Droga. Wystawa w Löcknitz.

Już tu kilka dni temu pisałam o spotkaniu w Löcknitz. Spotkanie, podobnie jak cały dwudniowy wyjazd do tego nadgranicznego miasta, bardzo mi się podobało, szkoda więc, że towarzyszyły mu różne nieprzyjemne sytuacje. Dziś jednak przede wszystkim o jasnych i optymistycznych sprawach, zaobserwowanych w Löcknitz.

burg (2)-kl

Ewa Maria Slaska

Wystawa, zamek, kościół, uchodźcy

kosciol2a-kl

perspektywa (z małej litery!) – świetny projekt nadgraniczny, prowadzony przez niemieckiego historyka, socjologa i politologa Nielsa Gatzke i Agnieszkę Misiuk, polską germanistkę. Perspektywą wyznaczoną przez perspektywę jest demokratyczne społeczeństwo obywatelskie. Odpowiadają na propozycje oddolne i sami je inicjują. Działają na pograniczu, w mieście i regionie, gdzie w ostatnich latach zamieszkało wielu Polaków, w ich programie znalazły się więc też propozycje integracyjne, lokalne i ponadgraniczne.

nielsagnieszka

Oczywiście realne życie nie jest aż tak jasnozielone jak…

Neonaziści w Löcknitz od kilku lat ostro protestują przeciwko obecności Polaków w Brandenburgii i Meklemburgii, a co gorsza sprzymierzyli się z narodowcami w Szczecinie. Dziennikarz szczeciński, Bogdan Twardochleb, opowiadając nam w lutym tego roku o stosunkach polsko-niemieckich, tak jak się je widzi ze Szczecina, z dużą troską opowiadał o wspólnej demonstracji neonazistów niemieckich i polskich narodowców w Szczecinie…

Wobec napływu uchodźców arabskich do Niemiec, których umieszczono również w Löcknitz  i okolicy, front porozumienia się przesunął, i teraz Polacy zaczynają być widziani jako “nasi” i szuka się w nich sprzymierzeńców w proteście przeciwko przybyszom z Azji i Afryki.

Twórcy perspektywy są zaniepokojeni taką perspektywą. Martwi ich też, że spośród kilkudziesięciu rodzin mieszkających w Löcknitz  i okolicy, tylko dwie zaangażowały się pomoc uchodźcom. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, wiem jednak, że ci zaangażowani, których poznałam, są po prostu nadzwyczajni.

Wystawa

To oni, wolontariusze polscy i niemieccy, wspólnie zorganizowali wystawę, którą można było obejrzeć wieczorem po moim spotkaniu, w siedzibie Regionu Pomerania.

wystawa (1)-kl

Towarzyszył jej taki tekst:

Najgorszym więzieniem jest zamknięte serce
Karol Wojtyła

Wyobraź sobie człowieka

Jest jeszcze młody, może przed trzydziestką, ma żonę i dzieci. Jest programistą, lekarzem, fryzjerem albo mechanikiem. Kocha swoją rodzinę i swą pracę. Małe miasteczko w którym żyje, jest od pokoleń małą ojczyzną jego rodziny.

Pewnego dnia, gdy wracał z pracy swoją ulicą, jego świat nagle się zawalił. I już nic nie było takie jak dawniej. W miejscu, gdzie kiedyś stał jego dom, ział krater wypełniony stertą dymiących gruzów. Sąsiedzi biegali z krzykiem, gestykulując. Na ulicy leżało kilka małych brudnych zawiniątek, nienaturalnie małych. Nie musiał nawet im się przyglądać, by wiedzieć, że to jego martwa żona i trójka jego dzieci – bliźniaki i to najmłodsze, trzyletnie.

Bezsensowna wojna domowa, która od lat targała jego krajem, upomniała się o nowe ofiary – tym razem o całą jego rodzinę, wszystko co miał, oprócz jego własnego życia i tego, co miał na sobie.

Pomyślał: byłoby lepiej, gdybym też umarł.

Wyobraź sobie tego człowieka teraz, gdy wraz z setkami podobnych sobie ucieka tygodniami. Głodny, brudny, zrozpaczony. Jest wyczerpany, zmarznięty, często płacze. Bezwzględni przestępcy wydarli mu ostatni grosz, aby mógł na zardzewiałej łajbie dotrzeć do bezpiecznego brzegu. Miał szczęście, bo razem z dwiema setkami innych dotarł na brzeg. Tam gdzie nie ma wojny, ale spokoju też nie. W kraju, do którego dotarł, nie ma dla niego miejsca, musi iść dalej. Jest noc, gdy wrzeszczący żołnierze i policjanci z gumowymi pałkami zaganiają go i trzydziestu innych do autokaru i wywożą w nieznanym kierunku.

Wyobraź sobie tego człowieka, który po tygodniach ucieczki, głodu, pragnienia, strachu, chłodu, bezdomności, poniewierki, wrogości, bicia, kopniaków, żebrania i błagania, znajduje się w miejscu, gdzie nie rozumie ani gestów, ani mowy, nie potrafi odczytać pisma i gdzie ludzie nie są wcale serdeczni i gościnni jak w jego ojczyźnie, ale ponurzy, zamknięci i wręcz wrodzy, mimo że nie zaznali ani wojny, ani głodu, nie muszą znosić samowoli i gwałtu i najwyraźniej korzystają z zamożności swojego kraju.

Owszem czasem trafiają się na jego drodze ludzie uczynni i naprawdę przyjaźni. Ale często bywają i tacy, którzy najchętniej przepędziliby go stąd albo zrobili coś jeszcze gorszego. Rozmawia z uchodźcami, którzy są tu już dłużej niż on, ale wciąż niewiele może zrozumieć z tego nowego świata.

A to jest właśnie miejsce w którym ma zacząć swoje nowe życie. Musi się śpieszyć: nauczyć nowego języka, odszyfrować obcy alfabet, zorientować się w obcym otoczeniu i dopasować do nowego społeczeństwa. Na opłakiwanie utraconych bliskich czasu już nie starcza.

I teraz wyobraź sobie, że tym człowiekiem jesteś Ty.

Manfred Häusler

Wolontariusz z ośrodka dla uchodźców w Plöwen, pod polską granicą

I takie pokazywała zdjęcia. Zdjęcia zrobili sami uchodźcy, zapewne, choć nie spytałam, przy pomocy tych komórek, które im się tak “wytyka”, nie pamiętając, że jest to najczęściej jedyny kontakt tych ludzi ze światem, tym który opuścili, i tym, do którego zmierzali. I że najczęściej był to ich jedyny drogowskaz, mapa, atlas i kompas. Myślę sobie, że uciekający przed Zagładą Żydzi wystawili by pomnik inżynierom, gdyby takie produkty myśli inżynieryjnej jak komórka i nawigator istniały już w latach 30 i 40 XX wieku.

wystawa (6)-kl

wystawa (9)-kl

wystawa (8)-kl

Niestety, wystawę można było zobaczyć tylko przez kilka godzin, po czym została zwinięta i schowana. Ale można ją od organizatorów wypożyczyć.

Wypożyczmy więc!

I ostatnia myśl. Na wystawie widać kobiety! Na zdjęciach ale i w realu!

onanawystawie

Zdjęcie powyżej Bogna Czałczyńska. Dziękuję! Pozostałe zdjęcia z wystawy, zamek i kościół – ja. Zdjęcia Agnieszki i Nielsa, flyer perspektywy oraz zdjęcia neonazistów niemieckich podczas wspólnej demonstracji w Szczecinie – znalazłam w sieci, dziękuję więc sieci.

19 kwietnia

Anna Dobrzyńska

„WSZYSCY RÓWNI WOBEC CZASU I PŁOMIENIA…”

ogien

„Czarna dziura” – według definicji – Czasoprzestrzeń, której nic nie może opuścić, przy nagromadzonej dużej masie na małej objętości, pochłaniająca wszystko – nawet światło. Otoczona matematycznie zdefiniowaną powierzchnią, która wyznacza granicę bez powrotu. Granica oddziela obserwatora od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. A wszystko co przekracza granicę – znika.

Kiedy przychodzi 19 kwietnia, nie potrafię nie myśleć o tym co się tu, w Warszawie, 73 lata temu wydarzyło, nie potrafię myśleć o tym co się tu wydarzyło – cierpienie, ból, zło – są tak wielkie…

Ostatni na liście do komór gazowych podjęli nierówną walkę. To co sprawia, że Powstanie w Getcie jest tak wyjątkowe to fakt, że Oni walczyli o – śmierć. Ich walka była pozbawiona – nadziei i wiary w „lepsze jutro”. Wiedzieli, że zginą – chcieli to uczynić godnie, z bronią w ręku – jak wojownicy, bohaterzy… a nie ofiary.

Getto wydaje się być taką „czarną dziurą” – na mapie historii świata. W ciągu 32 miesięcy – 450 tysięcy ludzi zostało zgromadzonych na terenie 3 km2. To dało zaludnienie – 1,5 osoby /10 m2. W izbie mieszkało od 7 do 14 osób. Otoczone wysokim na 3 metry murem, wyznaczającym granicę, którą można przekroczyć tylko w jedną stronę. Odcięte od społeczeństwa i reszty świata. Gruby mur zwieńczony drutem kolczastym oddzielał obserwatora od zdarzeń i przepływu informacji. A każdy kto został zmuszony by tam mieszkać – ginął z głodu, choroby, wywieziony do Treblinki, nie pochowany, bez grobu – po prostu znikał…

Gdy Niemcy po raz trzeci otworzyli bramę Getta, by przeprowadzić tych co zostali na Umschlagplatz – Żydzi otworzyli ogień. To było w styczniu. Zaskoczeni Niemcy wycofali się i zamknęli Getto. To było z pewnością zwycięstwo Powstańców. Militarne i moralne. Wróg się wycofał i wreszcie też zaznał w Getcie śmierci… Ale okupione czekaniem na kolejny jego ruch… 19 kwietnia – Niemcy weszli i już się nie wycofali. Mimo nieporównywalnie słabszej pozycji Żydów– stłumienie Powstania było bardzo trudne. Niemcy ze zdumieniem zdawali raporty o wspaniałej walce żydowskich Powstańców. Po 28 dniach przyszedł jednak nieuchronny koniec. Zakończenie Powstania wyznacza data – 16 maja – i wysadzenie Synagogi na Tłomackiem, którego dokonał własnoręcznie gen. Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie walk. Po tym akcie zameldował osobiście Hitlerowi – „żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć”.

… Ładnie to ujął, trzeba przyznać – krótko, zwięźle tak „bezkrwawo” i „bezboleśnie”, jakby wprowadzony został właśnie nowy podział administracyjny. Naziści w ogóle ładnie nazywali tę zbrodnie – „Likwidacja Getta”. Przecież tym terminem określali wymordowanie prawie pół miliona ludzi w ciągu blisko trzech lat. „Likwidacja Getta” – brzmi równie dobrze jak – likwidacja spółki osobowej czy kapitałowej. Jakaś formalność, postępowanie prawne, zwykła urzędowa sprawa. Jakby pod pojęciem Getta nie kryli się ludzie a likwidacja nie była morderstwem idącym w setki tysięcy osób… A wywózki do komór gazowych – nazywane były „wielką akcją wysiedleńczą”… – w taki sposób określano przecież przymusowe, masowe zmiany miejsca zamieszkania… Albo „rozwiązanie kwestii żydowskiej” – to chyba najbardziej „estetyczne” sformułowanie, takie – „eleganckie”, wręcz „marketingowe”, jakby było jakimś – kreatywnym rozwiązaniem problemu – a nie ludobójstwem na skalę 6 milionów ludzi…

…Ale walki jeszcze trwały …

Wydaje się, że nie można nie zadać pytania, jak to możliwe, że w centrum Europy, cywilizacji, w XX wieku, doszło do tak dobrze zorganizowanej, zaplanowanej, przemysłowo zrealizowanej – masowej produkcji śmierci. Kto jest winien? Hitler? Himmler? NSDAP? naziści? rasiści? antysemici? itd?Z pewnością. Lecz to wykonawcy. Ojcem tej zbrodni jest przekonanie, że są lepsi i gorsi. Ludzie I i II kategorii . Że życie jednego człowieka jest warte więcej niż drugiego… Że silniejszy ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć a kto nie, eliminować tych, którzy są niepotrzebni, zbędni, gorsi, są ciężarem dla lepszych, ważniejszych, mocniejszych… – dla wspólnego dobra i lepszego życia, społeczeństwa, świata. To założenie wytyczyło drogę do Getta – i tak jak „Arbeit macht frei”, otworzyło bramy piekła.

Getto zostało zburzone, obrócone w pył jak żadna inna część Warszawy. To była pustynia, gdzie nawet ruin nie było. W takim stopniu tylko Zamek Królewski i parę pobliskich budynków zostało zrównanych z ziemią.

„Plan totalnej zagłady” – ale na Ziemi niczego nie da się przeprowadzić do końca zgodnie z planem. Na szczęście. Na szczęście jest jakiś margines, który wymyka się spod wszelkich rozporządzeń, ustaw, nakazów – pozostawiając niejako obszar wolności, przestrzeni do działania ludzkiego sumienia. Dlatego niektórzy przeżyli. Dlatego przepływ informacji był. Dlatego nie wszystkich udało się zastraszyć. Dzięki organizacjom żydowskim ŻOB, ŻZW, współpracujących z polskim ruchem oporu informacje o Getcie obiegły świat. Jan Karski – informował Zachód przedstawiając raporty, do których informacje zdobył przekradając się na teren Getta. Karski spotkał się z wieloma ważnymi osobistościami m.in. Rooseveltem. Apelował o pomoc, jednym z rozwiązań było zbombardowanie linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Prezydent przerwał: „…Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”

Szmul Zygielbojm – członek Rady Narodowej RP w Londynie informował o Holocaustcie członków partii socjaldemokratycznych na konferencji w Brukseli także Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydowski. Rozmawiał z prezydentem USA, przemawiał także na antenie BBC. Efektów pomocy jednak nie było widać. Po upadku Powstania na znak protestu – Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo – jednocząc się ze swoimi współbraćmi – odkręcił gaz w swoim mieszkaniu.

Pomoc,wypraszana na salonach – wielkich tego świata – nie przyszła. Nie stało się nic, co by zmieniło bieg historii. Getto nie zostało ocalone, ale ocaleni zostali – ludzie – nie wszyscy, część z nich, mała część. Pomoc szła dzięki Żegocie – polskiej humanitarnej organizacji podziemnej o katolickich korzeniach, w działalność której zaangażowani byli zarówno Żydzi jak i Polacy – w większości działacze katoliccy. Szacuje się, że organizacja uratowała kilkadziesiąt tysięcy osób. Współpracowała z nią m.in. Irena Sendlerowa, dzięki której ocalonych zostało 2500 dzieci. Więziona i torturowana na Gestapo w Al. Szucha, po wyjściu na wolność dzięki wpłaconej za nią ogromnej kaucji – kontynuowała swoją działalność. Dzieci znajdywały schronienie u polskich rodzin, w zgromadzeniach zakonnych, sierocińcach polskiej organizacji charytatywnej RGO – wspieranej przez arcybiskupa Adama Sapiehę, domach dziecka. Około stu nastolatków trafiło też do partyzantki. Ocalony z Getta, u polskiej rodziny schronienie znalazł m.in. dziesięcioletni chłopiec – późniejszy prof. Bronisław Geremek, członek obrad Okrągłego Stołu i Minister Spraw Zagranicznych. Zgromadzenia zakonne – głównie Marianie i Urszulanki wydawały fałszywe metryki chrztu – które ułatwiały przetrwanie. Takich metryk zostało wydanych około – 60 tysięcy. Przy ulicy Żelaznej 97, w pałacyku, wzniesionym przez ojca polskiego teatru – Wojciecha Bogusławskiego, który od XIX wieku jest domem Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi – dzieci żydowskie znajdowały schronienie. Niektórym udało się uciec z Getta na własną rękę.

Pomaganie było trudnym wyzwaniem. Potrzebne były pieniądze. Uratowanie to nie tylko wyciągnięcie z Getta. To ukrycie tej osoby, zapewnienie wyżywienia, higieny, kryjówki, lekarza, przekupienie wartowników, a także tych, którzy mogli milczeć i mogli donosić – w zależności od tego, co z tego mieli. A przecież nikt nie wiedział, ile czasu to będzie jeszcze trwało i czy w ogóle będzie to miało koniec… Niemcy dobrze znali typy urody semickiej, a każdy kto udzielał pomocy – zgodnie z prawem podlegał karze śmierci sam bądź wraz z całą rodziną, sąsiadami z kamienicy czy przypadkową grupą ludzi. Tak zginęła np. rodzina ogrodników – państwo Wolscy, którzy wraz ze swoimi podopiecznymi – 40-osobową grupą Żydów – zostali rozstrzelani. Był wśród nich historyk Emanuel Ringelblum – twórca podziemnego archiwum Getta Warszawskiego. Obecnie to wydarzenie upamiętnia tablica na murze przy ul. Grójeckiej 77.

Jednostkom udało się ocalić życie dzięki Powstaniu – jak przywódcy – Markowi Edelmanowi, który przeszedł kanałami z kilkoma innymi osobami i wyszedł włazem przy ulicy Prostej 51 – obecnie w tym miejscu znajduję się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

(…)

Na terenie dawnego Umschlagplatz, przy ulicy Stawki stoi pomnik upamiętniający tych, którzy zostali wywiezieni do obozu zagłady. Jest to prostopadłościan, na kształt wagonu deportacyjnego. W kulturze żydowskiej, złamane drzewo symbolizuje przedwcześnie zakończone życie, nagłą śmierć. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba, przedstawiająca połamany las. W środku są wypisane imiona od „a” do „ż” – nie sposób przecież wymienić wszystkich… W „ścianie wagonu” – jest szczelina, a w niej widnieje drzewo. Drzewo wykiełkowało zaraz po wojnie… Drzewo nie jest złamane, rośnie, …to symbol nadziei…

Nadziei – że jak ono rosnąć będzie wiara w słowa –„wszyscy równi wobec czasu i płomienia” …

Wszyscy.

Straszne rocznice

Zbigniew Milewicz

San Francisco rok 1906

Równo 110 lat temu, 18 kwietnia 1906 roku, o godzinie 5:12, w 130 roku od chwili założenia miasta, przez San Francisco i północną Kalifornię przetoczyła się Apokalipsa. Najbardziej ucierpiało miasto, któremu patronował Biedaczyna z Asyżu, od czasu kalifornijskiej gorączki złota pyszniące się mianem największego na amerykańskim Zachodnim Wybrzeżu, bogate Frisco. Epicentrum trzęsienia Ziemi znajdowało się niedaleko brzegu Pacyfiku, około trzech kilometrów od miasta; obszar epicentralny biegł wąskim pasem, wzdłuż uskoku San Andreas na północ i na południe, na długości 296 mil. Trzęsienie trwało 65 sekund, miało charakter pulsacyjny i było odczuwalne od Oregonu do Los Angeles, a więc na długości 1170 km, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, a także w głębi kraju, do miejscowości Winnemucca w centralnej Nevadzie. Tak zwane wstrząsy wtórne notowano w tym rejonie jeszcze przez półtora roku. Kataklizm i spowodowane nim pożary, zapamiętano, jako jedną z najgorszych naturalnych katastrof w historii Stanów Zjednoczonych.

O jej ofiarach i szczegółach, opowiada w przejmujący sposób, ustami świadków, książka zatytułowana: „ Największe katastrofy w dziejach świata”, której autorem jest Rodney Castleden. Oto dwa opisy:

Byłem świadkiem scen, których nigdy nie chciałbym więcej oglądać. Świtało. Spojrzałem w górę. Spadające kamienie wypełniały przestrzeń, a wszędzie dookoła ginęli pod nimi ludzie. Wielkie budynki trzęsły się i falowały. Co chwila słychać było grzmoty, podobne w brzmieniu do stu dział odpalanych w jednym momencie. Potem wystrzeliły strumienie ognia, a po nich znów wybuchy.
Zapytałem stojącego obok mężczyznę, co się dzieje. Zanim zdążył mi odpowiedzieć, spadło na niego z tysiąc cegieł, pod którymi zginął. Jakaś kobieta rzuciła mi się na szyję. Odepchnąłem ją i uciekłem. Dokoła mnie budynki trzęsły się w posadach, a naokoło strzelały płomienie. Gdy tak biegłem, mijałem ludzi płaczących, modlących się i wzywających pomocy. Myślałem, że oto nadszedł koniec świata. Wtedy napotkałem katolickiego księdza, który powiedział: „Musimy się dostać do promu”. Znał drogę, więc popędziliśmy w dół Market Street. Mężczyźni, kobiety i dzieci wypełzali spod gruzu. Setki ludzi pędziło w dół ulicy, a w każdej chwili spadał na nich gruz. W niektórych miejscach ulice popękały, a szczeliny biegły we wszystkich kierunkach. Widziałem jak w dół Market Street gnało oszalałe ze strachu bydło. Przykucnąłem w pobliżu chwiejącego się budynku i zauważyłem, że nadbiegające zwierzęta zaczęły znikać, jakby zapadały się pod ziemię. Kiedy wszystkie już przepadły, podszedłem bliżej i odkryłem, że faktycznie runęły w głąb szerokiej szczeliny w powierzchni ulicy. Strach i przerażające sceny odbierały mi zmysły.

…piętrowy budynek zawalił się z hukiem. Płomienie omiotły Market Street i dopadły stojący tam, nowo wybudowany, ognioodporny budynek, Miejscami ulice obniżyły się o trzy, cztery stopy. Gdzie indziej pojawiły się wysokie na cztery, pięć stóp wybrzuszenia. Wagony tramwajowe powyginały się na wszelkie możliwe sposoby. Wszędzie poniewierały się kable elektryczne. Budynki zawalały się w całości lub odpadały ich frontowe części, a ulice wkrótce wypełniły się cegłami i ogniem. Powozy z zaprzęgniętymi do nich końmi (o tej porze były to głównie wozy sprzedawców dowożących towar), kierowcy i zawartości wozów – wszystko leżało na ulicach, martwe, przygniecione przez cegły i kamienie. Warsztaty i duże domy handlowe zostały albo zupełnie zniszczone, albo ściany ich były wybrzuszone, wykręcone i przesunięte o dwie lub trzy stopy od swego dotychczasowego położenia, ciągle jeszcze stojące, lecz całe popękane.

Frisco wróciło do życia w szybkim, amerykańskim stylu. Dziewięć lat po trzęsieniu ziemi zorganizowano tam już imponującą rozmiarami wystawę p.t. „Panama – Pacific International Exposition”, poświęconą budowie Kanału Panamskiego. Podczas II wojny światowej miasto było bazą ekspedycyjną dla tysięcy żołnierzy walczących na Pacyfiku, stąd odpływały do boju alianckie okręty. Po wojnie do San Francisco dotarły tysiące emigrantów i byłych żołnierzy, zaczął się kolejny boom budowlany. W 1967 r. zorganizowano tam po raz pierwszy tzw. Lato Miłości, które z czasem wyrobiło aglomeracji opinię miasta liberalnego. Dziś miasto to duży, ponad 850 tysięczny ośrodek, znany m.in. z licznych atrakcji turystycznych, takich, jak most Golden Gate, słynne tramwaje linowe, pokonujące strome wzgórza i ulice, czy ciężkie więzienie Alcatraz, zresztą od kilkudziesięciu lat już nieczynne. Miasto, bardzo zróżnicowane kulturowo i etnicznie, z przewagą społeczności azjatyckich i latynoskich, posiadające wiele także wiele uniwersytetów.

 

Reblog: Kardynał i aborcja

Obeszliśmy właśnie rocznicę przyjęcia Chrztu przez Polskę. Oficjalne obchody rocznicowe przebiegały w egzaltowanym stylu nowej polskiej dewocji, który jest charakterystyczny dla sposobu kierowania i sterowania państwem stosowanego przez partię rządzącą. Obchodom rocznicowym towarzyszył masowy protest społeczny przeciwko propozycji całkowitej likwidacji prawa do aborcji. Brutalne zestawienie!

To co nas czeka to, jak twierdzi Anna Krenz, zakrwawione koronki. Białe kobiece koronki, koronki sukien, halek, welonów ślubnych, i krew menstruacji lub, niestety, nielegalnej aborcji. Nowa flaga Polski.

W obliczu zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak przypomnieć mój własny tekst o rocznicy przyjęcia chrztu  i o … aborcji. Gdy to pisałam rok temu zestawienie słów w tytule wynikało z chronologii moich własnych sytuacji życiowych. Dziś okazało się zastraszająco aktualne. A im bardziej się komuś nie spodoba zestawienie słów Kardynał i aborcja, tym lepiej… Bo to nie ja, tak cudownie zestawiam sacrum i profanum, mnie tylko tak się ułożyło, ale Wy, Wy tak: ”Nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych”.

Ewa Maria Slaska

Kardynał i aborcja

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak ciotka Maryta zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Manifesto

Es fing damit an, dass mein Sohn über Cate Blanchett die Nase rümpfte. Das fand ich ungeheuerlich, denn für mich präsentierte sie sich in allen Filmen wunderbar. Ja eben, würde er sagen, zu wunderbar, zu wunderschön; für ihn verkörperte sie eine unnahbare, unumgängliche, langweilige Dame, immer eigentlich die gleiche; er warf mir vor, dass ich insgeheim wahrscheinlich auch davon träumte, so wie sie zu sein. Natürlich musste ich lachen, denn meine reality war weit von ihrer entfernt, doch vielleicht hatte er etwas Recht.

Desto mehr freute ich mich, als ich auf die Beschreibung der Ausstellung von Julian Rosefeldt im Hamburger Bahnhof stieß. Schon der Künstler versprach interessante Videoinstallationen, ich kannte seine Werke von Aufführungen in der Schaubühne. Auch wenn sie mich damals etwas genervt haben, denn ich teile die geteilte Aufmerksamkeit nicht und fühlte mich dann meistens von dem Hintergrund und der eigentlichen Handlung überfordert, doch es war eine Herausforderung für den Zuschauer und als solche nahm ich sie hin. Doch hier versprachen die Videoinstallationen im Vordergrund zu stehen und sie wurden von Cate Blanchett gespielt, die ich doch so faszinierend fand.

Ich ging also in die Ausstellung und verbrachte dort drei Stunden vor den Bildschirmen.

Eines Abends fand ich dann auf YouTube eine Diskussion über ein in Polen sehr heftig diskutiertes Buch „Świat sie chwieje“ [Die Welt wackelt], eine Sammlung von 20 Gesprächen, die Grzegorz Sroczyński, ein Journalist der Gazeta Wyborcza geführt hat. Es äußerten sich Historiker, Philosophen, Soziologen, Wirtschafts- und Politikwissenschaftler, die in Polen mehr oder weniger bekannt sind. Sie alle wurden nach dem Grund gefragt, warum wir das Gefühl hätten, dass „die Welt wackelt“ und dass wir mit dem, was passiert, nicht zurechtkommen. Nach Finanz-, Flüchtlings-, Moral-, Politik-, Religions- und Europakrisen, mit der Globalisierung und der rasanten Entwicklung der Medien, fühlen sich die meisten Menschen überfordert, auch wenn Krisen oft eine Möglichkeit des Aufbruchs und Neuanfangs bedeuten. Ein Rezept verspricht das Buch natürlich nicht, aber es nimmt all diese Erscheinungen unter die Lupe, die uns den Boden unter den Füßen wackeln lassen, bespricht sie und versucht, sie und die dahinter stehenden Mechanismen etwas verständlich zu machen.

Warum schreibe ich über das Buch im Zusammenhang mit der Ausstellung Manifesto? Obgleich sie diesen Titel trägt, verneint sie meiner Meinung nach all die Manifeste der Vergangenheit: von Dada, Futurismus, Expressionismus, Kreationismus, Suprematismus, Konstruktivismus, Surrealismus und all der anderen -ismen. Sie werden als Mantra vorgetragen, immer im gleichen Moment, gleichzeitig alle monoton und eintönig, ihre Inhalte eher nebensächlich, umso wichtiger, was auf dem Bildschirm passiert und wie die Personen, Landschaften, Innenräume, Außenräume dargestellt werden. Die alten Manifeste haben sich überlebt, neue sind nicht entstanden; wir haben alles da, alles ist möglich und erreichbar, im Hier und Jetzt und doch gibt es keinen Protest und keinen Aufschrei, denn wir kennen sie alle, die Formen des Protestes, es hat sich vieles, „alles?“ überlebt. Die Welt wackelt, auch die der Kunst.

Dabei, Hochachtung, chapeau bas vor der Schauspielerin, die all diese Individuen verkörpert, in all diese Rollen schlüpft: in einen Obdachlosen, eine Börsenmaklerin, eine Arbeiterin in einer Müllverbrennungsanlage, wo sie lauter sinnlose Tätigkeit ausführt (die aber vielleicht in der globalisierten Welt einen Sinn haben). Sie ist genauso überzeugend als Lehrerin, die den Kindern Aufgaben stellt, an die sie sich nicht halten sollen, Nachrichtensprecherin, bei der die Nachricht überhaupt nicht wichtig ist, eine Choreografin, eine tätowierte Punkerin, die am Ende einer Party in dem verwüsteten Räumen um sich schlägt, sie spielt genauso überzeugend eine konservative Mutter in ihrer Familie wie eine Trauerrednerin bei einem Begräbnis. Besonders ist der Moment, in dem sie als Puppenspielerin und -bauerin mit einer sie selbst darstellenden Puppe spielt. Sie trägt die Texte auch in unterschiedlichen Sprechweisen vor, mit amerikanischem, englischem oder auch schottischem Akzent, auch mit dem Akzent einer russischen Tanzchoreographin. All diese kurzen Szenen, Filme, Epiloge haben etwas Beiläufiges und dann doch sehr Exaktes an sich. Der Künstler will kein Manifest aufstellen, entstehen lassen, und doch ist sein Werk ein Versuch die Welt in Szenen, die künstlich arrangiert sind, real darzustellen und sie zu einem Puzzel zu machen von Ausschnitten aus einer versteinerten und doch irgendwo auch lebendigen Welt, die auch hier wackelt, weil nicht ganz klar ist: Verneigt sich der Künstler vor diesen Kunstrichtungen oder verabschiedet er sich von ihnen?

Vielleicht spürte die Schauspielerin, Cate Blanchett, dass sie aus ihrer Rolle der dekadenten Dame ausbrechen sollte und dass sie so verschiedene Typen und Charaktere darstellen kann, dass sie sich dieses Können beweisen wollte. Es ist alles andere als einfach, für ein paar Stunden in Berlin ständig eine andere Person zu inkarnieren, bis zu vier Stunden in der Maske zu sitzen, sich mit einer Perfektion, Intensität und Aufmerksamkeit in jeder Szene auf jeweils neue Situationen zu konzentrieren; für mich schwebt aber doch über all den Szenen ein Hauch der Dekadenz, der sie und mit ihr ihre Umgebung nicht loslassen will. Das finde ich wunderbar und es soll sie nicht loslassen; es ist mit der Schönheit und Sehnsucht danach verknüpft und verbunden, und es wird immer so bleiben.

Ich höre fast schon den Aufschrei: und all die wichtigen Manifeste von all den wichtigen Personen, nicht umsonst gestaltet der Künstler die Szenen so und nicht anders. Den Vorwurf will ich so stehen lassen, für mich waren sie eben nebensächlich und ich konzentrierte mich auf die Bilder, die vor meinen Augen abliefen.

Auf jeden Fall ist die Ausstellung Wert gesehen zu werden, sich konzentriert auf die Szenen einzulassen und die Perfektion der Schauspielkunst zu erleben und zu bewundern.

Manifesto ist bis Juli im Hamburger Bahnhof zu sehen.

Zwei Bilder einer Wirklichkeit

Ewa Maria Slaska

Ein Treffen in Löcknitz

Ende Januar bekam ich eine Einladung aus Löcknitz vom Projekt Perspektywa: Vom Grenzraum zum Begegnungsraum.

Die Akteure von Perspektywa, lese ich im beigefügten Flyer, sind die Bewohnerinnen und Bewohner der Amtbereiche Löcknitz-Penkun im Landkreis Vorpommern-Greifswald (Mecklenburg-Vorpommern) und Gartz (Oder) im Landkreis Uckermark (Brandenburg). Ihre Ideen und Vorschläge für das Zusammenleben in der Region stehen im Zentrum von perspektywa. Unser Projektteam unterstützt und begleitet sie dabei, neue Impulse für Begegnungen zwischen deutschen und polnischen Bürgern und Bürgerinnen im Alltag zu entwickeln und auszuprobieren. Mehr dazu: http://www.raa-mv.de/pl/content/perspektywa-od-pogranicza-do-spotkania.

Und weiter im Brief:

In Antwort auf die aktuelle politische Situation bietet unser Projekt die Unterstützung des polnisch-deutschen Engagements für Flüchtlinge an. Wir arbeiten mit der Stettiner Gruppe „Refugees welcome in Pomerania” zusammen, die solche Aktionen durchgeführt hatte wie Fahrräder-Sammeln zu Gunsten der auf der deutschen Seite lebenden Flüchtlinge. Leider, angesichts der Bedürfnisse, reichen diese Initiativen noch nicht aus, und die Haltung einiger Menschen ist nicht immer angenehm oder annehmend. Ich habe den RBB-Beitrag vom Dezember letzten Jahres gesehen, in dem man über Sie und ihr Engagement für Flüchtlinge in Berlin berichtete. So ist mir etwas eingefallen. Um dem fremdenfeindlichen Verhalten und fehlender Toleranz entgegenzuwirken, werde ich gern im März eine Diskussion für in Löcknitz und Umgebung lebende polnische Bürger organisieren, damit sie dabei einerseits über die Situation der Flüchtlinge informiert werden und andererseits eine Gelegenheit bekommen, ihre Fragen zu stellen.

Deshalb würde ich Sie gern fragen, ob Sie bei solcher Veranstaltung bereit wären als Referentin zu wirken?

RAA Mecklenburg-Vorpommern e. V.
www.raa-mv.de  www.facebook.com/perspektywaDE  www.twitter.com/perspektywaDE

Bild I

Ich stimmte zu, wir haben uns geeinigt, dass es zwei Treffen sein werden, in Löcknitz und in Tantow, dass ich in Löcknitz übernachten werde und dass ich in der zweiten Märzhälfte komme. Irgendwann danach verschoben wir den Termin auf Anfang April. Am Mittwoch den 7. April kam ich mit dem Zug über Neubrandenburg nach Löcknitz. Eine Mitarbeiterin des Projekts wartete auf mich auf dem Bahnhof. Wir aßen zu (Nach)Mittag und meldeten mich dann in der Burg-Pension neben dem Burgfried an. Dieser Burgfried ist alles, was von der mittelalterlichen Burg aus dem Jahre 1212 übriggeblieben ist. Auf dem Turm wohnen Dohlen. Sie sammeln die Haselnüsse in den benachbarten Garten, schmeißen sie nach unten, um sie zu zerbrechen und den Kern zu essen. Die ganze Turmumgebung ist bestreut mit Haselnussschalen.

Das Treffen mit den polnischen Bewohnern von Löcknitz fand in einer Alten Schule statt, die jetzt als Bürgerhaus fungiert. Auf der 2. Etage befinden sich Büro und Veranstaltungssaal von RAA – Perspektywa. Das Einladungsplakat ist auf Polnisch und richtet sich an die Polen, die in Stadt und Umgebung wohnen. Manche werden es als eine Beleidigung wahrnehmen. Dazu ein Zettel auf Deutsch:

Das Projekt perspektywa der RAA Mecklenburg-Vorpommern e.V. behält sich vor, von seinem Hausrecht Gebrauch zu machen und Personen, die rechtsextremen Parteien oder Organisationen angehören, der rechtsextremen Szene zuzuordnen sind oder bereits in der Vergangenheit durch rassistische, nationalistische, antisemitische oder sonstige menschenverachtende Äußerungen in Erscheinung getreten sind, den Zutritt zur Veranstaltung zu verwehren oder von dieser auszuschließen.

Manche werden es als eine weitere Beleidigung wahrnehmen.

Kurz danach ist der Saal schon voller Gäste, darunter zwei Kinder im Grundschulalter und vier syrische Flüchtlinge aus einer Notunterkunft in der Nähe. Jemand kommt mit der Kunde, dass draußen vor der Tür lokale Neonazis stehen. Der Saal reagiert, scheint mir so, mit der stoischen Ruhe. Ich auch.

Gleich kommt er hoch zu uns, Herr Bahlmann, der NPD Leader und, wie ich später erfuhr, Mitglied des Gemeinderats. Der Saal reagiert weiter nicht, die Meisten kennen ihn vielleicht, wie es halt in einer kleinen Stadt üblich ist. Dann wissen sie auch, was ich nicht weiß, dass er zwar vorher, irgendwann Mal, vorbestraft war, jetzt aber ist er Gemeinderats-Mitglied und wird sich nicht tätlich aggressiv zeigen. Auch verbal hält sich alles mehr oder weniger im Rahmen.

Herr Bahlmann schreit etwas, ich weiß nicht was, weil ich gar nicht zuhöre. Ich sitze an meinem Tisch und schaue die Menschen an, die gekommen sind, um zu erfahren, was ihnen eine gewisse Śląska (so wurde ich angesagt) sagen wird, weshalb sie keine Angst vor den Flüchtlingen haben sollen. Der einsam im Türrahmen stehende Schreier interessiert mich zuerst nicht. Vielleicht in dieser Phase sagt Herr Bahlmann Wörter, wegen denen er später beschuldigt wird und die ich nicht wahrgenommen habe: dass die Polen Parasiten sind und sich verpissen sollen.

Ich erhebe mich von meinem Platz erst dann, als ich wahrnehme, dass sich ihm eine blonde Frau aus dem Publikum nähert. Sie versucht ihm etwas zu erklären. Intuitiv denke ich, dass man sie dort nicht alleine stehen lassen soll. Ich trete also an die Beiden heran und stelle mich neben Herrn Bahlmann. Da der Saal höher als der Flur liegt und vom Flur her über zwei Stufen zu erreichen ist, und Herr Bahlmann im Flur steht, überrage ich ihn ein bisschen, was mir, einer ziemlich kleinen Frau, selten passiert. Dies ist selbstverständlich ein verstärkendes Gefühl. Im Flur sehe ich zwei Begleiter von Herrn Bahlmann. Er selbst ist ein typischer kahlgeschorener Haudegen mit dickem Nacken, breiten Armen und Beinen. Seine zwei Kameraden sehen dagegen ganz anders aus. Es sind ein älterer schlanker Herr mit einer Brille und ein kleiner schmächtiger Typ ungewissen Alters in einer rot-schwarzen Windjacke. Bewusst analysiere ich es nicht, unbewusst aber klassifiziere ich die vor mir stehenden Volksvertreter: Ein Schreihals-Muskelprotz, ein Intellektueller und ein von niemandem geliebtes Männeken, ein Mitläufer, der der Gruppe angehört, um nicht einsam zu verrecken.

Ich höre mir an, worüber die Blondine und der Bahlmann miteinander reden. Ich glaube nicht, viel verpasst zu haben davon, was er vorher gesagt hat, weil er sowieso nur ein paar Floskeln zu sagen hat, die er immer wieder erneut losbrummt. Zwei Sätze und drei Fragen…

Mit welchem Recht hält man das Treffen nur auf Polnisch?
Mit welchem Recht hat man beschlossen, dass die Teilnehmer nur Polen sein dürfen?
Mit welchem Recht wurde auf dem Zettel geschrieben, dass er und seinesgleichen kein Zutritt haben?

herrbahlmann

Man kann nicht umhin – seine Fragen haben eine gewisse Berechtigung. Ich weiß nicht, was das Gesetz sagt (später erfahre ich, dass ein Verein so seine Treffen organisieren darf, und denke, klar, Jäger und Angler auch), aber vielleicht, Gesetze hin oder her, in Berlin hätte man ein Treffen nicht so organisiert, auch wenn man darf. Denn wenn es schon Konflikte gibt, dann verschärft man sie nur.

Schlimmer hören sich Bahlmanns Kernsätze an. Wir sollen uns unsere polnischen Treffen in Polen organisieren und nicht in Deutschland mit dem Geld von deutschen Steuerzahlern. Er zahlt Steuer und hat das Recht, den Saal zu betreten. Und die Flüchtlinge bedrohen die Reinheit der deutschen Rasse…

Es ist wie eine Tibetische Gebetsmühle, die sich dreht und dreht… Die Frau neben mir argumentiert, sie zahle auch Steuern, sie wohne in Deutschland, sie hat das Recht… Ich höre noch immer nur zu. Als aber der Satz über Verunstalten der deutschen Rasse das dritte Mal kommt, mische ich mich ein, und frage, ob der Schreiende selber Kinder hat?

– Ja. Zwei. Eigentlich drei…
– Wieso „eigentlich drei”? – frage ich.
– Eins ist gestorben.
– Wie gestorben, wieso?
– Krankheit…
– Och, wie es mir leid tut…

Ein winziger Dialog, der jedoch den Duktus und die Rhetorik der Kommunikation unter uns ändert. Er schreit nicht mehr, meine Nachbarin spricht mit ruhigerer Stimme, wir reden miteinander. Der Inhalt ist immer noch der gleiche, aber wir reden miteinander. Ein wesentlicher Schritt in Richtung Deeskalation des Konflikts. Meine Gesprächspartnerin und ich stellen gemeinsam fest, dass wir beide nichts dagegen hätten, wenn Herr Bahlmann und seine zwei Compagnons zu uns in den Saal gekommen wären und an unserem Treffen teilnähmen. Man kann über all die Meinungen diskutieren. Bahlmann pariert, dass es unmöglich wäre, da das Treffen auf Polnisch stattfindet. Macht nichts, beteuern wir beide, wir werden es übersetzen, nicht alles, aber so, dass er immer weiß, wovon die Rede ist.

Der Vorschlag kommt jedoch zu spät, die Polizei ist schon unterwegs. Ich bin total baff. Wieso die Polizei? denke ich. Wofür die Polizei? Es gibt doch keinerlei Bedrohung! Mindestens ich sehe keine…

Die Polizei tritt ein, schmeißt Herrn Bahlmann und seine zwei Kameraden aus dem Flur, aus dem Haus, aus dem Markt, wo das Bürgerhaus steht. Um die Gebäude herum stellen sich die Polizisten in schwarzen Kampfmonturen. Unsere Sicherheit wird von 30 Polizisten und neun Polizeiautos geschützt!

DSC_0195

Der Platz vom Bürgerhaus. Foto gemacht während der Veranstaltung.

Bild II

loecknitz-gazetaAm nächsten Tag beim Frühstück erfahren wir, wie die Meldung lautet, die die Polizei über den gestrigen Vorfall bei der Kreiszentrale vorgelegt hat (Löcknitz ist eine Gemeinde, Kreisstadt ist Greifswald mit Außenstellen in Passewalk und Anklam) – „großer Polizeiansatz“. Am nächsten Tag gab es schon Berichte in der lokalen Presse – „Nordkurier”, „Passewalker Zeitung” und andere. Die Journalisten schreiben von vielen Neonazis, viel mehr, denke ich mir, als wir sie gesehen haben: „die Situation war bedrohlich, richtig bedrohlich!” und „Nazis stören massiv Infoveranstaltung in Löcknitz“. Es geht weiter und höher. Es sind immer mehr Neonazis gewesen, mehr Bedrohung… Bald sind wir schon bei der “Deutschen Welle” und “Gazeta Wyborcza”. Und bei jeder lokalen Webseite.

***

Erst als ich dass alles aufgeschrieben habe, habe ich im Netz das Foto gesehen. Und die Unterschrift – auf Polnisch: Neonaziści zaatakowali Polaków. Neonazis greiften Polen an.

neonaziscizaatakowalipolakow

Ich möchte nicht behaupten, das Foto zeigt etwas, was nicht da war. Ich war im Saal, im Haus, also drinne, ich habe nicht gesehen, wer draußen stand und ob, und wenn ja, wie viele es wären. Ich kann nur sagen, ich nahm nichts dergleichen wahr. Es war ruhig, man hörte weder Schreie noch Parole, auch keine Befehle seitens der Polizei. Nicht Mal den Gemurmel, den man hört, seien viele Menschen beisammen. Zwei Frauen nacheinander gingen raus, um die Kinder nach Hause zu bringen, und kamen zurück. Leute schauten aus den Fenster, machten Fotos. Kein Mensch sagte, dass da eine massive Präsenz der Neonazis zu beobachten wäre. Keiner hatte Angst, scheint mir, wir lachten. Meines Erachtens war es, alles in allem, ein sehr eingenehmes Treffen.

Ich schaue mir genau das Foto an. Irgendetwas stimmt da nicht.

Herr Bahlmann hatte an dem Tag einen blau-weissen Sportanzug an. Es gab keine Sonne, er hatte, glaube ich, keine Sonnenbrille an, und hier haben sie alle Anwesenden an. Alle Streifenwagen, die ich später gesehen habe, waren blau. Auf “unseren” Fotos sind sie auch blau. Auf dem Foto oben ist der Wagen grün.

Unheimlich.

Haben die Journalisten aus einer Mücke einen Elephanten gemacht? Oder bin ich leichtsinnig und bagatelisiere die Gefahr?

 

Gül heißt Rose (3)

Anne Schmidt

Fragen

Frau Schulz saß geschockt und völlig ratlos auf ihrem Stuhl. Wie sollte sie nach diesen Enthüllungen mit ihren Schülerinnen umgehen? Sollte sie sie alle umarmen und mit ihnen weinen?

Sie schaute auf Gül, die mit aufgerissenen Augen an ihren Haaren drehte und keinen Ton von sich gab.

War sie die Einzige, die bisher unbeschädigt geblieben war? Der Vater hatte bei Elternversammlungen bisher immer einen sehr bemühten Eindruck gemacht und sein “kleines” Mädchen zärtlich auf dem Schoß gehalten, was einen etwas absonderlichen Eindruck machte. Aber so war Gül nah an seinem Ohr und konnte ihm die Übersetzung der Lehrerinformationen zuflüstern.

Dennoch war bei Frau Schulz und ihrem Kollegen immer ein Gefühl der Befremdung zurückgelieben, wie sie sich später eingestanden.    Jetzt war Gül die Einzige, die sich nichts Belastendes von der Seele reden wollte.

Frau Schulz fragte die bedrückten Mädchen, ob sie bereit seien, mit ihr zu “Wildwasser” zu gehen, um mit professionellen Beraterinnen über das Erlebte zu reden. Jenny fand diesen Vorschlag gut und versuchte die Anderen zum  Mitgehen zu überreden. Marie klinkte sich aus mit der Begründung, dass sie keine Erinnerung an die alte Geschichte habe und mit ihrer Mutter genügend darüber geredet hätte.

Jenny akzeptierte Maries Entscheidung und wandte sich fragend an Nuren und Betty. Nuren zupfte nervös an ihrem Taschentuch und meinte, das Ganze sei eigentlich das Problem ihrer Eltern und sie wolle auf keinen Fall, dass die von ihrem “Verrat” etwas erführen.  Sie schaute unsicher zu Betty hoch, die aufgestanden war.

Betty  fing an zu stottern, wie sie es früher oft getan hatte, wenn sie unsicher war. Sie sah Jenny mit einem flehenden Gesichtsausdruck an, denn Jenny war cool und ihre Meinung war für sie maßgeblich.  Sie hatte Betty immer verteidigt, wenn einer der Jungs sie wegen ihrer plumpen Figur oder ihres Stotterns hänselte.

Jetzt nickte Jenny ihr zu und sagte: “Wir gehen nur zusammen zu der Psycho-Tante rein, keine Angst.”

Betty lächelte dankbar und versprach mitzukommen, wenn auch Nuren sich bereit erklärte; Nuren nickte.

Für alle war klar, dass Gül nicht zur Beratung mitkommen würde, denn sie hatte keine Probleme offenbart; sie war in den Augen ihrer Freundinnen das verträumte kleine Mädchen, das noch am Daumen lutschte und verschämt lächelte, wenn man es darauf ansprach.

Als Marie rief, dass die Schulstunde schon längst um sei, war klar, dass Frau Schulz bei “Wildwasser” einen Termin besorgen würde.

Glückliche Tage

Kurz vor der Klassenreise tauchte Güls Vater – nach langer Abwesenheit –  auf der Elternversammlung auf, die für die Teilnahme an der Reise wichtig war. Er hörte still den Informationen der Lehrer  und Fragen der Eltern zu und wartete zum Schluss als Letzter auf Frau Schulz. Als er sicher war, dass kein anderes Elternteil in Hörweite war, flüsterte er: “Probleme mit Gül. Gül macht manchmal Bett nachts nass. Darf sie trotzdem mitfahren?”

Auf der Klassenreise passierte nichts dergleichen. Gül war fröhlich, ging mit den anderen im Badeanzug schwimmen, machte sich abends schick für die Jungs der eigenen und der Nachbarklasse und hörte mit den anderen aus der Clique Jennys Lieblingsmusik, wenn die Nachtruhe beginnen sollte.

Alles war gut!!

Wiedersehen

Frau Schulz ist unterwegs auf der Bergmannstrasse und hat den Wochenendeinkauf gerade auf ihrem Fahrrad verstaut, als sie von einer hübschen jungen Frau angesprochen wird. Sie durchforstet ihr Gedächtnis, sieht noch einmal genau hin und freut sich: Gül steht vor ihr. Sie hatte über sie erfahren, dass sie auf ein OSZ gegangen war, das nicht weit von Kreuzberg seine SchülerInnen auf Berufe im Verkehrswesen vorbereitet.

Nun steht Gül unsicher lächelnd vor ihr und schaut auf sie herab; sie ist einige Zentimeter größer als Frau Schulz, trägt  ihre langen schwarzen Haare immer noch Schulter lang, ist kaum geschminkt und trotzdem sehr hübsch.

Frau Schulz umarmt sie impulsiv, was Gül zögernd zulässt. Sie wirkt erfreut, aber angespannt.

Frau Schulz schlägt vor, zusammen einen Kaffee in der Menagerie zu trinken, in die sie nur zu besonderen Anlässen geht. Gül zögert, was Frau Schulz auf einen schmalen Geldbeutel zurückführt. Sie wundert sich zwar, da Gül inzwischen mit ihrer Ausbildung fertig sein müsste, lädt sie aber selbstverständlich ein.

Kaum sitzen sie an einem Tisch in der hintersten Ecke, wohin gül zielstrebig gesteuert ist, als Frau Schulz nach ihrer beruflichen Karriere fragt. Gül senkt den Kopf und flüstert: ” Ich durfte meine Ausbildung nicht zu Ende machen.”  Frau Schulz wird klar, dass dieses Gespräch länger dauern wird, wenn sie die richtigen Fragen stellt und genügend Empathie zeigt.

“Wer hat Dich gehindert?”

Wielka zaraza

Ewa Maria Slaska

W Eyam i gdzie indziej

1666Eyam

Christopher Duncan i Susan Scott, Czarna śmierć, wyd. Bellona 2004

XXXX
Andrzej Miszk
10 kwietnia
XXXX
Człowiek z nożem i kastetem – PIERWSZY INCYDENT ATAKU NA PIKIETĘ
xxxx
Doszło dziś do pierwszego incydentu przy proteście głodowym: krótko ostrzyżony człowiek podbiegł do baneru PROTEST GŁODOWY z zamiarem zniszczenia go. Zdążył przeciąć dwie linki zabezpieczające baner i odarł liczby dni głodówki. Jego dalsze działania przerwała Policja, która rzuciła się w pogoń za wandalem politycznym. Został złapany przez policjantów, którzy zapytali organizatora pikiety, czy wnosi oskarżenie przeciwko niemu. Organizator potwierdził.
XXXX
Ten incydent zakończył się bezpiecznie. Ale oczekujemy kolejnych. Spodziewaliśmy się, że od 10 kwietnia zaczną się ataki fizyczne naszych oponentów na pikiete i protest głodowy. I tak się stało. Na razie uszkodzono nam baner. Ale nie ukrywam, że widok wygolonego faceta 2 metry od mojego namiotu demolującego agresywnie naszą pikietę, budzi pewien niepokój. To znaczy, że bardziej zdeterminowani i zorganizowani przestępcy motywowani ideologicznie, mogą bez większego trudu skutecznie zaatakować urządzenia i ludzi z pikiety. Reakcja Policji była skuteczna, ale – w razie zaatakowania ludzi – byłaby spóźniona.
PS. W plecaku zatrzymanego oprócz noża znaleziono też kastet, który uważany jest za broń. Dlatego zatrzymany będzie odpowiadał nie tylko za zakłócenie manifestacji, ale też za nielegalne posiadanie broni. Zatrzymany i skuty w celi przejściowej na komendzie wykrzykiwał, że chciał dać nam sygnał… Możemy przypuszczać, jaki to sygnał i czemu służy i co zapowiada.

W czasach, w których wydaje się, że podłość i oportunizm owładnęły światem, stając się nową Wielką Zarazą, historia ostatnich 15 miesięcy wioski Eyam brzmi jak bajka albo przypowieść ewangeliczna. Dobrze jest przypomnieć sobie, że  istnieją godność, uczciwość, poświęcenie dla innych. Dużo myślę o ludziach z Eyam, w dniach, kiedy Dagmara Chraplewska-Kołcz i Andrzej Miszk czwarty tydzień głodują w namiotach na ulicy, wydani na pastwę głodu, zimna, obojętności a teraz jeszcze agresji. Myślę wtedy o tych, którzy dobrowolnie się spalili w imię wolności, sprawiedliwości i miłości. O lekarzach w getcie, którzy na własnym ciele badali objawy i rozwój choroby głodowej. O tym, że w getcie warszawskim nie zanotowano przypadków kanibalizmu.

PS.

Mija właśnie 350 rocznica wybuchu Wielkiej Zarazy, która miała miejsce w Londynie w latach 1665-1666. Zdaniem badaczy zmarło wtedy od 75.000 do 100.000 osób, około piątej części populacji miasta. Zarazę określa się jako wielką, bo była ostatnią powszechną katastrofą w Europie. Wygasła ostatecznie, gdy 2 września 1666 roku wybuchł wielki pożar Londynu, który zniszczył 2/3 powierzchni miasta.

Jednak największą pandemią dżumy była Czarna Śmierć, która w latach 1340-1350 zniszczyła pół średniowiecznego świata i przyczyniła się do prześladowania osób podejrzewanych o roznoszenie zarazy, Żydów, żebraków, trędowatych, obcokrajowców, generalnie więc innych i obcych… Ciekawe, że wówczas Polska potrafiła obronić się przed zarazą – możliwe, że dzięki kwarantannie wprowadzonej na granicach oraz izolowaniu miast zarządzonym przez Kazimierza Wielkiego.

Taniec śmierci Michaela Wolgemuta inspirowany czarną śmiercią

Czyli nie zawsze Wielka Zaraza musi nas zniszczyć, trzeba się tylko umieć bronić.

Zapomniane, odrzucone, przywrócone

Zapomniany wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Posłuchajcie nas, nieurodzonych,
Dotąd cichych, dotąd bez obrony –
chcemy bowiem przemówić nareszcie!

Nasze prawo – być dziećmi miłości,
powitanym jak najmilszy z gości,
Bez zapału – ku nam się nie śpieszcie!

Nasze prawo – to biała kołyska,
Pierś łabędzia, poznana w uściskach,
pod firanek wzniesionym batystem.

Nasze prawo – krew pełna ekstazy
Pięknych dziewcząt i mężczyzn bez skazy,
I kość cienka i źrenice czyste!

Nasze prawo – to godność człowieka!
Niech nam czoło potem nie ocieka,
Niech nas w kabłąk nie zgina robota.

Nasze prawo – to radość istnienia,
A nie martwa cierpliwość kamienia,
A nie wieczna za śmiercią tęsknota!

– Ktoś nas budzi niespokojną nocą –
Z chmur wyciąga – wolno wiedzieć, po co?
Macie dla nas coś nad sen lepszego?

Nasze prawo pozostać w przestrzeni,
W odległości od świateł i cieni.
Mamy cierpieć? dla kogo? dla czego?

Nie wciągajcie nas, smutni, za sobą,
W wasze życie osnute żałobą,
W przeraźliwą kronikę dzienników.

My nie chcemy ponurych suteren,
Przekleństw ojca! Wzniesionej siekiery,
Kołysanki z rzężenia i krzyku!

My nie chcemy pragnienia i głodu,
Chcemy pięknych, kwitnących ogrodów,
W pełnym słońcu chcemy przeżyć młodość.

Niech nas matki z bezmyślnego tłumu,
W imię Ducha Świętego, rozumu,
Na stracenie bezmyślne nie wiodą!

Więc nie straszcie nas życia rarogiem,
Bykiem strachu, godzącym w nas rogiem,
Kwaśną nędzą o płytkim oddechu.

Cień latarni, posąg na przecznicy,
Prostytutki upiór bladolicy
Niech nas w ciężkim nie urodzi grzechu!

Najpierw dary zgromadźcie bogate,
Piękność, zdrowie, rozum i dostatek.
Potem słońcem ogrzejcie sypialnię,

Potem progi zamiećcie na czysto,
Zanim bytu wielką rzeczywistość
Zaprosicie – już nieodwołalnie.

Kiedy życie poczujemy bliskiem,
Drżąc czekamy, więzieni łożyskiem,
Czy nam piekło czy niebo się ziści?

Monstrualne pochyliwszy czoło,
Wzdęte myślą ciężką, niewesołą,
Jak ślimaki zwijamy się cisi.

Patrząc na bok oczami bez powiek,
Przeczuwamy co świat nam opowie,
Gdy z czułego wyjdziemy ukrycia.

Chcemy prawa dla nieurodzonych!
Od suteren po zamki i trony,
Niech nas broni przeciw grozie życia!

Chcemy prawa, chcemy adwokatów!
I postrachu dla tych dwojga katów,
Którzy w koło chcą nas zapleść krawawe.

Toż i tym co się srebrzą od trądu,
Wolno rodzić nas, rodzić bez sądu,
Na pociechę! na straszną zabawę!

Reblog: Odkrycie Davida Hoenigera…

…czyli jak czasem nie wszystko się widzi za pierwszym, czy drugim razem

Wygląda na to, że do listy tych, którzy piszą “grobowe wpisy”, dołączyła nam nowa Autorka – Małgosia Płoszaj z Rybnika. Były tu już dwa jej wpisy, przedwczoraj o miłości, a kilka miesięcy temu o patriotyzmie chłopaka z żydowskiej rodziny na Śląsku. Dziś kolejna opowieść, tym razem z serii cmentarnej.

Małgorzata Płoszaj

Przez wieki mogli tam mieszkać bez przeszkód, z jakimi niestety stykali się Żydzi w innych miastach na Śląsku. W początkach XIX w. stanowili nawet ponad 50% ogółu mieszkańców Zülz czyli Białej. Moim celem był jedynie cmentarz i miejsce po synagodze. W życiu bym nie przypuszczała, że na cmentarzu odkryję grób i nagrobek rybniczanina. I że to w dodatku będzie nagrobek, który znam od lat i który nawet na zarośniętym cmentarzu jest dość dobrze widoczny z racji wielkości. Weszliśmy sobie rodzinnie na cmentarz, ja jak zwykle osobno, bo wolę ze zmarłymi “se pogadać”, gdy nikt nie słyszy.  Kirkut jest pięknie położony na wzgórzu zwanym Kopiec. W zasadzie jest to grodzisko, na którym założono cmentarz w pierwszej połowie XVII w. Macewy, w większości bardzo tradycyjne, bo taka też była tutejsza społeczność, mimo iż podlegała wpływom Haskali, naturalnie się poddają wpływowi przyrody i czasu.

Biala cmentarz

Biala grob Hoenigera (1) Zeszłam z grodziska w stronę macew i skierowałam się w stronę leżącej macewy z laską i oplecionym wokół niej wężem Eskulapa, symbolem medycyny.

Ileż razy stałam przy tym nagrobku. No, na pewno tyle razy, ile byłam na tym kirkucie, więc z sześć. I nigdy, naprawdę nigdy mnie nie oświeciło, by spuścić ten swój zakuty łeb trochę niżej i poczytać niemieckie literki. Co najlepsze, na starych zdjęciach sprzed lat, mam tę macewę.

Biala 1

Tym razem chyba jednak sam doktor David Hoeniger kazał mi przyjechać na cmentarz, a potem pochylić się nad jego nagrobkiem. Kucnęłam więc i czytam. Dr. David Hoeniger. Już mnie tknęło. U nas byli tacy Żydzi! Czytam dalej: Kgl. Sanitatsrath – Królewski Radca Sanitarny, czyli taki “ober doktor” – szycha. Biorę “brele”, dotykam palcami napisu i ciśnienie mi skacze: Geb. in Rybnick 14 Juni 1815, Gest. in Zülz 16 Sept. 1885. Urodzony w Rybniku, zmarły w Zülz. Mój!!! A raczej nasz rodak! Narobiłam wrzasku, że aż Młoda myślała, że dostaję ataku epilepsji.

Biala 3

Dr Hoeniger chyba chciał, bym ponownie przyjechała na ten cmentarz i to on mnie przywołał. Wierzę w takie “śmoje boje”. Zaczęłam go delikatnie odmiatać, wycierać, zostawiłam mu kamyczek, na odchodnym popieściłam, a z głową pełną skołatanych myśli nie byłam już w stanie zbytnio skoncentrować się na dokładnym robieniu zdjęć reszcie cmentarza. Takie odkrycia są dla mnie niesamowicie ważne, gdyż niewielu z naszych rybnickich Żydów może w spokoju czekać na przyjście Mesjasza.

Po powrocie do domu zaczęłam przekopywanie laptopa i internetu w poszukiwaniu informacji o doktorze. Oczywiście moje zapiski z raciborskiego archiwum potwierdziły, że doktor urodził się w Rybniku. Był drugim synem Moritza i Cecylii.

urodzenie Dawid Hoeniger

Pierworodny Jonas zmarł, gdy miał 10 miesięcy. Może mohel z Wodzisławia coś pokićkał i chłopczyk zmarł po jakimś czasie w wyniku zakażenia, kto wie. Tata Moritz, w księgach podawany jako destylator, kupiec, a z czasem właściciel karczmy, żonie nie odpuszczał :mrgreen: i w rok po śmierci Jonasa przyszedł na świat nasz David. Tym razem, ten sam mohel wsio załatwił jak trzeba, albo chłopczyk był po prostu silny. Nie minęły dwa lata, a narodził się kolejny syn Cecylii i Moritza – Israel. Moritz pozwalał żonie ciut regenerować siły po każdym porodzie i nie możemy powiedzieć, że u Hoenigerów „co rok to prorok” był. Mieli cykl płodzenia i rodzenia dwuletni. Pierwsza córeczka Hanne urodziła się jako szósta. Łącznie Cecylia urodziła 10 dzieci, ostatnie w wieku 39 lat. Mój David ani chybi zdolny był. Tak sobie myślę, że nie pasowało mu stanie za kontuarem i sprzedawanie wódki. Nie doszłam do tego, gdzie skończył szkoły średnie, wiem za to gdzie studiował. Otóż w samej stolicy czyli Berlinie. Pracę doktorską obronił w 1842 r. Jego dysertacja dotyczyła zapalenia oskrzeli. Za trzy lata wziął ślub w Gliwicach z Jette Frohlich.

doktorat Hoenigera 1842

Zulz rynek z widokiem na synagogePodejrzewam, że do Zülz przybył w okolicy roku 1843-1844. Być może zamieszkał przy rynku? Śląska Biblioteka Cyfrowa ma w swoich zasobach kronikę miasta, w której o dziejach tamtejszych Żydów pisał dr Israel Rabin – docent żydowskiego seminarium teologicznego z Wrocławia. Tenże docent, opisując tradycyjne podejście gminy do wielu spraw, jak choćby używanie języka hebrajskiego, nawet przy sporządzaniu zwykłych pism (wówczas już w większości miast pruskich były one pisane w języku niemieckim), podaje przykład protokołu, w którym właśnie wymienia się dra Hoenigera. Ponoć lubianego i bardzo szanowanego. Wspomniana przeze mnie kronika jest napisana niemieckim gotykiem i na jej przeglądnięcie (no bo nie przeczytanie) straciłam jedną noc. Szukałam tylko słowa „Hoeniger”. Znalazłam dwa, ale gotyk to mogę podziwiać w kościołach i na tym koniec. Znajoma coś niecoś skumała, ale nie były to powalające informacje. Był lubiany, a w 1861 został jakby radnym. Domyślam się, że skoro na nagrobku widnieje napis Królewski radca sanitarny, to na pewno był w tym miasteczku ważną i znaną personą.

Znaną osobą został też jego syn, czyli wnuk rybnickiego karczmarza. Tu powinnam właśnie wspomnieć co się stało z rodzicami dra Davida Hoenigera. Otóż ojciec Moritz zmarł w wieku 62 lat 31 stycznia 1848 r. I zaraz zawołał do siebie Cecylię, która odeszła z tego świata mając 56 lat – niecałe dwa i pół miesiąca po swym mężu.

zgon Moritz i Cecylia

Wracam do syna doktora Hoenigera i zarazem wnuka płodnej Cilki i karczmarza Moritza. Johann Hoeniger urodził się w Zülz w 1850 r., więc dziadkowie nie doczekali jego narodzin. Początkowo uczył się w Raciborzu fachu murarskiego, potem zaczął naukę w szkole budowlanej w Höxter w Północnej Nadrenii, by ostatecznie ukończyć berlińską Akademię Architektury. Podróże do Włoch i Francji otworzyły mu horyzonty, został poważanym i uznanym architektem pracującym głownie dla społeczności żydowskiej Berlina. Zaprojektował kilka synagog. Do naszych czasów przetrwała synagoga przy Rykestrasse na 2000 miejsc siedzących. Na jego desce kreślarskiej powstawały projekty m.in. gimnazjum dla dziewcząt, szkoły dla chłopców żydowskich, budynków na cmentarzu przy Schönhauser Alllee, hali pogrzebowej na cmentarzu w Weissensee, prywatnych kamienic, kolonii dla robotników w Weissensee i wiele innych. Jego dzieła stoją w Berlinie do dziś. Zmarł w 1913 r. Jego grób znajduje się na berlińskim cmentarzu żydowskim w Wiessensee. Skromny nagrobek odnowiono jakiś czas temu.

Johann Hoeniger

Pochowana z nim jest żona, której rodowe nazwisko też brzmiało Hoeniger, choć pochodziła z Inowrocławia. Może była córką Samuela Hoenigera – współzałożyciela uzdrowiska w tym mieście? Jak widzicie na zdjęciu obok, pani Hoenigerowa na szczęście nie doczekała dnia, w którym mogłaby zobaczyć, jak płoną dzieła jej męża. Zmarła jeszcze przed Nocą Kryształową, choć w 1938 r. Przy grobie małżonków widać płytę nagrobną ich córki zmarłej w Londynie. Ciekawe w jaki sposób udało jej się wyjechać z nazistowskich Niemiec? Raczej do odpowiedzi na to pytanie nie dojdę. Czy spoczywa wraz z rodzicami, czy to tylko tablica? Nie wiem.

S.HoenigerCilka i Moritz w sumie mieli dziesięcioro dzieci, z czego dwóch chłopców zmarło w niemowlęctwie. Jednego syna przedstawiłam tu na tyle, na ile potrafiłam. Przy okazji szukania informacji o nim, trafiłam jeszcze na zdjęcie grobu najmłodszego z potomków – Samuela urodzonego w 1829 r. To chyba też był kolejny mądraliński w rodzie, bowiem na jego grobie widnieje napis Koenigl. Justizrat, czyli Królewski Radca Prawny, zmarły w Halle a pochowany na tym samym cmentarzu co syn jego starszego brata. Samuela już rozkminiać nie dam rady, bo dochodzi druga w nocy i czas na spanie.

Aaa, a Hoenigerów w Rybniku było multum. Jednak Ci trzej mogą być dopisani do listy U nas nieznani, a gdzieś uznani. Bo tym, że wnuk rybnickiego karczmarza został aż tak cenionym i uznanym architektem, to możemy i powinniśmy się chwalić.

Zdjęcia pochodzą ze strony http://data.jewishgen.org/, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej oraz z mojego aparatu.