowi, ale to potrwa… Mickiewicz powiedział, że poczeka, a zachęcony dobiegającymi z okien brawami i zarysami eleganckich postaci za szybą, postanowił wejść na górę. Gdy wszedł do salonu, Słowacki akurat wygłaszał wiersz o kolumnie Zygmunta, Starym Mieście, Katedrze Św. Jana – gdyż tęsknił za Ojczyzną – jak wszyscy na emigracji, choć on z pewnością najbardziej, bo – „cierpiał za miliony”.

mickiewicz

Adam Mickiewicz. Dzieło – Andyego Warhola, pochodzące z bardzo mało znanej kolekcji nowojorskiego artysty – „Polscy wieszcze narodowi”.

Co nam zdrady! – Wszyscy w Warszawie kolumnę znają,
na której podróżne mewy usiadają.

Na jej szczycie król – jego czoło wśród obłoka,
Zaprasza i wita – poddany lud – z wysoka,

Za tą kolumną, orszak ślubny jak u Fredry,
Wchodzi do ceglanej, trój-wieżowej Katedry,

Dalej ulica, nie wąska, nie długa, nie krótka,
Na końcu – odbudowana warszawska Starówka

A dalej jeszcze – Kiliński, we mgle spowity,
Z szablą w dłoni – w zieleni okien odbity,

Odbicie uderzone latarni płomieniem,
Niby cichego, w cieniu upiora spojrzeniem.

slowacki

Juliusz Słowacki. Drugie dzieło Andyego Warhola z   kolekcji – „Polscy wieszcze narodowi”. Andy stworzył jeszcze portret Z. Krasińskiego. Obraz nigdy jednak nie ujrzał światła dziennego, gdyż Andyemu skończył się toner w drukarce. Proza życia wobec wielkości sztuki tak zdruzgotała artystę, że dzieła nigdy nie opublikował – mimo zakupu nowej drukarki laserowej – marki Canon.

Poezja i wspomnienia z Ojczyzny przywołane widokami Warszawy sprawiły, że niechęć Mickiewicza do Słowackiego minęła. Gdy Słowacki już skończył, Mickiewicz podszedł do niego i spytał czy mógłby wiersz nieco popoprawiać. Słowacki był oburzony takim tupetem ale… wiedząc z jakim talentem rozmawia – zgodził się. I stało się! Dwaj wieszcze zaczęli tworzyć, improwizować, przerabiać, poprawiać. To był istny szał dwóch natchnionych dusz. Słowa, rymy, wizje, takty – niczym fajerwerki strzelały z ich gwałtownych gestów, póz i spojrzeń. Zebrani goście zaś skrzętnie zapisywali wszystko na serwetkach, tak by ta twórczość nie uleciała w zapomnienie.

Tak oto powstał wiersz, który jest dziś znany pod tytułem – „Uspokojenie” a jego autorstwo przypisuje się – Juliuszowi Słowackiemu. A mało kto wie, że tworzyli go dwaj wieszcze

Co nam zdrady! – jest u nas kolumna w Warszawie,
Na której usiadają podróżne żurawie

Spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka;
Taka zapraszająca i taka wysoka.

Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,
Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;

Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare
Wygląda w perspektywie siwej Miasto Stare;

A dalej jeszcze we mgle, która tam się mroczy,
Dwa okna – jak zielone Kilińskiego oczy

Uderzone płomieniem ognistej latarni,
Niby oczy cichego upiora spod darni.

Poeci nigdy więcej się już nie spotkali. A serwetki przechowywane są starannie w kredensie Mademoiselle Marceau – prapraprapraprawnuczki właścicielki słynnego salonu.

P.S.